Tag Archives: Kamil Sikora

Upisowienie mediów, czyli krętactwo z repolonizacją

23 Czer

Kiedy Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar wskazał na nieprawidłowości, które miały miejsce podczas zatrzymania Jakuba A., 22-latka podejrzanego o zamordowanie kilkuletniej Kristiny, spotkał się krytyczną oceną ze strony prawicowych polityków.

Wśród nich znalazła się szefowa MSWiA, Elżbieta Witek, która stwierdziła m.in., że „sąd, decydując o areszcie dla oskarżonego, nie dopatrzył się żadnych naruszeń ze strony policji.”

Sedno tkwi w tym, że zgodnie z art, 246 kpk. są wydając nakaz aresztowania nie poddaje ocenie prawidłowości zatrzymania, o czym nowa minister nie zdążyła pewnie doczytać.

Prof. Magdalena Środa wypowiada się ws. Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, który jest atakowany przez środowisko prawicowe, rządowe.

„Jeśli te przepisy wejdą w życie, nikt o zdrowych zmysłach nie zaryzykuje swojej wolności, by pomóc pacjentowi. Nam, położnikom, będzie groziło 15 lat więzienia, jeśli umrze matka i dziecko. To może się przydarzyć mnie albo mojemu koledze, to jest loteria” – tak między innymi mówił lekarz, Wojciech Chróściel, o rządowych poprawkach Kodeksu karnego.

Poprawiony kodeks, który w tej chwili czeka na podpis prezydenta Dudy, został w pośpiechu przegłosowany przez Sejm i wszystko wskazuje na to, że posłowie nie zapoznali się dokładnie ze zreformowanym tekstem. W założeniu większość naniesionych poprawek dotyczy zaostrzenia kar dla przestępców. „Po zmianach sądy mają karać surowiej i częściej wysyłać za kraty. By osiągnąć cel, resort sprawiedliwości rozszerza podstawowy wymiar kary więzienia z 15 do 30 lat i zaostrza sankcje za liczne przestępstwa.”

Reforma Kodeksu karnego wzbudziła wiele kontrowersji w środowisku prawniczym, które wskazuje na wiele błędów. Sprzeciw wyrazili także lekarze, którzy nie zgadzają się ze zmianami w art. 155 kk, który dotyczy nieumyślnego spowodowania śmierci. Do tej pory „za takie przestępstwo kodeks przewiduje karę od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. W swojej reformie Ziobro podwyższył ją dwukrotnie – kara ma wynieść od roku do 10 lat, a jeśli umrze więcej niż jedna osoba – do 15 lat.”Środowiska lekarskie twierdzą, że przy tych zmianach żaden z lekarzy nie zaryzykuje własnej wolności w walce o życie pacjenta.

Naczelna Izba Lekarska skierowała pisemny protest do ministra sprawiedliwości i prezydenta: „nie dostaliśmy projektu do konsultacji, a ta sprawa może mieć bardzo negatywne skutki dla całego systemu ochrony zdrowia.”

Pod naciskiem lekarzy minister Ziobro zdecydował się na wprowadzenie autopoprawki do jeszcze nie podpisanej przez prezydenta nowelizacji Kodeksu karnego. Być może nie będzie to jedyna poprawka do zreformowanego Kk, który według prawników pełen jest „błędów i niespójnych sankcji.” Jedna ze zmian wprowadza bezwzględne dożywocie, które Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje za nieludzkie traktowanie, a zdaniem papieża Franciszka jest to „ukryta kara śmierci.” Sędzia upolitycznionej KRS Leszek Mazur wyraził nadzieję, że prezydent Duda podda tę nowelizację konstytucyjnej kontroli, bo jego zdaniem podczas pośpiesznego przyjmowania jej przez Sejm, doszło do złamania regulaminu.

