Tag Archives: Kazimierz Kujda

Morawiecki ma kwalifikacje na bajkopisarza, w banku był zwykłym słupem

9 Mar

Powołanie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spółki celowej Aplikacje Krytyczne Sp. z o.o. w 2016 roku miało być remedium na nieskuteczne działanie polskiego fiskusa w walce z oszustami podatkowymi. Głównym zadaniem tej spółki było stworzenie “zaawansowanych technologii informatycznych”, które przy pomocy algorytmów i narzędzi analizy baz danych w dużej mierze zastąpią “niedoskonałych” urzędników urzędów skarbowych w wykrywaniu nieprawidłowości w rozliczeniach podatkowych. Żeby zaznaczyć determinację rządzących, ówczesny minister finansów Paweł Szałamacha sięgnął głęboko do kasy państwa i postanowił nadać spółce kapitał w wysokości 20 mln złotych.

W 2017 roku kapitał spółki został podniesiony o kolejne 15 mln złotych, choć swoje pierwsze pół roku działalności zakończyła ona z ok. 3,2 mln straty. Najwyższa Izba Kontroli, kontrolująca wykonanie budżetu za 2017 rok była dla tej spółki bezwzględna, podkreśliła, że jej działalność jest skrajnie niedochodowa, a pieniądze, które płyną z MF na jej funkcjonowanie nie są w żaden sposób powiązane z rzeczywistymi efektami działań jej pracowników.

Jak donosiła wówczas była wiceminister finansów, a obecnie posłanka PO Izabela Leszczyna, raport to “interesująca lektura o niekompetencji, nieudolności i skoku na kasę działaczy PiS, którzy rządzą w resorcie finansów. NIK zwróciła uwagę, że spółka notowała straty, które kolejny minister finansów Mateusz Morawiecki zasypywał poprzez podwyższenie kapitału zakładowego. Najbardziej istotna jest jednak uwaga, że do końca 2017 roku koszty funkcjonowania spółki były blisko trzykrotnie wyższe niż uzgodniona wartość realizowanych zadań, a resort w żaden sposób nie udokumentował analizy zasadności zlecenia ich właśnie tej jednostce.

W lipcu 2017 roku nasza redakcja pytała Krajową Administrację Skarbową i przedstawicieli spółki o koszty zatrudnienia jej pracowników oraz zadania, jakie wykonuje dla resortu. Wówczas dowiedzieliśmy się, że spółka zatrudnia na stanowiskach pracowniczych 28 osób, w tym dwóch członków zarządu. Średnie wynagrodzenie pracownicze wynosi natomiast 13.616,57 zł brutto, czyli jest zbliżone do pensji premiera polskiego rządu. Informacje na temat działów, w jakich zatrudnieni byli pracownicy (Dział Zarządzania Projektami, Dział Zespoły Produktowe, Dział Techniczny, Biuro Zarządu, Dział Prawny, Dział Organizacyjny) pokazywały jednak, że mimo wszystko spółka skupiała swoje funkcjonowanie na zadaniach przed nią postawionych.

Na przełomie 2017 i 2018 roku trwała tam intensywna karuzela kadrowa, a przez blisko pół roku nie udawało się znaleźć nowego prezesa. Finalnie od lipca minionego roku szefem tej najważniejszej spółki IT podległej resortowi finansów jest Maciej Wardaszko, wcześniej pracownik rządowego Centralnego Ośrodka Informatyki. Sama spółka natomiast, oprócz nowych zadań, bardzo intensywnie zajęła się zwiększaniem zatrudnienia. Jak udało nam się właśnie ustalić, na dzień dzisiejszy na stanowiskach pracowniczych pracuje blisko trzy razy więcej osób, niż jeszcze półtora roku temu. Średnie wynagrodzenie na poziomie 11.770 zł brutto otrzymuje 80 osób oraz trzech członków zarządu. W sumie zatem na pensje pracownicze Aplikacje Krytyczne wydają blisko milion złotych.

Jak informuje spółka, pracują oni w dziesięciu działach, z których tylko część obejmuje zadania postawione przed spółką. Są to Dział Zarządzania Projektami, Dział Technologii Informatycznych, Dział Rozwoju i Jakości Usług, Dział Komunikacji, Dział Biuro Zarządu, Dział Zakupów, Dział Kontrolingu, Dział Księgowości, Dział HR, Dział Prawny oraz Pełnomocnik ds.Bezpieczeństwa. Każdy, kto choć raz widział strukturę państwowych urzędów, gdzie w postępie geometrycznym przybywa pracowników niemerytorycznych, zajmujących się obsługą samego urzędu, a nie jego zadaniami, zobaczy tu oczywistą analogię do patologii, która od dekad toczy polskie urzędy państwowe. Takie działanie doprowadza do skrajnej niegospodarności funkcjonowania sektora publicznego, czemu powierzenie informatyzacji resortu finansów spółce prawa handlowego miało przecież zapobiec.

Spółka pochwaliła się także liczbą dziesięciu aplikacji, które stworzyła i wdrożyła w KAS oraz ujawniła nad jakimi jeszcze rozwiązaniami dla polskiego fiskusa nadal pracuje. Są to

  • e-Mikrofirma,
  • STIR 2,
  • VAT Marża,
  • Mandatory Disclosure Rules (MDR),
  • e-Sprawozdania – rozwiązanie dla US,
  • e-Sprawozdania – rozwiązanie dla podatników,
  • JPK Klient 2.0,
  • Lunetka,
  • JPK Analizator,
  • Fundament Danych,
  • Bazy UE,
  • Zefir2

Co ciekawe, spółka Aplikacje Krytyczne, przy całej swojej potędze informatycznej i olbrzymim zapleczu w zakresie nowych technologii, nie brała udziału w przygotowywaniu ani wdrażaniu najbardziej rozpoznawalnego rozwiązania e-administracji podatkowej czyli systemu e-PIT, dzięki któremu wielu z nas może przestać się martwić rozliczeniami podatku dochodowego od osób fizycznych.

W 2006 r. – miesiąc po objęciu przez Jarosława Kaczyńskiego stanowiska szefa rządu – teczkę Kazimierza Kujdy przeglądano na zlecenie lub za wiedzą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służby podlegającej premierowiW teczce Kujdy, znajdującej się w IPN, na dole spisu dokumentów znajduje się napis: „Sprawdzono. 17.08.2006 r.”.  Ówczesnym szefem ABW był gen. Witold Marczuk. Według gazeta.pl, zaufany człowiek braci Kaczyńskich.

„Nie mam wątpliwości, że jeżeli Kaczyński chciałby sprawdzić w 2006 r. jako premier przeszłość kogokolwiek, to – podobnie jak poprzednicy i następcy – mógł to bez problemu zrobić, pytając szefów służb, a jeśli nie miałby do nich zaufania, to dodatkowo także przez prezesa IPN” – powiedział portalowi gazeta.pl rozmówca, opisany jako „osoba znająca praktykę w IPN i kontakty ze służbami”.

Wtedy szefem IPN był Janusz Kurtyka, który według informatora portalu, był w latach 2006-07 częstym gościem w gabinecie premiera. – „Osobiście nie wierzę, że Kaczyński tego nie zrobił” – podsumował informator.

