Tag Archives: Konstytucja RP

Kaczyńskiemu marzy się zmiana Konsytucji, aby móc razem z klerem zaprowadzić Ciemnogród

17 Wrz

Na konwencji Prawa i Sprawiedliwości, która odbyła się w niedzielę 15 sierpnia w Legnicy, Jarosław Kaczyński poruszył temat zniesienia immunitetów poselskich, sędziowskich i prokuratorskich. Zauważył jednak, że zniesienie immunitetów złamałoby Konstytucję RP. A że Prawo i Sprawiedliwość nie chce tego robić, to zamierza ją po wygranych wyborach zmienić.

Do słów Kaczyńskiego odniósł się europoseł Prawa i Sprawiedliwości Adam Bielan, w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu ZET. Potwierdził oczywiście, że PiS chce zmienić konstytucję, jednak zauważył, że do zmiany tego dokumentu potrzeba głosów 307 posłów, co może nie być proste do osiągnięcia dla Prawa i Sprawiedliwości.

„Musielibyśmy mieć albo samodzielnie 307 głosów, co będzie bardzo trudne do wykonania, albo znaleźć sojuszników do zmiany konstytucji. Będziemy namawiać partie, które znajdą się w przyszłym parlamencie, żeby to zmienić” – powiedział.

No cóż, Jarosław Kaczyński ma również tę świadomość, ale kto mu zabroni pomarzyć: -„Przyjdzie taki dzień, że zmienimy konstytucję na potrzebną, która będzie gwarantowała prawdziwą demokrację, prawdziwą praworządność, prawdziwą równość, która jest dzisiaj łamana. (…). Będzie jasna, wyraźna, sformułowana w ten sposób, żeby były utrudnione pokrętne interpretacje. Nie zapowiadam tego w tych wyborach, bo to jeszcze pewnie długa droga, ale przyjdzie czas, że to zrobimy” – mówił prezes w sierpniu tego roku na pikniku partyjnym w Dygowie.

Internauci, marzenia Kaczyńskiego, komentują: „Putin tez zmienił konstytucję tak aby można było go wybrać na piątą juz chyba kadencję”, „Czy „prawdziwa demokracja” tak się różni od demokracji liberalnej albo demokracji bezprzymiotnikowej – jak krzesło elektryczne różni się od krzesła po prostu?”, „On nie chce zmienić konstytucji. On chce ja po prostu unieważnić, aby mu nie przeszkadzała w dyktatorskim rządzeniu”.

– „Ci, którzy myśleli, że nowa Komisja Europejska Ursuli von der Leyen będzie miała inne podejście w kwestii praworządności, zdziwią się lub rozczarują. Pani przewodnicząca elekt powiedziała w Parlamencie Europejskim, że będzie nadal pracować w tym kierunku” – zapowiedział wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Przedstawiciele krajów unijnych dyskutowali dziś w Brukseli m.in. o planie stworzenia stałego mechanizmu dotyczącego kontroli praworządności.

Timmermans podkreślił, że praworządność jest „sprawą Unii Europejskiej, a nie tylko państw członkowskich”. – „Nie można używać argumentu, że praworządność jest kwestią narodową. Proponujemy, żeby instytucje i państwa członkowskich wypracowały większą świadomość wydarzeń w poszczególnych krajach UE, aby móc identyfikować zagrożenia dla praworządności, pracować nad rozwiązaniami i wspólnie pracować dla większej wiedzy i zrozumienia” – powiedział. Przegląd praworządności miałby odbywać się co rok.

Wiceszef KE wspomniał także o aferze hejterskiej z udziałem urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości, której celem było zdyskredytowanie sędziów krytykujących pisowskie zmiany w sądownictwie.

Dodajmy, że następczynią Timmermansa na stanowisku szefa komisji praworządności ma być Czeszka Vera Jourova. W przeszłości krytycznie wypowiadała się o wprowadzanych przez PiS reformach sądownictwa. – „Jesteśmy świadkami systemowego zagrożenia dla rządów prawa w Polsce. Podział na władzę sądowniczą i wykonawczą jest w Polsce zagrożony” – pisała na Twitterze w lipcu 2017 roku.

Podobnie krytycznie wypowiedziała się w wywiadzie dla czeskiej telewizji. Jourova uważa, że Polska – jako państwo nieprzestrzegające zasad praworządności – powinna dostawać mniejsze dopłaty z budżetu Unii Europejskiej. – „Pieniądze podatników z UE nie mogą pójść gdzieś, gdzie będzie tworzony dyktatorski reżim. Niezawiśli sędziowie nie mogą zależeć od polityka, który będzie decydował, który z nich ma być zwolniony” – mówiła.

Krajowa Administracja Skarbowa zatrudnia 9 duchownych, a Ministerstwo Finansów – jednego. Łączny koszt ich „posługi” w 2018 r. wyniósł 609 tys. zł (koszty uposażeń, nagród, świadczeń przysługujących funkcjonariuszom Służby Celno-Skarbowej oraz koszty delegacji).

Z danych resortu finansów, na które powołuje się Wirtualna Polska, wynika, że średnie wynagrodzenie księdza etatowo ewangelizującego w placówkach fiskusa wyniosło w 2018 r. 4 714 zł netto. Jak ustaliła wp.pl, podczas rządów PO-PSL księża nie byli zatrudniani w skarbówce.

Według informacji przekazanych posłom w kwietniu br. przez resort finansów wynagrodzenie kapelanów jest uzależnione od miejsca pracy. W Izbie Skarbowej w woj. mazowieckim ksiądz zarabia ok. 7,3 tys. zł brutto. W lubelskim „tylko” 4,8 tys. zł brutto.

Za co budżet państwa (czyli wszyscy podatnicy) im płaci? Okazuje się, że za odprawianie nabożeństw, zapewnienie duszpasterskiej opieki nad pracownikami fiskusa, współorganizowanie uroczystości patriotyczno-religijnych z udziałem pracowników KAS i funkcjonariuszy Służby Celno-Skarbowej.

Księża do pracy w skarbówce wskazywani są przez biskupa. A dzieje się tak na podstawie wprowadzonej przez PiS w listopadzie 2016 r. ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej. Wynagrodzenie księży ustalane jest na mocy rozporządzenia ministra finansów z lutego 2017 r.

Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil – mówi Artur Nowak, adwokat, pisarz, publicysta; współautor (z Małgorzatą Szewczyk-Nowak) książki o pedofilii w Kościele “Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos”; właśnie ukazała się jego książka “Duchowni o duchownych” – zapis rozmów z byłymi i obecnymi księżmi; jedna z centralnych postaci filmu braci Sekielskich “Tylko nie mów nikomu”; w tym roku ukaże się wywiad rzeka, którą przeprowadził z prof. Stanisławem Obirkiem

MICHAŁ RUSZCZYK: Od premiery filmu braci Sekielskich minęły trzy miesiące. Dziesiątki milionów ludzi zapoznało się z tym wstrząsającym materiałem, Jednak po pierwszym szoku nie nastąpiła dalsza reakcja i w tej chwili właściwie już nie ma sprawy. Co to mówi nam o polskim społeczeństwie?

ARTUR NOWAK: Widzę to inaczej. To proces. Postrzeganie kościoła zarówno przez media, jak również opinię publiczną różni się jednak znacząco od tego, z czym mieliśmy do czynienia dziesięć lat temu, rok temu i trzy miesiące temu. Myślę, że odkleiliśmy się od pewnej poprawności, która sprawiała, że dziennikarze oraz politycy byli dość powściągliwi w ukazywaniu ciemnych stron tej instytucji. To się już nie opłaca i politycy wyciągają z tego wnioski. Pamiętajmy jednak, że ukazanie patologii hierarchii kościelnej nie podziała na ludzi z dnia na dzień. Wyobraźmy sobie film w rosyjskiej telewizji, który by obnażył, kim naprawdę jest Putin, jakim jest cynikiem, który by ukazał jego fortunę zbitą na niejasnych relacjach z oligarchami. Zapewniam pana, że to nie podziałałoby w ten sposób, że Rosjanie następnego dnia zrobiliby jakiś majdan na Placu Czerwonym i zażądali głowy dyktatora. Już teraz jednak widzimy, że język Jędraszewskich, Głódziów, Gądeckich został odrzucony przez ludzi młodych.

STATYSTYKI NIE KŁAMIĄ I TO JEST DLA KOŚCIOŁA KATASTROFA. MŁODZI NIE CHCĄ CHODZIĆ NA RELIGIĘ, NIE PRAKTYKUJĄ ŻYCIA SAKRAMENTALNEGO. CHCĄ NORMALNOŚCI BEZ NARODOWO-KATOLICKICH ETOSÓW.

Dlaczego to tak długo trwa? Kościół tym językiem przecież nie mówi od wczoraj.

I na tym polega problem. Ta socjalizacja narodowo-katolicka, afirmująca cierpienia naszego narodu, poczucie zdrady, a zarazem wybraństwa, była pożywką dla naszych kompleksów, nieufności wobec obcych, powiem szerzej – inności. Kościół doskonale zagospodarował rzesze Polaków, którzy kompletnie nie odnajdują w realiach otwartych granic, wędrówek ludów, integracji europejskiej. Lekiem na frustracje okazała się więc ta postawa zamknięta, roszczeniowa. No i mamy takie myślenie, że Polska nie musi przestrzegać reguł praworządności w Unii Europejskiej, ale euro z Unii nam się należy. Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej do powiedzenia o rzekomym zepsuciu w Europie Zachodniej, o tęczowej zarazie i cywilizacji śmierci mają ludzie, którzy nie znają języków i nie czytają książek. I Kościół właśnie na ten sektor społeczny postawił. Ja mam taką teorię, bo przecież słuchacze Radia Maryja to ludzie starsi, że biskupi mają gdzieś, jakie będą skutki tego wyboru. To pokolenie, które odejdzie przecież wraz z nimi, więc oni nie mają interesu, żeby brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Ten proces równi pochyłej już trwa, spadają powołania kapłańskie, mamy dramatyczny spadek udziału w praktykach religijnych młodzieży.

POKOLENIA, KTÓRE PRZYJDĄ PO NAS, TO LUDZIE, KTÓRZY POZNAJĄ JĘZYKI, BĘDĄ PODRÓŻOWAĆ. NIE MA WIĘC POWROTU DO TAKIEJ DOMINACJI KOŚCIOŁA W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, Z KTÓRĄ MAMY DO CZYNIENIA. RZĄDY PIS-U TO JEST JAKIŚ EPIZOD W HISTORII, PO KTÓRYM PROCESY, O KTÓRYCH MÓWIĘ, SIĘ ZDYNAMIZUJĄ.

Czy według pana Kościół w Polsce coś zrobił w ostatnim okresie, by oczyścić swoje środowisko z księży pedofilów?
Nic nie zrobił, oprócz kilku ruchów pijarowych. W zasadzie mogliśmy to obserwować głównie w maju tego roku, gdy hierarchowie podziękowali Sekielskim za film i publicznie się pokajali. Ja jednak myślę, że to, co naprawdę biskupi myślą o tym filmie, pokazał następnego dnia arcybiskup Głodź, że to jest „byle co”. To jest ta, mówiąc językiem Gombrowicza, prawdziwa gęba Kościoła. Dla mnie nie jest zresztą przypadkowy atak biskupów, który przypuścili ostatnio na mniejszości seksualne. Pomijając, że wpisują się tym w strategię wyborczą Kaczyńskiego, tak naprawdę sięgnęli po starą sprawdzoną metodę. Pokazać ludziom wrogów. Kiedyś to byli Żydzi, dziś są to homoseksualiści. Tyle że trzódka, która kupuje te brednie, Kościołowi się kurczy. Perfidne jest to, że Kościół bierze na celownik słabszych. Homoseksualistów, Żydów, słowem – mniejszości. Ich łatwiej skopać. Oni nie potrafią się obronić.

PRAWDA JEST SMUTNA. KOŚCIÓŁ W POLSCE PRZESTAŁ BYĆ CHRZEŚCIJAŃSKI. A WIĘC OTWARTY, STOJĄCY PRZY SŁABSZYM, INNYM, WYKLUCZONYM. W ZASADZIE NIE ZNAM PRZYPADKU, ŻEBY JAKIŚ BISKUP POSZUKAŁ KONTAKTU Z OSOBĄ MOLESTOWANĄ W DZIECIŃSTWIE PRZEZ KSIĘDZA I OKAZAŁ POKRZYWDZONEMU WSPÓŁCZUCIE.

