Tag Archives: katastrofa smoleńska

Złom smoleński i trup Lecha Kaczyńskiego. Takie szczęście trafiło się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Z życia pasqud 10

5 Lip

„Skarga do Trybunału w Hadze zwrotu wraku Tu 154 miała być złożona w lutym 2017. Tak zapowiadał min. Waszczykowski. Ustaliłem, że skargi nie złożyli mimo, że jest gotowa. MSZ przerzuca decyzję na „Radę Ministrów”. Premier Morawiecki nic nie wie i odmawia odp. pod absurdalnymi powodami” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO publikuje pismo, które otrzymał z Kancelarii Premiera.

Brejza domagał się odpowiedzi w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej. Wcześniej poseł PO usiłował się dowiedzieć, co dzieje się ze skargą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Resort odpisał, że „trwają analizy” i odesłał Brejzę do Kancelarii Morawieckiego, twierdząc, że decyzja w tej sprawie „należy do Rady Ministrów”. Tomasz Matynia z Centrum Informacyjnego Rządu stwierdził, że KPRM „nie posiada wnioskowanych informacji”.

„Ciekawe, jaki byłby do tego komentarz „szeregowego posła” – czyżby starania o odzyskanie wraku były poza jego punktem zainteresowań?”; – „Stara dobra sowiecka spychologia… od razu widać skąd biorą wzorce”; – „Nigdy im nie zależało na wyjaśnieniu, nie chodzi o to, by złapać króliczka, lecz by go gonić. I podkręcać atmosferę wokół katastrofy” – komentowali internauci. – „Prawdomówni z PiS!” – podsumował prof. Leszek Balcerowicz.

Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera Donalda Tuska, został 13 czerwca skazany na karę 10 miesięcy więzienia za to, że dopuścił do lądowania samolotu rządowego na lotnisku w Smoleńsku. Rozprawa sądowa odbyła się na wniosek części rodzin smoleńskich, które nie przyjęły do wiadomości, że wcześniej Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga prawomocnie umorzyła śledztwo w sprawie organizacji lotów premiera i prezydenta do Smoleńska.

Wątpliwe, aby wyrok sądowy był dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza satysfakcjonujący. Tym bardziej, że i podczas rozprawy, i w ustnym uzasadnieniu wyroku jest mowa o katastrofie, co podważa hipotezę o zamachu. Mało tego. Sąd wskazał również na współwinnych. To Kancelaria Prezydenta, a także 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego.

Przypomnijmy, że był to czas zimnej wojny pomiędzy rządem a prezydentem, który właśnie w Smoleńsku miał zainaugurować swoją kampanię prezydencką. Obie kancelarie nie współpracowały ze sobą i w przypadku wizyty Lecha Kaczyńskiego, jej organizacji podjęli się jego ludzie, a Arabski, jak twierdzi, przystał tylko na prośbę prezydenta i udostępnił tego dnia samolot na wyjazd. Z tego też powodu ani on ani urzędnicy KPRM nie czuli się kompetentni, aby ustalać status lotniska w Smoleńsku, pozostawiając tę kwestię w rękach urzędników Kancelarii Prezydenta i 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Wydaje się pewnym, że w ówczesnych realiach, jakakolwiek ingerencja Arabskiego w organizację tej wizyty, uznana byłaby za niepożądaną.

Podczas procesu okazało się, że ludzie Sasina wiedzieli, w jakim stanie jest lotnisko w Smoleńsku. Maciej J., członek grupy organizującej wizytę prezydenta, wiedział, że lotnisko jest zamknięte, a Rosjanie, idąc na rękę stronie polskiej, zobowiązali się przysłać ludzi do obsługi i sprzęt, by można było jednak z tego lotniska skorzystać. Przyznał przed sądem, że poprosił Dariusza Jankowskiego z Kancelarii Prezydenta o sprawdzenie lotniska, ale nie wie, czy cokolwiek w tej sprawie zrobiono.

Zeznający w procesie inni urzędnicy Kancelarii Prezydenta (Marcin W., Kazimierz K. i Maciej J.) przyznali, że wybrano lotnisko w Smoleńsku, bo było najbliżej, a wcześniej lądowały na nim delegacje polskie, m. in.  z prezydentem Kwaśniewskim na czele, więc logistycznie była to najkorzystniejsza opcja.

Jedyną osobą z otoczenia Lecha Kaczyńskiego, który idzie w zaparte i powtarza wciąż, że nie miał pojęcia, jakie były warunki na nieczynnym od dłuższego czasu lotnisku w Smoleńsku, jest Jacek Sasin. Wydaje się to nieprawdopodobne. Szef Kancelarii Prezydenta nic nie wiedział? Nie wierzę! Wydaje mi się, że jeśli Tomasz Arabski został uznany winnym za niedopełnienie obowiązków, to kto jak kto, ale właśnie Sasin powinien również odpowiedzieć przed sądem i zostać ukarany za niedbalstwo i ignorancję. W czasie, gdy obie kancelarie ze sobą nie współpracowały, to on ponosi winę za niedopatrzenie i fatalną organizację wyjazdu, również i samego lotu do Smoleńska. A tymczasem, jeden ma wyrok, a drugi wciąż siedzi w polityce i nie ma sobie nic do zarzucenia.

Tę szokującą opinię wygłosił warszawski radny PiS Filip Frąckowiak podczas dyskusji nad przyjęciem uchwały w sprawie kryzysu klimatycznego. Napisano w niej m.in.: – „Rada Warszawy wyraża najwyższe zaniepokojenie pogłębiającym się globalnym kryzysem klimatycznym. Apelujemy do Rady Ministrów oraz Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej o przyjęcie uchwał w sprawie ogłoszenia klimatycznego stanu wyjątkowego, a także natychmiastowe podjęcie zdecydowanych działań mających na celu radykalne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w Polsce”.

A Frąckowiak bagatelizował problem. – „Czy jak ograniczymy emisję dwutlenku węgla, to zrobi się chłodniej? Grad będzie mniejszy? Z mojego punktu widzenia dla Polski jest korzystne, żeby było cieplej. Skoro nie chcemy używać paliw kopalnianych, to należy pomyśleć, że mniej ich będziemy używać, jeśli będzie cieplej” – stwierdził radny PiS.

Oczywiście, nie przekonały go argumenty radnego Koalicji Obywatelskiej Marka Szolca. – „Zmiany spowodowane przez ludzi zagrażają przetrwaniu świata, jaki znamy. Domagam się powagi w podejściu do spraw klimatu od rządu kraju, w którym żyję i płacę podatki. Ja, 27-latek, będę płacił rachunki, które wystawiają mi 50–60-letni urzędnicy z Ministerstwa Energii, podejmujący m.in. decyzję o budowie nierentownego i szkodliwego bloku węglowego w elektrowni w Ostrołęce” – powiedział Szolc.

„To już jest ostatni moment na działanie. Już teraz w czasie upałów śmiertelność w Warszawie zwiększa się o 30 proc. Jeśli nie chcecie słuchać głosu młodych, posłuchajcie naukowców” – dodał Tytus Kiszka z Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.

Rada Warszawy głosami radnych Koalicji Obywatelskiej przyjęła uchwałę. Radni PiS wstrzymali się od głosu.

Frąckowiak w poprzedniej kadencji – przy okazji zmian nazw ulic – „zasłynął” stwierdzeniem, że jeden z najbardziej znanych utworów Johna Lennona „Imagine”… jest manifestem komunistycznym. Według radnego PiS powinno się więc eks-Beatlesa zdekomunizować”.

Dzięki nieustępliwej postawie premiera i PiS w kwestii „klimatycznej neutralności” staliśmy się oto państwem o randze co najmniej… Korei Północnej!

Po gospodarce i polityce historycznej także i polska dyplomacja zrobiła, co pan prezes obiecał. Po trzech dekadach wysługiwania się Brukseli nareszcie wstała z kolan! Po odkryciu San Escobar, po spektakularnym sukcesie negocjacyjnym premier Szydło (27:1) i „uwaleniu” francuskich Caracali, teraz udało się pogrążyć kandydaturę Fransa Timmermansa na szefa KE. I to się nazywa skuteczność!

Po raz kolejny dowiedliśmy w ten sposób, że jesteśmy ważnym graczem w unijnej polityce i wszyscy muszą się z nami liczyć. Już nikt nigdy nie poważy się traktować naszych emisariuszy w Brukseli jak ubogich krewnych, co to powinni wykorzystać swoją szansę, żeby „siedzieć cicho”. Niedoczekanie!

Sukces jest taki trochę połowiczny, bo Timmermans nie został wprawdzie szefem Komisji, ale zachował w niej dotychczasowe stanowisko. Natomiast nominalna przewodnicząca na polityce unijnej zna się słabo, więc – o paradoksie – pozycja największego europejskiego „PiSożercy” jeszcze się umocniła. Niemniej premier Morawiecki dotrzymał słowa.

Ale Timmermans to tylko drobny wątek w paśmie najnowszych sukcesów naszej dyplomacji i – osobiście – premiera. Bo dzięki jego i jego obozu nieustępliwej postawie w kwestii „klimatycznej neutralności” staliśmy się oto państwem o randze co najmniej… Korei Północnej! Teraz wszyscy będą się musieli z nami liczyć, ponieważ… też mamy bombę! Nie atomową wprawdzie, ale jeszcze bardziej zaawansowaną technologicznie, bo pierwszą na świecie bombę klimatyczną – smogową mianowicie. I nie zawahamy się jej użyć. Poza tym nasz arsenał jest jak najbardziej wiarygodny.

Kim Dzong Un może sobie tylko straszyć naciśnięciem atomowego guzika. My natomiast już teraz codziennie demonstrujemy możliwości naszej broni masowego rażenia, a to za sprawą takiej – na przykład – Elektrowni Bełchatów. Teraz szanować nas będą wszyscy, a już zwłaszcza najbliżsi sąsiedzi. Jeśli nie chcą ciężko chorować i przedwcześnie umierać dziesiątkami tysięcy na raka i choroby krążenia, muszą po pierwsze – liczyć się z nami i naszymi opiniami. A po drugie – liczyć kasę na dobrowolną likwidację naszego arsenału.

