Tag Archives: Konrad Piasecki

Kaczyński, jak Kreml, dzieli i skłóca

22 Kwi

Jeżeli opozycja nie daje rady odzyskać władzy, to musi zrobić to społeczeństwo.

U koryta mamy mentalnych komuchów, a zarządza nimi zakompleksiały komuch Jarosław Kaczyński, który w życiu prywatnym nie zaznał przyjemności bycia mężczyzną, bo żadna kobieta nie chciała mu dać, a do burdelu nie poszedł, bo impotent.

Dobrał sobie grono podobnych sobie osobników z Ciemnogrodu, Dudę, Morawieckiego. I mamy sparszywiałą Polskę, która jest sterowana u nas z Nowogrodzkiej, ale w istocie wypełniająca cele Kremla.

Stara to zasada rosyjska: podzielić naród, a teraz udaje się podzielić opozycję.

Jeżeli nie wyjdziemy na ulicę, prawa obywatelskie zostaną nam do szczętu odebrane i będziemy żyć w kagańcu.

PiS nie potrafi rządzić, bo to lewizna pod każdym względem. Zdewastują kraj, jak to zaraza i szarańcza. Do nas koronawirus przyszedł 5 lat temu, niszczy kraj, a naród robi zbiorem pacjentów.

Uchwała SN, wykonująca wyrok TSUE w sprawie powołania sędziów przez upolitycznioną neoKRS, została właśnie uznana przez upolitycznione ciało nazywane Trybunałem Konstytucyjnym za niezgodną prawie ze wszystkim. Podążamy konsekwentnie drogą do polexitu, a uczynny TK w tym pomaga.

Rzekoma sprzeczność z Konstytucją tej uchwały SN, która przecież chroni niezależność sędziów od polityków, jest wymysłem PiS. Zanim przyszedł PiS, niezależność sędziów była zgodna z polską Konstytucją. Teraz nie jest. Kiedy się patrzy na skład TK, właściwie nie dziwi, że standard się zmienił.

Nitras: Sasin dzisiaj nie poinformował nas, że drukuje karty wyborcze. On nas poinformował, że drukuje wybory

– On [Jacek Sasin] dzisiaj nie poinformował tak naprawdę za pana pośrednictwem nas, całej Polski, że on drukuje karty wyborcze. On nas poinformował, że drukuje wybory. Tak, jak w latach 90-tych drukowano w Polsce mecze, których wynik znaliśmy przed wyjściem na murawę. To komunikat, który przekazał nam dzisiaj PiS – stwierdził Sławomir Nitras w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24.

Porozumienie Chirurgów SKALPEL chce wszczęcia postępowań wobec Konstantego Radziwiłła i Łukasza Szumowskiego za niedopełnienie obowiązków i narażenie na utratę zdrowia i życia pacjentów oraz personelu medycznego. Oskarżenia pod ich adresem wysuwa lekarka i przewodnicząca stowarzyszenia Porozumienie Chirurgów SKALPEL Katarzyna Pikulska.

Więcej o proteście medyków >>>

Austria otwiera restauracje i bary, Holandia – szkoły, premier Włoch zapowiedział przedstawienie planu luzowania restrykcji. W Polsce droga otwarcia wciąż jest mętna, ale minister edukacji Dariusz Piontkowski dał do zrozumienia, że uczniowie nie wrócą do szkół przed przerwą wakacyjną. Za to wiceminister zdrowia zaskakująco przyznał, że „za mało testujemy”.

O stanie walki z koronawirusem >>>

Odrzucona poprawka Senatu do tzw. tarczy 2.0 z 16 kwietnia wcale nie zakładała, że obowiązkowymi cotygodniowymi testami na koronawirusa ma zostać objęty cały personel medyczny, czyli kilkaset tysięcy osób. OKO.press policzyło, ile naprawdę chciała testować opozycja i czy dałoby się to zrobić. Wynik jest inny, niż twierdziło ministerstwo zdrowia.

O pozoranctwie władzy PiS w walce z koronawirusem >>>

Kaczyński wpuścił opozycję w pułapkę negocjacji i dywagacji o terminie wyborów. Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL są jak trzy małpki: jedna nic nie mówi, druga nic nie słyszy, trzecia nic nie widzi. Czas przejrzeć na oczy: wybory w maju będą. Wyborcy oczekują od opozycji przywództwa. Trzeba jasno i wspólnie powiedzieć: bojkotujemy czy głosujemy.

O matołectwie opozycji >>>

Grupa porządnych ludzi zdecydowała się nawet napisać do p. Szumowskiego list przekonując go, że warto być przyzwoitym i rozumnym, że Polska na niego liczy. I On decyzję podjął.

Była to decyzja dokładnie taka jakiej chcieli pisowcy. Taką samą podjęłyby takie orły i orlice woli czynu intelektu jak pp.; Witek, Terlecki, Jaki, Horała, Jackowski, Kempa itd. Opakowana w pokrętne uzasadnienia mające wykazać, że on przecież chce dobrze, że się troszczy. Decyzja popierająca wybory w maju, partyjniacka w swoim tchórzostwie, obliczona na przedłużenie władzy, bo tylko to liczy się dla PiS-u.

Cały wpis Stefana Niesiołowskiego >>>

Zadłużymy się bardziej niż inne państwa, bo PiS przehulał czasy koniunktury. Nieodpowiedzialnie wydawał pieniądze podatników, więc nie mamy poduszki finansowej. Za błędy PiS-u zapłacimy wszyscy. Będziemy mieć jednak wybór, bo moim zdaniem dojdzie do wcześniejszych wyborów – mówi Izabela Leszczyna, była wiceminister finansów, w sztabie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej odpowiedzialna za program. – Doradzam, żeby premier Morawiecki przeczytał to, co przygotowali Szwajcarzy, Szwedzi czy Czesi. Dziwię się, że premier nie czuje zażenowania, gdy ogłasza, że odmrożenie gospodarki polega na tym, że ludzie mogą wejść do lasu i do kościoła – dodaje. – Gospodarka musi działać, bo niedługo nie będziemy mieli żadnych dochodów budżetowych. Państwo, które zamroziło gospodarkę, a ludziom kazało zostać w domu, powinno na ten czas przejąć obowiązek utrzymania obywateli i ich miejsc pracy – podkreśla.

Wywiad z Izabelą Leszczyną >>>

Kaczyński nie przyznaje się do Srebrnej. Pisowskie manipulacje prokuraturą

25 List

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

I chyba – niestety – to jest jedyne wyjaśnienie takiego powodzenia pisowskiej i kleszej mafii w naszym kraju…

„Jędraszewski STOP” – to główne hasło marszu, który przeszedł z krakowskiego Rynku Głównego pod kurię. Uczestnicy demonstracji domagali się odwołania arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z funkcji metropolity krakowskiego i reakcji Kościoła na mowę nienawiści.

Demonstrujący stanęli pod oknem papieskim, przy wejściu do kurii przy ul. Franciszkańskiej. Przynieśli ze sobą kartki z napisami: „Jędraszewski, twoja wielka wina”, „Miłuj bliźniego jak siebie samego”, „Hipokryzja”, „Stop nienawiści”, „Jędraszewski! Precz z Krakowa!”.

„Protestujemy przeciwko polityce Jędraszewskiego. Pod kurią na Franciszkańskiej spotkaliśmy się z modlącymi się oponentami, którym przewodzi małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Czy to jest rola kuratora? Czy to jest wizja edukacji MEN? Wstyd i hańba!” – napisał podczas demonstracji na Twitterze jeden z jej uczestników Artur Mazur.

Po drugiej stronie Franciszkańskiej bowiem stanęli zwolennicy Jędraszewskiego.

A postaci małopolskiej kurator oświaty naszym czytelnikom nie trzeba przybliżać. „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

W pewnym momencie jedna z organizatorek demonstracji przeciw Jędraszewskiemu podeszła do modlących się kontrmanifestantów z propozycją pojednania. Nikt nie chciał podać jej ręki…

„Pasy zapięte? Kto ma słabe nerwy niech nie czyta. Oficjalny szacunek wysokości emerytur w przyszłości jaki dostałem z ZUS. Teraz dostajemy 53,8% ostatniej pensji (ok. 2,2tys.zł). W 2045 będzie 32%,w 2060-24,9%,a 2080-23,1%. To będzie ok.1 tys. zł na mc (na dzisiejsze pieniądze)” – napisał na Twitterze były wiceminister pracy w rządzie PiS Bartosz Marczuk.

W kolejnym wpisie „próbował” łagodzić sytuację: – „Dlatego trzeba dodatkowo się zabezpieczać. Dbać o zdrowie, kształcić, oszczędzać (PPK to idealny produkt), mieć więcej dzieci, przygotować się na dłuższą pracę”. No to przypomnijmy nasz artykuł o tym „idealnym produkcie”: „Fiasko nowego programu PiS. Aż 60 proc. Polaków nie chce PPK”.

Wpis Marczuka wywołał falę komentarzy. – „Pan były podsekretarz stanu w rządzie dojnej zmiany nagle wrócił z innej rzeczywistości na Ziemię i się zdziwił? No, no…”; – „Były wiceminister rodziny, obecnie w Polskiej Fundacji (Niedo)Rozwoju płacze, że jego wspaniali koledzy wywinęli taki numer z emeryturami. W przeciwieństwie do milionów Polaków Marczuk sobie sporo zapewne odłoży”; – „Najpierw Szydło mydliła oczy i obniżyła wiek emerytalny, teraz chłopcy rozmontowują OFE i majstrują w emeryturach, bo kasy na wytwory wiedzy ekonomicznej prezesa brak, a teraz zaczyna się straszenie, bo ludzie nie ufają rządowi”; – „Czyli rząd, w którym i pan był, po prostu rozpierniczył Polakom emerytury. Więc pytanie: pan się tym wpisem naśmiewa z tego, co ludziom zrobiliście, czy przyznaje się do winy?” – pisali internauci.

Komentowali też dziennikarze. – „Były minister pracy piszący w tłicie, że ZUS to wielkie oszustwo to jednak nowa jakość…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. – „Czy rząd PIS właśnie nas informuje, że ta partia, przekonując do obniżenia wieku emerytalnego, świadomie skazała miliony Polaków na głodowe emerytury i tragedię w ostatnich latach życia?” – zapytał Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Dziennikarz w 2014 ostrzega, aby nie obniżać wieku emerytalnego. Polityk od 2015, wiceminister pracy bierze udział w obniżaniu wieku emerytalnego. 2019 jako twitterowicz? ostrzega: emerytury będą niskie” – podsumował gen. Jarosław Stróżyk. Tak rzeczywiście przebiegała kariera zawodowa Bartosza Marczuka. Dodajmy tylko, że z resortu pracy przeniesiono go do Polskiego Funduszu Rozwoju, w którym Marczuk zajmuje się właśnie wspomnianymi wyżej Pracowniczymi Planami Kapitałowymi.

Niedzielny konkurs Eurowizji Junior wygrała Wiktoria Gabor. To drugie pod rząd zwycięstwo Polski w tej imprezie, co niezwykle ucieszyło nie tylko młodziutką wokalistkę, jej fanów i widzów, ale przede wszystkim Jacka Kurskiego, który nie omieszkał przypisać sobie cały sukces za tę wygraną. Przypomniał, że jako prezes obiecał „odbudowę siły i prestiżu TVP”.

„To podwójne, rok po roku, zwycięstwo w Eurowizji jest esencją i kulminacją tej odbudowanej pozycji” i to on podjął decyzję, by to widzowie „Szansy na sukces” wybrali reprezentanta Polski na Eurowizję, więc zwycięstwo młodziutkiej wokalistki to wielki sukces właśnie jego Telewizji.

Kurski towarzyszył Wiki Gabor w spotkaniu w „Gościu Wiadomości” i całkowicie je sobą zdominował. Dziewczynie udało się podziękować rodzicom i fanom, ale prowadząca spotkanie szybko skierowała rozmowę na zasługi prezesa telewizji i Jacek Kurski zaczęło się.

Realizacja lepsza, niż niejednej Eurowizji dla dorosłych. Krótko mówiąc, to jest odbudowa potęgi Telewizji Polskiej” i to właśnie „Myśmy mieli odwagę odbudować siłę Telewizji Publicznej”. 

Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto jest ojcem sukcesu Wiktorii, prowadząca zapytała ją, czy śpiewa „od dziecka, ale czy czujesz, że poniekąd Telewizja Polska wskazała ci drogę przez Twoje poprzednie sukcesy?” i znowu zwróciła się do swojego prezesa, który podkreślił, że od początku widział w 12 – latce gwiazdę, bo to „kwestia intuicji, i pewnej odpowiedzialności jednak w telewizji, w zarządzaniu”.

Jak słusznie zauważył jeden z internautów „Ktoś musi w końcu głośno powiedzieć, że prawdziwym zwycięzcą Eurovision Junior jest Jacek Kurski, który odkrył Wiki Gabor, napisał jej tekst, nauczył śpiewać, a nawet przygotował choreografię”.

Każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza

Kilka dni temu wszystkie stacje telewizyjne nadały pierwszy odcinek szóstego sezonu serialu pt. „Sejm według PiS”. Zapowiadano nowych wykonawców i poważne zmiany batalistycznej dotąd fabuły. Faktycznie, zobaczyliśmy sporo nowych twarzy, bo w sukurs oblężonym przybyły posiłki, które osaczyły najeźdźców zarówno z lewej, jak i prawej flanki, i od razu zaczęły kopać ich po kostkach. Jednak scenariusz nie obfitował zbytnio w nowe wątki, tyle że armia napastników po latach zwycięstw przegrała właśnie jedną potyczkę. Obudziło to pewne nadzieje na przełom, bo okazało się, że napastnikom zaczyna brakować amunicji, której nowi obrońcy maja nadmiar, wystrzeliwując ją czasem celnie, a czasem w płot albo na wiwat. Nie zmieniły się natomiast dialogi, obfitujące na przemian w argumenty i inwektywy, często na żałosnym poziomie.

Mimo kulawego scenariusza i amatorszczyzny wielu wykonawców, w pierwszym odcinku nowej edycji nie wiało nudą. Interesujące były zwłaszcza zaciekłe próby konfrontacji nadziei i marzeń z twardymi realiami ponurej rzeczywistości. Fascynująca była zwłaszcza wędrówka zawiłymi meandrami wyobraźni jednego z głównych wykonawców, artysty Mateusza Morawieckiego, grającego w serialu rolę premiera.

Były w tym odcinku sekwencje straszne, były fragmenty podniosłe i scenki naprawdę ucieszne.  Strasznie było, gdy udający premiera pokrzykiwał groźnie, że biada tym, którzy chcą uczyć dzieci tego czegoś, czego uczą się dzieci w każdej szkole każdego cywilizowanego kraju. Biada im, bo są to terroryści, podkładający pod całą Polskę gigantyczny ładunek wybuchowy obcego pochodzenia. Grozą powiało również, gdy Morawiecki odkurzał starą „Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, zapowiadając po raz kolejny przekop Mierzei Wiślanej, budowę CPK, Via Carpatia, promów i jeszcze paru przedsięwzięć bezsensownych lub takich, bez których spokojnie możemy się obejść, a na które wydawać będziemy pieniądze których nie ma, co rzecz jasna oznacza równoczesne odbieranie środków projektom absolutnie nieodzownym.

Podniośle było, kiedy reprezentanci rządzących jeden po drugim bohatersko stawali na przedpiersiach okopów prężąc muskuły w obronie rozmaitych wartości wykrzykiwanych dużymi literami. Szło jak od wieków o Tradycję i Wiarę, ale i o nowszy wynalazek PiS – Rodzinę, która powstaje z kobiety i mężczyzny od chwili poczęcia aż do naturalnego rozwodu. Czyli ponad jedną czwartą polskich dzieci, ze związków partnerskich lub zrządzeniem złego losu wychowywanych przez jednego rodzica, PiS pozbawił rodziny! Smutne to bardzo.  Śmiesznie natomiast bywało, gdy rządzący przekonywali zebranych, że to co jest i będzie nadal, to normalność, gdy chwalili się demokratycznym usposobieniem i nieprzemożną potrzebą praworządności, a szczególnie, kiedy swoje zwycięstwa i sukcesy ogłaszali również na zrujnowanych terenach objętych klęską żywiołową, takich jak choćby służba zdrowia czy edukacja. A wyjątkowo zabawny był kadr ukazujący na galerii sejmowej Mariana Banasia przyjmującego do akceptującej wiadomości płynące z mównicy zachwyty nad sukcesami administracji skarbowej.

Nowe odcinki serialu „Sejm według PiS” to program z cyklu dla każdego coś miłego. Bo jest równocześnie filmem wojennym i melodramatem, filmem przygodowym, rozrywkowym i science fiction, a nawet oświatowym z filozoficznym przesłaniem. Pierwszy odcinek szóstej edycji popularyzował np. całkiem nową teorię względności, dowodzącą, że nie ma na świecie zjawisk niewątpliwych ani wartości stałych, bo wszystko jest niejednorodne, wielowymiarowe, płynne i wzajemnie się wykluczające.  Czyli w skrócie: każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza. Na przykład: w konkurencji krajów najbardziej atrakcyjnych dla inwestorów Polska zajmuje miejsce piąte – i równocześnie czterdzieste, ale bardziej piąte. W rankingu mało znanej firmy doradczej Conway Analytics awansowaliśmy ostatnio na szczyty, a w znacznie bardziej prestiżowych, ale dla premiera mało wiarygodnych badaniach „The Global Competitiveness Report” i „Doing Business” w ostatnim roku spadliśmy aż o 7 miejsc. Inny przykład: powrót wielu Polaków mieszkających dotąd za granicą jest – do wyboru – wyłączną zasługą rządu PiS, co ma być prawdą, lub skutkiem Brexitu, co traktowane jest jedynie jak półprawda. Tyle tylko, że w 2018 roku z samej Wielkiej Brytanii wyjechało PONAD 100 tys. mieszkających tam Polaków, a z całego świata powróciło NIESPEŁNA sto tysięcy… Spora „nadwyżka” emigrantów nie uwierzyła w wizję PiS-owskiej krainy szczęśliwości, uchodźcy z GB woleli szukać nowego domu z dala od Polski.

Realizując ambicje oświatowe scenarzystów serial krzewi nowe hasła encyklopedyczne, zastępujące zużyte, nieaktualne pojęcia. „Wolność dla przedsiębiorców” nie oznacza już rynkowych swobód ani trwałych i czytelnych przepisów, tylko prawo drukarzy do odmowy druku tekstów, które im się nie podobają.  Zapowiedziane „przyciąganie zagranicznych inwestorów” i ich kapitału polegać ma m.in. na repolonizacji, czyli po prostu nacjonalizacji prywatnych firm i naruszaniu prawa własności.  Deklarowana głośno „troska o ekologię” to dalszy wzrost produkcji energii na bazie węgla, zaoranie programu farm wiatrowych i … powołanie pełnomocnika ds. odnawialnych źródeł energii z gabinetem, biurkiem i paprotką do podlewania. „Normalność”, to bezprawne powtórzenie przegranego przez PiS głosowania w sprawie skierowania do Trybunału Konstytucyjnego ludzi bez kwalifikacji formalnych i moralnych.

Radykalnie zmieniło się znaczenie pojęć opisujących sferę opieki nad słabymi, ubogimi i wykluczanymi. Radośnie głoszone „wyrywanie rodzin ze skrajnego ubóstwa” oznacza wzrost liczby osób żyjących na poziomie minimum egzystencji z 4,3 proc. do 5,4 proc. w ciągu roku. Czteroletnia „walka z nierównościami dochodowymi” skutkuje niemal najwyższym w Europie rozwarstwieniem. Jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. W tej kategorii PiS zrealizował obietnicę dogonienia Ameryki: polskie nierówności społeczne stały się porównywalne z amerykańskimi – i nadal rosną.

***

W expose premiera nie zgadzały się liczby, daty, ani fakty. A przecież w nowej edycji telenoweli o parlamencie, Polsce i demokracji w wersji PiS, artysta Morawiecki dopiero się rozkręca. Ciekawe, jak skończy się ten serial. Gdyby ktoś zaproponował mi napisanie scenariusza ostatniego odcinka, to wmontowałbym tam scenkę finałową, trochę przerobioną z kabaretowego skeczu :

Do premiera podchodzi poseł PiS, pokazuje mu szkolny zeszyt i prosi:

– Mateusz, ty masz smykałkę do rachunków, rozwiąż mi proszę zadanie mojego syna, ja nie daję rady, a dziecko walczy o tróję!

– O tróję walczy, powiadasz… czyli tak jak Agamemnon! – życzliwie komentuje premier, z wykształcenia historyk.

– No nie – odpowiada poseł. – Agamemnon walczył przecież o Troję.

– I co, zdał? – zaciekawił się Morawiecki…

Szydło w ruinie. Z życia pasqud 21

16 Lip

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i rzucili jak zeschłą słomę na żer bezczelnych szyderców. Oj, nie zabraknie ich teraz! Będą uważać, że brak Pani sukcesu źle wróży negocjacjom w sprawach budżetu. Ale cóż tam budżet na drogi, gdy dziś opłakujemy zamach na wzrost Pani budżetu!” – proponuje Giertych.

Cały wpis >>>

Jak zwykle, ma też „radę” dla Szydło: – „Głowa do góry! Do trzech razy sztuka. Przy następnym głosowaniu proszę po prostu spróbować ich od serca, osobiście przekonać. Najlepiej wystąpieniem bezpośrednim, bez udziału tłumaczy, którzy głębię Pani myśli mogliby przekręcić i wypaczyć”.

Do kolejnego „sukcesu” byłej polskiej premier odniósł się także mec. Jacek Dubois. – „Wygląda na to, że Beata Szydło jest jedną z najdroższych kobiet współczesnej Polski. Najpierw ponosiliśmy koszty rozbitych przez jej ochronę limuzyn, potem rozdawanych przez nią nagród. Obecnie przegrywając z samą sobą tym razem z jeszcze gorszym wynikiem kolejne głosowanie na szefową komisji zatrudnienia i spraw społecznych PE naraziła na straty wizerunkowe samego Prezesa, który w jej sprawie rozmawiał osobiście z Niemcem i wyszło mu tak jak zazwyczaj” – napisał Dubois na Facebooku.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Sprzątanie Polski po PiS wcale nie będzie łatwe, ani przyjemne. Z życia pasqud 19

14 Lip

„Zaczniemy od aktu odnowy demokracji; jednym zbiorem ustaw usuniemy cały śmietnik bezprawia, wszystko to, co niekonstytucyjne, co łamie wolność, co jest niepraworządne” – zapowiedział Grzegorz Schetyna. Lider PO przedstawił dziś 6 punktów programu Koalicji Obywatelskiej. – „Stawiamy na samorząd i decentralizację, referenda po zebraniu 1 mln zł podpisów będą obligatoryjne, głosować będzie można także przez internet” – stwierdził Schetyna.

Skupił się przede wszystkim na sytuacji w służbie zdrowia. – „Ludzie widzą, że służba zdrowia się sypie. Nasz projekt europejskiej ochrony zdrowia pozostaje w mocy. Termin oczekiwania do specjalisty nie będzie dłuższy niż 21 dni. Oczekiwanie na SOR nie może trwać dłużej niż 60 minut. Program walki z rakiem będzie według europejskich standardów. To jest nasza twarda obietnica – podkreślił Schetyna. PO chce przywrócić program in vitro i pełną dostępność badań prenatalnych. Przygotowany jest także specjalny pakiet dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Lider PO powiedział, że nauczyciele dostaną podwyżki, których domagali się podczas niedawnego strajku. Nie będzie jednak żadnej nowej reformy. – „Szkoła nie kojarzy się dziś z szóstkami, a koszmarnym bałaganem i tysiącami dzieci, które wpadły w pułapkę Zalewskiej. Nie będziemy do tego zamieszania dokładali nowej reformy, trzeba posprzątać i uspokoić sytuację” – stwierdził lider PO.

„Wzrost pensji Polaków będzie naszym oczkiem w głowie. Będziemy na to wpływać w pośredni sposób, choćby poprzez likwidację barier gospodarczych. Zniesiemy absurdalny zakaz handlu w niedziele. Stworzymy ramy, w których i pracodawca i pracownik będą zadowoleni. Polska znajdzie się w „dwudziestce” krajów najbardziej przyjaznych przedsiębiorczości na świecie. Będziemy wspierać rozwój firm” – mówił podczas Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej Schetyna. Ci, którzy zarabiają mniej niż 4,5 tys. zł brutto dostaną dodatkową premię, a dochód na rękę tych, którzy otrzymują płacę minimalną ma wzrosnąć o 600 zł.

Zapowiedział wprowadzenie związków partnerskich: – „Czas najwyższy, żeby każdy mógł mieć dostęp do informacji o najbliższej mu osobie, w szpitalu o stanie jej zdrowia i po niej dziedziczyć”. W programie PO przewidziano także szczegółowe rozwiązania dla osób starszych, w tym utrzymanie na stałe trzynastej emerytury. – „Zbudujemy centra rehabilitacji i domy pobytu. Program dla seniora dostępny będzie w całej Polsce – darmowe drobne prace domowe, taksówka do przychodni. Trzeba uwolnić tzw. więźniów czwartego piętra” – ogłosił lider PO.

W programie PO jest także mowa o ekologii. – „Jeśli nie dokonamy radykalnej zmiany, nasze dzieci nie zobaczą już świata, jaki znaliśmy. Zobowiązujemy się, że do 2030 r. wyeliminujemy węgiel w ogrzewaniu domów i mieszkań, do 2035 r. – w ogrzewaniu systemowym, a do 2040 r. – w energetyce” – stwierdził Schetyna. Zapowiedział wprowadzenie zakazu sprowadzania śmieci do Polski oraz ograniczenie zużycia plastiku.

