Tag Archives: KOD

Pisowski Dziki Zachód i ich kapuściane głowy

1 Gru

Mówiąc cynicznie, opozycja dziś powinna po cichu wspierać Banasia i trzymać za niego kciuki i mówić „Marian, nie poddawaj się”, bo to jest sytuacja niszcząca dla PiS-u – mówi prof. Marek Migalski. – Jesteśmy państwem rozchwianym, rozmontowywanym, wewnętrznie niespójnym. Nie mam poczucia powagi polskiego państwa w tej sytuacji, bo jeżeli to państwo dopuściło kogoś takiego jak pan Banaś na jeden z najwyższych urzędów państwowych, a teraz nie potrafi sobie z nim poradzić, to to nie buduje powagi Rzeczpospolitej – dodaje

JUSTYNA KOĆ: O co chodzi w tej grze Mariana Banasia z PiS-em? Dwa dni temu wyglądało na to, że mamy układ – Banaś oddaje NIK pod kontrolę PiS-u mianując polityków tej partii na wiceprezesów NIK-u, a PiS zostawia Banasia w spokoju.

MAREK MIGALSKI: Też miałem wrażenie, że został zawarty jakiś pakt między Banasiem a PiS-em, dlatego że nominacje na wiceprezesów musiały być konsultowane z Nowogrodzką, a po drugie politycy tej partii robili wszystko na komisji pod przewodnictwem posła Szaramy, żeby to zostało szybko i sprawnie przeprowadzone. Wyglądało, że został zawarty jakiś układ, który ma pozwolić obu stronom wyjść z tego z jak najmniejszymi stratami. Dziś widzimy, że jest jakieś przesilenie. Dodam jeszcze, że w piątek wieczorem media podały, że został zwolniony pan Krupiński, czyli szef Pekao, którego nominacja była czysto polityczna, zatem jego dymisja również taka musi być. To oznacza, że coś się dzieje. Oczywiście nie dowiemy się konkretnie, co, bo to wie tylko najwęższy krąg decyzyjny PiS-u, ale chyba został złamany przez którąś ze stron układ, który obowiązywał jeszcze 48 godzin temu.

TO, ŻE POZOSTAWANIE NA FUNKCJI SZEFA NIK-U PANA BANASIA JEST KŁOPOTLIWE DLA PIS-U, WIEDZĄ WSZYSCY, TYM BARDZIEJ, ŻE MÓWIĄ O TYM JUŻ SAMI POLITYCY PIS-U, DOMAGAJĄC SIĘ JEGO DYMISJI.

Premier w końcu przeczytał raport CBA, które z kolei zapowiedziało, że zgłasza sprawę Banasia do prokuratury. Kuriozalnie to wygląda.
Jeszcze lepiej wygląda to, że premier zapowiedział, że przeczyta, a po przeczytaniu zadzwoni do Banasia. Doszło więc do jakiegoś kabaretowego wręcz powtórzenia – rozumiem, że nieświadomie – słów owego gangstera, który na wątpliwości dziennikarza odpowiedział, że “zadzwoni do Banasia”.

To wszystko oznacza nie tylko, że premier nie potrafił poradzić sobie przez ponad tydzień z lekturą krótkiego dość raportu, ale jeszcze dawał powody do tego typu sarkazmu czy ironii, kiedy sytuacja nie skłania raczej do krotochwil, bo każdy dzień pozostawiania Mariana Banasia na urzędzie szefa NIK-u jest – jak powiedziałby Lech Wałęsa – plusami ujemnymi dla PiS-u. Dziś się odżegnują od Banasia, ale cały czas pamiętamy te zdjęcia, kiedy w momencie wyboru Banasia cała rada ministrów, na czele z uszczęśliwionym premierem Morawieckim i ministrem Glińskim, wstają, klaszczą i gratulują mu.

NAWET GDY DZIŚ CHCĄ DYMISJI BANASIA, TO NAWAŻYLI SPOREGO PIWA, KTÓRE TERAZ PRZYCHODZI IM WYPIĆ. TROCHĘ PRZYPOMINA TO STARY DOWCIP O SOCJALIZMIE, ŻE TEN SYSTEM ŚWIETNIE ROZWIĄZYWAŁ PROBLEMY, KTÓRE SAM STWORZYŁ.

Premier mówi o „planie B”, podobno chodzi o zmianę konstytucji lub ustawy.
Pozwoliłem sobie na żart, że może chodzi o wysłanie Banasia do TK, bo do tego nas obóz władzy przyzwyczaił, ale jak rozumiem tu musi nastąpić zmiana ustawy zasadniczej. Moim zdaniem to nie wchodzi w grę, bo musieliby przy tym pomagać posłowie opozycji, a mówiąc cynicznie, opozycja nie powinna być zainteresowana szybkim rozwiązaniem tego problemu, bo z tej awantury może politycznie profitować. Opozycja dziś powinna po cichu wspierać Banasia i trzymać za niego kciuki i mówić „Marian, nie poddawaj się”, bo to jest sytuacja niszcząca dla PiS-u.

Może Marian Banaś powinien dogadać się po cichu z opozycją, bo ma teraz ogromną władzę – może prześwietlić majątek premiera, zająć się prokuraturą czy może nawet spółką Srebrna?
Z punktu widzenia pana Banasia to prawdopodobnie byłoby opłacalne, ale z punktu widzenia opozycji byłoby to samobójcze. Można mówić różne krytyczne słowa pod adresem opozycji, ale nie to, że w osobie pana Banasia znajdzie sobie kolegę. Co ciekawe, skierowanie wniosku do prokuratury przez CBA utwardza Banasia w przekonaniu, że w żadnym stopniu nie powinien się zrzekać immunitetu, bo teraz go chroni, a powaga urzędu go buduje. Sądzę, że ten

RUCH CBA GO UTWARDZI W PANCERNOŚCI I WYGLĄDA NA TO, ŻE TA WOJNA MOŻE BYĆ DŁUGOTRWAŁĄ I POZYCYJNĄ I NA WYNISZCZENIE, CHOĆ OCZYWIŚCIE WIEMY, KTO W KOŃCU ZWYCIĘŻY.

Pan wie?
Siły Banasia są nieporównywalne z siłami PiS-u, tylko że to może być pyrrusowe zwycięstwo dla PiS-u. Może być tak, że kiedy w końcu uda im się wyrzucić Banasia z miejsca, w którym go zainstalowali, to koszty społeczne będą o wiele większe, niż ktokolwiek sądził.

Gdyby to był amerykański film, to szybko znalazłyby się jakieś kompromitujące materiały na Banasia, ale rozumiem, że Polska to nie amerykańskie kino sensacyjne.
Moim zdaniem jesteśmy Zachodem, tylko dzikim, więc te zachodnie wzorce mogą być tylko u nas udoskonalone. Musimy pamiętać o tym, że wszystko zaczęło się od tego, że służby specjalne albo zataiły wiedzę o panu Banasiu przed opinią publiczną i prawdopodobnie częścią PiS-u, albo tę wiedzę miały tylko niektóre służby lub tylko niektórzy z tych służb. Być może jakieś „kompromaty” istnieją na Banasia i zostaną uruchomione. Takiego, jak pani powiedziała, amerykańskiego scenariusza bym nie wykluczał, bo

WOJNA JEST WYRAŹNIE NA WYNISZCZENIE I WSZYSTKIE METODY MOGĄ ZOSTAĆ UŻYTE.

Czy szarą eminencją tej wojny jest Mariusz Kamiński?
Na pewno służby mają w tej rozgrywce kluczową rolę. One z jakichś powodów – albo dlatego, że nie miały tej wiedzy, albo chciały zachować ją tylko dla siebie – nie poinformowały o tym, co udało się dziennikarzom ustalić w kilka dni. To oznacza, że najpierw miały interes w umieszczeniu pana Banasia na fotelu szefa NIK-u, a dziś być może na polecenie partyjne będą miały interes w zniszczeniu go. Tylko to wszystko pokazuje, że mamy dzikość obyczajów publicznych w Polsce. Nagle się okazało, że służby specjalne rozgrywają własne gry, decyzję co do losów prezesa NIK-u wydaje szef partii, która ma większość w Sejmie, ale to nie jest jednak ani prezydent, ani premier. Jesteśmy państwem rozchwianym, rozmontowywanym, wewnętrznie niespójnym. Nie mam poczucia powagi polskiego państwa w tej sytuacji, bo jeżeli to państwo dopuściło kogoś takiego jak pan Banaś na jeden z najwyższych urzędów państwowych, a teraz nie potrafi sobie z nim poradzić, to to nie buduje powagi Rzeczpospolitej.

Materiał poglądowy na lekcje Wiedzy o Społeczeństwie (WOS) Temat Lekcji: -„Jak rozmnaża się prawica”-

Prawybory kandydata prezydenckiego PO, które – jeśli wierzyć niepisowskim mediom z coraz większą determinacją odgrywającym rolę pożytecznych idiotów Kaczyńskiego – miały „na pewno” stać się klęską Grzegorza Schetyny i ostatecznym upadkiem Platformy, wprowadziły do ogólnopolskiej polityki następnego człowieka opozycji demokratycznej, którego boją się Kaczyński i PiS. Jacek Jaśkowiak jest kolejnym trafionym personalnym strzałem Schetyny po Tomaszu Grodzkim, którego PiS boi się do tego stopnia, że uruchomił już przeciwko niemu „gebelsjadę” porównywalną z ubiegłoroczną nagonką na Pawła Adamowicza. I po Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, która goni Andrzeja Dudę w sondażach.

W pierwszym prezydenckim sondażu Instytutu Badań Pollster, wykonanym na zlecenie „Super Expressu” zaledwie parę dni po wejściu Jaśkowiaka w kampanię, w starciu z Dudą uzyskuje on już 44 procent wobec 47 procent niezłego wyniku Kidawy-Błońskiej pracującej na ogólnopolską rozpoznawalność znacznie dłużej.

W sondażu IBRiS-u na zlecenie „Dziennika Gazety Prawnej” i RMF Kidawa-Błońska i Jaśkowiak otrzymują w starciu z Dudą odpowiednio 38,9 i 30,3 procent. Bez względu na to, kto ostatecznie zostanie kandydatem PO i KO, obecność w prawyborach dwojga mocnych kandydatów powinna wzmocnić opozycję demokratyczną politycznie i wizerunkowo.

Awans przeciwko populizmowi

Dlaczego jednak Jacek Jaśkowiak jest groźny dla populistów i przydatny dla demokratycznej opozycji? Ponieważ w Polsce podzielonej od czasów pańszczyzny niewidoczną, lecz trudną do przekroczenia barierą na „elity” i „lud”

JAŚKOWIAK SIEDZI OKRAKIEM NA BARYKADZIE NASZEGO WCIĄŻ „KLASOWEGO” SPOŁECZEŃSTWA.

Jest człowiekiem ze społecznego awansu, dzieciakiem z robotniczej rodziny, którego ojciec zginął w PRL w wypadku przy pracy, w czasie naprawiania kolejowej trakcji elektrycznej. To jednak w liberalnej i demokratycznej Trzeciej RP Jaśkowiak doszedł na szczyty zawodowego i politycznego sukcesu. W dodatku uczynił to dzięki wykształceniu i pracy, a nie wykorzystując swoje przyjaźnie z biskupami czy weteranami podziemia (jak zrobił to Mateusz Morawiecki, żeby dojść do milionów dzięki spekulacjom gruntowym i polityczno-biznesowemu lobbingowi).

BIOGRAFIA JAŚKOWIAKA JEST JEDNĄ Z TYCH BIOGRAFII, KTÓRYCH ZARÓWNO POPULISTYCZNA PRAWICA KACZYŃSKIEGO, JAK TEŻ HIPSTERSKA LEWICA ZANDBERGA NIENAWIDZĄ NAJBARDZIEJ.

To biografie udanych, merytorycznych „awansiarzy” odbierają im bowiem najważniejsze argumenty zarówno przeciwko liberalnej demokracji, jak też przeciwko gospodarce rynkowej, które podobno „nikomu nie dają szans na uczciwy awans”.

W 2014 roku Jacek Jaśkowiak pokonał wielokadencyjnego i z pozoru nieobalalnego prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego, za którym stała już wówczas – także z pozoru niemożliwa do pokonania – koalicja lokalnej prawicy (w drugiej turze Grobelnego poparło PiS) i lokalnych ponadpartyjnych adwokatów biskupa Paetza. Rządząc już Poznaniem przez blisko półtorej kadencji, Jaśkowiak okazał się najsensowniejszym politykiem wywodzącym się z ruchów miejskich. Potrafiącym rozmawiać z ludźmi, budującym instytucje zamiast je niszczyć, umiejącym zaprząc nowe idee do praktycznej polskiej polityki (czyli całkowite przeciwieństwo Jana Śpiewaka).

JACEK JAŚKOWIAK NALEŻY DO LIBERALNEGO SKRZYDŁA PO. LIBERALNEGO – TO ZNACZY OPOWIADAJĄCEGO SIĘ ZA ROZSĄDNĄ I UMIARKOWANĄ ZMIANĄ OBYCZAJOWĄ,

wspierającego poznańskie marsze równości zamiast ich zakazywać, a jednocześnie niepopisującego się jałowym gadanym radykalizmem na użytek paru centralnych gazet tylko po to, aby prowokować „normalsów” do przechodzenia na prawo. Dzięki Jaśkowiakowi w Poznaniu in vitro jest dofinansowywane z miejskiego budżetu. Wybrał zatem taki obszar społecznej zmiany, w którym sensowne przeciwstawienie się fundamentalistycznej prawicy jest popierane przez wyraźną większość Polaków i nie wymaga obrażania czy prowokowania społecznego centrum. Co nie znaczy jednak, że wobec dzisiejszej postawy polskiego Kościoła nie wymaga to politycznej odwagi. Jednocześnie

JAŚKOWIAK JEST ZDECYDOWANIE PRORYNKOWY.

Nigdy nie wesprze Kaczyńskiego z lewej strony poprzez domaganie się zaostrzenia obowiązującej w Polsce progresji podatkowej czy głosując przeciwko odrzuceniu PiS-owskiego projektu podniesienia akcyzy na alkohol i papierosy (jak to właśnie w Sejmie zrobili Zandberg, Zawisza czy Gdula).

Jaśkowiak był przyjacielem Jacka Kaczmarskiego, któremu realnie pomagał w ostatnich latach życia barda „Solidarności”. Jednocześnie nie nadużywa historii i cynicznie nie podkręca historycznych podziałów, jak to robią PiS-owcy „antykomuniści” pół wieku po upadku PRL-u, ale także niektórzy lewicowi nostalgicy PRL-u.

Jedyny, ale za to poważny problem Jaśkowiaka jest taki, że jego pojawienie się w kampanii zostało odczytane jako wzmocnienie Grzegorza Schetyny. A

OBALENIE SCHETYNY (CHOĆBY ZA CENĘ ROZBICIA PLATFORMY, BYLE JAK NAJSZYBCIEJ, PRZED STATUTOWYM TERMINEM WEWNĄTRZPARTYJNYCH WYBORÓW W STYCZNIU 2020) STAŁO SIĘ JUŻ DLA WIELU LUDZI UWAŻAJĄCYCH SIĘ ZA ZWOLENNIKÓW OPOZYCJI O WIELE ISTOTNIEJSZYM PRIORYTETEM, NIŻ POKONANIE DUDY CZY ODSUNIĘCIE OD WŁADZY KACZYŃSKIEGO.

Zandberg – populista obrotowy

Żeby nie było wątpliwości, demokratyczną opozycją nazywam w tym tekście ugrupowania i polityków, którzy przeciwstawiają się Kaczyńskiemu i Zjednoczonej Prawicy, bronią polskiej konstytucji, prawa i sędziów, a nie PiS-owi pomagają. Wedle tego, wydawałoby się zupełnie oczywistego kryterium demokratyczną opozycją jest cała Koalicja Obywatelska, większa część PSL i Lewicy. Konfederacja konkuruje z PiS-em, ale nie broni ani demokracji, ani polskiej konstytucji, ani polskiego prawa i sędziów. Ani też nie uważa Unii Europejskiej czy NATO za gwarantów bezpieczeństwa i stabilności Polski.

W PSL na pewno nie jest opozycją Marek Sawicki, który dla Kaczyńskiego wraz z Waldemarem Pawlakiem wyciągał (i skutecznie wyciągnął) Ludowców z koalicji. Podobnie jak

W KLUBIE LEWICY TRUDNO NAZWAĆ DEMOKRATYCZNĄ OPOZYCJĄ ADRIANA ZANDBERGA

i dziewięcioro związanych z nim posłanek i posłów, który najpierw próbowali pomóc Kaczyńskiemu w skokowym podniesieniu składek na ZUS, a kiedy Czarzastemu udało się tę próbę spacyfikować, m.in. dzięki odwołaniu się do związków zawodowych, cała dziesiątka Zandberga zagłosowała wraz z PiS-em za podniesieniem podatku akcyzowego na alkohol i tytoń.

Da to Kaczyńskiemu prawie dwa miliardy złotych na „dary”, które Andrzej Duda będzie mógł rozdać w czasie wyborów prezydenckich stających się dla prezesa PiS, po utracie przez niego Senatu, niespodziewanie kwestią politycznego życia i śmierci.

CZĘŚĆ TYCH SPREZENTOWANYCH KACZYŃSKIEMU PRZEZ ZANDBERGA PIENIĘDZY TRAFI JAK ZWYKLE DO TADEUSZA RYDZYKA I LICZNYCH WSPIERANYCH Z BUDŻETU PRAWICOWYCH ORGANIZACJI WALCZĄCYCH Z LGBT CZY PRAWAMI KOBIET. JEDNAK DLA POPULISTYCZNEJ LEWICY PODNOSZENIE PODATKÓW STAŁO SIĘ JEDYNYM ISTOTNYM DOGMATEM, BEZ WZGLĘDU NA TO, DOKĄD PÓŹNIEJ TE PIENIĄDZE TRAFIĄ.

W przeciwieństwie do Zandberga, który jako populista lewicowy bardzo świadomie postanowił pomóc prawicowemu populiście Kaczyńskiemu zaorać polską demokrację za to, że „liberalna”, w sporze o podniesienie składek ZUS-owskich to związki zawodowe odegrały rolę odpowiedzialnych obrońców polskich pracowników i zaprotestowały przeciw kolejnej skokowej podwyżce danin duszących płace Polaków.

To paradoks, że nawet szef „Solidarności” Piotr Duda, którego wielu postępowych warszawskich inteligentów uważa za straszliwego populistę, okazał się człowiekiem bardziej rozsądnym i odpowiedzialnym, niż Adrian Zandberg, na którego oni sami zagłosowali w ostatnich wyborach.

DECYZJĘ ZWIĄZKOWCÓW TŁUMACZY FAKT, ŻE W PRZECIWIEŃSTWIE DO DZIAŁACZY PARTII RAZEM, KTÓRZY W WIĘKSZOŚCI SĄ HIPSTERAMI NA UTRZYMANIU RODZICÓW, ZWIĄZKI ZAWODOWE ZRZESZAJĄ LUDZI NAPRAWDĘ PRACUJĄCYCH.

PiS-owska próba uderzenia we wszystkich Polaków zarabiających powyżej 8 tysięcy złotych na rękę oznaczałaby uderzenie także w dochody (a w przypadku przyjęcia Zandbergowskiej „poprawki”, także w emerytury) wysoko wykwalifikowanych robotników. Cały projekt PiS-owskiej redystrybucji, który zgadzają się poprzeć Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza czy Maciej Gdula, oznacza zabranie gigantycznych pieniędzy pracującym i przeznaczenie ich na zasiłki i świadczenia wypychające Polaków i Polki z rynku pracy. Trudno się zatem dziwić, że temu projektowi przeciwstawiły się akurat związki zawodowe. To one, a nie populistyczna lewica Zandberga, odegrały w tym sporze rolę odpowiedzialnej socjaldemokracji.

Małgorzata Kidawa-Blońska o ostatnich wydarzeniach politycznych związanych z szefem Najwyższej Izby Kontroli Marianem Banasiem oraz na zachowanie władzy w stosunku do sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna.

Reakcje internautów:

Głównie dlatego, że nie mamy strażnika!!! Mamy błazna, mającego Konstytucję w d…”.

W pełni się zgadzam z panią marszałek. Upadek naszego kraju pod rządami PiS i PAD”.

Od początku panowania PiS staje wszystko na głowie i odwracane są role, najwyższa pora to zmienić zaczynając od tego niby strażnika”.

„Jeszcze trochę potrwają rządy dojnej zmiany i stanie się, to co wmawiali ludowi, zdewastowane sądownictwo i Polska w ruinie, a czyścicieli kamienic i mafię VAT-owskąpóki co znaleźli wśród swoich kryształowych i pancernych”.

Eliza Michalik (publicystka): W jakim trybie, na podstawie jakich przepisów, poseł i minister spotkali się z szefem niezależnej instytucji i zażądali by złożył dymisję? To nie są przypadkiem niedozwolone naciski na szefa NIK? Czy Kaczyński i Kamiński nie przekroczyli swoich uprawnień?”.

***

Sędzia Paweł Juszczyszyn został zawieszony przez prezesa Sądu Rejonowego w Olsztynie i nie ma możliwości wykonywania swojego zawodu. Wobec sędziego wszczęto postępowanie dyscyplinarne po tym, jak zażądał od Kancelarii Sejmu ujawnienia list poparcia kandydatów do KRS.

– Mamy w sercu wymiaru sprawiedliwości źródło poważnej choroby. To źródło nazywa się nielegalna KRS. To trzeba szybko zmienić, bo ona rozsiewa chorobę po całym systemie prawa: produkuje nam nielegalnych sędziów, których wyroki mogą być podważane – wypowiada się prof. Marcin Matczak (Uniwersytet Warszawski).

