Tag Archives: KOD

Daliśmy PiS-owi radę. W 2019 roku wykopiemy ich

27 Gru

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni, by walcząc o awans masowo tratować jeden drugiego oraz prawo, w tym to najwyższe: Konstytucję.

Oczywiście byli tacy, którzy skorzystali z okazji i przyjęli tak chętnie przez PiS rozdawane stanowiska. Były niezwykłe transfery: z niższej instancji do wyższej, albo z sądu do ministerstwa, ewentualnie z sędziowskich nizin od razu do Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądu Najwyższego. Jednak zdecydowana większość nie dała się złapać na lep szybkiego awansu. A tych, którzy ulegli, spotkał ostracyzm środowiska i wykluczenie ze stowarzyszeń sędziowskich. Gdy jesienią wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak pojawił się w Sądzie Rejonowym w Gdyni, aby przedstawić nową prezes, sędziowie przyszli na spotkanie ubrani na czarno, część w koszulkach z napisem „KonTYtucJA”. Spotkanie skończyło się po kilku minutach, bo choć wiceminister bardzo chciał z nimi porozmawiać, to oni z nim nie chcieli. Milczeli wymownie. Taki sam milczący protest był w Słupsku. I choć – jak zauważa Ewa Siedlecka, autorka książki „Sędziowie mówią. Zamach PiS na wymiar sprawiedliwości” – aktywistów sędziowskich jest może ze 150 w całym kraju, to jednak ich głos jest mocny, to oni nadają ton środowisku. Oni inicjują uchwały zgromadzeń poszczególnych sądów, okręgów i apelacji w obronie Konstytucji i niezawisłego sądownictwa. Oni wyznaczają standardy. Ogromnie przy tym ryzykują, bowiem wobec tych, którzy są aktywni, wszczyna się postępowania dyscyplinarne, wzywa na przesłuchania (sędzia Igor Tuleya ma już ich tak dużo, że zaczął się gubić, w jakich sprawach jest wzywany). Poza tym nie tylko „dyscyplinarką” można wykończyć takiego niepokornego sędziego. Można go przenieść do innego sądu, najlepiej gdzieś daleko od domu. Można przerzucić z wydziału do wydziału. Można zawalić sprawami, pozbawić asystenta, żeby przestał się wyrabiać. Zarządzić kontrolę spraw, które prowadził przed laty, żeby się trochę podenerwował. A nóż coś się na niego znajdzie? Może uda się wykazać, że w jakiejś dawno zamkniętej sprawie był zbyt opieszały? Zdarza się – jak w przypadku sędziego Waldemara Żurka, byłego rzecznika Krajowej Rady Sądownictwa – że do tego jeszcze dochodzi wnikliwe prześwietlenie majątku. Nagle do niepokornego sędziego zaczynają się dobijać różne kontrolne instytucje, włącznie z CBA. Można naprawdę niepokornemu dopiec na wiele sposobów.

Kłopoty można mieć już za samo stawanie w obronie Konstytucji. Za noszenie koszulki z napisem KONnsTYtucJA. Ale przede wszystkim kłopoty można mieć a wydanie orzeczenia, które nie jest po myśli rządzących.

 To, że naciski się nasilają zauważa Amnesty International. W tegorocznym raporcie opisuje przypadki postępowań dyscyplinarnych wobec tych, którzy nie poddali się politycznej presji.

 Sędzia Dominik Czeszkiewicz z Suwałk, który uniewinnił działaczy KOD od zarzutu zakłócania porządku publicznego (chodziło o spotkanie ze startującą tam wówczas w wyborach Anną Marią Anders), krótko po tym miał postępowanie dyscyplinarne. Mówił Amnesty International, że trudno pracować w takich warunkach. W zasadzie nigdy nie wiadomo, kiedy, gdzie i skąd nadejdzie cios.

Sędzia Tuleya, który – poza sprawami politycznymi – sądzi w sprawach karnych i często trafiają do niego ciężkie, kryminalne przypadki, mówił w rozmowie z Jarosławem Kuźniarem, że prędzej spodziewałby się pogróżek ze strony przestępców, niż partii rządzącej.

A jednak…

Pocieszające, że choć rządzący gotowi są użyć wszystkich sił i wielu środków, by połamać sędziom kręgosłupy, to większość wciąż trzyma się mocno.

Ewa Siedlecka zaczęła spisywać czyny odważnych sędziów, i bardzo dobrze. Powstała lista z nazwiskami tych, którzy wydali wyrok nie po myśli władzy, tych, którzy już odczuli represje i tych, którzy są najbardziej aktywni w środowisku. Pisząc książkę o zamachu PiS na wymiar sprawiedliwości, Ewa Siedlecka rozmawiała między innymi z sędzią Bartłomiejem Przymusińskim, członkiem Zarządu Stowarzyszenia Iustitia. Powiedział jej: „Strachu nie odczuwam, bo nie wyobrażam sobie, że mógłbym się zachowywać inaczej. W czasie wojny mówiono, że najlepszym żołnierzem jest ten, który nie liczy na to, że wróci do domu”. Założył więc, że przyjdzie mu za to, co robi, zapłacić nawet najwyższą zawodową cenę. Będzie walczył, jak ten żołnierz, bez nadziei, że ujdzie cało. Sędzia Tuleya – jeśli chodzi o własny los – też bierze pod uwagę najgorsze, czyli to, że go wyrzucą z sądownictwa. Ale uważa, że lepiej tak, niż zapomnieć o zasadach i prawie czyli ulec, ułożyć się, cofnąć. – Jeżeli się cofniemy – twierdzi – to już zawsze będziemy się cofali. Jakiekolwiek ustępstwa spowodują, że ten świat będzie już po prostu inny.

