Tag Archives: Komisja Europejska

PiS nie wprowadziłby Polski do Unii Europejskiej, a w drugiej kadencji rządów PiS – jeżeli taka by się zdarzyła – zostaniemy z niej wykopani

2 Maj

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7 dodane, co zmienia sens wypowiedzi” – dowodził na Twitterze polityk. „Tytuł też zmanipulowany. Kolejne ich tweety brną jeszcze bardziej w manipulację tytułem. Chodzi o spowodowanie hejtu? To już nie jest dziennikarstwo” – polityk miał nawet pretensje do autora tytułu, pod jakim ukazał się wywiad.

Na wpisy Saryusza-Wolskiego szybko zareagował dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz. „Panie Pośle, z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny oszczędnie gospodaruje Pan prawdą. Proszę wziąć odpowiedzialność za własne słowa, a nie obarczać za nie innych odpowiedzialnością” – napisał redaktor.

Także użytkownicy Twittera nie zostawili na Saryuszu-Wolskim suchej nitki. „Bardzo ostrożnie formułuje Pan swoje oceny. Nie lepiej jest napisać wprost? Wolski to taki Gryglas, tyle tylko, że razy dziesięć większy i oślizły” – odpisał Nizinkiewiczowi jeden z internautów.

Proszę następnym razem oszczędzić nam tej żenady i nie sądzić, że ktoś chciałby o przemyśleniach, takich czy owych, Wolskiego czytać. Do TVPis niech Wolski idzie. Tam jego odbiorcy” – napisała inna użytkowniczka serwisu.

Jakim trzeba być człowiekiem, by zostać w rządzie pisowskim „ministrem kultury”? Znany muzyk Zbigniew Hołdys uważa, że po prostu chamem.

Śmierć wybitnego Polaka, Profesora Karola Modzelewskiego, historyka mediewisty, dysydenta, więźnia politycznego, jednego z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórcy nazwy „Solidarność”, wstrząsnęła opinią publiczną. Nie całą oczywiście. Działacze PiSu postanowili tej śmierci nie zauważyć. Odezwał się tylko jeden, co mieni się ministrem od kultury, Piotr Gliński, który napisał na Twitterze:

„Komunista, rewizjonista, opozycjonista, więzień PRL-u (łącznie 8 lat!), „Solidarnościowiec”, mój starszy kolega z PAN, adwersarz polityczny”.

Internauci zareagowali błyskawicznie. Wśród nich Zbigniew Hołdys:

„Minister Chamstwa Gliński miał 8 lat, gdy Karol Modzelewski został skazany na 3,5 roku więzienia za walkę z komunizmem. W 1968 minister chamstwa kończył podstawówkę, gdy Modzelewski dostał kolejne 4 lata za udział w Marcu 1968. I dziś minister chamstwa mówi o KM komunista”.

Wpis Glińskiego ocenił również dziennikarz magazynu „Liberté” Aleksander Twardowski: „Trudno mi sobie wyobrazić większe prostactwo – zacząć to epitafium od „KOMUNISTA”. Jesteś, Gliński, idealnym reprezentantem tej podłej i szkodliwej władzy. Następcy powinni zadbać, aby w podręcznikach do historii pisać o was tylko źle i z należytą pogardą, dranie”.

„Nic dodać, nic ująć”?  …dodać jak najbardziej!

Mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne

PiS posłał nas, Polaków, na wojnę. Krwawą, brutalną i bezwzględną. Część z nas tego nie widzi, bo „nie ma czołgów na ulicach” – nie jest w stanie ujrzeć zagrożenia, nie mając przed oczami jego najbardziej wyrazistych symboli. Żeby uśpić ich czujność, wystarczy po prostu je schować, nie wykładać kawy na ławę, zabierać wszystko co kochają kawałek po kawałku, nie nazywając tego zabieraniem i szepcąc uspokajające słowa.

Jest też część Polaków, która wojnę widzi, ale ma ją gdzieś, bo ich drużyna wygrywa, bo ich będzie na wierzchu. Nie pojmują, że właśnie ustanawiane są uniwersalne, bezwzględne i okrutne zasady walki, które ich także będą dotyczyć, których i oni padną ofiarami, bo przecież żadne zwycięstwo nie trwa wiecznie i to także przeminie.

Kolejna część ludzi sądzi, że „ich to nie dotyczy”, „to nie ich wojna”. Patrzą na politykę jak na grę komputerową, bez zrozumienia, że coś nie musi nas bezpośrednio dotyczyć, żeby nas dotknąć i na zawsze zmienić nasze życie.
Że jeśli nasz dom nie runie, ale runą wszystkie domy dookoła, to i tak nasz świat zmieni się bezpowrotnie, bynajmniej nie na lepsze.

I tak, od zwycięstwa wyborczego PiS, toczy się ta nigdy oficjalnie nie wypowiedziana bratobójcza walka, rzeź, o której mówi się, że jej nie ma, choć straty i ofiary widzimy codziennie.

Nienawidzimy się. Gardzimy sobą. Krzyczymy na siebie. Boimy się siebie. Rywalizujemy. Udowadniamy swoje racje. Zadajemy sobie głębokie i bolesne ciosy siekierą, które nie zagoją się przez wiele lat. Duma i to, kto wygra, jest ważniejsze niż rozsądek, solidarność, dobrobyt, radość, marzenia i plany, które kiedyś przecież jako społeczeństwo mieliśmy. Taka jest rzeczywistość. I jeśli te rządy potrwają dłużej, to tak już zostanie. Kolejne zwycięstwo PiS będzie celnym i ogromnym ciosem w nasz rdzeń kręgowy, w społeczną tkankę i materię, zaufanie, kapitał społeczny, wiarę w dobrze pojmowaną siłę instytucji państwa, ustrój jaki znamy, i w którym wielu z nas wychowało się i wzrastało – demokrację.

I bardzo ciężko będzie się z niego podźwignąć, ponieważ każdy dzień obecnych rządów to postępujący chaos, straty, zagarnianie kolejnych uprawnień, które się tej władzy nie należą i prób złamania ducha kolejnych grup społecznych.
Pisałam w poprzednim felietonie o tym, że wielu z nas czuje wszystkie symptomy stresu pourazowego, beznadzieję i nierealność tej sytuacji.

PiS to wie i po to zrobił. Posłał nas na tę wojnę celowo. Wiedział, że w umiejętnie już wcześniej skłóconym przezeń Smoleńskiem społeczeństwie już ujawniły się podziały, pokazały delikatne pęknięcia i rysy.

Wiedział, że teraz już wystarczy iskra, zagranie na kilku najniższych instynktach, żeby ludzie zaczęli bratobójczą walkę.
Przez którą, mimo wspólnej historii, bolesnych przeżyć i doświadczeń komunizmu, my Polacy, jesteśmy sobie po prostu obcy i tak wobec siebie okrutni i nieczuli. Samolubni i dziecinni.

Dlaczego PiS chce, żeby wojna i okopy były naszą rzeczywistością? Dlaczego z rozmysłem do tego doprowadził i podtrzymuje ten stan?

To akurat dość proste. Bo kiedy nie znasz dnia ani godziny, nie wiesz, czy przeżyjesz kolejny nalot, wybuch bomby, ani czy za chwilę nie rozerwie Cię granat myślisz tylko o przetrwaniu. Nie analizujesz. Nie zatrzymujesz się, nie bierzesz oddechu. Nie zadajesz sobie pytań, czy czegoś tak naprawdę chcesz i czy to sprawia ci radość, czy ufasz komuś, kto mówi różne dziwne rzeczy. Nie rozmyślasz zbyt wiele, nie filozofujesz, przestaje cię obchodzić, co dzieje się z innymi, bo skupiasz się na przetrwaniu własnym i swojej rodziny. Uczucia wyższe, plany i aspiracje sprzed wojny wydają się teraz małe i nieważne, wszystko schodzi na dalszy plan.

Nie ma na to miejsca, gdy jest ciągły stres, nieufność, patrzenie przez ramię, wyszczerzone zęby, kły i pazury. Spięcie i gotowość do wybuchu pod byle pretekstem. Nerwy napięte do granic możliwości czekające tylko na powód do wybuchu. Góra dół. Adrenalina. Walka od rana do wieczora. Wojna, do której pretekstem jest słowo za dużo, krzywy uśmiech, zła mina, wszystko. Nienawiść. Obcość. W takich warunkach człowiek nie może się rozluźnić, kochać, żyć, czuć spokoju i czułości. Rozwijać się – jako jednostka i w społeczeństwie. To nie są warunki do doskonalenia się, zdobywania wiedzy, planowania przyszłości, racjonalnego myślenia o gospodarce, prawie, sprawach ustrojowych, edukacji. Do tego potrzebny jest spokój i racjonalność, powolność, namysł, rozluźnienie, zaufanie, inteligencja, dyskusja, konsekwentne, planowe działanie. Dlatego do takiego stanu PiS nie może dopuścić.

Wie, że jeśli przestanie nas bombardować hakami, aferami, plwocinami, obelgami, wrzaskiem, chamstwem i agresją, przemocą, kiedy wreszcie zapadnie cisza, wszyscy uspokoją się, otrzeźwieją z wojennego szału i odetchną, zobaczą grupkę miernych, prostych, dość głupich w gruncie rzeczy bandziorków drobnego kalibru, a czasem drobnych cwaniaczków, którym paroma spluwami, hukiem i hałasem udało się sterroryzować całe osiedle.

I mądrzy ludzie będą zdumieni: jak u diabła mogło do tego dojść?, nie rozumiejąc, że zadziałała najprostsza psychologia.

PiS zdaje się rozumieć tylko język, chamstwa i przemocy i są tacy, którzy uważają, że tak właśnie należy się z nimi rozprawić. Ja jednak myślę, że znając mechanizm rządzenia przez wywoływanie wojny i utrzymywania ludzi w stanie ciągłego stresu, można go po prostu zablokować.

Wojnie przeciwstawić solidarność, krzykowi spokój, nadużyciom sprawiedliwe lecz surowe sądy i kary, gdy przegrają wybory, propagandzie wyborczą kartkę (nie ma nic ważniejszego niż pójść i zagłosować) i rzetelną informację, nadużyciom – nagłaśnianie, chamstwu klasę, godność i autentyczną prawość i zasady.

I nade wszystko spróbować przekonać jak najwięcej niedowiarków, że mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne, najgorsze z możliwych – bo nie na terenie wroga, tylko na naszym własnych.

Aleksander Kwaśniewski był gościem Karoliny Lewickiej w radiu TOK FM. Były prezydent mówił m.in. o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej.