– Czyli prezes Maciej Nowacki zawiesił p. sędziego Juszczyszyna, bo ten, realizując wyrok TSUE, chciał się dowiedzieć czy partyjni nominaci tacy jak Maciej Nowacki zostali prawidłowo powołani? – pyta retorycznie dr Ryszard Balicki z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Cały tekst >>>

– Społeczeństwo niekoniecznie chce kandydata, który jest prawicowy i ma konserwatywne poglądy – mówi Jacek Jaśkowiak w rozmowie z „Super Expressem”. Pytany o swoje szanse w rywalizacji z Małgorzatą Kidawą-Blońską stwierdza, że „czasem wygrywa ten, który nie jest faworytem”.

– Jak startowałem na prezydenta Poznania w 2014 r., to bukmacherzy obstawiali 22 do 1 na mojego poprzednika. Moja żona na mnie postawiła i zarobiła dużo pieniędzy – mówi ze śmiechem Jaśkowiak w wywiadzie dla „Super Expressu”. Jak dodaje „przyjemnie jest startować z pozycji tego, który jest lekceważony”.

Jaśkowiak o Dudzie: najgorsza prezydentura w historii

Jaśkowiak jest jedynym konkurentem Kidawy-Błońskiej w prawyborach w PO. Do startu, który zgłosił w ostatniej chwili, przekonać miało go wycofanie się kolejnych potencjalnych konkurentów (Tuska, Trzaskowskiego, Sikorskiego) oraz zlecone przez PO badania dotyczące politycznych oczekiwań Polaków, wedle których wyborcy mają chcieć „nowych twarzy”. – Ja przede wszystkim pokazałem, że potrafię walczyć – mówi prezydent Poznania i dodaje, że „potrafi rozmawiać z ludźmi z różnych warstw społecznych”.

Jaśkowiak w wywiadzie w „Super Expressie” wypowiada się też o Andrzeju Dudzie:

To najgorsza prezydentura w historii naszej demokracji, partyjna. Strażnik konstytucji, który ją wielokrotnie łamał, kompromitowanie Polski – te rasistowskie żarty o Afryce, leśne ruchadła i inne… Przykro mi, że Polskę reprezentuje prezydent, który się ośmiesza, a tym samym ośmiesza też nas

– mówi polityk.

Schedę po Donaldzie Tusku przejmuje Belg Charles Michel. To m.in. zwolennik „Unii dwóch prędkości” i większej kontroli praworządności w państwach członkowskich. Chciał karania Polski za nieprzyjmowanie uchodźców i ubolewał, że traktujemy UE jak bankomat. PiS jeszcze zatęskni za Tuskiem?

„To dobry znak, że nowy przewodniczący przyjeżdża do najważniejszego państwa Grupy Wyszehradzkiej. Charles Michel zorientował się, że bez czterech państw V4 problemów na Radzie Europejskiej nie da się zamykać” – tak wizytę nowego przewodniczącego Rady Europejskiej w Warszawie 26 listopada komentował europoseł PiS Zbigniew Kuźmiuk.

„Bardzo cieszę się z wizyty pana przewodniczącego […]. To bardzo dobry sygnał tego, że będziemy chcieli pozyskiwać jak najwięcej informacji nawzajem, żeby móc wypracować kompromis” – cieszył się na Twitterze Mateusz Morawiecki, choć to komunikat, mówiąc delikatnie, mało konkretny.

W wizycie Michela w Polsce trudno doszukiwać się specjalnych względów dla rządu w Warszawie lub państw Grupy Wyszehradzkiej. Nowy przewodniczący przed rozpoczęciem kadencji pojechał z wizytą do wszystkich państw UE. Urząd objął dziś – w niedzielę 1 grudnia 2019.

Michel jest prawnikiem, urodził się w 1975 roku we francuskojęzycznym mieście Namur. W 2014 roku został najmłodszym premierem Belgii, z ramienia liberalnej partii Ruch Reformatorski. W rządzie koalicyjnym miał m.in. secesjonistów z antyimigranckiego Nowego Sojuszu Flamandzkiego.

Belg będzie trzecim przewodniczącym Rady Europejskiej od powstania tego stanowiska w 2009 roku. Przed Donaldem Tuskiem funkcję tę sprawował Herman van Rompuy, również z Belgii, ale niderlandzkojęzycznej.

„Jak pewnie zauważyliście, szefowanie Radzie to wewnętrzna polsko-belgijska sprawa. Nie widzę powodu, by to zmieniać” – żartował Tusk przy przekazywaniu przewodnictwa Michelowi. Belg obiecał tweetować nieco ostrożniej od Polaka, na co cieszyć ma się część unijnych dyplomatów, stęsknionych za bardziej stonowanym belgijskim stylem.

Czy dla rządu PiS odejście Tuska zwiastuje nowe, lepsze czasy? Wątpliwe. Rola przewodniczącego Rady Europejskiej, choć prestiżowa, jest w swojej naturze dość techniczna. A sam Charles Michel ma wiele poglądów sprzecznych z interesami partii Kaczyńskiego.

Trudne negocjacje budżetowe

Wizyta Michela we wszystkich stolicach Unii to nie tylko symboliczne otwarcie kadencji. Przewodniczący odwiedza państwa członkowskie dlatego, że UE nadal nie dogadała się w sprawie budżetu na lata 2021-2027. Chce pokazać, że każdy głos zostanie wysłuchany.

W pierwotnym wariancie nowa siedmiolatka, tzw. Wieloletnie Ramy Finansowe (WRF), miały zostać przyjęte przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 roku. Nie udało się, więc negocjacje przesunięto na jesień. Ale przez zawirowania przy powoływaniu nowej Komisji Europejskiej opóźnienie ciągnie się dalej. Gorący kartofel w postaci trudnych negocjacji przerzucają między sobą kolejne prezydencje w Radzie UE.

Charles Michel, jako przewodniczący Rady Europejskiej, będzie koordynował dyskusje o nowych WRF. Na stole leży propozycja KE, która zakłada zmniejszenie budżetu – mniej środków na politykę spójności i rolną. Część państw członkowskich – w tym zwłaszcza Niemcy – popiera cięcia. Inne – w tym Polska – chciałyby, żeby budżet był bardziej ambitny i odrzuca propozycje cięć.

Rolą Michela będzie wypracowanie kompromisu, który zadowoli wszystkich, bo potrzebna jest jednogłośna zgoda Rady. Rząd PiS zapowiedział już, że będzie wetował ograniczenie funduszy na spójność i rolnictwo, a Niemcy nie chcą, by po brexicie zmuszono ich do jeszcze większych wydatków na Unię. Bez ustępstw nie da rady.

„W tej chwili mamy na stole różne poglądy, dlatego musimy współpracować, by znaleźć równowagę. Niektóre państwa będą musiały ograniczyć ambicje” – mówił Michel w Warszawie.

„Nie mamy dużego wsparcia w nowym przewodniczącym jeśli chodzi o politykę spójności i obszar rolny. Z tej perspektywy może nawet premier Morawiecki zatęskni za Donaldem Tuskiem. On kładł na to duży nacisk” – komentował Andrzej Halicki, europoseł PO.

Walka o klimat

Kolejnym punktem spornym będzie polityka klimatyczna, która ściśle wiąże się z nowymi WRF.

Niektóre państwa członkowskie są co prawda za większym budżetem, ale z zastrzeżeniem, że pieniądze powinny iść właśnie na walkę z katastrofą klimatyczną i innowacje. Mniej natomiast na dopłaty dla rolników, czy fundusze spójności. Taki pogląd ma m.in. europejska frakcja liberałów „Odnowić Europę”, do której należy Michel.

Naciskać będzie też KE. W przemówieniu inaugurującym nową Komisję, Ursula von der Leyen powtórzyła, że chce ambitniejszych unijnych celów redukcji emisji CO2 – nawet o 55 proc. do końca 2030 roku. Propozycje legislacyjne w ramach Nowego Zielonego Ładu, prawnie wiążące wszystkich członków Unii, mają być jednymi z pierwszych, które przedstawi jej ekipa.

Tymczasem na zbliżającej się Radzie Europejskiej głowy państw ponownie będą dyskutować o politycznych kierunkach dla całej Unii. I po raz kolejny spróbują zapisać w nich ambitny cel: neutralność klimatyczną UE do 2050 roku. Oznacza to emitowanie tylko takiej ilości gazów cieplarnianych, którą mogłyby pochłonąć m.in. lasy.

W czerwcu 2019 podczas szczytu w Brukseli rząd PiS, razem z Czechami, Estonią i Węgrami, zablokował przyjęcie takiego zapisu.

Wiadomo już, że rząd Estonii zmienił zdanie i poprze go na nadchodzącym spotkaniu Rady. Odwiedziny Michela w Warszawie były okazją, by wybadać, czy Polska również jest gotowa, by poluzować swoje stanowisko. Z okrągłych wypowiedzi Morawieckiego nie sposób dziś nic wnioskować.

Praworządność, migracja, Unia dwóch prędkości

Michelowi ogólnie niezbyt po drodze z rządem PiS.

Jest zwolennikiem wzmocnienia kontroli praworządności w UE. W maju 2018 roku, jeszcze jako belgijski premier, zaproponował, by rządy państw członkowskich co roku zdawały raport z tego, jak przestrzegają zasady rządów prawa. Członkowie UE mieliby wzajemnie się kontrolować.

Na podstawie tej propozycji powstała inicjatywa wzmocnienia corocznego „dialogu o rządach prawa” w Radzie UE. Dokument zawierający propozycję odrzuciły we wtorek 19 listopada 2019 delegacje Polski i Węgier.

Michel w 2018 roku ostro krytykował sprzeciw Warszawy wobec obowiązkowego mechanizmu relokacji uchodźców. Stwierdził, że m.in. niesolidarna Polska powinna liczyć się z utratą części praw członka Unii, a nawet zostać wyrzucona ze strefy Schengen.

„UE nie może być traktowana jak bankomat” – mówił.

Belg nie miał złudzeń, że Unia zmierza w stronę modelu „dwóch prędkości”, w którym strefa euro będzie dalej zacieśniać więzy. Poza nią UE miałaby być luźniejszym forum współpracy ze wszystkimi 27 państwami.

„Nie chodzi o dzielenie UE, ale o przyspieszenie pewnych decyzji. Pomysły takie jak np. strefa Schengen czy euro zawsze rodziły się w krajach będących w unijnej awangardzie” – tłumaczył Michel.

Przeciwko „Unii dwóch prędkości” wielokrotnie protestowali polscy politycy, w tym członkowie PiS oraz… poprzedni przewodniczący RE Donald Tusk. Polska, która nie zamierza na razie przyjmować euro i obawia się podziałów na lepszych i gorszych, straciła w tej kwestii ważnego sojusznika.

Lepszy Belg niż Tusk?

Chociaż nic nie wskazuje, by Charles Michel miał być realnym wsparciem rządu PiS, dla polityków partii Kaczyńskiego liczy się jedno: nie jest to Tusk. Już choćby dlatego współpraca z Belgiem może układać się lepiej.

Niewykluczone, że Polska będzie chciała pokazać, że nowy przewodniczący radzi sobie lepiej w szefowaniu Radzie i specjalnie złagodzi język.

Fakt, że były polski premier i odwieczny wróg sprawował prestiżową funkcję w Unii, był dla PiS poważnym wizerunkowym problemem. Zwłaszcza po tym, gdy w 2017 roku rząd Beaty Szydło bezskutecznie próbował zablokować jego wybór na drugą kadencję. Przegrał 1:27. Tuska poparł wówczas nawet Viktor Orbán.

Im bardziej Polak był bardziej widoczny w Brukseli, tym bardziej rząd PiS próbował umniejszać jego znaczenie. Jego pierwszoplanowa rola jako jednego z unijnych negocjatorów brexitu była szczególnie trudna do zanegowania. Rząd Morawieckiego uparcie zapewniał opinię publiczną, że kolejne przełomy to sukces polskiej delegacji. I że to Tusk „ponosi odpowiedzialność za brexit”.

„Donald Tusk naszego kraju specjalnie nie odwiedzał. Była jedna czy dwie oficjalne wizyty – to sprawa co najmniej zastanawiająca. Piano peany na temat tego, jak Polska będzie korzystała z tego szefostwa. Korzyści nie było żadnych” – ubolewał w radiowej Trójce Zbigniew Kuźmiuk.

„Tusk zawsze był gotów do rozmów i wręcz o nie prosił. Z panią premier Szydło dwukrotnie widział się w Warszawie. Po zmianie premiera było gorzej. Rozmowy były tylko telefoniczne. Nie było chemii i dobrego współdziałania” – tłumaczył eurodeputowany KO Andrzej Halicki.

To słowo przeciwko słowu, ale jedno jest pewne. Rola przewodniczącego Rady, choć prestiżowa, jest zbyt techniczna, by Polska mogła skorzystać na niej o wiele więcej niż umacniając swoje soft power. Z tej możliwości ochoczo zrezygnował jednak rząd PiS.

Każdy gang wie, że może rządzić osiedlem, miasteczkiem czy państwem, dopóki strach i poczucie beznadziei paraliżują mieszkańców. Gdy paraliż ustępuje, nadchodzi koniec tej władzy.

Represje spadające na sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna, który zażądał od Sejmu list poparcia kandydatur do neo-KRS, pokazują, że po wyborach parlamentarnych wciąż żyjemy w realiach miasteczka na Dzikim Zachodzie opanowanego przez bandę. Bandyci obsadzili urząd szeryfa, kontrolują lokalną gazetę, podporządkowali sobie najważniejsze instytucje – i używają ich do zastraszania mieszkańców. Biada temu, kto spróbuje się im sprzeciwić.

Gang nawet już nie ukrywa, jakie metody stosuje. Niczego już nie udaje i jawnie łamie standardy niezawisłości sędziowskiej – przecież w warunkach normalnego państwa prawa niewyobrażalne jest, by władze państwowe ośmieliły się karać sędziego za to, że w trakcie procesu podjął decyzję, która im nie pasuje. Banda dobrze jednak wie, że w tej chwili od zachowania pozorów znacznie ważniejsze jest dla niej demonstracyjne ukaranie Juszczyszyna za nieposłuszeństwo. Danie nauczki.

Jego niesubordynacja jest dla władzy szczególnie groźna – po wyborach parlamentarnych w miasteczku powiały nowe wiatry, zapachniało odwilżą, sterroryzowana i pogrążona dotąd w beznadziei ludność zaczęła śmielej podnosić głowy i głośniej narzekać na panujące porządki. Ten ferment trzeba zdławić w zarodku, bo może doprowadzić do buntu. Banda dobrze wie, że władzę sprawować będzie tylko dopóty, dopóki ludzi paraliżować będzie przekonanie, że nic się na to nie da poradzić i że wszelki opór jest bezcelowy.

Jeden z głównych pomocników herszta objeżdża osiedle miasteczka, spotyka się z mieszkańcami i opowiada im (jak w piątek Mateusz Morawiecki w Białymstoku), że musi pilnować ładu i porządku: – „Jeżeli byłaby taka sytuacja, że sędziowie mianowani w czasach rządów PO mieliby nie uznawać sędziów mianowanych w czasach rządów PiS lub odwrotnie, to może dojść do anarchii w wymiarze sprawiedliwości i do nieporządku, do bałaganu w całym państwie”.

Oczywiście, Morawiecki łże, jak to ma w zwyczaju. Przedstawia sytuację w sposób z gruntu fałszywy, bo przecież problem nie polega na powołaniu sędziów w czasach tej czy innej partii. Problem polega na powołaniu sędziów w sposób nieprawidłowy, z naruszeniem zasad niezawisłości i pod kontrolą ludzi mianowanych przez gang.

Trzymajmy więc kciuki za sędziego Juszczyszyna i wspierajmy go, jak tylko możemy. Wychodźmy na ulice i demonstrujmy w obronie sędziów z kolejnych okręgów, którzy gremialnie odmawiają podporządkowania się regułom narzuconym przez bandę. Brońmy odwilży, która – miejmy nadzieję – zapowiada rychłą wiosnę.

Kaczyńskiemu łydki drżą. Marszałkiem Senatu prof. Grodzki

12 List

Zdjęcie roku. @profGrodzki

– „Panie i panowie senatorowie, to jest zwycięstwo demokracji. Naród w swojej głębokiej mądrości zdecydował, że Sejm ma być w rękach rządzących, a Senat opozycji” – powiedział tuż po wyborze na marszałka Senatu Tomasz Grodzki.

Kiedy wypowiadał te słowa, uniósł w górę obie ręce i zrobił znak „V”. – „Wznoszę ten gest w chwili triumfu, ale nie mojego. Tę funkcję przyjmuję z wielką pokorą i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. Wznoszę ten gest jako przypomnienie czasów, kiedy zwycięstwo było możliwe dzięki „Solidarności”, dzięki wielkiej woli całego narodu” – stwierdził.

Nowy marszałek Senatu podkreślił, że przybywa ze Szczecina, który jest „zasiedlony przez odważnych ludzi”. – „Gdzie nauczyliśmy się, że można, szanując siebie nawzajem, utrzymywać swoje tradycje, żyć w zgodzie, budując dobrobyt zachodnich rubieży Rzeczpospolitej” – mówił Grodzki. Podkreślił także, że jest lekarzem: – „Przybywam ze świata medycyny, gdzie nie tylko przysięga Hipokratesa, ale całe nasze wychowanie zobowiązuje nas do leczenia wszystkich. To nas uczy tolerancji. Każdy Polak, Polka ma równe prawa. To, że jest różnorodność to jest siła naszego kraju”.

Możemy się spierać, ale jednocześnie musimy pamiętać, że reprezentujemy, jak mało kto, majestat Rzeczypospolitej i potęgę tego narodu, którego musimy strzec i chronić. Senat jest wyższą izbą parlamentu. Jeżeli ktoś myśli, że będziemy tylko rolą hamulcowego dla Sejmu, to jest w błędzie. Senat musi tylko i wyłącznie wrócić do swojej roli, czyli zamiast szybkiego prawa, ustanawiać dobre prawo, by prawo było stanowione dobrze, a nie szybko, w ciągu 24 godzin i potem kilkakrotnie poprawiane” – dodał nowy marszałek Senatu.

Tomasz Grodzki zapowiedział, że w najbliższym czasie wygłosi orędzie w TVP. – „Z pewnością skorzystam z wszystkich narzędzi, które są przypisane Senatowi i jego marszałkowi. I takie orędzie do narodu wygłoszę” – powiedział w TVN 24.

Mateusz Morawiecki – zgodnie z prawem – musiał dzisiaj złożyć dymisję swojego rządu. I zrobił to, po czym rozpoczął wygłaszanie mowy, w której wychwalał dokonania swoje i innych członków rządu. Przedziwne, że głos mu się nie załamał przy takim oto stwierdzeniu: – „Właśnie w czasach naszych rządów, przez poprzednie cztery lata mieliśmy do czynienia z rozkwitem wolności i demokracji”.

Kiedy zaczął wymieniać – jego zdaniem – sukcesy rządu PiS, robił to tak długo, że upomniała go wybrana kilka chwil wcześniej marszałkiem Sejmu Elżbieta Witek. Nie pomogło – Morawiecki tokował dalej… Witek znowu poprosiła, żeby skończył przemowę, bo o 5 minut przekroczył przeznaczony dla niego czas. Dopiero wtedy, ale po wygłoszeniu jeszcze kilku zdań, Morawiecki zszedł z mównicy.

„Posłowie opozycji często dostawali kary finansowe na wniosek marszałka PiS. Także za przekraczanie czasu wystąpienia. Ciekawe, czy premier Mateusz Morawiecki też dostanie taką karę, po tym jak dwa razy nie zastosował się do poleceń marszałek Elżbiety Witek” – zastanawiała się na Twitterze Dominika Wielowieyska z „GW”.

A poseł PO Robert Tyszkiewicz odniósł się do jednego z fragmentów przemowy premiera: – „Morawiecki jako sukces rządu PiS wymienił budowę linii kolejowej do Czeremchy. Tymczasem opóźnienia w budowie trasy Czeremcha – Hajnówka to już 17 miesięcy, czyli niewiele mniej niż miała trwać budowa. W nową kadencję PiS wchodzi ze starymi kłamstwami”.

Internauci komentowali wystąpienie i zachowanie Morawieckiego: – „Za chwilę Morawiecki sam sobie wręczy kwiaty. Samozachwyt level master”; – „Opowieści 1001 nocy w wykonaniu Prem. Morawieckiego o dokonaniach odchodzącego rządu nie mogą bawić. Mogą tylko irytować. Chwalić się reformą edukacji i osiągnięciami w ochronie zdrowia, to naprawdę kuriozum. Są granice, poza którymi nie ma już nic do powiedzenia. Premier…”; – „Premier Morawiecki w Sejmie mówi: nie ma wolności bez wiarygodności. Trochę jakby daltonista mówił o kolorach…”; – „Szczególnie świadczą wyroki sądu w jego prawdomówności”.

Antoni Macierewicz postanowił wykorzystać swoje pięć minut w roli marszałka seniora. Wygłosił przemówienie, które – eufemistycznie rzecz ujmując – nazwać można kontrowersyjnym.

Zwrócił się do posłów „o odrzucenie negacji niepodległego państwa polskiego i fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej. – „Czas zacząć wnosić gmach niepodległego państwa polskiego opartego na zasadach wywiedzionych z chrześcijańskiej nauki społecznej. Po blisko 30 latach zmagania się z postkomunizmem, doskonale wiemy, jakie decyzje budują niepodległość, a jakie prowadzą na manowce. Wiemy, jaką cenę płacimy za porozumienia Okrągłego Stołu i jak wygląda kolejna faza postmarksistowskiego ataku oraz dokąd prowadzi ideologia gender” – tokował Macierewicz.