Wielkich niespodzianek nie ma po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego tzw. jedynek PiS w nadchodzących wyborach parlamentarnych, może poza jedną, o czym za chwilę. Sam prezes oczywiście kandyduje z pierwszego miejsca w Warszawie, a jego „delfin”, czyli Mateusz Morawiecki został liderem katowickiej listy PiS.

Na ogłoszonej liście zabrakło nazwiska wicepremiera i przewodniczącego sojuszniczej z PiS partyjki Jarosława Gowina. – „Właśnie przed chwilą klapsa od Prezesa dostał imć Gowin. Za mało się cieszył, żeby dostać jedynkę na jakiejś liście” – skomentował jeden z internautów. Drugi szef partii sprzymierzonej z PiS Zbigniew Ziobro jest jedynką w Kielcach.

Tak na marginesie, prezes miał niejakie trudności z odczytywaniem listy 41 nazwisk. Kilkakrotnie się przejęzyczył. Obecnego ministra obrony narodowej przedstawił jako Mirosława Błaszczaka, a okręg mylił mu się z ojcem.

Pojawiły się pierwsze komentarze dziennikarzy. – „Ponad połowa jedynek na listach wyborczych PiS to drugi lub trzeci garnitur partyjnych działaczy, którzy nigdy wcześniej nie byli lokomotywami partii w okręgach. Odważne posunięcie w wyborach, w których stawka jest b. duża. Ale co zrobić, jak stara gwardia wysłana do Brukseli” – Andrzej Gajcy z onet.pl. – Wielkich zaskoczeń to „jedynki” PiS jednak nie przyniosły. Ciekawa decyzja o PMM na Śląsku. To nie jest okręg gdzie da się zbudować wielki komin poparcia” – Konrad Piasecki z TVN 24.

Legnica: Adam Lipiński
Wałbrzych: Michał Dworczyk
Wrocław: Mirosława Stachowiak-Różecka
Bydgoszcz: Tomasz Latos
Toruń: Jan Krzysztof Ardanowski
Lublin: Sylwester Tułajew
Chełm: Jacek Sasin
Zielona Góra: Marek Ast
Łódź: Piotr Gliński
Piotrków Trybunalskich: Antoni Macierewicz
Sieradz: Joanna Lichocka
Chrzanów: Rafał Bochenek
Kraków: Małgorzata Wasserman
Nowy Sącz: Arkadiusz Mularczyk
Tarnów: Anna Pieczarka
Płock: Łukasz Szumowski
Radom: Marek Suski
Siedlce: Krzysztof Tchórzewski
Warszawa: Jarosław Kaczyński
Warszawa II: Mariusz Błaszczak
Opole: Violetta Porowska
Krosno: Marek Kuchciński
Rzeszów: Krzysztof Sobolewski
Białystok: Dariusz Piontkowski
Gdańsk: Jarosław Sellin
Gdynia: Marcin Horała
Bielsko-Biała: Stanisław Szwed
Częstochowa: Szymon Giżyński
Gliwice: Bożena Borys-Szopa
Rybnik: Bolesław Piecha
Katowice: Mateusz Morawiecki
Sosnowiec: Ewa Michalik
Kielce: Zbigniew Ziobro
Elbląg: Leonard Krasulski
Olsztyn: Wojciech Maksymowicz
Kalisz: Jan Dziedziczak
Konin: Zbigniew Hofman
Piła: Krzysztof Czarnecki
Poznań: Jadwiga Emilewicz
Koszalin: Paweł Szefernaker
Szczecin: Marek Gróbarczyk

Dorota Brejza, żona posła PO i szefa sztabu wyborczego partii, w wywiadzie dla „Dużego Formatu” opowiedziała, jak wygląda życie jednego z bardziej atakowanych przez partię rządzącą polityków. – „Chcą go zniszczyć, osłabić, tak długo na niego pluć, aż odpuści. Propaganda w mediach publicznych ma ogromną siłę rażenia – wiemy, jak skończyło się to dla Pawła Adamowicza. Przed wyborami samorządowymi ordynarnie atakowano mojego teścia, prezydenta Inowrocławia. Bez skutku, teść został wybrany na kolejną kadencję w pierwszej turze. Żyjemy ze świadomością, jaką pewnie miało wielu ludzi walczących z władzą w PRL – propaganda nas nie oszczędzi, ale musimy robić swoje”.

„Nie wiem, czy on jeszcze ma co sobie wypruwać przy jego trybie pracy. Gra toczy się o ogromną stawkę, przyszłość Polski, o jej demokratyczną albo autorytarną wizję. Po kampanii każdy powinien mieć czyste sumienie, że zrobił wszystko, by odsunąć PiS od władzy” – podkreśliła Dorota Brejza. Powiedziała, że najbardziej obawia się, że w Polsce powtórzy się „scenariusz węgierski”: – „To oczywiste, że PiS zamierza kontynuować antypaństwową politykę, a po wyborach zawłaszczyć media i do końca opanować sądy. Trudno konkurować z rozdawnictwem pieniędzy, ale musimy mieć na to odpowiedź i umieć ją przedstawić. Pokazać, że PiS kompletnie nie potrafi rządzić, bo nie potrafi. Transfery socjalne to nie jest rządzenie. Który problem cywilizacyjny udało się rządowi PiS rozwiązać? Edukacja – leży, proszę spojrzeć, co się dzieje w sprawie rekrutacji. Służba zdrowia – leży, po leki ludzie jeżdżą 100 km, bo w aptekach brakuje pół tysiąca preparatów. Budownictwo mieszkaniowe – zna któryś jednego lokatora okrzyczanego sukcesem „Mieszkania plus”? Miało być 100 tys. mieszkań, a jest raptem kilka tysięcy, nawet nie 10 proc. planu wykonali. I mogłabym wymieniać dalej – zero kilometrów autostrad, zero pomysłów na innowacje, zero planu dla młodych, zero za walkę z ociepleniem klimatu”.

Dorota Brejza, która prowadzi własną kancelarię adwokacką, nie ukrywa, że wspiera męża. – „Mąż przygląda się temu, co robi PiS, i prześwietla tematy, które budzą jego wątpliwości. Wspólnie zastanawiamy się, jak najlepiej coś ująć. Omawiamy zagadnienia prawnicze”. Jednym z przykładów takiej współpracy była pisowska ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. – „PiS próbował po cichu, w swoim stylu, ją zmienić. Skutkiem byłoby drastyczne pogorszenie się sytuacji prawnej ofiar. Pojawił się chory pomysł, żeby Niebieska Karta była prowadzona tylko za zgodą osoby dotkniętej przemocą. To oczywiste, że kobieta, zwykle ofiara przemocy, odmówi zgody na wszczęcie procedury ze strachu przed katem, z którym mieszka. Za projektem stali adwokaci Ordo Iuris, dla nich skrajnie konserwatywna, patriarchalna wizja świata i integralność rodziny jest wartością ważniejszą niż godność człowieka i wzajemny szacunek. zmienić ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. (…) Krzyś napisał interwencję, ujawnił skandal na Twitterze. Problem dostrzegli inni politycy, dziennikarze, internauci. Rząd wycofał się ze zmian” – opowiada Dorota Brejza.

Przypomniała też jedną z najgłośniejszych afer w PiS, czyli sprawę premii przyznanych sobie i członkom rządu przez ówczesną premier Beatę Szydło – „To nie były żadne nagrody, bo nagroda jest za coś, tylko mechanizm wypłacania drugich, niesłusznych pensji. Największa do tej pory afera rządu PiS. W lutym ub.r. z KPRM przyszła odpowiedź na pytanie Krzysia o wysokość premii. Powiedziałam mężowi: „Zobacz, stworzyli sobie system drugich wypłat”. Krzysiu w debacie publicznej zaczął używać tego określenia. Zwróciłam też uwagę, że zwroty tych nienależnych pensji nie powinny być kierowane do Caritasu, ale do skarbu państwa. Pisowscy politycy niech uprawiają filantropię z własnej kieszeni, a nie z publicznych pieniędzy” – stwierdziła prawniczka.

Głosującym na PiS nie przeszkadzają patologiczni kłamcy

27 Maj

Nie potwierdziły się wyniki pierwszego sondażu powyborczego IPSOS: główni wygrani politycy PiS – kilka procent w górę. Wiosna, Konfederacja i Koalicja Europejska – w dół.

Prawo i Sprawiedliwość – 45,57 proc. Koalicja Europejska 38,29 proc., Wiosna – 6,04 proc., Konfederacja – 4,55 proc, Kukiz’15 – 3,7 proc., Lewica Razem – 1,2 proc., inne – 0,4 proc.

„Dostaliśmy najbardziej wiarygodny sondaż jakim są wybory” – powiedział w Poranku Wyborczym w Gazeta.pl były prezydent Aleksander Kwaśniewski i doradził przegranym szybkie wyciągnięcie wniosków z niedzielnych wyborów.

„PiS wygrał wybory, które nie są ich ulubionymi wyborami, udało się im bardzo mocno zmobilizować elektorat, to szczególnie widać po frekwencji na wschodzie, w pisowskich województwach”.

Były prezydent uważa, że PiS winno podziękować socjologom, „bo ta armia socjologów musiała tam pobadać. To straszenie, choć mało subtelne, było bardzo konsekwentne. Kaczyńskich straszył, że KE zabierze to, co im daliśmy, że wprowadzą euro, że pójdą na jakieś tam LGBT, oni atakują nasz ukochany Kościół, chcą oddać majątek Żydom, itd. To są kanony, których nie wymyślił PiS” – powiedział Aleksander Kwaśniewski.

Jednocześnie były prezydent stwierdził, że Koalicja Europejska ma duże szanse przetrwać, ale musi zwyciężyć rozum, a nie emocje.

„Najtrudniejsze zadanie teraz jest przed Grzegorzem Schetyną, żeby wytłumaczyć swoim mocno rozczarowanym kolegom, że PO miała 19 mandatów, a dziś będzie miała 14 może 15 swoich. Z drugiej strony musi walczyć o utrzymanie KE, bo jeżeli ta się rozsypie, to [tak, jak] Węgrzy mają teraz Orbana na wieki wieków, tak my będziemy mieli PiS na długo. To marzenie Kaczyńskiego, żeby opozycja była rozdrobniona” – ostrzegał były prezydent.

Prawo PiS wzmacnia ochronę pedofilów w Kościele katolickim

16 Maj

Prawniczka prof. Monika Płatek wypowiedziała się na temat zaostrzenia – przez polityków Prawa i Spraeidliwości – prawa karnego ws. przestępstw na tle seksualnym.

Duchowni Kościoła katolickiego są niemal bezkarni ws. przestępstw na tle seksualnym. Dobitnie lekceważące podejście instytucji państwa do przestępstw księży-pedofilów obrazują statystyki.

 „Czytam projekt zmian kk druk 3451. To jest oszustwo! To nie jest o pedofilii! Jest m.in. o kradzieży tablic sam., przestępstwach przeciw mieniu, bankowych, zmowach przetargowych, kradzieżach paliw, terroryzmie. Ziobro wykorzystuje sytuację. PiS nie czyta, co uchwala” – napisał na Twitterze Sławomir Nitras. Rzeczony druk sejmowy to zgłoszony przez PiS projekt zmian w Kodeksie karnym.

Wcześniej problem, o którym pisze poseł PO, sygnalizował też jeden z internautów: – Pilny projekt zmian w prawie karnym w zakresie pedofilii stwarza okazję do zmiany szeregu innych przepisów, które zostaną przepchnięte „przy okazji”. Ofc wiecie, że czekali z tym projektem akurat na taką chwilę, w której nikt nie będzie zwracał uwagi na pozostałe zmiany”.

„To jest bat na opozycję. Jeżeli są tam niekorzystne zmiany prawa, które nie mają związku z pedofilią i nie zagłosujecie za nimi, to jeszcze przed 26.05. mogą sprzedać narrację, że KE jest przeciw karaniu pedofilii” – „Proste, jak ktoś zaprotestuje, to przypiszą mu obronę pedofilów” – komentowali internauci.

W kolejnym wpisie poseł Nitras dodał: – „Marek Kuchciński łamie Regulamin Sejmu: – Zmiany kodeksów można procedować 14 dni po przedstawieniu posłom projektu. Dzisiaj przedstawiono projekt, który zmienia ponad 100 art. kodeksu karnego. Jutro Sejm go uchwali. Dostałem karę, gdy próbowałem marszałkowi to przypomnieć”.  – „To się w pale nie mieści – kara dla posła za to, że wskazuje na przepisy, które marszałek ordynarnie łamie! Już nie można mówić, że Polska to „państwo prawa”. Co najwyżej to „państwo Prawa i Sprawiedliwości. Prywatne”!” – podsumował jeden z internautów.

„Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii” – powiedział w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. T. Rydzyk, dyrektor Radia Maryja – komentując dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Redemptorysta uważa, że mamy teraz do czynienia ze zorganizowanymi działaniami wcześniej przetestowanymi już za granicą.

Stwierdził jednocześnie, że co prawda to nie usprawiedliwia niczego, ale odsetek księży wśród pedofilów „jest nikły”.

Tymczasem – jego zdaniem – z dramatu pokrzywdzonych przez księży zrobiono „przemysł pedofilii, a osoby w ten rzekomy proceder zaangażowane chcą nie tylko zarabiać na oskarżeniach o pedofilię, ale też zniszczyć Kościół”.

Toruński duchowny – wbrew oficjalnym danym – oświadczył, że przez 30 lat znaleziono tylko kilka przypadków przestępstw seksualnych wśród księży, a nikt nie mówi o tym, ile dobra dokonali ludzie Kościoła.

„To jest walka z Kościołem, obliczona na jego zniszczenie. Grzech należy wyrywać, ale nie niszczyć człowieka, nie niszczyć Kościoła” – ocenił dyrektor Radia Maryja.

Tadeusz Rydzyk nie przestaje szokować. W czasie, gdy Kościół przeprasza za akty pedofilii, on nadal atakuje.

– Pedofilia jest czymś obrzydliwym, nie ma na to słów. Zauważmy jednak, że najpierw ktoś współczesny świat od lat seksualizuje. Gdzie są głosy oburzenia przeciwko deprawacji dzieci? – przekazał za pośrednictwem „Naszego Dziennika” twórca Radia Maryja.

Dodaje, że problem pedofilii “nie może nam zasłaniać tego wszystkiego, co Kościół robi dobrego”.

– To, co dzieje się dziś, nie może nam przyćmić wielkiego dobra, które przez dwadzieścia wieków działo się za sprawą Kościoła – podkreśla o. Rydzyk.

Pycha i brak refleksji?

Z jego słowami można się zgodzić, ale jeśli mielibyśmy analizować całą historię Kościoła, można w niej znaleźć sporo innych ciemnych plam.

Na potrzeby tego tekstu darujmy sobie jednak wyciąganie wszelkich brudów kapłanów. Film „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich ponownie wywołał jednak w Polsce dyskusję na temat pedofilii w Kościele. Co zaskakujące, hierarchowie postanowili tym razem szybko posypać głowy popiołem i przeprosić za owe patologie.

Rydzyk przyjął jednak inną strategię. Pełny pychy rozpoczął wręcz atak. Twierdzi, że obecna rzeczywistość “epatuje dzieci i młodych obrzydliwościami”.

– Nie ma sztuki, ale antysztuka, nie ma pedagogiki, ale antypedagogika. Dlaczego nad tym się nie ubolewa? – uważa.

– Gdyby za tym, co dziś się dzieje, stała troska o dobro i rzeczywista chęć walki z pedofilią, pokazywano by to zjawisko w innych stanach i zawodach, mówiono, jaki procent osób w innych grupach społecznych dopuszcza się tej zbrodni. Nie usprawiedliwiamy niczego, ale trzeba mówić prawdę, że odsetek księży jest nikły – twierdzi dyrektor Radia Maryja.

“Przemysł pedofilii”

Dalsze jego słowa dotyczą już “przemysłu pedofilii” i są szczególnie skandaliczne.

– To są zorganizowane działania, które już przetestowano za granicą. Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii. Za tym wszystkim stoi nienawiść – dodaje.

Cios w PiS?

Rydzyk od lat jest nieoficjalnym sojusznikiem PiS. Tym razem – może nieświadomie – chyba zaszkodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ostatnimi wypowiedziami duchowny staje się bowiem obciążeniem tej wagi co odsunięty Antoni Macierewicz. Czy to świadome działania i mobilizowanie ekstremalnego elektoratu. Czy może pierwsze oznaki tracenia kontaktu z rzeczywistością?

„To największa afera finansowa ostatnich lat, która kosztowała nas wszystkich wiele miliardów złotych. Myślę, że film dokumentalny pokazujący mechanizmy i ludzi, którzy stali za tą aferą spotka się z uznaniem widzów. Tym bardziej, że tam mieszają się wpływy służb specjalnych, polityki, biznesu i mafii. Afera wciąż jest niewyjaśniona i wiele rzeczy jest jeszcze do ujawnienia” – powiedział Tomasz Sekielski w TOK FM.

„To, co ludzie PiS-u wyczyniają wokół sprawy SKOK-ów, to inżynieria kłamstwa”.

Pieniądze na dokument o SKOK-ach bracia Sekielscy chcą zebrać dzięki zbiórce publicznej. Podobnie sfinansowany został ich film „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w polskim Kościele.

Komentarz i grafika Andrzeja Pągowskiego. Teraz już wszystko będzie inne,ale by udało się zmienić KK potrzeba odwagi i determinacji tych wszystkich ,którzy doświadczyli podobnych sytuacji…

Kaczyńskiemu bliższy rubel niż euro

17 Kwi

Ryszard Kapuściński, „Imperium”, rok 1993

Jarosław Kaczyński taki już model prowadzenia polityki przyjął, że raz na jakiś czas musi swoich wyborców mobilizować poprzez wskazywanie wspólnego wroga lub zagrożenia. W 2015 roku taką funkcję spełniło straszenie inwazją morderczych terrorystów islamskich z północnej Afryki, a przed tymi wyborami zagrożeniem miała być ofensywa środowisk LGBT. Gdy okazało się, że temat nie grzeje, postanowiono powrócić do bardzo wygodnego tematu czyli kwestii wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty europejskiej. Nie ma oczywiście znaczenia, że obecnie ta wizja możliwa do zrealizowania nie jest, że dzisiejsza Polska w ogóle nie dostałaby się do Unii Europejskiej z systemem politycznym rodem z komunistycznego wschodu Europy. Ważne, że można temat ogrywać, straszyć wzrostem cen i zastawić na opozycję pułapkę, z której ta nie miałaby dobrego wyjścia.

– Wysłałem przed chwilą do przywódców najważniejszych formacji parlamentarnych, tzn. do przywódcy Koalicji Europejskiej pana Schetyny i do pana Kukiza projekt deklaracji, którą sam już podpisałem. Jest to deklaracja partii, koalicji ponadpolityczna, można powiedzieć, ponad podziałami politycznymi, która odnosi się do interesów finansowych państwa i polskich obywateli. Chodzi o to, żeby wszystkie te formacje, oczywiście łącznie z naszą, zagwarantowały, że w Polsce nie będzie wprowadzone euro zanim Polska nie osiągnie poziomu gospodarczego państw, które leżą na zachód od naszych granic. Tutaj punktem odniesienia są przede wszystkim Niemcy. I mam nadzieję, że ta deklaracja pokaże jednak dojrzałość klasy politycznej, bo w wypadku chodzi o oczywisty interes naszego kraju i jego obywateli. Ten interes jest tutaj całkowicie spójny z tego względu, że złotówka chroni nas przed wstrząsami, zapewnia szybszy rozwój i wiadomo, sfera euro to dzisiaj sfera stagnacji i jednocześnie chroni osiągnięty już poziom stopy życiowej i umożliwia podwyższanie tej stopy zarówno poprzez rozwój gospodarczy, jak i właściwą politykę państwa. W związku z tym wydaje się ona, z punktu widzenia politycznego, normalnych w demokracji podziałów politycznych, niekontrowersyjna – stwierdził Jarosław Kaczyński na Nowogrodzkiej.

– Liczymy na to, że ewentualne zobowiązania niektórych formacji politycznych wobec ich zewnętrznych sojuszników, ja tutaj stosuję formę przypuszczeniową, nie będą miały znaczenia, bo interes polskiego społeczeństwa, polskich obywateli, państwa jest tutaj zupełnie oczywisty. Stąd nasza wiara w to, że ta deklaracja zostanie podpisana i że ona jednocześnie stworzy pewną płaszczyznę wspólnego myślenia o polskiej przyszłości, polskim wzroście, o tym by Polakom żyło się coraz lepiej i żeby stosunkowo szybko, choć oczywiście to czas liczony w wielu latach, być może nawet to są dziesięciolecia, ale dojdziemy do tego poziomu, którego wszyscy Polacy oczekują i mają prawo oczekiwać jako europejczycy, obywatele państwa, które jest członkiem UE – dodał prezes PiS.

Lider Zjednoczonej Prawicy przyznał jednocześnie, że euro w Polsce będzie musiało zostać prędzej czy później wprowadzone, bowiem na Polsce spoczywa takie zobowiązanie. Zaznaczył jednak, że będzie to mogło stać się dopiero wtedy, gdy Polska na tym zyska. To deklaracja o tyle dziwna, że ekonomiści i przedsiębiorcy niezmiennie przekonują, że na samym tylko rozpoczęciu ścieżki wchodzenia do strefy euro moglibyśmy zyskać już dziś. 

Pierwsze reakcje na propozycję prezesa Kaczyńskiego nie są jednak takie, jak zapewne oczekiwał. Dziennikarze zauważają, że w czasie, gdy trwa największy od dekad protest nauczycieli, zajmowanie się abstrakcyjnym tematem wspólnej waluty może się PiS-owi odbić czkawką.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec zauważył z kolei, że lider PiS znów chce odwrócić uwagę od swoich własnych problemów i nakierować debatę publiczną na wygodne dla siebie kwestie. Nie zabrakło też głosów pokazujących, że euro nie ma co się bać, co potwierdza opinia części krajów naszego regionu, które już to zrobiły.

O tym, jak absurdalny jest to dziś temat, celnie napisał Roman Giertych, który wezwał prezesa Kaczyńskiego do złożenia deklaracji, że nie zgodzi się na przyjęcie w Polsce rubla. W końcu system wschodni już niemal mamy.

Wygląda zatem na to, że genialny strateg z Żoliborza znów przestrzelił, pokazując swoje oderwanie od rzeczywistości polskiej gospodarki. Do zmobilizowania swoich wyborców powinno to jednak wystarczyć. I może o to w całej tej hecy chodzi.

Przed krakowskim sądem rozpoczął się proces Tomasza B. oskarżonego o publiczne nawoływanie do przemocy i zabójstwa europosłanki PO Róży Thun. 5 stycznia 2018 r. na Facebooku mężczyzna napisał: – „Na stos szmatę”. Tak „skomentował” film z udziałem europarlamentarzystki pt. „Polski zamęt. Róża Thun walczy o swój kraj”, wyprodukowany przez niemiecką telewizję publiczną NDR we współpracy z francusko-niemiecką stacją Arte.

38-letni Tomasz B. nie przyznał się do winy. – „Nie wiem, skąd wziął się tam ten wpis” – mówił przed sądem. Twierdził, że nie wiedział, kim jest Róża Thun, a usłyszał o niej dopiero, gdy przedstawiono mu zarzuty. Utrzymywał też, że nie interesuje się polityką. Tomasz B. służy w Wojskach Obrony Terytorialnej. Nie był do tej pory karany. Grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Postępowanie w tej sprawie toczy się z zawiadomienia przedstawicieli Róży Thun i KOD Małopolska.

„To, że złożyłam zawiadomienie wynika z tego, że przemoc i słowa nienawiści nie znikną, jeżeli nie będziemy na to reagować. Jestem przekonana, że osoby, które dokonują tych wpisów są przekonane o swojej bezkarności” – powiedziała Danuta Czechmanowska z KOD Małopolska. Dodała, że pod wpisem Tomasza B. pojawiło się wiele nienawistnych wpisów i komentarzy pod adresem europosłanki PO. Na kolejnej rozprawie 21 maja przesłuchani mają być świadkowie wezwani na wniosek obrony oraz Róża Thun.

Popieram strajk nauczycieli również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

To, że popieram strajk nauczycieli to chyba tak oczywiste, że nie muszę tego uzasadniać. Mało która grupa społeczna – w mojej opinii – jest tak marginalizowana przez każdą niemal władzę i tak zapracowana, jak nauczyciele. I na mało której spoczywa tyle odpowiedzialności za naszą wspólną przyszłość. Dzisiejsza władza gardzi nauczycielami szczególnie, bo są politycznie słabi (PiS liczy się tylko z siłą i sondażami) i nie ceni edukacji. Faktem jest, że ludzie wyedukowani, a zwłaszcza myślący, są dla władzy o autorytarnych zapędach, zawsze groźni; lepiej mieć obywateli posłusznych i zajętych czymś innym niż myślenie, na przykład: – modlitwą, piłką nożną, szukaniem światowych spisków i oglądaniem Big Brothera.

