Tag Archives: konwencja PiS w Gdańsku

Kaczyński płaci z naszych pieniędzy za miłość wyborców

31 Mar

Tutaj >>>

Wierzę, że moja 26-letnia praca w pomocy humanitarnej i rozwojowej dała mi doświadczenie, które mogę przenieść na forum PE. Chcę w ten sposób przypomnieć o idei solidarności” – tak uzasadnia swój strat w wyborach do Parlamentu Europejskiego Janina Ochojska. Jest ona liderką Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku. Jej kontrkandydatką z listy PiS będzie obecna minister edukacji Anna Zalewska.

Najnowszy spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej porównuje dokonania obu pań, stawiając pytanie: „Czy widzisz różnicę między kandydatkami? Przed nami wielki wybór”.

W spocie lektor przypomina całą działalność charytatywną Ochojskiej, m.in. budowę studni w Sudanie, akcję dożywiania dzieci – Pajacyk. O Annie Zalewskiej usłyszymy, że „w zaledwie trzy lata zniszczyła system edukacji, a jeden z jej najbliższych współpracowników został oskarżony o wyprowadzenie pieniędzy z PCK.”

Dodać należy, że Grzegorz Schetyna podczas sobotniej konwencji we stolicy Dolnego Śląska zapowiedział złożenie przez PO wniosku o wotum nieufności wobec minister Zalewskiej za „niszczenie polskiej szkoły.” Przy okazji lider PO wytknął partii rządzącej, że wstydzi się własnej kandydatki, nie pozwalając jej wystąpić podczas konwencji PiS.

Niedługo łatwiej będzie napisać o grupach, które nie są w fazie przygotowywania lub zapowiadania akcji protestacyjnych, ponieważ liczba tych gotujących się do wyrażenia dezaprobaty wobec rządu rośnie lawinowo. Niebagatelną rolę we wzniecaniu ludowych powstań odgrywa wielki plan nazywany “piątką Kaczyńskiego”. To zapowiedź kolejnego transferu finansowego – który opiewa w przyszłym roku na kwotę 40 mld zł – przelała czarę goryczy wśród niepełnosprawnych oraz lekarzy, nie wspominając o nauczycielach. Szastanie pieniędzmi oraz narracja wielkiego sukcesu ekonomicznego, jaki miała odnieść Zjednoczona Prawica, powoli zaczyna działać na niekorzyść rządzących.

24 organizacje zrzeszające osoby niepełnosprawne i ich opiekunów zapowiedziały przyjazd do Warszawy na protest, który ma się odbyć trzy dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i ma na niego przybyć około dwóch tysięcy manifestantów. Środowiska osób niepełnosprawnych poczuły się wykluczone po ogłoszeniu partyjnego biuletynu wyborczego ociekającego monstrualnymi pieniędzmi. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Naczelna Rada Lekarska domagają się podjęcia natychmiastowych działań naprawczych w służbie zdrowia. W okolicach szpitali w największych miastach pojawiły się billboardy z apelem – “Pacjenci w kolejkach i lekarze na dyżurach umierają. Rządzący opamiętajcie się”. To wstęp do akcji, która może się zakończyć ogólnopolskim protestem.

Do lekarzy i osób niepełnosprawnych dołączają pracownicy cywilni wojska. Wczoraj na stronie internetowej NSZZ Pracowników Wojska pojawił się komunikat mówiący o braku dobrej woli ze strony MON do rozwiązania problemów niskich płac – “(…) Do Zarządu Głównego wciąż napływają żądania zorganizowania akcji protestacyjnej w różnych formach. Wykonując ustawowe i statutowe powinności wobec pracowników i związkowców, w najbliższym tygodniu będzie posiedzenie Zarządu Głównego, na którym zostanie podjęta decyzja o zakresie i formach protestu, informacje przekażemy do 10 kwietnia br”. 

Sekretarz związku Elżbieta Romańska w rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedziała, że posiedzenie Zarządu Głównego jest planowane na 3-5 kwietnia i wtedy ma zapaść decyzja dotycząca protestów – “Ludzie są bardzo niezadowoleni, bardzo rozczarowani, całymi dniami odbieram telefony w tej sprawie. Związkowcy na nas wymuszają protest, więc musimy go zorganizować. Protest na pewno będzie” – oznajmiła Romańska. Działacze nie przyjęli propozycji MON, zawierającej podwyżkę 300 zł brutto i domagają się dołożenia do tej kwoty 250 zł.

