Tag Archives: Kleofas Wieniawa

Mordeczki Kaczyńskiego w Trybunale Konstytucyjnym

21 List

Europa doceniła Donalda Tuska. Stając do wyborów na szefa europejskiej Partii Ludowej, jako jedyny kandydat, mówił: „Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”

20 listopada 2019 w Zagrzebiu Donald Tusk został wybrany szefem Europejskiej Partii Ludowej. 491 osób było za, 37 – przeciw. Zastąpił na stanowisku Francuza Joseph Daula. Były polski premier jest pierwszym przedstawicielem Europy Wschodniej na czele największej partii politycznej w Unii Europejskiej.

„Stańmy razem na tym najważniejszym polu politycznej bitwy, przeciwstawiając się nieodpowiedzialnym populistom, będąc partią odpowiedzialną i popularną.

Po pięciu latach mam dość bycia głównym europejskim biurokratą. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”,

mówił Tusk podczas przemówienia przed głosowaniem.

„Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Pod żadnym pozorem nie wolno nam rezygnować z bezpieczeństwa i porządku na rzecz populistów, manipulatorów i autokratów, którzy przekonują ludzi, że wolności nie można pogodzić z bezpieczeństwem. Że obrona naszych granic nie da się pogodzić z liberalna demokracją, a efektywne rządzenie z praworządnością”.

Nie poświęcimy takich wartości jak wolności obywatelskie, praworządność i przyzwoitość w życiu publicznym dla bezpieczeństwa i porządku, bo nie ma takiej potrzeby. Bo one się nie wykluczają”.

„Wszystko, co napisałam, podtrzymuję. Nic nie cofam” – odpowiedziała Krystyna Pawłowicz, kandydatka do TK, na zarzuty o używanie mowy nienawiści. Drugi kandydat Stanisław Piotrowicz w ogóle nie musiał odpowiadać na pytania o karierę w PZPR i obronę księdza-pedofila z Tylawy, bo przewodniczący komisji przyspieszył głosowanie. Komisja poparła oboje kandydatów

W środę 20 listopada wieczorem sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka zaopiniowała kandydatury na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Dwie, nie trzy, bo w ostatniej chwili posłowie PiS wycofali swoje poparcie dla Roberta Jastrzębskiego, którego niespodziewanie zgłosili w piątek.

„Procedura zgłoszenia kandydata na to stanowisko zostanie ponowiona, termin zgłoszeń najpewniej w tym tygodniu przedstawi marszałek Sejmu” – poinformował PAP dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Pod obrady komisji w środę trafili więc tylko Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz, oddani żołnierze rządu PiS.

„Będziemy opiniowali dwie czy trzy kandydatury? W stabilnych demokracjach nie wprowadza się zmian na ostatnią chwilę” – ubolewała na początku posiedzenia posłanka PO Kamila Gasiuk-Pihowicz, wiceprzewodnicząca Komisji.

Po dwóch i pół godzinie wojny na argumenty – formalne, merytoryczne i prawne – przewodniczący komisji Marek Ast z PiS postanowił skrócić obrady i przejść do głosowania. Jeszcze zanim Stanisław Piotrowicz zdołał odnieść się do któregokolwiek z pytań opozycji.

Komisja sprawiedliwości, w której przewagę mają posłowie Prawa i Sprawiedliwości, zgodnie z przewidywaniami poparła obie kandydatury. Opozycja głosowała przeciw, ale była w mniejszości.

Już w czwartek 21 listopada po południu Sejm będzie głosował nad ich przyjęciem. W Sejmie większość ma PiS, więc Pawłowicz i Piotrowicz są o włos od zajęcia zwalniających się w grudniu posad w TK.

Opozycja: „Pokażcie ekspertyzy!”

Zanim posiedzenie Komisji zaczęło się na dobre, posłowie opozycji zgłosili do przewodniczącego Asta szereg wniosków formalnych. Chcieli, by zarządził przerwę, bo nie zdążyli zapoznać się z treścią ekspertyz prawnych przygotowanych na wniosek wicemarszałków Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Piotra Zgorzelskiego.

Opinie te przygotowali uznani eksperci prawni – profesorowie Marek Chmaj i Marcin Matczak.

„Te opinie zostały przygotowane na koszt Kancelarii Sejmu. Nie możemy zadawać pytań kandydatom, jeżeli nie ustalimy, co zawierają”

– apelował poseł PO Michał Szczerba.

Ekspertyzy Matczaka i Chmaja dotyczyły spełniania przez kandydatów wymogów formalnych. Jak pisaliśmy w OKO.press, Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz przekroczyli 65. rok życia. W efekcie „reform” sądowniczych PiS mogą być… za starzy, by zasiadać w TK.

„Czy osoba, która skończyła 65 lat, wypełnia kryteria konieczne do pełnienia urzędu? Skoro w tym wieku nie można być czynnym sędzią SN?” – pytała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Posłowie PiS odrzucili jednak wnioski o przerwę i zgodnie twierdzili, że przy kandydowaniu do TK wiek Piotrowicza i Pawłowicz nie ma znaczenia.

„Głosy w doktrynie są podzielone” – stwierdził Marek Ast. „Nie ma tu żadnej kwestii związanej z cenzusem wieku” – komentował Piotr Sak. „Profesorowie, którzy sporządzili te analizy, nie są bezstronni, zwłaszcza prof. Matczak” – grzmiał Przemysław Sobolewski, wicedyrektor Biura Analiz Sejmowych.

Przypudrowane życiorysy

Wkrótce potem posłanka PiS i wiceprzewodnicząca komisji Anna Milczanowska przeszła do przedstawienia kandydatur Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Usłyszeliśmy obszerne fragmenty życiorysów tej przebojowej dwójki. Jak zauważyli posłowie opozycji – mocno przypudrowane.

Jako pierwszy swoje wątpliwości przedstawił w pytaniach poseł PO Michał Szczerba. Odniósł się do opinii prawników i zwrócił uwagę na potencjalnie dyskwalifikujący wiek Piotrowicza i Pawłowicz. Ale nie tylko.

„Jest też kryterium nieskazitelnego charakteru. W ostatnich latach do Komisji Etyki Poselskiej wielokrotnie wpływały wnioski dotyczące wypowiedzi pani poseł Pawłowicz.

Czy pani podtrzymuje te wypowiedzi? Czy jest pani gotowa przeprosić posłankę Gasiuk za obrażanie jej? Za używanie języka poniżającego i nienawistnego, m.in. wobec Donalda Tuska? Czy z czystej krwi polityczki może pani stać się niezawisłym sędzią TK?”

– pytał Szczerba.

Poseł punktował też przemilczane fragmenty CV Stanisława Piotrowicza.

„Jakie ma pan odczucia wobec postawy, którą prezentował pan, gdy jako prokurator umorzył sprawę księdza z Tylawy? Czy nie wstydzi się pan, że publicznie oczyszczał go pan z zarzutów?” – pytał.

Przewodniczący Ast kilkakrotnie próbował odebrać głos Szczerbie. Ostatecznie, ku oburzeniu opozycji, posłowie PiS przegłosowali pomysł, by skrócić czas na zadawanie pytań do jednej minuty na każdego kandydata.

Ekspresowe pytania

Na szybko swoje pytania musieli zadać m.in. polityk Wiosny Krzysztof Śmiszek, Katarzyna Piekarska i Anna Maria Żukowska z SLD, Kamila Gasiuk-Pihowicz, Krzystof Paszyk z PSL, Magdalena Filiks z KO i Barbara Dolniak z Nowoczesnej.

Mimo niesprzyjających warunków opozycja z ogromnym wysiłkiem przypominała wady obydwojga kandydatów.

„Czy podtrzymuje pani swoją opinię, że sędziowie po 65 roku życia nie są w stanie podejmować racjonalnych decyzji? Po co kandyduje pani do TK, skoro mówiła Pani, że Trybunał narusza zasadę demokratyzmu? Czy prawo unijne ma prymat nad prawem krajowym?” – wyliczał Śmiszek.

„Za co dostał pan brązowy krzyż zasługi w 1984 roku, bo chyba nie za działalność opozycyjną?” – pytała Piotrowicza Katarzyna Piekarska.

„Stanowiliście państwo prawo, teraz będziecie wyłączeni ze spraw, które dotyczą ustaw, przy których pracowaliście – czy ma to sens? Czy pan Piotrowicz może stać się apolityczny miesiąc po wyborach, w których kandydował? Czy jest dobrym kandydatem do TK, skoro nie dostał nawet wystarczająco głosów, by zostać posłem?” – argumentowała Magdalena Filiks.

„Czy to prawda, że razem z marszałkiem Kuchcińskim łamał pan instrukcję HEAD? Pani profesor Pawłowicz, czy podtrzymuje pani opinię w sprawie flagi UE? Nadal nazwałaby ją pani szmatą?” – dopytywał Krzysztof Paszyk.

„Czy będą państwo niezależni i niezawiśli? Nie było tego symptomów w ostatnich czterech latach. Oboje jesteście prawnikami, a mimo swojej wiedzy podejmowaliście decyzje, które są sprzeczne z konstytucją. Jak chcą nas państwo do siebie przekonać?” – mówiła Barbara Dolniak.

Laurkę dla Pawłowicz wygłosił poseł PiS Bartosz Kownacki.

„Znam panią profesor jako wykładowcę na UW. To były jedne z najlepszych zajęć. Te wcześniejsze wypowiedzi to ataki ludzi, którzy zostali beneficjentami złodziejstwa, które przeprowadzono po 89 roku” – stwierdził.

Pawłowicz: „Wszystko podtrzymuję”

Po skończonej rundzie pytań głos zabrała Krystyna Pawłowicz.

„To wasza zasługa, że tutaj siedzimy. PiS chciało ograniczyć wiek emerytalny sędziów TK, ale państwo protestowaliście. Dzięki państwu jesteśmy na tej sali jako kandydaci” – zaczęła posłanka.

„Komisja Etyki Poselskiej jest reliktem czasów PRL, kiedy była jedność moralno-polityczna wszystkich posłów.[…] Przewagę mają w niej zawsze posłowie opozycji i wykorzystują jako pałkę do cenzurowania wolnych wypowiedzi politycznych, do których posłowie są upoważnieni” – przekonywała.

„Zacytował pan moje wypowiedzi. Wszystko, co napisałam, podtrzymuję. Nic nie cofam, proszę pana” – odpowiedziała Pawłowicz Michałowi Szczerbie i Krzysztofowi Śmiszkowi.

„Morda to jest morda, to nie jest żadne słowo wulgarne” – stwierdziła.

„W razie konfliktu polskiego prawa z prawem UE, odsyłam do art. 8 i 91 konstytucji, które mówią, że prymat ma polska konstytucja. Jest najwyższym prawem RP” – podkreśliła Pawłowicz.

Posłanka przyznała, że zdarzyło jej się głosować za przepisami, które uznała za niekonstytucyjne, bo tak nakazywała jej partyjna dyscyplina.

„To była moja prywatna opinia, o konstytucyjności decyduje Trybunał Konstytucyjny. Poseł ma swoje obowiązki” – ucięła.

Na sali rozgorzała dyskusja. Wkrótce potem przewodniczący Ast postanowił zakończyć debatę i przejść do głosowania, zanim jeszcze na którekolwiek z pytań odpowiedział Stanisław Piotrowicz.

Gdy posłowie PiS poparli kandydaturę Krystyny Pawłowicz, część posłów opozycji zamierzała opuścić salę. Zostali jednak na głosowaniu nad kandydaturą Piotrowicza. Także i on otrzymał zielone światło dzięki głosom PiS.

„Posadzilibyście córki na kolanach księdza z Tylawy? Tak traktujecie TK?” – ubolewała Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Jastrzębski w odstawkę

Posłowie i posłanki nie mieli okazji przepytać sędziego Roberta Jastrzębskiego, bo PiS tuż przed posiedzeniem komisji wycofało dla niego poparcie.

„To prawda, ale nie wiem, skąd taka decyzja” – mówił Onetowi w środę Marek Ast.

Posłowie PiS zgłosili Jastrzębskiego na ostatnią chwilę, w piątek 15 listopada, wycofując zarazem zaproponowaną wcześniej Elżbietę Chojnę-Duch.

Chojna-Duch miała dowiedzieć się o tym z publikacji Onetu. „Były wcześniej rozmowy, że rozważają taką możliwość. Ale odpowiedź mieli mi dać w poniedziałek. Czemu zmienili zdanie na temat mojej kandydatury? Nie mam pojęcia. Nie tłumaczyli tego” – komentowała prawniczka.

Jak pisaliśmy w OKO.press Jastrzębski jest jednym z „ośmiu wybitnych konstytucjonalistów” Zbigniewa Ziobry. Gdy Trybunał Konstytucyjny w marciu 2016 roku orzekł, że nowelizacja ustawy o TK przeprowadzona przez PiS była niekonstytucyjna, Ziobro powoływał się m.in. na ekspertyzę Jastrzębskiego, który „podzielał zdanie rządu”.

Media spekulują, że PiS musiało wycofać jednego z kandydatów ze względu na toczące się w obozie Zjednoczonej Prawicy rozmowy koalicyjne. Naciskać mieli koalicjanci partii Kaczyńskiego, którzy też chcą mieć w TK swoich przedstawicieli.

„Jedną z trzech osób zastąpi kandydat naszych koalicjantów. Swojego reprezentanta zgłoszą też w styczniu, gdy skończy się kadencja kolejnego sędziego TK” – powiedział „Gazecie Wyborczej” anonimowy rozmówca z kręgów władzy.

>>>

„Potrzebuję tego boksu, tego wysiłku, ciosów i bólu, żeby zejść na ziemię. Inaczej nie zachowam dystansu do samego siebie” – opowiadał w 2017 roku. „Od dłuższego czasu widać było, że ma większe ambicje niż samorząd. To nie jest zając ustawiony, by prawybory się odbyły. Czekał na właściwy moment” – mówi OKO.press polityczka KO

„Polska potrzebuje silnej prezydentury, która zatrzyma łamanie praworządności, wydobędzie kraj z chaosu partyjniactwa i przywróci wszystkim obywatelom prawdziwe poczucie wspólnoty. Podjąłem się tego wyzwania. Dlatego zgłosiłem swoją kandydaturę w prawyborach” – napisał na Twitterze w środę 20 listopada 2019, tuż przed godz. 18.

Człowiek w kopercie

We wtorek o północy minął termin zgłaszania kandydatów i kandydatek w prawyborach prezydenckich Koalicji Obywatelskiej, planowanych na 14 grudnia. Zanosiło się na to, że prawyborów nie będzie, bo zgłosiła się tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, była marszałkini Sejmu, zgłoszona jako kandydatka KO na premiera w czasie kampanii przed wyborami 2019. Zebrała 150 głosów poparcia.

W środę w południe pojawiły się pogłoski, że jest jeszcze czyjeś zgłoszenie. O 17.30 Grzegorz Schetyna potwierdził (z Zagrzebia, gdzie pojechał na spotkanie EPL i wybory Tuska), że jest jeszcze jedno zgłoszenie, w zamkniętej kopercie.

Gdy nazwisko Jacka Jaśkowiaka (rocznik 1964) zaczęło się powtarzać, potwierdził na Twitterze.

W 2010 roku kandydował na prezydenta Poznania z listy ruchów miejskich Porozumienie My-Poznaniacy – i przegrał, zdobywając 7,16 proc. głosów. W 2013 wstąpił do Platformy Obywatelskiej i ponownie wystartował w wyborach – jako kandydat PO i sensacyjnie wygrał z Ryszardem Grobelnym, który rządził Poznaniem przez 16 lat. Jaśkowiak zdobył w drugiej turze 59,09 proc.

Był pierwszym polskim prezydentem miasta, który wziął udział w Marszu Równości – w 2015 roku. Robił to również w kolejnych latach, w końcu organizatorzy poprosili Jaśkowiaka o honorowy patronat nad Marszem – zgodził się. W 2018 roku Poznański Marsz Równości przeszedł pod patronatem Prezydenta Poznania.

Był biznesmenem. W latach 90. pracował w firmie Jana Kulczyka, potem założył własną, która zajmowała się doradztwem i obsługą księgową. Był też menedżerem barda opozycji Jacka Kaczmarskiego. Angażował się w organizację imprez sportowych – Pucharu Świata w biegach narciarskich w Szklarskiej Porębie.

„Od dłuższego czasu widać było że ma większe ambicje niż samorząd, więc moim zdaniem to nie jest zając ustawiony tylko by prawybory się odbyły.
Po prostu czekał na właściwy moment” – mówi OKO.press polityczka KO.

OKO.press przedstawia wybór wypowiedzi Jaśkowiaka, w większości z wywiadu-rzeki Violetty Szostak i Włodzimierza Nowaka. „Dżej Dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem Prezydentem Poznania” wydanej w 2017 roku, Wydawnictwo Poznańskie.

O kandydowaniu na prezydenta (2017)

Violetta Szostak i Włodzimierz Nowak: Namawiają cię?

No tak… Idę na jakieś przyjęcie, podchodzi do mnie właściciel firmy wartej pięćset milionów i mówi: „Jestem zaszczycony, że mogę przywitać przyszłego prezydenta Polski”.

O! I co?

Nie mam takich ambicji (…)

Ciekawi jesteśmy spotkania z tobą za jakiś czas, gdy okaże się na przykład, że Jaśkowiak jednak kandyduje na prezydenta Polski.

Dajcie spokój! Dziesięć razy więcej mogę zrobić jako prezydent Poznania – mam dziesięć razy większy budżet. Prezydent Polski to funkcja czysto reprezentacyjna. Nie mówiąc już o tej patologii, jaką mamy teraz, gdy Duda pełni funkcję długopisu. Po co mi to? Mam swoje ego huśtać? Jaki to jestem wspaniały i tak dalej? (…) Pisałem się na Poznań. Co zacząłem, to skończę.

O kandydowaniu na prezydenta (2018)

Nie za bardzo wydaje mi się, żeby było to możliwe ze strony jakiegokolwiek samorządowca. Bo ta kampania wymaga dużego zaangażowania czasowego, a każdy z nas ma tutaj ciężką pracę do wykonania. Jestem przekonany, że opozycja będzie w stanie wystawić dobrego kandydata (Onet, 15 października 2018).

O uchodźcach i PiS

Stanowisko Kościoła jest w sprawie uchodźców jednoznaczne: należy pomagać. A skoro PiS tak bardzo identyfikuje się z Kościołem, że aż rząd jedzie na mszę prymicyjną syna Beaty Szydło na Jasną Górę, to niech sięgną również do Pisma Świętego. Niech naprawdę posłuchają głosu tego Kościoła! Bo klęczą na procesjach, swoją wiarę manifestują politycznie, a potem robią coś zupełnie innego.

O konserwatyzmie

Czy Merkel z CDU jest konserwatywna? Jeżeli o takim konserwatyzmie mówimy, to ja się z nim absolutnie identyfikuję.

O Schetynie

Grzegorz wyraźnie dał do zrozumienia, kto jest dla niego partnerem.

Jaśkowiak?

Jaśkowiak. Jestem członkiem rady programowej, na konwencjach Grzegorz trzyma mnie blisko, gdy jest w Poznaniu, siadamy przy jednym stoliku. Pokazuje, na kogo liczy.

(…) Spotykam się ze Schetyną regularnie, wspieram go, jak umiem. Pamiętam, kiedy PO miała strasznie słabe sondaże, w mediach opinie, że Schetyna jest do niczego, a w partii panuje warcholstwo, bo każdy pieprzył, co mu ślina na język przyniesie. Przed jakąś konwencją powiedziałem Grzegorzowi: wypnij klatę, nie garb się, olej te komentarze, musisz iść z powerem. Potem mi dziękował, bo dałem mu zastrzyk energii. Podziwiam go, że to wszystko wytrzymał i wyprowadził Platformę z dołka.

O tym, jak wygrać z PiS? Razem

Dla mnie są w tej chwili ważne dwa elementy. Pierwszy: jak wygrać z PiS-em, jak wygrać Polskę dla wartości europejskich. Drugi: jak to potem poskładać – jeżeli teraz nie będziemy w stanie dogadać się jako demokratyczna opozycja, to jak chcemy się dogadać później, po obaleniu PiS?

(…) PiS-owi możemy wgrzać tylko wtedy, jak się zjednoczymy. Bo wyglądanie rycerza na białym koniu to dziecinada. To pokazuje, że – jako społeczeństwo – mamy jeszcze dużo do zrobienia, by dorosnąć.

O współpracy opozycji

Już teraz musimy pokazać, że potrafimy współpracować. Tak jak dziś w Poznaniu – prezydent jest z Platformy, jeden zastępca z ruchów miejskich, drugi z lewicy. Mamy porozumienie programowe Platformy i lewicy. To najlepszy model dla Polski.

O Poznaniu, który jest trendy

To, czego najbardziej brakowało poznaniakom, to poczucia dumy. Mam nadzieję, że im to dałem, że poczuli: nie jesteśmy obciachowi. W tej chwili Poznań jest trendy. Być symbolem anty-PiS-u, bastionem wolności – niezłe. Poznań wydawał się konserwatywny, ale wcale taki nie jest.

