Tag Archives: Koalicja Obywatelska

Macierewicz i jego kontakty kościelne, Krzysztof Brejza dalej obnaża pisowskie skłonności

17 Lu

Wątpliwy zaszczyt miał były szef resortu obrony i jego młody kompan Edmund Janniger, odbywając spotkania z kardynałem Waszyngtonu Theodorem McCarrickiem. Utrwalone na fotce wydarzenie, jest dziś powodem przynajmniej do zakłopotania.

McCarrick, nie jest już bowiem ani kardynałem ani… duchownym. Watykan, wydalił go po prostu ze stanu kapłańskiego z powodu – jak to określono – nadużyć seksualnych.

Jak wykazało kościelne śledztwo, był on winny „grzechów przeciwko szóstemu przykazaniu z nieletnimi i dorosłymi, z obciążającym czynnikiem nadużywania władzy”.

Kardynał, wykorzystywał uczniów seminarium i młodych kapłanów. Nakłaniał ich do seksu podczas spowiedzi.

Decyzja Watykanu jest ostateczna i hierarcha nie ma możliwości odwołania się od niej – informuje NBC.

Theodore McCarrick, już wcześniej zrezygnował z godności kardynalskiej. Papież Franciszek, przyjął dymisję w lipcu 2018 roku i nakazał duchownemu przebywanie w odosobnieniu. McCarrick, zamieszkał w klasztorze w Kansas.

Antoni Macierewicz, udokumentował w sieci  swoje spotkanie z kardynałem 4 czerwca, przy okazji sympozjum „Obecne i przyszłe wyzwania w zakresie bezpieczeństwa. Finanse, energia, polityka”.

W mediach  społecznościowych wyjaśniał później: „w czasie wizyty ks. kard. dr Theodora McCarricka, arcybiskupa seniora Waszyngtonu i radcy waszyngtońskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, nie istniały jakiekolwiek poszlaki na temat reputacji duchownego”.

Dodał, że dopiero 20 czerwca zostały upublicznione oskarżenia wobec McCarricka, a sympozjum odbyło się kilkanaście dni wcześniej.

Fotką  z kardynałem pochwalił się na też Twitterze Edmund Janniger, były współpracownik Antoniego Macierewicza radośnie donosząc: Uczestniczyłem dziś w spotkaniu ks. kard. Stanisława Dziwisza z ks. kard. Theodorem McCarrickiem.

„Ale macie siostry bałagan w tym archeo”- poseł PO, żartobliwie skomentował na Twitterze naszpikowaną błędami listę obecności fundatorów Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego.

Brejza siłując „rozszyfrować” dokument z chwili „dokooptowywania zaginionego księdza” do tego szacownego gremium z kpiną dowodzi, że fundatorzy Instytutu … najwyraźniej  nie znają swoich imion.

Kreślą, marzą.., a w efekcie Małgorzata Kujda nagle okazuje się być Marią, a następnie Barbarą; Barbara Czabańska – Krystyną, a Jacek Cieślikowski – Marcinem. Tak wygląda tzw. porządek  i rzetelność w PiS-owskiej dokumentacji.

To nie pierwsze „znalezisko” Brejzy. Analizując „taśmy Kaczyńskiego” odkrył „układ zamknięty” wokół Srebrnej, opublikował też podpisany przez Kazimierza Kujdę dokument, w której znajdują się informacje o m.in. zarobkach członków zarządu.

Poseł depcze też po piętach ministrowi sprawiedliwości w związku ze spotkaniem z Kaczyńskim w budynku przy  Alei Róż.

Ostatnio – jak wiemy – Krzysztof Brejza znalazł także „zaginionego księdza” Rafała Sawicza, który miał dostać 50 tys. złotych za podpis pod zgodą na wzięcie kredytu przez fundację i rozpoczęcie budowy wież K-Towers przy ulicy Srebrnej w Warszawie.

Czwartkowe popołudnie w gabinecie Grzechorza Schetyny na piątym piętrze kamienicy przy ulicy Wiejskiej. Szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer siada na skórzanej kanapie i pije coca-colę. To ich pierwsze spotkanie od grudnia, kiedy lider PO rozbił klub Nowoczesnej, przejmując kilku posłów. Później obcesowo zagroził Lubnauer, że albo wraz z resztą klubu przejdzie do Platformy, albo będzie musiała wrócić na uczelnię, gdzie pracowała przed wejściem do parlamentu.

Po takich słowach trudno usiąść do rozmów. Do spotkania trzeba ich namawiać, robią to m.in. prof. Leszek Balcerowicz i Włodzimierz Cimoszewicz, którzy od miesięcy wzywają do szerokiego porozumienia opozycji. Cimoszewicz ma być jedynką na warszawskiej liście Koalicji Europejskiej w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Szefowa Nowoczesnej powinna wiedzieć, że w polityce nie ma sentymentów, bo sama ograła Ryszarda Petru, odbierając mu partię. Jest jednak rozgoryczona. Przed wyborami samorządowymi wydawało jej się, że Schetyna traktuje ją po partnersku. Zaprosił ją do domu we Wrocławiu, poznała jego żonę.

Teraz spotyka się z liderem PO, bo jest pod ścianą. Jej partia w sondażach nie przekracza progu wyborczego, koalicja z PO to jedyna szansa na przetrwanie.

Schetyna posypuje głowę popiołem. Przyznaje, że rozbicie Nowoczesnej było błędem. To przełamuje lody. Lubnauer chce tylko jednej „jedynki” na wspólnych listach do europarlamentu.

Niespotykanie cierpliwy człowiek

Powstanie wielkiej koalicji jest praktycznie przesądzone. Szef PO chce jak najszybciej sfinalizować ciągnące się tygodniami negocjacje z PSL, SLD, Nowoczesną, Inicjatywą Polska, Zielonymi i Krajową Partią Emerytów i Rencistów. Listy z kandydatami mają być dogadane do 23 lutego, tak, by od marca ruszyć z kampanią.

– Najważniejsze jest zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Chcemy pokazać, że PiS jest do pokonania przez zjednoczoną opozycję – mówi mi Schetyna.

Ale najpierw musiał przekonać własnych działaczy, żeby ustąpili miejsca na listach politykom z innych ugrupowań oraz, że trzeba podzielić się z nimi pieniędzmi na kampanię, bo największa Platforma wyłoży najwięcej.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

– Jak widzę cierpliwość Schetyny, to go nie poznaję – śmieje się szef klubu PO Sławomir Neumann. Najtrudniej było z PSL. Lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz zażądał aż czterech z 13 jedynek na listach w eurowyborach i ustalenia zasad wspólnego startu w jesiennych wyborach parlamentarnych. Chodzi o to, by zaklepać sobie parytet na listach zanim, ewentualnie, do gry o wspólne listy do Sejmu wejdzie partia Roberta Biedronia.

– Trzeba dać sygnał, że budujemy coś trwalszego niż listę na jedne wybory. Po eurowyborach będą wakacje i później zabraknie już czasu na kolejne negocjacje – tłumaczy Kosiniak-Kamysz. Lider PSL szachował Schetynę tym, że jeśli ludowcy nie dostaną, czego chcą, w PSL zwycięży koncepcja Marka Sawickiego, który jest przeciwko wspólnej liście opozycji. Otoczenie Schetyny uważało, że to wyłącznie taktyka, by jak najwięcej wyciągnąć od Platformy.

Tylko raz Schetyna był bliski utraty cierpliwości – gdy Kosiniak-Kamysz próbował budować tzw. małą koalicję z Nowoczesną, Unią Europejskich Demokratów oraz SLD i zażądał miejsca na liście dla posła Unii Jacka Protasiewicza. To miał być wyraz niezgody na hegemonię Schetyny i spłacenie długu Protasiewiczowi, który z Michałem Kamińskim i Stefanem Niesiołowskim uratował PSL przed utratą własnego klubu poselskiego. Jednak Schetyna szczerze go nie cierpi od kiedy w 2013 roku pozbawił go (na polecenie Donalda Tuska) stanowiska szefa dolnośląskiej Platformy. Gdy stanął na czele PO, wyrzucił Protasiewicza z partii.

Reklamy

Koalicja opozycyjna tylko wokół Platformy ma szansę na przepędzenie PiS od władzy

17 Lu

Pokazujemy się w roli kraju, który nie jest suwerenny i przyjmuje sprzeczne z jego interesem propozycje silnego partnera, nawet jeżeli narażają nas na włączenie do konfliktu bliskowschodniego, czego w Polsce przecież nikt nie chce. To szaleńcza polityka! – mówi Paweł Zalewski, były eurodeputowany Platformy Obywatelskiej. – Robert Biedroń swoje inspiracje bierze z polityki francuskiej. Ale tam nie rządzi Marine Le Pen, której polskim odpowiednikiem jest PiS. Dlatego w Polsce potrzebne jest wsparcie dla ugrupowań, które mają realny plan przywrócenia praworządności. Polityka, którą prowadzi Robert Biedroń wspiera PiS, bo rozbija opozycję – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: W Warszawie odbyła się konferencja bliskowschodnia, która od początku budziła wiele kontrowersji. Polsce było to potrzebne?

PAWEŁ ZALEWSKI: Polska nie będzie miała z tego żadnych korzyści, natomiast mnóstwo problemów i strat. Po pierwsze, wpisała się bez żadnych zastrzeżeń w politykę administracji prezydenta USA Donalda Trumpa wobec Iranu, która jest sprzeczna z polityką Unii Europejskiej. Polskim interesem jest to, aby Zachód działał razem, bo wtedy jest silny, a Polsce na tym powinno najbardziej zależeć. Zamiast budować siłę i szukać porozumienia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią w sprawie Iranu Polska przyjęła bezkrytycznie stanowisko amerykańskie. To poważny błąd.

To osłabi jeszcze bardziej pozycję Polski w Unii Europejskiej?
Od dawna dla nikogo nie jesteśmy partnerem, bo sami się wyrzekliśmy tej pozycji. Polityka polega na tym, że za koncesję i wsparcie jakiegoś państwa należy się odwdzięczyć tym samym. Polska nie prowadzi takiej polityki od 3 lat. Ale jest jeszcze gorzej, przyjęliśmy pozycję kraju, który wyrzekł się własnej polityki i suwerenności.

Na amerykańską propozycję zorganizowania w Warszawie konferencji rząd zgodził się bez żadnych warunków i możliwości wpływu na stanowisko, które będzie jej efektem. Tak naprawdę zapewniamy tylko lokal i catering, chociaż mowa była o rzeczach poważnych, a nie abstrakcyjnych wartościach.

Jaki był jej cel?
Celem konferencji jest zbudowanie koalicji przeciw Iranowi, ale także przeciw UE. Nic dziwnego, że w tej konferencji udział biorą państwa, które szukają wsparcia dla swojej polityki nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w Rosji. Minister spraw zagranicznych Austrii, która zaprosiła na swoje urodziny Władimira Putina, minister Włoch, czyli kraju, który jest w sporze z Unią, minister Wielkiej Brytanii, który realizuje politykę brexitu, czy w końcu delegacja węgierska. Nie ma przypadku w tym, że Polska właśnie w tym momencie bierze udział w takim grupowaniu się państw europejskich przeciwnych dotychczasowej polityce UE. Do tego dochodzi jeszcze sprawa Iranu. Polska nie popierała i nie popiera agresywnej polityki tego kraju, ale do tej pory nie była krajem, który stał na czele antyirańskiego frontu.

„Największym zagrożeniem dla pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie jest Iran” – mówił wprost premier Izraela Benjamin Netanjahu. To najważniejszy przekaz z tego spotkania?
Premier Izraela prowadzi właśnie kampanię przed wyborami do Knesetu, które odbędą się 7 kwietnia. Jego wypowiedzi mają silny kontekst antyirański. Na konferencji nie ma przedstawicieli Iranu. Zbojkotowała ją też delegacja palestyńska, zaproszona zresztą bardzo późno, bo dopiero w ostatni piątek. Polska wpisuje się w pozycję kraju, który jest prawą ręką antyirańskiej polityki Stanów Zjednoczonych.

Czy to wzmacnia nasze bezpieczeństwo i realizuje jakiekolwiek polskie interesy? Nie. W interesie Polski jest to, czego domagają się kraje unijne, czyli prowadzenie z Iranem współpracy gospodarczej.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zapewniał, że „Iran nie będzie tematem konferencji” i że „polski rząd chce pogodzić UE i USA w sprawie Iranu”. Jak to się ma do politycznej rzeczywistości?
Takie zaklęcia nie pomogą. Coś dokładnie odwrotnego mówi premier Izraela, a wiadomo, że to on jest bardzo blisko polityki Donalda Trumpa. Działamy wbrew własnym interesom, bo przyczyniamy się do powiększenia podziałów pomiędzy UE i USA, wzmacniamy tych, którzy nie chcą silnej i solidarnej Unii, ale partykularną, w której poszczególne kraje będą prowadziły politykę zagraniczną na zasadach bilateralnych. To jest samobójstwo. Pokazujemy się w roli kraju, który nie jest suwerenny i przyjmuje sprzeczne z jego interesem propozycje silnego partnera, nawet jeżeli narażają nas na włączenie do konfliktu bliskowschodniego, czego w Polsce przecież nikt nie chce. To szaleńcza polityka!

To świadome działanie rządu?
Nie mam pojęcia, ale w polityce ważne są efekty. Czy ktoś prowadzi szaleńczą politykę dlatego, że tego chce, czy dlatego, że nie potrafi innej, nie ma żadnego znaczenia, najważniejsze są efekty.

Zmroziła pana informacja „Jerusalem Post” o tym, że Benjamin Netanjahu podczas pobytu w Warszawie powiedział, że „Polacy kolaborowali z nazistami podczas Holokaustu”?
Oczywiście, tym bardziej, że miał to powiedzieć podczas konferencji, która została zorganizowana przez polski rząd w narodowym interesie Izraela.

Odbieram to jako pokłosie ustawy o IPN, która uczyniła z kwestii kolaborowania niektórych Polaków z Niemcami lub przypadków mordowania Żydów pewien standard przeniesiony na cały naród. To jest konsekwencja złej polityki PiS-u.

„Na najbliższym posiedzeniu Sejmu PiS zaproponuje uchwałę ws. odpowiedzialności za Holokaust” – poinformowała w czwartek wieczorem na Twitterze rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Takie działanie jest teraz potrzebne?
To jest powrót do logiki ustawy o IPN i znowu wywoła falę niechęci wobec Polski. Warto w tym miejscu przypomnieć wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego dokładnie rok temu na konferencji w Monachium, w którym mówił o polskich i żydowskich „sprawcach Holocaustu”. PiS bardzo poważną kwestię związaną z historią, która rzutuje na relacje polsko-żydowskie, traktuje z niekompetencją i brakiem zrozumienia. Powinien rozładować ten temat, a nie zaprzeczać wszystkiemu, bo to powoduje reakcję odwrotną.

Może temat zakończyć powinno dementi ambasador Izraela w Polsce Anny Azari?
Polska powinna z całą pewnością prowadzić poważną politykę historyczną wobec Izraela i Żydów, opartą na prawdzie. Celem tej polityki powinno być budowanie wzajemnych stosunków na przyszłość. Dlatego PiS z tego dementi powinien skorzystać i mam nadzieję, że tak zrobi. Wierzę, że władza nie pójdzie drogą, którą poszła przygotowując zmiany w ustawie o IPN-ie.

„Niedługo należy spodziewać się pierwszych wiążących decyzji w sprawie zwiększenia obecności armii USA w Polsce” – poinformował prezydent Andrzej Duda po spotkaniu z sekretarzem stanu USA. Wpływ na decyzję może mieć zgoda na zorganizowanie konferencji bliskowschodniej w Warszawie.
Ta konferencja nie ma najmniejszego wpływu na decyzję o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce. Ona związana jest z percepcją zagrożenia ze strony Rosji.

Decyzja, która zapewne zostanie podjęta, ale po długim czasie wewnętrznych dyskusji i przygotowań, jest konsekwencją działań, które podjął rząd PO-PSL. To one doprowadziły do konkluzji szczytu NATO w Walii.

A może nagrodą ma być podpisanie ze stroną amerykańską umowy na dostawy systemu rakietowego Himars dla Wojska Polskiego?
Rząd usiłuje wmówić, że realizując kontrakt na 20 systemów, chociaż mieliśmy ich kupić więcej, dodatkowo bez żadnego wkładu polskiego przemysłu zbrojeniowego, nastąpiła koncesja ze strony Amerykanów. Prawda jest taka, że kupujemy za drogo i jeszcze będziemy musieli płacić za utrzymanie. Jeżeli ktoś uważa, że sprzedaż dobrego samochodu za cenę najlepszego z gigantycznie drogim utrzymaniem jest dobrym dealem, to nie rozumie ani polityki zagranicznej, ani polityki handlowej.

Czyli daliśmy się wykorzystać i potraktować przedmiotowo?
Amerykanie są naszym bardzo ważnym sojusznikiem, przede wszystkim z punktu widzenia bezpieczeństwa. Ale to nie oznacza, że mamy zapominać, że ze swojej natury są kupcami. Polski rząd pozwala na to, żeby Amerykanie traktowali nas jak skarbonkę, z której będzie można wyjmować pieniądze. Ja się na to nie zgadzam. Na świecie wszystko można kupić, tylko pytanie, za jaką cenę.

PiS kupuje rzeczy potrzebne polskiej armii, które negocjował rząd PO, ale robił to znacznie lepiej. Zakładaliśmy niższą cenę i udział polskiego przemysłu. Nie ma w niej żadnej racjonalności, którą wyznacza polska racja stanu i interes międzynarodowy.

Co dalej z gazociągiem Nord Stream II? Przyjęta została nowa dyrektywa gazowa, która zakłada, że prawu unijnemu podlegać będzie tylko ostatni odcinek gazociągu.
PiS postawił sobie jako cel zablokowanie tej inwestycji i temu miała służyć dyrektywa. W efekcie marginalizacji pozycji Polski i tego, że rząd PiS-u nie jest w stanie prowadzić negocjacji, zwyciężyło stanowisko niemieckie. To przekazanie władzy regulacyjnej nad gazociągiem Niemcom, chociaż tę funkcję pełnić powinna Komisja Europejska. Szczegóły funkcjonowania poza wodami terytorialnymi Niemiec regulować za to będzie przyszła umowa niemiecko-rosyjska.

Co to oznacza?
To de facto zalegalizowanie dominacji Gazpromu w dostawie gazu do Niemiec i dalej na południe Europy. To jest zaprzeczenie trzeciemu pakietowi energetycznemu.

Coś jeszcze można na tym etapie zrobić?
Trzeba będzie wykorzystywać bardzo wątłe instrumenty, które znajdują się w tej dyrektywie, czyli minimalny wpływ KE. Ale nie mam złudzeń, że Niemcy będą w stanie przeforsować swój punkt widzenia i postąpią egoistycznie. Przy negocjacjach dotyczących drugiego gazociągu jesteśmy w zupełnie innej sytuacji niż za pierwszym razem – miała miejsce agresja rosyjska przeciwko Ukrainie, Rosja wypowiedziała wojnę hybrydową Niemcom, w tym osobiście Angeli Merkel, Niemcy nie są w tej sprawie zjednoczone, projektem nie była zachwycona Francja, a dodatkowo bardzo silny sprzeciw przedstawiły Stany Zjednoczone.

