Tag Archives: Katarzyna Kaczorowska

Banaś, Suski, Brudziński. Pisowskie barany beczą, to ich głos intelektualny

25 Wrz

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja teraz

– Uważam że nigdy w swoich filmikach nie przekroczyłam granicy, którą bardzo często przekracza obecna władza. Co więcej, uważam że jest to mocno gombrowiczowskie to, co robię. Myślę, że Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja jestem teraz – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Odnośnie Mariana Banasia powiem tyle: Nie mam pełnego zaufania do służb. Ani wtedy, ani dzisiaj. Dlatego że tam jest jeszcze mnóstwo ludzi z poprzedniej ekipy” – napisał na Twitterze Marek Suski. W tak zadziwiający sposób szef gabinetu Mateusza Morawieckiego skomentował aferę z udziałem prezesa NIK.

Wpis Suskiego komentowali dziennikarze. – „Szef Gabinetu Premiera RP pisze oficjalnie cztery lata po przejęciu władzy, że nie ma zaufania do służb bezpieczeństwa państwa podległych premierowi” –  napisał Bartosz Węglarczyk z Onetu. – „Rozumiem, że to nieporadnie sformułowany apel o dymisję szefa służb” – to opinia Wojciecha Szackiego z „Polityki”.

– „Czyli mówicie Suski, że w służbach jest syf, a PMM mianując Kamińskiego ministrem, ten syf wzmaga? Czy to w innym rządzie się dzieje?”; – „I to te pełowskie służby sfałszowały jego oświadczenia majątkowe i podstawili mu do wynajęcia kamienicy gangsterów”; – „Wygląda na to, że w obecnej sytuacji, zaufaniem do służb mogą pochwalić się wyłącznie sutenerzy z Krakowa” – brzmią komentarze pod wpisem Suskiego.

Internauci nawiązywali oczywiście do poprzednich wypowiedzi, z których zasłynął Suski: – „Caryca” na tropie kolejnego spisku?”; – „Od pewnego czasu myślę, że ten oto Pan zbijałby kokosy na własnym talk show/reality show. Nazwać ‚Caryca mówi’, no byłby hit!”; – „Najważniejsze, że w Radomiu będzie duże lotnisko i warszawiacy będą mogli latać na południe Europy”; – „Caryca nie ma zaufania do Ochrany….świat się kończy….kometa nadlatuje….piekło zamarza…dinozaury szykują się na śmierć…ze śmiechu…”.

Przypomnijmy tylko, że koordynatorem służb w rządzie PiS od 4 lat jest Mariusz Kamiński. A CBA, które od pół roku zajmuje kontrolą oświadczenia majątkowego Mariana Banasia, kieruje  Ernest Bejda, bliski współpracownik Kamińskiego.

Aleksandra Dulkiewicz była gościem radia TOK FM. Ciekawa rozmowa, dotycząca trudnych spraw dzisiejszej Polski.

Pani prezydent odniosła się do nieustającego ataku na Gdańsk w mediach publicznych. Jak przyznaje, widzi dwa powody takiej nagonki. Po pierwsze, w Gdańsku nigdy nie wygrał przedstawiciel PiS-u, co dla obecnej władzy jest nie do przejścia. Po drugie, Gdańsk to kolebka Solidarności, symbol walki o wolną Polskę, a to bardzo nie na rękę tym, którzy robią wszystko, by zmienić historię, wymazać z niej rzeczywistych bohaterów, zamienić ich na swoich.

Zastanawia się też nad pewnym paradoksem, bo przecież nikt kiedyś by nie pomyślał, że Lech Wałęsa, będzie broniony przez lidera Lewicy, Włodzimierza Czarzastego, a tak mocno piętnowany przez swoich kolegów, którzy wraz z nim budowali tę wolną Polskę. Jak widać, dzisiaj wszystko jest możliwe.

Aleksandra Dulkiewicz skomentowała też zamieszanie wokół Centrum Solidarności. Nie ukrywa, że to ewidentnie „próby dzielenia społeczeństwa i pisania historii na nowo. Pod płaszczykiem obrony polskości, szukają tego, co nas różni. W efekcie tej dyskusji jednak coraz więcej ludzi przychodzi oglądać wystawę w ECS. Przychodzą i pierwsze co widzą, to suwnica Anny Walentynowicz. Pytają więc: o co PiS chodzi?”.

Pytana o plany na przyszłość, przyznała, że przez najbliższe 4 lata będzie, tak jak się zobowiązała, działała na rzecz swojego miasta, zachowując przy tym jego otwartość i respektując te zasady, które leżą u podstaw dobrze rozumianej wolności.

Powodzenia pani Prezydent

Zbliżające się wybory to świetny czas na podsumowanie 4-letnich rządów PiS. Takiego zadania podjął się Michał Wróblewski na portalu wp.pl i trzeba przyznać, że zrobił to bardzo sprawnie.

Odniósł się do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 18 września, który z dumą podkreślał, że „Myśmy przed wyborami, ale także w trakcie kadencji, wiele obiecali i każdy musi powiedzieć, że przynajmniej miażdżąca większość tych obietnic została wykonana”. Pan prezes całkowicie minął się z prawdą. Na 100 złożonych obietnic jego partia zrealizował 33, 4 weszły w życie ze znacznym opóźnieniem, 25 zostało częściowo zrealizowanych, 2 zamrożone, a 36 obietnic utknęło gdzieś, w niepamięci.