Byłem na wszystkich wyborach prezydenckich, parlamentarnych i samorządowych, również w tych pierwszych częściowo wolnych. Nie opuściłem żadnych wyborów. Na jakie partie głosowałeś? Najpierw na Unię Wolności. Ale zagłosowałem też później na Kwaśniewskiego i SLD. Potem głosowałem na PO. A w wyborach samorządowych głosowałem na Grobelnego w pierwszych dwóch kadencjach. Mam szacunek do wszystkich dawnych opozycjonistów, którzy tyle zrobili dla Polski. Do Macierewicza też miałem. Ale teraz on zachowuje się jak radziecki dygnitarz czy PRL-u.

O tym, na kogo głosował od 1989 roku

Najpierw na Unię Wolności. Ale zagłosowałem też później na Kwaśniewskiego i SLD. Potem głosowałem na PO. A w wyborach samorządowych głosowałem na Grobelnego w pierwszych dwóch kadencjach.

O kobietach

Wolałbym oczywiście spędzić życie w zgodzie z jedną kobietą, być jej wiernym, mieć z nią więcej niż jedno dziecko, ale z Joanną nam się to nie udało. Nie uważam jednak, by mój stosunek do kobiet był niewłaściwy. Nie traktuję kobiet przedmiotowo. Przeżyłem z nimi i dzięki nim najważniejsze chwile w moim życiu.

O boksie

Chodzę na treningi z wyczynowymi bokserami! Z Saszą, który ma gabaryty prawie jak Kliczko: waga sto dwa kilogramy, sto dziewięćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Szybki jak cholera – pięć lat trenuje boks, a wcześniej trójbój siłowy. Ciężko się z nim ćwiczy w parze… Jest też Rusłan, z Ukrainy. Trenuje z nami chłopak, który właśnie wyszedł z poprawczaka. Był też student farmacji z Arabii Saudyjskiej. Dopytywał, kim jestem. Myślał, że ten siwy to pomocnik trenera. Jak mu powiedzieli, że to „mayor of the city”, nie uwierzył: „I on tak tu przychodzi? Bez ochrony?!”. No to ktoś mu powiedział: „Popatrz na niego, on nie potrzebuje ochrony” ( śmiech ). Wiecie, jaką mam frajdę z tych treningów? Jak to mnie teraz niesie?

Staram się tak z osiem godzin tygodniowo. I raz w tygodniu mam sparing z zawodowym bokserem. Czasami wstaję o piątej rano, by potrenować przed pracą.

Potrzebuję tego boksu, tych sparingów, tego wysiłku, ciosów i bólu, żeby zejść na ziemię. Muszę iść na ten ring i tę presję z siebie zrzucić. Inaczej nie zachowam dystansu do samego siebie.

O przegrywaniu

Przegrany polityk jest jak przegrany bokser – nikt go już nie potrzebuje. Polityk jest potrzebny wtedy, gdy ludzie go kochają, kochają media. Przegranego nikt nie kocha. I wtedy wrócę po prostu do tego, co robiłem wcześniej. To kusząca perspektywa, żeby razem z synami poprowadzić firmę Jaśkowiak. Sprawdzę, czy jeszcze umiem zarabiać pieniądze.

Już teraz wiem, co powiem, odchodząc z polityki. Mam nadzieję, że będę odchodził z podniesionym czołem. Że mnie nie zniosą z ringu, wmanewrują w jakieś aresztowanie

czy podobne rzeczy… ale przed tym też nie ma we mnie strachu. Co powiesz? Z „Boba Dylana” Kaczmarskiego:

Oddaj komuś rząd dusz
I na własny szlak rusz
Tam gdzie żadne nie zdarzą się porty
Mówić będą żeś zbiegł
Ale wyjdą na brzeg
I zdradzieckie ci lampy zapalą
Ale ty patrząc w dal
Płynąć będziesz wśród fal
Aż sam wreszcie staniesz się falą

O przypadku

Tak sobie dzisiaj myślę, że granica między byciem prezydentem a byciem takim człowiekiem w miejskim kontenerze jest bardzo cienka. Przecież ja też jako młody chłopak mogłem sięgnąć po alkohol, narkotyki. To akurat mnie nie kręciło, ale mam świadomość, że scenariusz mógł być inny.

O bogactwie

Długo oglądałem świat za szybą i chciałem się do niego przebić. Nawet ta fascynacja Joanną – córką dyrektora szpitala i nauczycielki, z willą, jak się wtedy mówiło – było aktem tego przebijania się. Jej życie było dla mnie egzotycznym światem. Nasz związek był przez jej otoczenie postrzegany jako mezalians – półsierota żeni się z księżniczką.

Myślę też o bogactwie – to znaczy o świecie biznesu i wielkich pieniędzy. Ten świat też był dla mnie za szybą, potem tam wszedłem, pomacałem to wszystko. Wystarczyło. Poczułem smak całkiem dużych pieniędzy i przywilejów, jakie dają. Fajnie smakują. Ale nie stałem się ich niewolnikiem.

 

O zabójstwie Adamowicza (i odpowiedzialności Jarosława Kaczyńskiego)

Paweł Adamowicz padł ofiarą goebbelsowskich metod propagandy. Uruchomiono pokłady nienawiści, zbudzono demony nacjonalizmu, straszono uchodźcami. To wszystko cynicznie wykorzystano do wygrania wyborów. Dano przyzwolenie na agresję i język nienawiści, a mediom publicznym – wręcz nakaz szkalowania politycznych oponentów. Paweł Adamowicz i Jacek Karnowski padli ofiarą goebbelsowskich wręcz metod propagandy. Kłamstwo smoleńskie, wykorzystanie służb i mediów do celów politycznych, demontowanie demokratycznego modelu państwa. Za to wszystko i za doprowadzenie do wczorajszej tragedii w mojej ocenie odpowiada Jarosław Kaczyński.

O nacjonalizmie

Nacjonalizm wzrasta nie tylko w Polsce, jest widoczny również np. we Włoszech. Warto sięgnąć do tego, co było fundamentem powstania Unii Europejskiej, czyli zbudowania wspólnoty, by uniknąć wojen w Europie. Musimy przestać przedstawiać wojnę jako coś honorowego i chwalebnego, a wrócić do działania, aby więcej do niej nie doszło.

PAP: Czy również w drugiej kadencji nie pominie pan żadnej okazji, żeby dopiec PiS?

Są pewne wartości i elementy dla mnie kluczowe, ważne w dyskursie politycznym, a jednocześnie istotne dla Poznania i Wielkopolski. Nie widzę powodów, by o tych kwestiach nie mówić wprost.

O Tusku

Żeby naprawić ten bałagan, który zafundował nam PiS na poziomie międzynarodowym, potrzebujemy kogoś z pierwszej ligi. Tusk jest jeszcze młody, zna ważne osobistości, nie tylko w Europie. Prezydent Stanów Zjednoczonych czy Chin będzie z nim rozmawiał zupełnie inaczej. Pytanie tylko, czy Tusk będzie chciał z pozycji jednego z najważniejszych polityków w Europie wracać na arenę krajową. Ja bardzo bym sobie życzył, by wrócił do Polski.

O supporcie Jażdżewskiego

Prezydent Poznania w TOK FM komentował między innymi wystąpienie Leszka Jażdżewskiego przed wykładem Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. – Nie jestem zbulwersowany wypowiedzią Leszka Jażdżewskiego. Jednak patrzymy na kościół z perspektywy hierarchów. Jak patrzymy na abp Głódzia czy o. rydzyka, to trudno się dziwić słowom Leszka Jażdżewskiego. One są bardzo trafne – stwierdził Jacek Jaśkowiak. I dodał: – Dla osób takich jak Donald Tusk, które patrzą na Polskę z dystansu, takie wypowiedzi, jak Leszka Jażdżewskiego, mniej szokują (TOK FM, 5 września 2019)

O aktach zgonu

Paweł Jaśkowiak był jednym z 11 prezydentów polskich metropolii, którzy dostali od Młodzieży Wszechpolskiej „polityczne akty zgonu”; , po ich stanowisku w sprawie przyjmowania imigrantów (tu czytaj o spocie wyborczym PiS z atakiem na nich)

My już wcześniej  składaliśmy różnego rodzaju doniesienia, gdy grożono mnie i moim zastępcom. Utraciliśmy wiarę w działanie organów państwa. W przypadku mojego zastępcy prokurator uzasadnił umorzenie tym, że osoby grożącej nie stać na wynajęcie zabójców z Ukrainy. To ośmieszanie organów państwa. Nie wierzę, że organy państwa będą mnie chronić.

Z Pawłem [Adamowiczem – przyp. red.] rozmawialiśmy na ten temat i byliśmy zbulwersowani tym, że te organy zamiast chronić obywatela, to go nękają, nawet wtedy, gdy jest samorządowcem. To, co dzieje się w Polsce jest straszne (Fakty po faktach, 20 stycznia 2019)

O Dudzie i Kaczyńskim (Lechu)

Nie wyobrażam sobie, żeby prawica wystawiła tego ośmieszonego i skompromitowanego prezydenta Dudę. Kaczyński go wykorzystał tak, jak trzeba było. No ale on już się zużył i teraz trzeba wystawić kogoś, kto nie będzie ośmieszał nam kraju, tylko będzie go godnie reprezentował (15 października 2019, Onet)

PAP: Jak w tym kontekście należy rozumieć pańską decyzję o zaproszeniu byłych prezydentów Polski na obchody 11 listopada 2018 bez zaproszenia obecnej głowy państwa?

Zaprosiłem prezydentów Wałęsę i Komorowskiego, którzy – walcząc o naszą wolność i demokrację – mieli bardzo duży udział w odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Zaproszenie wysłałem też do prezydenta Kwaśniewskiego, który przyczynił się do naszej obecności w NATO i Unii Europejskiej. Natomiast prezydent Duda, będąc strażnikiem konstytucji, wielokrotnie ją złamał. Tak naprawdę jest prezydentem nie tyle Polaków, co Prawa i Sprawiedliwości. Swoją postawą wielokrotnie dowiódł, że odbiega od standardów wyznaczonych przez poprzednich prezydentów, także Lecha Kaczyńskiego. Gdyby żył – jego też bym zaprosił.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Więcej >>>

Zachwyt, jakim darzymy każdego polityka, który normalnie się wypowiada i który potrafi sprawnie przemawiać pokazuje, gdzie jesteśmy jako społeczeństwo obywatelskie i demokracja – bardzo blisko standardów rosyjskich i białoruskich.

Z pewnym gorzkim rozbawieniem obserwuję zachwyt nad profesorem Grodzkim, a ostatnio Adrianem Zandbergiem. Pierwszy to marszałek Senatu, który zachowuje się jak marszałek Senatu i senator zachowywać się powinien, czyli normalnie i godnie. Dyskutuje argumentując, bez obrażania ludzi i wyzwisk. Do polityki nie przyszedł znikąd, jest lekarzem, chirurgiem, w dodatku cenionym i z dobrą opinią (pomijam paszkwile na jego temat w TVP, bo nie traktuję tej partyjnej stacji jako wiarygodnego źródła informacji). Prof. Grodzki (no właśnie, profesor!) jest zatem wykształconym, poukładanym zawodowo człowiekiem, który, jak twierdzi i na razie nie ma nic, co by temu przeczyło, jest w polityce nie, żeby się wzbogacić czy obłowić, ale żeby coś zrobić.

Potrafi w dodatku – i to już prawdziwa wisienka na torcie – wygłosić takie orędzie telewizyjne, które będzie mądre, złożone ze zdań mających podmiot, orzeczenie, dopełnienie i przydawkę, mające sensowny wstęp, rozwinięcie i zakończenie, ciąg logiczny, pozbawione natomiast obelg i wykrzykników (sic!), nawet wobec ludzi, których poglądów prof. Grodzki nie podziela.

Adrian Zandberg natomiast potrafi – i to wiadomo nie od dziś – wejść na sejmową mównicę albo do studia telewizyjnego i zwyciężyć w debacie, przemawiając inteligentnie, rzeczowo, konkretnie, a przy tym z pewną dozą brytyjskiej ironii i sarkazmu i niepozbawionej uroku złośliwości. Potrafi dopiec premierowi Morawieckiemu po jego expose, ale go nie obrazić, wyzłośliwić się, ale nie poniżyć, wskazać błędy w rozumowaniu, ale posługując się danymi, a nie przymiotnikami. Jednym słowem – tak się wysłowić, że nawet jeśli się poglądów pana Zandberga nie podziela, słuchanie go sprawia przyjemność.

I wszystko super i bardzo mi się to podoba, ale – i tu nie zrozumcie mnie źle – niczego panom Grodzkiemu i Zandbergowi nie ujmując – takie cechy i zachowania powinny być i w wielu krajach są normą, a nie wyczynem, za który powinno się wręczać medale i opiewać w sonetach.

Niebywały zachwyt wielu obywateli i dziennikarzy tym kawałkiem upragnionej normalności, który odsłania się przed nami gdzieniegdzie i od czasu do czasu w sposobie bycia niektórych polityków, pokazuje, jak daleko od niej odeszliśmy. I to, że w ciągu zaledwie jednej kadencji rządów PIS, przez szereg putinowsko – białoruskich zachowań tej władzy, jak brak konsultacji społecznych, używanie siły bezpośredniej i instytucjonalnej wobec obywateli protestujących przeciw rządowi i posłom opozycji, upartyjnienie publicznych mediów, sianie topornej propagandy, przyzwyczailiśmy się do życia w nienormalności i przemocy.

Cieszy mnie, że to się zaczyna powolutku zmieniać, ale zawsze miejmy świadomość – że to, co prezentują posłowie i senatorowie, których podziwiamy za „ogromną kulturę”, to nie jest nic ekstra, tylko coś, co nam się po prostu należy i czego musimy nauczyć się wymagać na co dzień.

Morawieckiego polityka oparta na dyrdymałach, Ziobro nie pojmuje wyroku TSUE

20 List

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej przez PiS Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego oraz, pośrednio, Krajowej Rady Sądownictwa.

Jak pisała w OKO.press Anna Wójcik, Trybunał polecił polskiemu SN, by ten zbadał niezależność nowej Izby za pomocą konkretnych kryteriów.

Premier nie skomentował wyroku wprost, choć z pewnością został o nim poinformowany, a exposé zaczęło się z 10-minutowym opóźnieniem. Skorzystał natomiast z okazji, by – po raz kolejny – wygłosić połajanki dla opozycji, która „donosi na Polskę do instytucji międzynarodowych” i bronić rządowych reform. Które – według niego – są tak niewinne, jak za zachodnią granicą.

Niby nic o wydarzeniach w Luksemburgu, a jednak.

Zahaczając o TSUE

„Niezawisłość jest bardzo ważna, ale ona nie oznacza braku odpowiedzialności. Podział władz, ale też ich równowaga. Demokratycznie wybrany parlament ma wpływ na obsadę sądów w każdym kraju. W USA, Francji, Hiszpanii, wszędzie. W Niemczech np. czynny polityk CDU został rok temu wybrany na wiceprezesa federalnego Trybunału Konstytucyjnego” – zapewniał Mateusz Morawiecki.

Słowa premiera to jasne odniesienie do reformy Krajowej Rady Sądownictwa, której m.in. dotyczył dzisiejszy wyrok TSUE.

Po nowelizacji przeprowadzonej przez PiS 15 członków-sędziów Rady w marcu 2018 roku wybrali posłowie, a nie środowisko sędziowskie. Zdaniem licznych ekspertów prawnych doprowadzono tym samym do upolitycznienia Rady. Przez co nie jest ona w stanie skutecznie stać na straży niezawisłości sędziów.

Opinia KRS jest kluczowym elementem postępowań konkursowych na wszystkie stanowiska sędziowskie. Upolityczniona KRS to zatem upolitycznione sądy, w tym np. Izba Dyscyplinarna SN, której wszystkich członków powołano już po zmianach PiS.

Choć TSUE nie orzekł dziś wprost, czy Izba Dyscyplinarna spełnia wymagania niezależnego sądu, to nakazał Sądowi Najwyższemu zbadanie tej sprawy. Przedstawił szereg kryteriów, które musi spełniać sąd, by gwarantować obywatelom prawo do rzetelnego procesu.

Robimy to, co inni

Słowa premiera w exposé to echo ulubionego argumentu PiS, gdy trzeba bronić zamachu na sądy: polskie reformy niczym nie różnią się od rozwiązań funkcjonujących m.in. w Niemczech czy Hiszpanii. Kilkakrotnie demaskowaliśmy go w OKO.press.

Jak pisaliśmy, podobieństwo między ustawami Ziobry a systemem hiszpańskim jest pozorne. A Hiszpania, która dołuje w europejskich rankingach niezależności władzy sądowniczej, to niezbyt dobry wzór do naśladowania.

Przywołany przez Morawieckiego system niemiecki należy do najbardziej upolitycznionych w UE. Ale na korzyść Niemców działa długa tradycja, obecność opozycji w komisji rekrutacyjnej, opinia sędziów i dobry obyczaj. W Niemczech nie do pomyślenia jest na przykład, by do sądu wybrano kandydata bez doświadczenia i kompetencji.

Problemem, jak słusznie zauważyli międzynarodowi politycy, jest całokształt polskiej reformy, nie jej wyrwane z kontekstu elementy.

Przypomnijmy:

PiS upolityczniło KRS. Podporządkowało sobie Trybunał Konstytucyjny. Próbuje przejąć Sąd Najwyższy. Ściga sędziów, którzy ośmielą się krytykować te pomysły. Do tego dochodzi czystka w prokuraturze.

Żeby było „normalnie”

„Czy opozycja w tych krajach chodzi do instytucji międzynarodowych ze skargą, że tam nie ma praworządności? Nie. Bo oni rozumieją, że mocno szkodzi to ich krajom. Bardzo bym sobie życzył, żeby w Polsce było pod tym względem normalnie. Jak w dojrzałych krajach Zachodu. Nie osłabiajmy Polski, skarżąc się na nią, tylko razem Polskę wzmacniajmy” – apelował Morawiecki w exposé.

Premier zarzuca politykom opozycji, że „donosząc” unijnym instytucjom o posunięciach PiS, szkodzą własnemu krajowi. Ale do osłabienia pozycji Polski na świecie doprowadziły właśnie reformy sądownictwa partii Kaczyńskiego. To one zaowocowały m.in. rekordowym spadkiem oceny stanu polskiej demokracji w rankingu Freedom House.

Trybunał Sprawiedliwości UE dwukrotnie potwierdził, że próba przeprowadzenia czystki w sądach, była niezgodna z unijnym prawem. „Donosy” opozycji nie były zatem bezpodstawne.

Z Morawieckim nie zgadza się także większość polskiej opinii publicznej.

58 proc. badanych w najnowszym sondażu OKO.press odpowiedziało, że unijny Trybunał ma prawo zatrzymać „reformę” PiS, jeśli uzna, że narusza ona zasady UE. Przeciw było 1,7 raza mniej – 35 proc. Nawet wśród wyborców PiS 25 proc. daje takie prawo TSUE, wśród pozostałych osób aż 78 proc.

Poparcie dla działań Trybunału w Luksemburgu rośnie, a narracja PiS, powtórzona w exposé Morawieckiego, słabnie. Półtora roku temu „za” opowiedziało się 54 proc. respondentów. Wśród wyborców PiS było ich wyraźnie mniej niż dziś.

Mateusz Morawiecki jest baronem Münchausenem polskiej polityki. Jego specjalnością są różnego rodzaju niestworzone historie i zapowiedzi podlane patetycznym sosem. Kiedy się okazuje, że prawie nic nie zostało zrealizowane, płynnie przechodzi się do następnych wielkich zapowiedzi, obietnic i kolejnej porcji sosu – mówi OKO.press Marek Borowski

Pamiętam wypowiedzi premiera Morawieckiego sprzed kilku lat, gdy próbował zawładnąć umysłami Polaków, wygłaszając płomienne obietnice dotyczące wielkich projektów, które wprowadzą Polskę do świata innowacji i wprawią w zachwyt cały świat. Pamiętam auta elektryczne, promy, lukstorpedy, drony… Mieliśmy mieć też znaczący wzrost inwestycji w ciągu kilku lat i szybko doganiać średnią europejską, jeśli chodzi o PKB na głowę mieszkańca.

To były wspaniałe perspektywy i plany, problem w tym, że akurat te, które wymieniłem, nie zostały zrealizowane nawet w pięciu procentach. Mijają cztery lata rządów PiS, pan premier znów wychodzi na mównicę i nie mówi o tym słowa. Słyszymy za to o 9 tys. km linii kolejowych, którymi można opasać trzykrotnie polskie granice. Słyszymy o wielkiej transformacji z gospodarki papierowej do cyfrowej.

Państwo dobrobytu? Morawiecki kompromituje tę ideę

Gdybyśmy Mateusza Morawieckiego usłyszeli po raz pierwszy, pewnie robiłby jakieś wrażenie. Teraz rozczarowuje. Nie łączyłem z nim wielkich nadziei, ale myślałem, że stać go na więcej. Gdyby premier odniósł się także chociaż w paru słowach do rzeczy, które się nie udały, to by ociepliło jego wizerunek. Pokazałby, że stoi na czele rządu, który boryka się także z problemami. Ale nic takiego nie usłyszeliśmy.

