Tag Archives: Komisja Europejska

Dudy wpadki, propozycja dla Kaczyńskiego, pisowska głupawka w Kaszmirze i dziady, dziady, dziady

1 List

Taki dzień.

Apel do pazernych klechów

„Brak wpadek odróżnia prezydenta Dudę od Bronisława Komorowskiego – ogłosił w „Kropce nad i” Kamil Bortniczuk z Porozumienia Jarosława Gowina. To ciekawa opinia. Z tym, że nie ma oparcia w faktach

Goszcząc w programie Moniki Olejnik, poseł Porozumienia Jarosława Gowina wygłosił laurkę dla prezydenta Andrzeja Dudy – jego zdaniem to najlepszy prezydent, jaki mógł się Polsce przytrafić.

Rzeczywiście, im bliżej było końca kadencji prezydenta Bronisława Komorowskiego, tym bardziej kojarzył się on wyborcom jako chodząca gafa. Po części była to etykieta zasłużona, po części – krzywdząca.

Natomiast jeśli uznamy, że Komorowskiemu często przydarzały się wpadki, Duda z całą pewnością mu nie ustępuje.

1. Wpadki zagraniczne

Bronisławowi Komorowskiemu pamięta się niefortunną wypowiedź podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w grudniu 2010 r. Podczas spotkania z Barackiem Obamą Komorowski stwierdził:

„Fundamentem naszych relacji jest umiłowanie – amerykańskie i polskie – wolności. Jeśli mamy razem iść na wielkie polowanie, to najpierw musimy mieć pewność, że nasz dom, nasze kobiety, nasze dzieci są bezpieczne”.

Oprócz lekkiego zażenowania Obamy te słowa nie miały poważniejszych skutków.

Podobnie jak ta wypowiedź Andrzeja Dudy:

„Przyjechałem też po to, żeby za to podziękować. Podziękować społeczeństwu irlandzkiemu, podziękować władzom irlandzkim. Złożyłem dzisiaj podziękowania na ręce pani premier za właśnie ten wielki akt człowieczeństwa i tę wspaniałą postawę, że ci mali Polacy zostali tutaj przyjęci”

– stwierdził prezydent Duda w sierpniu 2018 r. w… Nowej Zelandii.

2. Wpadki Twitterowe

Ten tweet z oficjalnego konta Bronisława Komorowskiego wzbudził w lutym 2015 r. powszechną wesołość w sieci:

„Wysłanie sił rozjemczych ma sens, jeżeli jest rozejm, bo jak jest wojna, to trudno tam wysyłać żołnierzy”.

To jednak nic w porównaniu z szarżami Twitterowymi prezydenta Andrzeja DudyJak na początku 2016 r. odkryli dziennikarze, z niemal 800 osób, które obserwuje prezydent, większość stanowią nastolatki. Duda obserwuje i konwersuje z internautami o tak wdzięcznych ksywkach jak „Seba sra do chleba”, „Ruchadło leśne” i „Gejowa Łafka z sosny”.

3. Wpadki z żartem

W lutym 2015 r. Bronisław Komorowski był z oficjalną wizytą w Japonii. Media obiegła scena, jak prezydent wchodzi na krzesło przeznaczone dla szefa japońskiego parlamentu i woła do ówczesnego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisława Kozieja: „Chodź, szogunie!”.

Później okazało się, że wpadki dyplomatycznej nie było: miejsce wskazali Komorowskiemu sami Japończycy. Ale rzeczywiście, żart o Szogunie nie należał do specjalnie wyszukanych.

„Mało wyszukany” to jednak ogromny eufemizm w przypadku żartu Andrzeja Dudy, opowiedzianego 20 października 2019 r. podczas obchodów 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Żart był następujący:

„Jest ogólnoświatowa konferencja rektorów w Południowej Afryce i z Europy leci samolot pełen rektorów i niestety, nastąpiła awaria, samolot w okolicach Afryki Równikowej spadł do dżungli. Na szczęście większość pasażerów jakoś przeżyła, ale miejscowe plemię ogarnęło wszystkich rektorów. Wszyscy rektorzy zostali zjedzeni, poza jednym. Poza panem profesorem Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem AGH. Dlaczego? Bo wódź plemienia był jego kolegą, na elektrycznym na AGH”

Jak pisaliśmy w OKO.pressdowcip był zwyczajnie rasistowski.

4. Wpadki merytoryczne

Słynny stał się błąd ortograficzny Bronisława Komorowskiego. W marcu 2011 r. po tsunami w Japonii prezydent napisał w księdze kondolencyjnej: „Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japonii w bulu i w nadzieji na pokonanie skutków katastrofy”.

Ale Andrzej Duda w błędach na poziomie szkoły podstawowej nie pozostaje dłużny poprzednikowi: w OKO.press udowadnialiśmy, że prezydent ma kłopot z policzeniem polskich powstań przeciwko zaborcom.

5. Wpadki referendalne

Bronisław Komorowski walcząc przed drugą turą o głosy wyborców Pawła Kukiza, zarządził referendum dotyczące m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych. Komorowski wybory i tak przegrał, a referendum kosztowało prawie 72 miliony zł. Frekwencja wyniosła oszałamiające 7,8 proc.

Andrzej Duda również wymyślił swoje referendum: konstytucyjne. W tym wypadku upokorzenia prezydentowi oszczędzili senatorowie PiS, którzy odrzucili wniosek głowy państwa i referendum się nie odbyło.

Jak widać, wpadki nie były tylko domeną Bronisława Komorowskiego, a prezydent Duda dzielnie dotrzymuje kroku poprzednikowi. Nawet biorąc pod uwagę sympatię dla Dudy w jego zapleczu politycznym, faktom zaprzeczać nie wypada, a te są jasne: Andrzeja Dudy nie odróżnia od Bronisława Komorowskiego brak wpadek.

Były wicepremier znany prawnik mecenas Roman Giertych wpadłszy na genealogiczny wywód Minakowskiego dokonał epokowego odkrycia: jest blisko skoligacony z liderem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim, a z tego w praktyce winno jego zdaniem coś wynikać. Niewiele myśląc „wysmażył” więc do prezesa szczery list:

Drogi Jarku!” – zwrócił się poufale do „kuzyna” oznajmiając mu, że prapraprapradziadek Kacper Kazimierz Sas był prapradziadkiem Jadwigi Sarć, która wyszła za Stanisława Święckiego, którego brat Czesław Święcicki ożenił się z Kazimierą Jasiewicz, która była siostrą Aleksandra Jasiewicza – jak dowodzi – w prostej linii dziadka Kaczyńskiego.

Nawiązując do konstruowania obecnie nowego rządu Rzeczpospolitej Roman Giertych zasugerował, że prezes powinien przy tej ważnej okazji uwzględnić osobę nowo odnalezionego kuzyna, argumentując:

Cały list tutaj >>>

Skoro tatuś naszego prezydenta, kuzynka premiera, siostry, bracia, szwagierki, wujowie, siostrzenice, bratanice, fryzjerki, kierowcy, koleżanki fryzjerek etc.etc. naszych kochanych posłów PiS zajmują poczesne miejsca w obozie dobrej zmiany, to i ja pomyślałem, że dla mnie jakieś miejsce się znajdzie” – napisał z nadzieją.

Podkreślając „ciężar gatunkowy” odkrytego powinowactwa Giertych upomniał się o szczególne względy, przymierza się do stanowiska prokuratora generalnego i przekonuje świeżo upieczonego kuzyna:

„Przecież nie jestem kuzynem zwykłego posła, który może liczyć jedynie na jakąś radę nadzorczą tylko jestem kuzynem samego Ciebie. Wicepremierem już u Ciebie byłem (brrr, aż mi się zimno robi na samo wspomnienie), ale Prokuratorem Generalnym to byłbym idealnym, tym bardziej, że Ziobro w ogóle nie jest spokrewniony, czy spowinowacony ani z Tobą ani z premierem i nie wiadomo jak się znalazł w dobrej zmianie” – podsumował swój wywód.

Na koniec Giertych poprosił Kaczyńskiego o kontakt, zakładając że prezes nie wątpi w jego obiektywizm, którego wszyscy oczekują od prokuratorów.

Zapewnił Kaczyńskiego, że „we wszystkich sprawach mógłbyś liczyć na moją niezależność, szczególnie w sprawie, która boli Cię tak bardzo. Byłbym ślepy jak Temida i realizowałbym prawo i sprawiedliwość” – szczerze zadeklarował mec. Roman Giertych.

Mylił się ten, kto sądził że pani Elżbieta Witek przejmując pałeczkę po marszałku Marku Kuchcińskim cokolwiek zmieni w stylu sprawowania tego urzędu. Niedawno mianowana marszałkini dopiero co zapowiadała usunięcie kompromitującej kotary z sejmowego korytarza, lecz jak śmieją się internauci „nie zawiodła”. Okazała się godną kontynuatorką „myśli” swojego poprzednika.

Zasłona, która odgradzała PiSowskich polityków od dziennikarzy i telewizyjnych kamer – pewnie została tylko oddana do pralni – bo już triumfalnie wróciła na swoje dawne miejsce.

Opinia publiczna nie zapomniała, że tuż po objęciu urzędu marszałka Sejmu, Elżbieta Witek zorganizowała spotkanie z dziennikarzami, na którym zapowiedziała zmianę stylu urzędowania.

PiSowska funkcjonariuszka zadecydowała wtedy o demontażu kotary oraz wprowadziła konferencje prasowe przed posiedzeniami Sejmu.

Sprzed budynku na Wiejskiej miały zniknąć także barierki, które stoją w tym miejscu od protestów z grudnia 2016 roku.

To nie Parlament Europejski stał za organizacją wizyty grupy europosłów w Kaszmirze – podkreśliła na czwartkowej konferencji prasowej rzeczniczka KE ds. międzynarodowych Maja Kocijancic. Jak informuje „GW”, do Kaszmiru udało się m.in. kilkoro europarlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości.

– To była prywatna wizyta niektórych europarlamentarzystów, nie jest ona oficjalną wizytą zarówno Parlamentu Europejskiego, jak i Unii Europejskiej. Oznacza to, że uczestnictwo miało charakter indywidualny, a wygłaszane poglądy posłów są ich własnymi – tak o wizycie grupy europosłów w Kaszmirze mówiła na czwartkowej konferencji rzeczniczka prasowa Komisji Europejskiej ds. międzynarodowych Maja Kocijancic.

– Stanowisko Unii Europejskiej w sprawie Kaszmiru nie zmieniło się: uważamy, że obustronne polityczne rozwiązanie jest jedynym sposobem, by zaprzestać długotrwałego sporu powodującego niestabilność i brak bezpieczeństwa – dodała.

Wyjazd europarlamentarzystów do Kaszmiru

„Gazeta Wyborcza” opisała w czwartek, że co najmniej pięcioro posłów PiS – Ryszard Czarnecki, Grzegorz Tobiszowski, Joanna Kopcińska, Elżbieta Rafalska i Bogdan Rzońca – uczestniczyło kilka dni temu w wizycie w Kaszmirze na zaproszenie indyjskiego rządu. W delegacji znaleźli się również m.in. działacze niemieckiej prawicowej partii Afd.

