Tag Archives: konwencja PiS

Stypa PiS

16 Lu

Nawet konto twitterowe portalu propisowskiej Telewizji Republika przewiduje łomot Dudy.

Andrzej Duda rozpoczął oficjalnie kampanię wyborczą bardzo bogatą konwencją. Ale smutną, jak stypa.

W tym czasie Małgorzata Kidawa-Błońska jeździ po Polsce, spotyka się bez ochroniarzy z nadzieją na zmianę. Kandydatka, a prawdopodobnie przyszła prezydent RP, widzi niektóre elementy naszej rzeczywistości w prawdziwej ruinie, nie podrabianej, jak mieliśmy do czynienia w kampanii PiS w 2015 roku.

Szpitale są zamykane, nawet w takich miejscach jak bastion PiS w Ustrzykach Dolnych.

Kidawa-Błońska apeluje o zaufanie, bo brak go wśród Polaków i wśród polityków. W czym ma „sukcesy” prezes Kaczyński.

PiS buduje Polskę na fałszu, a taki domek z kart musi runąć. Duda to tylko złamas na  żądanie prezesa, łamie Konstytucję i zaczyna się bać, bo odpowie za to przed Trybunałem Stanu i prawdopodobnie skończy w pierdlu.

Mateusz Morawiecki to przysłowiowy oszust. Mógłby występować w słowniku synonimów pod hasłami kłamca, oszust.

On ma nawet taką oprawę ust, a na nich pojawia się grymas oszusta (czyt. Freud) i można spokojnie jego wyraz twarzy określić, iż Morawiecki nie ma twarzy, a krzywą mordkę.

Kaczyński inicjator demolowania Polski (Jarek Demolka) faktycznie odchodzi, bo z jego kolanem wiąże się o wiele „skuteczniejsza” choroba krążenia. Z niej wychodzi się w szpitalu, w wycofaniu, a nie w aktywności. Za jakiś czas zostanie poddany operacji i może nie wyjść spod skalpela chirurgicznego.

Nie cieszy żadna śmierć, jak nie cieszy śmierć Polski, do której przyczynia się PiS, największy po 1989 roku wewnętrzny wróg demokratycznej Polski – znajdujący odpowiedników w Targowicy XVIII wieku i Sanacji międzywojennej po śmierci Piłsudskiego.

Na szczęście dzisiaj znajdujemy się w Unii Europejskiej i wraz z jej instytucjami, z opozycją polityczną i społeczeństwem obywatelskim (z KOD-em znienawidzonym przez PiS) uratujemy Polskę spod śmiertelnego skalpela PiS.

Miała być konwencja prezydencka, jakiej jeszcze Polska nie widziała, a była powtórka z imprezy PiS przed wyborami parlamentarnymi, tyle, że w nieco bardziej smętnej wersji. Te same przemówienia, co zawsze, te same argumenty i chaotyczne ataki na kontrkandydatów. Andrzej Duda nie wie, do jakich wyborców chce mówić, więc mówi do wyborców PiS.

W lutym 2015 roku notowania Bronisława Komorowskiego mimo tendencji spadkowej wciąż były lepsze niż dzisiejsze wyniki Andrzeja Dudy:

O konwencji PiS opływającej w blichtr, ale smutnej jakby prezesa żegnali tutaj >>>

„Rzadko się zdarza, by jeden człowiek miał tyle atutów”. W laurce dla Dudy Kaczyński mówił też o jego wielkich osiągnięciach sprzed prezydentury, m.in.: „uzyskał jeden z najlepszych wyników w wyborach do PE 2014”.

Jarosław Kaczyński podzielił niewiarygodne osiągnięcia Andrzeja Dudy na trzy etapy: sprzed prezydentury, w czasie prezydentury i te, których dopiero doświadczymy, gdy Duda wygra majowe wybory 2020. W pierwszej grupie znalazł się rzekomo doskonały wynik polityka PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego 2014 roku.

Więcej o fałszywym mniemaniu Kaczyńskiego o Dudzie tutaj >>>

O odchodzeniu Kaczyńskiego. Czy ostatecznym? Tutaj >>>

Podczas konwencji wyborczej otwierającej kampanię Andrzeja Dudy, premier Morawiecki nie mógł się nachwalić kandydata PiS – okazało się, że posiada on wszelkie cnoty, i to we właściwej ilości. Jedną z nich jest „wspaniała” współpraca z rządem, ale i niezależność: „Prezydent potrafi zawetować ustawę”. Duda podpisał 1037 ustaw.

A ile zawetował?

Więcej o krzywej mordce Morawieckiego i Dudzie, złamanym człowieku tutaj >>>

„Ekologizm” to nowy – obok „ideologii LGBT” – wróg polskiego Kościoła. Gdy przyjrzymy się bliżej karierze tego pojęcia, zobaczymy pomieszanie teorii spiskowej i wyznania wiary. To również manifestacja problemów, jakie Kościół w Polsce ma ze współczesną nauką i światem.

O urojonym świecie hierarchy Kościoła katolickiego Jędraszewskiego tutaj >>>

Ludzie PiS pełnymi garściami drą kasę, co przy szybko postępującej drożyźnie i rosnących kosztach utrzymania zaczyna suwerena kłuć w oczy.

Kradną stare ciuchy z koszy PCK, kradną pieniądze z kasy CBA i kradną środki z budżetu.

(…)

Rzecz jasna, wyborcy to widzą i zawsze widzieli. Tyle tylko, że do niedawna ci, którzy głosowali na PiS, byli gotowi patrzeć na to przez palce, mówiąc: „Kradną, ale przynajmniej się dzielą”. Jednak dziś, gdy właśnie podano styczniowe dane o inflacji – 4,4 proc.! – można się spodziewać, że ta wyrozumiałość suwerena rychło się skończy. Miejmy nadzieję, że jeszcze przed wyborami.

Cały felieton Wojciecha Maziarskiego tutaj >>>

Duda i krętactwa PiS ws. KRS

15 Lu

W Polsce obowiązuje bezprawie jako prawo. W istocie tym bezprawiem jest wola prezesa.

Listy poparcia KRS, które po tylu walkach zostały opublikowane, pokazują, dlaczego nie były publikowane.

Mianowicie są zmanipulowane, a mianowani sędziowie nie mieli odpowiedniej ilości głosów poparcia.

Jest to chaos w prawie, bo wszelkie wyroki z udziałem mianowańców KRS zostaną uznane za nielegalne.

Kto za to powinien iść siedzieć? W pierwszym rzędzie Kaczyński, który steruje swoimi marionetkami: Dudą i Ziobrą.

No i odbyła się konwencja PiS, która zaczyna oficjalną kampanię na reelekcję nieudacznika Dudy, a jak niektórzy kolokwialnie, knajacko, nazywając go tym, czym jest – Dupą.

O konwencji PiS tutaj >>>

Lista Macieja Nawackiego, nominata Ziobry z Olsztyna. Wśród 15 podpisów, które zebrał w OIsztynie, aż pięcioro sędziów wycofało się. To może wysadzić całą nową KRS w powietrze. Poza Olsztynem Nawackiego poparło 13 sędziów, wszyscy robią karierę w resorcie Ziobry. Iustitia: „Nie ma Krajowej Rady Sądownictwa”.

O chaosie w sądownictwie tutaj >>>

Rekordzista Maciej Mitera sędzia i rzecznik KRS aż 88 proc. podpisów zebrał od sędziów delegowanych do Ministerstwa Sprawiedliwości. Inna rekordzistka, sędzia Joanna Kołodziej-Michałowicz nie dostała ani jednego (!) głosu ze Słupska, gdzie pracuje. Piątka krakowskich sędziów podpisała się za jednym zamachem na trzech listach.

Więcej o szachrajstwach w Ministerstwie Sprawiedliwości tutaj >>>

To się jeszcze dobrze nie przebiło do opinii publicznej, ale konwencja Solidarnej Polski pokazała, że Zbigniew Ziobro czuje się mocny. Nawet chce zmienić nazwę z Solidarnej Polski na Sprawiedliwą Polskę, zatem pokazuje Hamletowi Gowinowi, gdzie jego miejsce. A staremu królowi też daje sygnał, że razem ze swoimi młodymi janczarami będzie dusił i pójdzie w bój. To może być jakiś klucz do tego, że są tarcia w obozie prezydenta – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

Wywiad z dr. Mirosławem Oczkosiem tutaj >>>

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej protestuje przeciw wprowadzaniu nienawiści i przemocy do życia publicznego”

Dzisiaj będę monotematyczna i wpiszę się w ogólnopolską dyskusję po wygwizdaniu Andrzeja Dudy w Pucku i Wejherowie. Nie mam jednak zamiaru odnosić się do sytuacji samej w sobie, ale reakcji na nią. Partia rządząca dosłownie oszalała, krzycząc, że nie ma ich zgody na takie zachowanie. Przecieram oczy ze zdziwienia, bo nagle politycy PiS pokazują mi rzeczywistość, której zupełnie nie znam. Nagle słyszę głosy oburzenia, piętnowanie tych, którzy ośmielili się protestować. Nagle o kulturze, retoryce spokoju i bez agresji przypominają mi ci, którzy non stop czerpią pełnymi garściami całe zło, jakie wyhodowali w narodzie i rzucają nim w swoich oponentów.

Felieton Tamary Olszewskiej tutaj >>>

Pomocnik PiS Falenta, Krystyna Pawłowicz, nacjonalizacja i konwencja PiS

10 Mar

Za zlecanie kelnerom nagrań polityków rządu PO-PSL oraz innych osób publicznych został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia w grudniu 2017 roku. Przez wiele miesięcy starał się uniknąć odsiadki. Gdy jego prawnicy wyczerpali możliwości odroczenia wyroku za organizację podsłuchów VIP-ów w warszawskich restauracjach, a wniosek o ułaskawienie spotkał się się z negatywną opinią prezydenta, rozpłynął się w powietrzu. Marek Falenta, bo o nim mowa, główny bohater tzw. afery podsłuchowej poszukiwany jest listem gończym, a odnalezienie skazanego przedsiębiorcy ma być jednym z pierwszych zadań nowego szefa Centralnego Biura Śledczego Policji. Wokół zniknięcia Falenty pojawiło się wiele przypuszczeń, w tym o jego mocodawcach.

Krytyczny wobec Platformy Obywatelskiej prawicowy dziennikarz Witold Gadowski zasugerował służbom poszukiwanie Falenty w Moskwie. W Komentarzu Tygodnia dla „Sieci” zasugerował, że miejsca pobytu Falenty „nie jest w stanie […] stwierdzić także polska policja”. „Służby specjalnej troski, polskie służby specjalnej troski. Musimy im bardzo pomagać, żeby sobie nie połamali zębów, potykając się o własne nogi. No to pomogę służbom. Szukajcie pana Marka Falenty w Moskwie. Tam spójrzcie, w której dzielnicy przebywa, bo przebywa właśnie tam. To ciekawe, sprowadzał węgiel z Rosji, wpadł w dość duże długi wobec kompanii rosyjskich eksportujących do Polski węgiel i teraz jego dzieło przejęła kompania rosyjska z Sułek” – mówił.