Rząd Morawieckiego znów objawił się jako ekipa, który preferuje rozwiązania indywidualne, zaniedbując rozwiązania zbiorowe. Mamy 500 plus, bardzo ładnie, bardzo dobrze, ale przecież za 500 złotych żadna rodzina nie kupi dobrej edukacji i dobrego lekarza.

W państwie dobrobytu, o którym Morawiecki cały czas opowiadał, interes indywidualny jest równoważony z interesem grupowym, społecznym. Te zaniedbania, które mają miejsce w zdrowiu, w edukacji, w administracji publicznej, w polityce senioralnej, to zaniedbania dramatyczne, które ideę państwa dobrobytu kompromitują.

I co pan premier miał w tej sprawie do powiedzenia?

Jeśli chodzi o edukację, premier stwierdził, że przeznaczy na nią więcej pieniędzy. Z tym że chodzi raczej o pieniądze samorządów. Coś wspomniał o nauczycielach, że „inwestujemy w edukację”, co było tak śmieszne, że aż nie wierzyłem w to, co słyszę. Dowiedzieliśmy się też, że nauczyciele dostaną podwyżki w skali takiej jak sfera budżetowa – problem w tym, że nauczyciele spadli poniżej jakichkolwiek sensownych wskaźników płac i należą im się te podwyżki znacznie wyższe. Ze słów Morawieckiego wynika, że nic z tego nie będzie.

Zdrowie? Dramat. Pan premier, zwracam uwagę, już nie wspomniał, że Polska w ciągu czterech lat osiągnie pułap wydatków na ochronę zdrowia w wysokości 6 proc. w relacji do PKB. Stwierdził natomiast, że już bardzo dużo na zdrowie przeznaczyliśmy, a prawda jest taka, że w rzeczywistości wzrost jest minimalny, jeśli chodzi o stosunek do PKB.

Nie usłyszeliśmy też ani słowa, jak rząd chce sobie poradzić z problemem gigantycznego zadłużenia szpitali.

Puste słowa o zgodzie

A poza tym oczywiście praworządność w Polsce kwitnie, jesteśmy też w czołówce demokracji. Morawiecki powiedział też, że sądownictwo musi być niezawisłe, ale musi być też odpowiedzialne.

To mi przypomina taką tezę, którą słyszałem ponad 40 lat temu, że krytyka, jak najbardziej, jest dopuszczalna, ale musi być konstruktywna. Jeżeli krytyka będzie niekonstruktywna, to takich krytykantów my tutaj potraktujemy odpowiednio.

To pokazuje, jak bardzo pewne stereotypy peerelowskie są ciągle żywe i obecne w PiS. Sądownictwo ma być po prostu niezawisłe i koniec!

I wreszcie mieliśmy wyciąganie ręki do opozycji, w patetycznym sosie, że są pewne sprawy, że trzeba razem, że wspólnie. Jak trzeba razem i wspólnie, to już wysłuchaliśmy w exposé pana Antoniego Macierewicza jako marszałka seniora,  ale o to mniejsza.

Natomiast gdyby premier powiedział, że podejmie działania, by media publiczne stały się naprawdę mediami publicznymi, że to, co było do tej pory, teraz się skończy, to bym rozumiał, że wyciąga rękę. Bez tego jego słowa są puste. On swoje, prezes będzie swoje mówił, a Jacek Kurski swoje. Za chwilę pamięć o exposé przeminie i zderzymy się z rzeczywistością. I wtedy się okaże, że ile warte były te zapowiedzi.

Premier nie zająknął się również o tym, że mamy na świecie spowolnienie gospodarcze, powiedział natomiast, że chcemy utrzymać tempo wzrostu o 2, 3 pkt. proc. wyższe niż w Europie Zachodniej. Cóż, muszę powiedzieć, że to nie jest żaden ambitny program. Europa się będzie rozwijać w tempie, załóżmy, 1, 1,2, 1,3 proc. W takim wypadku polskie PKB będzie rosnąć ledwie o 3 proc. z kawałkiem.

Nie słyszymy już  także, że w dziesięć lat dogonimy Niemcy. Nie było zapowiedzi wzrostu poziomu inwestycji, bo premier już się zorientował, że to jest łatwy cel do krytyki. Wspomniał tylko o budżecie zrównoważonym – wspaniale, natomiast Morawiecki doskonale wie, że ten budżet jest zrównoważony jednorazowymi przychodami, a także sztuczkami księgowymi.

Zapewne trudno byłoby oczekiwać od premiera, by mówił, że jak będzie źle, to przytniemy to, czy tamto, ale widać było wyraźnie, że znacznie przycichło chwalenie się sukcesami polegającymi na szybkim tempie wzrostu.

Wsi spokojna, wsi wesoła…

Pan premier jest elokwentny, kocha poezję, odwoływanie się do ekonomistów, cytatów – od Norwida do Dmowskiego. A jeszcze przy okazji oczywiście postraszył LGBT i nowinkami z Zachodu. Znowu jakbym słyszał peerelowską propagandę. Na całym świecie te sprawy się zwyczajnie rozwiązuje, ale u nas? Wsi spokojna, wsi wesoła, my tu przedmurze chrześcijaństwa, gdzie absolutnie nie wpuścimy żadnych nowych prądów.

Zwłaszcza – jakżeby inaczej – przed nowinkami chronić będziemy dzieci. Gdy Morawiecki powiedział „kto podniesie rękę na nasze dzieci…”, to myślałem, że za chwilę usłyszymy „…tę rękę mu odrąbiemy”. Ale premier był łagodny i zamiast odrąbywania usłyszeliśmy, że się przeciwstawimy. Inna sprawa, że jak Morawiecki mówił o dzieciach, to każdemu muszą przyjść do głowy księża i problem pedofilii w Kościele. On oczywiście nie o tym myślał, zabrakło mu po prostu wyczucia.

Co właściwie orzekł europejski sąd? Jakie są skutki wyroku dla Izby Dyscyplinarnej i neo-KRS? Czy rację ma triumfujący Ziobro? Tłumaczy to wszystko sędzia TSUE Marek Safjan i ośmioro wybitnych ekspertów. Polecamy lekturę zwłaszcza rozczarowanym, że Luksemburg nie zmiażdżył „deformy sądów”

Niewątpliwie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE wydany dziś (19 listopada) w odpowiedzi na pytania prejudycjalne zadane przez Izbę Pracy Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18) okazał się rozczarowaniem dla wszystkich, którzy oczekiwali, że Wielka Izba TSUE powtórzy miażdżącą krytykę Izby Dyscyplinarnej SN i KRS,  jaką w czerwcu wygłosił rzecznik generalny TSUE prof. Jewgienij Tanczew.

Tanczew ocenił wówczas wprost, że Krajowa Rada Sądownictwa i powołana przez nią Izba Dyscyplinarna w SN nie spełniają wymogu skutecznej ochrony sądowej w rozumieniu prawa unijnego, o której mówi art. 19 ust.1 Traktatu o Unii Europejskiej i art. 47 Karty Praw Podstawowych UE.

TSUE nie poszedł tak daleko.

W wyroku z 19 listopada Trybunał zachował się podobnie jak w sprawie pytań prejudycjalnych zadanych przez sąd irlandzki (a dokładniej, przez sędzię Aileen Donnelly): przedstawił kryteria, na podstawie których to sąd krajowy ma ocenić, czy sąd, do którego odsyła sprawę, jest niezawisły i niezależny w rozumienia prawa unijnego.

O co pytał SN i co odpowiedział Trybunał

Izba Pracy SN zapytała TSUE, „czy niezawisłym i niezależnym sądem w rozumieniu prawa Unii Europejskiej jest sąd, który z uwagi na ustrojowy model jego ukształtowania oraz sposób działania, nie daje rękojmi niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej?”.

Odpowiedź na to pytanie jest Izbie Pracy potrzebna, aby ocenić, czy sąd, do którego chce odesłać rozpatrywaną sprawę – czyli utworzona za rządów PiS Izba Dyscyplinarna SN – jest niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego.

Wielka Izba TSUE wydała wyrok, w którym nie odpowiedziała wprost na to pytanie, ale przedstawiła przekrojowe i szczegółowe kryteria tej oceny.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan podkreślił, że w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne zadane przez sądy krajowe, TSUE podaje kryteria niezbędne do rozstrzygnięcia sprawy, ale nie „wyręcza” sądu krajowego, w tym wypadku Izby Pracy SN, od dokonania samodzielnej oceny.

Pytania zadane przez Izbę Pracy SN nie dotyczyły wprost Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale w orzeczeniu TSUE są dwa nowatorskie elementy, które sprawiają, że Izba Dyscyplinarna SN ma jasne kryteria także oceny KRS.

Po pierwsze, TSUE orzekł, że istnieje relacja między niezawisłością sędziowską a mechanizmami wyłaniania kandydatów na sędziów. W Polsce w procesie wyłaniania kandydatów na sędziów kluczową rolę odgrywa Krajowa Rada Sądownictwa.

Po drugie, TSUE wskazuje, że należy dokonać oceny funkcjonowania całego systemu, który determinuje niezawisłość sądów. To znaczy, że przy ocenie organu, który wyłania sędziów (KRS), należy wziąć pod uwagę cały kontekst jego działania (cała analiza prof. Safjana w nagraniu Inicjatywy Wolne Sądy).

Piłka po polskiej stronie boiska, ale według europejskich zasad gry

Orzeczenie TSUE zostało z entuzjazmem przyjęte przez Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro:

„Bardzo dobre orzeczenie. Trybunał Sprawiedliwości orzekł to, czego się spodziewałem.

Czyli, że nie jest właściwy do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa i przesunął piłeczkę z powrotem na polskie podwórko”.

Nie sposób zweryfikować prawdziwości pierwszej części wypowiedzi ministra Ziobry, ponieważ nie wiadomo, jakie były jego przewidywania.

Druga część rozmija się z prawdą.

Owszem TSUE „przesunął piłeczkę na polskie podwórko” w tym sensie, że nie dokonał wprost oceny Izby Dyscyplinarnej SN i KRS.

Rozwijając metaforę Ziobry: piłka jest po polskiej stronie boiska, ale arbiter wyraźnie powiedział, że gra toczy się według europejskich reguł. I precyzyjnie je opisał.

Zupełnym wymysłem jest stwierdzenie, że Trybunał Sprawiedliwości powiedział,  że nie jest sądem właściwym do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa.

Przeciwnie, podkreślił, że kwestie niezawisłości i niezależności sądów są materią prawa europejskiego.

Tę kwestię wyjaśnia prof. Marek Safjan:

„TSUE potwierdził, że jest kompetentny do oceny sądownictwa w państwie członkowskim UE. Kwestie związane z niezależnością i niezawisłością sądów są objęte prawem europejskim, należą do materii traktatów i Karty Praw Podstawowych. To nie jest sprawa wewnętrzna prawa krajowego. To sprawa, która wymaga oceny na podstawie przepisów prawa unijnego.

Art. 2 Traktatu o UE, wskazujący na rządy prawa, zawiera zarazem wymagania odnośnie wymiaru sprawiedliwości.

TSUE mówi: to prawda, że każde państwo członkowskie zachowuje autonomię co do organizacji wymiaru sprawiedliwości, mechanizmów powoływania sędziów, trybu funkcjonowania sądów. Tych wyborów dokonuje państwo członkowskie. Ale owe wybory muszą być podporządkowane temu, by funkcjonowanie sądów zapewniało skuteczną ochronę praw jednostek.

Taką ochronę może zapewnić tylko niezawisłe sądownictwo i niezawiśli sędziowie. Stąd wywodzimy wymaganie dotyczące niezawisłości sądów.”

Luksemburski Trybunał podał szczegółowe kryteria oceny niezawisłości i niezależności sądów

TSUE w liczącym aż 172 paragrafy wyroku przedstawił przekrojowe, rozbudowane i szczegółowe kryteria, które musi wziąć pod uwagę sąd krajowy (czyli Izba Pracy SN) przy dokonywaniu oceny, czy odsyła sprawę do sądu spełniające wymogi niezależności i niezawisłości w rozumieniu prawa unijnego (Izba Dyscyplinarna SN).

Sednem wyroku TSUE jest to, że organizacja sądownictwa podlega ocenie pod względem wpływu na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów.

Co więcej, obowiązkiem sądów jest oceniać ten wpływ nie tylko na podstawie przepisów obowiązującego prawa, ale również tego, jak te przepisy są stosowane i jak rzeczywiście funkcjonują instytucje, które powinny stać na straży niezawisłych sądów.

Trybunał podał kryteria oceny KRS. „Wyrok instrukcyjny”

W komunikacie prasowym wydanym rano przez biuro Trybunału Sprawiedliwości UE położono nacisk na te elementy wyroku TSUE, które odnosiły się do kryteriów oceny przez Izbę Pracy SN sądu, do którego ta izba chce odesłać rozpatrywaną przez siebie sprawę czyli Izby Dyscyplinarnej SN.

Nie powinno to jednak przesłaniać kwestii kluczowej z punktu widzenia oceny stanu praworządności w Polsce: TSUE podał kryteria dotyczące organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Takim organem w Polsce jest Krajowa Rada Sądownictwa.

Prof. Marek Safjan:

„Wyrok na ogromne znaczenie. Zawiera podsumowanie wszystkich najważniejszych tez w orzecznictwie TSUE związanych z niezawisłością. Wskazuje też na pośrednie zagrożenia, jakie mogą wpływać na niezawisłość sędziowską. Te pośrednie zagrożenia są związane ze sposobem, trybem powoływania sędziów i funkcjonowania takiego organu, jakim w Polsce jest KRS.

TSUE mówi, że przesłanki związane z niezawisłością sędziowską mogą być zagrożone w sytuacji, gdy istnieją nieodpowiednie mechanizmy związane z powoływaniem sędziów, przede wszystkim chodzi tutaj o funkcjonowanie takiego ciała jak KRS.

Krajową Radę Sądownictwa Trybunał ocenia (w Motywach wyroku) jako instytucję niespełniającą – prawdopodobnie – pewnych przesłanek gwarantujących niezależność kandydatów powoływanych na podstawie opinii KRS. Ta ocena KRS będzie wymagała potwierdzenia przez Sąd Najwyższy. Ale istotne jest to, że TSUE dokładnie wskazał, jakie są najbardziej wątpliwe punkty w powołaniu i funkcjonowaniu KRS.”

Podobnie widzi to dr Maciej Taborowski, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich:

„Trybunał Sprawiedliwości UE potwierdził, że KRS jako organ odpowiedzialny za nominacje sędziów jest objęta przez prawo unijne. Dał sądom wskazówki, jak oceniać takie organy. TSUE zasiał też ziarno niepokoju w ocenie funkcjonowania KRS w Polsce. Do tego orzekł, że proces nominowania sędziów nie może budzić w zewnętrznym obserwatorze wątpliwości, co do bezstronności i niezawisłości tak wybranego sądu”.

Prawniczka Maria Ejchart-Dubois z Inicjatywy Wolne Sądy podkreśla, że

„Trybunał Sprawiedliwości UE wydał dzisiaj wyrok instrukcyjny.

Określił standardy, jakie ma spełniać niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego sąd. Zrobił to w sposób przekrojowy i szczegółowy. TSUE orzekł m.in. jakie cechy powinien mieć organ opiniujący sędziów – takim organem w Polsce jest KRS. Czyli od tego momentu jest jasne, jakich według TSUE należy używać kryteriów do oceny KRS. Według kryteriów przedstawionych w wyroku TSUE, przy tej ocenie trzeba wziąć pod uwagę nie tylko okoliczności prawne, ale też faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Czyli sposób i okoliczności powołania, a także rzeczywiste funkcjonowanie KRS i sposób, w jaki wypełnia – bądź nie – konstytucyjnie powierzoną mu rolę stania na straży niezawisłości sądów w Polsce. To ma kolosalne znaczenie dla oceny KRS”.

Wyrok siódemkowy Izby Pracy SN. A może wcześniej?

Dr hab. Piotr Bogdanowicz, adiunkt w Katedrze Prawa Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego precyzyjnie wskazał, że Trybunał Sprawiedliwości UE w punktach 140, 143, 144 i 145 wyroku podał pięć elementów kluczowych do oceny KRS. Są to:

  • skrócenie kadencji poprzedniej KRS przed terminem;
  • fakt, że członkowie KRS są z nadania politycznego,
  • nieprawidłowe powołanie KRS,
  • sposób funkcjonowania KRS oraz
  • brak skutecznej procedury odwoławczej od decyzji KRS.

Adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik, również z Inicjatywy Wolne Sądy, wskazuje na znaczenie wyroku dla organów państwa, ale też dla sędziów adwokatów w całej Europie. „Kryteria podane przez Trybunał Sprawiedliwości UE musi zastosować każdy sędzia, który ma wątpliwości, co do niezawisłości sądu, do którego odsyła sprawę. Adwokaci  w całej Europie będą świadomi konieczności przeprowadzenia takiego testu i na pewno będą to uwzględniać w strategiach procesowych, przy reprezentowaniu swoich klientek i klientów. To może wpłynąć na przebieg wielu spraw. Z punktu widzenia ochrony interesów obywateli najważniejsze jest jednak, aby Izba Pracy SN oceniła nie tylko Izbę Dyscyplinarną SN pod kątem niezależności, ale też organ biorący udział w procesie powoływania do Izby Dyscyplinarnej sędziów, czyli KRS.

Mam nadzieję, że Izba Pracy SN zdecyduje się powziąć uchwałę w składzie siedmiu sędziów, co sprawi, że ta uchwała będzie miała moc zasady prawnej i będzie obowiązywać wszystkie sądy.”

Adwokat Michał Wawrykiewicz, kolejny współtwórca Inicjatywy Wolne Sądy, który wraz z adwokat Sylwią Gregorczyk-Abram reprezentował sędziego NSA, którego sprawa stała się dla Izby Pracy SN przyczynkiem do zadania pytań TSUE, uważa jednak, że sądy nie muszą czekać na „uchwałę siódemkową” SN, ponieważ wyroki TSUE są wykonywane niezwłocznie i obowiązują wszystkie organy polskiego państwa. Wawrykiewicz twierdzi, że

„już dziś na podstawie tego wyroku, organy polskiego państwa – w tym sądy i KRS –  powinny doprowadzić do wstrzymania orzekania przez sędziów, którzy zostali powołani z udziałem nowej KRS”.

Uzasadnienie lepsze niż komunikat. Pełne konkretów

Sędzia Waldemar Żurek, rzecznik prasowy poprzedniej KRS:

„Uzasadnienie wyroku jest bardzo precyzyjne, o wiele lepsze niż komunikat prasowy. W punkcie 143 wyroku TSUE wyraźnie wskazuje np., że nowa KRS została utworzona w drodze skrócenia czteroletniej kadencji poprzedniej KRS.

Ponadto, TSUE wskazuje, że sędziowie, którzy zasiadają obecnie w KRS, byli desygnowani przez organy władzy ustawodawczej.

TSUE zwrócił nawet uwagę na ewentualne nieprawidłowości, jakimi mogą być dotknięte procesy powoływania niektórych członków KRS.

TSUE wyraźnie wskazuje na zagadnienie utajniania list poparcia kandydatów do KRS. Kancelaria Sejmu ich nie publikuje pomimo wyroku NSA.

Oczywiście, sam wyrok każe sądowi pytającemu – czyli Izbie Pracy SN – ocenić wszystkie te przesłanki i ich wpływ na niezależność samej KRS. Kwestia niezależności KRS ma bezpośredni wpływ na prawidłowość wyborów sędziów izb SN, ale i sądów powszechnych, którzy zostali rekomendowani przez KRS”.

Jeżeli SN rozstrzygnie o statusie KRS w składzie rozszerzonym, składzie siedmiu sędziów, jego rozstrzygnięcie będzie miało moc zasady prawnej obowiązującej wszystkie składy sędziowskie w Polsce.

„Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach” – zwracał się do Morawieckiego Grzegorz Schetyna, wytykając mu kłamstwa i niespełnione obietnice. Władysław Kosiniak-Kamysz i Adrian Zandberg szachowali premiera własnymi projektami – o klimacie, równych płacach i emeryturach. Pytali, czy PiS je poprze.

Po expose premiera Morawieckiego usłyszeliśmy trzy wystąpienia polityków opozycji. Każde inne – nie tylko w treści. Obrazowały bowiem różne strategie różnych odłamów opozycji:

  • Grzegorz Schetyna mówił w imieniu klubu Koalicji Obywatelskiej.

Rząd Morawieckiego nazwał rządem kontynuacji i może dlatego przemówienie lidera PO też było przemówieniem kontynuacji – niezłomnej opozycji, która będzie bronić państwa prawa. Schetyna nazywał Morawieckiego kłamcą, wytykał niespełnione obietnice. Nie dowiedzieliśmy się wiele o tym, jaka jest kontrpropozycja KO.

Przemówienia liderów PSL i Lewicy roiły się od zapowiedzi projektów, które zgłoszą, w przemówieniu szefa PO takich deklaracji nie było. Zrobił to później Borys Budka, zapowiedział złożenie dwóch projektów – o bezpieczeństwie pieszych oraz in vitro.

