Tag Archives: Katedra Notre Dame

Kaczyńskiemu bliższy rubel niż euro

17 Kwi

Ryszard Kapuściński, „Imperium”, rok 1993

Jarosław Kaczyński taki już model prowadzenia polityki przyjął, że raz na jakiś czas musi swoich wyborców mobilizować poprzez wskazywanie wspólnego wroga lub zagrożenia. W 2015 roku taką funkcję spełniło straszenie inwazją morderczych terrorystów islamskich z północnej Afryki, a przed tymi wyborami zagrożeniem miała być ofensywa środowisk LGBT. Gdy okazało się, że temat nie grzeje, postanowiono powrócić do bardzo wygodnego tematu czyli kwestii wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty europejskiej. Nie ma oczywiście znaczenia, że obecnie ta wizja możliwa do zrealizowania nie jest, że dzisiejsza Polska w ogóle nie dostałaby się do Unii Europejskiej z systemem politycznym rodem z komunistycznego wschodu Europy. Ważne, że można temat ogrywać, straszyć wzrostem cen i zastawić na opozycję pułapkę, z której ta nie miałaby dobrego wyjścia.

– Wysłałem przed chwilą do przywódców najważniejszych formacji parlamentarnych, tzn. do przywódcy Koalicji Europejskiej pana Schetyny i do pana Kukiza projekt deklaracji, którą sam już podpisałem. Jest to deklaracja partii, koalicji ponadpolityczna, można powiedzieć, ponad podziałami politycznymi, która odnosi się do interesów finansowych państwa i polskich obywateli. Chodzi o to, żeby wszystkie te formacje, oczywiście łącznie z naszą, zagwarantowały, że w Polsce nie będzie wprowadzone euro zanim Polska nie osiągnie poziomu gospodarczego państw, które leżą na zachód od naszych granic. Tutaj punktem odniesienia są przede wszystkim Niemcy. I mam nadzieję, że ta deklaracja pokaże jednak dojrzałość klasy politycznej, bo w wypadku chodzi o oczywisty interes naszego kraju i jego obywateli. Ten interes jest tutaj całkowicie spójny z tego względu, że złotówka chroni nas przed wstrząsami, zapewnia szybszy rozwój i wiadomo, sfera euro to dzisiaj sfera stagnacji i jednocześnie chroni osiągnięty już poziom stopy życiowej i umożliwia podwyższanie tej stopy zarówno poprzez rozwój gospodarczy, jak i właściwą politykę państwa. W związku z tym wydaje się ona, z punktu widzenia politycznego, normalnych w demokracji podziałów politycznych, niekontrowersyjna – stwierdził Jarosław Kaczyński na Nowogrodzkiej.

– Liczymy na to, że ewentualne zobowiązania niektórych formacji politycznych wobec ich zewnętrznych sojuszników, ja tutaj stosuję formę przypuszczeniową, nie będą miały znaczenia, bo interes polskiego społeczeństwa, polskich obywateli, państwa jest tutaj zupełnie oczywisty. Stąd nasza wiara w to, że ta deklaracja zostanie podpisana i że ona jednocześnie stworzy pewną płaszczyznę wspólnego myślenia o polskiej przyszłości, polskim wzroście, o tym by Polakom żyło się coraz lepiej i żeby stosunkowo szybko, choć oczywiście to czas liczony w wielu latach, być może nawet to są dziesięciolecia, ale dojdziemy do tego poziomu, którego wszyscy Polacy oczekują i mają prawo oczekiwać jako europejczycy, obywatele państwa, które jest członkiem UE – dodał prezes PiS.

Lider Zjednoczonej Prawicy przyznał jednocześnie, że euro w Polsce będzie musiało zostać prędzej czy później wprowadzone, bowiem na Polsce spoczywa takie zobowiązanie. Zaznaczył jednak, że będzie to mogło stać się dopiero wtedy, gdy Polska na tym zyska. To deklaracja o tyle dziwna, że ekonomiści i przedsiębiorcy niezmiennie przekonują, że na samym tylko rozpoczęciu ścieżki wchodzenia do strefy euro moglibyśmy zyskać już dziś. 