Nie zabrakło „ulubionego” wątku Macierewicza. – „Wiemy, co oznacza pozostawienie środowisk agenturalnych na ważnych stanowiskach w administracji publicznej, na wyższych uczelniach, wymiarze sprawiedliwości i w mediach. Wiemy, jakie są zagrożenia geopolityczne, wynikające z utopijnej próby budowania neosocjalistycznego imperium i kto jest naszym rzeczywistym sojusznikiem strategicznym” – stwierdził marszałek senior.

Nie zawahał się nawet powołać na… Konstytucję! – Wszyscy obywatele, a zwłaszcza ci, którzy stanowią prawo musza szanować ustawę zasadniczą” – stwierdził Macierewicz. Można by zapytać – i kto to mówi?!

Mowa marszałka seniora wywołała falę komentarzy. – „Wystąpienie Macierewicza było bardzo polityczne, agresywne i wykluczające” – stwierdził szef PO Grzegorz Schetyna. A poseł Borys Budka dodał: – „To jakby Nergal próbował wykładać Pismo Święte. Jeżeli ktoś potrafi wyciągnąć trzy artykuły i na nich budować narrację, a wcześniej wielokrotnie, razem z kolegami, koleżankami, łamał tę Konstytucję w zeszłej kadencji, no to jest chichot historii”.  – „Przemówienie marszałka seniora Antoniego Macierewiczem nie było przemówieniem, które by cokolwiek łagodziło. Ja i mój klub patrzyliśmy na nie z niesmakiem – powiedział szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Jarosław Kaczyński na koniu jako Pierwszy Ułan IV RP

12 List

Trzeba dużo zmienić by wszystko zostało po staremu mówi znana nie od dziś zasada… I to ona zadecyduje teraz o kształcie nowego rządu.

Dziś Morawiecki poda swój rząd do dymisji, a na nowym rozdaniu sam najwięcej skorzysta – zdradza Wyborcza.pl.

„Po cichu, w zaciszu gabinetów, znalazł swoich ludzi na stanowiska, w których dzieli się pieniądze. Ministrem finansów będzie jego dobry znajomy z banku” – powiedział dziennikowi polityk PiS, sugerując, że Tadeusz Kościński zastąpi Jerzego Kwiecińskiego, który kierował resortem finansów i rozwoju, a teraz, „ma się realizować w międzynarodowych strukturach finansowych”.

Ministerstwem Zarządzania Funduszami ma kierować Małgorzata Jarosińska-Jedynak, samorządowiec, od 2018 r. wiceminister rozwoju. Wyborcza zwraca uwagę, że przy okazji jednym ruchem Morawiecki przejął też sprawy unijne, które zabrał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kancelarii premiera i powierzył wiceministrowi Konradowi Szymańskiemu.

Blisko współpracowaliśmy przy wszelkich eskapadach europejskich na Radzie Europy. Tam są żmudne negocjacje dotyczące przekładania legislacji europejskiej na realną polską gospodarkę” – tłumaczy swoją decyzję premier. Ale politycy PiS mówią, że nic się tu nie zmienia: „To ludzie premiera, a nie MSZ wycofywali się z różnych decyzji bez konsultacji z innymi resortami. To oni odkręcali ustawę o IPN, by zażegnać konflikt z USA i Izraelem, albo wycofywali się z reformy sądownictwa”

Tymczasem nowe rozdanie rządowe nadwyrężyło pozycję byłej premier Szydło, bo stołek stracił jej zaufany ministra środowiska Henryk Kowalczyk.

Najgorzej na obecnych przetasowaniach wyszedł natomiast ważny przeciwnik Morawieckiego – Zbigniew Ziobro. „Przelicytował, gdy jego ludzie publicznie żądali zmiany premiera albo gdy chciał być wicepremierem” – ocenia polityk prawicy. Ziobro zostaje ministrem sprawiedliwości, a kojarzony z nim Michał Woś jednym z dwóch ministrów środowiska. „Woś dostaje Lasy Państwowe, a to kasa i struktury w całym kraju, ale poza Lasami jest sporo ważniejszych obszarów” – ocenia w rozmowie z Wyborczą poseł PiS.

Wpływy zachował Jarosław Gowin. Pozostaje wicepremierem i ministrem nauki, a jego współpracowniczka Jadwiga Emilewicz obejmie Ministerstwo Rozwoju wzbogacone o turystykę i budownictwo. „Nie wiem, czy to takie wzmocnienie, w końcu te mieszkania trzeba będzie budować. To taki krowi placek na srebrnej tacy” – uważa poseł PiS.

Swoją pozycję wzmocni natomiast Jacek Sasin, stając na czele ministerstwa z nadzorem na spółkami skarbu państwa. Z założenia ma być dla Ziobry i premiera rozjemcą w walce o spółki.

Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

Dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona. Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.

PANI EMILEWICZ ZYSKAŁA NOWE KOMPETENCJE I BĘDZIE MIAŁA SPORO DO POWIEDZENIA W RZĄDZIE, A WIADOMO, ŻE NIE ZAWSZE BYŁA Z TYCH GRZECZNYCH.

Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od 2 miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

PIS PRZYGOTOWUJE SIĘ KŁOPOTY Z UE, JEŚLI CHODZI O SPRAWY KLIMATYCZNE I OCHRONĘ ŚRODOWISKA.

Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?
Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera. Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?
Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to

DALIBY ELEKTORATOWI SYGNAŁ, ŻE SĄ NIEPOWAŻNI.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?
Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.

Prezydent Andrzej Duda pomimo przysługujących mu uprawnień nie zrealizował ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”, a wręcz wspierał działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju – pisze o grzechach prezydenta dr hab. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego

“Polskie sprawy najważniejsze musimy prowadzić razem i bez oglądania się na podziały i na różne wizje w szczegółach” – mówił 11 listopada na pl. Piłsudskiego prezydent Andrzej Duda. Ten łagodny ton to element rozpoczętej już przez niego kampanii przed wyborami prezydenckimi w maju 2020 roku.

OKO.press relacjonując wystąpienie przypomniało jednak, że jego prezydentura była na usługach rządzącej partii w dziele destrukcji ustroju demokratycznego państwa polskiego. To nie były „różne wizje w szczegółach”, a łamanie Konstytucji i praw obywateli.

Przedstawiamy autorską analizę konstytucjonalisty dr. hab. Ryszarda Balickiego. Zdaniem redakcji OKO.press świetnie ukazuje jak dalece posunął się Andrzej Duda w sprzeniewierzeniu się swojej prezydenckiej przysiędze. Warto oceniać jego dzisiejsze deklaracje również z tego punktu widzenia.


Przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie

Dzień 6 sierpnia 2015 roku był bardzo ważny w życiu Andrzeja Dudy, może nawet najważniejszy. Tego dnia złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym.

Posłowie i senatorowie wysłuchali wypowiadanych wówczas słów: „(…) uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Dla podkreślenia wagi wypowiadanych słów Andrzej Duda dodał także „Tak mi dopomóż Bóg”.

Wypowiadając słowa roty Andrzej Duda objął urząd, na który wybrali go obywatele i stał się kolejnym prezydentem niepodległej Polski.

Ale składana przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie, które nowy prezydent zaciąga każdorazowo wobec suwerena.

Czy prezydent Andrzej Duda temu zobowiązaniu sprostał?

Grzech pierwszy: Instrumentalne potraktowanie prawa łaski

Już w pierwszych miesiącach urzędowania doszło bowiem do znamiennych wydarzeń, które naznaczyły tę kadencję. 16 listopada 2015 roku, powołując się na prerogatywę określoną w art. 139 Konstytucji, Prezydent RP wydał postanowienie w sprawie zastosowania prawa łaski wobec czterech osób.

Ta – wydawało się – rutynowa decyzja okazała się jednak inna niż wszystkie dotychczasowe.

Prezydent Duda postanowił bowiem zastosować przysługujące mu uprawnienie wobec osób, których proces sądowy jeszcze się nie zakończył. W związku z powyższym pojawiła się uzasadniona wątpliwość czy prezydent mógł tak uczynić.

Konstytucyjna regulacja prawa łaski jest nader lakoniczna – art. 139 Konstytucji RP stwierdza jedynie, że:

„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”.

Ten krótki przepis reguluje zakres podmiotowy i przedmiotowy agracjacji (prawa łaski) w polskim porządku konstytucyjnym. Prawo łaski stanowi zatem wyłączną kompetencję głowy państwa.

Powyższy artykuł wskazuje również katalog wyłączeń – z prawa łaski nie mogą korzystać osoby skazane przez Trybunał Stanu, czyli osoby ponoszące odpowiedzialność konstytucyjną.

Dodatkową normą ustawy zasadniczej, poruszającą problematykę agracjacji, jest art. 144 ust. 3 Konstytucji RP, stanowiący, że wymóg podpisu Prezesa Rady Ministrów pod aktem urzędowym Prezydenta RP nie dotyczy stosowania prawa łaski. Oznacza to zatem, że stosowanie instytucji ułaskawienia nie wymaga kontrasygnaty, jest więc prerogatywą Prezydenta RP.

Tak ograniczona regulacja konstytucyjna jest konsekwencją szczególnego charakteru norm konstytucyjnych, mających jedynie wyznaczyć zakres uprawnień poszczególnych organów.

W takim przypadku konieczne jest odwołanie się do charakteru instytucji, do ukształtowanych zwyczajów konstytucyjnych, doktryny oraz orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Dotychczas w literaturze polskiego prawa konstytucyjnego nie budziło wątpliwości, że prawo łaski to prawo państwa do darowania prawomocnie orzeczonej kary lub innych skutków o podobnym charakterze.

Prawo to nie służy jednak uniewinnieniu skazanego, nie unieważnia wydanego wyroku sądu, nie prowadzi nawet do przebaczenia winy sprawcy.

Jest to wyłącznie możliwość zrzeczenia się – w imieniu państw, przez uprawniony organ – egzekucji wymierzonej już kary.

Nie bez znaczenia w przedmiotowej sprawie będą także skrajnie polityczne pobudki działania głowy państwa. Prezydent nie podejmował swoich decyzji z powodów społecznych czy moralnych, lecz jedynie dążył do – jak sam oświadczył – „wyręczenia sądu”, aby ułatwić swojej byłej partii politycznej obsadę stanowisk rządowych.

Grzech drugi: Odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego

Kolejną decyzją Prezydenta RP, która wzbudziła wątpliwości co do jej zgodności z konstytucją, była faktyczna odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm VII kadencji. Zaistniała sytuacja stała się także elementem wielomiesięcznej batalii, której częścią – w praktyce przedmiotem – stał się Trybunał Konstytucyjny.

Punktem wyjścia do późniejszych zdarzeń było uchwalenie w dniu 25 czerwca 2015 roku nowej wówczas ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, której art. 137 dawał możliwość Sejmowi VII kadencji dokonanie wyboru sędziów na wszystkie zwalnianie w 2015 roku stanowiska sędziowskie.

Poza materią niniejszego tekstu jest szczegółowa ocena uchwalonej wówczas ustawy. Ale warto przynajmniej krytycznie skomentować zarówno sam fakt uchwalania tak ważnej ustawy pod koniec kadencji Sejmu, jak i szczególnie umieszczenie w niej przepisu pozwalającego w niekonstytucyjny sposób zwiększyć kompetencje kreacyjne Sejmu danej kadencji.   

W dniu 30 sierpnia 2015 ustawa weszła w życie, należy przy tym podkreślić, że prezydent Duda nie zgłosił swoich zastrzeżeń do konstytucyjności ustawy i nie wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w trybie kontroli następczej.

8 października Sejm VII kadencji wybrał pięciu sędziów TK: Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka, Andrzeja Jakubeckiego, którzy mieli być następcami: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego (ich kadencje kończyły się 6 listopada 2015 roku), oraz Bronisława Sitka i Andrzeja Sokalę, którzy mieli być następcami sędziów: Zbigniewa Cieślaka (koniec kadencji 2 grudnia 2015) i Teresy Liszcz (koniec kadencji 8 grudnia 2015).

Jednak prezydent Duda nie umożliwił sędziom wybranym przez Sejm VII kadencji złożenia ślubowania w terminie umożliwiającym rozpoczęcie kadencji.

W tej sytuacji doszło do naruszenia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

Prezydent RP, poprzez swoje działanie uniemożliwił rozpoczęcie sprawowania funkcji przez osoby legalnie wybrane przez kompetentny organ, w oparciu o obowiązujący akt prawny. Bezspornym jest bowiem, że

wyłączna kompetencja do powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego jest w gestii Sejmu RP,

a art. 21 ust. 1 ustawy o TK – co podkreślił Trybunał w uzasadnieniu do wydanego wyroku – „wyraża normę kompetencyjną, która nakłada na Prezydenta obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania od sędziego Trybunału Konstytucyjnego”.

Trybunał podkreślił także, że „odebranie ślubowania od sędziów TK nie może być postrzegane jako należące do ewentualnego uznania głowy państwa. Prezydent jest obowiązany przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 Konstytucji. Nie ma w tym zakresie możliwości dokonywania samodzielnej, a przy tym swobodnej – zależnej jedynie od własnego uznania – oceny ani podstaw prawnych dokonanego wyboru, ani prawidłowości procedury, która została w danym wypadku zastosowana przez Sejm.

Prezydent jako organ władzy wykonawczej, nie jest bowiem uprawniony do ostatecznego i wiążącego inne organy państwa wypowiadania się o zgodności norm prawnych z Konstytucją. Nie ma również kompetencji w zakresie oceny legalności działań podejmowanych przez Sejm na podstawie powszechnie obowiązującego prawa.

Przyznanie Prezydentowi niczym nieograniczonej możliwości dokonywania takich ocen oznaczałoby podejmowanie działań bez podstawy prawnej. Wiązałoby się z naruszeniem zasady legalizmu (art. 7 Konstytucji) oraz

pozostawałoby w sprzeczności z zasadą, że Prezydent wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach (art. 126 ust. 3 Konstytucji)”.

Tak więc prezydent winien niezwłocznie przyjąć ślubowanie wybranych przez Sejm sędziów TK, a ostatnim akceptowanym momentem może być taki, który umożliwi rozpoczęcie kadencji nowego sędziego TK bezpośrednio po zakończeniu kadencji sędziego dotychczasowego, czyli najpóźniej w dzień poprzedzający koniec kadencji.

W przypadku wyboru sędziego na skutek powstałego wakatu w składzie TK, ślubowanie winno nastąpić w najbliższym dogodnym momencie po dokonanym wyborze. Jak stwierdził Trybunał: „Prezydent ma swoim działaniem stworzyć warunki ku temu, aby sędzia wybrany przez Sejm mógł niezwłocznie rozpocząć wykonywanie powierzonej mu funkcji urzędowej. Rola Prezydenta jest więc wtórna, a zarazem podporządkowana w swej istocie temu skutkowi, jaki wynika z wykonania przez Sejm powierzonej mu kompetencji wyboru sędziów TK”.

Nie realizując powyższego obowiązku Prezydent RP uniemożliwia sprawne funkcjonowanie organu konstytucyjnego oraz narusza postanowienia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, co może być podstawą do pociągnięcia go do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu.

W przypadku będącym przedmiotem dokonywanej analizy, jedynie w sytuacji, w której głowa państwa złożyłaby wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy z 25 czerwca 2015 roku o Trybunale Konstytucyjnym kwestionując zgodność z Konstytucją art. 137 (będącego podstawą prawną wyboru dokonanego przez Sejm VII kadencji) powstałaby możliwość odroczenia momentu przyjęcia ślubowania.

Jednak nawet w takiej sytuacji – jak podkreślał Trybunał: „Podejmując taką decyzję, Prezydent bierze na siebie pełną, przewidzianą w Konstytucji odpowiedzialność za jej skutki”.

Należy więc uznać, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiły żadne okoliczności uzasadniające możliwość odroczenia momentu przyjęcia przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę ślubowania sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji. Prezydent winien więc niezwłocznie przystąpić do realizacji swojego obowiązku. Jednak w związku z wydanym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 roku, obecnie Prezydent winien przyjąć ślubowanie od 3 sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji w miejsce sędziów TK, których kadencja kończyła się 6 listopada 2015 roku.

Smutnym podsumowaniem powyższych rozważań stały się niedawne komunikaty prasowe wygłaszane przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta po ujawnieniu, że PiS zgłosiło jako kandydatów do TK m.in. byłych posłów Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Rzecznik prezydenta oświadczył, że „to parlament podejmuje decyzję o tym, kto jest wybierany na sędziów TK”. To oczywiście prawda, szkoda jednak, że taka refleksja pojawiła się tak późno. Ale może warto przypomnieć prezydentowi, że trójka prawidłowo wybranych sędziów TK nadal oczekuje na możliwość złożenie ślubowania…    

Grzech trzeci: Aktywny uczestnik nocnego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego przez PiS

W działaniach podejmowanych przez partię rządzącą w celu politycznego przejęcia Trybunału prezydent Andrzej Duda był – niestety – aktywnym uczestnikiem. Zaakceptował, nieznajdujący uzasadnienia w normach Konstytucji, „wybór” dokonany przez Sejm VIII kadencji osób na miejsca zajmowane przez prawidłowo wybranych sędziów, a następnie – pod osłoną nocy – przyjął od nich ślubowanie. Wszystko po to, aby osoby te mogły zostać wprowadzone do siedziby Trybunału.

Prezydent sankcjonował również kolejne ustawy dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, w tym także podpisał 19 grudnia 2016 – w nocy! – ustawy: „Przepisy wprowadzające ustawę o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym” oraz „O statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”.

Żadna z nich nie przewidywała vacatio legis i obie weszły w życie już kolejnego dnia. Tak nadzwyczajny tryb był podyktowany chęcią uniemożliwienia przeprowadzenia zbadania ich zgodności z Konstytucją.

Na mocy przyjętej ustawy wprowadzone zostało – nieznane Konstytucji i naruszające zawarte w niej postanowienia o wiceprezesie Trybunału – stanowisko „sędziego pełniącego obowiązki Prezesa Trybunału”. Na to stanowisko prezydent powołał sędzię Julię Przyłębską.

Z uwagi na brak takiej kompetencji w konstytucyjnym katalogu aktów zwolnionych z obowiązku uzyskania kontrasygnaty, zgodę na jej powołanie musiał wyrazić także Prezes Rady Ministrów. Należy jednak uznać, że uzależnienie możliwości działania sądu konstytucyjnego od decyzji organu władzy wykonawczej stanowi naruszenie art. 173 Konstytucji, w którym jest zawarta zasada odrębności i niezależności Trybunału od innych władz.

Kolejnego dnia – 20 grudnia 2016 roku – sędzia Julia Przyłębska, naruszając konstytucyjne uprawnienia wiceprezesa TK, zwołała Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK. Do udziału w nim dopuściła także osoby nieuprawnione („dublerzy”).

Przeprowadzono wówczas głosowanie, podczas którego na czternaście obecnych osób, jedynie sześć – w tym trzech dublerów – opowiedziało się za wyborem sędzi Przyłębskiej na prezesa Trybunału. Jednak – wbrew wymogowi zawartemu w ustawie – nie została przedstawiona zebranym i przegłosowana uchwała o wyborze Prezesa Trybunału Konstytucyjnego! Pomimo tych uchybień prezydent powołał Julię Przyłębską na Prezesa TK.

Grzech czwarty: sankcjonował naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności sądów

Prezydent Andrzej Duda akceptował również i niezwłocznie podpisywał przedkładane mu ustawy zawierające normy literalnie sprzeczne z Konstytucją (m.in. ustawy o KRS, SN i sądownictwie powszechnym).

Działania głowy państwa sankcjonowały w ten sposób naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności i odrębności sądów i Trybunałów.

Prezydent Andrzej Duda, pomimo przysługujących mu uprawnień, nie zrealizował więc ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”.

Akceptował, a nawet publicznie wspierał swoimi wypowiedziami działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju. Nie sprostał obowiązkom, które na swoje barki przyjmuje Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wraz z objęciem urzędu i które tak pięknie zostały ujęte w rocie prezydenckiej przysięgi…

„dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Szanowny Panie Ministrze!

Dowiedziałem się, że zamierza Pan poprzez prokuraturę ścigać terrorystów z grupy Lotnej Brygady Opozycji. Brawo, brawo, po trzykroć brawo panie Ministrze! Nie można pozwolić, aby wrogie czołgi bezkarnie buszowały po głównym placu Warszawy. Plac na którym spoczywa spiżowy wzrok pomnika profesora Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego musi na zawsze być wolny od wrogich sił pancernych!

Jeszcze bardziej niepokojące było przenikanie obcej marynarki wojennej do fontann placu, gdzie zdaje się na stałe zainstalowała się łódź podwodna w/w brygady. Ta hańba polskiej marynarki wojennej może być zmyta tylko krwią! A przynajmniej zarzutami prokuratorskimi.

Nie może być tak, że po stolicy pływają sobie bezkarnie łodzie podwodne, a okręty podwodne Marynarki Wojennej stoją nadal uziemione ze względu na potrzebę wymiany części do kotłów parowych (trudno dostępnych w obecnych czasach).

Apeluję do Pana, aby następnym razem, przed kolejną miesięcznicą, nasze stawiacze min zaminowały akweny w stolicy, aby uniemożliwić wrogie przenikanie. Nadto w tej sytuacji pomysł Pańskiego Wielkiego Poprzednika – Marszałka-Seniora Antoniego Macierewicza, aby przenieść siedzibę Marynarki Wojennej do Radomia wydaje się w pełni uzasadniony.

Skoro już stolica jest wystawiana na ryzyko wrogich odwiedzin obcych okrętów podwodnych, to czas bazę marynarki wycofać dalej na południe (nadto jak powiedział pan minister Suski ewentualna ewakuacja samolotami marynarzy do Afryki byłaby szybsza z Radomia, niż z Warszawy).