Już nie będą nam dłużej wygrażać obcięciem dotacji „za praworządność”. I tak muszą zapłacić. Bo jak nie, to… już wkrótce w Berlinie, Paryżu i Brukseli powietrze zrobi się ciężkie jak w Opocznie, Nowej Rudzie, Rybniku, Kościerzynie i innych miastach i gminach z rankingu najbardziej zatrutych okolic Europy. Atmosfera już robi się gęsta, więc nie ma co straszyć nas obcinaniem funduszy. Bo owszem – możemy się zgodzić na tę ich „neutralność klimatyczną”, ale nie za darmo przecież. Będą dotacje, to może zmniejszymy import węgla z Donbasu o parę ton. I zgodzimy się postawić ze trzy wiatraki.

Może Kim łamać wszystkie standardy, mieć za nic oburzenie reszty świata swoją polityką i jeszcze domagać się kasy? Może. Bo ma bombę. Więc może i prezes (a w jego imieniu premier Morawiecki). Że to szantaż? Eeee, zaraz takie nieprzyjemne określenia. To tylko mocny argument w negocjacjach. I silna pozycja przetargowa. Tak się po prostu robi politykę.

Pamiętacie motto pana Wołodyjowskiego? „Jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”! Pana Michała się bali, choć był małego wzrostu i słabowity, czyli – jak wówczas mawiano – nikczemnej postury. Takie już prawo natury, że „nikczemna postura” wymaga kompensacji. No więc mamy wreszcie tę bombę i teraz wszyscy muszą nas traktować z szacunkiem! Jeśli więc do tej pory świat nie wiedział, Kim jest pan prezes i jego premier Morawiecki, to teraz już wie, że na pewno nie byle Kim.

Reklamy

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Pisowcy popuszczają po butach, szykuje się wyborczy wpieprz

10 Maj

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże nie są wiarygodne dla Beaty Mazurek. „Ten »wzrost« poparcia dla KE musi mieć mocne podstawy. Prawdopodobnie jest to wynik blamażu Jażdżewskiego i Tuska oraz brutalnego ataku na Kościół i wizerunek Matki Bożej. Pewnie Cimoszewicz odjeżdżając z miejsca wypadku dołożył swoje. Śmieszny sondaż” – napisała w swoim stylu polityczka.

Kontrowersyjny post Mazurek skrytykowany został przez internautów. Rzeczniczce rządu odpisał m.in. Krzysztof Bukiel, lekarz i przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Lekarzy. „A może to, że »polski pacjent« umiera w kolejkach do leczenia, a pieniądze publiczne szerokim strumieniem płyną na wszystko inne, tylko nie na zdrowie?” – napisał pochodzący ze Szczecina doktor.

Dzisiejsza okładka „Super Expressu” wywołała niemałe emocje. Przypomnij, że na okładce tabloidu umieszczono napis „Morawiecki adoptował dwoje dzieci” i zdjęcie przedstawiające premiera wraz z dwójką pociech.

Informacje podane przez dziennik mają pochodzić z książki „Delfin” autorstwa Jakuba i Piotra Gajdzińskich.

„Super Express” został mocno skrytykowany przez przedstawicieli innych mediów oraz polityków wszystkich opcji politycznych. Zdaniem dziennikarzy portalu natemat.pl sprawa może być jednak polityczną ustawką.

Redakcja internetowego portalu miała dotrzeć do jednego z polityków PiS, który stwierdził, że treść okładki dzisiejszego numer „SE” została uzgodniona z głównym zainteresowanym.

Sytuacja wzbudziła również reakcje ze strony innych dziennikarzy. „Pan Dworczyk udaje, że nie wie, iż sprawę rozdmuchał tabloid? Notabene bardzo przychylny obozowi władzy? O adopcji pisała w 2016 »Gazeta Wyborcza«, trudno więc mówić o naruszeniu jakiejś wielkiej tajemnicy. Czy to uprawdopodobnia tezę o PR-owej zagrywce? Jak uważacie?” – zapytała na swoim Twitterze dziennikarka telewizyjna Hanna Lis.

Także publicysta „Gazety Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skomentował zamieszanie. „W sierpniu 2016 r. w obszernej sylwetce @MorawieckiM autorstwa Witolda Gadomskiego pisaliśmy o adoptowanym dziecku premiera. Nie przypominam sobie, by zamieszczenie tej informacji wywołało jakąkolwiek negatywną reakcję” – stwierdził Wieliński.

Liczni internauci wskazują, że tabloid częściowo utrzymuje się z reklam Skarbu Państwa i od dłuższego czasu jest powiązany z PiS-em. Krytycy wskazują, że gazeta zwyczajnie nie odważyłaby się na taką publikację bez zezwolenia z góry.

W jutrzejszym numerze „SE” ma ukazać się wywiad z szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michałem Dworczykiem. Część wywiadu udostępniona została na Twitterze przez Grzegorza Zasępę, redaktora naczelnego bulwarówki. Dworczyk w swoich wypowiedziach nie zaatakował dziennikarzy odpowiedzialnych za dzisiejsze wydanie „SE”, oberwało się za to autorom książki „Delfin”… Czy ta sprawa faktycznie ma drugie dno?

„Z dużym zaniepokojeniem zauważyliśmy wczoraj na stronach sejmowych projekt ustawy o budowie Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. W naszej ocenie, w ocenie władz miasta Gdańska, jest to kolejna próba przejęcia Westerplatte dla celów bardzo jasno określonych, dla celów politycznych” – mówi na filmiku dodanym przez siebie na Twitterze Aleksandra Dulkiewicz.

„Złożyła ten projekt grupa posłów na czele z posłem Kazimierzem Smolińskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości z województwa pomorskiego. Nie wiemy oczywiście, jaka będzie droga Sejmowa tego projektu ustawy. Natomiast dzisiaj ja jako prezydent miasta Gdańska mogę wyrazić głębokie zaniepokojone, że tylnymi drzwiami, skróconą ścieżką legislacyjną prowadzoną przez grupę posłów, próbuje się zabrać gdańszczankom, gdańszczanom, Polkom i Polakom Westerplatte pod określone cele polityczne” – kontynuuje prezydent Gdańska.

Inicjatywa posłów PiS to kolejna już próba zmierzająca do zawłaszczenia historii Trójmiasta. Obecne działania partii rządzącej poprzedziły już propagandowe manewry prowadzone wokół Muzeum II Wojny Światowej oraz Placu „Solidarności”.

Opisywany przez Dulkiewicz projekt ma zakończyć się budową na Westerplatte punktu należącego do pisowskiego Muzeum II Wojny Światowej.

„Pomimo 79 lat, jakie upłynęły od pierwszych strzałów oddanych z pokładu niemieckiego okrętu Schleswig-Holstein do polskich żołnierzy stacjonujących w Wojskowej Składnicy Tranzytowej, Westerplatte nie zostało zagospodarowane w sposób adekwatny do swojej ogólnonarodowej rangi oraz międzynarodowego znaczenia” – czytamy na łamach projektu ustawy „O inwestycjach w zakresie budowy Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 – Oddziału Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”.

>>>

Po nabożeństwie z okazji kolejnej miesięcznicy smoleńskiej i uroczystym złożeniu kwiatów u stóp pomnika ofiar tej tragedii, na pl. Piłsudskiego w Warszawie, na monument wspiął się mężczyzna pragnący rozwinąć na szczycie transparent i krzyknął w stronę Kaczyńskiego: „Kiedy wreszcie skończysz tę szopkę? Dziewięć lat, kiedy przestaniesz oszukiwać ludzi; gdzie jest wrak?”

Arkadiusz Sz. działacz organizacji Obywatele Solidarni w Akcji (OSA), został zatrzymany przez policję.

Jak ustalił FAKT24 wcześniej organizował on „kontrmiesięcznice” smoleńskie w proteście przeciw wykorzystywaniu katastrofy do celów politycznych.

Przypomnijmy: 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154 wiozącego delegację na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka, najwyżsi dowódcy wojska i ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski.

Filozof prof. Tadeusz Gadacz odniósł się do zatrzymania przez policję Elżbiety Podleśnej za przerobienie obrazu Matki Boskiej (kobieta domalowała tęczową aureolę).

Morawiecki, certyfikowany kłamca, w sprawie odzyskania tupolewa, w której nic nie zrobił

9 Maj

Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie – ocenia prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków – mówi o zatrzymaniu Elżbiety Podleśnej

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie nad ranem Elżbiety Podleśnej za rozwieszenie plakatów z wizerunkiem Matki Boskiej z aureolą w kolorach tęczy nie jest nadgorliwością władzy?

JADWIGA STANISZKIS: To było absurdalne. Sama byłam niejeden raz aresztowana o 6 rano w czasach komuny i wiem, co się wtedy czuje. Nie widzę żadnej złej woli w tej tęczowej aureoli Matki Boskiej, nie widzę tu też profanacji. Dla mnie wyobrażenie takiej aureoli może nie jest do końca prawidłowe, ale oddaje na pewno silne uczucia. To zostało na wyrost skojarzone z seksualnymi odmiennościami jako symbol homoseksualizmu i LGBT, ale dla mnie to jest absurdalne.

Część osób z obozu władzy tłumaczy, że zostały obrażone ich uczucia religijne.
Ja tego nie rozumiem, może dlatego, że jestem bardziej odporna, bo mam swoje lata, przeżyłam komunizm i

trudno poczuć mi się wewnętrznie obrażoną przez coś takiego. Pewnie też dlatego, że sama wielokrotnie byłam obrażana.

Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków.

Czy ta nadgorliwość policji i szefa MSWiA może być pokłosiem wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”?
Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie.

On ciągle żyje w przekonaniu, że śmierć jego brata była czyjąś winą. To bardzo niebezpieczne, gdy osoba z kręgów władzy żyje w takim przeświadczeniu, bo to potem rodzi takie absurdalne słowa i zachowania.

Jak ocenia pani wystąpienie Donalda Tuska na UW?
Nie słuchałam go w całości, ale z tego, co widziałam na początku, to wystąpienie nie było uniwersyteckim wykładem. Sama pracowałam na UW i uważam, że wystąpienia w Auditorium Maximum powinny być raczej naukowe. Osobiście nie spodziewałam się, że ogłosi swój start w wyborach prezydenckich, chociaż myślę, że w nich wystartuje.

Jak ocenia pani słowa Jarosława Kaczyńskiego o reparacjach wojennych od Niemiec? To powrót do ostrej kampanijnej retoryki?
Nie wiem, jak to wygląda ze strony prawnej, czy w ogóle ubieganie się o takie reparacje byłoby możliwe. Oczywiście jest to szukanie na oślep jakichś argumentów, które miałyby sprzyjać kolejnemu zwycięstwu PiS-u.

