Tag Archives: KRS

Z życia pasqud (4): Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju

29 Czer

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Reklamy

Z życia pasqud: Pislam

27 Czer

Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej ustanowionych prawem Unii – głosi opinia rzecznika generalnego unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Opinia rzecznika generalnego unijnego Trybunału Sprawiedliwości jest odpowiedzią na pytania Sądu Najwyższego, który wyrażał wątpliwości co do niezależności KRS i wyłonionej przez nią Izby Dyscyplinarnej.

Analiza prawna rzecznika generalnego to tylko sugestia dla Wielkiej Izby Trybunału. Może ona wziąć ją pod uwagę, ale nie musi. W większości przypadków sędziowie posiłkują się opiniami przygotowując werdykty. Orzeczenia w tej konkretnej sprawie należy się spodziewać za kilka, kilkanaście tygodni.

Izba nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej

„Istnieją uzasadnione podstawy do tego, by obiektywnie wątpić w niezależność Izby Dyscyplinarnej” – napisał rzecznik generalny unijnego Trybunału Sprawiedliwości. W jego opinii czytamy, że Izba nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, ponieważ organ ją powołujący, czyli Krajowa Rada Sądownicza, jest w całości uzależniony od władzy wykonawczej i ustawodawczej. Takie argumenty podnosiła podczas dwóch rozpraw w Trybunale także Komisja Europejska, oraz adwokaci inicjatywy „Wolne Sądy”, pełnomocnicy sędziów Sądu Najwyższego, negatywnie zaopiniowanych przez Izbę Dyscyplinarną.

Argumentowali oni, że Krajowa Rada Sądownictwa jest wybierana przez większość sejmową, a nie przez środowiska sędziowskie, co nie gwarantuje niezależności. Z tymi zarzutami nie zgadzali się pełnomocnicy polskiego rządu, przedstawiciele Krajowej Rady Sądownictwa i Prokuratury Krajowej. Nazwali je kuriozalnymi i podkreślali, że KRS została wybrana zgodnie z prawem, że nie ma wątpliwości co do legalności, czy niezawisłości i to samo dotyczy Izby Dyscyplinarnej.

Falę gniewnych komentarzy wywołał poranny wpis Lecha Wałęsy na Facebooku. Były prezydent RP opublikował zdjęcie zniszczonej szyby w jego biurze, komentując krótko: „poranek z kamieniem”.

Lech Wałęsa ma swoje biuro na drugim piętrze Europejskiego Centrum Solidarności. Szyba została zniszczona w pomieszczeniu, zajmowanym zwykle przez pracowników jego biura. Były prezydent przyjmuje gości w sąsiednim pomieszczeniu.

„Prowadzone są czynności wyjaśniające m.in. z ochroną budynku” – powiedział Onetowi – Marek Kaczmar z Instytutu Lecha Wałęsy.

„Takie klimaty są teraz w Polsce, brak szacunku do wszystkich którzy inaczej myślą”; „Panie Prezydencie. To znaczy że nadal jest Pan ważną figurą której trzeba sie bać” – piszą m.in. użytkownicy Facebooka.

Niektórzy zastanawiają się: „Ciekawe czy na Żoliborzu też latają kamienie? Ale podejrzewam, że nim taki kamień doleci, to już leci grupa policjantów i kilkunastu ochroniarzy”.

Filmy Patryka Vegi słyną z brutalnego języka i wstrząsających scen. Jego nowy film „Polityka” – co chętnie sam sugeruje poprzez stopniowe ujawnianie ściśle strzeżonych informacji – może przekroczyć wszelkie granice, bo pokazuje postacie wzorowane na politykach z pierwszych stron gazet. Jak ujawnił portal Fakt24, reżyser sugeruje np. erotyczne fascynacje postaci wzorowanych na Antonim Macierewiczu i szefie jego gabinetu Bartłomieju M. Premiera filmu planowana jest na 6 września. Postać wzorowaną na Macierewiczu zagra Janusz Chabior, Bartłomieja M. natomiast Antek Królikowski.

Wielką zażyłość filmowego szefa MON ze swym podwładnym, pokazaną w filmie, Vega opiera na rzetelnym riserczu. – Przez 18 miesięcy prowadziłem dokumentację, rozmawiałem z wieloma politykami. Oni opowiedzieli mi o kulisach tej relacji. Dlatego pokażę w filmie fascynację między ministrem a jego podwładnym – mówi reżyser. Jak pamiętamy, relacja Bartłomieja M. i Macierewicza od początku wywoływała wiele plotek. Młodzieniec z podwarszawskiej apteki stał się nagle jedną z najważniejszych postaci w polskiej polityce. Do czasu. Ostatecznie został wyrzucony z PiS, potem stanowisko stracił jego promotor, a w końcu Misiewicz trafił do aresztu, podejrzany o przestępstwa korupcyjne.

Tadeusz Cymański, poseł klubu PiS z przecieków wysnuwa wniosek, że film Vegi to „przekroczenie pewnego Rubikonu”. Jak deklaruje, sfera intymna ludzi polityki nie powinna być przedmiotem takich filmowych działań i broniłby w tej sprawie dobra polityka, niezależnie od przynależności partyjnej. Aneta Wrona, specjalistka do spraw wizerunku, pytana przez portal Fakt24 nie ma wątpliwości, że taktyka, przyjęta przez reżysera jest genialna. Oto dzięki niej o filmie pisze się i mówi, choć ten jeszcze nie powstał. Jej zdaniem wcale nie jest oczywiste, jaki będzie wpływ filmu na życie polityczne kraju.

Jarosław Kaczyński jest natomiast przekonany, że film został zaplanowany jako cios w jego partię. – Mamy do czynienia z przygotowaniem do wielkiego hejtu. Ma nas pokazać jako złych. W nieoficjalnych rozmowach politycy PiS nie krył przekonania, że „ktoś Vegę kupił”.

„Idziemy w zupełnie innym kierunku niż reszta państwa europejskich. Co to jest, jak nie Polexit w faktach czy zachowaniach? Do takich myśli skłania mnie to orzeczenie” – tak postanowienie Trybunału Konstytucyjnego ws. drukarza, który odmówił wydrukowania plakatów fundacji LGBT, skomentowała w TOK FM prof. Ewa Łętowska. Trybunał orzekł, że „karanie za odmowę świadczenia usług umyślnie bez uzasadnionej przyczyny stanowi ingerencję w wolność podmiotu świadczącego usługi, w szczególności w prawo do postępowania zgodnie z własnym sumieniem”. TK uwzględnił tym samym wniosek złożony przez Zbigniewa Ziobrę.

Była Rzecznik Praw Obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego stwierdziła, że jest „zasmucona takim rozstrzygnięciem TK”. – „W praktyce oznacza to mniej więcej tyle, że przyznaliśmy klauzule sumienia wszystkim usługodawcom. Boję się, że za chwilę powstaną apteki tylko dla katolików czy hotele tylko dla ludzi rasy białej. Bo każdy usługodawca powie, że nie będzie obsługiwać tych, którzy mu się nie podobają, mają inny kolor skóry, inaczej mówią” – podkreślała w TOK FM.

Według prof. Łętowskiej, „mamy do czynienia z obniżeniem standardów walki z dyskryminacją”. – „Takie orzeczenie TK może doprowadzić do tego, że osoby nietolerowane czy społecznie nielubiane, będą spotykały się odmową udzielenia świadczeń, których inne osoby nie miałyby problemy uzyskać. Ubolewam nad tym, bo prawo powinno minimalizować liczbę tego typu konfliktów, a takie rozstrzygnięcie tylko je zwiększy. Więcej spraw będzie trafiać do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu” – podsumowała była sędzia TK.

Kilka dni temu Waldemar Mystkowski pisał o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Polexit w wykonaniu PiS jest długofalowym zniechęcaniem Polaków do Unii Europejskiej

25 Mar

Trybunał Konstytucyjny wydał dzisiaj orzeczenie, w którym stwierdził zgodne z prawem powołanie Krajowej Rady Sądownictwa przez polityków PiS. – Orzeczenie TK ws. wyboru KRS przez Sejm wydane z udziałem nieuprawnionego do orzekania dublera Justyna Piskorskiego nieważne. Niepotrzebnie się Przyłębska fatygowała – mówi o dzisiejszym rozstrzygnięciu dziennikarka Aneta Mościcka.

Jeden dzień. Upartyjniony Trybunał Konstytucyjny zatwierdza upartyjnienie Krajowej Rady Sądownictwa. A szef PKW alarmuje przed upartyjnieniem procesu wyborczego. Polacy mają wielki wybór: na Wschód z PiSem albo na Zachód z Koalicją Europejską 26 maja wybiorą  mądrze – wypowiada się przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna.

Zapamiętajmy tę datę. Dziś 25.03 rozpoczął się marsz w kierunku Polexitu. Bo gdy TSUE uzna niezgodność KRS z kryteriami niezależności sądownictwa, a rząd PiS wyciągnie dzisiejszy „wyrok” tzw. TK o neo-KRS, będzie to wypowiedzenie pierwszeństwa prawa UE. Czyli warunku członkostwa. Tzw. „wyrok” pseudo-TK o neo-KRS przejdzie do kart humoru sądowego.