Pierwsze reakcje na propozycję prezesa Kaczyńskiego nie są jednak takie, jak zapewne oczekiwał. Dziennikarze zauważają, że w czasie, gdy trwa największy od dekad protest nauczycieli, zajmowanie się abstrakcyjnym tematem wspólnej waluty może się PiS-owi odbić czkawką.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec zauważył z kolei, że lider PiS znów chce odwrócić uwagę od swoich własnych problemów i nakierować debatę publiczną na wygodne dla siebie kwestie. Nie zabrakło też głosów pokazujących, że euro nie ma co się bać, co potwierdza opinia części krajów naszego regionu, które już to zrobiły.

O tym, jak absurdalny jest to dziś temat, celnie napisał Roman Giertych, który wezwał prezesa Kaczyńskiego do złożenia deklaracji, że nie zgodzi się na przyjęcie w Polsce rubla. W końcu system wschodni już niemal mamy.

Wygląda zatem na to, że genialny strateg z Żoliborza znów przestrzelił, pokazując swoje oderwanie od rzeczywistości polskiej gospodarki. Do zmobilizowania swoich wyborców powinno to jednak wystarczyć. I może o to w całej tej hecy chodzi.

Przed krakowskim sądem rozpoczął się proces Tomasza B. oskarżonego o publiczne nawoływanie do przemocy i zabójstwa europosłanki PO Róży Thun. 5 stycznia 2018 r. na Facebooku mężczyzna napisał: – „Na stos szmatę”. Tak „skomentował” film z udziałem europarlamentarzystki pt. „Polski zamęt. Róża Thun walczy o swój kraj”, wyprodukowany przez niemiecką telewizję publiczną NDR we współpracy z francusko-niemiecką stacją Arte.

38-letni Tomasz B. nie przyznał się do winy. – „Nie wiem, skąd wziął się tam ten wpis” – mówił przed sądem. Twierdził, że nie wiedział, kim jest Róża Thun, a usłyszał o niej dopiero, gdy przedstawiono mu zarzuty. Utrzymywał też, że nie interesuje się polityką. Tomasz B. służy w Wojskach Obrony Terytorialnej. Nie był do tej pory karany. Grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

Postępowanie w tej sprawie toczy się z zawiadomienia przedstawicieli Róży Thun i KOD Małopolska.

„To, że złożyłam zawiadomienie wynika z tego, że przemoc i słowa nienawiści nie znikną, jeżeli nie będziemy na to reagować. Jestem przekonana, że osoby, które dokonują tych wpisów są przekonane o swojej bezkarności” – powiedziała Danuta Czechmanowska z KOD Małopolska. Dodała, że pod wpisem Tomasza B. pojawiło się wiele nienawistnych wpisów i komentarzy pod adresem europosłanki PO. Na kolejnej rozprawie 21 maja przesłuchani mają być świadkowie wezwani na wniosek obrony oraz Róża Thun.

Popieram strajk nauczycieli również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

To, że popieram strajk nauczycieli to chyba tak oczywiste, że nie muszę tego uzasadniać. Mało która grupa społeczna – w mojej opinii – jest tak marginalizowana przez każdą niemal władzę i tak zapracowana, jak nauczyciele. I na mało której spoczywa tyle odpowiedzialności za naszą wspólną przyszłość. Dzisiejsza władza gardzi nauczycielami szczególnie, bo są politycznie słabi (PiS liczy się tylko z siłą i sondażami) i nie ceni edukacji. Faktem jest, że ludzie wyedukowani, a zwłaszcza myślący, są dla władzy o autorytarnych zapędach, zawsze groźni; lepiej mieć obywateli posłusznych i zajętych czymś innym niż myślenie, na przykład: – modlitwą, piłką nożną, szukaniem światowych spisków i oglądaniem Big Brothera.