Hej

mówiliście coś o Unii? Po co startować do Parlementu Europejskiego, którego się nienawidzi? Paradoks polega na tym, że najbardziej za Euro jesteście wy. A dokładnie za pensją w Euro. €€€ #WiekiWybór przed nami. Kompetencje albo 27:1

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o…

View original post 1 060 słów więcej

 

Reklamy

Polexit. To polityka, którą realizuje Kaczyński i jego przydupasy pokroju Morawieckiego

19 Kwi

Korzystając z zamieszania wokół strajku nauczycieli, Prawo i Sprawiedliwość postanowiło przeprowadzić decydujący szturm na Sąd Najwyższy tak, by jeszcze przed wyborami parlamentarnymi zapewnić sobie przejęcie tej instytucji i obsadzenie prezesów izb kandydatami, których do Sądu Najwyższego nominowała upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. Wie bowiem, że dotychczasowe działania w tym zakresie nie przyniosły upragnionego władztwa nad tą najwyższą instancją wymiaru sprawiedliwości.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, przypominając że to już ósma nowelizacja ustawy o SN, rządzący planują wprowadzić w tej instytucji zmiany otwarcie sprzeczne z literalnym brzmieniem zapisów Konstytucji, przyznając prezydentowi Andrzejowi Dudzie prawo wyboru I prezesa SN oraz prezesów izb także spośród kandydatów, których Zgromadzenie Ogólne sędziów SN nie wskazało. Według obecnych przepisów kandydatów na te stanowiska wskazują zgromadzenia sędziów, przy wymaganej obecności 2/3, a jeśli to się nie uda – 3/5 liczby uprawnionych sędziów.

Nowe przypisy wprowadzają dwa kolejne stopnie. Jeśli do wskazania kandydatów na I Prezesa bądź prezesów izb SN nie dojdzie w oparciu o istniejącą procedurę – nowelizacja wprowadza możliwość ich wyboru już “bez względu na liczbę obecnych sędziów”. Taki kształt przepisów ma związek z tym, że dotychczasowe zamieszanie wokół obsadzania SN nowymi sędziami napotkało na olbrzymie problemy, także przez toczącą się przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej postępowaniem. Teraz sprawa z pewnością jeszcze się zaostrzy, bowiem to, co planuje PiS w projektowanym czwartym krokiem jest otwartym wejściem władzy wykonawczej w sferę zastrzeżoną przepisami Konstytucji do władzy sądowniczej. 

Przepis ma zakładać, że jeśli prezydent nie otrzyma na czas uchwały zgromadzenia sędziów SN wskazującej kandydatów w pierwszym, drugim lub trzecim kroku – będzie mógł powołać I Prezesa albo prezesa izby SN zupełnie bez opinii sędziów, tak jakby nie istniał art. 183 p. 3 Konstytucji, który wprost stwierdza, że “I Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne sędziów SN”

Opozycja grzmi, że plany rządzących to wprowadzanie w Polsce białoruskich standardów funkcjonowania państwa, a decyzja o kolejnym łamaniu fundamentalnych w UE zasad trójpodziału władzy i niezależności władzy sądowniczej jest niczym innym, jak przygotowywaniem polskiego państwa do opuszczenia struktur wspólnoty.

„Nie ulega wątpliwości, że przepisy naruszają standardy polskiej konstytucji i praworządności zawarte w traktatach unijnych. Jest to kolejny krok do wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej, praktycznego wyprowadzania standardów unijnych z Polski. Nie da się dziś pogodzić standardów unijnych, przepisów traktatowych z porządkiem prawnym, który PiS wprowadza poprzez tego rodzaju zmiany” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Jan Grabiec z PO.

„Już pierwsze analizy tej ustawy pokazują, że co najmniej 3 pomysły naruszają zasady praworządności. Jest to ustawowe umorzenie postępowań, które dotyczą powołań sędziów dokonanych przez obecną, upolitycznioną KRS. Jest to przyznanie prezydentowi Andrzejowi Dudzie szerszych kompetencji dot. wyboru I Prezesa Sądu Najwyższego i prezesów izb. Jest to zwiększenie roli Izby Dyscyplinarnej kontrolowanej przez ludzi Ziobry” – dodawała Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO-KO.

„To wygląda trochę tak, jakby otwierały się drzwi do czystki wszystkich sędziów. Jeżeli obecny rząd będzie chciał aresztować niepokornych wobec obecnej władzy sędziów, to nic już nie będzie stało na przeszkodzie. To są białoruskie standardy w unijnym kraju. Wprowadzanie takich białoruskich standardów wyłącznie pogłębi konflikt z Unią Europejską. Na końcu tego chaosu prawnego będzie po prostu polexit – alarmowała Gasiuk-Pihowicz.

Nieprzypadkowo projekt trafił do Sejmu akurat teraz. Lada moment będą święta, później trwać będzie przedwyborcza gorączka, wakacje i znów gorąca kampania wyborcza. A wówczas na masowe protesty pewnie nie ma co liczyć.

„Emocjami jesteśmy z nauczycielami, protest jest słuszny. Jako Koalicja Europejska chcemy podpisać deklarację na rzecz oświaty polskiej. Jeżeli rząd PiS nie spełni oczekiwań środowiska nauczycielskiego, zrobimy to po wyborach w październiku” – powiedział Schetyna. Podczas specjalnej konferencji występując w pełnym gronie koalicjantów: Władysława Kosiniaka Kamysza, Jerzego Wenderlicha, Katarzyny Lubnauer i Marka Kossakowskiego – zaapelował o zakończenie protestu nauczycieli.

„Nie może być tak, że ten słuszny protest nauczycieli będzie trwał przez święta” – powiedział Schetyna, kierując swój apel nie bezpośrednio do nauczycieli, ale do rządu: „W tej trudnej sytuacji, którą spowodowała deforma Anny Zalewskiej, apelujemy do Jarosława Kaczyńskiego, by wezwał premiera, który powinien zdecydować o podwyżkach. Apelujemy do rządu i prezesa Kaczyńskiego o zakończenie tego protestu.”

„Rząd nie dał rady przez dwa tygodnie protestu. Nie jest w stanie złożyć godnej oferty nauczycielom, uczniom. Nie ma żadnej propozycji, bo nie ma dobrej woli w tym względzie. Wczorajsze oferty to kolejna prowokacja. Chcą grać na czas, na przeczekanie, na zmęczenie. Nie da się zrealizować postulatów bez dobrej woli. Ta wola jest po naszej stronie” – dodał Władysław Kosiniak-Kamysz, lider ludowców.

Koalicjanci podpisali specjalną deklarację, w której czytamy, że obiecują nauczycielom podwyżki: 30 procent w trzech ratach (pierwsza od 1 stycznia 2020 roku). Podwyżki wyniosłyby: 725 zł brutto dla nauczyciela stażysty, 746 zł brutto dla nauczyciela kontraktowego, 847 zł brutto dla nauczyciela mianowanego, 995 zł brutto dla nauczyciela dyplomowanego.

W deklaracji poza tym mowa o zwiększeniu autonomii szkół, zmniejszeniu biurokracji i systematycznym wzroście nakładów na edukację.

Protest nauczycieli trwa od 8 kwietnia. Organizatorzy zaczynają myśleć o zawieszeniu protestu. Dziś w rozmowie z „Rzeczpospolitą” szef ZNP Sławomir Broniarz przyznał, że może się to stać na czas matur. Decyzja zostanie podjęta 23 kwietnia.

Pedofilia w Kościele, dalszy ciąg seksafery na Podkarpaciu oraz Ziobro, pokraka w życiu publicznym. Polska zidiociała

4 Kwi

Po fali ujawnień pedofilii w kościele można odnieść wrażenie, że odsetek zbrodniczych czynów w całej populacji ludzkiej jest mniejszy, niż w samym kościele. Może to tylko mylne wrażenie wynikające ze zbyt długo trwającej bezkarności księży, niemniej niezwykle szokująca jest liczba już ujawnionych księży dewiantów.

Kolejnym przypadkiem jest wikary z Wielączy koło Zamościa, Łukasz P, który, jak się okazało, ma słabość do nagich dziewczynek. Nie tylko kolekcjonował treści pornograficzne z udziałem małoletnich, ale także sam fotografował z ukrycia dziecięce nagości. Robił to ukrytą kamerą w przymierzalniach i toaletach. I właśnie taką ukrytą kamerą, będąc w Chorwacji latem 2017 roku, nagrywał w przebieralni na plaży małoletnią dziewczynkę. Szczęśliwie został przyłapany i zatrzymany. Chorwacka prokuratura zabezpieczyła telefon i komputer księdza, a zebrany materiał przekazała prokuraturze w Zamościu.

Księdzu przedstawiono siedem zarzutów. Jak poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu Artur Szykuła „obejmują one wiele zachowań podejrzanego polegających na posiadaniu treści pornograficznych z udziałem małoletnich, a także utrwalaniu nagich wizerunków różnych osób w wieku od 13. roku życia do 26 lat”.

Działalność księdza była nieźle zorganizowana. Jak informuje rzecznik prokuratury w Zamościu dokonywał on nagrań w różnych miejscach publicznych, gdzie „montował kamery niewielkich rozmiarów, by utrwalać nagie wizerunki różnych osób”. W sprawie pokrzywdzonych jest 30 osób.

Ksiądz przyznał się do winy i wyraził skruchę. Nawet chciał dobrowolnie poddać się karze. Jednak prokuratura , na wniosek ojca poszkodowanej – nie zgodziła się, ponieważ uznała, że księdzu należy się proces i surowsza kara. Grozi mu od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. Ksiądz został zawieszony w wykonywaniu czynności kapłańskich. Jak wynika z informacji TVN24, biskup polecił również wszczęcie dochodzenia kanonicznego.

Nasuwa się pytanie, którego kościół głośno zadać nie chce: Czy istnieje jakaś zależność między celibatem a dewiacyjnym zachowaniem księży? Może warto się nad tym zastanowić?

Sprawa tzw. seks-afery na Podkarpaciu, w której tuszowanie mieli być zaangażowani szefowie Centralnego Biura Antykorupcyjnego nabiera rumieńców. W odpowiedzi na zawiadomienie w tej sprawie, jakie przeciwko m.in. szefowi CBA Ernestowi Bejdzie złożył były agent Wojciech J., doniesienie kontrujące zarzuty złożyło również biuro. Nie ma znaczenia, że z dotychczas opublikowanych przez Radio Zet i dziennik “Fakt” dokumentów wynika, że Wojciech J. był jednym z najbardziej zaufanych agentów szefa CBA, z bardzo obszernymi uprawnieniami przeznaczonymi do wykonywania zadań specjalnych.