Wizyta wzbudziła spore kontrowersje ze względu na panującą na tym terenie napiętą sytuację wywołaną ostatnimi decyzjami indyjskiego rządu. Zamieszkany przez muzułmanów Kaszmir jest terytorium spornym między Indiami a Pakistanem, który kontroluje jego część. W walkach o Kaszmir zginęło dotychczas łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

W sierpniu indyjskie władze zdecydowały o zniesieniu autonomii i podziale stanu Dżammu i Kaszmir, co wywołało masowe protesty jego mieszkańców. W jego miejsce powstanie terytorium Dżammu i Kaszmir oraz Ladakh. Obie te jednostki będą zarządzane przez władze w Delhi.

Odebranie regionowi regionowi autonomii wiązało się m.in. z aresztowaniami polityków, aktywistów czy naukowców. Odcięto też telewizję, a na ulicach pojawiły się tysiące żołnierzy

Premier Indii Narendra Modi oświadczył, że podział stanu przyczyni się do rozwoju tego terytorium. Zapowiedział budowę nowych dróg, linii kolejowych, szkół i szpitali. Tej decyzji sprzeciwiają się Pakistan i Chiny.  „Zdaniem krytyków wizytę celowo zorganizowano w tym okresie, aby pokazać, że do Kaszmiru powróciła „normalność” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.

Europoseł Ryszard Czarnecki w rozmowie z PAP podkreślił, że wizyty nie można określać jako „wycieczki”, bo w przeddzień i w dniu wyjazdu doszło tam do zamachów terrorystycznych. Stwierdził, że wizyta miała na celu „próbę zobaczenia sytuacji na miejscu”.

Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni – mówi ks. Wojciech Lemański. – Żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy w dzisiejszej rzeczywistości ktoś się jeszcze zastanawia nad sensem życia i śmierci?

WOJCIECH LEMAŃSKI: Oczywiście, że tak. Wystarczy 1 listopada wyjrzeć przed okno przejeżdżając obok cmentarza i zobaczy pani, że żadna sytuacja – ani okupacji hitlerowskiej, ani rządu komunistycznego w kraju, ani wybór tej czy innej opcji w demokratycznych wyborach – tej naszej postawy wobec tych, którzy odchodzą, nie zmienia. Bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy nie, czy praktykujemy czy nie bardzo, w te dni nie tylko fizycznie, ale i myślą wędrujemy na cmentarze. To jest postawa, która jeszcze długo się nie zmieni.

To ważne święto w naszej tradycji, ale zastanawiam się, na ile jest w tym prawdy, a na ile chęci zapalenia zniczy kupionych na promocji w markecie, zjedzenia pańskiej skórki…
Nie zgadzam się z panią. To są moim zdaniem fałszywe truizmy.

DZIEŃ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH W HISTORII POLAKÓW JEST ZAPISANY, ZWŁASZCZA W OSTATNICH DZIESIĘCIOLECIACH, JAKO DZIEŃ PAMIĘCI O ZMARŁYCH. TO NIE JEST DZIEŃ WOŻENIA ZNICZY I KWIATÓW, CHOĆ TAK TO WYGLĄDA NA ZEWNĄTRZ, BO TRUDNO JEST CZŁOWIEKOWI WSPOMINAĆ „Z PUSTĄ RĘKĄ”.

Chcielibyśmy coś po sobie na grobie zostawić, lampkę, znicz, kwiat czy cały bukiet, ale to nie jest najważniejsze. Niektórzy mówią, że to chęć pokazania się przed innymi. Kolejny truizm. Jeśli na grobach płonie kilka czy kilkanaście zniczy to znak, że kilkanaście osób przyszło na to miejsce. To dostrzegalny znak, że o tych, którzy odeszli kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, wciąż pamiętamy. A to jest coś, czego żadną pańską skórką, blichtrem czy kwiatami nie da się streścić ani strywializować. Nie odbierajmy Polakom tego, co przez te dziesiątki lat w sobie ukształtowali.

Kiedyś i w tradycji Kościoła, do której należy większość Polaków, uroczystość Wszystkich Świętych nie miała nic wspólnego z pamięcią zmarłych. To ważne święto religijne, podobnie jak Boże Ciało czy Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Uroczystość Wszystkich Świętych to święto radosne. Natomiast następny dzień to dzień zaduszny, czyli dzień wspominania zmarłych. Ponieważ władze komunistyczne nie pozwalały świętować dnia zadusznego, a 1 listopada był dniem wolnym od pracy, to ludzie ten dzień wykorzystywali, aby odwiedzać cmentarze i wspomnieć zmarłych. Kościół się do tego dostosował.

W WIELU PARAFIACH WIECZOREM, PO NIESZPORACH, BYŁA PROCESJA NA CMENTARZ, DZIŚ CZĘSTO TAKA PROCESJA ODBYWA SIĘ JUŻ PRZED POŁUDNIEM. TO NIE WYNIKA Z ŻADNEJ TRADYCJI KOŚCIOŁA. NIE SPOSÓB JEDNAK ZAMKNĄĆ OCZU NA TO, ŻE NA CMENTARZE PRZYJECHAŁY DZIESIĄTKI TYSIĘCY LUDZI.

Polscy europosłowie podczas ostatniego głosowania nie poparli rezolucji wzywającej do wsparcia operacji poszukiwawczo-ratowniczych na Morzu Śródziemnym. Podobnie w sprawie głosowania odnośnie do sytuacji homoseksualistów w Ugandzie. Rozumie to ksiądz?
Widzę, że odbiegliśmy daleko od tematu uroczystości Wszystkich Świętych.

Ale pozostajemy w temacie śmierci…
To prawda i myślę, że dobrze by było, gdybyśmy wspominając tych, którzy odeszli zazwyczaj naturalną śmiercią, bo Pan przeciął ich nić życia, zdali sobie sprawę, że czasem śmierć przychodzi za naszą przyczyną lub z powodu naszej obojętności. Ja od dawna uważam, że warto byłoby przy okazji przepowiadania w kościołach Ewangelii przypominać, że bierzemy na siebie jako katolicy i Polacy współodpowiedzialność za tych uchodźców, których nie chcemy wpuścić w granice naszego domu i których część ginie na Morzu Śródziemnym. Głos polskich eurodeputowanych nie musiał być przeważający, ale z całą pewnością był głęboko niestosowny. Ja uważam, że wszyscy polscy europosłowie powinni się opowiedzieć za ratowaniem życia. Oczywiście to rodzi masę złych skojarzeń. Z pewnością Polakom wypominano by, że głosują, żeby uchodźców ratować, ale dać im schronienia nie chcą. Cóż, taka jest niestety prawda, ale z nią trzeba umieć się zmierzyć. Najgorsze, co można zrobić, to nabrać wody w usta i udać że wstrzymując się od głosu, de facto milczymy w tej trudnej sprawie.

Co do Ugandy to równie trudna dla nas sprawa, bo chyba żaden normalny człowiek, a zwłaszcza katolik, nie powinien godzić się na karę śmierci, a zwłaszcza na karę śmierci wynikającą z przekonań drugiego człowieka, jego postawy czy preferencji politycznych czy seksualnych.

KARANIE LUDZI ZA TO, ŻE SĄ INNI NIŻ MY, CZY INNI NIŻ CHCE TEGO PRAWODAWCA W JAKIMŚ KRAJU – TU CHODZIŁO O UGANDĘ – JEST ABSOLUTNIE WOŁAJĄCE O REAKCJĘ SPOŁECZNOŚCI MIĘDZYNARODOWEJ.

Ta decyzja nic nie kosztowało polskich europosłów, tymczasem zachowali się haniebnie.

Czy nie jest tak, że dzielimy tych, którzy odeszli, na bardziej i mniej wartościowych? Niedawno mieliśmy rocznicę śmierci ks. Jerzego Popiełuszki i samospalenia Szarego Człowieka, czyli Piotra Szczęsnego. Te śmierci podzieliły chociażby polityków.
Myślę, że gdy zajrzy się na cmentarz w Krakowie i na grób księdza Jerzego przy kościele św. Stanisława Kostki, to zobaczymy, że zarówna jedna, jak i druga śmierć bardzo Polaków porusza. Będzie mnóstwo zniczy na obu grobach. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że te śmierci są różnej wartości, ale ja tak nie uważam. Dla mnie obie były strasznym męczeńskim wołaniem o zadumę nad Polską, o refleksję i opamiętanie.

PIOTR SZCZĘSNY WPROST MÓWIŁ „OBUDŹCIE SIĘ”, KSIĄDZ JERZY POPIEŁUSZKO WZYWAŁ, BY ZŁO, KTÓRE NAS ZALEWA, ZWYCIĘŻAĆ DOBREM.

Myślę, że wołanie obu pozostaje w naszym kraju ciągle bardzo aktualne. Niestety.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Upolitycznienie żałoby czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem.

Nowy Testament głosi, że oścień śmieci został pokonany przez zmartwychwstanie Jezusa, dlatego chrześcijański stosunek do śmierci powinien mieć charakter paschalny. Wiara powinna wyzwalać z lęku i chronić przed nienawiścią. Niestety, zbyt często tak nie jest. Bardzo wielu z nas nie obchodzi ani zmartwychwstanie, ani życie wieczne, umarli stają się zakładnikami w ziemskich porachunkach. Wtedy dokucza nam już nie oścień śmierci, lecz wykorzystujemy umarłych, aby ranić żywych.

W przekonujący sposób wiwisekcji tej ciemnej strony polskiej religijności dokonuje Jan Komasa w swym najnowszym filmie „Boże Ciało”. Bohater, pozorujący księdza wychowanek poprawczaka, zastaje we wsi żałobę przeżartą zbiorową nienawiścią. Ból po stracie dzieci i rodzeństwa, które zginęły w wypadku jest tak samo silny jak nienawiść do nieżyjącego sprawcy tragedii i jego żyjącej żony.

Nieprawdziwemu księdzu udaje się psychologiczna terapia i osuszenie bagna religijnej nienawiści, doprowadza do pochówku prochów człowieka, któremu wiejska społeczność nie chciała wybaczyć winy. Nie jest to dramat obyczajowy z happy endem, film Komasy ma siłę poetyckiego marzenia, jego realizm nie ulega pokusie fatalizmu. Doświadczenie śmierci, a zwłaszcza śmierci tragicznej, ściąga wiele demonów, ale dzięki prawdziwie chrześcijańskiej postawie można je pokonać.

Szkoda, że żadnemu księdzu nie udało się wnieść chrześcijańskiej atmosfery w mroczne obrzędy trwających latami miesięcznic smoleńskich. Nie sposób nie myśleć o tym w kontekście filmu Komasy. Upolitycznienie żałoby odbierało powagę śmierci, czyniło modlitwę narzędziem walki z przeciwnikiem. Trudno zapomnieć te gorszące sceny świadczące o systematycznym dobijaniu powszechnej – nikogo nie wykluczającej, nie dzielącej na swoich i obcych – wspólnoty żywych i umarłych. Miesięcznice spowodowały profanację pamięci, może nawet bardziej szkodliwą niż uporczywe lansowanie, bez wiarygodnych dowodów, tezy o zamachu smoleńskim.

