Tag Archives: Koalicja Obywatelska

Sprzątanie Polski po PiS wcale nie będzie łatwe, ani przyjemne. Z życia pasqud 19

14 Lip

„Zaczniemy od aktu odnowy demokracji; jednym zbiorem ustaw usuniemy cały śmietnik bezprawia, wszystko to, co niekonstytucyjne, co łamie wolność, co jest niepraworządne” – zapowiedział Grzegorz Schetyna. Lider PO przedstawił dziś 6 punktów programu Koalicji Obywatelskiej. – „Stawiamy na samorząd i decentralizację, referenda po zebraniu 1 mln zł podpisów będą obligatoryjne, głosować będzie można także przez internet” – stwierdził Schetyna.

Skupił się przede wszystkim na sytuacji w służbie zdrowia. – „Ludzie widzą, że służba zdrowia się sypie. Nasz projekt europejskiej ochrony zdrowia pozostaje w mocy. Termin oczekiwania do specjalisty nie będzie dłuższy niż 21 dni. Oczekiwanie na SOR nie może trwać dłużej niż 60 minut. Program walki z rakiem będzie według europejskich standardów. To jest nasza twarda obietnica – podkreślił Schetyna. PO chce przywrócić program in vitro i pełną dostępność badań prenatalnych. Przygotowany jest także specjalny pakiet dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Lider PO powiedział, że nauczyciele dostaną podwyżki, których domagali się podczas niedawnego strajku. Nie będzie jednak żadnej nowej reformy. – „Szkoła nie kojarzy się dziś z szóstkami, a koszmarnym bałaganem i tysiącami dzieci, które wpadły w pułapkę Zalewskiej. Nie będziemy do tego zamieszania dokładali nowej reformy, trzeba posprzątać i uspokoić sytuację” – stwierdził lider PO.

„Wzrost pensji Polaków będzie naszym oczkiem w głowie. Będziemy na to wpływać w pośredni sposób, choćby poprzez likwidację barier gospodarczych. Zniesiemy absurdalny zakaz handlu w niedziele. Stworzymy ramy, w których i pracodawca i pracownik będą zadowoleni. Polska znajdzie się w „dwudziestce” krajów najbardziej przyjaznych przedsiębiorczości na świecie. Będziemy wspierać rozwój firm” – mówił podczas Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej Schetyna. Ci, którzy zarabiają mniej niż 4,5 tys. zł brutto dostaną dodatkową premię, a dochód na rękę tych, którzy otrzymują płacę minimalną ma wzrosnąć o 600 zł.

Zapowiedział wprowadzenie związków partnerskich: – „Czas najwyższy, żeby każdy mógł mieć dostęp do informacji o najbliższej mu osobie, w szpitalu o stanie jej zdrowia i po niej dziedziczyć”. W programie PO przewidziano także szczegółowe rozwiązania dla osób starszych, w tym utrzymanie na stałe trzynastej emerytury. – „Zbudujemy centra rehabilitacji i domy pobytu. Program dla seniora dostępny będzie w całej Polsce – darmowe drobne prace domowe, taksówka do przychodni. Trzeba uwolnić tzw. więźniów czwartego piętra” – ogłosił lider PO.

W programie PO jest także mowa o ekologii. – „Jeśli nie dokonamy radykalnej zmiany, nasze dzieci nie zobaczą już świata, jaki znaliśmy. Zobowiązujemy się, że do 2030 r. wyeliminujemy węgiel w ogrzewaniu domów i mieszkań, do 2035 r. – w ogrzewaniu systemowym, a do 2040 r. – w energetyce” – stwierdził Schetyna. Zapowiedział wprowadzenie zakazu sprowadzania śmieci do Polski oraz ograniczenie zużycia plastiku.

Wielkich niespodzianek nie ma po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego tzw. jedynek PiS w nadchodzących wyborach parlamentarnych, może poza jedną, o czym za chwilę. Sam prezes oczywiście kandyduje z pierwszego miejsca w Warszawie, a jego „delfin”, czyli Mateusz Morawiecki został liderem katowickiej listy PiS.

Na ogłoszonej liście zabrakło nazwiska wicepremiera i przewodniczącego sojuszniczej z PiS partyjki Jarosława Gowina. – „Właśnie przed chwilą klapsa od Prezesa dostał imć Gowin. Za mało się cieszył, żeby dostać jedynkę na jakiejś liście” – skomentował jeden z internautów. Drugi szef partii sprzymierzonej z PiS Zbigniew Ziobro jest jedynką w Kielcach.

Tak na marginesie, prezes miał niejakie trudności z odczytywaniem listy 41 nazwisk. Kilkakrotnie się przejęzyczył. Obecnego ministra obrony narodowej przedstawił jako Mirosława Błaszczaka, a okręg mylił mu się z ojcem.

Pojawiły się pierwsze komentarze dziennikarzy. – „Ponad połowa jedynek na listach wyborczych PiS to drugi lub trzeci garnitur partyjnych działaczy, którzy nigdy wcześniej nie byli lokomotywami partii w okręgach. Odważne posunięcie w wyborach, w których stawka jest b. duża. Ale co zrobić, jak stara gwardia wysłana do Brukseli” – Andrzej Gajcy z onet.pl. – Wielkich zaskoczeń to „jedynki” PiS jednak nie przyniosły. Ciekawa decyzja o PMM na Śląsku. To nie jest okręg gdzie da się zbudować wielki komin poparcia” – Konrad Piasecki z TVN 24.

Legnica: Adam Lipiński
Wałbrzych: Michał Dworczyk
Wrocław: Mirosława Stachowiak-Różecka
Bydgoszcz: Tomasz Latos
Toruń: Jan Krzysztof Ardanowski
Lublin: Sylwester Tułajew
Chełm: Jacek Sasin
Zielona Góra: Marek Ast
Łódź: Piotr Gliński
Piotrków Trybunalskich: Antoni Macierewicz
Sieradz: Joanna Lichocka
Chrzanów: Rafał Bochenek
Kraków: Małgorzata Wasserman
Nowy Sącz: Arkadiusz Mularczyk
Tarnów: Anna Pieczarka
Płock: Łukasz Szumowski
Radom: Marek Suski
Siedlce: Krzysztof Tchórzewski
Warszawa: Jarosław Kaczyński
Warszawa II: Mariusz Błaszczak
Opole: Violetta Porowska
Krosno: Marek Kuchciński
Rzeszów: Krzysztof Sobolewski
Białystok: Dariusz Piontkowski
Gdańsk: Jarosław Sellin
Gdynia: Marcin Horała
Bielsko-Biała: Stanisław Szwed
Częstochowa: Szymon Giżyński
Gliwice: Bożena Borys-Szopa
Rybnik: Bolesław Piecha
Katowice: Mateusz Morawiecki
Sosnowiec: Ewa Michalik
Kielce: Zbigniew Ziobro
Elbląg: Leonard Krasulski
Olsztyn: Wojciech Maksymowicz
Kalisz: Jan Dziedziczak
Konin: Zbigniew Hofman
Piła: Krzysztof Czarnecki
Poznań: Jadwiga Emilewicz
Koszalin: Paweł Szefernaker
Szczecin: Marek Gróbarczyk

Dorota Brejza, żona posła PO i szefa sztabu wyborczego partii, w wywiadzie dla „Dużego Formatu” opowiedziała, jak wygląda życie jednego z bardziej atakowanych przez partię rządzącą polityków. – „Chcą go zniszczyć, osłabić, tak długo na niego pluć, aż odpuści. Propaganda w mediach publicznych ma ogromną siłę rażenia – wiemy, jak skończyło się to dla Pawła Adamowicza. Przed wyborami samorządowymi ordynarnie atakowano mojego teścia, prezydenta Inowrocławia. Bez skutku, teść został wybrany na kolejną kadencję w pierwszej turze. Żyjemy ze świadomością, jaką pewnie miało wielu ludzi walczących z władzą w PRL – propaganda nas nie oszczędzi, ale musimy robić swoje”.

„Nie wiem, czy on jeszcze ma co sobie wypruwać przy jego trybie pracy. Gra toczy się o ogromną stawkę, przyszłość Polski, o jej demokratyczną albo autorytarną wizję. Po kampanii każdy powinien mieć czyste sumienie, że zrobił wszystko, by odsunąć PiS od władzy” – podkreśliła Dorota Brejza. Powiedziała, że najbardziej obawia się, że w Polsce powtórzy się „scenariusz węgierski”: – „To oczywiste, że PiS zamierza kontynuować antypaństwową politykę, a po wyborach zawłaszczyć media i do końca opanować sądy. Trudno konkurować z rozdawnictwem pieniędzy, ale musimy mieć na to odpowiedź i umieć ją przedstawić. Pokazać, że PiS kompletnie nie potrafi rządzić, bo nie potrafi. Transfery socjalne to nie jest rządzenie. Który problem cywilizacyjny udało się rządowi PiS rozwiązać? Edukacja – leży, proszę spojrzeć, co się dzieje w sprawie rekrutacji. Służba zdrowia – leży, po leki ludzie jeżdżą 100 km, bo w aptekach brakuje pół tysiąca preparatów. Budownictwo mieszkaniowe – zna któryś jednego lokatora okrzyczanego sukcesem „Mieszkania plus”? Miało być 100 tys. mieszkań, a jest raptem kilka tysięcy, nawet nie 10 proc. planu wykonali. I mogłabym wymieniać dalej – zero kilometrów autostrad, zero pomysłów na innowacje, zero planu dla młodych, zero za walkę z ociepleniem klimatu”.

Dorota Brejza, która prowadzi własną kancelarię adwokacką, nie ukrywa, że wspiera męża. – „Mąż przygląda się temu, co robi PiS, i prześwietla tematy, które budzą jego wątpliwości. Wspólnie zastanawiamy się, jak najlepiej coś ująć. Omawiamy zagadnienia prawnicze”. Jednym z przykładów takiej współpracy była pisowska ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. – „PiS próbował po cichu, w swoim stylu, ją zmienić. Skutkiem byłoby drastyczne pogorszenie się sytuacji prawnej ofiar. Pojawił się chory pomysł, żeby Niebieska Karta była prowadzona tylko za zgodą osoby dotkniętej przemocą. To oczywiste, że kobieta, zwykle ofiara przemocy, odmówi zgody na wszczęcie procedury ze strachu przed katem, z którym mieszka. Za projektem stali adwokaci Ordo Iuris, dla nich skrajnie konserwatywna, patriarchalna wizja świata i integralność rodziny jest wartością ważniejszą niż godność człowieka i wzajemny szacunek. zmienić ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. (…) Krzyś napisał interwencję, ujawnił skandal na Twitterze. Problem dostrzegli inni politycy, dziennikarze, internauci. Rząd wycofał się ze zmian” – opowiada Dorota Brejza.

Przypomniała też jedną z najgłośniejszych afer w PiS, czyli sprawę premii przyznanych sobie i członkom rządu przez ówczesną premier Beatę Szydło – „To nie były żadne nagrody, bo nagroda jest za coś, tylko mechanizm wypłacania drugich, niesłusznych pensji. Największa do tej pory afera rządu PiS. W lutym ub.r. z KPRM przyszła odpowiedź na pytanie Krzysia o wysokość premii. Powiedziałam mężowi: „Zobacz, stworzyli sobie system drugich wypłat”. Krzysiu w debacie publicznej zaczął używać tego określenia. Zwróciłam też uwagę, że zwroty tych nienależnych pensji nie powinny być kierowane do Caritasu, ale do skarbu państwa. Pisowscy politycy niech uprawiają filantropię z własnej kieszeni, a nie z publicznych pieniędzy” – stwierdziła prawniczka.

Reklamy

Klęska PiS musi być totalna. Z życia paskud 18

13 Lip

Zanim poczołgamy się wszyscy na kolanach Krakowskim Przedmieściem w przebłagalnej procesji za to, że kiedykolwiek przyśniło nam się w Polsce nowoczesne społeczeństwo i praworządne państwo, że kiedykolwiek zamarzyliśmy o gospodarce rynkowej, emancypacji, twardym i nieodwracalnym zakotwiczeniu Polski w centrum liberalnego Zachodu, zanim zaczniemy za to wszystko przepraszać zastanówmy się na moment nad tym, gdzie Platforma Obywatelska, Koalicja Obywatelska, Koalicja Europejska wygrały, a Jarosław Kaczyński przegrał politycznie i kulturowo. I jak tę jego klęskę na zawsze utrwalić.

Cały koszmarny i skrofuliczny sojusz tronu Jarosława Kaczyńskiego z ołtarzem Tadeusza Rydzyka przegrał w polskich miastach. I to polskie miasta trzeba będzie przed Kaczyńskim i Rydzykiem obronić, aby prędzej czy później odzyskać całą Polskę.

W wyborach samorządowych do roku 2014 włącznie (czyli także wówczas, kiedy rządziły koalicje SLD-PSL czy PO-PSL) wielu kandydatów PiS dostawało się do drugiej tury nawet w największych polskich metropoliach, takich jak Warszawa, Wrocław czy Kraków. Tymczasem w 2018 roku – po trzech latach rządów PiS używających wszystkich możliwych metod karania, zastraszania, korupcji i propagandy – poparcie dla autorytarnej prawicy w miastach zmalało, a kandydaci PiS zostali znokautowani już w pierwszej turze. Właśnie

TEN WYBÓR POLSKICH MIAST POKAZUJE, ŻE MODERNIZACJI W POLSCE NIE DA SIĘ ZATRZYMAĆ, A DEMOKRACJI ZNISZCZYĆ.

W dodatku Polska nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, wręcz przeciwnie – potwierdza globalną regułę. Od Hongkongu po Stambuł, od Teheranu po Warszawę, od Caracas po Poznań, Trójmiasto czy Łódź – w każdym państwie i regionie świata, bez względu na dominującą religię, ustrój, a nawet etap społeczno-cywilizacyjnego rozwoju, to mieszkańcy metropolii i miast przeciwstawiają się autorytaryzmowi. Wszędzie są też podobnie znienawidzeni przez autorytarną władzę i jej ideologów. Epitet „lemingi”, który pod adresem liberalnych mieszczan wypromowała polska prawica, ma bowiem swoje bardzo dokładne odpowiedniki w antymieszczańskiej propagandzie Erdogana, Maduro czy ajatollahów.

Nowoczesność narodziła się w miastach

Dlaczego liberalne miasta buntują się pierwsze i dają się spacyfikować ostatnie – prawicowemu czy lewicowemu autorytaryzmowi? Otóż liberalna nowoczesność narodziła się w miastach. Przesądziły o tym związane z nimi nierozerwalnie awans społeczny, mobilność, własność, naturalne „wykorzenienie” (ucieczka z domu, zerwanie lub głębokie przenegocjowanie dawnej wiejskiej tradycji i tożsamości). Do tego dochodziły ponadnarodowe kontakty i naturalna międzykulturowość wielkich metropolii, będących często miastami portowymi.

To w miastach wybuchały wszystkie rewolucje, które zniszczyły feudalny porządek. W Londynie rozpoczęła się rewolucja Cromwella, w Paryżu rewolucja 1789 roku, a w Petersburgu rewolucja lutowa 1917 roku, parę miesięcy później spacyfikowana przez bolszewicki pucz.

DLACZEGO ZATEM NIE TYLKO NAJBARDZIEJ AUTORYTARNA PRAWICA, ALE RÓWNIEŻ ANTYLIBERALNA, TOTALITARNA LEWICA NIENAWIDZI MIAST? OTÓŻ REWOLUCJE, KTÓRE ROZPOCZYNAŁY SIĘ W MIASTACH, BYŁY REWOLUCJAMI MIESZCZAŃSKIMI, A NIE KOMUNISTYCZNYMI.