Sądy konstytucyjne są od rozpatrywania wniosków o uznanie niekonstytucyjności, a nie potwierdzania na prośbę instytucji jej konstytucyjności. Ta groteska prawnicza zdumieje niektórych prawników, innych rozbawi. Gdy jeden niekonstytucyjnie uformowany organ „orzeka pod przewodnictwem dublera a ustami nielegalnie wybranej Prezes o innym niekonstytucyjnie powołanym organie i wystawia mu świadectwo legalności, mamy do czynienia z zastosowaniem jurydycznej doktryny Mrożka – komentuje dzisiejsze orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego prof. Wojciech Sadurski.

Analiza Ewy Siedleckiej do czego dąży Kaczyński w sporze z TSUE >>>

A tak konkluduje prof. Marcin Matczak – Polexit:

Działanie PiS wespół z TK jest szkodliwe dla Polski, bo jest szkodliwe dla pozycji Polski w Europie. Spowoduje ono dalsze osłabienie naszej pozycji w Unii Europejskiej, zagrozi sprawie funduszy europejskich, które Polska mogłaby otrzymać.  Tym samym w dalekiej perspektywie zniechęci Polaków do Unii Europejskiej, bo umożliwi ulubioną narrację eurosceptyków “po co nam Unia, skoro nic z tego nie mamy”. Oczywiście ci sami eurosceptycy przemilczą, że mamy z Unii coraz mniej, bo sami swoim głupim zachowaniem to spowodowaliśmy. Taki proces nazywam mentalnym polexitem – długofalowym zniechęcaniem Polaków do Unii Europejskiej. Poświęcamy naszą pozycję w Unii dla obrony stołków kilkunastu osób w neoKRS i dla marzeń wąskiej grupy ludzi o władzy absolutnej. Nie ma w tym działania ani kawałka dobra dla Polski i Polaków.

Więcej >>>

Polexit właśnie się zaczął. Tym jest wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej

25 Mar

„Dzięki tej decyzji rząd będzie mógł atakować Trybunał Sprawiedliwości UE” – powiedział prawnik profesor Uniwersytetu Warszawskiego Marcin Matczak, komentując poniedziałkowe orzeczenie TK, na mocy którego uchwalone przez Sejm przepisy i wybór nowej Krajowej Rady Sądownictwa są zgodne z konstytucją. Sankcjonują one wybór 15 sędziowskich członków Rady przez Sejm.

Uznają za niezgodne z konstytucją przepisy dające możliwość odwołania od uchwały KRS do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

„Niezależność sądownictwa i prawo do sądu zostały właśnie wyrzucone przez okno budynku dawnego Trybunału Konstytucyjnego. Wstyd” – ocenił Marcin Matczak. W kolejnym wpisie na Twitterze dodał, że „Trybunał Konstytucyjny stał się politycznym narzędziem PiS do podminowania pozycji Polski w Unii Europejskiej”.

„Bez niespodzianki. Ale i bez zgodności z prawem” – napisał z goryczą prawnik Krzysztof Izdebski.

Ewa Siedlecka dziennikarka Tygodnika „Polityka” oceniła, że na skutek decyzji TK „rząd powie, że sprawę przed Trybunałem Sprawiedliwości UE trzeba umorzyć, bo nie ma już w polskim prawie przepisu, na podstawie którego Sąd Najwyższy zadał pytania prawne”.

Reakcja B. Święczkowskiego na moje opinie i tezy zawarte w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” uważam za próbę tłumienia wolności słowa i wolności mediów, które są niezbędną podstawą demokracji. Moim zdaniem system utworzony w prokuraturze z początkiem 2016 r. nie tylko zagraża praworządności i sprawiedliwości, ale i próbuje tłumić krytykę na swój temat” – napisał w oświadczeniu prof. Leszek Balcerowicz. To jego reakcja na szykowany przez Bogdana Święczkowskiego pozew „Zastępca Ziobry chce pozwać prof. Balcerowicza za naruszenie dóbr osobistych”.

Prof. Balcerowicz podtrzymał wszystkie wypowiedzi, które zostały zawarte w wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej”. W swoim oświadczeniu były wicepremier wymienił kilka z nich. Prof. Balcerowicz uważa więc, że „w prokuraturze Ziobry dochodziło do ścigania niewinnych i nieścigania winnych, w kierownictwie prokuratury powstał układ oparty na powiązaniach rodzinno-towarzysko-polityczno-ideologicznych i należy rejestrować nazwiska prokuratorów, którzy dopuszczają się wątpliwych ścigań lub zaniechań w celu ich późniejszego uczciwego rozliczenia”.

Podkreślił, że jego wypowiedzi są oparte na publikacjach i doniesieniach medialnych, na pracach naukowych, na dokumentach organizacji międzynarodowych oraz na jego „własnej działalności jako analityka systemów instytucjonalnych, w tym w wymiarze sprawiedliwości”. – „Jest znamienne, że pismo Prokuratury Generalnej ani słowem nie odnosi się do mojej głównej tezy, a mianowicie, że główną przyczyną zagrożeń, jakie tworzy obecna prokuratura dla praworządności i sprawiedliwości w Polsce, jest niesłychana koncentracja władzy nad nią w rękach jednego człowieka – Prokuratora Generalnego. Ta władza jest szeroko wykorzystywana przez Z. Ziobrę i jego grupę, i obejmuje rozległe decyzje personalne oraz przenoszenie spraw do prokuratur lub prokuratorów aż dojdzie do wątpliwego ścigania lub do wątpliwego zaniechania. Jest charakterystyczne, że decyzje o ściganiu, budzące szczególne zdumienie, np. oskarżenie W. Kwaśniaka i jego współpracowników z KNF, lub reformatorów z PKP, wysunęli tacy właśnie prokuratorzy” – napisał w oświadczeniu prof. Balcerowicz.

>>>

Do wyjścia Polski z Unii Europejskiej wystarczy uchwała Sejmu zwykłą większością głosów i podpis prezydenta!

– No to kiedy opuszczacie Unię? – zapytał mnie przyjaciel z Hamburga, który na bieżąco śledzi polskie wydarzenia. Pytał poważnie, bo dla niego sprawa jest już przesądzona, a niewiadomą może być tylko termin Polexitu. Jego opinia nie jest bynajmniej odosobniona, bo nie kłóci się z logiką, a niemal każdy dzień dostarcza kolejnych argumentów na poparcie tezy o nieuchronnym rozwodzie.

Czym kierował się polski Prokurator Generalny składając w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności unijnej umowy stowarzyszeniowej z polską konstytucją? Czemu ma służyć oskarżanie krajów Unii o spisek przeciw interesom Polski, a ich przywódców o lewactwo i stronniczość? Z jakiego powodu największy beneficjent unijnych dotacji obraża największych donatorów? Dlaczego duży kraj o historycznych dokonaniach ośmiesza się nagle głosząc misję chrystianizacji kontynentu, a niepoważny przywódca tego państwa ogłasza, że umowa stowarzyszeniowa, którą przez wiele lat tworzyło międzynarodowe grono najznamienitszych legislatorów, jest do bani, i on, razem z jakimś prawnikiem, przygotuje lepszą? Dlaczego nikt z rządzących nie reaguje, gdy dziennikarze z dotowanego przez rząd publicznego radia głoszą, że Unia to wytwór IV Rzeszy, a unijne idee tolerancji służą zboczeńcom poszukującym „świeżego mięsa, bo geje przecież się nie rozmnażają”? Czy nie jest jawną kpiną argumentacja uzasadniająca legalność polskiego bezprawia, oczywistego dla wszystkich narodów?  Czy nominowanie do reprezentowania Polski przed unijnym trybunałem człowieka z 10 wyrokami dyscyplinarnymi nie jest ostentacyjnym szyderstwem? I czemu miał służyć jego głupawy wniosek o wykluczenie przewodniczącego TSUE ze składu sądu oceniającego próby zawłaszczenia władzy sądowniczej przez dwie pozostałe władze opanowane przez PiS?

W tej ostatniej sprawie komentatorzy oceniają, że jest to, mówiąc w skrócie, kolejna głupawka PiS – ugrupowania, które traktuje Unię i jej agendy jak zawłaszczone wcześniej polskie instytucje demokratyczne. Ale może to być również przykład starań Ziobry o pomnożenie swoich zasług wobec prezesa, albo świadectwo jego konkurencyjnej walki z premierem, bo to Ziobro właśnie wpadł na pomysł przewlekania sprawy i pokazania wyborcom, że PiS potrafi Unii utrzeć nosa.  Przy okazji, mało kto wierzy, że przedstawiciel rządu nie zgadza się z wnioskiem przedstawiciela Prokuratora Generalnego o wyłączenie prezesa Trybunału UE. Bardziej prawdopodobne, że to prosta ustawka, a oskarżanie przewodniczącego sądu jest przygotowaniem do odrzucenia werdyktu TSUE jako tendencyjnego, niesprawiedliwego i umotywowanego politycznie.