Oficjalny przekaz partii rządzącej głosi, że pedofilia w jednakowym stopniu dotyka wszystkich grup zawodowych, a w przypadku księży jest ich nawet mniej, niż w innych środowiskach. Jaka jest pańska opinia w tej kwestii?
Prawda jest taka, że Kościół boi się przeprowadzić jakiekolwiek badania na temat skali przemocy seksualnej w Kościele. Wie pan, to nie tylko ofiary pedofilów, ale molestowani klerycy, siostry zakonne. I to jest papierek lakmusowy, który pokazuje, jak mało poważnie Kościół traktuje kwestie związane z nadużyciami. Książ Adam Żak, który wiele dobrego zrobił, by walczyć z tymi patologiami, mówił niedawno, że nic nie wskazuje, że różnimy się od innych nacji. Badania zrobili Niemcy, Amerykanie czy Australijczycy. Ja myślę, że u nas jest gorzej, bo jesteśmy społeczeństwem sklerykalizowanym, a klerykalizacja to determinanta nadużyć. Dane z innych krajów pokazują, że 5 do 7 procent kleru było uwikłane w pedofilię. Ale pedofilii nie możemy mierzyć ilością sprawców, ale liczbą ofiar. Prowadzę trochę spraw i to jest czasem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Mówię tylko o ofiarach, które zdecydowały się ujawnić traumy z dzieciństwa. Poranionych w otoczeniu jest więcej. To rodzice tych ludzi, rodzeństwo, ich dzieci, partnerzy, partnerki. Oni niosą z tymi ludźmi ten krzyż przez dziesiątki lat. Gdyby Kościół zabiegał o zasługi w życiu doczesnym, ozłociłby tych ludzi, ale biskupi wolą zbierać kasę i budować świątynie opatrzności bożej, bursztynowe ołtarze i ścigać się, kto postawi wyższą figurę Chrystusa Króla. Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Nic.

OCZYWIŚCIE POD NACISKIEM OPINII PUBLICZNEJ KOŚCIÓŁ MARKUJE JAKIEŚ DZIAŁANIA. TAK BYŁO PO OPUBLIKOWANIU MAPY KOŚCIELNEJ PEDOFILII, PO FILMIE WOJTKA SMARZOWSKIEGO, PRZY OKAZJI SZCZYTU WATYKAŃSKIEGO W SPRAWIE PEDOFILII W LUTYM TEGO ROKU. NO, ALE POZA ZAPOWIEDZIAMI NIE MAMY ŻADNYCH REALNYCH DZIAŁAŃ.

Ksiądz Żak w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w zbiorze rozmów z ofiarami kościelnej pedofilii „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” tłumaczył mi, że nasze społeczeństwo jest niedojrzałe. Diecezje są niezależne i nie ma żadnych instrumentów, by cokolwiek od nich egzekwować. Moi przyjaciele, księża z różnych regionów Polski mówią, że w świadomości kleru diecezjalnego nie zmieniło się nic a nic. Oni ciągle widzą w pozycjonowaniu pedofilii atak na Kościół. Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil.

Oczywiście pedofilia występuje w innych środowiskach, ale mówiąc szczerze, nie poprawi mi jako pokrzywdzonemu przez księdza humoru fakt, że to zjawisko występuje również w środowisku jazzowym.

PROSZĘ ZOBACZYĆ, JAK SZYBKO DZIAŁAJĄ SZKOŁY, ORGANIZACJE SPORTOWE, GDY JEST CHOĆBY PODEJRZENIE NADUŻYCIA PRZEZ NAUCZYCIELA ALBO TRENERA. TAM PROKURATURA WCHODZI „Z BUTA”. POD KURIĘ NIE PODEJDĄ. JEST EFEKT AUREOLI. NO I NA TYM POLEGA TA RÓŻNICA.

Ostatnio głośna jest sprawa Krzysztofa Sadowskiego, jazzmana, jednego z redaktorów popularnego w latach 90. programu “Tęczowy Music Box”. Czy szum medialny wokół tej sprawy nie wpłynie na relatywne umniejszenie winy księży pedofilów?
Absolutnie nie. Generalnie uważam, że bardzo dobrze, że dziennikarze – Mariusz Zielke i Iza Michalewicz – ujawnili ten skandal. Myślę, że to nas tylko uwrażliwi. Moim zdaniem różnicowanie branżowe pedofilów to jest nasza prymitywna narracja, która wpisuje się w taką plemienność naszego narodu, żeby umniejszyć grzechy tego czy innego środowiska. Bardzo się cieszę, że każda afera pedofilska jest ujawniana. Walczymy nie z grupami zawodowymi, ale z pedofilami. Dla mnie to proste.

Po premierze „Tylko nie mów nikomu” pojawiły się deklaracje o powołaniu komisji ds. pedofilii. Co, według pana, stało się w międzyczasie, że społeczeństwo i politycy przestali interesować się tym tematem? Czy to tylko „odroczenie wyborcze” i kwestia wróci przed końcem roku, czy raczej została już zamieciona pod dywan?
Ale to, co proponuje rząd, mam na myśli ustawę, którą zapowiedział premier Morawiecki, to dokument napisany na kolanie, nieprzemyślany. Pisałem na ten temat. Pomysł powołania komisji, która by się zajmowała grupami zawodowymi, które pracują z dziećmi, nie jest zły. Podobna komisja, która badała to zjawisko, powstała w Australii. Na całym zresztą świcie pedofilię badali fachowcy (prawnicy, seksuolodzy, psycholodzy). W Niemczech, we Francji, Australii i USA zbadano akta osobowe księży na przestrzeni dziesiątek lat, uchwycono modus operandi sprawców, czynniki ryzyka itd.

KOMISJA, KTÓRĄ PROPONUJE NASZ RZĄD, TO CIAŁO POLITYCZNE, NIEMAJĄCE ŻADNYCH KOMPETENCJI, KTÓREMU ŻADNA KURIA NIE DA AKT OSOBOWYCH KSIĘDZA, WIĘC NIC SIĘ O NIM NIE DOWIEMY.

Druga kwestia to fakt, że organ ten nie będzie miał żadnych nadzwyczajnych uprawnień oprócz tych, które mają prokuratura i sądy. Po co zamiast efektywnie korzystać z instytucji, które działają, powołuje się ciało, które ma zrobić to samo, tylko w celu politycznym? Problemem jest również kwestia konstytucyjności tej komisji, bo komisja ma decydować o umieszczeniu danej osoby w rejestrze pedofilów, nawet jeżeli sprawa jest przedawniona. To są uprawnienia zastrzeżone dla wymiaru sprawiedliwości i żadna komisja nie powinna tego robić.

Potrzebna jest komisja stworzona w oparciu o modele, które znamy. To się ziści w perspektywie kilku lat. Badania pokazują, że 75 proc. Polaków uważa, że Kościół nie radzi sobie z pedofilią, a w celu wyjaśnienia sprawy należy powołać zewnętrzny organ, który dogłębnie zbada i wyjaśni sprawę.

Lewica w ostatnim okresie szczególnie głośno postuluje rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa. Czy sądzi pan, że jest to możliwe?
Sam Chrystus to postulował, bo to są dwa światy. Żadnemu Kościołowi zresztą w wymiarze duchowym, bo ja tu nie mówię o blichtrze i apanażach, alians Kościoła z państwem żadnego dobra nie przysporzył. Wręcz przeciwnie. Kościół rozpasany, bezkarny, uprzywilejowany skazany był na degrengoladę, stawał się sitwą. Druga sprawa to pretensje Kościoła związane ze sferą edukacji, te najazdy na programy szkolne, które są zwykłą indoktrynacją pod płaszczykiem rzekomej aksjologii chrześcijańskiej. To są lata zaniedbań, które doprowadziły do tego, że nie wykształciliśmy wśród młodzieży postaw obywatelskich, świadomości seksualnej i tak dalej. Jeśli Kościołowi zależy rzeczywiście na chrześcijaństwie, niech nie robi nic na siłę.

CHRZEŚCIJAŃSTWO SIĘ SAMO OBRONI. WYSTARCZY BYĆ PRZYZWOITYM.

Jesienią jest zaplanowana premiera drugiej części filmu Sekielskich. Czy pana zdaniem obraz ten może być bardziej wstrząsający od poprzedniego?
Z tego, co wiem, ten film zostanie pokazany w listopadzie po wyborach. To będzie trochę inny film, gdyż będzie pokazywał pewną historię „od A do Z”. Film będzie dotyczył konkretnej diecezji i myślę, że jest bardziej wstrząsający. To będzie fabuła pokazana oczami ofiar, zobaczymy dewastację ich życia osobistego oraz ich bliskich, bo w te tragedie są uwikłane całe rodziny. Znam trochę zarys i jestem pewien, że bracia Sekielscy będą potrafili znów pokazać to, co przeczuwamy, czego się domyślamy i dlatego znów to będzie bardzo prawdziwe.

W trzeciej części zobaczymy, jaki był poziom „niewiedzy” Jana Pawła II o skali pedofilii w Kościele. Według pana na jaką skalę papież ukrywał czyny pedofilskie w Kościele?
Mamy taką legendę, o dobrym papieżu i złych doradcach. Za czasów Jana Pawła II dochodziło w Kościele do rzeczy skandalicznych, a na najwyższe stanowiska byli awansowani zbrodniarze, o zbrodniach których papież rzekomo nic nie wiedział, gdyż miał rzekomo złych doradców. To choćby kariera kardynała Alfonsa Lopez Trujillo, przy którym karierę zrobił sosnowiecki biskup Kaszak czy kardynał Groër. Ci ludzie byli bezkarni. Różni ludzie informowali Wojtyłę o tym, kogo ma w swoim środowisku, i papież nic z tym nie robił. Nie tylko Ratzinger. Kościół w Australii chciał potępić Groëra, ale Wojtyła go chronił. Papież zapewnił też miękkie lądowanie kardynałowi Bernardowi Low z Bostonu. Takich „przypadków” było więcej. Mówi się, że w tych sprawach duże znaczenia miała antropologia Wojtyły, jego przeszłość związana z prześladowaniami duchownych przez komunistów.

Papież zaufał dworakom, prymitywnym ludziom, którymi się otaczał. To nie tylko Sodano i Dziwisz, a więc człowiek znikąd. Po śmierci papieża mówili o nim w Watykanie „wdowa”. Dobrze by było, żeby Sekielskim udało się pokazać szersze tło tego pontyfikatu. Mam wrażenie, że u nas, w Polsce, ludzie kochają papieża, ale tak naprawdę nie znają jego dorobku, który jest dość krytycznie oceniany na Zachodzie. Mam na myśli jego konserwatyzm w sprawach obyczajowych. Tą absurdalną etykę seksualną potępiającą prezerwatywy w czasach AIDS, stygmatyzowanie ludzi w kolejnych związkach, stosunek do mniejszości seksualnych. Myślę, że rok 2020, bo wtedy ma być pokazany ten film, to będzie już inna perspektywa.

PAPIEŻ FRANCISZEK ROZUMIE, ŻE UTRZYMYWANIE KATOLIKÓW W NIELUDZKICH RYZACH ZWIĄZANYCH Z INTYMNOŚCIĄ, CO BYŁO UDZIAŁEM JEGO POPRZEDNIKÓW, TO ANACHRONIZM.

Znów odwołam się do Ewangelii. Te sprawy były przez Jezusa traktowane jako peryferyjne.

Co pana zdaniem Kościół musi zrobić, żeby odzyskać zaufanie wiernych?
Kościół nie odzyska już tego zaufania, powiem więcej – to zaufanie będzie spadało. W pewnym momencie to się zatrzyma.

KOŚCIÓŁ MUSI PRZEJŚĆ DROGĘ, O KTÓREJ PISAŁ RATZINGER. STRACIĆ WPŁYWY, STAĆ SIĘ ADWOKATEM UBOGICH, WYKLUCZONYCH, WEJŚĆ W DIALOG ZE ŚWIATEM.

Życie Jezusa było tułaczką w poszukiwaniu drugiego człowieka, przekraczaniem granic. Jego pociągali grzesznicy, afirmował ich, ich kochał szczególnie. Więc Kościół musi się stać Kościołem Chrystusa. Niestety, polski Kościół to przedsoborowy bunkier, w którym słyszmy głosy rozgniewanych wiejskich proboszczów, którzy łają ludzi.

Ks. Joseph Ratzinger, przyszły papież Benedykt XVI, prognozował w 1969 roku: „Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny i będzie musiał rozpocząć na nowo, mniej więcej od początków. Nie będzie już więcej w stanie mieszkać w budynkach, które zbudował w czasach dostatku. Wraz ze zmniejszeniem się liczby swoich wiernych utraci także większą część przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo od małych grup, od ruchów i od mniejszości, które na nowo postawią Wiarę w centrum doświadczenia.

BĘDZIE KOŚCIOŁEM BARDZIEJ DUCHOWYM, KTÓRY NIE PRZYPISZE SOBIE MANDATU POLITYCZNEGO, FLIRTUJĄC RAZ Z LEWICĄ, A RAZ Z PRAWICĄ. BĘDZIE UBOGI I STANIE SIĘ KOŚCIOŁEM UBOGICH.

Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali”.