Portal DEMAGOG przygotował raport dotyczący właśnie tych obietnic. Z jednej strony autorzy raportu zebrali „setkę, w naszej ocenie, najistotniejszych obietnic złożonych przez kluczowych polityków Zjednoczonej Prawicy w trakcie kampanii wyborczej, a także już podczas samych rządów. Zależało nam na tym, aby obejmowały one zróżnicowane tematy, aby odnosiły się one do rozmaitych, ale za każdym razem istotnych z punktu widzenia obywateli, dziedzin życia. W przypadku obietnic zrealizowanych, interesowała nas nie tylko sama droga ich realizacji, ale także – ich namacalne efekty, ocena zmian, które zostały w ich wyniku wprowadzone w życie”, z drugiej zaś odnieśli się do exposé wygłoszonych przez premier Beatę Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego oraz deklaracji innych polityków partii rządzącej.

Pod lupą znalazła się służba zdrowia, w której mimo obietnic, nie zlikwidowano NFZ i nie skrócono kolejek do lekarzy. Nie zrealizowano obietnicy darmowych leków dla kobiet w ciąży, a kondycja finansowa szpitali woła o pomstę do nieba.

Kompletną klapą okazał się Program Mieszkanie Plus. Miało być 100 tysięcy mieszkań, a do tej pory zakończono budowę 867 i kolejne 663 mieszkania są w trakcie budowy.

Nie wprowadzono zerowego VATu na ubranka dziecięce, bonu na zajęcia sportowe i kulturalne dla młodzieży, darmowego wstępu do muzeum czy darmowych posiłków w szkołach.

Zrezygnowano z utworzenia Narodowego Forum Przedsiębiorców, Narodowego Instytutu Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników, Ministerstwa Integracji Europejskiej, Centrum Współpracy Polska-Wschód ani województwa warszawskiego.

Pomysł nowego finansowania mediów publicznych poszedł do lamusa, podobnie jak dekoncentracja mediów, głośno zapowiadana ustawa „anty-fake news” czy reprywatyzacyjna.

Nie zapominajmy też o tym, że nie obniżono VAT-u do 22%, nie wprowadzono premii za szybkie urodzenie drugiego dziecka, nie zwiększono nakładów na naukę i inwestycję, nie skrócono czasu oczekiwania na rozprawę sądową, nie zakazano hodowli zwierząt futerkowych. Mimo obietnic, nie zlikwidowano gabinetów politycznych, a zatrudnienie w państwowej administracji znacznie wzrosło. Nadal ludzie pracują na umowach śmieciowych, nawet w ministerstwach, A frankowicze poszli całkowicie w zapomnienie.

No tak… miał być wprowadzony pakiet demokratyczny, a nastąpiło ostre ograniczenie praw opozycji w Sejmie i utrudnienie pracy dziennikarzom. Miała być Polska praworządna i sprawiedliwa, a to, co serwuje nam Jarosław Kaczyński znacznie odbiega od tej obietnicy. Prezes PiS próbuje zaklinać rzeczywistość, konfabuluje, patrząc Polakom w oczy, ale fakty mówią swoje. Kaczyński nie rozumie, że nie da się zbudować władzy na długie lata, opierając się na gołosłownych obietnicach i mamieniu społeczeństwa. Przyjdzie czas, że jego partia zostanie rozliczona za każde, niezrealizowane zobowiązanie i będzie to na pewno bardzo bolało…

Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale to nie powód, żeby się poddawać i składać broń.

Myśl irlandzkiego filozofa Edmunda Burke’a: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”, jak ulał pasuje do naszej rzeczywistości. W Polsce jest sporo dobrych ludzi, ale… są ogarnięci strachem. Tak naprawdę Kaczyński nic nie musi robić, nie musi ani śledzić, ani karać, ani prześladować, wystarczy, że wszyscy myślą, że właśnie to będzie robił i już blady strach pada na wszystkich.

W mediach publicznych spędziłam prawie całe swoje dorosłe życie, poza stanem wojennym i rządami PiS-u. Znam ludzi z mediów publicznych, nie tylko z Warszawy i nie tylko z radia. Więcej niż połowa moich znajomych straciła pracę. Pozostali się męczą i żyją w strachu. Myślę, że mało kto z Was może sobie ten strach wyobrazić.

Spotkałam ostatnio kogoś z dawnych przyjaciół z Trójki (nie mogę nawet zdradzić płci ani tematu rozmowy) i ta osoba spontanicznie opowiedziała mi kilka bulwersujących historii z życia Programu 3. W pewnym momencie jednak powiedziała z przerażeniem w oczach: błagam, ale nie opisuj tego, oni od razu się zorientują, że wiesz to ode mnie… Inna osoba, o czym już kiedyś wspominałam, wolała, żebym dzwoniła na tzw. tajny numer, a nie służbową, radiową komórkę.

link do zrzutki: https://zrzutka.pl/rk6643

Muszę jednak przyznać, że w Trójce są osoby, które się nie boją albo przełamują strach. Jest ich niewiele, ale są. Do nich zaliczyć można bez wątpienia Wojtka Manna czy Piotra Bukartyka (więcej nie wymienię, bo mógłby to być pocałunek śmierci). O każdej z tych osób myślę ciepło i życzę wytrwałości.