Akurat otrzymałem z prośbą o podpis apel środowisk obywatelskich w sprawie zniszczonych grobów ukraińskich w Polsce. Słyszałem o zniszczeniu grobów w Werchracie i Monasterzu koło Horyńca w 2014 r. Sądziłem jednak, że już je odbudowano i przywrócono do właściwego stanu. Okazuje się, że niszczenie ukraińskich miejsc pamięci na terenie Polski do tej pory nie spotkało się z żadną reakcją ze strony władz polskich. Sygnatariusze apelu piszą: „Pomimo upływu 4-5 lat od czasu poszczególnych prowokacji i dewastacji, władze centralne RP ani Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, IPN, ani też jakiekolwiek inne organy, w kompetencjach których leży ochrona miejsc pamięci, nie podjęły żadnych działań, by naprawić wyrządzone zło”.

Co gorsza, w ciągu ostatnich 5 lat liczba sprofanowanych grobów jeszcze się powiększyła. Oburza mnie obojętność katolickich duchownych na tych terenach, dla których profanacja grobów ukraińskich nie jest problemem. Ich milczenie jest pożywką dla nacjonalistycznego szaleństwa. Grobów nie da się podzielić na swoje i obce. Ludzkie szczątki w każdym grobie są tak samo święte, należy się im szacunek, pamięć i modlitwa.

Krętacze, kłamcy i złodzieje. Kto? Pisowcy

19 Wrz

– Nie pisałam raportu w sprawie Amber Gold ku zadowoleniu kogokolwiek. Nie pracuję pod opinię publiczną. Jestem prawnikiem i cenię sobie swoje nazwisko – powiedziała w Radiu ZET Małgorzata Wassermann. Sam raport ma być “porażający”, ale poznamy go po wyborach.

Wassermann zapowiada raport, jakby mówiła o dobrym kryminale.

– Jak się go przeczyta, to proszę mi uwierzyć, on jest porażający bez naciągania czegokolwiek – twierdzi.

Ponadto dodaje, że nie jest on polityczny

– Jeśli oczekiwania opinii publicznej były takie, że Donald Tusk wyjdzie w kajdankach, to przykro mi. Ja nie pracuję na opinię publiczną. Jestem prawnikiem i cenię sobie swoje nazwisko – powiedziała.

Co udało się ustalić?

Jeśli ktoś wierzy Wassermann, musi zadać sobie pytanie, dlaczego ten „porażający” dokument nie ujrzy światła dziennego teraz? W końcu zapewne mógłby pozytywnie wpłynąć na pozycję PiS w wyścigu do Sejmu. W kwestii samego Donalda Tuska ponoć można mu zarzucić – ponownie cytując panią polityk z PiS – że “nie zapewnił koordynacji prac organów administracji rządowej”.

– To, że był parasol ochronny nad Marcinem P., to ja nie mam żadnych wątpliwości. Proszę pamiętać o tym, że ja jestem prawnikiem. I tak żeśmy pracowali, komisja miała bardzo wielu doskonałych prawników jako doradców. Pracowaliśmy na tym materiale, jaki żeśmy pozyskali. Takie wnioski są, jakie zostały ustalone. Nie były i nie będą naciągane żadne inne. Mogę powiedzieć w ten sposób: nie mam wątpliwości żadnych, że Marcin P. był słupem, nie mam wątpliwości żadnych, że był nad nim parasol ochronny – dodała.

Pytana, czy udało się ustalić, kto stał za P., odparła w dość wymijający sposób.

– Proszę nie zapominać o jednej rzeczy: komisja śledcza rozlicza urzędników państwowych za wykonywanie swojej działalności. Przecież ja nie posiadam uprawnień operacyjno-śledczych, abym mogła przeprowadzać takie analizy, które mogłyby to pogłębić. Od tego są służby specjalne i prokuratura. Zapewniam panią, że pracują bardzo intensywnie. I przypominam, że dodatkowych 15 osób stoi pod zarzutami. Za chwilę będziemy mieć kolejną osobę. Natomiast z tą osobą kolejną, na którą czekamy na zarzuty, jest problem taki, że posiada immunitet i skutecznie do tej pory z tego immunitetu korzystała – odpowiadała Wassermann w Radiu ZET.

Pojawił się też wątek syna Donalda Tuska.

– Proszę pamiętać o tym, że w przypadku Michała Tuska dla mnie to nie jest problem związany z tym, czy on przekazał jeden czy drugi mail. Ja mam na ten temat swoją opinię, bardzo precyzyjnie i szczegółowo opisaną w raporcie. Problem polega na tym, że Michał Tusk z tego materiału, który żeśmy pozyskali, zarówno jeśli chodzi o dokumentacje, jak i zeznania świadków, on po prostu służył do tego, że powszechnie Marcin P. i jego otoczenie chwaliło się Michałem Tuskiem w stosunku do swoich kontrahentów. No i jak widać działało – mówiła Wassermann.

Raport a gra polityczna?

Bez poznania szczegółów raportu ciężko stwierdzić, czy Wassermann na rację. Jeśli dokument faktycznie byłyby tak porażającym dziełem, PiS z pewnością opublikowałby go już teraz.

Prawdopodobnie więc komisja nie wykryła niczego nowego ponad to, co już wiemy. Pomogła tylko wypromować się kolejnym politykom PiS.

Pogram Koalicji Obywatelskiej – tutaj >>>

PO zamierza zawiadomić prokuraturę w sprawie nieprawidłowości w Polskiej Fundacji Narodowej. – „Wydawanie publicznych pieniędzy znajomym wiceprezesa, znajomym ludzi, którzy są politycznie powołani do zarządu tej fundacji jest karygodne, haniebne, niezgodne z prawem i poczuciem elementarnej przyzwoitości. To jest kolejny przykład na wyrzucanie publicznych pieniędzy dla znajomych, dla znajomych znajomych, dla rodzin i znajomych rodzin” – powiedział przewodniczący PO Grzegorz Schetyna.

Przypomnijmy, że Onet napisał, że PFN zapłaciła w ciągu kilkunastu miesięcy ponad 5,5 mln dol. — czyli ponad 20 mln zł — amerykańskiej firmie PR-owskiej za wypromowanie naszego kraju w USA. Na tej umowie najbardziej miała skorzystać rodzina związanego z PiS-em polonijnego historyka Marka Chodakiewicza, który w Polsce zasłynął atakiem na homoseksualistów.

Schetyna mówił, że sytuacja w PFN to przykład patologii PiS. – „Patologii tego układu władzy, który z publicznych pieniędzy, z naszych pieniędzy finansuje kariery i biznesy swoich znajomych Polska Fundacja Narodowa to pieniądze nas wszystkich, to są pieniądze spółek Skarbu Państwa, które są w ten skandaliczny sposób wydawane przez ostatnie miesiące” – stwierdził.

Zapowiedział także, że politycy Platformy zwrócą się w sprawie PFN także do wicepremiera Piotra Glińskiego z pytaniem, „jaki był jego nadzór nad Fundacją”. – „Jaką miał wiedzę odnośnie wydatkowania tych pieniędzy i co zrobił, żeby nie dochodziło do tak haniebnych procederów, o których dzisiaj czytamy i które bulwersują nas wszystkich” – podkreślił Schetyna. Kuriozalna reakcja Glińskiego na tę sprawę – w „Totalny odlot wicepremiera? Onet ma interes w tym, aby „podważać sensowność działań polskiego państwa”.

– „Nie zostawimy tego, w czasie kampanii wyborczej, a także po wyborach ta sprawa musi zostać wyjaśniona, a ci, którzy odpowiadają za ten haniebny proceder, muszą po prostu nie tylko politycznie, ale też prawnie odpowiedzieć” – zaznaczył Schetyna.

Janina Goss – jedna z najbliższych Jarosławowi Kaczyńskiemu osób – wciąż zasiada w dwóch radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa, mimo że zabrania tego prawo. Nie wolno zasiadać w więcej niż jednej radzie nadzorczej państwowej spółki, więc powinna była którejś z posad się zrzec, o czym pisaliśmy w artykule „Przyjaciółka prezesa PiS „zbiednieje” – nie zarobi 200 tys. zł rocznie, a „tylko”… połowę”.

– „W PiS obowiązuje zasada, że kto z „panią Janeczką” wojuje, ten od prezesa ginie” – tak obrazowo opisuje Goss gazeta.pl. Zaprzyjaźniona jest z domem Kaczyńskich od lat. To właśnie ona pożyczyła prezesowi 200 tys. zł na opiekę nad Jadwigą Kaczyńską.

Po wyborach 2015 r. Goss zatrudniono w radach nadzorczych państwowych spółek: Banku Ochrony Środowiska i Polskiej Grupy Energetycznej. W 2018 r. w PGE zarobiła 79 268 zł, a w BOŚ-u 113 000 zł.

Do 16 września tego roku łączenie tych posad było możliwe, ale po tej dacie już nie. Dziennikarz gazeta.pl zapytał więc obie firmy, czy Janina Goss wciąż zasiada w ich radach. Z odpowiedzi zarówno BOŚ Banku, jak i PGE wynika, że zachowała obie posady. Jak pisze gazeta.pl, jest to złamanie art. 19c o zasadach zarządzania mieniem państwowym.

Departament Nadzoru Właścicielskiego Kancelarii Premiera nie odpowiedział na pytania dziennikarza gazeta.pl, co zamierza w tej sprawie zrobić.

Przyszła szefowa Komisji Europejskiej Ursula Von der Leyen spotkała się w Strasburgu z delegacją PO–PSL. Podczas rozmówił pojawił się m.in. temat praworządności.

O szczegółach spotkania z von der Leyen poinformowali na wspólnej konferencji prasowej europosłowie Andrzej Halicki z Platformy Obywatelskiej i Krzysztof Hetman (PSL).

Halicki tłumaczył, że rozmowy dotyczyły priorytetów nowej Komisji, ale również tego, co polska delegacja uznaje za istotne.

– Oprócz budżetu, spraw, które związane są z organizacją pracy, podkreśliła (von der Leyen – red.) bardzo wyraźnie, że punkt, o który upominaliśmy się bardzo mocno jako polska delegacja, czyli walka z rakiem, będzie dopisany do tych zadań szczegółowych – powiedział.

Europoseł PO stwierdził, że o szczegółach spotkania z von der Leyen nie będzie informował, bo miało ono charakter zamknięty. – Ważne, że jest deklaracja częstych spotkań. Czujemy się wyróżnieni – powiedział.

Zapytany przez jednego z dziennikarzy, czy podczas rozmów z przyszłą szefową KE pojawił się temat praworządności, Halicki odpowiedział, że tak.

– Nikt nie bagatelizuje tych kwestii, wręcz odwrotnie. Jeżeli ktoś liczy na to, że sprawy praworządności będą odsunięte na bok, to przeliczy się po prostu – przekonywał polityk Platformy.

Ustępowanie agresywnemu, roszczeniowemu prostakowi zawsze i bez wyjątku, tak w życiu, jak i w polityce, kończy się dokładnie tak, jak ustępowanie szantażyście czy terroryście – niczego nie zyskujesz.

To niezwykle na swój sposób pouczająca sytuacja, zobaczyć na własne oczy do czego prowadzi niereagowanie w porę na chamstwo, przestępstwo, prostactwo i wulgarność. Zawsze uważałam za niezbyt trafne porzekadło „mądry głupszemu ustępuje”. Już jako nastolatka czułam, że coś z nim jest nie tak i pytałam siebie, czy ustępowanie głupszemu w prawdziwym życiu nie skończy się tym, że głupota rozrośnie się do niebotycznych, trudnych do opanowania rozmiarów.

