Tag Archives: Kornel Morawiecki

PiS wraz z Kościołem chce obalić pozycję Polski, którą wznosiliśmy z mozołem

6 Kwi

Od lat zastanawiałam się co też uczą w seminariach duchownych przyszłych „władców dusz”. Kiedyś chodziło mi o jeden temat: o przemoc domową. Czy w seminariach duchownych mają jakąś psychologię? Czy poznają dane dotyczące przemocy i uczą się wrażliwości, która pomaga reagować?

Myślałam, ile mógłby zrobić taki ksiądz dobrego, gdyby raz na miesiąc podczas kazania potępił przemoc wobec słabszych: kobiet, dzieci, zwierząt. W żadnym kościele tego nie robią. Nie uczą ich tego, a czego uczą? Egzorcyzmów? Nacjonalizmu? Nietolerancji? Są pazerni i nie dają sobie rady z własną seksualnością (przy takiej liczbie przesądów nie trudno o różne dewiacje).

Księży bardziej wzrusza abstrakcyjne cierpienie Jezusa (pozór tego wzruszenia) niż realne cierpienie wiernych, bardziej się przejmują ile wezmą na tacę i jaką mają władzę niż co zrobić, by pomóc ludziom.

Kto ich kształci? Czego się tam uczą? Kto tam chodzi? Myślę, że odpowiedzi na te pytania są kluczem do zrozumienia średniowiecznej kondycji naszego kleru, katechetów, hierarchów.

Ale nie tylko o tę kastę chodzi. Ich poziom wyznacza poziom moralności w Polsce. I w tym tkwi cały dramat.

>>>

Znany publicysta „Financial Times” David Allen Green, na twitterze, rzucił pomysł, żeby Donalda Tuska odznaczyć brytyjskim Orderem Zasługi.

Stało się to zaraz po tym, kiedy szef Rady Europejskiej niespodziewanie zaproponował opóźnienie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nawet o 12 miesięcy.

Takiej propozycji nikt się nie spodziewał. Od dłuższego czasu liczono się raczej z twardym brexitem, bez żadnych umów. Oczywiście na propozycję Donalda Tuska muszą się jeszcze zgodzić państwa członkowskie.

Niemniej fakt złożenia jej, dał Brytyjczykom nadzieję i rozgrzał uczucia do szefa RE. Szczególnie ucieszył tych, którym nie podoba się opuszczenie Unii bez żadnego porozumienia. Poparli więc pomysł Greena i wspólnie uznali, że przewodniczący Rady Europejskiej jest jednym z największych przyjaciół, jakich Wielka Brytania miała kiedykolwiek w dziejach i że należy mu się za to brytyjski Order Zasługi.

Trzeba tu dodać, że Order Zasługi to bardzo szczególne odznaczenie. Mogą je mieć zaledwie 24 żyjące osoby, a przyznawane jest za wybitną służbę w siłach zbrojnych, osiągnięcia na polu nauki, sztuki albo literatury lub za wspieranie kultury.

Znany z poczucia humoru i dystansu do siebie Donald Tusk, nie traktując tej propozycji zbyt poważnie, odpowiedział na Instagramie: „You made my day” – „Poprawiłeś mi humor” – „Sprawiłeś, że mój dzień jest szczęśliwy”.

To spowodowało jeszcze większy entuzjazm i uwielbienie. W komentarzach pod jego wpisem Brytyjczycy i Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii podkreślają, że tylko w Tusku nadzieja, że tylko on może rozjaśnić ich przyszłość.

>>>

„Nie miałem powodu nie wierzyć takiemu człowiekowi jak Kornel Morawiecki. Zresztą, w ręku miałem podpisaną przez marszałka umowę” – tak dziennikarzom Onetu mówił Janusz Kulesza, którego firma budowlana przeprowadzała remont w siedzibie partii Wolni i Solidarni, której liderem jest ojciec urzędującego premiera, Kornel Morawiecki. Panowie podpisali umowę dotyczącą remontu w sierpniu 2017 roku. Jak informuje portal Onet „Kulesza zgodził się, że przeprowadzi remont na niezwykle dogodnych dla partii warunkach, bo jedynie za zwrot poniesionych w trakcie prac kosztów.” Koszty te według ustaleń miały być rozliczane etapowo, a Kulesza miał jednorazowo wydawać do 20 tys. złotych. W przypadku przekroczenia tej kwoty miał, zgodnie z ustaleniami, wysyłać partii faktury do zapłaty.

Problemy z płatnościami pojawiły dość szybko. Do końca października Kulesza zainwestował w remont siedziby partii ok. 90 tys. złotych i nie otrzymał ani złotówki zwrotu tych kosztów. „Pan Morawiecki poprosił mnie wtedy, żebym jeszcze przez chwilę się wstrzymał z wystawianiem faktur i żebym wyraził zgodę na opóźnienie terminu zapłaty. Tłumaczył się „innymi pilnymi wydatkami” partii. Równocześnie zapewnił mnie o rychłym rozliczeniu zaległości” – opowiada Kulesza. W tak zwanym międzyczasie panowie spotykają się kilka razy, a na spotkania zapraszane są również inne osoby, jak na przykład prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Niestety nic konkretnego z nich nie wynika, a Janusz Kulesza coraz bardziej niepokoi się o zwrot pokaźnej sumy.

Tuż przed świętami, 22 grudnia 2017 r., Kulesza przekazuje partii Wolni i Solidarni za pośrednictwem Wójcika zestawienie kosztów na łączną kwotę 133 tys. 679 zł i 48 gr brutto.” Na początku stycznia 2018 roku Kornel Morawiecki podpisuje protokół odbioru prac budowlanych i po raz kolejny zapewnia o rychłym uregulowaniu należności, prosząc jednocześnie o rozbicie jej na dwie faktury. Kulesza przystaje na tę propozycję i wystawia jedną fakturę na 45 tys. złotych, a drugą pro forma. Jak można się spodziewać, faktury nie zostały zapłacone, a tracącego cierpliwość Kuleszę zaproszono na kolejne spotkanie w słynnym „Czytelniku”. Tym razem Kulesza miał się spotkać z Maciejem Wyszoczarskim, „dyrektorem Pionu Sieci i Operacji PKO BP, który zaczynał karierę w Banku Zachodnim WBK, gdy na czele tego banku stał Mateusz Morawiecki, obecny premier i syn Kornela Morawieckiego.”

Wyszoczarski zaproponował  Kuleszy- jak podaje onet – rozliczenie zadłużenia w transzach po 18-20 tys. zł z pominięciem faktur, czyli miały to być rozliczenia nielegalne. Dziennikarze portalu piszą, że to nie pierwsza tego typu propozycja zerowania faktur, jaka wyszła od Partii Wolni i Solidarni. „Anulować można wyłącznie fakturę, która nie została doręczona nabywcy i gdy nie doszło do dostawy towaru lub wykonania usługi. To podstawowa zasada, o której powinien pamiętać każdy przedsiębiorca. Innymi słowy, jeśli faktura została wysłana, to już nie można jej anulować. Propozycję wyzerowania faktury można rozpatrywać w kontekście ewentualnego podżegania do popełnienia przestępstwa skarbowego” – stwierdza ekspert prawa podatkowego adwokat Jarosław Ziobrowski.

Kulesza nie przystał na propozycję i jak powiedział dziennikarzom Onetu „wtedy usłyszałem, że Wyszoczarski „nie rozumie” pewnych pozycji z mojego wykazu kosztów. Stwierdził, że ma duże doświadczenie w rozliczeniach remontów, gdyż podlegały mu remonty wielu oddziałów bankowych. „ Sprawa płatności znowu pozostaje w punkcie wyjścia. Podczas ponownego spotkania Kuleszy z Kornelem Morawieckim w czerwcu 2018 roku, ten ostatni przy świadkach potwierdza istnienie długu i dając słowo honoru przekonuje, że do 13 lipca zapłaci 70 tys. złotych. Oczywiście pieniądze nie wpływają, a Kulesza odbiera telefon z groźbami.

Zadzwonił nieznany mi wcześniej, przedstawiający się jako prawnik WiS-u Paweł Wiącek. Powiedział, żebym „zwrócił uwagę na swoją przeszłość polityczną, o której nie raczyłem dotąd poinformować”. Sugerował, że byłem w latach 90. powiązany z SLD.” – mówi Kulesza, którego pełnomocnik składa wreszcie do sądu pozew o zapłatę ponad 146 tys. złotych wraz z odsetkami. Sąd wydaje nakaz zapłaty, a 5 października 2018 r. pełnomocnik Kuleszy składa wniosek o wszczęcie postępowania komorniczego. Komornik uzyskuje informację, że partia Morawickiego posiada konto w banku PKO BP, na którym są środki pieniężne w wysokości 52 złotych i 14 groszy. Co interesujące, dziennikarzom Onetu udało się dotrzeć do sprawozdania finansowego partii za 2018 rok, w którym nie ma wzmianki o zajęciu konta przez komornika. Z kolei w aktach sprawy sądowej jest pismo Kornela Morawieckiego, w którym można przeczytać m.in.: „Zostało zajęte konto bankowe naszej Partii, z którego to konta komornik sądowy zajął w ostatnich dniach października 2018 roku ponad 22 tysiące złotych (z konta funduszu wyborczego w trakcie procesu wyborczego) i w tym stanie rzeczy >minus< na kontach partii wynosi nadal ponad 130 tysięcy złotych wraz z kosztami egzekucji komorniczej”.

Kornel Morawiecki uważa roszczenia Kuleszy za „bezpodstawne”, a w oświadczeniu majątkowym swojej partii wykazuje brak jakichkolwiek środków. Sprawę rozstrzygnie sąd. Dziennikarzom Onetu nie udało się porozmawiać z samym Kornelem Morawieckim, który wciąż jest „niedostępny”. Rozmawiali za to z Maciejem Wyszoczarskim z PKO BP, jednak nie mógł on sobie niczego przypomnieć.

Wolność dzisiaj mierzona jest barierkami, które wyznaczają granicę między obywatelami pisowskiej Polski a resztą

Czym dla mnie jest wolność? Jedną z tych wartości, która od zawsze była podstawą mojego życia. To przekonanie, że w ramach społeczeństwa i państwa, w jakim żyję, mam prawo do własnego zdania, własnych poglądów. Do funkcjonowania w zgodzie z samą sobą tak, by jednocześnie nie krzywdzić innych. Nie ukrywam, że taka właśnie wolność towarzyszyła mi od 1989 roku, gdy Polska zmieniła swoje oblicze. Wiadomo, nie było lekko. Raczkująca demokracja niejeden raz dała mi popalić, wielokrotnie z oburzeniem obserwowałam takie działania kolejnych rządów, które nie przystawały niczym do mojego pojmowania wolnościowych realiów, jednak czułam się jak ptak, wreszcie po latach wypuszczony z klatki zakazów, nakazów, partyjnych przekazów. Od prawie już czterech lat ponownie znalazłam się w klatce. Teraz to bardziej boleśnie odczuwam, bo udało mi się liznąć tej wolności sporo i znowu ją straciłam.

Wolność stała się wyświechtanym frazesem, narzędziem w rękach partii rządzącej, która usiłuje przekonać nas, że nigdy wolni nie byliśmy, a dopiero teraz, prezes i spółka niosą nam tę wolność jak pochodnię oświecenia i prawdy. Jarosław Kaczyński przekonywał nas w maju 2017 roku w Stoczni Gdańskiej, że okres rządów PO to „był czas strachu. Dziś jest czas wolności. Chciałbym żebyście to wiedzieli. Idąc w tym marszu i twierdząc, że dziś wolność jest zagrożona idziecie w innym kierunku niż sądzicie (…) Wy maszerujecie właśnie dlatego bez żadnych przeszkód, że wolność w Polsce istnieje. Nie ona jest dzisiaj zagrożona. Zagrożeniem są plany, które w gruncie rzeczy godzą w wolność. Bo pamiętajcie państwo, że prawo do pracy to też wolność”.

Podczas miesięcznicy smoleńskiej we wrześniu 2017 r. prezes rzucił między tłum, że „pozostaniemy i będziemy tą wyspą wolności, tolerancji, tego wszystkiego, co tak silnie było obecne w naszej historii”, a na konwencji w Gdańsku, 30.03.2019 r., przekonywał, że „Prawo i Sprawiedliwość jest partią wolności. Dobre prawo, równe dla wszystkich i sprawiedliwość równa się wolność. Dlatego nie będziemy już mówić o „piątce” PiS, tylko o „piątce” plus, gdzie ten plus, to wolność”.

Ta wolność, o której z takim zapałem opowiada prezes, dotyczy tylko polityków Zjednoczonej Prawicy i jej sojuszników, a całą reszta obywateli może sobie o tej wolności tylko pomarzyć. Wolność dzisiaj mierzona jest barierkami, które wyznaczają granicę między obywatelami pisowskiej Polski a resztą. Granicę również w sensie psychologicznym. Barierki na miesięcznicach smoleńskich, barierki na spotkaniach polityków PiS z narodem, barierki wokół pomników Lecha Kaczyńskiego. Barierki, które wbijają się nam w głowę, coraz wyraźniej pokazując, że władza stoi tam, a my zupełnie gdzie indziej, poza tym dzisiejszym państwem prawa i sprawiedliwości. Wyraźnie widać, że PiS ma bardzo specyficzne rozumienie pojęcia „Wolność” i buduje ją na dzieleniu Polaków na tych, którym wolność się należy i tych, którzy nie mają do niej żadnego prawa.

