Tag Archives: Konstytucja RP

Tusk: Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi

3 Maj

„Proszę pani, Podlasie, Lubelszczyzna, Białystok, Elbląg oraz cała wschodnia Polska NIE SĄ „CZĘŚCIĄ” Rosji ani Białorusi… Jakie szkoły pani kończyła…? Proszę opanować swą POGARDĘ dla Polski. PIS szanuje WSZYSTKICH Polaków, którzy GŁOSUJĄ NA PIS” [pisownia oryg. – przyp. red.] – to odpowiedź Krystyny Pawłowicz na wpis posłanki PO Joanny Muchy. Cóż, czyli tych, którzy na tę partię nie głosują, PiS nie szanuje. Można też powiedzieć, że po części to powielenie niedawnych słów prezesa PiS, który niepełnosprawnej kobiecie powiedział: „Proszę nas popierać, a nie przeszkadzać”!

Co takiego napisała Mucha, że wywołała taką reakcję Pawłowicz? – „Polska sercem Europy” … Wschodniej. Czyli tej części, gdzie leży europejska cześć Rosji i Białoruś. Pamiętajcie o tym, kiedy po raz kolejny zobaczycie hasło wyborcze PiSu” – brzmiał wpis posłanki PO. W dyskusję na Twitterze włączyła się inna posłanka PO Krystyna Skowrońska. – „Wam ku­ry szczać pro­wadzić, a nie po­litykę robić” jak mawiał klasyk” – napisała do Pawłowicz.

Wpis posłanki PiS komentowali też internauci: – „A co z tymi, którzy nie głosują na PiS? Ich nie szanujecie, nie są – według waszej pisowskiej oceny – prawdziwymi obywatelami RP? To, co Pani pisze to zwykła segregacja i dyskryminacja ze względu na poglądy polityczne”;

 „To taki nagły przypływ szczerości?”; – „Krysiu, wiem, że majówka i tak dalej, ale może wypadałoby jednak rozumu całkiem nie wyłączać, żebyś przynajmniej umiała czytać ze zrozumieniem? Dzięki za potwierdzenie, że razem z Jarkiem macie w dupie Polaków, którzy głosują na inne partie”; – „Przecież Pani w każdym kolejnym wpisie osiąga kolejne galaktyki śmieszności i żenady”.

„Pan Paweł na pewno cieszy się z tego trofeum najbardziej, jest dumny z tej drużyny. Myślę, że cały Gdańsk jest dumny z Lechii, a świętej pamięci Paweł Adamowicz to historia Lechii i Gdańska. Dlatego chciałbym zadedykować mu to zwycięstwo” – powiedział trener Lechii Gdańsk Piotr Stokowiec po zdobyciu przez jego drużynę Pucharu Polski. Gdański zespół pokonał Jagiellonię Białystok 1:0.

Mecz odbył się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Na trybunach nie zabrakło także jednego z bardziej zagorzałych kibiców Lechii Gdańsk Donalda Tuska. – „W wolnym mieście Gdańsku, gdzie korona w herbie jest, mamy swą drużynę, która zwie się BKS!” – napisał na Twitterze przewodniczący Rady Europejskiej, przypominając starą kibicowską przyśpiewkę.

Z sukcesu cieszyła się także prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. – Mamy to!!! Po 36 latach Puchar Polski powrócił do Gdańska! Biało-zielone to barwy niezwyciężone!” – napisała na Facebooku.

I jakoś dziwnym trafem nie skomentował wyniku zazwyczaj deklarujący przywiązanie do zespołu Lechii prezes TVP Jacek Kurski…

W myśl „rewolucyjnej” definicji prezesa PiS, jak kasa się zgadza, to Europejczykiem można czuć się wszędzie. Nawet na Białorusi.

Z tzw. okrągłego stołu w oświacie na razie wyszła kwadratura koła, więc za nauczanie narodu zabrał się – osobiście – prezes PiS-u. Otwartych lekcji prezes udziela w ramach kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, toteż ich wiodącym, choć nie jedynym tematem jest Unia Europejska. Ostatnio nauczał, co to takiego „europejskość”, co wyłożył – jak to wszyscy utalentowani pedagodzy mają w zwyczaju – tak jasno, że już prościej nie można.

I teraz każde dziecko wie, że europejskość, do której pod kierownictwem partii aktualnie rządzącej aspirujemy, to „materialny poziom życia”. Czyli – im kto bogatszy, tym bardziej jest „europejski”!

Natomiast partią najbardziej proeuropejską ze wszystkich jest PiS właśnie. Bo któż, jak nie partia pana prezesa w błyskawicznym tempie zeuropeizował różne tam, kiepsko zarabiające rusycystki, marnie uposażonych asystentów aptekarza i skromne absolwentki marketingu po kursach wieczorowych? Teraz zaś partia władzy nie ustaje w wysiłkach, by podnieść na europejski poziom swoich czołowych polityków, którym opozycja nieustannie zarzuca prowincjonalność, brak manier, a nawet zwykłe chamstwo i pospolite prostactwo. To się zmieni, jak tylko „dream team” pana prezesa zasiądzie w Parlamencie Europejskim.

Złośliwi twierdzą wprawdzie, że nie tyle Europa zeuropeizuje delegatów z PiS, co oni „spisią” Europę, ale to – oczywiście – kolejne wierutne kłamstwo opozycji. Przecież dostaną europejskie pensje, a – jak pamiętamy – poziom europeizacji wyznacza grubość portfela.

Prosty przykład – pani minister Zalewska, jak już dostanie upragniony mandat europoselski oraz pensję w wysokości co najmniej dwóch „idei”, to nic a nic nie zmieniając w stylu swoich wypowiedzi, kroju garsonek i kolorze szminki, natychmiast stanie się wielokrotnie bardziej europejska niż nauczyciel. W przeliczeniu na nową walutę PiS, wprowadzoną w obieg medialny przez marszałka Karczewskiego, europejskość belfra, zarabiającego jedną piątą jednej „idei” (jej przybliżona wartość to 20000 zł) – choćby wykuł na blachę całą zawartość Wikipedii i nauczył francuskiego – i tak wypadnie poniżej statystycznej polskiej średniej.

Partia aktualnie rządząca od pierwszego dnia u władzy czyni też, co tylko może, by zeuropeizować nie tylko swoich zwolenników, ale w ogóle wszystkich rodaków, już to za sprawą Pięćset Plusa, już Piątki Kaczyńskiego i – wbrew czarnej propagandzie opozycji – wychodzi w tej dziedzinie na autentycznego lidera. W tej sytuacji zapewnienia pana prezesa, że europejskość to polska racja stanu i że pod jego światłym przywództwem będzie jej (europejskości, znaczy) u nas coraz więcej, wydaje się prawdziwa i z głębi serca płynąca. Bo kasy w portfelach Polaków rzeczywiście przybywa.

Jest tylko jeden drobny kłopot. Z nowatorskiej interpretacji europejskości w wykonaniu pana prezesa wynika, że jak tak spojrzeć na światowe statystyki PKB, to mieszkańcy Kataru oraz Singapuru są zdecydowanie bardziej europejscy od takich na przykład Francuzów. Amerykanie od Niemców. Kanadyjczycy i Australijczycy od Włochów. Koreańczycy od Czechów. Saudyjczycy od Greków.  Natomiast mieszkańcy Trynidadu i Tobago od… Polaków.

Duża się nam nagle zrobiła ta Europa, dzięki prezesowi PiS-u. By nie powiedzieć – globalna. A przy okazji – w ramach programu wymiany elit – upadł też monopol uprzywilejowanej dotąd kasty Europejczyków na europejskość. Nie będzie już ona (europejskość, znaczy) wyłącznym przywilejem elit. Pan prezes zapowiedział bowiem dalsze transfery europejskości do klas dotąd poszkodowanych w dostępie do niej, połączone z programem redystrybucji prestiżu.

Już nie trzeba – jak Rosja – odwracać się od Paryża i Londynu w przekonaniu, że „europejskość” to coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. W „naszej” Europie kupić można wszystko, a czego nie można, to się po prostu nie liczy. Jest gorszego sortu i nie warto do tego aspirować. Więc koniec z kompleksami.  A jak ktoś uważa inaczej, to jego problem.

Nam do europejskości wystarczą pełne kieszenie, równe drogi, nowoczesne kabiny prysznicowe i nowe muzea, natomiast styl jazdy, nawyki higieniczne i upodobania artystyczne mogą zostać, jakie były. Trudne do przyjęcia zwyczaje i zasady, przekonania i sposób myślenia oraz styl sposób bycia w pełni rekompensuje nam pełny portfel. Furda demokracja. Furda oświeceniowe tradycje. Furda „wolność, równość i braterstwo”. Chrześcijaństwo i inne wartości to bajki dla naiwnych. Ba – przyzwoitość i honor też można sobie, ostatecznie, odpuścić. Bo być Europejczykiem znaczy teraz mieć.

W tej sytuacji nie trzeba już nawet dłużej pozostawać pod brukselskim uciskiem, żeby nasza europejskość rosła w siłę. Nie, żeby jakiś Polexit, czy coś. Nie ma co dramatyzować. Sami tu sobie zrobimy nad Wisłą Europę na miarę naszych możliwości. W końcu w myśl „rewolucyjnej” definicji pana prezesa, jak kasa się zgadza, to Europejczykiem można czuć się wszędzie. Nawet na Białorusi.

Tusk: Rację mają ci, którzy mówią że jako szef RE nie powinienem angażować się w kampanię na rzecz wybranej partii. Ale moim prawem i obowiązkiem jest wspierać Europejczyków w każdym kraju

– Chciałbym przeciąć wszelkie spekulacje. Rację mają ci, którzy mówią że jako szef RE nie powinienem angażować się w kampanię na rzecz wybranej partii, gdyż nie jest to rola mojego urzędu. Ale moim prawem i obowiązkiem jako przewodniczącego RE jest wspierać Europejczyków w każdym kraju UE. Wszystkich tych, którzy uparli się, czasami wbrew trudnym okolicznościowym, aby ludzi łączyć, a nie dzielić – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim.

Tusk wspomina Modzelewskiego: Pozwolicie drodzy państwo także, że chociaż na chwilę, na krótką chwilę wspomnę człowieka, którego od lat podziwiałem, miałem zaszczyt znać, profesora Modzelewskiego. Proszę o chwilę ciszy

– Pozwolicie drodzy państwo także, że chociaż na chwilę, na krótką chwilę wspomnę wykładowcę też tej uczelni, człowieka, którego od lat podziwiałem, miałem zaszczyt znać, profesora Karola Modzelewskiego. Proszę o chwilę ciszy – mówił Donald Tusk.

Uczestniczy wydarzenia uczcili Karola Modzelewskiego minutą ciszy.

Tusk: Konstytucja nie jest świętością ani dogmatem. Wszak można każdą Konstytucję zmieniać i poprawiać. Jeśli coś jest święte, to święty jest obowiązek jest przestrzegania przez wszystkich obywateli, a zwłaszcza przed władze

– Trzeba uświadomić wszystkim, którzy używają tego epitetu [targowica], jaka jest jego istota. Targowica to synonim zdrady i kłamstwa. To wówczas, po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, pod hasłami dumy i niepodległości, de facto przywrócono w Polsce chaos, zniewolenie chłopów, podległość Rosji, a w konsekwencji wojnę, zamęt i upadek polskiego państwa – stwierdził Donald Tusk.

– Istotą targowickiej zdrady było obalenie Konstytucji. Konstytucja nie jest świętością ani dogmatem. Wszak można każdą Konstytucję zmieniać i poprawiać. Jeśli coś jest święte, to święty jest obowiązek jest przestrzegania przez wszystkich obywateli, a zwłaszcza przed władze – dodał PDT. Jak podkreślił, „gwałt na Konstytucji podważa najbardziej podstawowy fundament wspólnoty”.