I jako dorosła kobieta, dziennikarka mogę niestety potwierdzić, że i owszem, właśnie tak: ustępowanie agresywnemu, roszczeniowemu prostakowi kończy się dokładnie tak, jak ustępowanie szantażyście czy terroryście – niczego nie zyskujesz. Żądania stają się coraz większe, sytuacja eskaluje do niebotycznych rozmiarów i w końcu, żeby ją rozładować, a także przywrócić ład i porządek, musisz zrobić coś niebywale spektakularnego, czasem brutalnego, ponieważ konflikt urósł tak bardzo, że nie da się już go zażegnać małymi gestami.

Zawsze w takich sytuacjach, kiedy i tak na wszystko jest już za późno, człowiek duma, że istniało o niebo prostsze rozwiązanie: odpowiadać przestępcy i prostakowi krótko, konkretnie i stanowczo na małe zaczepki na samym początku, żeby wybić mu z głowy myśl, że będzie mógł sobie pozwalać na coraz więcej i zdusić jego zapędy w zalążku.

Nie wiem, skąd wzięło się nasze polskie „nie przesadzajmy, zobaczymy”, którego skutki obserwujemy teraz, mając problem z PiS. Skąd te wszystkie „złamali Konstytucję?… ale tylko raz… nie straszcie PiSem”, „Zatrzymują ludzi na legalnych demonstracjach? No tak, ale nie pałują”, „Jest cenzura, dziennikarze wylatują z pracy?…. no, ale przecież nie ma czołgów na ulicach”, „Zamiast historii, dzieci uczą się propagandy?…. oj tam, nauczy się go prawdziwej historii w domu”, „Biją Żydów? Co tam Żydzi, pewnie im się należało”.

Prof. Andrzej Leder, autor słynnej „Prześnionej rewolucji”, miałby pewno więcej do powiedzenia o genezie polskiego strachu – strachu przed nazywaniem rzeczy po imieniu, przed stanowczym reagowaniem, kiedy problem jest mały, zamiast zamykać oczy i pozwolić mu urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Tego samego strachu, którego, wbrew opinii wielu, Kaczyński wcale nie stworzył – on go zwyczajnie bezbłędnie wyczuł i wykorzystał, za pomocą sprawdzonych kremlowskich metod (o czym świetnie pisze Anna Mierzyńska) do własnych celów: zdobycia władzy, którą kocha ponad wszystko. W tym strachu leży cała moc Kaczyńskiego i w niczym innym. W naszym przekonaniu o własnej niemożności i lęku przed postawieniem się.

Kiedy zorganizowałam protest dziennikarzy przed Sejmem, na który zresztą nie stawiło się zbyt wielu kolegów po fachu, jedna z obecnych na proteście dziennikarek francuskiej tv nie mogła się nadziwić: jak wy, dziennikarze możecie to wszystko, to bezprawie i chamstwo polityków, tak potulnie znosić? – pytała. Jak możecie być tak bierni, kiedy pomiatają wami, ograniczają wasze prawa, utrudniają wam pracę, poniżają was i oczerniają, dlaczego nie sprzeciwicie się temu stanowczo?

Ja tu jestem, odpowiedziałam jej, i jest tu wielu moich kolegów i koleżanek, a co mogę ci powiedzieć o reszcie? Ot, taka Polska kultura, sposób załatwiania spraw: nie wychylaj się, to nic ci nie zrobią, pokorne cielę dwie matki ssie.

W naturze pokorne cielę zdycha z głodu, bo nigdy nie dopycha się do wymiona, lub – w najlepszej wersji – kończy jako najmniejsze i najsłabsze ze stada, zajmujące najniższe miejsce w hierarchii, pomiatane i potrącane przez inne zwierzęta. Podobny los niestety jest także zarezerwowany dla ludzi, którzy tak właśnie się zachowują.

Kaczyńskiemu marzy się zmiana Konsytucji, aby móc razem z klerem zaprowadzić Ciemnogród

17 Wrz

Na konwencji Prawa i Sprawiedliwości, która odbyła się w niedzielę 15 sierpnia w Legnicy, Jarosław Kaczyński poruszył temat zniesienia immunitetów poselskich, sędziowskich i prokuratorskich. Zauważył jednak, że zniesienie immunitetów złamałoby Konstytucję RP. A że Prawo i Sprawiedliwość nie chce tego robić, to zamierza ją po wygranych wyborach zmienić.

Do słów Kaczyńskiego odniósł się europoseł Prawa i Sprawiedliwości Adam Bielan, w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu ZET. Potwierdził oczywiście, że PiS chce zmienić konstytucję, jednak zauważył, że do zmiany tego dokumentu potrzeba głosów 307 posłów, co może nie być proste do osiągnięcia dla Prawa i Sprawiedliwości.

„Musielibyśmy mieć albo samodzielnie 307 głosów, co będzie bardzo trudne do wykonania, albo znaleźć sojuszników do zmiany konstytucji. Będziemy namawiać partie, które znajdą się w przyszłym parlamencie, żeby to zmienić” – powiedział.

No cóż, Jarosław Kaczyński ma również tę świadomość, ale kto mu zabroni pomarzyć: -„Przyjdzie taki dzień, że zmienimy konstytucję na potrzebną, która będzie gwarantowała prawdziwą demokrację, prawdziwą praworządność, prawdziwą równość, która jest dzisiaj łamana. (…). Będzie jasna, wyraźna, sformułowana w ten sposób, żeby były utrudnione pokrętne interpretacje. Nie zapowiadam tego w tych wyborach, bo to jeszcze pewnie długa droga, ale przyjdzie czas, że to zrobimy” – mówił prezes w sierpniu tego roku na pikniku partyjnym w Dygowie.

Internauci, marzenia Kaczyńskiego, komentują: „Putin tez zmienił konstytucję tak aby można było go wybrać na piątą juz chyba kadencję”, „Czy „prawdziwa demokracja” tak się różni od demokracji liberalnej albo demokracji bezprzymiotnikowej – jak krzesło elektryczne różni się od krzesła po prostu?”, „On nie chce zmienić konstytucji. On chce ja po prostu unieważnić, aby mu nie przeszkadzała w dyktatorskim rządzeniu”.

– „Ci, którzy myśleli, że nowa Komisja Europejska Ursuli von der Leyen będzie miała inne podejście w kwestii praworządności, zdziwią się lub rozczarują. Pani przewodnicząca elekt powiedziała w Parlamencie Europejskim, że będzie nadal pracować w tym kierunku” – zapowiedział wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Przedstawiciele krajów unijnych dyskutowali dziś w Brukseli m.in. o planie stworzenia stałego mechanizmu dotyczącego kontroli praworządności.

Timmermans podkreślił, że praworządność jest „sprawą Unii Europejskiej, a nie tylko państw członkowskich”. – „Nie można używać argumentu, że praworządność jest kwestią narodową. Proponujemy, żeby instytucje i państwa członkowskich wypracowały większą świadomość wydarzeń w poszczególnych krajach UE, aby móc identyfikować zagrożenia dla praworządności, pracować nad rozwiązaniami i wspólnie pracować dla większej wiedzy i zrozumienia” – powiedział. Przegląd praworządności miałby odbywać się co rok.

Wiceszef KE wspomniał także o aferze hejterskiej z udziałem urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości, której celem było zdyskredytowanie sędziów krytykujących pisowskie zmiany w sądownictwie.

Dodajmy, że następczynią Timmermansa na stanowisku szefa komisji praworządności ma być Czeszka Vera Jourova. W przeszłości krytycznie wypowiadała się o wprowadzanych przez PiS reformach sądownictwa. – „Jesteśmy świadkami systemowego zagrożenia dla rządów prawa w Polsce. Podział na władzę sądowniczą i wykonawczą jest w Polsce zagrożony” – pisała na Twitterze w lipcu 2017 roku.

Podobnie krytycznie wypowiedziała się w wywiadzie dla czeskiej telewizji. Jourova uważa, że Polska – jako państwo nieprzestrzegające zasad praworządności – powinna dostawać mniejsze dopłaty z budżetu Unii Europejskiej. – „Pieniądze podatników z UE nie mogą pójść gdzieś, gdzie będzie tworzony dyktatorski reżim. Niezawiśli sędziowie nie mogą zależeć od polityka, który będzie decydował, który z nich ma być zwolniony” – mówiła.

Krajowa Administracja Skarbowa zatrudnia 9 duchownych, a Ministerstwo Finansów – jednego. Łączny koszt ich „posługi” w 2018 r. wyniósł 609 tys. zł (koszty uposażeń, nagród, świadczeń przysługujących funkcjonariuszom Służby Celno-Skarbowej oraz koszty delegacji).

Z danych resortu finansów, na które powołuje się Wirtualna Polska, wynika, że średnie wynagrodzenie księdza etatowo ewangelizującego w placówkach fiskusa wyniosło w 2018 r. 4 714 zł netto. Jak ustaliła wp.pl, podczas rządów PO-PSL księża nie byli zatrudniani w skarbówce.

Według informacji przekazanych posłom w kwietniu br. przez resort finansów wynagrodzenie kapelanów jest uzależnione od miejsca pracy. W Izbie Skarbowej w woj. mazowieckim ksiądz zarabia ok. 7,3 tys. zł brutto. W lubelskim „tylko” 4,8 tys. zł brutto.

Za co budżet państwa (czyli wszyscy podatnicy) im płaci? Okazuje się, że za odprawianie nabożeństw, zapewnienie duszpasterskiej opieki nad pracownikami fiskusa, współorganizowanie uroczystości patriotyczno-religijnych z udziałem pracowników KAS i funkcjonariuszy Służby Celno-Skarbowej.

Księża do pracy w skarbówce wskazywani są przez biskupa. A dzieje się tak na podstawie wprowadzonej przez PiS w listopadzie 2016 r. ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej. Wynagrodzenie księży ustalane jest na mocy rozporządzenia ministra finansów z lutego 2017 r.

Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil – mówi Artur Nowak, adwokat, pisarz, publicysta; współautor (z Małgorzatą Szewczyk-Nowak) książki o pedofilii w Kościele “Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos”; właśnie ukazała się jego książka “Duchowni o duchownych” – zapis rozmów z byłymi i obecnymi księżmi; jedna z centralnych postaci filmu braci Sekielskich “Tylko nie mów nikomu”; w tym roku ukaże się wywiad rzeka, którą przeprowadził z prof. Stanisławem Obirkiem

MICHAŁ RUSZCZYK: Od premiery filmu braci Sekielskich minęły trzy miesiące. Dziesiątki milionów ludzi zapoznało się z tym wstrząsającym materiałem, Jednak po pierwszym szoku nie nastąpiła dalsza reakcja i w tej chwili właściwie już nie ma sprawy. Co to mówi nam o polskim społeczeństwie?

ARTUR NOWAK: Widzę to inaczej. To proces. Postrzeganie kościoła zarówno przez media, jak również opinię publiczną różni się jednak znacząco od tego, z czym mieliśmy do czynienia dziesięć lat temu, rok temu i trzy miesiące temu. Myślę, że odkleiliśmy się od pewnej poprawności, która sprawiała, że dziennikarze oraz politycy byli dość powściągliwi w ukazywaniu ciemnych stron tej instytucji. To się już nie opłaca i politycy wyciągają z tego wnioski. Pamiętajmy jednak, że ukazanie patologii hierarchii kościelnej nie podziała na ludzi z dnia na dzień. Wyobraźmy sobie film w rosyjskiej telewizji, który by obnażył, kim naprawdę jest Putin, jakim jest cynikiem, który by ukazał jego fortunę zbitą na niejasnych relacjach z oligarchami. Zapewniam pana, że to nie podziałałoby w ten sposób, że Rosjanie następnego dnia zrobiliby jakiś majdan na Placu Czerwonym i zażądali głowy dyktatora. Już teraz jednak widzimy, że język Jędraszewskich, Głódziów, Gądeckich został odrzucony przez ludzi młodych.