Sam Kaczyński powtarza, jak mantrę, że nie miał pojęcia o współpracy Kujdy (wieloletniego prezesa powiązanej z PiS spółki Srebrna) z aparatem bezpieczeństwa PRL.  – „Nie ukrywam, że ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.  Nigdy nie zauważyłem niczego, co by wskazywało na to, że Kazimierz Kujda działa przeciwko nam, czy spółce, a spółka była atakowana. Zawsze się sprawdzał” – mówił np. w wywiadzie dla PAP. Paweł Kowal, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Kaczyńskiego, nie ma jednak żadnych wątpliwości: – „Oczywiście, że wiedział i moim zdaniem to jeden z największych problemów PiS-u”.

Więcej >>>

W PiS w sprawie strajku nauczycieli sięgnęli po jedną z metod stalinowskich i rozgrywają jedną grupę przeciwko drugiej.

Kiedy jeszcze pracowałam w gimnazjum, jeden z uczniów zapytał mnie, „dlaczego taka osoba jak pani, z takim potencjałem, pracuje w szkole? To przecież fucha dla miernot, bo nikt inteligentny za takie grosze nie będzie marnował swego czasu i życia”. Roześmiałam się i powiedziałam, że mogę poświęcić się swojej pasji zawodowej, bo mąż zarabia przyzwoite pieniądze. Z jednej strony rozbawiło mnie to pytanie, połechtało moje ego, jednak z drugiej pokazało, co sądzą o nauczycielach uczniowie. Jak bardzo wiążą sprawy finansowe z wykonywanym zawodem, jak mocno są przekonani, że do szkoły trafiają byle jakie jednostki, nieudacznicy, którzy nie są w stanie znaleźć lepszej pracy.

Przypomniała mi się ta rozmowa teraz gdy nauczyciele wreszcie postanowili ostro powalczyć o docenienie ich pracy nie tylko stekiem pustych słów, ale przede wszystkim odpowiednim wynagrodzeniem. Pieniędzmi, które powinny być adekwatne do pracy, jaką wykonują, do odpowiedzialności, jaką ponoszą, wkładając tyle wysiłku i trudu nie tylko w edukację młodego pokolenia, ale i jego wychowanie.  Nie powiem, miałam żal do nauczycieli, gdy nie znaleźli w sobie siły, by ostro przeciwstawić się deformie edukacji, jednak teraz całym sercem jestem za nimi. Jestem, bo wiem, ile czasu poświęcają dzieciakom, ile wydają na dokształcanie, ile energii i pasji trzeba, by być dobrym nauczycielem.

Patrzę więc z oburzeniem na to, jak do sprawy podchodzi obecny rząd i politycy PiS. Sięgnęli po jedną z metod stalinowskich i wzięli się ostro za rozgrywanie jednej grupy przeciwko drugiej, czyli… ci straszni nauczyciele, a biedne dzieci… Taki przekaz idzie w Polskę i wielu rodziców to kupuje. Straszni, bo chcą strajkować w okresie, gdy egzaminy i matury za pasem. Straszni, bo dzieci nie zrealizują podstawy programowej, nie będzie miał się nimi kto zająć, rodzice zamiast do pracy, będą musieli zorganizować opiekę dla swoich pociech. Zapewne najlepiej by było, gdyby, jeśli już, nauczyciele zastrajkowali w wakacje, a im się chce właśnie teraz. Skandal! Po prostu skandal!

Nad sytuacją pochylił się z troską Joachim Brudziński, który nie jest w stanie sobie wyobrazić „aby jakikolwiek pedagog, znakomici, kochani nauczyciele, wzięli na swoje sumienie odpowiedzialność za dzieciaki”, dla ministra Glińskiego to nic innego jak zwykła „awantura polityczna”, a Adam Bielan upatruje w tym chęć obalenia rządu PiS i przejęcia władzy przez PO. Premier Morawiecki bardzo prosi „nauczycieli, aby powstrzymali się od akcji protestacyjnej, ponieważ na strajku ucierpią dzieci” i zwala winę na samorządy, które dostały kasę na podwyżki, ale nic z nią nie robią. Minister Zalewska macha narodowi przed oczami jakimiś wykresami, planszami i udowadnia, że to wszystko bujda, bo PiS tak dba o nauczycieli, tyle już dobrego dla nich zrobił, a jeszcze więcej planuje, jak tylko wygra wybory. Pominę milczeniem słowa Szczerskiego, który zaproponował, by nauczyciele wzięli się za reprodukcję, to załapią się na 500 plus. Szkoda czasu i energii na komentarz.

Przerażające jest to, że rodzice dają się nabrać na te demagogiczne bzdurki. Internet pełen jest wpisów potępiających nauczycieli, nazywających ich nierobami, leniami, którzy za odsiadywanie raptem 18 godzin tygodniowo chcą zarabiać kupę kasy. No właśnie, jak nauczyciel śmie stawiać rodziców pod ścianą? Jakiś taki niedouczony, byle jaki, a teraz jeszcze do strajku się przygotowuje? Kosztem dzieci?

Rodzic wie lepiej, co się nauczycielom należy, a co nie. Szczególnie ten, który namawia swojego potomka do nagrywania lekcji, bo chce wiedzieć, czy przypadkiem nauczyciel nie przekazuje treści niezgodnych z jego poglądami i religią. Ten, który pozwala sobie na ostrą krytykę nauczyciela w obecności dziecka i ten, który uważa, że w szkołach uczą tylko tacy, co to do innych zawodów się nie nadają, bo są zbyt tępi, mało przebojowi, mało inteligentni. Dla takich rodziców słowa polityków PiS to jak miód na serce.

Mam jednak nadzieję, że dla większości jasne jest, iż podstawą motywacji, przyciągnięcia do szkół dobrych nauczycieli, zatrzymania tych najwartościowszych, są właśnie odpowiednie pieniądze. Pieniądze, dzięki którym nauczyciel nie będzie już typem współczesnego samarytanina. Będzie mógł przestać kombinować, by jakoś przetrwać od pierwszego do pierwszego, móc się rozwijać zawodowo i wreszcie przypomnieć sobie, że zawód nauczyciela to również, a może przede wszystkim, pasja.

Chcę też wierzyć, że nauczyciele nie ulegną temu szantażowi emocjonalnemu, nagonce. Nie dadzą sobie wmówić, że nie zasługują, że krzywdzą dzieci, że są mało warci, a ich praca to luz. Chcę wierzyć, że do grona strajkujących dołączą również nauczyciele z Solidarności, bo chociaż władze ich związku są zbratani z rządem, to jednak czas na podjęcie własnych decyzji już nadszedł.

Trzymam mocno kciuki za nauczycieli, a tym, którzy tak ich krytykują i potępiają proponuję, by spróbowali przetrwać w szkole choć jeden dzień. Może wtedy zrozumieją, na czym polega praca nauczyciela i przestaną wreszcie opowiadać bzdury.