Prawdą jest, że Polska była kompletnie zniszczona po wojnie. Ja pamiętam tamte czasy, bo urodziłam się w 1942 roku. Po wojnie zamieszkaliśmy w Gdańsku i pamiętam to morze ruin, natomiast nie wiem, czy w tym momencie sięganie po takie argumenty jest właściwe. Rozumiem, że

w kampanii wyborczej partie odwołują się do różnych spraw, a czasem próbują grać na najniższych instynktach.

To świadczy o tym, że kampania weszła w decydującą fazę?
Myślę, że ta kampania i wybory majowe to taka próba generalna, ale oczywiście widać ten moment wtłaczania argumentów wspierających własną stronę. Dla mnie to już jest męczące, bo w dużej części to powtarzanie starych banałów. Tymczasem sytuacja globalna jest tak skomplikowana, podobnie jak sytuacja Polski, że dobrze by było, gdyby w kampanii mówiono innym językiem i o innych sprawach.

Te ogromne środki, które przez rząd są rozdawane i wydawane, powinny zostać przeniesione na edukację i inwestycje, żeby tworzyć nowe miejsca pracy w nowych technologiach, podnieść poziom społeczeństwa. Tymczasem mamy powtórkę z tego, co już było, a kampanią rządzą indywidualne ambicje. Ci, którzy już są na stanowiskach, mówią o pieniądzach, które zarabia się w Parlamencie Europejskim, zamiast o sprawach, które są istotne. Dla mnie to żenujące.

Za nami kolejny dzień matur. Decyzja o zawieszeniu strajku przez nauczycieli była słuszna?
Myślę, że ze względu na uczniów i maturę to była dobra decyzja. Inaczej uczniowie straciliby cały rok. Moim zdaniem nauczyciele są jednym z najbardziej odpowiedzialnych środowisk i zawodów i pokazali, że rozumieją interesy swoich uczniów, a także, że są gotowi je realizować nawet kosztem własnych potrzeb.

Co do postawy rządu Morawieckiego, to uważam ją po prostu za nieprzyzwoitą.

Rząd PiS-u przy ich pięknych hasłach wyborczych i jednocześnie brutalnej polityce, którą prowadzi wobec takich środowisk jak nauczycielskie, jest nie do przyjęcia. A pamiętajmy, że to przecież nie tylko nauczyciele zostali w ten sposób potraktowani. Przyznam, że już nie mam siły angażować się w kolejną walkę, ale to, co się dzieje, jest poniżej jakiejkolwiek normy.

Sama brałam udział w strajku w Stoczni i pamiętam, jak to wyglądało, pamiętam też strach i poczucie zagrożenia, ryzyka w imię wolności i godności. Myślę, że ludzie nie rozumieją do końca, o co chodzi nauczycielom, i myślą, że chodzi tylko o kwestie finansowe. Nauczyciele też sami nie wytłumaczyli dokładnie, o co im chodzi w tym strajku, mówiono tylko o podwyżkach, pensum itd., a to błąd. Powinni mówić więcej o poziomie edukacji i w ogóle o kwestii nauczania jako głównej szansy Polski, która jest kluczowa dla przyszłości.

Czy protest, który rozpocznie się na nowo we wrześniu, może być kłopotem dla PiS-u w kontekście jesiennych wyborów? Teraz obeszło się praktycznie bez konsekwencji dla rządzących.
To może być problem, szczególnie jeżeli nauczyciele przedstawią ogólną diagnozę, jakie są perspektywy Polski i jak ważna jest edukacja. Także jak ciężka jest ich praca, bo przecież lekcje to jedno, a przygotowywanie się w domu do nich to drugie tyle.

To też jest rola mediów, które sprowadziły w dużej mierze ten strajk do kwestii płacowych.

Szczególnie w mediach publicznych nauczyciele byli przedstawiani jako nieroby, którzy mają dwa miesiące wakacji.
Ja sama, gdy została wyrzucona w 1968 roku z Uniwersytetu, pracowałam przez jakiś czas w liceum pielęgniarskim na warszawskim Solcu nad Wisłą i pamiętam, że był to nawet większy wysiłek, niż wyspecjalizowane wykłady na wydziale socjologii, gdzie wcześniej pracowałam. Praca nauczyciela jest naprawdę bardzo ciężka i ludzie tego nie doceniają.

„Wszyscy pójdziecie do pierdla” – tymi słowami artysta zwrócił się do kilkunastotysięcznej widowni festiwalowej zapowiadając swój utwór. „Ja go zanucę, a Wy go zaśpiewajcie” – powiedział artysta.

Kilkanaście tysięcy gardeł poniosło pieśń żwawo, rześko i melodyjnie. Był rok 1993, festiwal w Jarocinie, artystą był Paweł Kukiz wówczas z zespołem Piersi, a utwór nosił tytuł „ZChN zbliża się”. Wstęp Pawła nie był od czapy, tylko miał swój sens. Otóż Paweł wraz ze swoim zespołem otrzymał zakaz wykonywania publicznie tego utworu. Wystąpili z tym do sądu Posłowie ZChN – i taki wyrok zapadł. Kuriozalny dla mnie i dla wielu artystów. Zapachniało powrotem cenzury. Nikt nie wiedział, czym to się może w tamtym czasie skończyć. Zespół pozwalał więc sobie na takie wybiegi, a nawet szedł dalej i w moim programie „Róbta, co chceta” o tym zakazie mówił przebrany w stroje pożyczone z zakładu karnego.

Dla młodych czytelników wyjaśnienie – ZChN to skrót nazwy partii – Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, a piosenka, mówiąc najkrócej, opowiada o przygodach księdza proboszcza objeżdżającego swoich wiernych po kolędzie. Śpiewana była na melodię tradycyjnej pieśni kościelnej i istotnie, publiczność nie miała trudności aby ją zanucić, a tym bardziej zaśpiewać. W tamtym czasie piosenka była mega popularna, czego dowodem było wykonanie przez publiczność w Jarocinie. Nie był to jedyny przypadek, kiedy posłowie partii ZChN publicznie, czyli na sali Sejmu RP, podejmowali temat cenzurowania dokonań artystów, którzy – jak wiemy – w systemie demokratycznym i wolnościowym uwielbiają wszelkiego rodzaju prowokacje i wyzwania. Ze swojej natury chcą pobudzać, budzić emocje, a czasem chcą gorszyć, prowokować, bulwersować, a granica między profanacją a obrazą bywa bardzo cienka. Istotą takiej sztuki jest to, że jest to artysta i jego dzieło, którego odbiór to nasza wolna wola – możemy nie brać go pod uwagę, nie oglądać, nie korzystać z tego przekazu. Można zamknąć książkę, wyłączyć telewizor, nie iść do kina, nie patrzeć, nie słuchać.

Dzieło Pani Elżbiety Podleśnej, czyli nadrukowany na kartce papieru wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w formie kolorowej tęczy, jest fantastycznym przykładem przekazu artystycznego. Jest to dalszy ciąg podobnych dzieł, jakie powstawały na przestrzeni wieków, motywowanych treściami religijnymi. Zachwycająca tęcza w „Sądzie Ostatecznym” Memlinga była dla mnie, urodzonego w Gdańsku i oglądającego ten obraz w Kościele Mariackim, nieprawdopodobnym przeżyciem. Sama istota tęczy, którą od dziecka kojarzę ze słodyczami i najpiękniejszymi ilustracjami z dziecinnych lektur, to absolutna doskonałość, której zasad uczyli mnie moi nauczyciele wychowania plastycznego w szkole podstawowej.

Z jakim zdziwieniem wiele, wiele lat temu zauważyłem, że znana mojemu pokoleniu, a założona jeszcze przed wojną, Spółdzielnia Spożywców Społem jako swój znak firmowy ma kolory tęczy! Wizerunek Matki Boskiej z tęczą, w którym to wizerunku artysta nie dodał żadnej nazwy, żadnego znaku, żadnej dodatkowej legendy, jak to czytać i interpretować, jest esencją kultury sztuki, która otwiera nam nieprawdopodobną ilość ścieżek dla własnego rozumienia przekazu. Obraz „Jan Sobieski pod Wiedniem” Jana Matejki znajdujący się w Muzeum Watykańskim czytamy i jednoznacznie, i jednokierunkowo. Nota bene – tu także występuje tęcza! Od lewa do prawa. Najlepsze dzieła to te, które nie próbują stawiać kropki nad „i”. I z takim dziełem mamy tu do czynienia. Dziełem, które – moim zdaniem – także pozwala na interpretacje związane z mówieniem o obrazie katolicyzmu. Dla mnie dzieło to mówi o nieskończonej miłości do Świata Bożego, który roztacza się pod naszym niebem.

Za to z pewnością to dzieło Elżbiety Podleśnej nie może być wytłumaczeniem do pukania do drzwi artysty o 6 rano, aby zabrać na przesłuchanie celem postawienia jakichś zarzutów. Nigdy, nigdy, przenigdy takie zdarzenie nie będzie miało żadnego sensowego uzasadnienia, więc abstrahując od oceny artystycznej dzieła, o której w wolnym kraju możemy debatować – nie możemy zgadzać się na takie zachowania polskiej policji. Zwłaszcza my, artyści, twórcy, dziennikarze, bo 6 rano to nie pora, aby w sprawie sztuki budziło nas policyjne pukanie.

Dziękuję wszystkim artystom, którzy wspierają nasze fundacyjne działania. Dziękuję wszystkim artystom, którzy będą z nami na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, gdzie sztuka nie ma granic, gdzie w atmosferze dyskusji, tolerancji i wzajemnego poszanowania spotykamy się z ogromną ilością artystycznych przeżyć. Na końcu powodują one, że w naszych sercach rodzi się nie tylko znajomość, ale także przyjaźń do sztuki, która nie musi być akceptowana, ale która musi być wolna!

 

Największy problem z szumem wokół Leszka Jażdżewskiego polega na tym, że on nic szczególnego nie powiedział. Nie była to wypowiedź ani obraźliwa, ani cyniczna, ani oszczercza, ani kłamliwa. A takich jest przecież mnóstwo.

