Tag Archives: Kamila Gasiuk-Pihowicz

Pedofilia polityków, nie tylko kleru. Czas obnażyć zbrodnie

30 Kwi

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych kręgów władzy (według publicznych oświadczeń b. agenta CBA, który miał dostęp do taśm z nagrywanymi politykami) używały tego domu publicznego. Jak wynika z informacji medialnych osoby te mogły być szantażowane tymi materiałami. Nadto wiemy, że kierownictwo służb próbowało w/w agenta CBA zmusić, czy przekupić, aby milczał o tym skandalu. Czyli służby specjalne chroniły osoby publiczne, które były odpowiedzialne za jedne z najbardziej odrażających przestępstw.

Czy może być coś bardziej szokującego? Dla mnie nie.

Co się z nami wszystkimi na Miłość Boską stało, że o tej sprawie nie huczą wszystkie media od rana do wieczora? Gdy przypomnę sobie jak reagowały media wobec seksafery w Samoobronie to muszę stwierdzić, że z naszym krajem przez te dwanaście lat stało się coś bardzo złego.

Gdzie demonstracje pod siedzibami służb domagające się pełnej listy „klientów” tego domu publicznego? Gdzie apele organizacji chroniących dzieci, kobiety i zwalczające handel niewolnikami? Gdzie głos organizacji religijnych? Gdzie wniosek o komisję śledczą? Gdzie działania prokuratury? Gdzie wyjaśnienia premiera? Gdzie zainteresowanie Prezydenta?

Przypomnę: według pojawiających się w mediach wiarygodnych informacji mamy do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym setek dziewczynek przez osoby publiczne i to na przestrzeni wielu lat. Wykorzystywaniem nagrywanym, które może być źródłem szantażu przy którym dawne teczki SB, to zabawa w przedszkolaka. Właściciel teczki z nagranym np. posłem uprawiającym seks z 14-latką jest właścicielem tego posła. W sensie dosłownym. Może mu kazać się zrzec mandatu, głosować tak lub inaczej, zdradzić tajemnice państwową etc. Od niego bowiem zależy, czy dany człowiek pójdzie na dekadę do więzienia z piętnem pedofila, czy nie. Oprócz więc wątku obyczajowego i karnego mamy tutaj fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa.

Czy zebrała się w tej sprawie Rada Bezpieczeństwa Narodowego? Czy Pan Prezydent , który jak już wiemy sezon narciarski zakończył, zainteresował się tą fundamentalną kwestią? Może być tak, że najważniejsze dokumenty w Państwie trafiają np. do osoby szantażowanej? Czy samo zbadanie takiej możliwości nie powinno być obecnie priorytetem wszystkich służb?

Apeluję do wszystkich osób uczciwych, aby nie dopuściły do tego, aby ten chyba największy skandal naszych czasów zginął w tumanach mgły, która się rozciągnęła nad naszym życiem publicznym i nie pozwala dostrzec rzeczy najważniejszych.

*

„Rzeczpospolita” opublikowała nowe ustalenia ws. afery z Podkarpacia. Pojawiają się kolejne potwierdzenia tego, że w agencjach towarzyskich braci R. nagrywano VIP-ów. Samych taśm ma być blisko cztery tysiące.

Coraz więcej wskazuje na to, że sekstaśmy z podkarpackich agencji towarzyskich prowadzonych przez dwóch braci istnieją – donosi wtorkowa „Rzeczpospolita”. Wcześniej były to tylko doniesienia – m.in. byłego agenta CBA – a teraz pojawiają się nowe informacje.

Gazeta dotarła do zeznań Ukraińców, braci Jewgenija i Aleksieja R., a także ich pracowników. W trakcie śledztwa z 2015 roku zeznawali, że w pokojach prostytutek były kamery. „Rzeczpospolita” w kontekście braci R., którzy mieli mieć specjalne traktowanie w regionie za sprawą policjanta Centralnego Biura Śledczego Daniela Ś. przypomina reportaż Superwizjera TVN z 2017 roku.

Mieli kamerę zamontowaną w niektórych pokojach i tam panie przyjmowały panów z różnych urzędów

– relacjonował bohater reportażu (był świadkiem w sprawie przeciwko policjantowi Ś.). Dalej tłumaczył, że zasada była prosta – VIP-om odtwarzano te filmy, dzięki czemu bracia R. mieli „dodatkowe zabezpieczenie interesu”.

Samych taśm – o czym wcześniej nieoficjalnie informowano – ma być blisko cztery tysiące, a wśród nagranych mają być politycy, arcybiskup, wiceminister obrony czy szef jednej z komend policji.

Bracia R. i sprawa obywatelstwa

„Rzeczpospolita” w poniedziałek pisała też, że nie wiadomo, jak doszło do tego, że bracia R. otrzymali polskie obywatelstwo. Zwłaszcza że doszło do tego w czasie, gdy bracia R. handlowali ludźmi (ich ofiarą padło 250 kobiet).

Jeszcze 29 kwietnia Kancelaria Prezydenta nie chciała podawać szczegółów, dzień później już zmieniła podejście.

Okazuje się, że obywatelstwo otrzymał tylko jeden z braci i nie stało się to za kadencji zarówno Andrzeja Dudy, jak i Lecha Kaczyńskiego. Nie padła za to dokładna data, Kancelaria Prezydenta stwierdziła tylko, że obywatelstwo nadano mu „znacznie wcześniej”– co wskazywałoby na to, że jeszcze za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Seksafera na Podkarpaciu – to warto wiedzieć:

Przed Muzeum Narodowym setki osób wzięły udział w proteście przeciw cenzurowaniu sztuki. „Bananowa rewolucja”, „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”, „Polska kolorowa, nie narodowa”, „Wolna sztuka” – skandowali uczestnicy. Podczas happeningu jedli też banany.

Bezpośrednim powodem akcji było usunięcie prac Katarzyny Kozyry i Natalii LL z ekspozycji Muzeum Narodowego przez dyrektora placówki prof. Jerzego Miziołka. Chodzi o instalacje wideo „Pojawienie się Lou Salome” (2005 r.) autorstwa Katarzyny Kozyry i „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z 1972 r., przedstawiającej kobietę jedzącą banana. Miziołek twierdził, że prace „rozpraszały młodzież”.

W poniedziałek w wydanym przez siebie oświadczeniu dyrektor Muzeum poinformował, że prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry wrócą do galerii „do czasu rozpoczęcia prac rearanżacyjnych”. Tylko, że to oznacza, że będzie je można oglądać raptem przez tydzień – do 6 maja, bo wtedy właśnie rozpocznie się zmiana ekspozycji.

Podczas protestu wyczytano nazwiska uznanych polskich artystek współczesnych, których prace powinny znaleźć się w Muzeum Narodowym. – „Pamiętajcie, spotkamy się tu dzisiaj nie po to, żeby świętować, że przywrócono dwie prace do Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie. Spotkaliśmy się tu po to, żeby wywalczyć nową, wspaniałą pracownię feministyczną w tym muzeum. Najlepiej całe skrzydło, które będzie poświęcone tylko pracom artystek. Starych i młodych” – mówiła do zgromadzonych przed bramą Muzeum Narodowego jedna z organizatorek protestu Joanna Drozda.

Głos zabrało również dwoje pracowników Muzeum Narodowego. – „Chcieliśmy w imieniu pracowników, którzy są tutaj z nami i tych, którzy nie mogli tu przybyć, serdecznie podziękować za waszą obecność. Za waszą troskę o wolność sztuki, za waszą troskę o autonomię instytucji kultury, a także o godność zawodu muzealnika. Od dłuższego czasu przeżywamy trudne chwile i bardzo potrzebujemy solidarności społecznej” – powiedzieli.

„Ta historia wywołała wielką falę myślenia o wolności sztuki i o cenzurze.  Sztuka nie może być pod presją żadnej cenzury. Nie w 2019 r. Nie jesteśmy 600-700 lat temu. To myślenie kruchciane, zamknięte, które by ograniczało sztukę jest nie do akceptacji. Myślę, że ta presja się powiodła. Ale być może trzeba ją utrzymać, żeby po zamknięciu Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym, kiedy będzie ponownie otwierana, żaden element cenzurowania czegokolwiek w sztuce nie przyszedł nikomu do głowy” – powiedział obecny na demonstracji europoseł PO Michał Boni. W proteście uczestniczyli także odwołani przez ministra Piotra Glińskiego byli dyrektorzy Muzeum Narodowego Agnieszka Morawińska i Piotr Rypson.