Nareszcie decyzja prezydenta miasta Rafała Trzaskowskiego (gratuluję zwycięstwa w wyborach), którą rozumiem i popieram w całej rozciągłości.

Kamil Dąbrowa – znany dziennikarz radiowy i były dyrektor kilku stacji, w tym Programu I Polskiego Radia (skąd go wymiotła „dobra zmiana” PiS) – został kierownikiem biura prasowego warszawskiego Urzędu Miasta, czyli rzecznikiem prezydenta stolicy. To naprawdę dobra zmiana. Nie chodzi o to, że lepsza od poprzedniej (poprzedniego rzecznika nie kojarzę), ale to dobra zmiana w sztafecie. (Dąbrowa wie, co to znaczy, w końcu to kibic i maratończyk). Gdyby Platforma miała więcej takich twarzy, byłaby spokojniejsza o wynik wyborów.

Twarzami ratusza stają się panowie po czterdziestce (przydałaby się i Syrenka w tym gronie), jeszcze młodzi, mogliby być moimi synami, dobrze wykształceni (Rafał z doktoratem, Kamil po filozofii), a już z dużym, różnorodnym i kompatybilnym doświadczeniem – Rafał w dziedzinie spraw międzynarodowych, dobrze zorientowany za granicą, Kamil bardziej miejscowy, dobrze czuje miasto i nastroje, czego dowody daje m.in. w programie TVN „Szkło kontaktowe”. Obu trudno nazwać „aparatczykami”, którzy dostali swoje za „wysługę lat”.

Obaj dają nadzieję, że wbrew zapowiedziom prezesa nie będzie „Budapesztu w Warszawie”. (Nie mam nic przeciwko Budapesztowi poza jego polityką). Rafała i Kamila czeka trudny rok, a jeśli źle pójdzie – to dłużej. „Partia i rząd” nie ukrywają, że będą rzucać kłody pod nogi „wrogim” samorządom. Prezes ma świetną pamięć, a klęska Patryka Jakiego wymaga pomszczenia, wszak zemsta jest ucztą bogów. Chcieliście rządzić – to my wam pokażemy.

W wyborach samorządowych wyraźnie zapowiadali, że więcej pieniędzy dostaną samorządy, które „dobrze współpracują” z rządem. Nie wątpię, że tym razem partia i rząd dotrzymają słowa, zrobią, co w ich mocy, by prezydentom Warszawy i innych miast (tych nie z talii PiS) utrudnić wykonanie zobowiązań i obietnic wyborczych. By oskubać „niesłuszne” samorządy i nagrodzić swoich, żeby mieli się czym pochwalić przed następnymi wyborami. Żłobki, przedszkola, szpitale, metro, mieszkania, prywatyzacja, nazwy ulic, teatry, wywóz śmieci, polityka historyczna, deglomeracja, pomniki, łuki triumfalne – wszystko jest areną w tym najbardziej z upolitycznionym z miast polskich.

Tandem Rafał i Kamil daje nadzieję. Piszę o nich po imieniu, choć prezydenta miasta nie mam nawet zaszczytu znać, ale to dlatego, że mógłbym być ich ojcem i będę ich rozliczał z polityki… senioralnej! Dostajecie stolicę piękniejszą niż kiedykolwiek (choć miejscami zepsutą) – postarajcie się jej nie spaprać. Liczę na Was!

Naczelny Sąd Administracyjny zgodził się, aby wyniki kontroli prowadzonych przez Kancelarię Premiera w ostatnich czterech latach zostały ujawnione. „Wyrok ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – pisze dzisiejsza „Rzeczpospolita”

Generalny Inspektor Danych Osobowych przegrał z Kancelarią Premiera sprawę o ochronę danych osób publicznych – dowiedziała się gazeta, która wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego nazywa „bezprecedensowym”.

Naczelny Sąd Administracyjny oddalił kasację GIODO, uznając, że prywatność osób publicznych jest ograniczona. Chodzi o ujawnienie wyników kontroli w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w 2013 r., wyrok sądu ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – czytamy.

Spór trwał cztery lata. „Spowodował, że rząd (najpierw Ewy Kopacz, a potem Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego) zaprzestał publikować wyniki wszystkich przeprowadzonych kontroli w ministerstwach, agencjach i instytucjach, tłumacząc, że czeka na wytyczne sądu, jak i co może ujawniać publicznie” – pisze „Rzeczpospolita”, dodając że podobnych kontroli przeprowadza się kilkadziesiąt rocznie.