STATYSTYKI NIE KŁAMIĄ I TO JEST DLA KOŚCIOŁA KATASTROFA. MŁODZI NIE CHCĄ CHODZIĆ NA RELIGIĘ, NIE PRAKTYKUJĄ ŻYCIA SAKRAMENTALNEGO. CHCĄ NORMALNOŚCI BEZ NARODOWO-KATOLICKICH ETOSÓW.

Dlaczego to tak długo trwa? Kościół tym językiem przecież nie mówi od wczoraj.

I na tym polega problem. Ta socjalizacja narodowo-katolicka, afirmująca cierpienia naszego narodu, poczucie zdrady, a zarazem wybraństwa, była pożywką dla naszych kompleksów, nieufności wobec obcych, powiem szerzej – inności. Kościół doskonale zagospodarował rzesze Polaków, którzy kompletnie nie odnajdują w realiach otwartych granic, wędrówek ludów, integracji europejskiej. Lekiem na frustracje okazała się więc ta postawa zamknięta, roszczeniowa. No i mamy takie myślenie, że Polska nie musi przestrzegać reguł praworządności w Unii Europejskiej, ale euro z Unii nam się należy. Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej do powiedzenia o rzekomym zepsuciu w Europie Zachodniej, o tęczowej zarazie i cywilizacji śmierci mają ludzie, którzy nie znają języków i nie czytają książek. I Kościół właśnie na ten sektor społeczny postawił. Ja mam taką teorię, bo przecież słuchacze Radia Maryja to ludzie starsi, że biskupi mają gdzieś, jakie będą skutki tego wyboru. To pokolenie, które odejdzie przecież wraz z nimi, więc oni nie mają interesu, żeby brać odpowiedzialność za to, co będzie potem. Ten proces równi pochyłej już trwa, spadają powołania kapłańskie, mamy dramatyczny spadek udziału w praktykach religijnych młodzieży.

POKOLENIA, KTÓRE PRZYJDĄ PO NAS, TO LUDZIE, KTÓRZY POZNAJĄ JĘZYKI, BĘDĄ PODRÓŻOWAĆ. NIE MA WIĘC POWROTU DO TAKIEJ DOMINACJI KOŚCIOŁA W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ, Z KTÓRĄ MAMY DO CZYNIENIA. RZĄDY PIS-U TO JEST JAKIŚ EPIZOD W HISTORII, PO KTÓRYM PROCESY, O KTÓRYCH MÓWIĘ, SIĘ ZDYNAMIZUJĄ.

Czy według pana Kościół w Polsce coś zrobił w ostatnim okresie, by oczyścić swoje środowisko z księży pedofilów?
Nic nie zrobił, oprócz kilku ruchów pijarowych. W zasadzie mogliśmy to obserwować głównie w maju tego roku, gdy hierarchowie podziękowali Sekielskim za film i publicznie się pokajali. Ja jednak myślę, że to, co naprawdę biskupi myślą o tym filmie, pokazał następnego dnia arcybiskup Głodź, że to jest „byle co”. To jest ta, mówiąc językiem Gombrowicza, prawdziwa gęba Kościoła. Dla mnie nie jest zresztą przypadkowy atak biskupów, który przypuścili ostatnio na mniejszości seksualne. Pomijając, że wpisują się tym w strategię wyborczą Kaczyńskiego, tak naprawdę sięgnęli po starą sprawdzoną metodę. Pokazać ludziom wrogów. Kiedyś to byli Żydzi, dziś są to homoseksualiści. Tyle że trzódka, która kupuje te brednie, Kościołowi się kurczy. Perfidne jest to, że Kościół bierze na celownik słabszych. Homoseksualistów, Żydów, słowem – mniejszości. Ich łatwiej skopać. Oni nie potrafią się obronić.

PRAWDA JEST SMUTNA. KOŚCIÓŁ W POLSCE PRZESTAŁ BYĆ CHRZEŚCIJAŃSKI. A WIĘC OTWARTY, STOJĄCY PRZY SŁABSZYM, INNYM, WYKLUCZONYM. W ZASADZIE NIE ZNAM PRZYPADKU, ŻEBY JAKIŚ BISKUP POSZUKAŁ KONTAKTU Z OSOBĄ MOLESTOWANĄ W DZIECIŃSTWIE PRZEZ KSIĘDZA I OKAZAŁ POKRZYWDZONEMU WSPÓŁCZUCIE.

Oficjalny przekaz partii rządzącej głosi, że pedofilia w jednakowym stopniu dotyka wszystkich grup zawodowych, a w przypadku księży jest ich nawet mniej, niż w innych środowiskach. Jaka jest pańska opinia w tej kwestii?
Prawda jest taka, że Kościół boi się przeprowadzić jakiekolwiek badania na temat skali przemocy seksualnej w Kościele. Wie pan, to nie tylko ofiary pedofilów, ale molestowani klerycy, siostry zakonne. I to jest papierek lakmusowy, który pokazuje, jak mało poważnie Kościół traktuje kwestie związane z nadużyciami. Książ Adam Żak, który wiele dobrego zrobił, by walczyć z tymi patologiami, mówił niedawno, że nic nie wskazuje, że różnimy się od innych nacji. Badania zrobili Niemcy, Amerykanie czy Australijczycy. Ja myślę, że u nas jest gorzej, bo jesteśmy społeczeństwem sklerykalizowanym, a klerykalizacja to determinanta nadużyć. Dane z innych krajów pokazują, że 5 do 7 procent kleru było uwikłane w pedofilię. Ale pedofilii nie możemy mierzyć ilością sprawców, ale liczbą ofiar. Prowadzę trochę spraw i to jest czasem kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Mówię tylko o ofiarach, które zdecydowały się ujawnić traumy z dzieciństwa. Poranionych w otoczeniu jest więcej. To rodzice tych ludzi, rodzeństwo, ich dzieci, partnerzy, partnerki. Oni niosą z tymi ludźmi ten krzyż przez dziesiątki lat. Gdyby Kościół zabiegał o zasługi w życiu doczesnym, ozłociłby tych ludzi, ale biskupi wolą zbierać kasę i budować świątynie opatrzności bożej, bursztynowe ołtarze i ścigać się, kto postawi wyższą figurę Chrystusa Króla. Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Nic.

OCZYWIŚCIE POD NACISKIEM OPINII PUBLICZNEJ KOŚCIÓŁ MARKUJE JAKIEŚ DZIAŁANIA. TAK BYŁO PO OPUBLIKOWANIU MAPY KOŚCIELNEJ PEDOFILII, PO FILMIE WOJTKA SMARZOWSKIEGO, PRZY OKAZJI SZCZYTU WATYKAŃSKIEGO W SPRAWIE PEDOFILII W LUTYM TEGO ROKU. NO, ALE POZA ZAPOWIEDZIAMI NIE MAMY ŻADNYCH REALNYCH DZIAŁAŃ.

Ksiądz Żak w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim w zbiorze rozmów z ofiarami kościelnej pedofilii „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” tłumaczył mi, że nasze społeczeństwo jest niedojrzałe. Diecezje są niezależne i nie ma żadnych instrumentów, by cokolwiek od nich egzekwować. Moi przyjaciele, księża z różnych regionów Polski mówią, że w świadomości kleru diecezjalnego nie zmieniło się nic a nic. Oni ciągle widzą w pozycjonowaniu pedofilii atak na Kościół. Kościół sam się nie zmieni. Musi działać państwo, opinia publiczna. Oni się tego boją. Dlatego tak mocno zaangażowali się w kampanię PiS-u. To jest taktyczny sojusz z rozsądku. Kaczyński, który skłócił Polaków, to żaden katolik. No, ale nie ma w Polsce biskupa, który by mu udzielił za to ostrej reprymendy, bo mają z nim dil.

Oczywiście pedofilia występuje w innych środowiskach, ale mówiąc szczerze, nie poprawi mi jako pokrzywdzonemu przez księdza humoru fakt, że to zjawisko występuje również w środowisku jazzowym.

PROSZĘ ZOBACZYĆ, JAK SZYBKO DZIAŁAJĄ SZKOŁY, ORGANIZACJE SPORTOWE, GDY JEST CHOĆBY PODEJRZENIE NADUŻYCIA PRZEZ NAUCZYCIELA ALBO TRENERA. TAM PROKURATURA WCHODZI „Z BUTA”. POD KURIĘ NIE PODEJDĄ. JEST EFEKT AUREOLI. NO I NA TYM POLEGA TA RÓŻNICA.

Ostatnio głośna jest sprawa Krzysztofa Sadowskiego, jazzmana, jednego z redaktorów popularnego w latach 90. programu “Tęczowy Music Box”. Czy szum medialny wokół tej sprawy nie wpłynie na relatywne umniejszenie winy księży pedofilów?
Absolutnie nie. Generalnie uważam, że bardzo dobrze, że dziennikarze – Mariusz Zielke i Iza Michalewicz – ujawnili ten skandal. Myślę, że to nas tylko uwrażliwi. Moim zdaniem różnicowanie branżowe pedofilów to jest nasza prymitywna narracja, która wpisuje się w taką plemienność naszego narodu, żeby umniejszyć grzechy tego czy innego środowiska. Bardzo się cieszę, że każda afera pedofilska jest ujawniana. Walczymy nie z grupami zawodowymi, ale z pedofilami. Dla mnie to proste.

Po premierze „Tylko nie mów nikomu” pojawiły się deklaracje o powołaniu komisji ds. pedofilii. Co, według pana, stało się w międzyczasie, że społeczeństwo i politycy przestali interesować się tym tematem? Czy to tylko „odroczenie wyborcze” i kwestia wróci przed końcem roku, czy raczej została już zamieciona pod dywan?
Ale to, co proponuje rząd, mam na myśli ustawę, którą zapowiedział premier Morawiecki, to dokument napisany na kolanie, nieprzemyślany. Pisałem na ten temat. Pomysł powołania komisji, która by się zajmowała grupami zawodowymi, które pracują z dziećmi, nie jest zły. Podobna komisja, która badała to zjawisko, powstała w Australii. Na całym zresztą świcie pedofilię badali fachowcy (prawnicy, seksuolodzy, psycholodzy). W Niemczech, we Francji, Australii i USA zbadano akta osobowe księży na przestrzeni dziesiątek lat, uchwycono modus operandi sprawców, czynniki ryzyka itd.

KOMISJA, KTÓRĄ PROPONUJE NASZ RZĄD, TO CIAŁO POLITYCZNE, NIEMAJĄCE ŻADNYCH KOMPETENCJI, KTÓREMU ŻADNA KURIA NIE DA AKT OSOBOWYCH KSIĘDZA, WIĘC NIC SIĘ O NIM NIE DOWIEMY.