Ale nie o władzy chciałam pisać tylko o nauczycielach. Swoich. Zrobiła się teraz taka moda, że różni ludzie wspominają tych, którzy coś dla nich znaczyli, dzięki którym stali się tym, kim są. Dobry pomysł. Często przy fatalnych programach nauczania, strukturalnym chaosie, jaki dziś mamy (i kiedyś też mieliśmy), trafiają się gwiazdy, które są w stanie usunąć w cień mizerię polskiego szkolnictwa i pobudzić dziatwę do myślenia. Trudno powiedzieć, czy chodzi tu o tak zwanego nauczyciela „z powołaniem”, czy po prostu profesjonalistę. Politycy lub księża, którzy czują „powołanie” i uzasadniają nim wszelkie działania, potrafią wyrządzić wiele szkód, zwłaszcza, że niemal każdy polityk i ksiądz myśli, że je ma. Według mnie, zainteresowanie uczniów i ich ruch intelektualny budzi taki nauczyciel, który wie, czym jest i do czego służy ten zawód; nie chodzi tu o zwykłą „transmisję danych” i kontrolę ich stanu posiadania u uczniów. Tylko o to „coś”. O kunszt.

Wszystkich moich nauczycieli mogę podzielić na trzy grupy: profesjonalistów, rzemieślników i nieudaczników. Ci drudzy dobrze sprawdzają się w każdym zawodzie, ci pierwsi mają kunszt, nieudacznicy są wszędzie. Moi profesjonalni nauczyciele stawiali mi wysokie wymagania i szydzili z braku należytych postępów. Mój licealny polonista, starszy „przedwojenny” pan, którego wszyscy kochali i nienawidzili zarazem, uwziął się na interpunkcję, analityczną znajomość lektur i zwięzłość wypowiedzi. Cenił też trudne słowa. Już na początku musiałam przyswoić sobie i używać: „abominacyjny”, „inteligibilny”, „palimpstest” itd. Nie lubiłam tego polonisty, notorycznie bałam się kompromitacji, zwłaszcza w trudnej sztuce stawiania przecinków i „odpowiadania z lektury” przed całą klasą (co za okropny zwyczaj! który jednak przygotowuje do publicznych wystąpień). Lektury czytałam po dwakroć, nauczyłam się je dobrze streszczać i analizować jak belfer kazał. Niewiele więcej, ale za to solidnie. Wdzięczna mu jestem za zmuszenie mnie do wysiłku, który choć nie rozwinął we mnie wyobraźni, dał solidne polonistyczne podstawy dla bardziej oryginalnych działań.

Matematyczka i chemiczka, które były prostymi rzemieślniczkami w swoim zawodzie, potrafiły zabić moje zamiłowanie do przedmiotów ścisłych nudą, rutyną, repetycją i kontrolą. W lekcjach ze stereometrii nie było nic, co później pozwoliłoby mi zrozumieć pewne fragmenty z VII księgi Platona. Chemia, za którą przepadałam została osnuta monotonią powtarzanych formuł i doświadczeń robionych bez żadnej fantazji. A wystarczyło przyjrzeć się drodze do odkryć Marii Skłodowskiej-Curie czy poczytać eseje Heisenberga, by rozpalić naukową wyobraźnię.

Nieudaczników też spotkałam kilku. To ci, którzy absolutnie i radykalnie minęli się ze swoją karierą zawodową. Nie lubili szkoły, bali się uczniów, denerwowała ich różnorodność klasy, nieposłuszeństwo i konieczność robienia czegoś, na co nikt – według nich – nie miał ochoty. W takiej smutnej atmosferze przebiegały moje lekcje geografii, (niestety) historii i łaciny. Mimo wysiłków po obu stronach, efekt był miażdżąco słaby. Trudno jednak wymagać, by rozkład osobowości, umiejętności i kompetencji w szkołach był inny niż w szpitalach, w Sejmie, w biznesie czy w Kościele.