Miał być przepis na sukces, wyszedł przepis na protesty. Dwa miliony widzów ogląda codziennie flagowe “Wiadomości” TVP, które ociekają miodem, jaki płynie od rządu w stronę społeczeństwa. Nie ma dnia, żeby ktoś z obozu rządzącego nie powiedział o fantastycznym rządzie, z wypchanymi kieszeniami od pieniędzy. Chociaż ostatnio to się zmieniło i Zjednoczona Prawica wysyła sygnały o zadłużeniu się na obietnice wyborcze. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Przez trzy lata tak rozhuśtano oczekiwania, że nikt nie przyjmuje do wiadomości informacji, że nagle pieniądze się skończyły. Przez trzy lata mordowano systematycznie w społeczeństwie racjonalność i zdroworozsądkowe podejście do publicznego grosza, a “piątka Kaczyńskiego” była śmiertelnym ciosem dla społecznej trzeźwości umysłów, rozpalając do czerwoności ekstrawagancję finansową Polaków. Pretensje o to, że ludzie mają w oczach złotówki, rząd może kierować tylko do siebie.

Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że może na fali strachu przed dyrektywą potocznie zwaną “ACTA 2” podnieść swoje słupki poparcia, szczególnie wśród młodych wyborców. Z tego powodu dzisiejsza konwencja PiS odmieniała “wolność” przez wszystkie przypadki, a politycy prawicy grzmieli, że postawią tamę cenzurze i ograniczaniu wolności internetu. Szybko jednak okazało się, że to szczególny wyraz hipokryzji władzy, na co zwrócił uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar przypomniał bowiem premierowi, że to właśnie Prawo i Sprawiedliwość  już trzy lata temu odebrało Polakom prywatność w sieci:

Chodzi o głośne zmiany autorstwa rządu, które dały służbom bezprecedensowy dostęp do danych o obywatelach z pominięciem zgody sądu. Tak podległa Ziobrze prokuratura, jak i policja oraz służby specjalne stały się w zasadzie bezkarne w inwigilowaniu Polaków, co mimo olbrzymiej wagi nie spotkało się jednak z dużym oporem społecznym. Obecnie wbrew obiegowej opinii sądy muszą wyrazić zgodę już tylko na podsłuchy i kontrolę operacyjną, podczas gdy bilingi czy właśnie dane internetowe mogą podlegać tylko raz w miesiącu ewentualnemu następczemu wglądowi ze strony sądów.

Sprawa ta zaniepokoiła wówczas Komisję Wenecką, która skierował do rządu specjalną opinię w tej sprawie. Dokumenty komisji nie są wiążące, a na dodatek od czasu sporu o niezależność Trybunału Konstytucyjnego całkowicie przez polski rząd ignorowane, stąd do dziś nie doczekały się odpowiedzi.

O inwigilacji ze strony podległych rządowi organów internauci się jednak nie dowiedzą, ponieważ taka jest natura przyjętego prawa. Stąd właśnie deklaracje Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego o obronie wolności internetu są szczególnym wymiarem hipokryzji.

Rząd PiS jest bowiem tym, który dąży do absolutnej, quasi autorytarnej kontroli nad obiegiem informacji w Polsce. Upolitycznienie mediów, próba zamykania w sądach ust dziennikarzy to dziś w Polsce codzienność, a żeby sobie to uzmysłowić warto sięgnąć do reakcji obozu władzy na sprawy wynagrodzeń w NBP i taśm prezesa PiS. Z tego punktu widzenia ACTA 2 będzie dla twórców i użytkowników sieci zapewne uciążliwa, to jednak może w ostatecznym rozrachunku okazać się mniej niebezpieczna od zapędów krajowych służb kierowanych interesem politycznym jednego obozu. W niczym nie umniejsza to potrzebie dyskusji o ACTA 2, ale i tu trzeba mieć świadomość, że obecny kształt dyrektywy odbiega daleko od tego, któremu podczas pierwszego głosowania sprzeciwiała się tak dziś krytykowana za hipokryzję Platforma Obywatelska. W celu uzyskania konsensusu w Europarlamencie znaczną część ograniczających wolność internetu zapisów usunięto, choć bez wątpienia część zagrożeń pozostała. Jednak PiS nie jest w stanie obiecać tutaj jakiejkolwiek ochrony wolności słowa ponad tę, którą dopuszcza sama dyrektywa. Jest bowiem kolejnym kłamstwem to, że rząd może sobie wybrać z tego dokumentu tylko to, co mu się podoba. Jednak wcielenie w życie ACTA 2 nastąpi już po maratonie wyborczym i nikogo na Nowogrodzkiej sprawa nie będzie już wtedy specjalnie obchodzić.