Wygląda na to, że szukając haków na przeciwników politycznych i byłego szefa CBA Pawła Wojtunika trafił na coś, co miało nigdy nie ujrzeć światła dziennego i teraz staje się kozłem ofiarnym w walce pomiędzy służbami. O tym, jak absurdalna jest ta sprawa świadczyć może chociażby ostatnia informacja rządowego portalu tvp.info, że były agent przed 2015 rokiem miał problemy psychiczne w wojsku, co przecież w zasadzie tylko pogrąża Ernesta Bejdę, który w 2016 roku, po tym jak przyjął go do służby w niestandardowym trybie, dał mu bardzo obszerne uprawnienia. Mimo wielu starań strony rządowej, w sprawie wciąż więcej jest twardych dowodów i dokumentów potwierdzających wiarygodność agenta, niż słów ją podważających.

Pewnie dlatego, po wielkiej burzy w mediach, czy tygodnik “NIE” nie posunął się zbyt daleko publikując fragment zawiadomienia Wojciecha J., w którym jako polityka nagranego na seksualnych igraszkach ze zmuszaną do prostytucji 15-letnią Ukrainką wskazał marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, dziś ustalenia Andrzeja Rozenka w dużej mierze potwierdził Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski. Opublikował kolejne fragmenty z zawiadomienia, które trafiło do prokuratury regionalnej w Rzeszowie.

Mając szerokie uprawnienia Wojciech J. w okresie od stycznia do sierpnia 2017 roku, intensywnie realizował czynności operacyjne związane z tzw. aferą podkarpacką. W sierpniu 2017 r. otrzymał od swojego Osobowego Źródła Informacji (OZI) informację, iż w jednym z trzech podkarpackich domów publicznych ochranianych przez byłego funkcjonariusza Centralnego Biura Śledczego Policji Daniela Ś. Została w 2014 roku zarejestrowana wizyta jednego z najwyższych polityków PiS. Polityk ten miał dopuszczać się czynności seksualnych z nieletnią prostytutką narodowości ukraińskiej o imieniu Rusłana. Nagranie to zostało przekazane z domu publicznego przez OZI Wojciechowi J. – cytuje treść dokumentu “WP”.

Najciekawiej robi się jednak później, gdy mowa jest o innych nagraniach oraz o tym, gdzie mogą się one znajdować.

– W trakcie prowadzonych czynności operacyjnych Wojciech J. uzyskał dodatkowe informacje, iżnagrań tego typu jest dużo więcej, a zarejestrowani na nich są przede wszystkim politycy PiS oraz powiązani z nimi biznesmeni z Podkarpacia. Według informacji operacyjnych uzyskanych przez Wojciecha J., Daniel Ś, który poza ochroną agencji towarzyskich miał zajmować się sprowadzaniem prostytutek (głównie z Ukrainy), zabezpieczył kopię wszystkich kompromitujących nagrań i zdeponował w nieznanym miejscu na terenie Ukrainy – możemy przeczytać w zawiadomieniu skierowanym do prokuratury.

CBA konsekwentnie zaprzecza i przekonuje, że dowodów na podniesione przez byłego agenta zarzuty nie ma. To jednak dziwić nie powinno, bowiem w świetle relacji Wojciecha J. właśnie te dowody zostały mu podstępem odebrane z jego szafy pancernej, a dowody na to, że się w nim znajdowały również publikowały już media. O tym, że CBA powinna zostać wyłączona z dalszego badania tej sprawy świadczyć może także informacja z ostatnich dni, którą opublikował na Twitterze Mariusz Gierszewski z Radia Zet. Okazuje się bowiem, że mimo zachowania drogi służbowej, raport Wojciecha J. skierowany do premiera Morawieckiego, w którym ten informuje o ewentualnych przewinach swoich przełożonych nigdy do KPRM nie trafił. To, że Ernest Bejda uzurpował sobie prawo “cenzury” korespondencji dotyczącej m.in. jego osoby i nie przekazał dokumentu szefowi rządu nie działa dziś na jego korzyść. Sprawa z pewnością będzie miała ciąg dalszy.

Do prawdziwej pasji doprowadziła ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę decyzja Komisji Europejskiej, która wszczęła postępowanie przeciwko Polsce za system odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów. Komisja uważa, że narusza on niezawisłość sędziowską i nie chroni sędziów przed kontrolą polityczną.

Ponieważ Ziobro jest przekonany o słuszności powołania nowej izby w Sądzie Najwyższym, ruszył do ataku na najgłośniej kwestionującego zmiany w polskim sądownictwie, Fransa Timmermansa – wiceszefa KE.

„Jeśli pan Timmermans reaguje na tego rodzaju sytuacje, gdzie Sąd Najwyższy w trakcie trwania sporu o sądownictwo uniewinnia złodzieja-sędziego i stwierdza, że ten złodziej-sędzia może dalej być nieskazitelnym sędzią i karać złodziei, jeśli tacy ukradną na przykład wiertarkę w hipermarkecie, to ja rozumiem oburzenie pana Timmermansa” – oświadczył dziennikarzom Zbigniew Ziobro.

Minister jest poirytowany i nie przebiera w słowach, bo jeśli polski rząd nie przekona Brukseli do swoich racji, to po upływie najbliższych dwóch miesięcy sprawa może trafić do Trybunału Sprawiedliwości UE.

„Chętnie zadałbym pytanie panu Timmermansowi, czy w standardzie, o jaki mu chodzi, jakiego broni, jaki chciałby przywrócić, jest to, by dotychczasowa procedura chroniła sędziów złodziei, przestępców?” – w typowej dla siebie formie pytał Ziobro.

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczęciu Polexitu.

Czarne chmury nad władzą PiS już jej nie opuszczą, a to znaczy, iż utrzymując się u władzy, te czarne chmury będą dotyczyć Polski, czyli nas wszystkich. Nieformalne procedury Polexitu zostały uruchomione, wszystko zmierza w tym jednym kierunku. Pozostaje tajemnicą, jaką strategię przyjmie PiS, aby obrzydzić rodakom Unię Europejską.

Tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Trybunał Sprawiedliwości UE wyda wyrok w sprawie Krajowej Rady Sądownictwa. Pytanie prejudycjalne polskiego Sądu Najwyższego dotyczy tego, czy nowa KRS jest w stanie stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

W zasadzie to retoryka prawa rzymskiego, bowiem jak niezależna od polityków może być instytucja, gdy do jej składu powołane są osoby przez polityków. Sędziowie KRS w tym wypadku są zależni od posłów PiS, którzy ich powołują.

TSUE zatem wyda orzeczenie tuż przed eurowyborami, a więc nie będzie miał on wpływu na to, kogo Polacy wybiorą do Brukseli, bo za mało zostanie czasu, aby dotarła ta wieść do elektoratu.

Dalej niż TSUE idzie w zapasy z bezprawiem PiS Komisja Europejska, która wszczęła wobec Polski postępowanie o naruszenie prawa unijnego. A to znaczy, iż nie podporządkowując się administracyjnym orzeczeniom KE, czekają nasz kraj sankcje, a następnie – jeżeli te nie będą skuteczne – wykluczenie. Polexit wcale nie musi być powtórzeniem procedur brexitu, Bruksela sama może nas wypchnąć.

I bodaj taka pochodna strategia PiS znajdzie zastosowanie, gdyby partia Kaczyńskiego miała utrzymać się u władzy – „Unia nas gnębi, nie pozwala wstać z kolan, etc.”

Komisja Europejska nie daje się nabrać na piętrowe kłamstwa PiS, uznając, iż Polska narusza prawo unijne, sądy nie są niezależne, a sędziowie są zastraszani, szykanowani poprzez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego.

Piętrowość kłamstw PiS jest jak umysł Jarosława Kaczyńskiego i sięga tylko pierwszego piętra, wyżej on nie podskoczy. Na parterze znajduje się KRS, której skład wybierają parlamentarzyści, zaś sędziowie są dyscyplinowani (czyli zastraszani, szykanowani, wydalani) przez Izbę Dyscyplinarną SN (pierwsze piętro), której skład powołuje KRS.

Polski rząd dostał dwa miesiące na odpowiedź ustosunkowania się do postępowania Komisji Europejskiej, dostał więc szanse, aby zmienić stanowisko. Czy Kaczyński jest w stanie zejść z pierwszego piętra swoich kłamstw i powrócić do przestrzegania prawa unijnego, tj. do standardów demokracji?

Morawiecki toczy zacięty bój o miano Pokraki nr 1

3 Kwi

Jak wynika z doniesień „Rzeczpospolitej”, minister Teresa Czerwińska odchodzi z rządu. Do zachowania stanowiska nie namówił jej ani premier Mateusz Morawiecki, ani prezes PiS Jarosław Kaczyński. „Chcieli, aby pozostała przynajmniej do majowych wyborów do PE” – mówi źródło gazety z PiS.

Super-minister, super-premier

W fotelu szefa resortu może zasiąść teraz premier Mateusz Morawiecki. Co ciekawe, odejście Czerwińskiej jest efektem braku jej zgody w kwestii obietnic socjalnych partii: „To nie będzie dymisja. Czerwińska żegna się z rządem na własną prośbę” – powiedział gazecie polityk partii rządzącej.

Nie do końca wiadomo tylko, kiedy oficjalnie pomachamy pani minister na pożegnanie. Tu informacje są sprzeczne. Niektórzy uważają, że ma to nastąpić już teraz, inni, że wytrwa jednak do wyborów do europarlamentu.

Plotki są przesadzone?

A jeszcze tydzień temu sama najbardziej zainteresowana mówiła:

Pogłoski o mojej dymisji są mocno przesadzone. Poza tym, wszystko co było do powiedzenia, jest powiedziane, pan premier zabrał głos, w związku z czym rozumiem temat jest zamknięty”.

Premier „zabrał głos” i Polacy będą mogli cieszyć się „Piątką Kaczyńskiego”, mimo tego że sam Morawiecki niedawno przyznał, że nowe programy socjalne partii napną budżet niemal do granic wytrzymałości. W całym trójkącie decydentów – Kaczyński-Morawiecki-Czerwińska – to pani minister okazuje się najbardziej odpowiedzialna. I widać, z tego powodu nie chce brać na barki nowych pomysłów prezesa.

Zmiany, zmiany, zmiany…

W PiS trwają teraz nerwowe przygotowania do rekonstrukcji rządu. Powodem jest wystawienie na listy kandydatów partii do Brukseli paru ministrów. Rzeczniczka PiS Beata Mazurek przyznała wczoraj otwarcie:

„ Nie jest mi znany termin [rekonstrukcji], więc nie odpowiem kiedy, ale mam informację, że [nastąpi to] jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”.