Spotkałam też dziennikarkę wyrzuconą z TVP. Ucieszyła się, pytała, co robię. Opowiedziałam jej o naszej aukcji. Powiedziała, że chciałaby mieć udział w naszych działaniach i dać sukienkę, którą zaprojektował dla niej jeden z największych polskich projektantów, a którą ona miała tylko dwa razy na wizji. Ucieszyłam się. Zapytałam, czy mogę ujawnić jej nazwisko. Zastanowiła się i stwierdziła, że jednak nie. Po chwili dodała, że z takim trudem zdobyła obecną pracę, że nie może ryzykować i nie może jej stracić, bo nie stać jej na bezrobocie.

Zadzwoniłam do kolegi z pewnej rozgłośni regionalnej Polskiego Radia i opowiedziałam mu historię z sukienką. Powiedział, że nie dziwi się, bo oni (czyli władza) są mściwi i skrupulatni w polowaniu. Jeden nierozważny ruch i po robocie. Kolega sam wprawdzie jest wyrzucony, ale jego żona ciągle pracuje. Opowiada mi, że zna przypadek, kiedy komuś nie przedłużono umowy, bo był za aktywny na Facebooku. No więc „musimy z czegoś żyć. Lepiej do nas nie dzwoń”.

Powtarzam sobie: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”. Rozumiejąc myśl Edmunda Burke’a zastanawiam się nad sobą.

No nie, ja i moi koledzy robimy portal. Ktoś powie, a co to takiego. No, faktycznie, są ludzie, którzy robią więcej. Nawet spotkałam takie osoby w sobotę na Kongresie Kobiet.

Większość pewnie o nich nawet nie słyszała. A są w naszym kraju takie dziewczyny jak Gabriela Lazarek, która codziennie stoi na cieszyńskim rynku, sama z transparentem, opluwana, zaczepiana, walczy o wolność i prawa człowieka. Albo Klementyna Suchanow, pisarka, redaktorka, tłumaczka, ciągana po warszawskich brukach przez policjantów, która po interwencji policji podczas manifestacji w obronie niezależnych sądów trafiła do szpitala, gdzie w trybie pilnym przebyła operację kręgosłupa.

Te wspaniałe kobiety mówiły na Kongresie, że nie wolno się bać, że właśnie służby wybierają sobie osoby bardziej podatne na gnębienie, czyli bardziej strachliwe i co jakiś czas wyciągają kogoś i rozpoczynają operację kompromitowania i niszczenia. Ale mówiły też, że jeśli ty jesteś odważny, to służby zaczynają się ciebie bać.

Oczywiście rozumiem strach, sama się boję. Boję się, kiedy dostaję wezwanie do zapłacenia np. 100 tys. zł za napisany na naszym portalu tekst, który wg wzywającego obraża go. I co z tego, że ja wiem, że napisaliśmy prawdę i że mamy na wszystko dowody i wierzymy, że sądy są jeszcze niezależne, to i tak się boję. Boje się pozwów, szykan, boję się kar finansowych.

Przypominam sobie wtedy, co powiedziała Suchanow, że służby wybierają osoby bardziej podatne na gnębienie i że właśnie jestem to ja. Bo na przykład wzywający nie wzywa w tej sprawie „Gazety Wyborczej”, bo wie, że tam jest sztab mądrych prawników, ale wzywa nas, bo my ich nie mamy. Wtedy myślę, że nie mogę się dać zwariować i próbuję się nie bać.

Ale boję się też, choć trochę inaczej, kiedy nie mogę zapłacić minimalnych honorariów naszej dziennikarce, bo na koncie jest pusto, a ona odważna, waleczna, nękana w sądzie przez różnej maści faszystów, w przerwach na dializy (3 razy w tygodniu) pracuje ze zdwojoną siłą, bo jej renta to kilkaset złotych.

Niepokoję się też, kiedy dzwonię do znanych ludzi, których znam z radiowego, ponad trzydziestoletniego stażu dziennikarskiego, i proszę o jakieś „fanty” na aukcję, żeby utrzymać nasz portal, bo nie wiem, jak zareagują. A może oni też się boją i nie wiedzą, jak mi odmówić, a może się wściekną i będą na mnie krzyczeć?

W końcu biorę się w garść. W sprawach sądowych pomoże mi świetna prawniczka, nie dość, że rewelacyjna zawodowo, to słynąca z usług „pro bono” Sylwia Gregorczyk – Abram. Odważna do bólu. Jaki cud, że ją poznałam.

Wesprą nas również tak wielcy ludzie jak Krystyna Janda czy Wojciech Malajkat. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś dołożyć się do ich pomników. Jestem zbudowana.

Za chwilę będę dzwoniła do innych znanych ludzi, którzy coś mi dadzą na aukcję, będę śledziła, jak ona przebiega, ile osób jest w naszej grupie na Facebooku i czy coś przybywa na zrzutce. Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale nie pękamy.

Będziemy walczyć, a Wy pomóżcie nam przetrwać. Zapraszam na aukcję

Nasze aukcje znajdziesz tutaj: https://www.facebook.com/groups/koduj24/

Każda transakcja pomoże naszemu portalowi. Dziękujemy tym wszystkim, którzy już nam pomagają. Zaproście do nas swoich znajomych. Do naszej grupy na Facebooku zapraszamy wszystkich, a szczególnie tych, którym zależy na wolnych mediach.