Tego Kościołowi życzę, choć fanem Ratzingera nigdy nie byłem, ale mój świat nie jest na szczęście czarno-biały.

Kaczyński i Trump, dwie góry smrodu

26 Sier

Obserwując okładki prorządowych tygodników, można było już zobaczyć tak wielką kreatywność twórców, że rzadko kiedy w rachubę wchodzi zaskoczenie. Teraz jednak Tygodnik “Sieci” braci Karnowskich, w swoim najnowszym wydaniu przesuwa granicę kreowania wizerunku Jarosława Kaczyńskiego na wydaje się najwyższy możliwy poziom.

Lider PiS zostaje bowiem porównany do Donalda Trumpa, kiedy to obaj przywódcy niczym równi sobie liderzy świata są zestawieni ze wspólnym potężnym obozem wrogich sił, które chcą ich zniszczyć. W wiele mówiącym wydaniu “Mężowie stanu pod ostrzałem!” tygodnik stara się przekonać, że obu liderów “łączy więcej niż myślicie”, ponieważ m.in. “wygrali wbrew mediom i kastom. Rozkręcili gospodarki i wzmocnili państwa”. Karnowscy postawili tutaj na radykalny patetyzm, co oddaje zapowiedź nowego wydania tygodnika:

Tygodnik prezentuje podobieństwa drogi dojścia do władzy obu polityków, którzy oparli się na frustracji znacznej części społeczeństwa, które miały poczucie braku perspektyw. Tygodnik mówi o pewnej “niepoprawności politycznej obu panów, specyficznej i rzadkiej wśród polityków – naturalności”:

Obaj dostrzegli siłę w zapomnianej, a potem otwarcie pogardzane przez liberałów „milczącej większości”. Momentem zwrotnym w kampanii Hillary Clinton było nazwanie wyborców Trumpa „godnymi pożałowania”. Polscy liberałowie do dziś nie mogą zrozumieć, skąd bierze się siła PiS i ich niemożność przebicia szklanego sufitu. Najlepiej wyraziła to promowana przez polskich celebrytów grafika szydząca z „moherowych” Polaków, biorących świadczenie 500+ i porównuje ich do kundli kierujących przed panem. Dopiero oskarżenia o klasizm (zestawiony z rasizmem), płynące ze strony przedstawiciela nowej lewicy Jana Śpiewaka, spowodowały zniknięcie tego rysunku z profilu aktorki Krystyny Jandy”.

Autor tekstu stawia śmiałą tezę, że można postawić znak równości miedzy narracjami polskiej i amerykańskiej opozycji, które opierają się w trzech hasłach na„R”: Rosja, rasizm i recesja”. Powyższe mają być oczywiście wyssanymi z palca starszakami, kiedy to mimo braku pokrycia w rzeczywistości mają zniechęcić wyborców do skutków polityki prawicy:

“Polska może się pochwalić rekordowo niskim bezrobociem i wysokim wzrostem gospodarczym. Obniżający podatki Trump również poruszył gospodarkę bardziej, niż spodziewali się tego najbardziej optymistyczni analitycy. Zwolennicy demokratów, tacy jak Bill Maher, wpływowy prowadzący polityczno-satyryczny show na HBO, mówią wprost, że życzą Ameryce recesji gospodarczej, byleby przepędzić Trumpa z Białego Domu. Polska opozycja chętnie straszy kryzysem gospodarczym spowodowanym przez socjalną politykę PiS (sama obiecując jeszcze większe transfery finansowe w tym obszarze). U nas podobną rzecz do Mahera ogłosił przecież doradca Ryszarda Petru i potem Roberta Biedronia – Jakub Bierzyński”.

Problem tygodnika “Sieci” polega na tym, że stawianie znaku równości między Trumpem a Kaczyńskim jest daleko idącym skokiem w logice, a w wielu punktach dla samego prezesa mało korzystnym. Donald Trump nie jest bowiem wbrew narracji prorządowych mediów “naturalny”, ale wulgarny i infantylny. Ciężko bowiem zliczyć ilość obelg, jaką wylał prezydent USA na swoim koncie na Twitterze. Politykowi bliżej bowiem do Krystyny Pawłowicz niż do prezesa w tym względzie. Jarosław Kaczyński nie boi się używać języka pogardy, ale tutaj każdy atak ma swój konkretny cel, a metody używane przez lidera PiS są bardziej dyskretne od Trumpa. Wyborcy PiS nie widzą bowiem choćby w agresywnych atakach na mniejszości przejawów mowy nienawiści. Wyzywającego przeciwników od idiotów Trumpa ciężko tak określić. Także teza tygodnika, że źródła władzy obu polityków są tożsame jest błędna. Obaj używali podobnych narzędzi, ale z różnym skutkiem.

Nie jest bowiem w USA tajemnicą, że Donald Trump nie poszerzył elektoratu partii republikańskiej wbrew swoim buńczucznym deklaracjom (liczba głosów na niego oddana nie jest wyższa niż republikańskich przeciwników Obamy), a jego zwycięstwo stało się możliwe nie dzięki mobilizacji własnego elektoratu, ale demobilizacji demokratów i systemu politycznego, który dał Biały Dom człowiekowi, który zebrał mniej głosów od konkurentki.

W kwestii polityki państwowej porównanie Kaczyńskiego i Trumpa zaś zupełnie nie ma racji bytu. Donald Trump może sobie przypisywać wzmocnienie gospodarki, ponieważ obniżył jeden z najwyższych na świecie amerykański CIT, co zachęciło wiele korporacji do sprowadzenia swoich zamorskich aktywów z powrotem do USA – w Ameryce trzeba bowiem opłacić również podatek będący różnicą stawek CIT pomiędzy krajami, przez co sprowadzanie zysków było wcześniej dla korporacji zwyczajnie nieopłacalne. Jednak na jego reformie podatkowej nie zyskali najbiedniejsi, których zysk wynika tutaj głośnie z poprawy ogólnej koniunktury, która jednak została wtórnie osłabiona rozpoczętą wojną handlową. Warto również pamiętać, że odbyło się to za cenę rekordowego wręcz tempa zadłużania USA. W przeciwieństwie do PiS Trump potrafi jednak uzyskać ustępstwa na arenie międzynarodowej. Polityk zmusił do takich choćby Koreę Południową, w początkowej fazie konfliktu z Chinami te także były gotowe iść na korzystne dla Ameryki ustępstwa. Także w kategoriach geopolitycznych, choć Trump wywołał wielki chaos kłócąc się z sojusznikami i wypowiadając porozumienie z Iranem i pakt klimatyczny, to jednak jego ostry kurs wobec Chin wielu postrzega jako konieczność dla zachowania amerykańskiej dominacji. Mamy zatem obraz, który nie jest zupełnie czarno-biały.

W przypadku PiS ciężko się zaś dopatrywać się podobnych odcieni szarości. Rządzący nie przeprowadzili bowiem żadnej istotnej obniżki podatków, a wręcz przeciwnie wprowadzili kilkadziesiąt podwyżek, które wydrenowały z naszych kieszeni dziesiątki miliardów złotych na świadczenia “plus”. Nasz wzrost gospodarczy nie jest bowiem zasługa naszej mądrej polityki gospodarczej, ponieważ takiej nie mamy, kiedy to rosną lawinowo wydatki prokonsumpcyjne, to strukturalne reformy państwa nie są podejmowane. Także oceniając obu polityków trzeba brać pod uwagę, że USA mogą sobie pozwolić na granie z pozycji siły jako pierwsza gospodarka świata, która ma niewielkie uzależnienie od eksportu. Polska, kraj uzależniony od handlu zagranicznego jak tlenu, bez wyrobionej podmiotowości międzynarodowej i skutecznych elit, nie może pozwalać sobie na podobna grę, czego prorządowy tygodnik staje się nie umieć dostrzec.

W jednym Sieci zdają się mieć rację. Taktyka opozycji tak w Polsce jak i za Oceanem wciąż jest w martwym punkcie, stąd Trump jak i Kaczyński mają szansę na kontynuowanie swojego politycznego bytu nie z powodu swojego teoretycznego “męstwa stanu”, ale zwyczajnej słabości swoich oponentów.

„Czytamy Konstytucję” – pod takim hasłem w serwisie YouTube powstał kanał, w którym tę najważniejszą w Polsce ustawę czytają ci, dla których jej treści nie są pustym dźwiękiem.

„Celem projektu jest promocja Konstytucji RP jako najważniejszego dokumentu prawnego w Polsce regularnie łamanego przez kastę rządzącą” – powiedział „GW” koordynator projektu Sławomir Majdański.

W projekcie zgodziło się wziąć udział wiele osób, reprezentujących różne środowiska. Konstytucję czytają m.in. prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski, sędziowie: prof. Ewa Łętowska, prof. Marek Safjan, prof. Wojciech Sadurski, Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, aktorzy: Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Jerzy Radziwiłowicz, prezydenci miast, opozycjoniści z czasów PRL, ks. Wojciech Lemański.

Sądząc po pierwszych reakcjach prawej strony mediów społecznościowych, czytanie Konstytucji to prawie herezja. Nie sposób cytować obrzydliwych wpisów, komentujących ten projekt.

Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

No i się wyjaśniło. Kuchciński dlatego latał do domu w procedurze HEAD, bo nie łamał prawa. Beata Szydło latała do domu po to, żeby konsultować z sąsiadami swoje projekty, które Kaczyński kazał jej wdrożyć bez względu na opinie Polaków. Marszałek Karczewski jest w tej sprawie w porządku, bo nie pamięta, żeby gdzieś latał bezprawnie. Premiera Morawieckiego afera nie dotyczy, bo prywatne loty HEAD przepisał na żonę.  Czyli tej sprawy już nie ma. Ale jest następna, niesłusznie porównywana z aferą Watergate.

W amerykańskiej Watergate, która zakończyła się klęską partii rządzącej i dymisją prezydenta, chodziło o nielegalne zabiegi w celu zdyskredytowania przeciwników politycznych. Natomiast polska Ziobrogate, gdzie jeszcze bardziej chodziło o dyskredytowanie przeciwników politycznych przez funkcjonariuszy państwa, zupełnie nie dotyczy prezydenta, a również dla premiera jest już sprawą zamkniętą, chociaż o tyle ciekawą, że poprosił ministra-prokuratora o wyjaśnienie mu w wolnej chwili, o co w tym wszystkim chodzi. Polska Ziobrogate kończy się dymisją wiceministra (który lada dzień otrzyma zapewne równie intratna posadę) i przesunięciem na inne stołki kilku funkcjonariuszy, uprzednio delegowanych do demolowania państwa prawa. Natomiast partia rządząca pozostała w Polsce u władzy i tylko ubyło jej kilka punktów, które postara się odzyskać do wyborów. Jak to zrobi?

Finezyjnych pomysłów nie należy się spodziewać.  Myślę, że po prostu powtórzą manewr pozyskiwania dodatkowych głosów rzucając wyborcom kolejne kłamstwa i kolejne pieniądze. Walczący o mandaty prominenci PiS będą się chwalić na spotkaniach oszałamiającymi sukcesami polskiej gospodarki, która na tle innych krajów… itd. Pan premier częściej będzie bredzić o doganianiu rozwiniętych państw zachodnich i łgać o rewelacyjnych wskaźnikach ekonomicznych, licząc -poniekąd słusznie – że ludziom nie zechce się sprawdzać, jak jest naprawdę. A to jest równie groźne i równie godne zdecydowanych przeciwdziałań jak punktowanie rządzących za kolejne przejawy nielegalnego politycznego chamstwa. Bo budowanie fałszywego obrazu gospodarki i rozdawnictwo pieniędzy bez względu na możliwości budżetu realnie grozi scenariuszem greckim, a połączenie tych działań z samowolą i bezprawiem na kilometr pachnie Białorusią.

Kampania wyborcza nie jest najlepszą porą, by uświadamiać Polakom, że rozmaite PiS-owskie „plusy” ściągają nad naszą gospodarkę burzowe chmury. Ale to dobry moment, by ogłosić, że projekt 500 plus, którego celem jest wyłącznie zwiększenie dzietności (i dlatego obejmuje także najbogatszych), przyniósł w efekcie ZMNIEJSZENIE liczby urodzin. Warto też pytać, czy jest przypadkiem, że od chwili uruchomienia projektu 500+ , który kosztuje więcej niż wszystkie budżetowe wydatki na szkolnictwo wyższe, spożycie alkoholu w Polsce wzrosło o jeden litr czystego spirytusu na statystyczną wątrobę? Wypada również zawiadomić rodaków, że – jak wynika z ostatniego „rachunku dla państwa”, sporządzanego przez Forum Odpowiedzialnego Rozwoju – każdy obywatel dopłaca do programu 500+ aż 619 zł, a statystyczna 4-osobowa rodzina na czysto otrzymuje tylko niecałe 300 zł.