Szybkość zmiany poglądów partii rządzącej i jej narracji na użytek zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego może być sztandarowym przykładem wyborczej manipulacji.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy wyprowadzali flagi Unii Europejskiej teraz przekonują wyborców, jak ważne jest nasze członkostwo w europejskich strukturach.

Swoje spojrzenie na UE zmienił także prezydent Duda, o czym nie omieszkał poinformować Polaków w tekście napisanym specjalnie dla „Faktu”.

Głowa państwa, która zaledwie kilkanaście tygodni temu uważała, że Europa jest „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla Polaków niewiele wynika i która powinna nas zostawić w spokoju„, teraz pisze tak: „podobnie jak miliony Polaków opowiedziałem się wtedy za szansą, jaką było nasze członkostwo w Unii. […] Zaangażowanie w budowę wspólnoty europejskiej płynie z naszego patriotyzmu, ale płynie też z naszego historycznego doświadczenia. […]

Możemy dziś z dumą powiedzieć: Europa to my, Unia Europejska to my.”  Do wyborców należeć będzie ocena, czy to godna podziwu przemiana, czy zwykła, zimna kalkulacja.

15 lat Polski w Unii Europejskiej ocenił w Radiu ZET Leszek Miller.

– Widzę same plusy. Nie ma żadnych minusów. Mówiliśmy o pieniądzach, ale proszę popatrzeć na sytuację obywateli RP w Europie. Mogą podróżować gdzie chcą, podejmować pracę gdzie chcą, osiedlać się gdzie chcą – powiedział.

Były premier odniósł się też do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który podczas ostatniej konwencji zapowiedział, że „Polska przyjmie euro, gdy gospodarką dogoni Zachód”.

– To baśń z mchu i paproci. Bez wejścia do strefy euro nigdy nie osiągniemy takiego poziomu, jak mają dzisiaj Niemcy – kwituje Miller.

Leszek Miller w rozmowie z Beatą Lubecką podkreśla, że z dziesięciu państw, które wchodziły do UE wraz z Polską, siedem jest już w strefie euro.

– Mają większy dochód narodowy na mieszkańca niż Polska. Opłacało się im wejść do euro – mówi Miller.

Jak dodaje, jutro premier Morawiecki spotka się z przedstawicielami krajow, które do strefy euro weszły.

– Siedmiu szefów rządów to premierzy krajów, które weszły do strefy euro. Ciekawe, jak premier będzie się czuł otoczony przez wilki z napisem „euro” – dodaje.

 Miejsce Polski w Unii jest wyrażone stosunkiem 27:1. Nie ma co upiększać. Polska jest na marginesie [UE -red.], negocjatorzy nie potrafią negocjować, są lekceważeni – ocenia Miller.

Uchwalona w kilkanaście godzin ustawa znosząca przepisy, na podstawie których Sąd Najwyższy i NSA zadały pytania TSUE prejudycjalne, czeka już tylko na podpis Andrzeja Dudy.

Na razie PiS zrezygnował z trzech innych wątków tej ustawy, w tym z ułatwienia sobie wyboru prezesów Sądu Najwyższego i ścigania sędziów. Ustawa działa wstecz: siedem dni od jej opublikowania toczące się na podstawie jej przepisów postępowania zostają automatycznie umorzone.

Pytania SN i NSA zmierzają do oceny prawomocności powołania i działania neo-KRS. Zostały zadane na tle odwołań sędziów od wyników konkursu przeprowadzanego przez nią na sędziów Sądu Najwyższego.

Wyrok TSUE spodziewany jest w czerwcu

PiS spieszył się, by z ustawą odbierającą prawo do odwołania kandydatom do SN zdążyć przed 14 maja, kiedy przed Trybunałem odbędzie się druga rozprawa w tej sprawie. Zapewne złoży wniosek o umorzenie postępowania, skoro w polskim prawie nie ma już przepisów, które były podstawą złożenia pytań.

Decyzja o tym, czy umorzyć postępowanie przed TSUE, nie jest automatyczna. Zależy od TSUE. Zasadą jest, że TSUE pyta o to podmiot, który wniósł sprawę. W tym wypadku zapyta autorów pytań prejudycjalnych w SN i NSA, czy odpowiedź nadal jest im potrzebna. Zważywszy że celem jest ocena prawomocności działań KRS, trudno sobie wyobrazić, by przestały potrzebować odpowiedzi.

Neo-KRS jest kluczowa dla planu PiS – kadrowego opanowania wymiaru sprawiedliwości – ponieważ to ona wybiera spośród kandydatów na stanowiska sędziowskie w sądach wszystkich rodzajów i instancji. Neo-KRS jest też ważna dla postępowań dyscyplinarnych służących do zastraszania niepokornych sędziów: kieruje wnioski do rzeczników dyscyplinarnych i – co ważniejsze – może uchwalać, jak należy rozumieć bardzo ogólne sformułowania kodeksu etyki sędziowskiej.

Na użytek postępowań wobec sędziów za założenie koszulki z napisem „KonsTYtucJA” czy inne publiczne prezentowanie tego napisu neo-KRS uchwaliła, że „zachowaniem mogącym podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” jest „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną”.

Polskie sądy przed wyrokiem

Ustawa wprost sprzeczna z konstytucją

Odpowiedź TSUE na pytania prawne w sprawie neo-KRS jest też istotna dlatego, że usuwając te przepisy, PiS wywołał sytuację, która może być sprzeczna z art. 47 Karty Praw Podstawowych UE, czyli prawem do skutecznego środka odwoławczego w przypadku naruszenia praw gwarantowanych Kartą. Jednym z takich praw jest swoboda wykonywania zawodu.

To, co uchwalił PiS, jest wprost sprzeczne z konstytucją. Narusza zasadę równości wobec prawa i zakazu dyskryminacji (art. 32), równego dostępu do służby publicznej (art. 60), zasadę zaufania do państwa i prawa (art. 2 – przez niekorzystną zmianę sytuacji prawnej obywateli z mocą wsteczną) i prawo do zaskarżania wyroków i orzeczeń wydanych w pierwszej instancji (art. 78).

W tym ostatnim przypadku możliwe są wyjątki określone ustawą, ale muszą być zgodne z innymi zapisami konstytucji (np. z równym dostępem do służby publicznej czy równością wobec prawa), konstytucyjnie uzasadnione, proporcjonalne, nie naruszać istoty konstytucyjnego prawa i być niezbędne w demokratycznym społeczeństwie dla ochrony bezpieczeństwa czy porządku publicznego albo praw i wolności innych osób.

PiS twierdzi, że jego ustawa „wykonuje” wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 25 marca. W tym wyroku TK (w dobrozmianowym składzie, z dublerem sędziego) uznał, że neo-KRS powołano zgodnie z konstytucją. Ale tu ważniejszy jest inny wątek: orzekł – można się domyślać, że na użytek zablokowania wydania wyroku przez TSUE – że prawo odwołania się do NSA od wyniku konkursu do SN jest sprzeczne z konstytucją, bo „charakterystyka ustrojowa Naczelnego Sądu Administracyjnego nie predestynuje go do rozpatrywania spraw dotyczących uchwał Krajowej Rady Sądownictwa”.

Jednak po tym wyroku pojawiły się opinie prawników, że ponieważ sytuacja nierówności w prawie do odwołania jest sprzeczna z konstytucją, należy wyrok TK interpretować tak, że od konkursu do SN można się odwoływać, ale na zasadach ogólnych, czyli tak jak od wszystkich rozstrzygnięć KRS: do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

PiS, dla zablokowania wydania wyroku przez TSUE, chciał posłużyć się Trybunałem Konstytucyjnym, bo zapewne uznał, że będzie wyglądało bardziej elegancko, jeśli o wyeliminowaniu przepisu zdecyduje „niezawisły sąd”. Potem zobaczył, że mogą być problemy z jego interpretacją – więc wziął na siebie polityczną odpowiedzialność i uchwalił ustawę wprost odbierającą prawo do odwołania kandydatom na sędziów do SN.