Reakcja na jego mowę pokazuje jak daleko zaszła nasza autocenzura i strach przed wolną myślą, w jak bardzo nienormalnych czasach żyjemy: gdzie zwykła szczerość jest skandalem a uczciwość intelektualna – aktem heroizmu.

Jeszcze rozumiem potępienie Schetyny, który jest politykiem strachliwym i bez wyobraźni (obecnie potwornie boi się utracić kościółkowy PSL) ale zachowanie Moniki Olejnik, która pokornieje przy Bieleniu, zachwyca się Giertychem i atakuje (jak przekupa) Jażdżewskiego – jest absolutnym skandalem. Nie pamiętam jej tak agresywnej przy bonzach PiSu. Może pora by zmieniła stację? W ekipie Kurskiego z pewnością nie musiała by zapraszać młodych intelektualistów…

>>>

W ogóle coś się niedobrego dzieje ze stacją TVN, płynie w kierunku Polsatu a Polsat już się wita z gąską to znaczy z kaczką. Źle się dzieje!.

Eksperci Edukacyjnego Laboratorium Mediów Społecznościowych z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie sporządzili raport o TVP w 2017 r. Przeanalizowali m.in. programy informacyjne z dni 10-16 lutego 2017. Dokument zamówiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, za co zapłaciła 79,5 tys. zł – informuje Gazeta Wyborcza i podaje, że przez półtora roku     odmawiała dziennikowi dostępu do tego dokumentu.

Choć to niezgodne z literą prawa, trudno się temu dziwić. Raport, mówi bowiem wręcz: „Kiedy ogląda się telewizję publiczną, można odnieść wrażenie, że Polska to kraj monopartyjny”- ujawnia Gazeta Wyborcza.

„Zbyt jednostronne informacje polityczne i gospodarcze, brak krytycznego podejścia do prezentowanych treści, brak pluralizmu i bezstronności” – to zarzuty wobec „Wiadomości” TVP nadawanych o godz. 19.30.

Naukowcy zwracają uwagę na pojawiające się materiały „o charakterze propagandowym – wychwalające sukcesy rządu”, a także „przewagę setek wypowiedzi dziennikarzy oraz publicystów kojarzonych z opcją rządzącą czy prawicą”.

Jak czytamy w „Wyborczej”, wśród walorów „Wiadomości” wymieniono m.in. aktualne informacje, większość materiałów własnych czy dobre tempo audycji i poprawny język. Oceniając warsztat poszczególnych dziennikarzy zaznaczają, że np. Michał Adamczyk „od czasu do czasu za mocno akcentuje niektóre słowa, szczególnie w materiałach krytykujących opozycję”, a Danuta Holecka używa „pojedynczych zwrotów nacechowanych i wartościujących”

Tak samo źle wypada w raporcie naukowców „Teleexpress”, w którym autorzy dostrzegli „miażdżącą przewagę jednej opcji politycznej – partii rządzącej PiS”.

Pisowski senator Bierecki chce, aby PiS stało się jak NSDAP

11 Kwi

Polityka dzielenia społeczeństwa i nastawiania jednych przeciwko drugim nie jest w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości żadną nowością. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że do postawienia silnego akcentu w tej kwestii dojdzie akurat w czasie kampanii wyborczej, w której to zwykle partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje grać o wyborców centrum, a sam lider partii nakłada maskę “miłego wujka”, który łączy, a nie dzieli.

Tym razem w roli głównej wystąpił jednak nie naczelnik z Żoliborza, tylko szara eminencja Prawa i Sprawiedliwości, twórca SKOK-ów i senator PiS Grzegorz Bierecki, który wziął udział w obchodach 9. rocznicy katastrofy w Smoleńsku w Białej Podlaskiej.

– Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej – powiedział.

Słowa niewątpliwie skandaliczne, jednak wpisujące się w retorykę nienawiści do przeciwników politycznych, uznające osoby nie popierające partii rządzącej, jako gorsze i pozbawione pewnych praw, które przysługują wyłącznie “prawdziwym Polakom” na modłę Prawa i Sprawiedliwości. 

Warto zauważyć, że w tym samym czasie, gdy Bierecki wypowiadał swoje oburzające słowa, w Warszawie prezes Jarosław Kaczyński znów próbował przekonywać, że celem jego partii jest budowanie zwartego narodu.

– Pamiętajcie o tej tragedii. Pamiętajcie o tych, którzy zginęli, bo choć różniło ich wiele, to w tym momencie byli zjednoczeni w tym jednym celu, tak ważnym dla naszego narodu. Ale pamiętajcie także o tym, że musimy jeszcze bardzo wiele uczynić, by nasze społeczeństwo, nasz naród był zwarty, miał poczucie siły, miał poczucie znaczenia, miał poczucie wewnętrznej sprawiedliwości – powiedział Kaczyński.

Sprawa słów senatora PiS wywołała falę komentarzy na portalach społecznościowych, gdzie nie przebierano w słowach by opisać ogromne oburzenie.

Tego jeszcze nie wiadomo, na razie prezydent nadał bieg wnioskowi o ułaskawienie biznesmena – podaje RMF FM.

Procedury są takie: Prezydent przekazuje prośbę o ułaskawienie, która do niego wpłynęła, do Prokuratury Krajowej, następnie dokumenty trafiają do sądu, który w tej sprawie orzekał, a sąd wydaje opinię w sprawie wniosku. Jeśli okaże się pozytywna, zostanie przekazana prezydentowi. Jeśli negatywna, sprawie nie będzie nadany dalszy bieg.

Minister w Kancelarii Prezydenta Błażej Spychalski twierdzi, że jest to standardowa procedura i wszczęcie jej nie oznacza, że prezydent zamierza ułaskawić Marka Falentę.

Jak podaje w ogólnym informatorze Kancelaria Prezydenta RP: „Nadanie prośbie skazanego biegu (…) nie przesądza jednak o decyzji Prezydenta RP dotyczącej ułaskawienia. Prezydent – po analizie wszystkich przedstawionych dokumentów – podejmuje merytoryczną decyzję w sprawie ułaskawienia, pozytywną bądź negatywną”.

Marek Falenta w styczniu 2017 roku został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia, za zlecenie nagrywania rozmów polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach. Obecnie przebywa w Walencji w Hiszpanii, gdzie został zatrzymany.  Na początku lutego nie stawił się w zakładzie karnym i był poszukiwany przez policję od prawie dwóch miesięcy.

Polskie władze zwrócą się o przekazanie biznesmena do Polski, aby tu odbył karę pozbawienia wolności.

Nauczyciele ze szkoły, w której uczyła Pierwsza Dama, piszą gorzki list otwarty. II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie jest jedną ze szkół, która bierze udział w strajku. Nauczyciele piszą w mocnych słowach o wstydzie za postawę Pierwszej Damy. – W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby – piszą nauczyciele.

Nauczyciele z II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie w liście otwartym do Agaty Kornhauser-Dudy zarzucają jej, że jako Pierwsza Dama nie okazuje solidarności ze strajkującymi. Nauczyciele z krakowskiego liceum piszą o rozczarowaniu i żalu do dawnej koleżanki. Przekonują także, że ich list nie jest inspirowany przez żadne środowiska zewnętrzne.

List na swoich stronach opublikowało Radio Kraków.

„List otwarty do Koleżanki, Pierwszej Damy, Pani Agaty Kornhauser-Dudy.

Zwracamy się do Ciebie, pragnąc wyrazić nasz żal, rozczarowanie i narastający gniew. Decyzja o rozpoczęciu strajku w dniu 8 kwietnia 2019 r. w II Liceum Ogólnokształcącym im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie nie była dla nas łatwa.

Przez długi czas mogłaś liczyć na nasze wsparcie. Cieszyliśmy się Twoim sukcesem, a nawet byliśmy dumni, że mogliśmy z Tobą pracować. Tym większe jest nasze rozgoryczenie Twoim brakiem solidaryzmu ze środowiskiem nauczycielskim, z którego się wywodzisz i do którego tak często deklarujesz swoje przywiązanie. W obliczu obecnego kryzysu, związanego nie tylko ze strajkiem nauczycieli, lecz także z całkowitym załamaniem systemu szkolnictwa, a w konsekwencji podzieleniem i skłóceniem nauczycieli, rodziców oraz uczniów, nie możemy już dłużej milczeć.

Czujemy wstyd i upokorzenie, będąc zmuszonymi do tłumaczenia się, w jaki sposób traktujesz całe środowisko nauczycielskie, a między innymi nas, swoje koleżanki i kolegów, wyrażając milczeniem aprobatę dla destrukcyjnych działań i przekłamań rządu, w obliczu największego powojennego kryzysu edukacji. Jesteśmy zbulwersowani sposobem, w jaki degradowany jest cały system szkolnictwa, tak ciężko wypracowany przez ostatnie dekady. Czy naprawdę nie czujesz potrzeby zabrania głosu w naszej obronie i przeciwstawienia się medialnej fali nienawiści uderzającej w godność zawodu nauczyciela?

Jako wieloletnia nauczycielka doskonale znasz realia szkolne, wiesz ile czasu i pracy należy poświęcić, aby być dobrym nauczycielem i sprostać oczekiwaniom uczniów i rodziców. Pamiętamy doskonale, że mając w sercu dobro szkoły umiałaś zajmować stanowisko w rozwiązywaniu problemów i bronić go rzeczowymi argumentami.

Szanowna Pierwsza Damo, nauczyciele V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie w sposób precyzyjny wypunktowali najważniejsze kwestie oświatowe, pod którymi i my się podpisujemy. Chcemy wierzyć, że nasz list i zawarte w nim emocje skłonią Panią do przemyśleń i podjęcia stosownych działań. W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby.

Chcielibyśmy też podkreślić, że nasz list nie jest inspirowany przez nikogo z zewnątrz.

„Semper fidelis” (Zawsze wierny)

Strajkujący Nauczyciele
II Liceum Ogólnokształcącego
im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie

Symboliczne kary i parasol ochronny nad prawdziwymi bohaterami seksafery, która dziś wstrząsa polską polityką.

Sprawa rzekomych sekstaśm z agencji towarzyskich na Podkarpaciu, na których nagrani mają być m.in. ważni politycy, to pokłosie tajnego śledztwa, w którym dzieją się zaskakujące rzeczy. Główny podejrzany – policjant CBŚP – został otoczony wyjątkową „opieką” i jakby nigdy nic jest dziś nadal detektywem. Z kolei Ukraińcy mający trudnić się sutenerstwem zostali skazani na zaledwie rok więzienia – ustaliła „Rzeczpospolita”. To wszystko zdumiewa – dlatego konieczne jest pełne wyjaśnienie wszystkich faktów w tej sprawie.