Kaczyński i jego agent esbecki, zaś Morawiecki powinien zmienić nazwisko

8 Mar

Ujawnienie, że przez ostatnie trzy dekady w najbliższym otoczeniu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego znajdował się tajny współpracownik służb PRL o pseudonimie “Ryszard” musiało być dla polityków tego ugrupowania olbrzymim szokiem. To, że były prezes spółki Srebrna, a za rządów Prawa i Sprawiedliwości etatowy szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Kazimierz Kujda przez tyle lat zajmował się interesami finansowego zaplecza środowiska skupionego wokół braci Kaczyńskich sprowokowało pytania, czy i inne osoby z najbliższego otoczenia prezesa PiS mają w swoich życiorysach sekrety, których elektorat Zjednoczonej Prawicy mógłby nie zrozumieć i nie wybaczyć.

Drugim, po Kujdzie, ciosem w antykomunistyczny wizerunek lidera obozu rządzącego było ujawnienie przez posła PO Krzysztofa Brejzę kłopotliwej przeszłości słynnej “pani Basi”, czyli Barbary Skrzypek, sekretarki prezesa PiS i szefowej biura prezydialnego tej partii. Już wcześniej pojawiały się pytania, czy pani Basia również ma swoją “teczkę” w IPN, ale najwięcej o jej zawodowej przeszłości można dowiedzieć się z odpowiedzi Kancelarii Premiera na interpelację głównego śledczego opozycji.

Jedna z najbliższych dziś współpracownic prezesa Kaczyńskiego przez blisko 9 lat, także w czasie stanu wojennego, była bowiem ważną urzędniczką w otoczeniu komunistycznych dygnitarzy. Nie można więc mówić o epizodzie, tylko o w pełni świadomym pozostawaniu w najbliższym otoczeniu gen. Janiszewskiego, szefa Urzędu Rady Ministrów w latach 1985-89, a potem szefa Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Co więcej, pani Skrzypek pracowała także w Kancelarii Tajnej, a więc miała dostęp do największych tajemnic poprzedniego systemu. Kto wie, czy nie dlatego jest dla Jarosława Kaczyńskiego tak cennym współpracownikiem i czy nie miało to także wpływu na późniejszy, niezwykle korzystny dla środowiska braci Kaczyńskich, rozwój sytuacji w kwestii uwłaszczenia się na majątku komunistycznym.

Dziś natomiast portal Onet pochwalił się owocami swoich poszukiwań osób związanych ze spółką Srebrna w czeluściach zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej. Udało się odnaleźć dokumenty z nazwiskiem Grzegorza Tomaszewskiego, kuzyna braci Kaczyńskich, znanego z tzw. “taśm Kaczyńskiego” jako jednego z najważniejszych uczestników narad nad inwestycją K-Towers. Jak ustalili dziennikarze portalu, nie ma śladów, by był on tajnym współpracownikiem komunistycznych służb, jednak brał udział w tajnym projekcie dla “reżimowej” armii Ludowego Wojska Polskiego, co wiązało się z przyznaniem mu dostępu do tajnych prac na zamówienie komunistycznego państwa.

— Żadnych szczegółów nie podam. Ale mogę powiedzieć, że ośrodek dostał od wojska zlecenie na opracowanie linii do produkcji łusek do nabojów, bardzo wydajnej linii. Mieliśmy opracować dokumentację i przygotować prototyp — mówi Onetowi Tomaszewski. Do projektu został włączony jako jeden z konstruktorów zatrudnionych w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Obróbki Plastycznej Metali PLASOMET. Mimo, iż było to zaledwie trzy miesiące po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, który uderzył m.in. w jego kuzyna Lecha Kaczyńskiego, Tomaszewski nie widział nic złego w realizowaniu projektu wojskowego dla gen. Jaruzelskiego. Co więcej, w dokumentach IPN jest informacja, że Tomaszewski posiadał paszport wielokrotny do wyjazdów na cały świat, wydany w 1976 r. Zdaniem Onetu, otrzymanie w latach 70. takiego paszportu niewątpliwie było dowodem dużego zaufania ze strony władzy.

Obraz najbliższego otoczenia prezesa Kaczyńskiego i osób odpowiedzialnych za funkcjonowanie zaplecza finansowego środowiska byłego Porozumienia Centrum zaczyna zatem być coraz bardziej zaciemniony i powinien poważnie zaniepokoić nawet twardy, antykomunistyczny elektorat tej partii. Ilość zbiegów okoliczności wokół początków pierwszej partii braci Kaczyńskich oraz budowania przez nich olbrzymiego majątku, mającego zabezpieczać interesy politycznego ugrupowania, którym przewodzili staje się zbyt duża, by mówić tu o przypadku.

W miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Jarosław Kaczyński został premierem, do tajnej teczki Kazimierza Kujdy zaglądali i opracowali ją upoważnieni przez ABW archiwiści – wynika z ustaleń Gazeta.pl. Teczkę pozostawiono w „zetce”, choć wówczas nie było podstawy, by ją trzymać pod kluczem.

Po wybuchu lustracyjnej sprawy Kujdy, który w latach 1979-87 był TW „Ryszardem”, sam Jarosław Kaczyński zapewniał, że nic o jego agenturalnej przeszłości nie wiedział. – Nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero, gdy sprawa wybuchła w mediach. Gdy powstawał zbiór zastrzeżony, nie byliśmy przy władzy. Zielonego pojęcia nie miałem o sprawie. Nie ukrywam, że ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba – stwierdził w wywiadzie dla PAP.

Ale wątpiących nie brakuje. Paweł Kowal, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Kaczyńskiego, wprost powiedział: – Oczywiście, że wiedział i moim zdaniem to jeden z największych problemów PiS-u.

Osoba z kręgu prezesa PiS: – Ale on naprawdę nie wiedział.

Inny: – Wcale nie był zaskoczony.T

Nie można wykluczyć, że Jarosław Kaczyński faktycznie żył bez świadomości, że Kujda to TW „Ryszard”. Ale w służbach specjalnych, które nadzorował jako premier, ta wiedza była. Prezes PiS na dowód swojej niewiedzy podkreślił: „gdy powstawał zbiór zastrzeżony [IPN], nie byliśmy przy władzy”. To prawda, bo wtedy rządziło SLD. Jednak w miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Kaczyński został premierem, teczkę Kujdy przeglądano na zlecenie lub za wiedzą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służby podlegającej premierowi.

Jarosław Kaczyński premierem

Teczki Kujdy włączono do „zetki” na podstawie decyzji wiceszefa ABW nr 00130 z 11 grudnia 2002 r. – była to decyzja nominata rządzącego wówczas SLD, płk. Pawła Pruszyńskiego. Prezes IPN prof. Leon Kieres zatwierdził tę decyzję po niemal roku. Mikrofilm z dokumentami dotyczącymi Kujdy zastrzeżono z kolei w lipcu 2004 r. – też na wniosek ABW.

SLD dogorywało, aż w 2005 r. władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość. Kazimierz Kujda zostaje 2 stycznia 2006 r. pełniącym obowiązki prezesa NFOŚiGW, a potem już prezesem pełną gębą.

Po wygaśnięciu kadencji Kieresa w IPN jego miejsce zajął prof. Janusz Kurtyka (od 29 grudnia 2005 r.). Zapał do publikowania dokumentów odziedziczonych po SB dokumentów się zwiększył. Po rządach Kazimierza Marcinkiewicza, którego prezes PiS uznaje za swój może i największy błąd personalny, tekę szefa rządu przejął osobiście Jarosław Kaczyński. Premierem był od 14 lipca 2006 do 16 listopada 2007 r.