Niepodporządkowanie się wyrokom TSUE to prosta droga do opuszczenia Unii. Oczywiście wyprowadzenie Polski z UE byłoby dla PiS krokiem samobójczym. Ale już za usunięcie nas z europejskiej wspólnoty „wbrew naszej woli” byłoby kogo oskarżyć, bo przecież „brukselscy lewacy zachowują się jak okupanci”, od dawna knuli, obwiniając naszą Bogu ducha winną Ojczyznę i jej praworządne władze o wyimaginowane przewiny.  Zdaniem wielu zachodnich przyjaciół starania o wypchnięcie Polski z Unii przez samą Unię jest bardzo prawdopodobnym scenariuszem, którego realizacji można się spodziewać zaraz po wyborach do Europarlamentu. Te wybory są w Polsce rozgrywką półfinałową przed walką ostateczną – dla PiS o przetrwanie i o to, co jeszcze pozostało do zagrabienia, a dla opozycji – o wszystko. Do głosowania PiS darzyć będzie Unię płomiennym, nieodwzajemnionym uczuciem. I do wyborów zarzekać się będzie, że Polexit jest praktycznie nierealny, bo po pierwsze Polska jest sercem Unii, a po drugie procedura wyjścia jest długa, skomplikowana i niebezpieczna dla rządzących , co widać na przykładzie Brexitu.

Jeśli Polska jest unijnym sercem, to w stanie przedzawałowym i to nie wróży nam nic dobrego. Ale drugi argument, ten o procedurze, brzmi przekonująco i uspokaja. Tyle tylko, że jest nieprawdziwy. Mało kto wie, że Polskę wyprowadzić można z Unii niemal z dnia na dzień.  Bo wbrew rozpowszechnionym opiniom warunkiem opuszczenia Unii nie jest referendum, choć w takim właśnie trybie weszliśmy do wspólnoty. Wyjście z Unii nie wymaga też decyzji Zgromadzenia Narodowego, ani sejmowego przegłosowania większością konstytucyjną, którą PiS nie dysponuje. – Do wyjścia Polski z Unii Europejskiej wystarczy uchwała Sejmu zwykłą większością głosów i podpis prezydenta! -ostrzega profesor Ewa Łętowska.

Dlaczego? Jak to możliwe? To historia jak z kiepskiego kryminału: w 2010 roku uchwalono ustawę o koordynacji współpracy między Sejmem a Senatem i dziwnym trafem w tekście tym znalazł się zapis zmieniający inną ustawę, z 2000 roku, o umowach międzynarodowych.  Zmiana ta jest dobrze ukryta, ale jeśli się wczytać, to wynika z niej jasno, że do wypowiedzenia umowy międzynarodowej wystarczy decyzja Rady Ministrów przyjęta przez większość sejmową i podpisana przez prezydenta.  I dotyczy to wszystkich umów. Także tej najważniejszej, stowarzyszeniowej.  Pozostaje tylko zadać pytanie: Ile czasu może zająć PiS przeprowadzenie całej tej operacji w polskim parlamencie?

Przyjmijmy jednak, że ten scenariusz należy do gatunku teorii spiskowych. Spójrzmy na unijną reprezentację PiS, tak pewną siebie, jakby wszystkie mandaty były już zdobyte i w Parlamencie Europejskim pozostały już tylko miejsca stojące. Przyjrzyjmy się ewakuacji 15 obecnych ministrów i wiceministrów, z których jedni uciekają na dobrze płatną posadę, bo nie wierzą w zwycięstwo PiS, inni liczą na immunitet obawiając się rozliczeń za bezprawne decyzje, a jeszcze inni napadają na Europę z przekonania, dla chorych idei. Wyobraźmy sobie tę armię Legutków, wykrzykujących obelgi na lewo i prawo, omijając jedynie swoich towarzyszy broni – jawnych wrogów integracji europejskiej. Spójrzmy na tę ekipę grabarzy UE mieniącą się reprezentacją Polski w Europie, którym nikt nie powiedział, że ludzie nie dzielą się na chrześcijan i terrorystów, ani na hetero – i nieheteroseksualnych, tylko na mądrych i głupich oraz na przyzwoitych i podłych.

Jak bardzo starać się będzie Europa, by zatrzymać w swoim klubie państwo, którego reprezentanci za nic mają regulamin i na każdym kroku demonstracyjnie okazują, że źle się czują wśród krajów praworządnych i wzajemnie przyjaznych?

>>>

Macierewicza i Ziobrę zlustruje historia i zapisze w rozdziale hańby

20 Mar

Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza – poinformowała Polska Agencja Prasowa. Biuro Lustracyjne IPN uznało, że jego oświadczenie lustracyjne jest prawdziwe, co oznacza, że nie współpracował on ze służbami PRL. – „Postępowanie w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego złożonego w 2007 r. przez posła Antoniego Macierewicza zostało prawomocnie zakończone 9 lutego 2009 r. wydaniem zarządzenia o pozostawieniu sprawy bez dalszego biegu, wobec niestwierdzenia wątpliwości co do zgodności oświadczenia lustracyjnego z prawdą” – brzmi stanowisko IPN.

IPN podjął tę decyzję błyskawicznie, bo wniosek w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego byłego szefa MON i posła PiS złożył zaledwie w lutym poseł PO Cezary Tomczyk. Pisaliśmy o tym w artykule „PO chce ponownej lustracji Antoniego Macierewicza”.

„Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza”. Dziwi Was decyzja obecnego IPN? Szybka i przewidywalna. Wrócimy do tego po wyborach. Tak, by wyjaśnić wszelkie, poważne wątpliwości wobec przeszłości Macierewicza” – podsumował na Twitterze poseł PO Marcin Kierwiński. – „IPN nigdy nie był tak upolityczniony, jak obecnie, dlatego ich decyzja nie dziwi. Ostatnio PiSIPN jest na etapie ułaskawiania ludobójców, takich jak np. Bury. Nie mają czasu na inne rzeczy”; – „Panie Marcinie skąd Pan wie, co Antoni M. ma w szafie? Zlikwidował WSI to może jego bogactwo równe bogactwu Kiszczaka? Wolność i spokój w szafie zamknięte” – komentowali internauci.

W Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej odbyła się rozprawa w sprawie pytań prejudycjalnych, które zadał Sąd Najwyższy w związku z wątpliwościami co do skuteczności podejmowania decyzji przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa. Rozprawa była burzliwa, bowiem według przedstawicieli polskiego rządu TSUE w ogóle nie powinien zajmować się już tą sprawą, bowiem z części zapisów zmieniających ustrój SN się wycofano. Innego zdania jest natomiast Komisja Europejska i polska opozycja. Nominaci autora kontrowersyjnych zmian, czyli Zbigniewa Ziobro, jak i on sam robią natomiast co w ich mocy, by do wydania ewentualnego niekorzystnego wyroku nie doszło przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Wydaje się jednak, że ich starania spełzną na niczym, bowiem TSUE już zapowiedział, że swoją opinię wyda 23 maja, a więc na dwa dni przed ciszą wyborczą.

Już dziś do premiera polskiego rządu apel wystosowali parlamentarzyści opozycji, by niezależnie od wyniku postępowania rząd uznał moc wiążącą opinii.

– Dla nas, jako opozycji, uznanie każdego wyroku TSUE jest rzeczą oczywistą, natomiast po drugiej stronie różnie z tym bywało. Słyszeliśmy już jak politycy PiS próbowali kwestionować tego typu wyroki –podkreśliła Paulina Henning-Kloska z Nowoczesnej. Nie wyobrażamy sobie, żeby rząd Polski, premier, który stoi na jego czele, a także cała partia rządząca próbowała doprowadzić do sytuacji, w której upolityczniony Trybunał Konstytucyjny będzie kwestionował wyrok TSUE – dodała posłanka.

O tym, że obawy odrzucenia opinii TSUE są uzasadnione, może świadczyć dokument, który wyciekł z Trybunału dotyczący stanowiska Komisji Europejskiej w tej sprawie. Zdaniem komisarzy zasada praworządności może nie być złamana, jednak obowiązujący obecnie model funkcjonowania KRS podważa zaufanie do władzy sądowniczej.

“Wprawdzie zasadniczo prawdą jest, iż pośrednia lub bezpośrednia ingerencja organu politycznego w procedurę powoływania sędziów nie jest per se uważana jako podważająca niezawisłość i bezstronność sędziów powoływanych w drodze takiej procedury, jednakże w swoim orzecznictwie ETPC uważa wizerunek niezawisłości i bezstronności jako stanowiący składnik niezawisłości sądownictwa oraz wagę zaufania do sądownictwa, które nie powinno być podważane, jako czynniki odgrywające rolę w sądownictwie społeczeństw demokratycznych” – możemy przeczytać w dokumencie.

Europejscy urzędnicy nie mają wątpliwości, że polska “reforma” w tym obszarze nie spełnia europejskich standardów.

“W świetle powyższych uwag Komisja proponuje interpretować gwarancje niezawisłości i bezstronności sędziów krajowych przewidziane w art.19 ust.1 akapit drugi TUE i art.47 Karty w ten sposób, że formacja orzekająca taka jak Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego (Polska), utworzona w okolicznościach takich jak te w sprawach głównych i właściwa do rozstrzygania sporów dotyczących statusu sędziów, nie spełnia powyższych gwarancji” – pisze Komisja Europejska . Zdaniem autorów pisma nowa formuła wybierania członków KRS godzi w wizerunek i ogranicza zaufanie do tego organu.

Prawo i Sprawiedliwość czekają zatem trudne chwile, bowiem ewentualne uznanie działań KRS za niezgodne z unijnym prawem może całkowicie zrujnować wszystkie “osiągnięcia” obozu władzy w wymiarze sprawiedliwości. Tego przed wyborami parlamentarnymi mogą im nie wybaczyć nawet najbardziej zagorzali sympatycy.