Nieatrakcyjny starzejący się prezes z brzuchem próbuje kupić względy wyborców, płacąc im z ich własnych podatków.

Czym by tu Polaków nastraszyć? Seksualizacja dzieci, straszne LGBT, ACTA2, trotyl na tupolewie – Prawo i Sprawiedliwość miota się w panice, próbując znaleźć magiczne zaklęcie otwierające drogę do serc elektoratu. W wyborach parlamentarnych 2015 roku takim cudownym wytrychem była groźba zalewu uchodźców przynoszących na rękach egzotyczne bakterie, dokonujących zamachów i gwałcących polskie kobiety. Rzeczywiście PiS-owi udało się tym wtedy obywateli nastraszyć i nawiązać z nimi emocjonalny kontakt. Tu tkwiła tajemnica znakomitego wyniku wyborczego, nie w programie 500 plus, w którego realizację przed wyborami mało kto wierzył.

Wszystkie straszaki prezesa

Jak daleko sięga nasza pamięć, Jarosław Kaczyński zawsze posługiwał się tą samą metodą: wynajdywał jakiegoś czarnego luda, którego zdemonizowany wizerunek prezentował Polakom, i obiecywał: ja was przed nim obronię. W latach 90. była to uwłaszczona nomenklatura, niezlustrowani konfidenci SB, bezduszni monetaryści, agenci WSI, potem przyszła kolej na brukselskich okupantów i spiskowców, którzy wspólnie z Putinem w gęstych kłębach sztucznej mgły wysadzili w powietrze tupolewa. Dopiero jednak uchodźcy okazali się tym kamieniem filozoficznym polskiej polityki, którego prezes przez całe życie szukał.

Do dziś kamień utracił cudowną moc. Najwyraźniej nie działa też żaden z kolejnych straszaków, po który sięga partia Kaczyńskiego. Propagandyści „dobrej zmiany” skaczą więc od sloganu do sloganu, co tylko pogłębia wrażenie kryzysu i bezsilności.

Zaledwie dwa tygodnie temu cała czołówka partii rządzącej i wszystkie jej media rzuciły się na homoseksualistów, którzy ponoć ostrzą sobie zęby na polską dziatwę. Minęło kilkanaście dni i co? Głucha cisza. Okazało się, że ta broń jest groźna dla samego PiS-u, który pozostaje w symbiozie z katolickim klerem, ostatnio powszechnie postrzeganym (być może chwilami już nawet przesadnie) jako siedlisko seksualnych patologii.

Przez chwilę na horyzoncie mignęła też uchwalona przez europarlament dyrektywa, którą propagandyści „dobrej zmiany” określili mianem ACTA2 – ale i ten temat „nie żre”, na pewno więc szybko zostanie porzucony mimo wysiłków prezesa, który jeszcze w sobotnim wystąpieniu wrócił do tej sprawy.

Zamożny prezes oferuje sponsoring

W tej sytuacji Kaczyński próbuje pozyskać wyborców hojnymi prezentami. Tyle że w ten sposób w gruncie rzeczy obnaża swą słabość i nieatrakcyjność politycznej oferty PiS-u. Wielu zamożnych starszych mężczyzn zna to z własnego doświadczenia: w pewnym wieku fizyczny magnetyzm znika i trzeba zacząć sięgać do portfela. Opieranie więzi pomiędzy partią a wyborcami na chaotycznym i nieumiarkowanym rozdawnictwie przypomina relację między starzejącym się brzuchatym sponsorem a młodą atrakcyjną kobietą, którą ten stara się pozyskać pieniędzmi i prezentami.