Wybuchały w imię awansu społecznego, wyzwolenia skrępowanych feudalnymi więzami ambicji „trzeciego, mieszczańskiego stanu”, a nie w imię „równości żołądków”.

Ideolodzy totalitarnej lewicy i prawicy nienawidzą miast, bo miasta i mieszczaństwo niszczą wszystkie ich założycielskie mity. W zderzeniu z bogactwem, rozwojem i wolnością miast nie ostaje się ani prawicowy mit idealnego feudalnego współżycia arystokracji i szlachty z ludem (nie mogło być „społecznej harmonii” tyłka i bata), ani lewicowy (dziś podzielany także przez radykalnych ekologów) mit wsi jako miejsca „komunizmu pierwotnego”, gdzie nie istniał „wyzysk człowieka przez człowieka”, a gospodarka nie zagrażała środowisku, bo była „reprodukcyjna, a nie eksploatacyjna”.

W dodatku zawsze okazywało się, że wieś nie jest wroga miastu, ale mu raczej zazdrości. Najbardziej ambitna młodzież wiejska masowo uciekała do miast w poszukiwaniu awansu, kariery, wolności. A później urabiała swoich rówieśników, a czasami nawet rodziców. W ten sposób

WIELKIE LIBERALNE METROPOLIE POTRAFIŁY ZMIENIAĆ TOŻSAMOŚĆ CAŁYCH OTACZAJĄCYCH JE REGIONÓW.

Także dziś miasta spędzają sen z oczu wszystkim antyliberalnym tyranom. Kilka dekad po zwycięstwie islamistów w Iranie Teheran oraz Isfahan stały się widownią najbardziej masowych wystąpień przeciwko władzy ajatollahów. W czasie krwawo stłumionych zamieszek z 2009 i 2018 roku żądania poprawy warunków życia mieszały się z żądaniami przywrócenia podstawowych obywatelskich i obyczajowych swobód. Także w Turcji po blisko dwóch dekadach niezagrożonej władzy Erdogana twierdzami opozycji pozostają największe i najbardziej zokcydentalizowane metropolie Turcji – Ankara, Stambuł i Izmir. Nawet w Wenezueli pierwszym liderem antychavezowskiej opozycji stał się Antonio Jose Ledezma Diaz, wybrany w 2008 roku na burmistrza Caracas, co było pierwszym zwycięstwem wenezuelskich demokratów nad populistyczną dyktaturą. Później został on aresztowany i zmuszony do opuszczenia kraju, jednak to miasta pozostają twierdzami oporu wenezuelskiej opozycji.

Polscy łowcy „lemingów”

Polska ma swoją własną odsłonę autorytarnej antymieszczańskiej rewolty. Politycznie zarządza nią lokalna odmiana sojuszu tronu z ołtarzem, czyli Jarosław Kaczyński i Tadeusz Rydzyk, którzy od kilku lat próbują pacyfikować polskie miasta jako „stolice liberalnego grzechu”. Jednak język i hasła tej antymieszczańskiej rewolty przygotowali prawicowi publicyści.

Krótko po katastrofie smoleńskiej w prawicowym Internecie pojawiło się pogardliwe określenie liberalnych mieszczan jako „lemingów”. W 2012 roku Piotr Zaremba zdefiniował „lemingi” jako „bezrefleksyjnych przeżuwaczy medialnych mądrości”, a Robert Mazurek opublikował „Alfabet leminga”, w którym posługując się jeszcze prostszymi epitetami przedstawiał polskich mieszczan jako warstwę społeczną całkowicie wyzutą z tradycji i tożsamości. Obu publicystom chodziło oczywiście o to, że większość polskiego mieszczaństwa nie załapała się ani na nacjonalizm, ani na upolityczniony katolicyzm, ani na posmoleńską martyrologię prawicy – skupioną wcale nie na cierpieniu bliskich ofiar, ale na budowaniu politycznego mitu, który Jarosławowi Kaczyńskiemu miał zapewnić władzę, a jego politycznym żołnierzom pieniądze i stanowiska.

W tym samym czasie Jarosław Marek Rymkiewicz przeciwstawiał współczesnej Warszawie – jako miastu zamieszanemu przez „słoiki”, „lemingi”, „ludzi bez tożsamości” – „prawdziwą Warszawę”, miasto cieni zmasakrowane w Powstaniu.

AUTORYTARNY KULT ŚMIERCI STAŁ SIĘ KOLEJNYM NARZĘDZIEM MAJĄCYM UPOKORZYĆ ŻYJĄCE LIBERALNE MIESZCZAŃSTWO.

To było oczywiste kłamstwo, bowiem zarówno „starzy warszawiacy”, jak też warszawskie „słoiki” chodziły na Powązki w rocznicę wybuchu Postania Warszawskiego. Jednocześnie jednak „Marsze Niepodległości” organizowane przez narodowców czy „miesięcznice smoleńskie” organizowane przez PiS nie stały się nigdy świętami starego ani nowego warszawskiego mieszczaństwa. Bardziej odnajdywało się ono w ekumenicznych uroczystościach organizowanych 11 listopada przez Bronisława Komorowskiego, czyli w gromadzących dziesiątki tysięcy warszawiaków spacerach pomiędzy pomnikami Daszyńskiego, Piłsudskiego, Witosa, Dmowskiego.

Skoro nie podziałał ideowy szantaż, polityczni liderzy prawicy postanowili złamać polskich mieszczan i miasta w sposób bardziej praktyczny. Po zdobyciu władzy przez PiS w 2015 roku do urzędów miejskich największych polskich metropolii ruszyli agenci CBA i prokuratorzy. Pod hasłami „audytu” i „ścigania gigantycznych nadużyć” na ponad dwa lata sparaliżowano miejskie inwestycje, zablokowano wykorzystanie środków unijnych przeznaczonych na rozwój polskich miast. Jednocześnie ustawy uchwalane przez PiS przesuwały na władze miast kolejne obowiązki w zakresie edukacji, ochrony zdrowia, walki ze smogiem, a nawet gospodarki odpadami i recyklingu śmieci. Jednocześnie nie przyznając na ich realizację nowych funduszy, a nawet ograniczając dotychczasowe źródła finansowania.

MA TO DOPROWADZIĆ POLSKIE MIASTA DO BANKRUCTWA, POKAZAĆ, ŻE WŁADZE „WYBRANE PRZEZ LEMINGI” NIE RADZĄ SOBIE I MUSZĄ BYĆ ZASTĄPIONE PRZEZ PISOWSKICH KOMISARZY.

Podobny sens ma próba przejęcie przez rząd Mateusza Morawieckiego kontroli nad wszystkimi unijnymi środkami, także tymi adresowanymi do metropolii i miast. Doprowadziło to do zablokowania ośmiu miliardów euro przeznaczonych w obecnym budżecie UE na walkę ze smogiem.

Miasta nie obronią się same

Miasta nie obronią się same, z tego punktu wiedzenia dzisiejszy przedwyborczy sojusz samorządowców i prezydentów największych polskich metropolii z partyjną opozycją wydaje się czymś naturalnym. Platforma Obywatelska musi bronić miast i ma ku temu bardzo ważne narzędzie, którym jest pozycja tej partii i wysłanych przez nią do Brukseli reprezentantów w różnych instytucjach Unii Europejskiej – w najsilniejszej w Europie politycznej frakcji chadeckiej, w Parlamencie Europejskim, wśród ludzi broniących demokracji i praworządności w Komisji Europejskiej czy Radzie Europejskiej.

JUŻ TYLKO SPÓR O PIENIĄDZE NA WALKĘ ZE SMOGIEM POKAZAŁ, ŻE BRUKSELA NIE POZWOLI RZĄDOWI PIS PRZECHWYCIĆ WSZYSTKICH UNIJNYCH ŚRODKÓW, ŻEBY TUCZYŁ SIĘ NA NICH TADEUSZ RYDZYK I DZIAŁACZE PARTYJNI RÓŻNYCH NURTÓW „ZJEDNOCZONEJ PRAWICY”.

Aby jednak Polska nie traciła unijnych środków w sposób nieodwracalny, trzeba rozpocząć konsekwentną kampanią na rzecz przekazania choćby części pieniędzy traconych przez PiS-wski rząd bezpośrednio do budżetów polskich samorządów i miast. To nie jest walka łatwa i prosta, choćby dlatego, że Czechy, Słowacja, Grecja, Włochy… już zgłosiły się po unijne pieniądze, które rząd PiS uznał za niepotrzebne. Jednak politycy tacy jak Róża Thun, Jan Olbrycht, Danuta Huebner, Janusz Lewandowski, Radosław Sikorski są do takiej walki przygotowani i powinni ją rozpocząć już dzisiaj. Mają rozpoznawalność, kontakty, kompetencje.

PIS BĘDZIE DALEJ ZARZYNAŁ POLSKIE SAMORZĄDY I MIASTA, WYNIKA TO Z JEDYNEJ ZAUWAŻALNEJ DOKTRYNY KACZYŃSKIEGO, KTÓRA JEST DOKTRYNĄ ABSOLUTNEJ CENTRALIZACJI WŁADZY.

Ale jeśli walka o unijne pieniądze dla samorządów i miast zostanie choć w części przez polityków PO w Brukseli wygrana, jeśli przez to polskie miasta nie zbankrutują, wówczas Kaczyński połamie sobie zęby na Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku. A połamawszy sobie zęby na polskich miastach, PiS prędzej czy później straci władzę w całej Polsce.

„Człowiek wolności” z Żoliborza wyraził ochotę premierowania Polsce. Popuścił przy okazji jakiegoś wywiadu. Nie wytrzymał.

Zniszczył polskie państwo prawa, a teraz chce stanąć na zgliszczach demokracji i stworzyć wieczną dyktaturę w stylu Orbana. Co za przekleństwo dla Polski.

Prezes może sobie pozwolić na taki nonchalant. Teren został odpowiednio zabezpieczony. Opozycja jest częściowo sparaliżowana. Sędziów się dyscyplinuje. Trochę protestują, ale zaraz zmiękną. Trzeba tylko powtarzać, że to „mafia”. Lud to kupi, bo „mafia” działa na wyobraźnię. Schetyna miota się i nie ma spójnego programu wyborczego. Media za chwilę się przykróci. Teraz więc jest czas na Kaczyńskiego.

Jeszcze kolano pociągnie kilka lat. Zresztą, nie będzie dużo chodził. Teraz, kurwa, ja. Nawet nie jako premier, ale jako król i zbawca. Ludzie będą mu dziękować, dzieci rzucać kwiaty. Wszyscy będą płakać ze szczęścia. Może dojdzie do koronacji? On tylko powie, że się poświęcił dla Polski. Nie chciał, bo jest raczej skromny, ale to było wezwanie od ojczyzny. Musiał więc na nie odpowiedzieć. Tak, tak – pokiwa smutno głową. Wawel ma murowany, zaraz obok Leszka.

Wcześniej unikał odpowiedzialności. Ale teraz jest mniejsze ryzyko. Są poprzednicy, na których można to i owo zwalić. Konflikt z Unią, przykładowo. Jeżeli zacznie eskalować, to on – „człowiek wolności”, jest nowy. Owszem, słyszał coś o tym, że zarzucają nam łamanie praworządności, ale on w tym w ogóle nie brał udziału. Był zwykłym posłem. Oglądał rodeo w telewizji i głaskał kota.

Teraz czuje się znacznie pewniej. Poparcie jest stałe. Opowieść o zamachu w Smoleńsku została podmieniona na zagrożenie homoseksualistami. I to poszło. Lud jest wzburzony, ale posłuszny. Jeżeli trzeba, to się go nakarmi jakąś opowieścią o pedofilach z LGBTQ, którzy gwałcą 3 -letnie dzieci. „To może być twoje dziecko!” Kurski pokaże takie hasło kilka razy u siebie. Lud jest czuły na takie opowieści. Jak łatwo być premierem w Polsce!

Premier 1000-lecia, człowiek wolności oraz największy strateg i myśliciel! Ach! Ach! Ach! Oczywiście tylko wtedy, jeżeli PIS wygra jesienią wybory. Morawiecki zostaje. Będzie listkiem figowym, czy raczej krawatem i białą koszulą na zewnątrz Polski. Taki bufor. Jak coś, to będzie świecił za niego. Niech on użera się z Unią i różnymi komisjami. I z tą Niemką, co ją wybrali. Niech rozmawia z kim chce. Tymczasem prezes zajmie się Polską – swoim królestwem. Po co mu „Srebrna”? Tutaj jest wszystko. Tylko brać.

Jego kot aż parsknął z uciechy.

Spółki Skarbu Państwa od zawsze były uważane przez polityków za łatwy łup, aby ustawić swoich ludzi, którzy wzbogacali się na wysokopłatnych stanowiskach i często bardzo wysokich odprawach. Skala i koszty tego zjawiska urosły jednak za rządów Prawa i Sprawiedliwości do nieznanych wcześniej rozmiarów. Stało się tak wbrew deklaracjom rządzących o walce z układami, ponieważ jak wynika z raportu NIK, ten ma się w najlepsze. Kontrolerzy wykazali bowiem, że od czasu objęcia rządów przez PiS koszty odpraw i odszkodowań m.in. za zakaz konkurencji dla odchodzących managerów osiągnęły rekordowe rozmiary. Dla przykładu w badanych spółkach w latach 2011-17 same tylko odprawy dla odwołanych członków kadry kierowniczej kosztowały niemal 73 mln zł. Ponad jedna trzecia omawianych kosztów to rok 2016 – ponad 25 mln zł. Drugi w kolejności był rok 2015 – ponad 15 mln zł i rok 2017 – kolejne 9,27 mln zł. W sumie omawiane trzy roczniki to ponad 50 z 73 mln zł odpraw, w wyniku czego PiS odpowiada za 69,5 proc. wypłaconych świadczeń.

Równocześnie odszkodowania z tytułu zakazu konkurencji osiągnęły za rządów PiS także nieznane w historii rozmiary. Przez cały badany okres takie świadczenia dostało 547 osób, a łączna ich suma wyniosła ponad 147 mln. Najwięcej z tej kwoty również wypłacono już po przejęciu władzy przez PiS – 67% całej sumy.

Kluczem do zrozumienia opisanej sytuacji jest “układ”, jaki PiS zaczęło po przejęciu rządów budować w spółkach. Rządzący potrzebowali pozbyć się dotychczasowych kadr, nie bacząc na ich kompetencje czy warunki umów. Stąd zdecydowano się na ekonomicznie niekorzystne dla państwowych firm decyzje, aby “kupić” sobie natychmiastowe odejście niechcianych ludzi. W raporcie bowiem NIK “uznała za niegospodarną praktykę polegającą na zawieraniu porozumień z członkami kadry kierowniczej, w ramach których, w zamian za zgodę na natychmiastowe odejście z pracy wypłacano im wyższe odprawy i odszkodowania, a także ekwiwalenty z tytułu niewykorzystanych urlopów – przy równoczesnym zwolnieniu z obowiązku świadczenia pracy w okresie wypowiedzenia.”NIK wskazał przy tym, że częstą praktyką było kierowanie niechcianych ludzi na wysoko płatne urlopy, marnując posiadane przez nich kwalifikacje:

“Takie wielomiesięczne urlopy osób wykształconych, z dużym doświadczeniem zawodowym (zwłaszcza menedżerskim) jest także niekorzystne z punktu widzenia rozwoju gospodarki narodowej.”