Te barierki wyznaczają obszar, na którym za przyzwoleniem PiS zamyka się lesbijki, gejów i osoby transpłciowe. Już dzisiaj są one wykluczane z polskiego społeczeństwa obywatelskiego, a homofobia urasta do niebotycznych rozmiarów. Mówi się o leczeniu homoseksualizmu jako zaburzenia psychicznego, grozi wsadzaniem do więzień, ostrzega przed przyjmowaniem do pracy, myli się homoseksualizm z pedofilią.

Za barierkami, w strefie pisowskiej, stoi tolerancja dla narodowców, ataków na cudzoziemców, dla antysemityzmu i najbardziej prymitywnych przejawów rasizmu. Jest tu też miejsce dla Polskiej Instytucji Kościelnej, która wraz z partią prezesa buduje tę „chorą” Polskę. Polskę krzyży, przyzwolenia na pedofilię, kościołów tylko dla wybranych, pełną indoktrynacji religijnej w publicznych palcówkach oświatowych.

Barierkami śmiało możemy nazwać pogorszenie sytuacji kobiet na rynku pracy, bo po co im praca? Dostają 5 stów na dziecko, jak się postarają to, mając czwórkę potomków, załapią się na emeryturkę, więc niech siedzą w domu i będą na usługi swego męża pana. To też działania PiS ograniczające wolność organizacji pozarządowych, poddanie ich ostrej kontroli państwowej i zakręcenie kurka z dofinansowaniem, bo pieniądze ta władza woli przekazać ojcu Rydzykowi i instytucjom związanym z kościołem. To przejęcie mediów publicznych, by manipulować Polakami i wpędzać ich w stan permanentnej głupoty. Ograniczenie wolności słowa, o zamachu na Trybunał Konstytucyjny i nagminne manipulowanie Konstytucją, już nie wspomnę.

Czyż możemy wierzyć w tę Wolność w wersji PiS, gdy widzimy, jak przywódcy narodu nie wpuszczają mediów niezależnych na swoje imprezki czy konferencje. Gdy zamyka się dziennikarzom usta, zakazując zadawać pytania na konferencjach prasowych? Gdy odmawiają dofinansowania imprez, za którymi nie stoją politycy PiS i są one zbyt wolne i śmiałe? Gdy, zależne już od PiS-u, sądy wydają wyroki na przeciwników tej władzy, a uniewinniają „swoich”?

Nie zapominajmy też o kolejnym „akcie wolnościowym” czyli wprowadzonej zasadzie cyklicznych zgromadzeń, którą daje się świetnie manipulować i wykorzystywać ją do odbierania obywatelom prawa do wspólnego obchodzenia rocznic tak ważnych dla naszej historii i naszej tożsamości obywatelskiej. Przykłady? Proszę bardzo… Oddanie narodowcom Warszawy w dzień obchodów Święta Niepodległości. Miesięcznice smoleńskie, w których wolno było wziąć udział tylko fanatykom zamachu. No i najświeższa sprawa. Oddanie NSZZ Solidarności pl. Solidarności w Gdańsku, by 4 czerwca nie mogły tu się odbyć ogólnopolskie uroczystości w 30 rocznicę wyborów, które otworzyły nam drzwi do demokracji. Co ciekawe, do dzisiaj pan Duda nie jest w stanie pokazać, jaką imprezę tego dnia na placu organizuje. On wie tylko jedno: hura, hura, hura! Placu Solidarność nie odda, ewentualnie pozwoli położyć kwiaty pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców i tyle. Przy okazji Solidarność zajęła sobie to miejsce na kolejne trzy lata na 10 kwietnia, 3 maja, 14 sierpnia i 11 listopada. A co jakiś obcy element ma się wtryniać w polskie święta?

Nie wiem, jak Wam, ale mnie ta wolność w wersji PiS zupełnie się nie podoba. Mało tego, z prawdziwą wolnością nie ma ona nic wspólnego. To tylko jakiś slogan, bez treści, bez solidnych podwalin. To populistyczne hasełko, które ma jedno zadanie. Przekonać Polaków, że jest super, a te wykluczenia, te barierki na każdym kroku, to właśnie ta prawdziwa wolność. Wolność prawdziwych Polaków, prawdziwych Patriotów, a kto tego nie rozumie to niech spada… nie zasługuje na życie w tak wolnej Polsce.

Reklamy

PiS stworzył wrogów, szuka nowych. Karmienie się nienawiścią

13 Sty

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

Co roku prawica produkuje tony takiego chłamu przeciwko Owsiakowi i jego Orkiestrze i co roku Owsiak z Orkiestrą biją kolejny rekord zbiórek na dobry cel społeczny. W całej Polsce i poza jej granicami, od San Francisco przez New Jersey po Budapeszt i Moskwę.

Gdy „zjednoczona prawica” doszła do władzy, do absurdalnego zwalczania dzieła Owsiaka dołączył rząd. Minister Waszczykowski zabronił polskim placówkom dyplomatycznym jakiejkolwiek współpracy z Orkiestrą, czyli z największą w Polsce społeczną inicjatywą pożytku publicznego.

Przykład idzie z góry, więc z niektórych polskich sklepów w Stanach znikają komunikaty o WOŚP. Czasem Często pod wpływem lokalnych polskich księży i działaczy polonijnych.

To szaleństwo nie ustępuje, choć Owsiakowi ufa 83 proc. obywateli polskich, a WOŚP wspiera 22 proc. wyborców PiS. Jakiej trzeba zapiekłej niechęci, jakiego bezdusznego uprzedzenia, by walczyć z dziełem, które plombuje dziury naszego systemu opieki medycznej i przynajmniej na kilka chwil jednoczy kraj ponad wszelkimi różnicami.

Wystarczy poczytać wypowiedzi wdzięcznych rodziców, bliskich, lekarzy i dyrektorów szpitali, by się przekonać, ile Orkiestra dała Polsce. To nasze dobro narodowe. Zasługuje na wdzięczność i podziw, a nie na hejt z błogosławieństwem rządzących.

Na szczęście hejt na Owsiaka, wbrew intencjom hejterów politycznych i internetowych, wychodzi mu na dobre. Odkąd rządzi PiS, Orkiestra rok po roku osiąga najwyższe wyniki w swej historii. Wspaniale, ale to nie jest zasługa rządów PiS, tylko determinacji Orkiestry i samego Owsiaka, który nie odpuszcza.

Nie tak powinno być.

Próbowano go haniebnie dyskredytować na różne sposoby. Kościół katolicki ma w tym swój zły udział, choć powinien dzieło Orkiestry po chrześcijańsku wspierać. Owsiak nie jest „konkurencją” dla charytatywnych akcji katolickich. To one powinny mu dziękować, że dał Polsce przykład, jak wyprowadzić na ulice ludzi nie w narodowym marszu agresji, lecz w bardzo dobrej wspólnej sprawie.

Drodzy Polacy, urządzimy w Waszym kraju imprezę, która skłóci Was ze wszystkimi potencjalnymi partnerami w Unii Europejskiej, rozbijając jej oficjalne stanowisko w trudnej sprawie, postawi Wasz kraj na czele listy krajów wrogich Iranowi i innym krajom Bliskiego Wschodu, czyniąc z Polaków potencjalne ofiary dżihadystów, a w zamian możemy zgodzić się na to, byście zapłacili nam miliardy za wynajem naszego wojska i amerykańskie bazy w Polsce o nazwie “Fort Trump”. – tak w gruncie rzeczy brzmi komunikat, jaki popłynął do polskiego rządu ze strony naszych amerykańskich “przyjaciół”.

Przypomnijmy, w piątek amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo, poinformował w sprzyjającej republikanom telewizji Fox News, że Stany Zjednoczone planują zorganizować w lutym w Polsce globalną konferencję na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iranie.  Polski MSZ kilkadziesiąt minut po wywiadzie Pompeo w telewizji, wydał oświadczenie w tej sprawie. – Mamy przyjemność poinformować, że Rzeczpospolita Polska i Stany Zjednoczone będą współgospodarzami “Spotkania ministerialnego poświęconego budowaniu pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie”, które odbędzie się w Warszawie w dniach 13-14 lutego. Do udziału w spotkaniu zostały zaproszone państwa z całego świata – poinformował MSZ w piśmie, które – jak zaznaczono – zostało wydane jednocześnie przez rządy: Polski i Stanów Zjednoczonych.

Polski rząd postawiony pod ścianą nie miał wyjścia i na konferencję zgodzić się musiał, choć mało kto wierzy w to, że sprawa została wcześniej z polskim rządem uzgodniona. Amerykański rząd wykorzystał fakt, że Polska rozpaczliwie aspiruje do bycia “istotnym” partnerem USA, a dla aprobaty Donalda Trumpa jest gotowa na niemal wszystko. To niestety sprawia, że nasz kraj staje się narzędziem w rękach zdziwaczałego prezydenta USA, wrzucając Polskę na bardzo niebezpieczne rafy dyplomatycznego morza. Jak mówił w radiu TOK FM Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w USA i Hiszpanii, administracja Trumpa chce spróbować tym spotkaniem zdynamizować stosunki międzynarodowe. – Intencją dyplomacji amerykańskiej może być rozbicie stanowiska UE, a nawet budowanie koalicji antyirańskiej – powiedział.

Póki co, za realizowanie amerykańskiego planu płaci Polska. Jak podała irańska agencja informacyjna, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Iranu wezwało charge d’affaires ambasady Polski w Teheranie, by oficjalnie zaprotestować przeciw zaplanowanej na luty konferencji na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza wpływów Iranu w tym regionie. Na nic się zdały wyjaśnienia polskiego dyplomaty na temat organizowanej konferencji, ani przekonywanie, że nie ma ona antyirańskiego charakteru. Padły bardzo poważne słowa, z którymi żaden polski dyplomata nie musiał się mierzyć od czasów sprzed II wojny światowej. W siedzibie resortu polskiemu dyplomacie powiedziano, że podjętą przez rząd Polski decyzję o byciu gospodarzem szczytu uważa się za “akt wrogości wobec Iranu”. Usłyszał on również, że Teheran może zdecydować się na działania odwetowe – podała irańska agencja.

Politycy opozycji biją na alarm, podobnie jak internauci, którzy wytykają polskiemu rządowi brak kierowania się polską racja stanu.

„Rzeczywiście, Krzysiu

Tu jesteś wrobiony

Ale… co się z Tobą

Zrobiło tak bowiem

Że stałeś sie twarzą

Aż tak PODŁEJ ZMIANY

Która niszczy Polskę”

Bo rządzą pacany…??? –

–  taki wierszyk zamieścił czytelnik Tomasz Piwowarczyk – pod tekstem komentującym w naTemat – pokłosie skandalicznej, antysemickiej  „dobranocki”  TVP. Wywołał tym lawinę kolejnych nieprzychylnych rządowej stacji komentarzy.

Wszystko zaczęło się od wpisu satyrycznego profilu TVPi Korea, który w jednym z wpisów umieścił link do wiadomości o „plastusiowej dobranocce” i opatrzył go stwierdzeniem: „Krzysztof Ziemiec lubi to!”.

Na to zareagował sam gwiazdor „Wiadomości”: „Skasuj ten głupi wpis szczujnio!!!” – napisał Ziemiec.

Dalej już było tylko gorzej bo odezwał się poseł PO Cezary Tomczyk, który napisał o dziennikarzach, którzy dają przyzwolenie na emitowanie takich rzeczy w TVP.

„Dziwne oburzenie… Takie materiały są w TVP? Są. Dziennikarze TVP lubią TVP i materiały TVP? Lubią. I dają zgodę swoim (czasami byłym) autorytetem na takie praktyki. Wiadomości TVP w ciągu trzech lat straciły 1.5 mln widzów. To nie jest przypadek. To upadek” – napisał poseł.

„To co Pan napisał jest tak okropne, że nie warto tego komentować… Powiem jedno, nie jest godne funkcji jaką Pan pełni! Co ja mam z tym filmikiem wspólnego!!!! Posługuje się Pan wpisami jakiegoś hejtetskiego konta które po ubecku przykleiło mnie do tego! Pan, poseł RP?!!!!” – stwierdził Ziemiec.

W tej  z oburzeniem komentowanej „dobranocce” wystąpiły postaci ucharakteryzowane na Jurka Owsiaka i Hannę Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent Warszawy „tworzy” szefa WOŚP niczym nakręcaną zabawkę, która powtarza jak mantrę „Cześć. Sie ma”. Jest jej potrzebny do zarabiania pieniędzy.

Następnie wolontariuszka zbiera do puszki WOŚP, a Owsiak nakręcanym samochodem z przyczepami i przywozi byłej prezydent Warszawy sporą kasę. Na 200-złotowych banknotach widnieje Gwiazda Dawida.

Po trzech latach od przejęcia przez PiS władzy opinia publiczna zaczyna sobie uświadamiać skalę niekompetencji rządzących.