Żadna z tych możliwości nie została przez PiS wykorzystana, można powiedzieć, że PiS się poddał. Ta dyrektywa legitymizuje inwestycję.

Wystartuje pan w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Jest jeszcze trochę czasu… Wiele zależy od tego, jaki kształt będzie miała Koalicja Europejska. Wszystkie decyzje będą zapadały w tym gronie. Na razie na to pytanie nie odpowiem i nikt odpowiedzialny nie byłby w stanie na nie odpowiedzieć.

Jak szeroka powinna być formuła Koalicji Europejskiej?
To powinna być koalicja, która będzie miała ciężar gatunkowy, czyli powinna być jak najszersza. Trzeba jednoczyć siły, aby utrzymać obecność Polski w UE i zwiększyć jakość naszej obecności we Wspólnocie. Polska powinna mieć maksymalnie silną pozycję, aby maksymalnie dużo wygrywać. Nie możemy się wycofywać, tak jak robi rząd PiS-u. Mam nadzieję, że koalicja będzie jak najszersza i negocjacje zakończą się powodzeniem.

Rozmowy cały czas się toczą. Widzi pan na wspólnej liście Nowoczesną, PSL i SLD?
Zjednoczyć powinny się wszystkie partie, które są proeuropejskie i wyznają model liberalnej demokracji.

Nie przyjmuję argumentacji Roberta Biedronia, że na razie trzeba się policzyć. Polityka jest czymś bardzo poważnym, a mam wrażenie, że na razie jego głównym celem jest zastąpienie PO jako głównej partii opozycyjnej. Niestety, jeżeli tak się stanie, to żaden z głoszonych przez niego postulatów nie będzie mógł być zrealizowany. PiS zrobi to, co zrobił na Węgrzech Viktor Orbán, czyli stworzy system jednopartyjny i osiągnie większość konstytucyjną.

Czyli powstanie partii Wiosna jest dla opozycji poważnym zagrożeniem?
Mnie najbardziej martwi to, że nowa partia nie odbiera głosów PiS-owi, ani nie mobilizuje tych, którzy do tej pory nie głosowali. Nie odmawiam żadnemu politykowi prawa do walki o swoje, ale oczekuję od polityków, aby realizowali polską rację stanu. Dzisiaj to przywrócenie rządów prawa i demokracji liberalnej. Niestety, w żadnym z punktów programu partii Wiosna nie ma mowy o tym, jak do tego doprowadzić. Wyraźnie widać, że Robert Biedroń swoje inspiracje bierze z polityki francuskiej. Ale tam nie rządzi Marine Le Pen, której polskim odpowiednikiem jest PiS. Dlatego w Polsce potrzebne jest wsparcie dla ugrupowań, które mają realny plan przywrócenia praworządności. Polityka, którą prowadzi Robert Biedroń wspiera PiS, bo rozbija opozycję.

Dlaczego do tej pory nie udało się opozycji, poza Robertem Biedroniem, porozumieć?
Jednym z ważnych powodów jest dyskusja, jaka toczy się w PSL-u. I to nie jest zarzut. Tam toczy się spór na poważne argumenty. Oni potrzebują czasu, ale mam nadzieję, że wszyscy zbliżamy się do konkluzji. Traktuję to raczej w kategoriach normalnego procesu, w którym każdy do swojej decyzji musi dojrzeć. To będzie strategiczna decyzja także dla SLD. Nie można nikogo wciągać na siłę.

„Gazeta Wyborcza” napisała w piątek o „kopercie Kaczyńskiego”. Gerald Birgfellner miał zeznać w prokuraturze, że Jarosław Kaczyński nakłonił go do wręczenia 50 tys. zł dla księdza z rady fundacji, która jest właścicielem spółki Srebrna. Chodziło o budowę drapacza chmur w Warszawie. Spodziewał się pan kolejnych odsłon tej sprawy?
Skoro mamy informację o kilkunastu rozmowach austriackiego biznesmena z Jarosławem Kaczyńskim, to kolejne doniesienia nie są dla mnie zaskoczeniem. I powiem jedno –

po prezesie PiS-u można się spodziewać naprawdę wszystkiego…

Taśmy Kaczyńskiego mogą pomóc opozycji i zaszkodzić PiS-owi?
Taśmy przede wszystkim mogą pomóc Polakom zrozumieć istotę systemu, w którym żyjemy. Do tej pory wszystkie informacje o korupcji bezpośredniej czy pośredniej (wykorzystywanie zasobów państwa dla własnych korzyści) odbijały się od PiS-u, bo ludzie byli przekonani, że to są tylko wypadki przy pracy. Najważniejsze było to, że ten, któremu zaufali, jest człowiekiem uczciwym i bezinteresownym. Taśmy obaliły to przekonanie. Okazało się, że Jarosław Kaczyński oszukuje nie tylko opinię publiczną, ale także członków własnej rodziny. Realizuje projekt, który ma dostarczyć kilkadziesiąt milionów zysku jego partii i jemu samemu. Nie jest też antykomunistycznym patriotą, bo trudno za takiego uchodzić, współpracując z dawnymi agentami SB, takimi jak Krzysztof Kujda czy wcześniej ambasador Andrzej Przyłębski. Widać wyraźnie, że system budowany przez 3 lata nie był przypadkowy. Chodziło o to, aby wykorzystać wszystkie zasoby państwa w celu zbudowania potęgi finansowej dla swojej partii. Korupcja nie jest wypadkiem przy pracy, ale systemem, który zbudował PiS w oparciu o układ z ludźmi dawnego systemu.

Jarosław Kaczyński twierdzi, że nie wiedział o agenturalnej przeszłości Krzysztofa Kujdy. Wierzy pan w takie zapewnienia?
Nie. Miał przecież wszystkie instrumenty, aby się o tym dowiedzieć. Poza tym od zawsze interesował się tymi sprawami i lustrował ludzi swoimi sposobami.

Takich zapewnień nie traktuję poważnie, bo to jest sprzeczne z modus operandi prezesa PiS. Ale jak widać, jemu to nie przeszkadza. Najważniejsze, aby załatwić przy użyciu instrumentów prawa bezprawne interesy.

Kim w tej układance jest prezes NBP Adam Glapiński?
Jest częścią wielkiej operacji finansowej, którą przeprowadza PiS. Trudno sobie wyobrazić, aby to, co było w słynnym „planie Zdzisława”, czy żądanie 40 mln zł łapówki było wybrykiem jednego człowieka. Widzimy, jak funkcjonuje Jarosław Kaczyński, ma na telefon prezesa Pekao SA i kredyt na ponad miliard złotych. Chodzi o opanowanie wszystkich instrumentów państwa, aby stworzyć patologiczny układ, korzystny dla kasty PiS-u, a nie dla Polaków. O to właśnie prezes PiS-u oskarżał wszystkich przeciwników, a zrealizował to sam.

To dlaczego sondaże poparcia dla PiS-u ani drgną?
Nie do końca w nie wierzę. Pamiętam luty 2016 roku, kiedy prezydent Bronisław Komorowski osiągnął 72 proc. poparcia. Jak widać, to o niczym nie świadczy. Pewne rzeczy muszą przejść do opinii publicznej, do domów ludzi w małych miasteczkach, a to wymaga czasu. Do wyborców muszą dotrzeć fakty i muszą je przyswoić.

W życiu osobistym, jak mamy do kogoś zaufanie, to trudno nam uwierzyć w to, że nas ta osoba okłamuje i okrada. Tak samo jest w życiu publicznym.

Wierzy pan, że zatrzymanie byłego prezesa Orlenu i jego współpracowników akurat teraz to przypadek?
To jest oczywista próba oderwania uwagi od taśm Kaczyńskiego i od ciemnych interesów załatwianych w jego gabinecie. Przecież prokuratura dysponuje tym materiałem od 3,5 roku. W dodatku jest to dziwny i wątpliwy materiał. Sprawa została wykorzystana do celów politycznych. PiS prowadzi wyrafinowaną propagandę, której częścią jest oderwanie uwagi opinii publicznej od istoty polityki tej partii. Nie mam wątpliwości, że wcześniejsze aresztowanie byłego prezesa Lotosu i aresztowanie byłego prezesa Orlenu temu właśnie służą. Między innymi dlatego konieczne było upolitycznienie prokuratury i podporządkowanie jej partii rządzącej.

Zdziwiła pana w związku z tym ostatnia wizyta Jarosława Kaczyńskiego u ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry?
Prezes PiS buduje swoje relacje z podwładnymi, specjalnie nie używam stwierdzenia współpracownicy, wykorzystując całą gamę instrumentów, także symbolicznych, pokazujących miejsce w szeregu. Elementem tej strategii były właśnie miejsca spotkań. Ministrowie zawsze przyjeżdżali do niego na ul. Nowogrodzką. Jeżeli Jarosław Kaczyński w dniu przesłuchania austriackiego biznesmena pojechał do Zbigniewa Ziobry, to obawia się tego, że Prokurator Generalny otrzyma zbyt dużą wiedzę i może ją wykorzystać. Pozycja Zbigniewa Ziobry, który ma kontrolę nad śledztwem w sprawie taśm Kaczyńskiego, bardzo poważnie wzrosła. Można powiedzieć jednoznacznie, że los Jarosława Kaczyńskiego leży w rękach Zbigniewa Ziobry. Takiej sytuacji nigdy do tej pory nie było.

To polityczny sukces Grzegorza Schetyny, który niewiele sobie robił z coraz liczniejszych ostatnio spięć negocjacyjnych i cierpliwie czekał. Aż się doczekał: słabsi partnerzy sami do niego przyszli, redukując swe wcześniejsze oczekiwania. Jeśli koalicja zostanie ostatecznie zawarta, szef Platformy będzie w niej miał pozycję hegemona.

A jeszcze na początku tygodnia wydawało się, że na szerokie porozumienie opozycji nie ma najmniejszych szans. PSL był już bardzo bliski podjęcia decyzji o stworzeniu „małej koalicji” na wybory europejskie z Nowoczesną, Unią Europejskich Demokratów i Stronnictwem Demokratycznym. Byłby to jeden z czerech bloków opozycyjnych w majowych wyborach, obok Koalicji Europejskiej (czyli PO z byłymi premierami i schowanym SLD), Wiosny oraz listy lewicowej (Razem, Zieloni, Unia Pracy, PPS).

Oczywiście wszyscy wiedzieli, że koalicja ludowców z niewielkimi liberalnymi partyjkami to projekt egzotyczny. Ryzykowny szczególnie dla PSL, gdyż tradycyjny wiejski elektorat – co od dawna wiadomo z badań – wyjątkowo źle znosi Nowoczesną, kojarzoną z obyczajowym liberalizmem i ekonomicznymi poglądami Leszka Balcerowicza. Tę partię łączyło z ludowcami tyko jedno: zniszczone relacje z Platformą.

Jak się (nie) dogadywali liderzy opozycji

Najpierw Nowoczesna zerwała przetestowaną w wyborach samorządowych Koalicję Obywatelską; ugodzona ochoczym wzięciem na platformerski pokład grupy rozłamowców z Kamilą Gasiuk-Pihowicz na czele. Od tej pory szefowa N Katarzyna Lubnauer na każdym kroku atakowała Grzegorza Schetynę, uznając go za partnera nieuczciwego i wiarołomnego.

Ludowcy nie mieli aż tak dramatycznych przejść. Ale i oni tracili wiarę w możliwość dogadania się z PO. Najbardziej im zależało, aby w rozmowach z PO dogadać nie tylko warunki najbliższego startu do PE, ale i jesiennego do Sejmu i Senatu. Postulat był racjonalny, bo jak już raz wchodzi się do koalicji, trudno z niej potem wyjść bez piętna rozłamowca. Toteż umawiając się tylko na wybory europejskie, jesienią znacznie słabsi ludowcy byliby zdani na łaskę Platformy przy ustalaniu list krajowych.

Co z kolei odpowiadałoby Schetynie, którego nie interesował projekt partnerski, tylko układ na wzór dawnej AWS. Zdominowany przez PO, w którym rola pozostałych partii sprowadzałaby się do dostarczenia na listy co atrakcyjniejszych nazwisk. Szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz nalegał więc na długofalową umowę, natomiast Schetyna konsekwentnie odmawiał. W efekcie rosła w szeregach PSL niechęć do niedawnego koalicjanta. Aż wkurzeni peeselowscy baronowie zażądali od Kosiniaka-Kamysza, aby w rozmowach ze Schetyną jeszcze wyżej podniósł poprzeczkę i zażądał ustalenia już teraz podziału wpływów po wyborach. Szef ludowców miał ogłosić Schetynie, iż PSL domaga się kontroli nad Orlenem. Ale lider Platformy nie oddał Niderlandów, a dialog został ostatecznie wygaszony.

SLD na lodzie, PSL kusi odrzuconych, PO bierze wszystko

Nie sprzyjało zaufaniu na całej opozycji również to, jak zręcznie Schetyna w tym samym czasie rozegrał Włodzimierza Czarzastego. Szef SLD już od wyborów samorządowych był zdeterminowany, aby wejść do porozumienia z Platformą. Czego zresztą nie ukrywał, choć osłabiało to jego pozycje negocjacyjne. Nie stawiał więc wstępnych warunków, bardziej licząc na dobrą wolę i wyczucie realizmu Schetyny. Posagiem, który pragnął wnieść do wspólnego projektu, byli dawni eseldowscy premierzy (Cimoszewicz, Miller i Belka) na listach do PE. Schetyna długo jednak okazywał swój brak zainteresowania dla porozumienia z SLD, po cichu pracowicie wyciągając z talii Czarzastego wszystkie asy. Co skończyło się ogłoszeniem trzy tygodnie temu Koalicji Europejskiej, czyli bliżej niezdefiniowanej inicjatywy politycznej PO oraz byłych premierów (w tym oczywiście eseldowskich) i ministrów spraw zagranicznych. SLD nagle znalazło się na lodzie.

PSL zabiegało wtedy, aby brutalnie rozegrany Czarzasty dołączył do koalicji odrzuconych. Chodziło o to, aby zbudować układ, z którym Schetyna na tyle będzie się liczył, że w końcu podejmie z nim partnerską współpracę. Szef Sojuszu zacisnął jednak zęby i wybrał rolę wasala Schetyny. Dla elektoratu byłaby to katastrofa, gdyby doszło do sytuacji, w której kandydaci obecnego SLD rywalizują o wyborcze głosy z byłymi przywódcami tej partii.

Dlaczego partiom opozycji tak trudno się dogadać

Pomogła Wiosna Biedronia

Impas w rozmowach zjednoczeniowych był już absolutny, gdy swoją inicjatywę ogłosił Robert Biedroń. A pierwsze sondaże dały Wiośnie 14–16 proc. Partie starej opozycji poczuły się zagrożone. I to każda na swój sposób. Szczególnie przemówił do wyobraźni sondaż IBRiS, który zbadał rozkład poparcia w dwóch wariantach – z Wiosną i bez niej. Dzięki temu udało się pokazać, komu ruch Biedronia naprawdę odbiera głosy. Procentowo najwięcej straciła Platforma (mniej więcej połowa zwolenników Wiosny to dotychczasowy elektorat PO). Ale Biedroń urywał też po 1–2 proc. poparcia pozostałym partiom, w tym PSL. Niby niewiele, ale to właśnie partiom balansującym na granicy progu wyborczego Wiosna może zaszkodzić najbardziej. Wypłukane też zostały resztki elektoratu Nowoczesnej, która na dobrą sprawę ostatecznie straciła dalszą rację bytu.

Opozycyjna „piątka” – jednak w koalicji

Jak dowiadujemy się od osób zaangażowanych w negocjacje, pierwsza pękła szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer. Złożyła Schetynie wizytę. Panuje podejrzenie, że ona jedna w Nowoczesnej okaże się beneficjentką wielkiej koalicji, dostając jesienią biorące miejsce do Sejmu. Otoczenie szefowej N przedstawia nieco inną wersję zdarzeń – słyszymy, że Katarzyna Lubnauer do koalicji dołączyła jako ostatnia.

Do rozmów z PO wrócił też Kosiniak-Kamysz. Tyle że wciąż na warunkach Schetyny, czyli bez horyzontu jesiennego. Przy okazji doproszono jeszcze do stołu Zielonych, którzy przymierzali się do koalicji lewicowej z Partią Razem (tym samym i tak już rozpadające się ugrupowanie Zandberga zaliczyło kolejny w ostatnim czasie cios). W nocy z czwartku na piątek szefowie „piątki” zawarli porozumienie wyborcze, wstępnie dzieląc pomiędzy siebie miejsca na listach do PE.

Pozostaje kwestia szyldu

Do ogłoszenia sukcesu ciągle jednak brakuje zgody szerokich partyjnych ciał. W większości partii nie będzie to raczej problemem. Wyjątek to PSL, które z całej „piątki” czuje się najbardziej niedowartościowane. A że jest to partia z rozbudowanym mechanizmem demokratycznym, Kosiniak-Kamysz – nie mając sukcesów negocjacyjnych – będzie musiał nieźle się natrudzić, aby przekonać swe zaplecze do akceptacji projektu. Kuluarowe doniesienia są na razie sprzeczne. Jedni mówią o irytacji dołów, bombardujących teraz kierownictwo telefonami. Inni – że peeselowskie elity stopniowo oswajają się z trudną sytuacją i coraz mniej skłonne są podejmować ryzyko samodzielnego startu. Decyzja ma zostać podjęta za tydzień. Choć niewykluczone, że Kosiniak-Kamysz przyspieszy posiedzenie rady naczelnej partii, gdyż najbliższa sobota (23 lutego) jest już rozważana jako dzień oficjalnego startu wielkiej koalicji.

Otwarta pozostaje też kwestia szyldu. Zasugerowana niedawno Koalicja Europejska to tylko jedna z kilku rozważanych opcji. Świetna na wybory do PE, ale problematyczna w wyborach do Sejmu i Senatu. Tymczasem przeważa pogląd, że warto wiązać obie te elekcje we wspólnym trendzie i już teraz zacząć oswajać wyborców z docelowym szyldem na decydujące jesienne starcie. Sprawa ma się rozstrzygnąć w ciągu kilku dni.

Konkurs szpagatów, czyli jak partie łowią wyborców

Chaos spowodowany przez rządzących ignorantów zaczął boleśnie uderzać w miliony zwykłych obywateli.

Sondaże pokazują, że mimo kolejnych afer, skandali, ujawnianych taśm poparcie dla PiS utrzymuje się, z grubsza rzecz biorąc, na tym samym poziomie. To budzi zdumienie, złość, rozczarowanie krytyków partii rządzącej. W internetowych komentarzach pełno jest głosów, mówiących o ciemnym ludzie i prymitywnym elektoracie przekupionym miską soczewicy. Szanowni Państwo, spokojnie! Nie wpadajcie w panikę i nie oceniajcie wyborców w sposób niesprawiedliwy.

