Tag Archives: KNF

Afera KNF to modus operandi PiS

19 List

Tydzień rozpocznie się od kolejnej taśmy. Ale PiS liczy na to, że aferę KNF uda się przeczekać, jeśli jej treść nie okaże się kolejną sensacją.

Mecenas Roman Giertych zapowiedział w poniedziałek złożenie do prokuratury kolejnego nagrania, tym razem z lipca bieżącego roku. To rozmowa Leszka Czarneckiego z Markiem Chrzanowskim i innymi przedstawicielami KNF. „Na taśmie słychać i widać (to nagranie video), jak przedstawiciele urzędu państwowego bez żenady potwierdzają, że wiedzą o planie przejęcia banku za złotówkę” – napisał na Facebooku, określając całe nagranie jako „Taśmę numer 2″, Giertych. Zaznaczył jednak, że wbrew plotkom rozmowa Leszka Czarneckiego z prezesem NBP Adamem Glapińskim nie została nagrana.

To właśnie tej taśmy najbardziej obawia się PiS. Jak wynika z naszych rozmów, przyjęta strategia na Nowogrodzkiej to próba przeczekania sprawy. Politycy PiS liczą na to, że jeśli zawartość kolejnej taśmy i wszystkich następnych nie będzie sensacyjna, to ta strategia się sprawdzi. Zwłaszcza że w PiS panuje przekonanie, że wbrew nadziejom opozycji sprawa KNF nie dotarła głęboko do opinii publicznej, zwłaszcza po szybkiej dymisji byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. PiS liczy też, że żadne nazwisko w sprawie – Chrzanowskiego czy też szefa NBP – nie kojarzy się zwykłym wyborcom bezpośrednio z partią rządzącą.

Piątkowa narada nie przyniosła więc żadnych przełomowych decyzji. Jeden z naszych rozmówców z PiS powiedział zresztą, że w mediach jej znaczenie dla całej sprawy zostało znacznie nadmuchane. Politycy partii rządzącej zajmowali się w piątek m.in. kwestią TSUE oraz zatwierdzaniem zarządów kolejnych sejmików.

Tematem nowego tygodnia może być właśnie reforma sądownictwa. W poniedziałek – jak wynika z naszych informacji – rząd ma przedstawić założenia nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, które mają być daleko idącymi ustępstwami na rzecz Komisji Europejskiej. Sygnalizował to niedawno sam premier Mateusz Morawiecki. – Jestem przekonany, że na pewno dogadamy się z KE w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce – powiedział w Hamburgu przy okazji konferencji o stosunkach transatlantyckich. Jak podkreślił, przygotowywane są „pewne zmiany” w prawie, związane z wcześniejszym postanowieniem TSUE o zabezpieczeniu.

Strategia władzy to również podkreślanie, że system bankowy oraz system nadzoru jest bardzo stabilny. Mówił o tym zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i p.o. szefa KNF Marcin Pachucki. W podobnym tonie wypowiedział się też szef NBP Adam Glapiński.

W przyszłym tygodniu planowane jest pierwsze po wybuchu afery posiedzenie Sejmu. Opozycja domagała się informacji rządu w sprawie KNF oraz powołania komisji śledczej. Ale Grzegorz Schetyna w ubiegłym tygodniu zapowiedział też, że cała historia w nowym świetle stawia wniosek o odwołanie premiera Mateusza Morawieckiego, który Platforma zapowiada od połowy października. – W ciągu najbliższych dni złożymy wniosek – mówił na antenie Polsat News, podkreślając, że będzie on zaktualizowany o sprawę KNF. Jak dodał Schetyna, komisja śledcza zostanie powołana, nawet jeśli miałoby się to stać w następnej kadencji. PiS kategorycznie odrzuca pomysł powołania komisji. I nic nie wskazuje na to, żeby to podejście miało się zmienić. – Leszek Czarnecki gra z władzą, a politycy opozycji tańczą w jego interesie – mówił w niedzielę Marcin Horała z PiS.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego zareagował na sobotni wpis Romana Giertycha, pełnomocnika Leszka Czarneckiego, o czym w artykule „Giertych zapowiada złożenie w prokuraturze kolejnych nagrań – chodzi o „plan Zdzisława” Sokala”. Rzecznik KNF Jacek Barszczewski odrzucił zarzuty adwokata właściciela Getin Banku. – „W ocenie KNF zarzuty mecenasa Romana Giertycha opublikowane na Facebooku są bezpodstawne. Rzeczywisty kontekst opisanych przez niego wydarzeń został zniekształcony. Urząd KNF odczytuje działania mecenasa Giertycha jako próbę utrudnienia działań organu nadzoru”– napisał Barszczewski.

Roman Giertych ironicznie odpowiedział rzecznikowi na Twitterze. – „Szef KNF zażądał od mego klienta zatrudnienia swego znajomego prawnika i wypłacenia mu ogromnych apanaży. Dzisiaj ten sam KNF zarzuca mi, że utrudniam im działania. No to afera się wyjaśniła. Szef KNF chciał po prostu dać Czarneckiemu prawnika, aby go uchronił przede mną” – napisał pełnomocnik bankiera.

Po chwili opublikował kolejny wpis. – „W sumie jest oczywiste, że nagrywanie szefa KNF i zawiadamianie o przestępstwie w tej instytucji bardzo działania szefa KNF utrudniły. 40 mil. piechotą nie chodzi! Ze smutkiem też poinformuję, że utrudniania ciąg dalszy. Wszyscy członkowie KNF na mój wniosek będą przesłuchiwani” – napisał Giertych.

Jak jednak pokazały trzyletnie rządy PiS, owa „repolonizacja” i „wielkie projekty” to w praktyce po prostu zwyczajny rympał i reket. Zamiast odrodzonej stoczni i budowanych przez państwo bałtyckich promów jest ukradziona złota tabliczka Morawieckiego. Zamiast przekopu Mierzei Wiślanej – słupek wbity przez Kaczyńskiego na plaży w ostatnich dniach kampanii samorządowej i już następnej nocy „zabrany przez morze”.

Szczególnie afera KNF pokazuje, że repolonizacja i renacjonalizacja w wykonaniu PiS ma tylko tyle wspólnego z sanacją, że zamiast Eugeniusza Kwiatkowskiego budującego Gdynię dostaliśmy Nikodema Dyzmę, który nie budował niczego poza osobistą pozycją i prywatnym majątkiem.

PiS się uwłaszcza

Podobnie jak przed 16 laty afera Lwa Rywina, która ostatecznie pokazała prawdziwe oblicze rządów SLD, także teraz afera KNF nie jest pojedynczą wpadką chciwego urzędnika, próbującego wyciągnąć od biznesmena wielomilionową łapówkę i zatrudnić u niego swojego człowieka. Jest ona prostą konsekwencją realizowanej przez PiS wizji Kaczyńskiego – polegającej na przejęciu przez partię rządzącą kluczowej własności publicznej i prywatnej; oczywiście po wcześniejszym zniszczeniu lub sparaliżowaniu przez władzę konstytucji, prawa, niezawisłych sądów, unijnych procedur i innych mechanizmów kontrolnych.

To, że afera wydarzyła się w sektorze bankowym, też nie jest przypadkiem. Kaczyński, Morawiecki, Glapiński (to ich ludzie są głównymi aktorami afery) właśnie banki wskazywali jako miejsce, od którego trzeba zacząć budowę ekonomicznej potęgi Prawa i Sprawiedliwości. PiS-owska czystka w państwowych bankach i firmach ubezpieczeniowych zaczęła się najwcześniej i przybrała najszersze rozmiary. Jedyny ocalały z niej prezes dużej państwowej instytucji finansowej, Zbigniew Jagiełło z PKO BP, to człowiek Mateusza Morawieckiego. Reszta prezesów i członków rad nadzorczych to już dzisiaj ludzie PiS, których wstawili tam Morawiecki, Glapiński, Kamiński, Brudziński – oczywiście za zgodą Jarosława Kaczyńskiego, który w tym obszarze zagwarantował sobie szczególną kontrolę.

Teraz rozpoczyna się przejmowanie banków prywatnych. Afera KNF pokazuje, że Jarosław Kaczyński wyszedł już z fazy uwłaszczania swoich partyjnych żołnierzy na poziomie marnych paru milionów złotych pensji w zarządach spółek skarbu państwa. Zaczyna na serio budować ów zapowiadany „Budapeszt w Warszawie”. Czyli trwałe fundamenty dla PiS-owskiej klasy oligarchów, którzy – podobnie jak oligarchowie Viktora Orbána – będą posiadali na własność banki, ubezpieczenia i grupy medialne. Coś, czego ewentualna zmiana władzy łatwo ich nie pozbawi.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście nie chce wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis w konstytucji gwarantujący, że opuszczenie Unii, podobnie jak przystąpienie do niej, będzie mogło odbyć się tylko w drodze referendum.

Wielu z nas może nie mieć świadomości, że choć polska konstytucja bardzo rygorystycznie ustala warunki przyjęcia umów międzynarodowych, które przekazują niektóre kompetencje państwa międzynarodowym organizacjom, takim jak Unia Europejska, to wypowiedzenie tych umów odbywa się w trybie zwykłej ustawy. Obecnej władzy uchwalenie takiej ustawy potrafi zająć kilka dni: od pierwszego czytania do podpisu przez prezydenta. Dlatego musimy wprowadzić do konstytucji zapis o tym, że Unię Europejską Polska może opuścić wyłącznie w drodze referendum.

Dlaczego taki zapis jest konieczny?

To sprawa zbyt fundamentalna dla całego narodu, żeby można było o niej decydować w zwykłym sejmowym głosowaniu. Jeśli obóz rządzący serio twierdzi, że w żaden sposób nie dąży do wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis, który odda całemu narodowi możliwość wypowiedzenia się w razie gdyby taki pomysł się pojawił.

Czy Polska chce zostać w UE?

Należy w Rozdziale III konstytucji o źródłach prawa zmienić art. 89 w taki sposób, żeby wypowiedzenie umów międzynarodowych, przyjętych w drodze referendum (aktualnie dotyczy to tylko traktatu akcesyjnego) możliwe było również tylko w drodze referendum. Proponowana poprawka: art. 89 6) jeżeli uchwalenie umowy międzynarodowej odbyło się w trybie zgodnie z ust. 3, art. 90 [czyli w trybie ogólnonarodowego referendum, jak przyjęcie traktatu akcesyjnego], wypowiedzenie jej wymaga uprzedniego wyrażenia zgody w referendum ogólnokrajowym, zgodnie z przepisem art. 125.

Artykuł 125 konstytucji mówi m.in. o tym, że referendum jest wiążące jeśli weźmie w nim udział połowa uprawnionych i o tym jakie organy państwa mogą referendum zwołać. Taki zapis w konstytucji możliwy będzie tylko pod naciskiem społecznym. Powinno to być jednym z postulatów manifestacji 3 maja przeciwko wychodzeniu Polski z UE. W grupie na jej rzecz, zainicjowanej przez Liberté!, po przemówienia Donalda Tuska na Igrzyskach Wolności, jest już ponad 25 tys. osób.

Kolejnym etapem działania powinno być zbieranie podpisów pod petycją do Sejmu i prezydenta o zmianę konstytucji. Obecna władza nieraz udowodniła, że w imię obrony urojonej godności własnej, gotowa jest bez wahania poświęcić interes narodowy. Jeśli chcemy mieć pewność, że polexit nie dokona się wbrew naszej woli, z powodu antyeuropejskich obsesji i nieudolności obozu rządzącego, my, proeuropejscy Polacy, musimy zagwarantować sobie prawo do odpowiedzi na pytanie: „czy wyraża Pan/Pani zgodę na wystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej z Unii Europejskiej?”.

Czym dłużej trwa wielkie odliczanie do Biedroniowego ogłoszenia czegoś-tam-bardzo-wielkiego-dla-Polek-i-Polaków, tym bardziej jestem zaniepokojony i zdegustowany. Wypowiedzi Roberta Biedronia stają się nieznośnie asekuranckie i lawiranckie, a w dodatku coraz częściej bije z nich arogancja i próżność. Biedroń zachowuje się tak, jakby jakiś wielki Spin Doktor udzielał mu genialnych rad w rodzaju „ludzie nie lubią gadania o lewicy i prawicy” albo „trzeba budować napięcie”, albo „trzeba ludziom dawać nadzieję na zmianę” itp.