Z tajemniczego zniknięcia zadrwił Bartłomiej Sienkiewicz:

Ktokolwiek faktycznie stoi za zniknięciem Falenty, cień podejrzeń pada na ekipę rządzącą, która skorzystała na aferze. Rosyjski wątek w sprawie też wydaje się prawdopodobny, tym bardziej, że Rosja skorzystała na politycznej destabilizacji po aferze podsłuchowej. Jakakolwiek okaże się prawda, każdy dzień poszukiwań Marka Falenty świadczy źle o państwie i jego służbach, które dopuściły do ucieczki skazanego. Czy wobec tego władzy naprawdę zależy na schwytaniu Falenty?

Tuż po wyborach samorządowych posłanka Krystyna Pawłowicz zadecydowała o zaprzestaniu komentowania bieżących spraw za pośrednictwem Twittera. Miało to związek z krótkotrwałą próbą odejścia Prawa i Sprawiedliwości od reprezentowania skrajnych poglądów po zorientowaniu się, że antyuchodźczy materiał wyborczy, który opublikowała partia bardziej zaszkodził, niż zmobilizował wyborców. Od tego czasu Prawo i Sprawiedliwość zdołało powrócić do skrajnej narracji, a  posłanka Pawłowicz wielokrotnie złamała swoje postanowienie.

Tym razem Krystyna Pawłowicz znów zaszokowała. Opublikowała serię wpisów komentujących dzisiejszą regionalną konwencję Prawa i Sprawiedliwości w Jasionce, podczas której szef sztabu wyborczego Tomasz Poręba przedstawił 12-punktową Deklarację Europejską PiS, a swoje przemówienie wygłosił Jarosław Kaczyński. I to właśnie do słów prezesa PiS odnosił się obraźliwy wpis posłanki. 

Pawłowicz znów posunęła się za daleko w swoich komentarzach. Wróciła do starego, dobrego straszenia Niemcami, „seksualizacją” dzieci, „homolobby”, Unią Europejską i uchodźcami. W steku kłamliwych oszczerstw skomentowała wczorajsze Disco Przeciw Nienawiści, demonstrację zorganizowaną przez Międzynarodowy Strajk Kobiet. Środowiska kobiece protestowały przeciwko nienawiści wobec kobiet, domagały się też zmiany nazwy Ronda Dmowskiego na Rondo Praw Kobiet. Pawłowicz, reprezentantka kobiet w Sejmie, wyśmiała ten postulat używając określenia “rondo cipek”. Posłanka obnażyła tym samym porażającą ignorancję wobec problemu przemocy i nienawiści w stosunku do kobiet.

Członkini Prawa i Sprawiedliwości, oprócz słów krytyki, oczywiście spotkała się głosami poparcia od najwierniejszych fanów. Ludzi, sprawiających wrażenie żyjących w matrixie, gdyż żadna przytoczonych przez Pawłowicz „odpowiedzi opozycji” na Deklarację Europejską PiS nie stanowi zagrożenia.

Prawo i Sprawiedliwość przeszło do politycznej ofensywy próbując zarzucić przeciwnikowi atak na rodzinę. Politycy  partii rządzącej nie mogli się nachwalić, jak bardzo stawiają na wsparcie ognisk domowych, którym wszelkie owoce dobrej zmiany zostaną odebrane, jeśli tylko opozycja wygra wybory. Kiedy jednak przed kamerami trwa festiwal łudzenia wyborców, to w tym samym czasie po cichu PiS postanowił zadbać także o własną rodzinę.

Jeszcze nie tak dawno Joachim Brudziński powiedział mediom z zaskakującą szczerością, że “Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to nie byłbym parlamentarzystą, tylko trafiłbym do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa”Słowa te oddają mentalność partii rządzącej, która podjęła właśnie działania w kierunku zwiększenia liczby intratnych posad, które będzie można obsadzić “swoimi”. Już wkrótce grono gotowych do obsadzenia zasili nowe spółki Skarbu Państwa. Rząd zdecydował bowiem o przekazaniu kolejnych 2 mld zł premierowi na prowadzenie nacjonalizacji firm.

Dzięki temu posunięciu Polska będzie umacniała się na pozycji niekwestionowanego lidera w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o udział państwowej własności w gospodarce, co znajduje odbicie w raportach OECD. Nie bez znaczenie pozostaje fakt, że dziś sektor publiczny wytwarzaja 21% Polskiego PKB, a giełdowy indeks WIG-20 w aż około 70% wynika z notowań państwowych spółek. W 20 największych spółkach na giełdzie większość bowiem stanowią podmioty pod kontrolą Skarbu Państwa. Z takiego stanu rzeczy wynika przede wszystkim ogrom politycznie kontrolowanych posad i zarazem ryzyko gospodarcze powstające z błędnych decyzji motywowanych politycznie lub zwykłej niekompetencji partyjnych nominatów.

Forum Obywatelskiego Rozwoju w swojej analizie ostrzega, że od 2016 roku rząd PiS realizuje pod propagandowym hasłem „repolonizacji” bezprecedensowy w ostatnim trzydziestoleciu proces upolityczniania gospodarki. Do tego dochodzi niemal całkowite wstrzymanie prywatyzacji:

Przyjęta przy stosunkowo ograniczonym zainteresowaniu medialnym 21 lutego 2019 roku nowelizacja ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym ma zapewnić nowe źródło finansowania repolonizacji. Ma powstać Funduszu Inwestycji Kapitałowych, który zasilać będą wpłaty z zysku spółek Skarbu Państwa oraz 30 % dywidend z akcji należących do Skarbu Państwa. Rząd chce przeznaczyć na to kwotę 1,83 mld zł rocznie, którą mogą jednak podbić dotacje celowe z budżetu.

Eksperci FOR ostrzegają, że w roku wyborczym rządzący mogą użyć te środki na działania kampanijne poprzez przeznaczenie ich “na ratowanie albo tworzenie firm w newralgicznych dla rządzącej partii okręgach”.

Poprzez politykę nacjonalizacji PiS powtarza jednak historyczne błędy Polski. Poprzedni ustrój upadł w znacznie mierze właśnie z powodu nieefektywności państwowego zarządu mieniem. Czasy może się zmieniły, ale nie mechanizmy gospodarcze, przez co ciężko oczekiwać, aby te same metody dały nagle zupełnie odmienne rezultaty.

Jednak nie o wzrost gospodarczy w repolonizacji chodzi. Stanowiska dla członków struktur i potężna władza są wystarczającym argumentem. Znacjonalizowane spółki można użyć bowiem na wiele innych sposobów, co pokazały taśmy Jarosława Kaczyńskiego, gdzie to zrepolonizowany Pekao miał dać kredyt na wieżowce Srebrnej, czyli wzbogacić na końcu “partyjną familię”. Tym samym, kiedy rządzący tak hucznie mówią o trosce o polskie rodziny, to tak naprawdę w swoich działaniach dążą przede wszystkim do obrony interesów własnych i swoich politycznych dworów.

Dla Kaczyńskiego i Morawieckiego zakaz handlu w niedzielę to nie kwestia ideologii, lecz pragmatyki politycznej. Chętnie by się z niego wycofali, ale boją się reakcji biskupów i „Solidarności”.

Wygląda na to, że zakaz handlu w niedzielę stanął pisowskiemu rządowi kością w gardle. Zgodnie z przewidywaniami zarówno ekspertów, jak i ludzi kierujących się zdrowym rozsądkiem przymusowe zamknięcie sklepów w jednym z siedmiu dni tygodnia przyniosło niekorzystne skutki dla całej branży, w tym także dla małych sklepów rodzinnych, którym rzekomo miało pomóc.

Władze, które wcześniej robiły dobrą minę do złej gry, mówiąc „Polacy, nic się nie stało”, teraz zaczęły to już przyznawać. Sam premier Mateusz Morawiecki w TVN24 powiedział: „Takie rozwiązanie spełnia z jednej strony pewne funkcje społeczne, związane z pracownikami, którzy wcześniej chodzili do pracy w ten dzień, a teraz nie. Ma też funkcje gospodarcze, jak promocja polskiego handlu. W Polsce to niepolskie sklepy wielkopowierzchniowe i galerie dominują. Cichym marzeniem było, aby polskie małe sklepy rosły w siłę. Pierwsze analizy pokazują, że niekoniecznie się tak stało. Za parę tygodni będziemy mieli dokładniejsze analizy w tym względzie”.

Za kilka tygodni? Akurat! Gdyby już teraz nie mieli twardych danych i gdyby nie zdawali sobie sprawy ze szkód, jakie wyrządzili, premierowi te słowa przez usta by nie przeszły. Rząd nadal prężyłby muskuły i zapewniał obywateli, że dzięki „dobrej zmianie” Polska kroczy od sukcesu do sukcesu. Skoro premier dziś mówi to, co mówi, to znaczy, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i przygotowuje swój elektorat, a przede wszystkim biskupów i związkowców z „Solidarności”, którzy zakazu się domagali, do zmiany linii. Być może trzeba się będzie wycofać z uchwalonego już rozszerzenia zakazu handlu na wszystkie niedziele miesiąca, wracając do wersji obowiązującej w zeszłym roku – dwie niedziele handlowe i dwie z zakazem.

Jak to było u bratanków

Komentatorzy przywołują przykład Węgier, gdzie niedzielny zakaz handlu też obowiązywał od marca 2015 r., lecz po zaledwie roku, w obliczu niezadowolenia obywateli, rząd Viktora Orbána wycofał się z niego rakiem.

Pod wieloma względami sytuacja na Węgrzech rzeczywiście była podobna. Ale były też istotne różnice. Podobnie jak w Polsce, gdzie do zakazu parło nie decyzyjne centrum PiS, lecz związkowcy i biskupi, w Budapeszcie zakaz nie był elementem programu rządzącego Fideszu, lecz koalicjantów z małej partyjki chrześcijańskich demokratów, która w praktyce pozbawiona jest jakiegokolwiek znaczenia. W polityce węgierskiej waży na pewno mniej niż „Solidarność” i Kościół w polityce polskiej. Dlatego Orbánowi o wiele łatwiej było się ze szkodliwego prawa wycofać niż Morawieckiemu, który musi się liczyć ze sprzeciwem potężnego lobby religijno-związkowego.

Po drugie zaś Orbán cofnął się nie z powodu negatywnych konsekwencji gospodarczych, lecz grożącego mu referendum, które mogło okazać się wielką prestiżową klęską rządu. Co oczywiście nie znaczy, że takich negatywnych konsekwencji nie było. Węgierscy eksperci stwierdzili, że w efekcie zakazu, który utrudnił życie i klientom, i właścicielom sklepów, „ruch przeniósł się do dużych supermarketów i dyskontów, zaś małe placówki handlowe stały się miejscem okazjonalnych, awaryjnych zakupów o niskiej wartości”. W rezultacie więc stracili wszyscy, także małe sklepy rodzinne, którym nowe prawo rzekomo miało pomóc. Sytuacja wypisz wymaluj taka sama jak w Polsce.

Gra w kotka i myszkę: jak zorganizować referendum?

Była jednak też istotna różnica: węgierskie prawo przewiduje, że 200 tys. obywateli może zainicjować referendum, którego wynik jest obligatoryjny. Parlament nie ma tu nic do gadania. Nie może się na referendum nie zgodzić i nie może jego wyniku zignorować. Po głosowaniu zaś przez trzy lata nie może uchwalić prawa, które byłoby z wynikiem referendum sprzeczne.