Nie bójmy się!!!

Syf rządzi Polską, czyli PiS

5 Wrz

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników grupy niezmiernie cieszyło to, że posłem PO zajęły się „Wiadomości” TVP.

Oto fragment rozmowy między nimi: – „Wiadomości” w TVP pierwsza klasa. Można spokojnie weekend spędzać”; – „Brejza jest symbolem patologii III RP. Mistrzostwo świata. Nawet jak mówią o Lenzie to walą w Brejzę”.

Utworzyli też na Facebooku stronę poświęconą i posłowi PO, i jego ojcu prezydentowi Inowrocławia Ryszardowi Brejzie. Początkowo jej administratorem miał być Stachowiak, ale się wycofał. Jeden z członków tajnej grupy zaproponował więc: – „Najlepiej jakby ktoś z lewych kont to [stronę na FB] obsługiwał”.

Najpierw Radosław Sikorski złożył na Twitterze „donos” na samego siebie. – „W związku z ujawnieniem działania w Polsce systemu Pegasus pragnę zawczasu przyznać się, że pisząc kiedyś na Whatsapp do mec. Romana Giertycha wyraziłem sceptycyzm co do kryształowej uczciwości Pana Prezesa kochanego w zw. ze Srebrną. Proszę o łagodny wymiar kary Prokuraturę Krajową” – napisał obecny europoseł PO. O rzeczonym systemie w artykule „Sasin określił kto nie musi się bać Pegasusa”.

Giertych w odpowiedzi napisał: – „Ja natomiast chciałem się przyznać, że wspominając w SMS-ach do Radosława Sikorskiego scenę, którą zdumiony kiedyś obserwowałem, gdy sam prezes złożył na jego ręce gorący pocałunek, nie zawsze zachowywałem konieczny w takich wspomnieniach umiar i powściągliwość sądów”.

Doszło do tego w 2007 roku przed posiedzeniem rządu, którego premierem był wówczas Jarosław Kaczyński. Witając się z ministrami, ucałował rękę Sikorskiego.

Wymiana tweetów między Sikorskim a Giertychem nie uszła uwadze internautów: – „Loża szyderców najwyższych lotów”;

„Skrucha tu nic nie pomoże, bo wrogów ludu i władzy prezesowej winno się z całą mocą prawa na zesłanie tylko skazać – tak na 20 lat z okładem”; – „Może wpłata jakiejś kwoty na Caritas załatwi sprawę?”.

Mateusz Morawiecki przez ostatnie cztery lata odbył prawie 400 lotów rządowymi samolotami, Andrzej Duda zaliczył w tym czasie 642 loty – wynika z zestawienia Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, monitorującej loty najważniejszych osób w państwie. Do wykazu dotarli dziennikarze TVN24.

Najciekawszym wątkiem w tym zestawieniu zdaje się być wykorzystywanie przez premiera wojskowych samolotów CASA do kręcenia filmu ze sobą w roli głównej. Chodzi o film „Poland: The Royal Tour” dla amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. Morawiecki wcielił się w nim w rolę przewodnika po naszym kraju.

Kilka ujęć nakręcono w wojskowym samolocie CASA, który z Morawieckim i amerykańskim filmowcem Peterem Greenbergiem najpierw poleciał z Krakowa na wojskowe lotnisko koło Lęborka, a stamtąd do Warszawy. Zdjęcia CASY o numerze bocznym „22” oraz premiera rozmawiającego z dziennikarzem podczas lotu opublikował w internecie sam amerykański dziennikarz. Poza tym, żeby kręcić kolejne ujęcia w innych miejscach Polski, Morawiecki wielokrotnie wykorzystywał czarterowane od LOT-u Embraery.

Wszystkie te przeloty miały status HEAD, czyli powinny być nim objęte podróże „w misji oficjalnej” prezydenta, premiera, marszałka Sejmu i Senatu. Według tej procedury, w stanie gotowości muszą być dwie załogi, samolot zapasowy, wojskowi z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Służba Ochrony Państwa, służby kontroli lotów i meteorologicznej. Jak obliczyli dziennikarze TVN 24, w całą operację może być zaangażowanych nawet 200 osób.

>>>

Opinię publiczną uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Jedna z największych pretensji do Jarosława Kaczyńskiego i jeden z największych powodów niedowierzania po stronie zwolenników opozycji od lat brzmi następująco: jak to możliwe, że ktoś taki, kawaler, który z nikim nie mieszka i nie ma dzieci, o zaniedbanym wyglądzie i aroganckim sposobie bycia uwiódł 40-milionowe społeczeństwo i stworzył partię mającą rodzinę na sztandarach i duże poparcie? Podobne zdziwienie wybrzmiało zresztą, gdy okazało się, jak popularna jest wśród elektoratu PiS Beata Szydło. Bo przecież taka przaśna, zahukana – mówiono – niesamodzielna i nie zachowuje się jak przywódczyni dużego kraju.