Tusk: Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi

– Uczestniczyłem dzisiaj w południe razem z Prezydentem RP w uroczystościach trzeciomajowych. I w głowie miałem tylko jedną myśl. Tej myśli towarzyszyła zarówno taka emocja historyczna, jak świadomość tego co dzisiaj dzieje się w Polsce. Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi – mówił Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim.

Tusk: Dzisiaj jest takie modne hasło, że „Polska jest sercem Europy”. Ja bym bardzo przestrzegał przed takimi anatomicznymi porównaniami. Szwecja, jak patrzę na mapę to będzie głową, ale sojusznik autorów tego hasła – Orban może się poczuć lekko skrępowany

– Dzisiaj jest takie modne hasło, że „Polska jest sercem Europy”. Ja bym bardzo przestrzegał przed takimi pozornie atrakcyjnymi często anatomicznymi porównaniami. Okej, Szwecja jeszcze może się ucieszyć, bo jak patrzę na mapę to będzie głową, ale sojusznik autorów tego hasła Viktor Orban może się poczuć lekko skrępowany – mówił Tusk.

Tusk o propozycji wpisania obecności Polski w UE do Konstytucji: Tyle warta będzie ta deklaracja, na ile będzie równa determinacji w przestrzeganiu Konstytucji

– Usłyszałem dzisiaj [od prezydenta Dudy] o potrzebie wpisania naszej obecności w UE do polskiej Konstytucji. Chcę i powinienem przyjąć tę deklaracje z jak najlepszą wiarą. Tyle warta będzie ta deklaracja, na tyle wzmocniłaby rzeczywiście nasza obecność w UE, na ile będzie równa determinacji w przestrzeganiu Konstytucji. Po co poprawiać Konstytucję, jeżeli nie jest się w stanie przestrzegać jej fundamentalnych przepisów. Musimy odzyskać wzajemne zaufanie, kiedy rozmawiamy o najważniejszych aktach, przepisach, faktach ustrojowych, musimy na nowo uwierzyć, że słowa wypowiadane przez przedstawicieli władzy znaczącą coś dłużej niż 1 czy 3 tygodnie przed wyborami. To nie będzie łatwe, ale my musimy podbudować siebie w swojej wierze i dawać kredyt zaufania. Nawet jeżeli przychodzi nam to z coraz większą trudnością – stwierdził Donald Tusk.

Tusk: W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił. Ktoś może wygrać wybory, pokonać przeciwnika, ale będziemy dalej żyli w jednym kraju

– Konkurencja w polityce jest czymś zrozumiałym. Chciałbym, aby to przesłanie wybrzmiało naprawdę tak serio, żebyście szczególnie wy je wysłuchali. W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił. Ktoś może wygrać wybory, pokonać przeciwnika 26 maja, w październiku czy listopadzie tego roku, ale będziemy dalej żyli w jednym kraju. Polityka to nie jest mecz – stwierdził Tusk.

– Ktokolwiek będzie wygrywał wybory, nie może powiedzieć „wygrałem wybory, Polska jest moja, nie wasza” – dodał.

Tusk: Polityka jest konkurencją, ale nie może być walką na śmierć i życie

– Polityka jest konkurencją, ale nie może być walką na śmierć i życie – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim. – Jeżeli nie znajdziemy sposobu na ograniczenie agresji w Polsce, to się może skończyć taką konfrontacją, jak w ” Grze o tron” z Królem Nocy – dodał.

Tusk: Jeśli nie przerwiemy tej spirali, to przegramy podobnie jak przegraliśmy wówczas, kiedy ustanawialiśmy raptem na kilka miesięcy Konstytucję 3 maja

– Jeśli nie przerwiemy tej spirali, to przegramy podobnie jak przegraliśmy wówczas, kiedy ustanawialiśmy raptem na kilka miesięcy Konstytucję 3 maja. Pamiętajmy o tamtej lekcji. Ktoś kiedyś powiedział i ta teza funkcjonuje dość powszechnie, że Konstytucja 3 maja była receptą dla pacjenta, który już wcześniej de facto zmarł. Dzisiaj Polska jest w nieporównywalnie lepsze sytuacji – mówił Donald Tusk.

Tusk: 50 tys. ludzi w Polsce umiera z powodu smogu, właściwie bezpośrednio

– 50 tys. ludzi w Polsce [rocznie] umiera z powodu smogu, właściwie bezpośrednio. Miasto wielkości Sieradza znika co roku – stwierdził Tusk.

– Nie uratujemy naszych dzieci i wnuków, jeśli nie zrozumiemy, że to wyzwanie oznacza współpracę wszystkich bez wyjątku – mówił dalej. – Bez pełnej i harmonijnej współpracy sobie z tym nie poradzimy – dodał.

Tusk: Nie dajcie sobie wmówić, że mamy myśleć w sposób jednakowy, że mamy nie przeszkadzać i popierać

– Bądźcie odważni w stawianiu pytań. Nie dajcie sobie wmówić, do tego też nam są potrzebne Konstytucje, że mamy myśleć w sposób jednakowy, że mamy nie przeszkadzać i popierać – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim. – Mamy przeszkadzać i nie popierać – dodał PDT.

Tusk: Kiedy jeden z polityków obozu rządzącego porównał nauczycieli do Wehrmachtu, tak zrobiło mi się cieplej koło serca i pomyślałem: wraca stare. Nie jesteście sami drodzy nauczyciele

– Jest kwestia oświaty, wykształcenia i zdrowia. Ja nie jestem w stanie nawet zrozumieć tego, co w ostatnich kilku tygodniach stało się w Polsce. Chociaż w jakimś sensie powinienem to zrozumieć, szczególnie wtedy, kiedy jeden z polityków obozu rządzącego porównał nauczycieli do Wehrmachtu, tak zrobiło mi się cieplej koło serca i pomyślałem: wraca stare. Nie jesteście sami drodzy nauczyciele – mówił Donald Tusk.

Tusk: To jest niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu, finansować imperialne pomysły Putina i truć tym rosyjskim węglem polskie dzieci

– Dzisiaj sobie uświadomiłem, że to jest niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu, finansować imperialne pomysły prezydenta Putina, które zagrażają naszemu najbliższemu sąsiadowi i przyjacielowi – Ukrainie i dodawać mu 3,5 mld złotych rocznie za ten węgiel z okupowanej części Ukrainy i truć tym rosyjskim węglem polskie dzieci – mówił Donald Tusk na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego.

– Nie chcę, żeby to wyglądało na marudzenie gościa po 60-tce, który zjadł wszystkie rozumy. Ale mam to unikatowe doświadczenie, dzięki fajnym zbiegom okoliczności jeszcze z czasów pierwszej Solidarności – mówi Tusk dodaje, że zwraca się do 22-latka, z którym własnie rozmawiał. – Naprawdę jest tak, że rzeczy niemożliwe stają się możliwe, jeśli włoży się w to trochę wiary, trochę energii i znajdzie się trochę ludzi, którzy podobnie myślą, Nie trzeba używać przemocy, żeby pokonać zło – mów. Wspomina, że Solidarność pokazała, ze można zmienić system i pokonać „monstrum, które wydawało się nie do obalenia” i że Solidarność walczyła bez przemocy.

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>

Reklamy

Pisowscy dziennikarze biadolą, a policjanci coraz bardziej odważni

6 Sty

W plebiscycie na słowo roku 2018 wygrała „Konstytucja”. Ja stawiałam na „serce”. A na drugim miejscu na „żarówkę”. Tym bardziej, że za sprawą przedstawicieli partii aktualnie rządzącej, serce z żarówką nieoczekiwanie wpisały się nam w kontekst europejski.

Bo tak: pan premier Morawiecki, w ramach kampanii przed wyborami do PE, dokonał analizy europejskiej anatomii pod kątem etnicznym i wyszło mu, że Polska to Serce Unii. I to by się zgadzało. Bo Zachód od stuleci utożsamiany jest z Rozumem.

Serce jest też symbolem miłości, która owładnęła partią aktualnie rządzącą. To niespodziewane uczucie spadło na formację władzy akurat tuż przed wyborami. No, ale z miłością tak właśnie bywa, że kto się czubi, ten się lubi.

Gwałtowność uczucia ku Unii może też, po trosze, wynikać ze specyfiki naszego Serca, bo funkcjonuje ono nieco na przekór oficjalnej wiedzy medycznej. Mamy je – otóż – po prawej stronie, bowiem trudno, żeby cokolwiek pod rządami aktualnej władzy mogło się kojarzyć z lewactwem. Nawet anatomia. No, a poza tym – jak to poetycko ujął pan premier – nasze polskie Serce jest Bijące.

To bicie wynika nie tylko z fizjologii, ale też z naszej wielowiekowej tradycji prymatu emocji nad chłodną wyrachowaną kalkulacją. Bije, znaczy kocha, jak mawia nasze staropolskie przysłowie.

Bicie, które Zachód stara się wyrugować z naszych rodzinnych europejskich relacji, uchwalając kolejne ustawy i konwencje antyprzemocowe, my tu u nas uważamy za wyraz silnych więzów emocjonalnych i uczuciowej pasji. A też uchodzi ono za najlepszą metodę socjalizacji jednostek antysystemowych oraz wychowania młodszych pokoleń w poszanowaniu autorytetów i tradycji. O zbawiennym wpływie „klapsa” na trening karności jest silnie przekonana – jak dowodzą sondaże – zdecydowana większość naszego społeczeństwa.

W edukacyjne walory lania wyraźnie wierzy też wielu członków aktualnego rządu, na czele z jego panią rzecznik, która publicznie wyrażała zrozumienie dla gromady młodzieńców, którzy skopali członka KOD-u. Podobną wyrozumiałość demonstruje opinia publiczna skupiona wokół obozu władzy, która gremialnie poparła – na przykład – akt spoliczkowania działaczki Obywateli RP przez inną panią z przeciwnej politycznej opcji. Niezbyt surowo podchodzą do bicia (żon, dzieci, opozycjonistów, zwierząt, obcokrajowców) również prokuratorzy i niektórzy sędziowie. Jak widać miłość niejedno ma imię…

Porządne lanie od czasu do czasu, jest też zgodne z polską interpretacją etyki chrześcijańskiej, wedle której „Duch Święty rózeczką dziateczki bić każe”. I te właśnie słuszne zasady zamierzamy – kierowani głęboką miłością do naszej międzynarodowej europejskiej Rodziny – wnieść do Unii w ramach jej rechrystianizacji. Jak się niektórym na Zachodzie dobrze przyłoży, to od razu im się w głowach lepiej ułoży. I dadzą sobie spokój z tym swoim idiotycznym racjonalizmem oraz – generalnie – oświeceniem.

My tu od pokoleń wiemy, że życie na widoku, w pełnym świetle, szkodzi spójności Rodziny, która ma przecież różne swoje ciemne strony i mroczne tajemnice. A i wiara też najpiękniej rozkwitała w mrokach średniowiecza. Tymczasem nadmiar światła szkodzi na oczy, skórę, moralność i jedność Europy. Weźmy taki Brexit. Przecież rozpoczął się od wymiany żarówek!

Czyli to my jesteśmy ci emocjonalni, co to skrzydła husarskie i walki straceńcze do krwi ostatniej. A oni – wyrachowanie i zimna kalkulacja. My im „rechrystianizacja”, a oni nam: „oświecenie”! My siły na zamiary, a oni zamiar podług sił. Za grosz romantyzmu i ułańskiej fantazji… Tak więc – jesteśmy Sercem. A oni bez serc i bez ducha.