Na listach ugrupowania w wyborach do Brukseli znalazło się m.in. kilkoro ministrów i wiceministrów, np. wicepremier Beata Szydło, szef MSWiA Joachim Brudziński, minister MRPiPS Elżbieta Rafalska czy minister edukacji Anna Zalewska.

Efekt socjalu

Skąd w ogóle to całe socjalne szaleństwo? PiS przygotował ponoć wewnętrzne sondaże, które nie ucieszyły partii. W odpowiedzi pojawiła się wspomniana „Piątka”, na którą jednak nie chce zgodzić się Czerwińska. Wobec swojej bezsilności sama postanowiła – jak widać – odejść. Odpowiedzialni urzędnicy odchodzą z rządu. Strach się bać, jaki sort ich zastąpi…

Jan Zarosa, wojskowy prokurator, który przesłuchiwał ofiarę molestowania w Żandarmerii Wojskowej, już tego robić nie będzie. Co prawda nie dopatrzono się uchybień w jego postępowaniu, ale… interweniował zwykły poseł Jarosław Kaczyński i to wystarczyło.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości po prostu „skrobnął” odpowiednie pisemko do Ziobry i zadziałało. Prokuratorowi nie pomogło nawet to, czym wcześniej zasłynął, czyli ośmiogodzinnym przesłuchaniem przewodniczącego Rady Europy Donalda Tuska.

Fakt ten nie umknął uwadze Romana Giertycha. Mecenas jest zdania, że sytuacja ta pokazuje czarno na białym stopień zależności prokuratury od partii rządzącej.

Pyta, czy wobec tego prezes PiS interweniował także w sprawie Srebrnej? „Bo jeszcze niedawno niektórzy politycy PiS twierdzili, że jest ona niezależna” – napisał Giertych na Twitterze.

Kluczem do przywrócenia normalnego państwa jest jasny przekaz i trzeźwe myślenie.

Moim zdaniem, tak w życiu prywatnym, jak i publicznym, kluczem do powodzenia i normalności jest nazywanie spraw po imieniu. Jeśli nie nazwiesz czegoś po imieniu, to tak jakby tego nie było. Opisał to znakomicie profesor Andrzej Leder w książce „Prześniona rewolucja”, w której wskazał, że w języku polskim brak jest wręcz niekiedy słów, nie ma słów, żeby nazwać niektóre rzeczy, zjawiska. Te słowa po prostu nie istnieją.

Oczywiście konsekwencją tego jest kompletna niewiedza i dezorientacja. Nie wiemy, co się z nami dzieje, wiemy, że coś czujemy, przeżywamy, ale nie potrafimy o tym opowiedzieć ani nawet sobie tego do końca uświadomić. Nie znamy własnych granic, nie rozumiemy, gdzie one przebiegają, co wolno, a czego nie, nie wiemy, czego właściwie chcemy, choć często narzekamy i bez problemu wskazujemy, co nam się nie podoba. O niczym nie można spokojnie, normalnie, merytorycznie porozmawiać. Wypisz, wymaluj Polska.

Nie przez przypadek w Polsce karierę robi słowo „kontrowersyjny”, o którym nikt nie wie i nie potrafi powiedzieć, co ono naprawdę znaczy. Kiedy jest się kontrowersyjnym, a kiedy wyraża własne zdanie? Kto właściwie decyduje o tym, co wypada, wolno w przestrzeni publicznej, a co nie? Kiedy jest „kontrowersyjnie”, a kiedy „dziwnie” lub z kolei „ekscentrycznie”? Drugie takie słowo – to słowo „obiektywny”. Obiektywizmu domagają się wszyscy od wszystkich, nie mając zielonego pojęcia, co to właściwie znaczy.

Ludzie, którzy nie znają znaczenia słów, których używają, posługują się nimi w znaczeniu o którym myślą, że jest prawidłowe, według prawidła „bo mi się wydaje”. Efekt? Nieustanne mylenie opinii z faktami, często przy nieświadomości mówiącego, że to, co mówi jest wyrażeniem własnego zdania, a nie prawdą obiektywną. Sformułowanie „własnego zdania” to fraza umowna, bo moim zdaniem wiele postaci życia nawet nie wie, jakie ma o czymś zdanie. Ich opinia jest wypadkową kwestii zasłyszanych w mediach, rozmów ze znajomymi i rodziną, opinii życiowego partnera, środowiska itp.

Konia z rzędem temu, nawet wśród tak ważnych liderów opinii, dziennikarzy, pisarzy, polityków, prawników, celebrytów, aktorów i ludzi innych zawodów, których się słucha, kto tak naprawdę wie i rozumie, o czym mówi, wie, kiedy to mówi i z jakiego powodu i dlaczego mówi to tak, a nie inaczej tej czy innej osobie.

Od jakiegoś czasu niemal nie oglądam już telewizji. Nie powiem, że w ogóle, bo to byłaby nieprawda. Informacje, niezbędne do tego, żeby mieć konieczną w moim zawodzie i z racji zainteresowań wiedzę o świecie, czerpię ze sprawdzonych portali i gazet, starając się o rzetelność faktów i różnorodność opinii tak, żeby nabrać dystansu i móc przemyśleć sprawę.

Skończyła się moja tolerancja na ubliżanie mojej inteligencji i dobremu smakowi zapraszaniem do studiów tv ludzi bez wiedzy na temat, o którym mówią, często także niekompetentnych i życiowo, i zawodowo, wyrachowanych, głupio cwanych i agresywnych, przy których człowiek nie może usłyszeć zdania, drących się wniebogłosy, żeby zatuszować fakt bycia kompletną intelektualną amebą.

I skończyła się moja tolerancja dla prowadzących, którzy na takie rzeczy pozwalają i takich ludzi, doskonale wiedząc o ich bezwartościowości, zapraszają. Stąd mój prywatny protest, o którym wiem, że może stać się publicznym, jeśli wszyscy postąpią tak samo – dlatego, nie tracę nadziei, że któregoś dnia wszyscy po prostu wyłączymy odbiorniki i kariery medialne takich osobników i osobniczek stracą rację bytu.

Jesteśmy teraz w Polsce w trudnym momencie gospodarczym, politycznym, historycznym, kulturowym, religijnym i mentalnym. Wszystko, co mogło pójść nie tak, poszło. Rozpasany, zdemoralizowany, brunatny, mało wykształcony i kryjący przestępców–pedofilów Kościół katolicki wchodzi nam na głowę, nie kryjąc się już z tym, że własnym zdaniem powinien stać ponad prawem, bezceremonialnie wtrącając się do pisania i stanowienia ustaw.

Idzie spowolnienie gospodarcze, w którym maniakalnie zadłużający nas (nas! – bo nie siebie) nieodpowiedzialny, populistyczny rząd nie będzie umiał się odnaleźć, ponieważ myśli tylko o tym, żeby napożyczać, ile się da i kupić głosy w najbliższych wyborach. A później choćby potop.

Służby specjalne, policja i wojsko są w opłakanym stanie, wbrew napuszonym propagandowym deklaracjom. Poodchodzili stamtąd wartościowi ludzie, na kierownicze stanowiska zostało przyjętych wielu ludzi, mających chronić  partię, nie obywateli.

Władza stawia się ponad prawem i patrząc na czyny – już zaczęła wyprowadzać nas z Unii Europejskiej. Mój Boże, jak strasznie, jak niebywale, nawet jak na brudne i niskie polityczne standardy, ta władza kradnie i kłamie. Ile rzeczy, jak stadninę koni w Janowie, zniszczyła, ilu osobom naubliżała, ile poniżyła.

Nic nas nie uratuje od katastrofy, poza jasnością myśli i przekazu i szkoleniu się w nazywaniu rzeczy po imieniu. Nie wystarczy mieć rację, trzeba przekonać do niej innych. Ale żeby przekonać, trzeba samemu rozumieć, co się dzieje i dokąd to wszystko zmierza. Trzeba umieć tłumaczyć i powtarzać milion razy, krótko i prosto.

Czy są ludzie, którzy to potrafią w polityce i dziennikarstwie? Czy są tacy przywódcy?
Nie odpowiem, zostawię was z tym, ale moim zdaniem, jasna mowa i klarowne, trzeźwe myślenie to jest klucz do przywrócenia normalnego państwa.

Waldemar Mystkowski pisze o rekonstrukcji rządu.

Rząd Mateusza Morawieckiego ma być zrekonstruowany. Powiadomiła o tym rzeczniczka PiS Beata Mazurek, a nie rzeczniczka rządu – Joanna Kopcińska. Czy to coś znaczy? Tak! W PiS obowiązują zasady jak reżimach, klaszczą tak długo, aż satrapa powstrzyma aplauz na cześć swojej osoby podniesieniem ręki. Dlaczego o rekonstrukcji nie powiadomił ktoś bliski ucha Morawieckiego, jak choćby Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera, który wędruje po mediach każdego dnia?

Obawiam się, że o rekonstrukcji rządu Morawieckiego mógł wcześniej nie wiedzieć… sam Morawiecki. Świadczą o tym słowa Mazurek: – „Mam informację, że rekonstrukcja rządu nastąpi jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”. Od kogo ma informacje? Niewygodnie wszak informować, że prezes decyduje, kogo Morawiecki ma wymienić.

W PiS afera goni aferę, jedna przykrywa drugą, korupcję Kaczyńskiego przykrywa seksafera Kuchcińskiego, a tę z kolei protest nauczycieli. Nim zorientujemy się, o co chodzi w najnowszej aferze, zbliża się inna, jeszcze bardziej demolująca życie polityczne.

Wiadomym wszak jest, iż muszą być wymienieni ministrowie, którzy kandydują do Parlamentu Europejskiego i prawdopodobnie gros z nich do Brukseli się dostanie. Powinni być „zrekonstruowani”: wicepremier Beata Szydło, szef MSWiA Joachim Brudziński, szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska czy minister edukacji Anna Zalewska.

Ucieczka Brudzińskiego do PE może świadczyć, iż Kaczyński widzi delfina w Morawieckim, lecz niekoniecznie, bo prezes szykuje się do demolki w Brukseli – jak w kraju – tym razem wraz z nacjonalistami z Włoch, Hiszpanii i innych krajów, z którymi niedawno się spotkał. A Brudziński to jego herold zniszczenia. Zalewska z kolei musi brać nogi za pas, bo szkolnictwo w kraju w upadku, a nauczyciele zamiast w budynkach szkół domagają się normalności na ulicy.