Z Palikota Biedroń ściągnął „Ruch Biedronia”, jak teraz sam nazywa swój projekt. Z PiS skopiował termin „drużyna” – będzie wprawdzie nie biało-czerwona (chociaż, kto wie?), ale za to „najlepsza na świecie”. A z SLD ściągnął – wow! – Krzysztofa Gawkowskiego. Samemu będąc dysydentem SLD-owskim, teraz „wyrwał” ze swej dawnej partii jej wiceprzewodniczącego, żeby mu robił struktury „w trzystu osiemdziesięciu powiatach”. Wygląda to bardzo podejrzanie. Czyżby Ruch Biedronia to jakaś secesja i schizma odszczepieńców z SLD? Skąd ma Gawkowski rekrutować działaczy i członków nowej organizacji – spośród SLD-owców? Słabe to łowisko – ryby niemłode, do akwenu swego bardzo przywiązane, zdrajcom i secesjonistom niełaskawe. Więc kogo, kogo mają przyciągnąć dwaj szpakowaci panowie o dość umownej świeżości w polityce? Młodzież? Wkurzonych? Mityczne „sieroty po Palikocie”? Dla młodzieży Biedroń za stary i za grzeczny, a Gawkowski to już w ogóle… Dla wkurzonych stary SLD-owiec to po prostu wymarzony lider! A sieroty po Palikocie dobrze pamiętają, że Biedroń był u Palikota, ale zawsze jedną nogą.

Nie podoba mi się nieszczerość i sztampowy oportunizm Biedronia, uchylanie się od jasnych deklaracji i odpowiedzi, a zwłaszcza trącące taniochą odcinanie się od całej klasy politycznej i wywyższanie się ponad nią. Niedawno tę retorykę przećwiczyło Razem – z wiadomym skutkiem. Przechwalanie się własną cnotą i niezależnością jest tyleż chwytem zgranym, co żenującym. Na imię mu pycha. Niemal każda lewicowa partia tak zaczyna – chyba że powstaje przez połączenie. Częściej jednak powstaje przez pączkowanie – tak jak Ruch Biedronia, który wygląda na dziczkę z LSD-owskiego pnia. Bo import Gawkowskiego oznacza dla opinii publicznej jedno – Biedroń i jego projekt to jakaś satelitarna akcja na orbicie SLD, czyli coś zupełnie niszowego. Odżegnywanie się od terminu „lewica” nic tu nie pomoże. Każdy dziś mówi, że „słucha ludzi”, że „chodzi mu o Polskę, a nie o politykę” i temu podobne bzdury. Takie pomysły na retorykę partyjną to sobie można wygooglać za darmo. Macron dla ubogich…

Przeglądam konto Roberta Biedronia na Twitterze. Filmikowa informacja o aporcie Gawkowskiego ma 62 polubienia w ciągu trzech godzin. No, słabo, jak na wielkich liderów lewicy, a tym bardziej liderów wszystkiego co się rusza (bo, jak twierdzi Biedroń, czy „lewica” czy „prawica”, to się jeszcze zobaczy – w postpolityce to wszystko jedno). Inne tweety na temat Gawkowskiego oraz wyjątkowości Biedronia też nie lepiej. Co się dzieje? Naród nie uwierzył czy nie ma konta na Tweeterze? A może po prostu nie ma co lajkować mało twórczych przechwałek w rodzaju „Łączenie z innymi ugrupowaniami to szybka droga do stołków. A ja nie jestem w polityce dla stołków, tylko dla realnej zmiany”?

Robert Biedroń traci gust i wyczucie. A może traci grunt pod nogami, skoro ucieka się do pomocy starych SLD-owców? Bo nowością tu nie pachnie, lecz raczej myszką trąca. I jeśli brać na serio zapowiedzi, że partia Biedronia nie będzie szła do wyborów w koalicji, lecz osobno, to szykuje się powtórka z Razem. Z Gawkowskim po cztery procent – czy to jest plan polityczny pretendenta do przewodzenia odnowionej polskiej lewicy? Bo jeśli tak, to ja dziękuję i postoję.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o społecznej psychozie.

Chaotyczne decyzje i niezborne działania władzy budzą w ludziach rosnący niepokój. A z obaw rodzą się pytania. Pełno ich w Internecie. Są tam również odpowiedzi, ale na ogół nie trafiają na właściwe pytania, mijając się z nimi w czasie i przestrzeni. Pomyślałem, że warto skojarzyć jedne z drugimi. A ponieważ odpowiedzi zawsze jest więcej niż pytań, pozostawiam Czytelnikom wybór, by nie posądzili mnie o przesadną stronniczość.

PYTANIE:

Z jakiej racji Marek Chrzanowski, który dla swojego pociotka wymuszał od banku miliony pod groźbą przejęcia tego banku za złotówkę, dalej ma dostawać pensję w wysokości 33 tys. zł?

ODPOWIEDŹ:

  1. Bo mu się należy. Tak jak im wszystkim.
  2. Facet nie może stracić kasy, bo jest pod ochroną. Przecież tak naprawdę te miliony miały finansować kampanię wyborczą PiS.
  3. Rzecznik Komisji Nadzoru Finansowego wyjaśnił, że jego były szef jeszcze przez jakiś czas będzie dostawał wynagrodzenie, „ze względów prawnych”. Te względy, czynione byłemu szefowi KNF, wynikają z faktu, że pozwolono mu odejść ze stanowiska zgodnie z artykułem 70 Kodeksu Pracy. Odwołany traktowany jest wtedy tak, jak wypowiadający umowę o pracę, z prawem do wynagrodzenia w wysokości przysługującej przed odwołaniem. Odebranie uposażenia jest możliwe tylko wtedy, gdy do zwolnienia dochodzi z winy pracownika. Wynika stąd, że zdaniem rzecznika KNF były szef nie zrobił nic złego, a w opinii umoczonego w tę aferę prezesa NBP Adama Glapińskiego – jest wręcz patriotą o wysokich standardach etycznych. Przy okazji: rzecznik KNF – Jacek Barszczewski, to ten sam urzędnik, który zapewnił Polaków, że niewinnie zwolniony przewodniczący, odwiedzając swoją firmę tuż przed rewizją CBA, nie miał dostępu do gabinetu, sprzętu służbowego, poczty oraz dokumentów. Ot, tak sobie przez dwie godziny krążył bez celu po korytarzach urzędu. A w tym czasie uprzejmi agenci CBA czekali, aż sobie pójdzie…

 

PYTANIE:

Premier, prezydent i prezes zarzekają się , że za żadne skarby nie wyprowadzą Polski z Unii, a jednocześnie kombinują jak koń pod górę, żeby tylko nie wykonać wyroku unijnego trybunału. Czy oni naprawdę nie mają świadomości, że ta zabawa musi się skończyć takimi karami, których nasz budżet nie udźwignie? A może liczą na to, że skoro Polacy nie godzą się na opuszczenie UE, to sama Unia da nam kopa? Nie wiedzą, że jeśli wylecimy z Unii, to prosto w objęcia Putina? Głupota, czy sabotaż?

ODPOWIEDŹ:

  1. Biorąc pod uwagę, kto teraz reprezentuje Polskę za granicą, to raczej głupota.
  2. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
  3. Kwalifikacje polskich dyplomatów, ich żenujące fikołki w obronie polskiego bezprawia, czy pajacowanie pana prezydenta podczas spotkań zagranicznych, to tylko symptomy poważniejszej zapaści. Wymiana kadr MSZ na profesjonalistów, a nawet wymiana prezydenta i premiera byłyby tylko leczeniem objawowym. Źródłem choroby jest bowiem nieokiełznana żądza władzy, połączona z mizernymi kompetencjami do jej sprawowania. Główny demiurg nadciągającej katastrofy nie interesuje się Europą, nie zna jej i właściwie jej nie lubi. Kaczyńskiego interesuje zarządzanie Polską, a do tego Europa nie jest mu potrzebna. Szkopuł w tym, że ogromna większość Polaków, a nawet większość wyborców PiS, chce być we wspólnej Europie. Prezes również nie chce opuścić Unii. Naprawdę. Przykład Orbana pozwala mu łudzić się, że jeśli nie cofnie się przed presją unijnych władz i europejskiego trybunału, to w końcu UE zmięknie i złagodnieje, bo Polska jest dla Unii ważniejsza, niż Unia dla nas. W opinii Kaczyńskiego unijne dotacje są równoważne z zyskami osiąganymi przez kraje zachodnie dzięki dostępowi do polskiego rynku. Nie zauważa, że równocześnie Polska uzyskała dalece większy rynek zbytu i świetnie z niego korzysta. Żyje złudzeniem, że „Oni” za żadne skarby nie zechcą się nas pozbyć, więc gna z pochyloną głową wprost na mur, odgradzający kraje praworządne od dyktatur . 

 

PYTANIE:

Dlaczego premier z nosem Pinokia oraz kompromitujący nas za granicą notariusz Prezesa- Zbawcy wciąż utrzymują się w czołówce rankingu zaufania do polityków, mimo że zaliczają wtopę za wtopą?

ODPOWIEDŹ:

  1. A cholera wie…
  2. Bo Polacy tak mają. Jacy idole, tacy ich wyborcy.
  3. Rządzący Polską wciąż jeszcze utożsamiani są z dobroczyńcami, którzy obdarowali Polaków żywą gotówką – i nie do wszystkich trafiło, że są to prezenty fundowane z ich pieniędzy. Prawda, że to rozdawnictwo już powszednieje. I prawda, że na obrazku malowanym przez PiS – na wizerunku lepszej, sprawiedliwej i uczciwej ojczyzny – pojawiają się kolejne brudne plamy. Ale ludziom wciąż nie jest łatwo przyznać się do wcześniejszego, błędnego wyboru, brakuje im jeszcze jakiegoś zapalnika, jakiejś decyzji krzywdzącej ich bezpośrednio, by zmienili zdanie. Po drugie, wielu Polaków nie utożsamia zaufania z zaufaniem, tylko z popularnością i wskazują tych, których nazwiska częściej słyszą. Inni, odpytywani przez ankietera – obcego, „urzędowego” człowieka – na wszelki wypadek deklarują lojalność wobec aktualnie rządzących. Czyli rozmaite bywają przyczyny takiego akurat kształtu rankingu polityków. A tak w ogóle, to jego wpływ na rzeczywiste poparcie bywa iluzoryczny. Przykładem jest choćby porażka prezydenta Komorowskiego, popularnego wśród ponad 70% Polaków, a wcześniej sromotna klęska Jacka Kuronia, który tuż przed wyborami prezydenckimi cieszył się sympatią ponad 80% wyborców. Na marginesie: to pytanie traci właśnie na aktualności, bo w badaniach sprzed kilku dni zarówno prezydenta, jak i premiera wyprzedził Donald Tusk.  

 

PYTANIE:

Znalazłem w sieci zdjęcie z 11 listopada. Na peronie stacji Kutno grupka młodych ludzi depcze unijną flagę. Co się porobiło z pokoleniem naszych dzieci? Co zrobiliśmy nie tak?

ODPOWIEDŹ:

  1. Nie ma się co przejmować. Ci gówniarze to przecież margines marginesów.
  2. Antyunijna propaganda robi swoje. A młodzi są po prostu niedoinformowani, nic nie wiedzą o korzyściach z Unii.
  3. Niestety, chyba coś wiedzą. Kutno to miasto wybitnie proeuropejskie, jeden z liderów w wykorzystaniu funduszy unijnych. Tylko ślepy nie zauważy tam ogromnych zmian, wręcz skoku cywilizacyjnego. Młodzi zawsze byli obrazoburczy i być może brak im porywającej idei, konkurencyjnej dla pisowskich bredni o wolności, niepodległości i niezależności – głównie od rozumu. Wygląd chłopaków prezentowanych na zdjęciu sugeruje, że przeszli cały cykl kształcenia od podstawówki do matury i pełny program katechezy w szkołach. Czego się dowiedzieli o świecie i życiu poza swoją szkołą i poza parafią?