Widać zatem wyraźnie, że dobro publiczne nie stało wówczas dla PiS na pierwszym miejscu.

Kontrolerzy obnażyli także skalę karuzeli stanowisk. W jednej z dużych Spółek Skarbu państwa wykazano bowiem, że “Spośród 88 dyrektorów, zwolniono 72. Wśród nich 41 osób zajmowało swoje stanowiska krócej niż dwa lata, 12 osób mniej niż rok. NIK uznała taką politykę kadrową za niewłaściwą, ponieważ zbyt częste zmiany na stanowiskach kierowniczych nie mogą pozytywnie wpływać na jakość zarządzania”.

Opisany dokument jest doskonałym studium o tym, jak rządzący zbudowali swój, obecnie bardzo potężny, układ w spółkach Skarbu Państwa. Kolejne doniesienia o “Misiewiczach”, wojnach partyjnych frakcji o spółki, czy “dobrowolne” wpłaty osób pełniących funkcje kierownicze w państwach gigantach na partyjne fundusze wyborcze pokazują, że majątek publiczny stał się jednym z filarów obecnej władzy. Jest to potężne zaplecze, które daje władzy olbrzymie możliwości, co pokazała choćby Polska Fundacja Narodowa. Jednak im dalej idą tego typu praktyki, tym większa jest hipokryzja władzy wobec jej własnych wyborców, a równocześnie rosną szkody gospodarcze wynikające z nieodpowiedzialności zarządzania opartego nie na ekonomicznych, ale politycznych przesłankach.

W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, z miasta i ze wsi. Ale nie ma miejsca na politykę transakcyjną. Jeśli dla kogoś różnica między Koalicją a PiS jest tylko w tym, ile gdzie można dostać stołków – droga wolna – mówił przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna, otwierając Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej. Przez dwa dni eksperci razem z politykami Koalicji mają rozmawiać o programie wyborczym na jesienne wybory parlamentarne.

Rozmowy o programie

Przez dwa dni w trakcie  Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej odbywać się będą dyskusje dotyczące najbardziej istotnych kwestii, m.in. edukacji, polityki społecznej, służby zdrowia, gospodarki i praworządności. Na Forum nie zabraknie też takich tematów jak opieka nad seniorami, sprawy kobiet i młodzieży, cyfryzacja, sport czy budownictwo.

Rozmowy odbywają się na 50 panelach w Pałacu Kultury i Nauki, biorą w nich udział nie tylko politycy opozycji, ale też przedstawiciele nauki, organizacji pozarządowych, publicyści, samorządowcy. Przed Pałacem stanął specjalny namiot społeczny.

Schetyna: W KO jest miejsce dla wszystkich

– Czas partyjnych gier już minął. Prawda musi pokonać bezprawie, miłość pokona nienawiść, a rozsądek pokona agresję – zaczął Grzegorz Schetyna. – W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, ludzi z miasta i wsi! Ale nie zgodzę się na wprowadzanie do koalicji polityki transakcyjnej. Jeśli ktoś rozumuje jedynie na zasadzie: kto da więcej, to do nas nie pasuje – podkreślał.

Schetyna przekonywał, że celem Koalicji Obywatelskiej jest godzenie Polaków i tworzenie prawdziwej wspólnoty: – Polski nie można sobie wyszarpywać – trzeba ją wspólnie budować, razem urządzać i zgodnie w niej żyć. To jest cel Koalicji Obywatelskiej!

Przekonywał, że opozycja po wygranych wyborach wróci do polityki opartej na konsensusie. – Proponujemy zupełnie inną politykę. Musi być ona oparta na stałym dialogu i szczerości. To nas musi odróżniać od obecnej, dzisiejszej władzy. Nawet jeśli ma to oznaczać przyznanie się do błędu – podkreślił.

500 Plus zostanie

Zdaniem lidera PO obecny rząd zapomina o pracujących i płacących podatki Polkach i Polakach, dla których KO będzie miała ofertę. Jednocześnie podkreślił, że programy socjalne, jak 500 Plus czy obniżenie wieku emerytalnego, nie zostaną zabrane.

– Jeśli pada pytanie o wiek emerytalny, o słynne 67 lat, to przyznajemy: to był błąd, można to było przeprowadzić na zasadzie dobrowolności i zachęt, a nie przymusu – powiedział Grzegorz Schetyna.

Służba zdrowia i edukacja wymagają natychmiastowej naprawy

Grzegorz Schetyna podkreślał też w swoim wystąpieniu obecną sytuację w szkołach. Ze względu na kumulację rocznika przy rekrutacji do liceum, spowodowaną reformą edukacji PiS-u, w szkołach trwa chaos, a wielu uczniów nie dostało się do wymarzonych szkół, często nawet mając świadectwo z czerwonym paskiem.

– Czy to nie chore, że tysiące zdolnych uczniów nie dostało się w tym roku do liceum? Przedstawicielka władzy odpowiedzialnej za bałagan śmiała im nawet powiedzieć, że “marzenia nie zawsze się spełniają” – mówił lider PO.

– W Polsce zaczyna brakować lekarstw. Smog przekracza dopuszczalne granice. Ludzie chorują, zdrowy rozwój dzieci jest zagrożony. A co robi ta władza? Sprowadza bez opamiętania rosyjski węgiel i tony śmieci! – mówił Grzegorz Schetyna.

Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej ma być ostatnim etapem tworzenia programu wyborczego. Wcześniej w ramach akcji #POrozmawiajmy politycy opozycji jeździli po kraju, aby poznać opinię ludzi.

Grzegorz Schetyna zapowiedział, że w sobotę Koalicja Obywatelska przedstawi główne kierunki nowego programu wyborczego.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele.

Niestety, nie mogę powtórzyć za Marylą Rodowicz, że „ja to mam szczęście/Że w tym momencie/Żyć mi przyszło/ W kraju nad Wisłą/ Ja to mam szczęście”. To nie szczęście, tylko najzwyczajniejszy pech. Najpierw zaliczyłam PRL, a teraz los obdarował mnie rządami partii, która poza populizmem, dyletanctwem, manipulacją i arogancją, niczego dobrego w rozwój mojej Polski nie wnosi.

A jeszcze niedawno, trzydzieści lat temu, wydawało się, że najgorsze mamy z głowy. Wreszcie wolność odmieniana na wszelkie możliwe sposoby. Wreszcie świat stanął otworem, przestała nas dusić ta szarość i marazm, a prawa człowieka wreszcie zaczęły coś znaczyć. Fakt, demokracja w pampersach wciąż raczkowała, popełniono wiele błędów, było sporo wykluczonych społecznych, korupcja i nepotyzm miały się nieźle, jednak…  nic i nikt nie przeskoczył tego, czym od 4 lat katuje nas PiS. Ani się człowiek obejrzał, a już wrócił PRL w swojej najgorszej postaci, przekroczono granicę, za którą już tylko bylejakość, totalna samowolka i zupełnie niezrozumiałe przez normalnie myślących działania, niszczące nas jako naród i Państwo.

W pisowskiej Polsce prawo przestało być prawem. Łamanie Konstytucji, odejście od trójpodziału władzy, sposób procedowania i wprowadzania ustaw, dzielenie Polaków na tych, co to prawo ich chroni i tych, którym dowala, przekracza wszelkie normy obywatelskiego rozumienia. Mówiąc krótko, to jeden wielki chaos i wręcz anarchia, zafundowana nam w imię… no właśnie, w imię czego? Leczenia własnych kompleksów i niedowartościowania, żądzy władzy ponad wszystko, rozdmuchanego ego?

Taka jest właśnie ta „władza ludu”, co usiłuje nam prezes wbić do głów i przekonać, że o niczym innym nie marzyliśmy. I tenże właśnie „lud”, czyli politycy PiS i zjednoczone z nimi partyjki Ziobry i Gowina, karmią takimi głodnymi kawałkami, przekonani, że dajemy się na to nabrać i jak bezwolne owieczki pójdziemy za guru Kaczyńskim nawet na samo dno.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele. Przeinacza się to prawo, wprowadza jakieś debilne poprawki, manipuluje nim na wszystkie strony, a wszystko to w jednym celu – by pod płaszczykiem reformy prawa, walki z sędziami komunistami, usuwać tych, którzy nie chcą iść na smyczy, zarzucać sądy sprawami wrednej opozycji, co to śmiała zablokować marsz polskich faszystów, powiedziała coś nie tak, ośmieszyła wybrańca narodu i żądać przykładnego ukarania.

Zupełnie inne prawo stosowane jest do „swoich”. Nikt nie odważy się przesłuchać prezesa Kaczyńskiego w sprawie łapówki, dwóch wież i Srebrnej. Nikt nie odważy się zanegować decyzji Dudy, który przed uprawomocnieniem wyroku, objął amnestią swego kumpla Mariusza Kamińskiego. Pan Chrzanowski, zamieszany w aferę korupcyjną w KNF spokojnie bryluje na wolności. Nikt nic nie mówi o aferze we wrocławskim oddziale PCK, które wspomagało kampanię kolesi prezesa, „święte krowy” z PiS-u nie płacą mandatów i wiadomo, że nikt im nie podskoczy. Zgodne z pisowskim rozumieniem prawa jest skazanie Arabskiego za złą organizację lotu prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska, ale nikt nie ruszy Sasina, który z ramienia kancelarii prezydenckiej ten lot przygotowywał od A – Z i o tym wiedzą wszyscy. Jego już prawo nie obowiązuje. Sędzia Izby Cywilnej SN, kumpel Ziobry, Zaradkiewicz wydaje zakaz wykonywania czynności kierowniczych prezesowi tejże izby w SN. A co, wolno mu przecież…

Prokuratorzy stają na uszach, by bronić naziolków, sądy np. w Białymstoku umarzają sprawy agresji i rozpowszechniania postaw niezgodnych z prawem. Nazywają marsze narodowców niewinną zabawą chłopców i dziewczynek, czczenie urodzin Hitlera prywatną imprezką, rzucanie racami i obraźliwe okrzyki prowokacją ze strony opozycji. Wieszanie na szubienicach zdjęć europosłów z PiS to dla nich żaden powód do wszczęcia postępowania karnego, a tylko niewinny wybryk. Atak osiłków na mizernej postury działacza KOD to tylko przepychanka i to ów koder ponosi winę, bo się na nich rzucił. Za to władza udaje ślepą i głuchą, gdy atakowani są politycy partii opozycyjnych, najczęściej zasłaniając się „niewykryciem sprawców” jak w przypadku oblania wolontariuszy Róży Thun fekaliami.

Przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć, ale jedno jest pewne. Dzisiaj obowiązuje tylko to prawo, które wyznacza partia rządząca, więc drżyj narodzie, bo nie znasz dnia ani godziny, gdy wejdą do ciebie o świcie i zaskoczony dowiesz się, że jesteś przestępcą.

Program Wielka Polska Obywatelska

2 Czer

Program opozycji na razie jest omawiany przez media przeciwne opozycji, propisowskie. Ale już na tym etapie proponuje inną Polskę – samorządną, wolną, obywatelską.

Polska ma być otwarta, europejska, nowoczesna, a nie skołtuniona wprost z Ciemnogrodu PiS.

Zdaniem większości polityków jesienne wybory do parlamentu będą jednymi z najważniejszych od początku III RP, ukierunkowując rozwoju Rzeczpospolitej na następne kilkanaście lat. Od kilku miesięcy w przestrzeni publicznej pojawiają się informacje, przekazywane przez polityków Platformy Obywatelskiej mówiące, że na zapleczu partii trwa ożywiona praca ekspercka nad programem, który przyniesie zjednoczonej opozycji zwycięstwo oraz wskaże działania rządu w pierwszych miesiącach po ewentualnym odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy. Redakcja Radia WNET dotarła do dokumentu, który najprawdopodobniej będzie stanowił podstawę dla wystąpień programowych liderów opozycji, przygotowywanych na uroczystości 4 czerwca w Gdańsku. Autorami poniższego zarysu programowego o nazwie „Wielka Polska Obywatelska” są prof. Maciej Kisilowski prawnik, wykładowca m.in. Central European University w Budapeszcie oraz Paweł Lisiewicz były szef Gabinetu Prezydenta RP za czasów urzędowania Bronisława Komorowskiego.

Konkretne propozycje

Propozycje zapisane w dokumencie silnie współgrają z wcześniejszymi medialnymi wystąpieniami autorów, szczególnie prof. Kisilowskiego, oraz z propozycjami programowymi zgłaszanymi przez Platformę Obywatelską m.in. w kampanii samorządowej. Zaznaczyć jednak należy, że cały plan zapisany na łamach poniższego szkicu jest zdecydowanie dalej idący w kierunku zmiany podstawowych zasad ustroju naszego państwa, niż wszelkie wcześniejsze propozycje wysuwane przez polityków obozu zjednoczonej opozycji.

Program „Wielka Polska Obywatelska” zakłada przeprowadzenie, w ramach zbliżającej się kampanii wyborczej, zdecydowanej ofensywy programowej, która pozwoli przejąć opozycji inicjatywę i otworzyć się na nowe grupy wyborców, poprzez zaprezentowanie głębokiej zmiany ustroju państwa. Jak proponują autorzy deklaracji, opozycja powinna 4 czerwca ogłosić zapowiedź programu gruntownych zmian w Konstytucji RP, które w ogólnym zarysie mają polegać na osłabieniu centralnych instytucji państwa na rzecz tzw. „niezależnych instytucji kontroli władzy”, w szczególności sądów oraz organów samorządowych, głównie szczebla wojewódzkiego. Program ma być adresowany do wszystkich polityków i samorządowców, którzy „bezpośrednio nie brali udziału w naruszaniu porządku demokratycznego”.

Autorzy propozycji zaznaczają, że podstawowym wyzwaniem dla Platformy jest zmiana wizerunku partii „ciepłej wody w kranie”, czyli formacji niechętnej wielkim projektom modernizacyjnym. PO musi jednak przejąć inicjatywę i zaproponować własny mądry i odważny pomysł na Polskę – możemy przeczytać w dokumencie.

Nowa twarz Platformy

Prezentowany poniżej zapis programu zakłada, że przejęcie inicjatywy ma dokonać się dzięki ukazaniu świeżego oblicza Platformy Obywatelskiej, za sprawą przekazu dla opinii publicznej nowego programu partii. Jego fundamentem ma być propozycja głębokiej zmiany ustroju państwa, a następnie skierowanie tego pomysłu do szerokiego grona wyborców, zarówno do tych o lewicowych poglądach, jak i tych będących na politycznej szali bardziej na prawo od żelaznego elektoratu PO.

Sporo miejsca autorzy programu poświęcają kwestii bezwzględnego poszerzenia dotychczasowego elektoratu popierającego partię. W szkicu podkreślono, że nowe propozycje muszą być skierowane przede wszystkim do wahającego się i niezdecydowanego elektoratu, a nie do oczekiwań twardych zwolenników opozycji, którzy i tak nie znajdą alternatywy. Aby tak się stało, opozycja musi zerwać z narracją o przywróceniu stanu sprzed roku 2015 i zdecydowanie przejść do „nowego otwarcia”. Ma nim być właśnie reforma instytucjonalna w myśl programu „Wielskiej Polski Obywatelskiej”.