Nie napotkałam jednak żadnego nauczyciela, który nie przejmowałby się tym, co robi i który lekceważyłby pracę. Każdy dawał uczniom, może nie to na co zasługiwali, ale na pewno według swoich najlepszych możliwości. Nigdy ich praca nie była należycie wynagradzana, nigdy ten zawód nie cieszył się prestiżem wśród rządzących. „Nauczyciele sobie poradzą”, „nie mają wyboru: selekcja negatywna” – znamy te hasła. Znała je władza i stosowała. Ministrem do spraw edukacji zostawała z reguły osoba jeśli nie nieudolna, to na pewno na tyle słaba, by nikt nie traktował poważnie jej roszczeń wysuwanych w imię zmiany nauczycielskiego status quo. Być może, to sami nauczyciele przyczynili się do tego, że kolejne pokolenia rządzących były obojętne na ich los. No, ale wreszcie powiedzieli – stop! Wspieram ich gorąco również dlatego, że ludziom, którzy godnie żyją, można stawiać więcej wymagań.

Ciekawa jestem czy rząd polski powoła jakąś komisję do spraw spalenia katedry Notre Dame? Przecież nie może tak być, żeby kościół spalił się przez zaprószenie ognia.

Mamy doświadczenie ze Smoleńskiem i wiemy, że myśl o zwykłej katastrofie, niedbalstwie, o nieprzestrzeganiu reguł jest niegodna prawdziwego Polaka.

Musi być jakiś głębszy powód pożaru a może nawet spisek, który należy wykryć. Tylko jak to zrobić bez Macierewicza schowanego na czas wyborów?

Z miejsca zaczęli zajmować się tym hierarchowie pisząc, że płonąca katedra to kara za laicyzację Europy, obraz jej straszliwego kryzysu.

Nie słyszałam by jakiś hierarcha podjął wątek kary bożej za grzech pedofilii w kościołach chrześcijańskich, chociaż to lepiej tłumaczy sprawę. Może to też być boskie ostrzeżenie, że nawet tak solidny i długowieczny gmach chrześcijańskiej wiary może zostać zniszczony przez grzeszność księży.

Nikt nie pisze czy miejsce poświęcone naszemu papieżowi się uchowało, ale też może nikt się już tym nie interesuje. Póki co premier Szydło obiecała włączyć się rekonstrukcję katedry. Kolejny pretekst by nie dać podwyżek nauczycielom.

Dojna zmiana PiS tworzy swoją oligarchię

16 Kwi

Przez ostatnie trzy lata wszyscy już zorientowaliśmy się, że przedwyborcze zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości z 2015 roku o wprowadzeniu nowych standardów w zatrudnianiu w spółkach z udziałem Skarbu Państwa czy zwalczanie kolesiostwa i nepotyzmu były niczym innym, jak perfidnym kłamstwem. Skala skoku na dobrze płatne stanowiska w państwowym dominium osiągnęła poziomy nieznane wcześniej w III RP. Rząd PiS w systemowy sposób zapewnił swoim działaczom trwałe finansowanie, które ci zapewne częściowo muszą oddawać do wspólnej partyjnej kasy ku chwale “dobrej zmiany”.

Portal OKO.press postanowił dokładnie przeanalizować sprawozdania finansowe państwowych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych i sporządził precyzyjny ranking siedemdziesięciu trzech złotych, srebrnych i miedziowych dzieci PiS, które od początku rządów partii Jarosława Kaczyńskiego zarobiły łącznie bagatela 94,5 mln złotych. Osoby to oczywiście nieprzypadkowe – zwykle powiązane w oczywisty sposób z premierem Morawieckim, wicepremier Beatą Szydło, ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą czy jego zastępcą Patrykiem Jakim. 