 

PYTANIE:

Już trzeci raz słyszę z ambony, że ci, co protestują przeciw dobrej zmianie, mają źle w głowie, a ci, którzy krytykują Kościół i księży, są w mocy złego ducha. Czy tylko mój proboszcz ma narąbane pod pokrywką?

ODPOWIEDŹ:

  1. Tylko
  2. Nie tylko.
  3. Z wypowiedzi sporej części hierarchów wynikać może, że proboszcz ma rację. Zły duch nie próżnuje. Jednak nie można mu zarzucać, że bierze na celownik wyłącznie opozycję. Jest mnóstwo twardych dowodów, że inni szatani czynni są wśród rządzących. Bo diabeł nie ma przekonań politycznych i potrafi opętać nawet kogoś, kto nie ma jeszcze żadnych poglądów w żadnej sprawie. Artur Nowak w swojej nowej książce cytuje księdza egzorcystę, który wypędzał diabła z 6-miesięcznego Patryka. Sześciomiesięcznego! Rodzice przywieźli mu dzieciaka, ponieważ często płakał i nie dawał spać. Diabeł, który usadowił się w niemowlaku, okazał się bardzo uparty, więc konieczne były trzykrotne zabiegi. O ich cenie ksiądz nie wspomina.

 

PYTANIE:

Czy to prawda, że komórka służb specjalnych, zajmująca się cyberprzestępczością, dostała ostatnio dodatkowe zadanie rejestrowania prowokacyjnych pytań oraz opinii krytykujących rząd, partię PiS i konkretnych przedstawicieli władzy? Czy to możliwe, że wraca cenzura i szykują się represje za nieprawomyślność?

ODPOWIEDŹ:

  1. Całkiem możliwe.
  2. Niemożliwe, to jakiś fejknius.
  3. Czort wie. Ale przypomina się pytanie do radia Erewań: – Czy w demokracji socjalistycznej można mówić prawdę? Odpowiedź brzmiała: – Oczywiście, możesz wszystko powiedzieć i masz pełne prawo zadać dowolne pytanie. Tylko żebyś się potem nie dziwił.

 

CDN.

Waldemar Mystkowski pisze o sypiącej się narracji PiS.

W piątek do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński wezwał premiera Mateusza Morawieckiego i inny drobiazg partyjny, zrobił burzę mózgów: jak wybrnąć z afery Komisji Nadzoru Finansowego, mimo że przewodniczący Marek Chrzanowski podał się do dymisji.

Politycy PiS jak kibice polskiej reprezentacji po przegranym meczu śpiewają chórem: „Polacy nic się nie stało, hej, hej”. Ale to zabijanie się pod pachami nikogo nie przekonuje.

Tym bardziej, że Roman Giertych ma inne niespodzianki, a te powodują, że nastroje w PiS są minorowe. W poniedziałek media będą się karmić zapisem wideo z Chrzanowskim i podobnymi mu z KNF. Wygląda, że to będziemy mieli do czynienia z kolejnym wariantem metody wiceszefa PiS Adama Lipińskiego, który swego czasu chciał skaperować Renatę Beger z Samoobrony, ale ta korupcję pisowskiego polityka nagrała i sprawa się rypła.

Przy okazji dowiadujemy się, kto to jest zacz ten Chrzanowski. Wychodzi, iż to ambitny człowiek, nie nazbyt profesjonalny, który po kumotersku zaczął robić karierę za sprawą Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Nie ma co jednak ironizować, bo wiarygodność całej branży bankowej została podkopana, a zatem i depozytariuszy banków. Po dymisji Chrzanowskiego winny nastąpić następne i także odejść Glapiński oraz Zdzisław Sokal. To znaczyłoby, iż państwu polskiemu zależy na stabilności sektora bankowego.

PiS jest jednak do samych trzewi skorumpowany, raczej nikogo nie powinno to dziwić. Strach zagląda im w oczy, bo wszystko zaczyna się sypać. Drżenie łydek jest aż nazbyt widoczne.

Jak boją się opozycji widać po okładkach dwóch najważniejszych tygodników prawicowych „Sieci” i „Do Rzeczy”. Obydwa periodyki na okładkach umieściły Donalda Tuska, a jedna nawet odwołuje się do porządku z nie tego świata „Boże, chroń nas przed Tuskiem”.  Zawołanie z okładki rozbierając logicznie może świadczyć, iż wielkość Tuska jest rzędu Boga, który jednak jako ich Pan ześle na PiS Pana Tuska.

Nie trzeba było grandzić, aby teraz się modlić, na nic kierkegaardowskie „bojaźń i drżenie”. W KNF korupcja się rypła, czekamy wszyscy z utęsknieniem, aby partii Kaczyńskiego władza się rypła na amen.

Tylko jedna z poniższych opinii jest prawdziwa.

Pożar w pisowskim burdelu

19 List

PiS na wszelkie sposoby próbuje bagatelizować aferę KNF. Po głównym wydaniu „Wiadomości” TVP wystąpił w roli „uspokajacza” prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński. Przypomnijmy tylko, że to bardzo bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego.

Glapiński odpowiedzialnością za aferę KNF próbował obarczyć… dziennikarzy. – „Nie ma podstawowych elementów, by jakiekolwiek śledztwo zacząć. To jest wszystko od słowa do słowa, od artykułu do artykułu. Dwie osoby próbują rozchwiać cały system finansowy i wiarygodności polskich finansów, i polskiej bankowości. Ja mogę tym osobom powiedzieć, że to się na pewno nie uda. Natomiast apelowałbym i do dziennikarzy, i publicystów, i do polityków, aby nie mieszali polskiego systemu finansowego i bankowego, do jakichś rozgrywek politycznych, bo to naprawdę nie służy Polsce jako takiej i polskiemu systemowi. To jest szkodnictwo najwyższego rzędu” – powiedział prezes NBP.

Tę wypowiedź na Twitterze skomentował Roman Giertych: – „Glapiński: są dwie osoby, które chcą rozchwiać system polskich finansów. Jeden to chyba Chrzanowski, ale drugi? Kto to może być. Premier, o którym Glapiński mówił, że nadzoruje KNF? PAD, który popiera plany przejęcia banku za złotówkę. Terlecki z poprawką? Jakieś pomysły?”. Do słów Glapińskiego odniósł się także Wojciech Czuchnowski, współautor artykułu w „Gazecie Wyborczej”, w którym ujawniona została treść rozmowy Marka Chrzanowskiego i Leszka Czarneckiego (drugą autorką jest Agnieszka Kublik): – „Właśnie się dowiedziałem od prezesa Glapińskiego, że razem z Kublik zachwiałem systemem finansowym w Polsce. Jeśli tak to przepraszam. Już więcej nie będę opisywał mafii z PiS….”.

W dalszej części rozmowy prezes NBP zapewniał, że polski system bankowy jest bezpieczny. – „Jestem w kontakcie z inwestorami z całego świata. Inwestują w Polsce nie dlatego, że pojawi się mniej przyjemny artykuł, ale dlatego, że Polska ma bezpieczny system” – powiedział Glapiński. Na tę wypowiedź zareagował na Twitterze prof. Leszek Balcerowicz. – „Ciekawe, byłem prezesem NBP, ale nie byłem w „stałym kontakcie z inwestorami z całego świata”. Jak Glapiński to robi? W normalnym banku centralnym w normalnych czasach od badania nastrojów na rynkach finansowych są eksperci”– napisał Balcerowicz.

Adam Glapiński powiedział, że w niedzielę wieczorem w Ministerstwie Finansów odbywa się posiedzenie Komitetu Stabilności Finansowej (NBP, minister finansów, KNF oraz Bankowy Fundusz Gwarancyjny), który przygląda się sytuacji wokół KNF-u. – „Wyszedłem z niego na chwilę” – stwierdził prezes NBP. Na Twitterze pojawiły się komentarze: – „Giertych zgłosił do prokuratury zawiadomienie 7.11, a Ziobro zainteresował się tym zawiadomieniem dopiero 13/14.11, tłumacząc się wolnymi dniami, a tu niedziela i Glapiński w pracy? Czyżby coś się paliło?” – „Ostatni raz gdy czytałem, że w niedzielę wieczorem musiał spotykać się Komitet Stabilności Finansowej to było 10 lat temu w USA w sprawie Lehman Brothers…”, czyli po wybuchu ostatniego wielkiego kryzysu finansowego w USA w 2008 r.

>>>

Naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota ma propozycję dla Glapińskiego – odejść. Pożar w burdelu.

Pan Tusk jak Pan Bóg

18 List

Sytuacja PiS musiała stać się naprawdę trudna, skoro prorządowe media zostały rzucone do iście groteskowej nagonki na Donalda Tuska której to w takim wymiarze dawno nie obserwowaliśmy. Jutrzejszy dzień przyniesie publikacje wydań czołowych prawicowych tygodników, które niesamowicie wysiliły się, aby straszyć przed byłym premierem, posuwając się przy tym niestety do poziomy zwykłej żenady:

Szczególnie odleciał tygodnik “Do Rzeczy”. Przedstawił on Donalda Tuska jako kelnera z muszką we wzór flagi Unii Europejskiej, który trzyma na tacy muzułmanki w burkach i jak można przypuszczać transwestytę z tęczową flagą. Obraz wraz z kuriozalnym nagłówkiem “Boże, chroń nas przed Tuskiem. Jak wyglądałaby Polska pod rządami PO – raport” tworzą tak groteskową całość, że pierwszym skojarzeniem jest to, że internetowe trolle wypuściły ośmieszający tygodnik fake news. Jednak prawicowe medium przerosło wyobraźnię autorów memów i na poważnie sugeruje czytelnikowi już z okładki, że rządu PO to kobiety w burkach i transwestyci na ulicach. Jest to obraźliwa homofobiczna karykatura z jednej strony, kiedy prawa osób LGBT są sprowadzone do takiej fałszywej stereotypowej ilustracji. Równocześnie tygodnik kontynuuje linię spotu PiS sugerując zalew Polski muzułmanami w sytuacji, kiedy to właśnie obecna władza najszerzej w historii otworzyła drzwi dla masowej imigracji. Jest to najbardziej toporny propagandowy przekaz.

numerze będzie o tym, że w kontekście osób LGBT “nie widać końca coraz to nowych postulatów, które wywracają do góry nogami biologię i porządek prawny”, a “Islam nauczył się metod zachodnich, przećwiczył żargon politycznej poprawności, aby użyć go do swoich celów. Ma swoich pożytecznych idiotów, poznał się na naiwności ludzi Zachodu i dąży do podboju społeczności niewiernych”.

Oba powyżej wskazane największe strachy konserwatywnej prawicy są na siłę utożsamiane z byłym premierem. Jest to ironia losu, kiedy prawica nie chce uznać, że Donald Tusk potrafił ścierać się nawet z Angelą Merkel ws. polityki migracyjnej, nie będąc wcale zwolennikiem doktryny otwartych drzwi. Do tego warto dodać, że masowy napływ do Europy uchodźców powstrzymało porozumienie Unii Europejskiej z Turcją, a nie żadne ostentacyjne pokazy obrażania się nowych krajów wspólnoty. Co równie śmieszne, wbrew graficznym sugestiom, za rządów Donalda Tuska nigdy nie była nawet entuzjastką wprowadzania rewolucji w obszarze małżeństw jednopłciowych

Jednak na tym nie koniec, bo podobny odlot zalicza tygodnik “Sieci”. Tytuł “Wraca koszmar”mówi wszystko. Tutaj byłemu premierowi zmieniono kolor oczu i włosów i przedstawiono na tle lasu nocą wręcz w stylistyce jakby polityk był wampirem. Tutaj opis zawartości numeru okazuje się także czystą groteską: W najnowszym numerze ‘Sieci’ dziennikarze podejmują temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki. Jasno wskazują, że oznacza to cofnięcie się czasów III RP i odbudowę układu zamkniętego. Czyżby Tusk był rzeczywiście gwarantem powrotu układu zamkniętego, dokładnie takiego, jaki dziś PiS ufundował w KNF?