Opozycyjna partia socjalistyczna postanowiła więc z tej sprawy uczynić polityczny taran, którym chciała dokonać wyłomu w murze fideszowskiej twierdzy, a Viktor Orbán chwytał się wszelkich możliwych kruczków, by do tego nie dopuścić.

Żeby inicjatorzy referendum mogli przystąpić do zbierania 200 tys. podpisów, najpierw węgierski odpowiednik Państwowej Komisji Wyborczej musi orzec, że pytania są poprawnie sformułowane i spełniają wymogi prawne (niedozwolone są m.in. pytania dotyczące konstytucji, wiele sfer jest też z referendum wyłączonych, nie można np. głosować nad budżetem czy programem rządu). Orbán wykorzystał przepis mówiący, że komisja wyborcza w danej chwili może oceniać tylko jedno pytanie dotyczące danej sprawy – jeśli kilka podmiotów wystąpi z inicjatywą referendum na ten sam temat, oceniane jest tylko pytanie tego, kto zgłosi się jako pierwszy, a pozostałe wnioski są odrzucane.

Przez dobre pół roku trwała więc zabawa w kotka i myszkę: socjaliści i przedstawiciele innych sił opozycyjnych usiłowali w komisji wyborczej złożyć do oceny pytanie referendalne, by móc przystąpić do zbierania podpisów, ale za każdym razem ubiegały ich jakieś nieznane, prywatne osoby – „słupy” władzy – które składały pytania dotyczące tego samego. Komisja odrzucała więc wnioski opozycji, a następnie rozpatrywała te złożone przez „słupy” – na końcu zawsze okazywało się, że ich pytania zawierały jakieś wady prawne, które nie pozwalały na poddanie ich pod referendum.

Na początku 2016 roku doszło nawet do aktu przemocy, kiedy grupa łysych osiłków fizycznie zablokowała przedstawicielowi socjalistów dostęp do biura komisji wyborczej, umożliwiając innej osobie – nawiasem mówiąc, żonie jednego z burmistrzów partii rządzącej – złożenie własnego pytania jako pierwszej. Policja wszczęła śledztwo i nawet ustaliła tożsamość przynajmniej części z goryli (stwierdzono, że byli już w przeszłości karani, jeden za napaść i rabunek z bronią w ręku), ale „nie udało się” stwierdzić, kto ich wynajął. Ponoć jakaś anonimowa pani. Po pół roku śledztwo  umorzono, bo policja uznała, że blokada nie nosiła znamion czynu zabronionego.

Ostatecznie jednak opozycji udało się pokonać piętrzone przeszkody i zainicjować zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum. Socjaliści zamierzali głosowanie przekształcić w sąd nad całokształtem rządów Fideszu. Wiedząc, jak się to skończy, Viktor Orbán wycofał się więc w kwietniu 2016 roku z niedzielnego zakazu handlu. Referendum stało się bezprzedmiotowe i nie odbyło się.

Czy czeka nas zgniły kompromis?

Jak widać, różnica między sytuacją w Polsce i na Węgrzech jest spora. Nad PiS-em nie wisi groźba głosowania, które może doprowadzić do jego klęski. Owszem, w tym roku odbędą się wybory – nawet dwukrotnie – ale zakaz handlu nie będzie przedmiotem głosowania, co najwyżej może stać się jednym z argumentów w kampanii, i to nie tym najbardziej znaczącym. Badania jednak wskazują, że polska opinia publiczna – podobnie jak swego czasu węgierska – jest coraz bardziej negatywnie nastawiona do zamykania w niedzielę sklepów, a zwłaszcza centrów handlowych, które dla wielu rodzin były ulubionym miejscem spędzania czasu w ten dzień.

Co więc weźmie górę w Polsce – argumenty ekonomiczne i nastawienie opinii publicznej czy naciski związkowców i biskupów? Myślę, że wyjaśni się to w najbliższych tygodniach. Osobiście obstawiałbym wariant kompromisowy – czyli powrót do zeszłorocznego modelu „panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Czyli dwie niedziele dla pana Boga i „Solidarności” – i dwie dla obywateli. Sęk w tym, że ten kompromis na dłuższą metę nie usatysfakcjonuje żadnej ze stron, więc ideologiczna wojna będzie się tlić dalej. Aż do następnej próby sił.

Waldemar Mystkowski pisze o konwencji PiS w Rzeszowie.

Najbliższe wybory w kraju dotyczą Parlamentu Europejskiego, wydawałoby się, że partia rządząca powinna skupiać się na porządku europejskim i tym, co by do niego ewentualnie wnieść. Ale nie PiS, które broni swego „porządku” w kraju, czyli władzy, bo gdy ta wypadnie im z rąk, będą odpowiadać za bezprawie, które jest owym pisowskim „porządkiem” oraz – o czym jeszcze mało wiemy – za afery, które ujawniają się przez przypadek, jak afery KNF, NBP czy K-Towers.

Aby Polska była normalna i miała przed sobą przyszłość w porządku cywilizacji zachodniej, demokratycznej, musi wyczyścić się z afer PiS. Najlepiej – wcześniej, bo później możemy doczekać, iż będziemy walczyć o niepodległość, utrata suwerenności państwowej nie jest wcale taka trudna.

PiS zrobił spęd swoich kadr partyjnych w Rzeszowie, które nazwał konwencją. Przemówienie Kaczyńskiego jak zwykle było politycznie i intelektualnie anemiczne, „siła” retoryki prezesa zasadza się na tym, że wynajduje wrogów i dzięki nim zyskuje to, iż jakiś czas kursują w narodzie jego złote myśli.

Prezes postraszył, iż opozycja – czytaj: Platforma Obywatelska – odbierze socjał, słynne 500 plus. Otóż Platforma ani Bruksela nie odbiorą. 500 plus weszło już na stałe do wydatków sztywnych. 500 plus może zostać zlikwidowane tylko przez inflację, a ta grozi, gdy PiS utrzyma się u władzy. Polsce grozi los gorszy od Grecji, a to z jednego zasadniczego powodu, nie mamy zabezpieczenia w euro, bo nie należymy do strefy euro.

Jeżeli opozycja coś „odbierze”, to przywróci trójpodział władzy i Konstytucję. Na początku będzie problem z Andrzejem Dudą, gdyż ten nie jest strażnikiem Konstytucji, stale ją łamie.

Z rzeszowskiej konwencji na dłużej zostanie zapamiętane, iż prezes postraszył dziećmi, otóż według niego u dzieci w wieku 0-4 lat (cytat) „ma być podważana kwestia tożsamości chłopców i dziewczynek”. W jaki sposób? – prezes nie powiedział. Czyżby zamieniano dzieciom narządy płciowe? Świadomość seksualna jest absorbująca od najmłodszych lat i należy jej uczyć dzieci wraz z nauką czytania, bo wiedza ma służyć, a PiS chciałby tę wiedzę odebrać, bo analfabetyzm służy takim jak oni ciemnogrodzianom.

Na konwencji PiS, która miała dotyczyć eurowyborów, najmniej poświęcono czasu Unii Europejskiej, choć została przyjęta 12 punktowa „Deklaracja Europejska”, która jest słuszna aż do bólu, ale przyjęta przez PiS jest groteskowa.

Pierwszy zadeklarowany punkt to „Europa Wartości”. Może prezes Kaczyński nie wie, iż fundamentem Unii Europejskiej są wartości demokratyczne, a pisowska Polska jako pierwsza i na razie jedyna jest sądzona w Trybunale Sprawiedliwości UE za niszczenie niezależności sądownictwa. Groteska? Tylko PiS potrafi deklarować coś, co jest im ideowo obce.

PiS także deklaruje, iż „wynegocjujemy korzystny dla Polski nowy budżet UE”. Bez żadnych przyjaciół w UE (nawet Węgry Orbana się odwróciły), zmarginalizowani, wrodzy do największych, jak Francja i Niemcy, chcą coś uzyskać.

Ta cała deklaracja jest tylko propagandą, bo gdyby miało stać się nieszczęście dla Polski i PiS wygrał eurowybory oraz parlamentarne, żaden punkt nie zostałby zrealizowany, a deklaracja sprowadziłaby się do tylko jednego punktu nie ujętego w niej, mianowicie do Polexitu. Kaczyńskiemu UE przeszkadzałaby w autorytaryzmie.

Kolejny Grek Zorba z PiS – Karczewski

18 Gru

Jeśli kogokolwiek  gorszył wielotysięczny wydatek na konterfekt marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, to musi wiedzieć, że na tym rozpasanie w senackich ławach się wcale nie kończy.

Super Express odkrył oraz ujawnił inne jego kosztowne przejawy i pisze o  „usługach cateringowych na potrzeby komórek organizacyjnych” oraz zawartej pod koniec kwietnia rocznej umowie z grecką tawerną w Warszawie.

Ten kaprys Izby Wyższej pochłonął 307 tysięcy złotych. I jest czego pozazdrościć, bo w menu restauracji znajduje się m.in. koźlina w ziołach, a na dodatek pechowe  ośmiorniczki, symbol  wyborczej porażki Platformy Obywatelskiej  w 2015 roku.

Zawarte umowy pokazują także, że catering na pokładzie samolotu specjalnego, do podróży którym uprawniony jest m.in. marszałek Senatu, pochłonął 60 tys. zł., a firma, dostarczająca tam swoje pyszności szczyci się przygotowywaniem posiłków m. in. dla Ojca Świętego i Michaela Jacksona.

Żeby nie było niedomówień, gazeta przypomina jeszcze kosztowną kolację w Rezydencji Belweder za 16 tys. zł oraz artystyczny bal karnawałowy dla dzieci pracowników za 9,7 tys. zł.

PiS – partia od katastrof. Wszystko wychodzi im od czapy. Oby nie stało się tak, że te katastrofy dotkną trwale Polski.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Donald Tusk w Dortmundzie na tamtejszym Uniwersytecie Technicznym otrzymał tytuł doktora honoris causa. Dortmund jest bliski sercu polskiego kibica, bo miejscowy klub odnoszący największe sukcesy w europejskiej piłce był i jest przystanią dla najlepszych polskich piłkarzy. To jakby filia polskiej reprezentacji „haratającej w gałę”. Ostatnio trzech naszych wybitnych reprezentantów sięgało z dortmundzkim klubem po najwyższe trofea klubowe, a byli to Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski.

Dortmund zatem czuje sympatię do naszego narodu, nieprzypadkowo właśnie tamtejsza uczelnia przyznała honoris causa Tuskowi. Jeżeli jakaś niemiecka uczelnia miałaby nagradzać wybitnego polskiego polityka – i do tego marzyciela piłkarskiego – tym honorowym prestiżowym tytułem, to tylko z Dortmundu.

Tusk zarówno w rozmowie z dziennikarzami, jak i w wykładzie nie omieszkał podkreślić swoich związków z piłką, a nawet wyznał, że jego marzeniem było uprawiać zawodowo piłkę. Owe marzenia realizują się w młodości, a dojrzały człowiek może rekreacyjnie wybiec na…

View original post 1 077 słów więcej

PiS już nie rozdaje, tylko kradnie i zabiera

16 Gru

„Czas już pomyśleć o życiu poza polityką” – napisała niespodziewanie Krystyna Pawłowicz na Twitterze. Posłanka w toku dyskusji przyznała, że odchodzi z polityki.