Procesy społeczne i gospodarcze mają sporą inercję. Wiele wody musi w Wiśle upłynąć, zanim do większości obywateli dotrze to, co dla specjalistów i ludzi szczególnie zainteresowanych, jest oczywiste od samego początku. Ale w końcu nadchodzi dzień, w którym nawet żyjący swoim życiem i kompletnie nieinteresujący się sprawami publicznymi obywatel siada i pisze taki list, jak ten opublikowany w pierwszym tygodniu stycznia na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”: – „Generalnie to dopiero dziś doszło do mnie, że od tego roku jest więcej niedziel niehandlowych. Chciałbym serdecznie podziękować rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość, że po raz kolejny zabierają mi dni, w których mógłbym normalnie pracować. Jestem studentem, studiuję dziennie, wynajmuję pokój w największym mieście w Polsce i potrzebuję pieniędzy na czynsz. Jeśli nie potraficie tego zrozumieć, to mam świetny pomysł – co wy na to, żebyście to wy opłacali wszystkie moje wydatki? Jesteście tak beznadziejni, że brakuje mi słów”.

Zakaz handlu w niedzielę wprowadzono blisko rok temu, ale jego szkodliwe skutki dopiero dziś docierają do świadomości wszystkich tych, którzy początkowo wzięli za dobrą monetę opowiadane przez związkowców i biskupów androny o niedzieli, która ponoć „ma być dla rodziny”.

Zgodnie z hasłami głoszonymi przez sojusz związkowo-katolicki, liczni pracownicy handlu, począwszy od tego roku, będą mieli dla swoich rodzin mnóstwo czasu. Będą go mogli poświęcić na wspólne, rodzinne poszukiwania pracy, bo jak podaje „Gazeta Wyborcza” sieć Tesco zamyka w całej Polsce 32 sklepy i zwalnia 1300 pracowników. W trzecim kwartale roku finansowego z powodu zakazu handlu w niedziele jej przychody spadły o 1,2 proc.

„Rzeczpospolita” dodaje, że zamkniętych zostanie też 5 tys. małych sklepów. – „Zakaz handlu miał im pomóc, a tymczasem wbił gwóźdź do trumny” – pisze gazeta, cytując prezesa Forum Dialogu Gospodarczego Andrzeja Falińskiego, który mówi: – „Małe sklepy cierpią strasznie, obroty niedzielne niemal wyparowały, zostało 20-30 proc. wcześniejszej sprzedaży w ten dzień”. Niemal rok był potrzebny, by ta „dobra zmiana” w polskim handlu zaczęła się przebijać do powszechnej świadomości.

Jeszcze dłużej trwało uświadamianie sobie przez Polaków skutków demolki dokonanej w oświacie przez Annę Zalewską. Część rodziców gimnazjalistów i nauczycieli protestowała już wcześniej, ale dramat polskiej szkoły stał się wyraźnie widoczny dopiero w tym roku, gdy na skutek chaosu zaczęło brakować nauczycieli, a w zatłoczonych budynkach dzieciaki uczą się na zmiany do późnego wieczora. Pani minister nadal opowiada, że wszystko jest w porządku i prezentuje beztroski uśmiech. Jednak już nawet Kościół, widząc, co się dzieje, postanowił nieco pomóc szkołom – biskup warszawski zgodził się, by w najbardziej zatłoczonych placówkach liczba godzin religii została ograniczona do jednej w tygodniu.

Nadciąga też czerwcowy Armageddon, kiedy to do szkół średnich będą próbowały się dostać równocześnie dwa roczniki: ostatni absolwenci likwidowanych gimnazjów i pierwsi absolwenci klas ósmych. O tym, jakie nastroje panują wśród ich rodziców i wychowawców, świadczy opinia, którą ostatnio usłyszałem w likwidowanym gimnazjum mojej córki: – „Proszę być przygotowanym na zwiększone trudności w dostaniu się dziecka do liceum, bo preferowani będą absolwenci podstawówek, a nie gimnazjów. Władze będą chciały pokazać, że gimnazja źle uczyły młodzież, a nowe podstawówki są znacznie lepsze”. Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w prawdziwość tej plotki, ale sam fakt, że jest ona kolportowana, dowodnie pokazuje, jakie nastroje dominują w środowisku szkolnym.

Innym sygnałem jest nieuchronnie nadciągający strajk nauczycieli, w którym będzie też chyba musiała uczestniczyć „Solidarność”. Do tej pory sztandar buntu dzierżył tylko Związek Nauczycielstwa Polskiego, a „Solidarność” występowała w roli obrońcy interesów władzy. Ostatnio jednak pod presją szeregowych związkowców-nauczycieli nawet ta reżimowa i wspierająca PiS organizacja zaczęła gniewnie pomrukiwać.

W ponad trzy lata po wyborach, które oddały władzę w Polsce ludziom Jarosława Kaczyńskiego, do  Polaków zaczyna więc docierać prawda o naturze i osiągnięciach „dobrej zmiany”. Dostrzegają demolkę oświaty, handlu, energetyki, służb publicznych, sił zbrojnych, a nawet stadnin koni arabskich. Opinia publiczna zaczyna rozumieć, że za cokolwiek wezmą się ludzie pana prezesa – niechybnie to spieprzą. Kaczyński oddał kraj głupcom, miernotom, ludziom pozbawionym jakichkolwiek talentów.

Nic w tym zaskakującego, jeśli wziąć pod uwagę merytoryczny poziom kadr, na których oparła się pisowska władza. Jako wieloletni redaktor i publicysta licznych mediów widzę na przykład, jacy ludzie zasilili media do niedawna publiczne, a dziś reżimowe, i kto sprawuje tam funkcje kierownicze. Pominąwszy najwyższy szczebel opanowany przez oddelegowanych polityków w rodzaju Jacka Kurskiego, Krzysztofa Czabańskiego czy Joanny Lichockiej, niemal wszystkie stanowiska kierownicze i publicystyczne (z nielicznymi wyjątkami) zostały obsadzone przez drugorzędne miernoty i beztalencia. Przez ludzi, którzy latami produkowali nieistotne materiały dziennikarskie i nigdy nie błysnęli niczym szczególnym (nie dotyczy to oczywiście Michała Rachonia, który swego czasu wystąpił przebrany za penisa – to było wielkie osiągnięcie).

Podobne reguły doboru kadr obowiązywały we wszystkich innych dziedzinach życia – od energetyki po hodowlę arabów. I dziś ta prawda zaczęła się przebijać do świadomości ogółu. W samą porę, bo za chwilę wybory.

Waldemar Mystkowski pisze o ewentualnym zbliżeniu neofaszysty Salviniego z PiS.

Szef Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani nie przywiązuje żadnej wagi do wizyty swego rodaka – ale o odmiennych poglądach – Matteo Salviniego u Jarosława Kaczyńskiego, gdyż „wśród suwerenistów (włoska wersja wstawania z kolan – przyp. mój) panuje całkowity brak zgody”. Dlaczego brakuje zgody? Po pierwsze, są to ruchy polityczne wsobne, nacjonalistyczne, stawiające tylko na swój naród, a więc każdy inny jest wrogiem, choć może być w sojuszu taktycznym.

Do tego momentu z Tajanim się zgodzę, a drugie jego rozróżnienie zniuansowałbym. Włoch mówi, że Salvini jest zwolennikiem Putina, a PiS pozostaje antyrosyjski. Czy na pewno? Elektorat PiS jest antyrosyjski, ale działania polityczne partii Kaczyńskiego niekoniecznie.

Mit założycielski PiS to katastrofa smoleńska, który partię Kaczyńskiego wyniósł do władzy. Od polityków PiS słyszymy retorykę antyrosyjską, ale tylko retorykę. Kreml może sobie tylko taką wymarzyć, bo co dla władców Rosji zawsze było najważniejsze – skłócać Polaków. Kreml osiąga to za pomocą „partii wpływu” w Polsce – PiS i ich poszczególnych polityków. Dobrze to rozebrał na czynniki pierwsze Tomasz Piątek w dwóch książkach o Antonim Macierewiczu. Wiceprezes PiS jest wymarzonym agentem wpływu, a to że ględzi antyrosyjsko? A jak ma mówić?

Tak więc prorosyjskość we Włoszech należy czytać zupełnie inaczej niż w Polsce. Kreml rozgrywa Polaków przeciw sobie dokładnie tak jak to robił przez cały XIX wiek, gdy znaleźliśmy się pod zaborami. A że PiS ma elektorat z terenów tego zaboru, więc mamy takie zniuansowanie.

W XIX wieku wykuwała się polska myśl niepodległościowa, jednym z jej elementów było wspieranie Ukrainy w dążeniu do państwowości. Tak widział politykę wschodnią Józef Piłsudski, a w naszych czasach pisał o tym Jerzy Giedroyc w paryskiej „Kulturze”. Dzisiaj działanie na osłabienie Ukrainy to działanie w interesie Kremla. Co dzisiaj robi w tej kwestii PiS? Kijów ustawia w roli wroga.

Tatuś premiera Kornel Morawiecki – który w czasach peerelowskiej opozycji był V kolumną w „Solidarności”, uchował się, bo widziano go jako folklor polityczny – nie raz bardzo ciepło wyrażał się o Kremlu i marzy mu się brak „sporu między nami a Rosjanami”, co samo w sobie jest godne gołąbka pokoju, ale następstwo logiczne obnaża niezbyt lotnego intelektualnie starszego Morawieckiego: nie chce wojsk amerykańskich w Polsce.

Co na to jego syn Mateusz, który retorycznie jest krew z krwi i prezentuje podobne zaplecze intelektualne – czyli marne – o tych prorosyjskich sentymentach? Nic w słowie, ale „poznacie ich po czynach”. A czynem rządu jest to, iż obecnie import rosyjskiego węgla jest dwukrotnie większy niż w 2015 roku. 20 proc. węgla zużywanego w kraju ma rosyjski stempel.

Tak więc zupełnie inaczej należy czytać prorosyjskość (pro-Putinowość) Włocha Salviniego, a zupełnie inaczej prorosyjskość – uwikłaną historycznie – panów Kaczyńskich, Macierewiczów, Morawieckich. W Europie od dawna jest tendencja stref wpływów – jeżeli nie cywilizowany Zachód, nie Unia Europejska, to Rosja. Capisce? – jak retorycznie mówił rodak Salviniego, Tajaniego, literacki i filmowy don Corleone.

Brudziński bez oszustwa dzień uznałby za stracony. Taki ma pisowski gen

12 Sty

Joachim, Ty zgrywusie, pokazujesz zdjęcie starej komórki, ale tłita puszczasz z wypasionego iPhona”– tak Sławomir Neumann skomentował zapewnienie szefa MSWiA, że ten ostatni nie korzysta z nowoczesnych urządzeń.

Oświadczenie padło na antenie Radia RMF FM, gdzie Joachim Brudziński komentował aferę Huawei i zatrzymanie podejrzanych o szpiegostwo na rzecz Chin. Minister przyznał, że jeden z zatrzymanych w sprawie, Piotr D. „posiadał imponującą wiedzę, kompetencje w dziedzinie cyberbezpieczeństwa”, podkreślając przy tym, że wszystkie dokumenty „wydawali poprzednicy”.

Jednak, to nie wypowiedzi Brudzińskiego na temat bezpieczeństwa i afery Huawei, wzbudziły żywą reakcję internautów, ale jego odpowiedź na zgoła niewinne pytanie czy politycy rządu używają telefonów chińskiej marki. „Nie jestem w stanie odpowiadać za wszystkie koleżanki i kolegów z rządu. Ja z takich urządzeń nie korzystam. Jestem przywiązany do, nie chcę tutaj reklamować, do konkretnej marki. Czasami widzę zdumienie w oczach moich rozmówców i partnerów, jak widzą jaką archaiczną komórkę wyciągam z kieszeni, ale cóż poradzić. Takie moje przyzwyczajenie”  – stwierdził Brudziński, a później jeszcze umieścił na Twitterze zdjęcie wspomnianej archaicznej komórki.

Wywołało to falę kpin ze strony internautów, którzy wytknęli ministrowi kłamstwo. „Toc (pisownia oryg.) przeta widac, ze zrobil fote Zenitem, wywołał klisze i zdjecie, zeskanowal, obrobił w fotoszopie i wrzucił na TT przez swoj komp (oczywiscie PC 486) podłączony do modemu. – komentuje m.in. internauta dauniel.

>>>

Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek prokuratura zamienia się w powolne narzędzie partii rządzącej, stając się faktycznie jej agendą, to znaczy, że uległa politycznemu sprostytuowaniu i zasługuje na miano PROKURWATURY. Pytanie, czy mamy ten przypadek?

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Czy żona prezydenta RP powinna otrzymywać pensję; jeżeli tak, to w jakiej wysokości?

Rusza debata na ten temat i jak wszystko w polityce polskiej będzie gorące, a może nawet gotujące, zwłaszcza że niemal wszyscy pod pojęciem „prezydentowa” będą sobie przedstawiać tę jedną osobę – Agatę Kornhauser-Dudę. I na tym skupi się debata. Przed Dudową prezydentowe były aktywne i często wznosiły się ponad partyjne spory. Choćby Maria Kaczyńska, która była mało kaczystowska.

Jeżeli prezydentowa – a w przyszłości może zdarzyć się prezydent jako kobieta, więc jej małżonek byłby jakimś prezydenciakiem – dostanie szmal z kasy państwowej, to obowiązkiem jej będzie wypowiedzieć się w ważnych kwestiach społecznych, a nawet politycznych. Więc czyje zdanie ma prezentować? Czy Agata Duda ma mówić swoim głosem, czy być echem Andrzeja Dudy albo mówić to, co Nowogrodzka rozsyła w oficjalnych komunikatach dnia?