Prof. Maciej Kisilowski i Paweł Lisiewicz za podstawę swojego programu przyjmują ograniczenie władzy centralnej i przekazanie kompetencji samorządom. W myśl ich propozycji „Podkarpacie może stać się polską Bawarią, a Pomorze Polską Kalifornią” i żaden z regionów nie będzie wpływał na decyzję podejmowane w pozostałych województwach.

Zdaniem autorów deklaracji, w nurcie propozycji „Wielkiej Polski Obywatelskiej” mogliby odnaleźć się wyborcy o bardzo różnych poglądach politycznych, od lewicowców po konserwatystów, a nawet ci, któzy poglądowo wychodzą daleko poza obecne spory i pola polityczne.

Daleko idąca decentralizacja ma również obejmować kwestie światopoglądowe, takie jak związki partnerskie czy małżeństwa homoseksualne oraz adopcje dzieci przez takie pary. Symbolem głębokiej decentralizacji państwa ma być nowa forma Senatu RP, w skład którego będą wchodzić przedstawiciele marszałków województw.

Radykalne rozmontowanie instytucji centralnych i wprowadzenie swoistego „współczesnego rozbicia dzielnicowego”, zdaniem twórców niniejszej propozycji programowej, ma być złotym środkiem na „usprawnienie procesu wdrażanie reform w politykach sektorowych”. Rywalizacja między regionami w zakresie jakości służby zdrowia czy edukacji, ma być najlepszym czynnikiem usprawniającym proces podnoszenia usługi publiczne na wyższy poziom.

Likwidacja ministerstw

Obok zdecydowanej zmiany roli Senatu, program „Wielkiej Polski Obywatelskiej„, zakłada likwidację co najmniej dziewięciu ministerstw, których kompetencje zostaną przekazane do samorządów wojewódzkich. Eksperci Platformy Obywatelskiej zamierzają zlikwidować  następujące ministerstwa: edukacji, nauki, gospodarki, rodziny, rolnictwa czy sportu.

W dokumencie zawarta jest również mapa drogowa wprowadzania kolejnych elementów i etapó zmiany ustroju. Pierwszym krokiem, po wygranych przez PO wyborach, ma być ogłoszenie przez nowego premiera w exposé „Białej Księgi Reformy Państwa”. W dokumencie zawarta będzie lista ministerstw do decentralizacji oraz założenia nowych ustaw, które mają dalece wzmacnić samorządy. Program zakłada także zdecydowanie umocnienie sądów na szczeblu wojewódzkim To właśnie sądy mają stanowić rdzeń „Pakietu Niezależny Instytucja”, który – wedle założeń ekspektów Platformy Obywatelskiej – ma ograniczyć działania władz centralnych i regionalnych.

Zmiana Konstytucji

W myśl programu „Wielka Polska Obywatelska” władza centralna ma również przekazywać wszystkie podatki dochodowe dla samorządów. Zwieńczeniem programu ma być zmiana brzmienia Konstytucji RP, która ma zakładać „demontaż partia unitarnego na rzecz wpisania istotnej roli ustrojowej województw”.

Twórcy programu zakładają także umocnienie pozycji pojedynczego obywatela w relacji z instytucjami państwa. Ma to się odbyć między innymi poprzez wprowadzenie swoistej demokracji bezpośredniej, głównie za sprawą referendów i wzmocnienia ich roli. Jednym z pomysłów ekspertów PO – prof. Macieja Kisilowskiego i Pawła Lisiewicza jest wizja przeprowadzania referendów poprzez głosowanie internetowe. Tą samą drogą obywatele mogliby zgłaszać włąsne projekt uchwał, którymi „samorząd będzie musiał się zająć„.

Poniżej prezentujemy cały zapis dokumentu, który mimo swojej dość ogólnikowej formy, a często czysto hasłowego stylu, znakomicie harmonizuje z wypowiedziami i pomysłami na przyszłość Polski prezentowanymi przez polityków opozycji.

Jak podkreślają autorzy programu,  powinien on być bazą do wystąpień najważniejszych polityków Platformy Obywatelskiej i innych formacji politycznych oraz samorządowców zaplanowanych na dzień 4 czerwca w Gdańsku.

Nawet jeżeli jest to tylko jedna z wielu propozycji programowych opracowywana dla polityków Platformy Obywatelskiej, to wskazuje drogowskaz w jakim kierunku będzie podążała wewnętrzna debata nad przyszłością Rzeczypospolitej Polskiej, po ewentualnym jesiennym zwycięstwie obozu zjednoczonej opozycji.

Więcej >>>

Z kupionym zwycięstwem PiS jest jak z kupionym prawem jazdy, które doprowadzi do katastrofy

28 Maj

Patryk Jaki zapowiedział w TVP info, co niebawem zrobi prokuratura z internetowymi stronami, na których kwitnie satyra z PiS i jego polityków.

Minister jest przekonany, że przeciwnicy PiS wciąż mają przewagę w mediach i dodał, że są też „nowe przewagi w mediach społecznościowych”. – Instytucjonalne przewagi, nieuczciwe, uważam. To nielegalne finansowanie kampanii wyborczej, prokuratura się za to naprawdę weźmie – zapowiedział w rozmowie z Magdaleną Ogórek, dziwnie „zapominając” o działalności TVP (w tym programu, w którym gościł) i „instytucjonalnej przewagi” rządu, w którym zasiada.

„Ja też już sobie obiecałem, że po kampanii weźmiemy się za takie rzeczy jak „Sok z Buraka”. To się teraz skończy. Ja chwilę odpocznę i się tym naprawdę zajmę” – zapowiedział.

Czyżby zdecydowane zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy dawało zdaniem wiceministra sprawiedliwości mandat, by ukrócić „nieprawomyślną działalność”?

„Budowanie, a nie rozbijanie jest wartością; gdybyście mieli się podzielić, to zastanówcie się trzy razy, czy na pewno podzieleni macie pomysł na zwycięstwo. Nie warto marnować tego wielkiego wysiłku. Nawet, jak z moimi dziećmi rozmawiam, to nie jest łatwo dokonać wyboru koalicji, w której jest tyle odcieni i pomysłów na Polskę. Trzeba uszanować determinację, wolę i odwagę tych milionów ludzi głosujących na tę Koalicję. Byłbym ostrożny na miejscu ich liderów przed podjęciem kroków” – powiedział dziennikarzom w Brukseli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

„Moją pierwszą radą do polityków w Polsce, szczególnie opozycyjnych, jest to, by starali się o sobie mówić pozytywnie. Zrobili wielki wysiłek. Nie ma miejsca na euforię, ale wykonali kawał dobrej roboty. To, co jest niezbędne, by myśleć o zwycięstwie, to szukanie ludzi nie tylko w dużych miastach i partiach, ale wyjść daleko szerzej” – stwierdził były polski premier.

Analizował też powody wygranej PiS. – Wynik KE jest wysoki, wyższy niż wskazywały na to badania, natomiast wynik PiS-u jest wyraźnie lepszy niż można było się spodziewać. Obóz rządzący bardzo skutecznie użył narzędzi przekonywania Polaków: polityka socjalna, czasem wręcz takie bezpośrednie prezenty tuż przed wyborami. Dzisiaj sytuacja gospodarcza pozwala na taką politykę, a PiS korzysta z tego pełnymi garściami. Opozycja nie ma na to szans, nie ma tych narzędzi ani mediów publicznych. Media publiczne to ukierunkowana i agresywna propaganda rządowa” – stwierdził Tusk.

Skomentował też głosy polityków PiS na swój temat, o czym w artykule „Beata Szydło: „Czas Donalda Tuska w polskiej polityce się skończył”. – „Sygnały ze strony PiS, że „już po Tusku”, traktuję jako mało elegancki, ale wciąż komplement, że mają ze mną problem” – stwierdził. Zapytany o plany na przyszłość, Tusk odparł: – „Jestem absolutnie przekonany, że wielu Polaków ma jakieś oczekiwania, jeśli chodzi o moją aktywność. Kalendarz jest dość precyzyjny. Moja kadencja dobiega końca po wyborach parlamentarnych – to określa moją rolę w tych wydarzeniach. Nie będę się narzucał z rolą czy radą, jeśli ktoś uzna, że nie jestem pomocny”.

W skali kontynentu pisopodobni przegrali. PiS w Polsce w zasadzie nie wygrał, tylko zwycięstwo kupił. Ich wygrana jest tyle warte co kupione prawo jazdy czy matura.

Będą rządzić w Parlamencie Europejskim ze swoimi niemymi w większości kukłami? Tak jak do tej pory. Stronie demokratycznej udało się wprowadzić kilka wspaniałych osób. Co zdziałają? Same nic, ale w sojuszu z innymi progresywnymi partiami w Europie sporo.

Musimy mieć świadomość, że wyniki wyborów pokazują, że jesteśmy odległą europejską prowincją, która w większości ciągle ma problem ze zrozumieniem swojej sytuacji i woli głosować na mity o własnej potędze niż tę potęgę współtworzyć razem z resztą naszego kontynentu.

Dziś wygrała w Polsce korupcja, pedofilia i głęboka wiara w kościół. Wygrała także obywatelskość, wiara w postęp, Polskę i jej mieszkańców. Nawet jeśli te siły postępowe zdobyły mniej mandatów, to udało im się wprowadzić do Europarlamentu ludzi mądrzejszych, którzy będą gwarantować, że przetrwamy do wyborów, po których będziemy mogli rozliczyć kaczystów z tego, co Polsce zrobili.

Po politycznym i ekonomicznym przyłączeniu Polski do Unii pozostaje nam zadanie najważniejsze. Musimy przystąpić do Unii Europejskiej mentalnie. To prawdopodobnie najtrudniejsze zadanie, ale osiągniemy to z takimi Postaciami jak europosłowie KE i Wiosny, którzy będą reprezentować Polaków w Brukseli i pomimo pisowskich europosłów, którzy w stolicy zjednoczonej Europy reprezentują partię braci Kaczyńskich.

Europejczykiem nie jest się dlatego, że się mieszka w Europie, ani dlatego, że ma się konto w euro. Europejczykiem jest się dlatego, że chce się nim być.

W 1992 r. wyrokiem Sądu Najwyższego Amerykanie znieśli ciszę wyborczą, bo uznali, że narusza gwarantowaną w konstytucji wolność słowa i swobodę wypowiedzi. Rok wcześniej cisza wyborcza wprowadzona została w Polsce. Służyć miała niczym niezmąconej refleksji nad właściwym wyborem najlepszych kandydatów. Gdyby ten cel był naprawdę realizowany, optowałbym za tygodniowym, albo i miesięcznym zakazem wyborczej agitacji.

Niemal każdy Polak pytany, jaki powinien być kandydat do Europarlamentu, odpowie bez wahania, że musi być wykształcony, znający zachodnie języki, lojalny wobec swoich wyborców, oraz na tyle kulturalny i przyzwoity, żeby już więcej nie kompromitował nas chamskimi wypowiedziami, pijackimi ekscesami czy przekrętami w obliczaniu diet i kosztów podróży. Takich ludzi chcemy widzieć w Brukseli przed wyborami. Ale potem dostajemy do ręki arkusz wyborczy i wielu zakreśla krzyżykiem nazwisko kogoś, o kim doskonale wie, że wykształcenie ma bardzo średnie, w języku obcym potrafi najwyżej kupić paczkę Marlboro, lojalny jest wyłącznie wobec kierownictwa swojej partii, a jego moralne kwalifikacje charakteryzują liczne przypadki naginania faktów, wciskania ciemnoty i odwracania kota ogonem.

Odpytywani podczas kampanii o znajomość języków obcych odpowiadają najczęściej, że radzą sobie nieźle, albo że właśnie odświeżają sobie język, lub że akurat kończą intensywny kurs. W praktyce większość kandydatów jedynie „słyszało wiele dobrego” o angielskim, francuskim, czy niemieckim. Fatalnie wypadł sprawdzian znajomości języków obcych przeprowadzony wśród kandydatów do Europarlamentu przez radio RMF.  Spośród kilkunastu regionalnych kandydatów odpytanych przez „Gazetę Lubuską” tylko jeden władał angielskim w stopniu umożliwiającym konwersację. „Gazecie Pomorskiej” udało się znaleźć na swoim terenie raptem dwóch kandydatów władających językiem zachodnim. Nie lepiej było w innych regionach, może poza Warszawą i kilkoma dużymi miastami. Ale kwalifikacje językowe to ani jedyny ani najważniejszy problem polskiej reprezentacji w UE.

Obok ludzi wybitnych, polityków zasłużonych dla Polski i doświadczonych w międzynarodowych relacjach, reprezentować nas będą w Brukseli także funkcjonariusze partyjni, wysłani tam zarówno w nagrodę za dotychczasowe zasługi, jak i wypchnięci na boczny tor, przesunięci z państwowych stanowisk, gdzie narobili szkód, do których wstyd się teraz przyznać.  Oni czują się jak ambasadorzy delegowani do obcego kraju, którzy wobec tamtejszych władz reprezentować muszą nasze polskie interesy, sprzeczne z unijnymi. I niestety – będą się bardziej rzucać w oczy, niż ci, dla których tamtejsze władze są jak najbardziej tutejsze, dla których jest oczywistością, ze rozbudowanie i wzmacnianie wspólnoty europejskiej to jak najbardziej polski interes.

Nasi unijni przyjaciele nie zobaczą jednolitej polskiej reprezentacji gotowej do pracy nad realizacją wspólnych europejskich celów. Nie zobaczą, bo poprzedzać ją będzie chmara harcowników wywijających szabelkami, wykrzykujących niezrozumiałe hasła i zrozumiałe epitety. Są wśród nich ochotnicy – misjonarze, gotowi „rechrystianizować” Europę, czyli zapewne przyklejać trony do ołtarzy, walczyć o dotacje i przywileje dla wyłącznie katolickiego Kościoła i chronić jego hierarchów.  Są detaliści, którzy poszli do Brukseli po proszek do prania, który powinien być taki sam jak u nas, i są pragmatyczni hurtownicy, którzy wiedzą, że unijne dotacje dla Polski kiedyś się skończą, więc póki co trzeba brać, ile się da, albo jeszcze więcej, nawet kosztem innych, biedniejszych krajów, bo to się Polsce po prostu należy.  Żaden z nich nie chce i nie potrafi rozmawiać w sposób cywilizowany i przyjazny, bo ich formacja zmilitaryzowała słownik, umundurowała go i wysłała na wojnę z wrogami zaczajonymi na nas w Brukseli. Chcieliby Unii krytej gontem, podobnej do Polski z ich marzeń: siermiężnej, zapyziałej, zamieszkałej przez lud ciemny, prosty i posłuszny.  Ludzie, którzy nie potrafią żyć swoim życiem, więc żyją cudzym, będą w imieniu Polski formułować tezy rodem z naszego ciemnogrodu. W imię swoich wartości włazić będą do cudzych głów, a w trosce o wypaczoną moralność – do europejskich sypialni i dziecięcych pokoi.

Świat pełen jest ludzi nawiedzonych, zawodowych zbawiaczy, ogarniętych swoją misją lub manią. Wśród europarlamentarzystów wszystkich krajów znaleźć można ludzi o krańcowych poglądach. Ale nie mam wątpliwości, że wśród polskich kandydatów wystąpiła zdecydowana nadreprezentacja politycznej ekstremy. Tej, która pcha się do Unii tylko po to, by ją opluwać i szkalować, a w końcu zdemolować – za unijne pieniądze, rzecz jasna. Wśród polskich kandydatów szczególnie donośnie rozbrzmiewały deklaracje, że oto idziemy do Brukseli po to, by Unię wykiwać, oszukać, wykorzystać, albo przechytrzyć.