Nie bez powodu pan prezydent przy innej okazji skarżył się na dyktat Unii w kwestii żarówek. Oni wciskają nam ledowe w myśl zasady „więcej światła”, a my im na to odpowiadamy tradycyjnym kagankiem (oświaty).

Będę z uwagą śledzić postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji – deklaruje posłanka PO Bożena Kamińska. Przypomnijmy, Komendant Główny Policji wszczął postępowanie wobec Daniela Kołnierowicza po tym, jak na antenie radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na posłankę opozycji. To ona pierwsza otrzymała informację od funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej w Suwałkach, że oddelegowywani są do pilnowania posesji wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. – Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi – dodaje posłanka Kamińska. Na co zwracają uwagę?


KAMILA TERPIAŁ: Komendant Główny Policji wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji Daniela Kołnierowicza, który na antenie lokalnego radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na panią. Czuje pani satysfakcję?

BOŻENA KAMIŃSKA: Od początku nie miałam wątpliwości, że powinno nastąpić postępowanie dyscyplinarne w stosunku do komendanta policji w Białymstoku. Wydaje mi się, że bardzo długo, bo ponad miesiąc, trwało postępowanie tzw. rozpoznawcze. Jak widać, wszystko jest rozwlekane w czasie. Z Komendy Głównej Policji płyną informacje, że to postępowanie może potrwać nawet miesiąc albo dłużej. Będę oczywiście z uwagą je śledzić. Tym bardziej, że

dotarła do mnie na razie nieoficjalna informacja, że sprawą ma się zająć jednostka policji ze Śląska, która zapewne nie będzie zainteresowana dogłębnym wyjaśnieniem sprawy. Być może komuś zależy na umorzeniu tego postępowania. Cierpliwie czekam na ostateczną decyzję.

Czym pani podpadła komendantowi? Tym, że tropiła pani nieprawidłowości w policji?
Myślę, że tak. Osobiście spotkałam się z komendantem Kołnierowiczem zaledwie na kilku oficjalnych imprezach, nie miałam okazji nawet zamienić z nim kilku zdań. Zaczęło się od informacji płynących od funkcjonariuszy policji z Suwałk. Informowali mnie o tym, że są oddelegowywani do pilnowania posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego, zmuszani do przebierania się, pojawiła się także kwestia form zatrudniania w tamtejszej komendzie. Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. A nikt nie jest zadowolony, jak zadaje się mu trudne pytania.

Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi i są w stanie o tym głośno mówić.

Na co przede wszystkim zwracają uwagę?
Na to, że są zmuszani do wykonywania obowiązków, które nie są im przypisane, są zmuszani do uczestnictwa w wydarzeniach, w których bierze udział wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jarosław Zieliński, muszą to robić nawet w dni wolne od pracy. Twierdzą, że takich wydarzeń jest czasami tak dużo, że nie mogą wykonywać swoich podstawowych obowiązków. Skarżą się, że są po prostu niewłaściwie traktowani przez przełożonych i że spadają morale.

Naczelnikami zostają funkcjonariusze z kilkuletnim stażem, a osoby doświadczone są spychane na niższe funkcje albo odsyłane na emeryturę. Ostrzegają, że takie działania nie służą bezpieczeństwu publicznemu.

Co można w takich sprawach zrobić?
Wysłaliśmy wraz z posłami PO wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o przeprowadzenie kontroli w Garnizonie Podlaskim. Poza tym poprosiliśmy NIK o kontrole także w jednostkach, z których dostałam informacje o nieprawidłowościach. Proszę także posłów z mojej partii, aby interweniowali w swoich regionach. W tej chwili mam ok. 60 zgłoszeń, więc nie jestem w stanie sama się tym zająć.

Komenda Główna Policji przeprowadziła kontrolę w Komendzie Miejskiej Policji w Suwałkach? Zapoznała się już pani z protokołem pokontrolnym?
Wraz z posłem PO Cezarym Tomczykiem chcieliśmy zapoznać się z tym protokołem, ale 27 grudnia otrzymaliśmy informację, że został utajniony i jako posłowie nie możemy się z nim zapoznać. Z taką decyzją oczywiście się nie zgadzamy i nie odpuścimy. Jeżeli są kwestie wrażliwe, to przecież nie musimy się z nimi zapoznawać. Ale to, że protokół jest przed nami ukrywany, budzi podejrzenia. Poza tym mam płynące po kontroli informacje od funkcjonariuszy z tej komendy, że mimo iż stwierdzono uchybienia dotyczące „nadgorliwości przełożonych”, nie są wyciągane żadne wnioski i wszystko funkcjonuje tak jak dawniej.

Chcemy wiedzieć, jakie konsekwencje poniosą przełożeni, którzy wykazali się „nadgorliwością”. Dostaliśmy informacje, że protokół to w sumie 70 stron, co wskazuje na to, że sprawa nie jest błaha.

Czuła albo czuje się pani zastraszana przez Daniela Kołnierowicza?
Bezpośrednio nie. Chociaż czasami na oficjalnych uroczystościach mam wrażenie, że są osoby, które mnie pilnie obserwują. Nie jest to komfortowe. Wypełniam tylko swoje obowiązki płynące z poselskiego mandatu i nie mam zamiaru tych wszystkich informacji, które do mnie spływają, chować do szuflady. Uważam, że jeżeli ludzie odważyli się pisać i mówić, ruszyła kula śnieżna, to trzeba zmusić rządzących, aby zwrócili na to uwagę. Próbuję się nawet umówić z wiceministrem Jarosławem Zielińskim na rozmowę. Jeżeli będzie miał wolę i chęć, to bardzo chciałbym się z nim spotkać. Skarg jest tak dużo, że nie można od tego uciec. Chociaż rządzący do tej pory starają się tak robić. Wielu funkcjonariuszy, którzy piszą do mnie, wcześniej pisało także do ministerstwa i nie otrzymywali żadnej odpowiedzi. To niestety nie świadczy o dobrej woli rządzących.

W obozie dobrej zmiany pojawia się refleksja, że być może PiS straci władzę. To bardzo ważna zmiana psychologiczna

Kiepsko się ten rok zaczął dla miłośników „dobrej zmiany”: pod presją oburzonej opinii publicznej rząd wycofał kolejny projekt wypichcony przez katolicko-konserwatywnych talibów. Nowelizacja ustawy antyprzemocowej, uznająca, że jedno pobicie, to jeszcze nie przemoc w rodzinie, miała wyrwać Polskę pod wpływów demona Dżendera, ale skończyło się tak jak zwykle: premier zarządził odwrót na z góry upatrzone pozycje.

Kolejny raz. Trudno wręcz doliczyć się, ile już takich odwrotów było: ustawa antyaborcyjna, grzywna dla TVN, ustawa o IPN, ustawa o Sądzie Najwyższym. Za chwilę trzeba będzie zapewne wycofywać się z innych reform sądowych z pseudo-KRS na czele…

Dużo tego. O ile w pierwszym roku sprawowania władzy PiS wydawał się potężny i niezwyciężony, to teraz jest cieniem samego siebie. Nic dziwnego, że jego klakierzy i wielbiciele spuszczają nosy na kwintę i biadolą, jak Ryszard Makowski w portalu Karnowskich: „Odchodzący rok nie był dobry dla rządu”.

„Symbolem tego roku pozostanie ciągłe wycofywanie się dobrej zmiany na z góry upatrzone pozycje– pisze Makowski. – Ustawa o IPN, nagrody dla ministrów, ustawy o sądownictwie, zawetowanie przez pana prezydenta ustawy degradacyjnej i ostatnio zrezygnowanie w trybie nagłym z ogłoszonych podwyżek cen prądu. Do tego dochodzą dotkliwe, jakby tego nie tłumaczyć, porażki w wyborach samorządowych w dużych miastach, szczególnie w Warszawie. Komisje śledcze też trudno nazwać ogromnym sukcesem”.

Pisząc to, Makowski nie wiedział jeszcze, że za chwilę do tej listy trzeba będzie dopisać projekt nowelizacji ustawy antyprzemocowej.

Na domiar złego we własne szeregi wkradł się chaos i zwątpienie. „Trudno oprzeć się wrażeniu – ubolewa Makowski – że dzieją się rzeczy zakulisowe, że są zawierane jakieś pakty, o których lepiej, żeby lud nie wiedział. Przeciętny obywatel nie może zrozumieć zmiany na stanowisku premiera. Nie o to chodzi, że premier Morawicki jest złym premierem, ale czemu musiała odejść premier Beata Szydło po dwóch latach udanej naprawy państwa?”.

Z pesymizmem Makowskiego, felietonisty drugorzędnego, ale reprezentatywnego dla sporej części pisowskiego fanklubu, współbrzmi tonacja artykułu Piotra Skwiecińskiego, który na łamach tygodnika tygodnika „Sieci” kreśli przerażający dla wielbiciela „dobrej zmiany” obraz Polski po ewentualnym zwycięstwie opozycji w wyborach parlamentarnych: „Kto chce wyobrazić sobie, co będzie się działo w całej Polsce, jeśli elity III RP odzyskają władzę na szczeblu centralnym, niech spojrzy na to, co się dzieje w stolicy. W mieście, w którym dziś odzyskały pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa”.

To już do tego doszło? W kręgach pisowskich publicystów i komentatorów wizja utraty władzy przestała być niewyobrażalną abstrakcją, a stała się scenariuszem dopuszczanym do świadomości i na serio rozważanym?

To bardzo ważna zmiana psychologiczna, która będzie miała dwojakie skutki.  Po pierwsze, radykalna część obozu władzy będzie optować za zaprowadzeniem porządku i dokręceniem śruby przeciwnikom politycznym. Już słychać apele o zaostrzenie represji. Makowski pisze: „Cały czas hulają sobie u nas w najlepsze media wrogie nie tyle władzy, co państwu polskiemu. Ustawy sejmowe są poprawiane pod zewnętrznymi naciskami, albo obcych państw albo instytucji unijnych. Gorszy poczucie bezkarności tych, którzy już dawno powinni mieć usystematyzowany tryb życia w zakładach penitencjarnych. Kasta sądownicza ostentacyjnie wypowiedziała posłuszeństwo obywatelom i jeszcze się tym chełpi paradując w idiotycznych koszulkach >Konstytucja<”. Sugestia pisowskiego felietonisty jest jasna: wziąć ich za mordę,  dość tej bezkarności!

Takich wezwań będzie zapewne więcej i takie nastroje dojdą do głosu w części (tej głupszej i mniej przewidującej) aparatu władzy. Można się więc spodziewać kolejnych postępowań dyscyplinarnych przeciw sędziom, szykan wobec krytycznych mediów i uderzeń w niezależne organizacje społeczne. Tyle tylko, że represje stosowane przez słabnącą władzę nie budzą grozy i nie pacyfikują oporu. Wręcz przeciwnie – tylko go nasilają i stymulują.

Równolegle zaś z radykalizacją pisowskiego betonu będzie postępować erozja morale w obozie władzy, która skłoni osoby bardziej przewidujące i inteligentniejsze do asekurowania się. I to będzie drugi, być może nawet ważniejszy skutek zmiany psychologicznej, która dokonała się w ostatnich miesiącach.

Można oczekiwać, że polecenia wydawane ideologicznie niezaangażowanym pracownikom i funkcjonariuszom państwowym przez pisowskich zwierzchników będą wykonywane opieszale bądź wręcz sabotowane. Być może w skrajnych przypadkach pojawią się żądania: „Proszę wydać mi to polecenie na piśmie”. I zapewne będziemy otrzymywać coraz więcej przecieków na temat nieprawidłowości dziejących się za kulisami – naoczni świadkowie i uczestnicy tych działań będą chcieli zyskać usprawiedliwienie, odcinając się od nich i donosząc mediom i przedstawicielom opozycji o tym, „co się u nas wyprawia”. Tak jak anonimowi policjanci donieśli na wiceministra Jarosława Zielińskiego i jak pracownicy NBP donieśli na prezesa Glapińskiego i jego „damy dworu”.