Rozdający 500+ mogą za tę kwotę kupić nie tylko mandaty poselskie, ale również akceptację dla prawie już niekontrolowanej władzy licznych Misiewiczów, Piebiaków, Ziobrów i samego Prezesa nad prezesy. Obdarowani natomiast mogą za 500 zł kupić coraz mniej. W Polsce gwałtownie rośnie inflacja. GUS poinformował, że w lipcu wzrost cen w ujęciu rocznym sięgnął 2,9%. Według opinii analityków Instytutu Biznesu w kilku najbliższych kwartałach ten trend będzie się pogłębiał i niezbędne jest podjęcie działań przez władze NBP oraz Radę Polityki Pieniężnej – o ile te instytucje w ogóle zauważą bliskie zagrożenie. Od lipca 2018 roku ceny żywności wzrosły o 6,8% . W lipcu 2019 rekordowo urosły ceny warzyw – aż o 32,4%. O 28,4% podrożał cukier, o ponad 12% wieprzowina, o prawie 10% pieczywo. Rosną też ceny usług – choćby wywozu śmieci, który podrożał o jedną czwartą. GUS podał także dane o wzroście PKB za II kwartał 2019 r., które wskazują na widoczne spowolnienie w gospodarce.  Nawet dozgonni wielbiciele premiera muszą przyznać, że jego opowieści o polskim cudzie gospodarczym są w najlepszym przypadku mocno przeterminowane.

Szczególny niepokój budzi galopujące zadłużenie kraju.  Na początku tego roku dług publiczny przekroczył bilion zł. Odtąd każdego dnia zadłużamy się o kolejne 200 milionów. Statystyczny Polak ma dzisiaj do spłacenia 28 tysięcy zł. A to tylko ten oficjalny dług. GUS po raz pierwszy przekazał oficjalne szacunki ukrytego zadłużenia Polski, które z tytułu zobowiązania państwa polskiego do wypłaty emerytur sięga astronomicznej kwoty 5 bilionów złotych. To mniej więcej wartość PKB, którą za bezdurno musielibyśmy wypracować od dzisiaj aż do marca 2022 roku.

Rosnącemu długowi publicznemu towarzyszą coraz liczniejsze prywatne długi Polaków. Wartość kredytów na konsumpcję przekroczyła właśnie 200 mld zł. To jeszcze nie dramat, ale niepokojące jest, że rodacy zadłużają się szybciej, niż rośnie nasza gospodarka. Co będzie, gdy z okresu prosperity wejdziemy w recesję – a przecież wejdziemy na pewno?  Biegli w psychologii biznesu twierdzą, że apetyty na kredyt pobudzane są dochodami uzyskanymi bez większego wysiłku, na które nie ma się wpływu i które maja luźny związek z pracą. Gdy przychodzi kryzys i gospodarka się przegrzewa, wtedy rosną stopy procentowe, a wraz z nimi raty kredytu. Równocześnie pogarsza się sytuacja na rynku pracy, firmy zmniejszają zatrudnienie lub pozbywają się lepiej zarabiających, by w ich miejsce przyjąć nowych, którzy godzą się na niższe uposażenie. Zaczyna się życiowy dramat dłużnika i poręczających, często przepadek majątku stanowiącego zastaw kredytu, potem procesy sądowe, komornik, czasem upadłość konsumencka lub bankructwo firmy…

Brakuje pieniędzy na reanimację służby zdrowia, na usuwanie szkód w zdemolowanym systemie oświaty, na walkę ze smogiem i na setki innych naprawdę ważnych przedsięwzięć. A równocześnie nad naszymi głowami fruwają bezpańskie miliardy topione w projektach z góry nierealnych lub tylko niemożliwych do realizacji przez obecną ekipę pełną wysoko opłacanych nieudaczników. Takich projektów, jak choćby tanie domy na wynajem. Do końca 2019 premier obiecał zbudowanie 100 tysięcy mieszkań. Po 8 miesiącach nie zbudowano nawet tysiąca. I nie ma się co dziwić, bo ten projekt, jak wiele innych, jest dla PiS po prostu zbyt skomplikowany. Mianowańcom Kaczyńskiego dobrze wychodzi jedynie proste rozdawanie pieniędzy – oczywiście po zainkasowaniu sowitej prowizji dla siebie i dla swoich.

Trzeba o tym mówić co najmniej tak często, jak o odlotach PiS-owskiej elity i aberracjach mściwych zauszników ministra Ziobry, odgrywających się za ostracyzm środowiska. Trzeba mówić o zagrożeniach, które potrafią przewrócić państwo, albo skazać nas w Europie na wieloletni czyściec. Trzeba o tym głośno mówić. Albo wręcz krzyczeć.

Tusk: Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi

3 Maj

„Proszę pani, Podlasie, Lubelszczyzna, Białystok, Elbląg oraz cała wschodnia Polska NIE SĄ „CZĘŚCIĄ” Rosji ani Białorusi… Jakie szkoły pani kończyła…? Proszę opanować swą POGARDĘ dla Polski. PIS szanuje WSZYSTKICH Polaków, którzy GŁOSUJĄ NA PIS” [pisownia oryg. – przyp. red.] – to odpowiedź Krystyny Pawłowicz na wpis posłanki PO Joanny Muchy. Cóż, czyli tych, którzy na tę partię nie głosują, PiS nie szanuje. Można też powiedzieć, że po części to powielenie niedawnych słów prezesa PiS, który niepełnosprawnej kobiecie powiedział: „Proszę nas popierać, a nie przeszkadzać”!

Co takiego napisała Mucha, że wywołała taką reakcję Pawłowicz? – „Polska sercem Europy” … Wschodniej. Czyli tej części, gdzie leży europejska cześć Rosji i Białoruś. Pamiętajcie o tym, kiedy po raz kolejny zobaczycie hasło wyborcze PiSu” – brzmiał wpis posłanki PO. W dyskusję na Twitterze włączyła się inna posłanka PO Krystyna Skowrońska. – „Wam ku­ry szczać pro­wadzić, a nie po­litykę robić” jak mawiał klasyk” – napisała do Pawłowicz.

Wpis posłanki PiS komentowali też internauci: – „A co z tymi, którzy nie głosują na PiS? Ich nie szanujecie, nie są – według waszej pisowskiej oceny – prawdziwymi obywatelami RP? To, co Pani pisze to zwykła segregacja i dyskryminacja ze względu na poglądy polityczne”;

 „To taki nagły przypływ szczerości?”; – „Krysiu, wiem, że majówka i tak dalej, ale może wypadałoby jednak rozumu całkiem nie wyłączać, żebyś przynajmniej umiała czytać ze zrozumieniem? Dzięki za potwierdzenie, że razem z Jarkiem macie w dupie Polaków, którzy głosują na inne partie”; – „Przecież Pani w każdym kolejnym wpisie osiąga kolejne galaktyki śmieszności i żenady”.

„Pan Paweł na pewno cieszy się z tego trofeum najbardziej, jest dumny z tej drużyny. Myślę, że cały Gdańsk jest dumny z Lechii, a świętej pamięci Paweł Adamowicz to historia Lechii i Gdańska. Dlatego chciałbym zadedykować mu to zwycięstwo” – powiedział trener Lechii Gdańsk Piotr Stokowiec po zdobyciu przez jego drużynę Pucharu Polski. Gdański zespół pokonał Jagiellonię Białystok 1:0.

Mecz odbył się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Na trybunach nie zabrakło także jednego z bardziej zagorzałych kibiców Lechii Gdańsk Donalda Tuska. – „W wolnym mieście Gdańsku, gdzie korona w herbie jest, mamy swą drużynę, która zwie się BKS!” – napisał na Twitterze przewodniczący Rady Europejskiej, przypominając starą kibicowską przyśpiewkę.

Z sukcesu cieszyła się także prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. – Mamy to!!! Po 36 latach Puchar Polski powrócił do Gdańska! Biało-zielone to barwy niezwyciężone!” – napisała na Facebooku.

I jakoś dziwnym trafem nie skomentował wyniku zazwyczaj deklarujący przywiązanie do zespołu Lechii prezes TVP Jacek Kurski…

W myśl „rewolucyjnej” definicji prezesa PiS, jak kasa się zgadza, to Europejczykiem można czuć się wszędzie. Nawet na Białorusi.

Z tzw. okrągłego stołu w oświacie na razie wyszła kwadratura koła, więc za nauczanie narodu zabrał się – osobiście – prezes PiS-u. Otwartych lekcji prezes udziela w ramach kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, toteż ich wiodącym, choć nie jedynym tematem jest Unia Europejska. Ostatnio nauczał, co to takiego „europejskość”, co wyłożył – jak to wszyscy utalentowani pedagodzy mają w zwyczaju – tak jasno, że już prościej nie można.

I teraz każde dziecko wie, że europejskość, do której pod kierownictwem partii aktualnie rządzącej aspirujemy, to „materialny poziom życia”. Czyli – im kto bogatszy, tym bardziej jest „europejski”!

Natomiast partią najbardziej proeuropejską ze wszystkich jest PiS właśnie. Bo któż, jak nie partia pana prezesa w błyskawicznym tempie zeuropeizował różne tam, kiepsko zarabiające rusycystki, marnie uposażonych asystentów aptekarza i skromne absolwentki marketingu po kursach wieczorowych? Teraz zaś partia władzy nie ustaje w wysiłkach, by podnieść na europejski poziom swoich czołowych polityków, którym opozycja nieustannie zarzuca prowincjonalność, brak manier, a nawet zwykłe chamstwo i pospolite prostactwo. To się zmieni, jak tylko „dream team” pana prezesa zasiądzie w Parlamencie Europejskim.

Złośliwi twierdzą wprawdzie, że nie tyle Europa zeuropeizuje delegatów z PiS, co oni „spisią” Europę, ale to – oczywiście – kolejne wierutne kłamstwo opozycji. Przecież dostaną europejskie pensje, a – jak pamiętamy – poziom europeizacji wyznacza grubość portfela.

Prosty przykład – pani minister Zalewska, jak już dostanie upragniony mandat europoselski oraz pensję w wysokości co najmniej dwóch „idei”, to nic a nic nie zmieniając w stylu swoich wypowiedzi, kroju garsonek i kolorze szminki, natychmiast stanie się wielokrotnie bardziej europejska niż nauczyciel. W przeliczeniu na nową walutę PiS, wprowadzoną w obieg medialny przez marszałka Karczewskiego, europejskość belfra, zarabiającego jedną piątą jednej „idei” (jej przybliżona wartość to 20000 zł) – choćby wykuł na blachę całą zawartość Wikipedii i nauczył francuskiego – i tak wypadnie poniżej statystycznej polskiej średniej.

Partia aktualnie rządząca od pierwszego dnia u władzy czyni też, co tylko może, by zeuropeizować nie tylko swoich zwolenników, ale w ogóle wszystkich rodaków, już to za sprawą Pięćset Plusa, już Piątki Kaczyńskiego i – wbrew czarnej propagandzie opozycji – wychodzi w tej dziedzinie na autentycznego lidera. W tej sytuacji zapewnienia pana prezesa, że europejskość to polska racja stanu i że pod jego światłym przywództwem będzie jej (europejskości, znaczy) u nas coraz więcej, wydaje się prawdziwa i z głębi serca płynąca. Bo kasy w portfelach Polaków rzeczywiście przybywa.

Jest tylko jeden drobny kłopot. Z nowatorskiej interpretacji europejskości w wykonaniu pana prezesa wynika, że jak tak spojrzeć na światowe statystyki PKB, to mieszkańcy Kataru oraz Singapuru są zdecydowanie bardziej europejscy od takich na przykład Francuzów. Amerykanie od Niemców. Kanadyjczycy i Australijczycy od Włochów. Koreańczycy od Czechów. Saudyjczycy od Greków.  Natomiast mieszkańcy Trynidadu i Tobago od… Polaków.

Duża się nam nagle zrobiła ta Europa, dzięki prezesowi PiS-u. By nie powiedzieć – globalna. A przy okazji – w ramach programu wymiany elit – upadł też monopol uprzywilejowanej dotąd kasty Europejczyków na europejskość. Nie będzie już ona (europejskość, znaczy) wyłącznym przywilejem elit. Pan prezes zapowiedział bowiem dalsze transfery europejskości do klas dotąd poszkodowanych w dostępie do niej, połączone z programem redystrybucji prestiżu.

Już nie trzeba – jak Rosja – odwracać się od Paryża i Londynu w przekonaniu, że „europejskość” to coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. W „naszej” Europie kupić można wszystko, a czego nie można, to się po prostu nie liczy. Jest gorszego sortu i nie warto do tego aspirować. Więc koniec z kompleksami.  A jak ktoś uważa inaczej, to jego problem.

