Tag Archives: Krzysztof Brejza

Krzysztof Brejza pyta Morawieckiego o jego majątek zdobyty krętactwami i oszustwami. Taki to ancymonek z premiera

20 Maj

Krzysztof Brejza o zakupie przez Matusza Morawieckiego i jego żonę działki od Kościoła we Wrocławiu.

>>>

Proboszcz, który okazyjnie sprzedał Morawieckiemu działki, warte dziś 100 razy więcej, po objęciu funkcji premiera przez obrotnego działkowca awansował na stopień generał. Mimo, że od lat był już przeniesiony do rezerwy. No, grubo… #AferaMorawieckiego

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>

Reklamy

Mateusz Morawiecki to tylko oszust, kłamca, krętacz. Taki właśnie idealnie pasuje Kaczyńskiemu

20 Maj

Jeszcze nie tak dawno Mateusz Morawiecki mówił, że „Wielu ludziom, w tym i mnie, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy patrzyliśmy, jak pod płaszczykiem haseł wolnego rynku następuje uwłaszczenie postkomunistów i osób dokooptowanych do systemu III RP”, piętnował uprzywilejowaną pozycję elit z epoki PRL i wspaniale wpisywał się w retorykę PiS, który na każdym kroku podkreśla nową „dobrą zmianę”, która walczy z reliktami złej przeszłości.

Zdecydowanie bardziej woli pokazywać twarz premiera, zatroskanego o losy zwykłego obywatela, więc bardzo niechętnie mówi o własnym majątku.

Na krótko przed wejściem do polityki dokonał podziału majątku i to jego żona jest współwłaścicielem kilku mieszkań we Wrocławiu oraz willi w Warszawie, której zakup sfinansowano częściowo z kredytu z BZ WBK, gdy to właśnie on był jego prezesem.

Teraz „Gazeta Wyborcza” wpadła na trop kolejnej inwestycji premiera. To działki, w sumie 15 ha gruntu, które Morawiecki kupił w 2002 roku od Sławomira Żarskiego, proboszcza cywilno-wojskowej parafii pw. św. Elżbiety na wrocławskim Oporowie. Trzy lata wcześniej ziemia ta trafiła do parafii na mocy ustawy, pozwalającej dolnośląskim parafiom jako spadkobiercom parafii niemieckich ubiegać się o zwrot maksymalnie 15 ha gruntów z zasobu skarbu państwa. Nad tym procesem czuwała Agencja Nieruchomości Rolnej. Jak się okazało, jej urzędnicy szybko zwietrzyli w tym dobry interes i domagali się łapówek od niektórych duchownych za działki, co do których już były zaplanowane inwestycje. Wybuchła afera, urzędnikom postawiono zarzuty korupcyjne oraz narażenia skarbu państwa na 32 mln zł strat, a jednym ze świadków w sprawie był właśnie dzisiejszy premier.

Jak tłumaczył w prokuraturze, w marcu 2006 roku, „o możliwości nabycia działek na Oporowie dowiedziałem się od księdza kardynała Henryka Gulbinowicza (…) Moja rodzina od wielu lat dobrze zna księdza kardynała i z tego powodu ja czasami bywam u niego w gościnie. Pod koniec lat 90. głośno było o możliwości nabycia nieruchomości od Kościoła i ja, słysząc te informacje, zapytałem w czasie któregoś spotkania z księdzem kardynałem o takie nabycie”. Zapewnił też, że w chwili, gdy kupował owe działki, nie miał żadnej wiedzy o jakimkolwiek planie zagospodarowania przestrzennego tych terenów.

Czy rzeczywiście? Był przecież w tym czasie członkiem zarządy BZ WBK i radnym sejmiku dolnośląskiego z ramienia AWS, dzięki czemu miał dostęp do planów rozwoju miasta. Jak mówi jeden z ówczesnych członków rady miasta, „Wierzycie, że członek zarządu wielkiego banku, radny sejmiku znający funkcjonowanie samorządu kupowałby kota w worku, nie sprawdzając, jakie jest przeznaczenie tych gruntów? (…) Mateusz musiał wiedzieć, że płaci ułamek tej kwoty, którą są warte działki. To był czas inwestycyjnego boomu w mieście. Każdy, kto miał zamiar inwestować w ziemię, przed zakupem biegał do urzędu, by sprawdzić plany i studium”.

Już rok przed zakupem działek przez Morawieckiego rozpoczęły się prace nad planem rozwoju, a w 2003 roku „dziwnym trafem” radni uchwalili, że na terenach, których część stanowi działka premiera, prowadzona będzie aktywność gospodarcza oraz przebiegnie tu „ulica głównego ruchu przyspieszonego”. Mateusz Morawiecki i jego żona od lat zajmująca się nieruchomościami, o tym nie wiedzieli? Niemożliwe.

Wprawdzie Morawiecki przekonuje, że działki kupił razem z żoną i to ona dokonała tego zakupu. To ona dowiedziała się o możliwości kupna tej ziemi, choć w prokuraturze premier mówił jednak coś innego. Przyznał, że o działkach dowiedział się od kardynała Gulbinowicza. Zwraca też uwagę na ustaloną rozdzielność majątkową, choć sam obraca tymi działkami do 2013 roku, kiedy to przepisuje je na żonę. Ktoś więc tutaj kłamie i próbuje mataczyć, prawda?

Cokolwiek i jakkolwiek, ale jedno jest pewne. Kupione za 700 tys. zł działki, warte są dzisiaj nawet 70 mln zł. Pan premier zrobił świetny interes…

PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów.

Standardowy plan każdej kampanii wyborczej PiS, który polega na tym, że najpierw wymyśla się jakieś zagrożenia, a potem ogłasza świetny plan obrony przed nimi, tym razem nie wypalił. Zderzył się z przeszkodą tak poważną, że nawet Kaczyński nie potrafił jej pokonać stosując zwykłą procedurę. Ta procedura polega na tym, że najpierw wmawia się ludziom, że czegoś, co ich bulwersuje, nie ma, potem nazywa się to coś odgrzewanym kotletem, by na końcu problem nadmuchać i wytypować jego rzekomych autorów z krótkiej listy: Tusk, PO i PSL, kasty i układy, obecna opozycja, aktualnie protestująca grupa zawodowa lub społeczna, w ostateczności lewacy i niezidentyfikowani wyznawcy ideologii gender.

Ujawnienie przez braci Siekielskich wierzchołka góry lodowej ozdobionej transparentem „UWAGA – pedofile w koloratkach!” wywołało popłoch w szeregach PiS. Panika ogarnęła nawet ichniejszych speców od propagandy i agitacji. Po raz pierwszy zabrakło spójnego stanowiska partii i rządu, a wytyczne przekazywane funkcjonariuszom Kaczyńskiego zmieniały się z dnia na dzień. Pod naciskiem dziennikarzy prominenci zmuszeni zostali do prezentowania dawno nieużywanego własnego zdania. Beata Kempa pytała z oburzeniem – jak to jest, że atakuje się księdza, a broni Polańskiego? Jan Kanthak (rzecznik ministra Ziobry) poszedł jeszcze dalej twierdząc, że pedofilia to znacznie bardziej problem nauczycieli niż księży. Marek Caryca Suski objaśnił, że to Wałęsa zapalił światło dla pedofilii w Kościele, bo tolerował zboczenia swojego spowiednika, księdza Franciszka Cybuli. Znany powszechnie z gołębiego serca Andrzej Dera zastanawiał się w narodowym radiu, jaki jest sens ścigać 80-letnich pedofilów. Profesor od filozofii politycznej Ryszard Legutko najpierw założył, że 12-letnie chłopaki „same tego chcą”, a następnie wydedukował, że „to nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia”.  Nie zmarnował okazji także sam premier Morawiecki głosząc, że winni rozpowszechnienia tej zarazy są esbecy i komuniści.

Po okresie propagandowego woluntaryzmu PiS-owscy inżynierowie dusz otrząsnęli się w końcu i zaczęli klecić coś na kształt spójnego przekazu. Jest więc tak: generalnie problem pedofilii w Kościele został rozdmuchany, bo podobnie, a właściwie jeszcze gorzej, jest w innych grupach zawodowych, na przykład wśród nauczycieli i murarzy. Dlatego nie ma sensu powoływanie jakiejś cywilnej komisji do zbadania sytuacji w Kościele, to znaczy sens jest, ale trzeba zbadać sytuację we wszystkich środowiskach w całej Polsce. Podkreślać należy przy tym, że obecna władza dotychczas wiele zrobiła dla ukrócenia pedofilii, w odróżnieniu od poprzedników, którzy sprzeciwiali się ujawnianiu pedofilów w specjalnym rejestrze. Co prawda w tym rejestrze prawie nie ma księży, ale to wina korporacji sędziowskiej, która nie chciała skazywać duchownych.  Teraz sędziowie zwalają winę na prokuratorów, którzy nie stawiali przestępców w sutannach przed sądem, ale niby skąd policja i prokuratura mieli wiedzieć o tych przestępstwach, skoro w Kościele nie było dotąd obowiązku zgłaszania przypadków pedofilii organom ścigania?