Krystyna Pawłowicz złożyła życzenia świąteczne użytkownikom Twittera. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dyskusja, która miała miejsce w komentarzach pod jej wpisem. Sama Pawłowicz niespodziewanie zadeklarowała: „Mój czas w polityce w te Święta dobiegł końca, teraz młodzi”.

Dalsze komentarze Pawłowicz były w podobnym tonie. Posłanka stwierdziła że „czas już pomyśleć o życiu poza polityką, zobaczyć jeszcze miejsca rodzinne, pokurować zdrowie, posprzątać po sobie”.

„Mam już prawie 70 lat i trzeba wszystkie swoje sprawy pozałatwiać” – pisała również.

Do końca nie było jasne, czy Pawłowicz nie ma na myśli wyłącznie zakończenia aktywności w mediach społecznościowych. Zapytana jednak wprost, czy odchodzi z polityki, odparła, że tak.

„Chcę swą polityczną aktywność zakończyć,mam dużo spraw do załatwienia,życiowego zakończenia i uporządkowania. Może jesienią tu wrócę. Wpisywać się będzie można. Może wstawię tylko jakąś informację np. o wyroku w procesie z Owsiakiem” – napisała w jednym z ostatnich komentarzy.

Pawłowicz zapewniła w rozmowie, że to „nie ‚urlopik’, a życie”, ale Polski „będzie pilnować do końca swych dni”, gdyż jest to „testament jej przodków”.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o konwencji PiS.

Na sobotniej konwencji PiS zaprezentował swoją listę strachów.

Sondaże są jednoznaczne i bezlitosne: pokazują zjazd PiS-u. Partia rządząca wciąż jest na czele stawki, ale ścigająca ją konkurencja po aferze KNF szybko skraca dystans. Najwyraźniej do wielu wyborców spoza ścisłego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości dotarło, co naprawdę reprezentują sobą ludzie, którzy dorwali się w Polsce do władzy.

Siedem plag spadło na PiS przed wyborami 2019

Szantażowanie prywatnych przedsiębiorców przez wysokich urzędników państwowych, wymuszanie od nich haraczy, grożenie im przejęciem ich firm, uchwalanie ustaw, które mają takie przejęcia ułatwiać, rozdawanie synekur synom, małżonkom i pociotkom dygnitarzy – wszystko to znaliśmy dotąd z artykułów prasowych opisujących rzeczywistość polityczną w egzotycznych dyktaturach i państwach mafijnych. Wydawało się, że takie rzeczy to tylko w Wenezueli, Rosji i Nikaragui, bo przecież nie w państwie demokratycznym i praworządnym, należącym do Unii Europejskiej…

Okazało się jednak, że i owszem, w środku Europy takie patologie też są jak najbardziej wyobrażalne. Gdy ta prawda przebiła się do świadomości obywateli – zaczął się zjazd notowań rządzących. Na pół roku przed wyborami europejskimi i na rok przed wyborami do polskiego parlamentu. Fatalna koincydencja. Gorszy timing właściwie trudno sobie wyobrazić.

W tym samym czasie opinia publiczna jest bombardowana kolejnym doniesieniami o patologiach i przypadkach pedofilii w szeregach kleru – i tłumnie wali na demaskatorski film pod tym właśnie tytułem. Wprawdzie partia rządząca i Kościół to formalnie dwie oddzielne instytucje – ale przyjęcie katolicyzmu na PiS-owskie sztandary i wejście w polityczną symbiozę z duchowieństwem i Radiem Maryja sprawia, że wizerunkowe kłopoty Kościoła też są dopisywane do rachunków szeroko rozumianego obozu władzy.

A jeśli dodamy do tego jeszcze powszechny niepokój towarzyszący oczekiwanym podwyżkom cen energii elektrycznej, mamy już przedsmak katastrofy i zapowiedź politycznej zmiany warty jesienią 2019 roku.

Okręt PiS próbuje wypłynąć na spokojniejsze wody

PiS pilnie potrzebował więc cudu, który by odwrócił uwagę wyborców od afer i podwyżek cen, zmieniając dynamikę wydarzeń politycznych. A ponieważ cud sam z siebie nie chciał nadejść, sprawę wzięli w swoje ręce spece od PR-u z partii Kaczyńskiego, próbując przejąć inicjatywę. Nie można im odmówić talentów. Dzięki nim Prawo i Sprawiedliwość wydaje się odzyskiwać sterowność. Już nie jest tylko wrakiem, który chaotycznie i bezwolnie kołysze się na falach w oczekiwaniu, aż wiatr i prądy morskie rzucą nim o skały. Czy jednak wystarczy mu sił i czasu, by wyrwać się ze sztormu i wrócić na spokojniejsze wody?

Najpierw polityczni macherzy Kaczyńskiego postarali się rozbroić w tym tygodniu mniej groźną z bomb, jaką był opozycyjny wniosek o wotum nieufności dla premiera. Dokonali manewru wyprzedzającego, każąc premierowi złożyć wniosek o wotum zaufania, który był rozpatrywany jako pierwszy. Dzięki temu Morawiecki mógł się zaprezentować w pełnej krasie i w blasku jupiterów, czarując naród elokwencją, zaś debata nad wnioskiem opozycji stała się w gruncie rzeczy bezprzedmiotowa. W dodatku została zepchnięta na późny wieczór w piątek przed weekendem, gdy większość obywateli  ma lepsze zajęcia niż oglądanie transmisji z Sejmu.

Ciąg dalszy PiS-owskiej kontrofensywy nastąpił w sobotnie przedpołudnie, gdy wierchuszka partii zebrała się pod Warszawą na pierwszej konwencji po wyborach samorządowych. Impreza była ponoć planowana od dawna, ale najnowsze wydarzenia wywarły wyraźny wpływ na jej przebieg i charakter.

Słuchając wystąpień liderów obozu władzy, można było sporządzić ranking kwestii stanowiących ich zdaniem największe zagrożenie dla notowań PiS.

Lista strachów PiS

Strach pierwszy – afera KNF. Jej ranga manifestowała się w fakcie, że żaden z mówców nie wspomniał o niej ani słowem, tak jakby jej nie było. To niesamowite. Kraj jest wstrząsany kolejnymi skandalami i sensacjami, kamery i komputery dziennikarzy rozgrzewają się do czerwoności – a PiS nic. Ani słowa. Sprawy nie ma, więc nie ma tematu.

To oczywiście celowe przemilczenie. Partia Kaczyńskiego przez długi czas narzucała Polsce tematy debaty. Ostatnio jednak straciła inicjatywę. Wymowne milczenie na temat KNF jest próbą jej odzyskania. Naród ma dyskutować o tym, co jest wygodne i pożądane z punktu widzenia PiS.

Strach drugi – groźba polexitu. Spindoktorzy władzy najwyraźniej doszli do wniosku, że wyborcy nie na żarty przestraszyli się perspektywy wykluczenia czy wyjścia Polski z Unii. Dlatego wszyscy mówcy z premierem na czele usilnie podkreślali, że Polska jest częścią Europy i o  żadnym polexicie nie ma mowy. Nie przypadkiem Mateusz Morawiecki przywołał fakt, że był swego czasu konsulem honorowym Irlandii. I nie przypadkiem Beata Szydło mówiła o „naszej wspólnocie europejskiej” i deklarowała, że „jesteśmy europejską rodziną”. Ta sama Beata Szydło, która trzy lata temu jako premier kazała usunąć flagi unijne z budynku rządu…

Strach trzeci – wizerunek obozu władzy jako zbiorowiska targanego wewnętrznymi konfliktami, rozrywanego ambicjami i rywalizacją o wpływy oraz schedę po starzejącym się wodzu. Dlatego konwencja miała być demonstracją jedności, by wszyscy zrozumieli, iż PiS to – jak w wierszu Majakowskiego – dłoń milionopalca w jedną pięść zaciśnięta.

Na konwencji byli wszyscy, nawet odsunięta na boczny tor Beata Szydło, która przemawiała zaraz po Mateuszu Morawieckim. Wcześniej plotkowano, że premier ma do niej bardzo krytyczny stosunek, zaś ona ma do niego żal o zajęcie jej miejsca. W sobotę nie było tego widać. Nie było też widać animozji między premierem a ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą, którego Morawiecki zaanonsował ciepło i serdecznie, zapowiadając, że zaraz „będzie mówić Zbyszek”. Nie pan minister, a właśnie „Zbyszek”. Choć oczywiście warto odnotować, że Zbyszek mówił jednak po Jarku (Gowinie). W końcu trzeba przestrzegać hierarchii i kolejności dziobania. I to właśnie Jarkowi przypadło w udziale zaszczytne zadanie ogłoszenia, że podwyżek cen prądu nie będzie.

Po spotkaniu z PiS-em warto sprawdzić kieszenie

– Wyciągamy rękę do naszych konkurentów – deklarował Morawiecki. – Możemy się oczywiście spierać, ale niech to będzie spór na programy, a nie kłamanie.

Nie bardzo wiadomo, do kogo ten postulat adresował. Pewnie do siebie samego, bo przecież zaledwie minutę wcześniej, w tym samym wystąpieniu, skłamał, że Platforma Obywatelska w Warszawie uniemożliwia przekształcenie użytkowania wieczystego we własność (przypomnijmy: PO wycofała się tylko z populistycznego pomysłu przyznawania warszawiakom nadzwyczajnych bonifikat i zrównała poziom ulg z tym, który PiS ustawowo wprowadził w całym kraju).

A jeśli chodzi o to zaproszenie wystosowane przez Morawieckiego do konkurentów, to po doświadczeniach afery KNF i po ustawie o przejmowaniu banków za złotówkę namawiałbym ich, by obmacali kieszenie. Gdy PiS mówi, że wyciąga rękę, warto sprawdzić, czy portfel jest na miejscu.

Konwencja PiS w Szeligach pod Warszawą była na swój sposób wyjątkowa. Gdyby zastąpić polityków aktorami i usunąć z ich przemówień rytualne uderzenia w Platformę, to mało kto poznałby najnowsze wcielenie PiS.

„Orzeł naszej gospodarki musi wzbić się jeszcze wyżej i dlatego te trzy filary, na których chcemy oprzeć rozwój Polski na najbliższe 5-10-15 lat to: Europa, wyższe wynagrodzenia i modernizacja Polski”.

„Jesteśmy bijącym sercem Europy. My dzisiaj inspirujemy Europę”.

„My naszą ofertę budujemy w taki sposób, żeby klasa średnia była jak najsilniejsza, jak najbardziej zasobna”.

„Jesteśmy dumni, że jesteśmy Europejczykami. Polska była, jest i będzie w Europie i nikt, i nic tego nie zmieni”

„Polacy nie chcą żadnych rewolucji – ani obyczajowych, ani politycznych. Polacy chcą państwa stabilnego, skutecznego, gwarantującego bezpieczeństwo, państwa umożliwiającego stabilny rozwój”.

To cytaty z Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło i Jarosława Gowina, a mogliby to przecież równie dobrze powiedzieć Grzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer i Władysław Kosiniak-Kamysz.