Konieczne będzie twarde i konsekwentne, ale zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy.

A że nie da się po dobroci, dobitnie pokazują ostatnie wydarzenia. Mam wrażenie, że przez co najmniej połowę obecnej kadencji Sejmu i rządu wielu Polaków żyło w pewnym rodzaju zbiorowej ułudy, że to się zmieni. Nasz sposób myślenia przypominał myślenie dręczonych dzieci z patologicznej rodziny: może to przynajmniej w części nasza wina, myśleliśmy, może niewystarczająco się staramy, niewystarczająco wchodzimy w dialog z tą drugą stroną, może nie zrobiliśmy tyle, ile było trzeba, żeby ich zrozumieć, wyjść im naprzeciw. To nieprawda.

Ludzie, którzy żyją normalnie, żyją przyzwoicie, lubią innych ludzi, wychowują dzieci, pracują i płacą podatki, kochają swój kraj, mają dystans i poczucie humoru, są nieźle wychowani i zachowują się racjonalnie, być może nie są doskonali. Może popełniają gafy, powiedzą w nerwach jedno słowo za dużo, zdarzają się im się wpadki i niedociągnięcia. Ale jednak mieszczą się w jasno określonych normach cywilizacyjnych, prawnych i normach współżycia społecznego, a za swoje błędy płacą, bo tak trzeba.

Jednak w tych normach ani PiS, ani Kościół katolicki od jakiegoś czasu się już nie mieszczą. Tych dwóch organizacji te zasady nie dotyczą. I nie dotyczą ich nie dlatego, że to jacyś wysublimowani geniusze, mający problemy z dostosowaniem się do społeczeństwa lub istoty o innej wrażliwości. Nie dotyczą ich, bo oni tego nie chcą. Uważają, że prawo, przyzwoitość i zasady współżycia społecznego są dla maluczkich, dla „zwykłych” ludzi. Oni zaś – w swoim mniemaniu – są niezwykli i stoją ponad prawem.

Buta, pycha, chamstwo, kłamstwo, arogancja, przemoc werbalna, polityczna i instytucjonalna i niebywała brutalność to cechy ludzi i grup, które spokojnie można nazwać bandyckimi. Czy PiS stosuje metody bandyckie? Tak. Czy Kościół stosuje metody bandyckie? Owszem. Kiedy wrzucą Państwo do wyszukiwarki internetowej frazę „metody postępowania zorganizowanych grup przestępczych”, znajdą tam łamanie i obchodzenie prawa, zacieranie śladów, kłamstwo, wprowadzanie w błąd instytucji kontrolnych (w demokracji jedną z takich instytucji jest opinia publiczna), fałszowanie danych, raportów i sprawozdań, uciszanie lub próby uciszania niewygodnych świadków, przekupstwo, szantaż, zastraszanie, niszczenie ludzi, oszczerstwo, posługiwanie się mediami i policją w celu wybielenia własnego wizerunku i zatarcia śladów. Z takimi ludźmi nie wygra się po dobroci. To nie są ludzie do debaty, dyskusji, ustalania stanowisk, negocjacji uwzględniających interesy wszystkich stron.
To nie są ludzie, którym na sercu leżą wartości czy kraj, na którym pasożytują.

Chcę to jasno powiedzieć: w mojej opinii zarówno PiS, jak i związany z nim Kościół katolicki (wzajemne wspieranie się obu tych instytucji jest także bardzo charakterystyczne) to obecnie potężne instytucje władzy, działające wyłącznie w celu zwiększenia swoich wpływów, powiększenia majątku i które, żeby to zrobić nie cofną się absolutnie przed niczym.

Po zapoznaniu się z pomysłem ministra Ziobry, żeby sędziami pokoju zostawali nie sędziowie, nawet nie prawnicy, a po prostu ludzie, którzy ukończyli 35 lat i mają „doświadczenie życiowe” (czy istnieje bardziej uznaniowe kryterium?) i po wysłuchaniu konferencji biskupów na temat pedofilii w Kościele, której przesłanie było aż nadto jasne: będziemy bronić pedofilów i mydlić wam oczy, dopóki tylko zdołamy i ujdzie to nam na sucho – przestałam mieć najmniejsze wątpliwości. Po dobroci z nimi się nie da.

Tak na PiS, jak i na Kościół katolicki jest tylko jedna metoda: twarde i konsekwentne, choć zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy, przykładne, choć sprawiedliwe ukaranie winnych, nie zważając na krzyki i płacze kolegów partyjnych, którzy oczywiście będą wydzierać się wniebogłosy, że dzieje im się straszna krzywda i zmiana przepisów w taki sposób, żeby można było z urzędu niejako, po przeprowadzeniu odpowiednich procedur, zdelegalizować każdą partię polityczną, łamiącą uporczywie, konsekwentnie, świadomie i celowo prawo i postawić przed sądem każdą instytucję, której udowodni się, tak jak Kościołowi katolickiemu, celowe i systemowe, wieloletnie krycie przestępców, w tym wypadku seksualnych (choć i inne ma Kościół na koncie). I wprowadzenie do Konstytucji i innych ważnych aktów prawnych odpowiednich zabezpieczeń przewidujących taki rozwój wypadków w przyszłości.

Na początku byliśmy otumanieni i bezradni i nie bardzo rozumieliśmy, co się właściwie dzieje i to była najzupełniej normalna reakcja. Tak reagują normalni, spokojnie ludzi w zetknięciu z bandyckimi metodami. Ale czas na zmianę podejścia. Bycie miłym w żadnym wypadku nie wystarczy. A naiwność będzie kosztować nas Polskę.

We wtorek 19 marca odbyła się rozprawa Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego o status nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. Zamiast przedstawiciela MSZ polski rząd reprezentował de facto prokurator – wysłannik Zbigniewa Ziobry. Chciał wyłączyć z rozprawy… samego prezesa TSUE za „brak bezstronności”

W pytaniach z 30 sierpnia oraz 19 września 2018 Sąd Najwyższy pytał TSUE o „zdolność KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów” w związku z jej upolitycznieniem. A także o to, czy Izba Dyscyplinarna SN, którą w 2018 roku powołał do życia rząd PiS „będzie sądem niezależnym i niezawisłym w rozumieniu prawa unijnego”.

SN argumentował, że w nowej Izbie zasiadają wyłącznie sędziowie wybrani przez KRS, której „sposób wyboru i funkcjonowania” uznaje za wątpliwe. Została bowiem uzależniona od władzy ustawodawczej i wykonawczej – 6 marca 2018 roku 15 członków-sędziów KRS powołali posłowie PiS i Kukiz’15.

Podczas wtorkowej rozprawy polski rząd zapewniał Trybunał, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a pytania prejudycjalne SN są „bezprzedmiotowe”. Przypominał, że rząd PiS znowelizował ustawę o Sądzie Najwyższym, zatem pytania o status KRS tracą punkt zaczepienia i powinny zostać wycofane.

„Rząd argumentował, że w Polsce wszystko jest w porządku. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki” – komentuje dla OKO.press mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, która prowadzi w TSUE sprawę pytań SN.

Trybunał ostatecznie nie przychylił się do argumentacji rządu – uznał, że pytania SN są dopuszczalne. I przekazał je do rozpatrzenia rzecznikowi generalnemu (fr. avocat général). Opinię rzecznika poznamy 23 maja 2019 roku, czyli tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Na jej podstawie, w ciągu około dwóch tygodni zapadnie ostateczny wyrok TSUE.

Uczestnikom wtorkowej rozprawy rzuciła się w oczy interesująca zamiana miejsc. Jako przedstawiciel polskiego rządu częściej niż właściwy pełnomocnik – Bogusław Majczyna z MSZ – wypowiadał się prokurator Tomasz Szafrański z Prokuratury Krajowej.

Ekspansywny prokurator

„Prokurator Szafrański przez całe spotkanie próbował zabierać głos poza kolejnością i bez trybu, podnosił rękę i przerywał. Gdy udzielono mu głosu, przekraczał limity czasu, nie reagował na upomnienia przewodniczącego. W zasadzie wypowiadał się za polski rząd” – mówi OKO.press mec. Michał Wawrykiewicz.

Wawrykiewicz wraz z mec. Sylwią Gregorczyk Abram prowadzi w TSUE sprawę pytań SN. Oboje są członkami stowarzyszenia „Wolne Sądy”.

„Gdy zostało mu to wytknięte miał odpowiedzieć, że czuje się Polakiem, patriotą i występuje w imieniu polskiego rządu dla dobra państwa” – dodaje Wawrykiewicz.

Na samym początku posiedzenia Szafrański próbował poza kolejnością złożyć wniosek o odroczenie postępowania. Mimo że procedury nie przewidują odroczenia w momencie, gdy data rozprawy została już wyznaczona. „To działanie bez żadnego trybu” – komentuje Sylwia Gregorczyk-Abram.

Odroczenie miałoby dać prokuraturze więcej czasu, by na piśmie wnioskować o wyłączenie z rozprawy niektórych sędziów TSUE. Zdaniem Wawrykiewicza i Gregorczyk-Abram prokuratura opacznie zrozumiała pismo porządkowe wysyłane przez Trybunał przed rozprawą. Na jego podstawie uznała, że ma 15 dni na złożenie wniosku o wyłączenie z rozprawy danego sędziego.