PiS raczej już nie porządzi samodzielnie

Jestem głęboko przekonany, że sondażowe procenty nie oddają precyzyjnie rzeczywistych nastrojów Polaków. Po pierwsze deformuje je – jak mówi Leszek Balcerowicz – „efekt Putina”, a więc konformizm i skłonność wielu ankietowanych do deklarowania poparcia dla władzy, by się jej nie narazić. Po drugie zaś – część osób zapowiadających głosowanie na PiS – nie wiemy jaka, ale chyba statystycznie znacząca – do urn w ogóle nie pójdzie.

Już w tej chwili wydaje się, że w PiS stracił poparcie większości pozwalającej na samodzielne rządzenie. Zsumowanie procentów poparcia dla opozycji, która zapewne pójdzie do wyborów w dwóch blokach: Biedroń i PO-Nowoczesna-PSL-SLD pokazuje, że partia Kaczyńskiego, by zachować władzę, będzie musiała poszukać sobie koalicjanta. Poza Kukizem nikt inny raczej nie wchodzi w rachubę. Może się jednak okazać, że nawet Kukiz nie będzie mieć dość szabel, by uratować „dobrą zmianę”. I co wtedy?

A przecież dzisiejsze wyniki sondażowe nie muszą się utrzymać do wyborów. Erozja notowań partii rządzącej będzie postępować. Co więcej – zaryzykowałbym tezę, że przyspieszy.

Do tej pory czynniki skłaniające część wyborców do zweryfikowania oceny rządzących wymagały pewnej wiedzy, zdolności do refleksji, umiejętności myślenia w kategoriach systemowych. Wielu niżej wykształconym obywatelom kwestie takie jak niezależność sądów czy łamanie konstytucyjnych zasad państwa prawa wydawały się niezrozumiałą abstrakcją, zaś praktyczne i namacalne dowody nieudacznictwa PiS manifestowały się często w obszarach odległych od świata, w którym żyje przeciętny wyborca. Trudno oczekiwać, by z trudem wiążący koniec z końcem mieszkaniec Podlasia przejął się zniszczeniem hodowli koni arabskich czy brakiem nowoczesnych helikopterów bojowych.

Demolka oświaty rodzi panikę i wściekłość

Teraz jednak pisowskie bezhołowie i nieudacznictwo schodzi w dół i zaczyna dotykać milionów zwykłych Polaków. Obserwuję to jako ojciec córki kończącej w tym roku gimnazjum i ubiegającej się o miejsce w liceum. Takiego chaosu i paniki w środowisku absolwentów i ich rodziców nigdy dotąd nie było. Bezmyślna demolka polskiego systemu szkolnego dokonana przez ignorantów powołanych na ministerialne stołki sprawia, że przerażeni ludzie, przewidując, iż ich dzieci mogą się nie załapać do zatłoczonych liceów i techników publicznych, już teraz tłumnie walą do płatnych szkół prywatnych, by na wszelki wypadek zaklepać miejsce. W liceum, do którego zgłosiła się moja córka, w ubiegłych latach nie było problemu z dostaniem się – chętnych było z grubsza tylu, ile miejsc. Albo nawet mniej. W tym roku o jedno miejsce rywalizuje czterech kandydatów.

Czesne w tych prywatnych szkołach średnich (najczęściej 1000-1300 zł miesięcznie) oznacza poważny uszczerbek w budżecie przeciętnej rodziny. Często jest to wydatek ponad stan, zmuszający do rezygnacji z zaspokojenia innych ważnych potrzeb. Ten koszt „dobrej zmiany” ponoszony przez tysiące zwykłych rodzin już nie jest odległą abstrakcją, jak Trybunał Konstytucyjny czy hodowla arabów.

W dodatku wrzenie ogarnia też środowiska nauczycielskie, bezpośrednio dotknięte wywołanym przez władze chaosem. Nadciąga strajk szkolny, którego termin pokrywa się z okresem egzaminów w gimnazjach i klasach ósmych. Co więcej, do protestu dołącza nauczycielska „Solidarność” – związek będący dotąd „pasem transmisyjnym” władzy do mas pracowniczych. Kierownictwo „Solidarności” wolałoby oczywiście dalej poklepywać się po plecach z pisowskimi dygnitarzami, jednak nastroje szeregowych związkowców zmuszają Piotra Dudę i jego kolegów do zmiany linii.

Schyłek bazarów i smutek sklepików

Nawarstwiają się też problemy spowodowane sukcesywnie wprowadzanym od zeszłego roku zakazem niedzielnego handlu. Zgodnie z przewidywaniami wszystkich rozsądnych komentatorów, zakaz ten, wprowadzony z powodów ideologicznych pod presją „Solidarności” i Kościoła, niczego nie rozwiązał, a jedynie pogłębił problemy branży detalicznej zatrudniającej grubo ponad milion pracowników. Wbrew uspokajającym zapowiedziom władz stragany i małe sklepy, którym niedzielny szlaban na handlowanie miał pomóc, padają jak muchy. Od wejścia w życie nowego prawa zamknięto niemal 16 tys. małych sklepów – podaje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Obroty drobnych handlarzy spadły – według Biura Analiz Sejmowych – o 20-30 proc.

Cytowana przez „Dziennik Gazetę Prawną” Elżbieta Fornalczyk z Tychów, działaczka związku „Sierpień 80”, walcząca swego czasu o ustanowienie zakazu handlu w niedziele, dziś mówi: – „Prawo zostało wprowadzone za szybko, bezrefleksyjnie. To był eksperyment na żywym organizmie, nie do końca udany. W Tychach pada drobny handel. Nie tylko spożywczy, ale również m.in. pasmanteria i odzieżowy, które były koło mojego domu od zawsze. Nie wytrzymują też wielkie sklepy. Lokalne Tesco zmniejsza załogę, tłumacząc się wolnymi niedzielami. Czy jest tu bezpośredni związek? Nie wiem, nie jestem ekonomistką czy politykiem, ale na pewno nie tak miało to wyglądać” – kwituje z goryczą.

Tego samego zdania jest większość respondentów sondaży, w których poparcie dla niedzielnego zakazu handlu jest coraz mniejsze, a sprzeciw coraz silniejszy. Dziś już tylko 28 proc. badanych przez IBRIS popiera zakaz handlu we wszystkie niedziele, a 68 proc. jest mu przeciwnych, w tym 45 proc. zdecydowanie.

Wszystkie te problemy i wynikające z nich niezadowolenie będą narastać w okresie dzielącym nas od wyborów – najpierw europejskich, a potem krajowych. Nie jest możliwe, by nie odbiło się to na wyniku głosowania.

Prawo i sprawiedliwość obronić przed PiS-em

16 Lu

Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim – Oddział Zamiejscowy w Hajnówce wydał wyrok uniewinniający Obywateli RP, którym zarzucono zakłócanie III Hajnowskiego Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych organizowanego przez nacjonalistów dla uczczenia Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zamordował 79 niewinnych osób podczas pacyfikacji wsi na Białostocczyźnie. IPN uznał ten mord za ludobójstwo.

Przypomnijmy, przed ubiegłorocznym hajnowskim marszem Obywatele RP wraz z mieszkańcami Hajnówki oddali cześć pomordowanym przez oddział „Burego”, a następnie stanęli na trasie przemarszu nacjonalistów.

Policja potraktowała protest Obywateli RP jako zakłócanie pochodu organizacji nacjonalistycznych. Protestujący zostali wylegitymowani, a część z nich trafiła na komendę w Hajnówce. Policja uznała protest Obywateli RP za wyjątkowe naruszenie porządku publicznego i skierowała sprawę do sądu. Na szczęście sąd uznał prawo protestujących do „organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, wynikające bezpośrednio Konstytucji, a także m.in. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Stwierdził, że przebieg jednego zgromadzenia w przestrzeni publicznej nie wyklucza obecności innego zgromadzania w tej samej przestrzeni, oczywiście pod warunkiem braku kolizji zgromadzeń, czyli nienaruszania wolności do zgromadzania się uczestników poszczególnych zgromadzeń czy manifestacji.”

W tym roku burmistrz Hajnówki wydał zakaz organizacji marszu pamięci, ale organizacje nacjonalistyczne odwołały się w tej sprawie do Sądu Okręgowego w Białymstoku. Decyzja ma zapaść 18 lutego, a sprawą zajmie się sędzia Piotr Kozłowski, który dwa lata temu uchylił podobny zakaz burmistrza dotyczący marszu.

Polacy,

w związku z nieustannie postępującym procesem niszczenia państwa polskiego, szczególnie uwzględniając eliminację przyzwoitych sędziów, prokuratorów, adwokatów etc., tj.: wymiarów sprawiedliwości i organów ścigania Polski, apeluję do wszystkich sił politycznych parlamentarnych i pozaparlamentarnych, którym zależy na dobru naszego państwa, o podjęcie stosownych działań, mających na celu ukrócenie barbarzyńskiego, a według mnie też przestępczego – skierowanego przeciw naszej ojczyźnie – procederu psucia tego, co pokolenia Polaków zbudowały także przelewając krew!

Obowiązująca wciąż w Polsce Konstytucja z 1997 roku pozwala narodowi na wyrażenie publiczne swego niezadowolenia i zamanifestowania sprzeciwu przeciwko tym, którzy nie sprawdzili się jako przywódcy państwa oraz narodu. Rządząca od ponad trzech lat „koalicja zła” doprowadziła Polskę nad skraj przepaści nie tylko cywilizacyjnej, ale także sprowadziła niebezpieczeństwo utraty jej suwerenności, a przynajmniej zredukowała rolę Polski w świecie do takiej, jaką pamiętamy z lat 50. XX wieku. To niedopuszczalne i grozi zapaścią państwa! Szczególnie istotne są wymienione przeze mnie instytucje bez których, ojczyzna nasza zamienić się może w bezbronny step, po którym (jak pisał w XIX wieku Carl von Clauzewitz) będą hasać obce wojska. Tak już bowiem bywało!

Proszę więc o rozważenie wszelkich możliwych, zgodnych z obowiązującą konstytucją Kodeksem karnym (nieustannie zmienianym tak, aby „pasował” tej władzy) środków, mających na celu odsunięcie od najważniejszych stanowisk w naszym państwie ludzi godzących w jego i narodu bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne! Czynię to tylko z troski o dobro mojej Ojczyzny narażanej od czterech lat (także w latach 2005-2007) na przekleństwo konfliktów społecznych, a być może i zbrojnych! Działalność rządu, o znaczącym stopniu szkodliwości, spowodowała bowiem utratę naszej wiarygodności na arenie międzynarodowej oraz zdystansowanie się dotychczasowych sojuszników Polski. Państwo zostało wystawione na śmiech i hańbę przez ludzi, którzy nie mają absolutnie niezbędnych (merytorycznych ani moralnych) cech do tego, aby władza nadal pozostawała w ich rękach! Muszą zatem odejść!

Wynik głosowania nie pozostawia wątpliwości działacze Sojuszu podzielają zdanie Włodzimierza Czarzastego. Uchwałę o współpracy przegłosowano 111 głosami. Przeciw było 3 delegatów, a 6 się wstrzymało.

– Nie ma innej możliwości – powtarzali wychodząc z konwencji.

Były premier Leszek Miller w czasie – zamkniętej dla mediów – konwencji mówił, że pojawienie się 3 premierów na konferencji z Grzegorzem Schetyną było ustalone z Włodzimierzem Czarzastym i że szef SLD od początku wiedział o planie budowy Koalicji Europejskiej. Leszek Miller też ma startować. Chociaż jak mówi, nie jest jeszcze pewien.

– Wie pani, ja muszę zapytać mojej małżonki, czy się zgodzi – żartuje były premier.

Jedynki mają także dostać dwaj inni byli premierzy Marek Belka i Włodzimierz Cimoszewicz. Podobno – jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek” – Cimoszewicz ma być jedynką z Warszawy. Jak słyszymy, Platforma już się zgodziła na taki układ, bo ma w stolicy kłopot z wyborczą lokomotywą. Jednak rozmowa o budowaniu list jak zawsze będzie trudna.

– Podjęłam decyzję, że to jest moja ostatnia kadencja – mówi „Newsweekowi” Krystyna Łybacka, była minister edukacji i obecnie europosłanka SLD. – Ale moja decyzja nie ma nic wspólnego z tą decyzją Sojuszu. Jesteśmy przed rozmowami z koalicjantami i to będzie miara wiarygodności tej koalicji, żeby myśleć nie o tym, kto skąd pochodzi, tylko jaka jest największa szansa dobrego rozegrania tych wyborów. Z tym głównym przesłaniem jesteśmy proeuropejscy, chcemy się jednoczyć, chcemy być silnym partnerem dla Europy, a zatem wybierajmy takich ludzi, którzy potrafią ten przekaz wystarczająco mocno wyartykułować – dodaje.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

Nie będzie też raczej dyskusji o miejscu dla Bogusława Liberadzkiego. Obecny wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego ma być jedynką w Zachodniopomorskiem. Tam prawdopodobnie spotka się z Robertem Biedroniem, który ze Szczecina chce startować do Brukseli. Na pytania o lidera Wiosny działacze Sojuszu rozkładają ręce i jak jeden mąż powtarzają: „Chcieliśmy iść razem, ale on nie chce”.

– Zalecałbym przewodniczącemu Biedroniowi, aby lepiej słuchał głosu swoich potencjalnych wyborców. Na przykład badanie CBOS-u z połowy stycznia pokazuje, że większość jego wyborców chciałaby, żeby poszedł do Parlamentu Europejskimi w szerokiej koalicji – mówi dawny kolega Roberta Biedronia z Ruchu Palikota, Wincenty Elsner.

Już wczoraj na Twitterze przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna wrzucił wiele mówiący post:

Po decyzji SLD politycy Platformy powtarzają, że dobrze się stało.

– Z radością witamy europejską lewicę, przyjmujemy tę decyzję z zadowoleniem i mamy nadzieję, że śladem SLD pójdą kolejne partie i formacje polityczne oraz środowiska demokratyczne i obywatelskie w Polsce – mówi „Newsweekowi” Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej.

– A czy nie przeszkadza panu, że to byli członkowie PZPR? – dopytuję.

– Dzisiaj jest czas na budowanie koalicji ludzi, którzy obronią Polskę przed polexitem, który proponuje PiS. I tak jak Leszek Miller był w PZPR, tak Leszek Miller wprowadzał Polskę do UE. I dzisiaj ludzie, którzy chcą silnej i demokratycznej Polski w Unii od lewa do prawa, powinni być na jednej liście – wyjaśnia Neumann.

A były polityk Sojuszu Bartosz Arłukowicz dodaje, że w SLD są nazwiska, które bardzo chętnie powita na listach Koalicji. – Wszyscy, którzy chcą demokratycznej Polski w Europie muszą być dzisiaj razem. Rok 2019 to rok w którym zdecydujemy o losach Polski na najbliższe kilkanaście lat – mówi.

Jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek”, podobną decyzję co SLD mogą jutro podjąć Zieloni.

Rządząca partia dała w nim pokaz instrumentalizacji państwa i prawa, która nawet wśród części jej zwolenników musiała wywołać refleksję, że coś jest nie tak. Nawet, sprzedawany jako wielki sukces polskiej dyplomacji, szczyt bliskowschodni w Warszawie okazał się serią wizerunkowych porażek – także w oczach prawicowego elektoratu. Tydzień zakończyły kolejne rewelacje „Gazety Wyborczej” – o kopercie z 50 tysiącami złotych, których Kaczyński miał się domagać od Geralda Birgfellnera dla zasiadającego w radzie Instytutu Lecha Kaczyńskiego tajemniczego ks. Sawicza.

„Kler” na żywo

Birgfellner zeznawał w prokuraturze, pod sankcją odpowiedzialności karnej. Nie znaczy to, że na pewno mówi prawdę – przedstawił na razie dowód, że faktycznie podjął ze swojego konta taką kwotę. Trudno też wyjaśnić czemu, ryzykując odpowiedzialność karną miałby kłamać akurat w tej sprawie. Cała sytuacja stwarza stawia Kaczyńskiego w bardzo niekorzystnej sytuacji.

Dlaczego ksiądz żądał takich pieniędzy? Wiemy, że jego zgoda była konieczna dla uruchomienia budowy. Wręczenie korzyści pieniężnej, by przekonać go do podjęcia decyzji nosiłoby znamiona – jak określa to „Gazeta” – „współsprawstwa w przestępstwie korupcji menedżerskiej”. To bardzo poważny zarzut wobec prezesa PiS. Kaczyński na razie milczy w tej sprawie. Zeznaniom Birgfellnera zaprzecza rzeczniczka PiS, Beata Mazurek. Bracia Karnowscy dość rozpaczliwie apelują do Adama Michnika, by zostawił uczciwego Kaczyńskiego w spokoju.

Dopóki oskarżenia się nie wyjaśnią historia z działającą na wyobraźnię kopertą będzie osłabiać wizerunek Kaczyńskiego, jako niezłomnego szeryfa. Cała historia wygląda jak wprost wyjęta z „Kleru” Smarzowskiego. Ks. Sawicz wchodzi do rady Instytutu Lecha Kaczyńskiego jako wykonawca testamentu arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, metropolity gdańskiego. Dziś nikt nie potrafi powiedzieć gdzie ksiądz przebywa, gdańska kuria oficjalnie uznaje go za „księdza zaginionego”, który faktycznie wystąpił ze stanu duchownego.

Poza podejrzeniem korupcji opinia publiczna może z całej sprawy wysnuć wniosek, że ks. Sawicz, Jarosław Kaczyński i ludzie skupieni wokół Instytutu Lecha Kaczyńskiego uwikłani są w jakiś dziwny, podejrzany układ.

Państwo bez żadnego trybu

Ujawnione przez „Gazetę” zeznania Birgfellnera rzuciły też nowe światło na niespodziewaną wizytę Jarosława Kaczyńskiego u Zbigniewa Ziobry. Jak się okazało, miały one miejsce dzień po tym, gdy Austriak złożył zeznania na temat tajemniczej koperty.

Dzięki przyjętej przez PiS reformie prokuratury, Ziobro jest też prokuratorem generalnym. Ma wgląd w toczące się śledztwa. Może ujawniać informacje na ich temat osobom trzecim.

Oczywiście, Ziobro zaprzecza, by wizyta Kaczyńskiego dotyczyła sprawy Birgfellnera. Panowie mieli rozmawiać wyłącznie o sprawach koalicji i rządu – głównie o przygotowywanych przez resort Ziobry przepisom antylichwiarskim. Te tłumaczenia mogą okazać się średnio przekonujące dla opinii publicznej. Ta jej część, która już dziś określa się jako przeciwnicy PiS, w spotkaniu Kaczyńskiego z Ziobrą dostrzeże kolejny dowód państwa działającego bez żadnego trybu, gdzie wszystkie państwowe organy odpowiadają przed nieponoszącym za nic odpowiedzialności „szeregowym posłem”.

Szczyt dyplomatycznych katastrof

Dla PiS ten tydzień okazał się też ciężki w tym obszarze, który miał być triumfem: w polityce zagranicznej. Najpierw rządzący znów dali popis działania bez żadnego trybu, bez przetargu zakupując od Amerykanów system obrony przeciwrakietowej HIMARS. Krytycy zakupy wskazują na wysoką cenę, brak offsetu, fakt, że Polacy nie będą mogli nawet samodzielnie naprawiać sprzętu. Trudno to uznać za dobry deal.