Kiedy PiS potyka się o jakiś poważniejszy problem społeczny, to często ich jedyny dylemat sprowadza się do wyboru, czy użyć pałki czy rewolweru. Władza uznała, ze pedofilii w polskim Kościele zaradzić można podnosząc kary i ograniczając prawo sędziów do indywidualnej oceny sytuacji, poprzez zaciśnięcie widełek wyznaczających granice orzekania kary. Co prawda, wszyscy profesjonalni eksperci od dawna twierdzą, że o ograniczeniu skali przestępstw nie decyduje wysokość kary, a nieuchronność i szybkość jej wymierzenia, ale Kaczyński z Ziobrą wiedzą swoje. Więc jeśli kiedyś, po następnym filmie braci Siekielskich, okaże się, że 30 lat więzienia nie wystarczy, to pewnie zaproponują za pedofilię dożywotnie więzienie. Potem pozostanie jeszcze możliwość stosowania łącznie kary śmierci oraz grzywny.

Zastosowana przez rządzących terapia pedofilii w Kościele to jak zaordynowanie człowiekowi z uszkodzonym kręgosłupem leków na schizofrenię. Choćby minister Ziobro trzy razy dziennie publicznie deklarował swoje obrzydzenie do pedofilów, to nie przekona mnie, że jego prokuratorzy ścigać będą przestępców w sutannach z większą ochotą niż prokurator Piotrowicz ścigał księdza z Tylawy. Choćby Siekielscy wyprodukowali cały serial wstrząsających relacji o trądzie w polskim Kościele i choćby obejrzeli je wszyscy dorośli Polacy, to nie wyobrażam sobie, by obecna władza zgodziła się na skucie kajdankami choćby jednego biskupa. Już woli kompromitować się do reszty argumentami, że hierarchowie nie mieli dotąd żadnego obowiązku zgłaszania przestępstw podległych im księży. Jakby wycięto z kodeksu karnego cały rozdział XXV, począwszy od art. 197 traktujący o gwałtach. Jakby księdza, który przyczynił się do samobójstwa ministranta, nie dotyczył artykuł 151 KK. I w konsekwencji – jakby w polskim prawie nie było paragrafów karzących za współudział w przestępstwie, za pomoc udzielaną przestępcom, za ukrywanie przestępców i ich czynów.  Pominę konstytucyjny zapis o równości wobec prawa, bo rządzący już dawno uznali, że Konstytucja ich nie dotyczy.

Czemu PiS tak zacięcie broni Polakom dostępu do mrocznych tajemnic purpuratów, ryzykując utratę ostatnich rysów twarzy i resztek wiarygodności oraz narażając się na konflikt z przyzwoitą częścią hierarchów, którzy nie widzą „ręki podniesionej na Kościół”, ani tym bardziej na Polskę? Moim zdaniem jest tak: rządzący nie są zblatowani z całym Kościołem hierarchicznym, a jedynie z jego zaściankowym, zapyziałym odłamem, z tymi właśnie przedstawicielami Kościoła, którzy mają największe zasługi w kryciu przestępców w koloratkach. To sojusz bezczelnych arogantów i egocentryków przekonanych o swojej nieomylności uprawniającej do sprawowania rządu dusz. Łączy ich wizja Polski wolnej od wpływu cywilizowanych krajów, które poradziły już sobie z pedofilią kleru. PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów. Bronią się nawzajem ludzie zdemoralizowani, pazerni na doczesne dobra „które im się należą”, nieczuli na los krzywdzonych przez siebie „maluczkich”. Aroganccy dygnitarze od tronu i ołtarza, nawykli do hołdów i wymuszający posłuch, z konieczności żyją dziś w symbiozie .

Tacy ludzie przeważają dziś zarówno w Kościele, jak i we władzy świeckiej. Jeśli pozwolimy im panoszyć się dłużej, to obawiam się, że demolka Polski, a szczególnie polskich sumień, może okazać się nieodwracalna.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Morawiecki, certyfikowany kłamca, w sprawie odzyskania tupolewa, w której nic nie zrobił

9 Maj

Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie – ocenia prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków – mówi o zatrzymaniu Elżbiety Podleśnej

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie nad ranem Elżbiety Podleśnej za rozwieszenie plakatów z wizerunkiem Matki Boskiej z aureolą w kolorach tęczy nie jest nadgorliwością władzy?

JADWIGA STANISZKIS: To było absurdalne. Sama byłam niejeden raz aresztowana o 6 rano w czasach komuny i wiem, co się wtedy czuje. Nie widzę żadnej złej woli w tej tęczowej aureoli Matki Boskiej, nie widzę tu też profanacji. Dla mnie wyobrażenie takiej aureoli może nie jest do końca prawidłowe, ale oddaje na pewno silne uczucia. To zostało na wyrost skojarzone z seksualnymi odmiennościami jako symbol homoseksualizmu i LGBT, ale dla mnie to jest absurdalne.

Część osób z obozu władzy tłumaczy, że zostały obrażone ich uczucia religijne.
Ja tego nie rozumiem, może dlatego, że jestem bardziej odporna, bo mam swoje lata, przeżyłam komunizm i

trudno poczuć mi się wewnętrznie obrażoną przez coś takiego. Pewnie też dlatego, że sama wielokrotnie byłam obrażana.

Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków.

Czy ta nadgorliwość policji i szefa MSWiA może być pokłosiem wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”?
Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie.

On ciągle żyje w przekonaniu, że śmierć jego brata była czyjąś winą. To bardzo niebezpieczne, gdy osoba z kręgów władzy żyje w takim przeświadczeniu, bo to potem rodzi takie absurdalne słowa i zachowania.

Jak ocenia pani wystąpienie Donalda Tuska na UW?
Nie słuchałam go w całości, ale z tego, co widziałam na początku, to wystąpienie nie było uniwersyteckim wykładem. Sama pracowałam na UW i uważam, że wystąpienia w Auditorium Maximum powinny być raczej naukowe. Osobiście nie spodziewałam się, że ogłosi swój start w wyborach prezydenckich, chociaż myślę, że w nich wystartuje.

Jak ocenia pani słowa Jarosława Kaczyńskiego o reparacjach wojennych od Niemiec? To powrót do ostrej kampanijnej retoryki?
Nie wiem, jak to wygląda ze strony prawnej, czy w ogóle ubieganie się o takie reparacje byłoby możliwe. Oczywiście jest to szukanie na oślep jakichś argumentów, które miałyby sprzyjać kolejnemu zwycięstwu PiS-u.

Prawdą jest, że Polska była kompletnie zniszczona po wojnie. Ja pamiętam tamte czasy, bo urodziłam się w 1942 roku. Po wojnie zamieszkaliśmy w Gdańsku i pamiętam to morze ruin, natomiast nie wiem, czy w tym momencie sięganie po takie argumenty jest właściwe. Rozumiem, że

w kampanii wyborczej partie odwołują się do różnych spraw, a czasem próbują grać na najniższych instynktach.

To świadczy o tym, że kampania weszła w decydującą fazę?
Myślę, że ta kampania i wybory majowe to taka próba generalna, ale oczywiście widać ten moment wtłaczania argumentów wspierających własną stronę. Dla mnie to już jest męczące, bo w dużej części to powtarzanie starych banałów. Tymczasem sytuacja globalna jest tak skomplikowana, podobnie jak sytuacja Polski, że dobrze by było, gdyby w kampanii mówiono innym językiem i o innych sprawach.

Te ogromne środki, które przez rząd są rozdawane i wydawane, powinny zostać przeniesione na edukację i inwestycje, żeby tworzyć nowe miejsca pracy w nowych technologiach, podnieść poziom społeczeństwa. Tymczasem mamy powtórkę z tego, co już było, a kampanią rządzą indywidualne ambicje. Ci, którzy już są na stanowiskach, mówią o pieniądzach, które zarabia się w Parlamencie Europejskim, zamiast o sprawach, które są istotne. Dla mnie to żenujące.

Za nami kolejny dzień matur. Decyzja o zawieszeniu strajku przez nauczycieli była słuszna?
Myślę, że ze względu na uczniów i maturę to była dobra decyzja. Inaczej uczniowie straciliby cały rok. Moim zdaniem nauczyciele są jednym z najbardziej odpowiedzialnych środowisk i zawodów i pokazali, że rozumieją interesy swoich uczniów, a także, że są gotowi je realizować nawet kosztem własnych potrzeb.

Co do postawy rządu Morawieckiego, to uważam ją po prostu za nieprzyzwoitą.