Ale nie o władzy chciałam pisać tylko o nauczycielach. Swoich. Zrobiła się teraz taka moda, że różni ludzie wspominają tych, którzy coś dla nich znaczyli, dzięki którym stali się tym, kim są. Dobry pomysł. Często przy fatalnych programach nauczania, strukturalnym chaosie, jaki dziś mamy (i kiedyś też mieliśmy), trafiają się gwiazdy, które są w stanie usunąć w cień mizerię polskiego szkolnictwa i pobudzić dziatwę do myślenia. Trudno powiedzieć, czy chodzi tu o tak zwanego nauczyciela „z powołaniem”, czy po prostu profesjonalistę. Politycy lub księża, którzy czują „powołanie” i uzasadniają nim wszelkie działania, potrafią wyrządzić wiele szkód, zwłaszcza, że niemal każdy polityk i ksiądz myśli, że je ma. Według mnie, zainteresowanie uczniów i ich ruch intelektualny budzi taki nauczyciel, który wie, czym jest i do czego służy ten zawód; nie chodzi tu o zwykłą „transmisję danych” i kontrolę ich stanu posiadania u uczniów. Tylko o to „coś”. O kunszt.

Wszystkich moich nauczycieli mogę podzielić na trzy grupy: profesjonalistów, rzemieślników i nieudaczników. Ci drudzy dobrze sprawdzają się w każdym zawodzie, ci pierwsi mają kunszt, nieudacznicy są wszędzie. Moi profesjonalni nauczyciele stawiali mi wysokie wymagania i szydzili z braku należytych postępów. Mój licealny polonista, starszy „przedwojenny” pan, którego wszyscy kochali i nienawidzili zarazem, uwziął się na interpunkcję, analityczną znajomość lektur i zwięzłość wypowiedzi. Cenił też trudne słowa. Już na początku musiałam przyswoić sobie i używać: „abominacyjny”, „inteligibilny”, „palimpstest” itd. Nie lubiłam tego polonisty, notorycznie bałam się kompromitacji, zwłaszcza w trudnej sztuce stawiania przecinków i „odpowiadania z lektury” przed całą klasą (co za okropny zwyczaj! który jednak przygotowuje do publicznych wystąpień). Lektury czytałam po dwakroć, nauczyłam się je dobrze streszczać i analizować jak belfer kazał. Niewiele więcej, ale za to solidnie. Wdzięczna mu jestem za zmuszenie mnie do wysiłku, który choć nie rozwinął we mnie wyobraźni, dał solidne polonistyczne podstawy dla bardziej oryginalnych działań.

Matematyczka i chemiczka, które były prostymi rzemieślniczkami w swoim zawodzie, potrafiły zabić moje zamiłowanie do przedmiotów ścisłych nudą, rutyną, repetycją i kontrolą. W lekcjach ze stereometrii nie było nic, co później pozwoliłoby mi zrozumieć pewne fragmenty z VII księgi Platona. Chemia, za którą przepadałam została osnuta monotonią powtarzanych formuł i doświadczeń robionych bez żadnej fantazji. A wystarczyło przyjrzeć się drodze do odkryć Marii Skłodowskiej-Curie czy poczytać eseje Heisenberga, by rozpalić naukową wyobraźnię.

Nieudaczników też spotkałam kilku. To ci, którzy absolutnie i radykalnie minęli się ze swoją karierą zawodową. Nie lubili szkoły, bali się uczniów, denerwowała ich różnorodność klasy, nieposłuszeństwo i konieczność robienia czegoś, na co nikt – według nich – nie miał ochoty. W takiej smutnej atmosferze przebiegały moje lekcje geografii, (niestety) historii i łaciny. Mimo wysiłków po obu stronach, efekt był miażdżąco słaby. Trudno jednak wymagać, by rozkład osobowości, umiejętności i kompetencji w szkołach był inny niż w szpitalach, w Sejmie, w biznesie czy w Kościele.

Nie napotkałam jednak żadnego nauczyciela, który nie przejmowałby się tym, co robi i który lekceważyłby pracę. Każdy dawał uczniom, może nie to na co zasługiwali, ale na pewno według swoich najlepszych możliwości. Nigdy ich praca nie była należycie wynagradzana, nigdy ten zawód nie cieszył się prestiżem wśród rządzących. „Nauczyciele sobie poradzą”, „nie mają wyboru: selekcja negatywna” – znamy te hasła. Znała je władza i stosowała. Ministrem do spraw edukacji zostawała z reguły osoba jeśli nie nieudolna, to na pewno na tyle słaba, by nikt nie traktował poważnie jej roszczeń wysuwanych w imię zmiany nauczycielskiego status quo. Być może, to sami nauczyciele przyczynili się do tego, że kolejne pokolenia rządzących były obojętne na ich los. No, ale wreszcie powiedzieli – stop! Wspieram ich gorąco również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

Ciekawa jestem czy rząd polski powoła jakąś komisję do spraw spalenia katedry Notre Dame? Przecież nie może tak być, żeby kościół spalił się przez zaprószenie ognia.

Mamy doświadczenie ze Smoleńskiem i wiemy, że myśl o zwykłej katastrofie, niedbalstwie, o nieprzestrzeganiu reguł jest niegodna prawdziwego Polaka.

Musi być jakiś głębszy powód pożaru a może nawet spisek, który należy wykryć. Tylko jak to zrobić bez Macierewicza schowanego na czas wyborów?

Z miejsca zaczęli zajmować się tym hierarchowie pisząc, że płonąca katedra to kara za laicyzację Europy, obraz jej straszliwego kryzysu.

Nie słyszałam by jakiś hierarcha podjął wątek kary bożej za grzech pedofilii w kościołach chrześcijańskich, chociaż to lepiej tłumaczy sprawę. Może to też być boskie ostrzeżenie, że nawet tak solidny i długowieczny gmach chrześcijańskiej wiary może zostać zniszczony przez grzeszność księży.

Nikt nie pisze czy miejsce poświęcone naszemu papieżowi się uchowało, ale też może nikt się już tym nie interesuje. Póki co premier Szydło obiecała włączyć się rekonstrukcję katedry. Kolejny pretekst by nie dać podwyżek nauczycielom.

Zamach na Adamowicza 3

14 Sty

Wszyscy jesteśmy w szoku, po wczorajszym ataku na prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Gdy mieszkańcy miasta odliczali już czas do światełka do nieba WOŚP, na scenę wbiegł 27 – letni mężczyzna i zadał prezydentowi kilka ciosów nożem. Na nagraniu słychać, jak napastnik wykrzykuje przez  mikrofon –  „ Halo! Halo! Nazywam się Stefan W., siedziałem niewinny w więzieniu, siedziałem niewinny w więzieniu. Platforma Obywatelska mnie torturowała, dlatego właśnie zginął Adamowicz

Teraz trwa badanie, jak mogło dojść do tej tragedii. Wiadomo już, że w przestrzeni wokół sceny nie było kontroli plecaków, a wśród ochroniarzy, którzy zabezpieczali całą imprezę, byli bardzo młodzi ludzie, 17 – latkowie.

Po trwającej ok 5 godzin operacji lekarze określają jego stan jako ciężki i jak mówią – „przetoczyliśmy 41 jednostek krwi. Urazy były bardzo ciężkie; poważna rana serca, rana przepony, jamy brzusznej. O wszystkim zadecydują najbliższe godziny”. Czekamy na kolejny komunikat, który ma być przekazany o godzinie 12.

Teraz emocje sięgają zenitu. Polacy atakują się wzajemnie, już piętnują, szukając winnych tej tragedii. Wyłączam się z tego nurtu i wręcz apeluję o spokój, rozwagę i przede wszystkim zadumę. Złość, agresja, podkręcanie spirali nienawiści nic nie da. Bądźmy dzisiaj z prezydentem Adamowiczem, bo to jest najważniejsze, a na ocenę przyjdzie czas.

Brudziński, Czaputowicz, Rydzyk – członkowie szarańczy, która zżera Polskę, liszaj na ciele narodu

6 Sty

Na Twitterze doszło do kłótni między Kamilem Durczokiem a Joachimem Brudzińskim. Dziennikarz zarzucił ministrowi, że „wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów”, na co szef MSWiA odpowiedział, że się za niego pomodli.

W piątek w tzw. escape roomie (lub „pokoju zagadek”) w Koszalinie doszło do pożaru. Zginęło pięć nastolatek, które brały udział w zabawie z okazji urodzin jednej z nich. Ranny został pracownik escape roomu.

Tragedia wywołała reakcje czołowych polityków. Zarówno premier, jak i prezydent składali kondolencje rodzinom ofiar. Rządzący zapowiedzieli też nie tylko wyjaśnienie tragedii, ale i kontrole w innych tego typu miejscach w Polsce. – Strażacy przegrali tę walkę nie z powodu braku profesjonalizmu, kompetencji czy doświadczenia. Tę walkę strażacy przegrali z tymi, którzy, kierując się chęcią łatwego, szybkiego zysku, narazili na śmierć Bogu ducha winne dzieci – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński. Zapowiedział konsekwencje dla właścicieli łamiących prawo.

Sprawa jest też szeroko komentowana w mediach społecznościowych. Dziennikarz Kamil Durczok komentując tragedię zaatakował Brudzińskiego. „Minister bezczelnie wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów. Kiedyś był jedną z nielicznych jasnych twarzy PiS. Dziś działa jak hiena” – napisał. Dodał: „oczekuje wizyty policji jutro o 6 rano. Ale pan też za swoje głupoty odpowie. Do zobaczenia w celi”. Dziennikarz nie wyjaśnił jednak, jakie dokładnie słowa czy działania ministra są jego zdaniem „politycznym wykorzystaniem tragedii”.

Brudziński odpowiedział Durczokowi na Twitterze, że „wstyd się przyznać, ale dla mnie kiedyś pan też wydawał się jasną twarzą dziennikarstwa”. „Dziś tylko jedynie mogę panu zadeklarować, że pomodlę się za pana. Pomocy medycznej udzielić niestety nie potrafię” – napisał minister.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz nie przestaje bajdurzyć i zadziwiać. Niedawno powiedział, że Tusk był kandydatem Niemiec na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zamiast wyrazić satysfakcję, że Polska miała dobre stosunki z Niemcami – najważniejszym państwem unijnym, co było jednym z warunków wyboru Tuska – „Czapu” usiłuje go zdyskredytować i przedstawić jako polityka niemieckiego, a nie polskiego. Mieści się to doskonale w tradycji polityki endeckiej w Polsce. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich zimą 1922 r. endecja głosiła „doktrynę polskiej większości”, a kto do tej „większości” nie należał, miał być wykluczony z życia politycznego.

Niestrudzony amb. prof. Grela zamieścił na FB tekst amerykańskiej agencji Bloomberga z 5 stycznia: „Polska potępia przywództwo Unii Europejskiej i apeluje o zmiany w polityce Unii po wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju br.”.

„Polska oskarżyła Unię o prowadzenie wobec niej wrogiej polityki i wezwała do zmian w funkcjonowaniu Unii Europejskiej po wyborach w maju. To najnowsza salwa w długotrwałej walce między UE a Polską” – pisze Bloomberg. Bruksela uważa, że w Polsce postępuje erozja standardów demokratycznych i rosną zagrożenia dla państwa prawa. Jest to związane z nominacjami politycznymi w sądach, co jest zamachem na niezależne sądownictwo. Konflikt może doprowadzić do cięć dotacji, które ten kraj otrzymuje z UE – czytamy dalej.

„Instytucje unijne nieustannie działają przeciwko polskiemu rządowi – oświadczył w sobotę minister Jacek Czaputowicz – podczas gdy Polska jest pozytywnym przykładem narodu bez sił antyeuropejskich w swoim parlamencie, kroki podejmowane przez instytucje Unii mają w jak największym stopniu szkodzić polskim władzom. Unia nie powinna doprowadzić do działań, które nie są akceptowane przez społeczeństwo”.

Mój komentarz: po pierwsze, Polska, jak każdy kraj unijny, ma prawo krytykować Unię, wszak do niej należymy, a w Brukseli i w innych stolicach ścierają się różne interesy, poglądy i… ambicje. Sądzę, że polska kontra w Unii do pewnego stopnia związana jest z ambicją, by nasz kraj „wstał z kolan”, a przywódca obozu rządzącego, prezes Kaczyński, stał się jednym z najważniejszych polityków w Europie. W związku z zapowiadaną wizytą Matteo Salviniego, antyunijnego wicepremiera Włoch i lidera Ligi Północnej o ciągotach separatystycznych, u prezesa PiS były wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak (PiS) mówi, że to pokazuje, jak poważnie traktowany jest nasz kraj.

Po drugie, nie jest prawdą, jakoby Polska nie miała sił antyeuropejskich w parlamencie. Przeciwnie, największe ugrupowanie w parlamencie, Prawo i Sprawiedliwość, nie raz słowem i czynem rozmija się z Unią. Największym ugrupowaniem walczącym z Unią jest PiS. Gdy prezydent Duda mówi o „wyimaginowanej wspólnocie”, a premier Morawiecki kpi sobie, że za fundusze unijne naprawia się chodniki, to mamy świadectwo arogancji i kłamstwa. I to w kraju, który był największym odbiorcą funduszy unijnych.