Gotów jestem założyć się, że przez sporą część elektoratu jest to odczytywane jako kolejny przejaw słabości PiS. Władza wymyka się prezesowi z rąk – myśli niejeden wyborca – więc coraz głębiej sięga do sakiewki (nie swojej zresztą, lecz publicznej) i sypie pieniędzmi na lewo i prawo. A w tym samym czasie nauczycielom mówi, że na podwyżki dla nich środków nie ma.

Co więc zostaje PiS-owi? Może jeszcze spróbować sięgnąć po metody złośliwego skrzata, który po nocach sika do dzbanka z mlekiem. Właśnie tą drogą poszli Karol Guzikiewicz ze stoczniowej „Solidarności” i wojewoda pomorski. Żeby zrobić kuku samorządowcom i opozycji, zarejestrowali zgromadzenie cykliczne pod pomnikiem poległych stoczniowców 4 czerwca. Właśnie tam planowali się zebrać w tym dniu oponenci PiS-u, broniący zdobyczy polskiej demokracji i państwa prawa przed „dobrą zmianą”.

Ciekawe czy ta metoda walki przysporzy PiS-owi wielu nowych wyborców. Jak myślicie?

Hasła Kaczyńskiego: nieudolność, kłamstwa i obłuda

30 Mar

– Mamy dwa lata na implementację tych przepisów [ACTA2], a w gruncie rzeczy nieco dłużej, bo są jeszcze do tego pewne takie okresy bezwładu, tak to można określić. Razem mniej więcej 2,5 roku. Chciałem powiedzieć, że PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana – stwierdził Jarosław Kaczyński na konwencji PiS w Gdańsku.

Nie można zajrzeć człowiekowi w głąb duszy tak samo, jak nie można z całą pewnością stwierdzić, co nim kieruje i jakie są naprawdę jego cele. Można natomiast, w oparciu o jego wcześniejsze i obecne zachowanie, postawę, a zwłaszcza wartości i zasady, którymi się dotąd kierował, podjąć próbę postawienia roboczych tez, które mogą być pomocne w zrozumieniu pewnych kwestii. Ważne jest też to, jakimi wzorcami kieruje się osoba, którą chcemy opisać. Czy owe „wzorce” są pozytywne czy wręcz przeciwnie, czy mogą spełniać rolę autorytetów, czy też na samą myśl o nich winno się odczuwać niepokój, niechęć i strach.

Szczególnie ważne w powszechnej opinii jest to, aby stojący na czele państw i tym samym za nie odpowiadający, byli ludźmi nieskazitelnymi moralnie. Historia pokazuje, że najczęściej bywało odwrotnie, a tylko nieliczni rządzący wyróżnili się przez wieki na tle zwykłych miernot i morderców gotowych dla władzy pozbawić życia nawet osoby sobie najbliższe. Zabójstwa ojców, żon, braci oraz dzieci „stojących komuś na drodze do władzy” nie były w historii Europy niczym szczególnym. Gdyby zatem przeanalizować konkretne przypadki to okazałoby się, że historia ludzkości to historia wojen o władzę, wpływy i pieniądze. Okresy pokoju stanowiły jedynie krótkie przerywniki w nieustannej walce o dominację. Co gorsza, pomimo procesów ewolucji w myśleniu, rządzeniu oraz sposobie sprawowania władzy, to człowiek i ciemne zakamarki jego duszy decydują o tym, jak wyglądać mają państwa i przyszłość ich obywateli.

Już wielokrotnie w swoich artykułach opisywałem sytuację dzisiejszej Polski, zwłaszcza tę najnowszą; od 2015 r., który stanowi cezurę w jej najnowszej historii. Truizmem jest stwierdzenie, że Polska i Polacy (jedynie poza nielicznymi wyjątkami) nie mieli szczęścia do rządzących nimi ludzi. Oczywiście Polska nie jest w tym osamotniona, ale tylko u nas złe rządy doprowadziły do upadku państwowości polskiej pod koniec XVIII w., a samo państwo na długo zniknęło z mapy Europy. Kiedy u nas rozkwitało sobiepaństwo, buta i warcholstwo zachodni władcy umacniali swoją władzę, ale przy tej okazji też i państwa. Tymczasem u nas zawsze liczyły się interesy grupy rządzącej; tak było i tak jest dzisiaj. Mało kto tak naprawdę myśli o państwie, jako dobru wspólnym. Pojęcie to jest na tyle abstrakcyjne, że w niektórych kręgach powoływanie się nań przywołuje na twarze osób słuchających ironiczne uśmiechy.