Druga kwestia to fakt, że organ ten nie będzie miał żadnych nadzwyczajnych uprawnień oprócz tych, które mają prokuratura i sądy. Po co zamiast efektywnie korzystać z instytucji, które działają, powołuje się ciało, które ma zrobić to samo, tylko w celu politycznym? Problemem jest również kwestia konstytucyjności tej komisji, bo komisja ma decydować o umieszczeniu danej osoby w rejestrze pedofilów, nawet jeżeli sprawa jest przedawniona. To są uprawnienia zastrzeżone dla wymiaru sprawiedliwości i żadna komisja nie powinna tego robić.

Potrzebna jest komisja stworzona w oparciu o modele, które znamy. To się ziści w perspektywie kilku lat. Badania pokazują, że 75 proc. Polaków uważa, że Kościół nie radzi sobie z pedofilią, a w celu wyjaśnienia sprawy należy powołać zewnętrzny organ, który dogłębnie zbada i wyjaśni sprawę.

Lewica w ostatnim okresie szczególnie głośno postuluje rzeczywisty rozdział Kościoła od państwa. Czy sądzi pan, że jest to możliwe?
Sam Chrystus to postulował, bo to są dwa światy. Żadnemu Kościołowi zresztą w wymiarze duchowym, bo ja tu nie mówię o blichtrze i apanażach, alians Kościoła z państwem żadnego dobra nie przysporzył. Wręcz przeciwnie. Kościół rozpasany, bezkarny, uprzywilejowany skazany był na degrengoladę, stawał się sitwą. Druga sprawa to pretensje Kościoła związane ze sferą edukacji, te najazdy na programy szkolne, które są zwykłą indoktrynacją pod płaszczykiem rzekomej aksjologii chrześcijańskiej. To są lata zaniedbań, które doprowadziły do tego, że nie wykształciliśmy wśród młodzieży postaw obywatelskich, świadomości seksualnej i tak dalej. Jeśli Kościołowi zależy rzeczywiście na chrześcijaństwie, niech nie robi nic na siłę.

CHRZEŚCIJAŃSTWO SIĘ SAMO OBRONI. WYSTARCZY BYĆ PRZYZWOITYM.

Jesienią jest zaplanowana premiera drugiej części filmu Sekielskich. Czy pana zdaniem obraz ten może być bardziej wstrząsający od poprzedniego?
Z tego, co wiem, ten film zostanie pokazany w listopadzie po wyborach. To będzie trochę inny film, gdyż będzie pokazywał pewną historię „od A do Z”. Film będzie dotyczył konkretnej diecezji i myślę, że jest bardziej wstrząsający. To będzie fabuła pokazana oczami ofiar, zobaczymy dewastację ich życia osobistego oraz ich bliskich, bo w te tragedie są uwikłane całe rodziny. Znam trochę zarys i jestem pewien, że bracia Sekielscy będą potrafili znów pokazać to, co przeczuwamy, czego się domyślamy i dlatego znów to będzie bardzo prawdziwe.

W trzeciej części zobaczymy, jaki był poziom „niewiedzy” Jana Pawła II o skali pedofilii w Kościele. Według pana na jaką skalę papież ukrywał czyny pedofilskie w Kościele?
Mamy taką legendę, o dobrym papieżu i złych doradcach. Za czasów Jana Pawła II dochodziło w Kościele do rzeczy skandalicznych, a na najwyższe stanowiska byli awansowani zbrodniarze, o zbrodniach których papież rzekomo nic nie wiedział, gdyż miał rzekomo złych doradców. To choćby kariera kardynała Alfonsa Lopez Trujillo, przy którym karierę zrobił sosnowiecki biskup Kaszak czy kardynał Groër. Ci ludzie byli bezkarni. Różni ludzie informowali Wojtyłę o tym, kogo ma w swoim środowisku, i papież nic z tym nie robił. Nie tylko Ratzinger. Kościół w Australii chciał potępić Groëra, ale Wojtyła go chronił. Papież zapewnił też miękkie lądowanie kardynałowi Bernardowi Low z Bostonu. Takich „przypadków” było więcej. Mówi się, że w tych sprawach duże znaczenia miała antropologia Wojtyły, jego przeszłość związana z prześladowaniami duchownych przez komunistów.

Papież zaufał dworakom, prymitywnym ludziom, którymi się otaczał. To nie tylko Sodano i Dziwisz, a więc człowiek znikąd. Po śmierci papieża mówili o nim w Watykanie „wdowa”. Dobrze by było, żeby Sekielskim udało się pokazać szersze tło tego pontyfikatu. Mam wrażenie, że u nas, w Polsce, ludzie kochają papieża, ale tak naprawdę nie znają jego dorobku, który jest dość krytycznie oceniany na Zachodzie. Mam na myśli jego konserwatyzm w sprawach obyczajowych. Tą absurdalną etykę seksualną potępiającą prezerwatywy w czasach AIDS, stygmatyzowanie ludzi w kolejnych związkach, stosunek do mniejszości seksualnych. Myślę, że rok 2020, bo wtedy ma być pokazany ten film, to będzie już inna perspektywa.

PAPIEŻ FRANCISZEK ROZUMIE, ŻE UTRZYMYWANIE KATOLIKÓW W NIELUDZKICH RYZACH ZWIĄZANYCH Z INTYMNOŚCIĄ, CO BYŁO UDZIAŁEM JEGO POPRZEDNIKÓW, TO ANACHRONIZM.

Znów odwołam się do Ewangelii. Te sprawy były przez Jezusa traktowane jako peryferyjne.

Co pana zdaniem Kościół musi zrobić, żeby odzyskać zaufanie wiernych?
Kościół nie odzyska już tego zaufania, powiem więcej – to zaufanie będzie spadało. W pewnym momencie to się zatrzyma.

KOŚCIÓŁ MUSI PRZEJŚĆ DROGĘ, O KTÓREJ PISAŁ RATZINGER. STRACIĆ WPŁYWY, STAĆ SIĘ ADWOKATEM UBOGICH, WYKLUCZONYCH, WEJŚĆ W DIALOG ZE ŚWIATEM.

Życie Jezusa było tułaczką w poszukiwaniu drugiego człowieka, przekraczaniem granic. Jego pociągali grzesznicy, afirmował ich, ich kochał szczególnie. Więc Kościół musi się stać Kościołem Chrystusa. Niestety, polski Kościół to przedsoborowy bunkier, w którym słyszmy głosy rozgniewanych wiejskich proboszczów, którzy łają ludzi.

Ks. Joseph Ratzinger, przyszły papież Benedykt XVI, prognozował w 1969 roku: „Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny i będzie musiał rozpocząć na nowo, mniej więcej od początków. Nie będzie już więcej w stanie mieszkać w budynkach, które zbudował w czasach dostatku. Wraz ze zmniejszeniem się liczby swoich wiernych utraci także większą część przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo od małych grup, od ruchów i od mniejszości, które na nowo postawią Wiarę w centrum doświadczenia.

BĘDZIE KOŚCIOŁEM BARDZIEJ DUCHOWYM, KTÓRY NIE PRZYPISZE SOBIE MANDATU POLITYCZNEGO, FLIRTUJĄC RAZ Z LEWICĄ, A RAZ Z PRAWICĄ. BĘDZIE UBOGI I STANIE SIĘ KOŚCIOŁEM UBOGICH.

Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali”.

Tego Kościołowi życzę, choć fanem Ratzingera nigdy nie byłem, ale mój świat nie jest na szczęście czarno-biały.

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Kaczyński robi z Polaków idiotów. Z życia pasqud 22

17 Lip

„Podobno prezes zapowiada pojednanie z opozycją, czyli pakiet demokratyczny 2.0. Super. Pewnie teraz poseł Nitras nie będzie płacił kary na każdym posiedzeniu tylko co drugim, a posłowie opozycji dostaną tyle czasu na wypowiedź, że zdążą dojść na mównicę, zanim im mikrofon wyłączą” – tak skomentował jeden z internautów kolejną już Jarosława Kaczyńskiego zapowiedź łagodzenia nastrojów przed wyborami. O tej wcześniejszej pisaliśmy w artykule „Kaczyński zapowiada koniec z agresywnym językiem. Słyszycie mordy zdradzieckie i kanalie?”.

Prezes PiS w dzisiejszym wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej zapowiedział, że „do wyborów przedstawimy propozycję porozumienia, które miałoby zakończyć wojnę na polskiej scenie politycznej”. Swoim zwyczajem, szczegółów nie podał…

Internauci nie uwierzyli w te zapewnienia: – „Będziecie pisać u Przyłębskiej na obiedzie? To zaproście jeszcze Piotrowicza i Ziobrę”; – „I to się nazywa wiarygodność? Przed wyborami obiecać łagodny język, pakiet demokratyczny, a po wyborach wyzywać od kanalii zdradzieckich mord! Jak można tak traktować Polaków?”;

„To tylko cykliczny żart prezesa”. Przypominali też słowa Kaczyńskiego z 2015 r., który mówił, że trzeba zapomnieć o urazach. Zapowiadał wprowadzenie pakietu demokratycznego, który miał dać opozycji więcej uprawnień. Wszyscy pamiętamy, że w krótkim czasie okazało się, że żadnego pakietu nie będzie.

Parlament Europejski wybrał przewodniczącą Komisji Europejskiej. Za jej kandydaturą zagłosowało 383 deputowanych.

Więcej >>>

Niektórzy z nas, dopóki będą żyć i oddychać, zawsze będą mówić, że ludzie są równi wobec prawa, a Episkopat powinien być traktowany jak każda inna organizacja i szanować przepisy.

Zrobiłam to! Czyli dwie rzeczy. Po pierwsze – razem z kilkorgiem przyjaciół nagraliśmy teledysk #MyWolniLudzie (do obejrzenia na moim kanale YouTube tutaj https://www.youtube.com/watch?v=OI5J6vl1lts). Nagraliśmy go jako ludzie mediów, kultury, prawa i liderów opinii (w klipie wystąpili m.in: Zbigniew Hołdys, Władysław Frasyniuk, Piotr Schramm, Renata Kim, Krzysztof Skiba) zupełnie apolitycznie, po to, żeby przypomnieć o tym, że ludzi nie dzieli się na lepszych i gorszych, nie ma Polski ani ludzi klasy B i klasy A, a my mamy prawo dokonywać własnych wyborów, nie będąc z tego powodu obiektem wulgarnych i agresywnych ataków i nagonki medialnej.

To proste stwierdzenie jeszcze prostszego faktu wzbudziło histerię i prawdziwe szaleństwo fake newsowych portali typu wpolityce.pl, o których nie pisałabym w ogóle, bo nie warto, gdyby nie to, że mają poparcie rządu, od którego dostają reklamy spółek skarbu państwa. No bo jak można – zgorszyli się prawicowi propagandyści – mówić głośno o demokracji? O potrzebie wolności? O miłości do Polski realizowanej normalnie i na luzie, a nie z obłąkanym fanatycznym religijno- niedouczonym zacięciem? Bez opluwania i szczucia na interlokutorów? I w dodatku robią to ludzie znani? Głośne nazwiska, które znamy z mediów? Skandal! Wiadomo przecież, że jak ktoś coś osiągnął i ma jakiś dorobek, powinien siedzieć cicho i się nie wychylać.