Sędziowie będą mieli dyscyplinarki za wyroki

Teatr na użytek elektoratu

Szanse PiS na przekonanie TSUE i pytających sądów do poniechania sprawy są bardzo mizerne i chyba nie na to liczył, uchwalając tę ustawę. To raczej teatr na użytek wyborców PiS. Podobnie jak wniosek o wyłączenie od sądzenia tej sprawy przewodniczącego składu i prezesa TSUE Koena Lenartsa złożony przez przedstawiciela prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na poprzedniej rozprawie – w marcu. PiS chce pokazać elektoratowi, że Trybunał Sprawiedliwości UE jest stronniczy, „polityczny”, a jego wyroki nie zasługują na szacunek – a więc też na ich wykonanie.

Ale jeśli TSUE orzeknie – co stanie się zapewne w czerwcu – i zakwestionuje neo-KRS, PiS będzie miał problem, bo odmowa wykonania wyroku TSUE oznacza naruszenie wprost traktatu o UE, a to ożywi oskarżenia o polexit, których się boi. Jeśli więc TSUE uzna powołanie neo-KRS i jej działalność za sprzeczne z prawem Unii, rząd będzie zapewne sytuację rozwadniał, jak długo się da.

Wyrokiem będą natomiast związani sędziowie – zarówno składy, które zadały pytania prawne, jak i wszyscy, którzy mają wykonywać decyzje neo-KRS. Na przykład prezesi SN, którzy już wyznaczyli neosędziów nominowanych przez neo-KRS do składów orzekających.

Z cyklu – jak łatwo można zniszczyć jedno z najpotężniejszych ministerstw. Bardzo trafna analiza.

Krótkie podsumowanie fachowości ekipy byłego szefa MON Antoniego Macierewicza wg. redaktora

.

 

Reklamy

IV RP Plus posługuje się prokuratorami, aby ścigać opozycję

3 Kwi

„Wszystko wskazuje na to, że PiS najbliższe kampanie wyborcze chce przeprowadzić rękoma prokuratorów” – tak posłanka KE Kamila Gasiuk-Pichowicz skomentowała polecenie Marka Woźniaka, prokuratora regionalnego w Krakowie skierowane do podwładnych naczelników i kierowników.

Zobowiązuje ono do szczegółowych, cotygodniowych raportów o sprawach mających „istotny wydźwięk społeczny lub medialny” – podaje Wyborcza.

„To się świetnie składa, mam podpowiedź dla prokuratury: jest pewien polityk w Warszawie, który naruszył ustawę o finansowaniu partii politycznych, fałszował swoje oświadczenia majątkowe oraz oszukał cudzoziemca na dużą kwotę. Bardzo medialne, prokuratura mogłaby się tym zająć” – napisał z drwiną pod artykułem czytelnik Wyborczej – pauleycz.

Lecz żarty na bok. W środowisku zawrzało.

„To niecodzienne pismo, ponieważ nakazuje informować z wyprzedzeniem o planowanych czynnościach w śledztwie. I to czynnościach bardzo wrażliwych, np. zatrzymaniu, postawieniu zarzutów” – uważa prokurator Krzysztof Parchimowicz, prezes stowarzyszenia Lex Super Omnia. „Tego rodzaju czynności są objęte tajemnicą śledztwa. W sytuacji, gdy coraz szerszy krąg osób wie o takich zdarzeniach, wzrasta ryzyko przecieków. Rodzi się także ryzyko, że informacje zostaną w jakimś celu wykorzystane. Mogą się pojawić np. polecenia dotyczące terminu realizacji czynności, jej przesunięcia czy odłożenia w czasie” – podkreśla szef stowarzyszenia Lex Super Omnia.

Wyborcza pisze, że prokuratorzy są oburzeni poleceniem uznając, że informacje mogą być wykorzystane do celów politycznych i propagandowych. Wskazują na nadchodzące wybory do europarlamentu, w których bierze udział m.in. wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki – trzeci na liście PiS w Małopolsce – podkreśla dziennik.

Śledczy przypominają, że takie wyszukiwanie spraw medialnych i robienie z nich show nie jest nam obce. Było charakterystyczną cechą działań prokuratury w latach 2005-07 – za czasów pierwszych rządów PiS i Zbigniewa Ziobry jako ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego.

Najnowsza inicjatywa nie pozostała więc też bez echa. Pod artykułem o niej w Wyborczej aż roi się od komentarzy:

„Przewidywalne do bólu. Już się nie mogę doczekać briefingów Zbigniewa. Dziki wzrok, policzki rozpalone, usta malinowe krzyczące, już nikt nigdy…
Nie wiadomo gdzie pan Zbigniew dostanie jedynkę na jesieni. Może Montelupich”
 – napisała z ironią krynolinka.

Macierewicza i Ziobrę zlustruje historia i zapisze w rozdziale hańby

20 Mar

Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza – poinformowała Polska Agencja Prasowa. Biuro Lustracyjne IPN uznało, że jego oświadczenie lustracyjne jest prawdziwe, co oznacza, że nie współpracował on ze służbami PRL. – „Postępowanie w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego złożonego w 2007 r. przez posła Antoniego Macierewicza zostało prawomocnie zakończone 9 lutego 2009 r. wydaniem zarządzenia o pozostawieniu sprawy bez dalszego biegu, wobec niestwierdzenia wątpliwości co do zgodności oświadczenia lustracyjnego z prawdą” – brzmi stanowisko IPN.

IPN podjął tę decyzję błyskawicznie, bo wniosek w sprawie weryfikacji prawdziwości oświadczenia lustracyjnego byłego szefa MON i posła PiS złożył zaledwie w lutym poseł PO Cezary Tomczyk. Pisaliśmy o tym w artykule „PO chce ponownej lustracji Antoniego Macierewicza”.

„Prokurator IPN w Warszawie nie podjął na nowo postępowania lustracyjnego wobec Antoniego Macierewicza”. Dziwi Was decyzja obecnego IPN? Szybka i przewidywalna. Wrócimy do tego po wyborach. Tak, by wyjaśnić wszelkie, poważne wątpliwości wobec przeszłości Macierewicza” – podsumował na Twitterze poseł PO Marcin Kierwiński. – „IPN nigdy nie był tak upolityczniony, jak obecnie, dlatego ich decyzja nie dziwi. Ostatnio PiSIPN jest na etapie ułaskawiania ludobójców, takich jak np. Bury. Nie mają czasu na inne rzeczy”; – „Panie Marcinie skąd Pan wie, co Antoni M. ma w szafie? Zlikwidował WSI to może jego bogactwo równe bogactwu Kiszczaka? Wolność i spokój w szafie zamknięte” – komentowali internauci.

W Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej odbyła się rozprawa w sprawie pytań prejudycjalnych, które zadał Sąd Najwyższy w związku z wątpliwościami co do skuteczności podejmowania decyzji przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa. Rozprawa była burzliwa, bowiem według przedstawicieli polskiego rządu TSUE w ogóle nie powinien zajmować się już tą sprawą, bowiem z części zapisów zmieniających ustrój SN się wycofano. Innego zdania jest natomiast Komisja Europejska i polska opozycja. Nominaci autora kontrowersyjnych zmian, czyli Zbigniewa Ziobro, jak i on sam robią natomiast co w ich mocy, by do wydania ewentualnego niekorzystnego wyroku nie doszło przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Wydaje się jednak, że ich starania spełzną na niczym, bowiem TSUE już zapowiedział, że swoją opinię wyda 23 maja, a więc na dwa dni przed ciszą wyborczą.

Już dziś do premiera polskiego rządu apel wystosowali parlamentarzyści opozycji, by niezależnie od wyniku postępowania rząd uznał moc wiążącą opinii.

– Dla nas, jako opozycji, uznanie każdego wyroku TSUE jest rzeczą oczywistą, natomiast po drugiej stronie różnie z tym bywało. Słyszeliśmy już jak politycy PiS próbowali kwestionować tego typu wyroki –podkreśliła Paulina Henning-Kloska z Nowoczesnej. Nie wyobrażamy sobie, żeby rząd Polski, premier, który stoi na jego czele, a także cała partia rządząca próbowała doprowadzić do sytuacji, w której upolityczniony Trybunał Konstytucyjny będzie kwestionował wyrok TSUE – dodała posłanka.

O tym, że obawy odrzucenia opinii TSUE są uzasadnione, może świadczyć dokument, który wyciekł z Trybunału dotyczący stanowiska Komisji Europejskiej w tej sprawie. Zdaniem komisarzy zasada praworządności może nie być złamana, jednak obowiązujący obecnie model funkcjonowania KRS podważa zaufanie do władzy sądowniczej.

