Tag Archives: Kazimierz Marcinkiewicz

Męczarnia z Dudą trwa 5 lat

26 Maj

5 lat męczymy się z Andrzejem Dudą, najbardziej skompromitowanym prezydentem po 89 roku, który kilkakrotnie złamał Konstytucję, za co stanie przed Trybunałem Stanu.

Bezwolny, bez charakteru, amoralny mały człowiek na usługach innego krasnala, Jarosława Kaczyńskiego.

Prezydent i jego pan.

Na 17 pytań, jakie Holecka zadała Dudzie z okazji 5 lat prezydentury, większość wyrażała zachwyt. Duda poszedł w to. Użalał się nad trudnością decyzji, jakie w samotności podejmuje. Mówił, że słucha zwykłych ludzi a nie profesorów, którzy kierują się interesami. Holecka pomagała

Więcej o wywiadzie Holeckiej z Dudą >>>

W opublikowanym we wtorek (26.05.2020) wywiadzie premier Mateusz Morawiecki ocenia, że pandemia koronawirusa i jej gospodarcze skutki wywołały kryzys o wiele poważniejszy, niż wszystkie kryzysy w minionym stuleciu. „Proszę, chociażby pomyśleć, że Stany Zjednoczone po siedmiu tygodniach mają 38,6 milionów bezrobotnych” – zauważył.

Więcej o wywiadzie z Morawieckim >>>

Epidemia w Polsce nie zwalnia. Jak dowiedziało się OKO.press, wskaźnik reprodukcji wirusa znowu wzrósł. Pod koniec kwietnia wynosił 1,13, teraz – 1,25. Liczba zgonów w Polsce przekroczyła 1000. I znowu testujemy mniej. 

Jak dowiaduje się OKO.press, eksperci doradzający rządowi wyliczają obecnie bazowy współczynnik reprodukcji dla całego kraju na 1,25, co oznaczałoby, że epidemia nie tyle jest w stagnacji, ile znowu przyśpiesza.

Jedna osoba zaraża przeciętnie 1,25 osób, więc 100 osób przekaże zakażenie 125 osobom.

Jak informowało ministerstwo zdrowia pod koniec kwietnia, współczynnik R wynosił wtedy 1,13. Czyli mniej niż teraz.

Więcej o koronawirusie, który w Polsce przyśpiesza >>>

 

Mamy tu potencjalny kłopot na przyszłość, bo procedura, w wyniku której pani prof. Manowska została I Prezesem SN, była procedurą częściowo wadliwą. Tę kandydaturę wskazała wcześniej nowa Krajowa Rada Sądownictwa, która została wybrana niezgodnie z prawem; nie dość, że 15 sędziowskich członków zostało wybranych przez Sejm, a nie zgromadzenie sędziowskie, to jeszcze jeden z kandydatów nie miał, jak się później okazało, wystarczającej liczby podpisów poparcia ze strony innych sędziów – mówi prof. Marek Chmaj, konstytucjonalista, szef senackich doradców ds. kontroli konstytucyjności prawa. – Pani prof. Manowska ma spory dorobek naukowy i zawodowy. Bycie wiceministrem przez 2 lata daje doświadczenie, ale pod warunkiem, że taka osoba odrywa się później od kwestii politycznych i stoi na straży niezależności Sądu Najwyższego. To bardzo ważne, bo SN musi być niezależny, a I Prezes SN musi stać na straży tej niezależności – podkreśla.

Wywiad z prof. Markiem Chmajem >>>

Kaczyński z Unii Europejskiej wyszedł już dawno temu. Wybrał metodę rozmywania naszego członkostwa poprzez powolne wyprowadzenie polskiego sądownictwa. Sądy w Polsce są sądami europejskimi. Jeśli nie przestrzegają reguł europejskich, przestają być sądami Unii Europejskiej i stają się ciałami niby krajowymi, ale obcymi wspólnocie. Raport jaki w tej sprawie niebawem przyjmie Parlament Europejski będzie dla Kaczyńskiego druzgocący.

Wpis Kazimierza Marcinkiewicza >>>

Zaraza w zarazie. PiS w coronavirusie

25 Mar

U władzy mamy mistrzów świata nieudacznictwa. Prezes z kompleksami, premier mitoman i prezydent złamany człowiek.

I ta ekipa klownów zdarzyła nam się w czas największej próby, w czas zarazy. Zaraza w zarazie. I nie wiadomo, która zaraza jest metaforą.

Bo PiS jest zarazą. Pisowskie klowny wymyślili Sejm Zdalny, ale musieli się z niego wycofać, bo od razy te lewusy zaliczyli wpadkę.

Login do zdalności dostał nieposeł. Zdolne barachło (w wypadku PiS nie jest to oksymoron).

Morawiecki mitoman twierdzi, że wszystko mamy najlepsze. Chyba jego lepkie ręce są najlepsze. Ale i tak w tym krętactwie jest gorszy od Putina.

Przez takich klownów od najlepszości zawsze traciliśmy niepodległości. Trzeba zasadzić kopa Kaczyńskiemu, Morawieckiemu i Dudzie, bo znowu wepchną nas w jakieś obce łapy.

„Te zakazy nie wpływają ani na przeprowadzenie wyborów prezydenckich, ani egzaminów maturalnych” – odpowiedział premier dziennikarzom. Premier ogłosił, że nowe zakazy obowiązują od 24 marca do 11 kwietnia 2020.

Więcej >>>

Morawiecki ogłosił „kolejne obostrzenia, które są koniecznie, żeby ograniczyć maksymalnie ten etap rozprzestrzeniania się koronawirusa”.

Są to:

  • z domu można wyjść tylko do pracy, w „ważnych sprawach życiowych” (do sklepu, do apteki, żeby wyprowadzić psa) lub z powodu uczestnictwa w wolontariacie;
  • zakaz zgromadzeń powyżej 2 osób,
  • transporcie zbiorowym może być zajęta maksymalnie połowa siedzących miejsc,
  • ograniczenie liczby osób uczestniczących w obrzędach liturgicznychdo 5 osób, oprócz osób sprawujących obrzędy (msze, pogrzeby);
  • zakazy obowiązują od 24 marca do 11 kwietnia 2020;
  • za złamanie zakazów kara do 5 tys. zł.

W mocy pozostają też dotychczasowe ograniczenia m.in. zamknięcie galerii handlowych, kin i teatrów.

„Wszystkiego szukamy na własną rękę, dostawcy kupują sprzęt za granicą, a jak dotrze do Polski, państwo nam odbiera”. Agencja Rezerw Materiałowych przejmuje środki ochrony osobistej kupowane przez placówki zdrowia. „Nadal każą nam przyjmować i izolować pacjentów z podejrzeniem zakażenia zamiast pozwolić nam od razu odesłać ich do szpitala jednoimiennego”.

Więcej o oszustach zarazy PiS >>>

Nieudolny, znający się tylko na propagandzie rząd nie zrobiłem tego nie tylko w lutym, ale także w marcu. Zaniedbania i zaniechania rządu przynoszą chaos oraz zagrożenie zdrowia i życia Polaków, a także radykalne załamanie gospodarcze. O szpitale dbają obywatele, samorządy, fundacje i bogaci Polacy, a nie rząd. Mimo miejsc w szpitalach, przez chaotyczne procedury narzucone przez dyletanckich polityków, ludzie zaczynają chorować w domach, bez należytej opieki medycznej, ale i w domach zaczynają umierać. Cieniasom /choć raczej wszyscy napakowani tym rządzeniem/ nie chciało się nawet schylić po pieniądze leżące na unijnej ulicy, więc nie zgłosili nas do przetargu na środki ochrony i testy i jako jedyni w unii wracaliśmy do kraju buląc za powroty własną kasę zamiast unijnej.

Kazimierz Marcinkiewicz zna matołków PiS – więcej >>>

Ktoś w necie zadał słuszne pytanie „Czy leci z nami pilot?” bo nasza władza wygląda jakby skoczyła do sterów z jakiegoś miejsca odosobnienia.

Prezes chce tylko jednego: wygranej Dudy 10 maja, a reszta jak potłuczona miota się w bezsile i ignorancji.

Więcej Magdaleny Środy >>>

Stan nadzwyczajny reguluje wszystko to, co teraz próbuje się wprowadzić w sztuczny sposób. Obywatele powinni czuć się zaniepokojeni – mówi prof. Adam Strzembosz, były I Prezes Sądu Najwyższego. – Ogłoszenie tego stanu miałoby więc tylko znaczenie z puntu widzenia wyborów prezydenckich, ale wybory nie są świętością. Wiadomo, dlaczego władza chce, aby w maju odbyły się wybory prezydenckie, a nie później – dodaje.

Więcej >>>

Dla ks. prof. Bortkiewicza najważniejszy stał się grzech… nieczystości. Nie chodzi jednak o księży czy hierarchów Kościoła, a zwolenników LGBT czy   homoseksualistów.

Ponieważ – jak powszechnie wiadomo – mamy brak płynów dezynfekujących, maseczek, respiratorów, o miejscach w szpitalach nie wspominając, pora zacząć myśleć o innych, bardziej duchowych środkach przeciwdziałania epidemii.

Magdalena Środa o klerze w czasie zarazy >>>

Piątka Kaczyńskiego, czyli jak zafundować przegraną Polskę

13 Mar

„Wartości” Kaczyńskiego, czyli PIĄTKA KACZYŃSKIEGO

Jarosław Kaczyński ogłosił najważniejszy punkt programu PiS na wybory europejskie, to przywracanie WARTOŚCI, na których budowana była Unia Europejska. Przyjrzyjmy się więc wartościom wprowadzanym w życie przez Jarosława Kaczyńskiego od kilku już lat w naszym kraju.

1/ wykorzystywanie władzy do budowy imperium finansowego. Przykładem starania o wybudowanie dwóch „wież Kaczyńskich” w centrum Warszawy. Gdyby Emmanuel Macron prezydent Francji zrobił to, co zrobił Kaczyński nie byłby już prezydentem Francji. A afera KNF, to nie tylko afera Marka Ch., bo widać zorganizowane działania z udziałem służb specjalnych /agent CBA kierowcą właściciela Getin Group/, a nawet niewyjaśnioną rolę prezesa banku centralnego, w celu przejęcia prywatnego banku.

2/ wartości chrześcijańskie w postaci sojuszu tronu z ołtarzem. Kościół panoszy się za przyzwoleniem władzy we wszystkich sferach państwowego życia: milionowe dotacje, właściwie z każdej instytucji państwowej, specjalne prawo i przywileje dla kościoła i jego instytucji, chociażby w postaci zwolnień podatkowych. Kościół w Polsce naucza 10 przykazań, ale sam ich nie przestrzega i nie potrafi stanąć po stronie ofiar pedofilii.

3/ zagarnianie instytucji państwa, posad i stanowisk, nagród i dotacji dla siebie, na zasadach krwi i partyjnej legitymacji, w myśl zasady „to nam się zwyczajnie należało”. Młody człowiek może skończyć Oxford lub Harvard, ale jeśli nie ma poparcia PiS nie znajdzie zatrudnienia w państwowych instytucjach i spółkach. Wszystko co państwowe jest własnością PiS. Każda instytucja może być przejęta nawet wbrew konstytucji, czy zasadom i wartościom Unii Europejskiej.

4/ przyzwolenie na nacjonalizm, ksenofobię, a nawet rasizm. PiS zezwolił na propagowanie tych „wartości” w życiu publicznym. Nacjonaliści mogą obrażać innych, siać nienawiść w myśl hasła „smierć wrogom ojczyzny”, napadać słownie /np. na stadionach/, ale też fizycznie na ludzi inaczej myślących, inaczej wyglądających, wyznających inne zasady i wartości. Co więcej, PiS zmienia historię, usuwając z niej strony nie chlubne, wstydliwe, czy zbrodnicze, a uwypuklając wygodne swojej narracji.

5/ podział społeczeństwa na naszych i obcych, na „prawdziwych patriotów” i drugi sort, na klasę panów rządzących i zdrajców, komunistów i złodziei. Do rządzenia podział Polaków jest wygodny. Do rozwoju Polski, do budowy silnego i bogatego państwa jest zabójczy, jest karygodny, jest wymierzony w polską rację stanu.

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli wniosek o odwołanie Stanisława Piotrowicza z funkcji przewodniczącego sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. – Jarosław Kaczyński i cały PiS chce mieć na sztandarze obronę polskich rodzin i polskich dzieci, ale ten sztandar niesiony jest przez prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, który zasłynął tym, że publicznie usprawiedliwiał haniebne działania księdza pedofila – tłumaczył w Sejmie Arkadiusz Myrcha z PO przed złożeniem wniosku. Posłowie opozycji pytają też, czy istnieje układ podkarpacki chroniący polityków PiS.

Niewinne pocałunki

Stanisław Piotrowicz, obecnie poseł PiS i z ramienia tej partii przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka, na początku lat 2000 sprawował funkcje prokuratora okręgowego w Krośnie.

To tamtejsza prokuratura prowadziła wówczas sprawę oskarżonego o molestowanie dziewczynek księdza z Tylawy, ale sprawę w 2001 roku umorzyła. Prokurator Stanisław Piotrowicz tłumaczył wówczas: – Dzieci przytulał do siebie, głaskał, zdarzało się też i tak, że pocałował. Nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego.

Trzy lata później inny już prokurator jednak dopatrzył się w działaniach księdza czynu zabronionego, a sąd skazał duchownego prawomocnym wyrokiem.

Podwójna moralność

– Jarosław Kaczyński i cały PiS chce mieć na sztandarze obronę polskich rodzin i polskich dzieci, ale ten sztandar niesiony jest przez prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, który zasłynął tym, że publicznie usprawiedliwiał haniebne działania księdza pedofila, tłumaczył go i bronił. Będąc oskarżycielem publicznym zamiast bronić Polaków wszedł w buty obrońcy pedofila – mówił w Sejmie Arkadiusz Myrcha.

Dlatego posłowie PO złożyli wniosek o odwołanie Stanisława Piotrowicza z funkcji przewodniczącego sejmowej komisji.

– To komisja wyjątkowo istotna, bo zajmuje się ochroną praw człowieka i podstawowych wartości, a ochrona dzieci i polskich rodzin jest fundamentem nie tylko polskiej konstytucji, ale fundamentem ochrony praw człowieka – tłumaczył Arkadiusz Myrcha.

– Na Podkarpaciu huczy od dyskusji nt. obrony przez posła Piotrowicza księdza pedofila. Do naszych biur poselskich przychodzą ludzie i dziwią się, że taka osoba jak Stanisław Piotrowicz, która usprawiedliwiała ks. pedofila, pełni tak ważną funkcję. To dziwi szczególnie w kontekście słów Jarosława Kaczyńskiego o ochronie dzieci – mówiła Joanna Frydrych, posłanka PO z regionu podkarpackiego.

Układ podkarpacki

Posłowie Platformy zwrócili też uwagę, że zarówno prokurator Piotrowicz, jak i wiceprzewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości Andrzej Matusiewicz, również z PiS, pochodzą z Podkarpacia.

Od kilku dni w mediach pojawiają się zarzuty, jakoby wiceprzewodniczący komisji sprawiedliwości miał naciskać na agenta CBA, aby ten wycofał oskarżenia, które formułował wobec jednego z najważniejszych polityków PiS-u.