Rząd PiS-u przy ich pięknych hasłach wyborczych i jednocześnie brutalnej polityce, którą prowadzi wobec takich środowisk jak nauczycielskie, jest nie do przyjęcia. A pamiętajmy, że to przecież nie tylko nauczyciele zostali w ten sposób potraktowani. Przyznam, że już nie mam siły angażować się w kolejną walkę, ale to, co się dzieje, jest poniżej jakiejkolwiek normy.

Sama brałam udział w strajku w Stoczni i pamiętam, jak to wyglądało, pamiętam też strach i poczucie zagrożenia, ryzyka w imię wolności i godności. Myślę, że ludzie nie rozumieją do końca, o co chodzi nauczycielom, i myślą, że chodzi tylko o kwestie finansowe. Nauczyciele też sami nie wytłumaczyli dokładnie, o co im chodzi w tym strajku, mówiono tylko o podwyżkach, pensum itd., a to błąd. Powinni mówić więcej o poziomie edukacji i w ogóle o kwestii nauczania jako głównej szansy Polski, która jest kluczowa dla przyszłości.

Czy protest, który rozpocznie się na nowo we wrześniu, może być kłopotem dla PiS-u w kontekście jesiennych wyborów? Teraz obeszło się praktycznie bez konsekwencji dla rządzących.
To może być problem, szczególnie jeżeli nauczyciele przedstawią ogólną diagnozę, jakie są perspektywy Polski i jak ważna jest edukacja. Także jak ciężka jest ich praca, bo przecież lekcje to jedno, a przygotowywanie się w domu do nich to drugie tyle.

To też jest rola mediów, które sprowadziły w dużej mierze ten strajk do kwestii płacowych.

Szczególnie w mediach publicznych nauczyciele byli przedstawiani jako nieroby, którzy mają dwa miesiące wakacji.
Ja sama, gdy została wyrzucona w 1968 roku z Uniwersytetu, pracowałam przez jakiś czas w liceum pielęgniarskim na warszawskim Solcu nad Wisłą i pamiętam, że był to nawet większy wysiłek, niż wyspecjalizowane wykłady na wydziale socjologii, gdzie wcześniej pracowałam. Praca nauczyciela jest naprawdę bardzo ciężka i ludzie tego nie doceniają.

„Wszyscy pójdziecie do pierdla” – tymi słowami artysta zwrócił się do kilkunastotysięcznej widowni festiwalowej zapowiadając swój utwór. „Ja go zanucę, a Wy go zaśpiewajcie” – powiedział artysta.

Kilkanaście tysięcy gardeł poniosło pieśń żwawo, rześko i melodyjnie. Był rok 1993, festiwal w Jarocinie, artystą był Paweł Kukiz wówczas z zespołem Piersi, a utwór nosił tytuł „ZChN zbliża się”. Wstęp Pawła nie był od czapy, tylko miał swój sens. Otóż Paweł wraz ze swoim zespołem otrzymał zakaz wykonywania publicznie tego utworu. Wystąpili z tym do sądu Posłowie ZChN – i taki wyrok zapadł. Kuriozalny dla mnie i dla wielu artystów. Zapachniało powrotem cenzury. Nikt nie wiedział, czym to się może w tamtym czasie skończyć. Zespół pozwalał więc sobie na takie wybiegi, a nawet szedł dalej i w moim programie „Róbta, co chceta” o tym zakazie mówił przebrany w stroje pożyczone z zakładu karnego.

Dla młodych czytelników wyjaśnienie – ZChN to skrót nazwy partii – Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, a piosenka, mówiąc najkrócej, opowiada o przygodach księdza proboszcza objeżdżającego swoich wiernych po kolędzie. Śpiewana była na melodię tradycyjnej pieśni kościelnej i istotnie, publiczność nie miała trudności aby ją zanucić, a tym bardziej zaśpiewać. W tamtym czasie piosenka była mega popularna, czego dowodem było wykonanie przez publiczność w Jarocinie. Nie był to jedyny przypadek, kiedy posłowie partii ZChN publicznie, czyli na sali Sejmu RP, podejmowali temat cenzurowania dokonań artystów, którzy – jak wiemy – w systemie demokratycznym i wolnościowym uwielbiają wszelkiego rodzaju prowokacje i wyzwania. Ze swojej natury chcą pobudzać, budzić emocje, a czasem chcą gorszyć, prowokować, bulwersować, a granica między profanacją a obrazą bywa bardzo cienka. Istotą takiej sztuki jest to, że jest to artysta i jego dzieło, którego odbiór to nasza wolna wola – możemy nie brać go pod uwagę, nie oglądać, nie korzystać z tego przekazu. Można zamknąć książkę, wyłączyć telewizor, nie iść do kina, nie patrzeć, nie słuchać.

Dzieło Pani Elżbiety Podleśnej, czyli nadrukowany na kartce papieru wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w formie kolorowej tęczy, jest fantastycznym przykładem przekazu artystycznego. Jest to dalszy ciąg podobnych dzieł, jakie powstawały na przestrzeni wieków, motywowanych treściami religijnymi. Zachwycająca tęcza w „Sądzie Ostatecznym” Memlinga była dla mnie, urodzonego w Gdańsku i oglądającego ten obraz w Kościele Mariackim, nieprawdopodobnym przeżyciem. Sama istota tęczy, którą od dziecka kojarzę ze słodyczami i najpiękniejszymi ilustracjami z dziecinnych lektur, to absolutna doskonałość, której zasad uczyli mnie moi nauczyciele wychowania plastycznego w szkole podstawowej.

Z jakim zdziwieniem wiele, wiele lat temu zauważyłem, że znana mojemu pokoleniu, a założona jeszcze przed wojną, Spółdzielnia Spożywców Społem jako swój znak firmowy ma kolory tęczy! Wizerunek Matki Boskiej z tęczą, w którym to wizerunku artysta nie dodał żadnej nazwy, żadnego znaku, żadnej dodatkowej legendy, jak to czytać i interpretować, jest esencją kultury sztuki, która otwiera nam nieprawdopodobną ilość ścieżek dla własnego rozumienia przekazu. Obraz „Jan Sobieski pod Wiedniem” Jana Matejki znajdujący się w Muzeum Watykańskim czytamy i jednoznacznie, i jednokierunkowo. Nota bene – tu także występuje tęcza! Od lewa do prawa. Najlepsze dzieła to te, które nie próbują stawiać kropki nad „i”. I z takim dziełem mamy tu do czynienia. Dziełem, które – moim zdaniem – także pozwala na interpretacje związane z mówieniem o obrazie katolicyzmu. Dla mnie dzieło to mówi o nieskończonej miłości do Świata Bożego, który roztacza się pod naszym niebem.

Za to z pewnością to dzieło Elżbiety Podleśnej nie może być wytłumaczeniem do pukania do drzwi artysty o 6 rano, aby zabrać na przesłuchanie celem postawienia jakichś zarzutów. Nigdy, nigdy, przenigdy takie zdarzenie nie będzie miało żadnego sensowego uzasadnienia, więc abstrahując od oceny artystycznej dzieła, o której w wolnym kraju możemy debatować – nie możemy zgadzać się na takie zachowania polskiej policji. Zwłaszcza my, artyści, twórcy, dziennikarze, bo 6 rano to nie pora, aby w sprawie sztuki budziło nas policyjne pukanie.

Dziękuję wszystkim artystom, którzy wspierają nasze fundacyjne działania. Dziękuję wszystkim artystom, którzy będą z nami na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, gdzie sztuka nie ma granic, gdzie w atmosferze dyskusji, tolerancji i wzajemnego poszanowania spotykamy się z ogromną ilością artystycznych przeżyć. Na końcu powodują one, że w naszych sercach rodzi się nie tylko znajomość, ale także przyjaźń do sztuki, która nie musi być akceptowana, ale która musi być wolna!

 

Największy problem z szumem wokół Leszka Jażdżewskiego polega na tym, że on nic szczególnego nie powiedział. Nie była to wypowiedź ani obraźliwa, ani cyniczna, ani oszczercza, ani kłamliwa. A takich jest przecież mnóstwo.

Reakcja na jego mowę pokazuje jak daleko zaszła nasza autocenzura i strach przed wolną myślą, w jak bardzo nienormalnych czasach żyjemy: gdzie zwykła szczerość jest skandalem a uczciwość intelektualna – aktem heroizmu.

Jeszcze rozumiem potępienie Schetyny, który jest politykiem strachliwym i bez wyobraźni (obecnie potwornie boi się utracić kościółkowy PSL) ale zachowanie Moniki Olejnik, która pokornieje przy Bieleniu, zachwyca się Giertychem i atakuje (jak przekupa) Jażdżewskiego – jest absolutnym skandalem. Nie pamiętam jej tak agresywnej przy bonzach PiSu. Może pora by zmieniła stację? W ekipie Kurskiego z pewnością nie musiała by zapraszać młodych intelektualistów…

>>>

W ogóle coś się niedobrego dzieje ze stacją TVN, płynie w kierunku Polsatu a Polsat już się wita z gąską to znaczy z kaczką. Źle się dzieje!.