“Wprawdzie zasadniczo prawdą jest, iż pośrednia lub bezpośrednia ingerencja organu politycznego w procedurę powoływania sędziów nie jest per se uważana jako podważająca niezawisłość i bezstronność sędziów powoływanych w drodze takiej procedury, jednakże w swoim orzecznictwie ETPC uważa wizerunek niezawisłości i bezstronności jako stanowiący składnik niezawisłości sądownictwa oraz wagę zaufania do sądownictwa, które nie powinno być podważane, jako czynniki odgrywające rolę w sądownictwie społeczeństw demokratycznych” – możemy przeczytać w dokumencie.

Europejscy urzędnicy nie mają wątpliwości, że polska “reforma” w tym obszarze nie spełnia europejskich standardów.

“W świetle powyższych uwag Komisja proponuje interpretować gwarancje niezawisłości i bezstronności sędziów krajowych przewidziane w art.19 ust.1 akapit drugi TUE i art.47 Karty w ten sposób, że formacja orzekająca taka jak Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego (Polska), utworzona w okolicznościach takich jak te w sprawach głównych i właściwa do rozstrzygania sporów dotyczących statusu sędziów, nie spełnia powyższych gwarancji” – pisze Komisja Europejska . Zdaniem autorów pisma nowa formuła wybierania członków KRS godzi w wizerunek i ogranicza zaufanie do tego organu.

Prawo i Sprawiedliwość czekają zatem trudne chwile, bowiem ewentualne uznanie działań KRS za niezgodne z unijnym prawem może całkowicie zrujnować wszystkie “osiągnięcia” obozu władzy w wymiarze sprawiedliwości. Tego przed wyborami parlamentarnymi mogą im nie wybaczyć nawet najbardziej zagorzali sympatycy.

Konieczne będzie twarde i konsekwentne, ale zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy.

A że nie da się po dobroci, dobitnie pokazują ostatnie wydarzenia. Mam wrażenie, że przez co najmniej połowę obecnej kadencji Sejmu i rządu wielu Polaków żyło w pewnym rodzaju zbiorowej ułudy, że to się zmieni. Nasz sposób myślenia przypominał myślenie dręczonych dzieci z patologicznej rodziny: może to przynajmniej w części nasza wina, myśleliśmy, może niewystarczająco się staramy, niewystarczająco wchodzimy w dialog z tą drugą stroną, może nie zrobiliśmy tyle, ile było trzeba, żeby ich zrozumieć, wyjść im naprzeciw. To nieprawda.

Ludzie, którzy żyją normalnie, żyją przyzwoicie, lubią innych ludzi, wychowują dzieci, pracują i płacą podatki, kochają swój kraj, mają dystans i poczucie humoru, są nieźle wychowani i zachowują się racjonalnie, być może nie są doskonali. Może popełniają gafy, powiedzą w nerwach jedno słowo za dużo, zdarzają się im się wpadki i niedociągnięcia. Ale jednak mieszczą się w jasno określonych normach cywilizacyjnych, prawnych i normach współżycia społecznego, a za swoje błędy płacą, bo tak trzeba.

Jednak w tych normach ani PiS, ani Kościół katolicki od jakiegoś czasu się już nie mieszczą. Tych dwóch organizacji te zasady nie dotyczą. I nie dotyczą ich nie dlatego, że to jacyś wysublimowani geniusze, mający problemy z dostosowaniem się do społeczeństwa lub istoty o innej wrażliwości. Nie dotyczą ich, bo oni tego nie chcą. Uważają, że prawo, przyzwoitość i zasady współżycia społecznego są dla maluczkich, dla „zwykłych” ludzi. Oni zaś – w swoim mniemaniu – są niezwykli i stoją ponad prawem.

Buta, pycha, chamstwo, kłamstwo, arogancja, przemoc werbalna, polityczna i instytucjonalna i niebywała brutalność to cechy ludzi i grup, które spokojnie można nazwać bandyckimi. Czy PiS stosuje metody bandyckie? Tak. Czy Kościół stosuje metody bandyckie? Owszem. Kiedy wrzucą Państwo do wyszukiwarki internetowej frazę „metody postępowania zorganizowanych grup przestępczych”, znajdą tam łamanie i obchodzenie prawa, zacieranie śladów, kłamstwo, wprowadzanie w błąd instytucji kontrolnych (w demokracji jedną z takich instytucji jest opinia publiczna), fałszowanie danych, raportów i sprawozdań, uciszanie lub próby uciszania niewygodnych świadków, przekupstwo, szantaż, zastraszanie, niszczenie ludzi, oszczerstwo, posługiwanie się mediami i policją w celu wybielenia własnego wizerunku i zatarcia śladów. Z takimi ludźmi nie wygra się po dobroci. To nie są ludzie do debaty, dyskusji, ustalania stanowisk, negocjacji uwzględniających interesy wszystkich stron.
To nie są ludzie, którym na sercu leżą wartości czy kraj, na którym pasożytują.

Chcę to jasno powiedzieć: w mojej opinii zarówno PiS, jak i związany z nim Kościół katolicki (wzajemne wspieranie się obu tych instytucji jest także bardzo charakterystyczne) to obecnie potężne instytucje władzy, działające wyłącznie w celu zwiększenia swoich wpływów, powiększenia majątku i które, żeby to zrobić nie cofną się absolutnie przed niczym.

Po zapoznaniu się z pomysłem ministra Ziobry, żeby sędziami pokoju zostawali nie sędziowie, nawet nie prawnicy, a po prostu ludzie, którzy ukończyli 35 lat i mają „doświadczenie życiowe” (czy istnieje bardziej uznaniowe kryterium?) i po wysłuchaniu konferencji biskupów na temat pedofilii w Kościele, której przesłanie było aż nadto jasne: będziemy bronić pedofilów i mydlić wam oczy, dopóki tylko zdołamy i ujdzie to nam na sucho – przestałam mieć najmniejsze wątpliwości. Po dobroci z nimi się nie da.

Tak na PiS, jak i na Kościół katolicki jest tylko jedna metoda: twarde i konsekwentne, choć zgodne z prawem rozliczenie winnych złamania przepisów i nadużyć władzy, przykładne, choć sprawiedliwe ukaranie winnych, nie zważając na krzyki i płacze kolegów partyjnych, którzy oczywiście będą wydzierać się wniebogłosy, że dzieje im się straszna krzywda i zmiana przepisów w taki sposób, żeby można było z urzędu niejako, po przeprowadzeniu odpowiednich procedur, zdelegalizować każdą partię polityczną, łamiącą uporczywie, konsekwentnie, świadomie i celowo prawo i postawić przed sądem każdą instytucję, której udowodni się, tak jak Kościołowi katolickiemu, celowe i systemowe, wieloletnie krycie przestępców, w tym wypadku seksualnych (choć i inne ma Kościół na koncie). I wprowadzenie do Konstytucji i innych ważnych aktów prawnych odpowiednich zabezpieczeń przewidujących taki rozwój wypadków w przyszłości.

Na początku byliśmy otumanieni i bezradni i nie bardzo rozumieliśmy, co się właściwie dzieje i to była najzupełniej normalna reakcja. Tak reagują normalni, spokojnie ludzi w zetknięciu z bandyckimi metodami. Ale czas na zmianę podejścia. Bycie miłym w żadnym wypadku nie wystarczy. A naiwność będzie kosztować nas Polskę.

We wtorek 19 marca odbyła się rozprawa Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego o status nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej SN. Zamiast przedstawiciela MSZ polski rząd reprezentował de facto prokurator – wysłannik Zbigniewa Ziobry. Chciał wyłączyć z rozprawy… samego prezesa TSUE za „brak bezstronności”

W pytaniach z 30 sierpnia oraz 19 września 2018 Sąd Najwyższy pytał TSUE o „zdolność KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów” w związku z jej upolitycznieniem. A także o to, czy Izba Dyscyplinarna SN, którą w 2018 roku powołał do życia rząd PiS „będzie sądem niezależnym i niezawisłym w rozumieniu prawa unijnego”.

SN argumentował, że w nowej Izbie zasiadają wyłącznie sędziowie wybrani przez KRS, której „sposób wyboru i funkcjonowania” uznaje za wątpliwe. Została bowiem uzależniona od władzy ustawodawczej i wykonawczej – 6 marca 2018 roku 15 członków-sędziów KRS powołali posłowie PiS i Kukiz’15.