  • Adrian Zandberg – to pierwsze wystąpienie polityka Lewicy z trybuny sejmowej w tej kadencji Sejmu.

Zrobiło wrażenie porównywalne z występem Zandberga w telewizyjnej debacie w 2015 roku. Dobitne, merytoryczne, wygłoszone z pasją. Komentatorzy pisali o „expose Zandberga” albo o „kontrexpose”.

Polityk Lewicy odniósł się bowiem niemal do wszystkich obszarów, w których wcześniej coś obiecywał Morawiecki. I odpowiadał kontrpropozycjami. Siła jego krytyki nie polegała na epitetach, ale na pokazaniu możliwych rozwiązań problemów społecznych, które PiS pomija.

I na łapaniu PiS za słowo: „Jesteście tacy prospołeczni? To zobaczmy, czy poprzecie prospołeczne ustawy Lewicy. „Przemówienie na miarę kandydata w wyborach prezydenckich?” – pytali dziennikarze.

  • Władysław Kosiniak-Kamysz – tu też komentowano, że szef PSL wygłosił przemówienie prezydenckie.

Silne nie tyle szczegółowością krytyki, ile próbą budowania porozumienia. Lider ludowców docenił obecną na sali Lewicę.

A jako motyw przewodni lekarz Kosiniak-Kamysz wybrał temat, który najbardziej chyba interesuje dziś polskie społeczeństwo – opłakany stan systemu ochrony zdrowia.

Kosiniak-Kamysz przedstawił PSL jako inicjatora wspólnych projektów – przypomniał, że „Pakt na rzecz zdrowia” podpisali liderzy czterech innych ugrupowań. Mówił przede wszystkim do przedsiębiorców i mieszkańców małych miejscowości.

Poniżej szczegółowe omówienie trzech przemówień.

Schetyna: Polityczne science fiction Morawieckiego

Platforma Obywatelska przez całe expose punktowała je w mediach społecznościowych pod hasztagiem #exposeKłamstw. I właśnie kłamstwo było głównym motywem wystąpienia Grzegorza Schetyny.

Zresztą PiS nie pozostawał dłużny, Schetynie raz po raz przerywały okrzyki „kłamstwa” – krzyczał tak z ław rządowych m.in. Mariusz Błaszczak, na co szef PO odkrzyknął: „Prawda boli!”. I przypomniał, że Mateusz Morawiecki dwukrotnie przegrał przed sądem – właśnie za kłamstwo. „To jest prawda o pańskiej polityce” – mówił.

Gdy Schetyna zaczął przemawiać, z sali plenarnej wyszedł Jarosław Kaczyński. A przewodniczący PO wykorzystał okazję, by wytknąć Morawieckiemu, że nie jest on samodzielnym premierem:

„Faktycznym twórcą tego rządu jest prezes Kaczyński. Widzieliśmy to na Nowogrodzkiej. Suflował przez rzecznika rządu premierowi wskazówki personalne”.

Upomniał się o oświadczenie majątkowe premiera i zaapelował o ujawnienie majątku również żony Morawieckiego. Schetyna zapytał też, czy premier dostał od służb notę ostrzegającą przed Marianem Banasiem.

Morawiecki nie zdefiniował, czym jest „normalność”, Schetyna – tak: „Normalność to prawda, uczciwość, rządy prawa i gospodarność”. „A wy wszystko to łamiecie dzień w dzień”.

Schetyna mówił: „Z tym się zgodzę [że nowy rząd będzie rządem kontynuacji]. Będzie kontynuował waszą pisowską nieudolność, łamanie prawa, zasad demokracji, brutalną propagandę i kłamstwo. To słyszeliśmy i to zapowiedź tego. Widzieliśmy to przez ostatnie 4 lata i rozumiem, że będziemy widzieć te próby przez następne 4, a może krócej”.

Stwierdził, że pomysł PiS na politykę to „ciągłe obietnice”. I przypomniał obietnicę miliona aut elektrycznych, prom, przemysł stoczniowy – „stępka została”, oddłużenie szpitali.

„Ochrona zdrowia nigdy nie była tak zadłużona jak za waszych czasów”- mówił. Zwrócił uwagę na fatalną sytuację na SOR-ach i „inwestycje porośnięte krzakami”. „Dalej pan nakręca spiralę politycznego science fiction” – punktował Schetyna.

Mówił o rozbieżności między słowami Morawieckiego a rzeczywistością: „Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach”. „Państwo nie jest bytem wirtualnym, tu mieszka 38 milionów ludzi. O ich interes trzeba walczyć.

Schetyna zdefiniował zadania opozycji na najbliższe cztery lata:

„Będziemy pilnować praworządności, demokracji, wreszcie zdrowego rozsądku. Będziemy pokazywać wasze błędy, wasze zaniechania, wasze niespełnione obietnice”.

O Senacie: „nie będzie nocnego procedowania w Senacie, Senat nie będzie na wasze usługi. Tego już nie będzie. Będzie normalnie”.

Zandberg: Polska PiS nie jest państwem dobrobytu

To wystąpienie zelektryzowało komentatorów.

Adrian Zandberg po raz pierwszy stanął na mównicy sejmowej oko w oko z premierem Morawieckim. I przemawiał tak, jakby prowadził z premierem rozmowę – poważną debatę o Polsce, jak równy z równym. A jednocześnie pokazywał, że premier RP nie ma pojęcia, o czym mówi.

Zandberg dowodził, że Polska ani państwem dobrobytu nie jest, ani się nim nie stanie pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Wymieniał kolejne dziedziny, w których PiS nie dotrzymał obietnic: mieszkalnictwo, szkolnictwo, ochrona zdrowia. Upomniał się o lokatorów, lekarzy-rezydentów, osoby starsze, małych przedsiębiorców, pracowników budżetówki.

Zandberg:

„Polska po czterech latach pańskich rządów nie jest państwem dobrobytu. Młodzi nauczyciele zarabiają tyle, że nie da się za to przeżyć. Ludzie uciekają z budżetówki, bo państwo staje się najgorszym z pracodawców. Nadal kwitną śmieciówki i łamane jest prawo pracy”.

Polityk Lewicy postanowił wytłumaczyć Morawieckiemu i PiS-owi, na czym faktycznie polega „państwo dobrobytu”:

„Porozmawiajmy zatem o tym, czym jest państwo dobrobytu. To tanie mieszkania na wynajem, dostępne dla każdego. To dobrze dofinansowane szpitale. Naprawdę bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja.

To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie na ulicy. A nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników, związki zawodowe i dialog.

Państwo dobrobytu wreszcie to takie państwo, w którym podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy”.

Premier nie zna Polski – podkreślał Zandberg. A nie zna, bo nie rozmawia między innymi  z pracownikami: „Szkoda, bo może by Pan usłyszał o problemach polskich pracowników. O problemach, które dotykają milionów Polaków. To bardzo znaczące i chciałbym zwrócić na to uwagę – w pańskim expose prawie nie mówił Pan o pracy. A to z pracy, nie z pana puszenia się, bierze się dobrobyt”.

Program „mieszkanie plus” Zandberg nazwał „totalną kompromitacją”: „opowiadaliście bajki”, „Przez cztery lata zbudowaliście 900 mieszkań. Mydliliście oczy, że da się budować mieszkania bez pieniędzy”.

Czasem Zandberg zaznaczał, że PiS niektóre problemy odziedziczył po poprzednich rządach, ale ich nie rozwiązał. Tak jest na przykład w przypadku zapaści w ochronie zdrowia: „Żeby była jasność, to nie jest tylko pana wina. Ochrona zdrowia zapada się od lat. Teraz po prostu przechodzą na emerytury kadry medyczne, które wykształciła Polska Ludowa.

W Polsce ten, kto jest bogaty, żyje nawet kilkanaście lat dłużej niż biedny. Tak jest też pod waszymi rządami i niczego z tym nie zrobiliście”.

„Powie Pan: porządne usługi publiczne, podwyżki dla budżetówki – to wszystko kosztuje. To prawda. Tyle, że przez cztery lata, zamiast zbudować nowoczesny system podatkowy, po prostu administrowaliście tym, co wam zostawił Tusk. Fakt – pogoniliście paru VAT-owskich złodziei. To wystarczyło na 500+. Ale w sprawie kluczowej, w sprawie wielkich korporacji – stchórzyliście”.

Wytknął wycofanie się rządu z podatku cyfrowego: „Szczerze mówiąc dziwię się, że poruszył Pan temat unikania opodatkowania. Przecież za każdym razem od interesu polskich obywateli ważniejszy był telefon z ambasady USA. Gdzie jest podatek od platform cyfrowych? Wycofaliście się, bo kazał wam to zrobić Mike Pence. Tak samo było z Uberem czy z listą leków refundowanych. I tak samo było z reprywatyzacją. A to sprawa wyjątkowo haniebna”.

Zandberg zwrócił też uwagę, że idzie spowolnienie gospodarcze, a rząd nie ma pomysłu, co z nim zrobić: „Skąd weźmie Pan pieniądze, skoro boi się Pan sięgnąć po podatki od wielkich korporacji?”

O polityce zagranicznej: „Bezpieczeństwo Polski to Europa. To dobra współpraca z naszymi sąsiadami z zachodu i północy.

Dlatego, proszę wybaczyć, śmieszą mnie dziś, Panie premierze, pańskie słowa o polityce europejskiej. Przecież wy tę współpracę od kilku lat niszczycie. Lewica widzi w Europie przyjaciół – wy wrogów.

My chcemy wspólnie budować politykę obronną. Wy skłócacie nas z naszymi sąsiadami. To, co robicie, Panie premierze, jest nieodpowiedzialne. Żeby przypodobać się Trumpowi, wystawiacie na ryzyko naszą przyszłość. Jeżeli ktoś uważa, że prezydent Trump jest gwarantem czegokolwiek, niech przyjrzy się Kurdom”.

O normalności i rodzinie: „Lewica chce Polski, która jest krajem wolności. Nowoczesne państwo dobrobytu jest gwarancją wolności. Wolności od biedy, od bezdomności, wolności od strachu i przemocy – ale też wolność wyboru. Polacy i Polki nie chcą żeby jakakolwiek władza mówiła im jak mają żyć, kogo wolno im kochać, z kim wolno im zakładać rodziny”.

O nietykalnych dzieciach: „Dzieci są nietykalne – mówi premier. Szkoda, że pan premier chce dzieci chronić przed jakąś wyimaginowaną ideologią, a nie ma problemu z pedofilią i jej ukrywaniem wśród kleru. Zamiast o kolejnych skazanych księżach, z mediów cały czas napływają kolejne wiadomości o umorzonym postępowaniach przeciwko pedofilom w sutannach”.

Zandberg zapowiedział, że Lewica będzie sprawdzać PiS – ale nie wytykając niedotrzymywanie obietnic, tylko zgłaszając konkurencyjne projekty:

„My nie będziemy czekać. Już teraz, w tym Sejmie powiemy wam: sprawdzam. Mówicie, państwo z PiSu, że jesteście prospołeczni? Damy wam szansę to udowodnić”.

Tu padła propozycja ustawy „która podniesie wydatki na publiczną ochronę zdrowia do europejskiego poziomu, do 7.2% produktu krajowego brutto” oraz drugiej „która wprowadzi leki na receptę za 5 złotych”.

„Te ustawy, ustawy naprawiające sytuację w ochronie zdrowia, trafią do tego Sejmu. I oczekuję, że za nimi Państwo zagłosujecie. Jeżeli pani marszałek Elżbieta Witek zapakuje te prospołeczne propozycje do zamrażarki, to sami wydacie sobie świadectwo” – mówił Zandberg.

Ale to nie wszystko. Lider Lewicy obiecał „projekt podwyższenia płac w całej budżetówce”, zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i ustawę o płacy minimalnej: „Lewica zaproponuje nowy mechanizm: powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem”.

Wytknął też Morawieckiemu hipokryzję w sprawie równości kobiet: „To, że w Pańskim rządzie zasiadają tylko trzy kobiety, dobrze pokazuje, jak traktujecie większość społeczeństwa”.

Kosiniak-Kamysz: Expose, czyli Wszystkiego najlepszego dla wszystkich

Kosiniak-Kamysz zaczął od metafory lekarskiej: expose to powinno być postawienie diagnozy i zaproponowanie odpowiedniego leczenia. A tak nie jest: „Premier przedstawił koncert życzeń: wszystkiego najlepszego dla wszystkich”.

„Może jest i dobra wola, ale nie ma konkretów” – mówił. Zwracał uwagę, że nie raz premier zapraszał opozycję do współpracy, a potem „zamrażarka albo niszczarka”.

O ile Adrian Zandberg tłumaczył Morawieckiemu, czym jest państwo dobrobytu, o tyle lider ludowców zmierzył się z pojęciem „normalności”:

  • „Czy normalnym jest państwo, w którym emerytka odchodzi z apteki, bo nie może wykupić wszystkich leków?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym asystentka prezesa z waszej nominacji zarabia więcej w miesiąc niż pielęgniarka w ciągu roku?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym rolnik na dopłaty do modernizacji gospodarstwa czeka miesiącami, a nawet latami?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym dzieli się Polki i Polaków na lepszy i gorszy sort?”

Przewodniczący PSL dużo mówił o przedsiębiorcach, m.in, że składki na ZUS wzrosną z 1100 do 1500 zł, wzrosną też opłaty za prąd dla małych i średnich przedsiębiorstw.

„Jest prawda przedwyborcza i prawda PiS-owska – powyborcza”. „Państwo dobrobytu za dnia, a po nocy sięganie do kieszeni. Obłuda do kwadratu”.

Premier Morawiecki lubi się powoływać na liczby i zagraniczne rankingi, w swoim expose przywołał kilka z nich. Kosiniak-Kamysz zrobił rzecz prostą i efektowną – sprawdził, jak Polska wypadła w rankingu Banku Światowego Doing business, o którym mówił premier: „Kiedy przejmowaliście władzę, byliśmy na 25. miejscu, jesteśmy na 40. miejscu, wyprzedza nas Azerbejdżan, Ruanda, Kazachstan i Mauritius. Nie jest to zbyt wielki powód do dumy”.

Wielkim korporacjom przeciwstawił małe i średnie przedsiębiorstwa „polskich rzemieślników”:

„Ręce precz od polskich przedsiębiorców!” – zawołał lider ludowców, dodając, że to zawołanie „trochę w waszym [PiS] stylu”.

Kosiniak-Kamysz wykorzystał sytuację, by zadbać o dobre stosunki z Lewicą. Nawiązał do głośnej wypowiedzi Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i stwierdził: „My się możemy różnić, my się możemy spierać, ale ja nigdy nie powiem, że jesteście nic nie warci. Wasz głos też jest potrzebny i my go bardzo potrzebujemy.” Chodziło o ochronę zdrowia.

Mówił, że kluczowa jest dostępność do specjalistów i to, by mogli oni pracować w godnych warunkach. O pracownikach ochrony zdrowia mówił „są niedofinansowani, są zmęczeni, jest za dużo biurokracji”.

„Żeby nie było tak jak w Barlinku, Mrągowie, Głupczycach czy Cieszynie, gdzie są zamknięte oddziały pediatryczne, czy jak w Zakopanem i Kamieniu Pomorskim, gdzie gdzie zamknięte są oddziały ginekologiczno-położnicze, czy Wodzisławiu Śląskim, gdzie jest zamknięta chirurgia albo w Rzeszowie, gdzie są przyjmowani tylko pacjenci w trybie nagłym, w stanach zagrożenia życia.”

Właśnie w sprawie ochrony zdrowia Kosiniak-Kamysz zapowiadał porozumienie ponad podziałami: „Potrzeba współpracy wszystkich sił politycznych”. Domagał się natychmiastowej realizacji paktu na rzecz zdrowia.

Zapowiedział, że zgłosi poprawkę, by pieniądze z podniesionej akcyzy przeznaczyć na walkę z chorobami onkologicznymi.

Inny ważny temat wystąpienia Kosiniaka-Kamysza to współpraca z partnerami społecznymi, konsultacje i dialog. Jest to od pewnego czasu jeden z głównych motywów wystąpień szefa ludowców. „Pięknie pan mówił: wolność, solidarność, dialog społeczny, ze wszystkim trzeba się zgodzić, ale czy wszystko jest realizowane? Jak traktowaliście partnerów społecznych? Nie tylko związkowców, ale też przedsiębiorców”.

Zadeklarował współpracę w podnoszenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Ale jednocześnie pytał, dlaczego PiS zapowiedział konsultacje tylko w tym obszarze.

Kosiniak-Kamysz obiecał, że zgłosi ustawy Pawła Kukiza – m.in. o zmianie ordynacji i sędziach pokoju. Chodzi o „zmiany ustrojowe, które doprowadzą do pełnej demokratyzacji państwa polskiego”.

„Jak nie będzie demokracji bezpośredniej, to wcześniej czy później w Polsce będą żółte kamizelki” – ostrzegał.

Sporą część przemówienia poświęcił klimatowi. Zapowiedział Pakt na rzecz klimatu – przechodzenie na energię odnawialną: „to jest prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne”.

„Zrobimy wszystko, żeby kolejnym pokoleniom naszą planetę Ziemię, nasze środowisko przekazać w lepszym stanie niż zastaliśmy” – deklarował.

Nie odmówił sobie złośliwości: PiS tak zabiegał o odebranie PSL poparcia na wsi, a nie wiele dla rolników zrobił. „30 sekund było o rolnictwie w tym expose. No ja wiem, że nie ma się czym pochwalić”. „Najlepszy obraz, jaki bałagan, jaki syf zrobiliście w rolnictwie, to jest stajnia w Janowie i Michałowie”. Zauważył też, że Morawiecki zapomniał o samorządach.

W finale Kosiniak-Kamysz mówił o wspólnocie narodowej, w której jest miejsce dla wszystkich.

Waldemar Mystkowski pisze także o expose Morawieckiego.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Jak to się dzieje, że ciągle utrzymuje się wysoki stan poparcia dla partii Kaczyńskiego? Wszak to nie tylko działanie propagandy mediów, zwanych kiedyś publicznymi, od których nauki mogłyby pobierać bardziej zaawansowane rządy autorytarne.

Dzień, w którym następuje polityczna inauguracja kadencji PiS, też należy do bardzo nieudanych. Z rana z Trybunału Sprawiedliwości UE dochodzą wieści o orzeczeniu tej nadrzędnej instytucji prawa – mianowicie Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została powołana z naruszeniem unijnych norm. Czytać to należy, iż ustawy sądownicze PiS są złamaniem prawa unijnego, w istocie w Polsce mamy do czynienia z aktami bezprawia.

Co na to najwyżsi politycy PiS? Raczej spłynie po nich, jak po kaczce, bo wałkują najważniejszy dla siebie lokalny akt polityczny, mianowicie expose premiera Mateusza Morawieckiego.

Politycy i komentatorzy wsłuchali się w półtoragodzinną orację Morawieckiego, który w swoim stylu – przejętym od prezesa Jarosława Kaczyńskiego – chwalił się, że jest najlepszy, a jeszcze będzie lepszy w przyszłości.

Niewiele można było usłyszeć konkretów, za to pełno przeinaczeń, półprawd. Morawiecki uprawia fikcję polityczną, której narracja jest wzięta z alternatywnej rzeczywistości. Można w niej przyczepić się do każdego elementu, wykazać szalbierstwo polityczne. Morawiecki nawet nie zająknął się o rzeczywistych problemach, które już są albo pojawią się jutro.

A dramaty mają miejsce w służbie zdrowia, w szkolnictwie, sądownictwo jest w rozkwicie degrengolady (niejaka aluzja pojawiła się w stwierdzeniu, iż „opozycja donosi na własny kraj”), a także mamy do czynienia ze zjazdami we wszelkich rankingach, co uświadamia, iż wizerunek Polski na zewnątrz jest postrzegany bardzo źle. Polak już nie brzmi dumnie, a durnie.

Prześmiesznie w tym kontekście wygląda wycofanie się z szumnie zapowiadanego projektu znoszącego limit 30-krotności składki na ZUS. Ta ostatnia wiadomość to woda na młyn na egalitarne idee lewicy, która niewątpliwie wykorzysta pisowski projekt do zadawania politycznych ran PiS.

Opozycja ma coraz więcej narzędzi, aby powstrzymać partię Kaczyńskiego w degradacji kraju, a także w perspektywie – nie tylko wyborczej – odsunąć ją od władzy. Senat jest wszak „nasz”, bo marszałkuje mu prof. Tomasz Grodzki. Rusza do tego prezydencka kampania. Co prawda wycofał się z tej walki najważniejszy polski polityk Donald Tusk (co dla mnie było oczywiste, w każdym razie zdziwiłbym się, gdyby chciał zasiadać w Belwederze), właśnie w tym dniu dowiedzieliśmy się, że największa partia opozycyjna – Platforma – wyłoniła już swego kandydata, a jest nim koncyliacyjna Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja tej sytuacji nie może spaprać, jak w wyborach parlamentarnych. Już wówczas przy odpowiedniej konsolidacji PiS dziś nie rządziłby.