– Należy zadać pytanie, o kogo w tej sprawie chodzi, czy z ust polityka z Podkarpacia nie powinny paść wyjaśnienia w tej bulwersującej sprawie – pytał Borys Budka.

Obronimy naszych

Radio Zet opublikowało pisma byłego agenta CBA do premiera Mateusza Morawieckiego i szefa CBA Ernesta Bejdy, w których opisuje on nieprawidłowości, do jakich miało dochodzić w Biurze.

Jego zdaniem w CBA zatuszowano sprawę skandalu obyczajowego. Radio ZET opublikowało też stenogramy rozmów, które przeprowadzano w CBA z agentem, aby wycofał swoje zarzuty.

– Odnosimy wrażenie, że nie bez przyczyny właśnie tego typu ludzie zostali oddelegowani do pełnienia ważnych funkcji w Sejmie, bo cała działalność PiS-u polega na tym, aby rozciągać parasol ochronny nad najważniejszymi funkcjonariuszami tej partii – mówił Borys Budka.

PiS jest politycznym agresorem, próbującym wykorzystać ludzi do swoich własnych celów.

PiS dopóty będzie grał wciąż w tę samą, starą i szczerze mówiąc – już bardzo nudną grę w szukanie kolejnego wroga, dopóki będziemy się na nią nabierać. W tym sensie my sami, dziennikarze, odpowiadamy za to, że społeczeństwo jest tak skutecznie okłamywane – bo od lat, mimo znajomości reguł gry, nie potrafimy jej wygrać. Nie potrafimy sprowadzić kłamiących polityków na ziemię, a ludziom pokazać mechanizmów tych kłamstw i bardzo jasno wyjaśnić, na czym one polegają.

W którymś momencie dla wielu mediów podstawą dziennego przekazu stało się bezrefleksyjne relacjonowanie partyjnych przekazów dnia, o których z góry wiadomo, że zawierają wyłącznie propagandę. Brakuje wnikliwej analizy podawanych przez polityków informacji  i wysyłanie ich do widzów dopiero po dokładnym sprawdzeniu faktów, a publicystycznie i ekspercko – opatrzeniu wnikliwym, merytorycznym komentarzem.

Mechanizm szukania wroga i kłamstwa, stosowany przez PiS  – ostatnio w sprawie karty praw dla społeczności LGBT – jest banalnie prosty i opisany we wszystkich podręcznikach propagandy: zdezintegruj, czyli podziel społeczeństwo, ponieważ podzielone i skłócone, skaczące sobie do gardeł jest łatwiejsze do rozegrania, do zmanipulowania. W solidarności ludzi i ich wzajemnym stosunku do siebie tkwi ich siła. Razem, zjednoczeni, stojący murem jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, są nie do pokonania. I każdy, choćby średnio myślący agresor, który chce ich do czegoś instrumentalnie wykorzystać, bardzo dobrze o tym wie.

PiS jest politycznym agresorem, jest napastnikiem, próbującym wykorzystać ludzi do swoich własnych celów i tak też powinien być traktowany przez wszystkich uczestników politycznego sporu. Nie jest normalną partią polityczną, prowadzącą polityczną walkę, może brutalną, ale według demokratycznych zasad. Złamał Konstytucję, ograniczył wolność debaty, praktycznie wyciszając polski Sejm i wolność debaty publicznej, nasyłając policję na ludzi demonstrujących zgodnie z prawem, a nawet biorących udział w spotkaniach z politykami, nieustannie próbuje ograniczyć wolność mediów, na razie przez groźby i zastraszanie, co praktycznie wyczerpuje przesłanki do delegalizacji partii politycznej.

Kampania wyborcza prowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego nie jest normalną kampanią wyborczą: to jest wojna. O głosy wyborców, którzy jednak nie są jej podmiotem, lecz przedmiotem. PiS nie chce bowiem nas, wyborców przekonać, skłonić perswazją do głosowania na siebie. PiS chce, trawestując słowa prezesa Kaczyńskiego, zastosować socjotechnikę, zmienić społeczeństwo, wyprać jego mózg, tak, żeby ludzie nie wierzyli już nikomu, nawet samym sobie, tylko jedynie słusznej partii, żeby nie uwierzyli w żadne świństwo, kradzież, przekręt natury finansowej i obyczajowej dokonany przez jej polityka, nawet gdy zobaczą na własne oczy niepodważalne dowody. A ponieważ to się w 100 procentach nie udaje nigdy: zawsze, ale to zawsze odciągają uwagę opinii publicznej od własnych win, złodziejstw i grzechów, znajdując wroga, którego ludzie mogliby znienawidzić i naprawdę się przestraszyć. Jeśli ludzie uwierzą, że tylko oni mogą tego wroga pokonać – wygrali. Banalnie proste, prawda? I dlatego skuteczne.

Ten prosty polityczny przekręt nie byłby jednak możliwy, gdyby nie zadziwiająca bezradność na szczęście nie wszystkich, nawet nie większości, ale wciąż jeszcze zbyt wielu dziennikarzy, zbyt wielu mediów, wobec tej strategii. To ciągłe rzucanie się na podtykane przez PiS tematy zastępcze i pozwalanie kłamcom, by bez żadnego sprostowania wypowiadali swoje kłamstwa na antenach kolejnych mediów. Zapraszanie mądrych ludzi, wybitnych specjalistów w swoich dziedzinach i traktowanie ich z takim samym szacunkiem jak skończonych głupców i kłamców.

Widzieliśmy to, gdy łamano Konstytucję i bezprawnie zmieniano szefa TK, widzieliśmy to, podczas żenujących zachowań pana Piotrowicza, widzieliśmy na spektaklach nienawiści, jakimi były agresywne smoleńskie „miesięcznice”, widzieliśmy to, gdy na niespotykaną dotąd skalę PiS obsadzał znajomymi i ludźmi z rodzin działaczy spółki skarbu państwa, widzieliśmy wreszcie to w sprawie „dwórek” Glapińskiego….

Pytanie brzmi: ile musimy jeszcze zobaczyć, ile doświadczyć, żeby zacząć komentować działania polityków konkretnie, prosto i na temat, nie powielając zakłamanych partyjnych przekazów, tylko dociekliwie pytając niezależnych specjalistów, doświadczonych komentatorów, patrzących na sprawy z zewnątrz, czy po prostu ludzi – robiąc dużo więcej redakcyjnych sondaży i badań opinii? Ile kłamstw musimy jeszcze usłyszeć, żeby zrozumieć, że media nie są od przerabiania ochłapów podrzucanych przez partyjnych PR-owców, tylko od pokazywania świata takim, jakim jest, przyglądania się mu z namysłem i wyciągania wniosków, a następnie przedstawiania ich w postaci sensownego, uargumentowanego komentarza opinii publicznej?

Cytując klasyka: jeśli jawni dranie prawią nam kazania o moralności i okłamują nas ciągle i ciągle i ciągle, to nie tylko oni są temu winni, ale także my sami. My – obywatele i my – dziennikarze, kształtujący ramy i zasady debaty publicznej. Przestańmy nawoływać polityków, żeby sporządnieli, bo to się nigdy nie stanie. Zamiast tego, zacznijmy lepiej wykonywać swoją pracę. Stwórzmy własne zasady, sensowne ramy debaty publicznej, wyżej ustawmy poprzeczkę sobie i politykom, zamiast narzekać, że znowu ktoś niszczy nasz kraj.

Waldemar Mystkowski pisze o Trybunale Konstytucyjnym, który przyklepuje pisowskie bezprawie, pomagając Kaczyńskiemu w Polexicie.

Trybunał Konstytucyjny jest fasadą, dekoracją do pisowskiego autorytaryzmu, zaś prezes Julia Przyłębska – nie trzymająca profesjonalizmu – służy niekiedy do przyznawania jej tytułów „człowieka wolności” przez pisowskie media. O tym quasi Trybunale jakbyśmy zapomnieli, a nie powinniśmy, bo to jedno z ważniejszych narzędzi służących Jarosławowi Kaczyńskiemu do Polexitu. W Trybunale Przyłębskiej raczej nie przejmują się prawem, instytucja nie stoi na straży Konstytucji.

Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) 19 marca ma ogłosić wyrok ws. pytania prejudycjalnego zadanego przez Sąd Najwyższy co do zdolności nowej Krajowej Rady Sądownictwa (KRS) do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów. Czy Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, której skład wyłoniła nowa KRS, będzie niezależnym sądem w rozumieniu prawa unijnego?

Zaś Trybunał pod wodzą Przyłębskiej już 14 marca wyda wyrok ws. tychże przepisów o KRS zmienionych w grudniu 2017 roku. Posiedzenie TK ma być niejawne. W istocie będzie nieważne, bo zostanie podjęte wbrew przepisom ustawy o Rzeczniku Praw Obywatelskich oraz o samym Trybunale.

Trybunał Konstytucyjny odpowie na połączone wnioski samego KRS i grupy senatorów. Przedstawienie stanowiska ws. wniosków przez RPO Adama Bodnara upływa dopiero 22 marca, czyli 30 dni po terminie, gdy wpłynął wniosek grupy senatorów. Ponadto udział w rozpoznaniu sprawy ma brać Justyn Piskorski, tzw. sędzia dubler, który został wybrany w skład TK niezgodnie z Konstytucją, a tym samym jego wyroki i postępowania z jego udziałem są nieważne.

Wyrok Trybunału Przyłębskiej ma ubiec wyrok TSUE. Ten ostatni najprawdopodobniej wyda postanowienie, które nie spodoba się władzy PiS, gdyż sądownictwo ma być niezależne, a nie w rękach rządzących polityków.

Brudziński szerzy kulcik swojej osoby, bo kult jest zarezerowany dla prezesa

11 Sty

„Kult ministra Brudzińskiego szerzy się po komendach:) Szkoda, że jeszcze kwiatków nie położyli! Jakie trzeba mieć kompleksy, żeby pozwalać podwładnym na takie infantylne lizusostwo? Obciach!”– skomentował na Twitterze były szef MON w rządzie PO-PSL poseł PO Tomasz Siemoniak.

Chodzi o filmik, który też na Twitterze udostępnił inny polityk PO Stanisław Gawłowski. Na nagraniu widać wyświetlane na ekranie telewizora obrazki z szefem MSWiA Joachimem Brudzińskim w roli głównej. – „Witacz” w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie” – napisał Gawłowski.

„W tym PiS chyba wszyscy są niedowartościowani: * Zieliński – konfetti * Jojo – witacze w komendach * Misiewicz – honory od żołnierzy * Kaczyński – armia ochroniarzy * Karczewski – portret własny * Kuchciński – twierdza Sejm * Macierewicza – żandarmi prowadzą przez ulicę”; – „Panie Tomaszu, oni cały czas się uczą, cały czas, wszędzie się uczą”; – „Oni przebijają PRL”; – „Łubudubu, łubudubu, niech nam żyje Prezes naszego klubu! To mówiłem ja, Jarząbek…” – komentowali internauci.

Już nic gorszego Adam Glapiński nie mógł usłyszeć po swoich aroganckich i butnych wystąpieniach, mających wyjaśnić płacowe nieprawidłowości w NBP. Były premier Kazimierz Marcinkiewicz w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” ostro podsumował aferę, którą żyje dziś kawał Polski, a przy pomocy młodzieżowego słowa roku 2018 dość precyzyjnie określił samego bankowego prezesa. „Okazał się absolutnym dzbanem”- powiedział Marcinkiewicz o Glapińskim.

„On czuje się uprawniony do tego, żeby wkraczać także w obronę tego człowieka, żeby wkraczać w pracę prokuratury. To jest niesłychane!” – oburzał się były premier na antenie TVN24., komentując wypowiedź prezesa NBP, który na środowej konferencji prasowej zaskoczył deklaracją, iż główny bohater afery KNF Marek Chrzanowski wkrótce wyjdzie z aresztu.

Marcinkiewicz stwierdził, że całokształt ostatnich działań Glapińskiego dyskwalifikuje go jako szefa banku centralnego. A jednak trwa… Jakim cudem?

O jego  wyjątkowej pozycji w Partii Kaczyńskiego wspominał już wcześniej  Michał Kamiński: „…usunięcie Glapińskiego mogłoby się wydawać jedynym i oczywistym wyjściem z punktu widzenia interesów PiS. A jednak z jakiegoś powodu tak się nie dzieje i Glapiński ma w PiS immunitet” – mówił były spin doctor w rozmowie z portalem naTemat.

Przypomniał, że w otoczeniu lidera partii  zajmuje on stale bardzo wysoką pozycje i ważny już był w czasach PC. „Mało kto pamięta – mówił Kamiński – ale PC w 1992 roku mogło wejść do rządu Hanny Suchockiej, ale nic z tego nie wyszło tylko dlatego, że reszta koalicjantów nie godziła się na ministerialną tekę dla Glapińskiego – przypominał obecny krytyk „dobrej zmiany”.

Regularnie co kilka lat, przed każdymi ważniejszymi wyborami, politycy Prawa i Sprawiedliwości emanują euroentuzjazmem i uwielbieniem dla unijnych wartości. Nie inaczej rysuje się sytuacja przed startem kampanii poprzedzających majowe eurowybory i jesienne wybory do Sejmu. Pierwsze symptomy prounijnego ocieplenia można było zauważyć niecały miesiąc temu. W trakcie grudniowej konwencji PiS w Szeligach premier Mateusz Morawiecki przekonywał słuchaczy o tym, że Polska jest bijącym sercem Europy. W następnych dniach działacze Zjednoczonej Prawicy powielali ten przekaz w mediach o najróżniejszym zabarwieniu ideologicznym.

To będzie najważniejszy rok w dziejach III RP

Euroentuzjazm PiS. Regularny, niewiarygodny

Przedwyborcza miłość PiS do Unii jest w polskiej polityce zjawiskiem stałym i powtarzalnym. Ostatnio euroentuzjazm polityków partii rządzącej dał o sobie znać przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Andrzej Duda niedługo po objęciu urzędu udał się do Berlina, gdzie zapewniał o zamiarach budowy silnej Unii w oparciu o partnerstwo z niemieckim rządem. Jeszcze kilka lat wcześniej prezes PiS w internetowych spotach przekonywał o zaletach wspólnoty, a prezydent Lech Kaczyński w trakcie sprawowania urzędu wychwalał korzyści płynące z ratyfikacji traktatu z Lizbony.

Euroentuzjazm PiS jest jednak tak regularny, jak niewiarygodny. Prounijne wypowiedzi polityków partii przeplatają się bowiem z mniej lub bardziej poważnymi manifestacjami obrzydzenia wspólnotą. Zaledwie dwa tygodnie po konwencji w Szeligach premier zaprosił do rządu nacjonalistę, eurosceptyka i byłego lidera Młodzieży Wszechpolskiej Adama Andruszkiewicza. Z kolei najnowszym przykładem antyunijnego nastawienia partii rządzącej było spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z szefem włoskich eurosceptyków Matteo Salvinim. Włoch przedstawił propozycję stworzenia wspólnego bloku w europarlamencie po majowych wyborach – w nowym ugrupowaniu znalazłyby się też m.in. francuska i holenderska skrajna prawica Marine Le Pen i Geerta Wildersa. Nawet jeśli Prawo i Sprawiedliwość ostatecznie nie dołączy do nowego frontu eurosceptyków, to samo rozważanie takiego scenariusza przez prezesa PiS obnaża prawdziwą wizję partii wobec Unii.