Niepisana „zasada TKM” nie zrodziła się dopiero w 2015 r., wraz z dojściem do władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego wodzowskiej partii PiS, jednak trudno zaprzeczyć, że tak pazernej i bezideowej władzy Polska nie miały jeszcze nigdy w całej chyba historii. Skąd to się wzięło i dlaczego? Zacznę od tego, że cała pisowska retoryka nie ma według mnie nic wspólnego z tym, co każdą władzę państwową winno obowiązywać: z dążeniem do zapewnienia dobra państwu, w tym zwłaszcza promocją jego interesów narodowych, a więc w konsekwencji też zapewnieniem bezpieczeństwa, niezawisłości i suwerenności. Nigdy jeszcze (nawet w okresie PRL) dobre imię i pozycja Polski nie były tak marginalne, jak dziś. Nikt nigdy tak nie ośmieszył i nie zdeprecjonował tego, co polskie, przy czym najmniejszym problemem jest to, że przy tej okazji ośmieszył sam siebie, bo na to sobie zasłużył.

Dziś jesteśmy, w tym negatywnym sensie, na „ustach świata”, a postrzega się nas jak kogoś, kto na własne życzenie chce podciąć korzenie drzewa, na którym siedzi. Nikt kto myśli racjonalnie takich rzeczy nie robi, ale kto powiedział, że nieformalny przywódca naszego kraju, człowiek nie tyle kompetentny, co cwany musi myśleć racjonalnie? Nikt! Natomiast jeśli racjonalizm będziemy chcieć rozumieć tylko, jako dążenie Kaczyńskiego do władzy absolutnej to możemy go uznać tyle tylko, że nie ma on nic wspólnego z dobrem państwa, a tylko z zaspokojeniem chorych ambicji człowieka niespełnionego życiowo i zawodowo.

Na początku stycznia 2010 r., ówczesny premier (od 2012 ponowny prezydent) Rosji, Władimir Putin powołał Euroazjatycką Unię Celną (Białoruś, Kazachstan i Rosja). Dwa lata później zaproponował już krok kolejny: powołanie Unii Euroazjatyckiej, która miała być przeciwwagą, a właściwie narzędziem do destrukcji Unii Europejskiej. Ta bowiem od zawsze była mu „solą w oku”, a wykluczał możliwość integracji z nią Rosji. Zapyta ktoś dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta. Otóż Putin nie znosi demokracji, która wymaga od władzy wolnych wyborów, ani tłumaczenia się, istnienia niekontrolowanej opozycji, sprzeciwia się patologiom niekontrolowanej władzy i bogaceniu się wąskiej grupy oligarchów, trzymających się klamki władzy. Zdecydował się więc na podjęcie wszelkich kroków do tego, aby pozbyć się konkurencyjnej, a co gorsze demokratycznej UE, poprzez kaptowanie zwolenników swojego projektu. Tym, co gwarantuje kacykom zdecydowanym na zbliżenie z Rosją jest pełnia władzy dla nich, bez ponoszenia żadnych konsekwencji. I Putin jest to w stanie zagwarantować. Jest już kilku chętnych do tego, aby z tej propozycji skorzystać i choć się z tym nie obnoszą, to zapewne oczekują na taką możliwość (najbardziej znanym z Europy jest Wiktor Orban – guru Kaczyńskiego).

Czyżby Jarosław Kaczyński należał do tej grupy polityków europejskich? Być może, bo jedynie on sam to wie to najlepiej. Natomiast ja, jako analityk mogę stwierdzić np., że on i jego partyjna koalicja robią wszystko (być może z politycznej głupoty, co ich jednak nie tłumaczy), aby plan W. Putina się powiódł! Bo czymże innym jest podważanie zasad istniejących i obowiązujących w UE, zaakceptowanych przez poprzednie polskie rządy? Czymże innym jest zniszczenie w Polsce demokracji, pogwałcenie Konstytucji, łamanie prawa powiązane z destrukcją trybunałów i sądów powszechnych w Polsce, ale także zastraszanie sędziów, prokuratorów i/lub adwokatów niechcących się podporządkować pisowskiemu reżimowi w sankcjonowaniu łamania prawa i upolitycznieniu wszystkiego, co się spolityzować dało?