Skala ma być szokująca – według nieoficjalnych informacji jest 4 tys. nagrań, na których utrwalono wizyty w agencjach towarzyskich m.in. polityków, wiceministra obrony, arcybiskupa i szefa jednej z komend policji. Taśmy miały trafić na Ukrainę, a do jednej z nich dotarł były agent CBA Wojciech J. (co ujawniło Radio Zet). Teraz między nim a szefostwem CBA trwa otwarta wojna, w której obie strony przerzucają się argumentami.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że sprawy taśm – jeśli nośniki istnieją – mogą zagrażać bezpieczeństwu państwa, ale nikt tego nie bada. A prawdziwi „bohaterowie” seksafery – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – wychodzą z niej obronną ręką.

Cofnijmy się do lutego 2016 r., kiedy to funkcjonariusze ABW urządzili spektakularny nalot na agencje towarzyskie prowadzone przez dwóch braci Ukraińców – Aleksieja i Jewgienija R. Zatrzymali także dwóch naczelników Centralnego Biura Śledczego Policji, w tym Daniela Ś. – szefa wydziału gospodarczego.

Prowadząca wtedy śledztwo Prokuratura Okręgowa w Krakowie ujawniła, że Daniel Ś. miał przyjmować korzyści majątkowe, pomagał lub obiecywał pomoc w czerpaniu korzyści z nierządu – mówiąc wprost, miał ochraniać biznes Ukraińców.

Śledztwo szybko jednak przejął małopolski wydział ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej. Dziś nie odpowiada nam na żadne z pytań – milczy o tym, czy Daniel Ś. ma utrzymane zarzuty i czy badana jest kwestia nagrań.

A to ważne, bo właśnie z agencji braci R. miały pochodzić sekstaśmy z VIP-ami, m.in. z Podkarpacia, którzy byli klientami domów publicznych (m.in. agencji Olimp z Budziwoja i Imperium ze Świlczy).

Według wersji Wojciecha J. służby wiedzą o taśmach i, co więcej, to jemu szef CBA miał polecić zweryfikowanie krążących na ich temat informacji.

Wojciech J. twierdzi dziś, że widział jedno z 4 tys. nagrań powstałych w latach 2013–2015. Taśmę przekazał mu OZI (informator). Potwierdza to mec. Beata Bosak-Kruczek, pełnomocniczka J. – Mój klient widział nagranie. Był to oryginał. Kopia zapewne jest zabezpieczona, ale dla dobra śledztwa nie możemy udzielić żadnych informacji – twierdzi mec. Bosak-Kruczek. Dodaje, że dziewczyna miała ok. 14–15 lat. „O tym, że jest nieletnia, powiedział OZI , tj. on zwrócił uwagę na jej wiek, odtwarzając mojemu klientowi nagranie. On także poinformował, że to nagranie dotyczy posła PiS” – odpowiada nam mec. Bosak-Kruczek. Podaje również jego inicjały. J. twierdzi, że nagranie skradziono mu z sejfu w CBA.

CBA zaprzecza wersji byłego agenta. „31 sierpnia 2017 r. w obecności Wojciecha J. została otwarta szafa pancerna, w której nie było opisywanej przez byłego funkcjonariusza koperty z nagraniami” – twierdzi Temistokles Brodowski, rzecznik CBA. Podkreśla, że agent „nie informował przełożonych o tym, że wszedł w posiadanie takich informacji, jak i nośników. Nie sporządził także żadnych dokumentów na tę okoliczność. CBA zweryfikowało informacje kolportowane przez J., które okazały się kłamstwem” – stwierdza CBA.

Dziś trudno ocenić, kto ma rację. Co jest pewne?

Według naszych informacji w prokuratorskim śledztwie potwierdzono, iż bywalcami agencji towarzyskich braci R. były VIP-y z różnych kręgów – m.in. polityki i biznesu, nie tylko lokalni. Z naszych dziennikarskich ustaleń wynika, że małopolska prokuratura nie posiada jednak żadnych nagrań z agencji. Czy o nich wie i czy próbuje je odnaleźć? To całkiem prawdopodobne, że biznes kręcił się latami właśnie dzięki nagraniom, które mogły służyć do szantażu.

Prokurator prowadzący śledztwo nie zgadza się na przekazanie żadnej odpowiedzi – słyszymy w Prokuraturze Krajowej. Nam udaje się ustalić zaskakujące fakty.

Daniel Ś., były oficer CBŚP, który dostał zarzuty zagrożone karą dziesięciu lat więzienia, szybko wyszedł z aresztu. Jest obecnie prywatnym detektywem w agencji licencjonowanej przez MSWiA. Nie chce rozmawiać o sekstaśmach i swoich kłopotach z prawem. – Proszę kierować pytania do prokuratury. Śledztwo jest tajne, nie mogę ujawniać żadnych informacji – mówi nam Ś.

Według Wojciecha J. to właśnie Daniel miał stać za całym procederem nagrywania VIP-ów w przybytku braci R.

Obronną ręką ze sprawy, do której na wstępie zaangażowano nawet ABW, wychodzą inni „bohaterowie” – czyli bracia R. Jak ustaliliśmy, ich wątek wyłączono ze śledztwa i już zostali skazani. Wyrok jest prawomocny – zapadł 8 maja 2018 r. Wobec JewgienijaR. prokuratura wnioskowała o dobrowolne poddanie się karze (w przypadku Aleksieja wniosek złożył jego obrońca), a sąd się do tego przychylił. Mimo że za te przestępstwa grozi od minimum trzech (nie może być niższa) do dziesięciu lat pozbawienia wolności.

R. zostali skazani za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą czerpiącą zyski z handlu ludźmi (sutenerstwa i stręczycielstwa, zmuszanie do nierządu), a także za przekupstwo funkcjonariusza publicznego (były to m.in. darmowe usługi hotelowe). Tymczasem Aleksiej został skazany na 1,5 roku więzienia, jego brat – za udział w grupie przestępczej – na rok. Do tego m.in. grzywny (40 tys. zł i 50 tys. zł) oraz wypłaty nawiązek dla prostytutek zmuszanych do nierządu. Skąd tak niskie kary?

– Uzasadnienie wyroku ma klauzulę ściśle tajne – mówi sędzia Tomasz Kozioł, rzecznik ds. karnych Sądu Okręgowego w Tarnowie. Potwierdza, że wobec Aleksieja R. wykorzystano art. 60 par. 3 kodeksu karnego, a więc instytucję tzw. małego świadka koronnego. To przepis, który pozwala wymierzyć łagodniejszą karę temu, kto ujawni „informacje dotyczące osób uczestniczących w popełnieniu przestępstwa oraz istotne okoliczności”.

Jaką wiedzą podzielił się ze śledczymi Aleksiej R.? – Sprawa jest tajna, nie mogę wyjaśnić tych okoliczności. Powiem tylko, że w swojej wieloletniej karierze jako sędzia karny nie spotkałem się z taką sprawą jak ta. Zawiera ona wyjątkowe materiały – mówi nam sędzia Kozioł, który skazywał braci R.

Bracia R. nie trafili do więzienia – zaliczono im areszt na poczet kary, a Aleksiej wystąpił o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Nadal prowadzą biznes w Polsce (czynią to od lat 90., dotąd dorobili się hoteli). Dlaczego nie zostali wydaleni? Bo, jak ustaliła „Rzeczpospolita”, mają polskie obywatelstwo.

Pytań jest więcej. Np. dlaczego wszystko w tej sprawie – łącznie z wyrokiem – jest ściśle tajne. Tego nikt – prokuratura ani sąd – nie wyjaśnia.

Wojciech J., który wyciągnął na światło publiczne sprawę taśm, będzie musiał udowodnić, że nagrania istnieją. – Musiałby być samobójcą, żeby odpalać takie petardy, a nie mieć kopii nagrania – zaznacza nasze źródło.

PiS nie rozwiązuje problemów. PiS je zwalcza. W tej chwili zwalcza strajk nauczycieli. Kontynuuje zwalczanie niezawisłości sędziów i niezależności systemu wymiaru sprawiedliwości. Udało mu się zwalczyć Trybunał Konstytucyjny, zwalcza Komisję Europejską.

Ale to, jak zwalcza strajk nauczycieli, może być gwoździem do jego wyborczej trumny. Popełnił wszelkie możliwe błędy, poczynając od tzw. wizerunkowych, jak porady, by nauczyciele się mnożyli, to dostaną 500 zł na każde dziecko, czy ogłoszenie programu „tucznik plus” (dość niefortunne, zważywszy na to, jak już utuczył się u władzy). Czyni sobie wrogów z kolejnych grup społecznych: nauczycieli, rodziców i uczniów, czyli przyszłych wyborców – uczniowie zorganizowali we wtorek protest przed MEN, popierając postulaty nauczycieli. Rośnie lista grup zaliczanych przez PiS do „obywateli gorszego sortu”.

Nauczyciele to akurat grupa zawodowa, o którą PiS powinien dbać szczególnie, bo na szkole, realizującej narodowo-katolicki program kształcenia i wychowania, oparł ideę mentalnej przebudowy społeczeństwa. Tymczasem zamiast ich dopieszczać – potraktował gorzej niż wspomniane tuczniki, na które obiecał (co prawda nie swoje, ale zawsze) pieniądze. Teraz wygląda na to, że powtórzy się scenariusz wobec sędziów: miał ich skłonić do posłuszeństwa, mamiąc awansami, strasząc postępowaniami dyscyplinarnymi i napuszczając na nich opinię publiczną, a sprowokował ruch oporu: sędziowski i społeczny. Miał podzielić, a scementował.

Argument „brak pieniędzy” przypomina ten z protestu osób niepełnosprawnych i ich rodziców w Sejmie rok temu. Całkowicie niewiarygodny, skoro jednocześnie PiS rozdaje „prezenty Kaczyńskiego” innym grupom, na których wyborczym poparciu więcej zyska. Podobna jest też metoda rozwiązania sporu: rok temu było to zawarte pokątnie „porozumienie” z własnym organem opiniodawczo-doradczym działającym przy pełnomocniku rządu ds. osób niepełnosprawnych. Tym razem jest to porozumienie z własnym politykiem (Ryszardem Proksą) działającym w imieniu posłusznej PiS centrali związkowej.