O kogo chodziło? Pod koniec posiedzenia Szafrański złożył wniosek o wyłączenie z orzekania przewodniczącego Trybunału Koena Lenaertsa. Argumentował, że Lenaerts „wypowiadał się na temat reform wymiaru sprawiedliwości i uczestniczy w polskich konferencjach” organizowanych przez stowarzyszenie sędziów Iustitia i Sąd Najwyższy. Nie jest zatem w bezstronny.

Wniosek ten został jednogłośnie odrzucony. Nie poparł go nawet przedstawiciel polskiego rządu.

Sędziowie pytają o KRS

Po wystąpieniach mec. Gregorczyk-Abram i Wawrykiewicza, Komisji Europejskiej, EFTA, polskiego rządu, i prokuratury sędziowie TSUE mieli czas na zadawanie pytań. Jak podkreślają członkowie „Wolnych Sądów”, 90 proc. z nich było skierowanych do Bogusława Majczyny.

TSUE pytał Majczynę zwłaszcza o skrócenie kadencji poprzednich członków KRS. Sędzia-sprawozdawca powoływał się na art. 187 konstytucji, który precyzuje, że trwa ona cztery lata.

Pełnomocnik rządu przyznał, że kadencje została skrócone. Ale zaznaczył, że tylko nieznacznie – o dwa dni. Przypomniał przy tym wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że kadencje wszystkich członków KRS powinny zaczynać się i kończyć w tym samym dniu. Rząd miał więc być niejako zmuszony do skrócenia kadencji, by dostosować się do postanowienia TK.

„Prawda jest taka, że oni poszli do „swojego” Trybunału by dostać taki wyrok, jakiego sobie życzyli. Celem było to, by mieć podstawę do skrócenia kadencji członków KRS i obsadzenia jej „swoimi”. Trybunał to przypieczętował. Rząd opiera argumentację w TSUE na wyroku TK podporządkowanego władzy” – komentuje Michał Wawrykiewicz.

Sprawa „kamikadze”

Sędziowie TSUE pytali polski rząd także o kryteria wyboru sędziów do KRS i Sądu Najwyższego.

„Trybunał interesowało jak te kryteria są rozumiane, kto przygotowuje listy sędziów, jak kandydatury są weryfikowane i kto o tym decyduje” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

TSUE prosił również o wyjaśnienia w sprawie art. 44 ustawy o KRS, który mówi o trybie odwołania od negatywnej opinii KRS w procesie rekrutacji na stanowiska sędziowskie w SN. Po zmianach wprowadzonych przez rząd PiS do zablokowania uchwały KRS zaskarżyć ją muszą wszyscy uczestnicy postępowania. W innym przypadku automatycznie staje się ona prawomocna.

Przepis ten oraz cały system naboru testowali w październiku „sędziowie-kamikadze„, którzy zgłosili swoje kandydatury do Sądu Najwyższego, m.in. Waldemar Żurek.

„Majczyna powiedział, że chodziło o to, by nie wstrzymywać procedury powołania sędziów SN. Skłamał, bo w art. 44 ust. 2 jest mowa o tym, że Naczelny Sąd Administracyjny ma dwa tygodnie na rozpoznanie odwołania. To była kwestia dwóch tygodni, ale rząd się nie wstrzymywał” – podkreśla Wawrykiewicz.

Izba Dyscyplinarna

Jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy Bogusław Majczyna mówił dziennikarzom, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego „ma wszelkie znamiona niezależnego sądu”. Podczas posiedzenia podkreślał, że fakt, że została wybrana przez nową KRS „nie ma najmniejszego wpływu na jej niezależność”.

Wtórował mu prokurator Szafrański. Stwierdził, że „Izba Dyscyplinarna ma gwarancje niezależności większe niż inne sądy. Nie ma w niej jakichkolwiek powiązań z władzą ustawodawczą i wykonawczą”.

„Rząd argumentował, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki. To rozjuszyło prokuratora. Stwierdził, że do żadnych prześladowań nie dochodzi, że to „fantazmaty publicystyczne”. Wymieniliśmy więc nazwiska sędziów, którym postawiono zarzuty, tłumacząc też zmianę w postępowaniach dyscyplinarnych i efekt mrożący” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

O tym, że Izba Dyscyplinarna powołana do życia przez rząd PiS, ma być młotem na niezależnych sędziów pisaliśmy w OKO.press już w sierpniu 2018 roku. Od tego czasu zdążyła przydać się politykom. W październiku jej ówczesny prezes Jan Majchrowski pisał do TSUE, że pytania prejudycjalne SN są niedopuszczalne.

Sędziowie TSUE dopytywali, kto sprawuje kontroluję nad Izbą Dyscyplinarną w sytuacji, gdy ta złamie prawo. Bo Izba pozostaje poza kontrolą Pierwszego Prezesa SN. Zdaniem ekspertów przypomina w tym „sąd specjalny”, który może zostać powołany tylko na czas wojny.

Pedofilia kleru, Macierewicz i Przyłębska

14 Mar

Góra zrodziła mysz. Raport opracowany przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego jest małym krokiem w pożądanym kierunku. Dobrze, że w ogóle powstał, bo zmobilizował biurokrację kościelną do jakiegoś wysiłku, ale sam ojciec Adam Żak przyznał na konferencji prasowej dotyczącej raportu, że „mało wiemy”.

Rzeczywiście, mało jak na oczekiwania opinii publicznej. Zasadnicze liczby podane w raporcie to 382 zgłoszone przypadki przestępstw seksualnych popełnionych na nieletnich i 625 ich ofiar, w większości chłopców, w tym 345 poniżej 15. roku życia i 280 w grupie 15–18 lat.

Mapa pedofilii w polskim Kościele

„Przepraszam” ze strony Kościoła nie padło

Żaden nie powinien mieć miejsca, żaden nie powinien być zamiatany pod dywan, sprawcy powinni ponieść odpowiedzialność, pokrzywdzonym i ich rodzinom należą się współczucie, wsparcie i odszkodowania. Ta konkluzja nie wybrzmiała podczas konferencji prasowej tak mocno, jakby można było tego oczekiwać. Jedynym hierarchą, który powiedział o bólu i wstydzie, jaki Kościół odczuwa w związku z ustaleniami, był prymas Polski abp Wojciech Polak. Ale nawet on nie dodał: „przepraszam”.

Na dodatek inni biskupi wdawali się chwilami w mętne rozważania, rozmywające problem, który był głównym tematem, czyli przestępstwami seksualnymi w Kościele w Polsce. Abp Jędraszewski zestawił określenie „zero tolerancji” z językiem nazistów i bolszewików. Abp Gądecki ubolewał nad „lustracją” Kościoła pod kątem pedofilii przez tych, którzy nie chcieli lustracji w mediach i innych środowiskach.

Takie uwagi tworzyły zły klimat do rozmowy na poważny temat. Szkoda, bo inni reprezentanci Kościoła obecni na konferencji wydawali się do niej gotowi i przygotowani. Z medialnego punktu widzenia prezentacja była zmarnowaną okazją i porażką pod względem tonu, języka i komunikacji z opinią publiczną.

Kościół nie chce wziąć odpowiedzialności za pedofilię

Pedofilia. Liczby, których nie można zweryfikować

Rozważania, czy podane liczby są wielkie czy niewielkie w relacji do ogólnej liczby księży, seminarzystów czy ministrantów, są uprawnione, ale mniej istotne od pytania o ich wiarygodność. Jak można te liczby niezależnie zweryfikować? Nie można. Prymas Polak powiedział na konferencji, że gwarancją wiarygodności podanych statystyk jest pełna zgoda całego episkopatu na zbieranie danych dotyczących pedofilii w Kościele.

To jednak za mało, bo z raportu na ten sam temat przedstawionego w lutym papieżowi Franciszkowi przez delegację fundacji „Nie lękajcie się”, wspierającej pokrzywdzonych, wynika, że w wielu przypadkach diecezjalni biskupi milczeli, kluczyli lub wręcz chronili księży krzywdzicieli.

Mamy sytuację, w której pełny obraz skali i mechanizmów pedofilii w Kościele w Polsce raczej nie powstanie, póki sprawą nie zajmie się grupa badawcza niezależna od władz kościelnych i politycznych, a mająca mandat społeczny, tak jak działo się w Irlandii.

– Sąd kategorycznie stwierdził, że degradacja była nieważna, czym potwierdził wyrok z pierwszej instancji. Sprawiedliwości stało się zadość, nieudolne próby zdegradowania Duszy spełzły na niczym – mówi obrońca oficera mec. Antoni Kania-Sieniawski.

Sprawa bez precedensu, czyli jak działają ludzie Macierewicza

Sprawa była równie głośna, co bezprecedensowa. Latem 2016 r. ówczesny szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego Piotr Bączek, czyli podwładny Antoniego Macierewicza i jeden z jego najbliższych współpracowników, zdegradował płk. Krzysztofa Duszę za to, że rzekomo przekroczył uprawnienia, udzielając wypowiedzi mediom, choć nikt nie podważył ich prawdziwości. Poza tym Dusza robił to jako szef Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO, czyli niezależnej instytucji międzynarodowej.