Nam do europejskości wystarczą pełne kieszenie, równe drogi, nowoczesne kabiny prysznicowe i nowe muzea, natomiast styl jazdy, nawyki higieniczne i upodobania artystyczne mogą zostać, jakie były. Trudne do przyjęcia zwyczaje i zasady, przekonania i sposób myślenia oraz styl sposób bycia w pełni rekompensuje nam pełny portfel. Furda demokracja. Furda oświeceniowe tradycje. Furda „wolność, równość i braterstwo”. Chrześcijaństwo i inne wartości to bajki dla naiwnych. Ba – przyzwoitość i honor też można sobie, ostatecznie, odpuścić. Bo być Europejczykiem znaczy teraz mieć.

W tej sytuacji nie trzeba już nawet dłużej pozostawać pod brukselskim uciskiem, żeby nasza europejskość rosła w siłę. Nie, żeby jakiś Polexit, czy coś. Nie ma co dramatyzować. Sami tu sobie zrobimy nad Wisłą Europę na miarę naszych możliwości. W końcu w myśl „rewolucyjnej” definicji pana prezesa, jak kasa się zgadza, to Europejczykiem można czuć się wszędzie. Nawet na Białorusi.

Tusk: Rację mają ci, którzy mówią że jako szef RE nie powinienem angażować się w kampanię na rzecz wybranej partii. Ale moim prawem i obowiązkiem jest wspierać Europejczyków w każdym kraju

– Chciałbym przeciąć wszelkie spekulacje. Rację mają ci, którzy mówią że jako szef RE nie powinienem angażować się w kampanię na rzecz wybranej partii, gdyż nie jest to rola mojego urzędu. Ale moim prawem i obowiązkiem jako przewodniczącego RE jest wspierać Europejczyków w każdym kraju UE. Wszystkich tych, którzy uparli się, czasami wbrew trudnym okolicznościowym, aby ludzi łączyć, a nie dzielić – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim.

Tusk wspomina Modzelewskiego: Pozwolicie drodzy państwo także, że chociaż na chwilę, na krótką chwilę wspomnę człowieka, którego od lat podziwiałem, miałem zaszczyt znać, profesora Modzelewskiego. Proszę o chwilę ciszy

– Pozwolicie drodzy państwo także, że chociaż na chwilę, na krótką chwilę wspomnę wykładowcę też tej uczelni, człowieka, którego od lat podziwiałem, miałem zaszczyt znać, profesora Karola Modzelewskiego. Proszę o chwilę ciszy – mówił Donald Tusk.

Uczestniczy wydarzenia uczcili Karola Modzelewskiego minutą ciszy.

Tusk: Konstytucja nie jest świętością ani dogmatem. Wszak można każdą Konstytucję zmieniać i poprawiać. Jeśli coś jest święte, to święty jest obowiązek jest przestrzegania przez wszystkich obywateli, a zwłaszcza przed władze

– Trzeba uświadomić wszystkim, którzy używają tego epitetu [targowica], jaka jest jego istota. Targowica to synonim zdrady i kłamstwa. To wówczas, po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, pod hasłami dumy i niepodległości, de facto przywrócono w Polsce chaos, zniewolenie chłopów, podległość Rosji, a w konsekwencji wojnę, zamęt i upadek polskiego państwa – stwierdził Donald Tusk.

– Istotą targowickiej zdrady było obalenie Konstytucji. Konstytucja nie jest świętością ani dogmatem. Wszak można każdą Konstytucję zmieniać i poprawiać. Jeśli coś jest święte, to święty jest obowiązek jest przestrzegania przez wszystkich obywateli, a zwłaszcza przed władze – dodał PDT. Jak podkreślił, „gwałt na Konstytucji podważa najbardziej podstawowy fundament wspólnoty”.

Tusk: Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi

– Uczestniczyłem dzisiaj w południe razem z Prezydentem RP w uroczystościach trzeciomajowych. I w głowie miałem tylko jedną myśl. Tej myśli towarzyszyła zarówno taka emocja historyczna, jak świadomość tego co dzisiaj dzieje się w Polsce. Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi – mówił Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim.

Tusk: Dzisiaj jest takie modne hasło, że „Polska jest sercem Europy”. Ja bym bardzo przestrzegał przed takimi anatomicznymi porównaniami. Szwecja, jak patrzę na mapę to będzie głową, ale sojusznik autorów tego hasła – Orban może się poczuć lekko skrępowany

– Dzisiaj jest takie modne hasło, że „Polska jest sercem Europy”. Ja bym bardzo przestrzegał przed takimi pozornie atrakcyjnymi często anatomicznymi porównaniami. Okej, Szwecja jeszcze może się ucieszyć, bo jak patrzę na mapę to będzie głową, ale sojusznik autorów tego hasła Viktor Orban może się poczuć lekko skrępowany – mówił Tusk.

Tusk o propozycji wpisania obecności Polski w UE do Konstytucji: Tyle warta będzie ta deklaracja, na ile będzie równa determinacji w przestrzeganiu Konstytucji

– Usłyszałem dzisiaj [od prezydenta Dudy] o potrzebie wpisania naszej obecności w UE do polskiej Konstytucji. Chcę i powinienem przyjąć tę deklaracje z jak najlepszą wiarą. Tyle warta będzie ta deklaracja, na tyle wzmocniłaby rzeczywiście nasza obecność w UE, na ile będzie równa determinacji w przestrzeganiu Konstytucji. Po co poprawiać Konstytucję, jeżeli nie jest się w stanie przestrzegać jej fundamentalnych przepisów. Musimy odzyskać wzajemne zaufanie, kiedy rozmawiamy o najważniejszych aktach, przepisach, faktach ustrojowych, musimy na nowo uwierzyć, że słowa wypowiadane przez przedstawicieli władzy znaczącą coś dłużej niż 1 czy 3 tygodnie przed wyborami. To nie będzie łatwe, ale my musimy podbudować siebie w swojej wierze i dawać kredyt zaufania. Nawet jeżeli przychodzi nam to z coraz większą trudnością – stwierdził Donald Tusk.

Tusk: W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił. Ktoś może wygrać wybory, pokonać przeciwnika, ale będziemy dalej żyli w jednym kraju

– Konkurencja w polityce jest czymś zrozumiałym. Chciałbym, aby to przesłanie wybrzmiało naprawdę tak serio, żebyście szczególnie wy je wysłuchali. W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił. Ktoś może wygrać wybory, pokonać przeciwnika 26 maja, w październiku czy listopadzie tego roku, ale będziemy dalej żyli w jednym kraju. Polityka to nie jest mecz – stwierdził Tusk.

– Ktokolwiek będzie wygrywał wybory, nie może powiedzieć „wygrałem wybory, Polska jest moja, nie wasza” – dodał.

Tusk: Polityka jest konkurencją, ale nie może być walką na śmierć i życie

– Polityka jest konkurencją, ale nie może być walką na śmierć i życie – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim. – Jeżeli nie znajdziemy sposobu na ograniczenie agresji w Polsce, to się może skończyć taką konfrontacją, jak w ” Grze o tron” z Królem Nocy – dodał.

Tusk: Jeśli nie przerwiemy tej spirali, to przegramy podobnie jak przegraliśmy wówczas, kiedy ustanawialiśmy raptem na kilka miesięcy Konstytucję 3 maja

– Jeśli nie przerwiemy tej spirali, to przegramy podobnie jak przegraliśmy wówczas, kiedy ustanawialiśmy raptem na kilka miesięcy Konstytucję 3 maja. Pamiętajmy o tamtej lekcji. Ktoś kiedyś powiedział i ta teza funkcjonuje dość powszechnie, że Konstytucja 3 maja była receptą dla pacjenta, który już wcześniej de facto zmarł. Dzisiaj Polska jest w nieporównywalnie lepsze sytuacji – mówił Donald Tusk.

Tusk: 50 tys. ludzi w Polsce umiera z powodu smogu, właściwie bezpośrednio

– 50 tys. ludzi w Polsce [rocznie] umiera z powodu smogu, właściwie bezpośrednio. Miasto wielkości Sieradza znika co roku – stwierdził Tusk.

– Nie uratujemy naszych dzieci i wnuków, jeśli nie zrozumiemy, że to wyzwanie oznacza współpracę wszystkich bez wyjątku – mówił dalej. – Bez pełnej i harmonijnej współpracy sobie z tym nie poradzimy – dodał.

Tusk: Nie dajcie sobie wmówić, że mamy myśleć w sposób jednakowy, że mamy nie przeszkadzać i popierać

– Bądźcie odważni w stawianiu pytań. Nie dajcie sobie wmówić, do tego też nam są potrzebne Konstytucje, że mamy myśleć w sposób jednakowy, że mamy nie przeszkadzać i popierać – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim. – Mamy przeszkadzać i nie popierać – dodał PDT.

Tusk: Kiedy jeden z polityków obozu rządzącego porównał nauczycieli do Wehrmachtu, tak zrobiło mi się cieplej koło serca i pomyślałem: wraca stare. Nie jesteście sami drodzy nauczyciele

– Jest kwestia oświaty, wykształcenia i zdrowia. Ja nie jestem w stanie nawet zrozumieć tego, co w ostatnich kilku tygodniach stało się w Polsce. Chociaż w jakimś sensie powinienem to zrozumieć, szczególnie wtedy, kiedy jeden z polityków obozu rządzącego porównał nauczycieli do Wehrmachtu, tak zrobiło mi się cieplej koło serca i pomyślałem: wraca stare. Nie jesteście sami drodzy nauczyciele – mówił Donald Tusk.

Tusk: To jest niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu, finansować imperialne pomysły Putina i truć tym rosyjskim węglem polskie dzieci

– Dzisiaj sobie uświadomiłem, że to jest niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu, finansować imperialne pomysły prezydenta Putina, które zagrażają naszemu najbliższemu sąsiadowi i przyjacielowi – Ukrainie i dodawać mu 3,5 mld złotych rocznie za ten węgiel z okupowanej części Ukrainy i truć tym rosyjskim węglem polskie dzieci – mówił Donald Tusk na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego.

– Nie chcę, żeby to wyglądało na marudzenie gościa po 60-tce, który zjadł wszystkie rozumy. Ale mam to unikatowe doświadczenie, dzięki fajnym zbiegom okoliczności jeszcze z czasów pierwszej Solidarności – mówi Tusk dodaje, że zwraca się do 22-latka, z którym własnie rozmawiał. – Naprawdę jest tak, że rzeczy niemożliwe stają się możliwe, jeśli włoży się w to trochę wiary, trochę energii i znajdzie się trochę ludzi, którzy podobnie myślą, Nie trzeba używać przemocy, żeby pokonać zło – mów. Wspomina, że Solidarność pokazała, ze można zmienić system i pokonać „monstrum, które wydawało się nie do obalenia” i że Solidarność walczyła bez przemocy.

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>

Pisowscy dziennikarze biadolą, a policjanci coraz bardziej odważni

6 Sty

W plebiscycie na słowo roku 2018 wygrała „Konstytucja”. Ja stawiałam na „serce”. A na drugim miejscu na „żarówkę”. Tym bardziej, że za sprawą przedstawicieli partii aktualnie rządzącej, serce z żarówką nieoczekiwanie wpisały się nam w kontekst europejski.

Bo tak: pan premier Morawiecki, w ramach kampanii przed wyborami do PE, dokonał analizy europejskiej anatomii pod kątem etnicznym i wyszło mu, że Polska to Serce Unii. I to by się zgadzało. Bo Zachód od stuleci utożsamiany jest z Rozumem.

Serce jest też symbolem miłości, która owładnęła partią aktualnie rządzącą. To niespodziewane uczucie spadło na formację władzy akurat tuż przed wyborami. No, ale z miłością tak właśnie bywa, że kto się czubi, ten się lubi.

Gwałtowność uczucia ku Unii może też, po trosze, wynikać ze specyfiki naszego Serca, bo funkcjonuje ono nieco na przekór oficjalnej wiedzy medycznej. Mamy je – otóż – po prawej stronie, bowiem trudno, żeby cokolwiek pod rządami aktualnej władzy mogło się kojarzyć z lewactwem. Nawet anatomia. No, a poza tym – jak to poetycko ujął pan premier – nasze polskie Serce jest Bijące.

To bicie wynika nie tylko z fizjologii, ale też z naszej wielowiekowej tradycji prymatu emocji nad chłodną wyrachowaną kalkulacją. Bije, znaczy kocha, jak mawia nasze staropolskie przysłowie.

Bicie, które Zachód stara się wyrugować z naszych rodzinnych europejskich relacji, uchwalając kolejne ustawy i konwencje antyprzemocowe, my tu u nas uważamy za wyraz silnych więzów emocjonalnych i uczuciowej pasji. A też uchodzi ono za najlepszą metodę socjalizacji jednostek antysystemowych oraz wychowania młodszych pokoleń w poszanowaniu autorytetów i tradycji. O zbawiennym wpływie „klapsa” na trening karności jest silnie przekonana – jak dowodzą sondaże – zdecydowana większość naszego społeczeństwa.