Lustracja w Sejmie

Już wówczas w Sejmie był procedowany projekt ustawy lustracyjnej – była to nowela ustawy o IPN. Dziwnym trafem nie wymieniała ona wprost prezesa NFOŚiGW (to stanowisko Kazimierza Kujdy) jako zobowiązanego do złożenia oświadczenia lustracyjnego, choć inne instytucje centralne do projektu wpisano. Projekt tej ustawy co prawda wpłynął do Sejmu już 18 listopada 2005 r., ale na serio w Sejmie zaczęto nad nią prace w lipcu 2006 r. Prace w komisjach: 17 lipca. Sejm przyjął ją po raz pierwszy 24 lipca 2006 r., a Senat w sierpniu. Ostatecznie posłowie uporali się z poprawkami Senatu 18 października 2006 r. i trafiła do podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten złożył autograf.

Gdy w Sejmie wzbierała burza wokół ustawy lustracyjnej, to teczka Kujdy leżała w „zetce” – zbiorze zastrzeżonym IPN. Ale wcale się nie kurzyła. Na dokumentach z teczki znajdują się dopiski z roku 2006.

W spisie dokumentów znajdujących się w teczce na samym dole dopisano: „Sprawdzono. 17.08.2006 r. B.” [pełnych nazwisk pracowników nie podajemy – red.]. Podobnie w przeglądzie akt odnotowano zmianę numeracji stron – też z tą datą. Na tej samej karcie również dopisano „Sprawdzono”. Na kopercie, w której pierwotnie znajdowało się własnoręcznie napisane zobowiązanie Kujdy do współpracy z SB, dopisano: „PUSTA KOPERTA. 17.08. 2006 r.” i dwa autografy osób sprawdzających teczkę. Jest też na innej stronie sprostowanie, że notatka liczy dwie, a nie trzy karty. Podobnych drobnych dopisków – nie licząc nowych numerów stron – jest dziewięć z datami 17 albo 18 sierpnia 2006 r.

Gdy przeglądano teczkę Kujdy szefem ABW był gen. Witold Marczuk – jeden z zaufanych ludzi braci Kaczyńskich. Ale na tym stanowisku zaszła zmiana: od 19 października 2006 r. Marczuka zastąpił Bogdan Święczkowski, jeden z najbliższych współpracowników Zbigniewa Ziobry.

Podsumujmy:

– Jarosław Kaczyński zostaje premierem.

– Kazimierz Kujda jest szefem NFOŚiGW.

– Szefami ABW, podlegającej Kaczyńskiemu, są zaufani ludzie Kaczyńskich i Ziobry.

– Utajniona w „zetce” teczka Kujdy jest przeglądana i opracowana przez archiwistów na zlecenie lub za wiedzą ABW.

– Zgodnie z ustawą nie ma żadnego uzasadnienia, by teczka pozostawała tajna.

– ABW nie odtajnia teczki Kujdy.

„W ABW nie uznali teczki za zasługującą na ujawnienie”

Osoba znająca praktykę w IPN i kontakty ze służbami: – Te dwie osoby, które podpisywały się w 2006 r. na aktach Kujdy, to najpewniej archiwiści IPN ze specjalnej grupy mającej ze strony służb [ABW] prawo dostępu do materiałów w zbiorze zastrzeżonym. Na początku 2006 r., gdy w IPN pojawił się Janusz Kurtyka, zaczął odkręcać błędy przy tworzeniu „zetki” i zainicjował odchudzanie.

Jak podkreśla nasz rozmówca, sprzyjała temu postawa nowego kierownictwa służb. – Archiwiści zaczęli przygotowywać dla funkcjonariuszy służb kolejne teczki, by dokonali w nich przeglądu i zakwalifikowali je do ewentualnego ujawnienia – mówi. I dodaje: – Jednak teczki Kujdy – i tu pojawia się oczywiste pytanie: dlaczego? – ludzie z ABW nie uznali za zasługującą na ujawnienie.

Zaznacza też: – Nie mam wątpliwości, że jeżeli Kaczyński chciałby sprawdzić w 2006 r. jako premier przeszłość kogokolwiek, to – podobnie jak poprzednicy i następcy – mógł to bez problemu zrobić pytając szefów służb, a jeśli nie miałby do nich zaufania, to dodatkowo także przez prezesa IPN. Janusz Kurtyka był w latach 2006-07 częstym gościem w gabinecie premiera. Osobiście nie wierzę, że Kaczyński tego nie zrobił.

Jak informuje nas IPN, materiały dot. Kujdy zostały wyjęte z „zetki” dopiero 13 czerwca 2016 r. Ich zawartość stała się publiczna miesiąc temu.

Dlaczego tyle lat teczka Kujdy była tajna? Osoba dobrze zorientowana w tym temacie nie ma wątpliwości: – Jak coś się ujawnia, to przestaje się już mieć haka. Kaczyński naprawdę nie wiedział o agenturalności Kujdy, ale nie była to wiedza tajemna w środowisku służb.

W obozie władzy musi być naprawdę nerwowo, skoro premier Morawiecki zdecydował się udzielić wywiadu w znienawidzonym przez władzę i jej elektorat TVN24. Szef rządu potrafi pięknie dobierać słowa do bardzo łatwo weryfikowalnych kłamstw oraz bez zmrużenia okiem odwracać kota ogonem w każdej niewygodnej dla PiS sprawie. Jego wystąpienie niczym zatem nie zaskoczyło – dowiedzieliśmy się, że afera wokół Srebrnej tylko wzmocniła wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako polityka kryształowego, pieniądze publiczne rosną na drzewach, ceny prądu wcale nie wzrosną (choć każdy niemal dostał już wyższy rachunek), a zarobki najbliższych blond-współpracownic prezesa Glapińskiego w NBP to zjawisko całkowicie normalne, bo tak się zarabia w banku centralnym. Zwłaszcza ta ostatnia manipulacja jest bardzo ryzykowna, bo już w ciągu najbliższych dwóch tygodni samo NBP zobowiązane jest opublikować dane, które ją obnażą. Czyżby premier nie był tego świadomy?

Mateusz Morawiecki pytany o to, czy zszokowały go horrendalne zarobki Martyny Wojciechowskiej, dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji stwierdził, że niekoniecznie. “Bo wiem, że podobne zarobki występowały w czasach Marka Belki (poprzedniego szefa NBP – red.). Szkoda, że wtedy różne ośrodki medialne nie interesowały się tą sprawą” – mówił w rozmowie z Anitą Werner. O kwestii najbardziej bulwersującej, tj. fakcie, że zarobki na poziomie 50 tys. zł w NBP i ok. 10-12 tys. dzięki nominacji w pokrewnych instytucjach otrzymują kobiety o wątpliwych i utajnionych kompetencjach, kierujące departamentami niemerytorycznymi, premier wspomniał jedynie mimochodem. Przyznał, że może faktycznie kierujący pracami technicznych i finansowych departamentów powinni zarabiać “kilka tysięcy więcej”, ale ogólnie ta dysproporcja nie jest dla niego problemem. Premier przekonuje bowiem, że wynagrodzenia w NBP należy równać do wynagrodzeń w sektorze bankowym, a te są zbliżone.