Gazeta przypomina, że przyczyną powstania sporu był opublikowany w 2013 roku artykuł w „Rzeczpospolitej”, dotyczący „nepotyzmu i kumoterstwa w agencji rolniczej”. Jak pisze autor artykułu, „raport miał nie ujrzeć światła dziennego, jednak pod naciskiem opinii publicznej, opozycji (PiS), ale też osób, których raport dotyczył, zdecydował się go opublikować szef kancelarii premier Ewy Kopacz, Jacek Cichocki” – przypomina gazeta. Raport zniknął z biuletynu informacji publicznych w związku ze skargą związków zawodowych z Agencji, które „doniosły GIODO, że KPRM złamał prawo, ujawniając dane osób członków ich rodzin, które nie piastują funkcji publicznych”.

Jak podaje „Rzeczpospolita”, GIODO w październiku 2014 r. uznał, że publikacja narusza prawo do prywatności innych osób i nakazał usunięcie tych informacji. KPRM się odwołał, ale GIODO podtrzymał swoją decyzję. Rok później sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który wyrokiem z marca 2016 uchylił decyzje inspektora danych osobowych. GIODO i ARMiR złożyły od skargi kasacyjne. Sprawa w NSA czekała na rozpatrzenie dwa lata.

Waldemar Mystkowski pisze o zachowaniach kleru w święta (fragment).

A czym zasłaniają się książęta polskiego Kościoła? Abp Leszek Sławoj Głódź –  jeden z większych grzeszników na łonie Kościoła – stosuje starą psychologiczną sztuczkę: wyparcie. Świadome to kłamstwo, czy też nie, w każdym razie ten człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że ks. Henryk Jankowski był wstrętnym pedofilem i uważa to za manipulację „środowisk wrogich Kościołowi”.

Więc Głódź nie może być zdziwiony, gdy na pasterce oglądał dużo mniejszy tłum wiernych niż kilka lat temu. Głódź nie dorównuje innemu arcybiskupowi, poznańskiemu metropolicie Stanisławowi Gądeckiemu. Ten nie dość, że uważa, aby ofiary pedofilii kleru przyjęły gwałty na sobie za część cierpienia za Kościół, to na pasterce wygłosił kolejne brednie, mianowicie uznał, że „szacunek dla tych, którzy nie są chrześcijanami” jest miękkim totalitaryzmem.

Gądecki ma za złe szkołom, że nie wystawiane są jasełek, a podczas spotkań świątecznych uczniowie i nauczyciele nie dzielą się opłatkiem. Pedofilia jest zbrodnią fizyczną na dzieciach, a indoktrynacja chrześcijańska jest zbrodnią na wnętrzu nieletnich. Muszą to w pierwszym rzędzie zrozumieć polscy politycy, którzy są współodpowiedzialni za to, że kler dopuszcza się zbrodni na młodych Polakach i za to nie odpowiada. Taki oto michałek z podręcznika do katechezy sugerujący uczniom następujący tok postępowania: “postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“.

Kler katolicki i tak poniesie odpowiedzialność za swoje niecne czyny, to jeszcze przed nami, prędzej czy później dojdzie do powstania  komisji państwowej, jak w tylu krajach na świecie – i wówczas kościoły zupełnie opustoszeją. Na razie Głódź, Gądecki i ich pomagierzy Ziemcowie zasłaniają się religią, która powinna zapewniać człowiekowi potrzebę metafizyki, ale w Polsce służy materialności.

Każdy człowiek jest religijny, jak pisał najwybitniejszy znawca religii świata Mircea Eliade. Nie jest to jednak tożsame z potrzebą religii sensu instytucjonalnego. Potrzebę metafizyczną może wypełnić medytacja – coraz powszechniejsza – zastępująca intelektualnie przestarzałe i niestrawne instytucje religijne. A chrześcijaństwo – (cytat-Yuval Noah Harari), zdaniem jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów – „było najbardziej nietolerancyjną i brutalną religią na świecie”. Islam w tym kontekście to betka.

Przed politykami polskimi dużo pracy, aby osądzić Kościół katolicki i odseparować go od polityki, bo grozi nam zapaść nie tylko moralna i aksjologiczna, z którą demokracje zachodnie jakoś sobie poradziły.

Reklamy

PiS przegra, gdy opozycja zewrze szyki

9 Gru

Andrzej Hennel, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, w swoim wpisie na blogu udowadnia, że tylko całkowite zjednoczenie opozycji może dać szansę na pokonanie PiS w nadchodzących wyborach w 2019 r.

Zdaniem Hennela gdyby opozycja zwarła szyki przed wyborami samorządowymi, miałaby szansę na wygraną w 13 sejmikach. Profesor powołuje się w swoim wywodzie na metodę D’Hondta, która stosowana jest do podziału mandatów w systemach wyborczych i oparta jest na proporcjonalnej reprezentacji z listami wyborczymi. Im większe rozdrobnienie, tym mniej partii ma szansę na uzyskanie wystarczającej liczby mandatów i jak udowadnia w swoich wyliczeniach prof. Hennel, taka sytuacja miała miejsce podczas ostatnich wyborów samorządowych.