W edukacyjne walory lania wyraźnie wierzy też wielu członków aktualnego rządu, na czele z jego panią rzecznik, która publicznie wyrażała zrozumienie dla gromady młodzieńców, którzy skopali członka KOD-u. Podobną wyrozumiałość demonstruje opinia publiczna skupiona wokół obozu władzy, która gremialnie poparła – na przykład – akt spoliczkowania działaczki Obywateli RP przez inną panią z przeciwnej politycznej opcji. Niezbyt surowo podchodzą do bicia (żon, dzieci, opozycjonistów, zwierząt, obcokrajowców) również prokuratorzy i niektórzy sędziowie. Jak widać miłość niejedno ma imię…

Porządne lanie od czasu do czasu, jest też zgodne z polską interpretacją etyki chrześcijańskiej, wedle której „Duch Święty rózeczką dziateczki bić każe”. I te właśnie słuszne zasady zamierzamy – kierowani głęboką miłością do naszej międzynarodowej europejskiej Rodziny – wnieść do Unii w ramach jej rechrystianizacji. Jak się niektórym na Zachodzie dobrze przyłoży, to od razu im się w głowach lepiej ułoży. I dadzą sobie spokój z tym swoim idiotycznym racjonalizmem oraz – generalnie – oświeceniem.

My tu od pokoleń wiemy, że życie na widoku, w pełnym świetle, szkodzi spójności Rodziny, która ma przecież różne swoje ciemne strony i mroczne tajemnice. A i wiara też najpiękniej rozkwitała w mrokach średniowiecza. Tymczasem nadmiar światła szkodzi na oczy, skórę, moralność i jedność Europy. Weźmy taki Brexit. Przecież rozpoczął się od wymiany żarówek!

Czyli to my jesteśmy ci emocjonalni, co to skrzydła husarskie i walki straceńcze do krwi ostatniej. A oni – wyrachowanie i zimna kalkulacja. My im „rechrystianizacja”, a oni nam: „oświecenie”! My siły na zamiary, a oni zamiar podług sił. Za grosz romantyzmu i ułańskiej fantazji… Tak więc – jesteśmy Sercem. A oni bez serc i bez ducha.

Nie bez powodu pan prezydent przy innej okazji skarżył się na dyktat Unii w kwestii żarówek. Oni wciskają nam ledowe w myśl zasady „więcej światła”, a my im na to odpowiadamy tradycyjnym kagankiem (oświaty).

Będę z uwagą śledzić postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji – deklaruje posłanka PO Bożena Kamińska. Przypomnijmy, Komendant Główny Policji wszczął postępowanie wobec Daniela Kołnierowicza po tym, jak na antenie radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na posłankę opozycji. To ona pierwsza otrzymała informację od funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej w Suwałkach, że oddelegowywani są do pilnowania posesji wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. – Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi – dodaje posłanka Kamińska. Na co zwracają uwagę?


KAMILA TERPIAŁ: Komendant Główny Policji wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji Daniela Kołnierowicza, który na antenie lokalnego radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na panią. Czuje pani satysfakcję?

BOŻENA KAMIŃSKA: Od początku nie miałam wątpliwości, że powinno nastąpić postępowanie dyscyplinarne w stosunku do komendanta policji w Białymstoku. Wydaje mi się, że bardzo długo, bo ponad miesiąc, trwało postępowanie tzw. rozpoznawcze. Jak widać, wszystko jest rozwlekane w czasie. Z Komendy Głównej Policji płyną informacje, że to postępowanie może potrwać nawet miesiąc albo dłużej. Będę oczywiście z uwagą je śledzić. Tym bardziej, że

dotarła do mnie na razie nieoficjalna informacja, że sprawą ma się zająć jednostka policji ze Śląska, która zapewne nie będzie zainteresowana dogłębnym wyjaśnieniem sprawy. Być może komuś zależy na umorzeniu tego postępowania. Cierpliwie czekam na ostateczną decyzję.

Czym pani podpadła komendantowi? Tym, że tropiła pani nieprawidłowości w policji?
Myślę, że tak. Osobiście spotkałam się z komendantem Kołnierowiczem zaledwie na kilku oficjalnych imprezach, nie miałam okazji nawet zamienić z nim kilku zdań. Zaczęło się od informacji płynących od funkcjonariuszy policji z Suwałk. Informowali mnie o tym, że są oddelegowywani do pilnowania posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego, zmuszani do przebierania się, pojawiła się także kwestia form zatrudniania w tamtejszej komendzie. Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. A nikt nie jest zadowolony, jak zadaje się mu trudne pytania.

Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi i są w stanie o tym głośno mówić.

Na co przede wszystkim zwracają uwagę?
Na to, że są zmuszani do wykonywania obowiązków, które nie są im przypisane, są zmuszani do uczestnictwa w wydarzeniach, w których bierze udział wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jarosław Zieliński, muszą to robić nawet w dni wolne od pracy. Twierdzą, że takich wydarzeń jest czasami tak dużo, że nie mogą wykonywać swoich podstawowych obowiązków. Skarżą się, że są po prostu niewłaściwie traktowani przez przełożonych i że spadają morale.

Naczelnikami zostają funkcjonariusze z kilkuletnim stażem, a osoby doświadczone są spychane na niższe funkcje albo odsyłane na emeryturę. Ostrzegają, że takie działania nie służą bezpieczeństwu publicznemu.

Co można w takich sprawach zrobić?
Wysłaliśmy wraz z posłami PO wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o przeprowadzenie kontroli w Garnizonie Podlaskim. Poza tym poprosiliśmy NIK o kontrole także w jednostkach, z których dostałam informacje o nieprawidłowościach. Proszę także posłów z mojej partii, aby interweniowali w swoich regionach. W tej chwili mam ok. 60 zgłoszeń, więc nie jestem w stanie sama się tym zająć.

Komenda Główna Policji przeprowadziła kontrolę w Komendzie Miejskiej Policji w Suwałkach? Zapoznała się już pani z protokołem pokontrolnym?
Wraz z posłem PO Cezarym Tomczykiem chcieliśmy zapoznać się z tym protokołem, ale 27 grudnia otrzymaliśmy informację, że został utajniony i jako posłowie nie możemy się z nim zapoznać. Z taką decyzją oczywiście się nie zgadzamy i nie odpuścimy. Jeżeli są kwestie wrażliwe, to przecież nie musimy się z nimi zapoznawać. Ale to, że protokół jest przed nami ukrywany, budzi podejrzenia. Poza tym mam płynące po kontroli informacje od funkcjonariuszy z tej komendy, że mimo iż stwierdzono uchybienia dotyczące „nadgorliwości przełożonych”, nie są wyciągane żadne wnioski i wszystko funkcjonuje tak jak dawniej.

Chcemy wiedzieć, jakie konsekwencje poniosą przełożeni, którzy wykazali się „nadgorliwością”. Dostaliśmy informacje, że protokół to w sumie 70 stron, co wskazuje na to, że sprawa nie jest błaha.

Czuła albo czuje się pani zastraszana przez Daniela Kołnierowicza?
Bezpośrednio nie. Chociaż czasami na oficjalnych uroczystościach mam wrażenie, że są osoby, które mnie pilnie obserwują. Nie jest to komfortowe. Wypełniam tylko swoje obowiązki płynące z poselskiego mandatu i nie mam zamiaru tych wszystkich informacji, które do mnie spływają, chować do szuflady. Uważam, że jeżeli ludzie odważyli się pisać i mówić, ruszyła kula śnieżna, to trzeba zmusić rządzących, aby zwrócili na to uwagę. Próbuję się nawet umówić z wiceministrem Jarosławem Zielińskim na rozmowę. Jeżeli będzie miał wolę i chęć, to bardzo chciałbym się z nim spotkać. Skarg jest tak dużo, że nie można od tego uciec. Chociaż rządzący do tej pory starają się tak robić. Wielu funkcjonariuszy, którzy piszą do mnie, wcześniej pisało także do ministerstwa i nie otrzymywali żadnej odpowiedzi. To niestety nie świadczy o dobrej woli rządzących.

W obozie dobrej zmiany pojawia się refleksja, że być może PiS straci władzę. To bardzo ważna zmiana psychologiczna

Kiepsko się ten rok zaczął dla miłośników „dobrej zmiany”: pod presją oburzonej opinii publicznej rząd wycofał kolejny projekt wypichcony przez katolicko-konserwatywnych talibów. Nowelizacja ustawy antyprzemocowej, uznająca, że jedno pobicie, to jeszcze nie przemoc w rodzinie, miała wyrwać Polskę pod wpływów demona Dżendera, ale skończyło się tak jak zwykle: premier zarządził odwrót na z góry upatrzone pozycje.

Kolejny raz. Trudno wręcz doliczyć się, ile już takich odwrotów było: ustawa antyaborcyjna, grzywna dla TVN, ustawa o IPN, ustawa o Sądzie Najwyższym. Za chwilę trzeba będzie zapewne wycofywać się z innych reform sądowych z pseudo-KRS na czele…

Dużo tego. O ile w pierwszym roku sprawowania władzy PiS wydawał się potężny i niezwyciężony, to teraz jest cieniem samego siebie. Nic dziwnego, że jego klakierzy i wielbiciele spuszczają nosy na kwintę i biadolą, jak Ryszard Makowski w portalu Karnowskich: „Odchodzący rok nie był dobry dla rządu”.

„Symbolem tego roku pozostanie ciągłe wycofywanie się dobrej zmiany na z góry upatrzone pozycje– pisze Makowski. – Ustawa o IPN, nagrody dla ministrów, ustawy o sądownictwie, zawetowanie przez pana prezydenta ustawy degradacyjnej i ostatnio zrezygnowanie w trybie nagłym z ogłoszonych podwyżek cen prądu. Do tego dochodzą dotkliwe, jakby tego nie tłumaczyć, porażki w wyborach samorządowych w dużych miastach, szczególnie w Warszawie. Komisje śledcze też trudno nazwać ogromnym sukcesem”.

Pisząc to, Makowski nie wiedział jeszcze, że za chwilę do tej listy trzeba będzie dopisać projekt nowelizacji ustawy antyprzemocowej.

Na domiar złego we własne szeregi wkradł się chaos i zwątpienie. „Trudno oprzeć się wrażeniu – ubolewa Makowski – że dzieją się rzeczy zakulisowe, że są zawierane jakieś pakty, o których lepiej, żeby lud nie wiedział. Przeciętny obywatel nie może zrozumieć zmiany na stanowisku premiera. Nie o to chodzi, że premier Morawicki jest złym premierem, ale czemu musiała odejść premier Beata Szydło po dwóch latach udanej naprawy państwa?”.

Z pesymizmem Makowskiego, felietonisty drugorzędnego, ale reprezentatywnego dla sporej części pisowskiego fanklubu, współbrzmi tonacja artykułu Piotra Skwiecińskiego, który na łamach tygodnika tygodnika „Sieci” kreśli przerażający dla wielbiciela „dobrej zmiany” obraz Polski po ewentualnym zwycięstwie opozycji w wyborach parlamentarnych: „Kto chce wyobrazić sobie, co będzie się działo w całej Polsce, jeśli elity III RP odzyskają władzę na szczeblu centralnym, niech spojrzy na to, co się dzieje w stolicy. W mieście, w którym dziś odzyskały pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa”.

To już do tego doszło? W kręgach pisowskich publicystów i komentatorów wizja utraty władzy przestała być niewyobrażalną abstrakcją, a stała się scenariuszem dopuszczanym do świadomości i na serio rozważanym?

To bardzo ważna zmiana psychologiczna, która będzie miała dwojakie skutki.  Po pierwsze, radykalna część obozu władzy będzie optować za zaprowadzeniem porządku i dokręceniem śruby przeciwnikom politycznym. Już słychać apele o zaostrzenie represji. Makowski pisze: „Cały czas hulają sobie u nas w najlepsze media wrogie nie tyle władzy, co państwu polskiemu. Ustawy sejmowe są poprawiane pod zewnętrznymi naciskami, albo obcych państw albo instytucji unijnych. Gorszy poczucie bezkarności tych, którzy już dawno powinni mieć usystematyzowany tryb życia w zakładach penitencjarnych. Kasta sądownicza ostentacyjnie wypowiedziała posłuszeństwo obywatelom i jeszcze się tym chełpi paradując w idiotycznych koszulkach >Konstytucja<”. Sugestia pisowskiego felietonisty jest jasna: wziąć ich za mordę,  dość tej bezkarności!

Takich wezwań będzie zapewne więcej i takie nastroje dojdą do głosu w części (tej głupszej i mniej przewidującej) aparatu władzy. Można się więc spodziewać kolejnych postępowań dyscyplinarnych przeciw sędziom, szykan wobec krytycznych mediów i uderzeń w niezależne organizacje społeczne. Tyle tylko, że represje stosowane przez słabnącą władzę nie budzą grozy i nie pacyfikują oporu. Wręcz przeciwnie – tylko go nasilają i stymulują.