Nie ekscytujmy się więc rekonstrukcją, bo na miejsce ustępujących przyjdą podobni im niewydarzeńcy. Władza PiS gromadzi tylko takich, którzy potrafią wszystko zepsuć, czego się dotkną. Dżuma zostanie wymieniona na cholerę, co kiedyś zdefiniował sam Morawiecki przy innej okazji.

Bardziej interesująca niż rekonstrukcja rządu będzie jesienna wymiana rządzących, gdy PiS zostanie wymieniony na Koalicję Obywatelską.

Kochan o Emeryturze plus: Panie premierze, jak można odebrać jednorazowe świadczenie?

– Po wysłuchaniu wystąpienia premiera, przypomina mi się tylko jeden cytat z profesora Bartoszewskiego. Warto być przyzwoitym, choć to się nie opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto. Panie premierze, jak można odebrać jednorazowe świadczenie? Proszę mi to wytłumaczyć. Jak pan może zapowiadać z tej mównicy, że Koalicja Obywatelska cokolwiek zabierze, a już na pewno zabierze to świadczenie, które jest wypłacane jednorazowo. Jak pan może to mówić? Po prostu panu nie wstyd? – stwierdziła Magdalena Kochan w Sejmie, w trakcie I czytania tzw. programu Emerytura plus. Posłanka PO zapowiedziała, że jej klub poprze rządową propozycję.

>>>

Machlojka PiS z podwyżką cen prądu

3 Sty

Prawo i Sprawiedliwość zrobiło wiele, aby ugrać polityczny kapitał wokół sprawy cen prądu. Rząd oskarżany o sprowadzenie drożyzny wierzył, że znalazł drogę do populizmu doskonałego, aby raz na zawsze przypieczętować przekaz “dotrzymujemy słowa”. Tu na drodze Nowogrodzkiej stanowcze “nie” lada moment może powiedzieć Komisja Europejska. PiS swoją hucpą wokół prądu złamał bowiem panujące we wspólnocie reguły gry. Rząd zignorował unijne zasady udzielania pomocy publicznej i o swoim planie Brukseli nawet nie poinformował, co zostało zauważone. Rzeczniczka KE powiedziała:

“Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Powyższe słowa nie są może mocne, ale kryje się za nimi realna groźba. Władze unijne mają bowiem narzędzia, aby blokować łamiące nasze zobowiązania formy publicznej interwencji. Dlatego choćby rząd PO-PSL z niesamowitą ostrożnością musiał negocjować wsparcie dla polskich stoczni.

Uległości Komisji nie ma co się spodziewać, ponieważ PiS dotknął kluczowej sprawy dla przetrwania Unii. Wspólny rynek jest siłą wspólnoty, a ten będzie miał rację bytu tylko tak długo, jak nikt nie będzie oszukiwał. Pomoc publiczna jako forma nieuczciwej konkurencji zaburza naturalne stosunki między gospodarkami Europy. W przypadku regulacji cen prądu sytuacja jest zaś zupełnie kuriozalna. Zamieszanie z pomocą publiczną byłoby może do uniknięcia, gdyby rząd zrekompensował wyższe koszty tylko i wyłącznie niższą akcyzą na prąd. Energia z węgla byłaby tańsza, ale proporcje jej ceny wobec prądu z odnawialnych źródeł energii byłyby zachowane. PiS nie szedłby tym samym także na kolizję z walką o ochronę klimatu. Jednak efekt propagandy byłby połowiczny, więc postawiono na stare, dobre regulacje cen. Szczególnie groteskowa jest już sama nazwa funduszu, który będzie miał stać na straży nowych cen – Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny.

Interwencja Unii byłaby tu zaś dla polskiej gospodarki pożądana. Zaniżanie cen oznacza bowiem zatrzymanie presji na oszczędzanie energii i tworzenie nowych mocy produkcyjnych. Tani prąd z dopłaty nie zmotywuje do zakupu urządzeń energooszczędnych, a niska cena to mała pokusa do inwestowania w energetykę.

W efekcie możemy skończyć jak w PRL, jednak zamiast z pustymi półkami, to z przerwami dostaw energii. Ale to nie jedyne kuriozum, przed którym Unia może nas ustrzec. Znaczenie cen prądu jest wszakże daleko przeceniane w swojej roli w gospodarce, ponieważ mimo symbolicznie ważnej roli rachunek za energię stanowi marginalny fragment tak PKB jak i budżetów domowych. Inaczej być nie może, ponieważ liche kilka miliardów nie starczyłoby na pokrycie podwyżek tak kluczowego zasobu, jak to kreują dziś politycy.

PiS wciąż ustami Michała Dworczyka utrzymuje, że ma eskspertyzy stanowiące, że dopłaty są zgodne z prawem unijnym. Pytanie jednak, czy rząd ma je na podobnej zasadzie, jak minister Waszczykowski posiadał ekspertyzy na nielegalność wyboru Donalda Tuska? PiS przegrał już parę takich bitew przed sądami, stąd nasza redakcja mówi sprawdzam i zawnioskowała o udostępnienie tych dokumentów.

Może się zatem jeszcze okazać, że władza odtrąbiła sukces przedwcześnie, a jej destrukcyjny populizm zostanie powstrzymany. Otwarte pozostaje pytanie, jak taki obrót spraw wpłynie na nadchodzące wyborcze zmagania.

>>>

Niedemokratyczne państwo bezprawia

2 Sty

Gdyby do działań PiS przyłożyć niektóre z powojennych tez filozofa prawa Gustava Radbrucha, podsumowujących okres nazizmu, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej

Kilkanaście miesięcy temu Polskę lotem błyskawicy obiegła wiadomość o zatrzymaniu i skuciu kajdankami Władysława Frasyniuka – w telewizyjnym komentarzu jego adwokat przywołał formułę Radbrucha.

Co to jest właściwie takiego ta formuła, skoro ostatnio jest na ustach wszystkich i każdy rozumie ją inaczej? Według jednych formuła Radbrucha powstała w określonym kontekście historycznym i nie wolno jej nadużywać, według innych przeciwnie – ma walory uniwersalne i może znaleźć zastosowanie także w państwie mieniącym się demokratycznym i praworządnym – pisze prof. Jerzy Zajadło*.

(George Orwell – Rok 1984)

Tezy Radbrucha

W 1946 roku niemiecki filozof prawa Gustav Radbruch opublikował artykuł pod tytułem „Ustawowe bezprawie i ponadustawowe prawo”. Podsumował tam okres nazizmu i postawił trzy tezy, nazwane później od jego nazwiska formułą Radbrucha:

  • po pierwsze, może dochodzić do takiego konfliktu wewnątrz prawa, że czasami powinniśmy odłożyć na bok jego literę i kierować się duchem sprawiedliwości;
  • po drugie, czasami ta swoista perwersja prawa jest tak daleko idąca, że coś, co jest z pozoru ubrane w szaty ustawy, w gruncie rzeczy w ogóle nie zasługuje na miano prawa;
  • po trzecie, odpowiedzialność za nazistowskie bezprawie ponosi przynajmniej częściowo tzw. pozytywizm prawniczy, który całe pokolenia prawników wychował w duch bezwzględnego posłuszeństwa władzy.

Tyle Radbruch – historyczny kontekst jego propozycji jest więc oczywisty. Jednak tak naprawdę niemiecki prawnik kierował swoje słowa przede wszystkim do przyszłych pokoleń, ponieważ sam był już w wówczas w podeszłych wieku i wkrótce, 23 listopada 1949 roku, zmarł w swoim ukochanym Heidelbergu.

W latach 90., kiedy przyszło rozliczać bezprawie komunistyczne i niektóre inne reżimy autorytarne w różnych częściach świata (np. w RPA i w niektórych krajach południowo-amerykańskich i azjatyckich), przypomniano sobie o jego formule i np. w Niemczech wykorzystano ją w procesach osób odpowiedzialnych za śmierć setek ludzi przy murze berlińskim.

Zaczęto też nadawać jego propozycji bardziej uniwersalny i ponadczasowy charakter. Uświadomiono bowiem sobie, że do ustawowego bezprawia może czasami dochodzić nie tylko w reżimach totalitarnych, lecz paradoksalnie także w krajach mieniących się demokratycznymi państwami prawa.

Nie mają więc racji ci wszyscy, którzy protestują przeciwko powoływaniu się dzisiaj na formułę Radbrucha, ponieważ już dawno oderwała się ona od swojego podstawowego historycznego kontekstu. Moglibyśmy np. w przez jej pryzmat dokonać oceny haniebnego procederu niewolnictwa w demokratycznych w końcu Stanach Zjednoczonych w połowie 19. wieku, ale z pewnością znalazłyby się też bliższe nam przykłady.

I tutaj dochodzimy do zasadniczego pytania – czy aktualny stan praworządności w Polsce uzasadnia odwoływanie się do formuły Radbrucha? Otóż jeśli potraktujemy ją wąsko i w związku z konkretnym kontekstem historycznym, to oczywiście nie, byłoby to istotnie nadużycie intencji niemieckiego filozofa prawa.

Blisko granicy bezprawia

Jeśli jednak nadamy jej znaczenie bardziej uniwersalne, a taki model obowiązuje we współczesnym prawoznawstwie, to odpowiedź negatywna nie będzie już tak oczywista.

Wiele z działań obecnej władzy zbliża się bowiem niebezpiecznie do pewnej granicy, za którą rozciąga się nieograniczona przestrzeń ustawowego bezprawia. Dotyczy to zarówno działań faktycznych, jak i prawodawczych.

Skupmy się tytułem przykładu tylko na kilku z nich. W wielu przypadkach skala naruszeń konstytucji jest tak daleko idąca, że powoływanie się na Radbrucha wydaje się jak najbardziej uzasadnione. Przykłady?

Bardzo proszę:

  • dewastacja prestiżu Trybunału Konstytucyjnego i jego funkcji kontrolnych;
  • zamienienie w kompletną farsę parlamentarnych procedur ustawodawczych;
  • wprowadzenie takich zmian w prawie o zgromadzeniach, które kompletnie kłócą się z ideą społeczeństwa obywatelskiego;
  • rzekoma reforma wymiaru sprawiedliwości (prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o SN i KRS), której jedynym rzeczywistym celem jest jego polityczne podporządkowanie i wymuszenie posłuszeństwa.

Wystarczy, Radbruch by specjalnie nie protestował w sprawie użycia jego formuły do oceny charakteru tych działań.

Gdyby do działań PiS z ostatnich kilkunastu miesięcy przyłożyć niektóre z powojennych tez Gustava Radbrucha, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej.