Do końca 2020 r. 44 proc. pielęgniarek będzie miało prawo przejść na emeryturę. Z danych Naczelnej Izby Pielęgniarek wynika, że sytuacja ta będzie dotyczyć prawie 103 tys. osób w całym kraju! Nasz system ochrony zdrowia osiągnął zatem moment, kiedy w praktyce oparty jest na pracy w znacznej mierze emerytów. Oznacza to, że każdego roku przejście choćby części uprawnionych  na emeryturę doprowadzi do zapaści systemu. Nie mamy bowiem fizycznie możliwości zastąpienia opuszczających rynek pracy pielęgniarek. Jak podkreśla Zofia Małas, prezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych: “Co roku dyplomy otrzymuje ok. 5 tysięcy pielęgniarek i położnych, a żeby je zastąpić, musielibyśmy co roku na studia pielęgniarskie przyjmować 8 tysięcy osób”. Sytuacja w kolejnych latach będzie się zatem pogarszać do tego stopnia, że moment krytyczny możemy osiągnąć już w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Bez radykalnych działań jesteśmy zatem na prostej drodze do katastrofy.

Wśród lekarzy sytuacja nie jest jednak istotnie lepsza. Już dziś aż 17%  pracujących lekarzy osiągnęło wiek emerytalny, podczas gdy blisko 31% pielęgniarek skończyło 60 lat.

W wyniku emigracji i rosnącego niedoboru kadr doszło do tego, że w 2017 r. średnia wieku lekarza osiągnęła 52 lata. W systemie wciąż pracuje 4400 lekarzy w wieku od 66 do 70 lat, oraz aż 6,5 tys. w wieku powyżej 71 lat.

Powyższe dane mają odzwierciedlenie w nastrojach pracodawców. Przygotowany na zlecenie Polskiej Federacji Szpitali raport Manpower Life Science pokazał, że 72% szpitali zgłosiło, że brakuje im pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68%,  że potrzebują lekarzy.

Widać zatem wyraźnie, że kryzys kadrowy w systemie ochrony zdrowia nie jest pieśnią przyszłości, ale jest już teraz i to w skali wręcz ogromnej. Tymczasem mimo ewidentnego zagrożenia dla podtrzymania jakości opieki nad polskim pacjentem w debacie publicznej temat jest nieobecny. Pieniędzy na reformę nie ma, rząd stosuje nawet sztuki statystyczne, aby zaniżać budżet NFZ, co zabrało z funduszu w tym roku aż 7 mld zł. Kiedy w obliczu kampanii wyborczej PiS okazuje się, że mamy środki na festiwal obietnic i “piątkę Kaczyńskiego”, to mało osób zdaje sobie sprawę, że za programy socjalne płacimy w znacznej mierze zdrowiem naszych rodziców i dziadków. Życie bowiem nie znosi próżni. Każda wydana złotówka na jeden cel oznacza złotówkę mniej na inne potrzeby. Niski standard usług publicznych jest tym wymiarem, który najwięcej mówi o błędnych priorytetach naszego państwa, za które jednak przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę.

W tej kadencji rządzącym nie udało się spacyfikować i przejąć wszystkich prywatnych mediów. Zapowiadają, że zrobią to po wyborach.

Nie odkrył wielkiej tajemnicy wicepremier Jarosław Gowin, zapowiadając, że tzw. „repolonizacja” mediów jest zadaniem na następną kadencję. Dla uważnych obserwatorów jest oczywiste, że gangsterskie metody sprawowania władzy i przekształcanie Polski w państwo mafijne, czego przedsmak mieliśmy w minionych czterech latach, nasili się po ewentualnym (nie daj Boże!) przedłużeniu przez partię Jarosława Kaczyńskiego mandatu na kolejne cztery lata. Gowin powiedział więc rzecz dość banalną, ale wywołał tym zakłopotanie w szeregach „dobrej zmiany”, która ze względów taktycznych przed wyborami próbuje dziś udawać łagodną i praworządną owieczkę.

„Dzisiaj nie ma w ogóle mowy na ten temat, nie ma takich planów, nie ma żadnego projektu ustawy”– zakomunikował szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. „Zwracam uwagę na to, że uczciwość mediów, obiektywność mediów jest fundamentem demokracji. Ja bardzo lubię być krytykowany, ale to szaleństwo, które dzieje się w niektórych mediach jest godne ubolewania” – żalił się Morawiecki na antenie radia RMFUspokajająco dodał jednak, że „Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce”. Szef kancelarii premiera Marek Suski był nieco ostrożniejszy w zaprzeczeniach. „Repolonizacja mediów to jest kwestia dyskusji” – oświadczył i dodał: „To jest jednak sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce. W Unii Europejskiej jest pewien procent ograniczenia zagranicznej prasy w danych krajach. Jesteśmy w UE i chcemy mieć podobne przepisy i podobną strukturę mediów jak w innych krajach Unii. To nie jest nic nadzwyczajnego”.