Powyższe refleksje naszły mnie podczas głębokiej ciszy wyborczej, gdzie w ukryciu pisałem niniejszy felieton. Nie sugeruję w nim, kto wygra wybory, bo nie mam miliona na grzywnę. Nie optuję za żadnym ugrupowaniem ani nie wymieniam nazwy żadnej partii, bo nie mam nawet 5 tysięcy na zbyciu.  To tylko, zgodna z intencją ustawodawcy, niczym niezmącona refleksja nad właściwym wyborem najlepszych kandydatów. Dopowiedziałbym tylko, że Europejczykiem nie jest się dlatego, że się mieszka w Europie, ani dlatego, że ma się konto w euro. Europejczykiem jest się dlatego, że chce się nim być. Ja na przykład chcę.

Macierewicz i jego kontakty kościelne, Krzysztof Brejza dalej obnaża pisowskie skłonności

17 Lu

Wątpliwy zaszczyt miał były szef resortu obrony i jego młody kompan Edmund Janniger, odbywając spotkania z kardynałem Waszyngtonu Theodorem McCarrickiem. Utrwalone na fotce wydarzenie, jest dziś powodem przynajmniej do zakłopotania.

McCarrick, nie jest już bowiem ani kardynałem ani… duchownym. Watykan, wydalił go po prostu ze stanu kapłańskiego z powodu – jak to określono – nadużyć seksualnych.

Jak wykazało kościelne śledztwo, był on winny „grzechów przeciwko szóstemu przykazaniu z nieletnimi i dorosłymi, z obciążającym czynnikiem nadużywania władzy”.

Kardynał, wykorzystywał uczniów seminarium i młodych kapłanów. Nakłaniał ich do seksu podczas spowiedzi.

Decyzja Watykanu jest ostateczna i hierarcha nie ma możliwości odwołania się od niej – informuje NBC.

Theodore McCarrick, już wcześniej zrezygnował z godności kardynalskiej. Papież Franciszek, przyjął dymisję w lipcu 2018 roku i nakazał duchownemu przebywanie w odosobnieniu. McCarrick, zamieszkał w klasztorze w Kansas.

Antoni Macierewicz, udokumentował w sieci  swoje spotkanie z kardynałem 4 czerwca, przy okazji sympozjum „Obecne i przyszłe wyzwania w zakresie bezpieczeństwa. Finanse, energia, polityka”.

W mediach  społecznościowych wyjaśniał później: „w czasie wizyty ks. kard. dr Theodora McCarricka, arcybiskupa seniora Waszyngtonu i radcy waszyngtońskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, nie istniały jakiekolwiek poszlaki na temat reputacji duchownego”.

Dodał, że dopiero 20 czerwca zostały upublicznione oskarżenia wobec McCarricka, a sympozjum odbyło się kilkanaście dni wcześniej.

Fotką  z kardynałem pochwalił się na też Twitterze Edmund Janniger, były współpracownik Antoniego Macierewicza radośnie donosząc: Uczestniczyłem dziś w spotkaniu ks. kard. Stanisława Dziwisza z ks. kard. Theodorem McCarrickiem.

„Ale macie siostry bałagan w tym archeo”- poseł PO, żartobliwie skomentował na Twitterze naszpikowaną błędami listę obecności fundatorów Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego.

Brejza siłując „rozszyfrować” dokument z chwili „dokooptowywania zaginionego księdza” do tego szacownego gremium z kpiną dowodzi, że fundatorzy Instytutu … najwyraźniej  nie znają swoich imion.

Kreślą, marzą.., a w efekcie Małgorzata Kujda nagle okazuje się być Marią, a następnie Barbarą; Barbara Czabańska – Krystyną, a Jacek Cieślikowski – Marcinem. Tak wygląda tzw. porządek  i rzetelność w PiS-owskiej dokumentacji.

To nie pierwsze „znalezisko” Brejzy. Analizując „taśmy Kaczyńskiego” odkrył „układ zamknięty” wokół Srebrnej, opublikował też podpisany przez Kazimierza Kujdę dokument, w której znajdują się informacje o m.in. zarobkach członków zarządu.

Poseł depcze też po piętach ministrowi sprawiedliwości w związku ze spotkaniem z Kaczyńskim w budynku przy  Alei Róż.

Ostatnio – jak wiemy – Krzysztof Brejza znalazł także „zaginionego księdza” Rafała Sawicza, który miał dostać 50 tys. złotych za podpis pod zgodą na wzięcie kredytu przez fundację i rozpoczęcie budowy wież K-Towers przy ulicy Srebrnej w Warszawie.

Czwartkowe popołudnie w gabinecie Grzechorza Schetyny na piątym piętrze kamienicy przy ulicy Wiejskiej. Szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer siada na skórzanej kanapie i pije coca-colę. To ich pierwsze spotkanie od grudnia, kiedy lider PO rozbił klub Nowoczesnej, przejmując kilku posłów. Później obcesowo zagroził Lubnauer, że albo wraz z resztą klubu przejdzie do Platformy, albo będzie musiała wrócić na uczelnię, gdzie pracowała przed wejściem do parlamentu.

Po takich słowach trudno usiąść do rozmów. Do spotkania trzeba ich namawiać, robią to m.in. prof. Leszek Balcerowicz i Włodzimierz Cimoszewicz, którzy od miesięcy wzywają do szerokiego porozumienia opozycji. Cimoszewicz ma być jedynką na warszawskiej liście Koalicji Europejskiej w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Szefowa Nowoczesnej powinna wiedzieć, że w polityce nie ma sentymentów, bo sama ograła Ryszarda Petru, odbierając mu partię. Jest jednak rozgoryczona. Przed wyborami samorządowymi wydawało jej się, że Schetyna traktuje ją po partnersku. Zaprosił ją do domu we Wrocławiu, poznała jego żonę.

Teraz spotyka się z liderem PO, bo jest pod ścianą. Jej partia w sondażach nie przekracza progu wyborczego, koalicja z PO to jedyna szansa na przetrwanie.

Schetyna posypuje głowę popiołem. Przyznaje, że rozbicie Nowoczesnej było błędem. To przełamuje lody. Lubnauer chce tylko jednej „jedynki” na wspólnych listach do europarlamentu.

Niespotykanie cierpliwy człowiek

Powstanie wielkiej koalicji jest praktycznie przesądzone. Szef PO chce jak najszybciej sfinalizować ciągnące się tygodniami negocjacje z PSL, SLD, Nowoczesną, Inicjatywą Polska, Zielonymi i Krajową Partią Emerytów i Rencistów. Listy z kandydatami mają być dogadane do 23 lutego, tak, by od marca ruszyć z kampanią.

– Najważniejsze jest zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Chcemy pokazać, że PiS jest do pokonania przez zjednoczoną opozycję – mówi mi Schetyna.

Ale najpierw musiał przekonać własnych działaczy, żeby ustąpili miejsca na listach politykom z innych ugrupowań oraz, że trzeba podzielić się z nimi pieniędzmi na kampanię, bo największa Platforma wyłoży najwięcej.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

– Jak widzę cierpliwość Schetyny, to go nie poznaję – śmieje się szef klubu PO Sławomir Neumann. Najtrudniej było z PSL. Lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz zażądał aż czterech z 13 jedynek na listach w eurowyborach i ustalenia zasad wspólnego startu w jesiennych wyborach parlamentarnych. Chodzi o to, by zaklepać sobie parytet na listach zanim, ewentualnie, do gry o wspólne listy do Sejmu wejdzie partia Roberta Biedronia.

– Trzeba dać sygnał, że budujemy coś trwalszego niż listę na jedne wybory. Po eurowyborach będą wakacje i później zabraknie już czasu na kolejne negocjacje – tłumaczy Kosiniak-Kamysz. Lider PSL szachował Schetynę tym, że jeśli ludowcy nie dostaną, czego chcą, w PSL zwycięży koncepcja Marka Sawickiego, który jest przeciwko wspólnej liście opozycji. Otoczenie Schetyny uważało, że to wyłącznie taktyka, by jak najwięcej wyciągnąć od Platformy.

Tylko raz Schetyna był bliski utraty cierpliwości – gdy Kosiniak-Kamysz próbował budować tzw. małą koalicję z Nowoczesną, Unią Europejskich Demokratów oraz SLD i zażądał miejsca na liście dla posła Unii Jacka Protasiewicza. To miał być wyraz niezgody na hegemonię Schetyny i spłacenie długu Protasiewiczowi, który z Michałem Kamińskim i Stefanem Niesiołowskim uratował PSL przed utratą własnego klubu poselskiego. Jednak Schetyna szczerze go nie cierpi od kiedy w 2013 roku pozbawił go (na polecenie Donalda Tuska) stanowiska szefa dolnośląskiej Platformy. Gdy stanął na czele PO, wyrzucił Protasiewicza z partii.

Koalicja opozycyjna tylko wokół Platformy ma szansę na przepędzenie PiS od władzy

17 Lu

Pokazujemy się w roli kraju, który nie jest suwerenny i przyjmuje sprzeczne z jego interesem propozycje silnego partnera, nawet jeżeli narażają nas na włączenie do konfliktu bliskowschodniego, czego w Polsce przecież nikt nie chce. To szaleńcza polityka! – mówi Paweł Zalewski, były eurodeputowany Platformy Obywatelskiej. – Robert Biedroń swoje inspiracje bierze z polityki francuskiej. Ale tam nie rządzi Marine Le Pen, której polskim odpowiednikiem jest PiS. Dlatego w Polsce potrzebne jest wsparcie dla ugrupowań, które mają realny plan przywrócenia praworządności. Polityka, którą prowadzi Robert Biedroń wspiera PiS, bo rozbija opozycję – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: W Warszawie odbyła się konferencja bliskowschodnia, która od początku budziła wiele kontrowersji. Polsce było to potrzebne?

PAWEŁ ZALEWSKI: Polska nie będzie miała z tego żadnych korzyści, natomiast mnóstwo problemów i strat. Po pierwsze, wpisała się bez żadnych zastrzeżeń w politykę administracji prezydenta USA Donalda Trumpa wobec Iranu, która jest sprzeczna z polityką Unii Europejskiej. Polskim interesem jest to, aby Zachód działał razem, bo wtedy jest silny, a Polsce na tym powinno najbardziej zależeć. Zamiast budować siłę i szukać porozumienia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią w sprawie Iranu Polska przyjęła bezkrytycznie stanowisko amerykańskie. To poważny błąd.

To osłabi jeszcze bardziej pozycję Polski w Unii Europejskiej?
Od dawna dla nikogo nie jesteśmy partnerem, bo sami się wyrzekliśmy tej pozycji. Polityka polega na tym, że za koncesję i wsparcie jakiegoś państwa należy się odwdzięczyć tym samym. Polska nie prowadzi takiej polityki od 3 lat. Ale jest jeszcze gorzej, przyjęliśmy pozycję kraju, który wyrzekł się własnej polityki i suwerenności.

Na amerykańską propozycję zorganizowania w Warszawie konferencji rząd zgodził się bez żadnych warunków i możliwości wpływu na stanowisko, które będzie jej efektem. Tak naprawdę zapewniamy tylko lokal i catering, chociaż mowa była o rzeczach poważnych, a nie abstrakcyjnych wartościach.

Jaki był jej cel?
Celem konferencji jest zbudowanie koalicji przeciw Iranowi, ale także przeciw UE. Nic dziwnego, że w tej konferencji udział biorą państwa, które szukają wsparcia dla swojej polityki nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w Rosji. Minister spraw zagranicznych Austrii, która zaprosiła na swoje urodziny Władimira Putina, minister Włoch, czyli kraju, który jest w sporze z Unią, minister Wielkiej Brytanii, który realizuje politykę brexitu, czy w końcu delegacja węgierska. Nie ma przypadku w tym, że Polska właśnie w tym momencie bierze udział w takim grupowaniu się państw europejskich przeciwnych dotychczasowej polityce UE. Do tego dochodzi jeszcze sprawa Iranu. Polska nie popierała i nie popiera agresywnej polityki tego kraju, ale do tej pory nie była krajem, który stał na czele antyirańskiego frontu.

„Największym zagrożeniem dla pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie jest Iran” – mówił wprost premier Izraela Benjamin Netanjahu. To najważniejszy przekaz z tego spotkania?
Premier Izraela prowadzi właśnie kampanię przed wyborami do Knesetu, które odbędą się 7 kwietnia. Jego wypowiedzi mają silny kontekst antyirański. Na konferencji nie ma przedstawicieli Iranu. Zbojkotowała ją też delegacja palestyńska, zaproszona zresztą bardzo późno, bo dopiero w ostatni piątek. Polska wpisuje się w pozycję kraju, który jest prawą ręką antyirańskiej polityki Stanów Zjednoczonych.

Czy to wzmacnia nasze bezpieczeństwo i realizuje jakiekolwiek polskie interesy? Nie. W interesie Polski jest to, czego domagają się kraje unijne, czyli prowadzenie z Iranem współpracy gospodarczej.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zapewniał, że „Iran nie będzie tematem konferencji” i że „polski rząd chce pogodzić UE i USA w sprawie Iranu”. Jak to się ma do politycznej rzeczywistości?
Takie zaklęcia nie pomogą. Coś dokładnie odwrotnego mówi premier Izraela, a wiadomo, że to on jest bardzo blisko polityki Donalda Trumpa. Działamy wbrew własnym interesom, bo przyczyniamy się do powiększenia podziałów pomiędzy UE i USA, wzmacniamy tych, którzy nie chcą silnej i solidarnej Unii, ale partykularną, w której poszczególne kraje będą prowadziły politykę zagraniczną na zasadach bilateralnych. To jest samobójstwo. Pokazujemy się w roli kraju, który nie jest suwerenny i przyjmuje sprzeczne z jego interesem propozycje silnego partnera, nawet jeżeli narażają nas na włączenie do konfliktu bliskowschodniego, czego w Polsce przecież nikt nie chce. To szaleńcza polityka!

To świadome działanie rządu?
Nie mam pojęcia, ale w polityce ważne są efekty. Czy ktoś prowadzi szaleńczą politykę dlatego, że tego chce, czy dlatego, że nie potrafi innej, nie ma żadnego znaczenia, najważniejsze są efekty.

Zmroziła pana informacja „Jerusalem Post” o tym, że Benjamin Netanjahu podczas pobytu w Warszawie powiedział, że „Polacy kolaborowali z nazistami podczas Holokaustu”?
Oczywiście, tym bardziej, że miał to powiedzieć podczas konferencji, która została zorganizowana przez polski rząd w narodowym interesie Izraela.

Odbieram to jako pokłosie ustawy o IPN, która uczyniła z kwestii kolaborowania niektórych Polaków z Niemcami lub przypadków mordowania Żydów pewien standard przeniesiony na cały naród. To jest konsekwencja złej polityki PiS-u.

„Na najbliższym posiedzeniu Sejmu PiS zaproponuje uchwałę ws. odpowiedzialności za Holokaust” – poinformowała w czwartek wieczorem na Twitterze rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Takie działanie jest teraz potrzebne?
To jest powrót do logiki ustawy o IPN i znowu wywoła falę niechęci wobec Polski. Warto w tym miejscu przypomnieć wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego dokładnie rok temu na konferencji w Monachium, w którym mówił o polskich i żydowskich „sprawcach Holocaustu”. PiS bardzo poważną kwestię związaną z historią, która rzutuje na relacje polsko-żydowskie, traktuje z niekompetencją i brakiem zrozumienia. Powinien rozładować ten temat, a nie zaprzeczać wszystkiemu, bo to powoduje reakcję odwrotną.