Ludzie zresztą w ogóle powinni siedzieć cicho i się nie wychylać, a już – Boże Broń! – nie krytykować chorej na autorytaryzm władzy. Najlepiej wcale nie mieć politycznych poglądów, a jeśli już się ma, to zakopać się z nimi pod kołdrą, w domu, po kryjomu.

Druga „straszna” rzecz, którą zrobiłam, dotyczy tekstu. Napisałam felieton, w którym wyraziłam opinię, że niektóre rzeczy, które mówią biskupi nie kwalifikują się do tego, żeby z nimi polemizować i niesłusznie są traktowane jak żenujące co prawda intelektualnie, ale jednak publicystyczne tezy, kwalifikują się natomiast, żeby pozywać Episkopat do sądu. Że homoseksualizm, zgodnie z polskim prawem jest normalną orientacją seksualną, taką samą jak heteroseksualna, w związku z tym nazywanie publicznie gejów, lesbijek i osób transpłciowych, jak to czyni nagminnie część polskiego kleru „dewiantami”, „wykolejeńcami” czy „zboczeńcami” jest nie tylko opinią, ale zwyczajnie – złamaniem prawa. Z tym się nie polemizuje, za to się powinno karać.

Na marginesie: zwracam Państwu uwagę, że Polska przestała być państwem, którego obywatele są równi wobec prawa, bo księżom i prawicy wolno zdecydowanie więcej. Nie wierzycie? Spróbujcie publicznie nazwać biskupów „dewiantami”, „zboczeńcami” czy „wykolejeńcami”, a uczestnikom procesji Bożego Ciała powiedzcie, że nie życzycie sobie, żeby obnosili się ze swoją wiarą – mogą być katolikami, ale tylko u siebie w domu, bo nie macie życzenia oglądać publicznych przemarszów dziwnych facetów w białych sukienkach, okadzających się kadzidłem. I zaczekajcie na to, co się stanie.

A przecież te same „argumenty” (biorę w cudzysłów, bo to nie żadne argumenty, tylko poniżanie) słyszą od lat choćby uczestnicy parad równości, choć nie tylko, bo w podobny sposób są traktowania uczestnicy marszów KOD czy Obywateli RP, do których kierowany jest jasny przekaz: miejcie sobie swoje poglądy, ale ich nam nie pokazujcie, nie chcemy na to patrzeć, gardzimy wami, samo wasze istnienie obraża nasze uczucia.

Cóż… jak już Państwu powiedziałam, zrobiłam to. Powiedziałam, że ludzie są równi wobec prawa i że Episkopat należy pozywać do sądu, tak jak każdą inną organizację, a księży traktować tak, jak wszystkich innych ludzi. Od prawicowych portali usłyszałam, że nawołuję do „ataku” na Kościół i że działam na zlecenie opozycji. Czyli insynuacje, wypaczenie moich słów, sugerowanie, że działam z niskich pobudek i personalny atak zamiast uczciwej kontrargumentacji.

I tak jest i będzie traktowany każdy, kto podniesie rękę na przywileje Kościoła, szczególnie zaś na prawo jego ludzi oraz polityków PiS do stania ponad prawem. Będą krzyczeć, zastraszać, obrażać, atakować, zniesławiać, pomawiać o złe intencje i nasyłać hejterów. Mam to jednak gdzieś i Państwu radzę to samo, a wiecie, dlaczego? Bo mamy rację.

I niektórzy z nas, dopóki będą żyć i oddychać, zawsze będą mówić, że ludzie są równi wobec prawa, a Episkopat powinien być traktowany jak każda inna organizacja i szanować przepisy. I że nie ma normalności bez wolności i szacunku dla kogoś (przede wszystkim dla kogoś!), kto ma inne zdanie i zastąpienia przemocy dyskusją. Howgh!

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Morawiecki z Polski zrobił Zadupie, a dumnych Polaków przemianował na Zadupczyków. Z życia pasqud 9

4 Lip

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.

PiS dupą do Unii Europejskiej. Takich skunksów wysłano do Brukseli. Z życia pasqud 8

3 Lip

„Hymn Unii na pierwszym posiedzeniu PE. Partia Brexit tyłem. Waszczykowski i Zalewska nawet nie wstali” – napisał na Twitterze Bartosz Wieliński z „GW”. Byli ministrowie w rządzie PiS, a obecnie europosłowie tak się zachowali podczas inauguracji obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Podczas odgrywania „Ody do radości” była minister edukacji Anna Zalewska i były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski nawet nie podnieśli się z foteli. Ociągając się, wstali Anna Fotyga i Patryk Jaki. Natomiast Jacek Saryusz-Wolski robił sobie podczas hymnu UE selfie.

Internauci z oburzeniem komentowali zachowanie europosłów PiS: – „Zalewska i Waszczykowski siedzą podczas hymnu UE. Partia Brexit UK stoi tyłem. Co towarzystwo miernot. Idziemy w bardzo złym kierunku. Hasło Polska sercem Europy to pic na wodę i kłamstwo. PiS właśnie pokazał to „tętniące” serce z kampanii. PiS to Polexit!”;

Robić cyrk i strzelać focha potrafią, ale euro im nie śmierdzi. Jak im tak bardzo UE nie pasuje, to powinni być konsekwentni i kasy nie pobierać. Żenada”; – „Absurd goni absurd. Wydaje im się, że buraczanym zachowaniem zrobią wrażenie tam wrażenie? Co najwyżej uśmiech politowania. Ale takie zachowanie może być groźne”;

„Czy się stoi, czy się leży. Z UE Kasa nam się należy!”; – „Kasę biorą. Szacunek dla Europejczyków na najwyższym poziomie… Powinny być kary za takie zachowania”.

Julia Przyłębska – towarzyskie odkrycie Jarosława Kaczyńskiego – podczas studiów była działaczką Socjalistycznego Związku Studentów Polskich – wynika z akt IPN, do których dotarł onet.pl. Istniejąca w PRL organizacja była w pełni kontrolowana przez władze. Obecna prezes TK zapisała się do SZSP na pierwszym roku studiów i działała w niej przez kilka lat. Dzisiaj w jej oficjalnym życiorysie próżno szukać tej informacji. Przyłębska twierdzi natomiast, że była w opozycyjnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.

Z kolei jej mąż Andrzej Przyłębski, dziś ambasador Polski w Niemczech, podczas studiów działał w innej komunistycznej młodzieżówce —Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Z dokumentów IPN wynika, że deklarował się jako ateista i zwolennik marksizmu. Został zarejestrowany w SB jako tajny współpracownik o pseudonimie „Wolfgang” (tak na marginesie – takie imię nosił jego teść, a ojciec Przyłębskiej).

„Sędzia Przyłębska była w komunistycznej młodzieżówce. Kolejny dowód, że tzw. reforma sądownictwa działa odwrotnie, niż głosi PiS. Zamiast naprawiać, psuje, a zamiast usuwać sędziów wychowanych w duchu komunizmu, wprowadza ich na najwyższe stanowiska sądowe” – podsumował na Twitterze prof. Marcin Matczak. A Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej” pytał: – „Czy w tzw. reformie sądownictwa nie chodziło o zakończenie kariery sędziów z komunistycznym rodowodem?

Sprawę komentowali też inni internauci: – „Piotrowicz, Kujda, jej mąż, a teraz ona sama, towarzyskie odkrycie Wielkiego Dewelopera”; – „Odznaczony przez władze PRL krzyżem zasługi Stanisław Piotrowicz, zaorał polskie sądownictwo. Żona TW, Julia Przyłębska, działająca w młodzieżówce komunistów, orzeka, co jest konstytucyjne. Do tego duetu brakuje sędziego Kryże jako I prezesa SN. Fajny ten PiS, taki prawy”;

„Czego nie rozumiecie lewaki? To nasza komunistka. Swoja, posłuszna, bierna, na naszej krwi wyhodowana. Nie to co Wy! Ubeckie wdowy, gorszy sorcie, kanalie, cykliści, złodzieje i wegetarianie”;– „A co my tu mamy? Towarzyszka Wolfgangowa, żona TW Wolfganga, kucharka jaśnie pana Jarka, aktualnie prezes TK, odebrała staranne komunistyczne wykształcenie, w młodości. Jak tam humor, prawaczki? Raz sierpem, raz młotem? Tak to leciało?”.

Po kilkudniowym maratonie przywódcy europejscy ustalili, że nową przewodniczącą Komisji Europejskiej będzie Ursula von der Leyen. To szefowa niemieckiego ministerstwa obrony. Jej nominację musi jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski. Frans Timmermans będzie jej zastępcą.

Przypomnijmy, że PiS mocno krytykował Ursulę von der Leyen po jej wypowiedzi, dotyczącej protestów w obronie polskich sądów w 2017 r.   – „Musimy wspierać ten zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce” – mówiła szefowa niemieckiego MON. Ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski twierdził, że „to próba ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego kraju”. 

Na Twitterze pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące wyboru Ursuli von der Leyen. – „Czyli skutkiem wielkiej ofensywy dyplomatycznej PIS-u ma być wybór na szefa Komisji Europejskiej Niemki, która poparła protesty polskiej opozycji w obronie praworządności. To są naprawdę mistrzowie. PiS stanął na głowie, żeby szefem Komisji Europejskiej została Niemka. Trzeba w tym momencie zapytać czy – parafrazując Karnowskich – prawdziwym celem PiS – u nie jest przyłączenie Polski do Niemiec” – Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Takie pytanie: Czy jakikolwiek polityk z Grupy Wyszehradzkiej otrzymał dziś jakieś ważne stanowisko w Unii Europejskiej? Dla kolegi pytam, bo mówił coś o sukcesie PiS na forum UE” – Przemysław Henzel z onet.pl.

„Polscy dyplomaci skutecznie walczyli jak lwy blokując fotel szefa KE dla Timmermansa. Byli tak skuteczni, że Timmermans będzie wiceszefem KE i z pewnością nie będzie się już zajmował praworządnością…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”.

Europejskie rozgrywki

O kompromis nie było łatwo. Jeszcze w poniedziałek po 19 godzinach negocjacji sytuacja wydawała się patowa. Prawie pewny kandydat, Frans Timmermans, spotkał się jednak ze sprzeciwem Grupy Wyszehradzkiej z Polską na czele. Niechętni kandydaturze Holendra byli także Włosi.

Teraz kandydatka na przewodniczącą KE będzie musiała uzyskać poparcie eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim.

Wybór w Radzie Europejskiej, czyli wśród przywódców państw członkowskich, zapadł jednogłośnie, przy jednym głosie wstrzymującym ze strony kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Oprócz Ursuli von der Leyen Rada Europejska nominowała też Charlesa Michela na przewodniczącego Rady Europejskiej, Josepa Borella na szefa dyplomacji UE i Christine Lagarde na szefową Europejskiego Banku Centralnego.

Kim jest Ursula von der Leyen?

To niemiecka minister obrony, wywodzi się z CDU. Jest polityczną protegowaną Angeli Merkel – to kanclerz wprowadziła ją w świat wielkiej polityki w 2005 roku. Swego czasu była typowana na następczynię Merkel.

Ursula von der Leyen mówi płynnie po angielsku i francusku i porusza się pewnie na międzynarodowej scenie politycznej.

Jeżeli zostanie szefową KE, będzie pierwszą Niemką od 50 lat na tym stanowisku i pierwszą kobietą.

Sukces polskiego rządu?