Równolegle zaś z radykalizacją pisowskiego betonu będzie postępować erozja morale w obozie władzy, która skłoni osoby bardziej przewidujące i inteligentniejsze do asekurowania się. I to będzie drugi, być może nawet ważniejszy skutek zmiany psychologicznej, która dokonała się w ostatnich miesiącach.

Można oczekiwać, że polecenia wydawane ideologicznie niezaangażowanym pracownikom i funkcjonariuszom państwowym przez pisowskich zwierzchników będą wykonywane opieszale bądź wręcz sabotowane. Być może w skrajnych przypadkach pojawią się żądania: „Proszę wydać mi to polecenie na piśmie”. I zapewne będziemy otrzymywać coraz więcej przecieków na temat nieprawidłowości dziejących się za kulisami – naoczni świadkowie i uczestnicy tych działań będą chcieli zyskać usprawiedliwienie, odcinając się od nich i donosząc mediom i przedstawicielom opozycji o tym, „co się u nas wyprawia”. Tak jak anonimowi policjanci donieśli na wiceministra Jarosława Zielińskiego i jak pracownicy NBP donieśli na prezesa Glapińskiego i jego „damy dworu”.

A przezorniejsi i inteligentniejsi członkowie obozu władzy zaczną zezować na boki. Gdy łajba zaczyna nabierać wody, co rozsądniejsi członkowie załogi zaczynają wypatrywać szalup ratunkowych.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co po Kaczyńskim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz dyplomatą raczej nie jest, co wydaje się dziwnym atrybutem wykonując tę funkcję, lecz przy pisaniu o politykach PiS zdziwienie należy porzucić.

Nagle Czaputowicz dostał zajadów, gdy wymienił nazwisko Donalda Tuska określając tego najwybitniejszego polskiego polityka (przynajmniej dotychczas w XXI wieku) jako reprezentanta Niemiec w Radzie Europejskiej, w tym wypadku należy porzucić inne zdziwienie, gdy widzimy jak polityk PiS pluje na Polaka.

Czaputowicz opluł Tuska, a tak naprawdę Brukselę i najlepszego naszego sojusznika na Zachodzie, Niemcy. Ten „dyplomata” zalicza się do kategorii ukutej przez Władysława Bartoszewskiego, do dyplomatołków. Trzymany był za czasów Tuska w MSZ jako dyrektor jednej z komórek ministerialnych. Czekam aż wyrazi się, jak Mateusz Morawiecki, iż donosił Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Czyżby wspólną cechą polityków PiS było donosicielstwo, agenturalność, przypadłość charakterologiczna wszystkich złamasów, ludzi niegodnych zaufania?

Konteksty powyższych wypowiedzi i awansu są oczywiste, PiS gra na rozwalenie Unii Europejskiej. Więcej będziemy wiedzieli po wizycie wicepremiera Włoch Metteo Salviniego u Kaczyńskiego, lidera antyeuropejskiej Ligi Północnej, ten się nie kryje, że w polityce chodzi mu o rozbicie instytucji europejskich, a przy tym obnosi się z t-shirtem, na którym nosi portret swojego guru i sponsora, Władimira Putina.

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

PiS-owi zaczyna brakować idiotów. Czujesz się na siłach – zgłoś się

2 Sty

Krajowa Rada Sądownictwa, w ramach swojej „pisowskiej” niezależności i niezawisłości, zakazała sędziom noszenia koszulek z napisem „konstytucja” oraz wszelkich innych emblematów, związanych z ustawą zasadniczą. KRS uznała, powołując się na art.10 Zbioru Zasad Etyki Zawodowej Sędziów i Asesorów („Sędzia powinien unikać zachowań, które mogłyby podważyć zaufanie do jego niezawisłości i bezstronności”), że „publiczne używanie infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi”, a to podważa wiarygodność sędziów i wiarę w ich niezawisłość.

Jak mówią sędziowie,  „Uchwała koszulkowa jest absurdalna i ociera się o groteskę. Treścią przypomina czasy słusznie minione, w których ówczesna władza zakazywała noszenia haseł czy symboli będących dla niej niewygodnymi” i nie zamierzają przejść obok niej obojętnie.

Ponieważ autorem tego zakazu ma być sędzia z Olsztyna, to właśnie jego koledzy z regionu poczuli się szczególnie uprawnieni do wyrażenia swego sprzeciwu w tej sprawie. Wysyłają więc kartki do KRS. Na jednej stronie widnieje napis „Konstytucja”, a na drugiej cytat z art. 178 Konstytucji RP, w którym czytamy, że „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”. Kartkę podpisało 46 sędziów z Sądu Okręgowego w Olsztynie oraz 29 sędziów Sądu Rejonowego.

Nigdy nie myślałam, że dożyję czasów, gdy Konstytucja stanie się symbolem sprzeciwu wobec posunięć władzy. Toż to totalna paranoja. Za chwilę zostanie pewnie wprowadzony zakaz cytowania Konstytucji, powoływania się na nią, a nawet posiadania w domowej biblioteczce. Jak nic, Konstytucja pierwszą ofiarą represji partii rządzącej. Zaaresztować ją, zakuć w kajdany, wrzucić do ciemnicy i zapomnieć, że w ogóle istnieje…

Mateusz Morawiecki mianował na stanowisko wiceministra cyfryzacji Adama Andruszkiewicza. Kim jest ten młody człowiek, którego premier uznał za idealną osobę na to stanowisko? Osobę, której kompetencje, wiedza i umiejętności  zapewne popchną do przodu Polskę w tej właśnie dziedzinie?

Adam Andruszkiewicz urodził się w 1990 roku, ukończył europeistykę na Uniwersytecie w Białymstoku. Bez powodzenia startował do Parlamentu Europejskiego, za to udało mu się w 2015 roku dostać do naszego Parlamentu z listy Kukiz’15. Z ugrupowania Kukiza odszedł i wraz z ojcem Morawieckiego utworzył klub Wolni i Solidarni.

Andruszkiewicz znany jest przede wszystkim jako były członek ONR i prezes Młodzieży Wszechpolskiej. Nigdy nie ukrywał, że jest antyunijny, antyniemiecki i antyuchodźczy, a zdanie na temat „lewactwa” oraz „gejostwa” ma również mocno wyrobione, oczywiście bardzo negatywne. Od lat jest współorganizatorem w Hajnówce marszu ku pamięci Romualda Rajsa, który dokonał zbrodni na ludności białoruskiej w 1946 roku. Marzą mu się ostre kary za negatywne pisanie o żołnierzach wyklętych.

Jeśli chodzi o dokonania w pracy poselskiej, to zasłynął ostrym atakiem na przywileje poselskie. Z jednej strony żądał odebrania partiom dotacji i posłom tzw. kilometrówek, z drugiej zaś sam wziął w 2016 roku 40 tys. zł dopłaty za przejazdy, choć nie posiada prawa jazdy i samochodu. Do dzisiaj tej sprawy nie wyjaśnił.

Andruszkiewicz walczył też ostro z „antypolskimi” filmami czyli „Idą”, „Pokłosiem” czy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” oraz podjął działania przeciwko nazewnictwu pociągów PKP, uważając, że „Aurora” promuje komunizm, a „Świętopełk”, „Czcibór”, „Dionizos”, „Światowid” odwołują się do bóstw pogańskich, co jest nie do przyjęcia.

Jak widać, będąc posłem pan Andruszkiewicz raczej się nie przemęczał, o predyspozycji zawodowej do zajęcia takiego stanowiska w ministerstwie cyfryzacji to już nawet nie wspomnę, a jednak wzrok premiera padł właśnie na niego.

Czy Morawiecki dostrzegł w nim potencjał, którego nikt inny nie widzi, czy też, jak twierdzi Robert Winnicki, „kariera zbudowana jest na wazelinie” w tym przypadku przyniosła zamierzone efekty? A może to działanie na poprawę wyniku wyborczego PiS w kolejnej walce o Parlament już za kilka miesięcy i próba przyciągnięcia narodowców do wsparcia jedynej słusznej partii? Nie wiem, czy taki zabieg cokolwiek PiS-owi pomoże, bo narodowcy uważają, iż Andruszkiewicz sprzedał idee narodowe za karierę.

Sam Andruszkiewicz nie widzi nic złego w decyzji premiera. Uważa, że „nie trzeba być informatykiem ani programistą, aby pełnić funkcję, którą miałem zaszczyt objąć”, ważne że ma wyższe wykształcenie. Odpiera też zdecydowanie zarzut, jakoby był „faszystą”. Mało tego, brzydzi się tą ideologią, podobnie jak „komunizmem”. Uważa, że jego atutem jako wiceministra cyfryzacji jest jego młodość, co pozwoli mu dotrzeć do młodego pokolenia oraz jego popularność w mediach społecznościowych, gdzie zasięg jego odbiorców sięga nawet kilku milionów.

Ech, cokolwiek by pan Andruszkiewicz nie powiedział, to dla mnie jedno jest pewne. Kolejny człowiek w rządzie, którego kompetencje i profesjonalizm stoją pod dużym znakiem zapytania. Z takimi ludźmi u steru, ta nasza biedna Polska naprawdę długo nie pociągnie…

Szanujmy je i reagujmy, gdy zostaje złamane. Ostro i bezkompromisowo, ale nie w imię „walki”, tylko obrony zasad.

Gdyby stanęła przede mną dobra wróżka i powiedziała, że w 2019 roku spełni tylko jedno moje życzenie, życzyłabym sobie, żebyśmy my, Polacy, przestali ciągle o coś walczyć, a nauczyli się wytrwale zmierzać do celu i pracować oraz współpracować.

Sformułowanie „musimy o to walczyć” od dawna mnie raziło, ale ostatnio pojawia się w przestrzeni publicznej tak często, że nasuwa to podejrzenie o wykształcanie się w nas bardzo niebezpiecznego społecznego nawyku „walki” i wojny. Nawyku, który gdy wejdzie nam w krew (co być może już się nawet stało), niezwykle trudno będzie wykorzenić.

Nie darmo filozof Ludwig Wittgenstein, którego pasją i przedmiotem badań był właśnie język mówił, że „granice naszego języka pokazują granice naszego świata”. To słynny cytat, choć są i tacy literaturoznawcy, którzy twierdzą, że został on źle przetłumaczony i że tak naprawdę Wittgenstein powiedział, że „granice naszego języka wyznaczają granice naszego świata”.

Osobiście skłaniam się ku tej drugiej interpretacji.

Sposób w jaki mówimy i to, co mówimy nie tylko pokazuje kim jesteśmy. Sposób w jaki mówimy także poszerza nasze horyzonty lub przeciwnie, buduje wokół nas niewidzialne mury i granice, i zamyka nas w getcie uprzedzeń i stereotypów w sposób, którego nawet nie dostrzegamy i zupełnie nie jesteśmy świadomi.

Nie widzimy człowieka, zjawiska, poglądu czy pojęcia, z którym walczymy. Nie jest on czymś co chcemy zmienić, ale wrogiem. Nie należy z nim dyskutować i polemizować, należy go zniszczyć, najlepiej siłą.

Pisałam wcześniej o tworzącym się nawyku walki o coś, zastępującym nawyk pracy nad czymś, ponieważ zauważyłam, że nie tylko PiS używa języka wojennego, chcąc mobilizować swoich zwolenników. Robią to też ludzie „walczący” (no właśnie) o dobre wartości. Największym bodaj społecznym zwycięstwem PiS nie są więc dobre (mimo dokonywanych przez tę partię nadużyć) sondaże, lecz przeniknięcie konfrontacyjnego sposobu myślenia i życia do naszych serc i umysłów, co przejawia się właśnie w języku.

Dam państwu przykład.

Na jednym z ostatnich spotkań na temat praw kobiet w którym uczestniczyłam jako zaproszony gość, mówiłam uczestniczkom, że nie lubię i od dawna staram się nie posługiwać sformułowaniem „walka o prawa kobiet”. Nie robię tego, bo nie uważam, żeby było ono adekwatne.

Nie muszę z nikim walczyć o nasze prawa, muszę natomiast aktywnie i konsekwentnie pracować na rzecz ich zdobycia, umocnienia i zrozumienia w ciągle jeszcze patriarchalnym polskim społeczeństwie.

Walka zakłada konfrontację i marnuje dużo sił i energii, zawsze kogoś po drodze niszcząc i poniżając, zawsze udowadniając komuś, że jest gorszy.

Tymczasem sprawa nie jest aż tak prosta.

Wiele osób nie szanuje kobiet i nie uznaje ich praw po prostu z nieświadomości, niewiedzy, bezmyślności, braku odpowiedniej edukacji czy/i wychowania albo po prostu dlatego, że nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiali, nie czuli takiej potrzeby, ponieważ w środowisku w którym dorastali nie był to problem nad którym się pochylano.