Taka paniczna reakcja jest dowodem, jak bardzo w obozie władzy boją się powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki. Szczególnie dobitne w tym zakresie jest porównanie dwóch okładek tygodnika “Sieci”, które pokazują dobitnie jak bardzo zmieniły się krótkim czasie warunki politycznej gry:

Nie ma zatem wątpliwości, że rząd osłabł, a jego medialni bulteriery pokazują po prostu jak wielka jest determinacja na prawicy, aby tylko utrzymać obowiązujący status quo.

>>>

Macierewicz, kim jesteś?

18 List

Macierewicz nie tylko nie był twardym antykomunistą, ale wręcz był zwolennikiem współpracy z komunistami. Działał wewnątrz „Solidarności” w taki sposób, aby zeszła ona z twardego kursu i poszła na współpracę z władzą – mówi Tomasz Piątek, autor książki „Macierewicz. Jak to się stało?”.

Newsweek: Czy Antoni Macierewicz był agentem SB?

– Z akt IPN wynika, że Macierewicz był przez Służbę Bezpieczeństwa faworyzowany, a pewna niezwykła komórka SB roztoczyła nad nim parasol ochronny. Świadczy o tym m.in. obszerna notatka służbowa oficera wywiadu PRL, Ireneusza Jasińskiego występującego pod nazwiskiem Hutorowicz. To nie ulega wątpliwości: cały ten szokujący dokument się zachował i nie ma wątpliwości co do jego autentyczności. Pytanie tylko, na ile świadomy był Macierewicz, że jest narzędziem esbeckiej gry, a na ile myślał, że wodzi za nos komunistów. Niestety, jego teczkę esbecy zniszczyli w 1990 w czasie słynnego palenia teczek (tak głosi oficjalny zapis w IPN). Nie wiemy, co zawierała, więc nie wiemy czy Macierewicz np. donosił na kolegów. Tu mogę mówić co najwyżej o swoim zdaniu na temat człowieka, którego poznawałem drobiazgowo w ciągu tysięcy godzin spędzonych w archiwach oraz wielu wywiadów, które przeprowadziłem z jego dawnymi przyjaciółmi, a nawet z esbekami.

I jakie są wnioski?

– Macierewicz jest człowiekiem ponadprzeciętnie inteligentnym, choć nie zawsze to okazuje. To żywy umysł, który kipi pomysłami albo w lot chwyta cudze idee. Z opowieści przyjaciół wynika, że taki był również w latach PRL. Do tego jest osobą oczytaną i wykształconą. Według mnie ktoś taki nie mógł nie wiedzieć, że jest częścią szerszego planu SB. Tym bardziej, że w latach 80. Macierewicz głosił w podziemiu swój wielki plan politycznego porozumienia między komunistycznym wojskiem, Kościołem katolickim i „Solidarnością”. Ten plan współbrzmi z projektami, który powstawały w tym samym czasie właśnie wewnątrz SB.

Macierewicz wcale nie był antykomunistą?

– W młodości Macierewicz był skrajnym lewicowcem. Janusz Kijowski pamięta, jak Macierewicz podśmiewał się z ludzi chodzących „do kościółka”. Jego wzorem była urugwajska partyzantka miejska Tupamaros, która bawiła się w Robin Hoodów. Napadali na banki, ale część łupu dawali biednym. Prawdopodobnie stąd właśnie wziął się pomysł na założenie KOR. Kiedy w 1976 roku władze komunistyczne zgniotły wystąpienia robotnicze, Macierewicz zgłosił genialny pomysł, żeby opozycja nie ograniczała się do pisania oświadczeń, tylko jeździła do nękanych robotników z konkretną pomocą charytatywną.

Czyli jednak działał przeciwko komunistom.

– Zostawmy to ocenie samych komunistów. Gdy jego koledzy z opozycji, w tym z KOR, są szykanowani, dręczeni nawet w chorobie jak Halina Mikołajska, albo Jan Józef Lipski, gdy są straszliwie katowani jak Ludwik Dorn, wywożeni do lasu i bici, wpychani pod pędzący samochód jak Sergiusz Kowalski, nie wpuszczani do kraju z zagranicy jak Blumsztajn – Macierewiczowi przydarza się zakaz pracy w PAN, zabranie maszyny do pisania i 10 dni aresztu. Istnieje tu rażąca dysproporcja pomiędzy tym, jak okrutnie byli traktowani inni opozycjoniści, a tym jak traktowany był on. Związani z Macierewiczem prawicowi biografowie (np. Justyna Błażejowska) opowiadają, że był jednym z najbardziej prześladowanych KOR-owców. To krzycząca nieprawda. Dysproporcja była, ale w druga stronę: Macierewicz był przez SB traktowany zdecydowanie łagodniej niż jego koledzy. Dokumenty jasno wykazują, że rozciągnięto nad nim parasol ochronny. Nigdy nie został skazany na więzienie. Macierewicz uczestniczy w działaniach opozycji korowskiej, ale dla niego są kolegia zamiast sądów i krótkie areszty zamiast więzień. To delikatnie mówiąc, znacznie łagodniejsze prześladowania. Na tle tego, co komuniści robili innym opozycjonistom, wyglądają jak zasłona dymna.

Po co komuniści mieliby go chronić?

– Musiał mieć swoją rolę do odegrania. Zaraz po tym, jak zatomizowana opozycja jednoczy się w KOR właśnie według pomysłu Macierewicza, ten sam Macierewicz zaczyna ją skłócać. Jątrzy i powoduje konflikty wewnętrzne na tyle silne, że po roku skłócone strony niemal nie spotykają się towarzysko. Ale najciekawsze pojawia się później: w 1981 roku, kiedy ZSRR straszy polskich komunistów, że „Solidarność” zaraz przejmie władzę, Macierewicz jako szef Ośrodka Badań Społecznych Regionu Mazowsze „Solidarności” występuje podczas obrad Zarządu Regionu i mówi, że absolutnie nie należy przejmować władzy. Więcej: żąda, by zająć się programem gospodarczym dla Polski, który jego Ośrodek Badań Społecznych przygotował. Kto jest współautorem tego programu? Prominentny komunista Mieczysław F. Rakowski, późniejszy wicepremier PRL i I sekretarz KC PZPR. Protokoły tego posiedzenia Zarządu Regionu są dostępne w IPN. Macierewicz nie tylko nie był twardym antykomunistą – tak jak dzisiaj się przedstawia – ale wręcz był zwolennikiem współpracy z komunistami. Działał wewnątrz Solidarności w taki sposób, aby zeszła ona z twardego kursu i poszła na współpracę z władzą. Był w tym konsekwentny, a szczyt tej działalności osiągnął po wprowadzeniu stanu wojennego.

To prawda, że Macierewicz uciekł z internowania?

– W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 Macierewicz nie został internowany. Przebywał wtedy w Stoczni Gdańskiej, czyli w epicentrum zdarzeń, na oczach SB. Wyszedł stamtąd jakby nigdy nic. Widział, jak są aresztowani członkowie Komisji Krajowej „Solidarności”, ale nikogo nie ostrzegł. Po prostu poszedł do prywatnego mieszkania. Przypominam, że to noc wprowadzenia stanu wojennego, a Macierewicz jest szefem jednej z ważniejszych jednostek „Solidarności” (jego Ośrodek Badań Społecznych był think tankiem opozycji). Rano wrócił do Stoczni. Nie do końca wiadomo, w jaki sposób się tam dostał (odmówił odpowiedzi m.in. na to pytanie). W Stoczni nawoływał działaczy, żeby nie występowali aktywnie przeciw władzy. Promował tzw. bierny opór. To było dokładnie to, o co wówczas chodziło Kiszczakowi – komunistyczny minister spraw wewnętrznych najbardziej bał się aktywnego oporu, walki. Co ciekawe, wniosek o internowanie Macierewicza został przygotowany w Warszawie na długo przed nocą wprowadzenia stanu wojennego. Wyglądał tak samo, jak wnioski o internowanie innych solidarnościowców. Ale gdy ta noc nadeszła, gdy na papierze pojawił się już nie wniosek, a decyzja o internowaniu Antoniego Macierewicza, to nie wpisano na niej daty. Zatem stan wojenny wprowadzono w życie, ale internowania Macierewicza – nie. Jakby w tym najgorętszym okresie ktoś w Warszawie chciał mu podarować co najmniej parę dni wolności. Zgarnięto go dopiero 16 grudnia wieczorem – podczas pacyfikacji Stoczni. Potem dołączano go kolejno do różnych opozycjonistów w różnych ośrodkach internowania.

Z tego internowania Macierewicz nie uciekł. W listopadzie 1982 roku po prostu sobie wyszedł.

Jak to „wyszedł?”

– Po prostu. Dostał przepustkę do szpitala, stamtąd do dentysty i już nie wrócił. I nikt go nie szukał, nikt go nie ścigał. Sprawę załatwiono formalnie w taki sposób, że po jedenastu dniach kierownictwo ośrodka wysłało do SB list, w którym zawiadamiało, że Macierewicz uciekł. Odpowiedź z SB jest kuriozalna: napisali, że nie mogą odczytać, kto się podpisał pod tym zawiadomieniem… Sprawie nie nadano biegu. A przecież w świetle art. 49 Dekretu o Stanie Wojennym ucieczka z miejsca odosobnienia była zrównana z ucieczką z więzienia, czyli ze złamaniem art. 256 Kodeksu Karnego. Za to groziło nawet 5 lat! Ale nie Macierewiczowi. Nie wysłano za nim listu gończego. Informację o braku listu gończego znajdujemy jeszcze w teczce „Chemex”, czyli w teczce Piotra Naimskiego prowadzonej przez wywiad cywilny PRL.

Nie próbowali go szukać? 

– Nie. Macierewicz spokojnie wraca do Warszawy i już kilka tygodni później internowanie wobec niego formalnie uchylono. A jego koledzy nadal siedzieli. Mało tego. Wraz z rozpoczęciem stanu wojennego Naczelna Prokuratura Wojskowa wzięła się za prześladowanie członków KOR, oskarżonych o udział w związku przestępczym. A za to groził już nie internat, tylko wieloletnie więzienie. Macierewicza nie wzywano na przesłuchania. Nic mu się nie stało. Tymczasem z akt wynika, że niedługo później SB najspokojniej w świecie chciała go wezwać na rozmowę w sprawie pielgrzymki Papieża. Jak gdyby miała z nim kontakt i wiedziała, gdzie przebywa. Mimo to nie aresztowano go, nawet nie zatrzymano. W tym samym 1983 roku na łamach podziemnego „Głosu” Macierewicz opublikował sławetny artykuł pt.  „Odbudowa państwa,” wzywający do trójporozumienia „Solidarności”, Kościoła katolickiego i Ludowego Wojska Polskiego z Jaruzelskim na czele.

Jak Macierewicz opisuje tamten czas?

– Twierdzi, że się ukrywał. Historyczka Błażejowska też opisuje ten okres jako czas ukrywania się. Tylko przed czym miałby się ukrywać nieścigany Macierewicz? Wówczas też zmierza do pointy seria zdarzeń trudnych do wyjaśnienia w ówczesnych realiach. Kilka lat wcześniej, osoby związane z Macierewiczem otrzymały od władz paszporty i wyjechały na Zachód. Bliski współpracownik Macierewicza Piotr Naimski do USA, a żona Macierewicza do Anglii (mimo, że nie uchylono jej zakazu wyjazdów na Zachód, a nawet rozszerzono go na wszystkie kraje świata!). W obu przypadkach zachowały się dokumenty SB, w których wysoko postawieni funkcjonariusze wbrew wszystkiemu forsują wydanie pozwolenia na wyjazd. Są to funkcjonariusze powiązani z Moskwą ściślej niż większość esbeków. To właśnie wtedy Naimski znalazł się w kręgu amerykańskiego senatora D’Amato, który wiele lat później okazał się sojusznikiem Kremla, zabiegającym w USA o interesy Rosji.

Po co oni tam jeździli?

– Nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat. PRL-owscy wywiadowcy byli tym zdezorientowani. Kilka lat później, w 1984 roku, Naimski nagle postanawia wrócić z USA do Polski, w której – przypomnijmy – groziło mu więzienie. Zdziwieni funkcjonariusze z konsulatu polskiego w USA, do którego Naimski poszedł po wydanie paszportu, pisali w tej sprawie do Warszawy. Dostali polecenie wydania mu paszportu. Krajowa centrala wywiadu przygotowała się na zatrzymanie Naimskiego natychmiast po jego przybyciu do kraju. Postawiono na nogi Wojska Ochrony Pogranicza od Świnoujścia po Okęcie (naprawdę!). Po czym nagle się okazało, że Naimski potajemnie wrócił do Warszawy i jak gdyby nigdy nic, zamieszkał we własnym mieszkaniu! W aktach czytamy, że wywiad próbował odkryć, jak on w ogóle wrócił i kiedy. Do dzisiaj nie wiemy jak to się stało. Wiemy natomiast, że po jakimś czasie Naimski najspokojniej w świecie poszedł do Urzędu Spraw Wewnętrznych „zdać paszport”, co było w tamtych czasach standardową procedurą. Młody podporucznik wywiadu – nasz „Hutorowicz”, który nadzorował opozycję z kręgu Macierewicza i przyjmował paszport od Naimskiego – nie odnotował nawet stempla granicznego w tym paszporcie. Choć wcześniej zachodził w głowę, co to za magik paszportowy z tego Naimskiego. I tu dochodzimy do najciekawszego: zaraz po powrocie Naimski został objęty amnestią. Oskarżenie wobec niego o udział w związku przestępczym zostało anulowane. Dziwnym trafem Naimski wrócił na tydzień przed amnestią. Nie tylko magik, ale jasnowidz?

Wychodzi z tego, że wewnątrz SB zapanowała konsternacja i były sprzeczne sygnały.

– Młody „Hutorowicz” jest dla nas cennym źródłem wiedzy pomimo, że nie był kimś ważnym w wywiadzie. Jego notatki nt. Macierewicza trafiły do teczki Naimskiego, nie Macierewicza – i dlatego przetrwały. W jednym z dokumentów „Hutorowicz” pyta swych szefów, co tu robić z Macierewiczem – aresztować go, ścigać, skoro już wiadomo, gdzie przebywa? Z jednej strony Macierewicz raczej powinien być aresztowany za ucieczkę z internowania (to przestępstwo nie było objęte amnestią z 1983 roku). Ale z drugiej strony stołeczna esbecja Macierewicza nie ściga, więc ma robić wywiad? – głowi się młody „Hutorowicz”. Co więcej, z donosu innego wywiadowcy wynikało, że Macierewicz posługuje się nawet fałszywymi dokumentami – a to przecież przestępstwo, wypadałoby znaleźć wspólników, fałszerzy… „Hutorowicz” spytał więc przełożonych, jak postępować w tej absurdalnej sytuacji.

Dostał odpowiedź?

– Natychmiast. Jeszcze tego samego dnia sporządzono odpowiedź dla „Hutorowicza”. W dodatku podpisał ją osobiście sam generał Zdzisław Sarewicz, szef wywiadu.

To było normalne w MSW PRL, że na pytania podporucznika odpowiadał generał?

– Niespotykane. To pokazuje, że sprawa Macierewicza była w tym czasie dla szefostwa SB bardzo ważna.

Co odpowiedziano „Hutorowiczowi”?

– Że Macierewicza nie należy ścigać ani represjonować. Że nie ma żadnych podstaw.

I przestał się interesować? 

– Na chwilę tak. Z akt wynika, że „Hutorowicz” już nie docieka, jak Naimski wrócił do kraju. Pewnej dziwnej emisariuszce Macierewicza pozwala „wymknąć się” za granicę bez rewizji… I zostaje awansowany na porucznika! Ale jakiś czas później z własnej inicjatywy wraca do sprawy. Idzie do Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych i tam spotyka się z kapitanem Grzegorzem Bolestą, oficerem, który rozpracowywał Macierewicza. I wówczas powstaje najważniejsza notatka w tej sprawie. Ona wnosi zupełnie nową wiedzę na temat tego, kim naprawdę był Antoni Macierewicz w latach Polski Ludowej.

Otóż kapitan Bolesta żali się, że nie daje rady rozpracowywać Macierewicza, bo… ma związane ręce. Dokumenty dotyczące Macierewicza zostały zabrane przez „górę SB”. Gdy tylko Bolesta zdobywa nowego donosiciela w otoczeniu Macierewicza, to przychodzi ktoś z góry i przejmuje tego agenta. Podsłuch w mieszkaniu Macierewicza jest założony, ale stenogramy z podsłuchu trafiają do jakiejś innej komórki w SB. Bolesta chciał założyć podsłuch u Naimskiego, ale mu nie dają. Kapitan podejrzewa, że podsłuch u Naimskiego założyła jakaś inna komórka SB, która nie dzieli się z nim informacjami. Bolesta opowiada też historię, jak do jego tajnego agenta z otoczenia Macierewicza przyszedł bez jego wiedzy i zgody ktoś, kto przedstawił się jako jego, Bolesty, wysłannik. Ten tajemniczy wysłannik pobrał meldunki, które były przygotowane dla Bolesty, zapłacił za nie i… więcej się nie pojawił.

Czy „Hutorowicz” z Bolestą sprawdzili co to za komórka?

– Bolesta dowiedział się tego na własną rękę.

I co się okazało?

– Facet, który przyszedł do agenta Bolesty okazał się oficerem Biura Studiów Służby Bezpieczeństwa. To Biuro w tajemnicy przed resztą SB przejęło dokumenty dotyczące Macierewicza, podsłuch jego mieszkania i agentów działających w jego otoczeniu. Następnie prowadziło swoją politykę, w wyniku której nie mamy teczki Macierewicza… To dlatego Macierewicz mógł przebywać na wolności, mógł się posługiwać fałszywymi dokumentami, a ludzie z nim związani mogli podróżować na Zachód, mogli utrzymywać kontakty z zagranicą, np. z francuskimi ultraprawicowymi terrorystami, którzy później pomagali lansować Front Narodowy. Tak, tę promoskiewską partię pani Le Pen. Wszystko to odbywało się za wiedzą i zgodą Biura Studiów SB, a w tajemnicy przed pozostałymi komórkami SB.

Co to za komórka, to Biuro Studiów?

– To specjalna komórka wewnątrz SB, powstała w 1982 roku, ale złożona z esbeków o dużym doświadczeniu. Jeden z naczelników Biura, pułkownik Mikołajski, zajmował się środowiskiem Macierewicza już w latach 70., Ale jego zainteresowania były dużo szersze. To właśnie on i jego Biuro zajmowali się m.in. polonijnymi biznesmenami (jeden z tych przedsiębiorców przyczynił się do fortuny milionera-konfidenta Roberta Luśni, współpracownika Macierewicza i jego sponsora w latach dziewięćdziesiątych). Co ciekawe, Mikołajski przez wiele lat rozwiązywał zagadkę zabójstwa syna Bolesława Piaseckiego – i krył przy tym sprawców tego mordu.

Biuro Studiów było jednostką elitarną, cieszyło się szczególnymi prawami i funkcjonowało na innych zasadach niż reszta SB. Swoich agentów rejestrowało jako figurantów, czyli osoby, które rzekomo tropiło i ścigało. Piszą o tym również autorzy bliscy ideowo Macierewiczowi, np. Sławomir Cenckiewicz. Ojcem Biura był człowiek o diabolicznym umyśle: Władysław Ciastoń. Po 1956 odsunięty z SB na kilkanaście lat za antysemityzm, pracował w Instytucie Maszyn Matematycznych PAN, gdzie pracował na pierwszymi polskimi komputerami. To on wymyślił Biuro Studiów jako odtrutkę na podziemną „Solidarność”. Z jego inspiracji Biuro specjalizowało się w prowokacjach, manipulacjach, głębokim kamuflażu, w tworzeniu pseudoopozycyjnych organizacji i liderów.

Kiszczak i Jaruzelski mieli faktyczną kontrolę na tym Biurem?

– W zakresie spraw, o których wiedzieli, zapewne tak. Ale nie wiedzieli wszystkiego. Mikołajski oraz jego bezpośredni szef-przyjaciel Adam Malik mieli znakomite stosunki ze służbami ZSRR. Malik w latach 70. działał w Grupie „Wisła”. Była to moskiewska komórka polskiego kontrwywiadu nadzorująca Polaków w ZSRR (co ciekawe, wspomniany wcześniej generał Sarewicz po 1989 r. kierował Grupą „Wisła”, więc też musiał mieć dobre stosunki z „radzieckimi”). Wszystko wskazuje na to, że Mikołajski i Malik, opiekunowie Macierewicza, dogadywali się z Moskwą za plecami Kiszczaka i Jaruzelskiego. Być może w porozumieniu z Ciastoniem i Milewskim (poprzednik Kiszczaka, regularny agent KGB).

Jaki mógł być plan SB dla Macierewicza? Miał być takim nowym Bolesławem Piaseckim, czyli narodowcem udomowionym przez komunę?

– Prawdopodobnie taki właśnie był zamysł Mikołajskiego. Macierewicz jawi się jako jeden ze zworników planu Milewskiego, który polegał na odejściu od reform, które Jaruzelski z Kiszczakiem wprowadzali w latach 80. Ci starzy esbecy zarówno w dziedzinie politycznej, jak i gospodarczej nie akceptowali nawet tych kulawych i połowicznych reform. Dla nich były zbyt daleko odbiegały od sowieckich ideałów. Brzydka (mówiąc delikatnie) polityka Kiszczaka wobec „Solidarności” ich zdaniem była zbyt łagodna! Niechęć wobec władz podziemnej „Solidarności” łączyła Macierewicza z Ciastoniem, Mikołajskim i Milewskim. Można się domyślać, że w głowach esbeków istniał plan osadzenia na czele „Solidarności” właśnie Macierewicza. Ta nowa łże-„Solidarność” miałaby zawrzeć pakt z nowymi władzami partyjno–państwowymi. Mówię „nowymi”, bo również one miały zostać zmienione w perfidny sposób. Prowokacje takie, jak mord na ks. Popiełuszce, miały posadzić na PRL-owskim tronie KGB-istę Milewskiego. Mówimy o ludziach twardogłowych, ale wybitnie inteligentnych i zdolnych do wszystkiego. W latach 50. ubrudzili się krwią Bohdana Piaseckiego, w latach 80. – Popiełuszki. Przygotowywali pucz, byli dogadani z KGB, prawdopodobnie też z GRU (sowiecki wywiad wojskowy). Według ich zamierzeń Macierewicz miał wpływać na to, co działo się wewnątrz opozycji. Ciekawe, jaka miała go za to spotkać nagroda. Kariera rządowa? Bogactwo, jak w przypadku Piaseckiego? A może kula w łeb, gdy już przestałby być użyteczny? Jednak najwyraźniej nie przestał. Po 1989 roku ci ludzie nie rozpłynęli się w powietrzu. Swoje kontakty, wiedzę, wykorzystywali w nowych warunkach. W ten sposób powstał Macierewicz, jakiego znamy z mojej pierwszej książki „Macierewicz i jego tajemnice.”

Dlaczego przez tyle lat nikt nie poszedł do IPN, żeby przeczytać te dokumenty? One tam cały czas leżały.

– Wyrywkowo interesowano się niektórymi fragmentami, ale tylko prof. Andrzej Friszke zagłębił się w część tych materiałów. To on najwnikliwiej analizował przedziwną odpowiedź generała Sarewicza na pytania „Hutorowicza”. Niestety, długo po naszej stronie sporu politycznego panowało przeświadczenie, że IPN to pisowski magazyn brudów. Że to taka „policja historyczna PiSu”, albo „hakownia,” do której się chodzi tylko po to, żeby znaleźć haka na przeciwników politycznych. Tymczasem IPN jest bezcennym archiwum informacji o naszej historii. Historii, która była wyjątkowo trudna i pogmatwana. Wielka szkoda, że my to źródło zlekceważyliśmy, a zawłaszczyła je radykalna narodowo–klerykalna prawica. Wyciągała stamtąd różne strzępki papierów, interpretując je po swojemu, tak jak jej w danym momencie pasowało.