Panie Ministrze!

Bez Pana nasz kraj zostałby bezbronny wobec ataków tej lotnej brygady. Można powiedzieć o Panu i Pana współpracownikach słynne zdanie Churchilla: jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewieluNiech Pan ratuje naszą stolicę! Tylko w Panu nadzieja!

Tekturowy czołg Lotnej Brygady Opozycji stoczył 10 listopada bitwę z przywódcami republiki banasiowej. Wzmożony Błaszczak zgłasza przestępstwo znieważenia żołnierzy. Czołgista, który prowadził czołg na swym wózku inwalidzkim, liczy na proces. Chciałby wygarnąć PiS o oligarchii państwa. Sienkiewiczowi nie podoba się happening, a Niemczykowi – Sienkiewicz

„Tzw. happening KOD-u pod Grobem Nieznanego Żołnierza to absolutny skandal. Nie ma akceptacji dla takich zachowań. MON złoży zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znieważenia żołnierzy Wojska Polskiego” – zagrzmiał na twitterze 11 listopada minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak.

W ten sposób pierwszy obrońca Rzeczpospolitej zareagował na kolejną akcję grupy aktywistów, którą „Gazeta Polska” nazwała Lotną Brygadą KOD demaskując ich niecne zamiary podczas wyborów samorządowych 2018 roku. Jeździli na spotkania wyborcze kandydatów PiS, zadawali trudne pytania i w ogóle nie zachowywali się jak należy. Od tego zaczęli.

Lotna Brygada Opozycji (z wdzięcznością przyjęli to przezwisko „Gazety Polskiej”) szczególnie uaktywniła się po aferze z Marianem Banasiem. Najsłynniejszą ich akcją (ponad 1,5 mln wyświetleń) było wejście „Pracowni Architektury Wnętrz LUPANAR” do siedziby NIK w Warszawie. Wtaszczyli drabinę, abażur, zegar, czerwone zasłony i materace i oświadczyli, że przyszli urządzić „pokoje na godziny”. Powtarzali  portierom: „Pan zadzwoni do Banasia”, cytując obwieszonego złotem „biznesmena”, który urzędował w kamienicy Banasia.

10 listopada 2019 roku Lotna Brygada Opozycji (dalej LBO) przystąpiła do kolejnego ataku na pozycje „banasiowców” okupujących Plac Piłsudskiego, gdzie – pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego – trwały „społeczne obchody w przededniu Narodowego Święta Niepodległości z udziałem Jarosława Kaczyńskiego”.

Jako ludzie honoru wezwali czołówkę PiS przez magefon:

„Republika banasiowa, poddajcie się, jesteście otoczeni!”.

Całą akcję dokumentuje filmik ze strony LBO Wolne Media.

Nieco inna jest relacja filmowa Roberta Kowalskiego na stronie OKO.press, która opowiada równolegle o siłach LBO i o uroczystości „banasiowców” pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.

Akcja LBO zakończyła się pełnym sukcesem, może dlatego, że po raz pierwszy Brygada użyła broni pancernej w postaci czołgu. Prowadził go przybyły ze wsparciem z Górnego Śląska Leszek Piątkowski (rozmowa – dalej).

Czołg ozdobiony był napisem „Gdzie jest wrak?”, podobnie jak płaszcze żeńskiej piechoty, która atakowała pod jego osłoną.

Sienkiewicz oburzony jak Błaszczak, a Niemczyk oburzony na Sienkiewicza

Na szturm LBO kategorycznie zareagował poseł PO Bartłomiej Sienkiewicz, przez rok (2013-2014) minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska, którego piękną karierę przerwała akcja kelnerów restauracji „Sowa i Przyjaciele” (a dokładniej publikacja taśm z podsłuchanych rozmów). Za komuny – aktywista-pacyfista i sygnatariusz oświadczenia ruchu Wolność i Pokój z 1988 roku.

Ton Sienkiewicza z kolei nie spodobał się Piotrowi Niemczykowi, koledze jeszcze z ruchu Wolność i Pokój. Mówi OKO.press: „Wypowiedź Bartłomieja Sienkiewicza wydaje mi się skandaliczna. Nie może być tak, że demokratyczny polityk, w dodatku współzałożyciel naszego Ruchu Wolność i Pokój,

nie rozumie na czym naprawdę polega godność żołnierza i nie widzi, jak absurdalne jest to, że broni jej ta operetkowa formacja, którą reprezentuje minister Błaszczak.

To przecież władza PiS manipuluje żołnierskim honorem. Pułkownicy Wojska Polskiego salutowali Bartłomiejowi Misiewiczowi, a policjanci Błaszczaka – jako ministra spraw wewnętrznych – cięli tekturę na konfetti, by sypać je z helikoptera na wiceministra Jarosława Zielińskiego.

Pomysł Błaszczaka, by stawiać kryminalny zarzut za ten zabawny i inteligentny happening obywatelski, zasługuje po prostu na wyśmianie. Moralne oburzenie Sienkiewicza jest jakimś nieporozumieniem.

Takie przecież były tradycje ruchu Wolność i Pokój – wolność wypowiedzi, wolność żartu z każdej nadętej, tekturowej władzy”.

Leszek Piątkowski, kierowca czołgu: Atakujemy republikę banasiową

Piotr Pacewicz, OKO.press: Czy to pan kierował czołgiem na Placu Piłsudskiego?

Leszek Piątkowski: Muszę potwierdzić. Tak, to ja. Zamiast gąsienic użyłem kół mojego elektrycznego wózka inwalidzkiego. Obawiam się, że może dojść do konfiskaty narzędzia zbrodni.

Minister Błaszczak groźnie się nadął i zapowiedział zgłoszenie całej akcji do prokuratury za znieważenie honoru żołnierzy Wojska Polskiego.

To bzdury, jakie wymyśla sobie oligarchiczne państwo. Naruszyłem dumę czy honor jakiegoś żołnierza? Co za bzdura.

Cel naszej półtoragodzinnej akcji nie miał nic wspólnego z żołnierzami, ale z obnażeniem państwa z takiej tektury, z jakiej zrobiliśmy mój czołg.

Nie chcieli nas wpuścić na plac dostępny przecież dla obywateli, słychać nawet na filmiku szepty „Nie wpuszczajcie ich”. Ja wiem na czym polega i zniewaga, i cierpienie, i zapewniam pana, że na czym innym niż żartowanie z władzy.

Pan od dawna należy do brygady Ulica i Zagranica, batalion Ulica? Miał Pan jakieś doświadczenia teatralne czy parateatralne?

Nie. Miesiąc temu przyjechałem do znajomego z Warszawy, żeby zobaczyć, na czym polega życie opozycji ulicznej. I zobaczyłem podczas miesięcznicy 10 października 2019.

A to pan, mieliśmy filmik z tej sceny (tu można go zobaczyć na OKO.press). Twierdził pan, że policja nie pozwala się panu wysikać, czemu funkcjonariusze zaprzeczali ze śmiertelną powagą. To była 114. miesięcznica. O, tu jest zdjęcie z nierównej walki miesiąc temu. Pięciu na jednego, a pan bez czołgu.

Najpierw mieliśmy pomysł, by czołg nazwać „Pancerny Marian” [tak ponoć nazywany był w kręgach PiS Marian Banaś – red.], ale uznaliśmy, że to byłoby zbyt dosłowne.

Tak czy inaczej, atakujemy republikę banasiową, czyli państwo oligarchiczne. Stanowisko najwyższej funkcji kontrolnej obejmuje człowiek, który robi podejrzane interesy z podejrzanymi ludźmi i ma podejrzany majątek, z którego nie potrafi się rozliczyć. No ludzie kochani! Dlatego podczas  115. miesięcznicy zaatakowaliśmy republikę banasiową całą siłą Lotnej Brygady Opozycji i serią pocisków z lufy mego czołgu.

Poruszając się po placu zbliżyliśmy się do Grobu Nieznanego Żołnierza, przechodziła akurat warta honorowa, ale na litość Boską, co z tego?

Tak bardziej serio. Pomyślałem sobie, że warto wziąć udział w takim happeningu, by

zainteresować szerszą opinię publiczną sprawą z mojej miejscowości Pszów na Górnym Śląsku, gdzie od lat walczę w miesięczniku „Pszowik” z lokalnym układem oligarchicznym.

Miejscowy biznesmen pod płaszczykiem budowy parku rekreacji i wypoczynku zatruwa okolicę odpadami z hałdy, które wywozi, w sumie już 3 mln ton. Poniszczył drogi, mieszkańcy protestują od pół roku, ale urzędnicy nadzoru budowlanego nie reagują, prokuratura rejonowa nie reaguje. Mam nadzieję, że teraz, gdy stanę się znany, ktoś się tym zajmie.

A jeśli minister obrony doprowadzi do procesu?

Och, byłbym szczęśliwy. Można by pokazać jak działa państwo z tektury, takiej jak mój czołg. Które toleruje układy oligarchiczne, bo tektury nikt się nie boi.

Znieważenie? Ale kogo? I przecież nie było intencji!

Nie jest jasne, na czym polegałoby tu „znieważenie żołnierzy”, które zarzuca LBO minister Błaszczak.

Znieważenie, zgodnie z art. 216 KK, należy do przestępstw, które nie musi doprowadzić do skutku, może zostać popełnione wyłącznie przez działanie. Ale podstawowym wymogiem jest fakt, że

sprawca działał umyślnie (świadomie). Sprawcą znieważenia jest ten, kto chce znieważyć i przewidując, że jego zachowanie może mieć taki charakter, godzi się na to.

Nie wystarczy więc, że poczuł zniewagę,w  dodatku nie swoją, minister obrony narodowej.

Podobne są warunki znieważenia funkcjonariusza publicznego „podczas i w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych” (art. 226 kodeksu karnego ).

Może się to stosować do żołnierzy (tylko nie wiadomo których), bo zgodnie z art. 115 kodeksu karnego funkcjonariuszem jest także „osoba pełniąca czynną służbę wojskową, z wyjątkiem terytorialnej służby wojskowej pełnionej dyspozycyjnie” (a także Błaszczak jako minister).

Ponieważ nic nie wskazuje, by LBO działał z zamiarem znieważenia żołnierza czy żołnierzy, trudno uznać, by kogokolwiek znieważył.
Zwłaszcza, że użył formy politycznego happeningu, maskarady, złośliwej, prześmiewczej formy artystyczno-politycznej; w PRL specjalizowała się w takich akcjach Pomarańczowa Alternatywa, ale ówcześni przedstawiciele władzy też nie mieli poczucia humoru.

Znieważenia się zdarzają. Prokuratura postawiła  dziennikarzowi „Wyborczej” zarzut znieważenia 31 marca 2017 konkretnego żołnierza Żandarmerii Wojskowej podczas awantury z przejazdem rządowych limuzyn, ale dziennikarz użył „gestu uznanego powszechnie za obelżywy” (inna rzecz czy miał rację, sąd sprawę warunkowo umorzył).

A może znieważenie grobu? Ale tego już w prawie nie ma

Niektóre działania zbrojne LBO toczyły się blisko Grobu Nieznanego Żołnierza, więc może Błaszczak ma na myśli żołnierzy zmarłych, czyli żołnierski (symboliczny) grób.

Art. 262 kodeksu karnego rozumie znieważanie zwłok dosłownie, np. ograbianie i przewiduje karę więzienia nawet do 8 lat!

Specjalistka tematu prof. Marta Mozgawa-Saj wspomina w pokazanej niżej pracy, że po drugiej wojnie istniało przestępstwo znieważenia grobu żołnierza Wojska Polskiego, ale wraz z nastaniem trwalszego pokoju, zostało wycofane.

„W okresie tuż powojennym obowiązywał dekret z 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa (tzw. m.k.k.), który w art. 26 przewidywał

karę więzienia do lat 5 lub aresztu za znieważanie lub uszkadzanie zwłok bądź miejsca spoczynku żołnierza Wojska Polskiego lub sprzymierzonego albo osoby, która padła ofiarą zbrodniczych działań faszystowskich.

W art. 27 przewidziany był typ kwalifikowany (w stosunku do art. 25[2]i 26), gdy sprawca czynu działał w okolicznościach szczególnie obciążających) zagrożony karą więzienia do lat 10.

LBO liczyła brakujące głosy PiS-owi

Gdy PiS zgłosił protesty wyborcze do Senatu 2019 i miał nadzieję na powtarzanie liczenia głosów, LBO wyciągnęła pomocną dłoń w akcji „Liczymy głosy”. Grupa kilkunastu osób z białymi workami przeszła przez miasto aż pod siedzibę PiS. Zatrzymywani przez policję i ochroniarzy tłumaczą:

„My do prezesa. Głosów brakuje, to je przynieśliśmy. Wszystko z panią Basią umówione”.

Składają worki i oferują, że w razie czego są też gotowi dostarczyć dublerów dla niepewnych senatorów.

Akcji było dużo więcej. Dwu, trzyminutowe filmik są coraz dowcipniejsze, sprawnie montowane, do tego prześmieszne dialogi, dobra muzyka, czasem jak w starym kinie.

Jeszcze jeden przykład – zgłosili się z gotowością urządzenia wyprowadzki marszałkowi Senatu Stanisławowi Karczewskiemu. Na razie bezskutecznie, ale Brygada jest nieustępliwa.

Jak informował portal NaTemat w czerwcu 2018 , wśród organizacji, których aktywiści zaczęli jeździć na spotkania wyborcze kandydatów PiS w 2018 roku były m.in.

  • Grupa Akcja Częstochowa,
  • Grupa Błysk Budzik,
  • KOD,
  • Młodzi Demokraci Radom,
  • Obywatele GW 66-400,
  • Obywatele RP,
  • Obywatele RP Kalisz,
  • Obywatele RP Łódź,
  • Obywatele Solidarni w Akcji,
  • ODnowa,
  • Podwórko Demokracji Morąg,
  • proDemokratyczni,
  • Przystań OKO,
  • Radomianie dla Demokracji,
  • Rebelianty Podkarpackie,
  • Warszawski Strajk Kobiet,
  • WRD.

„Wszystkie one są zazwyczaj stowarzyszeniami, część należała wcześniej do KOD. „Lotna Brygada Opozycji” jak nazwała nas „Gazeta Polska”, a nam się to podoba, jest grupą, która działa ponad podziałami” – tłumaczyła  naTemat Katarzyna Wyszomierska, redaktor naczelna portalu skwerwolności.eu.

Cały esej tutaj >>>

Jak Kaczyński został świętym Bałwanem

10 List

Myślę, że największe zniszczenia na przestrzeni ostatnich lat dokonały się w tkance mentalnej społeczeństwa. Niszczenie norm, autorytetów, prawa, przyzwoitości pozostawia po sobie truciznę wpuszczoną w umysły i sumienia. Truciznę, którą niezwykle trudno jest później usunąć i bardzo długo to trwa – pisze Krzysztof Łoziński

Czytałem dość dawno opowiadanie, niestety nie pamiętam autora, które zrobiło na mnie duże wrażenie. Bohater budzi się rano ze świadomością, że coś się stało – umarł Bóg. Ja nie jestem wierzący, nie o to chodzi. To pewna przenośnia. Umarł Bóg, czyli przestały obowiązywać normy. Normy wszystkie, moralne, prawne, prawa fizyki, logika, matematyka…

W PIERWSZEJ CHWILI NIC NIE WIDAĆ, ALE NAGLE SAMOCHODY RUSZAJĄ NA CZERWONYM ŚWIETLE, OD BUDYNKÓW ZACZYNAJĄ ODPADAĆ GZYMSY, RANNYM NIKT NIE UDZIELA POMOCY, KAŻDY ZEGAR POKAZUJE INNĄ GODZINĘ, GOTUJE SIĘ ZIMNA WODA… ŚWIAT SIĘ PO PROSTU ROZPADA.

Dlaczego to wspominam? Dlatego, że powoli zaczynamy żyć w podobnej sytuacji. Dawno już opisano fakt, że przykład, jaki daje państwo, nieświadomie zaczyna być przez społeczeństwo przyjmowany jako wzorzec. To nie przypadek, że gdy państwo staje się brutalne, to i stosunki społeczne też takie się stają. Gdy państwo wprowadza karę śmierci i zaczyna ją stosować, najczęściej rośnie liczba zabójstw. Pozornie powinno być odwrotnie, ale nie jest. Państwo daje sygnał, że odebranie komuś życia jest rozwiązaniem, coś załatwia.

Jeżeli państwo poniewiera sędziów i nie wykonuje wyroków, to czemu ja mam je wykonywać? Jeżeli państwo poniewiera ludzi wykształconych i kulturalnych, to i każdy tak może. Mamy to, co już się dzieje. Obserwujemy to na Facebooku i na ulicy.

LUDZIE ODNOSZĄ SIĘ DO SIEBIE BEZ SZACUNKU. I TO DO WSZYSTKICH. NIE LICZY SIĘ ŻADNA POZYCJA ROZMÓWCY, JEGO WIEK, WYKSZTAŁCENIE, DOKONANIA. ROZMOWA JEST W STYLU: „TE, REKTOR, CO TY TAM WIESZ?”. ALBO „TE, PAPIEŻ, NO WEŹ SIĘ POSUŃ”.

No jasne – wszyscy ludzie są równi. Tylko że normalnie są równi wobec prawa, a tu są równi dosłownie – każdy może każdemu naubliżać. Każdy może kwestionować czyjąś wiedzę, dorobek, uczciwość.

To bardzo źle rozumiana równość, równość rozumiana jako jednakowość. Urawniłowka sprowadzająca wszystkich na poziom zero. Na zero moralne, intelektualne, każde. Tylko zastanówmy się, czy nam z tym dobrze.

Obserwuję ten narastający rozpad norm z niepokojem, bo jest coraz gorzej. Uświadommy sobie, że to nie jest tylko u „onych”, u „naszych” też.

LEKCEWAŻENIE NORM PRAWNYCH I MORALNYCH PRZEZ RZĄDZĄCYCH SPŁYWA NA DÓŁ. POJAWIA SIĘ POKUSA, ŻE MOŻE BY TAK… NORMA MÓWI, ŻE KADENCJA TO OKRES, W KTÓRYM NIE MOŻNA KOGOŚ ODWOŁAĆ, ALE… ALE MOŻE „ZNAJDZIEMY SPOSOBA”.

No bo przecież ta norma przeszkadza, no bo sytuacja jest wyjątkowa, no bo jest jeszcze ludowa sprawiedliwość. A przecież „sprawiedliwość jest ważniejsza, niż prawo”. Zaraz, zaraz, gdzieś to już słyszeliśmy… Adolf Hitler, „Main Kampf”, no ale przecież my w dobrej sprawie. Że co? Że on też uważał, że w dobrej sprawie? No ale on źle uważał, a my…

No tak, kraść nie wolno, ale jak nikt nie widzi… Prawda jest prawdą, ale jak się ją trochę nagnie, to co to szkodzi…?

AUTORYTET ZASTĘPUJE SIĘ KULTEM. JAKIŚ TAM BARTOSZEWSKI, JAKIŚ TAM MAZOWIECKI, JAKAŚ TAM TOKARCZUK. A Z DRUGIEJ STRONY BÓSTWO, JAROSŁAW ZBAWICIEL, AŻ ŚWIATŁOŚĆ OD NIEGO BIJE, A STALIN BYŁ „BATIUSZKA”, „OJCIEC NARODU”, „WIELKI UCZONY”. KIM IL SUN (KIM IR SEN) TO ZNACZY KIM „BYĆ SŁOŃCEM”, KIM DŻONG IL TO ZNACZY KIM „PO PROSTU SŁOŃCE”.

Tu nie chodzi o tytuły. Chodzi o to, że wielcy mądrzy ludzie mogą być lekceważeni, poniewierani, wybuczani, postponowani. Wódz jest uwielbiany. Gdy zniszczono autorytet wiedzy, nauki, kultury, sztuki, norm moralnych, pojawia się nowy wzorzec, kult wodza. Świętego Graala zastąpił Święty Bałwan. Bałwan w znaczeniu bożka. Nasza nowa „krynica mądrości” może kraść, kłamać, ubliżać, bekać, wszystko może, a i tak jest święta.

Prawo jest szalenie ważne. To system operacyjny państwa. Ale elity, autorytety to druga część tego systemu. Elity i autorytety tworzą normy. Wyznaczają normy. Tworzą jakby regulamin naszych codziennych ruchów, wyborów, decyzji. Bez prawa i norm zaczyna być tak, jak w tym opowiadaniu, które wspomniałem na początku. Wszystko się rozpada.

ZOBACZMY, GDZIE JESTEŚMY. CO SIĘ DZIEJE W INTERNECIE I NA CO DZIEŃ MIĘDZY NAMI. WSZYSTKO MOŻNA PODWAŻYĆ, KAŻDEGO MOŻNA OBRAZIĆ, DO NIKOGO NIE MOŻNA MIEĆ ZAUFANIA. WSZYSTKO MOŻNA ZAŁATWIĆ, JAK SIĘ MA „CHODY”. WSZYSTKO MOŻNA PRZEGŁOSOWAĆ, GDY SIĘ ZBIERZE ODPOWIEDNIĄ „KUPĘ”. NIE LICZĄ SIĘ NORMY I PRZYZWOITOŚĆ, TYLKO TO, CZY MA SIĘ ODPOWIEDNIO DUŻĄ „KUPĘ” SWOICH.

Kochani, zobaczmy, gdzie jesteśmy. Nie tylko niszczone jest państwo. My się zaczynamy rozpadać jako społeczeństwo. Przestajemy być wspólnotą połączoną normami, a zaczynamy być zbiorem walczących jednostek. Co najwyżej łączących się w odpowiednie „kupy” do załatwienia czegoś.