Historia zatoczyła koło: „Solidarność” powstała w PRL jako odpowiedź na marionetkową CRZZ (Centralna Rada Związków Zawodowych), realizującą interesy PZPR. Teraz to „Solidarność” stała się CRZZ III RP.

PiS może się więc okazać grabarzem „Solidarności”. Rozbił solidarność: tę przez małe, ale też tę przez duże „S”. Posłużył się związkiem „Solidarność” jako łamistrajkiem, obnażając publicznie wasalną rolę, jaką „S” pod przewodnictwem Piotra Dudy pełni wobec rządzącej partii.

Jaki interes mają teraz w trwaniu w tym związku szeregowi członkowie? Liczyli, że „S” – dzięki bliskim relacjom z władzą polityczną – będzie skuteczniej niż inne związki realizować pracownicze postulaty. Tymczasem kierownictwo centrali „S” ponad głowami przedstawicieli strajkujących nauczycieli podpisało kwit przywieziony w teczce przez rząd. Do tej pory najliczniejszy związek zawodowy w Polsce został zredukowany do grupy związkowych bossów dysponujących majątkiem i prawami do logo „Solidarności”. Logo, które po autokompromitacji związku nie będzie już wiele warte.

Trudno się dziwić, że nauczyciele składają rezygnację z członkostwa w „Solidarności” (w Widuchowej rozwiązano nauczycielską „S”, bo po poniedziałkowym „porozumieniu” wystąpili z niej wszyscy nauczyciele).

PiS – jak PZPR w PRL – wasalizując partnerów społecznych, unieważnia mechanizmy dialogu społecznego i hoduje sobie ruch społecznego oporu. Uczynił kpinę z idei dialogu społecznego. Reklamuje się jako partia, która „słucha ludzi”, w odróżnieniu od opozycji, która słucha ponoć bliżej nieokreślonych „elit”. Tymczasem szef kancelarii premiera Michał Dworczyk przyznał w TVN24, że możliwości „dosypywania” pieniędzy do systemu oświaty się wyczerpały. Tym samym przyznał, że rozmowy na forum Rady Dialogu Społecznego – ustawowego ciała powołanego do dialogu władzy z interesariuszami społecznymi w celu „realizacji zasady partycypacji i solidarności społecznej w zakresie stosunków zatrudnienia” – były teatrem i polityczną hucpą.

PiS liczy zapewne, że przedłużający się strajk nauczycieli spowoduje zniecierpliwienie społeczne: rodzice będą mieli dość, że muszą organizować opiekę nad dziećmi. Do tego nieprzeprowadzone egzaminy, niezrealizowany program nauczania. Więc uda się jednak napuścić opinię publiczną na nauczycieli.

Zniecierpliwienie może nastąpić. Ale pojawiło się nowe zjawisko: samorząd lokalny zaczyna brać odpowiedzialność za „zagospodarowanie” uczniów. Organizuje zajęcia kulturalne i edukacyjne. To może być np. świetna okazja do edukacji obywatelskiej. I to niekoniecznie zmierzającej do sformatowania uczniów według planu PiS. Zajęcia dzieją się poza szkołami, więc nie trzeba na nie zgody politycznie podporządkowanych PiS kuratorów oświaty. Na przykład prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak prowadził zajęcia z religii w Teatrze Polskim. Razem z poznańskim imamem Youssefem Chadidem. Będą zajęcia z języka migowego, czytanie książek o Harrym Potterze i „Ślimaku Samie” – wyklętym, bo jest jednocześnie chłopcem i dziewczynką, więc ucieleśnia „gender”.

Fundacja Szkoła z Klasą przewrotnie proponuje scenariusze zajęć edukacyjnych o roli strajków w najnowszej historii Polski. Bo warto pamiętać, że strajk jest przewidzianą prawem formą rozwiązywania sporów zbiorowych pomiędzy pracownikami a pracodawcami. Dla nauczycieli pracodawcą jest państwo. A prawo nie odbiera im tej formy walki o swoje prawa.

PiS jest na najlepszej drodze do zmobilizowania przeciwko sobie kolejnych grup i struktur społecznych. Ma wmontowany gen autodestrukcji.

Tusk pogoni tałatajstwo z PiS z Morawieckim i Kaczyńskim na czele? Nie! To my tych zaprzańców wykopiemy od koryta

10 Kwi

Nie od dziś wiadomo, że Donald Tusk działa na Kaczyńskiego jak płachta na byka. Wiemy też, że Przewodniczący Rady Europejskiej jest jedyną osobą, której obawia się dziś partia rządząca, jak również sam jej prezes.

Dlatego też wystąpienie Tuska przed samymi wyborami europejskimi będzie ciosem w samo serce PiSu. Jak informuje gazeta.pl ten cios zostanie zadany na początku maja. Właśnie wtedy do Polski przyjedzie Donald Tusk i wygłosi w naszym kraju „bardzo ważne przemówienie”.

To na pewno wzbudzi niepokój w szeregach PiSu, a może nawet i wściekłość.

Jak mówi polityk z kierownictwa Platformy: „To prawda, planowane jest takie wystąpienie Donalda Tuska. Jeszcze nie wszystkie szczegóły są ustalone, planujemy domknąć temat do końca tego tygodnia. Jesteśmy w tej sprawie w stałym kontakcie z przewodniczącym Tuskiem”.

Nie wiadomo, czy Tusk zabierze głos 2 czy 3 maja, nie wiemy też gdzie, może w Łodzi, a może w Warszawie. No i o czym będzie mówił, może o znaczeniu konstytucji i państwa prawa, a może poruszy bardziej europejskie, unijne tematy. Ta druga opcja wydaje się dziś bardziej prawdopodobna.

Według Europosła Platformy: „Wystąpienie przewodniczącego ma mieć charakter silnie profrekwencyjny, przypomnieć Polakom znaczenie tych wyborów i zachęcać do wzięcia w nich udziału. Tusk będzie chciał pokazać Polakom, jak dużym zagrożeniem dla Unii Europejskiej, w tym także Polski, są aktualnie wszelkiego rodzaju populizmy, jak mocno uderzają w instytucje unijne i jak ważne jest, żeby dać im odpór”.

Wiadomo, że szczegóły tej wizyty były omawiane podczas niedawnego pobytu przewodniczącego PO Grzegorza Schetyny w Brukseli. To wtedy Internet obiegło zdjęcie obu panów siedzących przy jednym stole, które nerwowo komentowali politycy PiS, w tym Joachim Brudziński, wyśmiewając mowę ciała obu polityków. Wtedy, o tym spotkaniu, mówił Sławomir Neumann, szef klubu parlamentarnego PO: „To była dobra, ważna, kilkugodzinna rozmowa, która trochę nakreśliła ramy współpracy na przyszłość” Dziś już wiemy co miał na myśli.

Według gazety.pl: „w organizację wizyty Tuska zaangażowane są te same osoby, które w listopadzie 2018 roku przygotowywały jego udział w Igrzyskach Wolności w Łodzi”. Podczas tego wykładu Tusk powiedział: „Jeśli oni mogli pokonać bolszewików, to dlaczego wy nie mielibyście dać rady pokonać współczesnych bolszewików”.

Te słowa wywołały burzę w PiSie.  Odebrano je jako jednoznaczną aluzję wobec partii rządzącej. Wtedy przewodniczący Tusk napisał na Twitterze: „Kiedy powiedziałem, że Polacy dziś też mogą pokonać współczesnych bolszewików, wszyscy uznali, że to było o PiS. Nawet PiS tak pomyślał. A to było o bolszewikach, o nikim innym”.

Dziś wszyscy, którym PiS odebrało nadzieję na lepsze czasy, w napięciu czekają na majową wizytę Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska.

Fragment centrum miasta będzie całkowicie zablokowany. Na Trakcie Królewskim znów pojawią się metalowe barierki, a prezes Kaczyński znów stanie na drabince!

Wszystko dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość organizuje w środę w Warszawie całodzienne obchody dziewiątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Całość odbywać się będzie pod hasłem „Pokażemy, że pamiętamy!”

Mieszkańcy doskonale pamiętają te uroczystości. 96 razy partia Jarosława Kaczyńskiego organizowała pochody, które były nieodłączną częścią miesięcznic smoleńskich. Ostatni odbył się 10 kwietnia 2018.

Podobnie jak wtedy barierki otoczą teren zaplanowanych przez PiS państwowych uroczystości: od archikatedry św. Jana na Starym Mieście przez plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście do skweru księdza Jana Twardowskiego przy ul. Karowej. Wygrodzenia z metalowych parkanów pojawią się też na ulicach gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza i Królewskiej oraz na pl. Piłsudskiego.

Obchody państwowe, z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy rozpoczną się o godz. 8 mszą św. w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej. Msza odprawiona zostanie w kościele seminaryjnym pw. Wniebowzięcia NMP i św. Józefa Oblubieńca przy Krakowskim Przedmieściu. O godz. 8.41 przed Pałacem Prezydenckim odczytany będzie apel pamięci, po którym – o godz. 9.10 – uczestnicy uroczystości przejdą na plac Piłsudskiego, gdzie złożą kwiaty pod pomnikami Lecha Kaczyńskiego i Ofiar Tragedii Smoleńskiej. W godz. 9.30 – 15. przed Pałacem Prezydenckim wyświetlane będą filmy na temat katastrofy tupolewa.

Kolejna uroczysta msza św. odprawiona będzie o godz. 19 w archikatedrze św. Jana, po niej wyruszy Marsz Pamięci. Przejdzie otoczonym barierami korytarzem przed Pałac Prezydencki, gdzie o godz. 20.45 przemówią prezydent Andrzej Duda i prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Obchody dziewiątej rocznicy katastrofy przygotowuje także stołeczny ratusz. Rozpoczną się one o godz. 8.20 w kwaterze smoleńskiej na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Również w środę ulicami Warszawy przejdzie marsz z portretami ofiar katastrofy smoleńskiej organizowany przez Stowarzyszenie Solidarni 2010. Wyruszy o godz. 17 z pl. Trzech Krzyży. Przejdzie Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, skręci na plac Piłsudskiego, gdzie uczestnicy odmówią modlitwę i złożą kwiaty pod dwoma pomnikami. Następnie udadzą się przed Pałac Prezydencki, gdzie odmówią kolejną modlitwę i zapalą znicze. Marsz zakończy się na placu Zamkowym apelem pamięci pod kolumną Zygmunta.