Nie boi się pan, że zostanie pan teraz oskarżony o napisanie takich „Resortowych Dzieci” a rebours? W pańskiej książce jest nawet obszerny fragment o ojcu Macierewicza.

– To nie ja poruszyłem ten wątek, tylko sam Macierewicz. To on wyciągnął sprawę ojca robiąc z niej pewną legendę, mit założycielski swojego antykomunizmu. Rozmijał się tutaj z prawdą – najpewniej świadomie. Sprawa Zdzisława Macierewicza, ojca Antoniego, wyglądała zupełnie inaczej, niż opowiada jego syn. W mojej ocenie, to odrażające, że polityk wykorzystuje tragedię rodzinną do budowania swojej pozycji politycznej – a do tego kłamie, mówiąc, że jego ojca zabiło w 1949 roku UB. Tymczasem niemal wszystkie świadectwa wskazują na to, że ojciec popełnił samobójstwo. Prezydent Bronisław Komorowski, który niegdyś był bliskim współpracownikiem Macierewicza, powiedział mi, że w czasach PRL sam Antoni Macierewicz opowiadał zaufanym, że to było samobójstwo pod presją UB. Ale później już zaczął mówić po prostu, że UB zabiło mu ojca. Z dokumentów wynika, że ojciec Macierewicza, który bezpośrednio po II Wojnie Światowej działał jako tzw. żołnierz wyklęty, został zwerbowany przez ubeków. W książce zamieszczam podpisane przez niego zobowiązanie do współpracy z UB. Najwyraźniej nie był w stanie znieść tego psychicznie i krótko po werbunku popełnił samobójstwo. Niezwykle honorowy, choć złamany człowiek – i tragiczna historia, która pokazuje jak bardzo zagmatwane i nieoczywiste były polskie losy. Zresztą obie moje książki o Macierewiczu to historia człowieka zdolnego i niepozbawionego zalet, ale pełnego chorobliwych, niebezpiecznych ambicji. To opowieść o dziwnych zakrętach życiowych i niebezpiecznych wyborach – być może czasem podszytych dobrymi chęciami, albo przynajmniej racjonalizowanych przez Macierewicza, ale ze skutkami jednoznacznie złymi dla Polski. To dzieje kogoś, kto kryje się za maskami patrioty, purytanina, czasem nawet szaleńca – i mocno wczuwa się w każdą z tych ról. Wszystko to na tle historii Polski, która nie jest ani czarno-biała, ani szara. Pod czernią, bielą i szarzyzną kryje się dżungla – kolorowa i jadowita zarazem.

>>>

PiS zaczął systemowy proces wywłaszczania i szantażowania

18 List

Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej – mówi prof. Radosław Markowski, politolog. – Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Zacznijmy od afery KNF i podejrzeń o korupcję. Z doniesień medialnych wynika, że sprawa jest niezwykle bulwersująca. Czy to może podkopać rząd PiS?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Po pierwsze, zacznijmy od sprawy zasadniczej – do tej pory cała narracja medialna skupia się na tej sprawie tak, jakby to była afera dotyczyła feleru jednostkowego – ot, niezbyt wykwalifikowany człowiek PiS-u po znajomości dostaje wysokie stanowisko, a że brak mu też kwalifikacji moralnych, to posuwa się do propozycji łapówki. Uważam to za chybiony trop. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej. Pisałem wstęp do książki węgierskiego autora Bálinta Magyara „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”, a w trakcie pobytu Autora w Polsce dyskutowaliśmy publicznie o analogiach orbánowskich Węgier i kaczorowskiej Polski.

Magyar wielokrotnie podkreślał, że zasadnicza różnica polega na tym, że PiS rozdaje swoim – zazwyczaj niekompetentnym, merytorycznie nieprzygotowanym, acz lojalnym ludziom różne stanowiska po to, żeby ich kupić, stworzyć klientelistyczny system, ale nie posunął się do tego, co robi Orbán na Węgrzech, że wywłaszcza ludzi z własności prywatnej. Jak to się robi, jest znakomicie udokumentowane w tej książce… Chyba właśnie mamy do czynienia z tym samym procesem w Polsce, niestety.

Mam jeszcze jedną uwagę. Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. Jako obywatel bardzo bym się chciał dowiedzieć, jaką „ofertę, której nie mógł odrzucić” zaproponowano Solorzowi, że Polsat w swych programach politycznych jest nie do poznania?

Namawiam też ludzi biznesu do większej obywatelskiej odwagi (wyraźny deficyt, który w wielu przypadkach jest dolegliwie widoczny) i by zamiast podkulać ogon zaczęli publicznie opowiadać, co się dzieje, a jednocześnie bardzo proszę, by przestali tracić czas na zajmowanie mnie – na boku, niejako „cichaczem” – opowieściami o różnych aferach… Odwagi – lud poprze i doceni…

Krótko mówiąc, nie wydaje mi się, żeby to była indywidualna akcja pana zaradnisia, tylko w wielu miejscach kraju puka się do drzwi osób, które mają kłopoty, bądź się je celowo na nich sprowadza, by później „pomóc” dla – oczywiście – dobra kraju, nacjonalizacji itp. I proszę mi teraz powiedzieć, czy bolszewizm – o który ostatnio był spór – nie pasuje tutaj jak ulał?

Sięganie przez władzę po własność prywatną jest już zdecydowanie inne jakościowo niż nawet wsadzanie do raz nadzorczych czy na stanowiska prezesowskie różnych pociotków. Warto poszukać informacji, ile od czasów, gdy PiS przejął władzę, nastąpiło rotacyjnych zmian na stanowiskach i ile wypłacono różnych rekompensat. Mam też tu dodatkowe pytanie:

czy na pewno te rekompensaty trafiały do kieszeni tych indywidualnych ludzi, czy do jakiejś wspólnej kasy? Lub w jakiej proporcji tu i tu… To jest sprawa, którą powinno zająć się dziennikarstwo śledcze, dopóki nie przywrócimy niezależności służb specjalnych i prokuratury.

Czy do elektoratu PiS to wszystko dotrze? Telewizja publiczna raczej skąpo o aferze mówi.
TVP to jest osobna kwestia. Moim zdaniem kiedyś kierownictwo tej instytucji powinno się pociągnąć się do odpowiedzialności za sprzeniewierzanie naszych pieniędzy. Przecież ono celowo dezinformuje lub nie dopuszcza do pojawienia się pewnych informacji. Systematycznie część społeczeństwa polskiego jest okłamywana, jeśli chodzi o rzeczywistość. Urzędnik państwowy ma obowiązek wywiązywać się jak najlepiej ze swojej roli, przecież jest czarno na białym napisane, co telewizja publiczna powinna. Są badania na ten temat. W całym 25-leciu do tej pory raz było gorzej, raz lepiej, czasami bardziej neutralny był Polsat, rzeczywiście telewizja publiczna trochę sprzyjała rządzącym, co zresztą było negatywnie oceniane. Ale

od 3 lat media publiczne są źródłem dezinformacji publicznej, a to jest przestępstwo wobec społeczeństwa, nawet jeśli literalnie nie ma takiego paragrafu. Zdaję sobie sprawę, że w mojej narracji sprawa ta wygląda na wielkie złoczynienie, ale mam więcej niż pewność, że tak to kiedyś zostanie ocenione.

Przejdźmy do innego tematu; w najnowszym sondażu zaufania na pierwszym miejscu znalazł się Donald Tusk. Jaki to prognostyk na przyszłe wybory: europejskie, parlamentarne i w końcu prezydenckie?
W tym badaniu jest kilka kwestii, które pojawiają się po raz pierwszy. Fakt, że Tusk ma 2 i więcej punkty procentowe nad politykami PiS-u, Dudą i Morawieckim, oznacza, że bezwzględny skok w górę musi być pięcio-, a może nawet ośmioprocentowy. W tym samym badaniu zaskakująco dobrze wypada lider ludowców, Władysław Kosiniak-Kamysz, który jest wyżej niż Robert Biedroń. To pokazuje, że ma duży potencjał do tego, aby zagrać o większą stawkę. Po drugie, najciekawsze jest to, jakie są przyczyny tego wzrostu poparcia dla Tuska, a tego niestety nie wiemy. Można spekulować, wykorzystując teorie politologiczne: może jest to klasyczny przykład tzw. underdog effect, sytuacji, w której – upraszczając sprawę – opinia publiczna widząc silny politycznie obóz, zaczyna wspierać domniemanego przegranego współzawodnictwa, kierując się, między innymi, emocjonalnymi względami.

No bo co zobaczyli Polacy w ostatnich kilku dniach – komisję Amber Gold, która przez 7 godzin próbowała udowodnić i wmówić nam, że nawet jeśli Tusk nie jest krętaczem, to na pewno jest nieudacznikiem.

Potem mamy obchody 100-lecia niepodległości. Bardzo nieudane, moim zdaniem, a to zaskakujące, bo byłem przekonany, że co jak co, ale patriotyczną pompę potrafią przygotować, tymczasem nie udało się zaprosić żadnego męża stanu ze świata, nie było nikogo z Ameryki, choć to prezydent Wilson bardzo przyczynił się do tego, żeby Polska powróciła na mapę świata

Nikogo nie udało się zaprosić skutecznie na te obchody. I o ile Donalda Tuska jako byłego premiera mogą nie lubić, to jednak można się spodziewać, że obóz PiS, zwłaszcza kierownictwo MSZ czy pan Szczerski w Kancelarii Prezydenta, powinni znać choćby wyrywkowo protokół dyplomatyczny.

Umieszczenie Donalda Tuska, prezydenta Unii Europejskiej, w piątym rzędzie za jakimiś nieznaczącymi figurami jest hańbiące dla naszej polityki zagranicznej, bo przecież nie dla samego Tuska.

Podsumowując, zrobiono wiele, aby Tuska zohydzić w ostatnim czasie, zarówno przez propagandystów, jak i polityków. A tymczasem przy okazji wyborów samorządowych okazało się, że im gdzieś więcej polityków PiS-u i im w tych miejscach więcej energii wkładali w kampanię, tym wynik dla PiS gorszy. Tam, gdzie pojechali najważniejsi politycy PiS-u, aby do siebie przekonywać, tam reakcja była odwrotna. W miejscu zamieszkania premier Szydło ugrupowanie to uzyskało jeden z najgorszych wyników. Wygląda na to, ze im więcej styczności z przedstawicielami tego ugrupowania, i to takiej bliskiej, tym ludzie mają do nich większą awersję.

Drugą hipotezą zaś jest to, że dano szansę Donaldowi Tuskowi, by się pokazał i wielu Polaków oceniło go bardzo dobrze, zarówno w Łodzi, w wywiadzie dla „GW”, jak i na ulicach Warszawy. Co więcej, jest w telewizjach różnych krajów pokazywany, jak debatuje z możnymi tego świata, że z jego zdaniem się liczą i że – w odróżnieniu od obecnie rządzących Polską – ma realny wpływ na losy Europy.

Jeśli się popatrzy na dynamikę zmian, to można sobie dopowiedzieć, że wynik Donalda Tuska jest znaczący.