Suski oczywiście skłamał, ponieważ Unia jest jednolitym obszarem gospodarczym i nie ma w niej żadnych ograniczeń dla prowadzenia biznesu medialnego przez podmioty z jednego kraju UE w innym kraju UE. Przeciwnie: sprzeczne z prawem unijnym byłyby jakiekolwiek restrykcje. Dlatego nawet we Francji, gdzie prawo ogranicza udział właścicieli zagranicznych w prowadzeniu mediów, podmioty z UE są z tych przepisów wyłączone.

W licznych wystąpieniach publicznych członkowie PiS-owskiej „rodziny” pomstują, że zagraniczni, czyli w praktyce niemieccy właściciele polskich gazet rzekomo ręcznie nimi sterują. Np. Suski kłamał w TVP tak: „Zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę, z zagranicy dostawały instrukcje, w jaki sposób atakować rządzących”. Jednak nawet gdyby to łgarstwo PiS-owskiego aparatczyka było prawdą, to i tak rządzący nie mogliby wyrugować z polskiego rynku prasowego obecnych tu niemieckich koncernów. Prawo unijne na to nie pozwala.

Celem „repolonizacyjnego” ataku mogłyby zatem być tylko media znajdujące się w ręku właścicieli spoza UE, czyli w praktyce TVN będąca własnością amerykańskiej Discovery. Tu jednak problemem są dwustronne stosunki reżimu Kaczyńskiego z administracją Trumpa. To właśnie miał na myśli Suski, wypowiadając cytowane powyżej zdanie: „To jest sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce”. Już w tej kadencji rządzący przymierzali się do zamachu na TVN, ale interwencja amerykańskiej ambasador Georgette Mosbacher przywołała ich do porządku.

Zapewne więc, tak jak poprzednio, pomysł „repolonizacji” mediów zostanie zastąpiony ideą ich „dekoncentracji”, czyli przymusowego podziału i przejęcia.

Pod koniec września posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka stwierdziła, że „Ministerstwo Kultury opracowuje projekt, który zakłada dekoncentrację własności mediów w poszczególnych segmentach. Chcę zapewnić, że z tego projektu nie rezygnujemy. Dekoncentracja mediów jest w programie PiS. Natomiast to, kiedy projekt wejdzie pod obrady rządu, jest decyzją polityczną. Nie łudźmy się, to oznacza kolejny duży konflikt. Również może oznaczać konflikt na linii Polska – Unia Europejska” – powiedziała. Dlatego „moment, kiedy będzie można wyjść z tym projektem, musi być szczególnie starannie wybrany”.

Wszystko jasne?

Dla sprawującej władzę „rodziny” medialnym ideałem jest dyspozycyjna TVP, która łamiąc ustawę medialną spełnia polityczne zamówienia i uczestniczy w propagandowych kampaniach na rzecz władzy. Ostatnim przykładem był jej udział w widowisku, jakie zrobiono z zatrzymania człowieka podejrzanego o zamordowanie 10-letniej Kristiny. Gdy rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar skrytykował policję za stosowanie nieproporcjonalnych środków i nierespektowanie praw ludzkich podejrzanego, TVP przypuściła na niego atak według najlepszych wzorów propagandy moczarowskiej czy bolszewickiej.

Celem, jaki PiS stawia sobie na drugą kadencję, jest doprowadzenie do sytuacji, w której także prywatne telewizje, stacje radiowe oraz gazety biorą udział w takich kampaniach i wykonują instrukcje płynące od „rodziny”.

O tym, jak to może w praktyce wyglądać, napisał węgierski socjolog Bálint Magyar w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. Jej polskie wydanie zawiera w podtytule pytanie: „Czy taka przyszłość czeka Polskę?”.