Od traktatu lizbońskiego po usuwanie unijnych flag

Zresztą podobnych dysonansów w polityce europejskiej PiS można wymieniać na pęczki. Już w referendum akcesyjnym z 2003 r. Kaczyński bardzo długo rozważał, czy poprzeć unijne członkostwo. Ostatecznie Prawo i Sprawiedliwość kampaniowało na rzecz wejścia do wspólnoty, ale już po wyborach do PE w 2004 r. pierwsi europosłowie PiS dołączyli do frakcji eurosceptyków – zasiedli w niej wspólnie z włoskimi neofaszystami oraz ówczesnymi ugrupowaniami Le Pen i Salviniego. Kilka lat później prezydent Kaczyński odmawiał podpisania traktatu z Lizbony do czasu, aż ratyfikują go pozostałe kraje Unii. W trakcie negocjacji dokumentu wielokrotnie podważał sens jego powstania, co doprowadziło do osamotnienia Polski w UE i konfliktu z większością państw członkowskich.

Wydarzenia od wyborów parlamentarnych w 2015 r. tylko podkreślają konsekwentną antyunijną ideologię partii rządzącej. Eurosceptycyzm PiS objawia się zarówno w sferze symbolicznej, jak i formalnej. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie miała problemów ze zbijaniem kapitału politycznego na atakowaniu Unii za kryzys migracyjny, a jedną z pierwszych decyzji premier Beaty Szydło było usunięcie unijnych flag z sali konferencyjnej w KPRM. W kolejnych latach konflikt pogłębiał się za sprawą łamania unijnych dyrektyw (m.in. wycinka w Puszczy Białowieskiej) i prób przeprowadzania niekonstytucyjnych zmian w wymiarze sądownictwa. PiS nie przestraszyły groźby unijnych sankcji polegających na zawieszeniu głosu Polski w Radzie. Do wycofania się z części zmian partię przekonała dopiero realna groźba nałożenia na rząd kar finansowych. Karne przesyłanie pieniędzy do Unii byłoby bowiem trudne do wytłumaczenia elektoratowi.

Mniej unijnych środków, mniejsze poparcie dla wspólnoty?

Tak naprawdę jedynym silnem ogniwem prounijnego stanowiska PiS jest niesłabnące poparcie dla UE wśród wyborców. Członkostwo we wspólnocie popiera niemal dziewięciu na dziesięciu Polaków, więc otwarte opowiedzenie się za polexitem byłoby dla partii Kaczyńskiego politycznym samobójstwem. Pytanie, jak na krajowy euroentuzjazm wpłynie wejście w życie nowego unijnego budżetu w 2021 r. Polska w kolejnej perspektywie finansowej dostanie znacznie mniej unijnych środków, co może przełożyć się na spadek poparcia społeczeństwa dla UE. To z kolei niemal na pewno przekonałoby polityków PiS do zdjęcia maski euroentuzjastów.

Czy żona prezydenta RP powinna otrzymywać pensję; jeżeli tak, to w jakiej wysokości?

Rusza debata na ten temat i jak wszystko w polityce polskiej będzie gorące, a może nawet gotujące, zwłaszcza że niemal wszyscy pod pojęciem „prezydentowa” będą sobie przedstawiać tę jedną osobę – Agatę Kornhauser-Dudę. I na tym skupi się debata. Przed Dudową prezydentowe były aktywne i często wznosiły się ponad partyjne spory. Choćby Maria Kaczyńska, która była mało kaczystowska.

Jeżeli prezydentowa – a w przyszłości może zdarzyć się prezydent jako kobieta, więc jej małżonek byłby jakimś prezydenciakiem – dostanie szmal z kasy państwowej, to obowiązkiem jej będzie wypowiedzieć się w ważnych kwestiach społecznych, a nawet politycznych. Więc czyje zdanie ma prezentować? Czy Agata Duda ma mówić swoim głosem, czy być echem Andrzeja Dudy albo mówić to, co Nowogrodzka rozsyła w oficjalnych komunikatach dnia?

A zatem zasadne jest pytanie: czy prezydentowa ma być politykiem, czy człowiekiem? Przecież nie została wybrana w procesie demokratycznym na stanowisko żony prezydenta, bo np. Dudzie bardziej „należałaby” się Beata Szydło albo Beata Kempa, a może pasowałaby mu Anna Sobecka…

Agata Duda kiedy jeszcze była Agatą Kornhauser wybrała Andrzeja jednym głosem i bynajmniej nie była to urna, lecz serce. Czy w polityce jest miejsce na serce? W PiS serce – nawet polityczne – zostało zamordowane.

Żona prezydenta Dudy pochodzi z jednego z najlepszych domów krakowskich, wszak jej ojcem jest wybitny poeta Julian Kornhauser. Stosując nie tylko wytrych liryczny do odczytywania charakterów osób, ale i narracyjny – bo milczenie i jego przeciwieństwo logorea, dużo mówią o charakterach osób – Agata Duda-Kornhauser miałaby często odmienne zdanie, niż Kaczyński – daruję sobie Dudę, bo ten mówi, co prezes mu nakaże.

A więc Agata Korhauser-Duda na państwowym etacie zamiast posyłać ironiczne dmuchane całusy z dłoni w stronę protestujących, może przesłałaby kciuka skierowanego w dół? Lecz co najważniejsze, prezydentowa mówiłaby, bo za to między innymi by jej płacono. Czy zatem należałoby obawiać się o nierozerwalność małżeńską w chwili wyrażania odmiennego zdania przez nią od zdania, jakie wypowiadałby Jarosław Kaczyński? Takie czekają nas wygibasy polityczne. Nad uregulowaniem statusu małżonki prezydenta rozpoczęła prace jedna z komisji sejmowych – Komisja ds. Petycji.

Jak najwięcej Tuska, a najmniej Dudy, Morawieckiego i tego typu obszarpańców w 2019 roku

1 Sty

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk na swoim profilu na Twitterze złożył życzenia noworoczne. Zaadresował je do „wszystkich patriotów i demokratów”, życząc im „jedności i zwycięstwa”.

Lawina komentarzy pod jego wpisem pokazała jak wielkie zainteresowanie i emocje budzi były premier.

Jedni odebrali życzenia wprost i zwyczajnie je odwzajemniali. Inni uważali, że są one skierowane też do PiS i komentowali. – „To miłe ze strony Rudego @eucopresident, że życzy @pisorgpl zwycięstwa w 2019”.

Nie obeszło się bez niemiłych złośliwości „Zaskoczyłeś mnie herr Tusk, nie spodziewałem się takich życzeń, jako patriota i demokrata oraz zwolennik PiS dziękuję i życzę żeby coś Panu wyszło, bo poza Brexitem nic nie wyszło”.

Donald Tusk w swoich życzeniach jest konsekwentny. Kilka dni temu, z okazji Świąt Bożego Narodzenia powiedział: „chcę złożyć życzenia moim rodakom i wszystkim Europejczykom, abyśmy wśród tej nocnej ciszy usłyszeli siebie nawzajem, swoje głosy miłości i nadziei. Nadziei na lepsze jutro, na tylko dobre zmiany, i że my sami będziemy lepsi dla siebie i innych”. I zakończył: „Tego Wam i sobie życzę z całego serca

Polska kończy 2018 rok z niedobrą pozycją startową do rokowań o budżecie UE. Bruksela wciąż nie ma pewności, czy idzie na dłuższą odwilż co do praworządności. Ale projekty relokacji uchodźców trafiły do szuflady.

Unijny budżet na okres 2021-27 zostanie uzgodniony być może dopiero w 2020 r., choć unijni przywódcy na ostatnim szczycie mobilizowali się do zakończenia rokowań jesienią 2019 r. Bez względu na dokładną datę finału ogromne znaczenie będą mieć projekty budżetowe przedstawione przez Komisję Europejską już w 2018 r. Zwłaszcza, że główni płatnicy UE zwykli ciąć, a nie podwyższać jej oferty dla największych beneficjentów.

Koperta dla Warszawy miałaby skurczyć się aż o 23 proc., czyli z 83,9 mld do 64,4 mld euro w cenach z 2018 r. Przy zachowaniu zasad z obecnego budżetu redukcja powinna wynieść tylko 10-11 proc. (wskutek większego polskiego PKB), ale jest o ponad dwa razy mocniejsza w efekcie – niekorzystnych dla Polski – modyfikacji sposobu dzielenia pieniędzy oraz przeznaczenia ich części na nowe priorytety związane m.in. z migracją. Ponadto projekt Komisji Europejskiej przewiduje 27,1 mld euro dla Polski z funduszy rolnych, czyli o około 5 mld mniej, niż należałoby się jej przy zachowaniu obecnych zasad.

Dodatkowym wyzwaniem jest grudniowa zapowiedź utworzenie budżetu eurostrefy, co było tradycyjnym postulatem Paryża, na który przystała kanclerz Angela Merkel. Nowy eurobudżet ma działać od 2021 r. „w kontekście” wspólnego budżetu całej Unii, co będzie rodzić pokusy przesuwania części pieniędzy ze wspólnej kasy do koperty dla eurostrefy podczas negocjacji budżetowych. W maju Komisja Europejska zaproponowała projekt rozporządzenia o zawieszeniu, a w skrajnych przypadkach odbieraniu części funduszy dla krajów łamiących zasady praworządności. I ten projekt ma duże szanse na przegłosowanie w Radzie UE oraz w nowym Parlamencie Europejskim wybranym w maju 2019 r.

Projekt umowy UE-Londyn o planowanym na marzec 2019 r. brexicie zawiera dobre gwarancje zachowania praw obywateli UE, w tym Polaków mieszkających i pracujących w Wlk. Brytanii. Ale jeśli premier Theresie May nie uda się przepchnąć tej umowy przez Izbę Gmin, to chaotyczny rozwód Brytyjczyków z UE nie tylko osłabi gwarancje dla Polaków, narazi biznes na ogromne koszty, ale też zagrozi dużą dziurą w budżecie Unii. Zgodnie z umową pobrexitowy Londyn ma sukcesywnie regulować swe zobowiązania wobec UE (40-60 mld euro). A jej brak zmusiłby Unię do szukania nowych oszczędności m.in. kosztem Polski.

Co z praworządnością?

Komisja Europejska w grudniu 2017 r. wszczęła postępowanie z art. 7 Traktatu o UE w związku z polskimi ustawami sądowymi. Przez cały 2018 r. było to niemal co miesiąc tematem posiedzeń Rady UE – w formie „wysłuchania w sprawie praworządności” lub zwykłej dyskusji ministrów ds. europejskich. Rząd Mateusza Morawieckiego wiosną 2018 r. nieco ustąpił w sprawie niektórych zapisów z ustaw sądowych. Ale po miesiącach nieskutecznych nacisków Komisja Europejska we wrześniu zaskarżyła Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z zapisami o czystce emerytalnej w Sądzie Najwyższym.

TSUE dość szybko nakazał doraźne zamrożenie czystki w SN (na czas do wydania swego wyroku), a prezydent Andrzej Duda w grudniu podpisał nowelizację ustawy, która odwraca skutki wcześniejszego wypchnięcia ponad 20 sędziów SN (w tym I prezes Małgorzaty Gersdorf) na emeryturę za pomocą obniżenia wieku emerytalnego. Pomimo to ani Komisja Europejska, ani Rada UE na razie nie zamierzają kończyć postępowania z art. 7. A TSUE zamierza wiosną 2019 r. odpowiedzieć na kilka zapytań od polskich sądów dotykających m.in. zgodności zapisów o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS) z unijną zasadą niezależności wymiaru sprawiedliwości. KRS jest też jednym z punktów postępowania z art. 7.

Spory o polską praworządność doprowadziły TSUE w lipcu do orzeczenia (w odpowiedzi na zapytania sądu z Irlandii) uchylającego automatyzm w unijnych ekstradycjach do krajów podejrzanych o łamanie niezależności wymiaru sprawiedliwości. Sądy w Irlandii, Holandii, Hiszpanii już zawiesiły kilka ekstradycji, by najpierw sprawdzić, czy aresztanci odsyłani do Polski mogą tam liczyć na rzetelny proces.

Polska w kwietniu przegrała w TSUE sprawę o wzmożoną wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Wstrzymała ją już jesienią 2017 r. wskutek doraźnego postanowienia TSUE (na czas do wydania wyroku), który jednak musiał najpierw zagrozić Warszawie grzywną co najmniej 100 tys. euro za każdy dzień niepodporządkowania się swemu postanowieniu.

Przegrani delegowani

Rok 2018 to dotkliwe porażki Polski w walce o pracowników delegowanych. Europarlament i Rada UE w marcu uzgodniły projekt bliski postulatom prezydenta Emmanuela Macrona (bez rozgłosu, lecz stanowczo wspieranego w tej kwestii przez Berlin), który od 2020 r. wymusi przybliżenie płac delegowanych do przeciętnych zarobków lokalnych oraz ograniczy delegowanie do jednego roku (w pewnych przypadkach do półtora roku). Potem delegowani będą już płacić miejscowe składki na ubezpieczenia społeczne. Te zmiany ograniczy kosztową przewagę konkurencyjną firm wysyłających pracowników np. z Polski do Francji. Co więcej, w grudniu Rada UE przyjęła projekt (z dużymi szansami na zgodę europosłów), który nowe zasady delegowania ma rozszerzyć – wbrew protestom Polski – na większość kierowców ciężarówek w przewozach międzynarodowych.

Relokacja bez szans

Ogromne konflikty w Unii wywołane obowiązkowym rozdzielnikiem uchodźców na lata 2015-17 sprawiły, że na kolejnych szczytach UE od jesieni 2016 r. zapewniano o trzymaniu się zasady konsensusu w pracach nad nowym rozdzielnikiem obliczonym pod przyszłe kryzysy migracyjne i uchodźcze. Wprawdzie tego projektu oficjalnie nie wyrzucono do szuflady, ale podczas 2018 r. stało się jasne, że nie będzie w tej kwestii żadnego rozstrzygnięcia w obecnej kadencji Parlamentu Europejskiego. A to najprawdopodobniej znaczy, że temat rozdzielnika – ku radości rządów Grupy Wyszehradzkiej – zepchnięto w Brukseli na boczny tor bez szans na jakiekolwiek konkretne decyzje w najbliższych kilkunastu miesiącach.

Flanka wschodnia i kłopot NATO z INF

Na lipcowym szczycie NATO przyjęto „plan gotowości 4×30”, czyli zobowiązanie, że Sojusz już w 2020 r. będzie gotowy do przerzucenia w ciągu co najwyżej 30 dni w rejon konfliktu 30 batalionów zmechanizowanych, 30 eskadr lotniczych oraz 30 okrętów wojennych. NATO-wscy planiści w tym kontekście myślą głównie dalszym wzmocnieniu Polski i reszty flanki wschodniej w razie konfliktu z Rosją.