Jako przykład podaje wyniki wyborów do sejmiku łódzkiego, gdzie “PIS zdobył tam ok. 35% głosów, Koalicja Obywatelska 28%, PSL 13%, SLD 6%, KUKIZ 6%. Chciałbym pokazać niezwykle prosty sposób– czytamy dalej na blogu – odwrócenia tego wyniku. Gdyby proeuropejskie partie KO, PSL i SLD zawarły przed wyborami koalicję „Europa”, to miałyby ponad pół miliona głosów (ok. 48%). Po przeliczeniu metodą D’Hondta, we wszystkich pięciu okręgach łódzkich, wyników dla tego wariantu – okazuje się, że Europa zdobyłaby 20 mandatów, a PIS tylko 13 (zamiast 17). KO zachowałaby 12 mandatów, PSL zwiększyłoby swój wynik do 5 mandatów i SLD zdobyłby 3 mandaty. Jeżeli podobną analizę przeprowadzić dla wszystkich sejmików, to okazuje się, że koalicja „Europa” mogła zdobyć władzę w 13 sejmikach! PIS miałby tylko 3 sejmiki – małopolski, podkarpacki i lubelski.” To rozdrobnienie partyjne opozycji jest jedną z głównych przyczyn zwycięstwa PiS.

W dalszej części wywodu prof. Hennel apeluje do opozycji o zwarcie szyków, gdyż metoda D’Hondta jest również stosowana podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego. “Namawiam wszystkich dziennikarzy, ludzi na Facebooku i innych portalach społecznościowych, członków rodzin i przyjaciół polityków – tłumaczcie im, że metoda D’Hondta premiuje wszelkie koalicje i umożliwia zwiększenie liczby zdobytych mandatów. Głosowanie na małe partie, które zdobywają kilka do kilkunastu procent głosów będzie obarczone dużym ryzykiem zmarnowania głosów.”

Trzeba przypominać, że to ❗️ Kto za co odpowiada i dlaczego? Wszytsko znajdziecie na mapie powiązań👇

>>>

Kaczyńskiemu na imię Przekręt

30 List

Poważne kłopoty Jarosława Kaczyńskiego. Janusz Iwanowski-Pineiro potwierdził podczas zeznań w sądzie, że że na początku lat dziewięćdziesiątych przekazywał Jarosławowi Kaczyńskiemu i Adamowi Glapińskiemu pieniądze pochodzące z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Pieniądze miały pochodzić od Jose Moralesa, który miał przekazać milion dolarów, które miały pomóc w utworzeniu banku związanego z Porozumieniem Centrum.

Kaczyński zaprzecza tym oskarżeniom. Nie istnieje dokumentacja, która by potwierdzała przekazywanie środków, mamy więc do czynienia ze słowem przeciwko słowu.

W 2018 roku krewni Anatola Lawiny z FOZZ, opublikowali list otwarty, w którym powtórzyli zarzuty wobec Kaczyńskiego:

„Protestujemy przeciwko temu, by nasz ojciec, który walczył o demokrację w Polsce, stawał się narzędziem propagandy partii PiS, która niszczy demokrację i konstytucję. W ostatnich tygodniach media, podporządkowane Prawu i Sprawiedliwości przypominają aferę FOZZ, którą nasz ojciec Anatol Lawina badał, będąc dyrektorem Zespołu Analiz Systemowych w Najwyższej Izbie Kontroli. Przy tej okazji politycy PiS manipulują opinią publiczną, przywołując tylko fragmentarycznie ustalenia naszego ojca, nie wspominając o tym, że za jednych z wielu beneficjentów FOZZ wymieniał on braci Kaczyńskich i ich ugrupowanie polityczne.

Nasz ojciec Anatol Lawina był w okresie PRL działaczem opozycji, wielokrotnie aresztowanym i więzionym. W wyborach w czerwcu 1989 roku był z ramienia „Solidarności” członkiem Komisji Wyborczej. Doceniając jego zasługi dla wolnej Polski, prezydent Bronisław Komorowski w 2011 roku pośmiertnie odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Nasz ojciec zmarł 16 września 2006 roku w wyniku komplikacji zdrowotnych po kolejnym pobiciu przez nieznanych sprawców. W tym czasie Lech Kaczyński był prezydentem Polski, a premierem był Jarosław Kaczyński. Śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Rejonowa na Żoliborzu, a Prokuratorem Generalnym był Zbigniew Ziobro. Umorzyła sprawę, uznając pobicie za czyn przypadkowego kryminalisty wbrew przedstawionym oczywistym faktom. Wcześniej ojciec otrzymywał liczne pogróżki, w tym telefoniczne od anonimowych osób, żądających, by przestał zajmować się aferą FOZZ.

W 2003 roku nasz ojciec Anatol Lawina składał prokuratorowi przez kilkadziesiąt godzin zeznania w sprawie afery FOZZ. Przed sądem, którego przewodniczącym był powiązany ze Zbigniewem Ziobrą Andrzej Kryże, zeznawał, że pieniądze FOZZ zasilały między innymi Porozumienie Centrum – ówczesną partię braci Kaczyńskich. Zeznania te nie zostały przez sędziego uwzględnione. W przeciwieństwie do naszego ojca żadnemu ugrupowaniu politycznemu nie zależało i nie zależy na wyjaśnieniu do końca sprawy FOZZ.”

Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ) był to fundusz celowy powołany na mocy ustawy z 15 lutego 1989 przez Sejm PRL IX kadencji, jako jeden z państwowych funduszy celowych, którego oficjalnym celem była spłata polskiego zadłużenia zagranicznego oraz gromadzenie i gospodarowanie środkami finansowymi przeznaczonymi na ten cel. Rzeczywistym zadaniem funduszu było skupowanie na wtórnym rynku zagranicznych długów PRL po znacznie obniżonych cenach, wynikających z niskich notowań długu.