Pora otrzeźwieć.

Przepowiednia się sprawdziła.

Ale… Czy naprawdę tacy jesteśmy? Nie? To dlaczego takich wybieramy!!!

Mateusz Morawiecki ostatnio bardzo udziela się na swoim profilu facebookowym. Tym razem premier odniósł się do niedawnej 30 rocznicy obalenia Muru Berlińskiego.

„To Solidarność rozpoczęła podkopywać mur, także Berliński Mur, który runął. Niestety, kiedy w Polsce elity polityczne nawzajem sobie gratulowały grubej kreski i „rewolucji bez rewolucji”, to w Niemczech trwał proces dekomunizacji. W dawnym NRD zwolniono około 70 procent prokuratorów i sędziów z czasów komunistycznych. U nas pozostawiono niemal wszystkich” – napisał Morawiecki.

Na tym jednak nie poprzestał. – „Dziś, po latach, wiadomo jak bardzo przydała się Niemcom weryfikacja komunistycznego aparatu wymiaru sprawiedliwości. U źródeł innej drogi III RP stało przyzwolenie na silną i rosnącą w pierwszej dekadzie wolnej Polski rolę postkomunistów. Tych samych, którym dziś zdarza się pouczać naród w kwestiach demokracji” – dodał premier.

Wpis Morawieckiego wywołał falę komentarzy w internecie. – „Mocne słowa o Piotrowiczu i Pawłowicz!”; – „Swoi postkomuniści go nie ruszają”; – „Dlatego twarzą prowadzonych przez PiS reform jest były komunistyczny prokurator Piotrowicz, śmieszni jesteście”; – „A sami tymczasem wstawiają do TK prokuratora z PRL Pana Piotrowicza”; – „Taka otwarta krytyka PiS i jego członków? Czy prezes wyraził na to zgodę?” – pisali internauci.

Część z nich kpiła: – „30 rocznica obalenia Muru Berlińskiego. Czy Morawiecki poinformował już, który odcinek muru demontował?”; – „Mateusza nie widziałam, ale on pewnie jakimś kilofem wówczas torował drogę dla mieszkańców Berlina Wsch. Był na pierwszej linii, a berlińczycy wyli z zachwytu i skandowali: Mateusz, Mateusz”.

Jak informuje lokalny portal z Suchej Beskidzkiej, młodzież z I Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie napisała list do dyrekcji szkoły i kurii krakowskiej w sprawie prowadzenia lekcji religii przez proboszcza z parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Skarżyli się m.in., że ksiądz jest nietolerancyjny, miał szydzić z uczniów, komentować życie prywatne uczennic.

– „Młodzież miała wymienić m.in. to, że ksiądz przekazuje im wiedzę „nierzetelną i sprzeczną z faktami naukowymi”. Tu jako przykład podają krytykę i wyśmiewanie przez katechetę pomysłu przeprowadzenia w szkole „Strajku klimatycznego”. Katecheta miał powiedzieć, że w jego trakcie najbardziej zaszkodziła planecie farba w sprayu, której użyto do pisania haseł na transparentach strajkujących” – czytamy na stronie portalu.

Licealiści napisali również, że zdaniem księdza proboszcza to nie zdrada jest grzechem, ale przyznanie się do niej, a tym samym doprowadzenie do cięższego grzechu, jakim jest rozwód. Ponadto katecheta miał wykazywać się całkowitym brakiem szacunku wobec uczniów i publicznie komentować ich życie prywatne.

Proboszcz Wiesław Popielarczyk – bo o nim mowa – sam zrezygnował. Zaprzecza przedstawionym zarzutom i twierdzi, że bardzo lubi kontakt z młodzieżą.

Sąd Okręgowy w Krakowie nakazał „Prokuraturze Regionalnej w Krakowie wstrzymanie delegowania powoda Mariusza Krasonia do wykonywania czynności w Prokuraturze Rejonowej dla Wrocławia-Krzyki Zachód we Wrocławiu na czas trwania postępowania w sprawie„. Oznacza to, że na czas trwania procesu Krasonia z jego najwyższymi przełożonymi ma on natychmiast wrócić do pracy w Krakowie.

Przypomnijmy, sprawa dotyczy lipcowej decyzji zastępcy Ziobry prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego, który wysłał Krasonia do pracy oddalonej o blisko 300 km od miejsca zamieszkania. Dla prokuratora Mariusza Krasonia była to prawdziwa tragedia, bo sam opiekuje się ciężko chorymi rodzicami. – „Mama ma stwierdzoną przez ZUS niepełnosprawność i niezdolność do samodzielnej egzystencji. Jest po neurologicznej operacji kręgosłupa, choruje także na cukrzycę. Ojciec nie jest w stanie zapewnić żonie opieki, bo sam jej wymaga z powodu licznych schorzeń, przeszedł parę operacji, terapię radiologiczną, jest pod stałą opieką onkologów. Oboje rodzice muszą regularnie stawiać się na badaniach” – mówił reporterom TVN 24 Krasoń.

Czym Mariusz Krasoń zasłużył sobie na takie „wyróżnienie” ze strony pierwszego zastępcy prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry? Najprawdopodobniej Krasonia ukarano za obronę niezależności sądów.

Ponadto w maju tego roku na posiedzeniu Zgromadzenia Prokuratorów w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie, Krasoń przedstawił projekt uchwały, w której śledczy pisali m.in. o zagrożeniach niezależności prokuratury, o wywieranych naciskach.

Otwarcie mówił o złym traktowaniu pracowników i łamaniu przepisów w celu wpływania na decyzję prokuratorów. – „Prokurator Mariusz Krasoń wskazał, iż znane mu są przypadki wydawania poleceń dokonania pewnych czynności z pominięciem bezpośrednich przełożonych lub prokuratorów nadrzędnych. […] Uchwała Krasonia mocno zdenerwowała ministra sprawiedliwości, który zarzucił krakowskim prokuratorom nieznajomość prawa. Następnie rzecznik dyscyplinarny wszczął postępowanie wyjaśniające i zaczął przesłuchiwać prokuratorów z Krakowa w sprawie punktu mówiącego o ograniczaniu niezależności śledczych” – opowiadał TVN 24 jeden z prokuratorów.

Oficjalnie stanowisko Prokuratury Krajowej w sprawie przeniesienia Krasonia mówi o konieczności podniesienia efektywności pracy wrocławskiej prokuratury. – „Decyzja o tymczasowej delegacji do jednostki prokuratury we Wrocławiu była podyktowana potrzebą zapewnienia efektywności pracy tamtejszej prokuratury i ma na celu optymalizację dynamiki prowadzonych tam śledztw” – twierdziła rzeczniczka Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.

Sprawa chłopca zatrzymanego przez księży w Bełchatowie za wyjęcie hostii z ust jest złym prognostykiem dla katolicyzmu w naszym kraju.

Przypadek chłopca z Bełchatowa, zatrzymanego przez księży za wyjęcie hostii z ust, demaskuje prawdziwą naturę stosunków między Kościołem a społeczeństwem polskim. Nieprawdziwa jest bowiem idealistyczna wizja Kościoła jako wspólnoty wiernych, w myśl której Kościół to po prostu wszyscy ludzie wyznający wiarę katolicką i uznający władzę Watykanu i Episkopatu. Na początku XXI wieku Kościół w Polsce to instytucja odrębna od społeczeństwa, a stosunki między nią a ogółem obywateli, także wiernych, cechują się napięciem, nieufnością, by nie rzec – wrogością.

Przypomnijmy, co się stało w Bełchatowie. 13-letni chłopiec po przyjęciu komunii wyjął hostię z ust i włożył do kieszeni. Ksiądz to zauważył, schwytał dziecko i zamknął je w zakrystii, a następnie wezwał policję. Takie potraktowanie małego chłopca – zastraszenie go, sterroryzowanie i bezprawne uwięzienie – wywołało oczywiście skandal i powszechne oburzenie.

Kościół jednak, zamiast się pokajać, stanął w obronie kapłanów – Episkopat wydał oświadczenie podkreślające, jaką świętością jest hostia, co trudno odczytywać inaczej niż jako rozgrzeszenie bełchatowskich duchownych. Sterroryzowali 13-letnie dziecko, bo zdaniem biskupów bronili zagrożonej świętości.

Czy rzeczywiście była ona zagrożona? Ksiądz z Bełchatowa mówi, że chłopiec „wypluł” hostię i że stało się to bezpośrednio przed Halloween, co wskazywało na zamiar zbezczeszczenia jej. Dzieciak zaś tłumaczył, że nie „wypluł”, tylko wyjął z ust i włożył do kieszeni, bo go bolał ząb.

Krytycy Kościoła widzą w zachowaniu bełchatowskich duchownych manifestację buty i pogardy dla praw jednostki. Oburzenie budzi też symbioza Kościoła i państwa – księża, by wymusić posłuch i szacunek dla katolickich rytuałów, wzywają państwową policję, a ta karnie stawia się na żądanie. W dodatku ofiarą tej przemocy kościelno-państwowej pada 13-letnie dziecko, najwyraźniej przebywające w świątyni bez dorosłego opiekuna, który mógłby stanąć w jego obronie i uchronić je przed terrorem.

Taka interpretacja bełchatowskiego incydentu jest uprawniona. Wejdźmy też jednak w rolę adwokata diabła i spróbujmy zrozumieć, co myśleli i co czuli zatrzymujący chłopca księża. Jakie były ich intencje i motywacje? Wątpliwe wydaje się bowiem, że po prostu chcieli go zastraszyć i siłą wymusić posłuch. Ich opowieści o hostii wyplutej i schowanej w przeddzień Halloween wskazują raczej na paranoiczny, wyolbrzymiony strach przed potężnymi siłami zła, czającymi się we współczesnym świecie, które osaczają ich ze wszystkich stron. W tej wizji Kościół jest oblężoną samotną twierdzą, atakowaną przez nieprzeliczone zastępy demonów, takich jak geje i lesbijki, feministki i heavy metalowcy, szczerzące się dynie, kolorowe skarpetki zakładane przez uczniów w Tęczowy Piątek, kotek Hello Kitty, Harry Potter, zły Dżender, no i ma się rozumieć – Jurek Owsiak.

Brzmi to humorystycznie, ale chyba naprawdę wielu kapłanów nosi w głowach taką wizję rzeczywistości. Dla osoby postronnej świat paranoika zawsze jawi się jako karykatura. Sam paranoik jednak jest święcie przekonany, że ta karykatura to prawda. I dlatego się boi, wprost umiera ze strachu. W samoobronie przed urojonym atakiem gotów jest do czynów desperackich, takich choćby jak sterroryzowanie 13-letniego dziecka, które wyjęło opłatek z ust. „Fear, she’s the mother of Violence” – śpiewał Peter Gabriel. Strach jest matką przemocy.

Mądrzy hierarchowie mogliby ten strach rozładować, klarując przerażonym kapłanom, że świat współczesny nie sprzysiągł się przeciw religii. Że kultura masowa nie jest wymierzona w Jezusa. I że wzywanie policji i zamykanie wiernych w zakrystii nie jest najlepszym sposobem głoszenia Dobrej Nowiny.

Sęk w tym, że takich mądrych hierarchów w dzisiejszym Kościele polskim jest jak na lekarstwo, a ich głos ginie w chórze biskupów pokroju Sławoja Leszka Głódzia czy Marka Jędraszewskiego. Obserwując poziom nauczania w seminariach duchownych i intelektualny format ich absolwentów, wydaje się wątpliwe, by sytuacja mogła się poprawić w przyszłości. Zła to wróżba dla katolicyzmu w Polsce.

Duda, Szydło i Ruchadełko leśne

23 Paźdź

Partia Jarosława Kaczyńskiego boi się wyborów prezydenckich. Ale już widać, w jaki sposób będzie walczyć o drugą kadencję dla Andrzeja Dudy.

Wbrew oficjalnemu optymizmowi PiS boi się, że przegra wybory prezydenckie wiosną 2020 r. Bo w wyborach parlamentarnych opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, a podczas prezydenckich mobilizacja elektoratów nie osłabnie. Dla opozycji zdobycie prezydentury będzie ostatnią szansą, by powstrzymać władzę Jarosława Kaczyńskiego. Dla PiS przegrana to paraliż i demontaż autokratycznego państwa. Taka mobilizacja daje większe szanse opozycji, PiS nie przyciągnie bowiem kolejnych rzesz wyborców.

Nie pocieszają też rządzących sondaże prezydenckie. Wprawdzie większość z nich wskazuje na zwycięstwo prezydenta Dudy, ale są one przeprowadzane w warunkach, gdy nie ma jeszcze oficjalnych kontrkandydatów, a kampania dopiero się rozkręca. Duda wygrywa, bo jest na razie jedynym oczywistym kandydatem na ten urząd. Ale wygrywa ledwo, ledwo, co powinno PiS niepokoić. W 2014 r., kilka miesięcy przed wygraną Dudy, prezydent Komorowski miał w podobnych sondażach potężne 70-procentowe poparcie. Z wiadomym skutkiem. Duda jest więc przed wyborami prezydenckimi w gorszej sytuacji niż jego poprzednik.

Szansa PiS polega więc nie na rozglądaniu się za nowymi wyborcami, lecz na demobilizowaniu głosujących na opozycję. Posłużą temu trzy nurty polityki, których zapowiedzi już obserwujemy.

Posypią się nowe hojne dary

Przede wszystkim PiS obieca kolejne świadczenia i, co ważniejsze, będzie, jak dotąd, straszył, że opozycja zabierze to, co władza daje.

Demokratyczne partie i ich kandydaci muszą te zarzuty odpierać oraz przeciwstawić rządowej propagandzie własne wizje prospołecznej i sprawiedliwej Polski. Na razie tego nie potrafią. Komorowski też nie potrafił i w dużej mierze dlatego przegrał.

Oponenci będą oczerniani i zohydzani

Po drugie, procedowany w parlamencie projekt ustawy o zakazie edukacji seksualnej dobrze pokazuje zamiary PiS. Chodzi bowiem o to, by miano deprawatorów i opresorów dzieci przyspawać do znaczących środowisk antypisowskich. To zwłaszcza feministki i część liberalnych i lewicowych elit politycznych oraz artystyczno-intelektualnych złączonych mrocznym sojuszem ze społecznościami LGBT+ przedstawianymi przez propagandę PiS oraz Kościół jako pedofile i wrogowie rodzaju ludzkiego. Taka demonizacja tych wszystkich środowisk zawarta w projekcie ustawy i wzmagana przez rządowe media ma zdemobilizować wyborców opozycji. Chcesz być po stronie krzywdzicieli dzieci, pedofilów i ich popleczników? – pyta nas PiS każdego dnia.

Ta operacja może się powieść, jeśli opozycja nie stanie na wysokości zadania. Jeśli zrejteruje z tego pola bitwy tak, jak dopiero co uciekła Platforma, nie sprzeciwiając się w Sejmie nonsensownej merytorycznie uchwale przeciw „nienawiści wobec katolików”. Bo obowiązek opozycji w takich sprawach nie polega na tym, by kicać w krzaki, bo, ojej, to drażliwy temat. Przeciwnie, opozycja ma demaskować tę propagandę, przeciwstawiając jej projekt społeczeństwa tolerancyjnego, światłego i troszczącego się o bezpieczeństwo dzieci. Szczęśliwie w nowym Sejmie będzie lewica, która najpewniej PO rozrusza i doda jej odwagi.

Władza musi zademonstrować twardość

Po trzecie wreszcie, PiS musi w kampanii prezydenckiej przedstawiać się jako partia władcza i nieugięta. W nadziei, że strach przed władzą też demobilizuje wyborców, i w obawie, że jeśli okaże słabość, przybędzie jej przeciwników. Stąd zresztą próby zmiany wyników wyborów do Senatu – partia Kaczyńskiego nie może godzić się z przegraną. I musi próbować represji: rozprawiać się z sądami, mediami i kulturą. Ale to gra na krawędzi klęski, bo w Polsce łatwiej rozjuszyć społeczeństwo, niż je zastraszyć.

PiS ma więc wielki problem z wyborami prezydenckimi, dysponuje jednak instrumentami, by swą słabość minimalizować. Toteż głupotą byłoby przeświadczenie opozycji, że do sukcesu wystarczą takie kampanie wyborcze jak dotychczasowe. Otóż nie! Aby zdobyć prezydenturę, opozycja – KO, Lewica, PSL – musi się zmienić. Bez tego może nie utrzymać wyborców, którzy w wyborach parlamentarnych jej zaufali, a teraz będą sprawdzać, czy to zaufanie warto podtrzymać.

W skłóconym obozie władzy trwa rywalizacja w nowej sportowej konkurencji. Chodzi o to, by jak najgorliwiej oburzać się na krążące po kraju plotki o księdzu Tymoteuszu Szydle.

Zwycięzca tych zawodów może liczyć na przychylność matki księdza – Beaty Szydło, europosłanki i byłej premier, która zachowała w partii dość wpływów, by jej zdanie liczyło się przy tworzeniu nowego rządu. Jest więc o co walczyć.

Pierwszy do zawodów przystąpił Patryk Jaki, europoseł z Solidarnej Polski, były wiceminister sprawiedliwości, znany arbiter internetowej elegancji. Na jego koncie na Facebooku pojawił się prześmiewczy mem przedstawiający Donalda Tuska i Grzegorza Schetynę płaczących na pogrzebie Sebastiana Karpiniuka, jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej. – Beata Szydło dzielnie od dawna znosiła ataki. Jednak przychodzi moment, że mocno trzeba stanąć w jej obronie. Dość – napisał Jaki, a plotki dotyczące ks. Tymoteusza nazwał „jedną z najbardziej haniebnych akcji ostatnich lat”.

Mateusz Morawiecki – który pokazywał na szczytach Rady Europejskiej zdjęcie dziewczyny w towarzystwie Edwarda Gierka, kłamiąc, że to Małgorzata Gersdorf, pierwsza prezes Sądu Najwyższego – nie mógł pozostać obojętny. Wszak Jaki i członkowie jego obozu próbują podkopać jego pozycję. – Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością – oświadczył premier.

Do licytacji w oburzaniu się stanęło jeszcze kilku pomniejszych polityków i pracowników medialnych. Trudno ocenić, który z nich bardziej przekonał Beatę Szydło. Gdyby jednak ich reakcje analizować pod kątem hipokryzji, to zabrakłoby skali.

Jaki chce bronić Beaty Szydło przed haniebnymi plotkami. Czy bronił prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, gdy członek kolegium IPN Krzysztof Wyszkowski haniebnie atakował jej dziecko? Wyszkowski pisał na Twitterze, że Dulkiewicz nie wie, kto jest ojcem, i sugerował, by „mianowała na ojca kanoniera z pancernika Schleswig-Holstein poległego w ataku na Westerplatte”. Brudny ściek. Ale Patryk Jaki siedział cicho.

A co Jaki robił, gdy TVP Info, prowadząc kampanię przeciwko znienawidzonemu przez PiS rzecznikowi praw obywatelskich Adamowi Bodnarowi, zaczęło prześwietlać przeszłość jego 14-letniego syna? Czy oburzał się, gdy pracownik stacji z kamerą ścigał Bodnara, pytając o „sytuację prawną jego syna”? Co Jaki robił, gdy prawicowe media prowadziły nagonkę na syna Donalda Tuska i gdy w efekcie patriota z biało-czerwoną opaską na koszuli wybił kamieniem okno w jego mieszkaniu? A ataki na córkę Ewy Kopacz?

Jaki milczał. Najwyraźniej ataki na dzieci przeciwników PiS nie są czymś „niedopuszczalnym”.

Morawiecki mówi, że rodzina jest świętością. A jak reagował, gdy Dorota Kania i Jerzy Targalski, bliscy obozowi władzy inkwizytorzy, publikowali tomy „Resortowych dzieci”, w których do szkalowania krytycznych wobec PiS dziennikarzy używano przeszłości ich rodziców? Gdzie był premier, gdy prezydent Andrzej Duda piętnował przeciwników politycznych, mówiąc, że „dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej zajmują wiele eksponowanych stanowisk”? Albo gdy Jarosław Kaczyński mówił o „genie zdrady”?

Dwa lata temu prawicowy tygodnik umieścił na okładce zdjęcie rodziny Szydłów. – Ksiądz, student medycyny, dyrektor szkoły, szefowa polskiego rządu, czyli zwyczajni, porządni, otwarci ludzie – można było obok przeczytać. Dziś rodzina byłej premier zostaje podniesiona do rangi narodowej świętości. Święta, bo swoja.

Mateusz Morawiecki zabrał głos ws. plotek na temat syna Beaty Szydło – młody ksiądz oskarżany jest o romans z nastolatką i… zrobienie jej dziecka. „Morawiecki broni Szydło i „jej najbliższych” – „Rodzina rodzinie nierówna. Ta pisowska ma prawa, inne nie…” Do komentarza premiera odniosła się prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz.

Morawiecki twierdzi, że publiczne stawianie oskarżeń jest „haniebne”; polityk powołuje się przy tym na „świętość rodziny”. „Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością. Dlatego wykorzystywanie jej do walki politycznej budzi odrazę. Wierzę, że autorzy tych fake-newsów i manipulacji poniosą konsekwencje” – napisał na Twitterze przedstawiciel Zjednoczonej Prawicy.

Komentarz Morawieckiego został opublikowany niedługo po tym, gdy pełnomocnik syna Beaty Szydło opublikował oświadczenie w tej sprawie. Podkreślił w nim, że Tymoteusz Szydło „nie został ojcem”, a informacje na temat jego ojcostwa są „nieprawdziwe” i „zniesławiające”.