A przezorniejsi i inteligentniejsi członkowie obozu władzy zaczną zezować na boki. Gdy łajba zaczyna nabierać wody, co rozsądniejsi członkowie załogi zaczynają wypatrywać szalup ratunkowych.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co po Kaczyńskim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz dyplomatą raczej nie jest, co wydaje się dziwnym atrybutem wykonując tę funkcję, lecz przy pisaniu o politykach PiS zdziwienie należy porzucić.

Nagle Czaputowicz dostał zajadów, gdy wymienił nazwisko Donalda Tuska określając tego najwybitniejszego polskiego polityka (przynajmniej dotychczas w XXI wieku) jako reprezentanta Niemiec w Radzie Europejskiej, w tym wypadku należy porzucić inne zdziwienie, gdy widzimy jak polityk PiS pluje na Polaka.

Czaputowicz opluł Tuska, a tak naprawdę Brukselę i najlepszego naszego sojusznika na Zachodzie, Niemcy. Ten „dyplomata” zalicza się do kategorii ukutej przez Władysława Bartoszewskiego, do dyplomatołków. Trzymany był za czasów Tuska w MSZ jako dyrektor jednej z komórek ministerialnych. Czekam aż wyrazi się, jak Mateusz Morawiecki, iż donosił Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Czyżby wspólną cechą polityków PiS było donosicielstwo, agenturalność, przypadłość charakterologiczna wszystkich złamasów, ludzi niegodnych zaufania?

Konteksty powyższych wypowiedzi i awansu są oczywiste, PiS gra na rozwalenie Unii Europejskiej. Więcej będziemy wiedzieli po wizycie wicepremiera Włoch Metteo Salviniego u Kaczyńskiego, lidera antyeuropejskiej Ligi Północnej, ten się nie kryje, że w polityce chodzi mu o rozbicie instytucji europejskich, a przy tym obnosi się z t-shirtem, na którym nosi portret swojego guru i sponsora, Władimira Putina.

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

PiS-owi zaczyna brakować idiotów. Czujesz się na siłach – zgłoś się

2 Sty

Krajowa Rada Sądownictwa, w ramach swojej „pisowskiej” niezależności i niezawisłości, zakazała sędziom noszenia koszulek z napisem „konstytucja” oraz wszelkich innych emblematów, związanych z ustawą zasadniczą. KRS uznała, powołując się na art.10 Zbioru Zasad Etyki Zawodowej Sędziów i Asesorów („Sędzia powinien unikać zachowań, które mogłyby podważyć zaufanie do jego niezawisłości i bezstronności”), że „publiczne używanie infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi”, a to podważa wiarygodność sędziów i wiarę w ich niezawisłość.

Jak mówią sędziowie,  „Uchwała koszulkowa jest absurdalna i ociera się o groteskę. Treścią przypomina czasy słusznie minione, w których ówczesna władza zakazywała noszenia haseł czy symboli będących dla niej niewygodnymi” i nie zamierzają przejść obok niej obojętnie.

Ponieważ autorem tego zakazu ma być sędzia z Olsztyna, to właśnie jego koledzy z regionu poczuli się szczególnie uprawnieni do wyrażenia swego sprzeciwu w tej sprawie. Wysyłają więc kartki do KRS. Na jednej stronie widnieje napis „Konstytucja”, a na drugiej cytat z art. 178 Konstytucji RP, w którym czytamy, że „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”. Kartkę podpisało 46 sędziów z Sądu Okręgowego w Olsztynie oraz 29 sędziów Sądu Rejonowego.

Nigdy nie myślałam, że dożyję czasów, gdy Konstytucja stanie się symbolem sprzeciwu wobec posunięć władzy. Toż to totalna paranoja. Za chwilę zostanie pewnie wprowadzony zakaz cytowania Konstytucji, powoływania się na nią, a nawet posiadania w domowej biblioteczce. Jak nic, Konstytucja pierwszą ofiarą represji partii rządzącej. Zaaresztować ją, zakuć w kajdany, wrzucić do ciemnicy i zapomnieć, że w ogóle istnieje…

Mateusz Morawiecki mianował na stanowisko wiceministra cyfryzacji Adama Andruszkiewicza. Kim jest ten młody człowiek, którego premier uznał za idealną osobę na to stanowisko? Osobę, której kompetencje, wiedza i umiejętności  zapewne popchną do przodu Polskę w tej właśnie dziedzinie?

Adam Andruszkiewicz urodził się w 1990 roku, ukończył europeistykę na Uniwersytecie w Białymstoku. Bez powodzenia startował do Parlamentu Europejskiego, za to udało mu się w 2015 roku dostać do naszego Parlamentu z listy Kukiz’15. Z ugrupowania Kukiza odszedł i wraz z ojcem Morawieckiego utworzył klub Wolni i Solidarni.

Andruszkiewicz znany jest przede wszystkim jako były członek ONR i prezes Młodzieży Wszechpolskiej. Nigdy nie ukrywał, że jest antyunijny, antyniemiecki i antyuchodźczy, a zdanie na temat „lewactwa” oraz „gejostwa” ma również mocno wyrobione, oczywiście bardzo negatywne. Od lat jest współorganizatorem w Hajnówce marszu ku pamięci Romualda Rajsa, który dokonał zbrodni na ludności białoruskiej w 1946 roku. Marzą mu się ostre kary za negatywne pisanie o żołnierzach wyklętych.

Jeśli chodzi o dokonania w pracy poselskiej, to zasłynął ostrym atakiem na przywileje poselskie. Z jednej strony żądał odebrania partiom dotacji i posłom tzw. kilometrówek, z drugiej zaś sam wziął w 2016 roku 40 tys. zł dopłaty za przejazdy, choć nie posiada prawa jazdy i samochodu. Do dzisiaj tej sprawy nie wyjaśnił.

Andruszkiewicz walczył też ostro z „antypolskimi” filmami czyli „Idą”, „Pokłosiem” czy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” oraz podjął działania przeciwko nazewnictwu pociągów PKP, uważając, że „Aurora” promuje komunizm, a „Świętopełk”, „Czcibór”, „Dionizos”, „Światowid” odwołują się do bóstw pogańskich, co jest nie do przyjęcia.

Jak widać, będąc posłem pan Andruszkiewicz raczej się nie przemęczał, o predyspozycji zawodowej do zajęcia takiego stanowiska w ministerstwie cyfryzacji to już nawet nie wspomnę, a jednak wzrok premiera padł właśnie na niego.

Czy Morawiecki dostrzegł w nim potencjał, którego nikt inny nie widzi, czy też, jak twierdzi Robert Winnicki, „kariera zbudowana jest na wazelinie” w tym przypadku przyniosła zamierzone efekty? A może to działanie na poprawę wyniku wyborczego PiS w kolejnej walce o Parlament już za kilka miesięcy i próba przyciągnięcia narodowców do wsparcia jedynej słusznej partii? Nie wiem, czy taki zabieg cokolwiek PiS-owi pomoże, bo narodowcy uważają, iż Andruszkiewicz sprzedał idee narodowe za karierę.

Sam Andruszkiewicz nie widzi nic złego w decyzji premiera. Uważa, że „nie trzeba być informatykiem ani programistą, aby pełnić funkcję, którą miałem zaszczyt objąć”, ważne że ma wyższe wykształcenie. Odpiera też zdecydowanie zarzut, jakoby był „faszystą”. Mało tego, brzydzi się tą ideologią, podobnie jak „komunizmem”. Uważa, że jego atutem jako wiceministra cyfryzacji jest jego młodość, co pozwoli mu dotrzeć do młodego pokolenia oraz jego popularność w mediach społecznościowych, gdzie zasięg jego odbiorców sięga nawet kilku milionów.

Ech, cokolwiek by pan Andruszkiewicz nie powiedział, to dla mnie jedno jest pewne. Kolejny człowiek w rządzie, którego kompetencje i profesjonalizm stoją pod dużym znakiem zapytania. Z takimi ludźmi u steru, ta nasza biedna Polska naprawdę długo nie pociągnie…

Szanujmy je i reagujmy, gdy zostaje złamane. Ostro i bezkompromisowo, ale nie w imię „walki”, tylko obrony zasad.

Gdyby stanęła przede mną dobra wróżka i powiedziała, że w 2019 roku spełni tylko jedno moje życzenie, życzyłabym sobie, żebyśmy my, Polacy, przestali ciągle o coś walczyć, a nauczyli się wytrwale zmierzać do celu i pracować oraz współpracować.

Sformułowanie „musimy o to walczyć” od dawna mnie raziło, ale ostatnio pojawia się w przestrzeni publicznej tak często, że nasuwa to podejrzenie o wykształcanie się w nas bardzo niebezpiecznego społecznego nawyku „walki” i wojny. Nawyku, który gdy wejdzie nam w krew (co być może już się nawet stało), niezwykle trudno będzie wykorzenić.

Nie darmo filozof Ludwig Wittgenstein, którego pasją i przedmiotem badań był właśnie język mówił, że „granice naszego języka pokazują granice naszego świata”. To słynny cytat, choć są i tacy literaturoznawcy, którzy twierdzą, że został on źle przetłumaczony i że tak naprawdę Wittgenstein powiedział, że „granice naszego języka wyznaczają granice naszego świata”.

Osobiście skłaniam się ku tej drugiej interpretacji.

Sposób w jaki mówimy i to, co mówimy nie tylko pokazuje kim jesteśmy. Sposób w jaki mówimy także poszerza nasze horyzonty lub przeciwnie, buduje wokół nas niewidzialne mury i granice, i zamyka nas w getcie uprzedzeń i stereotypów w sposób, którego nawet nie dostrzegamy i zupełnie nie jesteśmy świadomi.

Nie widzimy człowieka, zjawiska, poglądu czy pojęcia, z którym walczymy. Nie jest on czymś co chcemy zmienić, ale wrogiem. Nie należy z nim dyskutować i polemizować, należy go zniszczyć, najlepiej siłą.

Pisałam wcześniej o tworzącym się nawyku walki o coś, zastępującym nawyk pracy nad czymś, ponieważ zauważyłam, że nie tylko PiS używa języka wojennego, chcąc mobilizować swoich zwolenników. Robią to też ludzie „walczący” (no właśnie) o dobre wartości. Największym bodaj społecznym zwycięstwem PiS nie są więc dobre (mimo dokonywanych przez tę partię nadużyć) sondaże, lecz przeniknięcie konfrontacyjnego sposobu myślenia i życia do naszych serc i umysłów, co przejawia się właśnie w języku.

Dam państwu przykład.

Na jednym z ostatnich spotkań na temat praw kobiet w którym uczestniczyłam jako zaproszony gość, mówiłam uczestniczkom, że nie lubię i od dawna staram się nie posługiwać sformułowaniem „walka o prawa kobiet”. Nie robię tego, bo nie uważam, żeby było ono adekwatne.

Nie muszę z nikim walczyć o nasze prawa, muszę natomiast aktywnie i konsekwentnie pracować na rzecz ich zdobycia, umocnienia i zrozumienia w ciągle jeszcze patriarchalnym polskim społeczeństwie.

Walka zakłada konfrontację i marnuje dużo sił i energii, zawsze kogoś po drodze niszcząc i poniżając, zawsze udowadniając komuś, że jest gorszy.

Tymczasem sprawa nie jest aż tak prosta.