Natomiast wszystko wskazuje, że USA w lutym 2019 r. rozpoczną procedurę wychodzenia z traktatu INF z Rosją o zakazie pocisków o zasięgu od 500 do 5500 km. Warszawa i Londyn jesienią 2018 r. publicznie wsparły taką odpowiedź Waszyngtonu na łamanie INF, ale Niemcy obawiają się dalszego antagonizowania Moskwy i ewentualnego rozmieszczania w Europie nowych rakiet z głowicami jądrowymi.

AFERY. Tak mijający rok to rok afer. PiS stracił cnotę publicznie, bo nigdy oczywiście jej nie miał. Najpierw afera „nagrodowa” – „bo nam się te nagrody należały”, czyli chapanie dla siebie na niespotykana dotychczas skalę. Pózniej właściwie codziennie okazywało się, że całe rodziny i znajomi zatrudniani są na państwowych posadach za bajońskie płace. Pewnie rekord pobito w NBP, gdzie asystentki-znajome prezesa zarabiają po kilkanaście średnich pensji krajowych, czyli co miesiąc Ok 60.000,00 PLN.

A rok kończymy dwiema największymi aferami wolnej polski. Aferą korupcyjną KNF oraz aferą SKOKów. Nigdy dotąd urzędnicy tak wysokiego szczebla nie zostali złapani za rękę na takiej korupcji i przekrętach. Wreszcie polska publiczność mogła zobaczyć, że ci którzy usta mają wypchane frazesami o uczciwości i służbie Polsce są aferzystami. Król jest nagi. A kłamie bez przerwy.

POLEXIT. Przez trzy lata PiS wyprowadza nas z Unii Europejskiej. Ostatni rok to rok, w którym wszyscy politycy rządzącej partii zrzucali winę za sytuacje w Polsce na urzędników UE i na unijną politykę. Dokładnie taka narracja polityków w Wielkiej Brytanii doprowadziła do Brexitu. A liderem krytyków UE jest niestety Andrzej Duda. W historii UE żaden kraj nie miał tak złych stosunków z unijnymi instytucjami, jak ma Polska pod rządami PiS. Widać, że Polacy mają tego powoli dość.

CHAOS. Wiadomo, że JK lubi zarządzać przez chaos. A my chaosu nie lubimy. Ustawy pisane na kolanie, uchwalane w nocy, właściwie przyjmowane przez większość parlamentarną z naruszeniem podstawowych praw opozycji, następnie pilnie i wielokrotnie zmieniane dokładnie w ten sam sposób. Najgłośniejsze to głupia ustawa o IPN zmieniona pod naciskiem Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz niekonstytucyjna ustawa o Sądzie Najwyższym, zmieniona po decyzji Trybunału Sprawiedliwości. Świat śmieje się z polityków PiS.

Zauważmy, że chaos jest wszędzie. Budowa prawie wszystkich dróg opóźniona o wiele miesięcy. Pociągi i samoloty opóźnione. Wejście CBA do KNF opóźnione. Nawet wypłata nagród naszym złotym, wspaniałym siatkarzom opóźniona. Chaos w oświacie po karygodnej, wręcz kretyńskiej reformie Zalweskiej, chaos zgotowany młodym Polakom, zwłaszcza tym w okresie dojrzewania. Służba zdrowia nie ruszona. Wojsko rozwalone. Policja upolityczniona. Czego się nie dotkną, tam chaos.

BŁĘDY narastają lawinowo: hołubienie nacjonalistów, destrukcja sądów, rozmontowanie rynku energii, ścisły związek władzy z kościołem, nacjonalizacja przemysłu już przynosząca ogromne straty, spory z coraz większą liczbą państw, w tym nam najbliższym….. Można wymieniać w nieskończoność

To są dobre wiadomości. Tylko od nas zależy, czy w Nowym Roku je wykorzystamy, pod przywództwem liderów opozycji. Mamy ogromną szansę. Wiara w zwycięstwo rośnie, nadziei też jakby więcej, a miłości do Polski nigdy nam nie brakowało. I to są moje dla Was i dla Nas i dla naszego sponiewieranego przez PiS kraju ŻYCZENIA – życzenia ZWYCIĘŻANIA

W nadchodzącym roku wypadałoby więc życzyć nam wszystkim większego… wyrachowania?  Z rozmysłem mnożyć (sojuszników) i unikać dzielenia (koalicjantów)?

Składając bliskim życzenia noworoczne, a sobie obietnice, czego to nie dokonamy w ciągu następnych 12 miesięcy, warto wcześniej starannie zrewidować pragnienia. Bo jak się nie wie, czego się chce, to zwykle dostaje się to, czego się nie chce. Którą to galicyjską mądrość ludową dedykuję wszystkim byłym entuzjastom „dobrej zmiany”.

Po niewczasie sami zdążyli się już bowiem przekonać, że głosując z przekonaniem za reformą reformy edukacji, niechcący autoryzowali obniżenie poziomu nauczania, klerykalizację szkół i pogorszenie się warunków pracy uczniów i nauczycieli.

A opowiadając się za usprawnieniem kulejącego systemu sądownictwa, dali przyzwolenie na czystki kadrowe i wyroki dyktowane w gabinetach polityków, o chaosie w orzecznictwie, lawinowo wydłużających się terminach rozpraw i blamażu na forum unijnym nie wspominając.

Trudno powiedzieć, ilu takich rozczarowanych wyborców postawiło trzy lata temu krzyżyk za „zmianą” , bez sprawdzenia, co w nomenklaturze pana prezesa i jego przybocznych znaczy słowo „dobra”.

Za to państwo z PiS doskonale wiedzieli, czego chcieli i bynajmniej tego przed wyborcami nie ukrywali. Chcieli –mianowicie – władzy, bo ta dała im dostęp do kasy, gwarancję bezkarności w jej łupieniu oraz możliwość odwetu, za realne i wydumane krzywdy, na „elitach” gorszego sortu.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że w nowym roku państwo z PiS chcą tego samego, co w ubiegłym, tylko „bardziej, a więc jeszcze więcej PiS-u w PiS-ie i wszędzie. Podobnie ich wyborcy –  też chcą „więcej” pana prezesa i dalszych sukcesów jego partii w budowie katolickiego państwa narodu pisowskiego.

Tymczasem elektorat gorszego sortu niby chciałby powstrzymać buldożery frakcji władzy i wyhamować ambitne plany biało-czerwonej drużyny, ale czy – w takim razie – jest rzeczywiście gotów na „więcej” Koalicji Obywatelskiej?

To, otóż, nie jest wcale takie pewne. Wystarczy rzucić okiem na media gorszego sortu, które zajmują się głównie wybrzydzaniem na Grzegorza Schetynę i krytykowaniem KO za … brak programu. W teorii., malkontenci mają sporo racji. Wyżej było przecież o tym, że jeśli chodzi o życzenia, to bardzo warto trzymać się konkretów.

Problem w tym, że nawet najbardziej szczegółowe i ambitne programy nie będą miały najmniejszego znaczenia, gdy pragnienia elektoratu partii aktualnie rządzącej (więcej PiS-u) okażą się jednak bardziej konkretne, niż marzenia wyborców opozycji o powrocie do normalności.

Wtedy „pisowski walec” ruszy dalej z jeszcze większym niż dotąd impetem. I skutecznie zrówna z trawą liberałów pospołu z lewicą laicką , a socjalistów z neokonserwatystami. Wtedy nie będzie ważne, czym – poza osobami liderów – partia Razem różni od partii Teraz. I nawet kwestie tak pierwszorzędnej wagi, jak zakaz (lub brak zakazu) handlu w niedziele czy metody finansowania in vitro też przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie.

Niestety, wyborcy opozycji tylko z największym trudem mogliby zapragnąć w nowym roku więcej Grzegorza Schetyny. Tymczasem wygląda na to, że bez takiego właśnie ekstremalnego wysiłku wyobraźni nie uda się urzeczywistnić marzeń o powrocie do normalności, przywróceniu praworządności i odbudowie demokracji.

Nie da się zrealizować podobnych życzeń stawiając na „więcej” Roberta Biedronia, Adriana Zandberga czy Ryszarda Petru. Jak dotąd, zrozumiała to tylko szefowa „Nowoczesnej”, skądinąd matematyk. Oraz przywódca PSL, który – jak na ludowca przystało – też liczyć potrafi. Reszta na razie liczy na siebie i swoich wyborców. Ale w ten sposób gorszy sort może się – niestety – srogo przeliczyć.

W nadchodzącym roku wypadałoby więc życzyć nam wszystkim większego… wyrachowania?  Z rozmysłem mnożyć (sojuszników) i unikać dzielenia (koalicjantów)? Bo inaczej, przez kolejne dekady pozostaniemy krajem, gdzie o wyniku dodawania dwóch do dwóch, będzie decydowało przekonanie pana prezesa.

(Romy Schneider 1969)

Waldemar Mystkowski o faszyście w rządzie PiS.

PiS kończy ten rok w gorszej kondycji sondażowej i moralnej niż ubiegły. Jednak ciągle jest liderem wśród partii parlamentarnych, ale ma dwukrotnie więcej przeciwników niż zwolenników wśród Polaków, wśród wyborców. Choć politycy partii Kaczyńskiego mogą się zaklinać, że panują nad sytuacją, widać jednak, że morale szeregów partyjnych spada.

Ustawa o wsparciu sektora energetycznego kwotą ok. 9 mld zł, aby nie podskoczyły rachunki za prąd w gospodarstwach domowych, wskazuje na indolencję tej władzy, która potrafi zabezpieczać się politycznie tylko poprzez korzystanie z publicznych pieniędzy, a nie poprzez rozwiązania gospodarcze. Utworzenie w tym celu Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny prawdopodobnie uznane zostanie przez Komisję Europejska za niedozwoloną pomoc publiczną.

Staje się jasne, dlaczego PiS na ostatniej konwencji tak szumnie deklarował postawę prounijną. Mianowicie chce stworzyć sobie pole do negocjacji, które i tak muszą się skończyć przegraną, ale istnieje możliwość wskazania winnych, kto miałby odpowiadać za wyższe rachunki za prąd.

PiS jest skazany na zderzenie czołowe z instytucjami unijnymi i na przegraną, lecz chce ponieść jak najniższe koszty wśród elektoratu. Zauważmy, iż Andrzeja Dudę siódmą nowelizację ustawy o wieku emerytalnym sędziów Sądu Najwyższego recenzuje słowami, których użył w wywiadzie na koniec roku w TVP Info: „sędziowie to zepsute środowisko”. Ci sędziowie będą decydować o ważności wyborów i ewentualnym postawieniu prezydenta przed Trybunałem Stanu.

Ale ta ustawa to mały pikuś, bo kluczowy będzie werdykt Trybunału Sprawiedliwości UE w kwestii statusu Krajowej Rady Sądownictwa. Jeżeli zostanie on zakwestionowany przez TSUE, to cała pisowska reforma wymiaru sprawiedliwości upadnie. I niewiele pomogą jeden, czy dwa kroki w tył, podobne do tego w sprawie Sądu Najwyższego. „Zepsute środowisko”, czyli demokratyczny standard niezależnego sądownictwa będzie miał możliwości prawne, aby wstrzymać PiS w marszu w kierunku ustroju autorytarnego.

Lecz czy TSUE powstrzyma Kaczyński w demolowaniu praworządności, czy prezes PiS podporządkuje się werdyktowi TSUE? Popatrzmy z tego punktu na nominację Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji, przeciwnika Unii Europejskiej, byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej.

W co gra PiS, do czego nas przygotowuje? Narracja o proeuropejskości upada, nie trzyma się żadnej logiki. Zwalanie winy na Unię Europejska i jej instytucje, a także na „donosicieli” z Platformy Obywatelskiej – bo takim komunikatem operują politycy PiS – ma swoją moc dla elektoratu. Czy PiS przygotowuje się nie tyle do Polexitu, ile do rozwalanie Unii od wewnątrz wraz z podobnymi sobie partiami w innych krajach, z narodowcami francuskimi Marine Le Pen, prorosyjskim Fideszem Viktora Orbana i innymi?

PiS we własnym rządzie ewidentnie wzmacnia skrajne prawe skrzydło antyunijne, które w niedalekiej przyszłości może posłużyć do rozwalenia Unii, nie do Polexitu, który jest źle widziany przez Polaków. To nie PiS ma być winny, ale egoizmy innych krajów UE, których przedstawiciele zasiadają we władzach unijnych instytucji.

PiS zamienia unijną szmatę na pelerynkę z gwiazdkami. Niedługo z miłości do koryta pokocha Tuska

19 Gru

Uwierzycie? Teraz przebrali się z narodowych w pelerynki europejskie. Polska PiS jako bijące serce Europy. To propagandowy bubel trzylecia.

To tak jakby prezes oznajmił na kolejnym zjeździe, że partia jest teraz za legalną aborcją, in vitro i małżeństwami gejów. PiS z przystawkami nigdy nie byli w sercu Europy, a zwłaszcza w sercu UE. Z własnej woli i ideologicznej kalkulacji woleli być na europejskim marginesie i tam wylądowali.

Ale idą eurowybory i wybory parlamentarne. PiS-owi najbardziej zależy na władzy, na Europie najmniej. Tymczasem szklany sufit wyborczy jak nad PiS wisiał, tak wisi. Wybory samorządowe pokazały zjednoczonej prawicy, że miasta, nie tylko wielkie, to nie jest ich elektorat.

Więc sztabowcy wymyślili, że trzeba teraz spróbować nabrać ludzi na PiS proeuropejski i przyjazny klasie średniej, bo ta chce Polski europejskiej, to znaczy Polski w Unii Europejskiej.

Te nowe szaty cesarza i jego świty już wykpił mem robiący furorę w internecie.

Żeby PiS brzmiał choć odrobinę przekonująco w tej sprawie, musiałby przedstawić dowody przejścia na europejsko-unijną stronę mocy.

1. Zdeklarować, kiedy chce wnioskować o członkostwo Polski w strefie euro.

2. I w jakim horyzoncie czasowym chce osiągnąć zrównanie przeciętnego wynagrodzenia unijnego z polskim.

3. Wicepremier Szydło musiałaby się wytłumaczyć z rugowania flagi UE z jej biura i z jej konfrontacyjnych filipik w Parlamencie Europejskim. Prezes Kaczyński musiałby wyjaśnić, czemu witał z kwiatami panią Szydło po haniebnym ataku PiS na Donalda Tuska.

4. Panowie Duda, Morawiecki i Ziobro musieliby wyjaśnić, czy są gotowi uchylić wszystkie przeforsowane przez „zjednoczoną prawicę” zmiany w prawie polskim zakwestionowane przez gremia brukselskie jako naruszające zasady państwa prawa i trójpodziału władz.

5. Premier Morawiecki musiałby wyjaśnić, co konkretnie wnosi i wniesie Polska pod rządami zjednoczonej prawicy do Unii, jaki ma przekaz pozytywny, jakie ma konstruktywne propozycje.

Musiałby wyjaśnić, czy dla jego rządu i obecnej władzy Unia to jednak także wspólnota wartości, a nie tylko unijne fundusze rozwojowe.

Przez trzy lata ludzie zjednoczonej prawicy powiedzieli publicznie tyle kłamstw i niegodziwości o Unii, że jest jasne, iż jeśli PiS z przystawkami utrzyma się u władzy, to za wszelkimi jego proeuropejskimi deklaracjami nie pójdą żadne proeuropejskie czyny.