Eksperci Edukacyjnego Laboratorium Mediów Społecznościowych z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie sporządzili raport o TVP w 2017 r. Przeanalizowali m.in. programy informacyjne z dni 10-16 lutego 2017. Dokument zamówiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, za co zapłaciła 79,5 tys. zł – informuje Gazeta Wyborcza i podaje, że przez półtora roku     odmawiała dziennikowi dostępu do tego dokumentu.

Choć to niezgodne z literą prawa, trudno się temu dziwić. Raport, mówi bowiem wręcz: „Kiedy ogląda się telewizję publiczną, można odnieść wrażenie, że Polska to kraj monopartyjny”- ujawnia Gazeta Wyborcza.

„Zbyt jednostronne informacje polityczne i gospodarcze, brak krytycznego podejścia do prezentowanych treści, brak pluralizmu i bezstronności” – to zarzuty wobec „Wiadomości” TVP nadawanych o godz. 19.30.

Naukowcy zwracają uwagę na pojawiające się materiały „o charakterze propagandowym – wychwalające sukcesy rządu”, a także „przewagę setek wypowiedzi dziennikarzy oraz publicystów kojarzonych z opcją rządzącą czy prawicą”.

Jak czytamy w „Wyborczej”, wśród walorów „Wiadomości” wymieniono m.in. aktualne informacje, większość materiałów własnych czy dobre tempo audycji i poprawny język. Oceniając warsztat poszczególnych dziennikarzy zaznaczają, że np. Michał Adamczyk „od czasu do czasu za mocno akcentuje niektóre słowa, szczególnie w materiałach krytykujących opozycję”, a Danuta Holecka używa „pojedynczych zwrotów nacechowanych i wartościujących”

Tak samo źle wypada w raporcie naukowców „Teleexpress”, w którym autorzy dostrzegli „miażdżącą przewagę jednej opcji politycznej – partii rządzącej PiS”.

Kaczyński robi po butach

8 Maj

Poseł Krzysztof Brejza jest w życiowej formie. W gronie czynnych polityków opozycji nikt tak sprawnie nie atakuje partii rządzącej. Teraz oberwało się samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Nowy Napoleon?

Brejza postanowił wyciągnąć trupa z szafy. Trzy lata temu lider PiS starał się w Polsce kreować na lidera europejskiego formatu, który miałby receptę na uzdrowienie – jego zdaniem chorej – Unii Europejskiej. W 2016 r. Kaczyński twierdził, że poprosił prawnika, by ten „przygotował nowe traktaty” dla europejskiego sojuszu.

Poseł PO postanowił powiedzieć „sprawdzam” i zweryfikować, ile wyszło z planów Prezesa. W tej sprawie skierował swoje kroki do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Odpowiedź musiała zmrozić zwolenników PiS. Okazuje się, że resort „nie posiada żadnych nowych informacji w tej sprawie”. Krótko mówiąc: Kaczyński zadeklarował w mediach, że zleci przygotowanie traktatów europejskich, które – ponownie: w jego rozumieniu – uzdrowią Europę. Ostateczna odpowiedź ministerstwa świetnie nadawałaby się jednak na temat nieszczególnie zabawnych filmików z Youtube’a z serii „Oczekiwania a rzeczywistość”.

Lider PiS niczym Napoleon miał wielkie ambicje, ale kończy na wyspie Św. Heleny. Polska dyplomacja jest dziś raczej skłócona z europejskimi potęgami. O sukcesie na miarę Jerzego Buzka czy Donalda Tuska żaden z polityków Zjednoczonej Prawicy nie może nawet marzyć.

Europejska rozgrywka  

Oczywiście powyższe odnosi się do obecnego rozłożenia głosów w Parlamencie Europejskim. Jeśli w kolejnym, majowym rozdaniu większość uzyskają partie eurosceptyczne, pozycja PiS w Europie może się umocnić. Pytanie brzmi jednak, czy nie będzie to oznaczało rozpoczęcia procesu rozpadu eurowspólnoty.

Unia Europejska nie jest oczywiście organizmem idealnym. Jeśli spojrzymy na nią jednak w skali obecnej geopolityki, możemy uznać, że Europa podzielona, będzie zbyt słaba, by być poważnym partnerem dla czołowych mocarstw: USA i Chin. Dlatego istotne jest przetrwanie UE. Czy to się uda? Odpowiedzią na to w sporej mierze będą nadchodzące wybory. To, na kogo Europejczycy zagłosują w tym czasie, może zadecydować o przyszłości kontynentu w wymiarze politycznym i gospodarczym na całe pokolenie.

Nagonka na Donalda Tuska w mediach publicznych, które są pokazową tubą propagandową partii rządzącej, trwa w najlepsze. Pretekstem stał się przyjazd do Polski przewodniczącego KE i wygłoszenie dwóch wykładów, na Uniwersytecie Warszawskim i poznańskim. Nie ma co, PiS boi się Tuska jak diabeł wody święconej, więc nie odpuści.

Przekaz z wczorajszych „Wiadomości” był bardzo jednoznaczny. Donald Tusk pojawił się w Polsce, bo chce namieszać i nie kryje swoich politycznych ambicji. Swoim wystąpieniem w Poznaniu nawiązał do „do ataku na polski Kościół”, bagatelizując słowa Jażdżewskiego. Mało tego, „rzetelni dziennikarze” przywołali fragment wypowiedzi Tuska z 1987 roku, gdy na pytanie, po co nam Polska, odpowiedział, że „po nic. Uważam, że Polska jest wielkim genetycznym i kulturowym obciążeniem” i „Polskość to nienormalność”. Oczywiście był to zabieg celowy, który miał pokazać jak bardzo poglądy i antypolskość przewodniczący KE są zbieżne z tym, co mówi Jażdżewski.

Oczywiście, kolejny już raz podkreślono, że za Donaldem Tuskiem stoją murem Niemcy, którzy uważają go za „najważniejszego polityka opozycji”, a tak w ogóle to ta właśnie opozycja jest winna śmierci rektora Politechniki Gdańskiej, który zmarł na zawał, zdenerwowany krytyką za udostępnienie Sali na konwencję PiS, czyli…. to wina Tuska.

Nieważne, że Donald Tusk nic nie mówi o swoim ewentualnym powrocie do polskiej polityki. Nieważne, że przyznał, iż z pewnymi tezami Jażdżewskiego się nie zgadza. Takich szczegółów Polacy nie muszą znać. Ważne, by przekonać ich, że Donald Tusk to samo zło, a jego powrót to będzie katastrofa.

No proszę, do czego posuwają się pisowskie media, gdy strach zakłóca im logikę myślenia…

Autor dwóch kontrowersyjnych książek demaskujących rzekome powiązania byłego szefa MON, zaufanego Jarosława Kaczyńskiego – Antoniego Macierewicza, nie próżnuje. Tym razem w polu zainteresowania Tomasza Piątka znalazł się obecny szef rządu Mateusz Morawiecki. 9 maja na półki księgarskie trafi książka zatytułowana „Morawiecki i jego tajemnice”.

Autor dowodzi w niej, że obecny premier jest pośrednio związany z Kremlem i Mafią Sołncewską oraz rosyjskim wywiadem dzięki powiązaniom z takimi osobami i organizacjami jak Tomasz Misiak, Adam Andruszkiewicz czy Solidarność Walcząca.

Przekonuje, że za tzw. aferą taśmową stały rosyjskie służby. Nie wyklucza, że premier zna osobiście Marka Falentę i dowodzi, że ich wspólnym znajomym jest wspomniany Misiak – który miał wprowadzać Falentę „na salony”. Pisze, że w willi biznesmena miał mieszkać Pierre Konrad Dadak, przedstawiany jako handlarz bronią i członek mafii sołncewskiej. Jak przekonuje Piątek, rządzi nią Michaił Fridman, ściśle współpracujący z rosyjskim wywiadem GRU i Kremlem.

Piątek sugeruje w swej najnowszej publikacji, że do otoczenia Putina prowadzą też rzekome powiązania Morawieckiego z politykami. Wskazuje na Adama Andruszkiewicza, powołanego niedawno na stanowisko wiceministra cyfryzacji, a który został uznany przez „organizację ekspercką Political Capital za pośrednie narzędzie Rosji”. Podobnie – Sylwester Chruszcz, który razem z nim dostał się do Sejmu z list Kukiz’15, a później dołączył do koła poselskiego „Wolni i Solidarni”, założonego przez ojca premiera. Przypomina, że przed 10 laty Chruszcz współtworzył wraz z Mateuszem Piskorskim zaplecze otwarcie prorosyjskiej partii „Zmiana”. Ten drugi od trzech lat przebywa w areszcie podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin.