Wiele osób nie szanuje kobiet i nie uznaje ich praw po prostu z nieświadomości, niewiedzy, bezmyślności, braku odpowiedniej edukacji czy/i wychowania albo po prostu dlatego, że nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiali, nie czuli takiej potrzeby, ponieważ w środowisku w którym dorastali nie był to problem nad którym się pochylano.

Można to zmienić zwiększając świadomość, korzystając z prawa do demonstrowania i obywatelskiego sprzeciwu, z prawa do procesu sądowego, naciskać odpowiednie instytucje i organy ścigania w przypadkach przestępstw i nadużyć, nagłaśniając równocześnie sprawę i lobbując na rzecz praw kobiet i szacunku do nich.

I można to wszystko robić w sposób niezwykle zdeterminowany, konsekwentny i skuteczny bez „walki” rozumianej jako radykalna rewolucja, bez wszczynania wojny.

Walka nie powoduje niczego prócz agresji.

To sama zasada dotyczy właściwie wszystkiego: kościoła katolickiego, praw człowieka, prawa i demokracji.

Nie walczmy z kościołem. Pracujmy na rzecz rozdziału kościoła od państwa. Zaczynajmy od siebie, od swojego życia i najmniejszych rzeczy. Nie walczmy o przestrzeganie prawa. Szanujmy je i reagujmy, gdy zostaje złamane. Ostro i bezkompromisowo, ale nie w imię „walki”, tylko obrony zasad.

Twórzmy silne organizacje pozarządowe, które będą patrzeć politykom na ręce i silne, niezależne media, nagłaśniające nadużycia i powiązania polityków z kościołem, przestępstwa ludzi władzy, mówmy o nich, podawajmy do sądu. Bądźmy spokojni, ale wytrwali i konsekwentni. Bądźmy bezlitośni, po prostu robiąc swoje.

Nie walczmy.

Po prostu wytrwale róbmy swoje.

I tego nam wszystkim życzę w Nowym Roku: spokojnego, zdeterminowanego, konsekwentnego, pracowitego robienia swoje i nie zawracania sobie głowy walkami.

Waldemar Mystkowski pisze o postawie sędziów.

Zanim Andrzej Duda w Sylwestra podpisał nowelę ustawy o Sądzie Najwyższym, której treść wymógł na PiS Trybunał Sprawiedliwości UE w wywiadzie dla TVP Info orzekł, iż środowisko sędziowskie jest zepsute.

PiS czeka następne upokorzenie dotyczące nowej Krajowej Rady Sądownictwa, której statusem w marcu zajmie się TSUE. Zanim do tego dojdzie władze przygotowują sobie grunt, chcą KRS legitymizować w Trybunale Konstytucyjnym.

Wyznaczona data posiedzenia w tej kwestii TK na 3 stycznia 2019 nie zostanie jednak dotrzymana, posiedzenie zostało odroczone. Na jaki termin? – nie wiadomo. Podobno część sędziów TK uważanych do tej pory za pisowskich, odmawia sądzenia.

W ogóle środowisko sędziów jest nad wyraz solidarne i broni niezależności władzy sądzenia, broni się przed upisowieniem. Wśród 10 tysięcy sędziów w Polsce przeprowadzane jest referendum dotyczące nowej KRS, do tej pory odbyło się w tej sprawie 1/3 głosowań. Wyniki świadczą, że właśnie sędziowie – panie Duda – to bardzo porządne środowisko.

Otóż niemal 3 tysiące sędziów spośród owych 1/3, a więc 91 proc. jest za tym, aby nowa KRS podała się do dymisji, gdyż została powołana wbrew Konstytucji, skądinąd wbrew tej niewielkiej książeczce, którą Duda wpisałby chętnie na indeks, bo wymaga od niego wysiłku przestrzegania praworządności. Dudy nie stać, aby być praworządnym, czyli porządnym.

91 proc. sędziów uważa, iż nowa KRS nie wypełnia zadań określonych w artykule 186 ust. 1 Konstytucji: „Krajowa Rada Sądownictwa stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Wygląda na to, że sędziowie nie dadzą się, a wyrok TSUE może być tylko jeden: upisowaniona KRS jest wbrew prawu unijnemu, wbrew standardom demokratycznym, wreszcie wbrew Konstytucji RP.

To zdarzenie jest kluczowe dla obecnie prowadzonej przez PiS polityki. Duda w swym pokracznym języku, innym nie potrafi się posługiwać, mówi, iż PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE, gdyż musiałoby zgodzić, aby runęło budowane w Polsce niedemokratyczne państwo bezprawia.

Rządzą nami ludzie z wyrokami. Upadła Polska

30 Gru

Od razu lepiej

Czy osoby skazane powinny zajmować się ściganiem przestępstw i patologii państwa? Do tej pory odpowiedź na to pytanie wydawała się oczywista, jednak praktyki kadrowe CBA całkowicie zmieniły optykę na powyższe zagadnienie. Chodzi o obecnego dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA. To były funkcjonariusz policji skazany przez sąd rejonowy jak na ironię dla misji instytucji za bezprawne przejęcie służbowego mieszkania. Jego obecność w służbie wzbudziła duże kontrowersje i stała się symbolem szkodliwej polityki kadrowej biura. Okazuje się bowiem, że o karierze i awansie w CBA obecnie decydują nie kompetencje, lecz znajomości z wiceszefem Biura Bogdanem Sakowiczem.

Sprawę opisała “Gazeta Wyborcza” wskazując, że Bogdan Sakowicz choć z wykształcenia jest historykiem, to zdołał zdobyć całkowitą kontrolę nad polityką kadrową CBA. Swoją pozycję zawdzięcza Maciejowi Wąsikowi, zastępcy koordynatora do spraw służb specjalnych, za którego to zaufanego człowieka uchodzi. Mimo niższej funkcji to on ma realnie kontrolować szefa biura Ernesta Bejdę. To ona miał także doprowadzić do marginalizacji znaczenia Grzegorza Ocieczka, zastępcy szefa CBA.

To właśnie jego działania miały doprowadzić do przyjmowania ludzi bez doświadczenia do służby i rosnących napięć między pracownikami, trącymi motywację do dalszej pracy w warunkach braku perspektyw rozwoju.

Jego udziałem było także wprowadzenie Piotra K. na funkcję dyrektora Biura Techniki Operacyjnej CBA zasłaniając się tym, że ciążący na nim wyrok jest nieprawomocny. Sprawa jednak była istotna dla celu istnienia biura, ponieważ bezprawne przejęcie służbowego mieszkania powinno dyskwalifikować z pracy w organie nadzorującym.

Gazeta wylicza jednak, że to nie koniec, ponieważ dochodziło do zatrudniania ludzie bez wyższego wykształcenia na stanowiska z takim wymogiem, czy przyjęcia do pracy osoby figurującej jako współpracownik SB.

Opisane zdarzenia pokazują, że CBA brakuje dziś mandatu do rozliczania państwa z patologii. Jak instytucja ma być w swojej roli wiarygodna, jeśli z zarzutów nie oczyścili się jej pracownicy, a prowadzone rekrutacje łamią zasady przejrzystości i obowiązujące przepisy. Jest to rażący przykład podwójnych standardów, który nieuchronnie podważą antykorupcyjną misję biura.

>>>

Media pisowskie jak gadzinówki i pierdu pierdu Błaszczaka

22 Gru

Czym stały się Wydarzenia Polsatu w telewizji, tym stanie się Radio Zet po przejęciu przez braci Karnowskich. Medialne symbionty Jarosława Kaczyńskiego mają wg najnowszych doniesień przejąć drugie prywatne radio w Polsce. Jak podaje portal wirtualnemedia.pl, grupa Fratria, w której udziały ma m.in. Jacek Karnowski i senator Grzegorz Bierecki, ma już zagwarantowane finansowanie z Banku Pekao. Wartość kredytu może wynieść około 51 mln euro.

Czy to oznacza, że Fratria dogadała się już z wystawiającą na sprzedaż Eurozet czeską spółką Czech Media Invest? Wg portalu niekoniecznie, jednak żadne z pozostających nadal przy stole negocjacyjnym spółek, czyli ZPR Media, Agora i PMPG Polskie Media nie liczą na finansowanie z kredytu pozyskanego od państwowego banku.

Radio Zet grozi zmiana profilu politycznego. Całe szczęście PiS, jeśli nawet przejąłby rozgłośnie rękami spółki Fratria, doskonale z doświadczenia TVP wie, czym kończy się swoista „repolonizacja” mediów. Tak jak niszę po TVP zajął Polsat ze swoimi zmodyfikowanymi pod to Wydarzeniami, tak inne rozgłośnie czekają tylko na słuchaczy z nową ofertą.

Bo Prawo i Sprawiedliwość nie potrafi zarządzać mediami. Te służą mu w celu szerzenia rządowej propagandy, a swój budżet domykają publicznymi pieniędzmi pompowanymi przez dotacje, czy kontrakty reklamowe spółek Skarbu Państwa. I niestety, PiS dobrze o tym wie, bezkarnie pozwalając sobie na takie operacje w imię „zrównoważonego budżetu”.

Jest to pomysł nietuzinkowy, ale możliwe, że jedyny skuteczny. W końcu spadek słuchalności to nie jest coś, czego chciałaby ogólnopolska rozgłośnia radiowa z taką renomą. Ale jednak przejęcie a zarządzanie nią to dwie różne rzeczy. Czy akcja ma szanse powodzenia? Z pewnością, jeśli ludzie w Polsce zrozumieją, że scenariusz realizowany przez PiS to kopia tego, który przeprowadził Orban na Węgrzech, przejmując wszystkie wolne media.

Na sprawdzenie się doniesień odnośnie przejęcia musimy poczekać prawdopodobnie do stycznia. Czy tym razem PiS zdobędzie się na mniej spektakularne przejęcie kolejnego mediów? W każdym razie, sama dyskusja o pojawieniu się nowego, prorządowego gracza w negocjacjach ws. sprzedaży Eurozet ustabilizowanej marce Radio Zet nie pomaga. Czy rozważacie zmianę Waszego codziennego nadawcy radiowego?

Kiedy rok temu „wybitny mini-ster” M. Błaszczak ogłosił, że będzie uzbrajał naród w ławki niepodległości pomyślałem, że to jakiś żart. Kpiłem z tego do woli i myślałem, że mini-ster dawno wycofał się z tego uzbrojenia polskiej armii. Teraz jednak okazało się, że ławki powstają.

Patrząc na załączone zdjęcie bardziej kojarzy mi się ta ponoć ławka z sarkofagiem, albo z podmurówką kolejnego pomnika zasłużonego PiS-owca niż z uzbrojeniem naszej armii.

Widać nasza obronność zależy od propagandy, a nie, od jakości i ilości dobrze wyszkolonych jednostek wojskowych, systemu dowodzenia, powszechności obrony.

Tymczasem widziałem cukierki i maskotki promujące Ministerstwo Obrony Narodowej, wielką ściemę propagandową Wojsk Obrony Terytorialnej, która wyzwala wprawdzie patriotyczne postawy wśród polskiej młodzieży, ale jest środkiem do niszczenia armii zawodowej. Widzę propagandową gwarancję naszej obronności w postaci miliardowych sum za stacjonowanie obcej armii na naszym terenie, ogromne sumy za rakiety, których jeszcze nie skonstruowano … i czuję się oszukany.

Pamiętam, jak w czasach słusznie minionych mówiło się, że jesteśmy wojskiem telewizyjnym, bo tylko w środkach masowego przekazu wojsko wyglądało dobrze. Miałem nadzieję, że te czasy bezpowrotnie minęły.