Może temat zakończyć powinno dementi ambasador Izraela w Polsce Anny Azari?
Polska powinna z całą pewnością prowadzić poważną politykę historyczną wobec Izraela i Żydów, opartą na prawdzie. Celem tej polityki powinno być budowanie wzajemnych stosunków na przyszłość. Dlatego PiS z tego dementi powinien skorzystać i mam nadzieję, że tak zrobi. Wierzę, że władza nie pójdzie drogą, którą poszła przygotowując zmiany w ustawie o IPN-ie.

„Niedługo należy spodziewać się pierwszych wiążących decyzji w sprawie zwiększenia obecności armii USA w Polsce” – poinformował prezydent Andrzej Duda po spotkaniu z sekretarzem stanu USA. Wpływ na decyzję może mieć zgoda na zorganizowanie konferencji bliskowschodniej w Warszawie.
Ta konferencja nie ma najmniejszego wpływu na decyzję o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce. Ona związana jest z percepcją zagrożenia ze strony Rosji.

Decyzja, która zapewne zostanie podjęta, ale po długim czasie wewnętrznych dyskusji i przygotowań, jest konsekwencją działań, które podjął rząd PO-PSL. To one doprowadziły do konkluzji szczytu NATO w Walii.

A może nagrodą ma być podpisanie ze stroną amerykańską umowy na dostawy systemu rakietowego Himars dla Wojska Polskiego?
Rząd usiłuje wmówić, że realizując kontrakt na 20 systemów, chociaż mieliśmy ich kupić więcej, dodatkowo bez żadnego wkładu polskiego przemysłu zbrojeniowego, nastąpiła koncesja ze strony Amerykanów. Prawda jest taka, że kupujemy za drogo i jeszcze będziemy musieli płacić za utrzymanie. Jeżeli ktoś uważa, że sprzedaż dobrego samochodu za cenę najlepszego z gigantycznie drogim utrzymaniem jest dobrym dealem, to nie rozumie ani polityki zagranicznej, ani polityki handlowej.

Czyli daliśmy się wykorzystać i potraktować przedmiotowo?
Amerykanie są naszym bardzo ważnym sojusznikiem, przede wszystkim z punktu widzenia bezpieczeństwa. Ale to nie oznacza, że mamy zapominać, że ze swojej natury są kupcami. Polski rząd pozwala na to, żeby Amerykanie traktowali nas jak skarbonkę, z której będzie można wyjmować pieniądze. Ja się na to nie zgadzam. Na świecie wszystko można kupić, tylko pytanie, za jaką cenę.

PiS kupuje rzeczy potrzebne polskiej armii, które negocjował rząd PO, ale robił to znacznie lepiej. Zakładaliśmy niższą cenę i udział polskiego przemysłu. Nie ma w niej żadnej racjonalności, którą wyznacza polska racja stanu i interes międzynarodowy.

Co dalej z gazociągiem Nord Stream II? Przyjęta została nowa dyrektywa gazowa, która zakłada, że prawu unijnemu podlegać będzie tylko ostatni odcinek gazociągu.
PiS postawił sobie jako cel zablokowanie tej inwestycji i temu miała służyć dyrektywa. W efekcie marginalizacji pozycji Polski i tego, że rząd PiS-u nie jest w stanie prowadzić negocjacji, zwyciężyło stanowisko niemieckie. To przekazanie władzy regulacyjnej nad gazociągiem Niemcom, chociaż tę funkcję pełnić powinna Komisja Europejska. Szczegóły funkcjonowania poza wodami terytorialnymi Niemiec regulować za to będzie przyszła umowa niemiecko-rosyjska.

Co to oznacza?
To de facto zalegalizowanie dominacji Gazpromu w dostawie gazu do Niemiec i dalej na południe Europy. To jest zaprzeczenie trzeciemu pakietowi energetycznemu.

Coś jeszcze można na tym etapie zrobić?
Trzeba będzie wykorzystywać bardzo wątłe instrumenty, które znajdują się w tej dyrektywie, czyli minimalny wpływ KE. Ale nie mam złudzeń, że Niemcy będą w stanie przeforsować swój punkt widzenia i postąpią egoistycznie. Przy negocjacjach dotyczących drugiego gazociągu jesteśmy w zupełnie innej sytuacji niż za pierwszym razem – miała miejsce agresja rosyjska przeciwko Ukrainie, Rosja wypowiedziała wojnę hybrydową Niemcom, w tym osobiście Angeli Merkel, Niemcy nie są w tej sprawie zjednoczone, projektem nie była zachwycona Francja, a dodatkowo bardzo silny sprzeciw przedstawiły Stany Zjednoczone.

Żadna z tych możliwości nie została przez PiS wykorzystana, można powiedzieć, że PiS się poddał. Ta dyrektywa legitymizuje inwestycję.

Wystartuje pan w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Jest jeszcze trochę czasu… Wiele zależy od tego, jaki kształt będzie miała Koalicja Europejska. Wszystkie decyzje będą zapadały w tym gronie. Na razie na to pytanie nie odpowiem i nikt odpowiedzialny nie byłby w stanie na nie odpowiedzieć.

Jak szeroka powinna być formuła Koalicji Europejskiej?
To powinna być koalicja, która będzie miała ciężar gatunkowy, czyli powinna być jak najszersza. Trzeba jednoczyć siły, aby utrzymać obecność Polski w UE i zwiększyć jakość naszej obecności we Wspólnocie. Polska powinna mieć maksymalnie silną pozycję, aby maksymalnie dużo wygrywać. Nie możemy się wycofywać, tak jak robi rząd PiS-u. Mam nadzieję, że koalicja będzie jak najszersza i negocjacje zakończą się powodzeniem.

Rozmowy cały czas się toczą. Widzi pan na wspólnej liście Nowoczesną, PSL i SLD?
Zjednoczyć powinny się wszystkie partie, które są proeuropejskie i wyznają model liberalnej demokracji.

Nie przyjmuję argumentacji Roberta Biedronia, że na razie trzeba się policzyć. Polityka jest czymś bardzo poważnym, a mam wrażenie, że na razie jego głównym celem jest zastąpienie PO jako głównej partii opozycyjnej. Niestety, jeżeli tak się stanie, to żaden z głoszonych przez niego postulatów nie będzie mógł być zrealizowany. PiS zrobi to, co zrobił na Węgrzech Viktor Orbán, czyli stworzy system jednopartyjny i osiągnie większość konstytucyjną.

Czyli powstanie partii Wiosna jest dla opozycji poważnym zagrożeniem?
Mnie najbardziej martwi to, że nowa partia nie odbiera głosów PiS-owi, ani nie mobilizuje tych, którzy do tej pory nie głosowali. Nie odmawiam żadnemu politykowi prawa do walki o swoje, ale oczekuję od polityków, aby realizowali polską rację stanu. Dzisiaj to przywrócenie rządów prawa i demokracji liberalnej. Niestety, w żadnym z punktów programu partii Wiosna nie ma mowy o tym, jak do tego doprowadzić. Wyraźnie widać, że Robert Biedroń swoje inspiracje bierze z polityki francuskiej. Ale tam nie rządzi Marine Le Pen, której polskim odpowiednikiem jest PiS. Dlatego w Polsce potrzebne jest wsparcie dla ugrupowań, które mają realny plan przywrócenia praworządności. Polityka, którą prowadzi Robert Biedroń wspiera PiS, bo rozbija opozycję.

Dlaczego do tej pory nie udało się opozycji, poza Robertem Biedroniem, porozumieć?
Jednym z ważnych powodów jest dyskusja, jaka toczy się w PSL-u. I to nie jest zarzut. Tam toczy się spór na poważne argumenty. Oni potrzebują czasu, ale mam nadzieję, że wszyscy zbliżamy się do konkluzji. Traktuję to raczej w kategoriach normalnego procesu, w którym każdy do swojej decyzji musi dojrzeć. To będzie strategiczna decyzja także dla SLD. Nie można nikogo wciągać na siłę.

„Gazeta Wyborcza” napisała w piątek o „kopercie Kaczyńskiego”. Gerald Birgfellner miał zeznać w prokuraturze, że Jarosław Kaczyński nakłonił go do wręczenia 50 tys. zł dla księdza z rady fundacji, która jest właścicielem spółki Srebrna. Chodziło o budowę drapacza chmur w Warszawie. Spodziewał się pan kolejnych odsłon tej sprawy?
Skoro mamy informację o kilkunastu rozmowach austriackiego biznesmena z Jarosławem Kaczyńskim, to kolejne doniesienia nie są dla mnie zaskoczeniem. I powiem jedno –

po prezesie PiS-u można się spodziewać naprawdę wszystkiego…

Taśmy Kaczyńskiego mogą pomóc opozycji i zaszkodzić PiS-owi?
Taśmy przede wszystkim mogą pomóc Polakom zrozumieć istotę systemu, w którym żyjemy. Do tej pory wszystkie informacje o korupcji bezpośredniej czy pośredniej (wykorzystywanie zasobów państwa dla własnych korzyści) odbijały się od PiS-u, bo ludzie byli przekonani, że to są tylko wypadki przy pracy. Najważniejsze było to, że ten, któremu zaufali, jest człowiekiem uczciwym i bezinteresownym. Taśmy obaliły to przekonanie. Okazało się, że Jarosław Kaczyński oszukuje nie tylko opinię publiczną, ale także członków własnej rodziny. Realizuje projekt, który ma dostarczyć kilkadziesiąt milionów zysku jego partii i jemu samemu. Nie jest też antykomunistycznym patriotą, bo trudno za takiego uchodzić, współpracując z dawnymi agentami SB, takimi jak Krzysztof Kujda czy wcześniej ambasador Andrzej Przyłębski. Widać wyraźnie, że system budowany przez 3 lata nie był przypadkowy. Chodziło o to, aby wykorzystać wszystkie zasoby państwa w celu zbudowania potęgi finansowej dla swojej partii. Korupcja nie jest wypadkiem przy pracy, ale systemem, który zbudował PiS w oparciu o układ z ludźmi dawnego systemu.

Jarosław Kaczyński twierdzi, że nie wiedział o agenturalnej przeszłości Krzysztofa Kujdy. Wierzy pan w takie zapewnienia?
Nie. Miał przecież wszystkie instrumenty, aby się o tym dowiedzieć. Poza tym od zawsze interesował się tymi sprawami i lustrował ludzi swoimi sposobami.

Takich zapewnień nie traktuję poważnie, bo to jest sprzeczne z modus operandi prezesa PiS. Ale jak widać, jemu to nie przeszkadza. Najważniejsze, aby załatwić przy użyciu instrumentów prawa bezprawne interesy.

Kim w tej układance jest prezes NBP Adam Glapiński?
Jest częścią wielkiej operacji finansowej, którą przeprowadza PiS. Trudno sobie wyobrazić, aby to, co było w słynnym „planie Zdzisława”, czy żądanie 40 mln zł łapówki było wybrykiem jednego człowieka. Widzimy, jak funkcjonuje Jarosław Kaczyński, ma na telefon prezesa Pekao SA i kredyt na ponad miliard złotych. Chodzi o opanowanie wszystkich instrumentów państwa, aby stworzyć patologiczny układ, korzystny dla kasty PiS-u, a nie dla Polaków. O to właśnie prezes PiS-u oskarżał wszystkich przeciwników, a zrealizował to sam.

To dlaczego sondaże poparcia dla PiS-u ani drgną?
Nie do końca w nie wierzę. Pamiętam luty 2016 roku, kiedy prezydent Bronisław Komorowski osiągnął 72 proc. poparcia. Jak widać, to o niczym nie świadczy. Pewne rzeczy muszą przejść do opinii publicznej, do domów ludzi w małych miasteczkach, a to wymaga czasu. Do wyborców muszą dotrzeć fakty i muszą je przyswoić.

W życiu osobistym, jak mamy do kogoś zaufanie, to trudno nam uwierzyć w to, że nas ta osoba okłamuje i okrada. Tak samo jest w życiu publicznym.

Wierzy pan, że zatrzymanie byłego prezesa Orlenu i jego współpracowników akurat teraz to przypadek?
To jest oczywista próba oderwania uwagi od taśm Kaczyńskiego i od ciemnych interesów załatwianych w jego gabinecie. Przecież prokuratura dysponuje tym materiałem od 3,5 roku. W dodatku jest to dziwny i wątpliwy materiał. Sprawa została wykorzystana do celów politycznych. PiS prowadzi wyrafinowaną propagandę, której częścią jest oderwanie uwagi opinii publicznej od istoty polityki tej partii. Nie mam wątpliwości, że wcześniejsze aresztowanie byłego prezesa Lotosu i aresztowanie byłego prezesa Orlenu temu właśnie służą. Między innymi dlatego konieczne było upolitycznienie prokuratury i podporządkowanie jej partii rządzącej.

Zdziwiła pana w związku z tym ostatnia wizyta Jarosława Kaczyńskiego u ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry?
Prezes PiS buduje swoje relacje z podwładnymi, specjalnie nie używam stwierdzenia współpracownicy, wykorzystując całą gamę instrumentów, także symbolicznych, pokazujących miejsce w szeregu. Elementem tej strategii były właśnie miejsca spotkań. Ministrowie zawsze przyjeżdżali do niego na ul. Nowogrodzką. Jeżeli Jarosław Kaczyński w dniu przesłuchania austriackiego biznesmena pojechał do Zbigniewa Ziobry, to obawia się tego, że Prokurator Generalny otrzyma zbyt dużą wiedzę i może ją wykorzystać. Pozycja Zbigniewa Ziobry, który ma kontrolę nad śledztwem w sprawie taśm Kaczyńskiego, bardzo poważnie wzrosła. Można powiedzieć jednoznacznie, że los Jarosława Kaczyńskiego leży w rękach Zbigniewa Ziobry. Takiej sytuacji nigdy do tej pory nie było.

To polityczny sukces Grzegorza Schetyny, który niewiele sobie robił z coraz liczniejszych ostatnio spięć negocjacyjnych i cierpliwie czekał. Aż się doczekał: słabsi partnerzy sami do niego przyszli, redukując swe wcześniejsze oczekiwania. Jeśli koalicja zostanie ostatecznie zawarta, szef Platformy będzie w niej miał pozycję hegemona.

A jeszcze na początku tygodnia wydawało się, że na szerokie porozumienie opozycji nie ma najmniejszych szans. PSL był już bardzo bliski podjęcia decyzji o stworzeniu „małej koalicji” na wybory europejskie z Nowoczesną, Unią Europejskich Demokratów i Stronnictwem Demokratycznym. Byłby to jeden z czerech bloków opozycyjnych w majowych wyborach, obok Koalicji Europejskiej (czyli PO z byłymi premierami i schowanym SLD), Wiosny oraz listy lewicowej (Razem, Zieloni, Unia Pracy, PPS).

Oczywiście wszyscy wiedzieli, że koalicja ludowców z niewielkimi liberalnymi partyjkami to projekt egzotyczny. Ryzykowny szczególnie dla PSL, gdyż tradycyjny wiejski elektorat – co od dawna wiadomo z badań – wyjątkowo źle znosi Nowoczesną, kojarzoną z obyczajowym liberalizmem i ekonomicznymi poglądami Leszka Balcerowicza. Tę partię łączyło z ludowcami tyko jedno: zniszczone relacje z Platformą.