Na dodatek Piątek przekonuje, że utworzona przez ojca premiera „Solidarność Walcząca” była infiltrowana przez polski, enerdowski i radziecki wywiad. Autor opisuje, jak związki polityczne i biznesowe, które w latach 80. i na początku 90. powstały wokół Mateusza Morawieckiego w dużym stopniu ukształtowały go jako ekonomistę i polityka.

Dwie poprzednie książki Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu wzbudziły liczne kontrowersje. Mimo oskarżeń o kłamstwa i manipulowanie faktami, autor nie został pozwany. Prokuratura nie podjęła też dochodzenia po zawiadomieniu, jakie w sprawie pierwszej publikacji złożył Antoni Macierewicz.

PiS nadaje ton debacie publicznej, a liberalne elity na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie

Wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, przed wykładem Donalda Tuska było ciekawym testem na dwie rzeczy. Po pierwsze na to, czy liberalne media i komentatorzy nauczyli się myśleć samodzielnie i nie biec stadnie, natychmiast, za każdym tematem i emocją, podrzucaną przez sztabowców PiS.

Po drugie, testem dla polityków, jak bardzo wciąż boją się kościoła. Część komentatorów i szef PSL, Władysław Kosiniak Kamysz ten egzamin oblali z kretesem.

Obserwując reakcje na przemówienie szefa magazynu Liberte!, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Nie powiedział niczego szokującego, nikogo nie obraził. Powiedział, jak jest i powiedział prawdę, między innymi o zachowaniu kościoła katolickiego w Polsce i jego konsekwencjach dla tej instytucji. Stał się jednak obiektem takiej nagonki, także ze strony liberalnych i lewicowych komentatorów, że nie wierząc własnym oczom, sięgnęłam do tekstu jego przemówienia jeszcze raz i przeczytałam je z wielką uwagą pod kątem wykrycia treści, które najwyraźniej na mnie robią wrażenia, ale mogły zszokować nawet rozsądnych, nowoczesnych ludzi. A nuż wykryję coś, co umknęło mi w ferworze majowych wydarzeń?

Nie znalazłam niczego.

Bo czy jakiegokolwiek rozsądnego i przytomnego człowieka zaszokować może banalne stwierdzenie, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu”?

Czy może zgorszyć skonstatowanie oczywistego faktu, iż „Polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”, a krzyża używa „jak pałki, żeby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”?

A może, pomyślałam w desperacji, Jażdżewski zasmucił oświecone liberalne głowy stwierdzeniem oczywistości, którą sami przy każdej okazji powtarzają: że trzeba zmienić zasady publicznej debaty, bo „rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje (…) nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi?”.

Chyba nie…

Cóż, wydumałam, wciąż nie mogąc w przemówieniu wytropić niczego niewłaściwego, zapewne chodzi o to, że Jażdżewski śmiał powiedzieć, że „Nie może być mowy o odnowie polityki, jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz”? . I że „ci, których łączy tylko matematyka, będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem”?

Ale nie, po stokroć nie! – przecież to wszystko jest oczywiste, proste, wręcz banalne i wcale nie powinno być tematem dyskusji! Że jest, jak powiedział, widzimy przecież wszyscy. Wystarczy otworzyć oczy. Jażdżewski nie zaatakował katolików ani kościoła (skrytykował wyłącznie kościół instytucjonalny, który zachowuje się niegodnie i faktycznie dawno już stracił moralny mandat do bycia sumieniem narodu. Zresztą, na marginesie, dlaczego miałby być sumieniem narodu? Jeśli już to najwyżej sumieniem katolików). Był ostry, z pazurem, polemiczny, ale nikogo nie obraził.

O co więc chodzi?

Czemu dostał baty z własnej, wydawałoby się, centrowej, umiarkowanej strony?

Moim zdaniem, krytycy dali się (nieświadomie oczywiście) po raz kolejny ponieść narracji PiS.

Nie chodzi o wymienianie nazwisk (nie chcę, żeby znienawidzili mnie moi szacowni koledzy), tylko o proces, który można prześledzić krok po kroku, i na który niemal natychmiast zwrócili uwagę co bystrzejsi internauci.
Proces atakowania i dezawuowania wystąpienia Donalda Tuska (jako wydarzenia, niezależnie od tego co powie lub zrobi) i jego treści.

Miał on swoją logikę i kolejność. Najpierw posłowie i sympatycy PiS w internecie i mediach próbowali umniejszyć to wydarzenie. „Tusk spodziewa się, że ludzie przyjdą na niego popatrzeć?” – wyśmiewał się na TT poseł PiS, manipulatorsko fotografując pusty placyk pod telebimem, na którym miało być emitowane przemówienie szefa RE. Zapomniał dodać, że fotkę wykonał dużo wcześniej przed planowanym czasem wystąpienia, więc brak publiki niczego nie dowodził.

Kiedy to nie chwyciło i okazało się, że na wykład przybyły tłumy i tłum czekały na wyjście Tuska z uniwersytetu, rządowa machina propagandy wyprodukowała kolejny przekaz: przemówienie miało być nudne, flaki z olejem, jakaś ekologia, nowoczesność, przyszłość, masło maślane, sam Tusk bez charyzmy i polotu, poprawny, ale nudziarz, jednym słowem, Tusk się kończy …

Po kilku godzinach okazało się, że i to nie chwyciło. Internet szalał, Anna Mierzyńska pokazała, że Donald Tusk zrobił 12 milionów „zasięgów”, a defilada wojskowa emitowana w rządowych mediach tylko cztery. Tusk zdecydowanie Polaków ciekawił i chcieli go wysłuchać.

I wtedy dopiero, jako ostatnią deskę ratunku, podrzucono sklecone naprędce z niezbyt nadającego się do tego przemówienia Jażdżewskiego (które było mocne, fajne i słuszne, ale nie padło w nim przecież nic, co dotąd by wiele razy w debacie publicznej nie wybrzmiało) hasło: Jażdżewski zaatakował kościół. W domyśle: To on, Donald Tusk, wróg Polaków pozwolił, by Jażdżewski brutalnie zaatakował kościół!

Mam wrażenie, że sami PiS-owcy podrzucali temat bez przekonania, a jednak… chwyciło! Co za radość!

Nagle przegrzał się internet i twitter, facebook i portale, rozemocjonowani liderzy opinii komentowali w studiach tv (sądząc po jakości opinii, większość z nich przemówienia Jażdżewskiego nie słyszała, ani nie czytała) – powtarzając propagandowe wrzutki sympatyków władzy.

Bo – niestety – te same argumenty, których na skrajnie prawicowych forach używali fani PiS, zostały powtórzone przez część najważniejszych liberalnych komentatorów.

A więc: moment był niewłaściwy (wiadomo, że przed wystąpieniem Donalda Tuska można było albo wygłosić pean na jego cześć, tak jak w PiS wygłasza się peany na cześć prezesa albo mówić o niczym, żeby uśpioną salę obudził dopiero DT).

Metafora o świniach (znana przecież i powszechnie używana) to atak na kościół! Obraza katolików (z tego powodu od przemówienia odciął się właśnie Kosiniak – Kamysz, który w trakcie przecież klaskał i przyznam, że byłam zażenowana patrząc na to).

Cała ta sytuacja pokazała, że ciągle jeszcze PiS nadaje ton debacie publicznej, a mające aspiracje do pokonania go liberalne elity choć werbalnie stroszą piórka, na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie.

Radziłabym zyskać nieco odwagi i wziąć sobie do serca niedawne słowa Christine Amanpour, że dziennikarz nie powinien być neutralny, tylko mówić prawdę. Ja rozszerzyłabym to po prostu na ludzi, zwłaszcza tych, którzy kształtują opinię publiczną. Nie bądźcie neutralni, poprawni. Mówcie prawdę, a wszystko będzie dobrze.

Kaczyńskiemu nawala zdrowie. Do końca walczy o to, aby zniszczyć Polskę

5 Maj

Wydaje się, że prezes Kaczyński uważa siebie za człowieka, którego nikt nie może zastąpić, szczególnie w czasie kampanii wyborczej.

Świadczyć o tym może lekceważenie zaleceń lekarzy i nieustanne odkładanie koniecznych zabiegów. Jednym z nich jest wszczepienie endoprotezy stawu kolanowego, któremu Jarosław Kaczyński miał poddać się jeszcze w styczniu.

Jak udało się ustalić dziennikarzom „Super Expressu” zabieg został przełożony na koniec tego roku lub początek przyszłego. „Bardzo chcemy wygrać wybory, a zabieg w połączeniu z rehabilitacją wyłączyłby Jarosława z codziennego funkcjonowania i z kampanii” – powiedział dziennikowi jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości.