W mojej opinii, porzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę (to druga co do skali odpowiedzialności za łamanie prawa osoba) demokratycznych procedur UE to jawne zlekceważenie, a nawet pogwałcenie zasadniczego kryterium uczestnictwa w strukturach unijnych. Prowadzi wprost do Polexitu, co może w niedługim czasie stać się mniej lub bardziej formalnym efektem takich działań. Oczywiście sama marginalizacja Polski w Unii Europejskiej jest wystarczającym powodem do obaw, a „rozsadzanie” od środka struktur Wspólnoty jest według mnie zdradą polskich interesów i zdradą stanu! Jest także zdradą demokratycznej Europy, o którą walczyły i ginęły pokolenia ludzi!

Być może (zakładam tu jeszcze resztki dobrej woli, ale przy braku odpowiedniej wiedzy i rozeznania Jarosława Kaczyńskiego), rządzący z tylnego siedzenia prezes PiS nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji takiego stanu rzeczy. Prowadzić on może nieuchronnie do nowego podziału świata i odtworzenia sytuacji z lat „zimnej wojny”, kiedy to kwestią najważniejszą będą wzajemne rozgrywki wielkich mocarstw o dostęp np. do terytoriów zasobnych w surowce i ważnych ze strategicznego punktu widzenia. Czy tak trudno jest sobie wyobrazić, że wbrew deklaracjom różnych państw (w tym USA Donalda Trumpa; bi czy też multipolarny, ale już w mniejszej skali) układ sił jest (jeśli już) tak naprawdę jedynie im na rękę. My, co najwyżej, możemy spełniać rolę dawnego „satelity” w tym, bądź innym systemie polityczno – militarnym. Nawet jeśli przypadłoby nam miejsce w tym zachodnim, to nie możemy zapominać o tym, kogo mamy za sąsiadów! Gra jest bardzo niebezpieczna, a stawką jest tutaj bezpieczeństwo i przyszłość Polski / Polaków, czego Jarosław Kaczyński zdaje się nie zauważać.

Rafał Trzaskowski udzielił wywiadu portalowi Onet.pl, w którym odpiera atak episkopatu, który włączył się w narrację PiS uderzającą w stolicę za przyjęcie karty LGBT+. Prezydent Warszawy w pierwszej kolejności postanowił wyjść poza podział sceny politycznej, który sprytnie chce narzucić PiS, aby zmonopolizować elektorat osób wierzących: “Nie jestem żadnym antyklerykałem. To PiS próbuje mnie obsadzić w tej roli”. Co więcej polityk podkreśla, że jako katolik boleśnie przyjął krytykę ze strony polskiego Kościoła wobec karty LGBT. To ostatnie nie przeszkodziło jednak Trzaskowskiemu w ponownym zajęciu twardego stanowiska w sprawie ochrony praw mniejszości i krytyki postawy samego Kościoła w Polsce.

“Mam duży szacunek dla tradycji i dla Kościoła. Natomiast, gdy widzę, jak Episkopat wpisuje się w tezy pisowskiej propagandy to, jako katolik, odbieram to boleśnie”.

Prezydent stolicy wytyka także hipokryzję narracji nazywającej prawa określonych grup do istnienia w życiu publicznym jako “kwestii światopoglądowej”: “To nie jest żaden spór światopoglądowy. Nie rozumiem jak walkę o wartości – obronę mniejszości, walkę z hejtem i nietolerancją, stanie przy potrzebujących opieki – można zakwalifikować jako spór światopoglądowy”.

Rafał Trzaskowski ponownie musiał także tłumaczyć wydawałoby się rzecz oczywistą, że proponowane zajęcia szkolne, tak jak do tej pory, będą dobrowolne, a ich misją będzie nauczenie, że “internet nie jest anonimowy, a dzielenie się intymnymi treściami w sieci może przynieść opłakane skutki, że słowa ranią, tłumaczyć podstawy edukacji seksualnej, aby dzieci mogły się bronić przed pedofilią”.

Prezydent stolic nie pozostawia także złudzeń, że krytycy wewnątrz kościoła nawet nie pochyli się nad dokumentem, który tak radykalnie krytykują w swoim oświadczeniu: “Ubolewam, że Episkopat najwyraźniej nie przeanalizował kartyMyślę, że chłodna analiza doprowadziłaby biskupów do innych konkluzji. Zresztą stanowisko biskupów warszawskich było bardziej wyważone”.