Jak pisze Bianka Mikołajewska, podzielono ich na kategorie, w których znalazło się:

  • 19 prawdziwie „złotych ludzi” – zarabiających powyżej 2 mln zł. Łącznie wypłacono im 63 mln 271 tys. zł
  • 13 osób z zarobkami od 1 do 2 mln zł (nazwanych w rankingu „srebrnymi”). W sumie zarobiły one 19 mln 356 tys. zł
  • 41 osób, które otrzymały mniej niż milion złotych wynagrodzenia („miedziani”). Łącznie spółki wypłaciły im 11 mln 888 tys zł.

Rekordzistą okazuje się Michał Krupiński, były prezes PZU, obecnie prezes PKO BP. Otrzymał od tych dwóch spółek 6 mln 928 tys. złotych. Nie jest tajemnicą, że Krupiński zawdzięcza swoją pozycję bliskim związkom ze Zbigniewem Ziobrą, którego brat Witold jest doradcą, zarówno w PZU, jak i w PKO BP.

Drugim w rankingu “złotych” jest Wojciech Jasiński, obecnie członek rady nadzorczej w PKO BP, a do lutego 2018 roku prezes PKN Orlen. Dla tego jednego z najbardziej zaufanych towarzyszy Jarosława Kaczyńskiego z tzw. “zakonu PC” zmiana również była dojna. Od początku rządów PiS zarobił 5 mln 313 tys. złotych.

W rankingu znaleźć też możemy inne nazwiska, m.in.:

  • Piotr Woźniak – 4 mln 853 tys. zł
  • Mirosław Kochalski – 4 mln 308 tys. zł
  • Tomasz Karusewicz – 3 mln 924 tys. zł
  • Łukasz Kroplewski – 3 mln 656 tys. zł
  • Kamil Kamiński – 3 mln 469 tys. zł
  • Maks Kraczkowski – 3 mln 009 tys. zł
  • Andrzej Jaworski – 2 mln 211 tys. zł
  • Małgorzata Sadurska – 1 mln 312 tys. zł
  • Stanisław Kluza – 1 mln 088 tys. zł

Oczywiście z ust przedstawicieli władzy zapewne usłyszymy tradycyjnie, że te pieniądze za ciężką pracę w państwowych spółkach im się po prostu należą. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że partia Jarosława Kaczyńskiego traktuje dziś Polskę jak swój łup, z którego trzeba garściami czerpać korzyści, dopóki jest taka możliwość.

Pełny raport dostępny na portalu OKO.press.

3-ego maja szef Rady Europejskiej Donald Tusk wygłosi wykład na Uniwersytecie Warszawskim. W rozmowie z dziennikarzami w Strasburgu oznajmił, że powie wówczas coś „ważnego i ciekawego”.

Pytany o to czy jego przyjazd do Polski jest związany z kampanią wyborczą do Parlamentu Europejskiego powiedział, że święto 3 maja jest dla niego też osobiście bardzo ważnym świętem. „Tak naprawdę całą swoją aktywność publiczną właściwie zaczynałem od nielegalnych manifestacji czczących rocznicę konstytucji” – odpowiedział były premier.

Podkreślił, że „jest to przecież też rocznica przystąpienia do UE i o znaczeniu wolności, i o wolnych wyborach trzeba powiedzieć kilka słów” – stwierdził Donald Tusk.

Dodał, że dostrzega „same dobre powody, aby właśnie tego dnia spotkać się z zainteresowanymi i szczególnie wszystkich zapraszam na Uniwersytet Warszawski” – dodał szef Rady Europejskiej.

Reżyser Andrzej Saramonowicz zareagował na pożar katedry Notre Dame w Paryżu i wpisy z nim związane w mediach społecznościowych.

Diabelstwo. Ginie 800-letnia gotycka Katedra Notre-Dame w Paryżu trawioną potężnym ogniem. We Francji, już niemal co dzień albo burzą kolejne stare katolickie kościoły, albo przekazują je muzułmanom lub na galerie handlowe. Nasza europejska cywilizacja bezpowrotnie ginie – wypowiedziała się na temat pożaru we Francji posłanka PiS Krystyna Pawłowicz.