Podczas wtorkowej rozprawy polski rząd zapewniał Trybunał, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a pytania prejudycjalne SN są „bezprzedmiotowe”. Przypominał, że rząd PiS znowelizował ustawę o Sądzie Najwyższym, zatem pytania o status KRS tracą punkt zaczepienia i powinny zostać wycofane.

„Rząd argumentował, że w Polsce wszystko jest w porządku. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki” – komentuje dla OKO.press mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, która prowadzi w TSUE sprawę pytań SN.

Trybunał ostatecznie nie przychylił się do argumentacji rządu – uznał, że pytania SN są dopuszczalne. I przekazał je do rozpatrzenia rzecznikowi generalnemu (fr. avocat général). Opinię rzecznika poznamy 23 maja 2019 roku, czyli tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Na jej podstawie, w ciągu około dwóch tygodni zapadnie ostateczny wyrok TSUE.

Uczestnikom wtorkowej rozprawy rzuciła się w oczy interesująca zamiana miejsc. Jako przedstawiciel polskiego rządu częściej niż właściwy pełnomocnik – Bogusław Majczyna z MSZ – wypowiadał się prokurator Tomasz Szafrański z Prokuratury Krajowej.

Ekspansywny prokurator

„Prokurator Szafrański przez całe spotkanie próbował zabierać głos poza kolejnością i bez trybu, podnosił rękę i przerywał. Gdy udzielono mu głosu, przekraczał limity czasu, nie reagował na upomnienia przewodniczącego. W zasadzie wypowiadał się za polski rząd” – mówi OKO.press mec. Michał Wawrykiewicz.

Wawrykiewicz wraz z mec. Sylwią Gregorczyk Abram prowadzi w TSUE sprawę pytań SN. Oboje są członkami stowarzyszenia „Wolne Sądy”.

„Gdy zostało mu to wytknięte miał odpowiedzieć, że czuje się Polakiem, patriotą i występuje w imieniu polskiego rządu dla dobra państwa” – dodaje Wawrykiewicz.

Na samym początku posiedzenia Szafrański próbował poza kolejnością złożyć wniosek o odroczenie postępowania. Mimo że procedury nie przewidują odroczenia w momencie, gdy data rozprawy została już wyznaczona. „To działanie bez żadnego trybu” – komentuje Sylwia Gregorczyk-Abram.

Odroczenie miałoby dać prokuraturze więcej czasu, by na piśmie wnioskować o wyłączenie z rozprawy niektórych sędziów TSUE. Zdaniem Wawrykiewicza i Gregorczyk-Abram prokuratura opacznie zrozumiała pismo porządkowe wysyłane przez Trybunał przed rozprawą. Na jego podstawie uznała, że ma 15 dni na złożenie wniosku o wyłączenie z rozprawy danego sędziego.

O kogo chodziło? Pod koniec posiedzenia Szafrański złożył wniosek o wyłączenie z orzekania przewodniczącego Trybunału Koena Lenaertsa. Argumentował, że Lenaerts „wypowiadał się na temat reform wymiaru sprawiedliwości i uczestniczy w polskich konferencjach” organizowanych przez stowarzyszenie sędziów Iustitia i Sąd Najwyższy. Nie jest zatem w bezstronny.

Wniosek ten został jednogłośnie odrzucony. Nie poparł go nawet przedstawiciel polskiego rządu.

Sędziowie pytają o KRS

Po wystąpieniach mec. Gregorczyk-Abram i Wawrykiewicza, Komisji Europejskiej, EFTA, polskiego rządu, i prokuratury sędziowie TSUE mieli czas na zadawanie pytań. Jak podkreślają członkowie „Wolnych Sądów”, 90 proc. z nich było skierowanych do Bogusława Majczyny.

TSUE pytał Majczynę zwłaszcza o skrócenie kadencji poprzednich członków KRS. Sędzia-sprawozdawca powoływał się na art. 187 konstytucji, który precyzuje, że trwa ona cztery lata.

Pełnomocnik rządu przyznał, że kadencje została skrócone. Ale zaznaczył, że tylko nieznacznie – o dwa dni. Przypomniał przy tym wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że kadencje wszystkich członków KRS powinny zaczynać się i kończyć w tym samym dniu. Rząd miał więc być niejako zmuszony do skrócenia kadencji, by dostosować się do postanowienia TK.

„Prawda jest taka, że oni poszli do „swojego” Trybunału by dostać taki wyrok, jakiego sobie życzyli. Celem było to, by mieć podstawę do skrócenia kadencji członków KRS i obsadzenia jej „swoimi”. Trybunał to przypieczętował. Rząd opiera argumentację w TSUE na wyroku TK podporządkowanego władzy” – komentuje Michał Wawrykiewicz.

Sprawa „kamikadze”

Sędziowie TSUE pytali polski rząd także o kryteria wyboru sędziów do KRS i Sądu Najwyższego.

„Trybunał interesowało jak te kryteria są rozumiane, kto przygotowuje listy sędziów, jak kandydatury są weryfikowane i kto o tym decyduje” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

TSUE prosił również o wyjaśnienia w sprawie art. 44 ustawy o KRS, który mówi o trybie odwołania od negatywnej opinii KRS w procesie rekrutacji na stanowiska sędziowskie w SN. Po zmianach wprowadzonych przez rząd PiS do zablokowania uchwały KRS zaskarżyć ją muszą wszyscy uczestnicy postępowania. W innym przypadku automatycznie staje się ona prawomocna.

Przepis ten oraz cały system naboru testowali w październiku „sędziowie-kamikadze„, którzy zgłosili swoje kandydatury do Sądu Najwyższego, m.in. Waldemar Żurek.

„Majczyna powiedział, że chodziło o to, by nie wstrzymywać procedury powołania sędziów SN. Skłamał, bo w art. 44 ust. 2 jest mowa o tym, że Naczelny Sąd Administracyjny ma dwa tygodnie na rozpoznanie odwołania. To była kwestia dwóch tygodni, ale rząd się nie wstrzymywał” – podkreśla Wawrykiewicz.

Izba Dyscyplinarna

Jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy Bogusław Majczyna mówił dziennikarzom, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego „ma wszelkie znamiona niezależnego sądu”. Podczas posiedzenia podkreślał, że fakt, że została wybrana przez nową KRS „nie ma najmniejszego wpływu na jej niezależność”.

Wtórował mu prokurator Szafrański. Stwierdził, że „Izba Dyscyplinarna ma gwarancje niezależności większe niż inne sądy. Nie ma w niej jakichkolwiek powiązań z władzą ustawodawczą i wykonawczą”.

„Rząd argumentował, że w Polsce nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale my pokazywaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa – prześladowani są sędziowie. I na taką sytuację TSUE przewiduje wyjątkowe środki. To rozjuszyło prokuratora. Stwierdził, że do żadnych prześladowań nie dochodzi, że to „fantazmaty publicystyczne”. Wymieniliśmy więc nazwiska sędziów, którym postawiono zarzuty, tłumacząc też zmianę w postępowaniach dyscyplinarnych i efekt mrożący” – mówi Sylwia Gregorczyk-Abram.

O tym, że Izba Dyscyplinarna powołana do życia przez rząd PiS, ma być młotem na niezależnych sędziów pisaliśmy w OKO.press już w sierpniu 2018 roku. Od tego czasu zdążyła przydać się politykom. W październiku jej ówczesny prezes Jan Majchrowski pisał do TSUE, że pytania prejudycjalne SN są niedopuszczalne.

Sędziowie TSUE dopytywali, kto sprawuje kontroluję nad Izbą Dyscyplinarną w sytuacji, gdy ta złamie prawo. Bo Izba pozostaje poza kontrolą Pierwszego Prezesa SN. Zdaniem ekspertów przypomina w tym „sąd specjalny”, który może zostać powołany tylko na czas wojny.

Ziobro, do dymisji. A na jesieni pod Trybunał Stanu

18 Lu

Prokuratura jest upolityczniona i sterowana ręcznie – mówią uczestnicy parlamentarnego zespołu ds. reformy wymiaru sprawiedliwości. – Dziś najwyższy czas, aby Zbigniew Ziobro poniósł odpowiedzialność za to, po co sięgnął, za pełnię władzy nad prokuraturą – uważa Kamila Gasiuk-Pihowicz. W środę Sejm zajmie się wnioskiem o odwołanie Zbigniewa Ziobry z funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości.