– Rozumiem, że ta wysokość zaskakuje, porównuję ją do porównywalnych wynagrodzeń w departamentach dużych instytucji finansowych. Pan prezes Glapiński, z grubsza rzecz ujmując, odziedziczył tę siatkę płac po prezesie poprzednim i zarządza tą instytucją. Dodatkowo chcę podkreślić, że jest to instytucja zupełnie niezależna od rządu polskiego – dodał premier.

Istotą manipulacji w tej wypowiedzi jest fakt, że olbrzymie średnie wynagrodzenie słynnych “aniołków” wcale nie wynika z siatki wynagrodzeń, zwłaszcza tych z formalnego zaszeregowania. Panie Wojciechowska i Sukiennik zarabiają średnio o 10-20 tys. miesięcznie więcej niż jej koledzy dlatego, że mogą liczyć na zdecydowanie największe uznaniowe nagrody i premie. Z NBP nie sposób jednak wydobyć informację, jak na te nagrody zapracowały, jakie efekty ich pracy za nimi przemawiały, a jeśli powierzono im zadania dodatkowe, to jakie i jak zostały wykonane. Szef polskiego rządu, zwracając uwagę na “siatkę wynagrodzeń”, próbuje przesłonić najbardziej bulwersujący aspekt afery z wynagrodzeniami w NBP.

O tym, że słowa Morawieckiego zostaną bezlitośnie zweryfikowane już wkrótce, może świadczyć nawet wypowiedź kadrowej NBP, która uczestniczyła w pamiętnej konferencji prasowej, gdy po wybuchu afery powiedziano wiele, by w zasadzie nie rozwiać żadnych wątpliwości. Ewa Raczko, zastępca Departamentu Kadr w banku centralnym dementując 11 lutego medialne doniesienia o olbrzymich pensjach mówiła, że wynagrodzenie miesięczne na poziomie 60 tys. miesięcznie przekroczył tylko jeden dyrektor w NBP i było to za prezesury Marka Belki. I choć pani Raczko ukryła niewygodną dla prezesa NBP prawdę o tym, czym wspomniany dyrektor się zajmował i jaką wagę dla zadań banku centralnego miała praca jego departamentu, to opinia publiczna już wkrótce pozna całą prawdę w tej kwestii. Wszystko za sprawą ustawy dot. jawności wynagrodzeń w NBP.

Można odnieść wrażenie, że wszyscy politycy obozu władzy, którzy dziś wciąż robią dobrą minę do złej gry i bronią sprawy wynagrodzeń pani Wojciechowskiej i pani Sukiennik, kompletnie zapomnieli o tym, że opublikowana 22 lutego 2019 roku ustawa zobowiązała NBP do opublikowania pełnej siatki wynagrodzeń w NBP także za lata 1995-2018 i to w ciągu 30 dni od wejścia ustawy w życie. Wówczas polityka kadrowa prezesa Glapińskiego na tle poprzedników stanie się jeszcze większym obciążeniem dla obozu Prawa i Sprawiedliwości, a broniący go dziś będą musieli ze wstydu zapaść się pod ziemię. Co gorsza dla partii rządzącej, sprawa zamiast umrzeć medialną śmiercią naturalną powróci ze zdwojoną siłą, obciążona także niedorzecznymi słowami premiera. Umiejętność zarządzania kryzysem gdzieś Zjednoczonej Prawicy uciekła, co jednak wcale nie powinno nas martwić.

Pisowska mać czerwona – Kujda, kumpel Kaczyńskiego

26 Lu

Kazimierz Kujda, były prezes NFOŚiGW, za „dobrej zmiany” otrzymał i otrzyma jeszcze w sumie 1,2 mln złotych wynagrodzenia. A kierował Funduszem trzykrotnie – łącznie przez ponad dekadę. W przerwie szefował spółce Srebrna, związanej z ludźmi PiS. Z funkcji w Funduszu zrezygnował, gdy okazało się, że był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB

Formalnie Kazimierz Kujda wciąż jeszcze jest pracownikiem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. I pozostanie nim do końca maja 2019 roku, przysługuje mu bowiem 3-miesięczny okres wypowiedzenia.

Jak informuje rzecznik NFOŚiGW Sławomir Kmiecik, były prezes wykorzysta w tym czasie „należny urlop wypoczynkowy”. Będzie otrzymywał dotychczasowe wynagrodzenie – brutto 30 tys. 427 złotych miesięcznie.

Potem prawdopodobnie przejdzie na emeryturę. O tym, że chciałby to zrobić mówił wiosną 2018 roku, w – opublikowanej przez „Gazetę Wyborczą” – rozmowie z Geraldem Birgfellnerem.

Austriacki biznesmen chciał, by Kujda wsparł go w rozmowach dotyczących budowy wieżowca przy ul. Srebrnej. Inwestorem miała być spółka Srebrna, której Kujda szefował w latach 1995-1998 i 2008-2015.

Obecnie prezesem Srebrnej jest jego żona Małgorzata Kujda, ale – jak wynika z nagrań Birgfellnera – kluczowe decyzje należą do Jarosława Kaczyńskiego.

Biznesmen sugerował, że jeśli Kazimierz Kujda pomoże mu przekonać prezesa PiS i będzie jego „prawą ręką” w projekcie, może na tym zarobić.

Prezes NFOŚiGW zadeklarował jednak, że pomoże Birgfellnerowi „bez żadnych oczekiwań”. „Jestem w całkiem dobrej sytuacji, jak na warunki polskie, ale pomogę, jak tylko to możliwe” – mówił.

Wyjaśniał, że ma już 67 lat i może już przejść na emeryturę: „Chciałbym tu [w NFOŚiGW] popracować kilka miesięcy prawdopodobnie, a potem zamierzam powiedzieć: dziękuję bardzo” – zwierzył się Birgfellnerowi.

Faktycznie, po 8 miesiącach – 12 lutego 2019 roku – złożył rezygnację z funkcji. Tyle że w okolicznościach, których rozmawiając z Birgfellnerem raczej nie przewidywał.

Wkrótce po publikacji nagrań austriackiego biznesmena, wyszło na jaw, że w czasach PRL Kujda został zarejestrowany jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Ryszard”.

Do dymisji podał się pod presją mediów i środowiska politycznego, z którego się wywodzi – czyli Prawa i Sprawiedliwości.

To dzięki poparciu polityków PiS (wcześniej Porozumienia Centrum), a w szczególności Jana Szyszki i Jarosława Kaczyńskiego – Kujda trzykrotnie, łącznie przez ponad 10 lat, kierował NFOŚiGW i przez kilka lat zasiadał w radzie nadzorczej Banku Ochrony Środowiska (którego udziałowcem jest NFOŚiGW).

Jak ustaliło OKO.press, tylko za obecnych rządów PiS Kujda otrzymał i otrzyma jeszcze (do maja 2019) w sumie 1.203.581 złotych (podajemy kwoty brutto).