Polityk zdradził przy okazji, że w ostatnich miesiącach Kaczyński zmagał się również z infekcją i gronkowcem.

Są takie momenty kiedy wszystkiego mi się odechciewa, jestem zdemotywowany i zmęczony. I wtedy wchodzi Pawłowicz, cała na, no cała po prostu. Sukces mnie kopnął normalnie. Raciczką” – napisał na swoim Twitterze Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny pisma „Liberte!”, które we współpracy z Uniwersytetem Warszawskim współorganizowało spotkanie z szefem Rady Europejskiej, po tym jak posłanka Pawłowicz nazwała go „satano-faszystą”.

Jażdżewski, przemawiający w piątek przed Donaldem Tuskiem, ostro skrytykował polski Kościół. W jego opinii „Kościół katolicki w Polsce nie ma prawa moralnego, by sprawować funkcję sumienia narodu. […] obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze. […] zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa i gdyby dzisiaj Chrystus był ponownie ukrzyżowany, to prawdopodobnie przez tych, którzy używają krzyża jako pałki do tego, aby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”.

Słowa Jażdżewskiego spotkały się z ostrą krytyką prawicowych mediów i przedstawicieli Kościoła. Ks. Daniel Wachowiak napisał, że słysząc takie słowa jako chrześcijanin, wyszedłby ze spotkania.

Z kolei w opinii Piotra Semki przemówienie Jażdżewskiego było zaplanowaną strategią Donalda Tuska. „Używa Jażdżewskiego dokładnie tak samo jak kiedyś spuszczał że smyczy Palikota. Do gryzienia oponentów i mówienia rzeczy, których samemu nie chce mówić na głos” – napisał na Twitterze dziennikarz.

Jednak największy atak na naczelnego „Liberte!” spadł ze strony Krystyny Pawłowicz, która uznała, że samo przemówienie Jażdżewskiego, obecność szefa RE, jak i skład słuchaczy, to niezbity „DOWÓD na realne zagrożenie dla katolicyzmu ze strony opozycji.”

Posłanka domaga się reakcji hierarchów kościelnych: „Czy będzie reakcja ze strony polskiego Kościoła na pokaz nienawiści i pogardy dla polskich katolików na spotkaniu D.TUSKA z jego intelektualnymi elitami? Wiem, że niejaki Jażdżewski to nie partner do rozmowy, ale na wulgarny publiczny atak na katolików NIKT nie zareagował, też D.Tusk. Brońcie nas!”

Prezes PiS, kierując się cyniczną kalkulacją, wyhodował monstrum skrajnej prawicy. I stracił nad nim kontrolę.

Nacjonalistyczny marsz przeciwników UE w Warszawie 1 maja pokazał, że na prawo od PiS-u rośnie nowa siła. Nie pierwszy to taki sygnał – wyraźnie widzieliśmy to już 11 listopada zeszłego roku, kiedy PiS-owi nie udało się przejąć kontroli nad Marszem Niepodległości i w efekcie ulicami Warszawy najpierw przeszła nieduża grupka zwolenników rządu z politykami partii rządzącej na czele, a dopiero później w pewnym oddaleniu od oficjeli na ulice wylał się znacznie większy tłum skrzyknięty przez nacjonalistycznych radykałów.

Trendy ujawniające się w wystąpieniach ulicznych zaczynają już też być widoczne w sondażach – prawicowa Konfederacja od jakiegoś czasu ociera się o próg wyborczy, a ostatnio czasami go nawet przekracza. Wydaje się więc, że stało się to, czego Jarosław Kaczyński bardzo chciał uniknąć: konkurenci zaszli PiS z prawej strony. To oznacza wyrok śmierci dla Kukiza, który pozbawiony wsparcia narodowców raczej nie ma większych szans na utrzymanie się na powierzchni, ale także zagrożenie dla partii rządzącej, która chciała mieć monopol na narrację prawicowo-nacjonalistyczną.

Nacjonalistyczne mięso armatnie PiS-u

Przez lata Kaczyński dokładał starań, by nie pójść drogą węgierskiego Fideszu, który od samego początku musiał rywalizować o głosy nacjonalistycznego elektoratu ze skrajnie prawicową partią Jobbik (dopiero ostatnio Jobbik zmienił wizerunek, przesuwając się do centrum). Prezes PiS chciał, by jego partia nie miała na prawicy rywali – w tym celu wasalizował i wchłaniał potencjalnych konkurentów, oddając ich liderom (Gowinowi, Ziobrze) stanowiska w rządzie.

Natomiast narodowców, faszyzujących zadymiarzy, ONR-owców, Wszechpolaków i nacjonalistycznych kiboli zlekceważył. Uznał, że to tylko podatne na manipulację „mięso armatnie” polityki, którym można się posłużyć do swoich celów. Najwyraźniej nie sądził, że środowiska te mogą kiedykolwiek na tyle się wzmocnić, by zakwestionować jego monopol na prawicy.

Przez lata więc PiS flirtował ze skrajną prawicą, dopuszczał jej przedstawicieli do głosu, otaczał antysemitów, nacjonalistów i zwykłych faszystów dyskretną opieką, dbał, by nie spotkały ich zbyt poważne konsekwencje prawne. Śledztwa prokuratury wobec tych środowisk były umarzane lub wlokły się latami, nie mogąc dojść do końca, sprawy były cofane do uzupełnienia materiału dowodowego, a gdy już dochodziło do procesów, prokuratura występowała o złagodzenie wymiaru kary – i tak dalej. W intencji rządzących wszystko to miało być czytelnym sygnałem wypuszczonym w kierunku elektoratu skrajnej prawicy: my jesteśmy waszymi prawdziwymi przyjaciółmi, głosujcie więc na nas.

Zeszłoroczny Marsz Niepodległości był pierwszym zwiastunem kłopotów – pokazywał, że nacjonalistyczna prawica emancypuje się i zyskuje pozycję pozwalającą jej myśleć o odegraniu samodzielnej roli w polskiej polityce.

Oczywiście Kaczyński sam jest odpowiedzialny za sprokurowanie sobie – i całej Polsce – tych kłopotów. Kierując się cyniczną kalkulacją i żądzą władzy, niczym doktor Frankenstein przez lata hodował skrajnie prawicowe monstrum, sądząc, że zawsze je będzie kontrolować. Teraz potwór wyrwał się na wolność i zagraża swojemu stwórcy.

Kaczyński nie uczy się na własnych błędach

Swoją drogą, wystawia to kiepskie świadectwo Kaczyńskiemu jako politykowi zdolnemu do przewidywania konsekwencji swych działań. Zwłaszcza, że raz już miał z podobną sytuacją do czynienia – w 1990 roku podczas wyborów prezydenckich. To przecież on był wówczas inicjatorem i mózgiem kampanii Lecha Wałęsy. I to on wymyślił, by flirtować z antyestablishmentowym populizmem i antysemityzmem, rozbujać nastroje społeczne, podsycać wrogość do wielkomiejskich elit, kwestionować kształt reform rynkowych, kreować wrogość do warstw wykształconych i przedsiębiorców. To Jarosław Kaczyński, kryjąc się w cieniu Lecha Wałęsy, był motorem kampanii, w której padały słowa o wymachiwaniu siekierą i puszczaniu „wrogów ludu” w skarpetkach.

Efektem tego odwołania się do populizmu było pojawienie się Stana Tymińskiego, który w tej konkurencji okazał się zawodnikiem znacznie lepszym. Wałęsę przed klęską w drugiej turze uratowało wsparcie ze strony tych, którzy mieli być puszczani w skarpetkach – wyborcy lewicowi, centrowi i liberalni zacisnęli zęby i kierując się odpowiedzialnością za kraj zagłosowali na tego, który jeszcze wczoraj ich obrażał.

Najwyraźniej Kaczyński nie uczy się na błędach. Po prawie trzydziestu latach od tamtej kampanii zastosował tę samą metodę „kontrolowanego” rozhuśtywania nastrojów i flirtowania z nacjonalizmem. I efekty są takie same – pojawił się rywal, który w tej konkurencji jest znacznie lepszy.

Spóźniony alarm w obozie władzy

W obozie PiS-u najwyraźniej już zdają sobie sprawę, że skrajnie prawicowa Konfederacja jest w tych wyborach groźnym konkurentem – może pokonać próg, odbierając PiS-owi mandaty i przyczyniając się w ten sposób do zwycięstwa Koalicji Europejskiej. Oficjalna propaganda przestała więc nacjonalistów oszczędzać i szuka na nich wszelkich możliwych haków: „Marek Bosak, brat jednego z liderów Konfederacji Krzysztofa Bosaka, należy do kadry zarządzającej w firmie Vivus, której większościowym udziałowcem jest rosyjski oligarcha Oleg Wiktorowicz Bojko” – podaje Niezależna.pl, a w ślad za nią TVP.Info. „Kandydatka Konfederacji broniła sowieckich pomników w Polsce i odwiedziła Krym” – ujawniają te same portale. „Kandydat Konfederacji profesor Włodzimierz Osadczy był promotorem Ludmiły Kozłowskiej” – dodaje portal wpolityce.pl.