Odwracanie znaczeń

Jarosław Kaczyński ciągle jednoznacznie deklaruje niepodważalność dalszego polskiego członkostwa w Unii Europejskiej, a wzywających do referendum w tej sprawie nazywa politycznymi szkodnikami i awanturnikami.

Paradoksalnie te słowa powinny być jednak dla nas poważnym ostrzeżeniem, ponieważ mogą oznaczać coś dokładnie odwrotnego. Życie zdaje się potwierdzać tę prognozę, ponieważ politycy PiS mają wyjątkową skłonność do odwracania znaczeń.

Swego czasu jeden ze zwolenników „dobrej zmiany” napisał na łamach codziennej prasy tak: „To, co konstytucjonaliści uważają zazwyczaj za niewzruszone dogmaty, np. zasady demokratycznego państwa prawa, niezależności sędziowskiej czy zwłaszcza trójpodziału władzy, wcale nie jest takie oczywiste. Sens tych pojęć wymaga wyjaśnienia, a nie przyjmowania ich na wiarę”.

Dla konstytucjonalistów te słowa muszą być szokujące. Tym bardziej szokujące, że w praktyce PiS poszedł jeszcze dalej i wyszedł wyłącznie poza poziom proponowanej reinterpretacji paradygmatów:

nie chodzi wyłącznie o „wyjaśnienie” tych pojęć, chodzi o ich całkowite zaprzeczenie, a więc o niedemokratyczne państwo bezprawia, zależność sędziowską i jednolitość władzy skoncentrowanej w tzw. centralnym ośrodku decyzji politycznej o charakterze pozakonstytucyjnym.

Jedni podpiszą się pod tą tezą, ponieważ od samego początku przewidywali taki scenariusz wydarzeń; inni gwałtownie zaprotestują i uznają ją za histeryczną przesadę, ponieważ wierzą w sanacyjny charakter „dobrej zmiany”.

Jednak fakty zdają się przemawiać za koniecznością nazywania rzeczy po imieniu. Potencjalnym krytykom z góry odpowiadam – ja nie oceniam faktów, tylko je opisuję. Jeśli coś oceniam, to wyłącznie ewentualne skutki tych faktów.

Farsa legislacji

Po pierwsze, proces legislacyjny zamienił się w farsę i grę pozorów. Sejm, Senat i prezydent stały się organami, które bezkrytycznie i bezwolnie akceptują projekty ustaw powstające wprawdzie formalnie w ramach obowiązujących procedur, ale faktycznie będące emanacją kapryśnej i nieprzewidywalnej woli tzw. centralnego ośrodka decyzji politycznej.

Wszystko to odbywa się bez jakichkolwiek konsultacji społecznych i bez brania pod uwagę głosu opozycji parlamentarnej, nawet tam, gdzie prawo wyraźnie tego wymaga. Z punktu widzenia utrwalonych w jurysprudencji zasad takie prawo przestaje być prawem, staje się dyktatem przyobleczonym tylko formalnie w szaty ustawy, w rezultacie – jest ustawowym bezprawiem.

Prawo wymaga bowiem nie tylko spełnienia kryteriów nazwanych przez Lona L. Fullera jego wewnętrzną moralnością, lecz także określonego trybu uchwalania. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z przewrotną retoryką – z jednej strony na użytek manipulacji opinią publiczną deklaruje się przestrzeganie konstytucji i obowiązującego porządku prawnego, z drugiej zaś bezceremonialnie łamie się ustawę zasadniczą i w gruncie rzeczy gardzi się jej aksjologią.

W normalnie funkcjonującym współczesnym państwie wybory są nie tylko po to, by wybrać przedstawicieli narodu umożliwiających realizację idei demokracji pośredniej, ale także (a może – przede wszystkim) po to, by ci przedstawiciele stanowili prawo w ramach demokratycznych procedur.

Dzisiaj już wiemy, że w warunkach współczesnych społeczeństw masowych nie chodzi przy tym o demokrację opartą wyłącznie o arytmetyczną większość, lecz o demokrację deliberatywną i partycypacyjną, która uwzględnia głos mniejszości i w której ostateczne prawodawcze fiat jest wynikiem demokratycznego dyskursu.

W warunkach demokratycznego państwa prawa istotne jest nie tylko jakie prawo się uchwala, lecz także – jak się je stanowi. Na tym opieram swoje twierdzenie o symptomach niedemokratycznego państwa bezprawia i w gruncie rzeczy po to dokonano najpierw paraliżu, a następnie całkowitej degeneracji Trybunału Konstytucyjnego.

Chodziło o to, by zarówno przedmiot, jak i tryb legislacji wyjąć spod jakiejkolwiek kontroli, poza oczywiście wyimaginowaną kontrolą mitycznego suwerena mamionego mirażem jego wszechmocy.

Sędziowie – posłuszni wykonawcy

Po drugie, zmiany statusu Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego i reorganizacja systemu organów wymiaru sprawiedliwości wyraźnie zmierzają już nie tylko do naruszenia zasad podziału władzy (art. 10 konstytucji) i odrębności władzy sądowniczej (art. 173 konstytucji).

Ich celem jest wręcz przekształcenie sędziów i sądów w posłusznych wykonawców woli wspomnianego centralnego ośrodka – w równym stopniu, w jakim się to już stało udziałem władzy ustawodawczej i wykonawczej. Tak pojęte sądy przestaną być sądami i trudno znaleźć odpowiednie słowo na określenie ich istoty.

Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z reinterpretacją pojęć, lecz z ich całkowitą negacją. W swoim słynnym tekście „Pięć minut filozofii prawa” z 1945 roku Gustav Radbruch pisał tak:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że Radbruch napisał te słowa pod wpływem perwersji systemu nazistowskiego i że trudno dopatrywać się w nich jakichkolwiek historycznych analogii. Dzisiaj jednak już wiemy, że słowa niemieckiego filozofa prawa mają charakter uniwersalny i ponadczasowy, zwłaszcza z punktu widzenia europejskiej kultury prawnej.

W związku z tym trudno nie zauważyć ich adekwatności w kontekście polskiej sytuacji – niestety, pasują jak ulał.

Polscy sędziowie stanęli bowiem w obliczu gigantycznego paradoksu, ponieważ przyszło im chronić prawo i sprawiedliwość przed „Prawem i Sprawiedliwością”.

„Tylko to, co jest prawem, służy narodowi”

Nie jesteśmy bowiem w stanie zaakceptować „filozofii prawa” zarysowanej swego czasu przez premiera Mateusza Morawieckiego w pamiętnym wywiadzie dla niemieckiej stacji telewizyjnej Deutsche Welle. Ten sam Radbruch napisał bowiem też inne zdanie: „Nie, nie może tak być: wszystko, co służy narodowi, jest prawem; raczej odwrotnie: tylko to, co jest prawem, służy narodowi”.

Ale Radbruch napisał jeszcze coś i powinno to stanowić dla nas wskazówkę na przyszłość:

„Jeśli ustawy świadomie zaprzeczają sprawiedliwości, np. arbitralnie przyznają i odbierają ludziom ich prawa, to nie obowiązują, naród nie jest zobowiązany do ich przestrzegania, a prawnicy również powinni zdobyć się na odwagę odmówienia im charakteru prawa”.

Obowiązek bezpośredniego stosowania Konstytucji

Przełożone na grunt aksjologii konstytucyjnej te słowa nie oznaczają niczego innego, jak tylko prawo lub wręcz obowiązek sędziów do bezpośredniego stosowania i interpretacji konstytucji (lub jak chcą niektórzy – rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa).

Bałamutność hasła „demokracja, a nie sędziokracja” polega przede wszystkim na populistycznej sugestii, że sędziowie są wrogami demokracji, podczas gdy w rzeczywistości stanowią jej konieczny i niezbędny element. Tzw. reforma wymiaru sprawiedliwości pod pozorem walki z niedomaganiami systemowymi w gruncie rzeczy tworzy jakiś nowy system oparty na całkowitym prymacie polityki nad prawem i próbujący z niezawisłych sędziów uczynić dyspozycyjnych funkcjonariuszy władzy.

Potwierdza się tutaj teza o odwracaniu znaczeń – rządzący być może dobrze identyfikują bulwersujące społeczeństwo niektóre patologie systemu, ale jednocześnie pod pozorem walki z nimi próbują na nich zbudować system jeszcze bardziej patologiczny. To, co do tej pory się tylko wbrew społecznej woli zdarzało, teraz po prostu będzie.

Ten mechanizm uderza swoją logiczną prostotą i pragmatyczną skutecznością – wyjątek przekształcony w zasadę po prostu przestaje istnieć. Do czasu, kiedy ludzie nie zorientują się ponownie, że w pierwotnych deklaracjach nie o to chodziło i że to jednak ten sam wyjątek, a nie zasada, tyle że zawoalowany atrakcyjnym pustosłowiem i zatopiony w propagandowym populistycznym sosie.

Nie twierdzę, że wszystkie elementy proponowanego projektu politycznego mają taki charakter. Twierdzę natomiast, że takie znamiona noszą niektóre z nich – niestety te, które są fundamentalne z punktu widzenia konstytucyjnego ustroju państwa i które przez to mają zasadniczy wpływ na całe nasze życie. Z pozoru są odległe, umieszczone gdzieś na szczytach władzy, nie mające znaczenia z pozycji egzystencjalnych problemów przeciętnego człowieka, ale są to tylko pozory.

W rzeczywistości mają one bowiem znaczenie zasadnicze, cała reszta to jedynie uspokajający i kamuflujący faktyczne intencje dodatek. Najlepszym przykładem takiego swoistego leczenia niedomagań politycznego organizmu przez wszczepienie do niego jeszcze gorszej jednostki chorobowej są właśnie propozycje reformy wymiaru sprawiedliwości.

Polityczna dyspozycyjność zasadą

Hasło jest przewrotne i bałamutne – jeśli nasza polityka jest słuszna, a przecież jest, to nie ma lepszej gwarancji niezależności sądów i niezawisłości sędziów niż włączenie trzeciej władzy w proces realizacji tej polityki.

I tak oto patologiczny i zdarzający się wbrew naszej woli wyjątek, polityczna dyspozycyjność sądów i sędziów, ma się stać systemową zasadą i polityczną cnotą.

Nie chodzi bowiem tylko o eliminację znanych z dalszej i bliższej przeszłości przypadków tzw. sędziów na telefon. Chodzi o model zapewniający takich sędziów, którym nie trzeba będzie w ogóle przypominać telefonicznie, czego od nich oczekuje władza wykonawcza (a ściślej rzecz biorąc – tzw. centralny ośrodek decyzji politycznej), powinni to sami rozumieć, czuć, a nawet wręcz wyprzedzać pragnienia rzekomego suwerena.