3 lata prokuratury

W posiedzeniu zespołu parlamentarnego ds. reformy wymiaru sprawiedliwości wzięli udział nie tylko przedstawiciele prokuratorów, obecni też byli przedstawiciele zawodu sędziego, adwokatów, radców prawnych, organizacji pozarządowych i eksperci. Zespół podsumował ostatnie 3 lata, kiedy prokuraturą zarządza minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

– Prokuratura pod rządami Zbigniewa Ziobry została sprowadzona do czegoś pomiędzy agencją czarnego PR, a narzędziem do realizowania politycznych celów PiS-u – mówiła na konferencji po spotkaniu zespołu Kamila Gasiuk-Pihowicz z koalicji PO-KO.

Zdaniem uczestników zespołu całkowicie zaburzona została prawdziwa funkcja prokuratury, która w normalnym, europejskim i cywilizowanym  kraju stoi na straży praworządności.

– W Polsce prokuratura pod rządami Zbigniewa Ziobry zapewnia bezpieczeństwo rządzącym, a nie rządzonym. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tempo działania, skala zaangażowania czy cele pracy prokuratorów zależą od celów partii rządzącej – uważa Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Opieszała, upolityczniona, droga

Zarzutów dla prokuratury i prokuratora generalnego jest wiele. Posłowie opozycji przypomnieli, że prokuratura zastanawiała się ponad tydzień, co zrobić z aferą KNF, wiele wątpliwości budzi też brak odpowiednich działań przy sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego. Prokuratura seryjnie umarzała też sprawy, w których poszkodowane były osoby związane z opozycją, jak chociażby w przypadku politycznych aktów zgonu dla prezydentów miast, które wystawiła Młodzież Wszechpolska.

W samej prokuraturze nastąpiły też ogromne przesunięcia – spośród 6100 prokuratorów i asesorów wymieniono aż 1000 osób funkcyjnych. Mimo że nastąpił wyraźny spadek efektywności, budżet prokuratury wzrósł o pół miliarda zł.

– Dziś najwyższy czas, aby Zbigniew Ziobro poniósł odpowiedzialność za to, po co sięgnął, za pełnię władzy nad prokuraturą – mówiła Kamila Gasiuk-Pihhowicz.

– Doszliśmy do sytuacji patologicznej. To, co się dzieje w prokuraturze, pokazuje, że zwykły obywatel jest na szarym końcu. Realizowane są polecenia polityczne, a śledztwa, które dotyczą przeciwników politycznych, mają priorytety. Prokuratorzy, którzy mają kręgosłup moralny, są od takich spraw odsuwani – mówił Borys Budka z PO-KO.

Spotkanie Ziobro-Kaczyński

Do patologicznej sytuacji, zdaniem posłów opozycji, doszło w zeszłym tygodniu, gdy w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości gościł polityk, który jest jedną z głównych osób zamieszanych w aferze K-Tower.

– To prowadzi do sytuacji, w której prokurator generalny, zarazem poseł, otrzymał narzędzia nieznane żadnemu demokratycznemu państwu w Europie. Ta sytuacja powoduje również, że minister sprawiedliwości i prokurator generalny może mieć wiedzę na temat swoich partyjnych i politycznych kolegów, jak również partyjnych i politycznych konkurentów – tłumaczył Borys Budka z PO-KO.

Jak uzdrowić prokuraturę?

Uczestnicy parlamentarnego zespołu ds. reformy wymiaru sprawiedliwości nie maja wątpliwości: aby naprawić sytuację w prokuraturze, konieczna będzie zmiana prawa. Kluczowe będzie rozdzielenie stanowisk prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, z zastrzeżeniem, aby wybór prokuratora generalnego odbywał się w oderwaniu od nacisków politycznych.

– Prokuratorzy muszą stać na straży praworządności i pilnować spraw Polaków, a nie dobra partii rządzącej, co jest zaprzeczeniem działalności prokuratury – uważa Arkadiusz Myrcha z PO-KO.

Konieczne jest także powrócenie do zlikwidowanego modelu konkursu przy awansach na poszczególne stopnie kariery. – Należy odejść od nagradzania prokuratorów przez prokuratora generalnego, który wprowadza pełną uznaniowość – dodaje Myrcha.

Za dwa dni Sejm zajmie się wnioskiem o odwołanie Zbigniewa Ziobry z funkcji ministra sprawiedliwości.

– Będziemy domagać się wyjaśnienia wszelkich wątpliwości, będziemy apelowali do parlamentarnej większości, aby rozliczyć te 3 lata bardzo złej zmiany w prokuraturze, aby doszło do niezwłocznego odwołania Zbigniewa Ziobry – podsumował Borys Budka.

„Prokuratura pod rządami Zbigniewa Ziobry została sprowadzona do czegoś pomiędzy agencją czarnego PR-u a narzędziem do realizowania politycznych celów PiS-u. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tempo działania, skala zaangażowania czy cele pracy prokuratorów zależą dzisiaj od interesów partii rządzącej. Prokuratura Zbigniewa Ziobry służy interesom partyjnym, a nie obywatelom. Prokuratura przez tydzień zastanawiała się nad tym, co zrobić z aferą KNF, zanim rozpoczęła jakiekolwiek czynności w tej największej, korupcyjnej aferze po 1989 r. Jakie są efekty pracy prokuratury w sprawie taśm Kaczyńskiego? Otóż jedynym efektem są pytania, czy Zbigniew Ziobro zapoznał Jarosława Kaczyńskiego z zeznaniami głównego poszkodowanego, w sprawie którego kontrolowana przez prezesa PiS spółka nie zapłaciła wynagrodzenia” – powiedziała posłanka PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz. Według niej, prokuratura zapewnia bezpieczeństwo rządzącym, a nie rządzonym.

Posłowie klubu PO-KO domagają się niezwłocznego odwołania Ziobry. Zarzucają mu m.in. niedopełnianie obowiązków oraz przekraczanie uprawnień w sprawie afer SKOK oraz KNF, a także działanie zmierzające do wyprowadzenia Polski z UE.

Gasiuk-Pihowicz dodała, że zmiany kadrowe przeprowadzone przez Ziobrę tworzą system, dający możliwość wywierania nacisków na poszczególnych prokuratorów. – „Spośród 6100 prokuratorów i asesorów wymieniono aż 1000 osób funkcyjnych. Chciałabym też zwrócić uwagę, że przy dramatycznym spadku efektywności w działaniach prokuratury, rośnie tym samym o pół miliarda złotych budżet prokuratury, ktoś musi za to odpowiedzieć” – powiedziała posłanka.

Zdaniem Borysa Budki jednym z objawów – jak się wyraził – patologii w prokuraturze była „wizyta” Jarosława Kaczyńskiego u Zbigniewa Ziobry. – „W tej chwili mamy do czynienia z sytuacją, w której polityk może wydać każdemu prokuratorowi w Polsce dowolne polecenie. Co więcej, może również wydawać takie polecenia służbom, które są odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo, może również zlecać czynności operacyjne. To prowadzi do sytuacji, w której prokurator generalny, ale zarazem poseł otrzymał narzędzie nieznane żadnemu demokratycznemu państwu w Europie” – stwierdził Budka.

Prezes rządzącej partii, osoba, która uważa się za nadprezydenta i nadpremiera, jest oskarżana o korupcję, przekazanie, odebranie, wymuszenie łapówki. To pokazuje standardy Ukrainy Wiktora Janukowycza – mówił na konferencji prasowej Grzegorz Schetyna, przewodniczący PO. Domaga się „przyzwoitości”, wyjaśnienia spraw związanych z taśmami Kaczyńskiego i informacji na temat toczącego się w prokuraturze postępowania na najbliższym posiedzeniu Sejmu. „Gazeta Wyborcza” publikuje w poniedziałek kopię dowodu wypłaty 50 tys. zł, które austriacki bizensmen miał na prośbę prezesa PiS przekazać jako zapłatę za podpis księdza z rady Fundacji im. Lecha Kaczyńskiego.

„Łapówkarz będzie nazywany łapówkarzem”

– Widzimy patologiczną politykę PiS. Prezes rządzącej partii, osoba, która uważa się za nadprezydenta i nadpremiera, jest oskarżana o korupcję, przekazanie, odebranie, wymuszenie łapówki. To pokazuje standardy Ukrainy Wiktora Janukowycza, kraju, który jest niepraworządny i niedemokratyczny. Do takich standardów nie można się przyzwyczaić – mówił na konferencji prasowej przewodniczący PO Grzegorz Schetyna.