  • W 2015 roku (od 18 do 31 grudnia) zarobił 7.896 zł,
  • w 2016 – 308.188 zł (miesięczna pensja wynosiła 25.682 zł),
  • w 2017 – 317.072 zł (26.423 zł miesięcznie). Otrzymał też nagrodę – 77.047 zł.
  • W 2018 wypłacono mu 341.245 zł (miesięcznie 28.437 zł),
  • a w 2019 roku – do maja – otrzyma w sumie 152.137 zł (miesięcznie 30.427 zł).

Zawód: prezes (Funduszu i Srebrnej)

Kazimierz Kujda jest doktorem nauk technicznych (elektroenergetyki). Według Onetu, to właśnie wtedy, gdy pracował nad doktoratem na Politechnice Warszawskiej, „bezpieka wytypowała go do werbunku” i namówiła do współpracy.

Jako tajny współpracownik był zarejestrowany przez osiem lat, od 1979 do 1987 roku.

Co dość zaskakujące w zestawieniu z tą informacją – na początku lat 90. związał się z domagającym się lustracji i dekomunizacji Porozumieniem Centrum, pierwszą partią braci Kaczyńskich.

I stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego, który w latach 90. miał według wielu relacji, bardzo nieufnie podchodzić do swoich współpracowników i dokładnie sprawdzał, czy „nie ma na nich teczek SB”. Dziś prezes PiS zapewnia, że o współpracy Kujdy ze służbami PRL nie miał „zielonego pojęcia” i że ta informacja spadła na niego „jak grom z jasnego nieba”.

W 1993 roku Kujda został członkiem zarządu Fundacji Prasowej Solidarności (FWP), założonej m.in. przez Jarosława Kaczyńskiego.

Wcześniej fundacja ta – w ramach podziału majątku państwowego koncernu prasowego RSW „Prasa Książka Ruch” – została właścicielem „Ekspresu Wieczornego”, a wraz z nim kilku nieruchomości w Warszawie (m.in. przy ul. Srebrnej). Nieruchomości te wniosła do spółki Srebrna. W 1995 roku Kujda został prezesem tej spółki.

Obie funkcje – w FPS i Srebrnej pełnił do 1998 roku.

To wtedy po raz pierwszy trafił do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, najpierw na stanowisko wiceprezesa (do 2000 roku), a później prezesa (do 2002 roku). Posadę zawdzięczał ministrowi ochrony środowiska w rządzie AWS-UW – Janowi Szyszce, wiceprezesowi Porozumienia Centrum.

W latach 1998-2001 był też członkiem rady nadzorczej Banku Ochrony Środowiska (BOŚ), którego udziałowcem jest Fundusz i rady nadzorczej spółki PKP S.A.

Po zwycięstwie SLD w wyborach 2001 roku, Kujda pozostał w NFOŚ – pracował w nim do 2004 roku jako „ekspert”.

A już w 2005 roku, za pierwszych rządów PiS – po krótkiej przerwie – wrócił do Funduszu. Znów najpierw jako wiceprezes, a później prezes. Zarabiał wówczas kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie.

W latach 2006-2007 zasiadał też w radzie nadzorczej BOŚ. W samym tylko 2006 roku otrzymał z tego tytułu ponad 82 tys. zł wynagrodzenia.

Po przegranej PiS w wyborach parlamentarnych 2007 roku, Kujda znów wrócił na dobrze znany teren – został prezesem spółki Srebrna (2008-2015) i likwidatorem Fundacji Prasowej Solidarności (2012).

W grudniu 2015 roku ówczesny minister środowiska w rządzie PiS Jan Szyszko po raz trzeci powołał go na prezesa NFOŚiGW. 12 lutego 2019 roku następca Szyszki – Henryk Kowalczyk przyjął rezygnację Kujdy.

Drugi Kreml na Nowogrodzkiej. Czy Macierewicz nosi wałówki swemu Misiowi?

13 Lu

– Sytuacja dojrzewa do powołania komisji śledczej ws. Srebrnej – tak poseł PO Krzysztof Brejza odpowiedział w #RZECZoPOLITYCE na pytanie, czy po ewentualnej wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych dojdzie do powołania komisji śledczej w związku z ujawnieniem tzw. taśm Kaczyńskiego.

Mówiąc o treści „taśm Kaczyńskiego” Brejza podkreślił, że wynika z nich, iż „partia Kaczyńskiego dysponuje de facto ogromnym majątkiem”. – Jarosław Kaczyński założył fundację wykładając na stół 30 zł, dzięki lewarowi BPH, państwowego banku, pomnożył ten majątek do 30 mln zł i dzięki państwowemu bankowi chciał ponownie dokonać lewarowania tego majątku budując wieżowce – tłumaczył Brejza.

Poseł PO podkreślił jednocześnie, że „partia polityczna nie jest od tego żeby realizować biznesy”. – To co robi Jarosław Kaczyński zagraża demokracji – dodał wskazując, że zbudowanie wieżowców przez Srebrną dałoby PiS przewagę finansową nad rywalami politycznymi.

– Jarosław Kaczyński wybiera drogę wschodnią, na wzór watażków, oligarchów moskiewskich. Istnieje fundacja, która wyrosła na majątku narodowym, przejętym przez Jarosława Kaczyńskiego – mówił Brejza wskazując, że demokracja powinna opierać się na transparentności jeśli chodzi o finansowanie polityki realizowanej m.in. przez obowiązek składania oświadczeń majątkowych przez posłów.

Zdaniem Brejzy Srebrna jest spółką „w pełni nomenklaturową”. – Wychodzi na światło dzienne twarz Jarosława Kaczyńskiego, oligarchy – mówił poseł PO.

Brejza wypomniał też Kaczyńskiemu, że ten „z tylnego siedzenia zarządzał nieruchomościami, biurowcami”, a dzięki majątkowi Srebrnej „zatrudniał polityków z PC i PiS-u” w chudych dla tego środowiska latach. – Ale z drugiej strony jest to nieuczciwe – wykazanie poświadczenia nieprawdy w oświadczeniu majątkowym, gdzie Kaczyński twierdzi, że nie prowadzi działalności gospodarczej – zaznaczył.

– Prezes partii dużej w Polsce nie powinien zajmować się deweloperką. Jesteśmy w Warszawie, a nie w Moskwie – podsumował Brejza.

Na uwagę, że między Srebrna to spółka odrębna od PiS, Brejza przypomniał, że we władzach tej spółki zasiada „trzech kierowców Kaczyńskiego i jego sekretarka”. – I to są ludzie, którzy samodzielnie podejmują decyzję? – pytał. Dodał, że z fragmentu opublikowanej przez „Gazetę Wyborczą” rozmowy Kazimierza Kujdy z Geraldem Birgfellnerem, austriackim inwestorem, który miał przygotowywać budowę wieżowców przez Srebrną wynikało, iż wydatki Srebrnej powyżej 20 tys. zł musiał akceptować Kaczyński.

Brejza przypomniał też, że budowa wieżowców przez Srebrną miała być finansowana za pomocą kredytu z Pekao SA. – Prezes banku państwowego nie ma prawa przyjeżdżać do siedziby partii finansowanej przez podatników, w siedzibie partii nie mogą być prowadzone rozmowy biznesowe – mówił.