Polityka PiS: zabić wesz na własnym łonie

30 List

Protesty społeczne zadziałały i resort finansów wycofał się nieludzkiej decyzji. Nie będzie podwyżki VAT na leki weterynaryjne –  poinformował na Twitterze rzecznik ministerstwa finansów Paweł Jurek. O tym w artykule „Podniesienie stawki VAT – z 8 na 23% na weterynaryjne lekarstwa dobije schroniska dla zwierząt„- sprawę podwyżki nagłośniło Polskie Stowarzyszenie Producentów i Importerów Leków Weterynaryjnych – Polprowet, leki miały zdrożeć, ale usługa weterynaryjna byłaby opodatkowana 8 proc. VAT. Czyli jeśli weterynarz sprzedawałby lek z usługą stawka pozostałaby 8 proc.

Jak podaje wyborcza.pl, stawki VAT mają się w ogóle zmienić najprawdopodobniej od pierwszego kwietnia i to na wiele produktów.

W imię uproszczenia systemu podatkowego resort finansów na nowo je przypisze do towarów i usług. W niektórych przypadkach – jak homary i ośmiornice – podatek wzrośnie. W innych – jak ebooki, tampony czy pieczywo – spadnie. Leki weterynaryjne znalazły się w jednak tej pierwszej grupie.

Projekt ustawy w tej sprawie pokazano na początku listopada. Stawki VAT mają być zmienione, bo jest tam wielki bałagan. Obecnie na przykład na żywność mamy dwie stawki VAT: 5 i 8 proc. Czasami jest też stawka 23 proc. Przykładowo: chipsy kukurydziane – 23 proc., chipsy ziemniaczane – 8 proc., musztarda – 23 proc., sos musztardowy – 8 proc. VAT. Kawa zbożowa 8 proc., kakao 23 proc. VAT.

>>>

Pisowska piękna katastrofa ws. Sądu Najwyższego

22 List

Presja ma sens – i to ogromny.

Więcej >>>

Nowelizacja o Sądzie Najwyższym została przepchnięta przez Sejm w trybie ekspresowym. Poprawka przywraca do orzekania sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat. Dotyczy to również pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf.

To było dynamiczne posiedzenie Sejmu. W ciągu zaledwie kilku godzin odbyły się trzy czytania projektu nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym.

PiS przyjął nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym

Nie podobało się to opozycji, której posłowie podnosili, że nie mieli czasu, by zapoznać się z poprawkami. – Takiego tempa prac jeszcze nie było – komentowała na sejmowej mównicy Barbara Dolniak z Nowoczesnej. – Pisanie przepisów na kolanie jest złem, o którym mogę się przekonać od początku pracy w tym parlamencie. Państwo unikacie ścieżki projektu rządowego, która wymaga konsultacji i opinii – podnosiła posłanka.

– Podkreślę raz jeszcze, ustawa o Sądzie Najwyższym, była zgodna z konstytucją i traktatami unijnymi – mówił Łukasz Schreiber z PiS, dodając, że nowelizacja stanowi kompromis z unijnym trybunałem.

„PiS goni strach”

Ustawa po ok. dwóch godzinach obrad trafiła do drugiego czytania, a niedługo po tym do trzeciego. Pominięto przy tym prace komisji. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński podnosił, że nie jest to konieczne. Posłowie z PO i Nowoczesnej podnosili, że pośpiech w pracach nad nowelizacją to wynik strachu PiS przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. – PiS goni strach – stwierdziła Gasiuk-Pihowicz.

Nowelizacja ustawy o SN. 215 posłów „za”

Tymczasem okazuje się, że skarga na Polskę w związku ze zmianami w Sądzie Najwyższym wcale nie zostanie automatycznie wycofana z unijnego TSUE.

W trzecim czytaniu odrzucono wszystkie poprawki zgłoszone przez opozycję. Ostatecznie nowelizację przyjęto. „Za” głosowało 215 posłów, przeciw było 161, wstrzymało się 24.

Wystąpienie w Sejmie Stefana Niesiołowskiego w stosunku do pokraki Ziobry to, co najlepsze można usłyszeć.

Prawo i Sprawiedliwość ma poważny dylemat – jak zareagować na aferę KNF, żeby odzyskać kontrolę na biegiem politycznych wydarzeń i jednocześnie odciągnąć uwagę opinii publicznej od niewygodnego dla siebie tematu. Z informacji medialnych i kuluarowych spekulacji wynika, że w grze jest kilka scenariuszy. Analizujemy każdy z nich.

Scenariusz nr 1: Dymisja premiera Morawieckiego; szanse: 1 proc.

Polityczne science-fiction, ale po wybuchu afery KNF nawet taka opcja pojawiła się w mediach. Na Nowogrodzkiej taką narrację chętnie podchwycili przeciwnicy obecnego premiera, których w PiS-ie nie brakuje. Wszelkie spekulacje zostały jednak szybko ucięte. – To chwila na zwarcie szyków – miał według ustaleń „Faktu” stwierdzić podczas partyjnej narady prezes Kaczyński.