A ja pamiętam wybory, w których naprzeciw siebie stanęli wysoki, grubo powyżej 1,80 centymetrów wzrostu, kulturalny i pobożny doktor prawa – Marian Krzaklewski i sporo niższy, niezbyt szczupły (mimo przedwyborczego odchudzania), nawet nie magister, wyśmiewający katolicką wiarę (pamiętacie ministra Siwca, który błogosławił ziemię kaliską?), wielbiciel przaśnego disco polo – Aleksander Kwaśniewski. I co? Kwaśniewski nie tylko wygrał z Krzaklewskim. On wygrał, bo jak się później okazało, większość Polaków głosując na niego byłą święcie przekonana, że jest wyższy od Krzaklewskiego i ma lepsze wykształcenie.

Wniosek z tego i wówczas, i dziś jest dokładnie taki sam. Ludzie nie wiedzą. Ludziom się wydaje, że wiedzą, myślą, że wiedzą, a to spora różnica. Ludzie nie są też poinformowani, choć oczywiście sądzą i święcie wierzą, że są poinformowani. Jeśli do tego dorzucimy mity, wyobrażenia i iluzje praktycznie na każdy temat, które większość bierze za rzeczywistość, ogrom stereotypów, uprzedzeń i lęków, najczęściej irracjonalnych, którymi żyje tłum, czyli tak zwana opinia publiczna, staje się jasne, że żaden prosty, obiektywny fakt nie ma najmniejszych szans wywrzeć wrażenia na zbiorowej świadomości. Tłum uwodzą wyłącznie ludzie i rzeczy, które budzą silne emocje, a więc najczęściej kłamstwa.

Poniekąd to logiczne: w dzisiejszym przebodźcowanym świecie, pełnym nie tylko tysięcy informacji domagających się naszej uwagi, ale i tysięcy dźwięków, wrażeń, zapachów i decyzji, żeby nie zwariować, musieliśmy stać się mentalnie i intelektualnie otępiali i gruboskórni. Inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. Dlatego w polityce wygrywają ci, którzy potrafią swoje prymitywne prawdy (bo te bardziej skomplikowane są już zbyt skomplikowane) wbijać bliźnim propagandowym młotkiem do głowy. Cisi, subtelni, skromni i mądrzy nie mają żadnych szans.

Oznacza to nie tylko, że narzekanie i tęsknota za starymi dobrymi czasami nie ma sensu: bo nie ma już u władzy (a i w społeczeństwie niewielu) ludzi, którzy je tworzyli. Stare czasy już nie wrócą. Nigdy. Dzisiejsi ludzie, „nowi ludzie”, są inni. Szybsi. Płytsi. Przedkładający wideo nad słowo pisane, szybką obserwację i szybkie wnioski, zamiast nużących intelektualnych rozważań. Myślący o sobie – swoim wizerunku, wadze, przyszłości, rozwoju…. A nie o świecie, rzeczach i zjawiskach. I tak już będzie albo jeszcze gorzej.

Ale oznacza to także, że musimy przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że w polityce przestaje być ważne, jakie rzeczy są, a liczy się tylko, jakie się wydają, jakimi umiemy je przedstawić i jak „sprzedać”. Dlatego nie jest ważne, czy i komu podoba się Jarosław Kaczyński, jest ważne, jaki jego i jego partii wizerunek udało się sprzedać ludziom. I – być może to Państwa zszokuje – nie uważam, że to wina PiS czy innych populistów. Nie! To nasza odpowiedzialność, bo to myśmy na to pozwolili i tak ukształtowali ten świat.

To nasze pokolenie siedziało z nosami w komórkach i wymyśliło 24-godzinne telewizje informacyjne, wymuszające płyciznę i pustotę. To nasze pokolenie produkowało telewizyjną tandetę, by teraz użalać się nad niskimi gustami Polaków. Stawiało na „skróty komunikacyjne” i klikalność zamiast na rzetelność i kulturę. Pomyliło agresję z siłą, wywindowało powszechny (a więc najczęściej tandetny) gust do rangi wyroczni.

To, co nas spotyka i na co tak bardzo narzekamy, to nic innego jak konsekwencja naszej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni i chciwości – zysku, łatwych wrażeń i pieniędzy i łatwych rozwiązań skomplikowanych problemów. I co? I nic. Dlatego przyzwyczajajmy się, bo jeśli niczego nie zmienimy, to tak już teraz na świecie będzie. Nie tylko w polityce.

Macierewicz i Falenta. Pokłosie Moskwy

29 Lip

Tygodnik „Wprost” zdradza sekretną misję, jak przypadła w udziale Antoniemu Macierewiczowi na czas kampanii wyborczej do Parlamentu. Były szef resortu obrony ma się zająć tym najtwardszym elektoratem Prawa i Sprawiedliwości na wschodniej rubieży Polski i motywować go do aktywnego udziału w głosowaniu. Ma to jednak robić na tyle dyskretnie, by nie było o tym głośno w pozostałej części kraju.

Macierewicz będzie jeździł po tych katakumbach i opowiadał o zdradzie narodowej naszym wyznawcom. Dla tych ludzi jest ikoną, nikt nie ma takiego posłuchu jak on” – wyjaśnił tygodnikowi jeden z polityków prawicy.

Co ciekawe były minister ma ponoć zakaz udziału w ogólnopolskiej kampanii, bo burzy wizerunek PiS jako „partii umiaru i miłości”.