W obozie władzy nie ma żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy.

Moim zdaniem zbyt łatwo daliśmy się wziąć pod but „dobrej zmiany”, wykorzystując niewiele możliwości, chociażby prawnych, żeby przeciwstawić się jej zapędom zmierzającym do utworzenia autorytarnej dyktatury. I w tym wypadku, niestety, niedawna historia niczego nas nie nauczyła.

Casus Leppera

Pierwszym po 1989 roku osobnikiem, który wypowiedział wojnę prawu i zaczął podważać demokratyczny ład państwa był Andrzej Lepper. Prosty chłopek-roztropek kreował się na obrońcę „uciśnionego ludu” i wręcz jego trybuna. Niestety, od początku z rozmysłem łamał przy tym prawo, przekraczając kolejne granice, sondując, dokąd może się posunąć. Nielegalne, wielogodzinne blokady dróg, połączone niekiedy ze „szturchaniem” kierowców, którzy chcieli je ominąć, polewanie bardzo niemrawo próbujących interweniować policjantów gnojówką itp. ekscesy nie spotykały się praktycznie z żadnym przeciwdziałaniem władzy, więc eskalował przemoc, np. wysypując importowane podobno ziarno z wagonów kolejowych stojących na bocznicach. Te wybryki uchodziły mu praktycznie bezkarnie, a z drugiej strony był to show dla dziennikarzy, którzy zbiegali się tłumnie na wszystkie takie wydarzenia, co robiło z pokazywanego w mediach Leppera bohatera sporej części społeczeństwa. Wjechał on potem na tym do Sejmu, gdzie już ubrany w garnitur, bezkarnie polewał z mównicy sejmowej gnojówką – tym razem werbalną – wszystkich, z najważniejszymi przedstawicielami władz włącznie i ciągle pozostawał nietykalny.

Nie wiem, w jakim stopniu Kaczyński wzorował się na Lepperze, ale poszedł tą samą drogą, tyle tylko, że wyrabiając sobie status nietykalnego nie miał już żadnych zahamowań w  kłamstwach, pomówieniach i obrzucaniu całych grup społecznych i zawodowych błotem, rozwijając jednocześnie parasol ochronny nad swoimi lokajami, którzy starali się naśladować swego wodzusia. Obserwując przez kilka lat to środowisko, nabrałem pewności, że to służalczość wobec niego i jak największa zdolność do bezgranicznej podłości wobec przeciwników politycznych, decydują o pozycji w hierarchii PiS.

Prezes generalnie nienawidzi ludzi (dlaczego tak jest, to już pole popisu dla psychologa lub psychiatry), co bardzo łatwo zauważyć, a swoich partyjnych lokajów tylko toleruje, bo mu są potrzebni do utrzymania władzy, ale nie waha się też przed publicznym poniżaniem ich od czasu do czasu, żeby ich zastraszyć.

Nie miał nigdy żadnych przyjaciół, od śmierci brata nie ma również praktycznie rodziny, otoczony od lat tylko ochroniarzami i służącymi – klakierami ma całkowicie wypaczony obraz świata, nie ma pojęcia o życiu, jest skrajnie niesamodzielny, powiedziałbym nawet, iż niezdolny do normalnej egzystencji. I te wszystkie swoje kompleksy i frustracje przekłada na politykę, dążąc w niej do dyktatorskiej władzy, która jest jego jedynym celem bez względu na wszystko.

Każdy reżim, który obejmie władzę dąży do zniszczenia zastanej struktury społeczeństwa, żeby na jej miejscu zbudować „nowy ład”. Najczęściej odbywało się to poprzez fizyczną eliminację dotychczasowych elit, tak jak wtedy, gdy Stalin pragnął stworzyć „nowego socjalistycznego człowieka”, co skończyło się wielomilionowym ludobójstwem.

Wodzuś otwarcie mówi, że w Polsce „trzeba stworzyć nowe elity”. Ponieważ jednak fizyczna likwidacja obecnych jest na szczęście niemożliwa, próbuje tego dokonać poprzez zniszczenie wszystkich autorytetów, ludzi zasłużonych dla niepodległości Polski, zdobytej w 1989 roku, czy też obecnych przeciwników politycznych obrzucanych fekaliami przez hordę bezwzględnych, prymitywnych pałkarzy pióra i mikrofonu (bo przecież nie można nazwać ich dziennikarzami). Wydawałoby się, że problemem będzie znalezienie kogokolwiek, kogo można postawić na ich miejsce – ale nie dla prezesika. Tak ogłupił i przekupił naszymi pieniędzmi plebs, że dla nich PO to komuchy, Wałęsa zdrajca Bolek (chociaż nikt tego nigdy nie udowodnił), Tusk to hitlerowiec na usługach Niemiec, a na bohatera wyniósł swojego brata, najgorszego do czasów Dudy prezydenta. Choć w tym wypadku tak naprawdę jest to kreacja własnej osoby, bo tak „przy okazji” najchętniej na pomnikach Lecha widziałby napis „Brat Jarosława Kaczyńskiego”. Nie miał żadnych hamulców, żeby forsować na wysokie funkcje w Sejmie komunistycznego prokuratora stanu wojennego, iście parszywą postać polityczną i dziesiątki innych miernot „lepszego sortu”.

Czy opozycja, będąc co prawda w Sejmie w mniejszości, zrobiła cokolwiek, żeby powstrzymać tę eskalację nienawiści? Czy wystarczająco protestowała przeciw obrzydliwym oskarżeniom sędziów, czy stanęła na wysokości zadania, gdy Kaczyński nazywał setki tysięcy protestujących „elementem animalnym”, „komunistami i złodziejami”? Czy nie można było wnieść oskarżeń przeciw tym pomówieniom, a przynajmniej nagłaśniać je do granic możliwości?

A zaczęło się wszystko od tego, że człowiek w zniszczonych, brudnych butach z podartymi sznurowadłami ogłosił się wraz ze swoimi lokajami „lepszym sortem”, co świadczyło oczywiście o ogromnym kompleksie niższości i frustracji wobec ludzi na poziomie, których zaczęto nazywać „gorszym sortem”. W normalnej demokracji osobnik wygłaszający takie poglądy byłby politycznie skończony, ale naszemu swojskiemu motłochowi się to podobało.

Dlaczego posłowie opozycji tak łatwo przeszli do porządku dziennego nad tym, jak dyktatorek wpadł w furię, dorwał się do mikrofonu i zaczął wykrzykiwać, że są „kanaliami i zdradzieckimi mordami”? Zresztą – tak przy okazji – kamera pokazał go kilkadziesiąt sekund później, gdy wrócił już do ław poselskich i siedział z uśmiechem na twarzy, najwidoczniej zadowolony z siebie. Czy to jest normalne zachowanie?

„Dobra zmiana” w akcji

PiS sprowadził życie polityczne w Polsce do poziomu szamba, a jego funkcjonariusze z „lepszego sortu” bezkarnie przekraczali kolejne granice niewyobrażalnego chamstwa, prymitywizmu i prostactwa. No cóż, klasyczne zachowanie, takie samo, jakie prezentowali bolszewiccy komisarze zaraz po wojnie w Polsce, często niepiśmienni chłopi, w stosunku do ludzi inteligentnych, bogatszych i wykształconych, poniżając ich na każdym kroku, aby podnieść swoje ego. Sfrustrowana, prymitywna „dobra zmiana” (chociaż niektórzy z jej członków legitymują się nawet jakimiś tytułami naukowymi) dopchała się wreszcie do żłoba i zaczęła uważać za właścicieli Polski.

O „poziomie” „lepszego sortu” świadczy wymownie żałosne zachowanie, poniżej wszelkiej krytyki i zwykłej godności jej czołowego, przynajmniej jeśli chodzi o sprawowaną funkcję, przedstawiciela – byłego już marszałka Senatu Karczewskiego, który od tygodnia jest w szoku, że na skutek demokratycznych procedur został oderwany od senackiego żłobu – luksusowej willi, służbowego samochodu, darmowej wyżerki i innych przywilejów i w żaden sposób nie może się z tym pogodzić, o czym pisaliśmy kilka dni temu.

W kraju rozkwitła nowomowa, prawie jak ta u Orwella – „dobra zmiana” znaczyła w rzeczywistości rządy dążące do totalitaryzmu, łamiące filary demokracji, jak niezawisłość sądownictwa, nazywaną dla kpin „reformą wymiaru sprawiedliwości”, a której twarzą został skompromitowany prokurator komunistyczny stanu wojennego, odznaczony przez PRL-owskie władze za zasługi dla PZPR niejaki Piotrowicz. Zaczęto posługiwać się nic nieznaczącymi zbitkami słów, ale stygmatyzującymi przeciwników politycznych, takimi jak „totalna opozycja” i wieloma innymi podobnymi terminami.

Łajdactwa „dobrej zmiany” są powszechnie znane i nie sposób opisać tutaj nawet drobnej ich części, ale czy musieliśmy na wszystkie biernie się zgadzać? Oto niejaki poseł Tarczyński, zwykły prymityw, co dowiódł wielokrotnie swoim zachowaniem, pisze do Lecha Wałęsy te oto słowa: „Bolek mówi przez media do posła na sejm RP, że wyrwie mnie z korzeniami. Zapraszam Cię na solo bydlaku!”.

I co? Właściwie nic, trochę głosów oburzenia w tzw. mediach społecznościowych i na tym koniec. Wyobrażają sobie państwo, co by się działo, gdyby któryś z posłów opozycji napisał coś podobnego do Kaczyńskiego? W swoim czasie ów pan poseł, żeby sobie dodać powagi i patriotyzmu pojechał „metodą na dziadka” – oświadczając, że ten był w NSZ, nie precyzując jednak tej informacji. Na jego miejscu byłbym ostrożny z takimi deklaracjami, bo a nuż się okaże, że przodek był w tzw. Brygadzie Świętokrzyskiej, grupie zdrajców i kolaborantów hitlerowskich, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo Komendzie Głównej AK, a tym samym jedynemu wówczas legalnemu polskiemu rządowi w Londynie i byli jedynym oddziałem polskich sił zbrojnych, który poszedł na taką współpracę. O przepraszam, według historii obowiązującej od 2015 roku byli to „żołnierze wyklęci”, na których grobach w Niemczech kwiaty składał premier Morawiecki, historyk (!) z wykształcenia, a honorowy patronat nad obchodami jej powstania objął sam prezydent Duda – dwa wyjątkowo haniebne zdarzenia z udziałem najwyższych władz polskich. I znowu – zamiast jakichś zdecydowanych protestów, ciche popiskiwanie opozycji i jedynie wyraźny głos sprzeciwu ze strony niektórych środowisk kombatanckich.

Inny funkcjonariusz PiS, niejaki Joachim Brudziński, ponoć druga persona w PiS, wielotysięczne demonstracje w obronie sądów skwitował w TV „wierszykiem”: „Cały świat się z was śmieje, komuniści i złodzieje”. Może pan Jojo sądzi po sobie – do tej pory w internecie można znaleźć teksty na temat jego młodzieńczych „wyczynów”, a w 2006 roku tygodnik „Nie” pisał: „”Jojo” [szkolna ksywka Brudzińskiego] wyleciał ze szkoły za rozbój i kradzież, której dokonał na torach przed budynkiem szkoły – opowiadał były wicedyrektor szkoły Czesław Hinc. Według relacji matki poszkodowanego chłopca Joachim Brudziński miał okraść jej syna”. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli jest sporo doniesień na ten temat i ludzie piszą to pod swoimi nazwiskami, powołując się na świadków, którzy też nie ukrywają swojej tożsamości, to może jednak coś   jest na rzeczy?

Dlaczego nikt nie zaprotestował, chociażby podając sprawę do sądu, przeciwko takim chamskim pomówieniom, gdzie byli posłowie opozycji, którzy mają wielokrotnie większe możliwości działania w takich momentach od przeciętnego obywatela?

Zupełnym uwiądem w działaniu wykazuje się opozycja w sprawie tzw. telewizji publicznej, zwanej już powszechnie „Kurwizją”. Takiego szamba, jakie stworzył z niej prezes Jacek Kurski nie było od czasów stanu wojennego, a czasem nawet odnoszę wrażenie, że może telewizja tamtego okresu była bardziej obiektywna. Ja rozumiem, że babranie się w fekaliach tworzonych przez prezesa i jego pałkarzy mikrofonu, skądinąd osobnika, który nie cofnie się przed żadną podłością, nie sprawia nikomu przyjemności, ale – na Boga – nawet w początkach totalitarnego reżimu są jakieś granice, których przekroczenie powinno skutkować adekwatną reakcją – twierdzę, że stek brudów, kłamstw, pomówień mógłby być wielokrotnie zatrzymany przez sąd, tylko trzeba by do niego wnieść sprawę przeciw „Kurwizji”. Sądzę, że kilka przegranych procesów z wysokimi nawiązkami na cele charytatywne skutecznie powstrzymałoby bezwzględnych pisowskich pałkarzy z Woronicza od następnych „wybryków”. Tylko trzeba chcieć i wykazać chociaż trochę zaangażowania, a nie tkwić w opozycji i spać snem zimowym – bo zaczynam coraz bardziej nabierać przekonania, że rola niemrawej opozycji coraz bardziej przypada jej posłom do gustu.

Strach przed Macierewiczem, czyli „perełka” zaniechania

W 2007 roku opublikował on raport z likwidacji WSI, który podano do publicznej wiadomości, łącznie z aneksem nr 16, który zawierał m.in. imienną listę agentów i współpracowników tych służb na Bliskim Wschodzie, co doprowadziło do całkowitej dekonspiracji polskiej siatki wywiadowczej w tamtym regionie i – prawdopodobnie, o czy donosiły nieoficjalne źródła – śmierci kilku zdradzonych agentów. Macierewicz twierdził, że byli to jednocześnie agenci Moskwy, co nie przeszkodziło mu, jak donosiła potem prasa, pobiec z raportem – przed pokazaniem go komukolwiek z polskich władz – do tłumaczki Iriny O. (nawiasem mówiąc, żony polskiego dyplomaty pracującego długo m.in. w Moskwie) zamieszkałej w enklawie rosyjskiej w Warszawie przy ulicy Sobieskiego, żeby przetłumaczyła go na rosyjski. Ciekawe, prawda?

Raport był rzeczą bez precedensu – w nowożytnej historii nie zdarzyło się, aby jakikolwiek kraj zdradził swoich agentów, podając ich listę do powszechnej publicznej wiadomości, skazując ich na śmiertelne niebezpieczeństwo i dobrowolną likwidację własnego wywiadu na dużym, do tego zapalnym terenie świata. Nawet po bolszewickiej rewolucji w Rosji nowi władcy nie zdekonspirowali publicznie agentów carskiej Ochrany.

Po publikacji raportu wszczęto śledztwa w sprawie domniemanych przestępstw WSI w nim ujawnionych, większość jednak umorzono. Osoby wymienione w raporcie jako agenci wytoczyły MON ponad 20 procesów. MON przeprosiło większość z nich, a koszty z tego wynikające przekroczyły 1,2 mln zł.

W 2008 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczne z Konstytucją m.in. pozbawienie osób z raportu prawa do wysłuchania przez komisję przed ujawnieniem dokumentu, prawa dostępu do akt sprawy oraz odwołania do sądu od decyzji o umieszczeniu w raporcie. Po tym prezydent Kaczyński zdecydował nie ujawniać przygotowanego przez Macierewicza aneksu do raportu.

Jeżeli zdekonspirowanie własnego wywiadu nie jest zdradą, to co nią jest? I oczywiście jego likwidatorowi nie spadł włos z głowy.

Od 2007 roku toczyło się co prawda w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej niemrawe śledztwo w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa przez Antoniego Macierewicza przy likwidacji WSI, ale dopiero  prokurator Krzysztof Kuciński, który prowadził sprawę od 2009 do jesieni 2013 roku wystąpił do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o uchylenie mu immunitetu, bo po zbadaniu sprawy planował postawienie wielu zarzutów byłemu przewodniczącemu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Zwierzchnik jednak po naradzie w Prokuraturze Apelacyjnej, na której skrytykowano zamiar stawiania zarzutów Macierewiczowi, dwukrotnie odmówił odebrania immunitetu wiceprezesowi PiS. Wtedy prokurator Kuciński zrezygnował z dalszego prowadzenia śledztwa.

Umorzenie śledztwa było umotywowane wręcz kuriozalnymi powodami, które po prostu kompromitowały Prokuraturę Apelacyjną. I tak na przykład wyjaśniano, że art. 231 Kodeksu karnego o karaniu do 3 lat więzienia za niedopełnienie obowiązków bądź ich przekroczenie odnosi się tylko do pojęcia „funkcjonariusza publicznego”. Prokuratura uznała, że Macierewicz jako szef komisji weryfikacyjnej nie był takim funkcjonariuszem publicznym, bo był jedynie „osobą pełniącą funkcję publiczną”, zaś komisja weryfikacyjna nie była instytucją państwową, której szef podlega odpowiedzialności z art. 231 Kk, lecz „innym organem państwowym”, powołanym na mocy ustawy do załatwienia konkretnej sprawy.

Według PA nie można też uznać, by raport był „dokumentem” w myśl art. 271 Kk. Stanowi on, że „funkcjonariusz publiczny lub inna osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Według tej prokuratury raport nie ma takiego „znaczenia prawnego” w myśl prawa karnego.

No cóż, przechodził sobie jakiś zupełnie prywatny pan, w tym wypadku o nazwisku Macierewicz, koło budynku zawierającego archiwa WSI i zaciekawiony wstąpił je zobaczyć, i tak go one wciągnęły, że się bidulek zasiedział kilka miesięcy przy ich wertowaniu. Broń Boże, nie był on oczywiście żadną osobą urzędową, ot społecznik – hobbysta, a to co sobie tam z nich wynotował i ujawnił, nie miało przecież w ogóle znaczenia prawnego.

Przypomnijmy – był to przełom 2013 i 2014 roku, gdy u władzy była koalicja PO-PSL. Dlaczego zwierzchnicy Seremeta dopuścili do umorzenia śledztwa w tak ponurej i haniebnej sprawie, jak denuncjacja agentów przez Macierewicza, do tego umotywowanego tak pokrętnymi i wręcz żałosnymi tłumaczeniami? Już wtedy się go bali, chcieli mieć święty spokój czy kierowały nimi jakieś inne przesłanki, o których nie wiemy?

Nie mam wystarczającej wiedzy, by ocenić, na ile zarzuty wobec funkcjonariuszy WSI były zasadne – sądząc jednak po przegranych ponad 20 sprawach i wypłacanych odszkodowaniach,  można przypuszczać, iż większość z nich była wyolbrzymiona, kłamliwa albo wręcz idiotyczna – jednemu z agentów, niejakiemu Makowskiemu, zarzucono, że nie rozliczył się z sum, które płacił swoim arabskim informatorom za współpracę. Czy Macierewicz chciał dostawać faktury przez nich wystawiane? Oczywiście, prawdopodobnie mogły być jakieś sprzeniewierzenia i przywłaszczanie pieniędzy, ale działania wywiadowcze na obcym terenie i pozyskiwanie do nich miejscowej ludności zawsze są grą nieprzejrzystą i trzeba się z tym liczyć, ważne są ich efekty. A WSI miała akurat dobrze rozpracowany teren Bliskiego Wschodu, o czym świadczy chociażby ewakuacja przez te służby agentów amerykańskich z Iraku i była za to wysoko ceniona przez USA.

Drugim, jeszcze ważniejszym dowodem na miałkość oskarżeń jest to, że chyba na ich podstawie nikt ze służb nie został skazany przez sąd. WSI miało być w koncepcji PiS-u największym złem w Polsce po 1989 roku i do tej tezy Macierewicz dopasował swoje oskarżenia.

Gdyby wtedy „społeczny” likwidator Antoni został surowo ukarany za to oczywiste zniszczenie polskiego wywiadu, uniknęlibyśmy pewnie w dużej mierze szaleństw tego pana przy okazji jego przewodnictwa w tzw. podkomisji smoleńskiej, która jest jednym wielkim skandalem i wprost hucpą kompromitującą nie tylko jej członków, a szczególnie Macierewicza, ale także całe państwo polskie. Realne w tej „komisji” są tylko miliony złotych przelewane na konto jej „badaczy”, z których kilku sami się ośmieszyli, porównując katastrofę samolotu do pękających parówek i miażdżenia puszek po piwie. Może te kiełbaski i puszki po piwie, a również stan umysłu zostały im jeszcze po jakimś grillu „integracyjnym”?

W styczniu 2018 roku Macierewicz ujawnił, że koszt działania podkomisji przekroczył 6 mln złotych, rok później jednak oddzielny budżet podkomisji został skasowany i jest ona w tej chwili po prostu w budżecie MON i nie sposób już będzie dociec, ile nas to kosztuje. Tajne są także umowy z zagranicznymi „badaczami”, często nawet nie wiadomo z kim personalnie są zawierane.