Inna rzecz, że nawet gdyby Kaczyński chciał wymienić Morawieckiego, trudno znaleźć kandydata, który mógłby bez szkód dla notowań partii go zastąpić. Tym bardziej, że w tej kadencji już jedną roszadę na stanowisku szefa rządu mieliśmy. Gdyby Morawieckiego miał ktoś zastąpić, musiałby to być sam prezes PiS-u. A ten, jak wiemy, nie jest do tego chętny. Na dzisiaj pytanie brzmi więc nie „Czy Kaczyński zdymisjonuje Morawieckiego?”, a raczej: „Czy wzmocni jego pozycję po aferze KNF, pozwalając mu na przykład wybrać nowego szefa Komisji?”.

Scenariusz nr 2: Wcześniejsze wybory parlamentarne; szanse: 15 proc.

Ucieczka do przodu, ale bardzo mało prawdopodobna. Orędownikiem takiego rozwiązania miałby być człowiek numer dwa w PiS-ie – wiceprezes partii oraz szef MSWiA Joachim Brudziński. On sam, przynajmniej oficjalnie, jednak zaprzecza. Kiedy temat zaczął się roznosić po mediach, PiS ustami Jacka Sasina wygłosiło stanowcze dementi. – To kaczka dziennikarska. Różni informatorzy plotą różne głupstwa. Umówiliśmy się z Polakami na cztery lata – zapewnił na antenie Radia ZET przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów.

Niechęć Nowogrodzkiej do wcześniejszych wyborów jest zrozumiała. Przeszło dekadę temu właśnie w taki sposób PiS na własną prośbę straciło władzę. Dziś jest jednak w znacznie lepszym położeniu – rządzi samodzielnie, ma lepsze notowania, wyciągnęło wnioski z błędów przeszłości. Dodatkowo, zorganizowanie wyborów parlamentarnych w bezpośrednim sąsiedztwie głosowania do europarlamentu niosłoby ze sobą poważne ryzyko, że motywem przewodnim kampanii będą kwestie europejskie i pozycja Polski na arenie międzynarodowej. A, delikatnie mówiąc, nie jest to najmocniejsza karta w talii prezesa Kaczyńskiego.

Scenariusz nr 3: Szybka rekonstrukcja rządu; szanse: 33 proc.

Idealny sposób na odwrócenie uwagi społeczeństwa i odbicie od afery KNF. Rzecz w tym, że już jedna duża rekonstrukcja rządu – na czele z wymianą premiera – w tej kadencji była. Inflacja takich ruchów mocno zbija ich polityczną wartość. Druga sprawa, ławka rezerwowych na Nowogrodzkiej jest krótka, więc prezes Kaczyński musiałby się mocno nagłowić, żeby politycy wchodzący do rządu rzeczywiście stanowili wartość dodaną dla obozu „dobrej zmiany”.

Rozmówcy Gazeta.pl z partii władzy zgodnie podkreślają, że w PiS-ie nie ma dziś tematu zmian w rządzie. Oficjalnie potwierdził to też na antenie Radia ZET minister Jacek Sasin: – To fake newsy wyssane z palca. Nie ma takiego pomysłu. Czym innym jest szykowanie się do Europarlamentu. W każdej partii są takie rozmowy.

Rekonstrukcji rządu w niedalekiej przyszłości nie sposób jednak wykluczyć. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli prezes Kaczyński zechce wzmocnić pozycję premiera Morawieckiego po aferze KNF, może dać mu zielone światło dla kilku zmian w rządzie. Nie od dziś wiadomo przecież, że nie ze wszystkimi ministrami jest Morawieckiemu po drodze. Druga ewentualność jest dla PiS-u mniej optymistyczna, bo zakłada, że sprawa KNF stanie się dużym wizerunkowym obciążeniem, a przez to także politycznym zagrożeniem. Wówczas partyjna centrala będzie musiała zareagować, żeby ratować szanse PiS-u na wygraną w wyborach do europarlamentu i parlamentu krajowego.

Scenariusz nr 4: Dymisja prezesa NBP i szefa BFG; szanse: 40 proc.

Jedna z najtrudniejszych decyzji prezesa Kaczyńskiego, ale – zdaniem cytowanych przez Wirtualną Polskę informatorów z PiS-u – jeśli będzie taka konieczność, to głowa prof. Adama Glapińskiego poleci. Ta chwila była już bardzo blisko pod koniec zeszłego tygodnia, kiedy wydawało się, że Leszek Czarnecki ma jeszcze całą kolekcję nagrań z prominentnymi urzędnikami sektora bankowego. Koniec końców okazało się, że (na razie) żadnej taśmy z Glapińskim, starym druhem Kaczyńskiego z czasów Porozumienia Centrum, nie ma. Prezes NBP mógł odetchnąć z ulgą. Podobnie jak Zdzisław Sokal (szef BFG), którego odwołanie byłoby dla PiS-u tylko formalnością.