A zatem zasadne jest pytanie: czy prezydentowa ma być politykiem, czy…

View original post 1 115 słów więcej

Andruszkiewicz może być ruską wtyką

4 Sty

>>>

Składamy wniosek do ABW o udostępnienie informacji, czy wobec pana wiceministra Adama Andruszkiewicza przeprowadzono czynności operacyjno-rozpoznawcze w zakresie szpiegostwa – poinformował na konferencji prasowej poseł PO Cezary Tomczyk. W raporcie węgierskiego think tanku znalazł się na liście osób, które mogą być rosyjskimi agentami wpływu w Polsce. A jako wiceminister cyfryzacji ma pomagać pełnomocnikowi rządu ds. cyberbezpieczeństwa. – Sprawa jest bardzo poważna i musi zostać wyjaśniona – dodaje poseł Marcin Kierwiński. W czwartek pojawiła się informacja, że Andruszkiewicza rekomendował Kornel Morawiecki, który ostatnio zaskakiwał prorosyjskimi wypowiedziami.

Andruszkiewicz współpracownikiem rosyjskich służb?

– To nie tylko nacjonalista, były szef Młodzieży Wszechpolskiej, to także człowiek, który neguje obecność wojsk amerykańskich w Polsce. Okazuje się, że to nie wszystko. Dwa lata temu opublikowany został raport węgierskiego think tanku, który pokazuje listę nazwisk polskich polityków, którzy mogą być rosyjskimi agentami wpływu w Polsce i jedną z tych osób jest właśnie poseł Adam Andruszkiewicz. Na tej liście znalazł się także Mateusz Piskorski, który został już jakiś czas temu aresztowany przez ABW – oburza się poseł PO Cezary Tomczyk.

Dlatego politycy Platformy postanowili złożyć wniosek do ABW o „udostępnienie informacji, czy wobec pana wiceministra Andruszkiewicza przeprowadzono czynności operacyjno-rozpoznawcze w zakresie, o którym mowa w art. 5 ust. 1 i 2 o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu, m.in. w zakresie szpiegostwa”.

– Sprawa jest bardzo poważna, dotyczy wiceministra cyfryzacji, który dzisiaj jest w resorcie, gdzie zgromadzone są dane wszystkich Polaków. Ten człowiek jest wymieniany na liście razem z ludźmi, którzy siedzą w areszcie w związku z zarzutem szpiegostwa na rzecz Federacji Rosyjskiej. Sprawa jest poważna, musi zostać wyjaśniona i żądamy takich wyjaśnień od ABW natychmiast – dodaje Tomczyk.

Posłowie opozycji domagają się także udostępnienia informacji na ten temat. – Wydaje się naturalne, że w przypadku osoby tak kontrowersyjnej ABW powinna dokonać jej dokładnego sprawdzenia. Wnioskujemy, aby udostępniła informację, w jaki sposób, w jakim okresie było dokonane i co było efektem. Czy podejmując decyzję premier zapoznał się z tym raportem i wziął go pod uwagę? – pyta Marcin Kierwiński.

Wiceminister polecony przez Kornela Morawieckiego?

Adam Andruszkiewicz został nominowany na wiceministra cyfryzacji ostatniego dnia 2018 roku. Czy wpływ na taką decyzję miał ojciec premiera, Kornel Morawiecki? W rozmowie z „Super Expressem” powiedział, że rozmawiał z synem na temat Adama Andruszkiewicza, który jeszcze do niedawna należał do koła Wolni i Solidarni. A przewodniczącym tego koła jest właśnie Kornel Morawiecki. Obaj politycy do Sejmu weszli z list Kukiz ’15.

– Wiedziałem, że pan premier chce w jakiś sposób skorzystać z kontaktów Andruszkiewicza, które ten prowadzi w mediach społecznościowych – mówił w „Super Expressie” Kornel Morawiecki.

Poseł PO Marcin Kierwiński przy okazji pyta: – Z jakich jeszcze kontaktów chciał korzystać premier? Sprawa jest poważna, bo dotyczy potencjalnego wpływu służb obcych państw na polski rząd. Tym bardziej, że wiceminister Andruszkiewicz ma pomagać pełnomocnikowi rządu ds. cyberbezpieczeństwa. A wiadomo, że zwłaszcza służby zza naszej wschodniej granicy bardzo dużo inwestują w kwestie cyberbezpieczeństwa, cyberwojny i wpływu, który można wywierać za pomocą nowoczesnych technik.

– Przypomnijmy w tym kontekście, że z wypowiedzi posła Kornela Morawieckiego wynika, że nie do końca prawdą jest to, że Rosja napadła na Ukrainę, że zbliżenie z Rosją to interes Polski, że chce otworzyć ludzi na sprawę rosyjską. Czy elementem takiego otwarcia jest polecenie i nominacja pana Andruszkiewicza? – dodaje Kierwiński.

Kolejny Grek Zorba z PiS – Karczewski

18 Gru

Jeśli kogokolwiek  gorszył wielotysięczny wydatek na konterfekt marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, to musi wiedzieć, że na tym rozpasanie w senackich ławach się wcale nie kończy.

Super Express odkrył oraz ujawnił inne jego kosztowne przejawy i pisze o  „usługach cateringowych na potrzeby komórek organizacyjnych” oraz zawartej pod koniec kwietnia rocznej umowie z grecką tawerną w Warszawie.

Ten kaprys Izby Wyższej pochłonął 307 tysięcy złotych. I jest czego pozazdrościć, bo w menu restauracji znajduje się m.in. koźlina w ziołach, a na dodatek pechowe  ośmiorniczki, symbol  wyborczej porażki Platformy Obywatelskiej  w 2015 roku.

Zawarte umowy pokazują także, że catering na pokładzie samolotu specjalnego, do podróży którym uprawniony jest m.in. marszałek Senatu, pochłonął 60 tys. zł., a firma, dostarczająca tam swoje pyszności szczyci się przygotowywaniem posiłków m. in. dla Ojca Świętego i Michaela Jacksona.

Żeby nie było niedomówień, gazeta przypomina jeszcze kosztowną kolację w Rezydencji Belweder za 16 tys. zł oraz artystyczny bal karnawałowy dla dzieci pracowników za 9,7 tys. zł.

PiS – partia od katastrof. Wszystko wychodzi im od czapy. Oby nie stało się tak, że te katastrofy dotkną trwale Polski.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Donald Tusk w Dortmundzie na tamtejszym Uniwersytecie Technicznym otrzymał tytuł doktora honoris causa. Dortmund jest bliski sercu polskiego kibica, bo miejscowy klub odnoszący największe sukcesy w europejskiej piłce był i jest przystanią dla najlepszych polskich piłkarzy. To jakby filia polskiej reprezentacji „haratającej w gałę”. Ostatnio trzech naszych wybitnych reprezentantów sięgało z dortmundzkim klubem po najwyższe trofea klubowe, a byli to Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski.

Dortmund zatem czuje sympatię do naszego narodu, nieprzypadkowo właśnie tamtejsza uczelnia przyznała honoris causa Tuskowi. Jeżeli jakaś niemiecka uczelnia miałaby nagradzać wybitnego polskiego polityka – i do tego marzyciela piłkarskiego – tym honorowym prestiżowym tytułem, to tylko z Dortmundu.

Tusk zarówno w rozmowie z dziennikarzami, jak i w wykładzie nie omieszkał podkreślić swoich związków z piłką, a nawet wyznał, że jego marzeniem było uprawiać zawodowo piłkę. Owe marzenia realizują się w młodości, a dojrzały człowiek może rekreacyjnie wybiec na…

View original post 1 077 słów więcej

TSUE nakazuje PiS powrócić do standardów demokratycznych w sprawie Sądu Najwyższego

18 Gru

„Podpisał nowelizację do nowelizacji o nowelizacji w sprawie nowelizacji w odniesieniu do nowelizacji, która była nowelizacją nowelizacji ustawy o SN. Podpisywał klęcząc!!!” – skomentował internauta podpisanie przez Andrzeja Dudę ustawy o Sądzie Najwyższym. To rzeczywiście siódma wersja ustawy.

A tak w TVN24 o podpisie prezydenta pod tą ustawą mówił Adam Bielan: – „My nie uważamy, że to było złamanie Konstytucji. Dalej uważamy, że mieliśmy w tym sporze rację, natomiast respektujemy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Skoro takie orzeczenie zabezpieczające zapadło, dzisiaj zostało podtrzymane, potwierdzone, to musimy się do tego dostosować”.  22 sędziów SN, w tym troje prezesów, przeniesionych pół roku temu poprzednią pisowską ustawą w stan spoczynku, wróciło do orzekania.

Nawet prawicowy dziennikarz Łukasz Warzecha ironizował na Twitterze: – „Towarzysze, nasza bohaterska armia, zadawszy ciężkie straty wrogowi, wycofała się na z góry zaplanowane pozycje”. Janusz Piechociński z PSL pospieszył z radą: – „Politykom PiS do nucenia piosenka Joanna Rawik Po co nam to było? Po co nam to było? Jeszcze nic się nie zaczęło A już się skończyło Ledwie zapłonęło Jedną krótką nocą Po co nam to było? Po co?!”.

„Ani kroku w tył… Tak mówili…”; „Duda podobno płakał jak podpisywał nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym”; – „Adrian podkulił ogon i podpisał nowelizację ustawy o SN. Oznacza to, że rząd PiS nie będzie już kwestionował pozycji I prezes SN Małgorzaty Gersdorf. No to czekamy na przeprosiny? A nie… To przecież PiS. Do przeprosin trzeba honoru”;

„PiS wnosi do sejmu ustawę o SN, Duda niby wetuje; Duda wnosi niby swoją, PiS przegłosowuje; TSUE kwestionuje zapisy, PiS ustawę niby nowelizuje; Duda nowelizację po miesięcznym niby namyśle podpisuje; Andrzej, jak ty mi teraz zaimponowałeś” – podsumowali internauci.

Już ponad tydzień temu pojawiła się w mediach informacja o postawieniu zarzutów karnych oszustwa Markowi P., byłemu bliskiemu współpracownikowi Kornela Morawieckiego, szefa stowarzyszenia “Solidarność Walcząca”. Zdaniem śledczych z wrocławskiej Prokuratury Regionalnej miał on zdefraudować pieniądze, jakie miały zostać przekazane przez fundację “SOS dla życia” prowadzoną przez księdza Tomasza Jegierskiego.

Tyle tylko, że taka decyzja i postawienie zarzutów tylko jednej osobie będącej w całej historii ujawnionej przez szefa fundacji zasadniczo jedynie pionkiem, wcale nie zamyka tej sprawy, a wręcz prowokuje do zadawania głośno pytań, czy nie jest on jedynie kozłem ofiarnym, który w tej sprawie musiał się znaleźć. Tym bardziej, że skoro śledczy zdecydowali się na zarzuty oszustwa to nie tylko potwierdzili istnienie zaginionych (zdaniem Jegierskiego niezwróconych) pieniędzy, ale uwiarygodnili zeznania samego księdza oraz historii przez niego opowiedzianej. A ta jest zupełnie niespójna, gdy tak jak chcą śledczy, uznamy, że Marek P. sam, z własnej inicjatywy i bez żadnej wiedzy swojego szefa połakomił się na te pieniądze. Cóż bowiem wiemy o tej sprawie?

W marcu z mównicy sejmowej, z ust Stanisława Gawłowskiego padają głośne pytania pod adresem Kornela Morawieckiego oraz jego syna, premiera rządu RP, Mateusza “Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany? Czy pan wpłacał ze swego banku dotacje dla dzieci pod warunkiem, że pieniądze zostaną przekazane na rzecz pańskiego ojca?” – pytał były sekretarz generalny PO, sam będący przecież ofiarą pisowskiej prokuratury. Powodem postawienia takich zarzutów była historia, którą opowiedział ks. Tomasz Jegierski, dotycząca wydarzeń z 2013 roku, kiedy to asystent posła Kornela Morawieckiego zaproponował wsparcie m.in. ze strony Wielkopolskiego Banku Kredytowego (BZ WBK), którym wówczas zarządzał obecny premier Mateusz Morawiecki. Warunkiem tej pomocy (czyt. warunkiem udzielenia wsparcia) miała być wpłata 96 tys. złotych na rzecz Kornela Morawieckiego i jego organizacji Solidarność Walcząca. 5 stycznia 2013 roku Kornel Morawiecki odebrał te pieniądze, a na żądanie księdza pokwitował je jako pożyczkę, na co przedstawił zdjęcie pokwitowania z podpisem obecnego lidera Wolnych i Solidarnych.

Sam Kornel Morawiecki sprawie konsekwentnie zaprzecza, przekonując że Ks. Jegierski wszystko zmyślił, dokument to fałszywka, a sama afera jest próbą szantażu, co zgłosił do prokuratury. I właśnie tu warto się zatrzymać, by wyciągnąć pewne wnioski.