Prawdziwą katastrofę przyniósł jednak szczyt bliskowschodni. Wbrew zapowiedziom okazał się wydarzeniem o silnie anty-irańskiej wymowie. Amerykański wiceprezydent Mike Pence mówił o Iranie w wojennym tonie – tak jakby jego kraj już szykował się do inwazji na państwo nad Zatoką Perską.

Polska nie ma żadnego interesu w intensyfikacji konfliktu z Iranem. Organizacja szczytu w Warszawie popsuła nasze stosunki z Teheranem – reżimem, który ma wiele na sumieniu, ale jest ważnym, stabilnym graczem na Bliskim Wschodzie, z którym nie ma sensu bez potrzeby wchodzić na wojenną ścieżkę.

Co gorsze, polityce intensyfikacji konfliktu z Iranem przeciwnych jest większość kluczowych państw UE. W Warszawie zabrakło ich przedstawicieli najwyższego szczebla. W sprawie Iranu Polska znów zachowuje się jak w 2003 w sprawie Iraku – wbrew Europie sprzymierza się z szukającą konfliktu Ameryką.

Część strategów PiS liczyła zapewne na to, że w zamian za szczyt dostaniemy od Amerykanów twarde gwarancje konkretnej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Nic takiego się jednak nie stało. Zamiast tego prezydent Pence pouczał nas w sprawie konieczności restytucji żydowskiego mienia, a dziennikarka amerykańskiej telewizji mówiła o „polskim faszystowskim reżimie”, przeciw któremu walczyli. powstańcy z Getta. Wreszcie premier Izraela, Benjamin Netanjahu, miał – jak doniósł „Jerusalem Post” – powiedzieć o narodzie polskim biorącym udział w zagładzie.

Słowa Netanjahu zostały zdementowane, zanim zdążono im zaprzeczyć wybuchła awantura. Niedobra dla relacji z Izraelem, ale i wewnętrznie dla PiS. Pence i premier Izraela nacisnęli na klawisze, która działają na elektorat PiS jak płachta dla byka. Wyborcy partii mogą się poczuć autentycznie oburzeni, że PiS zorganizował imprezę, która stała się okazją do czegoś, co w ich oczach jest festiwalem wymierzonych w Polskę zniewag.

Czyżby przesilenie?

Wszyscy – niezależnie od sympatii – będą teraz patrzyć na sondaże. Czy PiS w końcu spadnie? Nie spadło radykalnie po pierwszym rzucie taśm Kaczyńskiego. Morawiecki ciągle jest dość dobrze oceniany przez wyborców. W kryzysie wizerunkowym i politycznej defensywie partia Kaczyńskiego znajduje się na dobrą sprawę od wyborów samorządowych. A jednak im nie spada.

Czy to oznacza, że PiS jest niezatapialny? Niekoniecznie, wbrew temu czego obawia się opozycja, a przed czym drży Nowogrodzka. Do odwrócenia sondażowych tendencji trzeba czasu. Niezależnie od afer widać zużycie się obozu władzy. PiS ciągle nie ma pomysłu jak przejść do ofensywy. Sondaże mogą tego nie wyłapać przed wyborami, ale w połączeniu z dynamiką, jaką wnosi Wiosna Biedronia, nie da się dziś wykluczyć niespodzianki przy urnie. Choć PiS ciągle wygrywa wszystkie sondaże i pewnie też wybory, to pewność tego, że zdobędzie drugą kadencją zaczyna się pomału kruszyć.

Kaczyński stanowi bezprawie

26 Sty

Według regulaminu Sejmu każdy poseł ma obowiązek nie tylko zawiadamiać o swojej nieobecności podczas głosowania, ale także ją pisemnie usprawiedliwiać przed Marszałkiem Sejmu bądź przewodniczącym komisji.

W przypadku braku usprawiedliwienia posłowi obniża się uposażenie.

Do zapisów w regulaminie stosują się wszyscy oprócz jednego posła, który zdaje się zasiadać w ławie sejmowej na specjalnych warunkach.

Jak ustalili dziennikarze fakt.pl w obecnej kadencji Sejmu odbyło się 7068 głosowań z czego poseł Jarosław Kaczyński nie uczestniczył aż w 1674 głosowaniach.

Niestety, nie ma usprawiedliwień tych nieobecności, ale też najważniejszy poseł PiS nie figuruje na liście potrąceń za nieusprawiedliwione nieobecności. Kto zatem wytłumaczył prezesa? Kto zapłacił za jego absencję? A może należy przyjąć zasadę znanego przysłowia, że co wolno „prezesowi”, to nie tobie……

Jak najwięcej Tuska, a najmniej Dudy, Morawieckiego i tego typu obszarpańców w 2019 roku

1 Sty

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk na swoim profilu na Twitterze złożył życzenia noworoczne. Zaadresował je do „wszystkich patriotów i demokratów”, życząc im „jedności i zwycięstwa”.

Lawina komentarzy pod jego wpisem pokazała jak wielkie zainteresowanie i emocje budzi były premier.

Jedni odebrali życzenia wprost i zwyczajnie je odwzajemniali. Inni uważali, że są one skierowane też do PiS i komentowali. – „To miłe ze strony Rudego @eucopresident, że życzy @pisorgpl zwycięstwa w 2019”.

Nie obeszło się bez niemiłych złośliwości „Zaskoczyłeś mnie herr Tusk, nie spodziewałem się takich życzeń, jako patriota i demokrata oraz zwolennik PiS dziękuję i życzę żeby coś Panu wyszło, bo poza Brexitem nic nie wyszło”.

Donald Tusk w swoich życzeniach jest konsekwentny. Kilka dni temu, z okazji Świąt Bożego Narodzenia powiedział: „chcę złożyć życzenia moim rodakom i wszystkim Europejczykom, abyśmy wśród tej nocnej ciszy usłyszeli siebie nawzajem, swoje głosy miłości i nadziei. Nadziei na lepsze jutro, na tylko dobre zmiany, i że my sami będziemy lepsi dla siebie i innych”. I zakończył: „Tego Wam i sobie życzę z całego serca

Polska kończy 2018 rok z niedobrą pozycją startową do rokowań o budżecie UE. Bruksela wciąż nie ma pewności, czy idzie na dłuższą odwilż co do praworządności. Ale projekty relokacji uchodźców trafiły do szuflady.

Unijny budżet na okres 2021-27 zostanie uzgodniony być może dopiero w 2020 r., choć unijni przywódcy na ostatnim szczycie mobilizowali się do zakończenia rokowań jesienią 2019 r. Bez względu na dokładną datę finału ogromne znaczenie będą mieć projekty budżetowe przedstawione przez Komisję Europejską już w 2018 r. Zwłaszcza, że główni płatnicy UE zwykli ciąć, a nie podwyższać jej oferty dla największych beneficjentów.

Koperta dla Warszawy miałaby skurczyć się aż o 23 proc., czyli z 83,9 mld do 64,4 mld euro w cenach z 2018 r. Przy zachowaniu zasad z obecnego budżetu redukcja powinna wynieść tylko 10-11 proc. (wskutek większego polskiego PKB), ale jest o ponad dwa razy mocniejsza w efekcie – niekorzystnych dla Polski – modyfikacji sposobu dzielenia pieniędzy oraz przeznaczenia ich części na nowe priorytety związane m.in. z migracją. Ponadto projekt Komisji Europejskiej przewiduje 27,1 mld euro dla Polski z funduszy rolnych, czyli o około 5 mld mniej, niż należałoby się jej przy zachowaniu obecnych zasad.

Dodatkowym wyzwaniem jest grudniowa zapowiedź utworzenie budżetu eurostrefy, co było tradycyjnym postulatem Paryża, na który przystała kanclerz Angela Merkel. Nowy eurobudżet ma działać od 2021 r. „w kontekście” wspólnego budżetu całej Unii, co będzie rodzić pokusy przesuwania części pieniędzy ze wspólnej kasy do koperty dla eurostrefy podczas negocjacji budżetowych. W maju Komisja Europejska zaproponowała projekt rozporządzenia o zawieszeniu, a w skrajnych przypadkach odbieraniu części funduszy dla krajów łamiących zasady praworządności. I ten projekt ma duże szanse na przegłosowanie w Radzie UE oraz w nowym Parlamencie Europejskim wybranym w maju 2019 r.

Projekt umowy UE-Londyn o planowanym na marzec 2019 r. brexicie zawiera dobre gwarancje zachowania praw obywateli UE, w tym Polaków mieszkających i pracujących w Wlk. Brytanii. Ale jeśli premier Theresie May nie uda się przepchnąć tej umowy przez Izbę Gmin, to chaotyczny rozwód Brytyjczyków z UE nie tylko osłabi gwarancje dla Polaków, narazi biznes na ogromne koszty, ale też zagrozi dużą dziurą w budżecie Unii. Zgodnie z umową pobrexitowy Londyn ma sukcesywnie regulować swe zobowiązania wobec UE (40-60 mld euro). A jej brak zmusiłby Unię do szukania nowych oszczędności m.in. kosztem Polski.

Co z praworządnością?

Komisja Europejska w grudniu 2017 r. wszczęła postępowanie z art. 7 Traktatu o UE w związku z polskimi ustawami sądowymi. Przez cały 2018 r. było to niemal co miesiąc tematem posiedzeń Rady UE – w formie „wysłuchania w sprawie praworządności” lub zwykłej dyskusji ministrów ds. europejskich. Rząd Mateusza Morawieckiego wiosną 2018 r. nieco ustąpił w sprawie niektórych zapisów z ustaw sądowych. Ale po miesiącach nieskutecznych nacisków Komisja Europejska we wrześniu zaskarżyła Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z zapisami o czystce emerytalnej w Sądzie Najwyższym.

TSUE dość szybko nakazał doraźne zamrożenie czystki w SN (na czas do wydania swego wyroku), a prezydent Andrzej Duda w grudniu podpisał nowelizację ustawy, która odwraca skutki wcześniejszego wypchnięcia ponad 20 sędziów SN (w tym I prezes Małgorzaty Gersdorf) na emeryturę za pomocą obniżenia wieku emerytalnego. Pomimo to ani Komisja Europejska, ani Rada UE na razie nie zamierzają kończyć postępowania z art. 7. A TSUE zamierza wiosną 2019 r. odpowiedzieć na kilka zapytań od polskich sądów dotykających m.in. zgodności zapisów o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS) z unijną zasadą niezależności wymiaru sprawiedliwości. KRS jest też jednym z punktów postępowania z art. 7.

Spory o polską praworządność doprowadziły TSUE w lipcu do orzeczenia (w odpowiedzi na zapytania sądu z Irlandii) uchylającego automatyzm w unijnych ekstradycjach do krajów podejrzanych o łamanie niezależności wymiaru sprawiedliwości. Sądy w Irlandii, Holandii, Hiszpanii już zawiesiły kilka ekstradycji, by najpierw sprawdzić, czy aresztanci odsyłani do Polski mogą tam liczyć na rzetelny proces.

Polska w kwietniu przegrała w TSUE sprawę o wzmożoną wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Wstrzymała ją już jesienią 2017 r. wskutek doraźnego postanowienia TSUE (na czas do wydania wyroku), który jednak musiał najpierw zagrozić Warszawie grzywną co najmniej 100 tys. euro za każdy dzień niepodporządkowania się swemu postanowieniu.

Przegrani delegowani

Rok 2018 to dotkliwe porażki Polski w walce o pracowników delegowanych. Europarlament i Rada UE w marcu uzgodniły projekt bliski postulatom prezydenta Emmanuela Macrona (bez rozgłosu, lecz stanowczo wspieranego w tej kwestii przez Berlin), który od 2020 r. wymusi przybliżenie płac delegowanych do przeciętnych zarobków lokalnych oraz ograniczy delegowanie do jednego roku (w pewnych przypadkach do półtora roku). Potem delegowani będą już płacić miejscowe składki na ubezpieczenia społeczne. Te zmiany ograniczy kosztową przewagę konkurencyjną firm wysyłających pracowników np. z Polski do Francji. Co więcej, w grudniu Rada UE przyjęła projekt (z dużymi szansami na zgodę europosłów), który nowe zasady delegowania ma rozszerzyć – wbrew protestom Polski – na większość kierowców ciężarówek w przewozach międzynarodowych.

Relokacja bez szans

Ogromne konflikty w Unii wywołane obowiązkowym rozdzielnikiem uchodźców na lata 2015-17 sprawiły, że na kolejnych szczytach UE od jesieni 2016 r. zapewniano o trzymaniu się zasady konsensusu w pracach nad nowym rozdzielnikiem obliczonym pod przyszłe kryzysy migracyjne i uchodźcze. Wprawdzie tego projektu oficjalnie nie wyrzucono do szuflady, ale podczas 2018 r. stało się jasne, że nie będzie w tej kwestii żadnego rozstrzygnięcia w obecnej kadencji Parlamentu Europejskiego. A to najprawdopodobniej znaczy, że temat rozdzielnika – ku radości rządów Grupy Wyszehradzkiej – zepchnięto w Brukseli na boczny tor bez szans na jakiekolwiek konkretne decyzje w najbliższych kilkunastu miesiącach.

Flanka wschodnia i kłopot NATO z INF

Na lipcowym szczycie NATO przyjęto „plan gotowości 4×30”, czyli zobowiązanie, że Sojusz już w 2020 r. będzie gotowy do przerzucenia w ciągu co najwyżej 30 dni w rejon konfliktu 30 batalionów zmechanizowanych, 30 eskadr lotniczych oraz 30 okrętów wojennych. NATO-wscy planiści w tym kontekście myślą głównie dalszym wzmocnieniu Polski i reszty flanki wschodniej w razie konfliktu z Rosją.

Natomiast wszystko wskazuje, że USA w lutym 2019 r. rozpoczną procedurę wychodzenia z traktatu INF z Rosją o zakazie pocisków o zasięgu od 500 do 5500 km. Warszawa i Londyn jesienią 2018 r. publicznie wsparły taką odpowiedź Waszyngtonu na łamanie INF, ale Niemcy obawiają się dalszego antagonizowania Moskwy i ewentualnego rozmieszczania w Europie nowych rakiet z głowicami jądrowymi.

AFERY. Tak mijający rok to rok afer. PiS stracił cnotę publicznie, bo nigdy oczywiście jej nie miał. Najpierw afera „nagrodowa” – „bo nam się te nagrody należały”, czyli chapanie dla siebie na niespotykana dotychczas skalę. Pózniej właściwie codziennie okazywało się, że całe rodziny i znajomi zatrudniani są na państwowych posadach za bajońskie płace. Pewnie rekord pobito w NBP, gdzie asystentki-znajome prezesa zarabiają po kilkanaście średnich pensji krajowych, czyli co miesiąc Ok 60.000,00 PLN.

A rok kończymy dwiema największymi aferami wolnej polski. Aferą korupcyjną KNF oraz aferą SKOKów. Nigdy dotąd urzędnicy tak wysokiego szczebla nie zostali złapani za rękę na takiej korupcji i przekrętach. Wreszcie polska publiczność mogła zobaczyć, że ci którzy usta mają wypchane frazesami o uczciwości i służbie Polsce są aferzystami. Król jest nagi. A kłamie bez przerwy.

POLEXIT. Przez trzy lata PiS wyprowadza nas z Unii Europejskiej. Ostatni rok to rok, w którym wszyscy politycy rządzącej partii zrzucali winę za sytuacje w Polsce na urzędników UE i na unijną politykę. Dokładnie taka narracja polityków w Wielkiej Brytanii doprowadziła do Brexitu. A liderem krytyków UE jest niestety Andrzej Duda. W historii UE żaden kraj nie miał tak złych stosunków z unijnymi instytucjami, jak ma Polska pod rządami PiS. Widać, że Polacy mają tego powoli dość.

CHAOS. Wiadomo, że JK lubi zarządzać przez chaos. A my chaosu nie lubimy. Ustawy pisane na kolanie, uchwalane w nocy, właściwie przyjmowane przez większość parlamentarną z naruszeniem podstawowych praw opozycji, następnie pilnie i wielokrotnie zmieniane dokładnie w ten sam sposób. Najgłośniejsze to głupia ustawa o IPN zmieniona pod naciskiem Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz niekonstytucyjna ustawa o Sądzie Najwyższym, zmieniona po decyzji Trybunału Sprawiedliwości. Świat śmieje się z polityków PiS.

Zauważmy, że chaos jest wszędzie. Budowa prawie wszystkich dróg opóźniona o wiele miesięcy. Pociągi i samoloty opóźnione. Wejście CBA do KNF opóźnione. Nawet wypłata nagród naszym złotym, wspaniałym siatkarzom opóźniona. Chaos w oświacie po karygodnej, wręcz kretyńskiej reformie Zalweskiej, chaos zgotowany młodym Polakom, zwłaszcza tym w okresie dojrzewania. Służba zdrowia nie ruszona. Wojsko rozwalone. Policja upolityczniona. Czego się nie dotkną, tam chaos.

BŁĘDY narastają lawinowo: hołubienie nacjonalistów, destrukcja sądów, rozmontowanie rynku energii, ścisły związek władzy z kościołem, nacjonalizacja przemysłu już przynosząca ogromne straty, spory z coraz większą liczbą państw, w tym nam najbliższym….. Można wymieniać w nieskończoność

To są dobre wiadomości. Tylko od nas zależy, czy w Nowym Roku je wykorzystamy, pod przywództwem liderów opozycji. Mamy ogromną szansę. Wiara w zwycięstwo rośnie, nadziei też jakby więcej, a miłości do Polski nigdy nam nie brakowało. I to są moje dla Was i dla Nas i dla naszego sponiewieranego przez PiS kraju ŻYCZENIA – życzenia ZWYCIĘŻANIA

W nadchodzącym roku wypadałoby więc życzyć nam wszystkim większego… wyrachowania?  Z rozmysłem mnożyć (sojuszników) i unikać dzielenia (koalicjantów)?

Składając bliskim życzenia noworoczne, a sobie obietnice, czego to nie dokonamy w ciągu następnych 12 miesięcy, warto wcześniej starannie zrewidować pragnienia. Bo jak się nie wie, czego się chce, to zwykle dostaje się to, czego się nie chce. Którą to galicyjską mądrość ludową dedykuję wszystkim byłym entuzjastom „dobrej zmiany”.

Po niewczasie sami zdążyli się już bowiem przekonać, że głosując z przekonaniem za reformą reformy edukacji, niechcący autoryzowali obniżenie poziomu nauczania, klerykalizację szkół i pogorszenie się warunków pracy uczniów i nauczycieli.

A opowiadając się za usprawnieniem kulejącego systemu sądownictwa, dali przyzwolenie na czystki kadrowe i wyroki dyktowane w gabinetach polityków, o chaosie w orzecznictwie, lawinowo wydłużających się terminach rozpraw i blamażu na forum unijnym nie wspominając.

Trudno powiedzieć, ilu takich rozczarowanych wyborców postawiło trzy lata temu krzyżyk za „zmianą” , bez sprawdzenia, co w nomenklaturze pana prezesa i jego przybocznych znaczy słowo „dobra”.