PiS postanowił zakrzyczeć propagandą, cukierkami i ławkami swoją niekompetencję. Nic dziwnego, bo nie znam ani jednego członka PiS, od prezesa i ministra ON poczynając, który „skaził się” chociażby zasadniczą służbą wojskową w minionych czasach. To partia kategorii „D” przydatności do służby, czyli ludzi całkowicie niezdolnych i zaryzykuję tezę, że również do obronności kraju. Swoją niekompetencję przykrywają propagandą i wierzą, że to wystarczy, aby ludzie ich popierali, bo tak fantastycznie dbają o zdolności obronne naszego narodu.

Kiedy już przysiądę na tym sarkofagu pilnowanym przez po zęby uzbrojonych żołnierzy niedzielnych, kiedy poczęstują mnie krówką z napisem MON i obok posadzą misia, włączą mi opowiadanie o historii rodzącego się państwa polskiego, to już sobie wyobrażam jak urośnie moje przekonanie, o skuteczności działań mini-stera w sprawie mojego bezpieczeństwa.

Zagłębiając się w wizjonerskich myślach już widzę te samoloty VIP-owskie, limuzyny pancerne urzędników, bohaterskie oddziały ochroniarzy ministrów, jak ruszają do walki w mojej obronie rozbijając w pył potencjalnego agresora. Pomyślałem, że może wspomogę ten wysiłek obronny partii rządzącej i kupię sobie, chociażby nowy szybki komputer do robienia walki dezinformującej siły potencjalnego agresora. Jak jednak zagwarantować, że mi go nie zarekwirują przy najbliższym przeszukaniu mieszkania obywatela w koszulce „KONSTYTUCJA”.

Więcej >>>

To się musiało tak skończyć 😄

Morawiecki, Macierewicz, Kaczyński: zakłamani, obleśni, sprzedajni

17 Gru

Podczas wyjazdowego posiedzenia klubu PiS w Jachrance, Jarosław Kaczyński nakreślił ramy planu powrotu partii rządzącej do sondażowej formy i zwycięstwa zmagań o miejsca w Europarlamencie. Nie minęło od tych wydarzeń dużo czasu i przekaz prezesa jest już wcielany w życie.

Politycy obozu rządzącego mieli odpuścić w sprawie aborcji oraz “uważać na to, co się pisze w internecie”. To pierwsze już potwierdził oficjalnie Jarosław Gowin, a to ostatnie właśnie staje się faktem. Ofiarą nowej narracji PiS padła bowiem… Krystyna Pawłowicz. Posłanka zapowiedziała bowiem odejście z polityki i swojej barwnej twórczości w social media:

Tym samym można odnieść wrażenie, że w PiS trwa wielkie chowanie trupów do szafy. Władza przed wyborami do Europarlamentu dokonuje powtórki manewru z rekonstrukcją rządu, kiedy z pierwszej linii zniknęły najbardziej kontrowersyjne nazwiska. Tym razem bowiem Pawłowicz dołącza do uciszonego już Macierewicza. W ostatnim czasie inni posłowie znani z ostrego języka jak m.in. Dominik Tarczyński również złagodzili ton. Usunięcie z placu boju Pawłowicz może mieć dla PiS duże znaczenie, ponieważ wyróżniała się ona w swojej antyeuropejskiej narracji.

Na tym jednak nie koniec zwrotu obozu władzy. Trwa bowiem wielkie malowanie trawy na zielono w postaci wręcz nachalnej “pro-europejskość PiS”. Hasło konwencji rządzących “Polska Sercem Europy” zdaje się sugerować wyraźny zwrot w kierunku przekazu pozytywnego w polityce europejskiej. Zamiast o wstawaniu z kolan, czy uczeniu jeść Francuzów widelcem, była już bowiem mowa o doganianiu zachodniego poziomu płac:

“Nasza recepta na budowanie dobrobytu to połączenie najlepszych polskich tradycji, stylu życia, wolności i bezpieczeństwa z europejskim poziomem zarobków, jakością infrastruktury oraz solidarnym, odpowiedzialnym państwem. Polska sercem Europy!”

Także w kwestii tak ważnego w Unii tematu ochrony klimatu PiS również próbuje zniwelować złe wrażenie z początku szczytu w Katowicach, obiecując ustami Jarosława Gowina masową budowę odnawialnych źródeł energii dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz dla pięciu milionów domów jednorodzinnych.

Władza odchodzi tym samym od swojej wojującej retoryki, która znaczyła jej ostatnie trzy lata rządów. Przyjętą przez władzę strategię w mocnych słowach podsumowuje Tomasz Lis:

“3 lata walenia przez PIS w UE i trzy lata obrażania wszystkich przez panią Pawłowicz. Teraz nadchodzą wybory, więc Europa cacy, flagę europejską wyjmujemy, a Pawłowicz chowamy. Tylko ktoś skrajnie niemądry uwierzy w uczciwość tej zmiany. Nie wierzcie w słodkie miny bandytów!!!”

Odkładając na bok mało kurtuazyjny język, ciężko nie odmówić redaktorowi naczelnemu “Newsweeka” racji. Objęcie sterów szefa rządu przez Mateusza Morawieckiego także odbywało się w atmosferze zmiany kursu PiS wobec Europy. Jednak wówczas minął ledwie miesiąc i wybuchła afera wokół IPN, a konflikt ze wspólnotą wszedł w kolejną fazę konfrontacji. Dobra mina przyjęta dziś przez PiS zdaje się być kolejną grą na czas, maską taką samą jakimi były w 2015 roku uśmiechnięte twarze Andrzeja Dudy i Beaty Szydło, które ukrywały żądzę konfliktu prezesa PiS.

Otwarte pozostaje zatem pytanie, czy wyborcy nabiorą się na te same sztuczki po raz kolejny? Ujednolicenie przekazu i wyciszenie skandali wokół oburzających wypowiedzi polityków PiS z pewnością władzy pomoże, jednak w obliczu wywołanego aferami kryzysu wiarygodność rządzących może się okazać to stanowczo za mało do zwycięstwa.

Poseł Marcin Kierwiński odniósł się do wypowiedzi dziennikarza Tomasza Piątka na temat Antoniego Macierewicza w programie Skandaliści (Polsat News).

PiS już nie rozdaje, tylko kradnie i zabiera

16 Gru

„Czas już pomyśleć o życiu poza polityką” – napisała niespodziewanie Krystyna Pawłowicz na Twitterze. Posłanka w toku dyskusji przyznała, że odchodzi z polityki.

Krystyna Pawłowicz złożyła życzenia świąteczne użytkownikom Twittera. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dyskusja, która miała miejsce w komentarzach pod jej wpisem. Sama Pawłowicz niespodziewanie zadeklarowała: „Mój czas w polityce w te Święta dobiegł końca, teraz młodzi”.

Dalsze komentarze Pawłowicz były w podobnym tonie. Posłanka stwierdziła że „czas już pomyśleć o życiu poza polityką, zobaczyć jeszcze miejsca rodzinne, pokurować zdrowie, posprzątać po sobie”.

„Mam już prawie 70 lat i trzeba wszystkie swoje sprawy pozałatwiać” – pisała również.

Do końca nie było jasne, czy Pawłowicz nie ma na myśli wyłącznie zakończenia aktywności w mediach społecznościowych. Zapytana jednak wprost, czy odchodzi z polityki, odparła, że tak.

„Chcę swą polityczną aktywność zakończyć,mam dużo spraw do załatwienia,życiowego zakończenia i uporządkowania. Może jesienią tu wrócę. Wpisywać się będzie można. Może wstawię tylko jakąś informację np. o wyroku w procesie z Owsiakiem” – napisała w jednym z ostatnich komentarzy.

Pawłowicz zapewniła w rozmowie, że to „nie ‚urlopik’, a życie”, ale Polski „będzie pilnować do końca swych dni”, gdyż jest to „testament jej przodków”.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o konwencji PiS.

Na sobotniej konwencji PiS zaprezentował swoją listę strachów.

Sondaże są jednoznaczne i bezlitosne: pokazują zjazd PiS-u. Partia rządząca wciąż jest na czele stawki, ale ścigająca ją konkurencja po aferze KNF szybko skraca dystans. Najwyraźniej do wielu wyborców spoza ścisłego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości dotarło, co naprawdę reprezentują sobą ludzie, którzy dorwali się w Polsce do władzy.

Siedem plag spadło na PiS przed wyborami 2019

Szantażowanie prywatnych przedsiębiorców przez wysokich urzędników państwowych, wymuszanie od nich haraczy, grożenie im przejęciem ich firm, uchwalanie ustaw, które mają takie przejęcia ułatwiać, rozdawanie synekur synom, małżonkom i pociotkom dygnitarzy – wszystko to znaliśmy dotąd z artykułów prasowych opisujących rzeczywistość polityczną w egzotycznych dyktaturach i państwach mafijnych. Wydawało się, że takie rzeczy to tylko w Wenezueli, Rosji i Nikaragui, bo przecież nie w państwie demokratycznym i praworządnym, należącym do Unii Europejskiej…

Okazało się jednak, że i owszem, w środku Europy takie patologie też są jak najbardziej wyobrażalne. Gdy ta prawda przebiła się do świadomości obywateli – zaczął się zjazd notowań rządzących. Na pół roku przed wyborami europejskimi i na rok przed wyborami do polskiego parlamentu. Fatalna koincydencja. Gorszy timing właściwie trudno sobie wyobrazić.

W tym samym czasie opinia publiczna jest bombardowana kolejnym doniesieniami o patologiach i przypadkach pedofilii w szeregach kleru – i tłumnie wali na demaskatorski film pod tym właśnie tytułem. Wprawdzie partia rządząca i Kościół to formalnie dwie oddzielne instytucje – ale przyjęcie katolicyzmu na PiS-owskie sztandary i wejście w polityczną symbiozę z duchowieństwem i Radiem Maryja sprawia, że wizerunkowe kłopoty Kościoła też są dopisywane do rachunków szeroko rozumianego obozu władzy.

A jeśli dodamy do tego jeszcze powszechny niepokój towarzyszący oczekiwanym podwyżkom cen energii elektrycznej, mamy już przedsmak katastrofy i zapowiedź politycznej zmiany warty jesienią 2019 roku.

Okręt PiS próbuje wypłynąć na spokojniejsze wody

PiS pilnie potrzebował więc cudu, który by odwrócił uwagę wyborców od afer i podwyżek cen, zmieniając dynamikę wydarzeń politycznych. A ponieważ cud sam z siebie nie chciał nadejść, sprawę wzięli w swoje ręce spece od PR-u z partii Kaczyńskiego, próbując przejąć inicjatywę. Nie można im odmówić talentów. Dzięki nim Prawo i Sprawiedliwość wydaje się odzyskiwać sterowność. Już nie jest tylko wrakiem, który chaotycznie i bezwolnie kołysze się na falach w oczekiwaniu, aż wiatr i prądy morskie rzucą nim o skały. Czy jednak wystarczy mu sił i czasu, by wyrwać się ze sztormu i wrócić na spokojniejsze wody?

Najpierw polityczni macherzy Kaczyńskiego postarali się rozbroić w tym tygodniu mniej groźną z bomb, jaką był opozycyjny wniosek o wotum nieufności dla premiera. Dokonali manewru wyprzedzającego, każąc premierowi złożyć wniosek o wotum zaufania, który był rozpatrywany jako pierwszy. Dzięki temu Morawiecki mógł się zaprezentować w pełnej krasie i w blasku jupiterów, czarując naród elokwencją, zaś debata nad wnioskiem opozycji stała się w gruncie rzeczy bezprzedmiotowa. W dodatku została zepchnięta na późny wieczór w piątek przed weekendem, gdy większość obywateli  ma lepsze zajęcia niż oglądanie transmisji z Sejmu.