Po trzecie, to nie Unia prowadzi wrogą politykę wobec Polski, lecz przeciwnie, rząd naszego kraju rozmija się z unijnymi wartościami, jak choćby trójpodział władz i niezawisłe sądownictwo, równouprawnienie mniejszości czy ochrona środowiska i wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej, co w sumie faktycznie stało się źródłem konfliktu Unia–Polska , znanego również jako „27:1”.

Prezes Kaczyński mówi, że rzekomy „polexit” to wielkie kłamstwo. Owszem, PiS nie wzywa do tego, żeby z hukiem wystąpić z Unii. Jak zauważają już bardziej rozgarnięci komentatorzy, rząd nie chce wyprowadzić Polski z Unii, tylko wypchnąć Unię z Polski, uczynić polskie członkostwo formalnością, fikcją. Chcemy Unii, ale takiej jak Warszawa i Budapeszt, a nie takiej jak Paryż, Berlin, Madryt czy Haga.

Wreszcie po czwarte, minister Czaputowicz, który wypłynął jako bezpartyjny specjalista, nie ustaje w umizgach i dogadzaniu partii rządzącej. Skubiszewski, Bartoszewski, Rosati, Olechowski, Cimoszewicz i inni przyzwyczaili nas do ministrów dużego formatu. A minister Czaputowicz?

Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem

Propagandyści i agitatorzy z PiS aż się zapowietrzyli z uciechy na wieść, że wbrew dotychczasowym opiniom program 500 plus bynajmniej nie dezaktywizuje zawodowo, a przeciwnie: obywatele, którzy otrzymują to świadczenie, masowo garną się do roboty lub w te pędy poszukują pracy.  Główny Urząd Statystyczny poinformował właśnie, że beneficjentów 500+, którzy podjęli pracę lub zaczęli jej poszukiwać, jest dwa razy więcej, niż tych, którzy wycofali się z życia zawodowego. Byłoby się z czego radować, gdyby nie fakt, że nie wiadomo, z którego sufitu pochodzi ta wiadomość. Bo równocześnie w materiałach GUS znaleźć można informację, że tylko w ciągu jednego kwartału minionego roku liczba osób porzucających pracę zwiększała się o 40 tys., a nieco wcześniej Instytut Badań Strukturalnych ogłosił, że z rynku pracy trwale odeszło 100 tys. kobiet.

We wszystkich chyba krajach świata znany jest żart stopniujący: kłamstwo – okropne kłamstwo – statystyka. W krajach cywilizowanych precyzują jednak, że statystyka nie kłamie, kłamią jedynie statystycy. Natomiast w państwach zniewolonych statystyka jest narzędziem sprawowania władzy. W PRL komunikaty GUS publikowane przez partyjne media powszechnie nazywano GUS-łami. Również w Polsce Kaczyńskiego, która coraz bardziej przypomina krainę młodości prezesa, statystyka zaprzęgana jest w służbę propagandy partyjnej, administracyjnej i organizacyjnej – w tym kościelnej.  Przeinaczone lub wzięte z kapelusza fakty stają się potem źródłem rozmaitych wierzeń, przesądów, a nawet zabobonów.

Zabobony to, jak wiadomo, wierzenia w moce nadprzyrodzone lub siły nieczyste, sprowadzające nieszczęścia lub przeciwnie, chroniące przed nimi. Minister energii Krzysztof Tchórzewski na przykład jest przekonany, że wskutek zawierzenia energetyków Matce Boskiej prądu będzie więcej, a co najmniej podejmowane decyzje staną się mądrzejsze:  – „Oddajemy Ci w opiekę naszych przełożonych. Wyproś wszystkim mądrość i odpowiedzialność w podejmowanych decyzjach”… – wnosił pod niebiosa minister Tchórzewski, świadomy nędznych kwalifikacji kierownictwa resortu i całego swojego rządu. Z kolei Jacek Czaputowicz, z łaski Kaczyńskiego eksperymentalny minister spraw zagranicznych, wierzy w ingerencję złych mocy, które bez żadnej przyczyny uwzięły się na nasz kraj. Wierzy również, że Donald Tusk , jako przedstawiciel Polski w Unii, powinien przeciwstawiać się tamtejszym złym mocom, chociaż każdy średnio inteligentny Polak wie, że gdyby Tusk, jako strażnik interesów 18 państw Unii, zaczął kiwać partnerów w obronie polskiej bramki, to wyleciałby z roboty szybciej niż Sejm jest w stanie uchwalić dziewiątą wersję ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rządzący i ich poplecznicy często podają do wierzenia przesądy w postaci aksjomatów. Na przykład: „partnerski model rodziny to promocja homoseksualizmu i genderyzmu”.  Albo: „reforma szkolnictwa usprawniła proces kształcenia i zapobiegła demoralizacji młodzieży w gimnazjach”.  Niektóre wierzenia wymagają jednak podparcia jakimiś substytutami prawdy.  Upowszechniana ostatnio wiadomość, że Lech Wałęsa był w latach 80-tych postacią marginalną, a związkiem kierowali w rzeczywistości bracia Kaczyńscy, potwierdzana jest „wiarygodnymi źródłami” IPN. Inne przesądy wymagają uwiarygodnienia zmanipulowaną statystyką lub stronniczymi badaniami opinii publicznej. – 85% rodaków chce reformy sądownictwa! – głoszą przekazy PiS, które uzasadnić mają zagarnięcie władzy sądowniczej przez pozostałe równoprawne dotąd władze. Nie ma znaczenia, że ludziom, na których opinię powołują się rządzący, nie chodziło bynajmniej o obsadzenie KRS i SN nominatami Ziobry, tylko o przyspieszenie procedur sądowych,  a te, wskutek „reformy” sądownictwa, znacznie się wydłużyły.

Szczególnie rozległe skutki ma upowszechniane z całą mocą wierzenie, że 95 % Polaków to katolicy. Dzięki niemu gorliwi wierni mogą stawiać kapliczki i figury w dowolnym miejscu bez niezbędnych zezwoleń, można też wieszać krzyże w urzędach, realizować w szkołach obowiązkowe programy „dni papieskich”, święcić kamienie węgielne czy schody ruchome, zapraszać purpuratów na wszystkie obchody państwowe witając ich w pierwszej kolejności oraz dotować z publicznych pieniędzy nie tylko obiekty sakralne, ale też prywatne osoby duchowne.  Wszystko dlatego, że 95% Polaków to katolicy. Tymczasem owe 95%, to co najwyżej odsetek ochrzczonych Polaków, a i to nie na pewno. W rzeczywistości już tylko 56% Polaków niezachwianie wierzy w Boga, a podstawowe nakazy religijne praktykuje zdecydowana MNIEJSZOŚĆ.  Uprzedzając zarzut o manipulację informuję, że badania w tej sprawie przeprowadziła sondażownia CBOS, przychylna oczekiwaniom rządzących, przychylnych z kolei hierarchom polskiego Kościoła.

Kiedy PiS zaczął tracić w sondażach, Kaczyński i jego funkcjonariusze wszczęli lament, że oto są prześladowani, szykanowani, postponowani i niezasłużenie krzywdzeni przez ciemne siły zewnętrzne i wewnętrzne.  Polski Kościół (też w poczuciu zagrożenia?) również przywraca mit o prześladowaniu kleru i wiernych.  Teza o znęcaniu się nad wszechpanującym PiS-em jest śmieszna, natomiast teza o prześladowaniu Kościoła – smutna. Bo od czasów PRL o Kościele przyjęło się w Polsce mówić jak o zmarłym: dobrze, albo wcale. Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem. Gdzie jeszcze rozdaje się publiczne pieniądze w zamian za wsparcie dla aktualnie sprawujących władzę? Gdzie jeszcze pod osłoną sutanny mogło żyć spokojnie i dostatnio tylu przestępców – nie tylko seksualnych – bezkarnych lub co najmniej darzonych życzliwością przez organy ścigania?

Prześladowany PiS w zawłaszczonej Polsce poczyna sobie jak okupant. Prześladowany Kościół sprawuje despotyczne rządy dusz, wyznacza wątpliwe kanony przyzwoitości, nominuje polityków i rozpycha się w szkołach, gdzie coraz częściej organizowane są imprezy według scenariusza kurii, księża uczestniczą w radach pedagogicznych, a katechetki prowadzą zajęcia z etyki i przejmują wychowawstwo klas.

Sposobem na sprowadzenie PiS do roli zwykłej partii opozycyjnej w demokratycznym kraju, lub na jej delegalizację, jako antysystemowej organizacji mafijnej, są wybory – powszechne i oby tłumne. Sposobem na sprowadzenie Kościoła do roli i posłannictwa organizacji wielkiego pożytku publicznego, zajmującej się głoszeniem Ewangelii – źródła miłości, życzliwości i wsparcia dla rodzimych i obcych potrzebujących – są również wybory. Tyle, że osobiste, czynione we własnej duszy lub – do wyboru – w sumieniu.

Kościół katolicki dlatego ma się w kraju dobrze, bo PRL okazał się dla niego zamrażarką. W demokracji dawno by się skompromitował poprzez takie postaci, jak Tadeusz Rydzyk, czy większość biskupów włącznie ze Stanisławem Gądeckim i odszedł na zasłużony margines historyczny, jak na Zachodzie, we Francji, Niemczech, w krajach Beneluksu, a nawet we Włoszech i Hiszpanii.

Wybudzony Kościół wraz z odzyskaniem suwerenności w 1989 roku nie zasypiał gruszek w popiele, zadbał o swoją pozycję wśród polityków solidarnościowych, bo wiele mu zawdzięczali.  Uzyskał finansowanie projektów z budżetu państwa, a naukę katechezy wprowadził do świątyń nauki, do szkół. No i mamy kłopot.

Politycy zasuwają do Rydzyka i głoszą brednie nie z naszego świata o rechrystianizacji. Kapłani zrobią jakiś gest, jak kiedyś cesarze: kciuk w dół, a Duda, Morawiecki, Kaczyński klękają, co samo w sobie jest anachronizmem, bo należy do rytuałów feudalnych.

Tak ufundowane państwo na ułudach, zakłamaniu, anachronizmie, musi dryfować ku upośledzeniu. To nie jest żaden konserwatyzm, ani liberalne współistnienie, bo Kościół wyzyskuje wolność do swych zapędów niedemokratycznych. A obecnie wszedł w alians polityczny z PiS-em i mamy kłopot bez mała cywilizacyjny, nie tylko natury finansowej, acz i on jest warty, aby inaczej potraktować wspólną kasę, budżet państwa, aby pieniądze nie szły na katechezę i na utrzymanie kapłanów, ich dobrobytu,  lecz na konkretne cele rozwoju społeczeństwa i państwa.

W kraju tylko lewica chce odseparować państwo od Kościoła. Dziwne, ale to pokazuje jak mentalnie jako nacja, jako społeczeństwo, jesteśmy w niedorozwoju, zaś elity są nie zawsze przygotowane do odpowiedzialności za wyznaczenie celów.

Inicjatywa Polska kierowana przez Barbarę Nowacką w charakterystyczne święto, samo w sobie anachroniczne, w Święto Trzech Króli (ktoś dowcipny mógłby zadać pytanie: dlaczego nie ma święta Jasia i Małgosi, bo to podobna opowieść z rezerwuaru mitów i bajek) zapoczątkowała zbiór podpisów pod petycją, w której apeluje się o zniesienie finansowania z budżetu państwa religii w szkołach, wprowadzenie finansowania przez kościoły, które „chcą nauczać zasad swojej wiary w szkole” oraz wpisanie religii na listę zajęć dodatkowych. Oraz uregulowania – tj. zaprzestania – finansowania Kościoła i ubezpieczenia kleru z państwowego Funduszu Kościelnego.

Petycja zawiera założenia do projektu ustawy o świeckim państwie, bo na razie mamy władze bogobojne i takież państwo nie ze świata rozumu. Czy to może się udać? Jeżeli nie poradzimy sobie z anachronizmem sojuszu „ołtarza i tronu”, to nie poradzimy sobie z wolnością i demokracją, która obecnie szwankuje jak diabli.

Zbieranie podpisów pod petycją potrwa do 20 lutego, po czym projekt ustawy zostanie złożony w Sejmie.

Krystyna Pawłowicz, Macierewicz są schowani, bo dojdzie do przedterminowych wyborów?

17 Gru

Trudno się z nią zgadzać, łatwo umieszczać w memach, niełatwo ignorować. Niemniej wraz z zapowiedzianym przez poseł Krystynę Pawłowicz (już po raz drugi) odejściem z polityki zniknie najbardziej wyrazisty papierek lakmusowy nastrojów obozu władzy. Oto kilka dowodów… 

Krystyna Pawłowicz mówi to czego boją się powiedzieć jej partyjni koledzy

W lipcu ubiegłego roku, gdy PiS po raz pierwszy usiłował sparaliżować Sąd Najwyższy (przypomnijmy skończyło się na protestach ulicznych, wecie Andrzeja Dudy, drugiej ustawie i ostatecznie sprawie przegranej przez rząd przed TSUE) prof. Pawłowicz, prawniczka z wykształcenia, jedną odpowiedzią zdradziła stan napięcia w obozie władzy oraz plany dotyczące mediów, które będzie można wcielić w życie, po tym, jak PiS podporządkuje sobie sądy.