Skoro śledczy wrocławskiej prokuratury postawili zarzut Markowi P., to tym samym są przekonani, że pieniądze jednak zostały przez ks. Jegierskiego przekazane na rzecz stowarzyszenia Solidarność Walcząca. Ksiądz w marcu tego roku pokazał wydruki zrachunku bankowego fundacji, potwierdzające dwukrotną wypłatę po 48 tys. złotych oraz twierdzi wprost, że do przekazania pieniędzy doszło 5 stycznia 2013 roku w siedzibie Stowarzyszenia „Solidarność” Walcząca we Wrocławiu. Otrzymał tam pokwitowanie podpisane przez Kornela Morawieckiego, które mówi o pożyczce.

Problemy zaczynają się, gdy szef fundacji zaczął domagać się zwrotu pożyczonych pieniędzy. Tu bowiem sprawa bardzo poważnie się komplikuje, a Jegierski z ofiary ma w oficjalnej narracji stać się potencjalnym przestępcą.

Kornel Morawiecki przekonuje, że nie jest Jegierskiemu nic winien, a samo wezwanie do zwrotu pieniędzy to próba szantażu. Składa zawiadomienie do prokuratury, a funkcjonariusze ABW (podlegli przecież jego synowi) błyskawicznie reagują, próbując przedstawiać księdza jako szantażystę. Bulwersować powinna kwestia bardzo dużej mobilizacji służb, by odnaleźć oryginał pokwitowania. Funkcjonariusze są na tyle zdeterminowani, że oprócz siedziby fundacji przeszukują nawet mieszkanie babci Jegierskiego. Czy nie powinno nas dziwić tak nerwowe działanie funkcjonariuszy? Czy nie dzieje się tak dlatego, że potwierdzenie wiarygodności ks. Jegierskiego i przedstawianej przez niego historii obciążałoby zarówno Kornela Morawieckiego, jak i samego premiera? Jedno jest pewne – zarzuty dla Marka P. oznaczają, że Kornel Morawiecki po prostu kłamał, że takich pieniędzy w ogóle nie było. Czy kłamał też w innych kwestiach?

W ostatnich dniach doszło do konfrontacji Marka P. z księdzem Jegierskim, jednak prokuratura we Wrocławiu milczy w tej sprawie. Szef Fundacji “SOS dla życia” przekonuje, że ma jeszcze inne dowody, mające potwierdzać jego wersję. Przekonuje jednak, że dalsze prowadzenie śledztwa akurat przez prokuraturę we Wrocławiu, gdzie kontakty obu Morawieckich są bardzo rozległe, może poważnie wpłynąć na jego finałowe ustalenia.

Niestety, ostatnia decyzja o postawieniu zarzutów defraudacji pieniędzy Markowi P. daje podstawy, by podejrzewać, że w sprawie nikt “drążyć nie będzie” i asystent Kornela Morawieckiego zostanie klasycznym kozłem ofiarnym (niewykluczone, że z wyboru). Dla zakończenia śledztwa nie ma znaczenia fakt, że bardzo wątpliwe jest, by fundacja księdza Jegierskiego dostała takie wsparcie ze strony dwóch banków (darowiznę otrzymano także z PKO BP, gdzie prezesem jest Zbigniew Jagiełło), których szefostwo powiązane jest personalnie ze stowarzyszeniem “Solidarność Walcząca” tylko w oparciu o samodzielne i prowadzone z własnej inicjatywy działania Marka P. Sprawę trzeba jak najszybciej zamknąć, bo jeśli się to nie uda, to w najbliższych miesiącach może ona skutkować postawieniem zarzutu udziału w oszustwie nie tylko szefowi Marka P., ale i jego synowi, pełniącemu obecnie funkcję premiera.

Trybunał Sprawiedliwości UE w ostatecznym orzeczeniu podtrzymał swoją decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych w postaci zawieszenia przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym – poinformował TSUE. Polski rząd nie zdołał przekonać unijnego Trybunału, że postępuje słusznie w kwestii reformy sądownictwa.

W październiku Trybunału Sprawiedliwości UE podjął decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych, zawieszających stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, tym samym w pełni przychylając się do wniosku Komisji Europejskiej w tej sprawie. Trybunał zdecydował, że sędziowie wysłani przez PiS na emeryturę zostaną przywróceni do pracy.

Październikowa decyzja nie była to jednak decyzja ostateczna. W listopadzie w Luksemburgu odbyła się rozprawa w tej kwestii, na której Polska i KE przedstawiły swoje argumenty w sprawie. Komisja Europejska przekonywała, że niezbędne jest zawieszenie przepisów do czasu wydania ostatecznego wyroku, a Polska argumentowała, że nie ma do tego przesłanek.

„Podnoszone przez Komisję zarzuty faktyczne i prawne uzasadniają zarządzenie środków tymczasowych” – tłumaczy jednak Trybunał w swojej decyzji.

Oznacza to, że TSUE przychylił się do wniosku KE o to, aby sędziowie, których dotyczą sporne przepisy, mogli powrócić na stanowiska oraz by wstrzymane zostało mianowanie nowych sędziów na miejsca tych, którzy zostali odesłani na emeryturę. Zgodnie z tą decyzją Polska ma też powstrzymać się od powołania nowego pierwszego prezesa SN.

Trybunał przypomniał, że środki tymczasowe mogą być zarządzone jedynie wtedy, gdy zostanie wykazane, że ich zastosowanie jest prawnie i faktycznie uzasadnione oraz że mają one pilny charakter. Chodzi o to, że ich zarządzenie i wykonanie przed ostatecznym rozstrzygnięciem sprawy jest konieczne, by uniknąć poważnej i nieodwracalnej szkody dla interesów UE.

„Przedstawione przez Komisję argumenty nie wydają się prima facie (na pierwszy rzut oka – przyp. red.) pozbawione poważnych podstaw, a zatem nie można wykluczyć, że sporne przepisy prawa krajowego naruszają zasady nieusuwalności sędziów i niezawisłości sędziowskiej – podkreślił TSUE.

Nowelizacja ustawy o SN

Oznacza to, że błyskawiczna nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, przyjęta w listopadzie przez polski Sejm nie wstrzymała postępowania przed TSUE. Poprawka przewidywała, że sędziowie SN i Naczelnego Sądu Administracyjnego, którzy przeszli w stan spoczynku po osiągnięciu 65. roku życia, powrotu do pełnienia urzędu. Ustawa w nowym kształcie miała także potwierdzić, że I prezesem SN do końca kadencji pozostanie prof. Małgorzata Gersdorf. Nowelizacja czeka teraz na podpis prezydenta Andrzeja Dudy.

Nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań

Kiedy Krystyna Pawłowicz zapowiada odejście na polityczną emeryturę i zamyka konto na Twitterze, a z okazji zjazdu partii aktualnie rządzącej odprasowuje się unijne „szmaty” i wiesza w sali konferencyjnej, to – by zacytować klasyka – wiedz, że coś się dzieje.

Wchodzimy do Europy, mianowicie. Że już raz weszliśmy i to dawno temu? Niby tak, ale w Unii coraz częściej podnoszą się głosy, że wcale nie jesteśmy prawdziwymi Europejczykami. A Bruksela wytoczyła nawet postępowanie przed Trybunałem UE, by nam to udowodnić.

Czyli coś z tym wchodzeniem musiało być nie tak, co zresztą oczywiste, skoro zabrali się za to liberałowie i lewacy. Więc nie ma rady, trzeba wchodzić od nowa, przy okazji zadając kłam krzykaczom z opozycji, straszącym Naród Polexitem. Przekaz dnia z Nowogrodzkiej informuje więc: Polexitu żadnego nie będzie. Przeciwnie – partia właśnie zapowiedziała Pol-enter. Czy raczej Pol-re-enter.

Bo owszem, nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań.

Na początek chodzi – oczywiście – o to, żeby Polska po raz kolejny weszła do Europy w osobach swych najlepszych przedstawicieli z – ma się rozumieć – partii aktualnie rządzącej. Nasze Powtórne Przyjście muszą bowiem w Europie poprzedzić poważne reformy i liczne ustawy naprawcze. Niemniej jednak, jeśli tylko wyborcy dadzą kandydatom formacji władzy odpowiednio szeroki mandat, to oni „dadzą radę”. Zrobią to dla kraju! A co tam – poświęcą się i ostatecznie pojadą do tej nieszczęsnej, brudnej, niebezpiecznej, zdziczałej i pozbawionej wartości Brukseli. Poza tym „się im należy” za cierpienia moralne związane z udawaniem Europejczyków i znoszenia widoku unijnych „szmat” na oficjalnych partyjnych konwencjach. No i przecież to są fachowcy, którzy w trzy lata uczynili z Polski „w ruinie” kraj mlekiem, miodem i milionami z budżetu płynący. To i Unia też popłynie.

Niektórzy mają już nawet dla Europy ambitne programy naprawcze, wzorowane na spektakularnych sukcesach partii władzy nad Wisłą. Na przykład Beata Szydło już zawczasu przygotowała dla europosłów prezentację pod tytułem „Zobacz, Europo, jak można pięknie żyć!”.

Istnieje wprawdzie niebezpieczeństwo, że z Brukseli niewiele da się zobaczyć ze względu na smog zalegający akurat nad Krakowem i Warszawą, ale być może plan jest taki, żeby zamiast narażać wzrok europosłów, od razu oprzeć wykłady o materiał wizualny z „Dziennika” TVP. Tam najpiękniej widać, jak Polska pod nową ekipą rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej.

Krążą słuchy, że w składzie delegacji, która miałaby odpowiadać za przygotowanie Unii na Polenter, mają się – między innymi – znaleźć były minister obrony narodowej Antoni Macierewicz oraz aktualny minister sprawiedliwości – Zbigniew Ziobro. I słusznie, bo obronność i praworządność pozostawiają w Europie najwięcej do życzenia. O stan środowiska unijnego miałby z kolei zadbać były minister Szyszko, wsławiony w świecie nowatorskimi metodami walki z kornikami, a o zdrowie Europejczyków – ex-minister Radziwiłł. Warto by również uzupełnić naszą brukselską ekspedycję o szefa Komisji Finansów – senatora Biereckiego. Bowiem bogate unijne banki aż się proszą o jakieś ambitne SKOKi na kasę.

Chodzą też słuchy, że za politykę imigracyjną Brukseli miałaby odpowiadać pani minister Kempa i słusznie, bo uchodźcom najlepiej jest „pomagać na miejscu”. A za media – prezes Kurski (Jacek, znaczy). Ministerstwo wyznań najlepiej byłoby powierzyć paniom posłankom Sobeckiej albo Sierakowskiej. A były wiceminister obrony Kownacki może nauczyłby wreszcie Europejczyków, jak posługiwać się widelcem.

Gdyby wyborcy dali tym państwu szansę, to już za kilka lat otworzyłaby się dla nas kolejna szansa na porządny, nielewacki Polenter do Europy „naszych marzeń”. A zamiast euro, czy to nad Sekwaną, czy nad Renem płacilibyśmy w złotówkach.

Niestety, w przeciwieństwie do pań i panów posłów delegowanych do Unii przez partię władzy, na swoją szanse na prawdziwą europeizację zwykli Kowalscy będą jednak musieli chwilę poczekać. Bo wprawdzie pan premier zapowiedział ostatnio nasz szybki „powrót do Europy” w kwestii przeciętnych wynagrodzeń (mają wzrosnąć do średniej europejskiej), ale zapomniał dodać, że musimy na to poczekać nie krócej, niż dekadę. No i że będzie to raczej średnia grecka, niż niemiecka.

Do tego zaś czasu, kto liczy na Polenter, musi samodzielnie spakować walizki. Albo pójść na wybory.

Prawicowa rewolucja Jarosława Kaczyńskiego nie tylko dąży do autorytaryzmu, zniesienia państwa prawa, braku wolności mediów i obywatelskich. Przygotowuje też młodzież do idei tradycji, w której nie myśli się samodzielnie, bo taki elektorat w przyszłości kształtuje się na własne potrzeby, jest jak plastelina.

Ta „rewolucja” prawicowa może przynieść największe straty wśród młodych Polaków, bo czego nie nauczą się za młodu, mogą nie mieć szans dowiedzieć się w życiu dorosłym. Brak głodu wiedzy i innowacji oraz ograniczania służą każdej indoktrynacji. Jeden z największych ideologów w historii Lenin, z którego dorobku  intelektualnego zdaje się czerpać prezes Kaczyński, sformułował tezę: „Jeżeli policjant zarabia więcej od nauczyciela, mamy do czynienia z państwem policyjnym”.

Lenin był wówczas na etapie walki z caratem, potem stworzył idealne państwo policyjne. U nas policjanci i nauczyciele zarabiają marnie, nie znaczy to, że państwo PiS nie dąży do autorytaryzmu. Na razie znajduje się na etapie tworzenia własnych kadr. Zresztą Lenin też wypowiedział się o tym: „Kadry są  najważniejsze”.

Kadry w wojsku, w policji zostały przez PiS obsadzone posłusznymi, spolegliwymi, także podobnie zindoktrynowani pracują w kuratoriach oświaty. Ale te kadry podstawowe, na dole hierarchii, nie są dowartościowane, szczególnie finansowo.

Głowę podnieśli już policjanci, połowicznie ich protest zażegnano (na razie). Protestują pracownicy sądów i prokuratur. W okresie przedświątecznym do protestu przystąpili nauczyciele. Stosują ten sam sposób legalności protestu, jak policjanci – biorą chorobowe, idą po prostu na L4.