Wydaje się jednak, że już jest za późno. Doktor Frankenstein Kaczyński nie zdoła zagnać z powrotem do klatki potwora, którego wyhodował. A skoro tak, to liczyć się trzeba z dwoma rodzajami konsekwencji.

Po pierwsze, w obozie władzy nasilą się podskórne napięcia i tendencje odśrodkowe. Od dawna widać wyraźnie, że Zbigniew Ziobro z trudem pohamowuje wybujałe ambicje i podporządkowuje się liderowi. I to właśnie on odgrywa rolę głównego mecenasa i adwokata nacjonalistów. Teraz może uznać, że pojawienie się nowego ośrodka na skrajnej prawicy wzmacnia jego pozycję przetargową wewnątrz obozu władzy i pozwala mu postawić prezesowi twardsze warunki.

Po drugie zaś, środowiska opozycyjne muszą się liczyć ze zmianą narracji w obozie władzy. Pojawienie się rywala na prawo od PiS-u pozwoli tej partii zastosować ten sam zabieg socjotechniczny, którym posługiwał się na Węgrzech Orbán – puszczał oko do umiarkowanego elektoratu konserwatywnego i wskazywał na Jobbik, mówiąc: widzicie tych ekstremistów? To wielkie zagrożenie dla kraju, a ja jestem najlepszym gwarantem, że nie dojdą do władzy. Głosujcie więc na Fidesz, który w przeciwieństwie do Jobbiku jest cywilizowaną prawicą.

Prędzej czy później (raczej prędzej) PiS zastosuje ten sam chwyt propagandowy. Pytanie, czy Polacy dadzą się na to nabrać tak, jak dało się nabrać wielu Węgrów.

Kaczyński, ludzik z PRLu

29 Kwi

„Rozumiem, że część Kościoła, w tym również hierarchów, czapkuje prezesowi Kaczyńskiemu i robi wszystko, żeby mu się przypodobać (…) Kościół, który się upartyjnia, przestaje być Kościołem Powszechnym-Katolickim” – można między innymi przeczytać w liście otwartym, jaki napisał poseł Krzysztof Brejza do biskupa Diecezji Włocławskiej.

Zamieszczony na Twitterze list jest reakcją posła PO na peany, które biskup wygłaszał z ambony pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Publikowane szeroko słowa duchownego wywołały lawinę oburzenia wśród internautów.

Swego zażenowania nie kryje także pochodzący z Inowrocławia poseł Brejza, zadając biskupowi istotne pytania: „Czym ksiądz biskup jest tak zachwycony? Demontażem konstytucji i instytucji odpowiedzialnych za funkcjonowanie demokratycznego państwa prawa? Zszarganą opinią Polski na arenie międzynarodowej? Szeregiem afer z działaczami PiS w roli głównej? Butą, pychą i arogancją działaczy PiS? Opłacaniem za publiczne miliardy medialnej machiny propagandy, nienawiści i pogardy?”

W alternatywnym kraju Kaczyńskiego lojalność wobec wodza i wierność jego ideom z powodzeniem zastępuje doświadczenie i kompetencje.

Ustawa, która z czwartku na piątek przemknęła przez parlament, umożliwiła dopuszczenie – a w domyśle także przeprowadzenie egzaminów maturalnych – bez udziału nauczycieli. Nic dziwnego, nauczyciele po prostu się nie sprawdzili. W najbliższym czasie należy oczekiwać, że w obficie dotowanej szkole dyrektora Rydzyka uruchomiony zostanie nowy wydział pedagogiczny, kształcący nauczycieli nareszcie dobrych i patriotycznych. Patriotycznych, czyli bardziej związanych z Kaczyńskim niż z Broniarzem i bardziej z Kościołem niż z ZNP, bo według prezesa ludzie kontestujący Kościół (a dokładnie ten jego odłam, który głosi, że sukces Kaczyńskiego jest sukcesem Kościoła) nie są prawdziwymi patriotami.

Ustawą, naprawiającą uprzednio naprawioną sytuację w oświacie, PiS zbudował sobie drogę do pacyfikowania dowolnego protestu każdej grupy zawodowej. Jak słusznie wskazywali posłowie opozycyjni, kiedy np. zastrajkuje personel medyczny, to w przychodniach przyjmować będą katecheci, a przygotowujących się właśnie do protestu pracowników socjalnych bez problemu zastąpią strażacy lub strażnicy więzienni.  Poprawiona ustawa oświatowa ma jednak tę zaletę, że poszerza granice wyobraźni Polaków, którym się zdawało, że nic ich już nie jest w stanie zaskoczyć. Ma też wadę, a mianowicie taką, że rozbudza złudne ambicje. Części wyborców wydaje się bowiem, że w kondominium Kaczyńskiego, budowanym na popękanych fundamentach szanowanego niegdyś państwa prawa, każdy może zastąpić każdego. Owszem, we współczesnej Polsce każdy może zostać kim chce, ale nie o jego chęci tu chodzi, bo w rzeczywistości każdy może zostać tym, kim chce prezes. Zmyłka polega na tym, że Kaczyński często przywołuje amerykański model równych szans dla wszystkich. Tyle że w USA każdy nauczyciel może być milionerem, jeśli tylko uprzednio zdecyduje się zostać pucybutem, a w Polsce nauczyciel, który chce przyzwoicie zarabiać, musi być entuzjastą PiS. A jeśli w rodzinie znajdzie się wyższy funkcjonariusz tej partii, to byle mierny prowincjonalny pedagog zostać może kuratorem, a nawet ministrem.

W alternatywnym kraju Kaczyńskiego lojalność wobec wodza i wierność jego ideom z powodzeniem zastępuje doświadczenie i kompetencje. Wzorem leninowskich kadr – nieważne co potrafią, ani skąd przychodzą, ważne, że są nasi. Prokurator stanu wojennego może dowodzić inwazją na konstytucyjnie niezależne sądy. Lustrację prowadzić mogą niezlustrowani funkcjonariusze PZPR. Odpowiedzialnym za bezpieczeństwo kraju można mianować mitomana, fantastę i autora spiskowych teorii, w które – jak sam przyznał – niespecjalnie wierzy. A premierem to już może zostać dosłownie każdy. Na przykład kierowniczka prowincjonalnego domu kultury z incydentalnym doświadczeniem na stanowisku burmistrza małego miasteczka. Albo notoryczny krętacz i kapuś szkalujący kraj, który ma reprezentować i promować, kłamca z sądowym patentem, serwujący światu brednie wyssane z brudnego palucha. Polskim sędziom odmawia szacunku i prawa wykonywania zawodu, przypisując im odpowiedzialność za historyczne przewiny poprzedników. Powiela opowiastkę swojego ministra o przywłaszczeniu kawałka wiertarki przez jednego niezrównoważonego w stanie spoczynku, co świadczyć ma o złodziejskich zapędach i konieczności wymiany wszystkich sędziów SN. Nie widzi śmieszności swojego rozumowania, które wskazuje na konieczność delegalizacji PiS oraz rozpędzenia parlamentu, bo przecież w obu tych formacjach bez trudu znaleźć można ludzi naruszających prawo.

W Polsce okupowanej przez PiS łamanie prawa stało się normą. Powiadają, że przyczyną jest przykład, który idzie z samej góry. W tej sprawie pewności nie mam, więc o naszym prezydencie powiem tylko tyle, że zazdroszczę Ukrainie, gdzie wyborcy nie lubią amatorszczyzny i głową państwa został tam komik w pełni profesjonalny.   A co do przyczyn bezprawia bliższy jestem opinii, że w Polsce upowszechnił się mafijny obyczaj przyjmowania w szeregi tych, którzy przejdą próbę drastycznego złamania prawa, żeby w razie czego mieć ich w kieszeni. A jeśli kandydat podczas tej próby wykaże się dodatkowo wrodzonym cynizmem i talentem w konstruowaniu obelg, to droga do zaszczytów staje przed nim otworem.