Jawne bezprawie nazywają prawem

Po trzecie, w każdym, nawet najbardziej demokratycznym państwie prawa mogą się zdarzyć ekscesy bezprawnego nadużycia władzy, ponieważ wszędzie występuje niedoskonały i nieprzewidywalny czynnik ludzki.

Nie ma na świecie idealnych państw – w których bez jakichkolwiek zarzutów funkcjonuje demokracja, w których większość zawsze liczy się z opinią mniejszości, w których nie zdarzają się napięcia pomiędzy trzema podstawowymi władzami, w których nie zapadają błędne i niesprawiedliwe wyroki sądowe, w których nie dochodzi do bezkarnych aktów arogancji władzy wykonawczej, w których nie istnieją przypadki łamania prawa człowieka, słowem – w których wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni z politycznego systemowego otoczenia.

Problem tylko w tym, co jest zasadą, a co wyjątkiem, co normalnością, a co patologią, co prawidłowo funkcjonującym systemem, a co jego aberracją.

Niedemokratyczne państwo bezprawia zaczyna się tam, gdzie albo władza robi z ludzi idiotów i jawne bezprawie nazywa prawem, albo wręcz przeciwnie, zaczyna ukrywać przed społeczeństwem swoje bezprawne działania.

Ten pierwszy przypadek to cały ciąg ustaw, których niekonstytucyjność nie powinna była budzić wątpliwości – ani projektodawców, ani głosujących posłów i senatorów, ani wreszcie składającego swój podpis prezydenta. Mimo to zostały wniesione do laski marszałkowskiej, uchwalone i podpisane.

Z tym drugim przypadkiem z kolei mieliśmy ostatecznie do czynienia w kontekście śmierci Igora Stachowiaka we wrocławskim komisariacie. Ta sprawa ma dwa wymiary,

  • jeden to dramat śmierci człowieka i towarzyszące jej bezprawne działania funkcjonariuszy policji;
  • drugi natomiast – to dramat demokratycznego państwa prawa wynikający z działań prokuratorów i polityków zmierzających do przysłowiowego zamiecenia sprawy pod dywan.

Nie wiadomo, który z nich jest gorszy. Bezprawne działania policjantów to po prostu przestępstwo, które powinno spotkać się z normalną reakcją ze strony organów państwa. Natomiast

próby ukrywania bezprawności władzy przez nią samą to coś jakościowo innego – to symptom przekształcania państwa prawa w państwo bezprawia.

Trudno bowiem nie dostrzec w sprawie Igora Stachowiaka podobieństwa do mechanizmu działania władzy w pamiętnej sprawie Grzegorza Przemyka.

Gigantyczny nepotyzm i korupcja

Po czwarte wreszcie pojawiają się zjawiska, które wymykają się wprawdzie precyzyjnej ocenie z punktu widzenia kryteriów formalnie pojętego demokratycznego państwa prawa, ale które łączą się z nim w sensie materialnym, ponieważ dewastują leżącą u jego podstaw kulturę polityczną. Wkraczamy tutaj w sferę pewnej publicznej estetyki, która ma jednak pewien pośredni wpływ zarówno na prawo, jak i na etykę życia zbiorowego.

Partyjnym nominacjom do spółek Skarbu Państwa formalnie (czy na upartego – nawet etycznie) być może nie sposób nic zarzucić, gdyby nie było ono elementem pewnych szerszych zjawisk – z jednej strony gigantycznego nepotyzmu i korupcji politycznej, z drugiej zaś niesłychanej arogancji władzy.

To jednak ma wbrew pozorom wiele wspólnego z wszystkimi innymi wyżej wskazanymi symptomami niedemokratycznego państwa bezprawia –

tworzy bowiem drugi, nieformalny i antydemokratyczny obieg funkcjonowania państwa, w który próbuje się teraz wciągnąć sędziów i sądy przeciwstawiając rzekomą sędziokrację pozornej demokracji.

Trudno w tym nie dostrzec powrotu do najgorszych tradycji PRL-u.

Nie przeczę, być może (chociaż wątpię) większość społeczeństwa akceptuje taki model i chce żyć w takim państwie. Jeśli tak, to trudno – nie nazywajmy jednak tego państwem prawa, trzeba będzie stworzyć jakąś nową terminologię.

Powtórzmy więc jeszcze raz słowa Gustava Radbrucha:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.

(Sławomir Mrożek – Podanie)

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Oczywiście, że będą podwyżki za prąd. Nie będzie ich jakiś czas na rachunkach gospodarstw domowych, które wystawiają dystrybutorzy. Sejm nagle po trzech latach rządów PiS uchwalił ustawę, która przesuwa pieniądze z budżetu państwa na konta spółek energetycznych, aby te wykupiły prawa do emisji CO2. Bynajmniej nie wykupią tych praw od polskich podmiotów.

To znaczy, że wszyscy zapłacimy za prąd wytwarzany z brudnych surowców (węgiel i pochodne kopaliny). Zapłacimy podatkami, które mogłyby być zainwestowane w naszą przyszłość, a są zainwestowane w utrzymanie władzy PiS. Zapłacimy przede wszystkim swoim zdrowiem, a to jest cenniejsze niż wszelki szmal.

Powinny być tego świadome elity – i pewnie są – ale gorzej z niewyedukowanym ludem głosującym, na którym zawsze żerują autokraci i takie podmioty polityczne, jak partia Jarosława Kaczyńskiego.

Do poprzednich rządów można mieć wszelkie pretensje, włącznie z takimi, iż nie dogoniły najbardziej rozwinięte kraje świata (co jest samo w sobie…

View original post 1 226 słów więcej

 

Pomnik pedofila Jankowskiego – zburzyć!

31 Gru

Michał Wojciechowicz, dziś pisarz, jako 17-latek strajkujący w Stoczni Gdańskiej, a jednocześnie jedna z ofiar oskarżonego o molestowanie nieletnich ks. Henryka Jankowskiego opublikował na Facebooku post, w którym domaga się usunięcia pomnika duchownego. „Weźcie ten apel do serca, bo będzie dym!!!” – napisał.

Wpis pojawił się w mediach społecznościowych 28 grudnia. O sprawie poinformował m.in. Polsat News.

Michał Wojciechowicz obiecał w nim, że były kapelan Solidarności „spadnie z cokołu”. „Mija prawie miesiąc od pojawienia się doniesień o pedofilskiej jeździe księdza, prałata Henryka Jankowskiego, proboszcza Kościoła Św. Brygidy w Gdańsku, kapelana Solidarności i niby to bohatera walki z komunizmem” – zaznaczył pisarz na Facebooku. W ironiczny sposób przywołał niejasności, które wiązały się z życiorysem duchownego, m.in. fakt, że miał współpracować ze Służbami Bezpieczeństwa PRL. Przypomniał również, że o jego skłonnościach seksualnych wiedziało wiele osób, ale nikt nie reagował.

„Jak do tej pory, nikt z rządzących miastem [Gdańskiem – przyp. red.], ani nikt z Kościoła, nie odezwał się ani do pani Borowieckiej – bohaterki, ona pierwsza dała świadectwo o księdzu pedofilu Jankowskim – ani do mnie, ani do Marka Lisińskiego, szefa fundacji Nie lękajcie się, do którego zgłosiły się kolejne ofiary molestowane przez prałata” – informuje we wpisie Michał Wojciechowicz. Zarzucił politykom, urzędnikom miejskim i przedstawicielom Kościoła bierność, a nawet zaprzeczanie oskarżeniom wobec ks. Jankowskiego. „Najbardziej podłym przykładem było wystąpienie biskupa Głodzia w Wigilię” – stwierdził.

„A więc hej, możni mojego miasta! Zwracam się do macherów miejskiej polityki, do bogatych i wpływowych oraz do partyjnych bonzów. (…) Zwracam się także do tych pomniejszych działaczy (…) co to na bankietach organizowanych przez Kurię i biskupów bywają. Zwracam się także do moich byłych przyjaciół z podziemia, Solidarności i Ruchu Młodej Polski – którzy dalej mają w moim mieście wpływy:

ALBO USUNIECIE TEN POMNIK HAŃBY, ALBO GO PO PROSTU ZBURZĘ. I WEŹCIE TEN APEL DO SERCA, BO BĘDZIE DYM !!!” – napisał.

Ks. Jankowski został oskarżony o molestowanie

Były kapelan Solidarności zmarł w 2010 roku w Gdańsku. Falę oskarżeń o czyny pedofilskiew jego kierunku rozpoczął listopadowy reportaż w „Dużym Formacie”, z którego wynikało, że duchowny miał wykorzystywać seksualnie dzieci i młodzież. Szybko pojawiły się głosy, że pomnik ks. Jankowskiego, który postawiono w Gdańsku dwa lata po jego śmierci, powinien zostać natychmiast usunięty.

Walory estetyczne „ławek niepodległości” wzbudzają kontrowersje, niektórzy twierdzą, że są zwyczajnie szpetne. Okazały się też niezbyt nietrwałe i odchodzi z nich farba. MON twierdzi jednak, że o gustach się nie dyskutuje.

Ministerstwo Obrony Narodowej przeznaczy łącznie 4 mln 200 tys. zł na multimedialne „ławki niepodległości”, które już pojawiają się w polskich miastach. MON finansuje projekt w 80 procentach, resztę dopłaca samorząd. Każda ławka kosztuje około 30 tysięcy złotych. Instalacja jest wyposażona m.in. w WiFi, głośnik, z którego posłuchać będzie można m.in. fragmentu Marszu I Brygady i gniazda USB.

Komentarze są bezlitosne dla projektu. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze poinformowało, że jedna z ławek „stoi i szpeci Łazienki Królewskie”. Z kolei Fundacja Wzornictwo i Ład podkreślała, że w Sądzie Konkursowym nie było żadnego architekta ani żadnego projektanta z dziedziny wzornictwa przemysłowego. Z kolei grafik Andrzej Pągowski stwierdził, że przypomina mu to bardziej „trumnę niepodległości”.

Okazuje się, że ławki są nie tylko niezbyt estetyczne, ale też nietrwałe. Marek Świerczyński z „Polityki Insight” zamieścił na Twitterze zdjęcie, na którym widać, że z instalacji odchodzi biała farba.

Ministerstwo ma jednak komunikat do krytykujących, czy – jak napisano na Twitterze MON – „wszystkich, którzy hejtują”.