Zapytana przez dziennikarza „Onetu” o zmiany w sądownictwie odpowiedziała tak:

– W pewnych etapach, w pewnym tempie wprowadza się po prostu reformy, a po wakacjach weźmiemy się za was!. – To znaczy, ja tak mówię – dodała szybko, oddalając się od dziennikarza. Okazało się, że nie tylko ona tak mówiła. Dowodem rzekomo istniejący projekt repolonizacji mediów, próby walk władzy ze stacją TVN i niedawna interwencja w tej sprawie ambasady USA.

Reedukacja opozycji w Korei Północnej

Gdyby nie prof. Pawłowicz, polskich polityków, tak jak kiedyś polskich straszono by jedynie Berezą, a tak pogróżki zyskały nowy geograficzny wymiar. – Powinniście jak w Korei przejść reedukację w obozach uczących demokracji – oznajmiła podczas prac komisji sprawiedliwości. Czy tak myślał twardy elektorat? Sądząc po postach w mediach społecznościowych firmowanych pani profesor nie można tego wykluczyć. Nie ukrywajmy, za podobnymi metaforami będziemy tęsknic najbardziej.

Co ciekawe sama Pani profesor uważała, że niesłusznie przyprawia się jej agresywną gębę.

Pawłowicz patriotyzm a zdrada

Podobnie tęsknić będziemy za klarownymi podziałami społecznymi, które najpierw wykreowali posłowie tacy jak prof. Pawłowicz, a potem przejęli politycy z PiS-owskiego mainstreamu. Ot choćby ten na patriotów z PiS i zdrajców, którzy myślą inaczej niż partia obecnie rządząca.

Posłanka nie była retorycznym trendsetterem? To przypomnijcie sobie jak niedawno podział zarysowany przez nią wykorzystał Mateusz Morawiecki na urodzinach Radia Maryja.

Lewacki spisek przeciw PiS

Komisja Wenecka, która – przypomnijmy – przyjechała do Polski na zaproszenie PiS skrytykowała zmiany w prawie forsowane przez Prawo i Sprawiedliwości, a jej przekaz poszedł w świat.

Na szczęście Pani poseł dobitnie była w stanie wykazać, kto za tym wszystkim stoi. Słyszeliście to gdzieś potem? Zapewne, bo motyw wracał nieraz.

Myszka agresorka, czyli totalny atak personalny

Niedawno Pawłowicz za swoje wypowiedzi o mało nie stanęła przed komisją etyki. Jednego, nie można jej jednak odmówić – zdolności semantycznych. Do historii Parlamentu przeszło m.in. nazwanie Kamili Gasiuk-Pihowicz „myszką agresorką”. W kontekście politycznych wolt tej drugiej, można stwierdzić, że posłanka PiS miała w tym wypadku dar przepowiadania.

Faktem jest jednak, że ataki personalne nie są prof. Pawłowicz obce. Przypominamy poniżej, ten na Jarosława Kuźniara. Musimy jednak zaznaczyć, że raz prof. Pawłowicz swoją bezpośredniością nas urzekła. Gdy Mateusz Morawiecki pokazywał na unijnym szczycie zdjęcie Edwarda Gierka z młodą dziewczyną sugerując, że jest to sędzia Magdalena Gersdorf, opowiedziała publicznie, że to nieprawda. Tłumaczyła, że znała I prezes SN w młodości, i że ta w odróżnieniu dziewczyny ze zdjęcia była wtedy bardzo ładna.

Krystyna Pawłowicz powróci

Tak naprawdę to nie do końca wierzymy w jej polityczne odejście. Wprawdzie Pani poseł deklaruje, że jako 70-latka zamierza zadbać o nadwątlone zdrowie. Ale przecież każdy, włącznie z samą zainteresowaną wie, że Krystyna Pawłowicz jest jak Feniks.

Zresztą wiemy, że Pani poseł umie o siebie zadbać. Tak jak wtedy, gdy na koszt Kancelarii Sejmu leciała na forum ekonomiczne do Tokio.

„Schowali Pawłowicz, Macierewicza, Szyszko. Kochają Europę, chcą czcić Okrągły Stół, odpuścili sądy. Kurs na centrum może świadczyć tylko o jednym. JK poważnie rozważa wybory w marcu” – sugeruje na Twitterze Roman Giertych, były wicepremier w poprzednim rządzie PiS. Podobnego zdania jest politolog, były europoseł PiS Marek Migalski: – „Przedwczesna emerytura polityczna Krystyny Pawłowicz może wskazywać na poważne rozważanie przez JK przedterminowych wyborów”. Temat coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej i w mediach społecznościowych, o tym w artykule „Wiosną przyspieszone wybory?”.

„Zastanawiam się, czy oni właśnie dlatego nie kombinują z budżetem. Jeżeli nie zostanie przyjęty w terminie, pozwoli to przecież Adrianowi rozwiązać parlament i rozpisać przyspieszone wybory” – skomentowała internautka.

Jej wpis ma związek z tym, o czym kilka dni temu napisał z kolei senator Marek Borowski: – „Senatorzy otrzym. właśnie harm. prac nad ustawą budżet. Senat ma się nią zająć 24.01, a termin na rozwiąz. Sejmu mija 27.01. Znów pachnie pomysłem na wcześn. wybory. Dlatego powtarzam moją koncepcję szybk. przygot. wspólnej listy opozycji! Pilne!!!”.

„Wątpię, żeby Kaczyński drugi raz tak zaryzykował. Ale to też zależy od stanu wewnątrz partii i całego kraju. Jeżeli przewidują, że będzie coraz gorzej. to wcześniej ogłoszą wybory – żeby jeszcze raz zdobyć władzę, zanim im naprawdę spadnie”;

„PiS może zrobić przyspieszone wybory, gdyż byłyby one wcześniej niż do UE, a do UE PiS raczej nie wygrałby i wtedy PiS byłby na równi pochyłej. Wcześniejsze wybory to także odcięcie się od afer i nowe otwarcie. A więc mogą być wcześniejsze wybory połączone z Polexit” – komentowali internauci.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o pisowskich podatkach, a przede wszystkim ekonomicznych kłopotach tego rządu.

Rozpoczęło się huczne tłuczenie termometrów, odwracające uwagę od ekonomicznych kłopotów Polski.

U schyłku roku zwyczaj nakazuje podjąć noworoczne postanowienia i poczynić plany. Przy tej okazji zastanawiamy się zazwyczaj, co też przyniesie nam rok następny. Wakacje na Kanarach, czy kredyt u Bociana na zimowe buty dla dzieciaków? Dadzą podwyżkę, czy zredukują mój etat, bo nowy durny prezes nie ma pojęcia o kierowaniu firmą? Wygram konkurs i dostanę wreszcie pracę zgodną z moimi kwalifikacjami, czy najpierw będę musiał zapisać się do PiS? Kupię młode auto, czy stać mnie będzie tylko na 10-letniego rzęcha z wyrwanym filtrem? Ożenię się w końcu, czy z braku kasy uda mi się przełożyć ślub na lepsze czasy?

Jeśli o mnie chodzi, to odpuszczam sobie planowanie, bo wiem, co przyniesie nowy rok. Nie ulega wątpliwości, że gospodarka zadołuje i będą podwyżki. Mocnym tego dowodem są wystąpienia premiera Morawieckiego, który kategorycznie zapewnia, że podwyżek nie będzie,  a jeśli będą, to tylko zarobków, bo Polska ma się tak świetnie jak nigdy. Słucham go z rozrzewnieniem, wracając myślami do czasów szczęśliwego dzieciństwa. Premier przypomina mi lata, gdy Polska też rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej, tyle że zarobki były marne, a na rynku brakowało rozmaitych produktów, których tym bardziej brakowało, im bardziej były potrzebne.  Pamiętam swoją wędrówkę po sklepach, swoistą „drogę przez mąkę” w poszukiwaniu „wrocławskiej” niezbędnej do zrobienia makaronu, który też był trudno dostępny. I pamiętam wystąpienie ówczesnego sekretarza partii, który całkiem jak ten obecny wygrażał malkontentom rozpowszechniającym kłamliwe informacje o rzekomych słabościach kwitnącej gospodarki. Pamiętam też wyjaśnienia ówczesnych partyjnych mediów, że jeśli nawet występują jakieś chwilowe-przejściowe niedobory, to tylko dlatego, że ludzie wykupują, bo przecież państwo „rzuciło na rynek” więcej mąki niż w analogicznym okresie… itd. Ludzie komentowali: – Co za bezczelny naród: wykupują żywność i zżerają! A mąkę to może i rzucili na rynek, ale pewnie za mocno rzucili i się rozsypała…

Po dłuższym niż zazwyczaj okresie koniunktury świat przygotowuje się do recesji, planując pokrycie niższych dochodów pieniędzmi odłożonymi w okresie prosperity. Natomiast w przedwyborczej Polsce PiS organizuje wielki bal na Titanicu. Nie trzeba oszczędzać, bo ojczyzna ma się pierwszorzędnie, dzięki genialnym reformom. Pod rządami wybitnych i wreszcie uczciwych fachowców gospodarka kwitnie nadzwyczajnie. Już dziś jesteśmy bijącym sercem Europy, wstając z kolan staliśmy się potęgą, z którą każdy musi się liczyć. A nasza przyszłość nigdy jeszcze nie malowała się tak radośnie i kolorowo, w różowe kwiatki i aniołki.

Rozpoczęło się huczne tłuczenie termometrów, odwracające uwagę od ekonomicznych kłopotów Polski. Tymczasem w ciągu najbliższych pięciu lat na emerytury i renty zabraknie ponad 300 mld zł, czyli niewiele mniej niż roczne dochody państwa. Dopłaty z budżetu będą rosły, bo mimo 500+ dzieci wcale nam nie przybywa, a zdolnych do pracy ubywa. Każdego roku umiera 35 tys. Polaków zatrutych smogiem produkowanym przez preferowane przez PiS elektrownie węglowe i przez wiekowe rzęchy bez katalizatorów z wyciętymi filtrami, wpuszczane do Polski bez przeszkód, żeby nie drażnić elektoratu.  O dotychczasowym pięcioprocentowym wzroście PKB możemy zapomnieć. Analitycy Pekao SA szacują, że nasza gospodarka w przyszłym roku wzrastać będzie co najwyżej o 3,5%. O dwie trzecie zmniejszy się dynamika zatrudnienia. Już teraz maleje liczba i wartość zamówień z krajów Europy osłabiając nasz eksport. Zmniejsza się liczba umów inwestycyjnych w sektorze publicznym. A na giełdzie indeks WIG spadł w tym roku o 12% i zdaniem fachowców zapowiada się dalsza obsuwa. Nie wiadomo jeszcze, czym skończy się afera KNF, ale z pewnością nie pomoże Polsce zszargana opinia o naszym systemie bankowym, sterowanym przez kasjerów partii rządzącej.

Ale pan premier jest pewny nadzwyczajnych sukcesów w przyszłości. No bo skoro dotąd PiS – w odróżnieniu od PO – dotrzymywał słowa, to i teraz dotrzyma. Mateusz Morawiecki nie docenia wyborców, którzy pamiętają obietnice powtarzane podczas kampanii, że PiS nie podniesie podatków i nie wprowadzi żadnych ukrytych danin. W rzeczywistości my, klienci banków, już zapłaciliśmy 4 mld podatku bankowego , który oczywiście ominął spółdzielcze kasy SKOK.  W ubiegłym roku uiściliśmy pół miliarda opłaty OZE (odnawialne źródła energii) doliczanej do rachunków za prąd i bardzo możliwe, że tymi pieniędzmi dotowano budowę nowych trujących elektrowni, w każdym razie na wsparcie zielonej energii poszło ledwie 22 mln zł. W tym roku każda rodzina wpłaciła średnio 50 zł „opłaty przejściowej”, dotującej konwencjonalną energetykę, w 85% opartą na węglu. Premier chwalił się zapowiadaną obniżką podatku VAT do 5 % m.in. na żywność dla niemowląt, cytrusy, wyroby piekarnicze i ciastkarskie, ale Ministerstwo Finansów chce podnieść VAT na niektóre soki z owoców i warzyw z 5 do 23 % i na posiłki wydawane na wynos, np. kebaby i hamburgery. A do tego wyższa akcyza na używane samochody. A poza tym opłata recyklingowa, czyli podatek od foliówek. A oprócz tego zapisana w nowym Prawie Wodnym opłata za wodę pobieraną przez firmy z własnych odwiertów (w tym obśmiana opłata za deszcz od metra kw. powierzchni dachów dużych budynków, z której oczywiście zwolniono kościoły). I jeszcze wiele innych ukrytych podatków.