I jeszcze taka oto ciekawostka: za sekretarza komisji podaje się niejaka Magda Palonek, na której temat jeden z dzienników napisał: „Wtajemniczeni twierdzą, że tak naprawdę to blogerka Martynka, która wielokrotnie pisała dla sprzyjającego rządowi portalu „wPolityce.pl”. Spytaliśmy Palonek, czy blogerka Martynka to faktycznie ona. Poprosiła, by „zwolnić ją z odpowiedzi”. Cóż, 10 tys. zł miesięcznie pensji za samo członkostwo w komisji smoleńskiej piechotą nie chodzi”.

Rozochocony bezkarnością Macierewicz dokonał całkowitej destrukcji MON, z którego wyrzucił ponad 200 pułkowników i kilkunastu najważniejszych generałów, już po uczelniach amerykańskich, mających doskonałe kontakty w NATO pod pretekstem… dekomunizacji kadry. Po dopuszczeniu do bezkarnego zniszczenia kilkanaście lat wcześniej polskiego wywiadu to następny klasyczny przykład całkowitej bierności ze strony opozycji, lenistwa albo wprost niewiarygodnej głupoty. Czy naprawdę nie można było zrobić nic więcej, żeby uratować polską armię przed totalną dewastacją ze strony tego niszczyciela, który do tego poniżał najwyższych dowódców przy pomocy jakiegoś pętaka aptekarza, swojego faworyta?

Swoją drogą pomyślałem sobie w tym kontekście o czasach przedwojennych – gdyby do któregoś z ówczesnych generałów „podskoczył” w jego gabinecie jakiś cywilny gnojek, zostałby pewnie solidnie wypłazowany szablą, a potem wyrzucony sążnistym kopniakiem jego adiutanta…

Banaś i inni…

Bezczelność i arogancja podłej zmiany rośnie niemal w postępie geometrycznym. Najnowszym tego przykładem jest zachowanie szefa NIK-u, obszernie ukazywane przez media, z czego on sobie zupełnie nic nie robi. Niestety, opozycja też niewiele robi – rozumiem, że nowy Sejm i Senat nie rozpoczęły jeszcze na dobre działalności, ale obawiam się, że aktywność opozycji w tej sprawie znowu skończy się na niczym… A przecież w normalnym kraju działalność tego osobnika mogłaby doprowadzić do upadku rządu. Ale jak powiedział kiedyś niejaki Marcin Wolski, wieloletni członek PZPR, nawrócony teraz na pisowską religię, „przegraliście wybory, więc morda w kubeł”.

W obozie władzy nie ma, nie tylko moim zdaniem, żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy i monstrualnych kłamstw – kto zajmuje wyższe stanowisko, tym bardziej – nazwijmy rzecz po imieniu – łże. Nie używajmy eufemizmów w rodzaju „kontrowersyjna wypowiedź”, „mija się z prawdą”, czy nawet „kłamie”. Oni po prostu monstrualnie łżą. I znowu – chyba tylko w dwóch przypadkach podano Morawieckiego (który dorobił się już pseudonimu „Pinokio”) do sądu i musiał za kłamstwa przepraszać. Dlaczego nie można wytykać ich za każdym razem i głośno protestować, chociażby w Sejmie, jeśli ktoś nie chce wstępować na drogę sądową?

O hipokryzji rządzących można pisać opasłe tomy, ale warto zwrócić uwagę na jedną rzecz, którą można nazwać okradaniem państwa „w majestacie prawa”. Pamiętacie pewnie sejmowe przemówienie pani sołtysowej w Sejmie, gdy bredziła, że „wystarczy nie kraść”. Nie wiem, kogo miała na myśli, bo przez cztery lata PiS nawet nie próbował oskarżyć kogokolwiek z opozycji o jakieś przestępstwa finansowe. Kiedy indziej, po rozdaniu bardzo wysokich nagród swoim kumplom, skrzekliwym głosem niemal krzyczała „im te pieniądze się po prostu należą”. I to jest właśnie kwintesencja rządu „dobrej zmiany” – wpychanie niekompetentnych, ale swoich ludzi na wysokie, świetnie płatne stanowiska w spółkach skarbu państwa, przyznawanie im wysokich nagród, obsypywanie przywilejami, „bo im się to po prostu należy”.

Jaskrawym tego przykładem jest sytuacja w NBP, gdzie dwie panie, „dwórki” pana prezesa, jak się je eufemistycznie nazywa, zarabiają przy zupełnie niejasnym oficjalnym zakresie obowiązków po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie (co do roli, jaką te panie pełnią w rzeczywistości nikt nie ma złudzeń – wystarczy poczytać internetowe opinie na ten temat). I co dalej? Ano nic, prezes NBP i jego „dwórki” mają się dobrze, opozycja trochę poszumiała, prasa pokpiła z sytuacji, a ta została bez zmian.

Ciekawe, czy w obecnej, już mocno zmienionej sytuacji politycznej chociażby ze względu na przewagę głosów w Senacie opozycja weźmie się wreszcie do roboty, żeby walczyć z takimi patologiami?

Expose Morawieckiego: kupa półprawd, pełne kłamstw i krętactw

19 List

Mateusz Morawiecki wygłosił exposé. Nie obyło się rzecz jasna bez odwołań do historii, niekiedy bardzo zawiłych. Ale premier nie pominął też i kwestii ubóstwa, nierówności społecznych, wychowywania młodego pokolenia i … problemu bezpieczeństwa pieszych. Słowem, dla każdego coś miłego.

Rozpoczynając expose Morawiecki przypomniał postać Czesława Mostka, pseudonim “Wilk”, który zmarł dokładnie przed rokiem, w wieku 103 lat. Był on uczestnikiem asysty wojskowej, która  wiozła serce zmarłego marszałka Józefa Piłsudskiego do Wilna.

Jeśli o Marszałku mowa, premier nie omieszkał podzielić się refleksją, co było dla niego ważne, przy okazji… miksując przesłanie Piłsudskiego z cytatem z… jego politycznego rywala – Romana Dmowskiego. –  Używając po raz pierwszy fonografu [Piłsudski] powiedział, że stoi przed „dziwaczną trąbą” i choć nasze czasy wydawałyby mu się jeszcze dziwniejsze, nie zmieniłaby się zasada, którą miał w sercu i w głowie. Trzeba robić wszystko co buduje silną i normalną Polskę. Jesteśmy Polakami, więc trzeba nam mieć obowiązki polskie” – powiedział premier, jak zwykle beztrosko operując faktami.

Nie obyło się bez innych „wielkich cytatów”: „Rodzina to bastion całej Polski” prymasa Stefana Wyszyńskiego i „Wszystko bierze żywot z ideału” – poety Cypriana Kamila Norwida. Padło także: „Polska nie jest ani na wschodzie, ani na zachodzie. Polska jest centrum cywilizacji europejskiej” prezydenta USA Ronalda Reagana z czerwca 1982. Załapał się i polski, nieżyjący prezydent, Lech Kaczyński ze swoim: “nie ma nic bardziej normalnego niż walka o własne miejsce w Unii”. Generalnie – podkreślił kilkakrotnie premier Morawiecki – „polskość to normalność”. Był to przytyk do chętnie wyrywanej z kontekstu, w którym go napisał, frazy Donalda Tuska: “polskość to nienormalność”.

Posłanki i posłowie z wystąpienia premiera dowiedzieć się mogli, że ostro mkniemy “od Polski papierowej do Polski cyfrowej” (czytaj: PiS walczy z biurokracją), że “państwo nie może być tylko nocnym stróżem” (…rozprawia się z liberałami, wiadomo kim) i dba o wychowanie przyszłych pokoleń (bo „dzieci są nietykalne, kto podniesie na nie rękę, tę ideologiczną rękę, ten podnosi rękę na całą wspólnotę”). Osobliwie pan premier lubi – podobnie jak i Jarosław Kaczyński – powracać do  „ręcznego” motywu Cyrankiewicza. Wszak prezes PiS rzekł niedawno, w kampanii wyborczej, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”. Co do dzieci – premier sprecyzował zagrożenie następująco: „Kto chce zatruć dzieci ideologią, odgrodzić od rodziców, rozbić więzi rodzinne, bez zaproszenia wejść do szkół i pisać ideologiczne podręczniki, ten podkłada pod Polskę ładunek wybuchowy i chce wywołać wojnę kulturową”. Premier zastrzegł jednak, że w takim starciu zawsze „wygra rodzina”. – „Bo to wartość arcypolska” – zapewniał Morawiecki.

Nie zabrakło dość typowej ostatnio polskiej „kołysanki” – w tym wypadku Mateusz Morawiecki odwołał się do słów swojego ojca, założyciela Solidarności Walczącej, Kornela Morawieckiego, który podkreślać ponoć miał, że Polacy dysponują dorobkiem stanowiącym powód do wielkiej dumy – „z naszej ojczyzny nie wychodziły wojny, nie byliśmy sprawcami niczyjej zagłady i jak mało kto byliśmy obrońcami wolności”.

Podczas ogłaszania planów rządu na najbliższe cztery lata Morawiecki najwięcej mówił o rodzinie i dokonaniach, które ma na swoim koncie jego rząd. – „Przez cztery lata naszych rządów zmniejszyły się nierówności społeczne, wyrwaliśmy 2 mln osób z biedy” – stwierdził, na co posypały się w mediach społecznościowych komentarze opozycji, lekko uśpionej wcześniej wykładem historycznym. Agnieszka Pomaska z PO napisała na Twitterze, że dane GUS mówią co innego, i że liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie od poprzedniego roku z 4,3 proc. do 5,4 proc. w 2018. Koalicja Obywatelska w sieci na bieżąco komentowała wystąpienie Morawieckiego pod hasłem „expose kłamstw”, na bieżąco punktując nieścisłości dotyczące służby zdrowia, budownictwa mieszkaniowego, zrównoważonego budżetu i wielu innych obszarów życia publicznego. Także PSL nie omieszkał skomentować wzrostu składek ZUS jako nienajlepszy przykład „wzmacniania polskiej przedsiębiorczości”.

Tymczasem premier w końcówce exposé – w typowej dla siebie manierze – radził górnolotnie „iść za radą Andrzeja Trzebińskiego, wojennego poety”:  “Nie udawajmy, że Polska jest gdzie indziej, że jest czymś innym. Jest w miejscu, w którym zostawili ją nasi przodkowie i zajdzie tam, gdzie zaniosą ją nasze wysiłki”.

W temacie „chodzenia” w exposé – dodajmy – nie zabrakło … zapowiedzi wprowadzenia pierwszeństwa dla pieszych przed wejściem na przejście i możliwości jazdy po bus pasach i skuteczniejszego karania pijanych kierowców. Bardzo się to chwali. — ”Polska jest dziś bezpiecznym krajem, ale wyjątek to bezpieczeństwo na drogach. Będzie to jeden z naszych priorytetów. Utworzymy program bezpiecznej infrastruktury drogowej” — zapowiedział premier Morawiecki. Polska – zmęczona drogowymi katastrofami – czeka na to z niecierpliwością, to pewne.

Więcej o expose Morawieckiego >>>

O kłamstwach Morawieckiego tutaj >>>

Więcej >>>

Chcecie zmieniać Konstytucję? Najpierw zacznijcie przestrzegać obowiązującą. #exposeKłamstw

PiS podwyższa opłatę paliwową i to już od stycznia 2020 r. Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk podpisał rozporządzenie w tej sprawie, które opublikowano w Monitorze Polskim.

Stawka za 1000 litrów benzyny wzrośnie do 138,49 zł z 133,21 zł obowiązujących w tym roku. Opłata za 1000 litrów oleju napędowego wzrośnie z 297,61 zł do 306,34 zł, a opłata za 1000 kg gazu z 164,61 zł do 170,55 zł.

– „To jest oczywiste, że na końcu zapłacimy za to my, konsumenci. Nawet jeśli podniosą ceny paliw dla przemysłu, to piekarze będą musieli to uwzględnić w cenie. Konsumenci zawsze za to płacą” – powiedział w rozmowie z TVN24 BiS poseł PO Robert Kropiwnicki. – „Mam wrażenie, że skończył się karnawał i zaczyna się bardzo ciężka zimowa sesja egzaminacyjna. Wszyscy będziemy się teraz zrzucać na spinanie budżetu Mateusza Morawieckiego” – dodał.

Podobne opinie zamieszczali na Twitterze internauci: – „Podwyżka opłaty paliwowej to nie tylko droższe paliwa, ale i wyższe koszty transportu towarów. Wyższe koszty transportu z kolei oznaczają jeszcze większą drożyznę w sklepach”; – „PiS = Populizm i Socjalizm”;

– „Matołusz podnosi akcyzę za alkohol i fajki, bo dba o zdrowie Polaków. Podniesie ceny paliw, bo dba o ekologię i walczy ze smogiem. Czego nie rozumiecie?”; – „Trwa zrzuta na „pincet” plus i resztę rozdawnictwa…”; – „A ja gorąco proponuję, żeby podwyżkami zostały objęte wyłącznie osoby głosujące na PiS”.

Przypomnijmy, że w 2011 r. Jarosław Kaczyński zarzucał rządowi Donalda Tuska zbyt wysokie opodatkowanie paliw. To wtedy prezes PiS wystąpił na konferencji prasowej, na której głównym rekwizytem był kanister.

Kreatywna księgowość Morawieckiego grozi nam kryzysem jak w Grecji i Wenezueli

18 List

– „Po obejrzeniu „Faktów” TVN, w których zaatakowano Premier Beatę Szydło, zastanawiam się, w którą stronę idzie dziennikarstwo. Czy można w tak podły sposób zestawiać ludzi o nieposzlakowanej opinii z przestępcami? Szczyt manipulacji. Może zajmie się tym Rada Etyki Mediów” – napisał na Twitterze Mateusz Morawiecki.

W głównym programie informacyjnym TVN pokazano skrót reportażu, o którym pisaliśmy w artykule „Burza po „Superwizjerze”: Szydło witająca się z gangsterami straszy sądem. Eksperci pytają o jakość służb”. Złośliwie można by zapytać, dlaczego Morawiecki nie stanął w obronie Antoniego Macierewicza, który też pojawił się w reportażu…

– „MatołUsz przestań z PiS robić ofiarę. Zapytaj się Brudzińskiego jak pokazywał zdjęcia prezydenta Komorowskiego. Albo jak PiS grał zdjęciem Tuska” – napisał internauta Tomasz Wolff. Dołączył też zdjęcia opisywanych przez siebie sytuacji. A Paweł Wroński z „GW” dodał: – „Czy to nie wPolityce publikowało zdjęcia prezydenta B. Komorowskiego z członkami zarządu SKOK Wołomin jako jednoznaczny dowód podejrzanych kontaktów z przestępcami? Takie pytanie dla równowagi”.

Internauci oburzeni komentowali wpis Morawieckiego: – „Jasne, wiadomo, że bardzo niewygodni są dla Was dziennikarze, którzy pokazują, że najwyżsi rangą politycy PiS kontaktują się ze światem przestępczym”; – „Jaka manipulacja?… przecież tam była i podawała rękę, a pan Antek pozował do zdjęcia”; – „Przecież oni sami się ze sobą zestawili. I jeszcze podali sobie ręce. „Zaatakowano Premier Beatę Szydło”. Od kiedy pokazywanie prawdy to jest atak?”.

Przypomnijmy, że to już kolejne „przestrzelenie” premiera. Kilka tygodni temu: „Morawiecki broni Szydło i „jej najbliższych” – „Rodzina rodzinie nierówna. Ta pisowska ma prawa, inne nie…”.

– „Start Sejmu IX kadencji podobny jak VIII – nocne głosowania, projekty rządowe schowane pod poselskimi, żeby nie konsultować, nie oceniać skutków, nie analizować. Żywioł, bo kasa na gwałt potrzebna. Rzeczywistość PL, listopad 2019” – napisała na Twitterze posłanka PO Maria Janyska.

A z harmonogramu posiedzenia Sejmu, który dołączyła do wpisu posłanka, wynika, że faktycznie partia rządząca zamierza powielać zwyczaje z poprzedniej kadencji. Przez minione cztery lata kluczowe ustawy przepychane były przez PiS pod osłoną nocy.

Na posiedzeniu Sejmu nowej kadencji w najbliższy wtorek po godzinie 20.00 zacznie się tzw. procedowanie ustaw m.in. o likwidacji 30-krotności ZUS i o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych, z którego rząd PiS zamierza sfinansować tzw. 13 emerytury. Głosowania zaplanowano po północy.

Za to bez przeszkód suweren będzie mógł wysłuchać expose Mateusza Morawieckiego. Wystąpienie premiera rozpocznie się we wtorek o godz. 10.00.

Dodajmy, że z kolei w czwartek wieczorem Sejm ma wybrać sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czyli odbędzie się glosowanie nad zgłoszonymi przez PiS kandydaturami Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza oraz Roberta Jastrzębskiego.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że PiS ma ogromny problem ze znalezieniem pieniędzy na realizację swoich wyborczych obietnic.

Trwają rozpaczliwe poszukiwania i pomysł na zniesienie 30-krotności ograniczającej składki ZUS, podniesienie akcyzy na alkohol i papierosy oraz przeznaczenie na 13- te emerytury pieniędzy z Funduszu Solidarnościowego dla osób niepełnosprawnych. Błyskawicznie przygotowano ustawy i już we wtorek oraz czwartek będą one tematem numer jeden w Sejmie.

O wiele prostsze byłoby zwiększenie deficytu, ale na to rząd Zjednoczonej Prawicy nie pójdzie, głównie dlatego, że nie pozwala na to stabilizująca reguła wydatkowa (SRW) zapisana w ustawie o finansach publicznych. To ona wyznacza górną granicę wydatków na dany rok, a właśnie na 2020 rok wynosi ok 901 mld zł i nie da się tego w żaden sposób obejść. Wiadomo, że każda próba naruszenia SRW może skutkować obniżoną wiarygodnością Polski na arenie międzynarodowej i przeceną naszego długu, co dla Polski byłoby bardzo niekorzystne.

Stąd właśnie pomysł, by obejść SRW i liczyć, że nikt nie zwróci na to uwagi. Jednak to dość ryzykowne działanie, bo jak mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, „Obchodzenie reguły, choć też niepozbawione pewnego ryzyka, może jeszcze być do pewnego stopnia (…) Jednak już w 2021 r. problem wróci ze zdwojoną siłą. Wówczas księgowe sztuczki nie wystarczą. Trzeba będzie albo regułę złamać, albo podnieść daniny, albo zrezygnować z części wydatków. Nie chcę zgadywać, co wybierze większość parlamentarna”.

Tak więc, jakkolwiek by na sprawę nie spojrzeć, przyjdzie czas, gdy odbije się ona narodową czkawką i wszyscy poniesiemy konsekwencje takiej decyzji rządu.

Na szacunek i uznanie zasługują tylko ci, którzy podzielają nasze wartości i wierzenia.

W niealfabetycznym słowniku rządzących hasło „Godność” zajmuje ważne miejsce, gdzieś między Bogiem, Honorem i Ojczyzną. Godność według Kaczyńskiego jest tym czymś, czego dotąd społeczeństwu brakowało jak tlenu, ale przyszedł PiS, odkręcił zawór na cały regulator i teraz obywatele inhalować się mogą do woli podmuchami godności. Nie każdy wszakże zasługuje na tę ożywczą wentylację. Nie tak dawno na finansowaną ze środków publicznych konferencję zatytułowaną  „Solidarność: od godności człowieka do ponadnarodowej współpracy”, nie wpuszczono zaproszonych uprzednio dziennikarzy Gazety Wyborczej i TVN, bo po namyśle organizatorzy uznali ich za niegodnych i nienadających się do żadnej współpracy. Z honorami powitano natomiast arcybiskupów Sławoja L. Głódzia oraz Marka Jędraszewskiego, znanych organizatorom z wyjątkowego poszanowania godności swoich podwładnych i zawsze gotowych do życzliwej współpracy z osobami o odmiennych poglądach.

Przed listopadowym świętem Jarosław Kaczyński zawiadomił swoich fanów, że marsze smoleńskie okazały się „przełomowe dla godności narodu” – i w rzeczy samej owo forum nienawiści i szokujących kłamstw, które raziły przyzwoitych ludzi salwami oszczerstw i kalumnii, już dawno przełamało narodową godność na pół. Niedługo potem, podczas narodowej fety, prezydent RP rozwinął myśl swego przełożonego o selektywnej godności, a przy okazji uniósł się patriotycznie, nawołując sam siebie do zgody i jedności. Tego samego dnia w Świątyni Opatrzności Bożej również biskup Józef Guzdek głosił szacunek dla godności i praw Polaków, nie precyzując jednak, ile owej godności ma być udziałem stanowiących prawa, a ile jej przysługuje tym, którzy tworzonemu prawu muszą się podporządkować.