De gustibus non est disputandum [o gustach się nie dyskutuje]. Ten projekt trwale upamiętni #PL100 i ma walory edukacyjne. Przypominamy też, że o ich budowę wnioskowało ponad 200 samorządów (różnej opcji politycznej) z całej Polski – często na prośby mieszkańców

– czytamy. W sobotę ministerstwo odpowiadało na wiele wpisów na temat ławek. W wielu odpowiedziach podkreślano, że o gustach się nie dyskutuje.

Nie da się wyprodukować patriotów.  Wyhodować można tylko cynicznych piewców własnej odmiany polskości i nawiedzonych nacjonalistów.

Skończył się rok jubileuszu odzyskania państwa i niepodległości.  Miało być hucznie, radośnie i na bogato. A jak było? Na stronie ministerstwa Kultury… itd. przeczytać można podsumowanie obchodów Święta Niepodległości.  Projekty rządowe i ministerialne, 60 przedsięwzięć wojewodów, 441 akcji samorządowych, 300 programów zagranicznych. Koncerty, wystawy, prezentacje. Polska miała być na ustach świata. I była, niestety.

PiS wydał miliony z naszej wspólnej kasy, by ukazać światu atrakcyjne oblicze zasobnej, cywilizowanej i kulturalnej Polski.  Równocześnie niemiłościwie nam panujący obrażali przywódców krajów sojuszniczych, deptali po odciskach unijnym liderom, przypisywali mroczne intencje Trybunałowi Europejskiemu i odmawiali wiedzy prawniczej sędziom TSUE. Pan premier, na wyścigi z panem prezydentem, domagał się od świata szacunku i uznania dla demokratycznej i praworządnej Polski, a równocześnie obydwaj nie ustawali w wysiłkach, by obrzydzić swoją ojczyznę i zepchnąć ją w strefę cienia, gdzie demolowanie struktur demokratycznych nie rzuca się tak w oczy. Świat zapamiętał zarówno brednie Mateusza Morawieckiego w Gazecie Polskiej o jakichś zorganizowanych grupach przestępczych w sądach, jak i jego wypowiedź w Washington Examiner, gdzie twierdził, że w Polsce niczego nie da się załatwić bez łapówki.

Międzynarodowa opinia publiczna miała zobaczyć wielki skok cywilizacyjny Polski. W rzeczywistości zobaczyła fałsz, pychę i butę władzy, a zapamiętała przede wszystkim jej wspólny marsz z faszystami i zaściankowe obrzędy pod nadzorem dostojników kościelnych. Polakom natomiast pozostaną w pamięci głównie 143 ławeczki – samograjki x 30 tys. zł , które nawet w zamierzeniu nie są funkcjonalnym miejscem wypoczynku i refleksji, bo jak wynika z opisu na stronie MON są to tylko „pamiątki dla przyszłych pokoleń”.

Co w nas pozostanie po obchodach jubileuszu odzyskania wolności? Moje dzieci zapamiętały, jak przez godzinę marzły przed szkołą, blokując ruch na przelotowej arterii, bo nakazano im stworzyć biało-czerwony chór i dokładnie o 11.11 odśpiewać hymn narodowy.  Mojemu emerytowanemu teściowi oraz jego licznym znajomym lokalne imprezy „niepodległościowe” nieodparcie kojarzyły się z fetowaniem 1 maja za pomocą akademii z częścią artystyczną, a cały projekt z obchodami Roku Leninowskiego w PRL-u. Przyjaciel z Hamburga zdiagnozował patriotyczne wzmożenia narodowców „zanieczyszczeniem miłego klimatu podwyższonym stężeniem głupoty”. A bardzo wielu moich bliższych i dalszych sąsiadów z Wielkopolski serdecznie wkurzyło, że PiS podłączył się w tym roku pod tradycyjne w Poznaniu obchody rocznicy powstania wielkopolskiego.

W Poznaniu od lat wjeżdża na stację zabytkowy pociąg, z którego wysiada Paderewski i wygłasza swoją porywającą mowę. Od lat na placu Wolności rekonstruktorzy odgrywają sceny rozbrajania żołnierzy niemieckich. Tym razem władza PiS postanowiła uatrakcyjnić uroczystość swoją obecnością i na ścianie budynku Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego odsłonięto „tablicę wdzięczności”.  Przemawiający z tej okazji premier wymachiwał rękami w przekonaniu, że robienie wiatraka zastępuje sensowną składnię i przyzwoitą treść przemowy. – Wszyscy jesteśmy powstańcami wielkopolskimi! – drażnił poznaniaków Mateusz Morawiecki, by ostatecznie doprowadzić ich do szewskiej pasji wręczając wymyślone naprędce Medale Stulecia Odzyskanej Niepodległości swoim znajomym, a wśród nich mgr prawa Julii Przyłębskiej za to, że przypadkiem jest poznanianką – bo przecież nie za upowszechnianie wiedzy o Powstaniu.

Wykwity wyobraźni PiS, ujawnione w programie obchodów, spora część społeczeństwa odebrała jak nieudolne próby indoktrynacji.  Bo też od chwili przejęcia władzy przez Kaczyńskiego z ekipą trwa proces, czy raczej proceder, konstruowania nowego modelu Polaka.  Właśnie minął rok, w którym rządzący ze szczególną mocą zawiadamiali nas, że patriotami możemy być tylko wtedy, gdy popieramy ich „dobrą zmianę”, bo to jedyna dobra droga dla Polski.  Dowiedzieliśmy się, że nie jest patriotą ten, kto chodzi do kina na „Kler” zamiast do kościoła, gdzie w kazaniach słychać pogróżki pod adresem myślących samodzielnie. Nie może być patriotą również ten, kto krytykuje polski rząd wybrany przez polskiego suwerena, który rzekomo wyposażył swoich wybrańców w prawo obsadzenia wszystkich intratnych stanowisk przez swoich wyznawców, a dla utrzymania i umocnienia władzy dał placet na zmiany wszystkiego. Wszystkiego, włącznie z konstytucją i międzynarodowymi umowami.

Po 100 latach od powrotu państwowości powinniśmy być dumni z sukcesów i pozycji Polski. Powinniśmy, ale nie jesteśmy . Bo Polskę zawłaszcza partia, która zachowuje się tak, jakby PiS nie miał terminu przydatności, jakby jej okres ważności dla Polaków nigdy się nie kończył.  Do Kaczyńskiego słabo dociera oczywista oczywistość, że nawet najbardziej zmasowaną propagandą nie stworzy wzorcowego Polaka.  Nie da się wyprodukować patriotów.  Wyhodować można tylko cynicznych piewców własnej odmiany polskości i nawiedzonych nacjonalistów – co właśnie następuje.

Wskutek obłędnej propagandy, pompującej poczucie narodowej godności i odrębności, niepostrzeżenie przybywa nam ludzi tak kochających Polskę, że gotowych udusić ją z miłości. Nie zraża ich buta, chamstwo, ani pazerność rządzących.  „Prawdziwi patrioci” nie widzą lasu, bo drzewa im zasłaniają. Oglądają każde z osobna – i owszem, widzą w nich ubytki, uszkodzenia, spróchniałe konary, ale przecież to nadal są drzewa, bo mają pnie, gałęzie i kilka zielonych liści. Nawet jeśli czasem ogarną sumę zniszczeń, to wierzą, że dobra zmiana „da radę”, wytnie chore drzewa i zasadzi nowe, zdrowe i bez skazy…

Ostatnio często przywoływany jest cytat z Michaiła Sałtykowa Szczedrina, XIX-wiecznego pisarza rosyjskiego, który napisał : „kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie, to na pewno znowu coś ukradli”. Po 100 latach odzyskania wolności Prawo i Sprawiedliwość najbezczelniej okrada nas z tej wywalczonej wolności.

Waldemar Mystkowski o pierwszym prawie PiS.

Oczywiście, że będą podwyżki za prąd. Nie będzie ich jakiś czas na rachunkach gospodarstw domowych, które wystawiają dystrybutorzy. Sejm nagle po trzech latach rządów PiS uchwalił ustawę, która przesuwa pieniądze z budżetu państwa na konta spółek energetycznych, aby te wykupiły prawa do emisji CO2. Bynajmniej nie wykupią tych praw od polskich podmiotów.

To znaczy, że wszyscy zapłacimy za prąd wytwarzany z brudnych surowców (węgiel i pochodne kopaliny). Zapłacimy podatkami, które mogłyby być zainwestowane w naszą przyszłość, a są zainwestowane w utrzymanie władzy PiS. Zapłacimy przede wszystkim swoim zdrowiem, a to jest cenniejsze niż wszelki szmal.

Powinny być tego świadome elity – i pewnie są – ale gorzej z niewyedukowanym ludem głosującym, na którym zawsze żerują autokraci i takie podmioty polityczne, jak partia Jarosława Kaczyńskiego.

Do poprzednich rządów można mieć wszelkie pretensje, włącznie z takimi, iż nie dogoniły najbardziej rozwinięte kraje świata (co jest samo w sobie absurdem), lecz PiS cofa nas z tego, co nam już udało się osiągnąć. PiS na nas żeruje i jest – jak ktoś dobrze nazwał – szarańczą.

Zatem pytanie: jak Unia Europejska ustosunkuje się do wsparcia spółek energetycznych z budżetu państwa? Zwykle takie przesunięcie środków publicznych jest postponowane, bo powoduje uprzywilejowanie dofinansowanych podmiotów, co jest niszczące dla konkurencji.

A PiS spodziewa się, że Komisja Europejska zareaguje negatywnie na tę ustawę, która zuboży budżet o kilka miliardów złotych, bo oto słyszymy, surrealne wypowiedzi polityków PiS, jak Bartosza Kownackiego: „Jak nie będzie donosu na Polskę, to nic się nie stanie”.

A zatem mają gotowe zrzucenie odpowiedzialności za swoje nieudolne rządzenie na opozycję – na „totalną opozycję”, bo zniewolone umysły lubią posługiwać się językowymi sztancami, jak „zaplutymi karłami reakcji”. I taki też jest przekaz dnia PiS, który powtarzają politycy tej partii: „jak totalna opozycja nie doniesie do Komisji Europejskiej, to się nie dowie o ich ustawie o obniżce akcyzy za prąd”.

Czyżby PiS obawiał się reakcji KE, bo musiałby w związku z podwyżkami cen za prąd wylecieć w powietrze, a może szykuje jeszcze inny przekaz, który będzie tłumaczyć „suwerenowi”, że „wszystko robimy, co możemy dla waszego dobra, ale zła, antypolska Unia chce zniszczyć Polaków”.

PiS przez 3 lata wykuł swoje podstawowe prawo polityczne: „Im dłużej rządzą, tym bardziej winne są PO, totalna opozycja i Unia Europejska”.