Za to państwo z PiS doskonale wiedzieli, czego chcieli i bynajmniej tego przed wyborcami nie ukrywali. Chcieli –mianowicie – władzy, bo ta dała im dostęp do kasy, gwarancję bezkarności w jej łupieniu oraz możliwość odwetu, za realne i wydumane krzywdy, na „elitach” gorszego sortu.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że w nowym roku państwo z PiS chcą tego samego, co w ubiegłym, tylko „bardziej, a więc jeszcze więcej PiS-u w PiS-ie i wszędzie. Podobnie ich wyborcy –  też chcą „więcej” pana prezesa i dalszych sukcesów jego partii w budowie katolickiego państwa narodu pisowskiego.

Tymczasem elektorat gorszego sortu niby chciałby powstrzymać buldożery frakcji władzy i wyhamować ambitne plany biało-czerwonej drużyny, ale czy – w takim razie – jest rzeczywiście gotów na „więcej” Koalicji Obywatelskiej?

To, otóż, nie jest wcale takie pewne. Wystarczy rzucić okiem na media gorszego sortu, które zajmują się głównie wybrzydzaniem na Grzegorza Schetynę i krytykowaniem KO za … brak programu. W teorii., malkontenci mają sporo racji. Wyżej było przecież o tym, że jeśli chodzi o życzenia, to bardzo warto trzymać się konkretów.

Problem w tym, że nawet najbardziej szczegółowe i ambitne programy nie będą miały najmniejszego znaczenia, gdy pragnienia elektoratu partii aktualnie rządzącej (więcej PiS-u) okażą się jednak bardziej konkretne, niż marzenia wyborców opozycji o powrocie do normalności.

Wtedy „pisowski walec” ruszy dalej z jeszcze większym niż dotąd impetem. I skutecznie zrówna z trawą liberałów pospołu z lewicą laicką , a socjalistów z neokonserwatystami. Wtedy nie będzie ważne, czym – poza osobami liderów – partia Razem różni od partii Teraz. I nawet kwestie tak pierwszorzędnej wagi, jak zakaz (lub brak zakazu) handlu w niedziele czy metody finansowania in vitro też przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie.

Niestety, wyborcy opozycji tylko z największym trudem mogliby zapragnąć w nowym roku więcej Grzegorza Schetyny. Tymczasem wygląda na to, że bez takiego właśnie ekstremalnego wysiłku wyobraźni nie uda się urzeczywistnić marzeń o powrocie do normalności, przywróceniu praworządności i odbudowie demokracji.

Nie da się zrealizować podobnych życzeń stawiając na „więcej” Roberta Biedronia, Adriana Zandberga czy Ryszarda Petru. Jak dotąd, zrozumiała to tylko szefowa „Nowoczesnej”, skądinąd matematyk. Oraz przywódca PSL, który – jak na ludowca przystało – też liczyć potrafi. Reszta na razie liczy na siebie i swoich wyborców. Ale w ten sposób gorszy sort może się – niestety – srogo przeliczyć.

W nadchodzącym roku wypadałoby więc życzyć nam wszystkim większego… wyrachowania?  Z rozmysłem mnożyć (sojuszników) i unikać dzielenia (koalicjantów)? Bo inaczej, przez kolejne dekady pozostaniemy krajem, gdzie o wyniku dodawania dwóch do dwóch, będzie decydowało przekonanie pana prezesa.

(Romy Schneider 1969)

Waldemar Mystkowski o faszyście w rządzie PiS.

PiS kończy ten rok w gorszej kondycji sondażowej i moralnej niż ubiegły. Jednak ciągle jest liderem wśród partii parlamentarnych, ale ma dwukrotnie więcej przeciwników niż zwolenników wśród Polaków, wśród wyborców. Choć politycy partii Kaczyńskiego mogą się zaklinać, że panują nad sytuacją, widać jednak, że morale szeregów partyjnych spada.

Ustawa o wsparciu sektora energetycznego kwotą ok. 9 mld zł, aby nie podskoczyły rachunki za prąd w gospodarstwach domowych, wskazuje na indolencję tej władzy, która potrafi zabezpieczać się politycznie tylko poprzez korzystanie z publicznych pieniędzy, a nie poprzez rozwiązania gospodarcze. Utworzenie w tym celu Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny prawdopodobnie uznane zostanie przez Komisję Europejska za niedozwoloną pomoc publiczną.

Staje się jasne, dlaczego PiS na ostatniej konwencji tak szumnie deklarował postawę prounijną. Mianowicie chce stworzyć sobie pole do negocjacji, które i tak muszą się skończyć przegraną, ale istnieje możliwość wskazania winnych, kto miałby odpowiadać za wyższe rachunki za prąd.

PiS jest skazany na zderzenie czołowe z instytucjami unijnymi i na przegraną, lecz chce ponieść jak najniższe koszty wśród elektoratu. Zauważmy, iż Andrzeja Dudę siódmą nowelizację ustawy o wieku emerytalnym sędziów Sądu Najwyższego recenzuje słowami, których użył w wywiadzie na koniec roku w TVP Info: „sędziowie to zepsute środowisko”. Ci sędziowie będą decydować o ważności wyborów i ewentualnym postawieniu prezydenta przed Trybunałem Stanu.

Ale ta ustawa to mały pikuś, bo kluczowy będzie werdykt Trybunału Sprawiedliwości UE w kwestii statusu Krajowej Rady Sądownictwa. Jeżeli zostanie on zakwestionowany przez TSUE, to cała pisowska reforma wymiaru sprawiedliwości upadnie. I niewiele pomogą jeden, czy dwa kroki w tył, podobne do tego w sprawie Sądu Najwyższego. „Zepsute środowisko”, czyli demokratyczny standard niezależnego sądownictwa będzie miał możliwości prawne, aby wstrzymać PiS w marszu w kierunku ustroju autorytarnego.

Lecz czy TSUE powstrzyma Kaczyński w demolowaniu praworządności, czy prezes PiS podporządkuje się werdyktowi TSUE? Popatrzmy z tego punktu na nominację Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji, przeciwnika Unii Europejskiej, byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej.

W co gra PiS, do czego nas przygotowuje? Narracja o proeuropejskości upada, nie trzyma się żadnej logiki. Zwalanie winy na Unię Europejska i jej instytucje, a także na „donosicieli” z Platformy Obywatelskiej – bo takim komunikatem operują politycy PiS – ma swoją moc dla elektoratu. Czy PiS przygotowuje się nie tyle do Polexitu, ile do rozwalanie Unii od wewnątrz wraz z podobnymi sobie partiami w innych krajach, z narodowcami francuskimi Marine Le Pen, prorosyjskim Fideszem Viktora Orbana i innymi?

PiS we własnym rządzie ewidentnie wzmacnia skrajne prawe skrzydło antyunijne, które w niedalekiej przyszłości może posłużyć do rozwalenia Unii, nie do Polexitu, który jest źle widziany przez Polaków. To nie PiS ma być winny, ale egoizmy innych krajów UE, których przedstawiciele zasiadają we władzach unijnych instytucji.

Kaczyński odstrasza… policję drogową

29 Gru

Sezon świąteczny w pełni, zaś internauci zastanawiają się, jak potencjalnie uniknąć kontroli policji, tak aby nie trzeba było płacić wysokiego mandatu. Znane powiedzenie mówi, że matka jest potrzebą wynalazków. Dlatego też ktoś wpadł na genialny pomysł, aby na szybę samochodu nakleić przyciemnioną folię, tak żeby dla postronnych obserwatorów wyglądało, że w środku auta siedzi Jarosław Kaczyński, najpotężniejszy obecnie człowiek w naszym państwie. Ma to pomóc w uniknięciu zatrzymania przez policję. 

Do sieci wyciekła nawet krótka animacja przedstawiająca to rozwiązanie w praktyce. Oto ona:

Animcja trwa co prawda raptem kila sekund, ale idealnie oddaje istotę pomysłu. Można śmiało stwierdzić, że filmik przypadł internatom do gustu, gdyż w mniej niż 24 godziny doczekał się ponad 200 tysięcy wyświetleń na Facebooku.

Po naklejeniu folii na szybę, naszym oczom ukazuje się wesoła twarz prezesa, który uśmiecha się od ucha do ucha. Co więcej, odpowiednie zaprojektowanie foli daje nam wrażenie trójwymiarowej głębi, tak jakby Kaczyński rzeczywiście w aucie siedział. Dla zwiększenia efektu należy okleić wszystkie szyby w jednakowy ciemny sposób, żeby pojazd wyglądał jak rządowa limuzyna.

Wszystko to oczywiście w formie niegroźnego żartu, który bardziej podkreśla niekwestionowany status Jarosława Kaczyńskiego jako osoby, która budzi powszechny szacunek i strach.

Mało który policjant odważy się zatrzymać taki samochód. Wynalazek może zatem zrobić furorę. W końcu pomysłowość Polaków nie zna granic…

Ryszard Makowski przyznał w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, że proponowano mu objęcie funkcji konsula generalnego w Los Angeles. Witold Waszczykowski potwierdził, że MSZ chciało nawiązać współpracę z komikiem. – Nie pamiętam, czy chodziło o konsulat – dodał.

Ryszard Makowski, komik współprowadzący przez pół roku w TVP program „Studio YaYo” w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla „Dziennika Gazety Prawnej” przyznał, że proponowano mu stanowisko konsula generalnego w Los Angeles. Określił tę propozycję jako „dość odważną” i stwierdził, że miał ją złożyć Witold Waszczykowski.

W rozmowie z portalem wpolityce.pl były szef MSZ przyznał, że „były propozycje, aby zatrudnić pana Ryszarda Makowskiego”. – Nie pamiętam, czy chodziło dokładnie o konsulat, bo też myśleliśmy o Instytucie Polskim w Stanach Zjednoczonych. Pan Makowski para się w końcu pracą artystyczną, dlatego rozważaliśmy i taką możliwość – dodał.

Jak powiedział, rozmowy miał prowadzić Jan Dziedziczak, swego czasu sekretarz stanu MSZ.

Na nadchodzący 2019 rok mam dwie wiadomości: dobrą i złą. PiS prawdopodobnie przegra wybory – i to jest wiadomość dobra. Kto wygra? Prawie na pewno coś, co do niedawna znaliśmy jako Koalicja Obywatelska. I to jest niestety wiadomość nienajlepsza.

Dlatego, że konsekwencje będą smutne, choć nie od razu je zauważymy, wciąż zajęci chocholim tańcem. Kiedy nas te konsekwencje dopadną, wydadzą nam się nagłe i niezrozumiałe. Jak zwycięstwo PiS w 2015 roku, którego należało się spodziewać, a które nas mimo to zaskoczyło. Raczej to nie PiS wygra w wyborach roku 2023. W tych kolejnych będzie już bowiem znacznie gorzej. Pracujemy nad tym nieszczęściem już dzisiaj.

Jest taka opowieść, którą chętnie przypisuje się Rockefellerowi, albo dowolnemu innemu krezusowi, ponieważ brzmi bardzo prawdziwie.

– Kupiłem marchew za centa – opowiada milioner – umyłem ją, oskrobałem i sprzedałem za dziesiątaka. Kupiłem więcej marchwi i znowu sprzedałem z zyskiem. I tak mozolnie, z uporem kupowałem i sprzedawałem, inwestując wszystko co zarobiłem, ciężko pracując, żyjąc w biedzie, nie dojadając, tylko tę cholerną marchew myjąc, skrobiąc, sprzedając i kupując. Musiałem obniżyć cenę, żeby sprzedawać szybko i nie tracić, kiedy mi się marchew psuła, z czasem musiałem zatrudnić sprzedawców i pomocników. Wciąż nie dojadałem – wszystko inwestowałem w przyszłość. Po 10 latach miałem już sporo, ale nadal nie było mnie stać na prawdziwy sklep. Wiedziałem, że muszę być twardy i wierzyć w przyszłość oraz w sukces, który musiał nadejść, jeśli tylko wytrwam. I po 20 latach wreszcie… – zmarł wuj, którego nigdy nie widziałem na oczy, a okazało się, że jestem jego jedynym spadkobiercą. Wuj był bardzo bogaty. Zostałem milionerem.

Myślę, że tak również przytrafi się nam wszystkim w Polsce. W przyszłym roku prawie na pewno wygramy wybory i stanie się tak nie tylko bez związku z wszystkimi naszymi dotychczasowymi wysiłkami,ale poniekąd wbrew tym wysiłkom. Co zresztą znaczy przy okazji, że niezupełnie jasne jest owo „my wygramy”. Przegrają „oni” – to jest niemal pewne. Świąteczno-noworoczny okres sprzyja podsumowaniom i myślom o przyszłości. Przełom 2018/2019 nadaje się do tego szczególnie, ponieważ nie tylko 2018 rok przyniósł wiele wydarzeń znaczących, ale i rok 2019 zdecyduje w Polsce o wszystkim. Albo właśnie nie zdecyduje o niczym, a tylko na chwilę odsunie od nas katastrofę, która potem powróci zwielokrotniona.

Historia o milionerze ma wszelkie szanse przytrafić nam się również w inny, jeszcze bardziej przykry sposób. Wydaje się, że nasze niemrawe wysiłki nie powstrzymają przekroczenia tego punktu bez powrotu, po którym lawinowe efekty globalnego ocieplenia będą już nie do powstrzymania. O ile już go nie przekroczyliśmy, bo i na to wiele danych wskazuje. W ten sposób unieważnimy wszystkie nasze dokonania z mijającego roku i wszystkie zaniechania. One już nie będą miały żadnego znaczenia po prostu dlatego, że nasz świat się skończy.

Tak czy owak, wydarzenia z 2018 roku zasługują na uważną analizę, bo dałoby się z nich wiele nauczyć, gdyby oczywiście komukolwiek na naukach zależało. Większość poniższego z pewnością zabrzmi depresyjnie pesymistycznie. Ja jednak jestem optymistą. Wygramy, co sobie zamierzyliśmy, na pewno. Realistyczny opis wyzwań – nie należy go mylić z pesymizmem – jest nam potrzebny właśnie po to. By w końcu wygrać.

>>>

Koniec roku to, z jednej strony, czas podsumowań, a z drugiej strony, nowego spojrzenia na przyszłość. Nie chcę w tym komentarzu odnosić się do mijającego roku, bo w sferze polityki gospodarczej był on przygnębiająco podobny do dwóch poprzednich. Mieliśmy dalszy zwrot ku temu, co porzuciliśmy w 1989 roku. Dlatego skupię się na tym, co przyniosła tamta zmiana – rozpoczęta w 1989 roku. 

Jest ku temu wyjątkowa okazja. Akurat dzisiaj mija 29 lat od przyjęcia przez Sejm planu Balcerowicza. Plan ten zapoczątkował głęboką transformację gospodarczą w naszym kraju. Żeby uświadomić sobie skalę cywilizacyjnego sukcesu, który nam ona zapewniła, wystarczy porównać wyniki gospodarcze Polski i Niemiec Wschodnich. Porównanie to też uświadamia, ile jeszcze dzieli nas od najbogatszych krajów i jak trudne byłoby dołączenie do nich, nawet gdyby trzy lata temu nie dokonał się u nas zwrot na Wschód. Na marginesie w br. minęło też 29 lat od upadku muru berlińskiego. Jego zburzenie można traktować jako wstęp do zjednoczenia Niemiec. Co ciekawe, muru nie ma już dłużej, niż dzielił on Niemcy. 

W okresie transformacji ustrojowej zarówno Polska, jak i Niemcy Wschodnie zmniejszyły dystans dzielący je pod względem poziomu rozwoju od Niemiec Zachodnich. W 1991 roku PKB na mieszkańca wyrażony w euro wynosił w Polsce zaledwie 7,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich. W Niemczech Wschodnich ten odsetek wynosił 32,5-42,7% (w zależności od tego, czy wyłącza się, czy wlicza Berlin do Niemiec Wschodnich). Do 2016 roku ten odsetek podniósł się do 28,1% w Polsce i do 68,3-73,1% w Niemczech Wschodnich. Jeśli skoryguje się dane o różnicę w poziomie cen między Polską a Niemcami, to PKB na mieszkańca w Polsce stanowi 54,5% PKB na mieszkańca w Niemczech Zachodnich (w obliczeniach przyjąłem założenie, że poziom cen w Niemczech Zachodnich jest taki sam jak w całych Niemczech). Odsetek ten jest najwyższy od połowy XIX wieku. W 1991 roku wynosił on 23,5%.

Jakkolwiek zarówno w Polsce, jak i w Niemczech Wschodnich nastąpiła realna konwergencja względem Niemiec Zachodnich, czyli redukcja luki w dochodzie na mieszkańca, to w Polsce była ona dużo szybsza. Ciekawą tego ilustracją jest to, że PKB na mieszkańca w Warszawie jest dużo wyższy niż w Berlinie, jeśli dokona się korekty o różnicę w poziomie cen, mimo że u progu transformacji Warszawa była najbiedniejszą stolicą w całej Europie Środkowej. Warszawa nie jest przy tym jedynym dużym miastem w Polsce, które ma wyższy PKB na mieszkańca niż Berlin. 

Polskę i Niemcy Wschodnie łączy wiele podobieństw. Obie gospodarki mają podobne położenie geograficzne, w tym dostęp do morza i bliskość chłonnych rynków. W obu podobne jest ukształtowanie terenu. Obie wyraźnie odstają pod względem gęstości zaludnienia od Niemiec Zachodnich. Obie można zaliczyć do średnich pod względem liczby ludności (jakkolwiek w Polsce jest ona dwuipółkrotnie większa przy prawie trzykrotnie większej powierzchni). Ponadto, 1/3 powierzchni Polski to tereny dawnych Niemiec, a dalsza 1/4 to obszar, który przez ponad 100 lat był pod zaborem Prus. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że ponad połowa terytorium Polski przez większość okresu nowoczesnego wzrostu gospodarczego tworzyła z zasadniczą częścią Niemiec Wschodnich jedno państwo. Obie gospodarki były centralnie planowane przez podobny okres czasu, co wywarło piętno na wielu nieformalnych normach społecznych, w szczególności na kulturze pracy, zaufaniu do osób spoza rodziny, czy stosunku do zagranicy (imigrantów).  Zarówno w Polsce, jak i Niemczech Wschodnich gospodarka centralnie planowana upadła, przy czym do załamania jej wzrostu doszło już w latach 1980-tych. Obie gospodarki też mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęły budowę wolnego rynku oraz państwa opartego na zasadach liberalnej demokracji.

Szybsze doganianie Niemiec Zachodnich przez Polskę niż Niemcy Wschodnie można uznać za zagadkę. W pierwszych latach transformacji (lata 1991-1995) polska gospodarka rozwijała się znacznie wolniej niż wschodnioniemiecka. Do zmiany pozycji obu gospodarek doszło po 1996 roku, kiedy wzrost gospodarczy w byłej NRD wyhamował do tempa zbliżonego do tego w bardziej rozwiniętych Niemczech Zachodnich, pomimo nieusunięcia luki w dochodzie na mieszkańca. Natomiast Polska wciąż rozwija się szybciej niż Niemcy Zachodnie, w czego wyniku różnica w dochodzie na mieszkańca między oboma gospodarkami cały czas się zawęża. 