„Modernizacja” to już stara śpiewka, ale tak dobitnie o klasie średniej PiS przemówił bodaj po raz pierwszy w swej historii. A koktajlu z modernizacji, europeizacji, czystej energii i klasy średniej Jarosław Kaczyński nie zaserwował jeszcze nigdy.

Można w tym miejscu postawić trzy pytania:

– dlaczego tak się dzieje?

– co to w praktyce oznacza?

– czy to zadziała?

Skąd ten zwrot, to akurat doskonale wiadomo. Lanie zebrane przez kandydatów PiS w II turze wyborów w miastach zrobiło na decydentach PiS większe wrażenie niż zwycięstwo w potyczce o sejmiki. I od wyborów samorządowych liderzy PiS mają ból głowy – co zrobić, by nie przegrać następnych kampanii przez mobilizację wyborców miejskich i wielkomiejskich, co zrobić, by opozycja nie mogła zagrać skutecznie kartą Polexitu.

Dlatego drugi już miesiąc słyszymy o „złagodzeniu kursu”, „ciepłej wodzie z kranu” w wersji PiS, dlatego Sejm klepnął nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym.

Pytanie drugie jest o tyle trudne, że liderzy Zjednoczonej Prawicy bardzo oszczędnie gospodarowali treścią w swoich wystąpieniach. W barku w hali, gdzie odbywała się konwencja, na tablicy ktoś napisał kredą „mleka do kawy brak”; w przemówieniach zabrakło i mleka, i kawy. Morawiecki zapowiedział, że program przedstawi w styczniu lub lutym. Na razie padły hasła. Premier był jak Święty Mikołaj, który przyszedł z pustym workiem i powiedział, że prezenty będą kiedy indziej.

Pytanie trzecie należałoby rozbić na dwa: czy PiS zdobędzie dzięki temu nowych wyborców i czy zdoła zdemobilizować cudzych.

Te pytania zadają sobie także w PiS. Nie mogę powiedzieć, gdzie się ta rozmowa odbyła i nie mogę zdradzić nazwisk jej uczestników, ważnych polityków z obozu rządzącego. Jeden z nich był „miastoentuzjastą” – przekonywał, że PiS może przyciągnąć wyborców z dużych ośrodków. Drugi odparł: „Z tym zwrotem do centrum to trochę tak, jakby facet prał drugiego po pysku, raz, drugi, trzeci, a potem przyszedł do niego z bukietem kwiatów”.

PiS w tej kadencji przez trzy lata lał klasę średnią po pysku. Uderzał w jej interesy: zlikwidował kwotę wolną od podatku, nie zrobił nic dla frankowiczów, próbował gmerać przy 30-krotności, uderzał w jej przekonania: poszedł w konflikt z Unią Europejską, rozmontował Trybunał Konstytucyjny i chciał czystki w Sądzie Najwyższym. Teraz nie przyniósł nawet bukietu kwiatów, tylko zapowiedział, że go przyniesie.

Poza wszystkim innym, konwencja PiS odbyła się jakby trochę obok nurtu wydarzeń. Polacy nie usłyszeli, jak Morawiecki chce się uporać z podwyżką cen energii, co zrobi z ministrami, którzy się kłócą, nie padła żadna konkretna recepta – poza rytualną deklaracją jedności – na rzeczywiste problemy obozu rządzącego. Nie wykluczałbym dalszych spadków w sondażach.

Sędziom nie wolno używać znaku „Konstytucja”, bo stał się on symbolem społecznego sprzeciwu wobec łamania konstytucji. Taki wniosek można wyciągnąć z podjętej 6 grudnia uchwały nowej KRS. Tyle, że sędziowie maja obowiązek obrony konstytucji – nie tylko w orzecznictwie, ale też w debacie publicznej.

Już raz – latem – koszulki z napisem „Konstytucja” policja ścigała jako zniewagę, gdy ubierano w nie pomniki. Teraz Krajowa Rada Sądownictwa podjęła uchwałę w której za „zachowanie mogące podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” – czyli jeden z deliktów dyscyplinarnych – uznaje „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną.” Uchwała w sposób oczywisty nawiązuje do niedawnych doniesień prorządowych mediów, że sędzia Weronika Klawonn, która w Sądzie Okręgowym w Gdańsku sądziła sprawę Jarosława Kaczyńskiego przeciwko Lechowi Wałęsie, została sfotografowana latem w koszulce z napisem „KonsTYtucJA”, gdy stała pod sądem w proteście przeciwko politycznemu zawłaszczaniu sądów. Prorządowe media i politycy PiS żądali wyłączenia jej ze sprawy, bo jest stronnicza. Ostatecznie uznała jeden z trzech zarzutów Jarosława Kaczyńskiego (oskarżenie, że winien jest katastrofie smoleńskiej) za słuszny i nakazała Wałęsie opublikować przeprosiny.

Bezstronność KRS

Teoretycznie wykładnia KRS-u służy dbałości o sędziowską bezstronność. Tyle, że raczej trudno sobie wyobrazić, by o bezstronność mógł na poważnie dbać organ w całości obsadzony przez partie rządzącą, który całą swoją dotychczasowa działalnością udowadniał, że jest partyjnym organem. Trudno też sobie wyobrazić, by ta wykładnia wydana była z troski o bezstronność, a nie jako instrument podporządkowywania politycznego sędziów. Wykładnia ta bowiem ma otworzyć drogę do postępowań dyscyplinarnych przeciwko sędziom, którzy stają w obronie konstytucji i przeciwko „reformie” wymiaru sprawiedliwości.

Ale załóżmy dobrą wolę i czyste intencje nowej KRS. Bezstronność jest rzeczywiście kluczowa dla sprawowania funkcji sędziego. Gwarancje niezawisłości mają tę bezstronność wspierać. Dla poczucia sprawiedliwości kluczowe jest, by podsądni i opinia publiczna wierzyli, że sędzia jest bezstronny. Zatem nie powinien robić nic, co by tę bezstronność poddawało w wątpliwość.

KRS nie uzasadniła wykładni, której dokonała, nie możemy więc prześledzić toku jej rozumowania. A rozumowanie powinno uwzględniać konstytucję i międzynarodowe standardy. Powinno uwzględniać też to, że sędziowie są obywatelami. Mają swoje obywatelskie prawa, w tym wolność sumienia i wolność słowa i ekspresji. Wolności te są ograniczone szczególną funkcją, jaką pełnią, ale jednak nie są oni ich pozbawieni.

Nie podlega dyskusji, że sędziowie nie powinni występować z logo żadnej partii politycznej. Ale już zakaz używania symboli „które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane ze związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną” jest mocno wątpliwy. Co bowiem znaczy „prowadzące działalność polityczną”? To sformułowanie treścią wypełnić ma KRS i sąd dyscyplinarny złożony z osób – w dużej części prokuratorów – wskazanych przez partię PiS, i wybranych przez posłuszną jej KRS. Możemy więc założyć, że za „polityczne” uznane zostanie każde krytyczne odniesienie się do poczynań partii rządzącej. A żyjemy w czasach, gdy władza polityczna jest wszechogarniająca i nawet kwestia klimatu, węgla, czy ścieżek rowerowych jest polityczna.

Jak najbardziej polityczna skała się kwestia trójpodziału władzy, niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Polityczna stała się też sama konstytucja i domaganie się jej przestrzegania. A „politycznym” jest każdy, nawet nieformalny ruch obywatelski, który domaga się od władzy przestrzegania konstytucji.

Konstytucja stała się logo społecznego sprzeciwu wobec łamania konstytucji. A więc znalazła się na indeksie. Niewykluczone, że niedługo sędziowie będą karani nie tylko za używanie konstytucji jako symbolu, ale też za przywoływanie jej w orzeczeniach. Już sędziowie Ewa Maciejewska i Igor Tuleya mają postępowanie dyscyplinarne za „eksces orzeczniczy” (pojęcie, którego w prawie nie ma) w postaci zadania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE.

Sędziowie mają obrony konstytucji.

Art. 82 konstytucji mówi: „Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rzeczypospolitej Polskiej oraz troska o dobro wspólne.” Sędzia jest polskim obywatelem. A dobrem wspólnym jest konstytucja – do jej poszanowania przez władze wzywa preambuła. Dobrem wspólnym jest też „Rzeczpospolita Polska” (art. 1), która jest „demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej” (art. 2). A więc każdy obywatel, w tym sędzia, musi się troszczyć o Rzeczpospolitą praworządną. I pilnować by – jak nakazuje art. 7 „organy władzy publicznej działały na podstawie i w granicach prawa.” Dalej jest o tym, że konstytucja jest najwyższym prawem, jej przepisy stosuje się bezpośrednio i że Rzeczpospolita przestrzega wiążącego ja prawa międzynarodowego. I art. 10: „Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.” Zatem obowiązkiem sędziego, jako obywatela, jest pilnowanie, by władza przestrzegała zasady trójpodziału władzy. I w ogóle konstytucji.

Art. 32 mówi o równości wobec prawa, i że „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.” Zatem sędziom nie można odbierać prawa, ani wyłączać ich spod obowiązku pilnowania przestrzegania konstytucji i upominania się wobec władzy o praworządność. Tym bardziej, że art. 37 gwarantuje, że każdy „kto znajduje się pod władzą Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności i praw zapewnionych w Konstytucji.”. Wyjątki określa ustawa. Ale żadna ustawa nie zakazuje sędziom dopominania się o przestrzeganie konstytucji i o praworządność. Natomiast sama konstytucja wymienia ograniczenia, jakim podlega sędzia. A art. 103 wynika, że sędzia nie może sprawować mandatu poselskiego, a art. 178 zakazuje sędziemu należeć do partii politycznej, związku zawodowego i „prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Czy można twierdzić, że obrona konstytucji „nie daje się pogodzić” z tymi zasadami?!

Art. 178 ust. 1 mówi jeszcze, że „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”. A więc nie regulaminom uchwalanym przez KRS. I nie dawanym przez nią wykładniom.

W krajach europejskich nie ma twardych, jednolitych standardów jak chodzi o granice uczestnictwa sędziów w debacie publicznej. Ale są standardy „miękkie”, jak Deklaracja Sofijska z 2013 roku dotycząca niezawisłości i odpowiedzialności sędziowskiej. Czytamy w niej: „Sędzia pozostaje obywatelem, w związku z czym ma prawo – w momencie, kiedy nie wykonuje funkcji sędziowskich – do swobody wypowiadania się, zgodnie z postanowieniami wszystkich konwencji międzynarodowych zapewniających ochronę praw człowieka. W dziedzinie polityki sędzia, podobnie jak każdy inny obywatel, ma prawo do posiadania własnych opinii na tematy polityczne. Jego zadaniem jest wyrażać je w sposób wstrzemięźliwy, tak aby inni ludzie mogli darzyć wymiar sprawiedliwości pełnym zaufaniem, niezależnie od poglądów poszczególnych sędziów. Sędzia zobowiązany jest zachować taki sam stopień wstrzemięźliwości w kontaktach z mediami. Jednocześnie jednak zobowiązanie zachowania wstrzemięźliwości nie może być wytłumaczeniem dla pasywności sędziów. (…) W sytuacji zagrożenia dla demokracji i podstawowych wolności, obowiązek zachowania wstrzemięźliwości może ustąpić zobowiązaniu do wyrażenia zaniepokojenia takim obrotem spraw.”