Klubowa koleżanka Pawłowicz Bernadeta Krynicka z kolei obwiniła laicyzację o pożar katedry Notre Dame. – Takie skutki przynosi choralaicyzacja – napisała na Twitterze.

Płonie Katedra Notre Dame, jeden z symboli chrześcijańskiej Europy. Porażające – zareagowała w mediach społecznościowych minister Beata Szydło.

Pisarka Manuela Gretkowska w swoim najnowszym felietonie do pożaru katedry Notre Dame w Paryżu.

Notre Dame to nasza historia, literatura, wyobraźnia. To centrum naszego życia – mówił prezydent Francji Emmanuel Macron i dodał że katedra zostanie odbudowana.

Francuscy strażacy poinformowali, że struktura budowli i fasada zachodnia zostały ocalone.

Pożar Notre Dame to dla polityków partii rządzącej okazja do straszenia rzekomą laicyzacją Zachodu i głoszenia bredni o „znakach”.

Nie śmiejcie się z polityków PiS mówiących, że pożar katedry Notre Dame to znak upadku chrześcijańskiej Europy i że trzeba się nawrócić. Bo jak wam będą wprowadzać państwo policyjne, zabierać wolne media, ograniczać prawa obywatelskie i nękać policją, to zapewniam, wszystko to zrobią w imię przywracania chrześcijańskich wartości i katolickiej Polski i Europy. Temu w istocie te brednie służą. Są alibi.

Bardzo charakterystycznie dla jakości życia publicznego swoich krajów zareagowali na pożar katedry Notre Dame polscy i francuscy politycy. Francuscy zjednoczyli się ponad podziałami, razem z obywatelami opłakali swoją narodową tragedię i zapowiedzieli odbudowę zabytku, czyli sensowne, konstruktywne działania. Politycy PiS i medialni pomagierzy tej partii zaś zaczęli straszyć ludzi i bredzić o „znakach”, usiłując wykorzystać tę tragedię do własnych politycznych celów: przekonania zabobonnej części wyborców, że pożar katedry to kara za laicyzację Francji i że, jak raczył napisać Tomasz Terlikowski, jeśli się nie opamiętamy, wszyscy spłoniemy (dokładnie brzmiało to tak: – „Znaki są do tego, żeby je odczytywać. Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Płonie Kościół, płonie Europa. Czas zmierzchu. Jeśli się nie nawrócimy spłoniemy wszyscy”).

Ja rzekłabym, że Bóg, jeśli ktoś w niego wierzy, nie jest idiotą i z pewnością nie spaliłby swojego własnego domu, żeby ukarać sąsiada. Gdyby jednak tym pożarem chciał swoim wyznawcom coś przekazać, obstawiałabym (ponieważ istniejącego Boga musiałabym uważać za kogoś mądrego, a z pewnością obdarzonego sporą dawką rozumu), że próbuje powiedzieć księżom katolickim, żeby wreszcie rozliczyli się ze strasznej i niewyobrażalnej zbrodni pedofilii i równie strasznej i niewyobrażalnej zbrodni ukrywania pedofilów i przenoszenia ich latami z parafii do parafii lub/i z kraju do kraju, który to przerażający i naganny proceder (nomen omen) pokazała ostatnio w świetnym reportażu jedna z francuskich telewizji.

Ponieważ jednak zabobonna nie jestem, a w normalnym świecie powszechnie wiadomo, że pożary oraz wypadki czasem po prostu się zdarzają i nie mają żadnej metafizycznej przyczyny, muszę wyznać, że zadziwiła mnie ta spójność i niesamowite zgranie średniowiecznego przekazu o pożarze i „znakach” lansowanego przez polityków PiS i tak wielu, nawet tych inteligentnych, klakierów tej partii w mediach.