W zawiązku z zamknięciem części Krakowskiego Przedmieścia oraz ul. Królewskiej i pl. Piłsudskiego zmienione będą trasy wielu autobusów: E-2, 102, 105, 107, 111, 116, 118, 127, 128, 166, 171, 175, 178, 195, 222, 503 i 518.

Przed laty było takie młodzieżowe powiedzonko: „Kpisz, czy o drogę pytasz?” Pasuje, jak ulał do dzisiejszej propozycji premiera Morawieckiego.

W momencie, kiedy trwa strajk nauczycieli domagających się podwyżek, związkowcy odrzucają propozycje strony rządowej, pan premier przychodzi do pisowskiej telewizji i proponuje nauczycielom „okrągły stół”. Szczegóły są jeszcze ciekawsze. Miałby on odbyć się po świętach Wielkanocnych. A co do świąt? Egzaminy! to jasne. Pan premier apeluje do nauczycieli, żeby zaangażowali się w organizację egzaminów gimnazjalnych, które rozpoczynają się w środę. Jednocześnie zaznacza stanowczo, że nie będzie dalszych ustępstw wobec pracowników oświaty.

Premier oczywiście nie krzyczał, jak Gomułka „Studenci do nauki, literaci do pióra”, ale za to w studiu telewizyjnym prezentował, jak rosły średnie płace nauczycieli dyplomowanych w latach 2017-2019. Po co to robił? No, żeby lud zobaczył jacy pazerni są ci belfrzy.

Następnie stwierdził, że: „za 2,5 roku niektórzy nauczyciele mogą zarabiać powyżej 8 tys. zł, może uda się to przyspieszyć, ale do tego potrzebujemy akceptacji naszych propozycji porozumienia przez strony związkowe”.

Podkreślił jednak stanowczo, że „możliwości budżetowe się w tym momencie skończyły”. I przekonywał: „Postulaty ZNP są wielomiliardowe, my jesteśmy rządem odpowiedzialnym za stan finansów publicznych. Chcemy w stabilny sposób przeprowadzić przez spowolnienie koniunktury nasze państwo, gospodarkę”.

Zapewnił też, że: „Na pewno nie będzie dalej idących podwyżek w tym roku. Ale mogą być w przyszłych latach w związku z tą dużą reformą i okrągłym stołem, do którego serdecznie zapraszam”.

Na tę rozmowę telewizyjną z premierem Morawieckim zareagował na Twitterze Związek Nauczycielstwa Polskiego: „Panie Premierze, od miesięcy prosimy Pana o spotkanie. Nie znalazł Pan czasu dla nauczycieli, a dzisiaj pokazuje Pan wirtualne średnie wynagrodzenia jako nasze rzekome „płace”.

Jak widać, pan premier jest zdania, że na kłamstwie też da się budować…

Prawdziwa rozmowa to chęć zobaczenia kogoś naprawdę i spotkania się z nim w pół drogi

Fakt, że nikt z nikim w Polsce nie rozmawia, a nawet nie potrafi jest rodzajem cenzury. Mniej spektakularnej i niewidocznej na pierwszy rzut oka, ale z całą pewnością cenzury. I cenzurą jest też ten wieczny pośpiech, popychanie i lekceważenie, to nieustanne zamykanie przez PiS wszystkim ust: krzykiem i lżeniem, ograniczeniem działalności sejmu, tak że stał się niemy, ograniczeniem wolności zgromadzeń, ograniczeniem działalności wolnych mediów.

Zauważyliście, że w przestrzeni publicznej nikt z nikim nie rozmawia? Jest bardzo dużo słów, dużo krzyków, obelg i demonstracyjnych gestów. Jednak porozumienie jest niemożliwe, ponieważ to nie są gesty prawdziwej komunikacji. Szczere i obliczone na porozumienie. Wszyscy mówiąc do kogoś, tak naprawdę mają swojego rozmówcę gdzieś. To co mówią jest dla słuchaczy, dla przysłuchujących się rozmowie gapiów z zewnątrz, obliczone na poklask i wywarcie odpowiedniego wrażenia. A przecież niemożliwe jest dogadać się z kimś, kto mówiąc do nas i wtedy, gdy my do niego mówimy zerka w bok, bardziej zainteresowany wrażeniem jakie wywarł na świadkach niż tym, czy rzeczywiście udało mu się dotrzeć do nas.

Rząd nie potrafi się porozumieć z nauczycielami, rolnikami czy żadną inną grupą zawodową, obraża, kłamie i szantażuje nie tylko ze złej woli, ale – tak sądzę od jakiegoś czasu – ponieważ zwyczajnie rozmawiać nie umie. Bo nikt tam nie rozumie, że rozmowa to nie jest otwieranie ust i wydobywanie z gardła dźwięków. Rozmowa to nastawienie na drugiego, na odbiór tego, co nam komunikuje, nie tylko dosłownego sensu, ale intencji i rzeczy przemycanych między słowami, zrozumienie jego prawdziwych potrzeb, uważność i szacunek.

Prawdziwa rozmowa to chęć zobaczenia kogoś naprawdę i spotkania się z nim w pół drogi.

Oczywiście bywa, że i strajkujący ludzie nie potrafią rozmawiać, ta nieumiejętność rozmowy to zresztą w ogóle jest w Polsce dość powszechna przypadłość. Piszę jednak o politykach, bo od nich, z racji pełnionych przez nich zaszczytnych publicznych urzędów, mamy prawo wymagać znacznie więcej.

Staranie się, żeby zrozumieć i ułatwiać, a nie utrudniać nam wszystkim życie to ich praca i codzienny obowiązek.
Pomyślałam o tej naszej narodowej cesze – nieumiejętności rozmawiania, obserwując debatę i nastroje wokół strajku nauczycieli.

Pomyślałam, szczerze mówiąc, że w ten sposób nigdy nam się nie uda.

Doszliśmy w naszym kraju do punktu, w którym wszyscy traktujemy siebie po prostu przemocowo, bo jest przemocą ciągły terror, podniesiony głos, zmuszanie, manipulowanie i przede wszystkich nieustanne poganianie.
Szybciej! Szybciej! Szybciej!

Sądzę, że ten pośpiech PiS, najpierw w nocnych głosowaniach, zagarnianiu stanowisk i pieniędzy, telewizji publicznej, w procedowaniu i głosowaniu ustaw, nawet pośpiech w wypowiedziach występujących w studiach TV posłów PiS, którzy nie mówią, ale trajkoczą, jak zepsute katarynki, których nie da się zatrzymać, jest po to, żebyśmy nie mogli przystanąć i pomyśleć.

Bo kiedy człowiek zatrzymuje się i myśli, to bywa, że coś wymyśli. Nie zgodzi się i zbuntuje. Zakwestionuje. Niemal na pewno zacznie zadawać pytania. Kiedy człowiek myśli, różne, najróżniejsze rzeczy przychodzą mu do głowy i nie są to najczęściej rzeczy po myśli władzy.

Dlatego w ustrojach totalnych wykluczona jest dyskusja, a decyzje się odgórnie ogłasza. Przedyskutowanie ich wcześniej mogłoby sprawić i sprawiłoby z pewnością, że ludzie nie byliby jednomyślni, że daliby upust swoim opiniom, uczuciom, marzeniom i dążeniom.

Dlatego fakt, że nikt z nikim w Polsce nie rozmawia, a nawet nie potrafi jest rodzajem cenzury. Mniej spektakularnej i niewidocznej na pierwszy rzut oka, ale z całą pewnością cenzury. I cenzurą jest też ten wieczny pośpiech, popychanie i lekceważenie, to nieustane zamykanie przez PiS wszystkim ust: krzykiem i lżeniem, ograniczeniem działalności sejmu, tak że stał się niemy, ograniczeniem wolności zgromadzeń, ograniczeniem działalności wolnych mediów.

Stan wojenny nie musi oznaczać czołgów na ulicach, tak jak cenzura nie musi oznaczać powstanie urzędu przy Mysiej. Dzięki nowoczesnym mass mediom wszystko może rozgrywać się – i rozgrywa – znacznie subtelniej – i zarazem dużo bardziej groźnie.

Nie łudźcie się, że formalny brak urzędu cenzora oznacza, że jest się wolnym w swoich wypowiedziach, wyrażaniu potrzeb i emocji.

Nie.Brak tego urzędu oznacza tylko, że zostaniecie zmuszeni do milczenia – właściwie już jesteście zmuszani, ta pętla zaciska się od jakiegoś czasu – ale nawet tego nie zauważacie.

I nie dajcie się nabrać na argument, że jest wolność bo są strajki, czy dyskusje w programach publicystycznych.
Nie ma wolności, bo władza nie słucha ludzi i traktuje ich z buta, prymitywnie i brutalnie, jak zbuntowane sługi i utrapienie, a wszyscy wyrażający, w owych studiach telewizyjnych właśnie, odmienne od niej opinie, są szykanowani, zniesławiani, straszeni, albo napuszcza się na nich prymitywnych hejterów.

Ta klatka już stoi, a jej pręty są mocne i silne. Jeśli nic się nie zmieni, niedługo się zamknie.

Polexit właśnie się zaczął. Tym jest wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej

25 Mar

„Dzięki tej decyzji rząd będzie mógł atakować Trybunał Sprawiedliwości UE” – powiedział prawnik profesor Uniwersytetu Warszawskiego Marcin Matczak, komentując poniedziałkowe orzeczenie TK, na mocy którego uchwalone przez Sejm przepisy i wybór nowej Krajowej Rady Sądownictwa są zgodne z konstytucją. Sankcjonują one wybór 15 sędziowskich członków Rady przez Sejm.

Uznają za niezgodne z konstytucją przepisy dające możliwość odwołania od uchwały KRS do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

„Niezależność sądownictwa i prawo do sądu zostały właśnie wyrzucone przez okno budynku dawnego Trybunału Konstytucyjnego. Wstyd” – ocenił Marcin Matczak. W kolejnym wpisie na Twitterze dodał, że „Trybunał Konstytucyjny stał się politycznym narzędziem PiS do podminowania pozycji Polski w Unii Europejskiej”.

„Bez niespodzianki. Ale i bez zgodności z prawem” – napisał z goryczą prawnik Krzysztof Izdebski.