Sprawa miała również inny kontekst, związany właśnie z CEK NATO, a precyzyjniej z jego wrogim przejęciem przez ludzi Macierewicza, którzy w grudniu 2015 r. pod osłoną nocy wdarli się do CEK, wyłamując zamki i prując kasy pancerne. Sprawę do dziś bada prokuratura pod kątem m.in. nielegalnego wejścia do tej instytucji.

Antoni Macierewicz mści się na oficerach wywiadu

To była pierwsza taka degradacja

Represje spadły na płk. Duszę niedługo po tym, gdy zaprotestował przeciwko wtargnięciu do CEK i próbom przejęcia Centrum bez zgody innych krajów, które je współtworzyły, głównie Słowacji. O sytuacji informował prezydenta Andrzeja Dudę.

Doszło do tego, że choć decyzja Bączka nie była prawomocna, SKW próbowało wszcząć postępowanie dyscyplinarne przeciwko Antoniemu Kani-Sieniawskiemu. Powodem miało być to, że rzekomo wprowadzał sąd w błąd, tytułując Duszę pułkownikiem na sali rozpraw.

Degradacja Duszy była pierwszą tak drastyczną sankcją, która spotkała oficera o tak wysokiej szarży od czasów stalinowskich, i kolejną decyzją Antoniego Macierewicza i jego ludzi, za którą zapłacą podatnicy. Mimo że decyzja Bączka o degradacji nie była prawomocna, wojsko wypłacało Duszy świadczenia od stopnia szeregowego, nie pułkownika. Teraz będzie musiało wyrównać mu różnicę, czyli wraz z odsetkami kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ostatnio taka sytuacja miała miejsce w związku z publikacją w 2007 r. słynnego raportu z likwidacji WSI. Osoby, które zostały w nim wymienione w kontekście prowadzenia nielegalnej działalności agenturalnej, wytoczyły skarbowi państwa procesy o odszkodowania. MON wypłacił około miliona złotych.

MON przyznaje, że Macierewicz ujawnił wojskowe tajemnice

W czwartek Trybunał Konstytucyjny miał ogłosić wyrok w sprawie połączonych wniosków Krajowej Rady Sądownictwa i grupy senatorów, w których kwestionują prawomocność powołania sędziów do KRS i prawo odwoływania się od wyników prowadzonych przez KRS konkursów na sędziów. Ale – po raz drugi – sprawę odroczono. Przewodnicząca składu Julia Przyłębska powiedziała, że rano odbyło się posiedzenie niejawne w sprawie tych wniosków i że wydano postanowienie o odroczeniu tego posiedzenia (na nim miał być wydany wyrok) i ogłoszenia wyroku do 25 marca. Powodu nie podała. Za to wyraźnie zdenerwowana oświadczyła, że jeden z sędziów zwrócił się do składu sądzącego z wnioskiem „poza jakimikolwiek procedurami”, „zmierzającym do tego, aby skład orzekający podjął określone czynności w ramach orzekania”.

Dodała, że informuje o tym, bo „dla składu orzekającego była to sytuacja zupełnie zaskakująca i właściwie ja mogę powiedzieć, że dla sędziego orzekającego w sądach powszechnych jest to sytuacja niebywała”.

RPO interweniuje, Muszyński przesądza

W przyszły wtorek sprawą legalności powołania KRS i działania obsadzonej przez nią Izby Dyscyplinarnej SN ma się zająć Trybunał Sprawiedliwości UE. Nie wyda jeszcze wyroku – będzie dopiero rozprawa. Spekulowano zatem, że polski TK zechce uprzedzić TSUE i wyda wyrok, że KRS została powołana w zgodzie z konstytucją. W ten sposób da rządowi pretekst do ewentualnego niepodporządkowania się wyrokowi TSUE, gdyby był inny niż wyrok TK.

Sprawujący funkcję wiceprezesa TK dubler sędziego Mariusz Muszyński opublikował kilka dni wcześniej w „Rzeczpospolitej” artykuł dowodzący, że jeśli unijne prawo (a o nim orzeka TSUE) jest sprzeczne z konstytucją krajową, kraj ma prawo odmówić stosowania tego unijnego prawa. To wyglądało na przygotowanie artyleryjskie do nieuznania wyroku TSUE w sprawie KRS.

Z kolei we wtorek RPO Adam Bodnar wystosował do TK pismo, w którym zauważył, że ogłoszenie wyroku wyznaczono przed upłynięciem 30-dniowego terminu, jaki ma on, i inne strony postępowania, na zajęcie stanowiska. A RPO ma prawo przystąpić do postępowania. Ta sytuacja „skutkować będzie nieważnością postępowania” – napisał rzecznik.

Julia Przyłębska Człowiekiem Wolności tygodnika „Sieci”

Jeden z sędziów musiał zaprotestować

Być może strach przed zarzutem nieważności jest przyczyną odroczenia posiedzenia i wyroku do 25 marca, bo 23 marca mija dla RPO termin na decyzję, czy przystąpi do postępowania, i na przesłanie swojego stanowiska.

Może właśnie o to chodziło z owym sędzią, który zażądał od składu orzekającego „podjęcia określonych czynności w ramach orzekania”? Mogło być tak, że któryś z sędziów ze składu się zbiesił i zażądał odroczenia do czasu upływu terminu dla RPO. I zapowiedział, że w przeciwnym razie złoży zdanie odrębne do wyroku, w którym napisze, że jest on nieważny?

Niewykluczone, że nowi sędziowie w TK liczą się ze zmianą władzy i wolą się zabezpieczyć przed zarzutem, że brali udział procedurze sprzecznej z prawem.

Tyle że sam TK zadbał, by wyrok mógł być podważany, dokooptowując do składu dublera Justyna Piskorskiego i w dodatku czyniąc go sprawozdawcą. W poprzednim składzie wyznaczonym do tej sprawy dublera nie było.

Tajne zgromadzenie Sędziów TK

Maszynka „dobrej zmiany” się zacięła

Ale znowu inny krok TK świadczy o tym, że chce oddalić zarzuty nieważności wyroku. Otóż pierwotnie wniosek kwestionujący prawomocność KRS wniosła sama KRS. To, że kwestionuje własną legalność, było dość kuriozalne, ale też wzbudziło wątpliwości prawników, czy wyrok wydany w sprawie takiego wniosku będzie ważny. Bo skoro organ kwestionuje własną legalność, to czy wniosek złożony do TK przez taki organ jest ważny? Wydaje się, że to mogło być powodem, dla którego miesiąc temu grupa senatorów PiS skierowała do TK niemal identyczny wniosek. A TK połączył go z wnioskiem KRS i rozpatruje łącznie.

Z tych wszystkich dziwacznych okoliczności widać, że maszynka do orzekania w TK „dobrej zmiany” się zacięła. Ponieważ dotąd TK w sprawach będących w zainteresowaniu politycznym władzy działał ściśle według interesu PiS, można postawić tezę, że PiS sam nie wie, jaki ma w tej sprawie interes – stąd chaos w działaniu.

Z jednej strony podporządkowanie się wyrokowi TSUE oznacza de facto klęskę wymiany kadrowej w sądach i zakwestionowanie prawomocności działania obu nowych izb w Sądzie Najwyższym: Kontroli Nadzwyczajnej (m.in. legalizuje wybory) i Dyscyplinarnej. Z drugiej strony niepodporządkowanie się wyrokowi TSUE oznacza frontalny konflikt z Komisją Europejską i oskarżenia o chęć polexitu, których przed wyborami PiS boi się jak ognia.

Władza nie daje jasnego sygnału, co robić, więc TK się miota i nie robi nic.

Kaczyńskiego niczego nie nauczyła śmierć Adamowicza

14 Mar

W państwie PiS takie błyskawiczne kariery powoli stają się – niestety – normą. Wszyscy mamy w pamięci choćby Daniela Obajtka, który z wójta Pcimia awansował na szefa państwowego giganta paliwowego PKN Orlen.

Tym razem mamy do czynienia z przeskoczeniem z aplikanta w prokuraturze na stanowisko prezesa Sądu Rejonowego w Działdowie. Na dodatek Marcin Czapski – bo o nim mowa – nominację sędziowską otrzymał zaledwie trzy tygodnie temu.

Zaczynał jako aplikant w prokuraturze w Grudziądzu, potem – był asesorem i prokuratorem w Prokuraturze Rejonowej w Nowym Mieście Lubawskim. Powołanie Czapskiego na prezesa sądu w Działdowie potwierdził onet.pl rzecznik Sądu Okręgowego w Elblągu Tomasz Koronowski. – „Pan sędzia Czapski prezesem mianowany został na cztery lata, czyli na pełną kadencję” – powiedział rzecznik.

„To jest rzecz nie do uwierzenia, kuriozum i kpina. To tak, jakby ośmiornica oplatała wymiar sprawiedliwości. Jak prezesem sądu zostać może osoba kompletnie bez doświadczenia? Niewiarygodne” – stwierdził w rozmowie z onet.pl poseł PO Borys Budka. Minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL uważa, że to mianowanie „pokazuje, o co chodziło w zmianach wdrażanych przez PiS”. – „Stanowiska obejmować mają „bierni, mierni, ale wierni”, tak zwani „BMW”. Taki był plan pana Ziobry, by poprzez usłużną KRS wpychać do sądów ludzi związanych z podległą mu prokuraturą. Tak się tworzy „kadry przyszłości” – podsumował z gorzką ironią poseł Budka.

Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza nic PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła? – mówi senator niezależny Marek Borowski, były marszałek Sejmu. Pytamy o nabierającą tempa kampanię do PE i o strategię PiS-u. Rozmawiamy też o słynnej sejmowej tablicy z tzw. układem Kaczyńskiego. – Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę. Najpierw tablice zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Sam stał się głównym bohaterem memów jako taki pisowski głuptasek – mówi nasz rozmówca.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni wszyscy rozmawiają o słowach Kaczyńskiego o seksualizacji dzieci i obronie polskiej rodziny. Jakkolwiek to niemoralne i obrzydliwe, PiS-owi udało się zmienić agendę. Nie słychać o wieżach, Srebrnej czy zarobkach w NBP, zatem to dobry ruch? 

MAREK BOROWSKI: Trudno nie mówić o tym, natomiast nie wydaje mi się, żeby to długo trwało. Jeżeli Kaczyński sądził, że na tym zbuduje narrację i do wyborów będziemy mówić tylko o tym, to się pomylił, bo ta sprawa wygaśnie.

Dodatkowo wszedł, pomijając, jak pani powiedziała, obrzydliwość tej „polityczki”, na bardzo śliski grunt. Opozycja, jeżeli tylko Kaczyński będzie się dalej prosił, to odpłaci mu z nawiązką.

Kaczyński chce się przedstawiać jako obrońca polskiej rodziny i dzieci, co samo w sobie jest zabawne, bo jego doświadczenie w tej kwestii jest raczej nikłe.

Mało tego, jeśli chodzi o rodzinę, to ostatnio ma z nią nie najlepsze doświadczenia, ale pomijając już tę kwestię, to człowiek dbający tak bardzo o dobro dziecka, aby przypadkiem go nie zdeprawować, trzyma w swoich szeregach, i to na prominentnych stanowiskach, pana Piotrowicza, który kilkanaście lat temu jako prokurator nadzorujący sprawę księdza pedofila z Tylawy bronił prokuratora, który umorzył sprawę, i bronił księdza pedofila. Później ten ksiądz został skazany na dwa lata za czyny naprawdę lubieżne i obrzydliwe. Samo śledztwo prowadzone było w sposób skandaliczny i za to odpowiedzialny jest pan Piotrowicz.

Po drugie, to z resortu pani Rafalskiej o mały włos nie wyszedł projekt nowelizujący ustawę antyprzemocową, w której zapisano, że pierwsze pobicie żony nie jest jeszcze przemocą domową. Dopiero protesty organizacji kobiecych i Rzecznika Praw Obywatelskich zmusiły rząd do wycofania tego projektu. Za to odpowiedzialna jest bezpośrednio pani Rafalska, która zresztą swego czasu twierdziła, że trzeba wycofać się z konwencji antyprzemocowej. Jak widać, do tej pory włos jej z głowy nie spadł. Zatem Kaczyński toleruje tego typu wybryki w swoich szeregach, co nie przeszkadza mu prezentować się jako wielki obrońca rodziny.

Wreszcie sprawa in vitro, gdzie PiS robi wszystko, aby je utrudnić, czyli znowu występuje przeciwko rodzinom.

Jeśli Kaczyński będzie kontynuować taką narrację, to myślę, że opozycja rozwiesi billboardy, ruszy nowy „konwój wstydu” z panem Piotrowiczem, fragmentami ustawy antyprzemocowej itd.

Ten sobotni atak na środowiska LGBT  jest też dowodem na to, że PiS jest w desperacji, bo wytoczył najcięższe działa?
Oczywiście, bo przecież zaczął od tzw. piątki Kaczyńskiego, czyli od kolejnych prezentów finansowych. Prawdopodobnie badania pokazały, że wielkiego efektu to nie przyniosło. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ludzie wezmą, ale zagłosują inaczej, niż chce PiS. Jak powiedziała pani premier Szydło – wzięli, bo im się to słusznie należało.

To skłoniło Kaczyńskiego po sięgnięcie po wypróbowane metody szukania wroga, bo taka jest jego natura. Pewnie ci, którzy wymyślili mu taki ruch, dodatkowo chcieli zablokować prawą stronę, na której PiS-owi wyrastają nowe agresywne w tej retoryce ugrupowania. Ta

narodowo-klerykalna prawica wspierana przez Kościół, a przynajmniej niektórych hierarchów, jest tu bardzo pobudzona i na tym prawdopodobnie będzie chciała oprzeć swoje kampanie, a to może odebrać PiS-owi kilka głosów.

Kaczyński wypuścił też kolejne demony. Po antysemityzmie teraz homofobia?
Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza niczego PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła?

Rozumie pan ten sojusz ołtarza z tronem? Kościół bardzo szybko skrytykował podpisanie deklaracji LGBT, a sam ma ostatnio poważne problemy.
Tu jeszcze bym dodał, że PiS w sprawach pedofilii wśród księży jest dziwnie milczący. To inne ugrupowania opozycyjne domagają się działań ze strony Kościoła. Oczywiście PiS nie chce urazić hierarchów, bo a nuż zajmą pozycję neutralną, czego należy życzyć Kościołowi.

Niestety, nasz Kościół od początku transformacji nie umie się odnaleźć. Prezentuje poglądy zaściankowe, czasem wręcz wsteczne, średniowieczne. W sprawie pedofilii niby Kościół coś próbuje robić, ale gdy dochodzi do takiej sprawy jak prałata Jankowskiego, to okazuje się, że jest dziwna niemoc w Kościele, aby coś zrobić. Politycznie z kolei nasz Kościół jest „rydzykowy”. I dziwi mnie to zaskoczenie później, że Robert Biedroń ze swoimi postulatami świeckiego państwa ma 14 proc. poparcia.

Według najnowszego sondażu Koalicja Europejska wyprzedziła PiS, a właściwie Zjednoczoną Prawicę w wyborach do PE, 35 do 33 proc. Opozycja może się już cieszyć?
Na pewno martwić się już nie ma czym. To premia za jedność. Zresztą ja zawsze podkreślałem, że

to, że PiS prowadzi w sondażach, nie oznacza, że ma poparcie większości Polaków, bo jak się zsumuje poparcie ugrupowań prodemokratycznych, to zawsze było większe niż poparcie PiS-u.

Trzeba pamiętać jeszcze, że trochę wyborców podebrał Koalicji Europejskiej Biedroń. Mimo że sam stara się być symetrystą, to widać gołym okiem, że jego program jest anty-PiS-owski. W tej chwili KE i Biedroń to razem 46 proc. według tego sondażu przy 33 proc. dla PiS. To znaczna różnica. Pamiętać należy jednak, że to badanie dotyczy wyborów europejskich, w których wielu wyborców nie idzie do urn, opozycja nie ma zatem co skakać do góry z radości. W przypadku wyborów do PE mniej liczą się różnice programowe, bo ludzie generalnie uważają jednych za bardziej, innych za mniej europejskich i tyle. Poważniejszą sprawą będzie program na wybory jesienne. Rozumiem, że założeniem było, że dobry wynik KE w wyborach do PE będzie zachętą do tego, aby wspólną listę wystawić na wybory parlamentarne, za czym się opowiadam. Tylko tam Koalicja musi już przedstawić program dla Polski. Myślę, że z pomocą przyjdzie PiS, który obiecał, że jeszcze w tym roku przyjmie pakiet ustaw, które będą te prezenty dla wyborcy gwarantować. Częściowo będą one wypłacone teraz, a w całości w przyszłym roku. To oznacza, jeśli przyjąć kwotę, którą wyliczono, czyli ponad 40 mld zł, że nie będzie już przestrzeni dla dalszego kupowania wyborców. To oznacza, że opozycja nie musi kłócić się między sobą, czy organizować wydatki wokół pomysłu PO czy PSL, Nowoczesnej czy SLD. Opozycja będzie mogła spokojnie zając się tym, co łączy, a mianowicie kwestiami ustrojowymi: TK, sądownictwa, prokuratury, służby cywilnej, spółek Skarbu Państwa, mediów publicznych. Propozycje rozdawnicze PiS-u wystarczy po prostu poprzeć.

W Sejmie mamy spór o tablicę z układem Kaczyńskiego, którą przygotowała PO, a którą PiS zwalcza. Czy pana zdaniem taka tablica może stać w parlamencie?
Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że

w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę.

Najpierw tablicę zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. Ta sytuacja pokazuje, że PiS boi się tej tablicy. Dobrze by było, żeby partie jednak doszły do jakiegoś porozumienia w tej kwestii. Na razie tablica stoi na terytorium Platformy, tylko przy otwartych drzwiach, wszyscy o niej mówią, każdy chce ją zobaczyć. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Stał się głównym bohaterem memów jako taki PiS-owski głuptasek.

Wierzy pan w odwołanie szefa straży marszałkowskiej Piotra Rękosiewicza z powodów osobistych?
Nie wierzę. To typowe postępowanie Kuchcińskiego, który dodatkowo jeszcze naciskany jest przez Kaczyńskiego, który wydaje polecenia. Jeżeli ktoś nie chce ich wykonywać, to odchodzi

Pamięta pan, jak wchodziliśmy do NATO 20 lat temu?
Oczywiście, bardzo dobrze!