Jak się (nie) dogadywali liderzy opozycji

Najpierw Nowoczesna zerwała przetestowaną w wyborach samorządowych Koalicję Obywatelską; ugodzona ochoczym wzięciem na platformerski pokład grupy rozłamowców z Kamilą Gasiuk-Pihowicz na czele. Od tej pory szefowa N Katarzyna Lubnauer na każdym kroku atakowała Grzegorza Schetynę, uznając go za partnera nieuczciwego i wiarołomnego.

Ludowcy nie mieli aż tak dramatycznych przejść. Ale i oni tracili wiarę w możliwość dogadania się z PO. Najbardziej im zależało, aby w rozmowach z PO dogadać nie tylko warunki najbliższego startu do PE, ale i jesiennego do Sejmu i Senatu. Postulat był racjonalny, bo jak już raz wchodzi się do koalicji, trudno z niej potem wyjść bez piętna rozłamowca. Toteż umawiając się tylko na wybory europejskie, jesienią znacznie słabsi ludowcy byliby zdani na łaskę Platformy przy ustalaniu list krajowych.

Co z kolei odpowiadałoby Schetynie, którego nie interesował projekt partnerski, tylko układ na wzór dawnej AWS. Zdominowany przez PO, w którym rola pozostałych partii sprowadzałaby się do dostarczenia na listy co atrakcyjniejszych nazwisk. Szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz nalegał więc na długofalową umowę, natomiast Schetyna konsekwentnie odmawiał. W efekcie rosła w szeregach PSL niechęć do niedawnego koalicjanta. Aż wkurzeni peeselowscy baronowie zażądali od Kosiniaka-Kamysza, aby w rozmowach ze Schetyną jeszcze wyżej podniósł poprzeczkę i zażądał ustalenia już teraz podziału wpływów po wyborach. Szef ludowców miał ogłosić Schetynie, iż PSL domaga się kontroli nad Orlenem. Ale lider Platformy nie oddał Niderlandów, a dialog został ostatecznie wygaszony.

SLD na lodzie, PSL kusi odrzuconych, PO bierze wszystko

Nie sprzyjało zaufaniu na całej opozycji również to, jak zręcznie Schetyna w tym samym czasie rozegrał Włodzimierza Czarzastego. Szef SLD już od wyborów samorządowych był zdeterminowany, aby wejść do porozumienia z Platformą. Czego zresztą nie ukrywał, choć osłabiało to jego pozycje negocjacyjne. Nie stawiał więc wstępnych warunków, bardziej licząc na dobrą wolę i wyczucie realizmu Schetyny. Posagiem, który pragnął wnieść do wspólnego projektu, byli dawni eseldowscy premierzy (Cimoszewicz, Miller i Belka) na listach do PE. Schetyna długo jednak okazywał swój brak zainteresowania dla porozumienia z SLD, po cichu pracowicie wyciągając z talii Czarzastego wszystkie asy. Co skończyło się ogłoszeniem trzy tygodnie temu Koalicji Europejskiej, czyli bliżej niezdefiniowanej inicjatywy politycznej PO oraz byłych premierów (w tym oczywiście eseldowskich) i ministrów spraw zagranicznych. SLD nagle znalazło się na lodzie.

PSL zabiegało wtedy, aby brutalnie rozegrany Czarzasty dołączył do koalicji odrzuconych. Chodziło o to, aby zbudować układ, z którym Schetyna na tyle będzie się liczył, że w końcu podejmie z nim partnerską współpracę. Szef Sojuszu zacisnął jednak zęby i wybrał rolę wasala Schetyny. Dla elektoratu byłaby to katastrofa, gdyby doszło do sytuacji, w której kandydaci obecnego SLD rywalizują o wyborcze głosy z byłymi przywódcami tej partii.

Dlaczego partiom opozycji tak trudno się dogadać

Pomogła Wiosna Biedronia

Impas w rozmowach zjednoczeniowych był już absolutny, gdy swoją inicjatywę ogłosił Robert Biedroń. A pierwsze sondaże dały Wiośnie 14–16 proc. Partie starej opozycji poczuły się zagrożone. I to każda na swój sposób. Szczególnie przemówił do wyobraźni sondaż IBRiS, który zbadał rozkład poparcia w dwóch wariantach – z Wiosną i bez niej. Dzięki temu udało się pokazać, komu ruch Biedronia naprawdę odbiera głosy. Procentowo najwięcej straciła Platforma (mniej więcej połowa zwolenników Wiosny to dotychczasowy elektorat PO). Ale Biedroń urywał też po 1–2 proc. poparcia pozostałym partiom, w tym PSL. Niby niewiele, ale to właśnie partiom balansującym na granicy progu wyborczego Wiosna może zaszkodzić najbardziej. Wypłukane też zostały resztki elektoratu Nowoczesnej, która na dobrą sprawę ostatecznie straciła dalszą rację bytu.

Opozycyjna „piątka” – jednak w koalicji

Jak dowiadujemy się od osób zaangażowanych w negocjacje, pierwsza pękła szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer. Złożyła Schetynie wizytę. Panuje podejrzenie, że ona jedna w Nowoczesnej okaże się beneficjentką wielkiej koalicji, dostając jesienią biorące miejsce do Sejmu. Otoczenie szefowej N przedstawia nieco inną wersję zdarzeń – słyszymy, że Katarzyna Lubnauer do koalicji dołączyła jako ostatnia.

Do rozmów z PO wrócił też Kosiniak-Kamysz. Tyle że wciąż na warunkach Schetyny, czyli bez horyzontu jesiennego. Przy okazji doproszono jeszcze do stołu Zielonych, którzy przymierzali się do koalicji lewicowej z Partią Razem (tym samym i tak już rozpadające się ugrupowanie Zandberga zaliczyło kolejny w ostatnim czasie cios). W nocy z czwartku na piątek szefowie „piątki” zawarli porozumienie wyborcze, wstępnie dzieląc pomiędzy siebie miejsca na listach do PE.

Pozostaje kwestia szyldu

Do ogłoszenia sukcesu ciągle jednak brakuje zgody szerokich partyjnych ciał. W większości partii nie będzie to raczej problemem. Wyjątek to PSL, które z całej „piątki” czuje się najbardziej niedowartościowane. A że jest to partia z rozbudowanym mechanizmem demokratycznym, Kosiniak-Kamysz – nie mając sukcesów negocjacyjnych – będzie musiał nieźle się natrudzić, aby przekonać swe zaplecze do akceptacji projektu. Kuluarowe doniesienia są na razie sprzeczne. Jedni mówią o irytacji dołów, bombardujących teraz kierownictwo telefonami. Inni – że peeselowskie elity stopniowo oswajają się z trudną sytuacją i coraz mniej skłonne są podejmować ryzyko samodzielnego startu. Decyzja ma zostać podjęta za tydzień. Choć niewykluczone, że Kosiniak-Kamysz przyspieszy posiedzenie rady naczelnej partii, gdyż najbliższa sobota (23 lutego) jest już rozważana jako dzień oficjalnego startu wielkiej koalicji.

Otwarta pozostaje też kwestia szyldu. Zasugerowana niedawno Koalicja Europejska to tylko jedna z kilku rozważanych opcji. Świetna na wybory do PE, ale problematyczna w wyborach do Sejmu i Senatu. Tymczasem przeważa pogląd, że warto wiązać obie te elekcje we wspólnym trendzie i już teraz zacząć oswajać wyborców z docelowym szyldem na decydujące jesienne starcie. Sprawa ma się rozstrzygnąć w ciągu kilku dni.

Konkurs szpagatów, czyli jak partie łowią wyborców

Chaos spowodowany przez rządzących ignorantów zaczął boleśnie uderzać w miliony zwykłych obywateli.

Sondaże pokazują, że mimo kolejnych afer, skandali, ujawnianych taśm poparcie dla PiS utrzymuje się, z grubsza rzecz biorąc, na tym samym poziomie. To budzi zdumienie, złość, rozczarowanie krytyków partii rządzącej. W internetowych komentarzach pełno jest głosów, mówiących o ciemnym ludzie i prymitywnym elektoracie przekupionym miską soczewicy. Szanowni Państwo, spokojnie! Nie wpadajcie w panikę i nie oceniajcie wyborców w sposób niesprawiedliwy.

PiS raczej już nie porządzi samodzielnie

Jestem głęboko przekonany, że sondażowe procenty nie oddają precyzyjnie rzeczywistych nastrojów Polaków. Po pierwsze deformuje je – jak mówi Leszek Balcerowicz – „efekt Putina”, a więc konformizm i skłonność wielu ankietowanych do deklarowania poparcia dla władzy, by się jej nie narazić. Po drugie zaś – część osób zapowiadających głosowanie na PiS – nie wiemy jaka, ale chyba statystycznie znacząca – do urn w ogóle nie pójdzie.

Już w tej chwili wydaje się, że w PiS stracił poparcie większości pozwalającej na samodzielne rządzenie. Zsumowanie procentów poparcia dla opozycji, która zapewne pójdzie do wyborów w dwóch blokach: Biedroń i PO-Nowoczesna-PSL-SLD pokazuje, że partia Kaczyńskiego, by zachować władzę, będzie musiała poszukać sobie koalicjanta. Poza Kukizem nikt inny raczej nie wchodzi w rachubę. Może się jednak okazać, że nawet Kukiz nie będzie mieć dość szabel, by uratować „dobrą zmianę”. I co wtedy?

A przecież dzisiejsze wyniki sondażowe nie muszą się utrzymać do wyborów. Erozja notowań partii rządzącej będzie postępować. Co więcej – zaryzykowałbym tezę, że przyspieszy.

Do tej pory czynniki skłaniające część wyborców do zweryfikowania oceny rządzących wymagały pewnej wiedzy, zdolności do refleksji, umiejętności myślenia w kategoriach systemowych. Wielu niżej wykształconym obywatelom kwestie takie jak niezależność sądów czy łamanie konstytucyjnych zasad państwa prawa wydawały się niezrozumiałą abstrakcją, zaś praktyczne i namacalne dowody nieudacznictwa PiS manifestowały się często w obszarach odległych od świata, w którym żyje przeciętny wyborca. Trudno oczekiwać, by z trudem wiążący koniec z końcem mieszkaniec Podlasia przejął się zniszczeniem hodowli koni arabskich czy brakiem nowoczesnych helikopterów bojowych.

Demolka oświaty rodzi panikę i wściekłość

Teraz jednak pisowskie bezhołowie i nieudacznictwo schodzi w dół i zaczyna dotykać milionów zwykłych Polaków. Obserwuję to jako ojciec córki kończącej w tym roku gimnazjum i ubiegającej się o miejsce w liceum. Takiego chaosu i paniki w środowisku absolwentów i ich rodziców nigdy dotąd nie było. Bezmyślna demolka polskiego systemu szkolnego dokonana przez ignorantów powołanych na ministerialne stołki sprawia, że przerażeni ludzie, przewidując, iż ich dzieci mogą się nie załapać do zatłoczonych liceów i techników publicznych, już teraz tłumnie walą do płatnych szkół prywatnych, by na wszelki wypadek zaklepać miejsce. W liceum, do którego zgłosiła się moja córka, w ubiegłych latach nie było problemu z dostaniem się – chętnych było z grubsza tylu, ile miejsc. Albo nawet mniej. W tym roku o jedno miejsce rywalizuje czterech kandydatów.

Czesne w tych prywatnych szkołach średnich (najczęściej 1000-1300 zł miesięcznie) oznacza poważny uszczerbek w budżecie przeciętnej rodziny. Często jest to wydatek ponad stan, zmuszający do rezygnacji z zaspokojenia innych ważnych potrzeb. Ten koszt „dobrej zmiany” ponoszony przez tysiące zwykłych rodzin już nie jest odległą abstrakcją, jak Trybunał Konstytucyjny czy hodowla arabów.

W dodatku wrzenie ogarnia też środowiska nauczycielskie, bezpośrednio dotknięte wywołanym przez władze chaosem. Nadciąga strajk szkolny, którego termin pokrywa się z okresem egzaminów w gimnazjach i klasach ósmych. Co więcej, do protestu dołącza nauczycielska „Solidarność” – związek będący dotąd „pasem transmisyjnym” władzy do mas pracowniczych. Kierownictwo „Solidarności” wolałoby oczywiście dalej poklepywać się po plecach z pisowskimi dygnitarzami, jednak nastroje szeregowych związkowców zmuszają Piotra Dudę i jego kolegów do zmiany linii.

Schyłek bazarów i smutek sklepików

Nawarstwiają się też problemy spowodowane sukcesywnie wprowadzanym od zeszłego roku zakazem niedzielnego handlu. Zgodnie z przewidywaniami wszystkich rozsądnych komentatorów, zakaz ten, wprowadzony z powodów ideologicznych pod presją „Solidarności” i Kościoła, niczego nie rozwiązał, a jedynie pogłębił problemy branży detalicznej zatrudniającej grubo ponad milion pracowników. Wbrew uspokajającym zapowiedziom władz stragany i małe sklepy, którym niedzielny szlaban na handlowanie miał pomóc, padają jak muchy. Od wejścia w życie nowego prawa zamknięto niemal 16 tys. małych sklepów – podaje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Obroty drobnych handlarzy spadły – według Biura Analiz Sejmowych – o 20-30 proc.

Cytowana przez „Dziennik Gazetę Prawną” Elżbieta Fornalczyk z Tychów, działaczka związku „Sierpień 80”, walcząca swego czasu o ustanowienie zakazu handlu w niedziele, dziś mówi: – „Prawo zostało wprowadzone za szybko, bezrefleksyjnie. To był eksperyment na żywym organizmie, nie do końca udany. W Tychach pada drobny handel. Nie tylko spożywczy, ale również m.in. pasmanteria i odzieżowy, które były koło mojego domu od zawsze. Nie wytrzymują też wielkie sklepy. Lokalne Tesco zmniejsza załogę, tłumacząc się wolnymi niedzielami. Czy jest tu bezpośredni związek? Nie wiem, nie jestem ekonomistką czy politykiem, ale na pewno nie tak miało to wyglądać” – kwituje z goryczą.

Tego samego zdania jest większość respondentów sondaży, w których poparcie dla niedzielnego zakazu handlu jest coraz mniejsze, a sprzeciw coraz silniejszy. Dziś już tylko 28 proc. badanych przez IBRIS popiera zakaz handlu we wszystkie niedziele, a 68 proc. jest mu przeciwnych, w tym 45 proc. zdecydowanie.

Wszystkie te problemy i wynikające z nich niezadowolenie będą narastać w okresie dzielącym nas od wyborów – najpierw europejskich, a potem krajowych. Nie jest możliwe, by nie odbiło się to na wyniku głosowania.

Prawo i sprawiedliwość obronić przed PiS-em

16 Lu

Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim – Oddział Zamiejscowy w Hajnówce wydał wyrok uniewinniający Obywateli RP, którym zarzucono zakłócanie III Hajnowskiego Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych organizowanego przez nacjonalistów dla uczczenia Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zamordował 79 niewinnych osób podczas pacyfikacji wsi na Białostocczyźnie. IPN uznał ten mord za ludobójstwo.

Przypomnijmy, przed ubiegłorocznym hajnowskim marszem Obywatele RP wraz z mieszkańcami Hajnówki oddali cześć pomordowanym przez oddział „Burego”, a następnie stanęli na trasie przemarszu nacjonalistów.