Jeszcze wczoraj podczas negocjacji kandydaturze Fransa Timmermansa sprzeciwiali się Włosi i V4. Premier Mateusz Morawiecki tłumaczył, że Holender “nie rozumie państw wychodzących z postkomunizmu”, a także, że jest nieprzyjazny Polsce i państwom Europy Środkowej.

We wtorek na konferencji podsumowującej szczyt mówił: – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane. Pokazaliśmy, że potrzebujemy kandydatów, którzy mają potencjał łączenia, a nie antagonizowania Europy; którzy rozumieją kraje członkowskie. Dlatego sprzeciwialiśmy się kandydaturze Fransa Timmermansa.

Zdaniem Morawieckiego Timmermans “był kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Komentatorzy wyśmiali ten samozachwyt, a łyżkę dziegciu do tego garnca miodu zadowolonego premiera dołożył też Grzegorz Schetyna, zwracając uwagę, że w 2009 i 2014 r. rząd polski potrafił wynegocjować stanowiska dla Polaka.

– Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób – mówi Kamil Zajączkowski, europeista z UW i autor ostatniej publikacji “Misje cywilne i operacje wojskowe Unii Europejskiej w perspektywie wybranych teorii stosunków międzynarodowych i integracji europejskiej”.

JUSTYNA KOĆ: Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem – skomentował premier Morawiecki szczyt RE. Nominacja Ursuli von der Leyen to sukces polskiego rządu?

DR KAMIL ZAJĄCZKOWSKI: Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób. W dużym stopniu o tym, że Timmermans nie został szefem KE, zadecydowały dwa czynniki, ale trzeba przyznać rację, że polska dyplomacja je wykorzystała. Po pierwsze, bunt centroprawicowej europejskiej chadecji, czyli EPP, i sprzeciw Włoch. Bunt chadeków wynikał z prostej kalkulacji; socjaliści i chadecy łącznie stracili ponad 100 mandatów w PE. Po drugie, o wyborze z Osaki zadecydowały 4 państwa: Niemcy, Francja, Holandia i Hiszpania, która powróciła do gry po kilkunastu latach.

JESZCZE KILKA LAT TEMU WSZYSCY PATRZYLI NA HISZPANIĘ JAKO PAŃSTWO, KTÓRE CHYLI SIĘ KU KATASTROFIE GOSPODARCZEJ, A TU HISZPANIA ZNOWU JEST PRZY STOLE, A NIE WŁOCHY, KTÓRE JAKO PAŃSTWO ZAŁOŻYCIELSKIE PRZY TYCH WSZYSTKICH ROZGRYWKACH BYŁO BRANE POD UWAGĘ.

Włochy sprzeciwiały się kandydaturze Timmermansa przede wszystkim z tego powodu, a nie z tych samych pobudek, co Polska i V4. To te czynniki głównie spowodowały, że ta kandydatura przepadła. Grupa Wyszehradzka nie jest jednolita, ale myślę, że w tym przypadku zadecydowały też czynniki ambicjonalne i niechęć osobista, która jest w polityce istotna. To wszystko spowodowało, że ta układanka z Timmermansem się nie powiodła.

Długo wydawało się, że jest jednak murowanym kandydatem. To w takim razie oczywisty błąd polityków europejskich?
Mam na ten temat pewną hipotezę, którą będzie można zweryfikować z czasem, gdy wyjdą na jaw szczegóły; na ile Timmermans był najmocniejszym kandydatem, na ile to spięcie niedzielno-poniedziałkowe było przypadkiem, a na ile to, co się stało, było oczekiwane przez największych graczy, aby oczyścić przedpole i położyć na stół nowe karty. Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursui von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona od razu, to spotkałaby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk, Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawiała przy swojej kandydaturze i dostała to, czego chciała.

Kim jest Ursula von der Leyen i czego możemy się po niej spodziewać?
Oczywiście już się mówi, że to nie jest kandydatura idealna, że nie ma doświadczenia, część osób mówi, że Timmermans był najlepszym kandydatem, ale

NA TYM POLEGA KOMPROMIS, TAKŻE W POLITYCE, ŻE ZAZWYCZAJ WYGRYWA OSOBA, KTÓRA NIE JEST WYRAZISTA, NIE BUDZI EMOCJI, NIE JEST SILNĄ OSOBOWOŚCIĄ.

Tak było w przypadku poprzedniego szefa KE José Manuela Barroso?
To prawda. W 2004 roku było dwóch bardzo silnych kandydatów, a wygrał ten trzeci, podobnie gdy cofniemy się jeszcze bardziej. Po prostu tak wygląda kompromis. Dodałbym tu jeszcze jedno ważne spostrzeżenie; okazało się, że duopol niemiecko-francuski nie pracuje tak sprawnie, jak do tej pory. Te kilka ostatnich tygodni to pokazało, bo wszystko zaczęło się od tego, że to Macron zablokował Webera, czyli zaczęło się od kłótni francusko-niemieckiej. W efekcie poobijana mocno Merkel, która ma dużo słabszą pozycję, nie potrafiła domknąć tej kandydatury. Z drugiej strony Niemcy mają przewodniczącego KE, a Francuzi mają to, czego bardzo chcieli, czyli kontrolę nad strefą euro i gwarancję, że przyszła szefowa EBC będzie kontynuowała linię odchodzącego prezesa.

Wśród nominacji nie ma żadnego Polaka i nikogo z V4. Porażka?
Mimo zachowania jedności V4 nie ma tu żadnego stanowiska nawet dla przedstawicieli Europy Środkowej, i to jest znamienne.

PO TYM SZCZYCIE WIDAĆ TEŻ WYRAŹNIE PRZESUNIĘCIE WŁADZY W RĘCE SZEFÓW RZĄDÓW, STĄD TEŻ TAKA KANDYDATURA NA SZEFA KE.

Komisja za nowej przewodniczącej odpuści walkę o praworządność?
Ursula von der Leyen będzie przewodniczącą, ale wiceprzewodniczącym ma być Timmermans. Chodzą pogłoski, że zachowa on w swej działalności prawa człowieka, praworządności, czyli będzie zajmował się tym, czym do tej pory. To ewenement, bo do tej pory po zakończeniu kadencji zazwyczaj politycy dostawali nowe teki, tu wiele wskazuje, że Holender ma dostać działkę właśnie dotyczącą praworządności.

NIE SPODZIEWAŁBYM SIĘ WIĘC, ŻEBY LINIA KE SIĘ ZMIENIŁA I ZNOWU BĘDZIEMY MIELI “DOBREGO” PRZEWODNICZĄCEGO I “ZŁEGO” ZASTĘPCĘ. DOBRĄ BĘDZIE URSULA VON DER LEYEN, A TYM ZŁYM TIMMERMANS.

Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością.

Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Sprawa pracownika zwolnionego z Ikei pokazuje po raz kolejny i mam wrażenie, że to już jest naprawdę ostatni dzwonek, jak groźne jest prezentowane od lat przez władze państwowe pobłażanie wobec buty, pogardy, chciwości i bezprawia Kościoła katolickiego. Gdyby nie opieszałość policji, prokuratury i sądów wobec księży pedofilów i chroniących ich biskupów, gdyby nie ich demoralizująca bezczynność wobec odmowy wydawania akt spraw dotyczących pedofilii, gdyby nie jawnie okazywana tolerancja dla łamania przepisów i ostentacyjne stawianie ludzi w sutannach ponad prawem, nie doszłoby zapewne do sytuacji, w której ktokolwiek uważa, że słowa „jestem katolikiem” są magiczną formułką chroniącą od odpowiedzialności. A tak się właśnie stało.

Polska jest dziś krajem, w którym coraz więcej osób żyje w przekonaniu, że można złamać prawo, powiedzieć lub zrobić niemal wszystko, dopuścić się aktów nienawiści, poniżania, pogardy i przemocy bez żadnych konsekwencji pod warunkiem, że po wszystkim wygłosi się magiczną formułkę „jestem katolikiem”, „zrobiłem to jako katolik” lub „tak jest napisane w Biblii”.

Fakty są takie, że Polska jest państwem, którego Konstytucja zobowiązuje władze państwowe do neutralności światopoglądowej i równego traktowania wszystkich obywateli, zarówno wierzących w Boga, jak i wywodzących swoje wartości z innych źródeł. Wiara, praktykowana w ramach tej czy innej religii, jest zbiorem zasad postępowania tylko dla dobrowolnych wyznawców. Zmuszanie ludzi siłą, żeby wyznawali katolickie poglądy, praktykowali katolickie obrzędy, lżenie ich pod pretekstem własnych przekonań to przemoc, która zgodnie z polskim prawem jest ścigana przez prawo.

Dlatego kiedy Tomasz K. napisał na wewnętrznym forum swojej firmy (w odpowiedzi na okolicznościowy tekst nawołujący do tolerancji wobec osób o homoseksualnej orientacji), że homoseksualizm to zboczenie i dewiacja, złamał artykuł 18 kodeksu pracy, zakazujący bezpośredniej i pośredniej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i zakazujący zachowań sprawiających, że ktokolwiek może z jej powodu zostać poniżony i pozbawiony godności.

Homoseksualizm nie znajduje się na liście chorób, karanych zboczeń czy dewiacji. Przeciwnie, tak przez polskie, jak i międzynarodowe prawo jest uznawany za normalne, zdrowe zachowanie seksualne. Dlatego nazywanie go publicznie zboczeniem i dewiacją nie jest „opinią”, tylko poniżeniem i naruszeniem godności gejów i lesbijek, jest publiczną obelgą, na którą są paragrafy w kodeksie karnym.

To, że należy człowieka zabić za jego homoseksualną orientację, to nie jest „pogląd”, tylko jawna dyskryminacja i podpieranie się cytatem z Biblii (a tak właśnie robi Tomasz K.) niczego tu nie zmienia. Bo nie Biblia jest w Polsce obowiązującym prawem, tylko Konstytucja, Kodeks Pracy, Kodeks Karny i Kodeks Cywilny. Na marginesie: Biblii nie czyta się dosłownie, jej teksty podlegają interpretacjom i jest to wiedza powszechnie znana, choć bez znaczenia w tej akurat sprawie.

Wyskok, taki jak pracownika Ikei, może się zdarzyć zawsze, ale to, co niepokoi naprawdę to reakcja władz państwowych, ministra i wiceministra sprawiedliwości, którzy nie czekając na wyrok sądu, już wypowiedzieli się w tej sprawie, atakując prywatną firmę i orzekając, że Tomasz K. jest niewinny, stając jednoznacznie po stronie sprawcy, a nie ofiary. Moim zdaniem pokazuje to, jak daleko zaszliśmy już na drodze do państwa wyznaniowego, jak blisko nam do wywołania w Polsce kolejnej wojny, tym razem religijnej.

Niepokojące jest to, że władze zamiast respektować prawo, nie rozstrzygać o sprawach spornych, jeszcze przed ich pojawieniem się na wokandzie, łagodzić rozbuchane społeczne emocje – podsycają je, podjudzając do otwarcia kolejnego frontu bratobójczej, krwawej walki. Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Nie posłuży to nikomu, oprócz PiS. Nie skorzystają na tym prawdziwi katolicy ani ateiści, nie skorzystają obywatele, niezależnie od światopoglądu i wyznania, skorzysta tylko jedna partia, która nie patrząc na społeczne, nieodwracalne koszty tej wojny, chce, choćby po trupach, wygrać najbliższe wybory.