Czy Donald Tusk rozpoczął przygotowania do kampanii prezydenckiej? Spekulowano po jego wystąpieniu w Łodzi, gdzie mówił ostro o „współczesnych bolszewikach”, co zostało odczytane jako porównania do PiS-u, że może to wskazywać na jego powrót do polityki krajowej. Podobnie gdy wystąpił dzień później, po raz pierwszy od dawna, na wspólnej konferencji z Grzegorzem Schetyną.
To są spekulacje. Grzegorz Schetyna zresztą w tym samym badaniu osiąga kolejną niską pozycję. Obawiam się, że ten jego słaby wynik wiąże się z tym, że to nie jest polityk, który ma cechy wodzowskie, a na takie w tej chwili oczekuje elektorat liberalno-demokratyczny; taki, który powiedzie do zwycięstwa. Ten słaby wynik nie jest zresztą winą samego Grzegorza Schetyny, tylko – nieco paradoksalnie – teraz ludzie zobaczyli Schetynę na tle Tuska. Pojawiła się tęsknota, że przydałby się taki lider na te niełatwe czasy… Zresztą

uważam, że Schetyna jest dobrym administratorem, lojalnym politykiem, nawet gdy kierownictwo partii go odsuwało, to on nie rozbijał partii tylko trwał w niej i chciał coś dla niej robić. To rzadkie cechy polskich polityków i za to trzeba go cenić. Problem jednak pozostaje…

Każda partia ogłosiła po wyborach swoje zwycięstwo. Wiemy, że PiS osiągnął 34 proc., a KO 27 proc., ale kto naprawdę wygrał?
Nie jesteśmy najemnikami TVP udającymi dziennikarzy, aby patrząc na dwie liczby – 34 i 27 – mówić, że to 27 jest większe. Większość ludzi mających szacunek dla własnego rozumu, widząc to zestawienie nie ma wątpliwości, że w wyborach do sejmików wygrał PiS. Wybory samorządowe są jednak specyficzne. Z badań wiemy, że ludzie nie wiedzą i nie rozumieją, jaka jest rola sejmików wojewódzkich. Idą do wyborów, bo chcą zagłosować na wójta, burmistrza, prezydenta czy radnych, a tylko – niejako przy okazji – dostają płachtę, gdzie są kandydaci do województwa. Głosują na nich, choć ich motywacja, by pójść do wyborów, jest w nikłym stopniu związana z wyborami poziomu wojewódzkiego…

Wróćmy na chwilę do Tuska i jego wypowiedzi o „współczesnych bolszewikach”. Bardzo się dziwię, że on się następnego dnia wycofał z tego słownictwa. Krótki kurs języka rosyjskiego – большая, большинство to jest po prostu większa, większość. Równie dobrze można by z angielska powiedzieć, że jest to system majoratu. Bolszewizm nie musi być komunistyczny i oznacza tylko tyle, że jest to obsesja, że większość może wszystko. Wystarczy zastanowić się, co to słowo znaczy, a potem, co robi partia PiS.

Tu nie ma żadnych wątpliwości, PiS wierzy, że te 18,8 proc., które na nią zagłosowało spośród uprawnionych do głosowania, to jest większość, która pozwala im na to, żeby łamać konstytucję. Wyraźnie trzeba jednak powiedzieć, że niektóre elementy zachowania PiS – wola polityczna ponad prawem, konstytucja jako świstek papieru – to są elementy wręcz bolszewizmu tamtego. Oczywiście metody się różnią, ale fundamenty aksjologiczne są takie same.

Wracając do wyborów, PiS poniósł klęskę w miastach, ale nie tylko w tych największych. To, że KO wygra w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi czy Krakowie było do przewidzenia, ale skala tego zwycięstwa jest zaskakująca. 70 proc. do 30 proc. czy 60 proc. do  30 proc. to nokaut, a nie porażka. Zastanawiające jest też to, co kilka dni temu pokazał Jarosław Flis w jednej z gazet, kiedy wskazał, gdzie naprawdę będzie rządzić PiS. Spośród 107 miast tylko w 4 mają władzę.

Jeżeli PiS traci takie miasta jak Nowy Sącz, kolebkę wszystkiego, co jest kojarzone z PiS i tą kulturą polityczną, to podpowiedziałbym, że jest o czym myśleć.

Kto jeszcze przegrał? Oczywiście znowu lewica. Chyba pora, by partia Razem zamieniła się formalnie w klub dyskusyjny, bo mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia, ale z jakichś powodów nie idzie im zdobywanie głosów. SLD też nie za dobrze przędzie, w dużej mierze za sprawą swojego lidera, którego przeszłość nie wszystkim pasuje.

A PSL?
Wiemy, że w wyborach 2014 roku, co nie było intencjonalne, PSL dostał nadprogramowo dużo. Wynik ponad 12 proc. w stosunku do poprzednich wyborów parlamentarnych, gdzie dostali nieco ponad 5, to jest dwukrotnie więcej. Czy to dobrze wróży na przyszłość? Wszystko w rękach aktywu PSL, żeby utrzymać ten stan posiadania.

Moim zdaniem PSL nie poniósł porażki i sam jestem ciekawy, jaki wynik dostaną w najbliższych wyborach do PE.

Czy PiS osiągnął wszystko, na co stać partię Kaczyńskiego w tej chwili?
Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową.

Patrząc z kolei na duże miasta, to czy KO osiągnęła maksimum swoich możliwości poparcia, czy ma szanse powalczyć o elektorat PiS-u?
Proszę pani, w kraju, w którym średnio 50 proc. ludzi chodzi do wyborów, to nie możemy mówić o żadnym szczycie, tak samo jak nikt nikomu nie musi odbierać głosów.

Mamy wielki inflacyjny nawis apatii wyborczej – worek połowy społeczeństwa, która do wyborów nie chodzi, dlatego najważniejsze, a i dużo łatwiejsze, jest mobilizowanie zdemobilizowanych, bo wiemy też, że rotacyjnie około ¾ społeczeństwa uczestniczy w wyborach.

Po drugie, naprawdę mamy wiele opracowań, ja także takowymi dysponuję i chętnie je politykom udostępnię, które pokazują, że koalicje służą wszystkim w obecnej ordynacji. Powiedzmy, że mamy partię z poparciem 30 proc., do której dołączają partie z poparciem 6 proc., 8 proc. i 10 proc. Gdyby te partie startowały oddzielnie, to ta 6-proc. dostałaby maksimum 25 mandatów, ta 8-proc. 35 mandatów, a ta 10-proc. 45 mandatów. Gdyby jednak tym partiom ta duża z 30-proc. poparciem zaproponowała koalicję, to razem koalicja uzyskałaby około 45 proc. głosów i ta duża partia dała małym koalicjantom mniej mandatów w wyrazie procentowym, np. pierwszej 5 proc. (zamiast 6), to i tak taka partia miałaby 30 posłów, a nie 25, a partia 10-procentowa w koalicji pomniejszona do 9-procentowanego wkładu miałaby aż o 10 mandatów więcej (45, gdyby startowała oddzielnie i 55 – gdyby była w koalicji). Podsumowując, bo mam wrażenie, że nawet politycy tego nie rozumieją, nawet gdy przy zawieraniu koalicji duża partia zaoferuje procentowo liczbę mandatów niezgodną (bo mniejszą niż procentowe poparcie oddzielnego bytu by na to wskazywało), to i tak oznacza to dla tej mniejszej partii więcej mandatów, niż gdyby wystartowali oddzielnie. Warto to dogłębnie przemyśleć, bo jest o co zawalczyć.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o ośmiornicy.

Błyskawicznie dymisjonując szefa KNF, pisowska ośmiornica sama sobie odgryzła zagrożoną mackę – ale to nie wystarczyło.

„Wystarczy nie kraść. Komuniści i złodzieje. Do władzy nie idzie się dla pieniędzy” – propagandowe slogany PiS-u budzą dziś tylko zażenowanie i prowokują do szyderczego chichotu. Obóz Kaczyńskiego jeszcze próbuje rozpaczliwie się bronić i wykonuje nieskładne, paniczne ruchy, ale gołym okiem widać, że to agonalne drgawki. „Dobra zmiana” poległa. Śmiertelny cios zadał jej dyktafon Leszka Czarneckiego.

Afera KNF sprawiła, że do opinii publicznej z jaskrawością nagłej błyskawicy dotarł rzeczywisty obraz sytuacji w Polsce. Obywatele uświadomili sobie, że rządzący układ zainstalował u władzy sitwę, która zinfiltrowała instytucje demokratycznego państwa. Przewidziane prawem procedury służą dziś interesom szajki udającej partię polityczną. Najważniejsze urzędy obsadzone są przez ludzi układu i nie służą dobru wspólnemu ani interesowi Rzeczypospolitej, lecz rodzinie politycznej ojca chrzestnego.

Czarnecki zdemaskował jedną z macek ośmiornicy, pokazując rzeczywisty stan rzeczy w Komisji Nadzoru Finansowego. Ujawnił, że ta instytucja, mająca stać na straży wiarygodności, czystości i rzetelności w sektorze bankowym, w istocie stała się mafijną maszynką do robienia pieniędzy i szantażowania prywatnych banków.

Uchwycenie przez wrogów choćby jednej macki jest dla ośmiornicy śmiertelnym zagrożeniem – idąc tym tropem, posuwając się jak po nitce do kłębka, mogą dojść do jej głowy. I rzeczywiście. To już się dzieje. W mediach padają nazwiska kolejnych ludzi, na których afera rzuca cień, wymieniane są kolejne instytucje i urzędy: szef imperium SKOK-ów senator Grzegorz Bierecki, prezes NBP Adam Glapiński… Za chwilę pewnie będziemy stawiać pytania o rzeczywistą rolę i o mocodawców tych osób w parlamencie, które jako „inicjatywę poselską” zgłaszają projekty ustawodawcze układu. Które do ustaw dopisują „lub czasopisma”.

Przerażona i zagrożona ośmiornica desperacko próbuje się bronić. Sama sobie odgryza mackę, którą złapali jej prześladowcy. Szef KNF nie zdążył nawet dolecieć do Polski z Singapuru, gdy wyleciał z posady. Zaraz potem Andrzej Duda wywalił go z prezydenckiej rady.

Nie pomogło. Za chwilę trzeba będzie odgryźć sobie kolejne organy. W kuluarach plotkuje się o lustracyjnej teczce mogącej posłużyć do usunięcia prezesa NBP, który – jak sam przyznaje – spotkał się z szefem KNF i Leszkiem Czarneckim… A co z Biereckim, którego fundacja próbowała swego czasu założyć lokatę w banku Czarneckiego? Pewnie też jest do odgryzienia.

Ze strachu drżą również liczni pomagierzy, medialni lokaje, najemni żołnierze medialnych band, udający dziennikarzy i redaktorów. Doskonale wiedzą, że nadciągający zgon ośmiornicy jest i dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Nie przeżyją bez swej dobrodziejki i żywicielki. Dlatego mobilizują i zagrzewają mocodawców: „Trzeba ostrzej, surowiej, mocniej! Dopadnijcie swych prześladowców! Zabijcie ich!”.

Tak jak Jacek Karnowski, szef portalu wPolityce.pl, stanowiącego część imperium Grzegorza Biereckiego. Poucza on decydentów w obozie „dobrej zmiany”: żadnych układów ani negocjacji z wrogami, trzeba ich zniszczyć, „bo to nie jest zabawa. To poważna gra o Polskę, o jej teraźniejszość i przyszłość. Gra o wymiarze międzynarodowym, także kontynentalnym. Tymczasem dla wielu ludzi także z tzw. naszej strony ważniejsze są miny, pozy, środowiskowe konstelacje, tanie kalkulacje. Do tego to przekonanie, że starcia można uniknąć, że da się jakoś obejść to wyzwanie, idąc na skróty albo zbaczając z drogi. Otóż nie da się”. Czyli: wyrwijcie chwasty z korzeniami. Czarnecki do wora, wór do jeziora.

Jeszcze się pocieszają. Jeszcze próbują wlać trochę otuchy w skołatane serca swych ludzi. Zaklinają rzeczywistość, przywołując wyniki sondaży: „PiS zdecydowanym liderem! Na Zjednoczoną Prawicę chce zagłosować 34 proc. osób. Koalicja Obywatelska daleko w tyle”.

Ale tak naprawdę już wiedzą, co ich czeka.

Waldemar Mystkowski pisze o walce ws. wyjaśnienia afery KNF.

Afera KNF zanosi się na sequel „Grupy Trzymającej Władzę” z 2002 roku. Choć otoczenie polityczne jest zupełnie inne, nie ma zgody całej klasy politycznej na sejmową komisję śledczą i kaliber afery jest nieporównywalnie większy. Wówczas to był tylko kieszonkowy pistolecik Smith & Wesson, teraz to armata „Gruba Berta”.