Zdaniem posła PO w związku z całą sprawą prokuratura powinna zweryfikować oświadczenie majątkowe Jarosława Kaczyńskiego. – Jarosław Kaczyński zawsze podejmował decyzje w ten sposób, ze wystawiał różne osoby do podpisywania projektów ustaw, czy do podpisywania ustaw. Zawsze był politykiem, który zza kulis sterował tym co działo się na desce teatru. Tu kurtyna opada. Widzimy reżysera – podkreślił Brejza.

Poseł PO odniósł się też do sprawy Kazimierza Kujdy, byłego już prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który – jak wynika z dokumentów znajdujących się w IPN, co ujawniła „Rzeczpospolita” – był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB. – Kazimierz Kujda zajmował się najbardziej wrażliwą sferą działań Jarosława Kaczyńskiego, kwestiami finansowymi. Jest wysoce prawdopodobne że Jarosław Kaczyński znał przeszłość pana Kujdy miał też możliwość w latach 2005-2007 zlustrowania swoich współpracowników. Zlustrował całą Polskę wzdłuż i wszerz, a nie zlustrował swoich najbliższych współpracowników? – ironizował Brejza. – To mit, że Kaczyński walczy z postkomunistami – dodał.

Brejza zauważył też, że ostatnie miesiące pokazują ogromną „skalę zepsutych instytucji” państwa przez PiS – wymienił w tym kontekście KNF, NBP oraz Fundusz, na czele którego stał Brejza.

Podsumowując sprawę Srebrnej Brejza stwierdził, że „może ją wyjaśnić komisja śledcza”.

Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu nie uwzględnił zażalenia obrońców byłego rzecznika MON. Bartłomiej M. nie wyjdzie z aresztu, do którego trafił na trzy miesiące 30 stycznia. Tak wcześniej postanowił tarnobrzeski Sąd Rejonowy.

Prokuratura zarzuca bliskiemu współpracownikowi Antoniego Macierewicza oraz byłemu posłowi PiS Mariuszowi Antoniemu K. „powoływanie się wspólnie i w porozumieniu na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł”. Poza tym Bartłomiej M. i była pracownica MON Agnieszka M. usłyszeli zarzuty przekroczenia uprawnień jako funkcjonariuszy publicznych i „doprowadzenia do wyrządzenia szkody w Polskiej Grupie Zbrojeniowej w wysokości 491 964 zł”.

Obrońcy Bartłomieja M. w zażaleniu pisali m.in., że „nie zachodzi obawa bezprawnego utrudniania przez niego postępowania przygotowawczego.” Powoływali się też na dokument -„Rydzyk poręczył za byłego rzecznika Macierewicza Bartłomieja M.”.

Sąd w Tarnobrzegu uznał jednak, że były rzecznik MON zostanie w areszcie. Postanowienie sądu jest prawomocne.

— KWIT NA SREBRNĄ – jedynka GW: “Pokazujemy dzisiaj pisemne pełnomocnictwo, którego spółka Srebrna udzieliła Geraldowi Birgfellnerowi do prowadzenia w jej imieniu projektu „dwóch wież”. Mógł bardzo wiele, nawet zburzyć stary biurowiec, który zawadzał inwestycji”.
wyborcza.pl

— KUJDA I GLAPIŃSKI TRZYMAJĄ KACZYŃSKIEGO ZA GARDŁO – Roman Imielski w GW: “Kazimierz Kujda i Adam Glapiński mają ogromną wiedzę o finansach środowiska politycznego związanego z Jarosławem Kaczyńskim. I dlatego pierwszy z nich kilka dni opierał się przed złożeniem dymisji z prezesury Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, a drugi wprost postawił się liderowi PiS”.
wyborcza.pl

— JAN FILIP LIBICKI UWAŻA, ŻE MACIEREWICZ BUDUJE KULT JANA OLSZEWSKIEGO W KONKURENCJI DO KULTU LECHA KACZYŃSKIEGO: “Podtrzymuję to, co napisałem kilka dni temu, że mówiąc o Janie Olszewskim, jako o najwybitniejszym polskim polityku po II Wojnie Światowej, Macierewicz buduje w obozie pisowskim konkurencyjny kult. Przeciwstawia Olszewskiego Lechowi Kaczyńskiemu. I w tym sensie nie zdziwiłbym się, gdyby to były jakieś przygotowania Antoniego Macierewicza do przejęcia władzy. Oczywiście, czy to jest realne, czy się uda, to jest inna sprawa, ale że Antoni Macierewicz o tym myśli, a nawet zaczął wprowadzać to w życie jest wielce prawdopodobnym”.
salon24.pl

>>>

Taśmy Kaczyńskiego. Czy wraz z nimi spłynie prezes do rynsztoka?

6 Lu

Jaki Kaczyński wychodzi z taśm? Spryciarz, który rozgrywa swoje interesy, jak chce. I kto mu zabroni?

Rozmowa Kujda – Birgfellner tłumaczy, dlaczego budynek Srebrnej nie mógł mieć 30 metrów, jak sugerowało miasto, czy 130 metrów, jak zakładał pierwotny projekt. Skoro miał upamiętnić braci Kaczyńskich, powinien sięgać chmur.

Dwie 190-metrowe wieże miały być pomnikiem Lecha i Jarosława Kaczyńskich. – To jest bardzo ważne dla Polski, dla naszej historii, dla wszystkich – mówi Kazimierz Kujda, który raz jest prezesem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, raz spółki Srebrna.

Gerarld Birgfellner zapowiada, że na czwartym piętrze powstanie centrum kongresowe im. Lecha Kaczyńskiego, a całość zostanie wykonana przez Strabag, bo wszyscy starają się dla prezesa.

TVP Info konstatuje, że rozmowa jest dowodem, iż w całym przedsięwzięciu chodziło o upamiętnienie, nie zaś o biznes, i świadczy to o przywiązaniu prezesa Kaczyńskiego do śp. brata. Czyli Kaczyński to nie żądny pieniędzy oligarcha, lecz ktoś, kto chce zadbać o nieśmiertelność.

Cztery i pół tysiąca lat temu cały Egipt został zaangażowany do budowy wielkiej piramidy w Gizie. Nowsze badania archeologiczne dowiodły, że była wznoszona nie przez niewolników, ale przez fachowców.

Jarosław Kaczyński poczuł się bardzo urażony publikacją w „Gazecie Wyborczej” nagrań z jego udziałem. Uznał, że doszło do „nielegalnego pogwałcenia jego dóbr osobistych” i już we wtorek do Agory dotarło „ostateczne wezwanie przedsądowe” z żądaniem przeprosin oraz 30 tys. zł. Prezes daje Wyborczej czas do czwartku, a potem kieruje sprawę do sądu.

Żądania Kaczyńskiego wydają się bezpodstawne. Przede wszystkim, jak twierdzą dziennikarze gazety, nie mają nic wspólnego z nagraniem tych taśm, a ze względu na ich zawartość i udział w rozmowie osoby, która gra pierwsze skrzypce w Polsce, ich publikacja była wręcz obowiązkiem.