W tym sensie protest jest oryginalny, bo nie można nazwać tego strajkiem. Ponadto nauczyciele protestują w sposób niezorganizowany, nie stoją za nimi żadne związki zawodowe. Protest na L4 w sensie braku odgórności przypomina strajki sierpniowe 1980 roku, które  potem posłużyły do utworzenia „Solidarności”.

Jak każdy protest, jak każdy strajk, który przewraca porządek prawny bądź polityczny, ma podłoże socjalne – to jest najlepszy motor do wspólnego działania, do przeciwstawiania się, do trwania w determinacji. Nauczyciele chcą zarabiać średnią krajową, z obliczeń wychodzi, iż domagają się od państwa podwyżek o 1000 zł.

Protestują nauczyciele w całym kraju, na razie kilka szkół w Warszawie, także we wszystkich większych miastach Polski. Pedagodzy zwołują się w mediach społecznościowych, informują siebie nawzajem za pomocą sms-ów. Ten protest może przewrócić porządek obecnej władzy przynajmniej w szkolnictwie. Jest inny z ducha niż policjantów, którym Joachim Brudziński na odczepnego rzucił po kilka setek i zapewnienie o lepszym przejściu na emeryturę. PRL-owski satyryk ludowy Jerzy Ofierski jako sołtys Kierdziołek, zwykł mówić: „Cie choroba, ale się porąbało!”. Nauczyciele władzy powiedzieli: „Cie choroba, to was porąbało, my idziemy na L4”.

Wotum nieufności dla Morawieckiego pokazało jak marną władzą jest PiS, realizują tylko Koryto+

15 Gru

W piątek wieczorem Sejm zajął się wnioskiem PO o konstruktywne wotum nieufności dla Rady Ministrów. Kandydatem na nowego premiera był lider Platformy Grzegorz Schetyna, który jako pierwszy zabrał głos. – Kłamcy boją się prawdy. Zmarnowaliście to, co wam zostawialiśmy, a efekt jest taki, że poziom inwestycji w stosunku do PKB spadł do najniższego poziomu od 20 lat – mówił. Przedstawił też plan, jaki PO ma po wygraniu wyborów. – Przygotujemy Akt Odnowy Rzeczypospolitej, który wycofa antydemokratyczne przepisy, które wprowadziliście – mówił. Zapowiedział też m.in. zatrzymanie pełzającego Polexitu, powrót do Europy, większe środki z funduszy unijnych, naprawę szkolnictwa, armii i polityki zagranicznej, podwyżki, nowy system podatkowy, a także rozszerzenie programu 500 Plus.

Kłamcy boją się prawdy

Mimo późnej pory w Sejmie nie brakowało emocji. – Kłamcy boją się prawdy – rozpoczął Grzegorz Schetyna, informując, że składa konstruktywne wotum nieufności.

Lider PO zaczął od wytknięcia błędów i kłamstw. – Kłamał pan na temat podatków. Według szacunków sporządzonych przez pana własnych ekspertów z podwyżek podatków i nowych podatków, które wprowadziliście, wydrenujecie z kieszeni Polaków o ponad 20 mld więcej, niż oddacie im w obniżkach, którymi tak się chwalicie – wyliczał.

Schetyna wypomniał, że pod względem łatwości prowadzenia biznesu Polska zamiast piąć się w górę spadła z 24 na 33 miejsce, a zakres wolności gospodarczej spadł poniżej unijnej średniej. – Zmarnowaliście to, co wam zostawialiśmy, a efekt jest taki, że poziom inwestycji w stosunku do PKB spadł do najniższego poziomu od 20 lat – mówił lider PO.

Mówił też o sądach. Przypomniał obietnice PiS-u jeszcze z kampanii. – W środę usłyszeliśmy nowe obietnice premiera, a jutro usłyszymy kolejne na konwencji PiS – mówił Grzegorz Schetyna.

PiS dąży do Polexitu

Zdaniem przewodniczego PO rząd dąży do Polexitu, a polska dyplomacja jest nieudolna. – Oficjalne kwestionowanie traktatów unijnych jest oficjalnym kwestionowaniem naszego uczestnictwa w Unii Europejskiej – mówił Schetyna. – Oszukujecie nas, że chcecie Polski w UE, ale systematycznie realizujecie pełzający Polexit – dodał i wytknął wszczęcie wobec Polski procedury art. 7 przez KE. – Odebraliście Polakom szacunek, jakim cieszyli się za granicą – mówił.

Lider PO pytał też, dlaczego – skoro mamy taką doskonałą sytuację gospodarczą – rząd nie daje podwyżek w sektorze budżetowym. – Skoro jest tak dobrze w budżetówce, to czemu jej pracownicy nie otrzymują podwyżek? Dlaczego nie chcecie dać podwyżek nauczycielom, policjantom, pracownikom sądów? – mówił.

Układ PiS

Schetyna przypomniał też premierowi aferę KNF. – Próbowaliście wmówić Polakom, że wszyscy oprócz was są złodziejami, a okazuje się, że to wy jesteście patronami afer. Po to zawłaszczaliście służby i prokuraturę? By chronić układ? – pytał retorycznie przewodniczący PO i dodał: – Mijają 3 lata waszych rządów. Gdzie wasze śledztwo smoleńskie? Gdzie jest wrak? Nawet już sami o tym nie mówicie.

Konstruktywny plan opozycji

W drugiej części Grzegorz Schetyna przedstawił projekt PO, który zostanie wdrożony, gdy opozycja wygra wybory. -Po pierwsze, zatrzymamy pełzający Polexit, ale to za mało, wprowadzimy Polskę znowu do twardego jądra Europy, tam gdzie nasze miejsce – mówił.

Przypomniał, że za czasów rządów PO-PSL Polska była liderem w pozyskiwaniu funduszy unijnych. – Odzyskamy fundusze, a nawet pozyskamy ich więcej – zapewniał.

Po drugie, edukacja. – Posprzątamy PiS-owski bałagan, wprowadzimy elementarny ład. Przywrócimy prawdziwą historię i kanon lektur – mówił. Obiecał też podwyżki nauczycielom.

Jedyny resort, o którym wspomniał w swoim przemówieniu Schetyna, to Ministerstwo Obrony Narodowej. – Polska będzie miała prawdziwego ministra obrony, który nie będzie żartem, jak ten i poprzedni – przekonywał.

Akt Odnowy Rzeczypospolitej

Przewodniczący PO zapowiedział pakiet ustaw naprawczych, które przywrócą w Polsce praworządność. – Przygotujemy Akt Odnowy Rzeczypospolitej, który wycofa antydemokratyczne przepisy, które wprowadziliście – tłumaczył.

Schetyna podał też konkretne rozwiązania, które wprowadzi Platforma, gdy stworzy rząd. Będą to: wsparcie w wysokości 500 zł miesięcznie dla osób zarabiających najniższą krajową, do 30 proc. spaść mają wszelkie obciążenia podatkowe.

– Skarżył się pan, że opozycja nie przedstawia konstruktywnych propozycji. Skoro nie macie własnych pomysłów, wystarczy że zaczniecie przyjmować nasze projekty zamiast je hurtem odrzucać –  mówił Schetyna. I wyliczał dalej: – Stawkę VAT na żywność obniżymy do 5 proc., to złagodzi problem drogiej żywności. Złożyliśmy projekt obniżenia akcyzy na prąd. Nie chcecie ustąpić, nie macie własnych pomysłów, weźcie nasze, to pomoże Polakom.

Na koniec swojego wystąpienia przewodniczący Platformy obiecał. – Rozliczymy was. Rozliczymy z każdej złotówki, z każdego przestępstwa i niegodziwości. Nie upiecze się żadnemu z was. Ale na razie wnoszę o podanie się do dymisji premiera Morawieckiego. Gdyby miał cień honoru, zrobiłby to od razu – konkludował Grzegorz Schetyna.

PiS broni, Kukiz się wstrzymuje

Po wystąpieniu Grzegorza Schetyny przyszedł czas na 5-minutowe oświadczenia klubów.

Jako pierwszy na mównicę wyszedł Marcin Horała z PiS, który bronił rządu i atakował PO. – Czy chcemy, żeby miejsce osób, na których ciążą poważne zarzuty korupcyjne, było w areszcie, przed prokuratorem, czy we władzach partii, tak jak to jest w PO? – pytał i chwalił premiera za doskonałą politykę.

– Ten rząd to jedna wielka piramida finansowa. PiS z gromadą krewnych i pociotków wyciągnie z niej zyski i zostawi na lodzie – mówiła Ewa Kopacz.

Wyliczała błędy rządu: kolejki do szpitali, kłamstwa, podwyżki. – Niech pan zapyta Polaków, ile kosztowały ich święta. Ta fala podwyżek, która zalewa Polskę, już za chwilę uzmysłowi każdemu, kto wybierze się na zakupy, że wasza troska o ich los to tylko kampanijny slogan – mówi Ewa Kopacz.

– Z tego popiołu, który po sobie pozostawicie, jak Feniks z popiołów odrodzi się Polska, nowa, przyjazna, sprawiedliwa, prawdziwie zjednoczona. Nowa, lepsza Polska zwycięży! – konkludował lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Głosowanie

Po zakończeniu wystąpień przedstawicieli klubów i kół poselskich głos zabrał premier, który podobnie jak w środowym wystąpieniu nad wotum zaufania, chwalił rząd i krytykował opozycję. – Wyższe wynagrodzenia, wyższe płace to jest program PiS i ten program zrealizujemy – grzmiał z mównicy.

Po wystąpieniu premiera marszałek Ryszard Terlecki ogłosił przerwę. O 22.45 na sali zjawił się Jarosław Kaczyński. Wtedy rząd w głosowaniu odrzucił wniosek o konstruktywne wotum nieufności złożony przez opozycje większością 233 głosów – za wnioskiem głosowało 163 posłów, wstrzymało się 20.

– Niespodzianek nie było. Głosowało 416 posłów. Za odwołaniem było 163, przeciw 233, wstrzymało się 20.

– W swym przemówieniu premier zapowiedział dalszą reformę wymiaru sprawiedliwości.

– Opozycja punktowała rzad za aferę KNF, chaos polityki zagranicznej, łamanie wyborczych obietnic.

– PiS i premier atakowali opozycję za to, że nie ma programu.

– Obie strony przypisywały konkurentom kłamstwa i inwektywy.

.– Znakiem Waszych rządów jest Kłamstwo manipulcja obłuda i nepotyzm

Co obiecał Schetyna?

Schetyna podczas wystąpienia zapewnił, że kiedy PO dojdzie do władzy to przebuduje system podatkowy tak, by podatki oraz składki na ZUS i NFZ nie przekroczyły łącznie 35 proc. zarobków Polaków. „Po drugie każdy, kto pracuje i zarabia mniej niż dwukrotność płacy minimalnej, otrzyma dodatkowe wsparcie, w przypadku osób zarabiających minimalne wynagrodzenie ta pomoc wyniesie 500 złotych miesięcznie, do kieszeni ciężko pracujących obywateli trafi blisko 300 miliardów złotych, o 1/3 więcej, niż z programu 500 plus – mówił Schetyna.

Zdaniem lidera PO, jego ugrupowanie w każdym obszarze państwa, w każdym elemencie życia Polaków, ma plany naprawy i rozwoju. – Gotowi jesteśmy, aby z pokorą wziąć się do ciężkiej pracy dla Polski, bo wierzymy, że Polska ma przyszłość – podkreślił Schetyna.

– Oprócz tego wszystkiego co zrobimy dla Polski, dla Polek i Polaków rozliczymy was, rozliczymy PiS z każdej złotówki, z każdego przestępstwa, z każdej niegodziwości. Nie upiecze się każdemu z was, ale na razie wnoszę o dymisje prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, gdyby miał cień honoru podałby się do dymisji od razu – oświadczył lider PO.

Mateusz Morawiecki. Polityczny kameleon

PiS realizuje pełzający Polexit

We wcześniejszej częsci przemówienia lider PO twierdził, że rzad systematycznie realizuje pełzający Polexit. Przypomniał, że Polska jako pierwszy kraj w historii Unii Europejskiej objęta została procedurą z art. 7. Europejski Trybunał Sprawiedliwości musi dziś zajmować się naruszaniem przez was unijnym traktatów i to w sprawach o fundamentalnym znaczeniu. Najlepszym dowodem waszych prawdziwych intencji w tej kwestii jest zaskarżenie przez (ministra sprawiedliwości) Zbigniewa Ziobro unijnych traktów do Trybunału Konstytucyjnego” – dodał. „Oficjalne kwestionowanie traktatów unijnych jest kwestionowaniem naszego członkostwa w Unii Europejskiej – podkreślił z sejmowej trybuny.

Po czym ostro zaatakował dyplomatyczne działania PiS. – Trudno nawet powiedzieć, że wasza polityka zagraniczna jest nieudolna, chaotyczna czy szkodliwa, czy pozbawiona wizji, ponieważ trudno ocenić coś, czego po prostu nie ma. Polityka zagraniczna nie istnieje” – mówił. Dodał, że rząd PiS zastąpił politykę zagraniczną „knuciem”. MSZ sprowadziliście do roli partyjnej przybudówki – mówił.