Obecna władza Unii nie chce, traktuje ją jako zło konieczne, a nawet wroga (poseł Pawłowicz ośmieliła się nazwać flagę UE szmatą). Nie może ścierpieć, że podlega jakiemuś mechanizmowi kontroli i osądu, na który nie ma wpływu. Gardzi liderami UE, jej przesłaniem ideowym, krytykuje i bojkotuje wspólną politykę unijną. Jeśli coś wnosi, to taki sam chaos, jak do naszej polityki wewnętrznej.

Czy Andrzej Duda wciąż nie może otrząsnąć się po podpisaniu znowelizowanej ustawy o SN? Może na to wskazywać jego zachowanie na Twitterze, a konkretnie reakcja na ten wpis: – „Prezydent oskarża, Prezydent atakuje, Prezydent zarzuca, Prezydent poucza. Choć robi dokładnie to, co zarzuca innym i o co innych oskarża, a więc łamie Konstytucję. A za moment przy choince, w orędziu wigilijnym, będzie nawoływał do wzajemnego szacunku” – napisał na Twitterze prof. Marcin Matczak, konstytucjonalista z UW.

To jego komentarz do kuriozalnych wypowiedzi Dudy o sędziach SN, którym prezydent zarzucił łamanie prawa i nieprzestrzeganie Konstytucji. O tym w artykule „Rzecznik Sądu Najwyższego odpowiada na ataki Andrzeja Dudy”.

Prezydent zamiast odnieść się do meritum, w odpowiedzi Matczakowi wysłał link do materiału, w którym opisano, jak konstytucjonalista wdał się w spór z prawicowym blogerem. Duda przy linku umieścił: – „No comment”. – „Szanowny Panie Prezydencie, ja w związku z moim zachowaniem napisałem do osoby, która mogła być nim dotknięta, list wyrażający ubolewanie. Czy Pan, w związku ze swoim zachowaniem, napisze list wyrażający ubolewanie, kierowany do Suwerena?” – zapytał w kolejnym wpisie prof. Matczak. Odpowiedzi Dudy już nie było.

Za to internauci pisali do prezydenta. – „Czy ten komentarz to wszystko, na co pana lub pana pracowników stać ? To niewiele. Jeden z moich ulubionych cytatów „Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości” – M. Twain”; – „Nerwy puszczają? Pana niekonstytucyjne ustawy i złożone podpisy pod niekonstytucyjnymi ustawami będą latami analizowane na wydziałach prawa. Ułaskawienia niewinnych i nocne ślubowania dublerów także”;

 „Panie prezydencie, o ile pamiętam były przeprosiny za ten wpis. A w ogóle, co ma wspólnego Pana wpis do zarzutów kilkukrotnego złamania przez Pana Konstytucji RP, wyrażonych przez organizacje prawnicze i wydziały prawa wielu uczelni w tym promotora Pana pracy doktorskiej?”. Przypomnieli Dudzie, że jego promotor prof. Jan Zimmermann już w grudniu 2015 r. stwierdził, że prezydent wtedy trzykrotnie złamał Konstytucję.

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze, jak zachować normalność w nienormalnych czasach.

Słowa polityków PiS o przestrzeganiu prawa są jak tyrady typa, który bije żonę, ale na imieninach  poucza wszystkich, że trzeba szanować kobiety.

Oczywiście, są obserwatorzy sceny politycznej, dla których gra przedwyborcza jest nudna i których niewiele już może zaskoczyć w postępowaniu polityków.

Dużo ciekawsza od odpowiedzi na pytanie, które od tygodni zadaje sobie opinia publiczna: „W jaki sposób, jakimi metodami znowu spróbują nas oszukać?” byłaby odpowiedź na pytanie: „Co sprawia, że ciągle od nowa nabieramy się na tandetne i proste w gruncie rzeczy triki PiS?”. Dlaczego zachowujemy się infantylnie i nie wykazujemy minimalną przenikliwością, choćby taką zwykłą, wynikającą po prostu ze zdrowego rozsądku? Czy jako społeczeństwo pozbawieni jesteśmy instynktu samozachowawczego? Nie. Po prostu tak nas wychowano.

Rzadko kiedy społeczeństwa zdają sobie sprawę z tego, że podobnie jak jednostki, podlegają procesowi socjalizacji i są zwyczajnie wychowywane: do określonego życia obywatelskiego, kulturalnego, miłosnego, do takich, a nie innych rozrywek, związków i relacji, nie tylko miłosnych, ale i politycznych.
Sądzimy, że wychowanie to proces wpajania zasad postępowania w rodzinie i pracy, nie kojarzymy tego z edukacją obywatelską – a tak właśnie jest.

Wykuwanie na pamięć, szacunek dla orderów, a nie prawdziwych zasług, ludzi-pomników, o których z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że nikt tak doskonały po prostu nie mógłby istnieć, zamiast żywych normalnych ludzi, co prawda pełnych wad, ale też odważnych i dzielnych, brak nawyku kwestionowania i samodzielnego myślenia, który wysysamy z mlekiem matki (czyli nauką Kościoła katolickiego), jasno i głośno artykułowane nakazy i zakazy: nie pytaj, nie szukaj prawdy, nie patrz na złożoność i nieoczywistość świata, sprowadzaj wszystko do czerni i bieli, zaprzeczaj rzeczywistości tak długo, jak się da, nawet jeśli rozkraczy się przed tobą na drodze, jeśli ktoś myśli, inaczej pobij go, wyzywaj albo chociaż na niego nakrzycz.

Dla kobiet jest rzecz jasna kilka dodatkowych zasad: nie bądź za głośna, nie sięgaj po swoje, nie domagaj się pieniędzy ani szacunku, bo to „nieskromne”, bądź posłuszna, zasługi oddawaj innym, nie mów, co myślisz, a najlepiej nie myśl i zapamiętaj raz na zawsze, że silna wola i stanowczość czynią cię niemęskim i nieatrakcyjnym babochłopem, z którym żaden nie wytrzyma (a to, żeby wytrzymał to jest przecież wielka wartość).

Otwartych dyskusji, w których liczy się ustalenie prawdy lub uzgodnienie wspólnego stanowiska i spokojne postanowienie, co dalej w wychowaniu nas, Polaków się nie uwzględnia. I jeśli to wszystko wziąć pod uwagę, staje się oczywiste, dlaczego PiS nabiera nas po raz setny na te same numery.

„Ten opis nie dotyczy mnie” – powie z oburzeniem wielu z was. „Ja pochodzę z normalnego, miłego domu, w którym się rozmawiało i zadawało pytania, w którym rodzice tłumaczyli dzieciom, co, jak i dlaczego, a kwestionowanie i rozmowy były na porządku dziennym”. Odpowiem: to nie ma znaczenia.

Ponieważ rodziców trzeba było w końcu opuścić i pójść w świat, pełen księży gwałcących małe dzieci i mówiących, że to ich wina, z dorosłymi, którzy zamiast stanąć po stronie tych krzywdzonych, oskarżają i bronią gwałcicieli. Do szkoły, gdzie liczyło się symulowanie pracy i nauki, a nie rzeczywista sprawność umysłu, „zakuć, zdać, zapomnieć”, a nie umiejętność kojarzenia faktów i samodzielnego wnioskowania – a jak ktoś to nawet (tak, sam z siebie) potrafił, to był za to karany.

W świat pełen telewizorów, w których politycy bezkarnie kłamią: mówią ci w żywe oczy, że czarne jest białe, a ty, chociaż nie masz wątpliwości, że jednak czarne, widzisz, że wszyscy dookoła, na czele z prowadzącym audycję potakują, aż w końcu sam zaczynasz potakiwać, żeby nie wypaść ze stada.

Idziesz wreszcie do pracy, a więc na ogół w świat traktowania ludzi jak taniej siły roboczej, cwaniactwa, gdzie nie liczy się talent, pasja, upodobania, elastyczność, prawdziwość, tylko bezwzględność, pazerność i chciwość, a ponad wszystko umiejętność „załatwienia” czegoś dla siebie i najbliższych i nikt nie widzi żadnej konieczności dbania o środowisko, ludzi, zasady czy wartości. Gdzie liczy się wyłącznie jednodniowy zysk, a perspektywa roku czy dziesięciu lat jest dla frajerów. Zaś procedury, jeśli w ogóle istnieją, to wiadomo, że tylko na papierze i że przestrzegać ich byłoby wyrazem skrajnego naiwniactwa.

Tak jesteśmy wszyscy wychowani, od dziecka i nawet jeśli mamy dobry dom, przyzwoitych rodziców, to te nawyki, obawy, lęki, sposoby funkcjonowania przyswajamy mimowolnie, zanim zdążymy zdać sobie z nich sprawę.

Dotyczy to wszystkich, nawet najprzyzwoitszych z nas, ponieważ nikt nie jest wolny od środowiska w którym wyrasta, a jego wpływ jest przemożny i dla nas samych często niedostrzegalny.  I zanim się zdążymy obejrzeć, wyrastamy na ludzi, którzy publicznie nie potrafią mówić szczerze. (Czy kiedyś po prostu porozmawialiśmy o tym, czym był dla nas komunizm? Tak normalnie, bez obelg i natychmiastowego osądzania czy wynoszenia na piedestał? Po prostu, żeby powiedzieć, co kto wtedy czuł, czego się bał i jak to doświadczenie na niego wpłynęło, czym dla niego było?). Nie, ponieważ potrafimy tylko budować pomniki albo krzyczeć, oskarżać albo gloryfikować. Normalna, otwarta, szczera rozmowa jest dla wielu Polaków czymś niewyobrażalnym.

Wyrastamy też na ludzi, którzy bardziej niż piękno czynów cenią sprawność mowy. I to właśnie dzięki tej cesze, promujemy pogoń za pięciosekundowym zaistnieniem, w każdy sposób, każdym kosztem, nie zważając na nic, zamiast premiować cichy, ale wytrwały i konsekwentny wysiłek, który zawsze przynosi efekty. Wybieramy kłamczuchów i populistów zamiast ludzi czynu.

Dlatego można nas oszukać pięć razy w ten sam sposób, dlatego żyjemy złudzeniami, zamiast konkretnie przedyskutować rzeczywistość i dlatego, nawet jak ją przedyskutujemy, to i tak zbyt wielu odrzuci fakty. I dlatego – i nie jest to dobra wiadomość niestety, każdą prawdziwą zmianę należałoby zacząć nie od polityków, a od siebie. Bo prawda jest taka, że w normalnym świecie normalnych ludzi, ci od Kaczyńskiego i ich oszustwa nie mieliby czego szukać.

Waldemar Mystkowski pisze o wcześniejszych wyborach parlamentarnych.

Wiele wskazuje, że Jarosław Kaczyński szykuje przedterminowe wybory parlamentarne. Znaki są aż nadto czytelne nie mogą być zignorowane przez opozycję. Jeżeli wybory miałyby odbyć się już w marcu, najpóźniej w kwietniu, to spokojnie możemy orzec, iż w tej chwili mamy do czynienia z nieformalną kampanią wyborczą.

Na ostatniej konwencji PiS w Szeligach pod Warszawą prezes Kaczyński zastrzegł się, że nie zostanie przedstawiony program partii na zbliżające się wybory, ale z ust Mateusza Morawieckiego usłyszeliśmy zaskakujące słowa i one noszą stygmat haseł wyborczych.

Premier orzekł, iż „jesteśmy bijącym sercem Europy”, co w zderzeniu ze zdegradowaniem Polski w UE należałoby szukać innych porównań z adekwatnymi częściami ciała. Zostaliśmy w tej Europie zmarginalizowani w ciągu trzech lat rządów PiS i bliżej nam do zanikającej kości ogonowej.

A ponadto Morawiecki sformułował hasło żywcem przeniesione z krajów o rozwiniętej demokracji i kapitalizmie: – „Chcemy odbudować silną klasę średnią”. Podkreślam, że Morawiecki nie jest orłem retoryki, kiepsko czuje język – odbudować można ewentualnie z ruin, a klasy średniej w kraju nigdy nie było, bo klasa średnia w Europie to mieszczaństwo.

Ta uwaga o klasie średniej jest skierowana właśnie do mieszczuchów, którzy podczas ostatnich wyborów samorządowych kandydatów PiS na prezydentów miast odesłali z kwitkiem już w pierwszej turze. PiS, aby utrzymać się u władzy, musi pozyskać miasta, dlatego partia Kaczyńskiego wygładza swój wyraz twarzy. Odsyła na tymczasową emeryturę Krystynę Pawłowicz, Dominika Tarczyńskiego czy Antoniego Macierewicza.

Afera KNF w istocie nabiera rozpędu, nie chodzi tylko o to, jakie ona ukazuje oblicze korupcyjne PiS, lecz dociera dość powoli do ogółu Polaków, szczególnie do tych, którzy niespecjalnie interesują się polityką. Ta zasada kuli śnieżnej dopiero rozpoczęła swoja drogę w dół. Do wiosny jej pęd może być jeszcze powstrzymany, ale jesienią już raczej nie. Przykładem jest SLD po aferze Rywina, które kilka miesięcy po niej miało wysokie sondaże, zaś po przeszło pół roku Leszek Miller witał się z zieloną trawą.

Nie powinno zatem dziwić, że nieoczekiwanie zostało przesunięte głosowanie nad budżetem z grudniowej sesji Sejmu na połowę stycznia 2019. Jeżeli Sejm nie przyjmie – także po głosowaniu w Senacie – ustawy budżetowej do 27 stycznia, to prezydent Duda zgodnie z art. 98 ust. 4 Konstytucji RP może rozwiązać Sejm i ogłosić przedterminowe wybory.

I o to chodzi. Także nieuchronne wysokie podwyżki cen za prąd zostały przesunięte na późniejszy termin – oczywiście po wyborach. Duda spotkał się – jakby on o czymkolwiek decydował – z ministrem energii Krzysztofem Tchórzewskim, po czym pojawił się komunikat, iż podwyżek w 2019 roku nie będzie.

Były premier Kazimierz Marcinkiewicz uważa, że „przeprowadzenie przyspieszonych wyborów w marcu 2019 roku wydaje się bardzo prawdopodobne”. Przypomina o roku 2006, gdy było blisko do takich wyborów, PiS wówczas wygrałby je, półtora roku później zostały przez nich przerżnięte.

Dzisiaj wygląda jakby PiS rozpoczął kampanię wyborczą. Co na to opozycja? Zjednoczona – już dzisiaj wygrałaby z PiS, rozproszona – nie chcę myśleć, co stanie się wówczas z Polską, gdyby stan obecnej degradacji miał być kontynuowany.

Duda sfrustrowany, dostał w papę i nie wie, jak się zachować

18 Gru

„W związku z przemówieniem Prezydenta RP Andrzeja Dudy wygłoszonym w Trybunale Konstytucyjnym w dniu 18 grudnia 2018 r., w którym Prezydent zarzucił Pierwszemu Prezesowi SN Małgorzacie Gersdorf i Prezesom SN łamanie prawa i podejmowanie działań prowadzących do anarchii przez umożliwienie podjęcia czynności przez sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat, należy stanowczo stwierdzić, że działania te podjęte zostały na podstawie postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 października 2018 r. i są w pełni zgodne z prawem, co potwierdziło postanowienie TSUE z 17 grudnia 2018 r., a także treść uchwalonej przez Sejm i Senat i podpisanej przez Prezydenta nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, w której wprost w art. 2 ust. 1 i 4 stwierdzono, że kadencje Pierwszego Prezesa SN i Prezesa SN oraz służbę wskazanych sędziów SN uważa się za nieprzerwane” – podkreślił w komunikacie rzecznik prasowy SN sędzia Michał Laskowski.