Prezes oburza się też, że w przedstawionych nagraniach oraz komentarzach do nich, padły zarzuty jakoby przekroczył uprawnienia posła, dokonał oszustwa czy wziął udział w płatnej protekcji. Dziennikarze „Gazety Wyborczej” nie podpisują się pod tymi zarzutami, bo nigdzie, w ich materiałach, takie sformułowania nie padły, a nie mogą przecież odpowiadać za wypowiadane opinie i komentarze czytelników.

Zastanawiać może reakcja Kaczyńskiego na te taśmy w sytuacji, gdy cały obóz rządzący usilnie próbuje je lekceważyć. Premier Morawiecki określa je mianem „telenoweli”. Padają słowa, że to jakiś „kapiszon”, a tak w ogóle to taśmy pokazują krystaliczną uczciwość i prawość prezesa. Tak więc wszystko jest w porządku. Wizerunek szefa partii nie ucierpiał, CBA uznało, że nie ma potrzeby kontrolować jego oświadczeń majątkowych, bo o żadnej działalności gospodarczej zawodowego posła mowy nie ma.

Jak to wiec jest? Dlaczego Jarosławowi Kaczyńskiemu nie podobają się te taśmy i węszy w nich samo zło? Czyżby miał inne zdanie niż jego współpracownicy i widzi w nich to, czego oni nie dostrzegają? Internauci pozostają bezlitośni. Piszą: „Ten pan prezes gwałci moje dobra osobiste od wielu lat. Na przykład dzisiaj jago przydupas, nijaki profesor Zybertowicz powiedział publicznie, że przy Okrągłym Stole komuniści podzielili się władzą ze swoimi agentami. Jestem oburzony!”, „Jakoś nie pamiętam podobnej interpretacji prawnej w wykonaniu prezesa, gdy publikowane były taśmy z ośmiorniczkami” czy też „Pięknie! Teraz to już prezes będzie musiał wytoczyć Wyborczej proces… nie mogę się doczekać relacji na żywo, gdzie prawnicy prezesa będą udowadniać, że fakty ujawnione przez Wyborczą są dla niego laurką, a jednocześnie gwałcą jego dobra osobiste…”.

Śmieszne i straszne…😉🙄🥺

Jeśli jego plan się powiedzie i pójdzie do wyborów osobno, jesień będzie – niestety – należała do PiS.

Mnie się na razie Wiosna Biedronia nie podoba. Nie podoba mi się rozmawianie głównie z przychylnymi dziennikarzami i blokowanie na ogromną skalę niechętnych lub krytyków w mediach społecznościowych. Nie podoba mi się, że dużo i nierealnie Biedroń obiecuje, nie wskazując choćby śladu źródeł finansowania tych obietnic. Nie podoba mi się jego populizm. Nie podoba mi się, że nawiązując dobry emocjonalny kontakt z salą (co nie jest wyczynem, bo na konwencję przychodzą głównie jego fani), nie ma tej sali niczego konkretnego do przekazania. Nie podoba mi się, że przedstawia się jako „nowy” polityk, choć wcale nie jest nowy. Ani to, „że to nie jego wojna”. Nie podoba mi się, że ani on, ani jego ludzie nie widzą nic złego w chodzeniu do TVP. Nie podoba mi się brak kultury i agresja jego akolitów na portalach społecznościowych. Nie podoba mi się, że na pytanie w TVN24, dlaczego Biedroń był na wakacjach w Nikaragui, która bezprecedensowo i brutalnie łamie prawa kobiet jakaś pani od Wiosny odpowiedziała: „A bo Platforma…”.

Poza nowymi lepszymi garniturami i młodszymi ludźmi (choć nie świeżymi, bo wielu z nich już w polityce kiedyś było i nie udało im się niczego wielkiego osiągnąć), gdy patrzę na Wiosnę Biedronia widzę zapowiedź oszustwa wyborczego (wystartuję do PE, a później zrzeknę się mandatu), obietnice bez pokrycia, relatywizm moralny, legitymizowanie państwowej telewizji i ładne konwencje – choć i to ostatnie już też kiedyś było, bo i Ruch Palikota, i Nowoczesna także miały ładne i profesjonalne konwencje, o czym się łatwo, popadając w świeży zachwyt – zapomina.

Na minus zaliczam Wiośnie także to, że wydaje się zupełnie nie rozumieć, jak ważne dla Polski są nadchodzące wybory. Te do Parlamentu Europejskiego zdecydują o tym, czy znajdziemy się prawnie i mentalnie w Rosji, czy zostaniemy w Europie, a te jesienne – czy pozostaniemy normalnym, europejskim krajem, czy też znajdziemy się na długo w politycznej strefie wpływów Kremla.
To nie są wybory po to, żeby – jak mówi Biedroń – „się policzyć”. To nie zabawa, to śmiertelnie poważna sprawa.

10 procent Roberta Biedronia w jesiennych wyborach będzie najprawdopodobniej oznaczać drugą kadencję PiS. To prosta arytmetyka.
Czy to oznacza, że nie wolno mu robić czegoś nowego? Że jesteśmy skazani na zadawniony układ PiS – PO? Nie. Każda inicjatywa jest cenna i mile widziana, ale trzeba rozumieć, że wspólna lista to dla każdego, dla kogo liczy się Polska, to absolutny mus. Że może powstać nie jedna, lecz dziesięć nowych, lepszych i gorszych partii – i każda ma prawo do działania i swojej odrębności, ale na czas wyborów, z prostej pragmatycznej kalkulacji dla dobra Polski powinny współpracować. Bo brak współpracy to gwarantowane zwycięstwo PiS i marsz na Wschód.

Biedroń reprezentuje nowe pokolenie polityków. Gdy się na niego patrzy, myśli się „Wreszcie ktoś, kto wygląda i mówi normalnie, jak normalny człowiek. Co za ulga!”. To świetnie. Jest wykształconym, dobrym politykiem i mimo że na razie mnie jako wyborczyni jego Wiosna nie porwała, życzę mu powodzenia.
Nikt jednak nie może abstrahować od sytuacji w jakiej się znajduje, bo kontekst jest wszystkim.

Słuchając Roberta Biedronia, mam wrażenie, że żyje w innej Polsce niż ja, w innej rzeczywistości. W czasach niczym niezagrożonej demokracji, w których kwestię zdolności koalicyjnych nowej partii traktuje się jako nieistotny szczegół, a najważniejszą kwestią dla „być” czy „nie być” państwa jest projekt obywatelskiej emerytury.

Cóż, ja żyję w kraju, w którym demokracja jest skrajnie zagrożona, a sytuacja wygląda tak, że my, obywatele mamy nóż na gardle. Albo wybory wygra zjednoczona opozycja, najlepiej złożona z jak największej ilości kompletnie różnych partii, które zachowując swoją odrębność programową i światopoglądową stworzą wspólną listę, albo demokracja pójdzie na dno, a z nią my wszyscy. I sądzę, że nie ma podstawowych kwalifikacji politycznych, kto tego nie rozumie.

Niezależnie od tego, czy się Wiosnę Biedronia popiera czy nie, jeśli jego plan się powiedzie i pójdzie do wyborów osobno, tak jak PSL, które właśnie robi wyborcom równie brzydkiego psikusa, jesień będzie należała do PiS.