Spojrzenie z lotu ptaka na główne determinanty wzrostu gospodarczego wskazywane w literaturze sugeruje, że to w Niemczech Wschodnich owo doganianie powinno być szybsze. 

Gospodarka ta doświadczyła co prawda gigantycznego drenażu mózgów. O ile w Polsce liczba osób w wieku produkcyjnym (15-64), mimo dużej emigracji po wejściu do Unii Europejskiej, wzrosła o 5%, o tyle w byłej NRD spadła o 18% (z Berlinem) lub o 22% (bez Berlina), bo młodzi ludzie masowo wybierali przenosiny do Niemiec Zachodnich. Ale drenaż ten wyjaśnia 27 do 47% różnicy w tempie wzrostu między Polską a Niemcami Wschodnimi, a więc mniej niż połowę. 

Do różnic w wzroście obu gospodarek właściwie nie przyczyniły się nakłady kapitału. Nie odegrał więc większej roli mechanizm konwergencji, najczęściej wskazywany w teorii wzrostu, zgodnie z którym kapitał powinien trafiać tam, gdzie techniczne uzbrojenie pracowników jest mniejsze, a w konsekwencji pole do jego zyskownego użycia – szersze (na początku transformacji zasób kapitału na pracownika w b. NRD był o ponad połowę wyższy niż w Polsce).

Zasadniczym źródłem różnicy w tempie wzrostu obu gospodarek były zmiany w produktywności.

Jej szybkiemu wzrostowi w Polsce sprzyjał jedynie niższy poziom rozwoju, który pozwalał na przeskoczenie niektórych jego etapów, w tym na osiąganie dużych korzyści z przepływu pracowników z tradycyjnych, nisko produktywnych sektorów do nowo powstających nowoczesnych sektorów, których rozwój – w wielu przypadkach, np. sektora finansowego – był wcześniej blokowany z powodów ideologicznych. Na początku transformacji co czwarty pracujący w naszym kraju zajmował się rolnictwem, podczas gdy w byłej NRD ten odsetek wynosił około 4%. W następnych latach zmniejszył się on u nas o prawie dwie trzecie. Nowoczesne sektory, które tworzyły nowe miejsca pracy, powstawały przy dużym udziale bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Polska przyciągnęła ich więcej niż byłej NRD i to nie tylko w relacji do PKB, ale i w przeliczeniu na mieszkańca. W takim ujęciu, jeśli wyłączyć inwestycje (zachodnio)niemieckie, ich zasób już w 2001 roku był u nas o jedną czwartą większy niż w Niemczech Wschodnich, a przystąpienie do Unii Europejskiej wywołało nową falę ich napływu. W byłej NRD zmniejszył się on w 1996 roku – tym samym, w którym wyraźnie spowolnił wzrost produktywności.   

Właściwie wszystkie inne atuty były po stronie Niemiec Wschodnich. Nie ograniczały się one przy tym do płytkich czynników wzrostu, takich jak: jakość infrastruktury, poziom urbanizacji, zasób kapitału ludzkiego i społecznego, czy stopień rozwoju sektora badawczo-rozwojowego. Niemcy Wschodnie miały także znaczną przewagę nad Polską pod względem głębiej położonych sił, w tym zwłaszcza instytucji. Od razu otrzymały z Zachodu instytucje niezbędne do sprawnego działania gospodarki wolnorynkowej, które w Polsce trzeba było mozolnie budować. Natychmiast też zyskały wysoki poziom praworządności, który w Polsce nigdy nie został osiągnięty, jakkolwiek do niedawna systematycznie następowała poprawa w tym zakresie.

Różnica w poziomie dochodu na mieszkańca między Polską a Niemcami Zachodnimi jest obecnie zbliżona do tej, która na początku transformacji występowała między byłą NRD a Niemcami Zachodnimi. Doświadczenia byłej NRD powinny być dla nas ważną lekcją. Pokazują one, po pierwsze, że doganianie może się zatrzymać przy wciąż dużej luce w dochodzie na mieszkańca. Po drugie, do zahamowania wzrostu może dojść gwałtowanie. Przeszłe jego tempo niewiele mówi o przyszłej dynamice. Po trzecie, nie potrzeba wiele, aby konwergencja ustała. Wystarczy do tego niewielka liczba błędów w polityce gospodarczej. W Niemczech Wschodnich takim fatalnym błędem mogła być wymiana marki wschodnioniemieckiej na niemiecką po zawyżonym kursie (1:1). Podcięła ona rozwój sektora wytwarzającego dobra podlegające międzynarodowej wymianie handlowej (który skądinąd ma bardzo wysoki udział w tworzeniu PKB Niemiec Zachodnich). W efekcie, relacja handlu zagranicznego do PKB nie przekroczyła tam 20%, podczas gdy w Polsce ten poziom osiągnęła w 1991 roku i systematycznie się zwiększała.

W poprzednich trzech latach polityka gospodarcza w Polsce była pełna błędów. Osłabiała zarówno fundamenty długofalowego wzrostu gospodarki, jak i jej odporność na wstrząsy. Najlepszym odzwierciedleniem fatalnych skutków tej polityki dla długofalowego wzrostu jest spadek udziału inwestycji w PKB w ub. r. do najniższego poziomu od 20 lat, choć premier Morawiecki zapowiadał jego wzrost z 20 do 25%. Z kolei najlepszym odbiciem osłabiania odporności na wstrząsy jest afera KNF, ale też utrzymywanie deficytu w finansach publicznych w czasie wciąż dobrej koniunktury na świecie, kiedy nawet Grecja ma nadwyżkę. 

Jednak prawdopodobnie poza obniżeniem wieku emerytalnego, nie były to błędy, których nie da się naprawić. Moim marzeniem jest to, żeby Polska stała się równie bogata jak Niemcy Zachodnie. Jedynym sposobem na to, żeby to marzenie się spełniło, jest szybszy wzrost gospodarczy u nas niż tam (co najmniej do czasu zrównania się dochodu na mieszkańca w obu gospodarkach, a więc jeszcze przynajmniej przez kolejne dwie-trzy dekady). Ale żeby wzrost wkrótce nie wyhamował, trzeba możliwie szybko przystąpić do naprawy tego, co przez poprzednie trzy lata zostało zepsute. Oby owa naprawa zaczęła się już w nadchodzącym roku. Szanse na to rosną.

* * *

— MAREK BEYLIN W GW Z ŻYCZENIAMI DLA OPOZYCJI – NIEDOMYŚLANE PROPOZYCJE NIUE PRZYSPARZAJĄ WYBROCÓW: “Grzegorzowi Schetynie i całej PO życzę najserdeczniej, by zrozumieli, że wrzucanie niedomyślanych propozycji programowych nie przysparza wyborców. Mam na myśli choćby niedawny pomysł „Wyższe płace”, czyli państwowe dopłaty do najniższych wynagrodzeń, oraz obniżkę podatków. Bo, jak trafnie wskazała Adriana Rozwadowska, taki program spowoduje zamrożenie niskich płac i wytworzy potężne koszty. Życzę też Platformie, by zamiast kontentować się chaotycznymi koncepcjami, pojęła, co pokazują wszystkie sondaże, że jej atrakcyjność zależy mniej od tego, ile nabroi PiS, zaś bardziej od wspólnego, zbudowanego w ramach Koalicji Obywatelskiej programu nowej Polski. Bo starą III RP większość wyborców odrzuca”.

— BEYLIN O TYM, ŻE SCHETYNA MUSI ZROZUMIEĆ RÓŻNICĘ MIĘDZY WASALIZOWANIEM A WSPÓŁPRACĄ: “A samemu Schetynie życzę, by zrozumiał różnicę między wasalizowaniem koalicjantów, jak w przypadku Nowoczesnej, a partnerską współpracą z nimi. Od tego zależy bowiem, jak szeroki front wyborczy może współtworzyć PO. Czyli: czy da się pokonać PiS?”
wyborcza.pl

— NIE CHODZI O PRĄD TYLKO O WYBORY – PAWEŁ WROŃSKI w GW: “Sens parodii parlamentaryzmu, która rozegrała się w piątek przy ulicy Wiejskiej, oddaje prośba wicemarszałka Sejmu Stanisława Tyszki (Kukiz’15), by procedowaną w szaleńczym tempie „ustawę prądową” nazwać „ustawą o utrzymaniu PiS u władzy”.
wyborcza.pl

— WITOLD GADOMSKI O SZKODLIWYM ZAKLINANIU PRĄDU – w GW: “Najważniejsze jest jednak to, że przyjęcie doraźnego rozwiązania pozwalającego przez pewien czas ukryć wzrost kosztów nie skłania do poważniejszej dyskusji o przyszłości naszej energetyki, a gospodarstwa domowe do inwestowania w energooszczędne rozwiązania. Pula darmowych uprawnień do emisji CO2 się zmniejsza i po roku 2025 już ich nie będzie, więc za prąd produkowany z węgla płacić będziemy jeszcze więcej. Konieczna jest głęboka reforma energetyki – prywatyzacja spółek, wstrzymanie bezsensownych inwestycji w elektrownie węglowe, stworzenie stabilnych warunków prawnych i instytucjonalnych dla małych, średnich i dużych producentów prądu ze źródeł odnawialnych”.
wyborcza.pl

>>>

Kaczyński, Kościół katolicki i PiS – zgnilizna rozkładająca Polskę

23 Gru

Najważniejsze zadanie polityczne demokratycznej opozycji w nadchodzącym roku to jej wygrana w wyborach.

Najpierw europejskich, a później w parlamentarnych. W europejskich szansa jest coraz większa, w parlamentarnych sukcesem będzie już zabranie „zjednoczonej prawicy” samodzielnej większości. To powinno być celem minimum bloku demokratycznego.

Prezydent Duda mówił w kontrolowanej politycznie przez PiS Trójce, że nic mu nie wiadomo, aby Nowogrodzka szykowała się na przyspieszone wybory parlamentarne. To samo mówią prezes i jego akolici. Tylko że zwykle jest z nimi tak, że jak mówią „białe”, to wychodzi „czarne”.

Jeśli mówią, że nie chcą polexitu, to chcą, tylko na razie czują się za słabi. Jeśli mówią, że żadnych ustępstw w sprawie takiej jak nowelizacja ustawy o IPN czy deforma sądownictwa nie będzie, to znaczy, że nastąpią.

Tak samo z wyborami. Jeśli wszyscy w PiS oficjalnie zaprzeczają, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Że „zjednoczona prawica” – przestraszona wyborami miejskimi, serią afer korupcyjnych z udziałem swych notabli i protestami pracowniczymi przeciwko podwyżkom cen i za podwyżkami wynagrodzeń – rozważa ucieczkę do przodu, póki w sondażach jeszcze nie spada dramatycznie.

Opozycja demokratyczna powinna szykować się na ten scenariusz. Nawet jeśli spietrana zjednoczona prawica pomysłu nie zrealizuje, opozycja może tylko zyskać na zwarciu szeregów, na zabraniu się do tworzenia wspólnych list wyborczych np. w wersji proponowanej przez senatora Marka Borowskiego. Każde ugrupowanie zachowuje swoją tożsamość polityczną, a zarazem startuje ze wspólnej listy. Stawka jest naprawdę wysoka: demokracja albo dyktat jednej partii.

Liderzy opozycji demokratycznej – bo jest też antypisowska opozycja nacjonalistyczna, skrajnie prawicowa, pod protektoratem o. Rydzyka oraz przymiarki do stworzenia partii Biedronia – nie mogą zmarnować szansy, jeśli chcą zmiany „dobrej zmiany” na lepszą. Czyli z z nacjonalistyczno-katolicko-populistycznej na europejsko-demokratyczno-obywatelską.

Warunkiem jest jak najszersza współpraca ponad różnicami i ambicjami. Tego boi się Kaczyński, który zrobi wszystko, by blok demokratyczny rozbić. Ma do dyspozycji propagandę i służby.

Prezes będzie rozgrywał mniejsze grupy opozycyjne przeciwko Koalicji Obywatelskiej. A różnego rodzaju polityczni fantaści będą snuli swoje sny o potędze, działając świadomie lub nieświadomie w interesie Kaczyńskiego, gdyż rozproszenie głosów oddanych na opozycję służy PiS-owi.

Co dalej? Może warto zanalizować obecne protesty na Węgrzech, gdzie arogancja i pycha Orbána połączyły przeciwko niemu niemal wszystkie ugrupowania opozycyjne. To może być zapowiedź innego „Budapesztu w Warszawie”.

Miało być pięknie. Jak na warunki polskie. Albo przynajmniej – bliżej europejskiego standardu. Środowiskowe domy pomocy nowego typu dla dorosłych. To te przypadki, które – choć chodzi o kochanych ludzi – zmieniają życie opiekunów w piekło. Całodobową opiekę nad osobą z ciężkim typem autyzmu, ze sprzężonymi niepełnosprawnościami, skutkującymi np. silną i niekontrolowaną agresją, można porównać do wyprawy na wojnę, na pierwszą linię strzału.

Uwaga jest cały czas napięta, czujność – na sto procent, ciało eksploatowane do granic. Żadna wojna nie trwa w nieskończoność. A życie opiekuna – właśnie tak. Nic nie jest tak potrzebne opiekunom jak podzielenie z kimś tej odpowiedzialności. I jakaś wyręka w codziennej, nieustannej harówce.

Ustawa „Za życiem” miała dawać nadzieję

Wydawało się, że wszystko jest na jak najlepszej drodze. Po trwających rok przygotowaniach, konsultacjach, rozmowach, zebraniu 12 tys. podpisów zainteresowanych osób – opiekunowie byli przekonani, że mają poparcie państwa. Przynajmniej takie były obietnice, zapisane zresztą w programie szumnie nazwanym „Za życiem”. Powstał nawet stosowny projekt ustawy.

Ustawa Za życiem – czy przeciwko?

Fakty dokonały się po cichutku, bez rozgłosu, bez zawiadamiania zainteresowanych. 18 grudnia rodzice odnaleźli na stronach ministerstwa rodziny link, a pod nim zmieniony projekt ustawy, z którego domy pomocy zniknęły. Nawet trudno powiedzieć, że chodzi o pieniądze. Środowisko opiekunów wypracowało model, jak przeprowadzić program właściwe bezkosztowo.

Mówi się, że chodzi o naciski Ministerstwa Finansów w sprawie… dofinansowywanych posiłków. W każdym razie resort negatywnie ocenił ten zapis, uznając, że „nie widzi sensu wydatkowania tych pieniędzy”. Bo i właściwie po co. Matki Polki sobie poradzą. Z uśmiechem, jak to na wojnie.

Po kraju rozlewa się fala strajków, których jednak nie można nazwać strajkami. Formalnie nimi nie są, choć każdy wie, o co chodzi. Niezadowolone z niskich płac grupy społeczne zamiast ogłaszać strajk, udają się masowo na zwolnienia lekarskie. Skutek ten sam albo lepszy, bo władza ustępuje. Tyle że przy okazji psuje się i tak słabe państwo.

Zanosi się na gorącą jesień protestów

Przemęczone pielęgniarki i „psia” grypa policjantów

Z L4 jako formy masowego protestu pierwsze skorzystały pielęgniarki. Odejście od łóżek pacjentów byłoby nieetyczne, ale udanie się „na chorobę” jest po prostu koniecznością. Panie są przepracowane, od dźwigania chorych mają nadwerężone kręgosłupy, właściwie każda w każdej chwili mogłaby się udać na zwolnienie – tłumaczyły działaczki związkowe. Wtedy jeszcze wielu z nas było po ich stronie. L4 były gestem rozpaczy, rząd uporczywie ignorował protesty.

„Psia grypa” policjantów już się z takim aplauzem społecznym nie spotkała. Była dowodem siły, a nie słabości tej grupy zawodowej. Policjantom nie wolno strajkować, więc masowo udali się na L4. Wybrali świetnie moment – władza wystraszyła się, że w setną rocznicę odzyskania niepodległości nie będzie miał kto ochraniać marszu, może dojść do tragedii. Skwapliwie zgodziła się nie tylko na podwyżki, ale także na oddanie przywilejów, również emerytalnych, które cofnęli policjantom poprzednicy. Nikt nawet nie próbował sprawdzić celowości wydanych zwolnień.

Rząd mięknie wobec masowych L4

Stało się coś jeszcze ważniejszego – rząd pokazał, że masowe L4 to najlepsza forma walki „o swoje”, o wiele skuteczniejsza niż protesty przewidziane prawem. Można powiedzieć – droga na skróty. I ludzie ten sygnał odebrali. Na L4 udali się pracownicy sądów, prokuratur, nauczyciele. Zawahali się weterynarze, być może kierowani poczuciem odpowiedzialności – więc ich protest nie przyniósł nic, im władza nie ustąpiła. A zastępca głównego lekarza weterynarii został nawet zdymisjonowany. Na drugi raz wyciągną z tego nauczkę.

Dlaczego lekarze masowo wydają lewe zwolnienia?

Wypada jednak zadać kilka pytań. Jak to się dzieje, że to właśnie Polacy wymyślili tak skuteczną formę protestu, a na pomysł ten nie wpadli inni? Niemcy, Czesi, a nawet Francuzi, którzy wymyślili tylko żółte kamizelki? Wygląda na to, że tylko u nas jest ta ogromna łatwość otrzymania zwolnienia, że właściwie każdy z nas może je dostać w każdej chwili i dziwne, że z tego nie korzysta. Jakbyśmy byli najbardziej schorowanym społeczeństwem na świecie. Lekarze wydają te lewe zwolnienia, nie zdając sobie sprawy, że każde L4 to weksel, za którym idą nasze publiczne pieniądze. Ogromne pieniądze. Zwolnienia przecież są płatne, dla policjantów znów w 100 proc., dla reszty w 80. Jeśli będziemy nadal z nich tak masowo korzystać, trzeba będzie podnieść i tak wysokie składki na ZUS.

Belfer Blog: W ramach strajku chorujemy

Do psucia państwa zachęca sam rząd

Rząd, który uparcie odmawia dialogu z protestującymi w sposób przewidziany prawem, mięknie przy masowych zwolnieniach, a więc sam do nich zachęca. Zachęca do psucia państwa i nic z tym nie robi. Lekarzy kontroluje się, ile i jakie refundowane recepty wypisali, czy aby nie pomylili się w stopniu refundacji. Za pomyłki są surowo karani, także finansowo. Ale za wypisywanie lewych zwolnień dla zdrowych ludzi żaden ukarany nie został. Mimo że wszyscy wiedzą, że zwolnienia są lewe. Uczniowie, którzy nie mają lekcji, gdyż ich nauczyciele udali się masowo „na chorobę” – też. Jaki wniosek wyciągną młodzi obywatele z tej lekcji, którą na pewno zapamiętają?

ZNP popiera protest nauczycieli

Patriotyzm? Np. uczciwy stosunek wobec własnego państwa

Zarówno rząd, jak i wielu z nas, ma usta pełne patriotyzmu. Premier publicznie wskazuje tych, którzy Polskę kochają bardziej, i gani tych, którzy mniej, to ten gorszy sort Polaków. Idą święta, warto byłoby się zastanowić, czym naprawdę jest patriotyzm? Czy pustą deklaracją gotowości przelania krwi za ojczyznę, czy raczej uczciwym stosunkiem do własnego państwa? Nasze państwo jest słabe, a lewe zwolnienia osłabiają je jeszcze bardziej. I są dowodem na to, że go nie szanujemy.

Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą forma polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy – mówi prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Mówi nie tylko o polityce. Też o adwencie i zbliżających się świętach Bożego Narodzenia.

JUSTYNA KOĆ: Kończy się adwent, lada dzień święta Bożego Narodzenia. Ile z tej zadumy podczas oczekiwania na narodziny Chrystusa jeszcze zostało?

PROF. STANISŁAW OBIREK:  Zależy w czyim domu i gdzie. Gdzieś na wsiach, w małych miasteczkach mamy do czynienia nawet z renesansem praktyk, które ja pamiętam z dzieciństwa. Mam na myśli roraty, w zewnętrznej formie bardzo atrakcyjne, szczególnie dla dzieci. Roraty obrosły szczególną symboliką światła, bo msza odbywa się przed wschodem słońca, gdy jest ciemno, wiec lampiony w ciemnych kościołach rzeczywiście robią wrażenie. Jeżeli proboszcz mądrze to wpisze w rytm szkolnych katechez, to jest szansa, że to oczekiwanie, jak sama nazwa wskazuje adventus, czyli przyjście, rzeczywiście jest. W miastach jest inaczej, ten rytm jest odsakralizowany, wyznaczany jest zupełnie czymś innym, niż rytmem liturgicznym.

Przynajmniej w Warszawie nie dostrzegam żadnych elementów oczekiwania, poza tym, że przystrojone ulice rozbłyskują światłami, co ma charakter czysto estetyczny, a nie sakralny.

Jaki jest to adwent dla polskiego Kościoła?
Poza kalendarzem powtarzającym się co roku można doszukiwać się każdorazowo wpisywania świąt w doraźny kontekst. Mam wrażenie, że Kościół polski ma z tym kłopot, poczynając od listu na 100-lecie odzyskania niepodległości, który miał być deklaracją ideową, jak to Kościół się cieszy z tego, co stało się 100 lat temu. Okazało się, że po pierwsze list został napisany już w marcu, po drugie jego ton był odklejony od rzeczywistości. List przeszedł bez echa i słusznie. Niektórzy wręcz z zażenowaniem odnotowali ten list. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że

Kościół polski przeżywa dramatyczny moment. Myślę tu o coraz głośniejszych przypadkach nierozliczonej pedofilii wśród księży. Okazuje się, że w większości są to sprawy mające już swoją zaszłość, nie są nowe. Wielu biskupów wyraźnie nie stosuje się do wytycznych Watykanu, czyli nie zgłasza tego ani do Watykanu, ani do prokuratury, wyraźnie gra tu na zwłokę. Zbliżające się święta są doskonałą okazją, aby oczyścić pamięć tej mrocznej strony Kościoła.

Po drugie, mieliśmy dość histeryczną reakcję na film „Kler” Smarzowskiego, gdzie również wątek pedofilski się pojawia, ale nie tylko, bo ukazanych jest tam siedem grzechów głównych. To, że już w tej chwili ponad 6 mln ludzi widziało ten film, pokazuje, że był on odpowiedzią na pewne zapotrzebowanie. Tu znowu nie widzę żadnej próby zmierzenia się z tym grzechem w swoich własnych szeregach. Ta lista jest długa, bo warto dodać jeszcze zaangażowanie polityczne po stronie antydemokratycznego reżimu, który od trzech lat wyraźnie demoluje nam demokrację i Kościół bardzo rachitycznie, nieśmiałym, niesłyszalnym głosem, jeśli w ogóle, odnosi się do tego. W większości widzimy, że kler darzy sympatią to, co się dzieje. To napawa niepokojem, bo pokazuje, że

Kościół zatracił taki kompas moralny i polityczny, powtarza błędy, które pojawiły się już po 1989 roku.

Błędy jednoznacznego zaangażowania politycznego po jednej stronie?
A nawet jednej partii. Zresztą społeczeństwo głosowało zawsze nogami, czyli robiło dokładnie na odwrót i dziś już nikt nie pamięta tych ugrupowań, które Kościół wspierał. Myślę, że w przypadku obecnej władzy Kościół także strzela sobie w stopę, bo będzie kojarzony po, mam nadzieję, szybkim odejściu tej formacji z tą antydemokratyczną partią.

Polski Kościół nie potrafi wyciągać wniosków także z doświadczeń w innych państwach, np. w Irlandii?
Ma pani rację. Żyjemy w epoce globalnej i informacje o sytuacji Kościoła katolickiego z całego globu docierają dość szybko. Irlandia w istocie jest najbliższa Polsce, także w sensie struktury katolicyzmu, takiego związanego mocno z tożsamością narodową. Irlandczyk to katolik, to ten w kontrze do silnego Kościoła anglikańskiego. Oczywiście w Irlandii nie było komunizmu, który był w Polsce, co też ukształtowało Kościół i jego pozycję. Natomiast

w bardzo krótkim czasie katolicka Irlandia, gdzie ten Kościół był dosłownie wszędzie, stała się krajem chyba najbardziej w tej chwili antykatolickim. W retoryce polityków to wyraźnie słychać, nie ma już przyzwolenia na mieszanie się Kościoła do polityki.

Premier, który jest otwartym gejem, także otwarcie wypowiada się przeciwko obecności Kościoła w przestrzeni publicznej, a są to ludzie, którzy reprezentują swoje społeczeństwo i mają silne poparcie. Kościół w Irlandii znalazł się na równi pochyłej przez własną niechęć do rozwiązania sprawy pedofilii.

Głośno było o skandalach, gdzie biskupi kryli pedofilów, podobnie jak teraz w Polsce?
Tam, w przeciwieństwie do Kościoła polskiego, doszło do powołania komisji państwowo-kościelnej, która przygotowała kilkusetstronicowy raport, który został opublikowany. Kościół płaci teraz cenę za swoją bierność i brak chęci zmierzenia się z własną ciemną stroną historii.

Nie tylko Kościół irlandzki może być tu lekcją?
Chociażby Kościół w Stanach Zjednoczonych. Tam już od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia z bardzo oporną, ale jednak systemową próbą zmierzenia się z pedofilią. Powstał nawet o tym oscarowy film „Spotlight”. Film jest oczywiście pewną fikcją, ale prawda jest taka, że dużą rolę odegrali tam dziennikarze i ich śledztwo sprzed kilkunastu lat. Na początku XXI wieku komórka śledcza „The Boston Globe” ogromnym wysiłkiem kilku lat pracy doprowadziła do dymisji kardynała Bernarda Lawa z Bostonu, doprowadziła do zdemaskowania procederu przenoszenia z parafii do parafii pedofili, co było największym szokiem dla Amerykanów.

Ostatnio w innej diecezji opublikowano podobne dokumenty, w konsekwencji czego szereg biskupów, a nawet kardynałów zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To wszystko powinno dać do myślenia polskim hierarchom.

Warto tu też wspomnieć przykład, może odległy, ale jakże głośny, czyli Chile, gdzie cały episkopat podał się do dymisji, a sam papież przyznał się do braku pełnej informacji. Kościół polski zdaje się nie zauważać tych przypadków. Owszem, w mediach liberalnych coraz częściej się o tym pisze, dyskutuje, ujawnia, organizacja „Nie lękajcie się” działa coraz prężniej, jest obecna w przestrzeni publicznej, ale Kościół mimo wcześniejszych deklaracji nie współpracuje w tej kwestii wystarczająco.

Te deklaracje pojawiły się jeszcze przed premierą filmu „Kler”, kiedy wiadomo było, że ta bomba zostanie odpalona. Kościół przeprosił nawet wtedy i obiecał rozliczenie. To był początek października i nic…
Tych deklaracji było więcej, nawet konkretni biskupi się wypowiadali na temat pedofilii w ich diecezjach. Pamiętam biskupa Czaję z Opola, Liberę z Płocka, biskupa polowego, prymas Polak też o tym mówił, więc tych deklaracji było wiele, trzymam kciuki, aby się udało.

Tu trzeba podkreślić, że nie chodzi o walkę z Kościołem, tylko o zadośćuczynienie ofiarom.

Niestety, moim zdaniem w Polsce mamy do czynienia z hipokryzją w Kościele i dobrze, żeby to słowo wybrzmiało, bo mamy szereg ludzi odpowiedzialnych, ważnych hierarchów, którzy deklarują jedno, a robią drugie. To samo można powiedzieć o pełnomocniku episkopatu ds. zwalczania pedofilii, który publicznie wielokrotnie mówił, że mimo ponawianych próśb żadnych danych na temat konkretnych przypadków pedofilii nie otrzymał.

Trzeba odnotować oczywiście przypadek chrystusowca, który został skazany prawomocnie, a ofiara otrzymała dość znaczną sumę, ale to jednostkowy przypadek, do tego wymuszony, gdzie była niezwykle jednoznaczna wina zakonu, który krył pedofila i nie zrobił nic, żeby ograniczyć jego zbrodniczą działalność. To jest najlepszy dowód, że

wspólne działanie sądu i mediów może coś zmienić w tej sytuacji, bo Kościół niczego się tak nie boi, jak mediów, jak złej opinii.

Słyszał, wiedział pan o tym, co robił ks. Henryk Jankowski?
W Gdańsku, w którym bywam często, to była tajemnica poliszynela, o tym się mówiło, o tym wiedzieli dziennikarze, ludzie, ale nie było woli, żeby o tym pisać czy mówić. Nawet „Gazeta Wyborcza”, która teraz tak bardzo się zaangażowała, wcześniej kroplomierzem dawkowała te informacje. To mi przypomina właśnie film „Spotlight”, o którym już wspominaliśmy. Oglądałem go niedawno po raz kolejny ze studentami, z którymi dyskutuję na tym przykładzie m.in. o tym, jak funkcjonuje demokracja lub nie funkcjonuje i jakie są mechanizmy jej działania w Stanach. Tam jest taka znacząca scena, gdzie sami dziennikarze przyznają, że już 20 lat wcześniej mieli sygnały, ale ich nie widzieli, nie odnotowali.

To oznacza, że jest taki martwy punkt, martwe pole, jak w przypadku kierowcy, który w lusterku bocznym w jednym miejscu nie widzi pojazdu, gdy ten go mija. Gdy wszystko każe nam wierzyć, że Kościół jest ostatnią instancją moralną.

Przecież wielu ludzi dawnej opozycji bywało u księdza Jankowskiego, bo to była instytucja. Od 1980 roku, kiedy biskup Kaczmarek wysłał go do stoczniowców, on stał się ważnym punktem odniesienia, niemalże jak Wałęsa. Wszyscy u niego bywali, a jednocześnie mówiło się, półżartem, że „woli blondynów”. Natomiast myślę, że nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to jest trwająca kilkadziesiąt lat historia pedofilii, z tragicznymi również przypadkami, opisanymi w reportażu „Dużego Formatu”.

Pomnik ks. Jankowskiego powinien zostać?
Może rację ma prof. Magdalena Środa, która napisała, że

pomnik powinien zostać jako pomnik wstydu, bo społeczeństwo polskie było i jest nadal ślepe na nadużycia, jakie się dzieją w Kościele, dla ratowania „większego dobra”.

Czy redemptorysta Tadeusz Rydzyk, który zakłada partię, wszedł na drogę amerykańskich pastorów, kaznodziejów, bogaczy zaangażowanych w politykę i sponsorujących kampanie?
Tadeusz Rydzyk to temat na oddzielną rozmowę. Na podstawie lektury świetnej książki Tomasza Piątka o Macierewiczu możemy wysnuć wniosek, że powstanie partii Rydzyka ma związek z odsunięciem Antoniego Macierewicza od władzy.

Moim zdaniem tu problem jest szerszy, bo to nie jest tylko tak, że mamy do czynienia z finansjerą i politykami, którym konserwatywny katolicyzm jest bliski, więc trzeba go wspierać, bo świat się rozpada, panuje relatywizm, nihilizm, a tylko ojciec Rydzyk gwarantuje ochronę prawdziwych wartości. Sprawa jest głębsza. Po pierwsze, przyznać rację trzeba prof. Ireneuszowi Krzemińskiemu, który coraz częściej się wypowiada na temat fenomenu konglomeratu, jak nazywa imperium Rydzyka, bo to przecież nie tylko radio, prasa, ale i telewizja i szkoła.

To jest państwo w państwie, on jest nawet ponad prezesem, który wydawałoby się, że rządzi niepodzielnie Polską. Nawet ponad Jarosławem Kaczyńskim jest jeszcze Tadeusz Rydzyk, ojciec dyrektor. Nie chcę powiedzieć, że to przypomina struktury mafijne z południa Włoch, republik bananowych czy krajów latynoamerykańskich, które z trudem przezwyciężają swoją przeszłość dyktatorską, ale na naszych oczach po 1989 roku wyrosły jakieś bardzo tajemnicze ośrodki władzy, które coraz śmielej domagają się obecności w przestrzeni publicznej, delegują swoich ludzi, żeby zakładali swoje partie – to jest osobliwe.

Zresztą to kolejny wątek, który możemy dołożyć do naszej rozmowy w kontekście Bożego Narodzenia i roli Kościoła. Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Ja przynajmniej nie słyszałem głosu biskupów w tej sprawie, a przecież po Soborze Watykańskim II, na ile ja rozumiem obecną doktrynę Kościoła katolickiego, Kościół słowami swoich papieży od kilkunastu lat głosi autonomię rzeczywistości ziemskiej. Kościół bezpośrednio, co bardzo podkreślał Jan Paweł II, choćby wyrzucając kapłanów z kapłaństwa za nadmierne zaangażowanie polityczne, np. w Nikaragui, nie powinien zajmować się polityką. Tymczasem

wygląda na to, że w Polsce Sobór Watykański II nie obowiązuje.

Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą formą polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy. Jeżeli dalej to będzie tolerowane, a wszystko na to wskazuje, to schizma gotowa. Być może to jest tylko blef, którym Rydzyk chce wymusić na Kaczyńskim konkretne ustępstwa, tego do końca nie wiemy, ale na pewno nie jest to w duchu kościoła Jana Pawła II czy Sobory Watykańskiego II.

Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu – mówi ks. Wacław Oszajca, jezuita, teolog, publicysta i poeta. – Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Święta Bożego Narodzenia to czas wyciszenia i refleksji. Przyszedł czas na refleksję także w polskim Kościele?

KS. WACŁAW OSZAJCA: Chrześcijanin nie może się bać prawdy o sobie, nawet tej najtrudniejszej. Święta to dobry czas, aby znaleźć chwilę, a może nawet więcej niż chwilę, na podsumowanie tego, co wydarzyło się w tym roku. Najważniejsza dla katolika w każdy dzień świąteczny powinna być msza, na której początku robimy rachunek sumienia. My tego momentu nie doceniamy. Powinniśmy pamiętać, że zło w Kościele było, jest i będzie. To nie jest nic nowego. Pytanie: co z tym zrobimy?

Co zrobimy w przypadku ofiar pedofilii? Powinniśmy przede wszystkim zająć się tymi, których skrzywdziliśmy. Nie tylko przeprosić, ale także starać się wynagrodzić zło, które zaistniało. To będzie świadczyło o tym, że sami zrozumieliśmy nasze grzechy.

W samym Kościele nie wszyscy to zło nazywają złem. Niektórzy próbują rozgrzeszać księży pedofili. Jak sobie z tym poradzić?
Dostrzeżenie takiego zła burzy święty spokój, psuje komfort życia i to, co ceni sobie współczesny świat, czyli dobre mniemanie o sobie. Ono polega nie na realnej ocenie kondycji własnego umysłu i sumienia, ale udawaniu, że to mnie nie dotyczy. Takie myślenie jest rozpowszechnione w społeczeństwie, więc dociera także do Kościoła.

Stąd też bierze się niechęć do papieża Franciszka, który niepokoi nasze sumienia i mówi, żeby patrzeć nie w niebo, ale na drugiego człowieka. To jest niewygodne, ale musimy zrozumieć, że to nie jest atak, tylko chęć pomocy. Powinniśmy się w ten głos wsłuchać i odpowiedzieć po chrześcijańsku, czyli przyznać się do winy i zadośćuczynić.

Według byłego rzecznika Watykanu wśród zwierzchników kościelnych panuje w sprawie pedofilii „niewiarygodna naiwność”. To tylko naiwność czy jednak coś więcej?
Przez lata ważniejsza była instytucja i ideologia od dobra człowieka. Chcemy udawać przed światem, tak jakbyśmy byli firmą, której zależy na dobrym PR, a nie na prawdzie.

Niektórzy próbują bronić za wszelką cenę niby dobrego imienia Kościoła, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. To będzie nas tylko jeszcze bardziej demoralizować. To zresztą nie jest choroba tylko Kościoła, ale wielu innych instytucji, także rodziny.

„Jeśli Kościół katolicki nie zajmie się tą sprawą szczegółowo i we wszystkich aspektach, będzie popadał z jednego kryzysu w drugi” – to ciąg dalszy artykułu Federico Lombardiego na łamach najnowszego numeru jezuickiego czasopisma „La Civiltà Cattolica”. Możliwe jest pełne i jawne rozliczenie Kościoła?
Znamy przecież taką instytucję jak spowiedź. Powinniśmy być przyzwyczajeni do tego, że jeżeli dostrzegamy w sobie zło, to po to, aby je wyrzucić i zmienić sposób myślenia. Łatwo jest ludziom wziąć zło za dobro, bo zawsze na początku wydaje się czymś korzystnym i godnym pożądania, a później okazuje się, że brniemy z jednego nieszczęścia w drugie.

Ale mam też jedno zastrzeżenie: do wszystkiego powinniśmy podchodzić po chrześcijańsku – ten, który zawinił, nie przestał być naszym bratem, powinniśmy się także nim zająć.

Ojciec Tadeusz Rydzyk broni kościelnych pedofilów twierdząc, że za ujawnianiem przestępstw wobec dzieci stoi chęć zniszczenia Kościoła. Co by mu ksiądz odpowiedział?
To pomylenie z poplątaniem, o ile nie coś gorszego. Może ma jakąś tajemną wiedzę i wie więcej niż wszyscy. Mówię to oczywiście ironicznie.

Nie tylko w tej sprawie ksiądz Rydzyk ma przedziwne poglądy. Poza tym uprawia nawet nie politykę, ale politykierstwo. A nie da się połączyć chęci bycia politykiem i księdzem. On zaczyna służyć dwóm panom.

To jest też problem dla Kościoła?
Oczywiście. Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu.

Co można zrobić, aby do tego nie doszło?
Z jednej strony widzę zaniechania ze strony biskupów i księży, ale z drugiej także ludzi świeckich. Kościół to są przecież wszyscy ochrzczeni.

Świeccy muszą się wreszcie odważyć i domagać swoich praw. Duchowni nie są ponad Kościołem, my jesteśmy dla Kościoła. Jeżeli ustawimy się ponad Kościołem, a świeccy będą temu sprzyjać i traktować nas jak bogów, to nie ruszymy z miejsca. Czekam na to, kiedy laikat w Kościele się obudzi. Mam nadzieję, że wpłynie na to kryzys, który przeżywamy.