Ponadto warunki dojścia do prawdy o aferze są zdecydowanie gorsze, przeciw wyjaśnieniu stoi państwo PiS, prezydent, premier, parlament i prezes z Nowogrodzkiej, za prawdą opowiadają się prezes Getin Noble Banku Leszek Czarnecki, adwokat Roman Giertych i wolne media.

Kto by się spodziewał, że Giertych będzie trzymał nieznaczone karty przy orderach, wszak w czasie pierwszej IV RP był koalicjantem Jarosława Kaczyńskiego, wówczas Polska była bliska wykolejenia, a dzisiaj strach myśleć, co się stanie, gdyby triumfować miało PiS; partia Kaczyńskiego wypisuje nas z Unii Europejskiej i jest w trakcie upartyjniania kraju dla własnych potrzeb.

A zatem mamy czas Giertycha, który staje przeciw machinie PiS. Prawdopodobnie Leszek Czarnecki poległby przy wcześniejszym podejściu go przez Komisję Nadzoru Finansowego, gdy zażądano od niego 40 milionów okupu w postaci posady dla „krewnego królika”, szantaż „bank za złotówkę” wówczas się nie udał, ale potwierdzeniem prawdy o pisowskich szantażystach jest taka ustawa o przejęciach banków, która właśnie przechodzi przez Sejm i Senat.

Giertych wie, z jakim groźnym przeciwnikiem ma do czynienia – groźnym dla demokracji i w ogóle dla Polski – więc tej pojedynek jeden przeciw państwu PiS stara się rozegrać na możliwie najkorzystniejszych warunkach. Okazuje się, że nie tylko jedna taśma pokonała szumidła zainstalowane w siedzibie KNF, ale też jest zapis wideo. I to on będzie wizualnym, materialnym potwierdzeniem, jakie zgniłe państwo szykuje nam PiS.

W poniedziałek Giertych w prokuraturze ma złożyć kolejne nagranie – tym razem zapis wideo – które rejestruje rozmowę właściciela Getin Noble Banku Czarneckiego nie tylko z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim, ale też innymi przedstawicielami tej instytucji.

Zatem możemy ocenić, iż to zorganizowana grupa trzymająca władzę. A Giertych – cóż – to dzisiaj sprawiedliwy, który staje naprzeciw tej paryjniackiej zgrai. Mierzy w niego państwo zarządzane przez PiS.

>>>

PiS prywatyzuje Polskę

17 List

Afera? Jaka afera???

Przecież – jak to ujął jeden z najbardziej prominentnych fachowców od finansowania partii władzy, w rozmowie z mediami – Leszek Czarnecki jest w tej sprawie absolutnie niewiarygodny!

Ale dlaczego? – zdziwiła się dziennikarka (swoją drogą, strasznie ograniczona jest ta gromada polskojęzycznych pismaków). Przecież ten pan nie jest o nic oskarżony, nie ciążą na nim żadne zarzuty?

Bo jest Leszkiem Czarneckim – skwitował krótko pan senator. A co do zarzutów, to poczekajmy…

Słusznie radził. Pewnie nie trzeba będzie długo czekać. Już za chwilę okaże się, że taśmy są sfabrykowane, a cała „afera” została wykreowana przez bankiera i jego mecenasa. A to w odpowiedzi na zdecydowane działania rządu, który broni pieniędzy zwykłych ludzi przed chciwymi banksterami. Bo wiadomo, że nasze oszczędności nie będą bezpieczne, dopóki nie zostaną zdeponowane w PKO, natomiast podejrzane prywatne banki nie będą znacjonalizowane „za złotówkę”. A podejrzane są wszystkie. No, może z jednym wyjątkiem.

Jedyna prywatna instytucja finansowa, jaką państwo PiS skłonne jest tolerować w sektorze bankowym, to będą kasy SKOK – „maszynki” do pomnażanie pieniędzy, autorstwa senatora Biereckiego z PiS-u. Tego samego, co kazał wszystkim poczekać na zarzuty dla właściciela Getin Banku.

No, ale on – w przeciwieństwie do Leszka Czarneckiego – jest (dla władzy) jak najbardziej wiarygodny. I będzie przynajmniej tak długo, jak nad wiarygodnością w polskim biznesie będzie czuwać prokuratura ministra Ziobry, organy kontrolne podległe panu premierowi Morawieckiemu oraz służby ministra Kamińskiego. Zwłaszcza, że senator żadnych 40 milionów od nikogo nie potrzebuje, bo ma co najmniej dwa razy tyle zdeponowane na koncie prywatnej fundacji w Luksemburgu. Te same, co to ich podobno nie chciał przyjąć do depozytu biznesmen Czarnecki, pod pretekstem, że może chodzić o środki z nielegalnego źródła i proceder „prania pieniędzy”. No, naprawdę… żeby w ogóle można tak było pomyśleć o nieskazitelnej reputacji twórcy SKOK-ów…

W tej sytuacji zarzuty dla „tego pana” to chyba – rzeczywiście – wyłącznie kwestia niedługiego czasu…

Tym bardziej, że wyraźnie przyparty do muru Leszek Czarnecki – w przeciwieństwie do innych prywatnych bankierów postawionych przed podobną propozycją nie do odrzucenia – ośmielił się narobić kłopotów aktualnej władzy. Więc poszedł do MediaMarkt u i kupił magnetofon.

Tak więc – afery nie ma w ogóle żadnej, a szef Getin Banku to – generalnie – „szemrana” (bo odporna na „szumidła”) figura.

Jak zresztą każdy kto – by zacytować Prezesa Wszystkich prezesów – ma pieniądze. Bo „skądś” je przecież ma, co już to samo w sobie jest głęboko podejrzane. No, chyba że taki milioner akurat należy do PiS-u. Wtedy, to władza wie, skąd on ma kasę. Zwłaszcza, że niektórych swoich ludzi sama – jak ujawniają „taśmy Czarneckiego” – wysyła po nią do cudzego banku.

Chyba nie można tego było prościej wytłumaczyć, toteż w tej chwili to nawet najmniej „kumata” blond-dziennikarka z TVN-u już rozumie. Nagrania są nieważne. Nieistotne są oczywiste próby spowalniania śledztwa przez prokuraturę, CBA i kogo tam jeszcze nie udało się już dłużej nie powiadamiać o sprawie. Nic nie znaczy zawrotne tempo prac nad „poprawką bankową”, a też procedowanie jej przez marszałka Terleckiego przez telefon. Natomiast powiązania tych wszystkich wątków oraz wielce prawdopodobne układy personalne na szczytach „grupy trzymającej banki” i związki tejże grupy z aktualną formacją rządzącą to:

– niefortunny zbieg okoliczności,
– absolutny przypadek,
– wredna prowokacja posła Brejzy,
– perfidny spisek Sorosa
– oczywista wina Tuska
(niepotrzebne skreślić)

W tej sytuacji nie jest potrzebna komisja sejmowa ani w ogóle żadna, bo kto jest winien rozpętaniu tej rzekomej afery, łatwo się domyślić. Oczywiste, że są to wrogie siły, które usiłują zaszkodzić Polsce, godząc w jej z kolan wstawanie, spektakularne sukcesy gospodarcze, wiodącą rolę na świecie oraz właśnie odzyskiwaną suwerenność, czyli w rządy PiS-u. Natomiast ten biznesmen Czarnecki to – jak już wszystkim po wypowiedzi senatora Biereckiego wiadomo – podejrzana figura.

Wystarczy więc tylko poczekać na zarzuty. Wszak śledztwem kieruje osobiście pan prokurator generalny i już zapowiedział skrupulatną kontrolę… w Getin Banku (oraz innych firmach Leszka Czarneckiego). A że w tym akurat jest wyjątkowo wiarygodny nie tylko dla partii władzy, to wiadomo – już on coś znajdzie. A i bank niedyskretnemu biznesmenowi też sprywatyzują, na bank. Na początek, już mu zabrali magnetofon.

>>>

PiS już wie, że może przegrać. A to znaczy, że przegra wybory

17 List

– Po wyborach mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją. Czołowi politycy PiS i PO dopiero uczą się poruszać w nowej rzeczywistości. A wygląda ona tak, że dziś opozycja może całkowicie poważnie myśleć o zwycięstwie w wyborach do Sejmu – mówi politolog Rafał Matyja.

Wojciech Maziarski analizuje sytuację PiS w kontekście afery KNF (fragment).

Błyskawicznie dymisjonując szefa KNF, pisowska ośmiornica sama sobie odgryzła zagrożoną mackę – ale to nie wystarczyło.

„Wystarczy nie kraść. Komuniści i złodzieje. Do władzy nie idzie się dla pieniędzy” – propagandowe slogany PiS-u budzą dziś tylko zażenowanie i prowokują do szyderczego chichotu. Obóz Kaczyńskiego jeszcze próbuje rozpaczliwie się bronić i wykonuje nieskładne, paniczne ruchy, ale gołym okiem widać, że to agonalne drgawki. „Dobra zmiana” poległa. Śmiertelny cios zadał jej dyktafon Leszka Czarneckiego.

Afera KNF sprawiła, że do opinii publicznej z jaskrawością nagłej błyskawicy dotarł rzeczywisty obraz sytuacji w Polsce. Obywatele uświadomili sobie, że rządzący układ zainstalował u władzy sitwę, która zinfiltrowała instytucje demokratycznego państwa. Przewidziane prawem procedury służą dziś interesom szajki udającej partię polityczną. Najważniejsze urzędy obsadzone są przez ludzi układu i nie służą dobru wspólnemu ani interesowi Rzeczypospolitej, lecz rodzinie politycznej ojca chrzestnego.

(…)

Jeszcze się pocieszają. Jeszcze próbują wlać trochę otuchy w skołatane serca swych ludzi. Zaklinają rzeczywistość, przywołując wyniki sondaży: „PiS zdecydowanym liderem! Na Zjednoczoną Prawicę chce zagłosować 34 proc. osób. Koalicja Obywatelska daleko w tyle”.

Ale tak naprawdę już wiedzą, co ich czeka.

— MAJMUREK PYTA CZY WOKÓŁ CHRZANOWSKIEGO BYŁ UKŁAD BO 40 MILIONÓW TO NIE SĄ PIENIĄDZE, KTÓRE BIERZE SIĘ DO KIESZENI: “Najważniejsze w kontekście afery KNF jest dla opozycji co innego. W czasach afery Watergate Amerykanie zadawali sobie jedno pytanie „co wiedział prezydent”. W interesie opozycji jest narzucić teraz polskiej debacie publicznej podobne: „co o działaniach Chrzanowskiego wiedziała wierchuszka PiS”? Czy działał sam? Jakie osoby z samych szczytów władzy mogły za nim stać? Dobrym puntem wyjścia do takiej narracji jest rzekoma kwota łapówki: 40 milionów złotych. To nie są pieniądze, jakie się bierze do kieszeni. Takie kwoty na ogół wyprowadza się na działalność partyjną, lewy fundusz wyborczy i tym podobne przedsięwzięcia”.
newsweek.pl

— EWA SIEDLECKA PISZE, ŻE POLSKA Z TSUE GRA NA ZWŁOKĘ: “Decyzja Trybunału w sprawie utrzymania lub zniesienia zakazu tymczasowego spodziewana jest przed przerwą świąteczną, która zaczyna się 21 grudnia. Raczej nie należy się spodziewać zniesienia zabezpieczenia. Strona polska nie przedstawiła w zasadzie żadnych argumentów na to, że nie jest ono potrzebne – poza tym, że uważa skargę KE za niesłuszną, a „reformę” Sądu Najwyższego za dobrą i nienaruszającą prawa UE. Dyskusja się powtórzy, bo za kilka dni upłynie miesiąc od nałożenia przez Trybunał na Polskę obowiązku poinformowania, po miesiącu właśnie, Trybunału „o wszystkich środkach, które przyjęła w celu pełnego zastosowania się do tego postanowienia”.
polityka.pl

Roman Giertych, pełnomocnik biznesmena Leszka Czarneckiego, zapowiedział, że złoży w prokuraturze kolejne nagranie. Tym razem ma to być nagranie wideo i ma pochodzić z lipca. Zawiera ono rozmowę Czarneckiego z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim i innymi przedstawicielami instytucji.

>>>

>>>