Minister Błaszczak mówił podczas obchodów, że to rząd Jana Olszewskiego wytyczył tory wejścia Polski do NATO. Jak pan się do tego odniesie?
Olszewski był tym premierem, który mówił o tym otwarcie i bardzo dobrze, ale nie tylko on, mówiła cała opozycja solidarnościowa. Aby podjąć konkretne działania, rozpocząć rozmowy i ustalić, co jest niezbędne – tym zajmowały się już następne rządy. Olszewski był premierem bardzo krótko. Te działania podjęły zarówno rządy Pawlaka, Oleksego, Cimoszewicza, Buzka, jak i prezydenci Kwaśniewski i Wałęsa, który wyprowadził wojska radzieckie z Polski. Zasługi należą się wielu osobom z długiej listy tych, którzy się do wejścia Polski do NATO przyczynili. Także ambasador Koźmiński w Stanach Zjednoczonych wiele zrobił. Powiedzmy sobie szczerze, że

z PiS-u zawsze wychodzi taka „słoma z butów”, taka małostkowość. Nigdy nie pochwalą swoich poprzedników.

Tymczasem opozycja to potrafi. Ja jeżeli wypowiadam się o przeszłości, gdzie zasługi mają moi polityczni oponenci, w stosunku do których byłem w opozycji, to zawsze je wymienię, podobnie dzisiejsza opozycja. Jeżeli Lech Kaczyński miał w czymś zasługi, to ich nie pomijam, natomiast pan Jarosław i jego polityczni bracia i siostry nigdy tego nie robią.

– Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie członków KRS będzie nieważne – ostrzegają politycy opozycji. Powodów jest kilka, m.in. niedochowanie terminów i jeden z sędziów, który znajduje się w składzie orzekającym. – Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany TK będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucja zmiany – mówił na konferencji prasowej były minister sprawiedliwości Borys Budka z PO. Wyrok w tej sprawie TK ma wydać w czwartek.

„Trybunał Konstytucyjny służy partii rządzącej”

Wnioski dotyczące zbadania wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa przez Sejm złożyła sama KRS i grupa senatorów. Trybunał zdecydował, że zajmie się nimi łącznie. Wyrok w tej sprawie ma zostać wydany w czwartek, na niejawnej rozprawie.

Do wydania orzeczenia potrzebne są opinie wszystkich uczestników postępowania. Prokurator Generalny i Sejm zdążyli ustosunkować się tylko do jednego z wniosków. Wątpliwości budzi także planowane rozpatrzenie sprawy za zamkniętymi drzwiami. Według posła PO Borysa Budki „orzeczenie Trybunału nie będzie miało mocy prawnej ze względu na liczne uchybienia”.

– Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany Trybunał Konstytucyjny będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucją zmiany. Julia Przyłębska została wskazana przez prezydenta na prezesa TK na skutek wadliwej uchwały mniejszości sędziowskiej i tak naprawdę nie jest prezesem, tylko uzurpuje sobie prawo do zajmowania tego stanowiska. Nadal wśród osób, które znajdują się w TK, jest trzech sędziów dublerów, którzy nie mają przymiotu sędziego, bo ich miejsca zostały obsadzone – wylicza były minister sprawiedliwości.

Wątpliwości budzi także wyznaczenie do 5-osobowego składu Justyna Piskorskiego, który zastąpił w TK zmarłego w lipcu sędziego dublera Lecha Morawskiego. Przez posłów opozycji uznawany jest więc za nielegalnie wybranego prawnika.

Poza tym to nie przypadek, że Trybunał postanowił zająć się sprawą właśnie teraz.

Kolejny krok do polexitu?

– Tę samą ustawę 19 marca ma zbadać Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dzisiaj Trybunał z Warszawy staje w wyścigu prawnym z Trybunałem z Luksemburga. Ale już możemy ocenić, że za metą tego wyścigu znajduje się przepaść, a na jej dnie jest polexit. Do tego w perspektywie kilku lat zmierzają działania obecnej partii rządzącej i przejęte przez pisowskich nominatów kolejne instytucje – tłumaczy posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz, z klubu PO-KO.

Przypomnijmy, Sąd Najwyższy zadał pytania prejudycjalne TSUE co do zdolności nowej KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów. Wyrok ma być ogłoszony dopiero 19 marca 2019 roku, czyli już po ogłoszeniu wyroku TK.

Takim działaniem TK chce uratować rząd przed koniecznością wycofania się ze zmian w SN i KRS. Ale także do wyprowadzenia Polski z UE. – Jeżeli to orzeczenie zapadnie, będzie to kolejny przykład tego, że Polska zmierza do wyjścia z Unii. Rząd teraz usiłuje udaje euroentuzjastów, ale będzie robił to Trybunał Konstytucyjny – ostrzega także Borys Budka.

– Część sędziów TK została zamieniona po 2015 roku w politycznych żołnierzy walczących w wojnie PiS-u z Unią Europejską, a część w zakładników, którzy działają tak jak chce partia rządząca. Ale jedynym poległym będzie polska demokracja – mówi Gasiuk-Pihowicz.

Trybunał ma podjąć decyzję w czwartek.

Według prezesa PiS, „seksualizacja” miałaby skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

Pan prezes powiedział „seksualizacja” i już wiadomo, że tegoroczna kampania wyborcza będzie lingwistyczna. Czeka nas wojna na słowa, a raczej wyrazy. Takie, jak „seksualizacja” właśnie, która na konwencji PiS w Jasionce zadebiutowała jako „wyraz”, że się tak wyrażę. Brzydki wyraz, znaczy.

W ten sposób stosunkowo neutralne socjologiczne określenie, dotyczące – z grubsza biorąc – wpisywania zjawisk i rzeczy w kontekst seksualny, weszło do słownika wyrazów obcych naszej tożsamości narodowej, do której partia aktualnie rządząca już wcześniej zapisała ateizację oraz gender.

Co teraz znaczy ta „seksualizacja”? Z wypowiedzi pana prezesa w Jasionce wynika, że chodzi – generalnie – o obiektywną, wolną od ideologii, zgodną z aktualną wiedzą naukową i standardami Światowej Organizacji Zdrowia edukację seksualną dzieci młodzieży. Co w tym złego? Otóż zdaniem szefa formacji władzy – wszystko. O ile tylko przyjmiemy, że wykłady z prawa karnego to podżeganie do zbrodni, a podręcznik do ginekologii klinicznej to instrukcja, jak mordować dzieci poczęte, to już samo omawianie zagadnień związanych z płciowością prowadzi do seksualizacji właśnie. Czyli – w brawurowej interpretacji pana prezesa – do przedwczesnego zainteresowania najmłodszych pokoleń tą sferą życia, co miałoby z kolei skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

A to ponieważ – idąc dalej tokiem takiego rozumowania – owa rodzina jest zbudowana na fundamencie niewiedzy, a przywiązanie do tego modelu życia społecznego to wynik ignorancji i braku wyboru. Przyrost naturalny zawdzięczamy zaś nad Wisłą wyłącznie wyczerpaniu się ostatniego wydania „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, bowiem kto potrafi korzystać z antykoncepcji, nie będzie płodzić (ani rodzić) dzieci. Nikt też, nieprzymuszony brakiem innego pomysłu na życie, nie weźmie ślubu ani nie założy rodziny. Zwłaszcza tradycyjnej. Ciekawy pogląd i – jak dowodzą liczne nagłośnione ostatnio w mediach „przypadki” życia rodzinnego w środowisku pana prezesa – być może mający potwierdzenie w faktach.

Prawdą jest również, że statystyki przyrostu naturalnego ratują u nas nastolatki oraz niewiasty, które nie marnowały czasu na długą edukację. Natomiast kobiety z dyplomami nie dość, że jeśli już, to rodzą jedynaka, to jeszcze powszechnie praktykują złowrogi gender i mordercze in vitro.

Poza tym edukacja seksualna zagraża nie tylko Rodzinie, ale także Kościołowi. A to z powodu „epidemii” pedofilii. Wcześniej nikt u nas o żadnym molestowaniu nieletnich nie słyszał. Aż pojawili się edukatorzy tłumaczący, co to „zły dotyk” i przywlekli nad Wisłę tę zachodnią zarazę. Razem z tamponami, które – jak uczą nasze podręczniki pisane przez panie katechetki – powodują sepsę i niepłodność.

Trzeba to sobie wreszcie powiedzieć otwarcie i pan prezes to – poniekąd – w Jasionce uczynił – edukacja szkodzi. Szczególnie na moralność i wyniki wyborów. Taka – na przykład – ekonomizacja uczy, skąd biorą się pieniądze na „prezenty od Jarosława Kaczyńskiego” oraz, co to znaczy „deficyt budżetowy”. Z kolei „prawoizacja” prowadzi wprost do deprawacji i burd ulicznych w obronie Konstytucji, sądów oraz państwa prawa. A filozofizacja – ze wszystkich „-acji” najgorsza – potrafi nawet wmówić niewinnym umysłom że „białe jest białe, a czarne – czarne”. No, naprawdę… Tak dalej być nie mogło, toteż minister Zalewska dokonała „reformy oświaty” i teraz w szkołach już żadnej edukacji nie będzie.