Dlaczego nie mając raczej skłonności do teorii spiskowych stałam się podejrzliwa? Bo tak się bowiem składa, że większość sił i środków przeznaczonych na kampanię wyborczą PiS idzie na przekierowanie uwagi opinii publicznej z merytorycznych porażających błędów rządu, jego niekompetencji, licznych afer finansowych, politycznych, strajków i niepokojów społecznych na sprawy kompletnie pozbawione realnego znaczenia, za to wykreowane w politycznych laboratoriach na użytek masowej wyobraźni i w niej tylko istniejące, jak wojna cywilizacji śmierci i cywilizacji życia czy wojna obrońców chrześcijańskich wartości ze zlaicyzowanym „Zachodem”.

Pomijam fakt, że obrońcami cywilizacji życia według tej narracji, mają być prawicowi politycy, walczący praktycznie bez przerwy z seksualnymi aferami w swoich szeregach i jak mówił w wywiadzie dla Magdy Rigamonti nieżyjący już prof. Romuald Dębski, zdarza się, że wysyłający swoje ciężarne żony na skrobanki (zawsze z tłumaczeniem, że sytuacja jest wyjątkowa), politycy instrumentalnie i cynicznie używający katolików jako mięsa wyborczego i nagminnie korumpujący instytucję Kościoła oraz idący im w sukurs biskupi chroniący księży pedofilów i tolerujący nacjonalistyczne, agresywne hasła na Jasnej Górze. A zagrożeniem dla owej cywilizacji życia mają być ludzie głoszący wartości prawdy, tolerancji, dobra i traktowania innych tak, tak jak sami chcielibyśmy być traktowani, czyli z godnością i szacunkiem.

Sam fakt, że tylu wyborców uwierzyło w tak absurdalne wymysły świadczy tylko o sile i sprawności propagandowych mechanizmów po stronie populistów i nieudolności w stosowaniu tychże po stronie rozważnego, umiarkowanego centrum. Jednak rzecz jest o wiele bardziej groźna. Jeśli stanie się tak, że wybory wygrają po raz drugi rządzący obecnie Polską zwolennicy politycznego i mentalnego marszu na wschód, do Putina i Orbana to – jestem o tym przekonana – zawieszą, a później po prostu ograniczą i tym razem już naprawdę bez ceregieli, prawa i swobody obywatelskie, dokończą dzieła zmiany ustroju politycznego kraju i pozbycia się opozycji parlamentarnej, zamkną usta niezależnym mediom i sterroryzują jeszcze bardziej całe grupy zawodowe – wszystkich, którzy będą mogli zagrozić ich totalnej władzy, uniemożliwiając nam normalne życie, jakie dotąd znaliśmy. I musicie mieć świadomość, że zrobią to wszystko właśnie pod hasłem chrystianizacji i przywracania wartości katolickich. Dobrze będzie się miała tylko kasta panów, czyli członków i zwolenników PiS, zaś niechętna i krytyczna wobec władzy reszta nie będzie mogła liczyć na żadne prawa, jak choćby prawo do sprawiedliwego bezstronnego procesu i na żadną sprawiedliwość.

O to właśnie toczy się gra, w której narzędziem jest wszystko, nawet pożar katedry Notre Dame – kolejna okazja, żeby wśród własnych wyznawców zasiać ziarnko strachu i zabobonu, wobec których myślenie zejdzie na drugi plan. Dlatego zamiast skupiać się na pojedynczych wypowiedziach i ruchach polityków oraz propagandystów władzy, radzę zawsze cofnąć się o kilka kroków i zobaczyć pełniejszy obraz, bo wtedy wydarzenia, które wydają się głupie i niezrozumiałe, jak idiotyczne proroctwa zagłady chrześcijańskiej Europy, głoszone w obliczu zwykłego losowego zdarzenia, nabierają zupełnie innego sensu. A co można zbudować na pozornie neutralnych wypadkach i wydarzeniach pokazała już przecież katastrofa lotnicza w Smoleńsku.

Zapamiętajcie: jak będą nas pozbawiać praw, to w imię przywracania wartości chrześcijańskich.

Magdalena Adamowicz (nr 2 na liście Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego) udzieliła wywiadu tygodnikowi Wprost. Zareagowała na niego posłanka Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.