Policja potraktowała protest Obywateli RP jako zakłócanie pochodu organizacji nacjonalistycznych. Protestujący zostali wylegitymowani, a część z nich trafiła na komendę w Hajnówce. Policja uznała protest Obywateli RP za wyjątkowe naruszenie porządku publicznego i skierowała sprawę do sądu. Na szczęście sąd uznał prawo protestujących do „organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, wynikające bezpośrednio Konstytucji, a także m.in. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Stwierdził, że przebieg jednego zgromadzenia w przestrzeni publicznej nie wyklucza obecności innego zgromadzania w tej samej przestrzeni, oczywiście pod warunkiem braku kolizji zgromadzeń, czyli nienaruszania wolności do zgromadzania się uczestników poszczególnych zgromadzeń czy manifestacji.”

W tym roku burmistrz Hajnówki wydał zakaz organizacji marszu pamięci, ale organizacje nacjonalistyczne odwołały się w tej sprawie do Sądu Okręgowego w Białymstoku. Decyzja ma zapaść 18 lutego, a sprawą zajmie się sędzia Piotr Kozłowski, który dwa lata temu uchylił podobny zakaz burmistrza dotyczący marszu.

Polacy,

w związku z nieustannie postępującym procesem niszczenia państwa polskiego, szczególnie uwzględniając eliminację przyzwoitych sędziów, prokuratorów, adwokatów etc., tj.: wymiarów sprawiedliwości i organów ścigania Polski, apeluję do wszystkich sił politycznych parlamentarnych i pozaparlamentarnych, którym zależy na dobru naszego państwa, o podjęcie stosownych działań, mających na celu ukrócenie barbarzyńskiego, a według mnie też przestępczego – skierowanego przeciw naszej ojczyźnie – procederu psucia tego, co pokolenia Polaków zbudowały także przelewając krew!

Obowiązująca wciąż w Polsce Konstytucja z 1997 roku pozwala narodowi na wyrażenie publiczne swego niezadowolenia i zamanifestowania sprzeciwu przeciwko tym, którzy nie sprawdzili się jako przywódcy państwa oraz narodu. Rządząca od ponad trzech lat „koalicja zła” doprowadziła Polskę nad skraj przepaści nie tylko cywilizacyjnej, ale także sprowadziła niebezpieczeństwo utraty jej suwerenności, a przynajmniej zredukowała rolę Polski w świecie do takiej, jaką pamiętamy z lat 50. XX wieku. To niedopuszczalne i grozi zapaścią państwa! Szczególnie istotne są wymienione przeze mnie instytucje bez których, ojczyzna nasza zamienić się może w bezbronny step, po którym (jak pisał w XIX wieku Carl von Clauzewitz) będą hasać obce wojska. Tak już bowiem bywało!

Proszę więc o rozważenie wszelkich możliwych, zgodnych z obowiązującą konstytucją Kodeksem karnym (nieustannie zmienianym tak, aby „pasował” tej władzy) środków, mających na celu odsunięcie od najważniejszych stanowisk w naszym państwie ludzi godzących w jego i narodu bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne! Czynię to tylko z troski o dobro mojej Ojczyzny narażanej od czterech lat (także w latach 2005-2007) na przekleństwo konfliktów społecznych, a być może i zbrojnych! Działalność rządu, o znaczącym stopniu szkodliwości, spowodowała bowiem utratę naszej wiarygodności na arenie międzynarodowej oraz zdystansowanie się dotychczasowych sojuszników Polski. Państwo zostało wystawione na śmiech i hańbę przez ludzi, którzy nie mają absolutnie niezbędnych (merytorycznych ani moralnych) cech do tego, aby władza nadal pozostawała w ich rękach! Muszą zatem odejść!

Wynik głosowania nie pozostawia wątpliwości działacze Sojuszu podzielają zdanie Włodzimierza Czarzastego. Uchwałę o współpracy przegłosowano 111 głosami. Przeciw było 3 delegatów, a 6 się wstrzymało.

– Nie ma innej możliwości – powtarzali wychodząc z konwencji.

Były premier Leszek Miller w czasie – zamkniętej dla mediów – konwencji mówił, że pojawienie się 3 premierów na konferencji z Grzegorzem Schetyną było ustalone z Włodzimierzem Czarzastym i że szef SLD od początku wiedział o planie budowy Koalicji Europejskiej. Leszek Miller też ma startować. Chociaż jak mówi, nie jest jeszcze pewien.

– Wie pani, ja muszę zapytać mojej małżonki, czy się zgodzi – żartuje były premier.

Jedynki mają także dostać dwaj inni byli premierzy Marek Belka i Włodzimierz Cimoszewicz. Podobno – jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek” – Cimoszewicz ma być jedynką z Warszawy. Jak słyszymy, Platforma już się zgodziła na taki układ, bo ma w stolicy kłopot z wyborczą lokomotywą. Jednak rozmowa o budowaniu list jak zawsze będzie trudna.

– Podjęłam decyzję, że to jest moja ostatnia kadencja – mówi „Newsweekowi” Krystyna Łybacka, była minister edukacji i obecnie europosłanka SLD. – Ale moja decyzja nie ma nic wspólnego z tą decyzją Sojuszu. Jesteśmy przed rozmowami z koalicjantami i to będzie miara wiarygodności tej koalicji, żeby myśleć nie o tym, kto skąd pochodzi, tylko jaka jest największa szansa dobrego rozegrania tych wyborów. Z tym głównym przesłaniem jesteśmy proeuropejscy, chcemy się jednoczyć, chcemy być silnym partnerem dla Europy, a zatem wybierajmy takich ludzi, którzy potrafią ten przekaz wystarczająco mocno wyartykułować – dodaje.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

Nie będzie też raczej dyskusji o miejscu dla Bogusława Liberadzkiego. Obecny wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego ma być jedynką w Zachodniopomorskiem. Tam prawdopodobnie spotka się z Robertem Biedroniem, który ze Szczecina chce startować do Brukseli. Na pytania o lidera Wiosny działacze Sojuszu rozkładają ręce i jak jeden mąż powtarzają: „Chcieliśmy iść razem, ale on nie chce”.

– Zalecałbym przewodniczącemu Biedroniowi, aby lepiej słuchał głosu swoich potencjalnych wyborców. Na przykład badanie CBOS-u z połowy stycznia pokazuje, że większość jego wyborców chciałaby, żeby poszedł do Parlamentu Europejskimi w szerokiej koalicji – mówi dawny kolega Roberta Biedronia z Ruchu Palikota, Wincenty Elsner.

Już wczoraj na Twitterze przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna wrzucił wiele mówiący post:

Po decyzji SLD politycy Platformy powtarzają, że dobrze się stało.

– Z radością witamy europejską lewicę, przyjmujemy tę decyzję z zadowoleniem i mamy nadzieję, że śladem SLD pójdą kolejne partie i formacje polityczne oraz środowiska demokratyczne i obywatelskie w Polsce – mówi „Newsweekowi” Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej.

– A czy nie przeszkadza panu, że to byli członkowie PZPR? – dopytuję.

– Dzisiaj jest czas na budowanie koalicji ludzi, którzy obronią Polskę przed polexitem, który proponuje PiS. I tak jak Leszek Miller był w PZPR, tak Leszek Miller wprowadzał Polskę do UE. I dzisiaj ludzie, którzy chcą silnej i demokratycznej Polski w Unii od lewa do prawa, powinni być na jednej liście – wyjaśnia Neumann.

A były polityk Sojuszu Bartosz Arłukowicz dodaje, że w SLD są nazwiska, które bardzo chętnie powita na listach Koalicji. – Wszyscy, którzy chcą demokratycznej Polski w Europie muszą być dzisiaj razem. Rok 2019 to rok w którym zdecydujemy o losach Polski na najbliższe kilkanaście lat – mówi.

Jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek”, podobną decyzję co SLD mogą jutro podjąć Zieloni.

Rządząca partia dała w nim pokaz instrumentalizacji państwa i prawa, która nawet wśród części jej zwolenników musiała wywołać refleksję, że coś jest nie tak. Nawet, sprzedawany jako wielki sukces polskiej dyplomacji, szczyt bliskowschodni w Warszawie okazał się serią wizerunkowych porażek – także w oczach prawicowego elektoratu. Tydzień zakończyły kolejne rewelacje „Gazety Wyborczej” – o kopercie z 50 tysiącami złotych, których Kaczyński miał się domagać od Geralda Birgfellnera dla zasiadającego w radzie Instytutu Lecha Kaczyńskiego tajemniczego ks. Sawicza.

„Kler” na żywo

Birgfellner zeznawał w prokuraturze, pod sankcją odpowiedzialności karnej. Nie znaczy to, że na pewno mówi prawdę – przedstawił na razie dowód, że faktycznie podjął ze swojego konta taką kwotę. Trudno też wyjaśnić czemu, ryzykując odpowiedzialność karną miałby kłamać akurat w tej sprawie. Cała sytuacja stwarza stawia Kaczyńskiego w bardzo niekorzystnej sytuacji.

Dlaczego ksiądz żądał takich pieniędzy? Wiemy, że jego zgoda była konieczna dla uruchomienia budowy. Wręczenie korzyści pieniężnej, by przekonać go do podjęcia decyzji nosiłoby znamiona – jak określa to „Gazeta” – „współsprawstwa w przestępstwie korupcji menedżerskiej”. To bardzo poważny zarzut wobec prezesa PiS. Kaczyński na razie milczy w tej sprawie. Zeznaniom Birgfellnera zaprzecza rzeczniczka PiS, Beata Mazurek. Bracia Karnowscy dość rozpaczliwie apelują do Adama Michnika, by zostawił uczciwego Kaczyńskiego w spokoju.

Dopóki oskarżenia się nie wyjaśnią historia z działającą na wyobraźnię kopertą będzie osłabiać wizerunek Kaczyńskiego, jako niezłomnego szeryfa. Cała historia wygląda jak wprost wyjęta z „Kleru” Smarzowskiego. Ks. Sawicz wchodzi do rady Instytutu Lecha Kaczyńskiego jako wykonawca testamentu arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, metropolity gdańskiego. Dziś nikt nie potrafi powiedzieć gdzie ksiądz przebywa, gdańska kuria oficjalnie uznaje go za „księdza zaginionego”, który faktycznie wystąpił ze stanu duchownego.

Poza podejrzeniem korupcji opinia publiczna może z całej sprawy wysnuć wniosek, że ks. Sawicz, Jarosław Kaczyński i ludzie skupieni wokół Instytutu Lecha Kaczyńskiego uwikłani są w jakiś dziwny, podejrzany układ.

Państwo bez żadnego trybu

Ujawnione przez „Gazetę” zeznania Birgfellnera rzuciły też nowe światło na niespodziewaną wizytę Jarosława Kaczyńskiego u Zbigniewa Ziobry. Jak się okazało, miały one miejsce dzień po tym, gdy Austriak złożył zeznania na temat tajemniczej koperty.

Dzięki przyjętej przez PiS reformie prokuratury, Ziobro jest też prokuratorem generalnym. Ma wgląd w toczące się śledztwa. Może ujawniać informacje na ich temat osobom trzecim.

Oczywiście, Ziobro zaprzecza, by wizyta Kaczyńskiego dotyczyła sprawy Birgfellnera. Panowie mieli rozmawiać wyłącznie o sprawach koalicji i rządu – głównie o przygotowywanych przez resort Ziobry przepisom antylichwiarskim. Te tłumaczenia mogą okazać się średnio przekonujące dla opinii publicznej. Ta jej część, która już dziś określa się jako przeciwnicy PiS, w spotkaniu Kaczyńskiego z Ziobrą dostrzeże kolejny dowód państwa działającego bez żadnego trybu, gdzie wszystkie państwowe organy odpowiadają przed nieponoszącym za nic odpowiedzialności „szeregowym posłem”.

Szczyt dyplomatycznych katastrof

Dla PiS ten tydzień okazał się też ciężki w tym obszarze, który miał być triumfem: w polityce zagranicznej. Najpierw rządzący znów dali popis działania bez żadnego trybu, bez przetargu zakupując od Amerykanów system obrony przeciwrakietowej HIMARS. Krytycy zakupy wskazują na wysoką cenę, brak offsetu, fakt, że Polacy nie będą mogli nawet samodzielnie naprawiać sprzętu. Trudno to uznać za dobry deal.

Prawdziwą katastrofę przyniósł jednak szczyt bliskowschodni. Wbrew zapowiedziom okazał się wydarzeniem o silnie anty-irańskiej wymowie. Amerykański wiceprezydent Mike Pence mówił o Iranie w wojennym tonie – tak jakby jego kraj już szykował się do inwazji na państwo nad Zatoką Perską.

Polska nie ma żadnego interesu w intensyfikacji konfliktu z Iranem. Organizacja szczytu w Warszawie popsuła nasze stosunki z Teheranem – reżimem, który ma wiele na sumieniu, ale jest ważnym, stabilnym graczem na Bliskim Wschodzie, z którym nie ma sensu bez potrzeby wchodzić na wojenną ścieżkę.

Co gorsze, polityce intensyfikacji konfliktu z Iranem przeciwnych jest większość kluczowych państw UE. W Warszawie zabrakło ich przedstawicieli najwyższego szczebla. W sprawie Iranu Polska znów zachowuje się jak w 2003 w sprawie Iraku – wbrew Europie sprzymierza się z szukającą konfliktu Ameryką.

Część strategów PiS liczyła zapewne na to, że w zamian za szczyt dostaniemy od Amerykanów twarde gwarancje konkretnej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Nic takiego się jednak nie stało. Zamiast tego prezydent Pence pouczał nas w sprawie konieczności restytucji żydowskiego mienia, a dziennikarka amerykańskiej telewizji mówiła o „polskim faszystowskim reżimie”, przeciw któremu walczyli. powstańcy z Getta. Wreszcie premier Izraela, Benjamin Netanjahu, miał – jak doniósł „Jerusalem Post” – powiedzieć o narodzie polskim biorącym udział w zagładzie.

Słowa Netanjahu zostały zdementowane, zanim zdążono im zaprzeczyć wybuchła awantura. Niedobra dla relacji z Izraelem, ale i wewnętrznie dla PiS. Pence i premier Izraela nacisnęli na klawisze, która działają na elektorat PiS jak płachta dla byka. Wyborcy partii mogą się poczuć autentycznie oburzeni, że PiS zorganizował imprezę, która stała się okazją do czegoś, co w ich oczach jest festiwalem wymierzonych w Polskę zniewag.

Czyżby przesilenie?

Wszyscy – niezależnie od sympatii – będą teraz patrzyć na sondaże. Czy PiS w końcu spadnie? Nie spadło radykalnie po pierwszym rzucie taśm Kaczyńskiego. Morawiecki ciągle jest dość dobrze oceniany przez wyborców. W kryzysie wizerunkowym i politycznej defensywie partia Kaczyńskiego znajduje się na dobrą sprawę od wyborów samorządowych. A jednak im nie spada.

Czy to oznacza, że PiS jest niezatapialny? Niekoniecznie, wbrew temu czego obawia się opozycja, a przed czym drży Nowogrodzka. Do odwrócenia sondażowych tendencji trzeba czasu. Niezależnie od afer widać zużycie się obozu władzy. PiS ciągle nie ma pomysłu jak przejść do ofensywy. Sondaże mogą tego nie wyłapać przed wyborami, ale w połączeniu z dynamiką, jaką wnosi Wiosna Biedronia, nie da się dziś wykluczyć niespodzianki przy urnie. Choć PiS ciągle wygrywa wszystkie sondaże i pewnie też wybory, to pewność tego, że zdobędzie drugą kadencją zaczyna się pomału kruszyć.