„Nie ma wolności bez godności” zrymował sobie pan premier, występując na inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu w nowym składzie. Był chyba w wyjątkowo radosnym nastroju, bo z mównicy frunął żart za żartem. A to, że również „nie ma wolności bez wiarygodności”, a to, że w Polsce „demokracja ma się tak dobrze jak nigdy wcześniej”, a to, że wbrew krakaniu opozycji budżet kraju jest w stanie pełnej równowagi…  A kiedy już wysechł mu gejzer dowcipów, to o godności , od której rozpoczął wystąpienie, słowem już nie wspomniał. Bo wredne niepolskie media zaraz zaczęłyby pytać o godność pacjentów oczekujących na ratowanie życia w wielomiesięcznych i wieloletnich kolejkach, albo o godność nauczycieli pokaleczonych odłamkami wysadzonego w powietrze systemu oświatowego, czy o godność prokuratorów dociskanych buciorem Ziobry oraz sędziów opluwanych i sekowanych przez partyjnych nominatów. A jak miałby pan premier odpowiedzieć na pytanie, dla kogo trzyma wolny stołek ministra sportu i czy godne jest korumpowanie senatorów stanowiskami, które powinni obejmować fachowcy po konkursowym naborze? Nie mówiąc już o najtrudniejszym pytaniu o godność niepełnosprawnych, którym pan premier zabrał właśnie pieniądze, by ufundować emerytom wyborczą kiełbasę, na którą budżetu nie było stać ani teraz, ani w chwili, gdy „trzynastkę” obiecywał.

„Godność” to w znaczeniu słownikowym poczucie własnej wartości, szacunek do siebie, a także oczekiwanie od innych szacunku i sprawiedliwej oceny walorów duchowych, moralnych czy społecznych zasług.  Polska Konstytucja już w preambule potwierdza istnienie przyrodzonej godności człowieka, a w art. 30 definiuje ją jako niezbywalne i nienaruszalne źródło wolności i praw człowieka i obywatela, jako wartość, której ograniczać nie wolno. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ stwierdza w preambule, iż „uznanie przyrodzonej godności oraz równych i niezbywalnych praw wszystkich członków wspólnoty ludzkiej jest podstawą wolności, sprawiedliwości i pokoju świata”. Ale co obchodzi Jarosława Kaczyńskiego słownik, Konstytucja, ONZ, a nawet prawo kanoniczne, które od Soboru Watykańskiego II godność człowieka ustanawia fundamentem prawa? Wszystkie te dokumenty musieli wymyślić jacyś lewacy, którzy wszędzie, gdzie mowa o godności, dopisali, że przysługuje ona KAŻDEMU człowiekowi. A jakąż przyrodzoną godność mogą mieć uchodźcy roznoszący choroby i pasożyty, albo wrogowie Polski z coraz liczniejszych nieprzyjaznych Polsce krajów świata, czy naprawiacze świata o komuszej proweniencji, nosiciele wirusa Gender, homoseksualiści i inni pedofile, ideolodzy LGBT, wrogowie Kościoła i w ogóle wszyscy, którzy myślą inaczej i przeciwstawiają się władzy PiS? Czy oni mogą mieć jakąkolwiek godność? No przecież to niemożliwe!

Aparat propagandowy obecnej władzy sugeruje nam nieustannie, że Polacy są narodem wybranym. Niestety – wybranym tylko przez Kaczyńskiego i narodowców ścigającym się z prezesem na radykalizm patriotyczny, co powoduje, że przestajemy się liczyć w świecie i coraz częściej stajemy się obiektem drwin. Bo też i trudno o inny kraj, gdzie godność owinięta jest tak szczelnie narodową flagą, a narrację publiczną tak gęsto naszpikowano narodową dumą w wersji podkreślającej wyższość polskiej nacji. Polityka zagraniczna PiS sprowadza się do głoszenia tezy, że Polsce należy się szczególne miejsce na arenie światowej, bo nasi przodkowie ginęli i cierpieli. Narody świata winne są Polakom szacunek i uznanie bez względu na to, gdzie polskie władze mają praworządność i demokrację. MSZ nie reaguje na opinie zamroczonych polityków z PiS i okolic, którzy głoszą, że fundusze unijne nam się po prostu należą jako zapłata krajów Zachodu za sprzedanie Polski Stalinowi, że unijna kasa to tylko wabik, bo tak naprawdę Zachód chce nas podporządkować ekonomicznie, potem kulturowo, a na końcu eksterminować, albo że Polskę atakuje światowe lewactwo, Gender i LGBT, a katolicy prześladowani są przez postkomunistyczne bojówki opłacane przez wrogie zagraniczne ośrodki.

W popularnym znaczeniu godność jest właściwością człowieka godnego, czyli przyzwoitego, zasługującego na godne traktowanie.  W nie tak odległych czasach nieznanym ludziom już na dzień dobry przysługiwał szacunek i podstawowa doza zaufania.  Kulturalni Polacy, którzy chcieli poznać czyjeś nazwisko, pytali: – Jak Pańska/ Pani godność? Było, minęło.  Wskutek licznych zabiegów Kaczyńskiego i jego ekipy stajemy się coraz bardziej nieufni. Ludzie obcy, spoza ferajny, to osobnicy niebezpieczni, a co najmniej podejrzani. Na szacunek i uznanie zasługują tylko ci, którzy podzielają nasze wartości i wierzenia. Godność stała się dobrem limitowanym i przyznawanym automatycznie jedynie członkom własnego plemienia, a jej szafarzami zostali ci, którzy nam godność odbierają. Może nawet już ją nam ukradli, tak jak demokrację, prawo i sprawiedliwość.

Juliusz Paetz, Krystyna Pawłowicz, Piotr Gliński, Anna Zalewska, Beata Szydło – taka tam menażeria

17 List

Wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość” – taki wpisem na Facebooku Tomasz Terlikowski ocenił decyzję dotyczącą miejsca pochówku abp. Paetza.

Zmarły w piątek duchowny miał zakaz głoszenia kazań ze względu na oskarżenia o seksualne molestowanie młodych księży i kleryków.

Kuria archidiecezjalna w oficjalnym komunikacie poinformowała, że pogrzeb hierarchy kościelnego będzie miał charakter prywatny, a na miejsce pochówku została wybrana poznańska katedra.

Miejsce pochówku oraz forma pogrzebu są zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego i zostały ustalone ze Stolicą Apostolską, Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz rodziną duchownego” – taką informację przekazała kuria.

Zdaniem Tomasza Terlikowskiego ta decyzja jest nieprzemyślana. „Trudno sobie wyobrazić, by te wydarzenia nie przyciągnęły antyklerykałów, by nie sprawiły, że ten grób będzie regularnie bezczeszczony. I stanie się to na życzenie kurii, Stolicy Apostolskiej i rodziny” – komentuje prawicowy publicysta.

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych poinformował na Twitterze, że organizacja złożyła prywatny pozew przeciwko Krystynie Pawłowicz.

Chodzi o wielokrotne znieważanie gejów i lesbijek na antenie Radia Maryja. „Są przedstawicielami diabelstwa, zła, nienawiści i podłości” – tak między innymi była posłanka PiS-u określała osoby homoseksualne.

Warto też przypomnieć kilka „klasycznych” już dziś  tweetów Krystyny Pawłowicz  – Jutro, w piątek osoby seksualnie i obyczajowo zaburzone BĘDĄ w SZKOŁACH POLOWAĆ na swe przyszłe ofiary, WASZE DZIECI… Wielu dyrektorów szkół na to polowanie -wbrew Wam – BEZPRAWNIE pozwala.” czy też mamy prawo kochać i tworzyć rodziny” Ale, do odbytu, to nie kochanie, a choroba, pani poseł. Zaś „rodzina” ma rodzić dzieci, a „współżycia” w tych waszych „związkach” przecież nie ma…

Konrad Dulkowski reprezentujący Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych uważa, że kandydatka PiS do Trybunału Konstytucyjnego powinna przeprosić za swoje skandaliczne słowa.

 

Bardzo by nas ucieszyły przeprosiny pani Pawłowicz za to, co mówiła o osobach LGBT. Sąd może też nałożyć grzywnę, czy karę ograniczenia wolności z pracami społecznymi” – mówi Dulkowski.

„Proszę brać przykład z Krystyny. Zaopatrywała się w sałatki własnym sumptem” –  zadrwił internauta na Twitterze pod zarejestrowaną przez kamery TVP wpadką szefa resortu kultury Piotra Glińskiego.

Podczas pierwszego posiedzenia nowego-starego rządu – nieuchwycony w kadrze minister – z ubolewaniem powiedział do swoich kolegów z rządu: „Czy wy widzicie… Nie ma wyżerki, nie ma kawy, herbaty. Po prostu o suchym pysku teraz przez cztery lata”. Ku uciesze jednych i zgorszeniu innych – nagranie zaprezentowano w „Szkle kontaktowym” w TVN24.

Nie pierwszy to raz udaje się kamerom i mikrofonom uchwycić nieprzeznaczone dla mediów wypowiedzi rządzących. Najczęściej nie najlepiej świadczą one o ich nastrojach i o nich samych.

Nie tak dawno temu kamery podsłuchały mało parlamentarną wymianę „poglądów” między obecnymi euro posłankami Annę Zalewską i Elżbietą Rafalską: „No ch…j wypatrzył?” – pytała szefowa MEN panią Zalewską. Innym razem wicepremierzy Gliński i Gowin zostali przyłapani na podkradaniu jabłka z biurka premiera Morawieckiego.

Prawdziwą kompromitację „zaliczył” nieżyjący już prof. Jan Szyszko, gdy na początku posiedzenia rządu pojawił się z kopertą, dla Mariusza Błaszczaka. „To jest taka córka leśniczego…” – mówił Szyszko wyjmując kartkę z koperty. „A to jest kamera Polsatu” – zauważył przytomnie Błaszczak, wskazując na bliskie oko kamery … I wydało się… Cała Polska miała powód do spekulacji…

Tym razem internauci też nie oszczędzają Piotra Glińskiego. „Laureat nagrody Człowieka Wolności. Wielbiciel wyżerki” – wyzłośliwiają się.

„Stoimy przed wyborem ścieżki prawnej, którą mamy podążać. Żadna nie jest wydeptana. Jeśli dojdzie do procesu, będzie to jeden z najgłośniejszych procesów w Polsce w ostatnich latach” – zapowiada w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Dobrosław Bilski, inicjator pozwu zbiorowego rodziców w sprawie pisowskiej „reformy edukacji”. Bilski jest pedagogiem, doktorem nauk humanistycznych, wykładowcą akademickim z Łodzi.

Żeby złożyć pozew zbiorowy, wystarczy 10 osób. – „Do grupy na Facebooku, na której dzielimy się historiami o skutkach reformy edukacji, należy 1,4 tys. rodziców. Tych, którzy wypełnili formularz, podali dane kontaktowe i udokumentowali sytuację dzieci, jest ok. 50. Więcej, niż się spodziewałem” – stwierdził Bilski. Dwie kancelarie prawne zaoferowały pomoc pro bono.

„Ci, którzy zdecydowali się przyłączyć do pozwu, twierdzą, że ogromny stres zaczął się już w klasie siódmej i ósmej. Mają na to badania dzieci pokazujące, że powodem zaburzeń ich stanu zdrowia – zarówno fizycznego, jak i psychicznego – był stres szkolny. Niektórzy popadali w depresję, inni mieli fobię szkolną. Jeden z ojców opisywał, jak jego córka w połowie trzeciej klasy gimnazjum nie wytrzymała presji i miała próbę samobójczą. Takich dwóch lat stresu i atmosfery nie doświadczyli uczniowie wcześniej” – powiedział Bilski.

Bilski opisuje też sytuację w liceum, do którego chodzi jego córka: – „Tam są tłok i agresja. Byłem przekonany, że akurat mojej córce poszczęściło się, bo w jej szkole udało się wygospodarować dodatkowe piętro. A tu niedawno opowiadała mi, że jest wewnętrzny konflikt w szkole. Starsi uczniowie się zbuntowali, bo wcześniej spokojnie dostawali się do toalety na przerwie, mogli usiąść na korytarzu. Teraz zwykłe wyjście na korytarz rodzi agresję między uczniami i powoduje spór. W mentalności starszych klas to brzmi: wszystko przez tych pierwszaków”.

Jego zdaniem, do podobnych zdarzeń dochodzi w wielu polskich szkołach. – „Zaskoczyła mnie też liczba kłopotów z dojazdem do szkół. Dzieci nie mieszczą się w autobusach, taką sytuację mieliśmy np. w Konstantynowie Łódzkim. Albo w ogóle nie ma autobusu, bo np. wraz z początkiem roku szkolnego gmina zwiększyła liczbę kursów o 8 rano, a tu się okazało, że połowa dzieci przyjeżdża na godz. 12, bo wprowadzono dwuzmianowość w szkole” – dodał Bilski.

>>>

Kaczyński wciąż jeszcze pozostaje u władzy, ale jest to już inna władza niż w poprzednich czterech latach. Skończył się monopol.

Pisowska smuta dobiega końca. Długo trwała – cztery lata. Partia Jarosława Kaczyńskiego władzę utrzyma jeszcze przez jakiś czas, ale październikowe wybory były cezurą, po której nic już nie będzie takie jak wcześniej. Można odetchnąć. Ufff.

Na cztery lata z polskiego życia publicznego zniknęła polityka rozumiana jako gra, w której różne podmioty zabiegają o realizację swoich interesów i programów, łączą siły lub występują przeciw sobie, targują się, zawierają umowy i deale: „my zgodzimy się na to, a w rewanżu wy zgodzicie się na tamto”, próbują się nawzajem przechytrzyć – i tak dalej.

Tak właśnie wygląda gra polityczna w normalnym demokratycznym państwie prawa. I tak wyglądała w Polsce do roku 2015. Później przyszedł PiS i zgarnął pełnię władzy – w jego rękach znalazły się obie izby parlamentu, urząd prezydenta, prokuratura, media państwowe (dawniej publiczne), służby specjalne, administracja państwowa w terenie, kuratoria oświaty – i wiele innych instytucji. 

Pisowski walec zmiażdżył Polskę

Ten monopol pozwolił Kaczyńskiemu nie liczyć się z nikim i z niczym, nawet z obowiązującym prawem. Pisowski walec parł do przodu, miażdżąc wszystko na swej drodze – grupy zawodowe i społeczne, środowiska naukowe i kulturalne, muzea, gimnazja, rodziców dzieci niepełnosprawnych, a nawet stadniny koni arabskich. Kierowca tego pojazdu prezentował światu tępą mordę bolszewika i pozostawał niewrażliwy na wszelkie apele, próby perswazji czy naciski. Gdy ktoś próbował się sprzeciwić – wzywał policję, karnie odbierał mu diety poselskie lub ograniczał czas wystąpienia do 30 sekund.

To oczywiście podkopywało morale krytyków pisowskiego bolszewizmu – w latach 2016-2017 byliśmy świadkami masowych demonstracji i protestów, które później jednak stopniowo słabły i wygasały. W końcu, ile można chodzić po ulicach miast, głodować i strajkować, jeśli nie przynosi to żadnego skutku? Ostatnim akordem był wielotygodniowy strajk nauczycieli w 2018 r., który władza kompletnie zignorowała.

Koniec monopolu, walec ugrzązł

I oto październikowe wybory przyniosły przełom. Dziś już bolszewik za kierownicą walca nie może sobie pozwolić na luksus ignorowania tych, którzy się mu sprzeciwiają.

Po pierwsze bowiem, sama maszyna, którą prowadzi, zaczęła niedomagać. W bloku silnika pojawiły się groźne pęknięcia. Frakcje Ziobry i Gowina urosły w siłę, a bez nich sam PiS nie ma większości. Na efekt tej zmiany nie trzeba było długo czekać – Gowin zapowiedział, że nie poprze zniesienia tzw. 30-krotności w składkach ZUS. To zmusiło PiS do rozglądania się za alternatywnym sojusznikiem i do zakulisowych prób pozyskania głosów lewicy. W chwili, gdy to piszę, sprawa nie jest jeszcze rozstrzygnięta, ale niezależnie od rezultatu już widać, że do Polski wróciła tradycyjnie rozumiana gra polityczna, w której wszyscy uczestnicy mają szanse na wywalczenie czegoś. To koniec monopolu.

Po drugie, na pół roku przed wyborami prezydenckimi pojawiła się konkurencja na prawo od PiS – Konfederacja, która ogranicza obozowi władzy pole manewru i utrudnia mu walkę o głosy. Bardzo trudno jest zabiegać o wyborców umiarkowanych, jednocześnie puszczając oko do elektoratu narodowców. To właściwie kwadratura koła, a bez jej rozwiązania może się nie udać ponownie zdobyć fotel prezydencki – jego utrata zaś, po przejęciu przez opozycję Senatu (to kolejny istotny czynnik zmieniający sytuację w Polsce) właściwie oznaczałaby, że „dobra zmiana” może się pożegnać z władzą.

No i po trzecie właśnie Senat – opozycja zyskała w nim ważny przyczółek i instytucjonalne oparcie. Od tej pory przepychanie kolanem ustaw w jedną noc staje się już niemożliwe. Nie da się już też stłumić publicznej debaty i pozbawić krytyków władzy forum, na którym mogliby prezentować swe argumenty.

Przez ostatnie cztery lata parlament był maszynką służącą do przyklepywania inicjatyw PiS – być może przejdzie do historii jako drugi w dziejach Polski Sejm niemy. Oponenci byli karani odbieraniem diet, ograniczano im czas wystąpień, ludzie władzy skutecznie blokowali inicjatywy wysłuchań publicznych, nie zgadzali się na powołanie komisji śledczych, które miałyby się zająć niecnymi sprawkami funkcjonariuszy „dobrej zmiany”. Teraz wszystko to staje się możliwe do przeprowadzenia w Senacie.

Dodajmy do tego jeszcze kurczące się zasoby finansowe, skok inflacji i groźbę kryzysu gospodarczego. To odbiera PiS-owi możliwość przekupywania całych grup społecznych.

Wszystko to nie oznacza, że już jutro partia Kaczyńskiego ostatecznie straci władzę. Utrzyma się przy niej jeszcze przez jakiś czas i może uczynić sporo spustoszeń, szkodząc Polsce i jej obywatelom. Niemniej, w powietrzu wyraźnie już czuć cieplejsze podmuchy. Po długiej pisowskiej zimie nadciąga wiosna.

Pawłowicz hipokryzja postępująca i inne pisizmy

16 List

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Walczę o państwo prawa, wolności obywatelskie, w tym wolność od pełnego zła Kościoła. A kaczyści precz!

Krystyna Pawłowicz, która obiecywała zawiesić działalność na Twitterze, właśnie opublikowała kolejne już – po złożeniu tej obietnicy – wpisy. „Tłumaczy” w nich, jak to jest możliwe, że mimo swojego wieku może kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Była posłanka PiS ma 67 lat.

– „ŻADNE przepisy, ani art.3 ustawy o TK, ani art.30 ustawy o SN określający „wymogi” dla bycia sędzią SN – JEDYNY do którego w sprawie „wymogów” odsyła art.3 ustawy o sędziach TK – NIE określają „końcowego” wieku dla kandydowania do SN/TK” – napisała Pawłowicz.

W następnym wpisie dodała: – „Przepis o 65 latach, po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego, bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw. funkcji sędziowskiej. Takie wnioski do KRS są dość częste”.

– „Art. 3 ustawy o statusie sędziego TK odsyła do „wymagań stawianych sędziemu SN lub NSA”. A do nich pośrednio należy też górna granica wieku sędziego SN lub NSA czyli 65 lat (art. 37 ustawy o SN). Ergo: dotyczy też górnej granicy wieku, do którego można zostać sędzią TK. Inaczej można by powołać do TK staruszka w wieku 90 lat na 9 letnią kadencję. Co zdaje się, że bardzo Pani Profesor podkreślała, gdy były procedowanie zmiany w SN, że powinno dać się szanse młodszym, bo ci bardziej wiekowi to nazbyt geriatryczni umysłowo” – odpisał Pawłowicz prawnik Tomasz Krawczyk.

Dominika Długosz z „Newsweeka” przypomniała wypowiedzi Pawłowicz sprzed dwóch lat: – „Za starzy sędziowie są niebezpieczni dla systemu prawnego. To nie jest już wiek… cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne… To wymaga już odpoczynku, wzięcia się za ogródek… Krystyna Pawłowicz, 2017”.

– „Hipokryzja postępująca”; – Łoj-tam, łoj-tam! Przecież poprawki do ustaw to dla was pikuś. Nie tylko ten przepis „nie ma CHARAKTERU”; – „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy.” Tyle warte te pani wyjaśnienia, co deklaracja o zawieszeniu konta”; – „Punkt widzenia od punktu siedzenia… Szczyt hipokryzji w pani wykonaniu” – komentowali wpisy Pawłowicz internauci.

Pacjenci, umierajcie! Rzecze PiS i jego guru Kaczyński

OKO.press

Więcej >>>

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Po zapowiedzi ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka, że złoży zawiadomienie na Lotną Brygadę Opozycji po happpeningu z tekturowym czołgiem, działacze postanowili mu „pomóc”. Stawili się więc w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, gotowi do odbycia „kary”.

Ubrani w pasiaki przynieśli „dowody zbrodni”. – „Tu jest corpus, a tu jest delicti” – powiedział jeden z brygadzistów, pokazując korpus czołgu i jego lufę. – „Proszę wyjść z tym przedmiotem!” – zakrzyknął strażnik.

Niewiele zdziałali w prokuraturze, choć prosili: – „Pan dzwoni do Błaszczaka” i „Przykujcie nas chociaż do stojaków na rowery na 5 minut”.