Ta myśl przychodzi mi do głowy, gdy słucham wypowiedzi Ryszarda Terleckiego – mistrza bezczelnej riposty. Ostatnio zapisał się w mojej pamięci oraz w protokole obrad Sejmu wykwintną obelgą pod adresem Joanny Scheuring-Wielgus. Pani posłanka zarzuciła szefowej MEN tchórzostwo, ponieważ ustawę oświatową prezentował minister Dworczyk, a minister Zalewska chowała się w tym czasie za plecami członków rządu. Prowadzący obrady wicemarszałek Terlecki niezwłocznie obsobaczył posłankę, zawiadamiając zebranych, że w Sejmie nie ma miejsca na chamstwo. Nikt jakoś nie spytał, co w takim razie robi na tej sali sam pan Terlecki?  Może zabrakło refleksu, a może parlamentarzyści przywykli już do grubiańskich ekscesów prowadzących obrady i nie dostrzegają, że nie od dzisiaj coś dziwnego dzieje się z marszałkami naszego parlamentu. Podczas tej samej sesji miła i wielce sympatyczna (zdaniem marszałka Terleckiego) Beata Mazurek starła się z posłanką PO Krystyną Skowrońską, przeganiając ją z mównicy i informując, że i tak ma dużo wyrozumiałości dla takich blondynek jak posłanka Skowrońska.

Jest taka wschodnia bajka o dobrych i mądrych królewiczach, którzy na żądanie ojca mieli sprawdzić się jako władcy, kolejno rządząc przez wyznaczony czas. Ale gdy tylko siadali na tronie, natychmiast głupieli, stawali się zarozumiali, wredni, brutalni i bezwzględni.  Okazało się, że to nie ich wina, bo tron został zaczarowany przez mściwego czarnoksiężnika, który postanowił przejąć władzę nad królestwem kompromitując wszystkich konkurentów i podburzając naród.   Jaki złośliwy gnom rzucił urok na fotel marszałka polskiego Sejmu – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że ten czar jest potężny i wielce zaraźliwy , obejmujący paskudnym urokiem liczne stołki i fotele.

Andrzej Karmiński

P.S. Ktoś wie, gdzie się podziewa Kaczyński, gdy demonstracyjnie opuszcza posiedzenia sejmowe, lekceważąc podstawowe obowiązki posła? Może na Nowogrodzkiej jest jakaś sala tronowa, gdzie prezes w zaklętym fotelu pasjami snuje złowrogie plany przejęcia dożywotniej władzy absolutnej, siejąc w narodzie nienawiść do myślących inaczej i opluskwiając konkurentów…

>>>

Prof. Karol Modzelewski – historyk mediewista, dysydent, więzień polityczny, jeden z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca nazwy „Solidarność” – nie żyje. Miał 81 lat. Odszedł jeden z ostatnich wielkich autorytetów naszych czasów.

– „Postać wybitna. Człowiek – intelekt. Autorytet. Jeden z największych, polskich intelektualistów ostatnich 100 lat. Jeśli myślałem o tym czym może być moralność, to natychmiast przychodził mi do głowy profesor”; – „Powiedzieć, że odszedł ktoś ważny dla Polski, to nic nie powiedzieć”; – „Bez takich ludzi będzie łatwiej kłamać, omamiać, manipulować. Smutny wieczór dla wszystkich myślących ludzi”; – „Ludzie trzeźwo myślący utracili wybitną postać, zostały świetne dzieła i duża bibliografia, którą można pochłaniać. Karol Modzelewski – człowiek solidarności i Solidarności” – pisali internauci na Twitterze, żegnając profesora.

*

W normalnym kraju byłby zapewne wybitnym demokratycznym politykiem i publicznym intelektualistą. PRL zamykał go w więzieniach i wytrwale przez dziesięciolecia szkalował w mediach, utrudniając mu karierę naukową – którą wbrew swoim komunistycznym prześladowcom i tak zrobił, stając się jednym z najwybitniejszych specjalistów od wczesnopiastowskiego średniowiecza w polskiej historiografii.

Symbol wroga dla propagandy PRL

Karol Modzelewski życiorysem mógłby obdzielić kilka znakomitych osób. Urodził się w Moskwie w 1937 roku w rodzinie działaczy komunistycznych i pierwsze lata życia spędził w domu dziecka dla dzieci komunistów. Ojczym Modzelewskiego, Zygmunt, został w 1947 roku ministrem spraw zagranicznych PRL.

Sam Karol przeszedł bardzo szybko edukację, która z dziecka komunisty uczyniła dysydenta i jednego z głównych wrogów rządzącego PRL reżimu. W czasie Października 1956 roku jako 19-letni student obserwował z bliska przygotowania robotników fabryki FSO na Żeraniu do obrony przed sowieckimi czołgami, które miały iść wówczas na zbuntowaną Warszawę.

Z systemem zerwał w 1964 roku, kiedy wraz z Jackiem Kuroniem – również rozczarowanym komunistą – napisał „List otwarty do partii”, krytykę systemu PRL z perspektywy kogoś, kto szczerze wierzył w ideały socjalizmu. Został wyrzucony z partii, do której należał i z pracy na uniwersytecie oraz skazany na 3,5 roku więzienia. Wyszedł na kilka miesięcy przed buntem studentów w marcu 1968, po którym ponownie został skazany na 3,5 roku więzienia.

Był wówczas celem nieustannych ataków propagandy PRL. Duet „Kuroń i Modzelewski” był dla niej symbolem wroga.

Po wyjściu z więzienia poświęcił się pracy naukowej. Był uczniem prof. Aleksandra Gieysztora, wielkiego mediewisty, który nie opuścił swojego podopiecznego nawet w więzieniu. Modzelewski pracował w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN. Napisał opóźniony przez pobyty w więzieniu doktorat (1974) i obronił habilitację (1979). Specjalizował się w historii wczesnego średniowiecza; jego doktorat poświęcony był historii państwa pierwszych Piastów.

W 1980 roku zaczął działać w powstającej „Solidarności”; to on zaproponował nazwę dla związku. Szybko trafił do władz związku, był także jego rzecznikiem prasowym. W czasach stanu wojennego został internowany, a później uwięziony przez komunistyczne władze.

Człowiek lewicy

W latach 90. pracował jako naukowiec – to wówczas powstały jego najważniejsze prace poświęcone „barbarzyńskiej Europie” wczesnego średniowiecza. Działał także jako polityk: był senatorem w „kontraktowym” parlamencie (1989-1991), a później działaczem lewicowej i niekomunistycznej Unii Pracy.

Karol Modzelewski zawsze był człowiekiem lewicy.

Jako historyk stanął w rzędzie największych polskich badaczy średniowiecza – przewyższając zapewne swojego nauczyciela i mistrza Aleksandra Gieysztora. Jego książki o państwie wczesnych Piastów („Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek”, Wrocław 1975) czy życiu społecznym wczesnego średniowiecza („Barbarzyńska Europa”, Warszawa 2004) należą dziś do klasyki. Młodsi historycy mogą polemizować z teoriami Modzelewskiego, ale pozostają one dla nich głównym punktem odniesienia.

Dwóch Ukraińców przez 13 lat prowadziło agencje towarzyskie na Podkarpaciu. W czasie, kiedy handlowali kobietami, dostali obywatelstwo RP z rąk prezydenta.

Seksbiznes braci R. latami był pod specjalną ochroną – nie tylko służb. Czy wyjaśnieniem są właśnie kompromitujące taśmy, o których istnieniu mówi były agent CBA? – ujawniamy drugie dno skandalu obyczajowego z Podkarpacia.

Międzynarodowy seksbiznes braci R. z Podkarpacia był wyjątkowo odrażający. Od ukraińskich sutenerów kupowali kobiety będące w trudnej sytuacji życiowej i materialnej. Ów „dług” musiały u R. odpracować.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że choć o procederze od lat wiedziało rzeszowskie CBŚ (funkcjonariusze byli darmowymi klientami agencji), latami torpedowano rozbicie biznesu braci R., chociaż likwidowano ich konkurencję na Podkarpaciu. Obecna wiedza rzuca na sprawę nowe światło: czy powodem „bezradności” służb były – nawet rzekome – sekstaśmy z nagranymi VIP-ami?

Parasol ochronny nad Aleksiejem i Jewgienijem R. w Polsce sięgnął dalej niż ochrona służb. Obaj – jak ustaliliśmy – od 1998 do 2009 roku mieszkali w Polsce jako cudzoziemcy z tzw. kartą pobytu stałego. Za popełnianie przestępstw cudzoziemcom grozi deportacja. Jednak w tym samym czasie, gdy R. handlowali kobietami i zmuszali je do prostytucji, dostali z rąk prezydenta RP polskie obywatelstwo, choć powinni być wykluczeni z powodu zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego – opinię dla prezydenta RP musiały wydać w sprawie R. polskie służby – policja i ABW. Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy odmówiła nam jakichkolwiek informacji w sprawie R.

Wiemy jednak, że w prowadzonym dziś ściśle tajnym śledztwie Prokuratury Krajowej w 2014 r. ABW interesowała się sprawą obywatelstwa dla braci R. W maju 2018 r. za handel ludźmi zostali skazani na symboliczne kary roku i półtora roku więzienia, a zarówno uzasadnienie, jak i śledztwo były „ściśle tajne”.