Duda bowiem w dzisiejszym przemówieniu wygłoszonym w TK bezpardonowo zaatakował sędziów SN, zarzucając im m.in…. złamanie Konstytucji (sic!). – „Znaczące postacie polskiego wymiaru sprawiedliwości (…) w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne, naruszają przepisy konstytucyjne, lekceważą przepisy ustawowo obowiązujące, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. (…) Mamy sytuację, w której pewna grupa elity sędziowskiej uważa się za bezkarną i za taką, której polskie prawo nie obowiązuje, tylko dlatego, że im się nie podoba” – mówił Duda.

„Prezesi SN powinni pozwać kłamcę Dudę w procesie cywilnym”; – „Nigdy w swojej historii – Trybunał Stanu nie miał takiej licznej grupy spraw, którymi będzie musiał się zająć w nadchodzącej dekadzie”; – „Czasem lepiej jest milczeć i wyglądać niezbyt inteligentnie niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości…” – komentowali wypowiedź Dudy internauci. – „Ta obelga roli prezydenta traci nerwy. Pomyłka uczelni, która dała mu dyplom, uzurpator i gwałciciel Konstytucji, złodziej władzy, której mu wyborcy nie dali pokrzykuje na ludzi z charakterami, którzy nie dali sobie zedrzeć tog, by zamienić je na liberie lokajów jego bossa” – ostro podsumował na Twitterze Waldemar Kuczyński.

Zwykła, ludzka przyzwoitość i współczucie dla ministra Zielińskiego nie pozwalają na zacytowanie choćby jednego komentarza, spod artykułu portalu gazeta.pl, dociekającego okoliczności rzekomego znalezienia ludzkiej głowy tuż obok posesji zastępcy szefa resortu spraw wewnętrznych. Podlaska policja, pytana o to sensacyjne znalezisko nabrała wody w usta. Na dodatek dziennikarze gazeta.pl twierdzą, że porozmawianie z jej rzecznikiem prasowym nadkomisarzem Tomaszem Krupą jak dotąd nie jest możliwe.

Minister tymczasem opowiedział o zdarzeniu w rozmowie z prawicowym tygodnikiem „Sieci”:

„Dla zobrazowania tej sytuacji wystarczy wspomnieć, że jakiś czas temu w pobliżu mojego domu znaleziono ludzką głowę obciętą przez bandytów w wyniku brutalnego zabójstwa” – wyjaśniał Zieliński i w ten sposób bronił obecności patrolów policji w tamtym miejscu.

Wcześniej policjanci skarżyli się, że muszą pilnować domu wiceministra i że są często wysyłani na oficjalne uroczystości, by robić tłum. Pisaliśmy o tym w artykule „ Jeden z patroli policji od blisko trzech lat pilnuje całą dobę posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego”. O sprawie mówiła z trybuny Sejmowej posłanka PO Bożena Kamińska.

Zieliński wszystkiemu zaprzeczył, a kontrola KGP wykazała, że w suwalskiej policji niektórzy przełożeni mogli wykazywać się „zbyt dużą nadgorliwością”.

Tymczasem media o tej sprawie huczą, internauci w najzupełniej niewybrednej formie wyśmiewają ministra i całą policję. Nikt nigdy oficjalnie opowiadania Zielińskiego  nie zdementował i nie potwierdził.

>>>

Kaczyński dąży do przedterminowych wyborów parlamentarnych

18 Gru

Mój rząd mniejszościowy po dwóch, trzech miesiącach rządzenia uzyskał bardzo wysokie poparcie społeczne. Warto było to wykorzystać. Tym bardziej, że popełniono błędy przy uchwalaniu budżetu i można było w lutym rozwiązać parlament i przeprowadzić w marcu nagle wybory. Wygralibyśmy je w cuglach. Byliśmy do tego kroku przygotowani. Gotowa cała kampania, łącznie ze spotami. Wzmocniona jeszcze kampanią rządową na 100 dni rządu. Dzień przed ogłoszeniem decyzji przez prezydenta, Jaroslaw Kaczyński wycofał się, bojąc się, że uzyskam podmiotowość, bo twarzą kampanii byłbym jako premier.

Mimo, że podobny wariant JK zastosował półtorej roku pózniej i wówczas w 2007 roku przegrał wybory, to przeprowadzenie przyspieszonych wyborów w marcu 2019 roku wydaje się bardzo prawdopodobne. Procesy społeczne następują powoli. Działają trochę jak siła bezwładności, jak zostaną uruchomione, trudno je zatrzymać. SLD straciło poparcie społeczne kilkanaście miesięcy po aferze Rywina.

PiS obawia się dokładnie tego samego, czyli powolnej utraty zaufania społecznego ze względu na rozwijającą się aferę KNF, wzmocnioną przez aferę SKOK. PiS straciło „cnotę” partii uczciwej i wiarygodnej. Dodatkowo, zwłaszcza miejska klasa średnia zaczęła na poważnie obawiać się „Polexitu”, dlatego gremialnie wzięła udział w wyborach samorządowych wyrzucając już w pierwszej turze PiSowskich kandydatów z polskich miast.

Mamy więc znów do czynienia z radykalną zmianą wizerunku PiS. Od miesiąca politycy PiS wyprzedzają się w deklarowaniu miłości do Unii Europejskiej i jej wartości. Wyglada to komicznie, zwłaszcza w wydaniu byłej premier oraz premiera, ale nie wiadomo, czy tę „słomianą” miłość -za klasykiem – „ciemny lud” nie kupi. Z przekazu partii znikają politycy rażący nienawiścią i radykalizmem. Walka idzie bowiem nie o 25% twardego elektoratu, ale 15% centrum, które dało władzę PiS w 2015 roku. Wszystkie te działania podejmowane tak szybko i skrupulatnie jeszcze w grudniu, przed światami wskazują, że JK szykuje się na wybory już wiosną.

Zwolennikiem takiego rozwiązania jest Adam Bielan, czyli główny PRowiec JK. Ma on świadomość, że łatwiej wygrać te wybory teraz, gdy kula śnieżna porusza się jeszcze wolno, a opozycja łączy się przez pączkowanie. Nieprzygotowana i ciagle kłócącą się opozycja przegra takie wybory z kretesem. Bielan ma także własny interes w przyspieszeniu wyborów. Chce być komisarzem, ale wie że Unia Europejska wstrzyma ich wybór o pół roku i poczeka na nowy polski rząd wyłoniony w październiku czy listopadzie. Wygrana w marcu daje mu większe nadzieje. Nam raczej nadzieję odbiera, chyba że zmusimy opozycję do wspólnego, solidarnego odzyskania naszego kochanego państwa od szkodników.

— TARCZYŃSKI BĘDZIE NASTĘPNY? – Fakt o odejściu Pawłowicz: “Tarczyński będzie następny – mówi nam ważny polityk PiS. Podczas zamkniętej dla mediów części niedawnego posiedzenia klubu PiS w Jachrance prezes mówił o konieczności zmiany języka i twarzy. – Prezes powiedział tylko to, co od dawna mówiliśmy: że taka skrajność nam szkodzi, a jedynym sposobem na wygranie wyborów jest odzyskanie centrowych wyborców – mówi nam jeden z najbliższych współpracowników prezesa”.
fakt.pl

— JACEK NIZINKIEWICZ O SCENARIUSZU PRZYSPIESZONYCH WYBORÓW – pisze w RZ: “Ryzyko jest więcej niż duże, ale może się okazać, warte podjęcia, tym bardziej że oprócz trzymania wszystkich stronnictw partii w szachu, z każdym miesiącem opozycja będzie musiała się organizować i jednoczyć we wspólny proeuropejski front anty-PiS. A zjednoczona opozycja może być zabójcza dla PiS. Czy do wcześniejszych wyborów dojdzie, dowiemy się już w styczniu. Decyzja należy do jednego człowieka. A Jarosław Kaczyński pokazał nieraz, że potrafi grać va banque”.
rp.pl

— SŁAWOMIR SIERAKOWSKI O SYTUACJI PO PUBLIKACJACH O SOLORZU – TERAZ SIĘ BĘDZIE DECYDOWAĆ CZY BĘDZIEMY MIEĆ BUDAPESZT W WARSZAWIE: “Polska, czym się chyba zbyt rzadko chwaliliśmy, była i wciąż jest najmniej skorumpowanym krajem czworokąta wyszehradzkiego. Na Słowacji niedawno zabito dziennikarza i jego dziewczynę za to, że ujawniał związki rządzącej partii z włoską mafią. W Czechach premierem jest oligarcha, właściciel znacznej części mediów, który ma na koncie regularne oszustwa i wyłudzanie pieniędzy publicznych. Na Węgrzech rządzi grupa, która nazywa się Fidesz. O tym, co posiada i jak doszła do tego, napisano opasłe tomy. Polsce pod tym względem było bliżej do Niemiec niż do reszty sąsiadów. Jeśli PiS obiecywał Budapeszt w Warszawie, to nie tylko w sensie zdobycia władzy absolutnej, ale także stworzenia kapitalizmu państwowego podporządkowanego partii rządzącej. PiS nie miał dotąd swoich oligarchów, dzięki którym mógłby media przejmować, niszczyć albo przynajmniej podporządkowywać sobie. Dopiero teraz decydować się będzie, czy będziemy mieć Budapeszt w Warszawie”.
onet.pl

— ŁUKASZ PAWŁOWSKI W KULTURZE LIBERALNEJ O KONSEKWENCJACH DLA POLSKI BUDŻETU STREFY EURO: “Ustanowienie odrębnego budżetu dla strefy euro zwiększa i dodatkowo formalizuje różnicę pomiędzy Europą pierwszej i drugiej prędkości. Nikt nie może zmusić państw spoza strefy euro do przyjęcia wspólnej waluty w określonym czasie, ale można sprawić, że koszty jej nieprzyjęcia będą znacząco rosły. A Polska, która po odejściu Wielkiej Brytanii, jest jedynym dużym krajem UE spoza strefy euro, niewiele będzie mogła na to poradzić. W tym kontekście komicznie brzmi hasło niedawnej konwencji partii rządzącej, która usilnie stara się zapewnić wyborców, że Unii nie tylko nie zmierza opuszczać, ale że Polska pozostaje „sercem Europy”. Nie jesteśmy sercem Europy, nie jesteśmy też jej mózgiem, oczyma czy uszami. To wszystko bowiem narządy dla funkcjonowania organizmu albo niezbędne, albo bardzo przydatne. Polska tymczasem staje się w Unii Europejskiej czymś, co w biologii nazywane jest „narządem szczątkowym”, który w toku ewolucji zatraca swoje znaczenie”.
kulturaliberalna.pl

— ROMAN KUŹNIAR O GRZECHACH POLITYKI ZAGRANICZNEJ – pisze w GW: “Bilans trzech ostatnich lat w polityce zagranicznej jest głęboko przygnębiający. Zrobiono wiele, by zniszczyć lub zniesławić dorobek Polski. Kraj został ośmieszony w Europie, a jego wpływy zostały radykalnie ograniczone”.
wyborcza.pl

>>>

Wskazujemy na naruszenie naszym zdaniem trzech przepisów Kodeksu karnego. Po pierwsze, tzw. korupcja czynna i korupcja bierna. Coś, co jest naszym zdaniem oczywiste, radny Wojciech Kałuża za określone zachowanie, czyli za przejście do innego obozu politycznego, otrzymał korzyść majątkową w postaci wynagrodzenia wicemarszałka i korzyść osobistą w postaci funkcji, którą obecnie sprawuje. Dodatkowo żądamy od prokuratury, aby sprawdziła, którzy funkcjonariusze rządzącej partii oprócz Michała Dworczyka, sekretarza stanu w KPRM, byli zaangażowani w tę aferę Kałuży. Przypomnę, że jak media donoszą, jak sam chwalił się minister Dworczyk, to on został oddelegowany przez kierownictwo swojej partii i premiera Morawieckiego do tego, by jeździł po Polsce, a czasami nawet latał samotnie samolotem rządowym i by negocjował warunki wejścia radnych, którzy nie byli radnymi PiS-u. Te okoliczności powinny zostać zbadane. Powinno dojść do szczegółowych wyjaśnień” – mówił na konferencji prasowej Borys Budka z PO.

Sytuacja wymaga tego, aby prokuratura wyjaśniła, czy pomiędzy radnym Kałużą a ministrem Dworczykiem nie doszło do sytuacji korupcyjnej. Wiemy, że to minister Dworczyk negocjował z radnym Kałużą opuszczenie Koalicji Obywatelskiej i zostanie wicemarszałkiem województwa. Naszym zdaniem to zachowanie wyczerpuje znamiona określone w art. 250a Kodeksu karnego” – dodawał Marek Wójcik.

>>>

Morawiecki, zawodowy kłamca, na imię mu Faryzeusz

11 Gru

Pierwszy taki sondaż.

Według sondażu IBRIS dla dziennika „Rzeczpospolita” w wyborach do Parlamentu Europejskiego największym poparciem Polaków cieszy się Koalicja Obywatelska z wynikiem 34 punktów procentowych i PiS z takim samym wynikiem. Na trzecim miejscu znalazł się Ruch Biedronia z wynikiem 8 pp. Pod podium znalazł się SLD (5 pp.), Kukiz (5 pp.), PSL (4 pp.). Najniższe poparcie zyskała partia Rydzyka – Ruch Prawdziwa Europa – 2 pp.

Co ciekawe – przeprowadzone też drugie badanie bez uwzględnienia partii Rydzyka. Tu wyniki są już inne: PiS 37, KO 34, RB 7, SLD 5, Kukiz 5, PSL 4. Wyniki sondaży wywołał spore zaskoczenie wśród polityków zarówno opozycji jak i rządu.

Samorządowa konwencja PiS w Szczecinie. Na sali słychać gromki śmiech. To reakcja działaczy na dowcip opowiedziany przez Mateusza Morawieckiego. – Znacie pewnie tę anegdotę, jak do tego premiera, który rządził siedem lat chudych, niedawno dzwoni kuzyn i pyta: „Co robisz?”. „Nic. Jestem w pracy”. O, właśnie tak rządzili. To była ta gnuśność, ta pasywność, ta inercja, to nicnierobienie – mówi, zapewniając, że rządy PiS są zupełnie inne niż rządy Donalda Tuska.

Dzień wcześniej w Świebodzinie premier zarzucił koalicji PO-PSL, że nie budowała dróg. Lider Platformy Grzegorz Schetyna oskarżył go o kłamstwo i wyliczył, że za czasów poprzedniego rządu sieć autostrad wydłużyła się o 800 km, a dróg ekspresowych o około 1,2 tys. km.