Domaga się wyjaśnienia sprawy i informacji na temat toczącego się w prokuraturze postępowania. Platforma już w zeszłym tygodniu złożyła wniosek do marszałka Sejmu, w którym domaga się utajnienia najbliższego posiedzenia, które rozpoczyna się 20 lutego. – Liczę, że marszałek Sejmu zdecyduje się na poinformowanie posłów o postępowaniu i ustaleniach, co prokuratura zrobiła i jakie ma plany – przyznał lider PO.

Opozycja zapewnia, że spraw związanych z taśmami Kaczyńskiego nie odpuści. – Patologiczne zachowania muszą mieć kres i ocenę. Chcę zaapelować do urzędników i prokuratorów, przedstawicieli służb specjalnych, do wszystkich, którzy są wpisywani w patologiczny model sprawowania władzy. Za 10 miesięcy nasz kraj wróci do normalności. Łapówkarz będzie nazywany łapówkarzem i będzie odpowiadał przed prokuraturą i sądem bez względu na koneksje rodzinne czy legitymację partyjną – mówił Grzegorz Schetyna.

Koperta Kaczyńskiego

Przypomnijmy, w piątek „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że Gerald Birgfellner, składając zeznania w prokuraturze, miał stwierdzić, że Jarosław Kaczyński miał nakłonić go do wręczenia 50 tys. zł księdzu z rady fundacji, która jest właścicielem spółki Srebrna.

Teraz gazeta publikuje kopię dowodu wypłaty 50 tys. zł, które austriacki biznesmen miał w centrali PiS przekazać jako zapłatę za podpis księdza z rady fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego.

„Jarosław Kaczyński powiedział mi, że musi mieć jeszcze podpis księdza, który jest członkiem rady tej fundacji, ale powiedział, że zanim ten ksiądz podpisze, to trzeba mu zapłacić. Chodzi o pana Rafała Sawicza. Zapytałem Jarosława Kaczyńskiego, ile musimy mu zapłacić, a on odpowiedział, że prawdopodobnie 100 tys. zł. Powiedziałem, że nie mam takich pieniędzy i muszę je wyłożyć z własnej kieszeni, i mogę zebrać 50 tys., a resztę zapłacimy mu, jak dostaniemy kredyt [z Banku Pekao SA na przygotowanie inwestycji], a ja otrzymam swoje honorarium. Ktoś z Nowogrodzkiej do mnie zadzwonił, nie wiem kto, że powinienem podjąć te 50 tys. z banku z mojego prywatnego konta i zawieźć je na Nowogrodzką” – miał zeznać zeznać biznesmen, cytowany w piątek przez „Gazetę Wyborczą”.

Prezes PiS-u nie odniósł się jeszcze do sprawy. Jedynie rzeczniczka PiS Beata Mazurek stwierdziła, że to „rozpaczliwe próby skompromitowania Jarosława Kaczyńskiego, które budzą politowanie i zażenowanie”.

W prokuraturze toczy się postępowanie po zawiadomieniu złożonym przez austriackiego biznesmena. Birgfellner oskarża Jarosława Kaczyńskiego o oszustwo w związku z niedoszłą inwestycją na należącej do spółki Srebrna działce, na której miały stanąć dwa 190-metrowe wieżowce zwane roboczo K-Towers.

Pisowska piękna katastrofa ws. Sądu Najwyższego

22 List

Presja ma sens – i to ogromny.

Więcej >>>

Nowelizacja o Sądzie Najwyższym została przepchnięta przez Sejm w trybie ekspresowym. Poprawka przywraca do orzekania sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat. Dotyczy to również pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf.

To było dynamiczne posiedzenie Sejmu. W ciągu zaledwie kilku godzin odbyły się trzy czytania projektu nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym.

PiS przyjął nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym

Nie podobało się to opozycji, której posłowie podnosili, że nie mieli czasu, by zapoznać się z poprawkami. – Takiego tempa prac jeszcze nie było – komentowała na sejmowej mównicy Barbara Dolniak z Nowoczesnej. – Pisanie przepisów na kolanie jest złem, o którym mogę się przekonać od początku pracy w tym parlamencie. Państwo unikacie ścieżki projektu rządowego, która wymaga konsultacji i opinii – podnosiła posłanka.

– Podkreślę raz jeszcze, ustawa o Sądzie Najwyższym, była zgodna z konstytucją i traktatami unijnymi – mówił Łukasz Schreiber z PiS, dodając, że nowelizacja stanowi kompromis z unijnym trybunałem.

„PiS goni strach”

Ustawa po ok. dwóch godzinach obrad trafiła do drugiego czytania, a niedługo po tym do trzeciego. Pominięto przy tym prace komisji. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński podnosił, że nie jest to konieczne. Posłowie z PO i Nowoczesnej podnosili, że pośpiech w pracach nad nowelizacją to wynik strachu PiS przed orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. – PiS goni strach – stwierdziła Gasiuk-Pihowicz.

Nowelizacja ustawy o SN. 215 posłów „za”

Tymczasem okazuje się, że skarga na Polskę w związku ze zmianami w Sądzie Najwyższym wcale nie zostanie automatycznie wycofana z unijnego TSUE.

W trzecim czytaniu odrzucono wszystkie poprawki zgłoszone przez opozycję. Ostatecznie nowelizację przyjęto. „Za” głosowało 215 posłów, przeciw było 161, wstrzymało się 24.

Wystąpienie w Sejmie Stefana Niesiołowskiego w stosunku do pokraki Ziobry to, co najlepsze można usłyszeć.

Prawo i Sprawiedliwość ma poważny dylemat – jak zareagować na aferę KNF, żeby odzyskać kontrolę na biegiem politycznych wydarzeń i jednocześnie odciągnąć uwagę opinii publicznej od niewygodnego dla siebie tematu. Z informacji medialnych i kuluarowych spekulacji wynika, że w grze jest kilka scenariuszy. Analizujemy każdy z nich.

Scenariusz nr 1: Dymisja premiera Morawieckiego; szanse: 1 proc.

Polityczne science-fiction, ale po wybuchu afery KNF nawet taka opcja pojawiła się w mediach. Na Nowogrodzkiej taką narrację chętnie podchwycili przeciwnicy obecnego premiera, których w PiS-ie nie brakuje. Wszelkie spekulacje zostały jednak szybko ucięte. – To chwila na zwarcie szyków – miał według ustaleń „Faktu” stwierdzić podczas partyjnej narady prezes Kaczyński.

Inna rzecz, że nawet gdyby Kaczyński chciał wymienić Morawieckiego, trudno znaleźć kandydata, który mógłby bez szkód dla notowań partii go zastąpić. Tym bardziej, że w tej kadencji już jedną roszadę na stanowisku szefa rządu mieliśmy. Gdyby Morawieckiego miał ktoś zastąpić, musiałby to być sam prezes PiS-u. A ten, jak wiemy, nie jest do tego chętny. Na dzisiaj pytanie brzmi więc nie „Czy Kaczyński zdymisjonuje Morawieckiego?”, a raczej: „Czy wzmocni jego pozycję po aferze KNF, pozwalając mu na przykład wybrać nowego szefa Komisji?”.

Scenariusz nr 2: Wcześniejsze wybory parlamentarne; szanse: 15 proc.

Ucieczka do przodu, ale bardzo mało prawdopodobna. Orędownikiem takiego rozwiązania miałby być człowiek numer dwa w PiS-ie – wiceprezes partii oraz szef MSWiA Joachim Brudziński. On sam, przynajmniej oficjalnie, jednak zaprzecza. Kiedy temat zaczął się roznosić po mediach, PiS ustami Jacka Sasina wygłosiło stanowcze dementi. – To kaczka dziennikarska. Różni informatorzy plotą różne głupstwa. Umówiliśmy się z Polakami na cztery lata – zapewnił na antenie Radia ZET przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów.

Niechęć Nowogrodzkiej do wcześniejszych wyborów jest zrozumiała. Przeszło dekadę temu właśnie w taki sposób PiS na własną prośbę straciło władzę. Dziś jest jednak w znacznie lepszym położeniu – rządzi samodzielnie, ma lepsze notowania, wyciągnęło wnioski z błędów przeszłości. Dodatkowo, zorganizowanie wyborów parlamentarnych w bezpośrednim sąsiedztwie głosowania do europarlamentu niosłoby ze sobą poważne ryzyko, że motywem przewodnim kampanii będą kwestie europejskie i pozycja Polski na arenie międzynarodowej. A, delikatnie mówiąc, nie jest to najmocniejsza karta w talii prezesa Kaczyńskiego.