Rafał Trzaskowski jak widać bronił stanowczo swojego programu, ale równocześnie zachowując pojednawczy, nie antagonizujący Kościoła ton. Ta wydawałby się ugodowość nie przeszkodziła jednak politykowi wykazać episkopatowi porzucenia chrześcijańskiej misji szerzenia miłosierdzia wobec wszystkich słabszych i porzuconych:

“Jeszcze raz powtórzę: karta jest elementem szerszego programu, który skupia się na pomaganiu wszystkim tym, którzy są dzisiaj słabsi i spychani na margines państwa. Mówię o osobach z niepełnosprawnościami, seniorach, osobach wychodzących z bezdomności, wszystkich, którzy mają inne poglądy i wyznają inną religię, czy mają inny kolor skóry. Osoby homoseksualne są tylko jedną z mniejszości, której staram się pomóc. W sprawie tych wszystkich grup podjąłem szereg działań. O tym jakoś ani Episkopat, ani PiS ze mną nie chcą rozmawiać. Ubolewam nad tym, bowiem wszyscy wiedzą, że PiS robi to z pobudek czysto politycznych, by ponownie straszyć oraz dzielić Polaków. Co do populistów i cyników nie mam żadnych złudzeń. Od Kościoła katolickiego oczekiwałbym natomiast, aby stał na straży wszystkich mniejszości, wszystkich słabszych i zapomnianych”.

Tym samym Rafał Trzaskowski odniósł się do konsekwencji jednej z największych hipokryzji kościoła XXI wieku – zadufanej troski o komfort własnego sumienia, bez względu na cenę jaką za to dobre samopoczucie płacą inni ludzie. Tak jak w sporze aborcyjnym, tak i w sporze o prawa osób LGBT nikogo w episkopacie nie obchodzi bowiem dobro drugiego człowieka, ale układanie świata, który nie będzie burzył ich poczucia samozadowolenia.

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro (nie wiem już, który spełnia w tym duecie rolę sprawczą, nie wiem też, który jest gorszy) nie ustają w wysiłkach na rzecz całkowitej anihilacji polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie mogę także nie dodać, że w moim głębokim przekonaniu działanie to jest celowe i prowadzone z pełnym rozmysłem po to, aby umocnić autorytarny system władzy. Kiedy to wszystko się zaczynało miałem jeszcze jakąś nadzieję na to, że ci ludzie w pewnym momencie się opamiętają, że zdadzą sobie sprawę z tego, że niszczą państwo prawa, kraj będący jakby nie było ich ojczyzną. Jednak pomyliłem się boleśnie i zdałem sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z ludźmi, dla których władza jest celem ostatecznym i raz zdobytej nie zechcą dobrowolnie oddać.

Rządzą nami ludzie nieposiadający wystarczającej dawki cech osób cywilizowanych, które by ich predestynowały do rządzenia tak dużym państwem. Niektórych z nich wręcz charakteryzują zachowania socjopatyczne, z czym się nie kryją (ale ja podejrzewam też pewne zaburzenia natury psychologicznej). Nie jestem co prawda specjalistą od tych kwestii, ale moje doświadczenie zawodowe i życiowe, zawód i wiek pozwalają mi na wypowiadanie się w kwestiach ważnych dla Polski. To nie przywilej, a wręcz obowiązek z racji pełnionych w życiu funkcji i wyższej (niż u przeciętnego obywatela) świadomości dziejącego się tu zła. Daje mi do tego mandat moje wykształcenie, które uzyskałem na polskim uniwersytecie, który obdarzył mnie także zaszczytnym stopniem doktora nauk społecznych, z zakresu nauk o polityce! To daje mi wspomniane prawo do oceny!

Znajdujemy się w okresie przedwyborczym do Parlamentu Europejskiego (maj), Sejmu i Senatu RP (jesień b.r.), w przyszłym natomiast roku dokonamy wyboru osoby na urząd Prezydenta RP. To ważne, aby one były przeprowadzone w sposób zgodny z prawem RP, którego najwyższą wykładnią jest bez wątpienia nasza Konstytucja. Ta sama, którą wiele razy złamał obecny prezydent Andrzej Duda oraz jego pisowscy akolici (kolejność tę można odwrócić). Władza PiS i SP nie przestaje jednak działać, i w gwałceniu prawa posuwa się coraz dalej.