Ciąg dalszy PiS-owskiej kontrofensywy nastąpił w sobotnie przedpołudnie, gdy wierchuszka partii zebrała się pod Warszawą na pierwszej konwencji po wyborach samorządowych. Impreza była ponoć planowana od dawna, ale najnowsze wydarzenia wywarły wyraźny wpływ na jej przebieg i charakter.

Słuchając wystąpień liderów obozu władzy, można było sporządzić ranking kwestii stanowiących ich zdaniem największe zagrożenie dla notowań PiS.

Lista strachów PiS

Strach pierwszy – afera KNF. Jej ranga manifestowała się w fakcie, że żaden z mówców nie wspomniał o niej ani słowem, tak jakby jej nie było. To niesamowite. Kraj jest wstrząsany kolejnymi skandalami i sensacjami, kamery i komputery dziennikarzy rozgrzewają się do czerwoności – a PiS nic. Ani słowa. Sprawy nie ma, więc nie ma tematu.

To oczywiście celowe przemilczenie. Partia Kaczyńskiego przez długi czas narzucała Polsce tematy debaty. Ostatnio jednak straciła inicjatywę. Wymowne milczenie na temat KNF jest próbą jej odzyskania. Naród ma dyskutować o tym, co jest wygodne i pożądane z punktu widzenia PiS.

Strach drugi – groźba polexitu. Spindoktorzy władzy najwyraźniej doszli do wniosku, że wyborcy nie na żarty przestraszyli się perspektywy wykluczenia czy wyjścia Polski z Unii. Dlatego wszyscy mówcy z premierem na czele usilnie podkreślali, że Polska jest częścią Europy i o  żadnym polexicie nie ma mowy. Nie przypadkiem Mateusz Morawiecki przywołał fakt, że był swego czasu konsulem honorowym Irlandii. I nie przypadkiem Beata Szydło mówiła o „naszej wspólnocie europejskiej” i deklarowała, że „jesteśmy europejską rodziną”. Ta sama Beata Szydło, która trzy lata temu jako premier kazała usunąć flagi unijne z budynku rządu…

Strach trzeci – wizerunek obozu władzy jako zbiorowiska targanego wewnętrznymi konfliktami, rozrywanego ambicjami i rywalizacją o wpływy oraz schedę po starzejącym się wodzu. Dlatego konwencja miała być demonstracją jedności, by wszyscy zrozumieli, iż PiS to – jak w wierszu Majakowskiego – dłoń milionopalca w jedną pięść zaciśnięta.

Na konwencji byli wszyscy, nawet odsunięta na boczny tor Beata Szydło, która przemawiała zaraz po Mateuszu Morawieckim. Wcześniej plotkowano, że premier ma do niej bardzo krytyczny stosunek, zaś ona ma do niego żal o zajęcie jej miejsca. W sobotę nie było tego widać. Nie było też widać animozji między premierem a ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą, którego Morawiecki zaanonsował ciepło i serdecznie, zapowiadając, że zaraz „będzie mówić Zbyszek”. Nie pan minister, a właśnie „Zbyszek”. Choć oczywiście warto odnotować, że Zbyszek mówił jednak po Jarku (Gowinie). W końcu trzeba przestrzegać hierarchii i kolejności dziobania. I to właśnie Jarkowi przypadło w udziale zaszczytne zadanie ogłoszenia, że podwyżek cen prądu nie będzie.

Po spotkaniu z PiS-em warto sprawdzić kieszenie

– Wyciągamy rękę do naszych konkurentów – deklarował Morawiecki. – Możemy się oczywiście spierać, ale niech to będzie spór na programy, a nie kłamanie.

Nie bardzo wiadomo, do kogo ten postulat adresował. Pewnie do siebie samego, bo przecież zaledwie minutę wcześniej, w tym samym wystąpieniu, skłamał, że Platforma Obywatelska w Warszawie uniemożliwia przekształcenie użytkowania wieczystego we własność (przypomnijmy: PO wycofała się tylko z populistycznego pomysłu przyznawania warszawiakom nadzwyczajnych bonifikat i zrównała poziom ulg z tym, który PiS ustawowo wprowadził w całym kraju).

A jeśli chodzi o to zaproszenie wystosowane przez Morawieckiego do konkurentów, to po doświadczeniach afery KNF i po ustawie o przejmowaniu banków za złotówkę namawiałbym ich, by obmacali kieszenie. Gdy PiS mówi, że wyciąga rękę, warto sprawdzić, czy portfel jest na miejscu.

Konwencja PiS w Szeligach pod Warszawą była na swój sposób wyjątkowa. Gdyby zastąpić polityków aktorami i usunąć z ich przemówień rytualne uderzenia w Platformę, to mało kto poznałby najnowsze wcielenie PiS.

„Orzeł naszej gospodarki musi wzbić się jeszcze wyżej i dlatego te trzy filary, na których chcemy oprzeć rozwój Polski na najbliższe 5-10-15 lat to: Europa, wyższe wynagrodzenia i modernizacja Polski”.

„Jesteśmy bijącym sercem Europy. My dzisiaj inspirujemy Europę”.

„My naszą ofertę budujemy w taki sposób, żeby klasa średnia była jak najsilniejsza, jak najbardziej zasobna”.

„Jesteśmy dumni, że jesteśmy Europejczykami. Polska była, jest i będzie w Europie i nikt, i nic tego nie zmieni”

„Polacy nie chcą żadnych rewolucji – ani obyczajowych, ani politycznych. Polacy chcą państwa stabilnego, skutecznego, gwarantującego bezpieczeństwo, państwa umożliwiającego stabilny rozwój”.

To cytaty z Mateusza Morawieckiego, Beaty Szydło i Jarosława Gowina, a mogliby to przecież równie dobrze powiedzieć Grzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer i Władysław Kosiniak-Kamysz.

„Modernizacja” to już stara śpiewka, ale tak dobitnie o klasie średniej PiS przemówił bodaj po raz pierwszy w swej historii. A koktajlu z modernizacji, europeizacji, czystej energii i klasy średniej Jarosław Kaczyński nie zaserwował jeszcze nigdy.

Można w tym miejscu postawić trzy pytania:

– dlaczego tak się dzieje?

– co to w praktyce oznacza?

– czy to zadziała?

Skąd ten zwrot, to akurat doskonale wiadomo. Lanie zebrane przez kandydatów PiS w II turze wyborów w miastach zrobiło na decydentach PiS większe wrażenie niż zwycięstwo w potyczce o sejmiki. I od wyborów samorządowych liderzy PiS mają ból głowy – co zrobić, by nie przegrać następnych kampanii przez mobilizację wyborców miejskich i wielkomiejskich, co zrobić, by opozycja nie mogła zagrać skutecznie kartą Polexitu.

Dlatego drugi już miesiąc słyszymy o „złagodzeniu kursu”, „ciepłej wodzie z kranu” w wersji PiS, dlatego Sejm klepnął nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym.

Pytanie drugie jest o tyle trudne, że liderzy Zjednoczonej Prawicy bardzo oszczędnie gospodarowali treścią w swoich wystąpieniach. W barku w hali, gdzie odbywała się konwencja, na tablicy ktoś napisał kredą „mleka do kawy brak”; w przemówieniach zabrakło i mleka, i kawy. Morawiecki zapowiedział, że program przedstawi w styczniu lub lutym. Na razie padły hasła. Premier był jak Święty Mikołaj, który przyszedł z pustym workiem i powiedział, że prezenty będą kiedy indziej.

Pytanie trzecie należałoby rozbić na dwa: czy PiS zdobędzie dzięki temu nowych wyborców i czy zdoła zdemobilizować cudzych.

Te pytania zadają sobie także w PiS. Nie mogę powiedzieć, gdzie się ta rozmowa odbyła i nie mogę zdradzić nazwisk jej uczestników, ważnych polityków z obozu rządzącego. Jeden z nich był „miastoentuzjastą” – przekonywał, że PiS może przyciągnąć wyborców z dużych ośrodków. Drugi odparł: „Z tym zwrotem do centrum to trochę tak, jakby facet prał drugiego po pysku, raz, drugi, trzeci, a potem przyszedł do niego z bukietem kwiatów”.

PiS w tej kadencji przez trzy lata lał klasę średnią po pysku. Uderzał w jej interesy: zlikwidował kwotę wolną od podatku, nie zrobił nic dla frankowiczów, próbował gmerać przy 30-krotności, uderzał w jej przekonania: poszedł w konflikt z Unią Europejską, rozmontował Trybunał Konstytucyjny i chciał czystki w Sądzie Najwyższym. Teraz nie przyniósł nawet bukietu kwiatów, tylko zapowiedział, że go przyniesie.

Poza wszystkim innym, konwencja PiS odbyła się jakby trochę obok nurtu wydarzeń. Polacy nie usłyszeli, jak Morawiecki chce się uporać z podwyżką cen energii, co zrobi z ministrami, którzy się kłócą, nie padła żadna konkretna recepta – poza rytualną deklaracją jedności – na rzeczywiste problemy obozu rządzącego. Nie wykluczałbym dalszych spadków w sondażach.

Sędziom nie wolno używać znaku „Konstytucja”, bo stał się on symbolem społecznego sprzeciwu wobec łamania konstytucji. Taki wniosek można wyciągnąć z podjętej 6 grudnia uchwały nowej KRS. Tyle, że sędziowie maja obowiązek obrony konstytucji – nie tylko w orzecznictwie, ale też w debacie publicznej.

Już raz – latem – koszulki z napisem „Konstytucja” policja ścigała jako zniewagę, gdy ubierano w nie pomniki. Teraz Krajowa Rada Sądownictwa podjęła uchwałę w której za „zachowanie mogące podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” – czyli jeden z deliktów dyscyplinarnych – uznaje „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną.” Uchwała w sposób oczywisty nawiązuje do niedawnych doniesień prorządowych mediów, że sędzia Weronika Klawonn, która w Sądzie Okręgowym w Gdańsku sądziła sprawę Jarosława Kaczyńskiego przeciwko Lechowi Wałęsie, została sfotografowana latem w koszulce z napisem „KonsTYtucJA”, gdy stała pod sądem w proteście przeciwko politycznemu zawłaszczaniu sądów. Prorządowe media i politycy PiS żądali wyłączenia jej ze sprawy, bo jest stronnicza. Ostatecznie uznała jeden z trzech zarzutów Jarosława Kaczyńskiego (oskarżenie, że winien jest katastrofie smoleńskiej) za słuszny i nakazała Wałęsie opublikować przeprosiny.

Bezstronność KRS

Teoretycznie wykładnia KRS-u służy dbałości o sędziowską bezstronność. Tyle, że raczej trudno sobie wyobrazić, by o bezstronność mógł na poważnie dbać organ w całości obsadzony przez partie rządzącą, który całą swoją dotychczasowa działalnością udowadniał, że jest partyjnym organem. Trudno też sobie wyobrazić, by ta wykładnia wydana była z troski o bezstronność, a nie jako instrument podporządkowywania politycznego sędziów. Wykładnia ta bowiem ma otworzyć drogę do postępowań dyscyplinarnych przeciwko sędziom, którzy stają w obronie konstytucji i przeciwko „reformie” wymiaru sprawiedliwości.

Ale załóżmy dobrą wolę i czyste intencje nowej KRS. Bezstronność jest rzeczywiście kluczowa dla sprawowania funkcji sędziego. Gwarancje niezawisłości mają tę bezstronność wspierać. Dla poczucia sprawiedliwości kluczowe jest, by podsądni i opinia publiczna wierzyli, że sędzia jest bezstronny. Zatem nie powinien robić nic, co by tę bezstronność poddawało w wątpliwość.