Scenariusz nr 3: Szybka rekonstrukcja rządu; szanse: 33 proc.

Idealny sposób na odwrócenie uwagi społeczeństwa i odbicie od afery KNF. Rzecz w tym, że już jedna duża rekonstrukcja rządu – na czele z wymianą premiera – w tej kadencji była. Inflacja takich ruchów mocno zbija ich polityczną wartość. Druga sprawa, ławka rezerwowych na Nowogrodzkiej jest krótka, więc prezes Kaczyński musiałby się mocno nagłowić, żeby politycy wchodzący do rządu rzeczywiście stanowili wartość dodaną dla obozu „dobrej zmiany”.

Rozmówcy Gazeta.pl z partii władzy zgodnie podkreślają, że w PiS-ie nie ma dziś tematu zmian w rządzie. Oficjalnie potwierdził to też na antenie Radia ZET minister Jacek Sasin: – To fake newsy wyssane z palca. Nie ma takiego pomysłu. Czym innym jest szykowanie się do Europarlamentu. W każdej partii są takie rozmowy.

Rekonstrukcji rządu w niedalekiej przyszłości nie sposób jednak wykluczyć. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli prezes Kaczyński zechce wzmocnić pozycję premiera Morawieckiego po aferze KNF, może dać mu zielone światło dla kilku zmian w rządzie. Nie od dziś wiadomo przecież, że nie ze wszystkimi ministrami jest Morawieckiemu po drodze. Druga ewentualność jest dla PiS-u mniej optymistyczna, bo zakłada, że sprawa KNF stanie się dużym wizerunkowym obciążeniem, a przez to także politycznym zagrożeniem. Wówczas partyjna centrala będzie musiała zareagować, żeby ratować szanse PiS-u na wygraną w wyborach do europarlamentu i parlamentu krajowego.

Scenariusz nr 4: Dymisja prezesa NBP i szefa BFG; szanse: 40 proc.

Jedna z najtrudniejszych decyzji prezesa Kaczyńskiego, ale – zdaniem cytowanych przez Wirtualną Polskę informatorów z PiS-u – jeśli będzie taka konieczność, to głowa prof. Adama Glapińskiego poleci. Ta chwila była już bardzo blisko pod koniec zeszłego tygodnia, kiedy wydawało się, że Leszek Czarnecki ma jeszcze całą kolekcję nagrań z prominentnymi urzędnikami sektora bankowego. Koniec końców okazało się, że (na razie) żadnej taśmy z Glapińskim, starym druhem Kaczyńskiego z czasów Porozumienia Centrum, nie ma. Prezes NBP mógł odetchnąć z ulgą. Podobnie jak Zdzisław Sokal (szef BFG), którego odwołanie byłoby dla PiS-u tylko formalnością.

Tyle że to wszystko perspektywa krótkoterminowa. Związani z sektorem finansów publicznych rozmówcy Gazeta.pl zwracają uwagę na to, co może się wydarzyć na dłuższą metę. Chodzi o utratę zaufania do kluczowych instytucji państwa z sektora bankowego – Komisji Nadzoru Finansowego (jej szefem był Marek Chrzanowski), Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (jego prezesem jest Zdzisław Sokal, znany obecnie dzięki „planowi Zdzisława”) czy Narodowego Banku Polskiego (jego prezesem jest wspomniany Glapiński, który wcześniej był protektorem Chrzanowskiego). W prosty sposób przełożyłoby się to na zniszczenie największych atutów naszego sektora bankowego – stabilności i przewidywalności. Realizacja czarnego scenariusza sprawiłaby, że dymisje Sokala i Glapińskiego byłyby po prostu konieczne. A i tak nie jest powiedziane, że wystarczyłyby do naprawy sytuacji.

Scenariusz nr 5: Polityczna dywersja; szanse: 60 proc.

Polityka to teatr, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że zamiast wykonywać kosztowne politycznie ruchy, PiS zdecyduje się dać ludziom igrzyska – odwrócić ich uwagę od afery KNF lub czymś ową aferę „przykryć”. Czym? W jaki sposób? Kiedy? To kwestie absolutnie drugorzędne, ale z pewnością musiałaby to być rzecz dużego kalibru. Zatrzymanie (i ew. zarzuty) dla prominentnego polityka opozycji? Ogłoszenie nowego, spektakularnego programu społecznego? Ujawnienie i nagłośnienie w mediach jakiegoś skandalu/afery z udziałem polityków opozycji? To wszystko dobrze pasowałoby do tego scenariusza. Pytanie, czy doczeka się on realizacji.

Scenariusz nr 6: Gra na przeczekanie; szanse: 90 proc.

Czas leczy rany. Także te polityczne. PiS wskutek afery KNF, paradoksalnie, na razie dotkliwych strat nie poniosło. Sondaże wciąż są dobre, światowe rynki nie spanikowały wskutek informacji z Polski, sprawa nie „rozlała się” na członków rządu czy kluczowe figury w partii. Ergo – jest szansa, żeby chwilowe trudności przeczekać.

Wszystkim, którzy uważają taką możliwość za niedorzeczną, należy przypomnieć, że właśnie czekanie i pozwolenie opozycji na „przegrzanie” tematu było główną strategią PiS-u podczas największych kryzysów i protestów na przestrzeni ostatnich trzech lat. Szerzej ten fenomen pod koniec maja. – PiS liczy na to, że wystarczy nie złamać się do pewnego momentu, a potem szala przechyli się na ich korzyść i siła protestu zacznie słabnąć – tłumaczył nam wówczas politolog prof. Antoni Dudek. Niewykluczone, że podobnie będzie i teraz.

PiS i przyzwoitość – toż to sprzeczność, oksymoron

21 List

W pisowskim stylu, czyli w ciągu kilku godzin i przy zastrzeżeniach Biura Legislacyjnego Sejmu, posłowie PiS przepchnęli kolejną – siódmą już – nowelizację własnej ustawy o Sądzie Najwyższym.

Zadekretowano to, co od początku było oczywiste, że ani I Prezes SN, ani pozostali sędziowie nie powinni przejść w stan spoczynku. – „Ta ustawa to nieudolna próba wykonania orzeczenia TSUE, które jest stosowane bezpośrednio. To nie jest żaden dobry gest ze strony PiS” – podsumowała Kamila Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej.

W Sejmie posłowie opozycji krytykowali narzucone przez PiS tempo nad tym projektem. – „Kiedyś było takie pojęcie, jak zasada przyzwoitej legislacji, dzisiaj nawet nie to, że nie ma przyzwoitej legislacji, a zwykłej przyzwoitości wam brakuje” – mówił Robert Kropiwnicki z PO do posłów PiS. Zwracał uwagę, że na debatę nad projektem noweli ustawy o SN nie zaproszono ani I Prezes Małgorzaty Gersdorf, ani legislatorów sejmowych. – „Dzisiaj ścieżka legislacyjna powinna wyglądać tak, że z Nowogrodzkiej – do Dziennika Ustaw. Ignorujecie procedury i elementarną przyzwoitość parlamentarną. I wy mówicie o godności Sejmu? To jest upadlanie Sejmu. Czy wy tego nie widzicie? – pytał polityk Platformy.

„Wstydzicie się waszej porażki. Ale mam dla was dobrą radę – radzę się do porażek przyzwyczaić, bo teraz już tak będzie. Szliście na Europę silni, zwarci i gotowi i jak się skończyło? Ani silni, ani zwarci, ani gotowi. Wasza niemądra polityka – mówiąc najdelikatniej – upokarza państwo polskie” – stwierdził Michał Kamiński z PSL-UED.

„Wy nawet nie jesteście partią Prawo i Sprawiedliwość. Wy jesteście partią, która się nazywa Pycha i Synekury. Nie ma oczywiście posła Kaczyńskiego, który jest tchórzem i za każdym razem boi się tutaj występować i słuchać tego, co mamy do powiedzenia – mówiła z kolei Joanna Scheuring-Wielgus z Teraz!.

Ustawa została przegłosowana: 215 posłów było za, 161 było przeciw, 24 posłów wstrzymało się od głosu. Teraz ustawa trafi do Senatu.

>>>