Na temat ks. Tymoteusza wypowiedziała się również osoba z zupełnie przeciwnej strony barykady, a mianowicie Aleksandra Dulkiewicz. Prezydentka przypomniała, że Morawiecki nie stawał w obronie innych osób, które padły ofiarami zmasowanego hejtu, chodziło o Magdalenę Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzę, Donalda Tuska i Andrzeja Rzeplińskiego.

Panie Premierze, cieszę się, że od dziś każda polska rodzina jest świętością dla pana, pana formacji politycznej i podległych wam mediów. Dziękuję w imieniu rodzin Magdaleny Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzy, Rzeplińskich, Donalda Tuska, swoim własnym i wielu innych!” – przyznała na swoim Twitterze.

Na komentarz Morawieckiego zareagowała także europosłanka Róża Thun (PO). „Może podrzucić Panu, Panie Premierze, kilka przykładów ataków na mnie i moich najbliższych? Są takie które pochodzą z Pana środowiska. Pooburza się Pan troszkę?” – odpisała mu przedstawicielka opozycji.

Tymoteusz Szydło został księdzem w 2017 r. Syn byłej premier zawnioskował niedawno o bezterminowy urlop – według części internautów ma to związek z jego domniemanym ojcostwem.

Wniosek ma dotyczyć 20 sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Prezydent Andrzej Duda od zera obsadził ją osobami wskazanymi mu przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa i przekazał im orzekanie o ważności wyborów.

Wniosek o wyłączenie sędziów ma w najbliższym czasie wpłynąć do Sądu Najwyższego. W środę w Sejmie zapowiedzieli go przedstawiciele komitetu wyborczego Koalicji Obywatelskiej. Dzień wcześniej skierowali do SN trzy protesty wyborcze.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN powinna je rozpoznać nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, ale KO chce wystąpić o wyłączenie wszystkich jej 20 sędziów. – W ocenie naszej i ekspertów nowo utworzona izba nie daje żadnych gwarancji niezależności, a jej sędziowie mają charakter osób, które zostały wybrane z naruszeniem konstytucji – mówił poseł PO Mariusz Witczak.

Opozycja liczyła na Gersdorf

Opozycja kwestionuje status nowych sędziów, bo wszystkich wskazała prezydentowi upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. W ubiegłym roku „przedstawicieli sędziów” do Rady wybrał Sejm (poza Kukiz’15 pozostałe partie opozycyjne zbojkotowały głosowanie).

– PiS złamał konstytucję, aby mieć wpływ na decyzję o stwierdzeniu ważności wyborów. Niekonstytucyjnie skrócił kadencję sędziom KRS, a na ich miejsce powołał swoich przedstawicieli. Przeniósł też uprawnienie do orzekania o ważności wyborów do nowo utworzonej izby SN. Każe nam to bezwzględnie złożyć wniosek o wyłączenie całej izby – podkreślał Witczak.

– Liczymy, że SN przeniesie kwestie dotyczące orzekania o ważności wyborów do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, która dotychczas o tym orzekała. Ta izba gwarantuje niezależność, a jej sędziowie są niezawiśli – dodał. Już we wtorek opozycja zaadresowała swoje protesty do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Ta izba orzekała o ważności wyborów do kwietnia ubiegłego roku. Prezydent odebrał Izbie Pracy kompetencję i przekazał ją Izbie Kontroli Nadzwyczajnej. A później sam obsadził drugą izbę od zera osobami wskazanymi mu przez nową KRS.

Opozycja początkowo liczyła, że pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf przekaże protesty wyborcze właśnie Izbie Pracy. – Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami. Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba – powiedział nam we wtorek rzecznik SN sędzia Michał Laskowski. Zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do nich wnioski o wyłączenie sędziów IKNiSP: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy – dodał. I to w środę zapowiedziała opozycja.

PiS liczy na przejęcie Senatu

Na razie nie znamy treści wniosków. Ze słów polityków KO wynika jednak, że mają dotyczyć nie tylko spraw wszczętych po protestach Koalicji, ale również wszystkich pozostałych. Politycy KO obawiają się zwłaszcza tego, jak nowa izba rozstrzygnie protesty PiS. Partia rządząca kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych, choć ani w trakcie głosowania, ani w trakcie liczenia żadnych zastrzeżeń nie zgłaszała. Liczy na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni. – 10 dni temu Polacy oddali większość w Senacie opozycji. Od tego czasu PiS szuka najróżniejszych sposobów, by zmienić wyniki demokratycznych wyborów. To się PiS nie uda – zapewniał senator PO Marcin Bosacki.

W SN słyszymy jednak, że wnioski dotyczące cudzych protestów nie mogą liczyć na uwzględnienie. – Wniosek można złożyć tylko w swojej sprawie. Powinien dotyczyć konkretnego protestu i konkretnego skarżącego – mówi sędzia Laskowski. Na razie nie wiadomo, kto rozpozna wnioski opozycji. Powinien o nich decydować sędzia nieuwzględniony we wniosku o wyłączenie.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN protesty wyborcze IKNiSP opiniuje w trzyosobowych składach. Później cała izba rozstrzyga o ważności wyborów – w tym w okręgach, których dotyczą protesty.

Sprawy może rozstrzygać np. dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski – autor zbieżnej z polityką rządu PiS opinii prawnej o wyroku Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2015 r. (mówiła o tym, że orzekając, TK nie może opierać się wyłącznie na konstytucji).

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, prof. UW i adwokat, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. A także doświadczeni sędziowie, tacy jak Marcin Łochowski, który orzekał wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie. Prezeską izby prezydent uczynił swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego UJ, dr hab. Joannę Lemańską.

TSUE zajmuje się nowymi sędziami

Status sędziowski osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, jest kwestionowany od ich powołania. Zajmuje się nim unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa Rada jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Na wyborczej mapie widać podział Polski po linii zaborów. Bez terenów zaboru rosyjskiego PiS nie miałoby szans rządzić, Kaczyński wycina tu także skrajną prawicę. Z kolei gdyby nie poparcie w zaborze pruskim i na Ziemiach Odzyskanych, opozycja nie miałaby szans na rywalizację z PiS.
Uderza trwałość podziałów po 100 latach od odzyskania niepodległości

„Widać zabory” to uderzający wniosek z analizy politycznej mapy Polski. OKO.press przyjrzało się rozkładowi poparcia dla komitetów wyborczych startujących do Sejmu 13 października i sprawdziło, gdzie stare podziały wciąż trzymają się mocno, a gdzie zostały przełamane.

Mapa zwycięzców mapą zaborów

Jeżeli spojrzymy na zwycięzców w gminach to – poza kilkoma miastami na wschodzie, w których przewagę ma KO – bardzo przypomina ona mapę zaborów.

W większości gmin na wschodzie (zabór rosyjski) i południu (zabór austriacki) PiS wygrywa zdecydowanie i ma ponad 50 proc. głosów. Wyjątków jest zaledwie kilka. Trzy w zaborze rosyjskim:

  • Warszawa i okolice;
  • Łódź;
  • podlaskie gminy, gdzie znaczny odsetek mieszkańców to mniejszości narodowe.

Również trzy wyjątki w byłym cesarstwie austro-węgierskim:

  • Śląsk Cieszyński,
  • Bieszczady i
  • Kraków.

W byłym zaborze pruskim PiS również wygrywa w większości gmin, ale skala zwycięstwa jest mniejsza, częściej oddaje też pierwsze miejsce innemu komitetowi. Najczęściej – Koalicji Obywatelskiej.

Potęgę tradycji zaborów ilustruje przypadek wschodniej Wielkopolski. Tam poparcie dla PiS wzrasta natychmiast po przekroczeniu byłej granicy zaborów.

W powiecie gnieźnieńskim PiS zdobył 38,24 proc. głosów. Przez sąsiedni powiat słupecki przebiegała granica zaborów rosyjskiego i pruskiego. W kolejnym na wschód powiecie konińskim PiS ma już 59,12 proc. Ta sama granica rozdzielała dzisiejsze powiaty ostrowski (43,23 proc. dla PiS) i kaliski (55,25 proc. dla PiS).

Podobnie w sąsiadujących ze sobą powiatach szczycieńskim w województwie warmińsko-mazurskim (45,33 proc. dla PiS) i ostrołęckim na Mazowszu (66,62 proc.).

Autorem map poparcia dla komitetów w gminach jest Łukasz Michałkowski, mapy udostępniła na Facebooku Kartografia Ekstremalna. Naniesione granice zaborów są naszego autorstwa.

Uwaga! Poparcie na poziomie gmin może być nieco mylące – gminy są różnej wielkości, tymczasem na mapie gmina wiejska, w której mieszka 5 tys. osób jest równoważna wielkiej metropolii. „Mapa gminna” pokazuje nam jednak geograficzny rozkład poparcia dla poszczególnych ugrupowań.

PSL silny w zaborze rosyjskim, KO – w Prusach

Zabory widać także na mapie pokazującej komitety, które zdobyły drugie miejsce w wyborach na poziomie gmin. Tutaj, podobną prawidłowość zobaczymy w przypadku poparcia dla Lewicy, zabór rosyjski jest bardzo zbliżony do zaboru austriackiego, natomiast granica między zaborem rosyjskim i pruskim jest wyraźna. Na wschodzie – w większości gmin drugie miejsce zdobył PSL. Po przekroczeniu linii zaborów drugi komitet to najczęściej KO.

Z tego podziału wyłamuje się Śląsk. Obecne województwo śląskie znajduje się na terenie wszystkich trzech zaborów, a na mapie wyborczej to miejsce zaciętej potyczki między PiS a opozycją. Partia Kaczyńskiego wygrała tutaj we wszystkich sześciu okręgach sejmowych, natomiast opozycja wzięła aż siedem z 12 mandatów senackich (6 KO, 1 Lewica).

Lewica najsłabsza w Galicji

Południe – czyli były zabór austriacki (i szerzej – byłe cesarstwo austriackie) – nie chce głosować na Lewicę.

Wyjątkiem są Śląsk Cieszyński i Bieszczady. W Cieszynie lewicowa lista zdobyła 18,18 proc., w sąsiednim Goleszowie 21,48 proc., w Ustroniu – 17,51 proc. W całym okręgu nr 27 – 14,31 proc., czyli powyżej średniej krajowej.

Z drugiej strony byłej Galicji Lewica ma przyczółek tam, gdzie styka się Polska, Słowacja i Ukraina. Na Podkarpaciu, w bastionie prawicy, Lewica w powiecie leskim zdobyła 9,17 proc., w bieszczadzkim – 9,06 proc. Poza tym – w wielu powiatach Małopolski i Podkarpacia, szczególnie tam, gdzie nie ma dużych miast – komitet SLD wywalczył poparcie w okolicach progu wyborczego w skali kraju. W powiecie limanowskim ma 3,2 proc., w powiecie dąbrowskim 3,02 proc.

Ogółem zabór pruski głosował na Lewicę znacznie chętniej niż rosyjski, ale na byłych zachodnich rubieżach cesarstwa rosyjskiego Lewica przełamuje schemat „widać zabory” – mapa wyników Zjednoczonej Lewicy w 2015 roku wyglądała podobnie.

Lewica jest mocna w:

  • Łodzi (21,23 proc.),
  • Częstochowie (21,06 proc.),
  • Sosnowcu (26,80 proc.),
  • Dąbrowie Górniczej (26,54 proc.)

Na zachodzie (w byłym zaborze pruskim) poparcie dla Lewicy rozkłada się bardziej równomiernie, przez co jej mapa poparcia ma dużo punktów stycznych z mapą zaborów. Na zachodzie jest też kilka gmin, gdzie wyniki są wyraźnie lepsze niż średnia.

Jest tak w:

  • Świnoujściu (26,70 proc.),
  • Gnieźnie (22,11 proc.),
  • Otmuchowie (24,87 proc., woj. opolskie),
  • Jeleniej Górze (21,93 proc.),
  • Miastku (20,60 proc.)

Konfederacja silna w miastach, słaba na wschodzie

Wynik Konfederacji w powiatach również odzwierciedla granice zaborów – poparcie dla skrajnej prawicy jest wyraźnie słabsze w byłym zaborze rosyjskim, a lepsze w austriackim i pruskim.

Poza tym Konfederacja najlepsze wyniki osiąga w miastach:

  • w Toruniu – 7,67 proc.,
  • w Rzeszowie – 9,90 proc.,
  • w Gorzowie Wielkopolskim – 7,49 proc.,
  • w Bydgoszczy – 7,46 proc.,
  • w Środzie Wielkopolskiej – 16,56 proc. (to rekordowy wynik Konfederacji w całej Polsce).

Na podstawie wyniku Konfederacji widać, że oba podziały są równie mocne – miasta głosują inaczej niż wsie, ale również wschód Polski wciąż głosuje inaczej niż zachód, a granice zaborów ciągle są istotne.

U PSL zaborów nie widać

Z zaborów wyzwoliło się za to PSL. Poparcie dla ludowców rozkłada się równomiernie w całym kraju.

Zsumowany wynik Kukiz’15 i wynik PSL w wyborach parlamentarnych w 2015 roku to 13,94 proc. głosów. Tym razem, startując wspólnie, nie udało  się utrzymać tak dużego poparcia – zdobyli 8,55 proc. głosów, ponad 5 punktów procentowych mniej niż łącznie obie listy cztery lata temu.

Są jednak miejsca, gdzie wynik ludowców i kukizowców jest imponujący.  Na mapie poparcia dla PSL wyróżnia się kilka miejsc. Jedno z nich to pogranicze województw kujawsko-pomorskiego, warmińsko-mazurskiego i mazowieckiego.

W powiecie brodnickim PSL jest drugą siłą polityczną – zdobywając 29,13 proc. głosów przebił swój wynik krajowy prawie trzy i pół raza! Partia była tam silna już cztery lata temu, gdy udało się jej zdobyć 15,54 proc. głosów, a Kukizowi – 12,87 proc.

Kosiniak stracił Świętokrzyskie (ale zyskał poparcie w miastach)

Do niedawna bastionem PSL było województwo świętokrzyskie. W 1993 roku PSL zdobył w skali kraju 15,4 proc. głosów, ale nigdy później nie przekroczył już 10 proc. poparcia w wyborach parlamentarnych. Jednak w świętokrzyskim do 2011 roku zdobywał zawsze w okolicach 15 proc. głosów. Ale teraz dominuje tam PiS. W 2015 roku PSL zdobył już poniżej 10 proc.

13 października 2019 było podobnie – PSL zdobył 9,88 proc. głosów, a PiS przebił 55 proc.

Wyniki PiS i PSL w województwie świętokrzyskim w wyborach parlamentarnych

Dane PKW

Ludowcy wygrywali wybory do sejmiku świętokrzyskiego w 2006, 2010 i 2014 roku. W 2018 roku stronnictwo przegrało z PiS.

Na wsi, tak jak w województwie świętokrzyskim, PiS dominuje niepodzielnie. Dlatego ratunek PSL był jeden – zmiana punktu ciężkości i próba zakorzenienia się w jak największym stopniu wśród elektoratu z małych i średnich miast.

Temu m.in. miał służyć sojusz z Kukizem i wizerunek lidera ludowców Władysława Kosiniaka-Kamysza, który podczas kampanii wyborczej przedstawiał się jako polityk centrowy, który ma ofertę również dla  mieszkańców miast.

Z drugiej strony PSL wygrało w całej Polsce tylko w jednej gminie i była to gmina wiejska. Chodzi o Dąbie w województwie lubuskim – PSL zdobyło tam 35,93 proc. z oddanych 1993 głosów.

Frekwencja – zaborów nie widać

Zaborów nie widać na mapie frekwencji:

Tutaj ważniejszy okazał się podział na miasta i prowincje. W dużych aglomeracjach ludzie głosowali częściej, bez względu na to, w której części Polski te miasta się znalazły. Najciemniejsze punkty to Warszawa, Wrocław, Poznań i Gdańsk oraz okolice tych miast.

W całej Warszawie frekwencja wyniosła 77 proc., a w najbardziej zmobilizowanej dzielnicy – Wilanowie – 85,24 proc.

Tokarczuk, Tusk, Sterczewski, a naprzeciw pisowski rynsztok. Kto wygra?

19 Paźdź

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny wpis, bez wskazywania kierunku: „Wstyd, wstyd, wstyd. Jak pani to nie odpowiada, to niech pani wyjedzie z kraju, który pani nie odpowiada!!!!! Żegnam panią”.

Co w patriotach obudziło taką inwencję w dziedzinie turystyczno-krajoznawczej? Przede wszystkim niewiara w to, że prawdziwa Polka mogłaby odebrać wyróżnienie tej rangi, zwłaszcza że „Nikt nie zna szczegółów regulaminu przyznawania nagród”. Stąd mnogie próby zrozumienia tej podejrzanej intrygi.

„Pisz Pani do starszych braci w wierze. Może ci Chazarowie to przeczytają”.

„Tokarczuk wracaj do swoich bo Polską ty nie jesteś”.

„Kim ona jest? Jakie są jej korzenie?”

„Warto zbadać korzenie noblistki”.

„Ona nie jest Ukrainką tylko Niemką”.

„Jude-asze tak mają – Noble, Oskary dostają za pochodzenie”.

„Ukraińska czerń – H. Sienkiewicz”.

„Z tej dziuni taka Polka jak z Tuska, Holland czy Thun. Obywatelstwo nie zawsze określa narodowość”.

„Przecież ukrainka nie będzie popierać Polski. Tylko się zastanawiam po co tu mieszka. Żeby pluć na Polskę?

Niektórzy, bardziej oblatani w kwestii antypolskich spisków, jasno zdają sobie sprawę z istoty rzeczy:

„Czyli jednak coraz bardziej wygląda to na ustawkę – Nobel dla zwolenniczki »totalnej opozycji« na trzy dni przed wyborami w Polsce. Czysty przypadek”.

„Soros dał kasę na tę nagrodę Nobla. Niemra oskarżająca Polaków”.

Rodzi się poważny narodowy problem: jak z tym całym Noblem teraz żyć? I tu cieszy optymizm nielicznych niestety autorów wpisów, którzy nie załamali się do końca i jednak widzą światełko w tunelu:

„Na pewno nie kupię i nie przeczytam żadnej z jej książek. Nie moje klimaty, a dużo czytam”.

„My się otrząśniemy i taką szarańczę jak Tokarska strząśniemy ze zdrowego drzewa jakim jest Polska”.

I na koniec najbardziej szczery, swojski wpis czy wiele wyjaśniające żądanie: „może podzieli się kasą z ludźmi”.

Posłowie Koalicji Obywatelskiej domagają się zwołania Komisji Kontroli Państwowej w sprawie Mariana Banasia. – Komisja jest najwyższym organem kontrolnym w kraju. Musi wyjaśnić swoje oświadczenia i powiązania z przestępcami. Polacy muszą wiedzieć, co się wokół niego dzieje – mówił w Sejmie Sławomir Nitras z PO

Trzeba wyjaśnić sprawę

Posłowie opozycji żądają wyjaśnień ws. oświadczenia majątkowego prezesa NIK Mariana Banasia.

– Nie możemy w tej sprawie czekać. Jak stwierdziła pani marszałek Witek, Sejm może pracować po wyborach, mimo poważnych wątpliwości. Skoro tak, to może też pracować Komisja Kontroli Państwowej. Przypomnę, że to ona kontroluje Najwyższą Izbę Kontroli. Żądamy tego w imieniu klubu PO-KO – mówi na konferencji prasowej Sławomir Nitras.

– Mamy do czynienia z kryzysem państwa. Od kilku tygodni wiemy, że pan Marian Banaś ma problemy, jeżeli chodzi o kontrolę Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Od kilku dni wiemy nieformalnie, że trwają próby nakłonienia pana Banasia do złożenia dymisji – mówił Marcin Kierwiński.

– Pan Banaś jest najwyższym organem kontrolnym w Polsce. Wokół najważniejszej instytucji kontrolnej w Polsce toczy się jakaś dziwna gra. Jeżeli NIK ma działać w sposób transparentny, Polacy muszą wiedzieć, co się dzieje wokół Mariana Banasia. Narosło zbyt wiele podejrzeń, że ta sprawa była zamiatana pod dywan przez służby specjalne – dodaje Kierwiński.

Banaś wraca do NIK-u

Wybrany głosami PiS-u Marian Banaś poinformował w czwartek, że wraca z bezpłatnego urlopu do pracy na stanowisku szefa NIK-u. Na urlop poszedł w wyniku dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło, że Banaś wynajmował kamienicę w Krakowie po zaniżonej cenie osobom znanym z krakowskiego półświatka. W kamienicy prowadzono wynajem pokoi na godziny.

W środę zakończyła się trwająca od kwietnia kontrola oświadczeń majątkowych Banasia, prowadzona przez CBA. Niestety, służby nie poinformowały o wynikach kontroli, jednak jak podało RMF FM, kontrola CBA miałaby wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

– Afera Banasia nie jest tylko aferą Banasia, ale jest aferą PiS-u. To PiS zrobił tego pana ministrem finansów i to PiS wybrał go na szefa NIK mimo informacji o prowadzonych przez CBA sprawdzeniach – uważa Marcin Kierwiński.

Zbigniew Ziobro i jego ludzie żądają, by PiS szybko przykręcił śrubę. Ale z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego słychać, że przelicytowali

Powyborczy wtorek, na stronie Państwowej Komisji Wyborczej coraz więcej podliczonych głosów. Pierwsza zdjęcie do sieci wrzuca Solidarna Polska. To galeria 18 nowych posłów partii Ziobry, jego fotografia jest największa i w centrum. Dzień później swoją reprezentacją chwali się Porozumienie Jarosława Gowina. I tu też 18 posłów.

Prezes PiS o wyniku wyborów wypowiada się wstrzemięźliwie, ale partie koalicyjne triumfują. To już nie są koalicjanci wzięci na pokład po przegranych wyborach do europarlamentu w 2014 r. Teraz decydują o parlamentarnej większości. – Bez nas PiS nic nie zrobi – cieszą się ziobryści i gowinowcy.