Cudowna zdolność usynawiania się

Gdy Jarosław Kaczyński ogłosił, że to Morawiecki będzie twarzą kampanii samorządowej PiS, w partii pojawiły się komentarze, że prezes rzuca go na głęboką wodę. Zwycięstwo w wyborach samorządowych będzie dla niego przepustką do sukcesji po Kaczyńskim. Już dziś bierze udział w najważniejszych naradach przy Nowogrodzkiej. Raz w tygodniu przy okrągłym stole w gabinecie prezesa zbiera się prezydium komitetu politycznego PiS. W jego skład – oprócz Kaczyńskiego – wchodzą marszałkowie Sejmu i Senatu, szefowie MON Mariusz Błaszczak i MSWiA Joachim Brudziński. Jest też szef klubu Ryszard Terlecki, wiceprezesi partii Adam Lipiński, Antoni Macierewicz i Beata Szydło, jedyna kobieta w tym gronie.

Morawiecki zawsze siada blisko prezesa i często zabiera głos. Ważny polityk PiS mówi, że Kaczyński liczy się z jego opiniami nie tylko w kwestiach gospodarczych. Oznacza to, że jego pozycja rośnie. W PiS uważa się, że zaczarował Kaczyńskiego.

W banku BZ WBK (obecnie Santander), którego Morawiecki był prezesem aż do wejścia do rządu w 2015 r., mówią, że ma on cudowną zdolność usynawiania się.

– Każdy decydent, od którego coś zależy, szybko orientuje się, że Mateusz stał się jego prawą ręką i jest niezastąpiony – mówi jeden z moich rozmówców. Wspomina, że na początku pracy Morawieckiego w BZ WBK, jeszcze pod koniec XX w., jego mentorem był Liam Horgan, szara eminencja banku, przedstawiciel irlandzkiego wówczas właściciela. Promował go i pomógł mu zostać prezesem. Morawiecki zdobył jego zaufanie tym, że był na każde skinienie 24 godziny na dobę. Teraz Kaczyński z zachwytem powtarza, że pracowitość Morawieckiego jest na granicy pracoholizmu.

(…)

Na razie w otoczeniu Kaczyńskiego panuje przekonanie, że Morawiecki radzi sobie nieźle, co pokazują rosnące notowania partii. Chociaż ważny polityk PiS przyznaje, że premier niepotrzebnie naciąga fakty (nie uważa, by można było mówić o kłamstwach), bo procesy w trybie wyborczym mogą podważyć wiarygodność PiS.

Rzeczniczka rządu przekonuje, że Morawieckiemu chodziło jedynie o drogi lokalne. Ale nawet gdyby przyjąć to tłumaczenie, to i tak nieprawda, bo za czasów PO zbudowano ich lub zmodernizowano ponad 10 tysięcy kilometrów.

– To jest retoryka polityczna – wykłada racje Morawieckiego jeden z jego najbliższych współpracowników. – Nie jest intencją premiera, żeby wprowadzać ludzi w błąd. Można dyskutować, czy 600-700 milionów złotych, które średnio wydawała na budowę dróg lokalnych Platforma, to jest nic. Ale premier mówi, że my zrobimy trzy razy więcej i trzy razy szybciej.

Przyznaje, że być może premier trochę popłynął, ale – przekonuje – to efekt zmęczenia i niewyspania. – Odkąd zaczęła się kampania samorządowa, tempo pracy Morawieckiego jest przepotężne – mówi. – W tamtym tygodniu jednego dnia był na Śląsku, na nieformalnym szczycie UE w Salzburgu, a wieczorem znowu pojechał w Polskę.

Popierał liberałów

Dzisiaj trudno wprost uwierzyć, że ten sam człowiek, który oskarża Donalda Tuska o nicnierobienie, był jednym z jego doradców i przez półtora roku zasiadał w jego Radzie Gospodarczej. Nie zrezygnował z niej nawet po katastrofie smoleńskiej, kiedy to politycy PiS oskarżyli ówczesnego premiera o spisek z Putinem.

Jeden z dawnych bankowych podwładnych Morawieckiego wspomina, że ten nieraz chwalił Tuska, że załatwił w Brukseli potrzebne Polsce realne pieniądze.

Na posiedzeniach Rady dzisiejszy premier prawie się nie odzywał. Inna sprawa, że jako historyk po kursach MBA miał niewiele do powiedzenia na tle ekonomistów z naukowymi tytułami. – Na koniec obrad zawsze rzucał jakiś bon mot, z którego wynikało, że jest gorliwie za tym, co myśmy ustalili, i się ze wszystkim zgadza – mówi ekonomista Bogusław Grabowski, też były członek Rady. Opowiada, że gdy jej członkowie zaproponowali, aby dla odpolitycznienia spółek skarbu państwa powołać złożony z niezależnych autorytetów komitet, który będzie nominował ich zarządy, Morawiecki gorąco popierał ten pomysł. Dziś firmuje partyjny skok PiS na spółki.

Inni członkowie Rady wspominają, że Morawiecki nigdy nie krytykował rządu PO-PSL. Prof. Witold Orłowski, ekonomista, pamięta, że był bardzo lojalny wobec Tuska. – Nic nie wskazywało na to, żeby miał być kiedykolwiek skłócony z premierem – podkreśla. Jako prezes BZ WBK Morawiecki wydał nawet książkę z tekstami związanych z Tuskiem gdańskich liberałów, opracowaną przez innego członka Rady, socjologa Ireneusza Krzemińskiego.

W tamtych czasach nic nie wskazywało na to, że Morawiecki może kiedyś związać się z PiS. W kuluarach zdarzało mu się powiedzieć, że kapitał ma narodowość, co jest zgodne z linią partii Kaczyńskiego. Ale tak samo mówił Bielecki, co tłumaczono tym, że obaj kierowali bankami z zachodnim kapitałem.

Dla ówczesnych członków Rady metamorfoza Morawieckiego jest szokiem. – Przecież on jest na tyle inteligentny, by wiedzieć, że to, co dzisiaj wygaduje, to są ordynarne kłamstwa. On po prostu przyjął do wiadomości, że powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Jak mówi Jacek Kurski – „ciemny lud to kupi”. W życiu nie spotkałem takiego człowieka! – irytuje się Grabowski.

Do Rady Gospodarczej Tuska wprowadził Morawieckiego były premier Jan Krzysztof Bielecki. To dzięki niemu miał on w niej mocną pozycję. Tak mocną, że po posiedzeniach Rady Bielecki nieraz zabierał później Morawieckiego do premiera, żeby mu zreferować jej ustalenia. Irytowało to innych jej członków.

Bielecki poznał Morawieckiego w latach 90. Na początku rządów AWS pracował on przez parę miesięcy w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Teraz, na niedawnym wiecu w Sandomierzu, premier stwierdził, że sam negocjował przystąpienie Polski do Unii Europejskiej 20 lat temu. Były premier Leszek Miller, który wprowadzał Polskę do Unii, odpowiedział mu na Twitterze, że nieprawda – niczego nie negocjował. „Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę” – apelował o zaniechanie tak jawnych kłamstw.

Morawiecki tłumaczył później, że przygotowywał stanowiska negocjacyjne dla Jana Kułakowskiego, pełnomocnika rządu RP do spraw negocjacji Polski z UE.

Znajomi z dawnej Rady Gospodarczej lubią dokuczać Bieleckiemu, pytając, jak dziś ocenia swojego pupila. Były premier bardzo się wtedy denerwuje i prosi, żeby przestać się nad nim znęcać. – Bielecki wstydzi się tego, że go promował – uważa były członek Rady.

Rzeczywiście, Bielecki o Morawieckim nie chce rozmawiać. – Powiem pani tylko tyle, że był dobrym członkiem Rady i wnosił wartościową kontrybucję chociażby do tematyki nadzoru właścicielskiego – ucina rozmowę.

Bielecki i Krzysztof Kilian, były prezes PGE i niegdyś bliski przyjaciel Tuska, forsowali w 2013 roku kandydaturę Morawieckiego na ministra skarbu. Ale ten się nie zdecydował. W PO panuje przekonanie, że już wtedy grał na dwa fronty i rozmawiał także z PiS. Potwierdza to ważny polityk z władz partii rządzącej. Jego zdaniem Morawiecki doszedł do wniosku, że PO jest już słaba i nie wygra wyborów, postanowił więc postawić na innego konia. Adam Lipiński – z którym znał się jeszcze z czasów wrocławskiej opozycji demokratycznej – skontaktował go wówczas z Beatą Szydło, która odpowiadała w partii za sprawy gospodarcze, ale nie było między nimi chemii. Za to w relacjach z Kaczyńskim od razu zagrało. Morawiecki zaczarował prezesa wizją wielkich narodowych czempionów, które mają pomóc Polsce dogonić Zachód.

Kręgosłup z nitki

Część moich rozmówców uważa, że Morawiecki jest po prostu karierowiczem. – On ma kręgosłup moralny i etyczny z nitki. Brnie w coraz większe kłamstwa i jest zachwycony, jak ludzie biją mu brawo. Dla władzy zrobi wszystko – ocenia Bogusław Grabowski. Dodaje, że Kaczyński ma niesamowity talent do wychwytywania takich osobowości.

Gdy w BZ WBK usłyszeli opowieści Morawieckiego o tym, że za jego czasów bank nie udzielał kredytów we frankach, to reakcją był śmiech. Później w zarządzie dyskutowano nawet, że może trzeba by wydać oświadczenie, że to nieprawda. – Ale jak mieliśmy napisać? Że premier polskiego rządu i nasz były prezes kłamie? To byłoby wypowiedzenie wojny rządowi – tłumaczy mój rozmówca.

Gdy pytam rzeczniczkę rządu, dlaczego Morawiecki nie mówił prawdy w sprawie kredytów frankowych, odpowiada, że za czasów jego prezesury bank udzielił ich mało w porównaniu z innymi bankami. Jednak z raportów finansowych wynika, że to właśnie pod jego rządami zaczęto ich dawać coraz więcej.

Moi rozmówcy w banku uważają, że Morawiecki nie ma świadomości, że kłamie: – Jako były prezes banku ma bogatą praktykę występowania na różnych bankowych imprezach, gdzie przedstawia się korporacyjną propagandę. Dla niego kłamstwo jest poza sferą moralności. Teraz te rozwiązania przeniósł do polityki.

W banku Morawiecki był nazywany cyborgiem, bo zdaniem wielu współpracowników jest pozbawiony emocji. Potrafił rano publicznie pochwalić jakiegoś dyrektora, a w południe wyrzucić go z pracy, tłumacząc, że wymaga tego sytuacja. W ostatnich latach pracy, gdy już widać było jego polityczne ambicje, a bank finansował wiele prawicowych inicjatyw, przestał jeździć windą, chociaż miał biuro na piątym piętrze. Nie chciał, żeby współpracownicy wiedzieli, co akurat robi i ile czasu spędza na zewnątrz.

Psycholog biznesu Jacek Santorski (do Rady Gospodarczej przy Tusku wszedł na miejsce Morawieckiego) wspomina, że poznał Morawieckiego, prowadząc warsztaty w jego banku. – Dziewięć do jednego, że Morawiecki wierzy w to, co mówi – obstawia Santorski. Tłumaczy, że według noblisty Daniela Kahnemana, jeżeli człowiek nabiera jakiegoś mocnego przeświadczenia, to potem używa całej swojej inteligencji, by je potwierdzać. Jeśli fakty, dane czy opinie przeczą temu, w co wierzy, to w jego psychice uruchamiają się mechanizmy redukcji dysonansu poznawczego.

– Premier wypiera niewygodne fakty? – dopytuję.

– Racjonalizuje. On tak myśli. Może sobie tak definiować, na czym polega postęp w inwestycjach drogowych, że ma poczucie, iż mówi prawdę – odpowiada Santorski. Dodaje, że Kaczyński snuje narrację „dlaczego”, czyli ideologiczną, a Morawiecki narrację „jak to zrobimy”. – Gdybyśmy podłączyli detektory kłamstwa do ich mózgów, to okazałoby się, że nie drgną, bo jeśli człowiek się z czymś mocno identyfikuje, a potem działa na rzecz tej idei, to nabiera poczucia prawdziwości, a nawet bierze to za fakty – mówi Santorski.

I pewnie tak jest, co nie zmienia faktu, że Morawiecki serwuje kłamstwa na skalę w polskiej polityce wcześniej niewyobrażalną.

Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił wszystkie sześć wniosków Narodowego Banku Polskiego, w których bank żądał usunięcia materiałów dziennikarskich o aferze KNF. Chciał też zakazu pisania na ten temat w przyszłości. O kontrowersjach związanych z tą sprawą pisaliśmy m.in. w artykule „Wniosek do prokuratury w sprawie Glapińskiego – prezes NBP „tłumi krytykę prasową”?”.

Wnioski do sądu złożyła zatrudniona przez bank kancelaria Jolanty Turczynowicz-Kieryłło. Wszystkie miały podstawowe braki formalne. – „Nieprawidłowo wystawione pełnomocnictwa, nieokreślenie przedmiotu postępowania oraz niedołączenie do wniosku załącznika” – poinformowała „Gazetę Wyborczą” rzeczniczka Sądu Okręgowego w Warszawie Sylwia Urbańska. NBP ma tydzień na uzupełnienie wniosków.

„Pan Glapiński specjalnie rozgarnięty strategicznie nie jest. Wskutek złożenia wniosków NBP o usunięcie tekstów z „GW” i „Newsweeka” oraz o zakaz pisania na temat afery jeszcze bardziej widać, że coś jest na rzeczy”;

„Gaszenie pożaru powodzią to przecież domena PiS. Glapiński świetnie się w to środowisko wpisuje”; – „Ale to jest właśnie ich PiS-owska wschodnia mentalność. Zakazać – to jedyne co potrafią…” – komentowali internauci na Twitterze.

„Jestem przykładem tego, że z ofiary robi się przestępcę. Być może niedługo zostanę oskarżony o to, że to ja napadłem na przestępców – powiedział były wiceszef KNF Wojciech Kwaśniak w TVN 24. To jego komentarz do „słynnej” już wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, że to „KNF przez długi czas rozzuchwalała przestępców”. Więcej na ten temat w naszym artykule „Minister Sprawiedliwości wypowiedział słowa, w których bliżej mu do bandytów niż do państwowego urzędnika”. Kwaśniak i sześcioro innych byłych urzędników zostało zatrzymanych przez CBA – wypuszczono ich po przesłuchaniach w szczecińskiej prokuraturze.

Z kolei w RMF FM słowa Ziobry określił jako szokujące. – „Stwierdzenie pana ministra jest szokujące, sprowadza się do stwierdzenia, że ofiara, pokrzywdzony jest sam sobie winien tego, że dopuszczono się na nim przestępstwa. Minister powinien wiedzieć, że od zwalczania przestępczości są inne organy, nie KNF. KNF zgłasza tylko wszelkie nieprawidłowości i to KNF zrobiła w sprawie SKOK Wołomin” – powiedział były szef KNF.