Tyle że to wszystko perspektywa krótkoterminowa. Związani z sektorem finansów publicznych rozmówcy Gazeta.pl zwracają uwagę na to, co może się wydarzyć na dłuższą metę. Chodzi o utratę zaufania do kluczowych instytucji państwa z sektora bankowego – Komisji Nadzoru Finansowego (jej szefem był Marek Chrzanowski), Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (jego prezesem jest Zdzisław Sokal, znany obecnie dzięki „planowi Zdzisława”) czy Narodowego Banku Polskiego (jego prezesem jest wspomniany Glapiński, który wcześniej był protektorem Chrzanowskiego). W prosty sposób przełożyłoby się to na zniszczenie największych atutów naszego sektora bankowego – stabilności i przewidywalności. Realizacja czarnego scenariusza sprawiłaby, że dymisje Sokala i Glapińskiego byłyby po prostu konieczne. A i tak nie jest powiedziane, że wystarczyłyby do naprawy sytuacji.

Scenariusz nr 5: Polityczna dywersja; szanse: 60 proc.

Polityka to teatr, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że zamiast wykonywać kosztowne politycznie ruchy, PiS zdecyduje się dać ludziom igrzyska – odwrócić ich uwagę od afery KNF lub czymś ową aferę „przykryć”. Czym? W jaki sposób? Kiedy? To kwestie absolutnie drugorzędne, ale z pewnością musiałaby to być rzecz dużego kalibru. Zatrzymanie (i ew. zarzuty) dla prominentnego polityka opozycji? Ogłoszenie nowego, spektakularnego programu społecznego? Ujawnienie i nagłośnienie w mediach jakiegoś skandalu/afery z udziałem polityków opozycji? To wszystko dobrze pasowałoby do tego scenariusza. Pytanie, czy doczeka się on realizacji.

Scenariusz nr 6: Gra na przeczekanie; szanse: 90 proc.

Czas leczy rany. Także te polityczne. PiS wskutek afery KNF, paradoksalnie, na razie dotkliwych strat nie poniosło. Sondaże wciąż są dobre, światowe rynki nie spanikowały wskutek informacji z Polski, sprawa nie „rozlała się” na członków rządu czy kluczowe figury w partii. Ergo – jest szansa, żeby chwilowe trudności przeczekać.

Wszystkim, którzy uważają taką możliwość za niedorzeczną, należy przypomnieć, że właśnie czekanie i pozwolenie opozycji na „przegrzanie” tematu było główną strategią PiS-u podczas największych kryzysów i protestów na przestrzeni ostatnich trzech lat. Szerzej ten fenomen pod koniec maja. – PiS liczy na to, że wystarczy nie złamać się do pewnego momentu, a potem szala przechyli się na ich korzyść i siła protestu zacznie słabnąć – tłumaczył nam wówczas politolog prof. Antoni Dudek. Niewykluczone, że podobnie będzie i teraz.

PiS oplótł Polskę pajęczyną korupcji

18 List

Sukces protestu policjantów wywołał frustrację w innych środowiskach, które także walczą o podwyżki i dziś w ustępstwach władzy widzą nadzieję na ugranie czegoś dla siebie. Wyrazem walki o poprawę warunków pracy potrafią być nietypowe formy protestu. Boleśnie o jednej z nich przekonał się szef Krajowej Administracji Skarbowej, wiceminister finansów, Marian Banaś. Jego podwładni w postanowili go bowiem… skontrolować. Wyniki okazały się zaskakujące, ponieważ zdaniem podwładnych ujawnione wątpliwości nadają się do sprawdzenia nawet przez służby antykorupcyjne.

Funkcjonariusze KAS przekonują, że znaleźli luki w oświadczeniach majątkowych wiceministra. Urzędnicy mówią o niechlujstwie i wytykają kolejne wątpliwości. To, co rzuciło się w oczy na wstępie, to brak oświadczenia majątkowego za rok 2017. Jest to istotne, ponieważ w 2016 minister wykazał posiadanie nieruchomości wynajętej pod usługi hotelowe o powierzchni 400 m2, którą planował zbyć. Szef skarbówki, mimo że prowadził wynajem, to jednak nie wykazał dochodu z tego tytułu. Tymczasem robiąc to w latach poprzednich wskazywał na kwoty rzędu 40 tys. zł.

Jakby tego było mało, pojawiły się rażące rozbieżności jeśli chodzi o posiadane przez wiceministra działki. W dwóch oświadczeniach złożonych w 2015, w punkcie dotyczącym posiadanych działek minister wskazuje bowiem powierzchnię nieruchomości na 370 i 380 m2. Równocześnie jednak już w oświadczeniu z grudnia 2016 r. i marca 2017 działka ma powierzchnię aż 3600 m2. Mogła być to pomyłka lub efekt zakupu, choć stan oszczędności Banasia nie wskazuje na tę ostatnią możliwość.

Urzędnicy wskazują, że inni ministrowie znacznie rzetelniej uzupełniają swoje oświadczenia, a od najważniejszego urzędnika nadzorującego służby podatkowe i tytułującego się pełnomocnikiem rządu ds. zwalczania nieprawidłowości finansowych można oczekiwać bycia w takich sprawach wzorem.

Podwładni wsadzili Mariana Banasia na minę, ponieważ walczą o warunki emerytalnej podwyżki analogiczne do tych, które nagrali policjanci. W KAS obecnie wrze i rozważana jest eskalacja protestu z zamknięciem granic włącznie, stąd kontrola oświadczenia może być ledwie początkiem kłopotów ministra.