Zatem zarówno polska konstytucja, jak i standardy europejskie nakładają na sędziego obowiązek obrony praworządności i konstytucji.

Znak „KonsTYtucJA” nie przynależy do żadnej konkretnej organizacji ani ruchu społecznego

Nie wiemy, jakie symbole „w sposób jednoznaczny” mogą być, według KRS, „identyfikowane z ruchami społecznymi”, a tym bardziej ruchami „prowadzącymi działalność polityczną.” Czy wystarczy samo hasło „konstytucja”, czy też musi to być napis z wybitymi literami „TY” i „JA”. Czas pokaże. Ale znak „KonsTYtucJA” nie przynależy do żadnej konkretnej organizacji ani ruchu społecznego. To symbol zaadoptowany przez obywateli niezrzeszonych, którzy działają spontanicznie, bez kierownictwa, na zasadzie wolnej woli. Znak nie jest zarejestrowany i gdyby np. Mateusz Morawiecki pojawił się w koszulce z napisem „KonsTYtucJA”, nikt by nie zabronił mu jej nosić. Mało tego: z napisem „KonsTYtucJA” sfotografował się organizator tegorocznego Marszu Niepodległości Robert Bąkiewicz, kiedy prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu. I nikt mu prawa do tego nie odmawiał. A więc trudno byłoby dla potrzeb postępowania karnego – a takim jest postępowanie dyscyplinarne – dowodzić, że napis „KonsTYtucJA” jest logo „ruchu społecznego” (choć akurat PiS i jego funkcjonariusze dyscyplinarni nie koniecznie przejmują się zasadą domniemania niewinności i zakazem poszerzającej interpretacji przepisów o charakterze karnym).

Bezstronność pod groźbą dyscyplinarki

Wracając do sprawy sędzi Weroniki Klawon: sytuacja, w której sędzia, która protestowała przeciwko reformie sądownictwa przeprowadzanej pod patronatem Jarosława Kaczyńskiego, sądzi sprawę Jarosława Kaczyńskiego, może budzić wątpliwości co do tego, czy zachowa ona bezstronność. Ale sędzia nie wydaje wyroku ot tak. Musi się on mieścić w granicach prawa i musi być należycie uzasadniony. Sędzia nie sądziła zresztą tej sprawy sama. Z drugiej strony rzeczywistość mamy dziś taką, że gdyby sprawę sądził sędzia np. awansowany przez „dobrą zmianę”, albo tylko taki, który nie poparł protestów przeciwko polityzacji sądów – wtedy z kolei Lech Wałęsa mógłby uznać, że nie jest on bezstronny. Bo np. boi się wychylić i dlatego nie protestuje. A skoro boi się wychylić, to będzie się bał orzec przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Wreszcie znacznie większą wątpliwość co do bezstronności sędziów, niż ich poglądy na działania partii rządzącej dotyczące niezależności sądownictwa, budzi postępowanie dyscyplinarne, które PiS skonstruował, i które – już od miesięcy – służy zastraszaniu sędziów. Dziś sędzia orzekający nie po myśli owego polityka PiSu musi się liczyć z:
– przeniesieniem do innego wydziału;

– ze „zmianą zakresu obowiązków” w wyniku którego – jak sędzia Waldemar Żurek – zostanie zalany sprawami i nie dostanie asystenta ani pomocy sekretarskiej;

-z kontrolą swojego referatu (spraw, które prowadzi);

– z postepowaniem dyscyplinarnym, do wydalenia z zawodu łącznie.

A po drodze grozi mu półtoraroczna, publiczna kontrola majątku przez CBA – co spotkało wspomnianego sędziego Żurka.

W tej sytuacji koszulka z napisem „KonsTYtucJA” jest naprawdę detalem bez większego znaczenia dla bezstronności.

Waldemar Mystkowski pisze o konwencji PiS.

Nie wiadomo, dlaczego doszło do przedświątecznej konwencji PiS, bo jej cel programowy nie został w ogóle wyartykułowany, a jeżeli trzymać się spójności słów prezesa Kaczyńskiego, to etap wyłożony przed siedmioma latami w jego książce programowej „Polska naszych marzeń”, mamy za sobą.

Teraz partia to Polska, partia to my, w związku z czym prezes zaserwował: „Nasza partia ma być partią marzeń Polaków”. Zatem Polska uległa transformacji i jest tożsama z „naszą partią”, a Polacy zostali poddanymi tej partii i zarządcy z tylnego fotela „pana” prezesa – a ponadto Polacy mogą sobie pomarzyć.

Polacy w zdecydowanej większości marzą, aby PiS został odsunięty od władzy. I tak chyba się stanie, bo obecnie mamy do czynienie z chronicznymi aferami, kryzysami stworzonymi przez polityków PiS. Kaczyński nawet przyznał się, że „nasza partia” już nie ma niczego do zaproponowania, bo „programy będą przedstawione bardzo niedługo, ale jeszcze nie dziś”.

Po co więc zawracać publice gitarę? Aby „wiedzieć, w jakim kierunku mamy maszerować”. Niewiele lepszy był także prawdopodobny delfin prezesa, gdy ten w marszu padnie z powodu chorego kolana, Mateusz Morawiecki. Premier ma wrodzone predylekcje do oralnej grafomanii, bo oto ogłosił, że „jesteśmy bijącym sercem Europy”.

Metafory Morawieckiego i Kaczyńskiego są wyjęte wprost z przemówień komuszych genseków, Gomułka i Gierek na tamtym świecie obecnym bonzom z „partii naszych marzeń” biją gromkie brawa.

Nawet Leszek Miller na te bijące serce się obruszył: „Premier Morawiecki na konwencji PiS: Jesteśmy bijącym sercem Europy. Na zakończonym właśnie spotkaniu przywódcy krajów euro zdecydowali o powołaniu budżetu eurostrefy. Zacieśnianie integracji bez Polski”.

Bijące serce wszak może bić poza organizmem, bo jest przeszczepiane z Zachodu na Wschód. I na tym polega ten zabieg cywilizacyjny, na Polexicie, który funduje nam „nasza partia”.  Jak w tym dowcipie o Radiu Erewań: bije, ale nie serce, tylko biją pałami milicjanci.

Tak mniej więcej wyglądają przekazy polityczne „naszej partii” prezesa Kaczyńskiego. PiS buksuje, co rusz zakopuje się w coraz większych absurdach. PiS maszeruje na oparach.

Kaczyński przeczuwa przegraną PiS. Platforma przedstawia swój program

16 Gru

Możemy powiedzieć z niemałym zadowoleniem, że Prawo i Sprawiedliwość udowodniło, że potrafi rządzić – przekonuje prezes partii Jarosław Kaczyński. W sobotę w Szeligach pod Warszawą odbyła się pierwsza po wyborach samorządowych konwencja PiS. Poza Kaczyńskim przemawiali premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Beata Szydło i koalicjanci. – Byliśmy świadkami konferencji propagandowej. Wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

Kaczyński: PiS partią marzeń

Prezes PiS, który występował jako pierwszy, próbował zagrzewać do walki. Mówił, że potrzebna jest energia, aby wygrać najbliższe wybory. Podkreślał, że ten nadchodzący rok wyborczy wymaga ogromnej, ciężkiej pracy od działaczy nawet na najniższych szczeblach

– Zwycięstwo jest w zasięgu ręki, ale tę rękę trzeba wyciągnąć i to musi być bardzo silna ręka. Tego nam wszystkim życzę. Niech ten dzień będzie zapowiedzią nowych wielkich zwycięstw – mówił Jarosław Kaczyński. Wcześniej krytykował poprzedników: – Oni rządzić nie potrafią i udowodnili to wielokrotnie. Oni nie są wiarygodni, oni nie dotrzymują słowa. Oni tolerują zło, także zło w tej wielkiej skali. Ta prawda musi być przekazana polskiemu społeczeństwu – grał na starej nucie PiS Kaczyński.

Morawiecki: Polska sercem Europy

Po prezesie premier Mateusz Morawiecki oprócz chwalenia się mówił, co może zaskakiwać, dużo o Europie. Podkreślał, że Polska jest sercem Europy, a o Polexicie nie ma mowy, bo PiS stawia Europę na pierwszym miejscu. –  Jesteśmy bijącym sercem Europy. My dzisiaj inspirujemy Europę. Nasze sukcesy, nasza skuteczność, odwaga, determinacja, uczciwość, wiarygodność inspiruje Europę – przekonywał szef rządu.

Premier Morawiecki nakreślił ogólny plan na przyszłość. – Europa, wyższe płace i modernizacja to klucz, aby niejako ponownie wprowadzić Polskę do Europy, ale tak, aby Polacy czerpali jeszcze więcej z Unii. To jest prawdziwa europeizacja. Nie jakieś eksperymentowanie z obyczajowością, tylko to, żeby Polacy zarabiali tak jak mieszkańcy Europy Zachodniej – mówił Morawiecki.

Z konkretów to tyle. Premier zapowiedział, że program przedstawiony zostanie w styczniu, lutym. W dość infantylny sposób odniósł się też do sytuacji kobiet w Polsce, ale o przyjęciu konwencji antyprzemocowej nawet się nie zająknął. – Powoli wchodzimy w okres świąteczny. Jak panowie pomagają paniom w przygotowaniach? Muszę uderzyć się w piersi, że słabo z tym u mnie. Kobiety, Polki widzą, że nasz kraj się zmienia – mówił premier.

Szydło: Polska w Europie

Na konwencji przemawiała też dawno w tej roli niewidziana była premier, obecna wicepremier Beata Szydło. Jedną z pierwszych jej decyzji było wyprowadzenie unijnej flagi z gabinetów rządowych, ale teraz już przekonywała, że przyszłość Polski jest w Europie. – Polska była, jest i będzie w Europie. Nikt i nic tego nie zmieni. Nawet ci polscy politycy, którzy ciągle kłamią i krzyczą o jakimś Polexicie – mówiła Beata Szydło, która parę minut później zaklinała rzeczywistość: – Jesteśmy prymusem w wykorzystywaniu środków europejskich.

Konkret Gowina i Ziobry

Konkretnych obietnic, zapowiedzi programowych nie było. Dopiero wystąpienie wicepremiera Jarosława Gowina przyniosło zapowiedź programu Energia Plus. – We współpracy z uczelniami rozpoczniemy masową budowę odnawialnych źródeł energii, przede wszystkim dla 5 mln gospodarstw domowych –  mówił Gowin.

Z kolei Zbigniew Ziobro, lider koalicyjnej Solidarnej Polski, minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny, zapowiedział nowelizację Kodeksu karnego.

O podsumowanie wystąpień na konwencji PiS poprosiliśmy eksperta od wizerunku i marketingu politycznego dr. Mirosława Oczkosia.

JUSTYNA KOĆ: Po sobotnich wystąpieniach PiS jest ciągle w defensywie?

DR MIROSŁAW OCZKOŚ: To jest ciekawe, bo wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości. Długo w swoich wypowiedziach PiS, mówiąc kolokwialnie, olewał opozycję, bo skoro to są żadni przeciwnicy, którzy nie mają szans, to nie zwraca się na nich uwagi. Tutaj na konwencji, szczególnie w pierwszym wystąpieniu prezesa, ostrych słów pod kierunkiem opozycji było sporo.