Mateusz Morawiecki kpi z wiarygodności opozycji, nicując na wszystkie strony jedyny (jak na razie) przypadek niedotrzymania wyborczej obietnicy przez prezydenta Warszawy.  Zapomina o własnych hucpiarskich projektach: mieszkanie plus, program budowy dróg lokalnych, przywrócenie likwidowanych połączeń kolejowych, masowa produkcja promów w zmartwychwstałych stoczniach, milion samochodów elektrycznych polskiej produkcji, polskie drony bojowe – i o wielu jeszcze buńczucznych zapowiedziach, które okazują się propagandowym humbugiem. Nawet dwukrotne przeprosiny za kłamstwa nie ostudziły zapału Mateusza Morawieckiego. Walcząc o mocną pozycję w PiS, a może i o schedę po gasnącym zwolna Kaczyńskim, wykonuje niesamowite łamańce próbując ogłupić elektorat. Wielokrotnie obiecywał powrót do 22 % stawki VAT podniesionej w czasie walki z kryzysem, a gdy wytknięto mu, że nie dotrzymał słowa, to okazało się, że to z winy PO, bo Tusk stawkę podniósł, a on tylko ją utrzymał…  Premier obiecywał wszystkim podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 8 tys., ale uszczęśliwił tylko nielicznych, w tym parlamentarzystów, którzy bez podatku zarobić mogą 30,5 tys. zł. Szczególnie udał mu się występ na konwencji PiS, gdzie ćwiczył mowę ciała wymachując rękami w powtarzalnych sekwencjach oraz prezentował bogate możliwości modulacji głosu, raz pokrzykując, a raz hipnotyzując słuchaczy barytonem aksamitnym w prążki.  – Nie podniesiemy cen energii! – ogłosił znienacka, zaskakując samego siebie i rozglądając się przy tym po sali jak nie przymierzając pan prezydent po wygłoszeniu głupawego żarciku, który go bardzo rozśmieszył.

Oczywiście podwyżka prądu będzie, bo na żadne dotowanie deficytowych koncernów energetycznych Unia się nie zgodzi, a na wyjście z Unii przed wyborami nie zgodzi się Kaczyński. Problemem jest tylko co zrobić, żeby do wyborców nie dotarło, że chociaż nie zapłacą za droższy prąd, to jednak zapłacą i to podwójnie: raz, bo budżet z którego otrzymają wyrównanie, to ich własne pieniądze, a po drugie droższy prąd tylko dla firm, to automatyczna podwyżka cen prawie wszystkich produktów i usług . Tak czy owak obowiązująca jest narracja, że podnoszenia cen nie ma i nie będzie. Jakbym słyszał premiera Cyrankiewicza zapewniającego, że nie ma mowy o żadnych podwyżkach, jest tylko naturalna regulacja cen. Z publikowanej wtedy listy wynikało, że co prawda zdrożał chleb, mięso, nabiał i ubrania, ale za to staniały wyroby kute, łańcuchy i lokomotywy.

Noworoczne plany i postanowienia poprzedzić więc trzeba konstatacją, że miło to już było, ale się skończyło. Pewnie nam jeszcze daleko do kryzysu, z którego Grecja do dziś nie może się wykaraskać. Ale może warto z wyprzedzeniem zastanowić się, kto nam pomoże w sytuacji, gdy Kaczyńskiemu uda się przedłużyć rządy, Morawiecki utrzyma stanowisko, PiS opróżni kasę państwa do dna przekupując swoich wyborców, niekompetentna nomenklatura partyjna zawłaszczy już wszystkie stanowiska kierownicze, a Polska po raz drugi stanie w obliczu bankructwa? Kto zechce z nami rozmawiać o redukcji koszmarnego zadłużenia, które już dziś przekroczyło bilion złotych, czyli mniej więcej tyle, co trzyletnie dochody budżetowe? I czy Unia naprawdę pieczołowicie i troskliwie zajmie się losem kraju na skraju Polexitu ?

Odpowiedzi należy przesyłać na adres : ul. Nowogrodzka 84/86, 02-018 Warszawa.

Chaos związany z reakcją rządu na rosnące ceny energii powoduje, że niewielu Polaków zdaje sobie sprawę z tego co właściwie się dzieje. Potęgują go nie tylko sprzeczne ze sobą komunikaty ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, ale także nieprecyzyjne hasło premiera Mateusza Morawieckiego, który niezgodnie z prawdą stwierdził, że żadnych podwyżek nie będzie. A jak jest naprawdę?

Ceny energii rosną i będą rosnąć

Ceny energii rosną obiektywnie w związku z coraz droższym węglem i uprawnieniami do emisji CO2. Trend ten będzie się pogłębiał z powodu polityki klimatycznej UE jeżeli Polska nie będzie transformować swojej energetyki w kierunku niskoemisyjnym. Cała jej konstrukcja jest tak pomyślana by de facto dekarbonizować gospodarki europejskich krajów.

Dwa sposoby na drogą energię

Głównym problemem jest skala podwyżek cen energii, która jest duża z powodu bardzo szybkiego tempa wzrostu cen uprawnień, które zaskoczyły rząd. Krótkoterminowo można temu przeciwdziałać na dwa sposoby – przekonując Komisję Europejską do wypchnięcia część rezerw uprawnień na rynek co zbiłoby ich cenę, bądź wprowadzenia rekompensat do drożejącej energii. Natomiast długoterminowo tylko ograniczanie węgla w strukturze wytwarzania energii da bodziec do obniżki jej ceny.

Skala podwyżek cen energii

Skala podwyżek będzie zróżnicowana w zależności od odbiorców i ma charakter bezpośredni i pośredni. W przypadku „Kowalskich” mowa o kilkudziesięciu złotych, ale warto podkreślić, że drożej zapłacą również np. samorządy, co będą musiały sobie zrekompensować podwyżkami w tych obszarach, w których energia wpływa w dużym stopniu na rentowność usługi. O tym bardzo często się zapomina podkreślając, że prąd ma nie licząc sektorów energochłonnych niewielki wpływ na inflację. A przecież np. dla szpitali już dziś z trudem regulujących rachunki za energię będzie to problem.

Nieprecyzyjny Morawiecki

Słowa premiera Mateusza Morawieckiego o tym, że podwyżki cen energii nie będą miały miejsca są nieprawdziwe ponieważ obiektywnie po prostu wystąpią. Rząd zamierza za to nam je zrekompensować tak by nie były odczuwalne. Problem jednak nie zniknie i może wrócić do nas ze zdwojoną siłą po 2019 r. Dlaczego? Ponieważ dopłaty do rachunków za prąd będą obejmowały tylko ten rok wyborczy według dostępnych aktualnie informacji. Co dalej? Niewykluczone, że po prostu znikną.

Dwie ustawy o rekompensatach

W przypadku rekompensat wiele jest zresztą niepewnych. Przede wszystkim rząd przygotowuje dwie ustawy. Ministerstwo energii pracuje nad dopłatami do prądu dla „Kowalskich”, małych i średnich firm i samorządów, a resort przedsiębiorczości i technologii dla przemysłu energochłonnego. Jednak o drugim dokumencie słychać niewiele, choć czas nagli.

Chaotyczny Tchórzewski

W przypadku Ministerstwa Energii ma ono duży problem ze sfinansowaniem rekompensat. Ich koszt to 4-5 mld zł, z czego 1 mld miał pochodzić od spółek energetycznych. Niezależny regulator URE szybko wystosował zapytanie do PGE, Tauronu, Enei i Enei dlaczego podwyższają taryfy na energię skoro są w stanie na jedno hasło polityka wygenerować aż takie oszczędności? Ruch ten spowodował duże zamieszanie w resorcie energii. Minister Tchórzewski kilkukrotnie zmieniał publicznie zdanie w tej kwestii. Stwierdził, że spółki wycofają wnioski taryfowe do URE, następnie, że są niezależne i nie wie czy to zrobią. Raz stwierdził, że miliard złotych z PGE, Tauronu, Enei i Enei to nie oszczędności tylko zabieranie im części zysku, innym razem, że to jednorazowa opłata klimatyczna. Wytworzyło to prawdziwy chaos, którego apogeum była wczorajsza sejmowa komisja energii, na której wyraźnie zdenerwowany Tchórzewski bronił się przed atakami opozycji wytykającej mu niekonsekwencję.

A może obniżka akcyzy?

Oliwy do ognia dolał news radia RMF FM, które stwierdziło już po sejmowej komisji energii, że rząd po prostu obniży akcyzę na energię. Czy w takim wypadku nie będzie ustawy o rekompensatach? Raczej będzie – część ekspertów od razu podkreśliła bowiem, że taki środek może być niewystarczający by zrekompensować wzrost cen energii w przyszłym roku.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Tusku.

Donald Tusk w Dortmundzie na tamtejszym Uniwersytecie Technicznym otrzymał tytuł doktora honoris causa. Dortmund jest bliski sercu polskiego kibica, bo miejscowy klub odnoszący największe sukcesy w europejskiej piłce był i jest przystanią dla najlepszych polskich piłkarzy. To jakby filia polskiej reprezentacji „haratającej w gałę”. Ostatnio trzech naszych wybitnych reprezentantów sięgało z dortmundzkim klubem po najwyższe trofea klubowe, a byli to Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski.

Dortmund zatem czuje sympatię do naszego narodu, nieprzypadkowo właśnie tamtejsza uczelnia przyznała honoris causa Tuskowi. Jeżeli jakaś niemiecka uczelnia miałaby nagradzać wybitnego polskiego polityka – i do tego marzyciela piłkarskiego – tym honorowym prestiżowym tytułem, to tylko z Dortmundu.

Tusk zarówno w rozmowie z dziennikarzami, jak i w wykładzie nie omieszkał podkreślić swoich związków z piłką, a nawet wyznał, że jego marzeniem było uprawiać zawodowo piłkę. Owe marzenia realizują się w młodości, a dojrzały człowiek może rekreacyjnie wybiec na boisko i sobie poharatać. Tak też robi Tusk, ja zresztą też.

Jaką wartością dla polskiej polityki jest Tusk, nikogo nie muszę przekonywać, zwłaszcza w obecnych marnych czasach, gdy sypie nam się w kraju demokracja, a państwo prawa stacza się w bezprawie.

Na podstawie emocji udzielających się na piłkarskich stadionach Tusk w swym wystąpieniu porównał je z politycznymi, związek emocji jest silny zwłaszcza w podziale na „my” i „oni”, są wówczas zarzewiem do prymitywnej wspólnoty plemion. To jest gleba dla nacjonalizmu, dla budowanie mitów i symboli, które zawsze są fałszywe, gdy obierają wroga, aby poprzez niego definiować własną tożsamość.

W świecie emocji „lider jest ważniejszy niż wartości”. No, właśnie, a tak nie powinno być. Oddaję glos Tuskowi: „Nie zawsze byłem grzeczny. Z bliska obserwowałem, i sam brałem udział w tym, jak emocje ze stadionu przenoszą się na ulice. Ze sportu do polityki. I musiało minąć wiele czasu bym zrozumiał, że obowiązkiem każdej osoby w życiu publicznym, polityce i codziennym życiu, jest unikanie konfliktu i przemocy”.

Szef Rady Europejskiej odwołał się do doświadczenia z Grudnia 1970 roku, a także do najlepszych kart polskiej historii – klasycznej „Solidarności”. „Wydawało mi się, że jedyną odpowiedzią na przemoc władzy jest właśnie stosowanie przemocy. Prawdziwe zwycięstwo, jak pokazał czas, nie ma z tym nic wspólnego. Doświadczenie „Solidarności”, moje doświadczenie”.

I bodaj najważniejsze słowa, najważniejsze dla naszego coraz bardziej kruchego humanizmu: „Można wygrać odrzucając podział na plemiona„. Bo miłość zawsze zwycięża.

Tusk w rozmowie z dziennikarzami delikatnie zwrócił uwagę obecnemu premierowi RP Mateuszowi Morawieckiemu: „Jesteśmy zagrożeni kłamstwem i manipulacją w przestrzeni publicznej. Przywrócenie prawdy w polityce jest rzeczą pilną i to mówię nie tylko premierowi Morawieckiemu”. A co do bijącego serca Europy, które wygrzmiało na ostatniej konwencji PiS, były premier zwraca uwagę na inną część ciała, która jest w tym okolicznościach najważniejsza: „Dziś warto zadbać o płuca, nawiązuję tu do szczytu w Katowicach. Wszyscy wiemy jak Polacy są zmęczeni stanem powietrza i tym, że nie dba się o ich zdrowie. 11 tys. ludzi więcej niż rok temu zmarło w Polsce w ciągu miesiąca z powodu smogu”.

Chciałoby się w tym miejscu strawestować słynne hasło: „Ekonomia, durniu!”. A więc: „Płuca, durniu!” Jak one przestaną działać, to serce nie zabije.