W rzeczywistości pozycja Macierewicza w partii znacznie osłabła. Tygodnik sugeruje, że Kaczyński woli go trzymać stosunkowo blisko siebie, aby nie wyrządził partii więcej szkód niż będąc poza nią.

Dla umiarkowanego wyborcy PiS były minister uchodzi za zbyt nieprzewidywalnego polityka, ale nie to jest najgorsze. „Macierewicza obciąża (…) też dawna relacja z jego asystentem Bartłomiejem Misiewiczem” – twierdzi „Wprost„. Wprawdzie nie wiadomo, czy były szef resortu obrony nadal utrzymuje z nim kontakty, ale oskarżenia wobec Misiewicza stawiają go w niekorzystnym świetle.

Antoni Macierewicz odniósł się do tych spekulacji na antenie Polskiego Radia 24  i zakomunikował, że „ma realizować plan PiS” i jego realizacja jest dla niego najważniejsza. Zaprzeczył jednak, że jest to tajna misja. Wyobrażenia „Wprost” są „mylne” – podsumował.

Wyraźnie widać, że prokuratura na uszach staje, byle tylko nie pozwolić Markowi Falencie przedstawić dowody na udział polityków PiS w aferze podsłuchowej, która tak mocno podkopała wiarygodność PO i zapewne w dużym stopniu przyczyniła się do przegranej tej partii w wyborach parlamentarnych 2015 roku.

Wprawdzie Bogdan Święczkowski zapewniał, że biznesmen będzie mógł dokładnie opowiedzieć o powiązaniach z partią rządzącą i złożyć obszerne wyjaśnienia, ale działania śledczych pokazują, że została przyjęta zupełnie inna taktyka. Taka, która nie powinna zaszkodzić PiS-owi w kampanii parlamentarnej.

Na początku lipca Falencie postawiono zarzut dotyczący kolejnego nagrania z 2015 roku, jednak temat listów do najważniejszych osób w państwie wówczas całkowicie pominięto. Teraz prokuratura tłumaczy, że biznesmen miał swoją szanse, by wszystko wyjaśnić, ale tego nie zrobił. Nie ma więc sensu ciągnąć sprawy dalej. Wygląda na to, że pod takim właśnie pretekstem śledczy zamykają tak niewygodną dla PiS, sprawę.

Żeby zabezpieczyć interesy partii rządzącej, prokuratura odmówiła podjęcia umorzonego 4 lata temu śledztwa w sprawie „zorganizowanej grupy przestępczej”, czego domagał się mecenas Roman Giertych. Mało tego, Falenta ma przejść obowiązkowo badania psychiatryczne.

Jeśli uda się stwierdzić jego niepoczytalność, to politycy PiS będą mogli już spać spokojnie. Nikt im nie zagrozi w drodze do zwycięstwa w nadchodzących wyborach parlamentarnych i o to przecież chodzi. A co z tą transparentnością i uczciwością, które partia rządząca niesie na swoich sztandarach? Ano nic, kolejne puste słowa…

„Idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy! 

Jeszcze 15 lat temu Białystok był – obok Płocka i Częstochowy – najbezpieczniejszym miastem w Polsce. Tak przynajmniej wynika ze statystyk miejskiej przestępczości.  Nikt się nie spodziewał, że w tym wielokulturowym mieście, z długą tradycją tolerancji dla rozmaitych różnorodności, marginalne grupki neofaszystów i kiboli tak urosną w siłę, że zaczną „rządzić”.  Kiedy ich wyczyny stały się głośne w kraju, minister Bartłomiej Sienkiewicz ostrzegł: – Idziemy po was! No i poszedł. Wszczęto ponad 130 spraw, aresztowano kilkudziesięciu bandziorów, zapoczątkowano dochodzenia związane z przestępczością zorganizowaną, prześwietlano nazistowskie grupy, do sądów trafiły pierwsze sprawy. Pierwsze i ostatnie. Odbyły się wybory i nastała nowa władza.  Aresztowani opuścili areszty, śledztwa umorzono, prokurator, który wszczął postępowania, został odwołany, a ten, który je umorzył – awansowany. A potem MSW wycofało podręcznik szkoleniowy dla policjantów opisujący przestępstwa z nienawiści.

Pierwszy w historii miasta Marsz Równości zmobilizował białostocki margines, do którego dołączyli obywatele skutecznie straszeni przez rządzących „ideologią” LGBT i gender. Z odsieczą przybyli też wierni, których miejscowi księża wezwali do „sprzeciwu wobec deprawacji”. Bezpośrednio po zamieszkach lokalni działacze PiS gratulowali obywatelom i sobie nawzajem skutecznej obrony polskich rodzin oraz miejscowej katedry „zagrożonej pedalską nawałą”, a proboszczowie dziękowali bandziorom za skuteczną „obronę wartości i wiary”.  Jednak po trzech dniach, gdy polski premier dowiedział się wreszcie – z zachodnich mediów – o homofobicznych zamieszkach, kiedy światowe telewizje pokazały mu groźne ataki na spokojnych uczestników legalnej demonstracji oraz polowania bojówek na pojedynczych ludzi „wyglądających” na przedstawicieli innych orientacji, wtedy wyszło na jaw, że w Białymstoku zdarzyło się jednak coś niedobrego.