Czego PiS nie zrealizował

Szef PO zarzucił rządowi, że nie potrafi realizować swoich sztandarowych projektów. W tym kontekście wymienił m.in. Mieszkanie Plus czy modernizację armii. „Zanim zaczniemy słuchać nowych fantazji, to chcielibyśmy przy okazji posłuchać, co ma pan do powiedzenia w sprawie polskich samochodów elektrycznych, jak wygląda ten pański program” – mówił Schetyna.

Musi pan zamilknąć i odejść

Do ostrej krytyki rządu przyłaczył się też lider PSL. Przez ostatni rok potykał się pan o prawdę, szedł dalej jakby nic się nie stało i cały czas kłamał; dzisiaj Polacy nie oczekują od pana mówienia prawdy, tylko milczenia. Musi pan zamilknąć i odejść – mówił Władysław Kosiniak-Kamysz zwracając się do premiera Morawieckiego.

Według niego gorsze od kłamstw premiera są dla Polaków niespełnione obietnice. Mówiąc o służbie zdrowia Kosiniak-Kamysz podkreślił, że są olbrzymie kolejki do specjalistów. – Do endokrynologa 23 miesiące, do ortodonty 11, do immunologa 9 miesięcy. Co z dentobusami? Gdzie jeżdżą po Polsce? Ze świecą szukać – wyliczał lider PSL.

Mówiąc o rolnictwie Kosiniak-Kamysz podkreślił, że 1/4 gospodarstw jest zlikwidowana. – Ponad 200 ognisk ASF u świń, ponad 3 tys. u dzików. Co z podwojonymi dopłatami? Gdzie są sprawy związane z odszkodowaniami za szkody łowieckie, co z wypłatami za suszę, co z narodowym holdingiem? Nie ma, jest narodowy holding, ale dla Chińczyków, a nie dla Polaków – punktował lider PSL.

PiS o trabancie i ferrari

W imieniu klubu parlamentarnego PiS premiera bronił poseł Marcin Horała. Obrona polegała głownie na atakowaniu PO, sugerując kryminalne powiązania jej polityków. ( I nic to, że postawione prez kontrolowanych przez Zbigniewa Ziobrę śledczych, i takie którymi nie zajmowały się sądy). – Spójrzmy na gabinet cieni, przyszły gabinet niedoszłego premiera Schetyny. Tam jest pan Stanisław Gawłowski jako szef Komitetu Stałego (Rady Ministrów); tam jest pan Sławomir Neumann; to osoby, na których ciążą poważne zarzuty prokuratorskie. Przecież gdyby ten rząd powstał, to jego posiedzenia musiałyby odbywać się w izbie wizyt zakładu karnego – ironizował Horała.

Polityk PiS mówił też, że o polityce PO świadczą podwyżki różnych opłat, do jakich dochodzi w miastach rządzonych przez polityków PO. Przekonywał, że np. w Łodzi rosną opłaty za śmieci, za bilety i parkowanie. – To jest jedyny prawdziwy program PO, który realizuje zawsze i wszędzie, kiedy dorwie się do władzy: podwyższać ludziom podatki, podwyższać opłaty, zabierać ulgi i świadczenia. Jakoś trzeba zebrać miliardy, by je potem wypłacać mafiom reprywatyzacyjnej czy VAT-owskiej. PiS zabiera mafiom i wypłaca ludziom, a PO odwrotnie: zabiera Polakom, by wypłacać mafiom – reprywatyzacyjnej i VAT-owskiej – mówił Horała.

Morawiecki: Będziemy dalej reformować wymiar sprawiedliwości

Premier jako ostatni zabrał głos podczas debaty sejmowej nad wotum nieufności wobec jego gabinetu. Opozycji zarzucił, ze potrafi jedynie rzucać inwektywami i kłamstwami. Dodał, że opozycja jest niewiarygodna. Morawiecki podziękował też za wotum zaufania, którego Sejm udzielił jego rządowi w środę. – Jest to dla mnie bardzo ważny, budujący mandat na to, żeby dalej reformować Polskę (…). To jest też rękojmia tego, że nasze reformy, nasze zmiany będą kontynuowane- powiedział premier. Dodał, ze wśród owych reform są dalsze zmiany w systemie sprawiedliwości. – Jestem dumny z tego, że potrafiliśmy odbudować elementarną sprawczość, sprawność instytucji państwa, które wcześniej, w waszych czasach, nie działały – powiedział do posłów opozycji Morawiecki. – Wspólnym mianownikiem naszych wszystkich działań jest wiarygodność; obiecaliśmy niższy wiek emerytalny i program 500 plus – dotrzymaliśmy słowa; podobnie dotrzymujemy słowa w naszych innych działaniach – dodał.

Skąd to wotum nieufności

PO złożyła swój wniosek w Sejmie pod koniec listopada, Wówczas był on m.in. reakcją na przegrany przez premiera Morawieckiego proces w trybie wyborczym, który wytoczyła mu PO (chodziło o inwestycje infrastrukturalne w czasach rządów PO-PSL). Jednak w ostatnich dniach w jego uzasadnieniu nawiązano też do „afery KNF”. „To jest największa afera ostatnich lat, to afera PiS-u; afera, która pokazywała w jaki sposób można doprowadzać do upadku bank” – podkreślał Schetyna.

Zgodnie z konstytucją Sejm wyraża Radzie Ministrów wotum nieufności większością ustawowej liczby posłów (co najmniej 231) na wniosek zgłoszony przez co najmniej 46 posłów i wskazujący imiennie kandydata na premiera. PiS ma w sejmie ponad 237 posłów. Kilka dni temu ich głosy sprawiłym, że Sejm udzielił premierowi wotum zafania.

Wystąpienie Kaczyńskiego sugeruje, że w PiS jest naprawdę źle

Rzeczywiście nadzór nad SKOK-ami był spóźniony. Ale winę za to ponoszą Grzegorz Bierecki, Lech Kaczyński, Andrzej Duda i PiS, a nie pobity przez ludzi Wołomina Wojciech Kwaśniak i inni urzędnicy KNF. Nie damy PiS, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach – pisze wicenaczelna OKO.press Bianka Mikołajewska

Prokuratura zarzuca byłym urzędnikom KNF spóźnione działania nadzorcze wobec SKOK Wołomin. A minister Ziobro twierdzi, że były wiceszef KNF został pobity przez ludzi z „Wołomina”, bo Komisja rozzuchwaliła bandytów swoją bezczynnością. 

To, co dzieje się w sprawie byłych urzędników KNF i SKOK Wołomin, to próba przerzucenia odpowiedzialności za katastrofalną sytuację finansową większości spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych

  • z tych, którzy do niej doprowadzili i którzy pomagali ją SKOK-om ukrywać, podpowiadając księgowe sztuczki
  • oraz tych, którzy przez lata bronili SKOK-ów przed państwowym nadzorem,
  • na tych, którzy przez 3 lata „wyczyścili” sytuację w Kasach i faktycznie uchronili setki tysięcy ludzi przed stratą oszczędności.

Więcej na ten temat >>>

„Starzy” sędziowie Trybunału Konstytucyjnego – Leon Kieres, Małgorzata Pyziak-Szafnicka, Stanisław Rymar, Piotr Tuleja, Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz i Marek Zubik, a także wybrany przez PiS Piotr Pszczółkowski – upublicznili swoje uwagi na temat manipulowania składami sądzącymi w TK. Uwagi te złożyli na ręce pełniącej funkcję prezesa Julii Przyłębskiej, by dołączyła je do rocznego sprawozdania z działalności tej instytucji. Przyłębska odmówiła. Mimo że manipulowanie składami to fakt, a jako pierwszy ujawnił go w maju tego roku p.o. wiceprezesa dubler sędziego Mariusz Muszyński. Zrobił to z własnej woli, niepytany, w zdaniu odrębnym do postanowienia TK – co samo w sobie było kuriozum. W czerwcu „starzy” sędziowie TK i Piotr Pszczółkowski też napisali w sprawie manipulowania składami do Julii Przyłębskiej i upublicznili ten list.

Julia Przyłębska: wszystko zgodnie z przepisami

W dniu gdy media podały informację o drugim liście, Julia Przyłębska wystąpiła jako gość wieczornych „Wiadomości” TVP. Zapewniła, że „wszystko dzieje się zgodnie z obowiązującymi przepisami”, bo ona – jako prezes – ma prawo wyznaczać składy i może się przy tym kierować nie tylko kolejnością alfabetyczną, ale też innymi względami. Zaatakowała byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego, że zamiast pełnych składów wyznaczał składy pięcioosobowe. Nie dodała, że robił tak, gdy chodziło o osądzenie kolejnych pisowskich ustaw o TK, i że brakowało sędziów do pełnego składu, bo dublerzy nie byli dopuszczeni do orzekania, a niektóre ustawy dotyczyły nowych sędziów od PiS. To, że w tej wyjątkowej sytuacji prezes TK miał prawo tak zrobić, potwierdziła w kwietniu 2016 r. w swoim raporcie Komisja Wenecka.

Zakaz manipulacji składami sądu wynika z konstytucji

Z kolei Mariusz Muszyński tłumaczył w maju, że składy są zmieniane, by sprawy toczyły się sprawniej. I że robi się to wtedy, gdy sędziowie nie mogą się porozumieć co do wyroku. Tymczasem zakaz manipulacji składami sądu wynika z konstytucji. Art. 45. gwarantuje prawo do rozpatrzenia sprawy przez „właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”. Sytuacje, w których skład można zmienić, muszą być ściśle opisane. W ustawie o trybie działania TK w art. 38 jest zaś napisane: „Sędziów Trybunału do składu orzekającego, w tym przewodniczącego składu i sędziego sprawozdawcę, wyznacza Prezes Trybunału według kolejności alfabetycznej, uwzględniając przy tym rodzaje, liczbę oraz kolejność wpływu spraw do Trybunału. Prezes Trybunału w uzasadnionych przypadkach, zwłaszcza ze względu na przedmiot rozpoznawanej sprawy, może wyznaczyć sędziego sprawozdawcę, odstępując od kryteriów wymienionych [wyżej]”.

Orzekanie „sprawniejsze”, czyli zgodne z wolą prezesa

A więc nie ma mowy o zmianie składów dla sprawności orzekania. Sam pomysł, że aby orzekać sprawniej, należy dobrać skład, który się ze sobą zgodzi, jest sprzeczny nie tylko z zasadą „właściwego”, ale też bezstronnego i niezależnego sądu. I sędziowskiej niezawisłości. By go zrealizować, prezes musiałby zapytać sędziów, jakie mają zdanie, i dobrać tych, którzy mają podobne.

Przez poprzednie 30 lat działania Trybunału Konstytucyjnego, gdy sędziowie nie mogli się porozumieć co do wyroku, sprawę – na wniosek składu sądzącego – prezes kierował na poszerzony skład i wyznaczał drugiego sprawozdawcę, tak aby oba stanowiska były reprezentowane. Sprawę osądzano, a o wyroku decydowało głosowanie. Teraz, jak pośrednio przyznał Mariusz Muszyński, o wyroku decyduje wola prezesa, który dobiera sędziów o odpowiednich poglądach.

Jaka jest skala „dobierania” składów?

Jaka jest skala manipulacji – nie wiadomo, bo Trybunał odmawia podania danych o tym, ile razy składy zmieniano. Na moje pytanie w tej sprawie zadane w maju Biuro Prasowe TK stwierdziło, że żądam „informacji przetworzonej”, a to znaczy, że muszę udowodnić, że udzielenie mi odpowiedzi jest „szczególnie istotne dla interesu publicznego”. Odpowiedziałam: „Kwestia poszerzającej interpretacji prawa tam, gdzie chodzi o konstytucyjne prawo do bezstronnego sądu, jest »szczególnie istotna dla interesu publicznego«. Taka poszerzająca interpretacja narusza gwarancję bezstronnego sądu. Dlatego w interesie publicznym jest poznanie skali tego zjawiska i publiczna dyskusja nad nim”. Biuro odpisało, że go nie przekonałam.

To, że składy są dobierane, widać gołym okiem. Na przykład za trzy tygodnie wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa, która zakwestionowała konstytucyjność trybu jej powołania, rozpatrzy skład pięcioosobowy, gdzie większość stanowią sędziowie, którzy już w zeszłym roku orzekli, że sędziów do KRS mogą wybierać posłowie.

Ważne dla PiS sprawy sądzą sędziowie z partyjnym namaszczeniem

Wszystkie ważne dla PiS sprawy sądzą składy z przewagą lub złożone wyłącznie z sędziów wybranych przez PiS. Do przykładów należą: zeszłoroczny wyrok w sprawie KRS, sprawa dotycząca granic prezydenckiej łaski (w tle ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przed prawomocnym skazaniem), sprawa trybu wyboru pierwszego prezesa SN, która otworzyła drogę do usunięcia z urzędu Małgorzaty Gersdorf (PiS koniec końców się na to nie zdecydował, bo musiałby uznać też nielegalność powołania poprzednich pierwszych prezesów), czy konstytucyjności „zgromadzeń cyklicznych” uchwalonych dla uniemożliwienia protestów przeciw miesięcznicom smoleńskim. Zmiany dokonywane są też w sprawach niepolitycznych: czterokrotnie zmieniano skład sądzący w sprawie pytania prawnego o tzw. służebność gruntową, pięciokrotnie w sprawie odszkodowania za szkody łowieckie.