Można to zmienić zwiększając świadomość, korzystając z prawa do demonstrowania i obywatelskiego sprzeciwu, z prawa do procesu sądowego, naciskać odpowiednie instytucje i organy ścigania w przypadkach przestępstw i nadużyć, nagłaśniając równocześnie sprawę i lobbując na rzecz praw kobiet i szacunku do nich.

I można to wszystko robić w sposób niezwykle zdeterminowany, konsekwentny i skuteczny bez „walki” rozumianej jako radykalna rewolucja, bez wszczynania wojny.

Walka nie powoduje niczego prócz agresji.

To sama zasada dotyczy właściwie wszystkiego: kościoła katolickiego, praw człowieka, prawa i demokracji.

Nie walczmy z kościołem. Pracujmy na rzecz rozdziału kościoła od państwa. Zaczynajmy od siebie, od swojego życia i najmniejszych rzeczy. Nie walczmy o przestrzeganie prawa. Szanujmy je i reagujmy, gdy zostaje złamane. Ostro i bezkompromisowo, ale nie w imię „walki”, tylko obrony zasad.

Twórzmy silne organizacje pozarządowe, które będą patrzeć politykom na ręce i silne, niezależne media, nagłaśniające nadużycia i powiązania polityków z kościołem, przestępstwa ludzi władzy, mówmy o nich, podawajmy do sądu. Bądźmy spokojni, ale wytrwali i konsekwentni. Bądźmy bezlitośni, po prostu robiąc swoje.

Nie walczmy.

Po prostu wytrwale róbmy swoje.

I tego nam wszystkim życzę w Nowym Roku: spokojnego, zdeterminowanego, konsekwentnego, pracowitego robienia swoje i nie zawracania sobie głowy walkami.

Waldemar Mystkowski pisze o postawie sędziów.

Zanim Andrzej Duda w Sylwestra podpisał nowelę ustawy o Sądzie Najwyższym, której treść wymógł na PiS Trybunał Sprawiedliwości UE w wywiadzie dla TVP Info orzekł, iż środowisko sędziowskie jest zepsute.

PiS czeka następne upokorzenie dotyczące nowej Krajowej Rady Sądownictwa, której statusem w marcu zajmie się TSUE. Zanim do tego dojdzie władze przygotowują sobie grunt, chcą KRS legitymizować w Trybunale Konstytucyjnym.

Wyznaczona data posiedzenia w tej kwestii TK na 3 stycznia 2019 nie zostanie jednak dotrzymana, posiedzenie zostało odroczone. Na jaki termin? – nie wiadomo. Podobno część sędziów TK uważanych do tej pory za pisowskich, odmawia sądzenia.

W ogóle środowisko sędziów jest nad wyraz solidarne i broni niezależności władzy sądzenia, broni się przed upisowieniem. Wśród 10 tysięcy sędziów w Polsce przeprowadzane jest referendum dotyczące nowej KRS, do tej pory odbyło się w tej sprawie 1/3 głosowań. Wyniki świadczą, że właśnie sędziowie – panie Duda – to bardzo porządne środowisko.

Otóż niemal 3 tysiące sędziów spośród owych 1/3, a więc 91 proc. jest za tym, aby nowa KRS podała się do dymisji, gdyż została powołana wbrew Konstytucji, skądinąd wbrew tej niewielkiej książeczce, którą Duda wpisałby chętnie na indeks, bo wymaga od niego wysiłku przestrzegania praworządności. Dudy nie stać, aby być praworządnym, czyli porządnym.

91 proc. sędziów uważa, iż nowa KRS nie wypełnia zadań określonych w artykule 186 ust. 1 Konstytucji: „Krajowa Rada Sądownictwa stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Wygląda na to, że sędziowie nie dadzą się, a wyrok TSUE może być tylko jeden: upisowaniona KRS jest wbrew prawu unijnemu, wbrew standardom demokratycznym, wreszcie wbrew Konstytucji RP.

To zdarzenie jest kluczowe dla obecnie prowadzonej przez PiS polityki. Duda w swym pokracznym języku, innym nie potrafi się posługiwać, mówi, iż PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE, gdyż musiałoby zgodzić, aby runęło budowane w Polsce niedemokratyczne państwo bezprawia.

Rządzą nami ludzie z wyrokami. Upadła Polska

30 Gru

Od razu lepiej

Czy osoby skazane powinny zajmować się ściganiem przestępstw i patologii państwa? Do tej pory odpowiedź na to pytanie wydawała się oczywista, jednak praktyki kadrowe CBA całkowicie zmieniły optykę na powyższe zagadnienie. Chodzi o obecnego dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA. To były funkcjonariusz policji skazany przez sąd rejonowy jak na ironię dla misji instytucji za bezprawne przejęcie służbowego mieszkania. Jego obecność w służbie wzbudziła duże kontrowersje i stała się symbolem szkodliwej polityki kadrowej biura. Okazuje się bowiem, że o karierze i awansie w CBA obecnie decydują nie kompetencje, lecz znajomości z wiceszefem Biura Bogdanem Sakowiczem.

Sprawę opisała “Gazeta Wyborcza” wskazując, że Bogdan Sakowicz choć z wykształcenia jest historykiem, to zdołał zdobyć całkowitą kontrolę nad polityką kadrową CBA. Swoją pozycję zawdzięcza Maciejowi Wąsikowi, zastępcy koordynatora do spraw służb specjalnych, za którego to zaufanego człowieka uchodzi. Mimo niższej funkcji to on ma realnie kontrolować szefa biura Ernesta Bejdę. To ona miał także doprowadzić do marginalizacji znaczenia Grzegorza Ocieczka, zastępcy szefa CBA.

To właśnie jego działania miały doprowadzić do przyjmowania ludzi bez doświadczenia do służby i rosnących napięć między pracownikami, trącymi motywację do dalszej pracy w warunkach braku perspektyw rozwoju.

Jego udziałem było także wprowadzenie Piotra K. na funkcję dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA zasłaniając się tym, że ciążący na nim wyrok jest nieprawomocny. Sprawa jednak była istotna dla celu istnienia biura, ponieważ bezprawne przejęcie służbowego mieszkania powinno dyskwalifikować z pracy w organie nadzorującym.

Gazeta wylicza jednak, że to nie koniec, ponieważ dochodziło do zatrudniania ludzie bez wyższego wykształcenia na stanowiska z takim wymogiem, czy przyjęcia do pracy osoby figurującej jako współpracownik SB.

Opisane zdarzenia pokazują, że CBA brakuje dziś mandatu do rozliczania państwa z patologii. Jak instytucja ma być w swojej roli wiarygodna, jeśli z zarzutów nie oczyścili się jej pracownicy, a prowadzone rekrutacje łamią zasady przejrzystości i obowiązujące przepisy. Jest to rażący przykład podwójnych standardów, który nieuchronnie podważą antykorupcyjną misję biura.

>>>

Media pisowskie jak gadzinówki i pierdu pierdu Błaszczaka

22 Gru

Czym stały się Wydarzenia Polsatu w telewizji, tym stanie się Radio Zet po przejęciu przez braci Karnowskich. Medialne symbionty Jarosława Kaczyńskiego mają wg najnowszych doniesień przejąć drugie prywatne radio w Polsce. Jak podaje portal wirtualnemedia.pl, grupa Fratria, w której udziały ma m.in. Jacek Karnowski i senator Grzegorz Bierecki, ma już zagwarantowane finansowanie z Banku Pekao. Wartość kredytu może wynieść około 51 mln euro.

Czy to oznacza, że Fratria dogadała się już z wystawiającą na sprzedaż Eurozet czeską spółką Czech Media Invest? Wg portalu niekoniecznie, jednak żadne z pozostających nadal przy stole negocjacyjnym spółek, czyli ZPR Media, Agora i PMPG Polskie Media nie liczą na finansowanie z kredytu pozyskanego od państwowego banku.

Radio Zet grozi zmiana profilu politycznego. Całe szczęście PiS, jeśli nawet przejąłby rozgłośnie rękami spółki Fratria, doskonale z doświadczenia TVP wie, czym kończy się swoista „repolonizacja” mediów. Tak jak niszę po TVP zajął Polsat ze swoimi zmodyfikowanymi pod to Wydarzeniami, tak inne rozgłośnie czekają tylko na słuchaczy z nową ofertą.

Bo Prawo i Sprawiedliwość nie potrafi zarządzać mediami. Te służą mu w celu szerzenia rządowej propagandy, a swój budżet domykają publicznymi pieniędzmi pompowanymi przez dotacje, czy kontrakty reklamowe spółek Skarbu Państwa. I niestety, PiS dobrze o tym wie, bezkarnie pozwalając sobie na takie operacje w imię „zrównoważonego budżetu”.

Jest to pomysł nietuzinkowy, ale możliwe, że jedyny skuteczny. W końcu spadek słuchalności to nie jest coś, czego chciałaby ogólnopolska rozgłośnia radiowa z taką renomą. Ale jednak przejęcie a zarządzanie nią to dwie różne rzeczy. Czy akcja ma szanse powodzenia? Z pewnością, jeśli ludzie w Polsce zrozumieją, że scenariusz realizowany przez PiS to kopia tego, który przeprowadził Orban na Węgrzech, przejmując wszystkie wolne media.

Na sprawdzenie się doniesień odnośnie przejęcia musimy poczekać prawdopodobnie do stycznia. Czy tym razem PiS zdobędzie się na mniej spektakularne przejęcie kolejnego mediów? W każdym razie, sama dyskusja o pojawieniu się nowego, prorządowego gracza w negocjacjach ws. sprzedaży Eurozet ustabilizowanej marce Radio Zet nie pomaga. Czy rozważacie zmianę Waszego codziennego nadawcy radiowego?

Kiedy rok temu „wybitny mini-ster” M. Błaszczak ogłosił, że będzie uzbrajał naród w ławki niepodległości pomyślałem, że to jakiś żart. Kpiłem z tego do woli i myślałem, że mini-ster dawno wycofał się z tego uzbrojenia polskiej armii. Teraz jednak okazało się, że ławki powstają.

Patrząc na załączone zdjęcie bardziej kojarzy mi się ta ponoć ławka z sarkofagiem, albo z podmurówką kolejnego pomnika zasłużonego PiS-owca niż z uzbrojeniem naszej armii.

Widać nasza obronność zależy od propagandy, a nie, od jakości i ilości dobrze wyszkolonych jednostek wojskowych, systemu dowodzenia, powszechności obrony.

Tymczasem widziałem cukierki i maskotki promujące Ministerstwo Obrony Narodowej, wielką ściemę propagandową Wojsk Obrony Terytorialnej, która wyzwala wprawdzie patriotyczne postawy wśród polskiej młodzieży, ale jest środkiem do niszczenia armii zawodowej. Widzę propagandową gwarancję naszej obronności w postaci miliardowych sum za stacjonowanie obcej armii na naszym terenie, ogromne sumy za rakiety, których jeszcze nie skonstruowano … i czuję się oszukany.

Pamiętam, jak w czasach słusznie minionych mówiło się, że jesteśmy wojskiem telewizyjnym, bo tylko w środkach masowego przekazu wojsko wyglądało dobrze. Miałem nadzieję, że te czasy bezpowrotnie minęły.

PiS postanowił zakrzyczeć propagandą, cukierkami i ławkami swoją niekompetencję. Nic dziwnego, bo nie znam ani jednego członka PiS, od prezesa i ministra ON poczynając, który „skaził się” chociażby zasadniczą służbą wojskową w minionych czasach. To partia kategorii „D” przydatności do służby, czyli ludzi całkowicie niezdolnych i zaryzykuję tezę, że również do obronności kraju. Swoją niekompetencję przykrywają propagandą i wierzą, że to wystarczy, aby ludzie ich popierali, bo tak fantastycznie dbają o zdolności obronne naszego narodu.

Kiedy już przysiądę na tym sarkofagu pilnowanym przez po zęby uzbrojonych żołnierzy niedzielnych, kiedy poczęstują mnie krówką z napisem MON i obok posadzą misia, włączą mi opowiadanie o historii rodzącego się państwa polskiego, to już sobie wyobrażam jak urośnie moje przekonanie, o skuteczności działań mini-stera w sprawie mojego bezpieczeństwa.

Zagłębiając się w wizjonerskich myślach już widzę te samoloty VIP-owskie, limuzyny pancerne urzędników, bohaterskie oddziały ochroniarzy ministrów, jak ruszają do walki w mojej obronie rozbijając w pył potencjalnego agresora. Pomyślałem, że może wspomogę ten wysiłek obronny partii rządzącej i kupię sobie, chociażby nowy szybki komputer do robienia walki dezinformującej siły potencjalnego agresora. Jak jednak zagwarantować, że mi go nie zarekwirują przy najbliższym przeszukaniu mieszkania obywatela w koszulce „KONSTYTUCJA”.

Więcej >>>

To się musiało tak skończyć 😄