KRS nie uzasadniła wykładni, której dokonała, nie możemy więc prześledzić toku jej rozumowania. A rozumowanie powinno uwzględniać konstytucję i międzynarodowe standardy. Powinno uwzględniać też to, że sędziowie są obywatelami. Mają swoje obywatelskie prawa, w tym wolność sumienia i wolność słowa i ekspresji. Wolności te są ograniczone szczególną funkcją, jaką pełnią, ale jednak nie są oni ich pozbawieni.

Nie podlega dyskusji, że sędziowie nie powinni występować z logo żadnej partii politycznej. Ale już zakaz używania symboli „które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane ze związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną” jest mocno wątpliwy. Co bowiem znaczy „prowadzące działalność polityczną”? To sformułowanie treścią wypełnić ma KRS i sąd dyscyplinarny złożony z osób – w dużej części prokuratorów – wskazanych przez partię PiS, i wybranych przez posłuszną jej KRS. Możemy więc założyć, że za „polityczne” uznane zostanie każde krytyczne odniesienie się do poczynań partii rządzącej. A żyjemy w czasach, gdy władza polityczna jest wszechogarniająca i nawet kwestia klimatu, węgla, czy ścieżek rowerowych jest polityczna.

Jak najbardziej polityczna skała się kwestia trójpodziału władzy, niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Polityczna stała się też sama konstytucja i domaganie się jej przestrzegania. A „politycznym” jest każdy, nawet nieformalny ruch obywatelski, który domaga się od władzy przestrzegania konstytucji.

Konstytucja stała się logo społecznego sprzeciwu wobec łamania konstytucji. A więc znalazła się na indeksie. Niewykluczone, że niedługo sędziowie będą karani nie tylko za używanie konstytucji jako symbolu, ale też za przywoływanie jej w orzeczeniach. Już sędziowie Ewa Maciejewska i Igor Tuleya mają postępowanie dyscyplinarne za „eksces orzeczniczy” (pojęcie, którego w prawie nie ma) w postaci zadania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE.

Sędziowie mają obrony konstytucji.

Art. 82 konstytucji mówi: „Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rzeczypospolitej Polskiej oraz troska o dobro wspólne.” Sędzia jest polskim obywatelem. A dobrem wspólnym jest konstytucja – do jej poszanowania przez władze wzywa preambuła. Dobrem wspólnym jest też „Rzeczpospolita Polska” (art. 1), która jest „demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej” (art. 2). A więc każdy obywatel, w tym sędzia, musi się troszczyć o Rzeczpospolitą praworządną. I pilnować by – jak nakazuje art. 7 „organy władzy publicznej działały na podstawie i w granicach prawa.” Dalej jest o tym, że konstytucja jest najwyższym prawem, jej przepisy stosuje się bezpośrednio i że Rzeczpospolita przestrzega wiążącego ja prawa międzynarodowego. I art. 10: „Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.” Zatem obowiązkiem sędziego, jako obywatela, jest pilnowanie, by władza przestrzegała zasady trójpodziału władzy. I w ogóle konstytucji.

Art. 32 mówi o równości wobec prawa, i że „nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.” Zatem sędziom nie można odbierać prawa, ani wyłączać ich spod obowiązku pilnowania przestrzegania konstytucji i upominania się wobec władzy o praworządność. Tym bardziej, że art. 37 gwarantuje, że każdy „kto znajduje się pod władzą Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności i praw zapewnionych w Konstytucji.”. Wyjątki określa ustawa. Ale żadna ustawa nie zakazuje sędziom dopominania się o przestrzeganie konstytucji i o praworządność. Natomiast sama konstytucja wymienia ograniczenia, jakim podlega sędzia. A art. 103 wynika, że sędzia nie może sprawować mandatu poselskiego, a art. 178 zakazuje sędziemu należeć do partii politycznej, związku zawodowego i „prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Czy można twierdzić, że obrona konstytucji „nie daje się pogodzić” z tymi zasadami?!

Art. 178 ust. 1 mówi jeszcze, że „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”. A więc nie regulaminom uchwalanym przez KRS. I nie dawanym przez nią wykładniom.

W krajach europejskich nie ma twardych, jednolitych standardów jak chodzi o granice uczestnictwa sędziów w debacie publicznej. Ale są standardy „miękkie”, jak Deklaracja Sofijska z 2013 roku dotycząca niezawisłości i odpowiedzialności sędziowskiej. Czytamy w niej: „Sędzia pozostaje obywatelem, w związku z czym ma prawo – w momencie, kiedy nie wykonuje funkcji sędziowskich – do swobody wypowiadania się, zgodnie z postanowieniami wszystkich konwencji międzynarodowych zapewniających ochronę praw człowieka. W dziedzinie polityki sędzia, podobnie jak każdy inny obywatel, ma prawo do posiadania własnych opinii na tematy polityczne. Jego zadaniem jest wyrażać je w sposób wstrzemięźliwy, tak aby inni ludzie mogli darzyć wymiar sprawiedliwości pełnym zaufaniem, niezależnie od poglądów poszczególnych sędziów. Sędzia zobowiązany jest zachować taki sam stopień wstrzemięźliwości w kontaktach z mediami. Jednocześnie jednak zobowiązanie zachowania wstrzemięźliwości nie może być wytłumaczeniem dla pasywności sędziów. (…) W sytuacji zagrożenia dla demokracji i podstawowych wolności, obowiązek zachowania wstrzemięźliwości może ustąpić zobowiązaniu do wyrażenia zaniepokojenia takim obrotem spraw.”

Zatem zarówno polska konstytucja, jak i standardy europejskie nakładają na sędziego obowiązek obrony praworządności i konstytucji.

Znak „KonsTYtucJA” nie przynależy do żadnej konkretnej organizacji ani ruchu społecznego

Nie wiemy, jakie symbole „w sposób jednoznaczny” mogą być, według KRS, „identyfikowane z ruchami społecznymi”, a tym bardziej ruchami „prowadzącymi działalność polityczną.” Czy wystarczy samo hasło „konstytucja”, czy też musi to być napis z wybitymi literami „TY” i „JA”. Czas pokaże. Ale znak „KonsTYtucJA” nie przynależy do żadnej konkretnej organizacji ani ruchu społecznego. To symbol zaadoptowany przez obywateli niezrzeszonych, którzy działają spontanicznie, bez kierownictwa, na zasadzie wolnej woli. Znak nie jest zarejestrowany i gdyby np. Mateusz Morawiecki pojawił się w koszulce z napisem „KonsTYtucJA”, nikt by nie zabronił mu jej nosić. Mało tego: z napisem „KonsTYtucJA” sfotografował się organizator tegorocznego Marszu Niepodległości Robert Bąkiewicz, kiedy prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu. I nikt mu prawa do tego nie odmawiał. A więc trudno byłoby dla potrzeb postępowania karnego – a takim jest postępowanie dyscyplinarne – dowodzić, że napis „KonsTYtucJA” jest logo „ruchu społecznego” (choć akurat PiS i jego funkcjonariusze dyscyplinarni nie koniecznie przejmują się zasadą domniemania niewinności i zakazem poszerzającej interpretacji przepisów o charakterze karnym).

Bezstronność pod groźbą dyscyplinarki

Wracając do sprawy sędzi Weroniki Klawon: sytuacja, w której sędzia, która protestowała przeciwko reformie sądownictwa przeprowadzanej pod patronatem Jarosława Kaczyńskiego, sądzi sprawę Jarosława Kaczyńskiego, może budzić wątpliwości co do tego, czy zachowa ona bezstronność. Ale sędzia nie wydaje wyroku ot tak. Musi się on mieścić w granicach prawa i musi być należycie uzasadniony. Sędzia nie sądziła zresztą tej sprawy sama. Z drugiej strony rzeczywistość mamy dziś taką, że gdyby sprawę sądził sędzia np. awansowany przez „dobrą zmianę”, albo tylko taki, który nie poparł protestów przeciwko polityzacji sądów – wtedy z kolei Lech Wałęsa mógłby uznać, że nie jest on bezstronny. Bo np. boi się wychylić i dlatego nie protestuje. A skoro boi się wychylić, to będzie się bał orzec przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Wreszcie znacznie większą wątpliwość co do bezstronności sędziów, niż ich poglądy na działania partii rządzącej dotyczące niezależności sądownictwa, budzi postępowanie dyscyplinarne, które PiS skonstruował, i które – już od miesięcy – służy zastraszaniu sędziów. Dziś sędzia orzekający nie po myśli owego polityka PiSu musi się liczyć z:
– przeniesieniem do innego wydziału;

– ze „zmianą zakresu obowiązków” w wyniku którego – jak sędzia Waldemar Żurek – zostanie zalany sprawami i nie dostanie asystenta ani pomocy sekretarskiej;

-z kontrolą swojego referatu (spraw, które prowadzi);

– z postepowaniem dyscyplinarnym, do wydalenia z zawodu łącznie.

A po drodze grozi mu półtoraroczna, publiczna kontrola majątku przez CBA – co spotkało wspomnianego sędziego Żurka.

W tej sytuacji koszulka z napisem „KonsTYtucJA” jest naprawdę detalem bez większego znaczenia dla bezstronności.

Waldemar Mystkowski pisze o konwencji PiS.

Nie wiadomo, dlaczego doszło do przedświątecznej konwencji PiS, bo jej cel programowy nie został w ogóle wyartykułowany, a jeżeli trzymać się spójności słów prezesa Kaczyńskiego, to etap wyłożony przed siedmioma latami w jego książce programowej „Polska naszych marzeń”, mamy za sobą.

Teraz partia to Polska, partia to my, w związku z czym prezes zaserwował: „Nasza partia ma być partią marzeń Polaków”. Zatem Polska uległa transformacji i jest tożsama z „naszą partią”, a Polacy zostali poddanymi tej partii i zarządcy z tylnego fotela „pana” prezesa – a ponadto Polacy mogą sobie pomarzyć.

Polacy w zdecydowanej większości marzą, aby PiS został odsunięty od władzy. I tak chyba się stanie, bo obecnie mamy do czynienie z chronicznymi aferami, kryzysami stworzonymi przez polityków PiS. Kaczyński nawet przyznał się, że „nasza partia” już nie ma niczego do zaproponowania, bo „programy będą przedstawione bardzo niedługo, ale jeszcze nie dziś”.

Po co więc zawracać publice gitarę? Aby „wiedzieć, w jakim kierunku mamy maszerować”. Niewiele lepszy był także prawdopodobny delfin prezesa, gdy ten w marszu padnie z powodu chorego kolana, Mateusz Morawiecki. Premier ma wrodzone predylekcje do oralnej grafomanii, bo oto ogłosił, że „jesteśmy bijącym sercem Europy”.

Metafory Morawieckiego i Kaczyńskiego są wyjęte wprost z przemówień komuszych genseków, Gomułka i Gierek na tamtym świecie obecnym bonzom z „partii naszych marzeń” biją gromkie brawa.

Nawet Leszek Miller na te bijące serce się obruszył: „Premier Morawiecki na konwencji PiS: Jesteśmy bijącym sercem Europy. Na zakończonym właśnie spotkaniu przywódcy krajów euro zdecydowali o powołaniu budżetu eurostrefy. Zacieśnianie integracji bez Polski”.

Bijące serce wszak może bić poza organizmem, bo jest przeszczepiane z Zachodu na Wschód. I na tym polega ten zabieg cywilizacyjny, na Polexicie, który funduje nam „nasza partia”.  Jak w tym dowcipie o Radiu Erewań: bije, ale nie serce, tylko biją pałami milicjanci.

Tak mniej więcej wyglądają przekazy polityczne „naszej partii” prezesa Kaczyńskiego. PiS buksuje, co rusz zakopuje się w coraz większych absurdach. PiS maszeruje na oparach.