Wiadomo też – nieoficjalnie – że każdy wyznaczony alfabetycznie skład trafia na biurko Julii Przyłębskiej, która go zmienia lub nie. Jeśli zmieni – ta zmiana w ogóle nie jest odnotowywana, bo zmieniony skład liczy się jako pierwotny.

Sędziowie odsuwani od orzekania

W liście z 5 grudnia siódemka sędziów wymienia 19 sygnatur spraw, w których usunięto ich ze składu. Piszą o zjawisku odsuwania ich od orzekania: „O tym, że naruszona została zasada alfabetycznego przydziału spraw, świadczy rażąca dysproporcja, jeśli chodzi o ilość rozpatrywanych spraw przez poszczególnych sędziów”. Wykazują, że sędziowie Leon Kieres, Małgorzata Pyziak-Szafnicka i Piotr Tuleja orzekali tylko raz, sędzia Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz dwa razy, a sędziowie Piotr Pszczółkowski, Stanisław Rymar i Marek Zubik nie dostali ani jednej sprawy. Natomiast sędziowie mianowani przez PiS są w składach po sześć do 12 razy.

Sędziowie pokazują, że dysproporcje są szczególnie rażące w sprawach z sygnaturą „K”, czyli wniosków grupy posłów, prokuratora generalnego, KRS, RPO czy innych uprawnionych instytucji, czyli spraw najsilniej politycznie naznaczonych. Sędziowie wyliczają: „Sędziowie Piotr Tuleja i Marek Zubik byli wyznaczani do składów orzekających w sprawach »K« z 2017 i 2018 r. zaledwie pięć razy, Piotr Pszczółkowski sześć. Natomiast sędzia Andrzej Zielonacki orzekał aż 17 razy, Jędrzejewski – 16 razy, Jędrejek – 14″.

Poza tym sędziowie przypominają m.in., że wciąż nie jest rozpatrzona wniesiona na początku 2017 r. skarga prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na tryb wyboru w 2010 r. trzech sędziów, co daje pretekst do ich wyłączania od sądzenia. A także że praktycznie wyeliminowano ich od uchwalenia regulaminu TK, uniemożliwiając zgłaszanie uwag.

Te wszystkie uwagi nie znajdą się w dorocznym sprawozdaniu z działalności Trybunału Konstytucyjnego. Ale dzięki upublicznieniu listu sędziów wiedza o działalności Trybunału Julii Przyłębskiej i Mariusza Muszyńskiego będzie pełniejsza. Ma to znaczenie nie tylko historyczne, ale też praktyczne: może w przyszłości pozwolić na formalne zakwestionowanie orzeczeń, w których skład był ustawiony.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o kicie PiS.

Za nami trzy lata obietnic PiS, które padły w zderzeniu z realiami.

Sama nie wiem, czy to tylko moje pobożne życzenie czy też rzeczywiście ostatnio PiS straciło jakoś rozpęd i zapał. Tak jakby wiatr boży przestał wiać w pisowskie żagle, partia wpłynęła na mieliznę i utknęła, bo sztil ich dopadł. Hm…

Można powiedzieć, że „Stoi na stacji lokomotywa. Ciężka, ogromna i pot z niej spływa: Tłusta oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha”, ale już żar z jej rozgrzanego brzucha nie bucha, no i palacz sił nie ma, by węgiel w nią sypać. Wyraźnie pokazuje to ostatnie przemówienie prezesa Kaczyńskiego.

Przemówienie mdłe, bezbarwne, nie mówiące niczego, czym Polacy nie byliby karmieni od trzech lat. Zdrada Tuska, afery PO, opozycja łamiąca Konstytucję i na tym tle PiS jako strażnik ustawy zasadniczej, obietnice rozliczenia, nazwanie deform reformami, dbałość o biednego obywatela, miłość do Unii Europejskiej itp. itd. Sam Kaczyński nie wyglądał na człowieka, który wierzyłby we własne słowa. Bez ikry, bez energii, ot, mocno już starszy pan, który w znacznym stopniu stracił panowanie nad swoimi pisowskimi młodymi wilczkami.

Mówi się, że kłamstwa wciąż powtarzane stają się prawdą. Warto też zauważyć, że kit wciskany na okrągło traci na swej atrakcyjności i przestaje być skuteczną bronią w walce o wyborcę. I tak było w tym przypadku. Prezes gadał sobie i gadał, ale przekaz pozbawiony był już tej mocy rażenia, którą znaliśmy z wcześniejszych wystąpień szarej eminencji. Był nudny, mocno przewidywalny i nawet zakamuflowane w przemówieniu groźby nie robiły większego wrażenia.  Miało być mocno, dobitnie, aktywizująco swoich, a wyszło po prostu słabo.

Lud czeka na więcej. Czeka na płomienne deklaracje. Wyciąga rękę po nowe obietnice, a tu…klapa. Wydaje się, że PiS już nie ma pomysłu, co dalej zaproponować, by kupić kolejne dusze. Tym bardziej, że ich sztandarowe obietnice nie do końca okazały się sukcesem.

Hitem miał być program 500 Plus, a jednak 46,2% dzieci, czyli 3,2 mln nie jest nim objętych. Wynika to m.in. z wyznaczenia sztywnej granicy kryterium dochodowego czy też obowiązku ustalonych sądownie świadczeń alimentacyjnych. Program ten nie zachęcił specjalnie kobiet do rodzenia dzieci. Jak podaje GUS, od stycznia do września w Polsce urodziło się o ok. 10 tysięcy dzieci mniej niż w analogicznym okresie 2017 roku. Tak więc kryzys demograficzny rozwija się w najlepsze, a do tego pojawił się nowy problem, czyli większa bierność zawodowa. Oj, będzie płacz mamusiek za kilka lat, gdy dzieciaczki będą już podchowane i kasa przestanie spływać. Wprawdzie rząd chce matkom, które urodzą więcej niż czwórkę dzieci i z tego powodu nigdy nie podjęły pracy zawodowej, przyznać z marszu emeryturę, która dzisiaj wynosi 878,12 zł na rękę miesięcznie, ale za to nie będzie im wolno podjąć legalnie żadnej pracy, by mogły sobie dorobić. Tak więc przed paniami roztacza się wizja niezłej biedy.

Hitem miał być program Mieszkanie Plus, który też okazał się klapą. Do tej pory postawiono ok. 480 mieszkań, których stan często woła o pomstę do nieba. Fatalne położenie, prowizorka budowlana i wysokie czynsze. Morawiecki jest przekonany, że to nie wina genialnego projektu, ale najzwyklejszy sabotaż.

Hitami miały być pomoc dla frankowiczów, darmowe leki dla seniorów, wsparcie dla rolników, reforma służby zdrowia, dobra zmiana w edukacji, uproszczenie podatków, pomoc dla rozwoju małych przedsiębiorstw, podniesienie kwoty wolnej od podatków czy inwestowanie w wojsko. Miało tak być, a jak wygląda rzeczywistość? Szkoda słów.

Wydaje się, że teraz PiS już samo nie wie, co jeszcze obiecać Polakom, by przekonać ich do głosowania na siebie. Chwilowo jedyne, na co wpadli politycy tej partii to ulgi dla kolejnych grup społecznych, oczywiście tych najbiedniejszych. Coś tam przebąkiwał o tym premier Morawiecki podczas wystąpienia w Sejmie w sprawie wniosku o wotum zaufania, ale nie padły żadne konkrety. Brakuje już pomysłów? Partia się wypaliła? A lud czeka…

Na pewno nie pomaga prezesowi i jego partyjnej ekipie stosowany powszechnie mechanizm wyparcia, czyli jak coś jest nie tak, to nie oni są winni, to nie ich dotyczy, to próba zmasowanego ataku na praworządność i sprawiedliwość. Już nie da się słuchać, że Tusk to czy tamto, że PO zapłaci za wszystko, że prawdziwa Polska rozpoczęła się dopiero po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku. Słowa, słowa, słowa, tylko że nic za nimi nie idzie.

Ileż można odwracać kota ogonem? Próbują przekonać naród, że  to tylko jakiś przypadkowy Chrzanowski narozrabiał, a wszyscy pozostali są święci. Mało tego Ziobro ściga byłych urzędników KNF, którzy za poprzedniego rządu zajmowali się sprawą SKOK-u Wołomin, a jeden z nich został nawet za to skatowany i postawił im zarzut jakiegoś niedopatrzenia czy opóźnienia. Broniąc „swoich”, trzeba było czymś przykryć pisowską aferę KNF.

To stała taktyka PiS-u – afera KNF nie ich, afera wiatrakowa nie ich, afera z ogromną kasą na nagrody i premie to pikuś i czysta powinność w nagrodzeniu ciężko pracujących, swoich urzędników i kolesi. Afera nawałnicowa to nie ich wina, tylko regulacji określonych przez to wredne PO. Misiewicze to tylko wypadek przy pracy. Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego to była kwestia zwykłej przyzwoitości. Opóźnienia w wypłatach dla rolników to tylko nic nie znaczący poślizg. Wycinka Puszczy Białowieskiej to wyraz miłości do przyrody. Jak podaje portal wiesci24.pl, tych aferek PiS zgromadziło przez minione trzy lata już 113.

Czy można więc dziwić się, że już im sił nie starcza, weny twórczej brakuje, że ledwo już dyszą? Trzy lata kotłowania się w obietnicach, które padły w zderzeniu z realiami, wmawiania ludziom jak jest cudownie, wymyślania, by te nieszczęsne gruszki spadły z wierzby, to naprawdę może wykończyć.

Ależ chciałabym być dobrym prorokiem i obwieścić, że PiS zjeżdża już popisowo po równi pochyłej. Chciałabym, ale… niedocenianie przeciwnika może okazać się jednak nieco na wyrost. Może uda im się zebrać w sobie i wykrzesać jeszcze trochę energii. Może jeszcze coś wymyślą, by powalczyć o koryto. Może… czego sobie i Polsce nie życzę.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o posle Kaczyńskim.

Zwierzęta swój teren oznaczają uryną. Ludzie różnie, choć patrioci najchętniej przelaną krwią. Elity wolą symbole. Przez 3 lata władzy politycy pisowscy wpadli w takie zasiedzenie, że teren Sejmu i Senatu uważają za swój. Czym oznaczają?

Marek Kuchciński znany jest z tego, że odzywa się tylko wtedy, gdy na kartce ma napisane, co ma powiedzieć. Ale wpadł na pomysł, aby każdy poseł na koniec kadencji dostał odznakę z napisem prawo (lex). Odznaka jest wzorowana na tej z Sejmu Ustawodawczego II Rzeczpospolitej z lat 1919-22. Opozycja mogłaby wyprodukować odznakę, która zdecydowanie więcej mówiłaby o Sejmie obecnej kadencji, mianowicie przedstawiać Salę Kolumnową z napisem: bezprawie.

Stanisław Karczewski przebił marszałka Sejmu. Umieścił w Senacie swój portret za pieniądze z kieszeni podatnika, lecz nie uzyskany aparatem fotograficznym, ale pędzlem zawodowego malarza. Karczewski myśli jednak kilka lat naprzód, mianowicie jego wizerunek może znaleźć się w Pałacu Saskim, który ma być odbudowany z przeznaczeniem na funkcjonowanie w nim Senatu. Karczewskiemu marzy się prowadzić obrady pod własnym portretem, jak na pisowskiego sarmatę przystało.

Wzmiankowani politycy  PiS są puści jak dzwony. Nie znam żadnych ich osiągnięć godnych zapamiętania, oprócz ich pomocniczości w demolowaniu instytucji demokratycznych i zaprowadzania państwa bezprawia.

W Sejmie doszło do spektakularnej sceny z udziałem szeregowego posła Jarosława Kaczyńskiego, który wszedł na trybunę i zażądał wycofania nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym. Prace nad nią dobiegały końca, była już po poprawkach, miało dojść do ostatecznego głosowania. Prezes pstryknął i ten punkt obrad został wykreślony z porządku. Taka jest wola prezesa i ona jest prawem.

Mateusz Morawiecki miał okazję zobaczyć w Brukseli, jak Polska została zmarginalizowana w Unii Europejskiej za władzy PiS dwóch lat rządu Beaty Szydło i rok jego. Szczyt państw strefy euro podjął decyzję, iż strefa euro będzie miała swój budżet. A zatem Europa dwóch prędkości staje się ciałem, a Polska nawet nie zmieści się w tej drugiej prędkości, bo jest hamulcowym standardów, jakie obowiązują w UE.

Morawiecki ponadto ma kłopoty w kraju. Niedawne wotum zaufania to było teatrum dla twardego elektoratu PiS, aby pokazać, jak skonsolidowana jest władza zjednoczonej prawicy. Farbę jednak puścił tatuś premiera Kornel Morawiecki, który stwierdził w Radiu Plus, że kłody pod nogi jego syna Mateusza (Kornel nazywa go kuriozalnie nawet jak na sferę publiczną: panem) rzuca Zbigniew Ziobro. Minister sprawiedliwości zaostrza aferę KNF, aresztując byłych jej członków, w tym Wojciecha Kwaśniaka, a także sprzeciwia się wycofaniu PiS z ustaw sądowniczych, które zostały zaskarżone przez Komisję Europejską w Trybunale Sprawiedliwości UE.

>>>