Ewa Siedlecka dziennikarka Tygodnika „Polityka” oceniła, że na skutek decyzji TK „rząd powie, że sprawę przed Trybunałem Sprawiedliwości UE trzeba umorzyć, bo nie ma już w polskim prawie przepisu, na podstawie którego Sąd Najwyższy zadał pytania prawne”.

Reakcja B. Święczkowskiego na moje opinie i tezy zawarte w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” uważam za próbę tłumienia wolności słowa i wolności mediów, które są niezbędną podstawą demokracji. Moim zdaniem system utworzony w prokuraturze z początkiem 2016 r. nie tylko zagraża praworządności i sprawiedliwości, ale i próbuje tłumić krytykę na swój temat” – napisał w oświadczeniu prof. Leszek Balcerowicz. To jego reakcja na szykowany przez Bogdana Święczkowskiego pozew „Zastępca Ziobry chce pozwać prof. Balcerowicza za naruszenie dóbr osobistych”.

Prof. Balcerowicz podtrzymał wszystkie wypowiedzi, które zostały zawarte w wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej”. W swoim oświadczeniu były wicepremier wymienił kilka z nich. Prof. Balcerowicz uważa więc, że „w prokuraturze Ziobry dochodziło do ścigania niewinnych i nieścigania winnych, w kierownictwie prokuratury powstał układ oparty na powiązaniach rodzinno-towarzysko-polityczno-ideologicznych i należy rejestrować nazwiska prokuratorów, którzy dopuszczają się wątpliwych ścigań lub zaniechań w celu ich późniejszego uczciwego rozliczenia”.

Podkreślił, że jego wypowiedzi są oparte na publikacjach i doniesieniach medialnych, na pracach naukowych, na dokumentach organizacji międzynarodowych oraz na jego „własnej działalności jako analityka systemów instytucjonalnych, w tym w wymiarze sprawiedliwości”. – „Jest znamienne, że pismo Prokuratury Generalnej ani słowem nie odnosi się do mojej głównej tezy, a mianowicie, że główną przyczyną zagrożeń, jakie tworzy obecna prokuratura dla praworządności i sprawiedliwości w Polsce, jest niesłychana koncentracja władzy nad nią w rękach jednego człowieka – Prokuratora Generalnego. Ta władza jest szeroko wykorzystywana przez Z. Ziobrę i jego grupę, i obejmuje rozległe decyzje personalne oraz przenoszenie spraw do prokuratur lub prokuratorów aż dojdzie do wątpliwego ścigania lub do wątpliwego zaniechania. Jest charakterystyczne, że decyzje o ściganiu, budzące szczególne zdumienie, np. oskarżenie W. Kwaśniaka i jego współpracowników z KNF, lub reformatorów z PKP, wysunęli tacy właśnie prokuratorzy” – napisał w oświadczeniu prof. Balcerowicz.

>>>

Do wyjścia Polski z Unii Europejskiej wystarczy uchwała Sejmu zwykłą większością głosów i podpis prezydenta!

– No to kiedy opuszczacie Unię? – zapytał mnie przyjaciel z Hamburga, który na bieżąco śledzi polskie wydarzenia. Pytał poważnie, bo dla niego sprawa jest już przesądzona, a niewiadomą może być tylko termin Polexitu. Jego opinia nie jest bynajmniej odosobniona, bo nie kłóci się z logiką, a niemal każdy dzień dostarcza kolejnych argumentów na poparcie tezy o nieuchronnym rozwodzie.

Czym kierował się polski Prokurator Generalny składając w Trybunale Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności unijnej umowy stowarzyszeniowej z polską konstytucją? Czemu ma służyć oskarżanie krajów Unii o spisek przeciw interesom Polski, a ich przywódców o lewactwo i stronniczość? Z jakiego powodu największy beneficjent unijnych dotacji obraża największych donatorów? Dlaczego duży kraj o historycznych dokonaniach ośmiesza się nagle głosząc misję chrystianizacji kontynentu, a niepoważny przywódca tego państwa ogłasza, że umowa stowarzyszeniowa, którą przez wiele lat tworzyło międzynarodowe grono najznamienitszych legislatorów, jest do bani, i on, razem z jakimś prawnikiem, przygotuje lepszą? Dlaczego nikt z rządzących nie reaguje, gdy dziennikarze z dotowanego przez rząd publicznego radia głoszą, że Unia to wytwór IV Rzeszy, a unijne idee tolerancji służą zboczeńcom poszukującym „świeżego mięsa, bo geje przecież się nie rozmnażają”? Czy nie jest jawną kpiną argumentacja uzasadniająca legalność polskiego bezprawia, oczywistego dla wszystkich narodów?  Czy nominowanie do reprezentowania Polski przed unijnym trybunałem człowieka z 10 wyrokami dyscyplinarnymi nie jest ostentacyjnym szyderstwem? I czemu miał służyć jego głupawy wniosek o wykluczenie przewodniczącego TSUE ze składu sądu oceniającego próby zawłaszczenia władzy sądowniczej przez dwie pozostałe władze opanowane przez PiS?

W tej ostatniej sprawie komentatorzy oceniają, że jest to, mówiąc w skrócie, kolejna głupawka PiS – ugrupowania, które traktuje Unię i jej agendy jak zawłaszczone wcześniej polskie instytucje demokratyczne. Ale może to być również przykład starań Ziobry o pomnożenie swoich zasług wobec prezesa, albo świadectwo jego konkurencyjnej walki z premierem, bo to Ziobro właśnie wpadł na pomysł przewlekania sprawy i pokazania wyborcom, że PiS potrafi Unii utrzeć nosa.  Przy okazji, mało kto wierzy, że przedstawiciel rządu nie zgadza się z wnioskiem przedstawiciela Prokuratora Generalnego o wyłączenie prezesa Trybunału UE. Bardziej prawdopodobne, że to prosta ustawka, a oskarżanie przewodniczącego sądu jest przygotowaniem do odrzucenia werdyktu TSUE jako tendencyjnego, niesprawiedliwego i umotywowanego politycznie.

Niepodporządkowanie się wyrokom TSUE to prosta droga do opuszczenia Unii. Oczywiście wyprowadzenie Polski z UE byłoby dla PiS krokiem samobójczym. Ale już za usunięcie nas z europejskiej wspólnoty „wbrew naszej woli” byłoby kogo oskarżyć, bo przecież „brukselscy lewacy zachowują się jak okupanci”, od dawna knuli, obwiniając naszą Bogu ducha winną Ojczyznę i jej praworządne władze o wyimaginowane przewiny.  Zdaniem wielu zachodnich przyjaciół starania o wypchnięcie Polski z Unii przez samą Unię jest bardzo prawdopodobnym scenariuszem, którego realizacji można się spodziewać zaraz po wyborach do Europarlamentu. Te wybory są w Polsce rozgrywką półfinałową przed walką ostateczną – dla PiS o przetrwanie i o to, co jeszcze pozostało do zagrabienia, a dla opozycji – o wszystko. Do głosowania PiS darzyć będzie Unię płomiennym, nieodwzajemnionym uczuciem. I do wyborów zarzekać się będzie, że Polexit jest praktycznie nierealny, bo po pierwsze Polska jest sercem Unii, a po drugie procedura wyjścia jest długa, skomplikowana i niebezpieczna dla rządzących , co widać na przykładzie Brexitu.

Jeśli Polska jest unijnym sercem, to w stanie przedzawałowym i to nie wróży nam nic dobrego. Ale drugi argument, ten o procedurze, brzmi przekonująco i uspokaja. Tyle tylko, że jest nieprawdziwy. Mało kto wie, że Polskę wyprowadzić można z Unii niemal z dnia na dzień.  Bo wbrew rozpowszechnionym opiniom warunkiem opuszczenia Unii nie jest referendum, choć w takim właśnie trybie weszliśmy do wspólnoty. Wyjście z Unii nie wymaga też decyzji Zgromadzenia Narodowego, ani sejmowego przegłosowania większością konstytucyjną, którą PiS nie dysponuje. – Do wyjścia Polski z Unii Europejskiej wystarczy uchwała Sejmu zwykłą większością głosów i podpis prezydenta! -ostrzega profesor Ewa Łętowska.

Dlaczego? Jak to możliwe? To historia jak z kiepskiego kryminału: w 2010 roku uchwalono ustawę o koordynacji współpracy między Sejmem a Senatem i dziwnym trafem w tekście tym znalazł się zapis zmieniający inną ustawę, z 2000 roku, o umowach międzynarodowych.  Zmiana ta jest dobrze ukryta, ale jeśli się wczytać, to wynika z niej jasno, że do wypowiedzenia umowy międzynarodowej wystarczy decyzja Rady Ministrów przyjęta przez większość sejmową i podpisana przez prezydenta.  I dotyczy to wszystkich umów. Także tej najważniejszej, stowarzyszeniowej.  Pozostaje tylko zadać pytanie: Ile czasu może zająć PiS przeprowadzenie całej tej operacji w polskim parlamencie?

Przyjmijmy jednak, że ten scenariusz należy do gatunku teorii spiskowych. Spójrzmy na unijną reprezentację PiS, tak pewną siebie, jakby wszystkie mandaty były już zdobyte i w Parlamencie Europejskim pozostały już tylko miejsca stojące. Przyjrzyjmy się ewakuacji 15 obecnych ministrów i wiceministrów, z których jedni uciekają na dobrze płatną posadę, bo nie wierzą w zwycięstwo PiS, inni liczą na immunitet obawiając się rozliczeń za bezprawne decyzje, a jeszcze inni napadają na Europę z przekonania, dla chorych idei. Wyobraźmy sobie tę armię Legutków, wykrzykujących obelgi na lewo i prawo, omijając jedynie swoich towarzyszy broni – jawnych wrogów integracji europejskiej. Spójrzmy na tę ekipę grabarzy UE mieniącą się reprezentacją Polski w Europie, którym nikt nie powiedział, że ludzie nie dzielą się na chrześcijan i terrorystów, ani na hetero – i nieheteroseksualnych, tylko na mądrych i głupich oraz na przyzwoitych i podłych.

Jak bardzo starać się będzie Europa, by zatrzymać w swoim klubie państwo, którego reprezentanci za nic mają regulamin i na każdym kroku demonstracyjnie okazują, że źle się czują wśród krajów praworządnych i wzajemnie przyjaznych?

>>>