Wskazane nieprawidłowości w oświadczeniach szefa skarbówki pokazują niestety, że ponownie “najciemniej jest pod latarnia”, a rządzący tak dużo mówiący o sprawiedliwości, rozliczaniu afer i oszustów, sami nie potrafią przestrzegać standardów, których oczekują od innych, pokazując tym samym wyraźnie, że czują się, jakby stali de facto ponad prawem.

>>>

Stanisław Barańczak

Metody kryminalne PiS oficjalnie zatwierdzone

17 List

Dywanu do pomnika nic nie przebije, nigdy i nigdzie czegoś podobnego nie widziałem 😂

Wiceminister od policji Jarosław Zieliński robi z siebie idiotę, bo… jest idiotą.

Funkcjonariusze z Sejn, Augustowa i Grajewa też mają dość wiceministra spraw wewnętrznych i administracji Jarosława Zielińskiego. O liście ich kolegów z Suwałk do posłanki PO Bożeny Kamińskiej, w którym opisali oni bizantyjskie zwyczaje polityka PiS w artykule „Jeden z patroli policji od blisko trzech lat pilnuje całą dobę posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego”.

Teraz funkcjonariusze z Sejn, Augustowa i Grajewa w liście do posłanki Kamińskiej stwierdzili: – „To, co napisali koledzy z Suwałk, to wierzchołek góry lodowej. Policjanci w województwie są zmuszani – podkreślamy, zmuszani – do uczestniczenia w mszach świętych, uroczystościach zamiast pracować na ulicy. Teraz policjant to ma chodzić do kościoła, a nie na służb” – napisali policjanci z Augustowa, Sejn i Grajewa. Podają liczne przykłady uroczystości i imprez, w których uczestniczy Zieliński. Twierdzą, że są one organizowane przynajmniej raz w tygodniu, czasem co dwa tygodnie. – „Proszę nie wierzyć w zapewnienia komendantów, że policjanci idą z własnej woli. Są zmuszani po to, by ten pan patrzył, jak to służby się pięknie organizują, modlą się w kościołach. Teraz na nazwisko Zieliński wszystkich policjantów ciąga na wymioty, bo ile to można, no ile??” – piszą funkcjonariusze.

Policjanci w swoim w swoim liście proszą posłankę PO o pomoc. – „Szanowna Pani proszę zrobić wszystko, by tego barona odwołać ze stanowiska, dopóki jeszcze policjanci chcą służyć”.

Marek Biernacki, były szef MSWiA, w rozmowie z wp.pl. przyznaje: – „Zieliński działa na funkcjonariuszy jak płachta na byka. Główny „namiestnik” „dobrej zmiany” Jarosław Zieliński wytworzył w służbach, wśród funkcjonariuszy, atmosferę fatalną. Wiceminister Zieliński przede wszystkim powinien odpowiedzieć za doprowadzenie protestu policjantów do takiej skali. A te protesty wynikają również – a może głównie – z tego powodu, w jaki sposób oni są traktowani. Jak słudzy, jak chłopi pańszczyźniani, a nie jak funkcjonariusze poważnego państwa. Nikt się nimi nie zajmuje do momentu, gdy są potrzebni do obsypania wiceministra Zielińskiego konfetti lub do stania pod jego domem”.

Krytycznie nowelizację tej ustawy oceniło senackie Biuro Legislacyjne, które w swojej opinii napisało, że „przepisy wprowadzone poprawkami do ustawy o nadzorze mogą być niekonstytucyjne”. Opozycja chciała wstrzymania prac w komisji budżetu i finansów nad tą ustawą. – „Przedmiotem prac komisji ma być ustawa, która była przedmiotem propozycji korupcyjnej. Kilka dni temu dowiedzieliśmy się z materiałów medialnych, że szef KNF proponował przekazanie łapówki przez właściciela jednego z banków w zamian za to, że przepisy tej ustawy nie wejdą w życie. Mimo to Sejm tę ustawę przyjął, a dziś Senat zdecydował, że chce, mimo że ta propozycja korupcyjna została ujawniona, zajmować się tą ustawą. Wygląda na to, że ci senatorowie, którzy podniosą rękę za tą ustawą będą wspólnikami grupy gangsterów, którzy próbują wymuszać haracze na polskich przedsiębiorcach” – mówił rzecznik PO Jan Grabiec. Senatorowie PiS nie zgodzili się na wstrzymanie prac nad tą nowelizacją.

Nie zareagowali też na kolejną propozycję PO, dotyczącą wykreślenia najbardziej kontrowersyjnego artykułu ustawy, umożliwiającego przejmowanie banków znajdujących się w kłopotach przez inne banki. Artykuł ten posłowie PiS wprowadzili dwa dni po zawiadomieniu Leszka Czarneckiego do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez ówczesnego szefa KNF. Poprawka umieszczona w nowelizacji podczas głosowania w Sejmie, „była opisana w rozmowie szefa KNF z Leszkiem Czarneckim jako groźba przejęcia banku za złotówkę, chyba, że jeden z przedsiębiorców zapłaci 40 mln okupu, żeby takiej ustawy nie było” – mówił poseł PO Sławomir Neumann.

Senat zajmie się ustawą 21 listopada. Senatorowie PO zapowiedzieli więc, że wtedy znowu zgłoszą wniosek o odrzucenie tej ustawy.