Bo Zjednoczona Prawica wprowadziła do Sejmu 235 posłów, tyle samo co cztery lata temu. A bezwzględna większość to 231. – To będzie trudna kadencja. Takie zwycięstwo przyprawia Kaczyńskiego o potężny ból głowy. Bo to on będzie musiał za każdym razem rozstrzygać nawet najmniejszy spór w obozie władzy – mówi nam polityk PiS.

Jaki harcuje

Polityk PiS sięga po „Rzeczpospolitą”, spogląda na wywiad z byłym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim i krzywi się. „Naszym zdaniem najlepszym kandydatem na premiera jest zawsze pan prezes Jarosław Kaczyński – osoba o ogromnej wiedzy, doświadczeniu i sukcesach w polskiej polityce. To właśnie prezes Kaczyński był głównym architektem Zjednoczonej Prawicy” – zachwala Jaki.

Dziś jest europosłem i najbardziej zaufanym człowiekiem Ziobry. W kampanii mocno wspierał kandydatów Solidarnej Polski, zachwalał w wyborczych klipach, pozował z nimi do zdjęć. Teraz domaga się zmiany premiera.

– Te wybory zmieniły sytuację polityczną. Porozumienie i Solidarna Polska są pełnoprawnymi koalicjantami, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa. To dziwne, gdy w rządzie są obaj partyjni przywódcy, a kieruje nimi podwładny lidera innej partii – komentuje żądania Jakiego polityk Solidarnej Polski.

Nasz rozmówca twierdzi, że celem nie jest rozbijanie koalicji, ale powyborcza refleksja i „zapobieżenie sytuacji, w której dobra zmiana ugrzęźnie i przekształci się w prawicową wersję PO”.

Wieczorem wiceprezes PiS Adam Lipiński w TVN przestrzega: – Ważne, żebyśmy sami nie przyczyniali się do tego, by potwierdziła się stara żeglarska prawda, że ci, którzy najmocniej bujają łódką, mogą pierwsi z niej wypaść.

Bo w PiS na wymianę szefa rządu zgody nie ma. – Ziobro przelicytował. Miał mocną wyjściową pozycję negocjacyjną, ale niepotrzebnie pozwolił swoim ludziom, by publicznie podważali mandat Morawieckiego – mówi ważny polityk obozu władzy.

Ziobryści grają nie na powołanie Kaczyńskiego, ale na odwołanie Morawieckiego. – Myśleli, że uwikłają PiS w podwójne negocjacje, ale jeśli Kaczyński czegoś nie znosi, to stawiania go pod ścianą. Ziobro tylko straszy, by w końcu wycofać się ze zmiany premiera i ugrać coś w zamian – twierdzi polityk, który zna kulisy rozmów.

Niechęć Ziobry do Morawieckiego jest legendarna. Zaczęła się w czasach, gdy obaj politycy jako ministrowie zabiegali o wpływy w spółkach skarbu państwa. Wybrzmiała przy rekonstrukcji rządu, gdy Morawiecki zastąpił Beatę Szydło. Wtedy nieufny Ziobro zabezpieczył się przed utratą resortu. Zaproponował aneks do umowy zjednoczeniowej, a w nim konkrety: Ministerstwo Sprawiedliwości dla ziobrystów, resort nauki i szkolnictwa wyższego dla gowinowców. Dodatkowo dla obu sojuszników jeszcze jeden minister w rządzie, niekoniecznie resortowy.

Nocna narada

Rządowa willa przy Parkowej w Warszawie. Wtorkowy wieczór upamiętniają fotografowie „Faktu”. Na jednym ze zdjęć Morawiecki ze sztućcami w ręku siada do kolacji. Chwilę później przed drzwiami parkuje limuzyna Kaczyńskiego. Lider PiS naradza się z premierem. To jasny sygnał, że szef rządu cieszy się pełnym zaufaniem prezesa, nie jest krytykowany za kampanię wyborczą. I że to z nim konsultowane są pierwsze decyzje po wyborach.

Deklarację lojalności złożył już Gowin. – Premierem będzie Mateusz Morawiecki, to poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS – zapewnił w TVN 24.

Kaczyński spotyka się z Gowinem dzień po rozmowie z Morawieckim. – Na gruncie neutralnym – słyszymy w PiS. Rozmawiają długo, kończą nad ranem. W środku nocy dołącza do nich premier.

Kaczyński stosuje starą zasadę „dziel i rządź”. Widać wyraźnie, że to spotkanie było wymierzone w aspiracje Ziobry. Rano poinformował o nim sam Gowin w Wirtualnej Polsce, podkreślając, że co do personaliów zgadza się z prezesem PiS w 100 proc., a co do programu – w 90 proc.

To powtórzenie wcześniejszych deklaracji, że Gowin na rozgrywki personalne razem z Ziobrą się nie pisze. Chciałby jednak ze strony PiS koncesji, które zawierają się w owych 10 proc. różnic w kwestiach programowych.

Na koniec na stronie prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” pojawiają się wypowiedzi polityków PiS prosto z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej. Wyrażają głębokie oburzenie i niesmak akcją ze strony polityków Solidarnej Polski, która godzi w jedność Zjednoczonej Prawicy.

Ziobro radykał

Solidarną Polskę i Porozumienie łączy sojusz taktyczny – wspierają się, gdy PiS próbuje kogoś z nich ograć. Stoją jednak na dwóch biegunach ideowych.

Gowin to zwolennik złagodzenia polityki PiS, skierowania jej w stronę politycznego centrum i wspierania innowacyjnej gospodarki rynkowej, a tym samym sojusznik Morawieckiego.

– Jesteśmy pozytywistami. Uważamy, że trudniej, ale efektywniej jest przekonywać do swoich racji, niż odgórnie narzucać model i schemat życia – mówi „Wyborczej” Marcin Ociepa, wiceminister przedsiębiorczości, poseł Porozumienia. Jego zdaniem Polska musi gonić świat gospodarczo. – Nikt na nas nie poczeka, aż się wygrzebiemy z naszych sporów światopoglądowych. Kwestie wolności gospodarczej i podejścia do wolności w ogóle są decydujące dla przyszłości prawicy w Polsce.

Ziobro jest radykałem. Chce dokończyć reformę systemu sprawiedliwości, którą firmował. Spieszy się, by zdążyć przed wyborami prezydenckimi. Ale z obozu Gowina dochodzą sygnały, że to nie jest najlepszy pomysł. – Prawie wszystkie reformy Ziobry wyprowadzały Polaków na ulicę. Tym razem też tak będzie, a to na pewno nie pomoże wygrać Dudzie drugiej kadencji, bo jeśli marzy o reelekcji, musi sięgać do centrum – mówi polityk Porozumienia.

We wtorek, tuż po wyborach, Jaki publikuje w mediach społecznościowych manifest. „Trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na tęczową , społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie. Świat wartości społeczeństwa w większości kształtują media liberalno-lewicowe oraz lewicowe uniwersytety. I smutną puentą tego procesu było oświadczenie rektorów polskich uczelni, że trzeba karać za krytykę ideologii LGBT. Jeżeli prawica nie zareaguje na te procesy u fundamentów, to po tej kadencji, za cztery lata, kolejne kilka milionów ludzi skończy ten proces socjalizacji i prawica nie będzie miała czego szukać w Sejmie”.

– Niech każdy reformuje państwo tymi instrumentami, które uważa za najwłaściwsze. Ja za właściwszy uważam skalpel chirurgiczny, a nie maczugę – odpowiedział mu Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego. I zapewnił, że nie odnajduje się w retoryce dzielenia uczelni na „lewicowe” czy „prawicowe”, bo każda z nich jest pluralistyczną wspólnotą. – Nawet jeśli któraś uczelnia jest bardziej lewicowa, są na niej również uczeni i studenci o poglądach konserwatywnych.

Rozprawić się z mediami

Jaki twierdzi, że ziobrystom nie chodzi o stanowiska, ale o „gwarancje, że nowy rząd nie przegapi spraw najważniejszych”.

Polityk z obozu władzy: – Oni chcą Fideszu nad Wisłą. Uważają, że teraz jest czas rewolucji, że wszystkie reformy musimy zrobić do wiosennych wyborów prezydenckich. Z dwóch powodów – to pomoże w reelekcji Dudy, a jeśli jednak zmieni się lokator w Pałacu Prezydenckim, żadnych reform już nie zrobimy. Opozycja zyska prezydenckie weto.

Inny polityk z klubu PiS: – Powielenie węgierskich wzorców to szansa na przetrwanie prawicy.

Z Węgier ziobryści chcieliby przenieść do Polski rozprawę z mediami, przede wszystkim tymi z kapitałem zagranicznym. Na Węgrzech media przejmują oligarchowie bliscy Orbánowi. Jak miałoby to wyglądać w Polsce, ziobryści nie zdradzają.

Z podziwem patrzą na orbánowską reformę samorządów, która uzależniła regiony od rządu. Według naszych rozmówców ludzie Ziobry chcą, by kierunki zmian zostały wskazane i zapisane w nowej umowie zjednoczeniowej. Ale z PiS dochodzą pomruki niezadowolenia.

Politycy Solidarnej Polski uważają, że to właśnie przez fatalną, „skierowaną do centrum” i „przeekonomizowaną” kampanię nie udało się osiągnąć celów – 276 głosów w Sejmie pozwalających odrzucić weto prezydenta i postawić Tuska przed Trybunałem Stanu. Jako jeden z przykładów podają pomysł 4 tys. płacy minimalnej w 2023 r. zgłoszony przez Kaczyńskiego i Morawieckiego na ostatnim zakręcie kampanii.

– Najpierw był entuzjazm, ale później ludzie przyszli do pracy i dowiedzieli się od pracodawcy, że to nie prezes Kaczyński im da te pieniądze, ale właściciel, który twierdzi, że pieniędzy nie ma, i albo ich zwolni, albo zamknie interes – wyjaśnia nasz rozmówca z Solidarnej Polski.

Jako kontrprzykład udanej kampanii podaje właśnie polityków Solidarnej Polski, którzy startowali z dalszych miejsc, ale wspierani na plakatach przez Ziobrę i Jakiego przebojem wdarli się na szczyty. To np. Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości. – Byli ideowi, radykalni, dynamiczni. Głosowali na nas ludzie młodzi, którzy chcieli zmian. Przez taką kampanię, jaką prowadził w tych wyborach PiS, ludzie młodzi głosowali na Konfederację.

Solidarna Polska przypomina, że Jaki jako kandydat na prezydenta miasta miał w Warszawie więcej głosów niż teraz Kaczyński, a Ziobro, startując ze Świętokrzyskiego, miał podobne notowania jak Morawiecki w Katowicach.

Jeden z polityków PiS cieszy się: – Procentowo wynik Morawieckiego jest taki, jaki cztery lata temu zrobił w Katowicach PiS bez niego. A w kampanii nawet święto narodowe na Śląsk przenieśliśmy – drwi z obchodów 15 sierpnia w Katowicach.

Rządu szybko nie będzie

Gra toczy się dalej, jednak już nie o stanowiska premiera, ale o stołki ministrów. Tuż po wyborach z centrali PiS dochodziły wieści, że rząd będzie szybko. Plany pokrzyżowały jednak wyniki wyborów do Senatu, w którym PiS straciło większość. Teraz słychać, że „rząd powstanie w najpóźniejszym możliwym terminie”. Według konstytucji prezydent musi desygnować premiera najpóźniej dwa tygodnie po pierwszym posiedzeniu Sejmu. Nazwisko przyszłego premiera musi więc być znane najpóźniej 26 listopada.

– Dopóki jest stary rząd, mamy szereg różnych możliwości, żeby przekonać osoby, które nie wierzą w geniusz PiS, by jednak nas poparły – mówi polityk PiS.

Ponieważ nie ma żadnych politycznych decyzji, mnożą się spekulacje. Są już pierwsze nazwiska na rządowej giełdzie. Rządową karierę kończy Witold Bańka, wybrany na szefa Światowej Agencji Antydopingowej. Ziobryści chcą tego resortu dla byłego wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia, dziś pełnomocnika ds. pomocy humanitarnej. Gowin chce wzmocnić szefową resortu przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz. W partii spekulują, że mogłaby stanąć na czele Ministerstwa Energii, którym dziś kieruje Krzysztof Tchórzewski kojarzony z Szydło.

W grze jest też Ministerstwo Środowiska – tym zarządza Henryk Kowalczyk, to również zaufany człowiek byłej premier. – Szydło też będzie miała coś do powiedzenia w rządowej układance. Niech się Gowin tak nie spieszy do wycinania jej ludzi – komentują w PiS.

W Porozumieniu też analizują wyborcze wyniki i niektóre wnioski są podobne do tych, jakie przedstawiają ziobryści – utrata głosów przedsiębiorców. Stąd zapowiedź Gowina, że jego posłowie nie zagłosują za zniesieniem 30-krotności składek ZUS. To oznacza konieczność zmiany budżetu, który PiS przyjął we wrześniu, głosząc, że jest to pierwszy budżet od 30 lat bez deficytu. Bo 30-krotność miała dać 5,1 mld zł.

Gowin w Wirtualnej Polsce: – Myślę, że ten temat zostanie zdjęty z agendy. To uderzenie w wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, najbardziej kreatywną część społeczeństwa. Do takiego uderzenia Porozumienie nie przyłoży ręki.

O tej kandydaturze spekulowano od kilku dni. Właśnie została oficjalnie zgłoszona, a pismo w tej sprawie podpisał Grzegorz Schetyna.

O sprawie jako pierwsza informowała Polityka Insight. „Wyborcza” potwierdziła te doniesienia w Platformie Obywatelskiej. Schetyna zgłosił Tuska podczas szczytu EPL.

Europejscy chadecy wybierają swoje władze pod koniec listopada na zjeździe w Zagrzebiu. – Jest wielka mobilizacja. Jedziemy tam, żeby wybrać Tuska i jestem przekonany, że jego kandydatura przejdzie – mówi „Wyborczej” jeden z europosłów PO. Do tej pory szefem EPL był Francuz Joseph Daul.

Sam Tusk sugerował już, że może zostać szefem EPL.

– Niewykluczone, że tak będzie. Rozstrzygnięcie zapadnie w listopadzie. Zaangażowanie w EPL nie wyklucza zaangażowania w sprawy krajowe, inaczej niż w przypadku szefa Rady Europejskiej. Nie mówię tu o wyborach prezydenckich, ale o powrocie do aktywności w życiu publicznym w Polsce. Ewentualne przywództwo w EPL nie powstrzyma mnie przed pełnym zaangażowaniem w sprawy Polski – powiedział Tusk w rozmowie z dziennikarzami już po wyborach w Polsce.

Na większą swobodę działań Tuska zwracają też uwagę politycy PO, z którymi rozmawiała „Wyborcza”. Podkreślają, że jako szef Rady Europejskiej Tusk musiał zachować dystans do sytuacji w Polsce, bo reprezentował całą Unię Europejską. Jeśli zostanie wybrany, będzie nadal ważną figurą w Europie, ale już z pełnym mandatem do angażowania się w polskie sprawy jako szef chadeków.

Europejska Partia Ludowa to ugrupowanie zrzeszające chadeków, ludowe i konserwatywno-liberalne partie z krajów UE. Jej członkami w Polsce są PO i PSL.

Wyniki wyborów 2019. Ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne.

Czwartek wieczorem. Moi znajomi udostępniają na Facebooku najnowszy post Franka Sterczewskiego, nowego posła Koalicji Obywatelskiej z Poznania. Franek to bohater tego tygodnia: z ostatniego miejsca na liście zrobił trzeci wynik, poparło go 25 tys. ludzi, telewizje robią o nim materiały, zapraszają do dyskusji w studiu. A Franek czaruje, zapowiada, że będzie posłem w trampkach, a nie lakierkach, że chce łączyć, a nie dzielić, że marzy mu się wspólne pieczenie pizzy pod Sejmem.

Wybory parlamentarne 2019. Franciszek Sterczewski odrzuca propozycję Kancelarii Sejmu

Czym zachwycił tym razem? Pani z Kancelarii Sejmu zaprosiła go na szkolenie dla nowych posłów. Chciała zarezerwować miejsce w samolocie, ale Franek odmówił. Woli jechać pociągiem i to drugą klasą. Pani w szoku, a internauci zakochani: „Można? Można!”, „Dobrze oddany głos!”, „Nowa klasa polityczna”, „Taki kierunek przywraca nadzieję”. Tysiące lajków, setki udostępnień.

Moja pierwsza myśl: czy naprawdę jest się czym zachwycać? Podróż pociągiem z Poznania do Warszawy, z centrum do centrum, zajmuje niecałe trzy godziny w warunkach dość komfortowych. Samochodem do stolicy jedzie się dłużej. A samolot co prawda leci tylko godzinę, ale trzeba doliczyć odprawę, dojazd na lotnisko i z lotniska.

Poznań to nie Szczecin czy Wrocław, gdzie wybór samolotu mógłby mieć sens, bo zauważalnie skracałby czas podróży. To, że nowy poseł zdecydował się na pociąg, jest zatem racjonalnym wyborem, a nie żadnym heroicznym czynem. Tak podróżują tysiące ludzi.

Wybory parlamentarne 2019. Wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu

Ale potem przychodzi druga myśl – ta ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne i jak nisko upadła tzw. klasa polityczna.

Pamiętamy słynne małżeństwo Łyżwińskich, posłów Samoobrony, którzy wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu.

Pamiętamy prezydenta Andrzeja Dudę, który jako poseł nocował za publiczne pieniądze w poznańskich hotelach. Ponoć miało to związek z jego poselskimi obowiązkami, choć dziwnym trafem w tych samych terminach prowadził zajęcia na prywatnej uczelni pod Poznaniem.

Pamiętamy „aferę madrycką”, gdy trzech posłów PiS poleciało do stolicy Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi, jednocześnie biorąc z Sejmu pieniądze za podróż samochodem.

Pamiętamy wreszcie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który rządowy samolot zamienił w podniebną taksówkę, zabierając do niej rodzinę i znajomych.

To wszystko sprawia, że dla wielu osób coś zwykłego urasta nagle do rangi czegoś niezwykłego. Ekscytuje, budzi szacunek. To dobrze, że Franek Sterczewski już nie w randze ulicznego happenera, lecz posła na Sejm pokazuje nam, że podróż pociągiem to nie powód do wstydu, lecz racjonalny wybór. Spółka Intercity już powinna biec z podziękowaniami. Ale chyba wszyscy byśmy chcieli, by Franek Sterczewski zapisał się w historii parlamentaryzmu jeszcze czymś więcej.

Prezydent Austrii chwalił się podróżą pociągiem na Szczyt Klimatyczny w Katowicach, tak jak nowa prezydentka Słowacji  Zuzanna Czaputova, która koleją wybrała się na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. W Nowym Jorku Czaputova szła na Szczyt Klimatyczny pieszo, bo stwierdziła, że nie będzie wsiadać do limuzyny tylko po to, żeby przebyć dystans kilkuset metrów. Teraz do tego grona dołączył pan, chyba jako pierwszy polityk, publikując zdjęcie z wagonu Wars i historię o tym, jak odmówił pan lotu do Warszawy i poprosił o bilet na pociąg.

Franek Sterczewski: – Jestem zaskoczony, że ten wpis przyciągnął aż tyle uwagi. Widocznie jeszcze nasza klasa polityczna jest uważana za odklejoną od społeczeństwa. Ale ważne jest, żebyśmy zwracali uwagę na to, czym się poruszamy po mieście na co dzień i na dłuższych dystansach.

Chcę iść za ciosem i zachęcać innych posłów i posłanki, by publikowali swoje zdjęcia w transporcie publicznym. Niech nas wszyscy zobaczą, przecież nie jestem jedyny. Wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski też jeździ tramwajem. Pokażmy, że jest nas więcej, i spróbujmy stworzyć modę na transport zbiorowy. Zaproponowałem nawet hasło, „make zbiorkom [skrót od transportu zbiorowego] great again” [uczyńmy transport zbiorowy znowu wspaniałym].

Zastanawiam się, jaka to oszczędność czasu dla polityków – latanie samolotem zamiast jazdy pociągiem.

Z Poznania do Warszawy jeszcze nie leciałem, ale podejrzewam, że byłbym z 30 minut szybciej niż pociągiem. Nie jest to warte kosztów dla środowiska. Nie wiem, dlaczego tak wielu posłów decyduje się na samolot. W Poznaniu mamy jednak czołówkę lotników sejmowych, polityków latających do Warszawy rekordowo często. Nie chcę demonizować latania, ale powinno ono być ostatecznością.

Poza tym uważam, że gdyby posłowie częściej jeździli pociągami, więcej by wiedzieli o mankamentach kolei i rozumieli wyzwania. Bo transport zbiorowy zasługuje na swoje miejsce wśród priorytetów zamiast autostrad i transportu indywidualnego. Bo jest bardziej ekologiczny i wydajny.

Ale nie skończy się u pana na wpisach w mediach społecznościowych?

Chcę dostać się do komisji infrastruktury i działać w kierunku zwiększenia środków na komunikację zbiorową. Chcę stać się rzecznikiem zbiorkomu. Na kolei połączeń musi być więcej. A w przestrzeni miejskiej? Trzeba postawić na drogi rowerowe, autobusy, tramwaje. Musimy myśleć o komunikacji miejskiej jako o systemie naczyń połączonych. Trzeba liczyć, ile zajmuje mieszkańcom dojście z domu na dany przystanek, ile trwa podróż autobusem i ile jest stojaków rowerowych koło dworca kolejowego, bo część z nas przesiada się z roweru na pociąg. O transporcie trzeba myśleć kompleksowo.