Natychmiast okazało się, że miejscowi działacze PiS, z marszałkiem województwa Arturem Kosickim na czele, wcale nie organizowali blokad legalnego marszu, nie podburzali tłumu i nie uczestniczyli czynnie w zamieszkach – jak wynikałoby z licznych relacji filmowych. Przeciwnie – przedstawiciele lokalnych władz i partii rządzącej po prostu nawoływali mieszkańców do życzliwości wobec uczestników parady i przyjęcia współobywateli środowisk LGBT z tradycyjną białostocką gościnnością…  Ustami minister Witek władza wyraziła dezaprobatę wobec „ekscesów” ogłaszając wręcz, że osoby „dopuszczające się przemocy zasługują na potępienie”! Minister edukacji nie był aż tak bezkompromisowy. W jego opinii podobne marsze to nic dobrego i należałoby się zastanowić, czy ich nie zakazać (co prawda, podobne przedsięwzięcia nie wymagają zgody ani zezwolenia, bo wystarczy je zgłosić, ale jaki to problem zaostrzyć niewygodny przepis?). Logika ministra Piontkowskiego jest żelazna: zamieszek nie byłoby bez parady równości, zatem jeśli napaść na demonstrantów jest skutkiem ich demonstracji, to autorami zamieszek i niepokojów są sami uczestnicy parady.  Tym samym do wszystkich demonstrantów ze wszystkich legalnych manifestacji w obronie konstytucyjnych praw dotrzeć powinno, że w razie czego sami sobie będą winni, a bijący ich siłą rzeczy pozostaną niewinni, ponieważ ich reakcja będzie tylko skutkiem, a nie przyczyną zjawiska, które PiS zwalczać będzie z całą surowością prawa…

Po kilku dniach nawet do wyborców PiS dotarły informacje oraz obrazy ludzi bitych, kopanych, opluwanych obrzucanych kamieniami i osaczanych w tłumie za to, że byli inaczej ubrani, nie tak uczesani, mieli niewłaściwą plakietkę lub nie taką chorągiewkę, jak trzeba. Wyborcy PiS zobaczyli bojówki polujące na kobiety, na podrośnięte dzieciaki, na pojedyncze bezbronne osoby. Zobaczyli i zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno napastnicy walczyli z gender i LGBT, czy jednak tylko ze zwykłymi ludźmi z sąsiedztwa. A potem odezwał się episkopat i wreszcie okazało się, że ci biskupi oraz księża, którzy zagrzewali do boju w obronie wiary, reprezentują jakiegoś innego Boga, Boga o złowrogim obliczu, który mówi człowiekowi, że ma prawo nienawidzić każdego bliźniego swego, którego się boi i którego nie rozumie.

Dzisiaj już każdy funkcjonariusz PiS zna na pamięć tekst z przekazu dnia, że „wszyscy jesteśmy zgodni w ocenie tych skandalicznych wydarzeń”.  Europoseł Joachim Brudziński, który lubi harcować przed szykiem, nazwał nawet napastników z Białegostoku troglodytami. Rządzący chórem odcinają się, potępiają, kategorycznie piętnują, wyrażają stanowczą dezaprobatę i bezwzględny sprzeciw.  Co więcej – okazuje się, że PiS nigdy nie popierał kiboli i nacjonalistów, nie akceptował homofobii i nietolerancji, nie wykluczał, nie dzielił, a już na pewno nie szczuł. Przeciwnie, zarówno prezes, jak i wszyscy jego pomazańcy, po wielokroć powtarzają, że PiS zamierza łączyć i zasypywać podziały. Na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy uwierzyć w te brednie, przedstawiam krótki kalendarz wydarzeń dowodzących dokładnie przeciwnych intencji Jarosława Kaczyńskiego.

Ludzie o odmiennej orientacji byli na celowniku prezesa zanim jeszcze pochwalił podpalanie tęczy zainstalowanej w Warszawie. Ale przed ostatnimi wyborami rozpoczęło się już regularne szczucie na ludzi nieheteroseksualnych. Jak się wydaje, prezes uznał, że gender i LGBT będą lepszym wrogiem niż opozycja, a gra na niskich instynktach społeczeństwa przyniesie PiS więcej korzyści niż normalna kampania wyborcza, podczas której opozycja z łatwością mogłaby wytknąć to czy owo. Prezes uznał, że dolepienie przeciwnikom plakietki „Obrońca gejów i lesbijek” będzie skuteczniejsze od starcia na programy. Już w marcu warknął do nieheteroseksualnych Polaków: „Wara od naszych dzieci!”. W kwietniu postraszył: „Ruch LGBT i gender zagrażają naszej tożsamości, zagrażają naszemu narodowi. Zagrażają polskiemu państwu”. Wtórowali mu niektórzy biskupi, więc podczas konferencji Duma i Powinność prezes postanowił spłacić dług sojusznikowi: „Obecnie trwa w Polsce atak na Kościół, jakiego nie było na początku lat 90”, dodając, że wraz z atakami na Kościół trwają też ataki na rodzinę i dzieci.