Wystąpienie Morawieckiego było z kolei mieszaniną dowcipkowania, błaznowania, co raczej nie przystoi premierowi. Rozumiem, że premier się świetnie poczuł w wystąpieniach publicznych i czuje tę moc, ale gdy dajemy trzy grzyby w barszczu, to mamy grzybową, a nie barszcz.

No i premier Szydło, dawno niewidziana w takiej formie. To wszystko oznacza, że albo mają badania, albo przeczucie, że następne wybory nie pójdą już tak gładko.

W najbliższych wyborach do PE już wiadomo, że startować będzie Robert Biedroń, także partia Tadeusza Rydzyka, a więc ma kto zabrać głosy wyborców. Moim zdaniem Jarosław Kaczyński chciał utwardzić elektorat, który mają w tej chwili. Bardzo blado na tym tle wypadł Jarosław Gowin. Reakcje słuchaczy na jego wystąpienie były dalekie od entuzjazmu.

I nie wiadomo, dlaczego mówił o energii.
No właśnie, i to jest ciekawe.

Wydaje mi się, że pan wicepremier Gowin odczuje boleśnie, po raz kolejny, że przeszczep na inny organizm się nie przyjął i będzie musiał zostać odcięty, mówiąc brutalnie. Widać, że on się tam źle czuje. To nie jest tak, że można zadeklarować, że od dzisiaj będę wegetarianinem, a do tego pory jadłem głównie hamburgery.

Tak jest z Gowinem, który dostał tylko do jedzenia marchewkę, chociaż marzy o kurczaku. Oczywiście zachwyca się marchewką, ale z gestów, twarzy, intonacji widać, że nie jest zachwycony.

Warto jeszcze zwrócić uwagę są słowa premiera Morawieckiego do Zbigniewa Ziobry, do którego zwrócił się po imieniu: Zbyszek. To oznacza, że

albo to pocałunek Almanzora dla Zbigniewa Ziobry, albo się dogadali. Na pewno zdają sobie sprawę, że jeżeli teraz koalicja się rozpadnie, to przegrają wybory, a przynajmniej stracą władzę.

Stąd te mocne słowa Jarosława Kaczyńskiego do swoich działaczy o silnej ręce?
Tak, bo prezes wie, że jeżeli oni to spartolą, to PiS przegra także na szczeblu centralnym. Dlatego trzeba patrzeć na ręce, portfele, zatrudnienie, na to wszystko, o co wcześniej PiS oskarżał PO. Kaczyński widzi, że w PiS-ie afera goni aferę i któraś się w końcu przyklei. To jak z teflonem, który wytrzymuje dużo, ale gdy pojawia się pierwsza rysa, zadrapanie, to wszytko zaczyna się przypalać i patelnia jest do wyrzucenia.

Badania wskazują, że Polacy nie dali się oszukać w sprawie afery KNF i nie kupili retoryki PiS, że to „za poprzednich rządów była prawdziwa afera KNF”.
Ewidentnie tak, natomiast to nie jest jeszcze uderzenie impaktowe, które powoduje, że PiS idzie w sondażach w dół.

Musimy pamiętać, że żyjemy w wirtualnej rzeczywistości; przekaz, który jest pokazywany w mediach publicznych, jest niejako różny od tego, co jest ogólnie pokazywane gdzie indziej.

Pytanie, co zostanie wyciągnięte z tej konwencji, chociaż ona była spójna, żeby było jasne. W zasadzie poza Gowinem tam nie było jakiegoś dysonansu. Przekaz był jasny: jesteśmy silni, zwarci i idziemy po kolejne zwycięstwo. Warto podkreślić, że słowo zwycięstwo padło za wiele razy, żeby uwierzyć, że tak jest czy będzie. Margaret Thatcher powtarzała, że jeżeli ktoś mówi, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Jeżeli jesteś piękny, to ktoś ci musi to powiedzieć, nie ty sam. Tak jest teraz PiS-em, który zapewnia, że jest silny.

To samo dotyczy Polexitu?
To pokazuje fajny zabieg z sercem – „Polska sercem Europy”, tylko pytanie, czy potrzebny jest bajpas czy rozrusznik, a może zastrzyk, zastawka. Serce bije do jakiegoś momentu.

Jak się je konsekwentnie osłabia przez niezdrowy tryb życia, a rząd PiS-u prowadzi raczej niezdrowy tryb życia na organizmie Polski, to lekarze europejscy szukają lekarstwa.

Premier Morawiecki mówił też, że Polska jest inspiracją, wzorem dla reszty Europy. Przesadził?
Tu docieramy do sedna sprawy, bo byliśmy świadkami propagandowej konferencji programowej. Zgadzam się, że do pewnego momentu konferencje programowe mogą być propagandowe, ale tu stopień tej propagandy przekraczał zdrowy rozsądek. Gdyby się nad tym dokładniej pochylić, to to, co wygadywała wicepremier Szydło o tych wszystkich bogacących się Polakach i milionach polskich dzieci, których przybyło, o czymś świadczy – że PiS buduje klasę średnią i musi im dać jeść.

Na razie najedli się wodzowie i żołnierze frontowi. Teraz trzeba przeprowadzić normalizację.

Jarosław Kaczyński musi być rozczarowany, że nie przeprowadził rozmrażania systemu do końca i nie poukładał wszystkich elementów, aby zamrozić ponownie. Nawet powiedział, że trzeba jeszcze dużo zrobić, aby ci, którzy przyjdą po nich, nie byli w stanie tego odkręcić.

Wszystkich elementów, czyli sądów, mediów?
To dwa podstawowe elementy, które są dla PiS-u kłopotliwe. Zmiany w sądach zostały zablokowane przez TSUE, chociaż PiS próbuje jakoś to obejść, ale już na pewno nie da się obejść mediów. PiS nie przejmie TVN Discovery bez konfliktu z największym przyjacielem, jakim są Stany Zjednoczone. To jest ten imposybilizm, o którym prezes tak często mówi i widać u niego irytację. Zresztą ja go rozumiem.

Jest taka teoria Kurta Lewina, która mówi, że najpierw rozmrażamy, układamy po swojemu, a potem zamrażamy znowu. Wtedy rzadko się zdarza, żeby następca mógł to znowu rozmrozić.

Pewnie tak będzie, bo jeżeli PiS wygra następne wybory, a dziś jednak wszystko na to wskazuje, lub nieznaczenie je przegra, to to, co da się zrobić do wyborów parlamentarnych, prawdopodobnie się ostanie.

PiS nie przedstawił też żadnego planu na przyszłość, tylko ciągle opowiada o tym, czego dokonał: 500 Plus, 300 Plus, ale o tym już wszyscy wiedzą. To ciągle działa?
Ten zabieg jest uznawany na świecie, to pokazanie czegoś, co jest namacalne. Wiadomo, że słowa o milionach samochodów elektrycznych do jakiegoś tam roku są abstrakcyjne, tak samo jak wylanie fundamentów pod Mieszkanie Plus. Centralny Port Lotniczy to dziś raczej fantasmagoria, w przestrzeni publicznej występują raczej śmiechy o „centralnym szpitalu psychiatrycznym”. 500 Plus jest konkretem namacalnym, dlatego PiS ciągle to powtarza.

Widzę tu jeszcze jeden problem dla PiS-u: zaczyna brakować pieniędzy i trzeba będzie ten program jakoś przemodelować, prawdopodobnie zostawić go tylko dla najbiedniejszych, a to nie jest już populistyczne i nie da się tego zrobić w ciągu jednego roku, a wybory są za chwilę.

Do tego dochodzą inne ważne tematy, jak KNF, SKOK-i. Pewnie dlatego wystąpienie premiera Morawieckiego przypominało bardziej występ kabaretowy standupera, a już jak mówił o kobietach, które przed  świętami pracują w kuchni, to powiem szczerze, że usiadłem z wrażenia.

Platforma przedstawiła dziś konkretny program, w piątek Grzegorz Schetyna też o nim mówił podczas wystąpienia w Sejmie. Czy PO ubiegła PiS? O czym będziemy mówić przy świątecznych stołach, bo chyba o to teraz toczy się walka między głównymi partiami.
To prawda i na pewno PiS robi wszystko, aby nie przebiła się ta narracja i aby ludzie przy stołach nie rozmawiali o SKOK-ach i KNF. Nie wiem, czy można powiedzieć, że PO ubiegła PiS, bo premier pierwszy przeprowadził wniosek o konstruktywne wotum zaufania. Jego wystąpienie było rano, długo się o tym mówiło. Konstruktywne wotum nieufności dzięki marszałkowi Kuchcińskiemu odbyło się w piątek wieczorem. Myślę, że większość Polaków robiła wtedy inne rzeczy niż oglądanie polityki. Natomiast

jeżeli PO wybije kilka konkretów z przemówienia Schetyny, ukrywając inwektywy w stylu „pan nie umie, a pan musi odejść”, to jest szansa, że to właśnie o tym będziemy rozmawiać w święta, jak i o tym, kto dobrze wypadł.

Tu muszę też pochwalić Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Ponieważ PiS nie dał nic nowego, a o 500 Plus ludzie już rozmawiali podczas Wielkanocy i poprzednich świąt, może się okazać, że czosnkiem i sokiem z malin tej grypy już się nie da wyleczyć, że trzeba będzie podać antybiotyk, czyli przeprowadzić zmiany w rządzie. Nie może być tak, że minister Tchórzewski przez 11 dni opowiada ludziom bajki na okrągło, jakie to wiatraki są beznadziejne i trzeba podnieść ceny za energię, a później zmienia nagle zdanie i twierdzi, że podwyżek nie będzie. Nawet średnio rozgarnięty gimnazjalista widzi, że minister kłamie albo teraz, albo wcześniej.

Więcej >>>

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. Pierwszy to zmniejszenie obciążeń związanych z opłatami i podatkami, a drugi pomoc dla najgorzej zarabiających. Konkrety? PO proponuje obniżkę obecnych stawek PIT z 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. oraz 500 zł wsparcia dla osób otrzymujących płacę minimalną. – Praca musi się opłacać. Państwo musi przestać dbać tylko o Pisiewiczów, a innym stawiać szklane sufity – mówił na konferencji prasowej główny ekonomista PO prof. Andrzej Rzońca.

„Praca ma się opłacać”

Prezentację programu „Wyższe płace” zapowiedział podczas piątkowej debaty nad wotum nieufności dla rządu lider PO Grzegorz Schetyna. – Program ma przebić szklany sufit niskich zarobków w Polsce. W ostatnich latach premier Mateusz Morawiecki mówił, mówił i mówił o wyrwaniu Polaków z pułapki średniego wzrostu, ale efektów nie widać. Postanowiliśmy pomóc rządowi, aby mógł zwiększyć wynagrodzenia Polaków i ograniczyć skutki drożyzny, która szaleje w Polsce – mówił w sobotę na konferencji prasowej szef klubu parlamentarnego PO.

Sławomir Neumann przypomniał, że w Sejmie leżą już projekty autorstwa posłów opozycji, które mogłyby pomóc. To m.in. obniżenie do 5 proc. VAT-u na żywność i obniżka akcyzy na energię elektryczną. – Teraz pokazujemy kolejny projekt, który prześlemy premierowi Morawieckiemu na zjazd PiS, żeby mogli nad nim podyskutować – mówił.