Laikat też jest podzielony. Część zapewne nie chce żadnych zmian.
Patrząc na historię Kościoła widzę, że po każdym kryzysie przychodzi odrodzenie. Kościół nie tylko potrafi się pozbierać, ale także zrozumieć, w jakim świecie żyje i jakiemu światu ma służyć. Nie obawiam się tzw. kryzysu w Kościele, związanego ze spadkiem powołań. Niewykluczone, że czeka nas w ogóle głęboka zmiana.

Kościół nie musi być cały czas taki, jakim go znamy. Może powstaną niewielkie grupy ludzi, którzy sobie ufają, tak jak było w pierwszych wiekach – to też będzie Kościół, może prawdziwszy od dzisiejszego…

Kościół zamiast się dystansować i milczeć powinien stanowczo bronić podstawowych wartości – wolności, demokracji, prawa?
Jeżeli ktokolwiek występuje przeciwko prawom obywatelskim, powinniśmy protestować, a Kościół jako pierwszy. Tak było przecież w okresie komunizmu. Nie chciałbym idealizować tamtego czasu, bo byli też księżą, którzy współpracowali albo milczeli, ale jako całość potrafiliśmy stawić opór. Mogliśmy protestować tylko dlatego, że czuliśmy oparcie w wiernych. W tym sensie za komunizmu było łatwiej. Jeżeli stracimy oparcie w laikacie, to zostaniemy sami i nie będziemy nikomu potrzebni.

Nie możemy ograniczać autonomii ludzi świeckich, ale mamy prawo do tego, żeby pokazywać gdzie dzieje się źle. Ale nie możemy przy okazji pod pozorem oceny moralnej i propozycji rozwiązywania problemów uprawiać polityki.

Brakuje księdzu stanowczego głosu Kościoła w obronie demokracji?
Nie tylko tego mi brakuje… Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc.

Dlaczego tak łatwo wzbudzić w społeczeństwie lęk przed uchodźcami? Przecież chodzi o pomoc drugiemu człowiekowi.
Jeżeli człowieka spotyka coś nowego, co wymaga od niego wysiłku i wyciągnięcia portfela, to zawsze rodzi się opór. A politycy czy inni ideologowie mogą łatwo zbijać na tym interes.

Ci, którzy nie chcą przyjąć uchodźców mówią, że są katolikami, kierują się nauką społeczną Kościoła, że to wynika z ich przekonań religijnych i nie widzą w tym żadnej sprzeczności. A twarzą Chrystusa dzisiaj jest przecież twarz uchodźcy.

Obowiązkiem chrześcijanina jest niesienie pomocy, takiej na jaką go stać. Patrząc od strony moralnej, to coś złego się z nami stało, że nasze sumienia tak łatwo kupują niechrześcijańskie uzasadnienia w sprawie uchodźców.

Czy są jeszcze jakieś granice walki politycznej o dusze wyborców?
Do nas duchownych należy zwracanie uwagi, kiedy polityk zaczyna wkraczać na płaszczyznę moralną i wiemy, że może to prowadzić do nieszczęścia.

Tak się stało w okresie międzywojennym z Niemcami, kiedy Kościoły milczały albo popierały te działania. Jeżeli czegoś się boję, to tego, że nie zauważymy, jak zaczyna kiełkować zło, które szybko znajdzie sobie zwolenników.

To jest taki moment?
Patrząc na świat, zaczynam się obawiać, że do głosu zaczynają dochodzić ludzie, dla których nie liczy się odpowiedzialność za drugiego człowieka i jego dobro, tylko władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Polska nie jest wyjątkiem. Od paru lat rządzący ulegają takiej pokusie.

Co może zadziałać otrzeźwiająco?
To, co można zrobić, to nie unosić się pychą, nie myśleć, że mnie to nie dotyczy, bo ja tak nie grzeszę, tylko dokładnie się przyjrzeć i poszukać sposobów na rozwiązanie tego kryzysu.

Powinniśmy uwierzyć, że to, co się dzieje, to nie jest tylko diabelskie działanie, chociaż posiada wszystkie cechy diabelskości. A może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć.

Co w obecnych czasach jest dla nas największym zagrożeniem?
Jeżeli wyzbędziemy się umiejętności rozróżniania zła od dobra i poczucia winy, to wtedy stworzymy ogromne zagrożenie dla ludzkiej kultury i ludzkiego istnienia. Stajemy się w pełni ludźmi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za nasze myśli, słowa, uczynki i zaniedbania. Jeżeli tego zabraknie, to wszystko ulegnie rozprężeniu, będzie tak samo ważne i nieważne, równie dobre i niedobre. Kolejnym zagrożeniem jest konsumpcjonizm, czyli podejście czysto użytkowe, w którym najważniejsze jest to, że nam się wszystko należy. W takiej sytuacji nie ma miejsca dla drugiego człowieka. A przecież nie możemy żyć w pojedynkę. Widać to chociażby w sposobie organizowania miast, grodzeniu osiedli, lęku przed sąsiadem, współpracownikiem.

Kolejnym zagrożeniem jest także próba skompromitowania ludzkiego rozumu i serca, czyli populizm.

Dlaczego polskie społeczeństwo jest tak bardzo podzielone? Polacy żyją w dwóch rzeczywistościach?
Najgorsze jest to, że zaczynamy się nienawidzić. Na tym polegał komunizm – czy człowiek chciał, czy nie chciał, musiał być wrogiem wszystkich i wszystkiego. Cały system nastawiony był na to, żebyśmy sobie nie ufali i ze sobą walczyli, za to dbali tylko o własny interes. Mam wrażenie, że teraz dzieje się coś podobnego. Coś, co nas łączy, to tylko wrogość. Niestety, trudno się przed tym bronić, bo

nienawiść jest wygodnym sposobem urządzenia się w społeczeństwie. Można ją zawsze nazwać konkurencją, rywalizacją, a nawet troską, ale będzie podszyta innymi uczuciami, tak aby zapanować nad drugim człowiekiem. Chęć dominacji i rządzenia jest czymś porażającym.

Czym powinna być polityka?
Polityka powinna być sztuką szlachetną, tak czytamy w dokumentach soborowych. Ale też ci, którzy czują powołanie, powinni się do tego przygotować i ponosić odpowiedzialność za to, jak wykonują swój zawód. Motywem ich działania nie może być chęć wzbogacenia się i robienia kariery.

Jeżeli politykę sprowadzi się tylko do socjotechniki, to staje się zaprzeczeniem samej siebie, bo nie służy dobru wspólnemu, za to interesom grupy społecznej, partii czy jednego człowieka.

To dzisiejsza polityka?
Polityka rządzi się oczywiście swoimi prawami, spór jest czymś koniecznym, ale trzeba go prowadzić po ludzku i z poszanowaniem drugiej strony. Mam wrażenie, że są politycy, którzy próbują pilnować swojego sumienia i języka, ale są też tacy, dla których spór to zawzięta walka, która ma doprowadzić do zatriumfowania nad innymi.

Do tego dorabia się ideologię o miłości do ojczyzny, patriotyzmie i opakowuje w hasło „Bóg, honor, ojczyzna”, ale istota rzeczy pozostaje paskudna.

Niebezpieczny nacjonalizm staje się bezkarny i podnosi głowę?
To, co nazywamy nacjonalizmem, ma korzenie wewnątrz nas. Pozwoliliśmy dojść do głosu czemuś niedobremu, sami siebie przekonaliśmy, że jesteśmy najlepsi. To wyrasta z pychy i przybiera różne formy. A właśnie na tym, co najgorsze próbuje ubijać się interes polityczny. W Polsce jest cały czas obecny antysemityzm, rasizm, potworna znieczulica, jeśli chodzi o bezdomnych.

Jeżeli zabraknie ludzi, którzy będą o tym przypominać, a zaczniemy hołubić rasistów czy antysemitów, nazywając ich patriotami, to wyhodujemy sobie jakąś falangę. To z kolei łatwo może się spodobać ludziom młodym, dla których liczy się bardziej siła niż racja. To też da się politycznie wykorzystać.

Niedostatecznie dokładamy starań, aby z tym walczyć. W tym wypadku niewiele pomogą zakazy, powinniśmy też uczyć młodych ludzi nazywać zło złem i przypominać, że to jest grzech.

Więcej empatii, zrozumienia i rozsądku – tego powinniśmy życzyć sobie na Święta?
Święta Bożego Narodzenia są piękne i rodzinne, to trzeba zachować na jeden wieczór. Ale trzeba mieć świadomość, że ten obraz był podszyty ludzkim nieszczęściem. Maria nie miała gdzie urodzić syna, bo zabrakło dla niej miejsca i ludzkiego serca. Warto o tym pamiętać, ale to nie musi psuć radości świętowania, a nawet może ją pogłębić, bo „większa jest radość w dawaniu niż braniu”.

Nie szukajmy daleko, po prostu rozejrzyjmy się wokół siebie.

Możemy zamknąć oczy i udawać, że niczego nie dostrzegamy, ale możemy też nieść pomoc i czerpać z tego radość. Spróbujmy nie zamykać się na świat i potraktować ten czas także jak wyzwanie.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Mało znany incydent z 13 grudnia demaskuje osobowość Jarosława Kaczyńskiego i stanowi zły polityczny prognostyk dla całego kraju.

13 grudnia mała grupka obywateli oburzonych łamaniem Konstytucji postanowiła odwiedzić Jarosława Kaczyńskiego, by osobiście powiedzieć mu, co o nim myśli. Zresztą nie pierwszy raz. Demonstracja przed warszawskim domem pana prezesa na Żoliborzu w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego po raz pierwszy odbyła się w 2015 roku. Przyszło wówczas kilkaset osób, które skrzyknęły się na Facebooku. Dom był pilnowany przez kordony funkcjonariuszy policji, a ciemne okna wskazywały, że Kaczyńskiego nie ma w środku. Najprawdopodobniej nie chciał słuchać skandowania „13 grudnia spałeś do południa” i na tę noc przeniósł się gdzieś indziej.

W tym roku jednak pan prezes był u siebie, bo pewnie nie spodziewał się gości – w internecie nie było wezwań do demonstrowania i nikt nie zapowiadał, że zamierza tu przyjść. Mimo to kilkoro mieszkańców Warszawy zebrało się przy ogrodzeniu posesji szefa PiS. Jedna z uczestniczek opisuje na Facebooku: – „Pod domem prezesa zebrało się nas 9 osób i kilkanaście świeczek. W pewnym momencie wybiegł do nas sam prezes, nakrzyczał na nas („tacy jak wy wsadzali AK-owców”) i policjantów („jak można pozwalać na to, by ludzie tak świeczki palili???”), przepchnął się łokciami i bezdusznie skopał świeczki. Zagadnięty, że „Pan przecież spał do południa” powiedział: „Ja może i spałem, ale brata mi internowali”. I poszedł”.

Ten niekontrolowany wybuch wściekłości Jarosława Kaczyńskiego domaga się komentarza.

Po pierwsze – czy nie jest zdumiewające, że szef wielkiej partii, mającej swój rząd, prezydenta, kontrolującej prawie wszystkie najważniejsze instytucje państwowe, media, spółki skarbu państwa, pod wpływem impulsu wybiega z domu, by osobiście nawrzucać grupce krytycznie nastawionych obywateli?

Mógł ich zignorować i udać, że jest ponad to. To byłoby zrozumiałe. Mógł też do nich wyjść i uprzejmie podyskutować, demonstrując, że jest otwarty na dialog i nie obraża się na oponentów. To już wymagałoby od niego większej klasy, ale są politycy, którzy potrafią się na coś takiego zdobyć. By daleko nie szukać – Donald Tusk wielokrotnie zaprezentował taką odwagę cywilną. Jednak Kaczyński ani demonstrantów nie zignorował, ani nie podjął z nimi uprzejmej dyskusji. On ich zwymyślał, pokazując, że spory polityczne traktuje osobiście i nie potrafi się zdobyć na chłód ani dystans.

Po drugie – Kaczyński nie tylko zwymyślał pikietujących obywateli, ale powiedział im rzeczy absurdalne, wskazujące, że żyje w urojonym świecie swoich megalomańskich wyobrażeń, w którym czuje się spadkobiercą tradycji AK, a w swoich przeciwnikach widzi kontynuatorów reżimu stalinowskiego. Takie postrzeganie polskiej rzeczywistości przez lidera obozu rządzącego stanowi dla nas wszystkich zły prognostyk. W tej sytuacji trudno bowiem spodziewać się racjonalnych, obliczalnych i cywilizowanych zachowań z jego strony – rywalizację polityczną, która w normalnych warunkach powinna być tylko grą konkurentów, traktuje on jak walkę śmiertelnych wrogów, w której stawką jest niemal przetrwanie narodu. A w takiej walce wszystkie chwyty są dozwolone.

Po trzecie – Kaczyński nie tylko zwymyślał demonstrantów, ale też użył siły fizycznej, kopiąc ustawione przez nich świeczki. To jeszcze gorszy prognostyk. Ten gest po raz kolejny pokazał, że pan prezes nie panuje nad emocjami i w gniewie zachowuje się jak mały chłopczyk kopiący zabawki. Doskonale zaś wiemy, że kłótnie w piaskownicy nader często kończą się biciem – od kopania zabawek do dania w mordę ich właścicielowi jest tylko jeden mały krok. I pan prezes prędzej czy później ten krok zrobi.

Po czwarte – Kaczyński wezwał policję, by uniemożliwiła obywatelom demonstrowanie i przeszkodziła im w zapalaniu świeczek. W ostatnich latach w całym kraju toczyło się i toczy ok. tysiąca postępowań przeciwko uczestnikom różnych wystąpień opozycyjnych. Ich uczestnicy są nękani i oskarżani o najróżniejsze przewinienia – od używania brzydkich słów („jesteśmy wkurwieni”) przez umieszczanie napisów i ulotek w miejscach do tego nieprzeznaczonych po łamanie przepisów dotyczących ochrony środowiska (tj. używanie urządzeń nagłaśniających). Od początku było oczywiste, że ta fala represji jest efektem poleceń płynących z góry, jednak nie było na to jednoznacznych dowodów. Nikt nie jest w końcu taki głupi, by w sposób jawny wydawać bezprawne rozkazy, każące funkcjonariuszom łamać prawa obywatelskie i tłumić wolność słowa oraz demonstrowania. Inicjatorzy tej nielegalnej praktyki starają się pilnować, by nie dostarczać dowodów oskarżycielom w przyszłych procesach. Jednak apel Kaczyńskiego do policjantów jednoznacznie wskazuje, skąd płyną polecenia.

Warto o tym wszystkim pamiętać, słuchając świąteczno-noworocznych życzeń szefa PiS. Na nagraniu rozpowszechnianym w internecie pan prezes prezentuje łagodne i życzliwe oblicze. – „Chciałem państwu złożyć najserdeczniejsze, najlepsze życzenia” – mówi. – „Miłych, wesołych, rodzinnych, szczęśliwych świąt. Chciałem także życzyć jak najlepszego nowego roku. Żeby kolejny rok spełnił jak najwięcej naszych nadziei, tych wspólnych i tych indywidualnych. By przybliżył taką Polskę, jakiej wszyscy chcemy. Polskę silną, sprawiedliwą, dostatnią i sprawiedliwą. Jeszcze raz powtarzam to słowo – dla wszystkich”.

Miejmy świadomość, że prawdziwe oblicze pan prezes demonstruje nie w nagraniach wyreżyserowanych przez partyjnych speców od propagandy, lecz w spontanicznych zachowaniach, które wypływają z jego autentycznych emocji. To, kim jest naprawdę, widzimy, gdy wyskakuje na mównicę i z grymasem wściekłości bluzga: „Kanalie, mordy zdradzieckie”. Albo wybiega przed furtkę, kopie świeczki i urąga swym oponentom, mówiąc, że są spadkobiercami reżimu stalinowskiego.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Nie jestem zdziwiony, że Andrzej Duda jest fundamentalnym katolikiem. I nie chodzi mi o chrześcijaństwo ze swoimi wartościami, które są wtórne do wartości humanistycznych, ale o wiarę, jaką wyznają hierachowie Kościoła w Polsce i w którą każą wierzyć swoim owieczkom.

Duda, którego coraz więcej osób nie nazywa prezydentem, ale panem (piszą: pan Duda), popełnia fundamentalny błąd, jaki jest udziałem nuworyszy, którzy zostali wywyższeni przez przypadek, a nie wznieśli się dzięki własnym talentom, zaletom, pracowitości.

Nuworysz swoją pozycję utożsamia ze sobą, a nie z funkcją. W tym wypadku funkcja prezydenta powinna nakazywać pilnowania Konstytucji i praw, które są stanowione i aby nie były kolizyjne do Konstytucji. Duda jednak przeflancował myślenia nuworysza na siebie i uważa, iż on jest Konstytucją.

Duda do tego jest słabym na umyśle i charakterze, bo podporządkuje się temu, kto go wywyższył. Prezes Kaczyński stanowi, jaką funkcję ma Duda wypełniać, a zatem swoją funkcją prezydenta sprowadził do roli ust prezesa. Co prezes powie – a nawet pomyśli – Duda wypowie.

I oto mamy prawdę nie tyle o Dudzie, co o prezesie, a Duda wypowiedział, że Trybunał Sprawiedliwości UE orzekając w sprawie Sądu Najwyższego „posuwa się za daleko i zbyt dalece ingeruje w wewnętrzne sprawy krajów członkowskich’. A zatem usta Kaczyńskiego uznały prawo europejskie jako wrogie i sprzeczne z jego osobą, bo nie z Konstytucją RP, wszak TSUE zachowało staranność orzeczenia o niezależności Sądu Najwyższego, który to standard demokratyczny jest zapisany w naszej Konstytucji.

Wypowiedź Dudy świadczy o czymś zgoła niebezpiecznym dla Polski, mianowicie wypowiedzenie się przeciw orzeczeniu TSUE spowoduje w przyszłości, że nie podporządkuje się jego decyzjom, a w konsekwencji doprowadzi do wyjścia Polski z UE – do Polexitu. Duda wypowie wszystko, co pomyśli głowa prezesa (że strawestuję Juliana Słowackiego).

Wypowiedź Dudy jest tak samo absurdalna, jak hierarchów Kościoła katolickiego. Oto abp Stanisław Gądecki wypowiedział się na temat ofiar pedofilii kleru, którym powie (bo tak nakazał papież Franciszek): „… jest coś ważniejszego, aniżeli grzech, że istnieje i odkupienie, i przebaczenie, i możliwość tego, co nazywamy cierpieniem za kogoś innego”.

Ale jeszcze fajniejsze jest stwierdzenie hierarchy poznańskiego, iż „Kościół potrzebuje cierpienia za swoją egzystencję”. Przepraszam, da się to przełożyć na alegoryczny obrazek z udziałem Gądeckiego, który – cofając się dwa tysiące lat – znajduje się na Golgocie, właśnie krzyżują Joszuę z Nazaretu, a on wchodzi na drabinkę i zamiast ulżyć cierpieniem Jezusa, wbija mu jeszcze jeden gwóźdź ze słowami, że to „cierpienia za egzystencję”.