Z braku uchodźców samoistnie wygasło śmiertelne zagrożenie armią imigrantów, pełną arabskich terrorystów. Od chwili, gdy Unia zagroziła obcinaniem dotacji za demolkę państwa prawa i nasze władze zaczęły się liczyć z partnerami, przeterminowała się groźba pozbawienia Polaków katolickiej wiary i polskich obyczajów wskutek inwazji europejskiego ateizmu, lewactwa i wyuzdanych mód.  Ale Kaczyński jest przecież mistrzem świata w kreowaniu wrogów oraz w sztuce obrony przed zagrożeniami, które sam tworzy. Niedawno zaprezentował „ciemnemu ludowi” nową listę aktualnych zagrożeń. Poczesne miejsce zajmują tam geje i lesbijki : „Do tego dochodzi ruch LGBT. Dżender, jak niektórzy mówią, albo gender, jak się czyta po polsku, cały ten ruch kwestionujący wszystkie przynależności. To ma związek z ideologią, filozofią, która w zachodniej Europie narodziła się wcześniej, to jest, można powiedzieć, importowane do Polski” . Kaczyński nie omieszkał przy tym ostrzec, że ruchy te „zagrażają tożsamości, narodowi, jego trwaniu i polskiemu państwu”.

W maju prezes uznał, że LGBT naciera coraz gwałtowniej i już czas, by normalne rodziny zaczęły się bronić: chcą nawet prześladować ludzi, którzy mówią rzeczy oczywisteMy się tym martwimy, my to uważamy za niesprawiedliwe, że ktoś jest ciągany na policję, dlatego że mówi, że z homoseksualnych par nie ma dzieci”.  Podczas konwencji PiS pod Rzeszowem Kaczyński postraszył, że „Cały mechanizm przygotowania dzieci do przyszłej roli matki i ojca ma być zniszczony. W imię czego?”. A podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy Jarosław Kaczyński obiecał bronić Polaków przed sześcioma zagrożeniami, w tym przed seksualizacją dzieci i adopcją przez pary jednopłciowe. Bo LGBT – to ideologia, która przewiduje seksualizacje kilkuletnich dzieci!

Idiotyczna opowieść o preferowanej przez ONZ, a wdrażanej przez PO nauce onanizowania czteroletnich dzieci, brednie o wielkiej nadreprezentacji pedofilii wśród gejów, czy absurdalne wieszczenie, że wraz z wygraną opozycji rządy w kraju dostaną się „lesbom i pedałom, którzy od razu uchwalą sobie prawo do adopcji dzieci” – te i podobne idiotyzmy, to już nie są zwyczajne wyborcze kłamstwa.  To oszustwa obliczone na kradzież głosów ugrupowaniom, którzy kampanię prowadzą metodami cywilizowanymi. Ale przede wszystkim – to obrzydliwa podłość. Ci, którzy świadomie głoszą te cyniczne łgarstwa, to nikczemnicy, którym przyzwoity człowiek nie powinien podać ręki.

A jak nazwać tego, który dla własnej lub grupowej korzyści, a może tylko dla własnej chorej uciechy, podsyca nienawiść, szczuje ludzi na siebie, eliminuje ze społeczeństwa całe grupy, świadomie prowokuje zamieszki i fizyczną wręcz konfrontację, która już doprowadziła do tragedii, a w przyszłości może się zakończyć bratobójczą wojną?  Na „pikniku rodzinnym” w Chełmie prezes Kaczyński przekazał ludowi prosty komunikat: LGBT zagraża Polsce, zagraża narodowi, zagraża państwu polskiemu i trzeba z tym walczyć. Wtórował mu biskup Frankowski wołając z Jasnej Góry, że „idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy!  Larum grają, straszliwy Gender u bram!  Co ma zrobić patriota, którego wzywają wołaniem: „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!!”? Nie masz wyjścia, Polaku. Stań u drzwi, bagnet na broń!

Kilka spośród tysięcy obecnych w sieci obrazów nie daje mi spokoju. Kobieta z małym dzieckiem wyje do uczestników marszu: – Zboki, wypierdalać!. Młody człowiek w jakimś amoku woła do policjanta: – Kogo wy bronicie, oni chcą dzieci gwałcić! Napakowany troglodyta z symbolem Polski Wałczącej na lewym ramieniu i swastyką na prawym z rozanieloną miną obserwuje kamienie padające w tłum. Mężczyzna z wózkiem dziecięcym w samym środku watahy rozgorączkowanych napastników. Dwóch wyrostków próbujących nasikać do plastikowych butelek, by rzucić nimi w szeregi uczestników marszu…

Naprawdę obawiam się, że wydarzenia białostockie mogą być wstępem do większej tragedii. Sztucznie tworzone napięcia rodzą coraz liczniejsze konflikty. W indoktrynowanych i napuszczanych na siebie ludziach zaczyna coś pękać. Powoli dziczejemy. We Wrocławiu ciężko pobito człowieka za to, że niepochlebnie ocenił wredne homofobiczne graffiti. W Gdyni znany projektant omal nie stracił życia, ponieważ jakiemuś bandycie wydał się gejem. Dziewczynce z tęczową torbą nobliwy starszy pan zagroził „obiciem mordy laską”. Na forach zadymiarze umawiają się, by 10 sierpnia zablokować Paradę Równości w Płocku i całkiem serio padają pomysły wjechania rozpędzonymi samochodami w tłum. Problemem dla tych bezmyślnych matołów nie jest prawdopodobna śmierć wielu ludzi, tylko – jak potem nie dać się złapać… O takich ludziach piszą codziennie światowe media w doniesieniach z Polski.  Oni reprezentują dzisiaj Polaków przed cywilizowaną Europą.