Kwaśniak przypomniał, co działo się w SKOK Wołomin, kiedy nareszcie KNF mógł go skontrolować. – „Po wprowadzeniu zarządu komisarycznego i utracie płynności przez kasę, dzięki współpracy KNF z prokuraturą w Gorzowie, okazało się, że wiele dokumentów w tej kasie jest sfałszowanych. Działała tam cała zorganizowana grupa przestępcza. W tej grupie przestępczej byli przedstawiciele zarówno byłych służb specjalnych, jak i świata polityki. Kasa była zaangażowana w relacje z wieloma osobami publicznymi, przede wszystkim politykami. Mam nadzieję, że kiedyś opinia publiczna dowie się o tym wszystkim” – powiedział. Dodał, że ujawnienie tych informacji to zadanie dla prokuratury i dziennikarzy.

Działania Kwaśniaka wobec SKOK-u Wołomin doprowadziły do zamachu na jego życie w 2014 r. W dniu, kiedy Komisja Nadzoru Finansowego rozpoczęła kontrolę w tym SKOK-u, został ciężko pobity przed swoim domem: miał pękniętą czaszkę, zmiażdżoną dłoń i złamaną rękę. – „Miałem tylko jedno przekonanie, że walczę o swoje życie i cieszę się, że udało mi się życie zachować. Zdaniem biegłych i prokuratury w Gorzowie wyłącznie dzięki wielkiemu szczęściu i faktowi, że aktywnie się broniłem i nie straciłem przytomności, zachowałem swoje życie” – opisywał w TVN 24.

System wibroakustyczny – bo tak brzmi fachowa nazwa „szumideł”, o których podczas rozmowy z bankierem Leszkiem Czarneckiem mówił były już szef KNF Marek Ch. – kosztował 70 tys. zł. – „Mam tu takie szumidła. Może to nic nie daje, ale… lepiej włączyć. Byli tu jacyś komandosi, powiedzieli, że jest tyle sygnałów tych elektromagnetycznych w okolicach tego miejsca – bo tam jest telewizja – że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat” – mówił w swoim gabinecie Marek Ch. do Czarneckiego.

Kwota ponad 70 tys. zł padła w odpowiedzi na interwencję poselską Krzysztofa Brejzy z PO. –  „W gabinecie przewodniczącego KNF nie były montowane systemy umożliwiające zagłuszanie sygnału w pomieszczeniu. W 2007 roku zakupiono i zamontowano urządzenia systemu wibroakustycznego. Decyzję w tej sprawie podjęło ówczesne kierownictwo KNF” – napisał do posła rzecznik KNF Jacek Barszczewski.  A to „ówczesne kierownictwo” to Stanisław Kluza, wcześniej m.in. minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecznik KNF stwierdził, że rzeczony system wibroakustyczny („szumidło”) „opiera się na generowaniu szerokopasmowego szumu akustycznego” i nie jest tożsamy z urządzeniami antypodsłuchowymi. Tak czy owak sprzęt w gabinecie Marka Ch. nie spełnił swojej roli. Czarneckiemu nagrał spotkanie za pomocą dyktafonu za 170 zł.

Waldemar Mystkowski pisze o końcu PiS.

Jarosław Kaczyński w Jachrance urządził stypę.

Kazimierz Marcinkiewicz określił wyjazdową sesję PiS w Jachrance stypą: – „Jak się spojrzy na spotkanie PiS w piątek i wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, to widać, że to stypa”. I bodaj to najtrafniejsze określenie tego, co dzieje się w partii Kaczyńskiego.

PiS dał się przyłapać na grze obłudnika. Henri Bergson pisze o świętoszku Tartuffe, że on gra świętoszka i tak mu weszła rola w krew, iż już inaczej nie potrafi. Jest świadomy swojej śmieszności. Tak jest z partią Kaczyńskiego – klaskali w reakcji na słowa na słowa prezesa, ale nie wierzyli w jego słowa.

W każdej ideologii, reżimie, autokracji, nie za dużo mówią o niej słowa krytyczne, ale prawda materialna, która jest na zewnątrz – tym wypadku na twarzach polityków PiS. Będą zakłamywać, ale będą chcieli, abyśmy nie wierzyli w ich absurdy (paradoks, prawda?), dlatego nie słuchajmy ich, ale patrzmy na „prawdę”, która jest obok.

PiS ma jeden cel, chce już tylko przetrwać do wyborów. Nie mają innych celów. Wszystko im się sypie. Z powodu demolki Polski, którą poczynili w każdej sferze, bo skorzystali z dobra wypracowanego przez poprzedników, sypie im się także z powodu kadr. Ta partia nie ma ludzi kompetentnych, nie ma w niej kreacji, jest tylko reaktywność („PO-PSL przez 8 lat…” i podobne lelum-polelum), wyartykułowana przez Kaczyńskiego w Jachrance.

Te braki jednak spowodują, że sięgną po polityczny idiom igrzysk. Będą ścigać i nie dlatego, aby posadzić, ale by zająć czymś publikę, aby odciągnąć od rzeczywistych problemów, które stoją przed społeczeństwem, przed Polakami, przed Polską.

Pierwszy lepszy przykład. Zawłaszczanie państwa przez PiS widać jak na dłoni w spółkach energetycznych, w których siedzą pociotkowie Morawieckich, Dudów, Kaczyńskich i pozostałego drobiazgu nepotyzmu – celnie nazwanego przez jednego z polityków Platformy: szarańczą.

Szarańcza doprowadziła do tego, że od następnego roku ceny prądu wzrosną o kilkadziesiąt procent. Ostrożnie przewiduje się 30-40 proc., może to być nawet 70-80 proc., a może więcej. Jaki mają pomysł, aby oddalić katastrofę gospodarstw domowych? A taki by sfinansować podwyżki z publicznych pieniędzy, czyli wziąć od nas i naszymi pieniędzmi zrekompensować. Ale i tak odbije się to na cenach produktów i usług. Zresztą Unia Europejska może finansowanie spółek energetycznych zahamować, bo tak się nie gospodarzy, tylko kradnie.

Owo „udawactwo” jest o tyle śmieszne, że te rekompensaty mają dotyczyć tylko roku 2019, czyli przetrwania do wyborów, bo po nich dla Morawieckiego, Kaczyńskiego, dla ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, choćby potop.

I w tym momencie kończy się Tartuffe. Dopóki wierzył, ze gra, że jest śmieszny, można było przeżyć. Ale gdy wierzy, że jest prawdziwy, że postępuje właściwie. to… Odwołam się do Bergsona: „… jest wstrętny”. Jest nie do przyjęcia, bo prowadzi do prawdziwej katastrofy.

Politycy PiS nie są żadnymi orłami, to podrzędny gatunek fachowców, ale i oni mieli świadomość, iż ich Tartuffe Kaczyński urządził stypę. Gdyby tylko ona dotyczyła PiS, można byłoby jakoś owego towarzystwa pożałować, ale ta stypa może dotyczyć Polski. Dlatego nie dajmy się nabrać, nie pozwólmy im grać na naszych emocjach. Należy obnażać te zakłamane maski. Te potwory mogą zrobić z Polski potwora Europy, a z nas podobne niedobitki cywilizacyjne.

>>>

Nie dla klechy pedofila na pomniku

10 Gru

„Myślę, że nie ma miejsca w przestrzeni publicznej dla tego pomnika, tylko niech to się odbywa w poszanowaniu pewnych reguł. Docelowo ten pomnik z tego miejsca zniknie, będzie przeniesiony. Tylko niech się to odbędzie (…) nie w kategoriach burzenia, tylko w kategoriach relokacji” – powiedział prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Ostateczne decyzje w sprawie pomnika mają zapaść w styczniu przyszłego roku podczas sesji Rady Miasta Gdańska.

Rada ma też rozważyć także sprawę honorowego obywatelstwa miasta Gdańska, które przed laty przyznano ks. Jankowskiemu. Zajmie się również nazwą skweru, na którym stoi pomnik prałata.

Adamowicz zaznaczył, że dla niego przestrzeń publiczna oznacza teren ogólnodostępny. – „Miasto Gdańsk nie jest właścicielem samego pomnika. Właścicielem jest społeczny komitet budowy, na którego czele stał przewodniczący zarządu regionu „S” pan Dośla. W związku z tym oni będą musieli zdecydować, gdzie ten pomnik by stanął w przestrzeni prywatnej, na przykład kościelnej, ale to już należy do nich” – dodał.

Prezydent Gdańska zaapelował do metropolity gdańskiego abpa Sławoja Leszka Głódzia o powołanie komisji, która zbadałaby sprawę przestępstw seksualnych ks. Jankowskiego. – „Im szybciej to się stanie, tym lepiej będzie dla opinii publicznej, dla Kościoła, myślę, że też i dla pamięci samego już nieżyjącego księdza. Zarówno państwo watykańskie, jak i kościoły zachodnie również zajmują się prawdopodobnymi przypadkami molestowania czy wręcz pedofili, nawet kiedy prawdopodobni sprawcy już nie żyją” – powiedział Adamowicz.

Kuria archidiecezji gdańskiej jednak na razie nie zamierza reagować. Jej kanclerz ks. Rafał Dettlaff wydał oświadczenie, w którym napisał m.in., że w ciągu ostatnich 10 lat do kurii „nie wpłynęły żadne doniesienia potwierdzające zarzuty podnoszone w mediach”. Czyli nikt się nie zgłosił, więc nie ma sprawy?

— BARTOSZ GODUSŁAWSKI I GRZEGORZ OSIECKI CYTUJĄ W DGP OSOBĘ Z OTOCZENIA PREMIERA: “Trudno uwierzyć w takie zarzuty dla Wojciecha Kwaśniaka, który został ciężko pobity na zlecenie osób ze SKOK Wołomin. Sposób i termin zatrzymania są druzgocące dla reputacji nadzoru. Dzisiaj każdy urzędnik zastanowi się dwa razy, a może nawet odmówi podpisania jakiegokolwiek dokumentu czy wydania decyzji. Trudno będzie też ściągnąć do urzędu czy utrzymać w nim wartościowych pracowników – mówi osoba z otoczenia szefa rządu i dodaje, że nie rozstrzyga o winie, ale sposób prowadzenia sprawy mocno uderza w reputację KNF, którą nadszarpnęła już sprawa z Chrzanowskim.

— PROF. DUDEK O TYM, ŻE TRZEBA SIĘ LICZYĆ Z TYM, ŻE SAMEMU TAKŻE SIĘ TRAFI DO WIĘZIENIA: “– PiS wkroczył naprawdę na wojenną ścieżkę. Jeśli się zamyka ludzi opozycji, trzeba się liczyć z tym, że w przyszłości także trafi się do więzienia – podkreśla Antoni Dudek”.
dziennik.pl

— ZIOBRO TRACI NERWY – jedynka GW: “Nawet w kręgach rządowych minister sprawiedliwości-prokurator generalny Zbigniew Ziobro jest krytykowany za akcję wobec byłych szefów Komisji Nadzoru Finansowego – wynika z informacji „Wyborczej”. (…) Wypowiedzi Ziobry nie bronił nawet nikt z rządu. Zwłaszcza że na weekendowym zjeździe Klubu Parlamentarnego PiS w Jachrance prezes partii Jarosław Kaczyński apelował, by wygaszać emocje, bo odbijają się one na notowaniach obozu władzy”.
wyborcza.pl

— CO PO SŁOWACH ZIOBRY MAJĄ MYŚLEĆ TYSIĄCE UCZCIWYCH URZĘDNIKÓW? – Paweł Wroński w GW: “Ciekawe, co po słowach Ziobry myślą sobie teraz tysiące uczciwych urzędników pracujących dla państwa. Być może rozumieją już, że i oni mogą być o 6 rano nawiedzeni przez agentów CBA w kominiarkach i przewiezieni przez pół Polski po to, by dostać skrajnie idiotyczne zarzuty współdziałania z gangsterami. (…) Teraz usiłuje niszczyć ludzi, którzy służyli Rzeczypospolitej, próbując zniszczyć ich dobre imię i wytaplać ich w pisowskim błocie. Przesuwa nasz kraj w obszar moralnej gangreny, w której jedyną liczącą się wartością jest utrzymanie się rządzącej partii u władzy. Nie wiadomo, kogo w Polsce bać się bardziej: bandytów czy prokuratora generalnego?”
wyborcza.pl

— WCIĄŻ CZUJĘ SIĘ ZAGROŻONY – WOJCIECH KWAŚNIAK w rozmowie z Ewa Ivanową i Wojciechem Czuchnowskim w GW: “Występuję w wielu sprawach jako świadek. Nie tylko w tych związanych z Wołominem, ale i w innych z doniesień KNF. Właśnie z uwagi na osobiste bezpieczeństwo, brak jakiejkolwiek ochrony mnie i mojej rodziny zawsze proszę, bym mógł złożyć zeznania w Warszawie. Kilka miesięcy temu prokuratorzy przyjechali z odległego miejsca i przesłuchali mnie w pracy, rozumiejąc problem”.

— MÓJ PRZYPADEK JEST PRZYKRY ZARÓWNO DLA POPRZEDNIEJ JAK I OBECNEJ WŁADZY – DALEJ KWAŚNIAK: “Mój przypadek jest przykry dla władzy publicznej. Zarówno tej poprzedniej, jak i obecnej. Nie przypominam sobie, by ktoś z rządu po zamachu wystąpił z oświadczeniem, że to jest niedopuszczalne i że państwo surowo ukarze sprawców. Potem, po zmianie władzy, zostawiono mnie samego z całą tą sprawą. Dopiero teraz, przy tym zatrzymaniu, prokuratura zadziałała z najwyższego szczebla, były – jak się dowiaduję – polecenia z centrali, zorganizowano konferencję prasową… Dysproporcja jest oczywista”.
wyborcza.pl

— SŁONA CENA PROSTACKIEJ PROWOKACJI – Witold Gadomski w GW: “Milczy świętoszkowaty Gowin, który w co drugim zdaniu twierdzi, że jest państwowcem, milczą ci działacze PiS, którzy w stanie wojennym wykazywali się odwagą. Dziś odwagi im brakuje. Milczy premier Morawiecki, który doskonale zna kulisy sprawy SKOK-u Wołomin. Akcja pisowskich prokuratorów jest szyta tak grubymi nićmi, że stanie się dla PiS dużym kłopotem. Media przypominają, jak działacze PiS i nieżyjący brat prezesa przez lata bronili SKOK-ów przed zewnętrzną kontrolą. Ta sprawa jest znana od dawna, teraz wraca z nową siłą”.
wyborcza.pl

— NACZELNY RZECZPOSPOLITEJ MOCNO O SPRAWIE BYŁYCH SZEFÓW KNF – jak pisze Bogusław Chrabota: “Apeluję o transparentność postępowania wobec byłych szefów Komisji. Tego wymaga racja stanu. (…)  To śledztwo to ważny test jej wiarygodności, który rozstrzygnie, czy prokuratorzy działają w trosce o interes obywateli, czy na polityczne zamówienie. Odkryj karty, prokuraturo!”
rp.pl

— CBA CHRONI WICEMINISTRA ZDROWIA I PODWYŻKI LEKÓW – Judyta Watoła w GW: “Rozmawiamy na ten temat z posłami. Wszyscy chcą pozostać anonimowi. – To pismo wygląda, jakby pisał je Czech, a nie CBA – uważa jeden z nich. – CBA martwi się o zyski koncernów, a nie wydatki chorych – zwraca uwagę inny. Zapytaliśmy tydzień temu Biuro, na czym Sakowicz opiera swoje twierdzenia. Do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi”.
wyborcza.pl

>>>

>>>