Poszli więc do Kancelarii Prezydenta, która mieści się nieopodal Sejmu przy Wiejskiej. Uznali, że skoro Andrzej Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego, zanim zapadł prawomocny wyrok sądu, to może zrobić to samo w ich przypadku. Tutaj jednak nie znaleźli „Duda pomocy”…

Znaleźli za to uznanie w sieci. – „Uśmiech i humor to oznaka zwycięstwa na głupotą polityków. W tekturowym państwie, to i corpus delicti z tektury”; – „Biedne ciecie, pewnie się modlą, abyście na ich zmianie nie wpadli”; – „Dawno się tak nie uśmiałem, mój typ poczucia humoru, delikatnie absurdalny i cholernie inteligentny. Szacunek, szkoda tylko, że Mariusz do usranej śmierci tego nie zrozumie” – komentowali internauci.

Depeszę o tym, jak Telewizja Polska zrelacjonowała wizytę „pierwszego Polaka w USA bez wizy” nadała czołowa agencja informacyjna Associated Press, a podały ją dalej m.in. „The Washington Post”, czy „The New York Times”. AP odnotowała, że materiał został wyśmiany. O sprawie pisze Gazeta.pl.

AP zauważa, że relacja w Polsce została wyśmiania, gdy widzowie zorientowali się, że podróżnym był pracownik stacji oraz były polityk PiS. Agencja pisała także, że TVP jest wykorzystywana przez partię rządzącą do „trąbienia o sukcesach”.

Materiał „Wiadomości” TVP1. Dziennikarze zarzucają ustawkę

Dziennikarze i użytkownicy Twittera po emisji materiału w „Wiadomościach” zarzucili TVP ustawkę. Dyrektor TAI Jarosław Olechowski zapewniał w tym serwisie społecznościowym, że lot pierwszego Polaka bez wizy do Stanów Zjednoczonych pokazany w „Wiadomościach” nią nie był. „Red. Bakalarski przeszedł standardową procedurę ESTA jak każdy podróżny. Materiał miał charakter poradnikowy, pokazujący co należy zrobić, żeby polecieć do USA bez wizy” – poinformował Olechowski.

Czytaj więcej o całej sprawie

Pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała.

Ależ gorący tydzień za nami. Zaprzysiężenie nowych posłów, lekki demakijaż rządu, rozpaczliwe poszukiwanie kasy, co już owocuje nowymi pomysłami, ile i jak ją z nas wyciągnąć. Dla mnie jednak „bohaterem” ostatnich dni jest Stanisław Karczewski i jego walka o jego Senat. To najbardziej tragiczna postać, pełna smutku i rozżalenia. Biedaczek, który zupełnie nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach.

Zacznijmy jednak od początku. 13 października odbyły się wybory do parlamentu. Oczywiście Zjednoczona Prawica wygrała Sejm, co nie było żadnym zaskoczeniem. Wprawdzie okazało się, że PiS jest teraz bardziej uzależnione od swoich sojuszników, bo bez nich nie ma większości, że ogólnie na partie opozycyjne głosowało w sumie więcej Polaków niż Zjednoczoną Prawicę, że prezes nie krył rozczarowania, bo miał nadzieję, że zwycięstwo to będzie druzgoczące i opozycja na wieki wieków zostanie wyeliminowana, ale co tam. Wygrana to wygrana. Gorzej, gdy doszło do podsumowania wyników głosowania na senatorów i tutaj PiS poległo. To było jak uderzenie w policzek, zniewaga, nad którą ciężko przejść do porządku dziennego.

Najpierw zapadła cisza. Trzeba było ogarnąć temat i zastanowić się, co dalej. Najlepszym pomysłem okazał się ten, który już niejeden raz wspomógł prezesa i jego kolesi, czyli… przekupstwo. Sam Karczewski nie krył, że wszystko możliwe, bo przecież „nigdy nie było takiej sytuacji, że senatorowie, którzy rozpoczęli kadencję, w takich samych konfiguracjach politycznych tę kadencję kończyli”.

Ruszyła więc pisowska brać do boju, wierząc, że znajdzie kilku senatorów, którzy przejdą na ich stronę mocy, a tu klapa. Nie pomogły obietnice świetlanej przyszłości, nie pomogło zastraszanie. Senatorowie opozycyjni i niezależni zaparli się i koniec. Dla PiS-u to sytuacja nie do ogarnięcia, bo jak to. Przecież ta partia jest mistrzem w kupowaniu poparcia, a tu taka porażka. Ciężko to było przegryźć, tym bardziej, że zgłoszone protesty wyborcze, dotyczące nieprawidłowości w wyborze senatorów, też zostały odrzucone.

Fakt stał się faktem. PiS stracił Senat i choć na uszach stawał, nie udało się tego zmienić. No i tu wyskakuje nam ten biedak, pan Karczewski. Do końca, do ostatniej chwili był przekonany, że uda mu się zatrzymać stanowisko marszałka Senatu, bo przecież był takim wspaniałym marszałkiem. Jak mówił, „debaty wokół spraw nawet najbardziej dyskusyjnych, problematycznych, kontrowersyjnych, toczyły się do późnych godzin nocnych, nigdy nie ograniczałem możliwości wypowiadania się senatorów opozycji, mieli sytuację wręcz komfortową w Senacie. Moje drzwi były, są i będą otwarte dla wszystkich senatorów”, a tak w ogóle jego kadencja „była udaną kadencją. Myślę, że panowałem nad emocjami senatorów, potrafiłem prowadzić obrady, ale przede wszystkim prowadzić sprawy, za które odpowiedzialny jest Senat”.

Naprawdę nie wiem, czy to zaklinanie rzeczywistości czy też początki demencji, bo zupełnie inaczej pamiętam rządy marszałka Karczewskiego. Wyrzucenie flagi unijnej, skracanie czasu wypowiedzi, wyłączanie mikrofonów, nocne obrady, bezkrytyczne przyjmowanie każdej ustawy Zjednoczonej Prawicy, nawet tej, pełnej błędów i potem wielokrotnie poprawianej. Zapomniał o tym?

Teraz pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała. Walkę o fotel marszałka Senatu przegrał z profesorem Grodzkim i ależ ta porażka boli. Żegnaj luksusowy apartamencie w jednej z willi rządowych. Żegnaj cateringu i usługi prania oraz sprzątania w gratisie. Żegnajcie loty z rodzinką… I co teraz z tym pięknym portretem Karczewskiego, który był niezbędny „dla dobrego funkcjonowania państwa”? Pewnie zabierze do domu, powiesi w salonie i będzie się przed nim modlił o rychły upadek Senatu, który w obecnym składzie do niczego prezesowi i partii się nie przyda.

Jestem jednak przekonana, że nieraz usłyszymy jeszcze o panu Karczewskim. Już dzisiaj wieszczy on, że Senat nowej kadencji zamieni się w „izbę politycznych awantur”, bo przecież inaczej być nie może, a on sam będzie krytycznie patrzył na ręce nowego marszałka i ostro go punktował. Upokorzony i nieszczęśliwy pan Karczewski dzisiaj przywdziewa zbroję don Kichota i rusza na samotną walkę. On kontra senatorowie, którzy nie dali się przekupić. On i jego wiara, że wszystko jeszcze może się zmienić i powróci do koryta w blasku chwały i sławy. On silny, niezłomny, oddany prezesowi i pisowskiej Polsce nie odpuści. Jeszcze pokaże wszystkim, kto tu rządzi…

– Musimy teraz wybrać kandydata na prezydenta, potem czekają nas wybory szefa partii, a na końcu – wybory szefów regionów – mówił w sobotę w Swarzędzu przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Na spotkanie z działaczami przyjechał z prawdopodobną kandydatką partii na prezydenta RP Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Więcej >>>

 

Gadzinówka TVP atakuje. To z niej pójdzie sygnał do przelewu krwi Polaków

15 List

Szanowni państwo, trzymajcie się za kieszenie i portfele, bo PiS zaczyna realizować swoje obietnice wyborcze – mówi Izabela Leszczyna o projekcie likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Koalicja Obywatelska chce w tej sprawie zwołania komisji finansów.

Pierwszy projekt nowej kadencji

PiS wprowadza pierwszy projekt poselski – co oznacza krótszą ścieżkę legislacji – dotyczący likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS.

– Około 400 tys. pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, ludzi dobrze wykształconych, innowacyjnych, czyli takich, którzy mają szanse sprawić, że polska gospodarka stanie się konkurencyjna i innowacyjna. Oni będą zarabiać mniej – tłumaczyła Izabela Leszczyna z KO.

– Mimo że w kampanii wielokrotnie słyszeliśmy, że tej ustawy nie będzie, pierwsza jest właśnie ta. Dlaczego PiS to robi? Powód jest tylko jeden – do budżetu musi wpłynąć ponad 5 mld zł więcej ze składek, bo budżet nigdy nie był zrównoważony – mówiła Leszczyna.

Szukanie pieniędzy w portfelach Polaków

Projekt zakłada likwidację od 2020 roku górny limit przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne. Ten zabieg ma przynieść dodatkowe 7,1 mld zł więcej. PiS potrzebuje więcej pieniędzy na spełnianie obietnic wyborczych

– PiS robi rzecz dla przyszłych pokoleń Polaków, dla naszych dzieci, okrutną. Dzisiaj do budżetu wpłynie 5, 7, 10 mld, w przyszłości więcej, natomiast za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat z tego budżetu powinno wypłynąć o wiele więcej miliardów złotych na wypłatę emerytur. Im wyższa składka, tym wyższa emerytura – tłumaczyła Leszczyna.

Kontrowersje wokół projektu

– PiS w panice szuka pieniędzy do przyszłorocznego budżetu i wprowadza drogą poselską tak naprawdę ustawę systemową dla systemu ubezpieczeń społecznych – tłumaczyła Paulina Hennig-Kloska – tak naprawdę dopiero nasze dzieci i wnuki odczują, co dzisiaj PiS robi z naszymi portfelami. Wtedy trzeba będzie oskładkować pracę dużo bardziej niż dziś, żeby utrzymać kominowe emerytury, które w wyniku tej regulacji powstaną – tłumaczyła.

KO złożyła do przewodniczącego komisji finansów publicznych Henryka Kowalczyka wniosek o zwołanie specjalnego posiedzenia, aby przedyskutować i ocenić skutki regulacji.

Kryzys w rządzie?

Sprzeciw wobec pomysłu zniesienia limitu składek jeszcze przed wyborami wnosił wicepremier Jarosław Gowin. Już po wyborach powtórzył, że projektu nie poprze. Zmianom sprzeciwiają się także pracodawcy i związkowcy.

Poparcie projektu rozważa część Lewicy, ale z klauzulą emerytury maksymalnej.

Marszałek Elżbieta Witek zamierza zamówić ekspertyzy ws. kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego. Witek chce sprawdzić, czy do TK może kandydować osoba w wieku 65 lat.

Do Trybunału Konstytucyjnego zamierzają kandydować Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Elżbieta Chojna-Duch. Pierwszych dwoje ma 67 lat, Chojna-Duch natomiast 71.

Po ogłoszeniu kandydatur pojawiły się pierwsze wątpliwości. Nie wiadomo, czy wspomniane osoby mogą kandydować do TK – prawicowy rząd zmienił wiek przejścia sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę, który ustalono na 65 lat. Wprowadzenie nowego wieku emerytalnego miało umożliwić pozbycie się z SN Małgorzaty Gersdorf. Zarówno Piotrowicz i Pawłowicz przekonywali wtedy, że… zmiana jest potrzebna.

W ustawie o Trybunale Konstytucyjnym widnieje zapis, że kandydaci do TK muszą spełniać takie same wymogi, co sędziowie Sądu Najwyższego. Wszystko wskazuje więc na to, że Piotrowicz, Pawłowicz i Chojna-Duch nie nadają się do kandydowania. Witek zamówiła ekspertyzę właśnie w tej sprawie.

„Gazeta Wyborcza” zapytała Witek o wiek PiS-owskich kandydatów. Marszałek odpowiedziała, że – jak podaje przywołany dziennik – „w ustawach mogą występować sprzeczności”.

Sytuacja wzbudziła rozbawienie internautów, którzy wypominają partii rządzącej niebywałą hipokryzję i obłudę. „Nazwa partii, w której jest pani marszałek, też jest w sprzeczności ze stanem faktycznym”, „Sam istniejący przepis nie wystarcza! Teraz jeszcze trzeba go przetłumaczyć z polskiego na nasze !!!”, „Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze!” –  to tylko niektóre komentarze użytkowników serwisu Wyborcza.pl.

Fantastyczne posunięcie nowego marszałka Senatu, pana Tomasza Grodzkiego. Uznał on, zresztą słusznie, że przyjmując takie stanowisko, należy przedstawić się narodowi i postanowił wygłosić orędzie w Telewizji Publicznej, zaraz po „Wiadomościach”. Dla pana Kurskiego był to zapewne szok, nie mógł przecież odmówić, jednak odpowiednio „przygotował” odbiorców swojej telewizji do tak nieoczekiwanego wydarzenia.

Sytuacja dla „reżimówki” bardzo niekomfortowa, więc trzeba było szybko odpowiednio zareagować i pokazać w „Wiadomościach”, kim jest nowy marszałek. Nie ma co, dziennikarze świetnie się przygotowali i ostro rzucili na marszałka.

Najpierw porównano jego majątek z majątkiem Elżbiety Witek, przy którym pan Grodzki wyszedł na krezusa. Przy okazji wyemitowano też fragment jego rozmowy z Robertem Mazurkiem. Dziennikarz usiłował dociec, ile tak naprawdę zarabiał pan profesor w minionych latach i nie chciał przyjąć do wiadomości, że wysokość tych zarobków obejmowała też dochód żony.

Przypomniano również, że profesor był przez 18 lat dyrektorem szpitala, który znalazł się na progu bankructwa, a wisienką na torcie była wypowiedź prof. Agnieszki Popieli, oburzonej wyborem na marszałka Senatu człowieka, któremu wręczyła łapówkę w wysokości 500 dolarów za operację matki. Zgodnie z tradycją Telewizji Publicznej, Tomasz Grodzki nie miał możliwości odnieść się do tak ostrej krytyki.

Z przekazu telewizyjnego wyłonił się nam człowiek, nieco szemrany. Tu łapówka, tam jakieś machlojki przy deklaracjach majątkowych, a do tego fatalne zarządzanie szpitalem. Jak widać, dziennikarze Kurskiego stanęli na wysokości zadania. Teraz telewidz został już odpowiednio „urobiony”, spokojnie odbierze orędzie pana profesora i nie da się nabrać, bo już zna całą prawdę. Oczywiście, pod warunkiem, że nie wyłączył wcześniej telewizora, bo o wystąpieniu marszałka Sejmu „Wiadomości” nie raczyły poinformować.

Prof. Agnieszka Popiela z Katedry Botaniki i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Szczecińskiego napisała we wtorek na swoim profilu na Facebooku: „Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę”.

Mimo swej niejasności wpis niepoparty żadnymi dowodami odbił się donośnym echem w mediach, a dla TVP był gwoździem programu poprzedzającego orędzie nowego marszałka Senatu.

Nie pamiętam żadnego kontaktu z autorką wpisu. Kategorycznie i stanowczo zaprzeczam, bym domagał się pieniędzy za operację. Wpłaty na działającą poza szpitalem fundację na rzecz transplantologii są absolutnie dobrowolne” – oświadczył Wirtualnej Polsce prof. Tomasz Grodzki.

Równocześnie marszałek dodał: „Apeluję, zgodnie z wymową mojego wczorajszego orędzia, o opamiętanie. Tym niemniej, choć z natury jestem człowiekiem łagodnym, w przypadku dalszego oczerniania mojej osoby będę zmuszony wystąpić na drogę sądową w obronie mojego dobrego imienia”.

I chyba opamiętanie przyszło dość szybko, bo pani Popiela w następnych wpisach zaczęła wyraźnie łagodzić swoje stanowisko:

„Ponieważ mój wpis wywołał dyskusje, wyjaśniam: Pan prof. T. Grodzki to wybitny torakochirurg, który pomógł mojej śp. Mamie. Dzięki niemu miała łatwiejszą śmierć i za to jestem wdzięczna. Napisałam to, co napisałam, bo objął wielką godność w Polsce, a to wymaga etyki na najwyższym poziomie” – napisała. W czym więc rzecz?

Dalej pani Popiela dodała: „Jeśli to była fundacja, a ja nie dostałam faktury/rachunku/potwierdzenia wpłaty przez pomyłkę, to chętnie przeproszę. Powinna być dokumentacja fundacji” – i powołała się na maksymę Ojca Świętego Jan Paweł II: „Prawda nas wyzwoli”.

Poproszona przez portal gazeta.pl o komentarz odpisała: „Nie komentuję tej sprawy”. Ale na Twitterze zamieściła kolejny wpis: „Liczę na wyjaśnienia Pana Marszałka. Jeśli dokumentacja fundacji jest ok to chętnie przeproszę”.

Nawiasem mówiąc – jak wynika z aktywności tej pani na Facebooku – w czasie jesiennych wyborów samorządowych wsparła ona polityka PiS i została członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Bartłomieja Sochańskiego na prezydenta Szczecina – pisze gazeta.pl.

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Pojednawcze gesty obozu władzy z okazji inauguracji Sejmu nowej kadencji na razie zdały się na nic. Polacy wciąż pozostają głęboko podzieleni. Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Najlepiej dowiodły tego reakcje opozycji na sejmowe przemówienia pana prezydenta oraz marszałka seniora. Reakcje krytyczne, co niejako oczywiste. Ale krytyczne ze szczególnego powodu. Otóż wystąpienie Andrzeja Dudy niektórzy posłowie oprotestowali ze względu na brak zwyczajowych dowcipów, z których prezydent zdążył już zasłynąć w niejednym powiecie. Tymczasem w Sejmie – narzekali parlamentarzyści od centrum do lewa – nawet o Murzynach nie było ani słowa…

Co innego marszałek senior. Ten rozbawił opozycyjne towarzystwo niemal do łez, tropiąc szpiegów w „GW”, marksistów w SN i gender w podstawówkach, a też co chwila powołując się na Konstytucję. Pan marszałek „śmieszył, tumanił i przestraszał”, ani na chwilę nie wypadając ze swej zwyczajowej roli. Więc i brawa na koniec dostał całkiem zasłużenie.

No, ale właśnie na przykładzie reakcji na te dwa przemówienia widać najlepiej, jak bardzo stronnicy i przeciwnicy aktualnej władzy różnią się nie tylko pod względem poglądów, ale też poczucia humoru. Bo co jednych śmieszy, innych cieszy – i odwrotnie.

Zacznijmy od wystąpienia pana prezydenta i zarzutów opozycji, że było owszem, poprawne, ale strasznie poważne. Tymczasem można w ciemno iść o zakład, że parlamentarzyści PiS w duchu pokładali się przy nim ze śmiechu. Najzabawniejsze musiały się im wydać fragmenty o konieczności naprawy języka polityki, szacunku dla cudzych poglądów, wzajemnej tolerancji i temu podobne androny. Niektórzy musieli się chyba popłakać z uciechy.

Wewnętrznie, bo trzeba wszak było zachować pozory powagi, licząc, że ciemny antypisowski lud to kupi. Że da się nabrać na te puste gesty i nic nieznaczące deklaracje, które potrwają najdalej do majowych wyborów prezydenckich. Bowiem lud pisowski doskonale rozumie, że to tylko takie gadanie, obliczone na łagodzenie nastrojów i reelekcję prezydenta. On tak po prostu musi, bo inaczej „dobra zmiana” nie posunie się już ani o krok w kierunku Polski marzeń marszałka seniora.

Bo on, z kolei, mówił jak najbardziej serio. Owszem, lewactwo śmiało się w kułak na samo wspomnienie o „agentach”, „postkomunie” i „potworze gender”. Zresztą niektórzy „totalsi” już na sam widok marszałka seniora dostają napadu nerwowego chichotu, bo zaraz im się przypominają a to parówki smoleńskie, a to wyprawa na Caracale z widelcem. Tymczasem prawa strona sejmowej sali z pewnością wsłuchiwała się w słowa marszałka seniora z należytą powagą, a potem nagrodziła je jeszcze owacją na stojąco. Nie bez powodu wicepremier Sasin, barwna eminencja partii aktualnie rządzącej, z niekłamanym entuzjazmem wyrażał się w telewizji o treści i formie tego specyficznego przemówienia. Państwo z PiS i okolic wiedzą otóż doskonale, że pan Antoni bynajmniej nie żartował, kiedy zapowiadał polowanie na agentów w sądach i mediach, dalsze ograniczanie praw kobiet oraz „obronę wartości chrześcijańskich”. Całkiem serio zapowiadał też Polskę dla „prawdziwych” Polaków. To – drodzy totalsi – nie był żaden tam „kabaret”. Dowcipy o Konstytucji to opowiadał naiwnym rodakom pan prezydent Duda.

I tylko „totalsi” się w tym wszystkim nie zdążyli połapać tak od razu. Cóż – po prostu za grosz nie mają poczucia humoru.