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. – Pierwszy filar to obniżka opłat i podatków, żeby nie było tak jak dzisiaj, czyli 50 proc. obciążeń, z których cieszy się premier Morawiecki. My chcemy obniżyć je z 50 do 35 proc. Drugi filar to wsparcie dla osób pracujących, bo praca ma się opłacać. To ma być program, który tym wszystkim, którzy pracują, daje większe dochody, niż korzystanie z systemu pomocy społecznej. Ma aktywizować ludzi na rynku pracy – tłumaczył Neumann.

Dwa filary programu

Szczegóły programu „Wyższe płace” przedstawił główny ekonomista PO.

    1. Obniżka podatków i składek, tak by daniny, które każdy pracujący Polak przekazuje w postaci PIT oraz składek na ZUS i NFZ, nie przekraczały łącznie 35 proc. PO proponuje tym samym obniżenie stawek podatku dochodowego z obecnych 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. – Zostaną także ujednolicone wszystkie bazy podatkowe, tak aby wyliczanie podatku stało się dużo prostsze – tłumaczył prof. Andrzej Rzońca.
    2. 500 zł dla najmniej zarabiających. Z tego elementu skorzysta każdy, kto zarabia od płacy minimalnej do dwukrotności płacy minimalnej, czyli w przyszłym roku do 4,5 tys. złotych. – Osoba zarabiająca płacę minimalną otrzyma wsparcie w wysokości 500 złotych. Oprócz tego będzie korzystała z niższych podatków i składek, a więc w efekcie łączna korzyść wyniesie prawie 614 zł – wyliczał główny ekonomista PO.

– PO wyciąga rękę do współpracy. Platforma proponuje rozwiązanie, które jest prorozwojowe i promuje ludzi pracujących. To jest oferta położona na stół. Niech podejmą próbę współpracy i rozmowy. Ostatnie 10 miesięcy rządów PiS-u można wykorzystać po to, aby wspólnie opracować ten program, przegłosować go i dać Polakom szanse na wyższe zarobki – dodaje poseł Sławomir Neumann.

Jakie zarobki?

W przyszłym roku płaca minimalna wyniesie 2250 zł brutto, czyli 1633 zł netto.

Według szacunków prof. Andrzeja Rzońcy osoba, która otrzymuje obecnie płacę minimalną, po wprowadzeniu programu Platformy łącznie z 500-złotowym wsparciem zarobiłaby na rękę 2247 złotych. Osoba zarabiająca 3 tys. złotych brutto, czyli 2156 zł netto, dostawałaby 2663 złote.

– Osoba, która będzie zarabiać 4300 złotych, nie otrzyma wsparcia, ale będzie korzystać z pierwszego elementu, czyli niższych podatków i składek. W efekcie dzisiaj taka osoba na rękę otrzymuje 3201 złotych, a po zmianach zarabiałaby 3494 złote – tłumaczył prof. Rzońca.

Konstruktywne wotum nieufności PO >>>

Kaczyński i Morawiecki w oparach absurdu, a Duda całuśny

15 Gru

Tak podsumował na Twitterze dzisiejszą konwencję tej partii Przemysław Henzel z onet.pl. Politycy PiS spotkali się w Szeligach pod Warszawą. Mimo że zapowiadana ona była jako konwencja programowa, okazało się, że program PiS zostanie zaprezentowany w… styczniu albo w lutym.

Nie mogło jednak zabraknąć przemówienia prezesa PiS. – „Tylko my możemy zmieniać Polskę. Tylko my możemy zapewnić Polakom lepszy los. Nasza partia musi się stać do końca partią marzeń Polaków” – zadekretował Jarosław Kaczyński.

Słowo „Europa” odmieniane było i przez prezesa PiS, i przez premiera przez wszystkie przypadki. Zapewnieniom, że PiS nie zmierza do Polexitu nie było końca.

Mateusz Morawiecki – zamiast konkretów – przywoływał liczne cytaty. Odwoływał się więc do piosenki Haliny Frąckowiak. – „Śpiewała „bądź gotowy dziś do drogi”. Jesteście gotowi do drogi?” – pytał działaczy PiS.

Opowiadał o filmie o Kargulu i Pawlaku, w którym była mowa o klasach amerykańskiego społeczeństwa. Nie zabrakło biblijnych odniesień. – „Tak jak gwiazda betlejemska prowadziła Trzech Króli do celu, niech tak prowadzi nas do celu, niech będzie dla nas drogowskazem” – mówił Morawiecki.

„OK. Wszystko rozumiem. Tylko dlaczego Morawiecki tak krzyczy i macha rękami” – podsumował Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”.

>>>

Znalezione na fb.

>>>

Drożyzna, do takiej sytuacji doprowadził rząd PiS. Platforma proponuje rozwiązania, które polepszą sytuację Polaków

15 Gru

Obniżenie obecnych stawek PIT z 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. – to jeden z głównych punktów  programu PO.  – „Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów, które pozwolą podwyższyć wynagrodzenia wszystkich Polaków. Pierwszy filar to obniżka opłat i podatków, żeby nie było tak jak dzisiaj – 50% obciążeń, z których cieszy się premier Morawiecki – my chcemy, żeby to obniżyć z 50% do 35%. Drugi filar to wsparcie dla osób pracujących, bo to praca popłaca. To ma być program, który tym wszystkim, którzy pracują, daje większe dochody niż korzystanie z systemu pomocy społecznej. Ma aktywizować ludzi na rynku pracy” – powiedział przewodniczący klubu PO Sławomir Neumann.

Platforma proponuje także comiesięczne 500-złotowe wsparcie dla osób otrzymujących płacę minimalną. – „Chcemy zwiększyć wynagrodzenia Polaków i ograniczyć skutki drożyzny, która szaleje w Polsce w związku z działaniami tego rządu. Premier Morawiecki wielokrotnie mówił o wyrwaniu Polaków z pułapki średniego wzrostu, tak naprawdę efektów nie widać. Program „Wyższe płace” ma przebić szklany sufit niskich zarobków w Polsce” – dodał szef klubu PO.

Neumann przypomniał, że PO złożyła w Sejmie projekty, dotyczące m.in. 5-proc. VAT na całą żywność oraz obniżki akcyzy na energię elektryczną.

— DOMINIKA WIELOWIEYSKA PYTA CZY SOLORZA ŁĄCZY Z WŁADZĄ MISTERNA SIEĆ ZALEŻNOŚCI – jak pisze w GW: “Próbujemy wyjaśnić, czy Zygmunta Solorza, jednego z najbogatszych przedsiębiorców, który dostarcza Polakom rozrywkę, telewizję, usługi telekomunikacyjne, zapewnia internet i prąd, łączy z władzą misterna sieć zależności”.

— W POLSACIE NIE MA TOTALNEJ PROPAGANDY, ALE POLITYCY PIS TRAKTOWANI SĄ ŁAGODNIE – TWIERDZI WIELOWIEYSKA: “Dziś w serwisach informacyjnych i publicystyce Polsat News nie ma topornej propagandy w stylu TVP, ale czołowi politycy obozu władzy pojawiają się na antenie częściej, są przepytywani łagodnie, a dziennikarze krytycznie wypowiadający się o PiS w mediach społecznościowych albo tacy, których na Nowogrodzkiej się nie lubi, powoli schodzą z wizji albo znikają z firmy. Strategia PiS jest przemyślana: z jednej strony telewizja rządowa wali opozycję pałką po głowie i uprawia propagandę sukcesu, zaspokajając emocje twardego elektoratu PiS. Z drugiej strony ofertę dla umiarkowanych, nieprzekonanych i obojętnych ma przyjazny władzy, ale stonowany Polsat”.

— WIELOWIEYSKA O RÓŻNYCH OPINIACH O MODELU SOLORZA: “Od ludzi z kręgów biznesowych słyszę różne opinie. Jedni mówią: nie ma nic złego w tym, że państwo pójdzie Solorzowi na rękę, choćby w opłacie za częstotliwość. Musimy wspierać rodzimych przedsiębiorców, wszystkie kraje to robią. Solorz buduje swój biznes tu, w Polsce, i to długofalowo. To nie jest ten typ biznesmena, który tanio kupuje od rządu, a drogo sprzedaje zagranicznym inwestorom. Jeśli coś kupuje, to żeby w tę firmę inwestować. A poza tym miliarder gra tak, jak przeciwnik pozwala. Inni kontrują: za chwilę stworzymy w Polsce system oligarchiczny na wzór węgierski. Współpraca państwa z wielkim biznesem jest korzystna i potrzebna, ale jeśli przekroczy pewną granicę i splecie się z władzą, przerodzi się w patologię. Wtedy Polska zamieni się w kraj bez równych szans w biznesie, w którym do przodu idą tylko, ci, którzy wykonują polecania władzy. A jeśli robią interesy w mediach, finansach, telekomunikacji – to zniszczą nie tylko gospodarkę wolnorynkową, ale również demokrację”.

— WIELOWIEYSKA PRZYTACZA ANEGDOTĘ O PRZEDSIĘBIORCZEJ NATURZE SOLORZA: „Dobre kilka lat temu ówcześni właściciele TVN Mariusz Walter i Jan Wejchert postanowili odwiedzić swojego kolegę z branży w jego willi w południowej Francji. Solorz przyjął gości w chińskich klapkach i w stroju niezobowiązującym, który można nabyć na bazarze Różyckiego. Na stole postawił trzy białe plastikowe kubki i polał tanie wino z kartonu. Anegdota pokazuje charakter Solorza. Tak, prestiż musi być, więc wartą fortunę willę we Francji trzeba mieć. Każdy szanujący się polski miliarder ma. Ale Solorz nie jest nadętym snobem, on tworzy i inwestuje, a nie trwoni grosz na konsumpcyjne luksusy”.
wyborcza.pl

— PAWEŁ WROŃSKI O DELFINIE MORAWIECKIM – pisze w GW: “Premier Mateusz Morawiecki właśnie przejmuje przywództwo w PiS i zapewne poprowadzi obóz władzy do wyborczego maratonu w 2019 r. Sobotnia konwencja partii może odpowiedzieć na pytanie, na jakich zasadach ta generacyjna zmiana będzie zachodzić”.

— WROŃSKI O MORAWIECKIM JAKO LIBERALE NARODOWYM: “W istocie Morawiecki usiłuje przekonać, że on, liberał narodowy, nie jest „moralnie lepszym”, ale znacznie skuteczniejszym  gospodarzem niż liberał europejski, czyli Tusk. I dyscyplinuje partię, rozsiewając pogłoski o przyspieszonych wyborach, np. poprzez rozwiązanie Sejmu, jeśli nie uchwali budżetu na czas”.

— WROŃSKI O ROLI KACZYŃSKIEGO: “Nadal jest jednak zagadką, jaką rolę dla siebie widzi Kaczyński. Czy w roku wyborczym pozostanie w cieniu, godząc się na bycie „ideowym patronem”? Jest pewne, że tym razem zmiana pokoleniowa odbywa się za jego zgodą i aprobatą. Granica tej zmiany jest jedna – skuteczność wyborcza”.
wyborcza.pl

>>>

Konwencja PiS >>>

>>>