Cieszę się, że  zbiorkom zaczął funkcjonować w kampanii wyborczej. PiS chce powrotu PKS-ów i choć źle się do tego zabiera, zwrócił uwagę na ogromny problem zanikania połączeń autobusowych.

Bo transport to dostęp do normalnego życia, do usług. Jeśli ktoś jest z małej miejscowości, transport to dostęp do lekarza, edukacji, korzystania z kultury. Nie wszyscy mają prawo jazdy, połowa kobiet go nie ma. Są wykluczone nie z przywilejów, tylko z załatwiania zwykłych codziennych spraw, choćby korzystania ze świadczeń zdrowotnych.

Podczas kampanii wyborczej rozdawałem na dworcu kawę wcześnie rano i spotkałem jednego dnia dwie kobiety z Koszalina. Okazało się, że przyjechały do Poznania do lekarza, bo w Koszalinie nie było akurat tego specjalisty, którego potrzebowały. Zdziwiłem się, że były zmuszone podróżować aż pięć godzin, żeby iść do lekarza. To pokazuje, że jak myślimy o dostępie do transportu, to tak naprawdę myślimy też o dostępie do opieki zdrowotnej, szkół czy innych instytucji. Dyskusja o transporcie jest dyskusją o demokracji w państwie: na ile jest ono dostępne równo dla wszystkich, także dla osób biedniejszych, których nie stać na auto?

Dyskusja o transporcie to też dyskusja o smogu i relacjach międzyludzkich. Czy spotykając się z ludźmi w tramwaju, nie jesteśmy bardziej otwarci na drugiego człowieka, niż gdy odizolowani jedziemy samochodem?

Znowu, nie mam pretensji do kierowców i nikogo nie chcę na siłę przesadzać do autobusu. Ale jest masa ludzi, która chce mieć alternatywę.

Czy po nowym rozdaniu, z napływem nowych posłów i posłanek, w tym z list Lewicy, transport zbiorowy ma większą szansę, by stać się priorytetem?

Jest na to szansa, ale nie łączyłbym tego z barwami politycznymi, a bardziej ze zwiększającą się  świadomością posłów i posłanek. W ramach jednego ugrupowania poglądy mogą być bardzo różne. Pamiętajmy, że to konserwatyści, jak Michael Bloomberg czy Boris Johnson, przeprowadzali rewolucje transportowe w Nowym Jorku i Londynie i na przykład wprowadzili drogi rowerowe na wielką skalę. Więc to nie do końca kwestia światopoglądu, tylko umiejętności nowoczesnego zarządzania transportem.

Kurz bitewny opadł, emocje się wyciszyły i można wreszcie ze spokojem podejść do wyników wyborów Roku Pańskiego 2019. Czas więc na pewną refleksję, wolną od skoków adrenaliny. Czas na ocenę.

Zacznijmy od PiS. Choć partia prezesa wygrała i ma większość parlamentarną, to jakoś nie widać euforii wśród polityków i chyba słusznie, bo postawiony cel nie został osiągnięty. Miała być większość konstytucyjna, która pozwoliłaby na demolkę Konstytucji. Miała być większość, która mogłaby zablokować weto prezydenckie w sytuacji, gdy jednak pan Andrzej Duda nie zostanie ponownie prezydentem. Miał być też Senat w odpowiednich rękach, by nie przeszkadzać i wspomagać rujnowanie Polski. Skończyło się tylko na marzeniach, a to bardzo zabolało.

A przecież PiS władował tyle energii i sił w kampanię wyborczą. Korzystając z uprzywilejowanej pozycji partii rządzącej, rozpoczął ją już wtedy, gdy trwał wyścig do ław w Europarlamencie, czyli w okolicach stycznia 2019 roku. Jak pamiętam, na spotkaniach w terenie PiS umiejętnie wplatał w agitację wyborczą do Brukseli wątki polityki wewnętrznej. Spotkania były zdominowane przez sukcesy socjalne, gospodarcze, finansowe i to tylko cud lub zwykły przypadek, że znalazło się tam malutkie miejsce na tematykę związaną z Unią Europejską.

Po wyborach do UE PiS pod pozorem spotkań władzy z wyborcami znowu ruszył w Polskę. Niby chciał pokazać, jak to jest blisko zwykłego obywatela, pogadać o osiągnięciach, wbić do głowy wszystkie sukcesy, na które Polak może liczyć tak długo, jak długo prezes będzie rządził, a tak naprawdę była to nieźle zakamuflowana forma kampanii wyborczej do rodzimego parlamentu. Dzięki pomocy Dudy, który ogłosił termin wyborów na ostatnią chwilę, partia zyskała dobre 3 miesiące przewagi nad pozostałymi partiami i spokojnie, bez zakłóceń mogła prowadzić tę swoją agitkę. Nie ukrywam, że miałam duży problem z tym rozjazdem rządzących po Polsce. Zastanawiałam się, w jakim stopniu za te spotkania płacę ja jako podatnik, a w jakim partia prowadząca już kampanię. Odnoszę wrażenie, że zostałam zrobiona w konia i dołożyłam sporo kasy do tej gierki.

Dodatkowym atutem PiS-u, który miał dać oszałamiające zwycięstwo, to media publiczne, które śmiało możemy nazwać reżimówkami. Złamane zostały wszelkie zasady dotyczące publikowania materiałów i organizowania spotkań z poszczególnymi komitetami wyborczymi. Proporcje totalnie zaburzone, co zauważyli nawet obserwatorzy OBWE, wskazując na te nieprawidłowości.

Nie zapominajmy też o roli Kościoła. Przyglądając się wyborcom PiS, wiemy, że to przede wszystkim mieszkańcy wsi, miasteczek i miast poniżej 500 tys. Wiadomo, kto w tak małych społecznościach odgrywa największą rolę, cieszy się największym zaufaniem. Oczywiście ksiądz… Agitacja z ambony, oddawanie głosu politykom PiS, by mogli przemówić do zgromadzonych na mszy, oplakatowanie parafii, no i wielkie wsparcie ludzi pokroju Jędraszewskiego, którzy mają w nosie, iż złamali artykuł 1 konkordatu. Sytuację mamy więc jasną – Kościół plus reżimówka (bo innej telewizji raczej wyborcy PiS nie oglądają) dają nam taki właśnie wynik PiS-u.

Tyle pracy, tyle wysiłku, tyle kasy partyjnej i naszej, podatników, a efekt daleki od zamierzonego. Mało tego, sojusznicy PiS urośli w siłę, co prezesowi zapewne też spędza sen z oczu. W wyborach 2015 roku partia Gowina zdobyła 12 mandatów, a Ziobry 8, co oznacza, że PiS miało 215 posłów ze swojej formacji. Teraz Gowin ma 18 mandatów, Ziobro 17, a PiS 200, co znacznie umacnia obu panów i zmusza biednego prezesa do większego wysiłku koalicyjnego. A wszyscy świetnie wiemy, że nie cierpi on dzielić się władzą i to dla niego wielka, sromotna wręcz, porażka. O przegranej walce o Senat to już nawet nie wspominam…

Nie można więc dziwić się prezesowi i jego ludziom, że nie tryskają energią, robią dobrą minę do złej gry. No, nie udało się. Na dodatek, na opozycyjne partie zagłosowało w sumie więcej obywateli niż na PiS, co dla Kaczyńskiego zupełnie niezrozumiałe i równie bolesne. Ech, biedny prezes. A już się widział w roli jednowładcy…

Czas teraz na podsumowanie partii opozycyjnych. Czy mają powód do radości i mogą być dumne ze swoich kampanii? Skupmy się na PO, bo PSL jednak może się cieszyć, podobnie jak i Lewica, która wróciła do Sejmu.

Tłumaczenie, że partia Schetyny nie miała możliwości rozwinięcia skrzydeł, bo kampania była bardzo krótka, wydaje mi się bezzasadnym usprawiedliwieniem własnej niemocy. 4 lata! 4 lata miało PO, by dobrze się przygotować, mieć już opracowany dokładnie program, zmobilizowanych członków, którzy na dany sygnał ruszają w teren, świetnie i merytorycznie przygotowani do rozmów z wyborcami. Cała logistyka kampanii powinna być dopracowana do najmniejszego szczegółu, podobnie jak pakiet propozycji czy materiały wspomagające w pełnej gotowości.

A tu co? Hasło do ruszenia z kampanią rzucone, a tu dopiero pierwsze, dość nieporadne próby zbudowania wspólnej koalicji, tworzenie programu, wrzucanie haseł o charakterze antyPiS, które chyba miały zastąpić brakujące ogniwa, wskazanie osoby na premiera na krótko przed samymi już wyborami, jakiś taki marazm w terenie i przegrane bitwy na ulotki, plakaty czy banery. Odniosłam wrażenie, jakby ta kampania przerosła liderów PO, zabrakło na nią pomysłu. Było dużo chaosu, jakiegoś bałaganu, co na pewno odbiło się na wyniku końcowym.

Tak naprawdę największą robotę dla PO zrobili ludzie, członkowie opozycji ulicznej, stowarzyszeń obywatelskich i ci, dla których rządy PiS-u to wielka porażka Polski. To oni biegali z ulotkami, rozmawiali na ulicach miast i miasteczek z ich mieszkańcami. Wszędzie ich było pełno, nawet tam, gdzie polityków PO praktycznie nie widziano. To oni wzięli na swoje barki całkowitą odpowiedzialność za kampanię PO i tylko zastanawia mnie jedno. Co by było, gdyby nie ten ogromny wysiłek samych obywateli? Ludzi, którzy wzięli sprawę w swoje ręce i nie tyle wsparli PO, ile przejęli na siebie większy ciężar jej kampanii? Jakoś nie widzę i nie słyszę, by politycy PO zdawali sobie sprawę, kto tak naprawdę wypracował ich wynik w wyborach. Idealnie wykorzystali ludzi, by móc ogłosić SWÓJ sukces. A czy zdobycie nieco ponad 27% poparcia to rzeczywiście powód do dumy?

No i na koniec chciałabym słów kilka o nas, Polakach, mieniących się obrońcami demokracji, którzy chcą zbudować nową, demokratyczną Polskę, w oparciu o odpowiednie zasady i nową jakoś
w polskiej polityce, wolną od hejtu, agresji i wręcz chamstwa. Hm… uważam, że przegraliśmy na całej linii i to na własne życzenie.

Demokratów portret własny pokazany w mediach społecznościowych aż zmusza do zastanowienia się, czy to rzeczywiście grupa, której Polska leży bardziej na sercu niż własne wizje i prawdy. Przypominam, że media społecznościowe odgrywają wielką rolę opiniotwórczą, a ten pokaz, jaki sami sobie Polacy zafundowali, wołał o pomstę do nieba. Były ostre kłótnie z niewybrednymi epitetami, obrażanie się, dowalanie. Była bezpardonowa walka z każdym, kto miał inne zdanie czy też obstawiał inną partię opozycyjną. Było blokowanie dotychczasowych znajomych, z którymi spędziło się wiele czasu na protestach i manifestacjach ulicznych, a nawet wywalanie ich z grupy swoich znajomych. Piętnowanie za samodzielne myślenie i niewpisywanie się w jedyną „słuszną” prawdę.

Opozycja pokazała swoją twarz, która do najładniejszych nie należy. Czemu miała służyć ta jazda po kandydatach do parlamentu czy ostra krytyka liderów? To czarnowidztwo z góry zakładające, że opozycja partyjna nie ma szans, bo i tak przegra z kretesem? Ta retoryka, często rodem z szamba? Totalne skłócenie, wzajemna niechęć, na siłę forsowanie własnych racji, dzielenie opozycji na tę lepszą i gorszą, rynsztokowe wielokrotnie słownictwo… czy to miało zachęcić do udziału w wyborach, czy przyciągnąć tych niezdecydowanych? Kto poprze tak zwalczające się środowisko, pełne wzajemnych pretensji, chwilami wręcz nienawiści?

Ech… czas na podsumowanie. Ani PiS, ani PO nie mogą odtrąbić swojego zwycięstwa, bo żadna z tych partii nie osiągnęła zamierzonego celu. Warto też uzmysłowić sobie, że za wyniki wyborów odpowiadamy my wszyscy, tylko nie każdy ma odwagę dostrzec, jaką rolę odegrał w tym spektaklu i woli szukać winnych wśród liderów partyjnych. Opozycji przez 4 lata nie udało się zjednoczyć sił i stanąć ponad swoją prywatą. Nie udało się na tyle przesiąknąć demokracją, by móc z otwartą przyłbicą o nią powalczyć. Partie opozycyjne, choć udało im się dostać do parlamentu, nie przełamały przewagi PiS, bo również nie wykorzystały tych 4 lat, by wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów, solidnie przygotować się do wyborów, zrozumieć, że to one są dla obywateli, a nie odwrotnie.

Nikt nie wygrał 13 października, ale za to jest jedna wielka przegrana. To Polska.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Syf rządzi Polską, czyli PiS

5 Wrz

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników grupy niezmiernie cieszyło to, że posłem PO zajęły się „Wiadomości” TVP.

Oto fragment rozmowy między nimi: – „Wiadomości” w TVP pierwsza klasa. Można spokojnie weekend spędzać”; – „Brejza jest symbolem patologii III RP. Mistrzostwo świata. Nawet jak mówią o Lenzie to walą w Brejzę”.

Utworzyli też na Facebooku stronę poświęconą i posłowi PO, i jego ojcu prezydentowi Inowrocławia Ryszardowi Brejzie. Początkowo jej administratorem miał być Stachowiak, ale się wycofał. Jeden z członków tajnej grupy zaproponował więc: – „Najlepiej jakby ktoś z lewych kont to [stronę na FB] obsługiwał”.

Najpierw Radosław Sikorski złożył na Twitterze „donos” na samego siebie. – „W związku z ujawnieniem działania w Polsce systemu Pegasus pragnę zawczasu przyznać się, że pisząc kiedyś na Whatsapp do mec. Romana Giertycha wyraziłem sceptycyzm co do kryształowej uczciwości Pana Prezesa kochanego w zw. ze Srebrną. Proszę o łagodny wymiar kary Prokuraturę Krajową” – napisał obecny europoseł PO. O rzeczonym systemie w artykule „Sasin określił kto nie musi się bać Pegasusa”.

Giertych w odpowiedzi napisał: – „Ja natomiast chciałem się przyznać, że wspominając w SMS-ach do Radosława Sikorskiego scenę, którą zdumiony kiedyś obserwowałem, gdy sam prezes złożył na jego ręce gorący pocałunek, nie zawsze zachowywałem konieczny w takich wspomnieniach umiar i powściągliwość sądów”.

Doszło do tego w 2007 roku przed posiedzeniem rządu, którego premierem był wówczas Jarosław Kaczyński. Witając się z ministrami, ucałował rękę Sikorskiego.

Wymiana tweetów między Sikorskim a Giertychem nie uszła uwadze internautów: – „Loża szyderców najwyższych lotów”;

„Skrucha tu nic nie pomoże, bo wrogów ludu i władzy prezesowej winno się z całą mocą prawa na zesłanie tylko skazać – tak na 20 lat z okładem”; – „Może wpłata jakiejś kwoty na Caritas załatwi sprawę?”.

Mateusz Morawiecki przez ostatnie cztery lata odbył prawie 400 lotów rządowymi samolotami, Andrzej Duda zaliczył w tym czasie 642 loty – wynika z zestawienia Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, monitorującej loty najważniejszych osób w państwie. Do wykazu dotarli dziennikarze TVN24.

Najciekawszym wątkiem w tym zestawieniu zdaje się być wykorzystywanie przez premiera wojskowych samolotów CASA do kręcenia filmu ze sobą w roli głównej. Chodzi o film „Poland: The Royal Tour” dla amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. Morawiecki wcielił się w nim w rolę przewodnika po naszym kraju.

Kilka ujęć nakręcono w wojskowym samolocie CASA, który z Morawieckim i amerykańskim filmowcem Peterem Greenbergiem najpierw poleciał z Krakowa na wojskowe lotnisko koło Lęborka, a stamtąd do Warszawy. Zdjęcia CASY o numerze bocznym „22” oraz premiera rozmawiającego z dziennikarzem podczas lotu opublikował w internecie sam amerykański dziennikarz. Poza tym, żeby kręcić kolejne ujęcia w innych miejscach Polski, Morawiecki wielokrotnie wykorzystywał czarterowane od LOT-u Embraery.

Wszystkie te przeloty miały status HEAD, czyli powinny być nim objęte podróże „w misji oficjalnej” prezydenta, premiera, marszałka Sejmu i Senatu. Według tej procedury, w stanie gotowości muszą być dwie załogi, samolot zapasowy, wojskowi z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Służba Ochrony Państwa, służby kontroli lotów i meteorologicznej. Jak obliczyli dziennikarze TVN 24, w całą operację może być zaangażowanych nawet 200 osób.

>>>

Opinię publiczną uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Jedna z największych pretensji do Jarosława Kaczyńskiego i jeden z największych powodów niedowierzania po stronie zwolenników opozycji od lat brzmi następująco: jak to możliwe, że ktoś taki, kawaler, który z nikim nie mieszka i nie ma dzieci, o zaniedbanym wyglądzie i aroganckim sposobie bycia uwiódł 40-milionowe społeczeństwo i stworzył partię mającą rodzinę na sztandarach i duże poparcie? Podobne zdziwienie wybrzmiało zresztą, gdy okazało się, jak popularna jest wśród elektoratu PiS Beata Szydło. Bo przecież taka przaśna, zahukana – mówiono – niesamodzielna i nie zachowuje się jak przywódczyni dużego kraju.

A ja pamiętam wybory, w których naprzeciw siebie stanęli wysoki, grubo powyżej 1,80 centymetrów wzrostu, kulturalny i pobożny doktor prawa – Marian Krzaklewski i sporo niższy, niezbyt szczupły (mimo przedwyborczego odchudzania), nawet nie magister, wyśmiewający katolicką wiarę (pamiętacie ministra Siwca, który błogosławił ziemię kaliską?), wielbiciel przaśnego disco polo – Aleksander Kwaśniewski. I co? Kwaśniewski nie tylko wygrał z Krzaklewskim. On wygrał, bo jak się później okazało, większość Polaków głosując na niego byłą święcie przekonana, że jest wyższy od Krzaklewskiego i ma lepsze wykształcenie.

Wniosek z tego i wówczas, i dziś jest dokładnie taki sam. Ludzie nie wiedzą. Ludziom się wydaje, że wiedzą, myślą, że wiedzą, a to spora różnica. Ludzie nie są też poinformowani, choć oczywiście sądzą i święcie wierzą, że są poinformowani. Jeśli do tego dorzucimy mity, wyobrażenia i iluzje praktycznie na każdy temat, które większość bierze za rzeczywistość, ogrom stereotypów, uprzedzeń i lęków, najczęściej irracjonalnych, którymi żyje tłum, czyli tak zwana opinia publiczna, staje się jasne, że żaden prosty, obiektywny fakt nie ma najmniejszych szans wywrzeć wrażenia na zbiorowej świadomości. Tłum uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Poniekąd to logiczne: w dzisiejszym przebodźcowanym świecie, pełnym nie tylko tysięcy informacji domagających się naszej uwagi, ale i tysięcy dźwięków, wrażeń, zapachów i decyzji, żeby nie zwariować, musieliśmy stać się mentalnie i intelektualnie otępiali i gruboskórni. Inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. Dlatego w polityce wygrywają ci, którzy potrafią swoje prymitywne prawdy (bo te bardziej skomplikowane są już zbyt skomplikowane) wbijać bliźnim propagandowym młotkiem do głowy. Cisi, subtelni, skromni i mądrzy nie mają żadnych szans.

Oznacza to nie tylko, że narzekanie i tęsknota za starymi dobrymi czasami nie ma sensu: bo nie ma już u władzy (a i w społeczeństwie niewielu) ludzi, którzy je tworzyli. Stare czasy już nie wrócą. Nigdy. Dzisiejsi ludzie, „nowi ludzie”, są inni. Szybsi. Płytsi. Przedkładający wideo nad słowo pisane, szybką obserwację i szybkie wnioski, zamiast nużących intelektualnych rozważań. Myślący o sobie – swoim wizerunku, wadze, przyszłości, rozwoju…. A nie o świecie, rzeczach i zjawiskach. I tak już będzie albo jeszcze gorzej.

Ale oznacza to także, że musimy przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że w polityce przestaje być ważne, jakie rzeczy są, a liczy się tylko, jakie się wydają, jakimi umiemy je przedstawić i jak „sprzedać”. Dlatego nie jest ważne, czy i komu podoba się Jarosław Kaczyński, jest ważne, jaki jego i jego partii wizerunek udało się sprzedać ludziom. I – być może to Państwa zszokuje – nie uważam, że to wina PiS czy innych populistów. Nie! To nasza odpowiedzialność, bo to myśmy na to pozwolili i tak ukształtowali ten świat.

To nasze pokolenie siedziało z nosami w komórkach i wymyśliło 24-godzinne telewizje informacyjne, wymuszające płyciznę i pustotę. To nasze pokolenie produkowało telewizyjną tandetę, by teraz użalać się nad niskimi gustami Polaków. Stawiało na „skróty komunikacyjne” i klikalność zamiast na rzetelność i kulturę. Pomyliło agresję z siłą, wywindowało powszechny (a więc najczęściej tandetny) gust do rangi wyroczni.

To, co nas spotyka i na co tak bardzo narzekamy, to nic innego jak konsekwencja naszej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni i chciwości – zysku, łatwych wrażeń i pieniędzy i łatwych rozwiązań skomplikowanych problemów. I co? I nic. Dlatego przyzwyczajajmy się, bo jeśli niczego nie zmienimy, to tak już teraz na świecie będzie. Nie tylko w polityce.