Aktualnie poza działaniami skierowanymi przeciwko przyzwoitym, nieugiętym sędziom, prokuratorom, a nawet adwokatom i radcom prawnym, którzy nie chcą wejść na drogę łamania prawa (nazwijmy jednak tę rzecz po imieniu: przestępstwa), toczą się liczne postępowania przed tzw. Izbą Dyscyplinarną SN – tworem Zbigniewa Ziobry, który wręcz zdemolował polski wymiar sprawiedliwości i prokuraturę! Nie wiem tylko czemu wszyscy, którzy „coś mogą” przyglądają się temu bezczynnie (oczywiście jest to pewne uproszczenie, bo coś jednak się dzieje). Czy liczą oni na to, że praworządność obroni się sama, a ci, którzy ją łamią wyrażą skruchę i odejdą?! Jeśli ktoś na to liczy, to nawet nie jest nawet naiwny, tylko po prostu głupi!

Po raz „ent” zwracam się do polityków (bo ruchy społeczne działają prężnie) o to, aby nie czekali z „założonymi rękoma,” tylko zorganizowali społeczeństwo do zgodnego z prawem sprzeciwu wobec władzy gwałcącej prawo i niszczącej państwo. Nic samo się nie zrobi, a czekanie powoduje tylko zwiększenie i nieodwracalność szkód. Pamiętajmy, że w Polsce nic już nie funkcjonuje tak, jak powinno:

  • Trybunały zostały pozbawione narzędzi do działania: Trybunał Konstytucyjny i Trybunał Stanu to fikcja – szczególnie szkodliwy jest ten pierwszy;
  • Sądy powszechne przejęła pisowska władza i obsadza je swoimi ludźmi;
  • Wojsko, Policja i inne formacje zmilitaryzowane są w rękach PiS/SP;
  • Służby (a na pewno ich szefowie) są raczej w większości dyspozycyjne;
  • Trwają zakusy na PKW, co pewnie zakończy się „sukcesem koalicji rządzącej”, a skoro tak, to już nawet nie będzie potrzeby fałszerstw (choć ich nie wykluczam), bo mając swoich sędziów i komisarzy można „legalnie po pisowsku” unieważnić listę każdego komitetu wyborczego, podnosząc tym samym niezbędny do osiągnięcia próg wyborczy, że już o machinacjach w wytyczaniu granic okręgów i obwodów nie wspomnę.

Tak można byłoby jeszcze długo wyliczać, ale po co skoro dobrze wiemy czego mamy się obawiać? Tym, co najgorsze jest kończący się czas, a nie dostrzegłem dotąd żadnych działań przygotowawczych, mogących zapobiec szalbierstwom władzy. Czy ktoś myśli, że na pstryknięcie palcem zjadą się do nas w maju i na jesieni przedstawiciele wszelkich organizacji mogących kontrolować wybory? Czy OBWE, UE, Rada Europy mają już jakąś agendę do działań, o których można byłoby poinformować społeczeństwo RP? Proszę tylko nie kpić mówiąc, że to sprawy tajne i nie można o tym mówić! Można i trzeba, ale poza tym trzeba głośno o tym mówić, bo tu o Polskę idzie, a nie partie te czy inne oraz ambicje ich liderów.

Partie nie mogą zapominać tego, że najważniejsza jest właśnie Polska, nie one! Ich rolą jest służyć ojczyźnie, która za tę służbę niezwykle hojnie je nagradza. Fundusze roczne rzędu kilkunastu milionów złotych powinny być racjonalnie wykorzystane dla dobra Polski. Wydawanie ich na bilbordy i inne fanaberie, a przy tym ograniczenie działań rzeczywiście skutecznych oraz zamykanie się we własnej bańce to chyba jakaś pomyłka panowie. Społeczeństwo wam płaci i chce efektów za te płace! To ono jest waszym pracodawcą, a skoro chcecie być zawodowymi politykami, to wyjdźcie na ulice do ludzi, zamiast reklamować się w tej, czy innej telewizji! Najwyższy już ku temu czas!