Idąc jesienią do urn, musimy zrobić wszystko, by odpowiedź na to pytanie brzmiała: „Nie!”.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Duda andrzejkowy, czy tradycyjnie odmówił mu posłuszeństwa rozum, którego nie ma za wiele, tylko rozumek?

1 Gru

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek Sasin.

– Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze, przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Posłowie opozycji od kilku dni czekali, czy w tej sprawie prokuratura będzie działała tak samo gorliwie, jak w innych przypadkach, kiedy z ust oskarżonych padają zarzuty w stosunku do innych osób publicznych. Taka sytuacja miała miejsce ostatnio, gdy główny organizator „urodzin Hitlera” z reportażu o polskich neonazistach oskarżył dziennikarza o prowokację.

PO: Składamy zawiadomienie do prokuratury

– Składamy zawiadomienie do prokuratury o wszczęcie postępowania i zbadanie, czy faktycznie składniki majątkowe osób, które zostały wskazane przez Piotra P., mają pokrycie, czy też mogły być sfinansowane z nielegalnie przekazywanych pieniędzy od osób zamieszanych w aferę SKOK Wołomin – poinformował Arkadiusz Myrcha.

Poseł PO przypomniał, że oświadczenie majątkowe ministra Jacka Sasina było już analizowane przez CBA i prokuraturę. – W dość niewyjaśnionych okolicznościach sprawa ta został umorzona przez prokuraturę Zbigniewa Ziobry  – dodaje Myrcha.

– Tym zawiadomieniem mówimy panu ministrowi, Prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze „sprawdzam”. Czy zareaguje równie szybko, jak w przypadku operatora kamery TVN w sprawie reportażu, czy natychmiast zostaną wysłane służby, zostaną postawione zarzuty, czy będzie próba dociśnięcia i wyjaśnienia jak najszybciej sprawy – tłumaczyła Joanna Augustynowska.

Przypomnijmy, w zeszłą sobotę Radio ZET podało, że Piotr P., który jest jednym z głównych podejrzanych w śledztwie dotyczącym wyłudzeń ze SKOK Wołomin, zeznał jako świadek w innym procesie, że przekazywał politykom PiS koperty z pieniędzmi ze SKOK-ów. Jednym z polityków, któremu Piotr P. – według doniesień Radia ZET – miał wręczać gotówkę, jest Jacek Sasin.

Andrzej Duda kolejny raz pozwolił sobie na więcej, niż pozwala na to powaga sprawowanego przez niego urzędu. Głowa państwa wdała się w polemikę z dziennikarzem WP Kamilem Sikorą, odpowiadając w napastliwym tonie na jego uwagi. „Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Duda na Twitterze.

Andrzej Duda na Twitterze zamieścił odnośnik do artykułu Onetu, w którym zacytowana została wypowiedź szefa klubu PO Sławomira Neumanna. Poseł PO mówiąc o możliwości wyprowadzenia przez PiS Polski z Unii Europejskiej zaznaczył, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”.

Wypowiedź polityka wyraźnie oburzyła Dudę, który dał temu wyraz w krótkim komentarzu. „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – napisał Duda na Twitterze.

Do wpisu prezydenta odniósł się m.in dziennikarz Wirtualnej Polski Kamil Sikora. Publicysta stwierdził, że sam Duda nie jest apartyjny.

„Oczywiście apolityczna prezydentura to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał Sikora na Twitterze. Wtedy Andrzejowi Dudzie puściły nerwy.

„Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał prezydent.

„Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą”

Na wpis głowy państwa na Twitterze o rzekomym doprowadzeniu przez PO Polski do Polexitu odpowiedział także Grzegorz Schetyna. „Andrzej Duda zarzuca Platformie, że prze w kierunku polexitu. Pyta, czy chcemy wypchnąć Polskę z UE. Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą” – napisał na Twitterze szef PO.

I podkreślił, że do Polexitu przyczynia się sam Andrzej Duda. „Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez Pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy” – napisał Schetyna.

Światowi przywódcy okazali się ponownie trudnymi partnerami dla polskiego rządu. Tym razem okazuje się, że kolejni politycy z pierwszych stron gazet nie pojawią się jednak na strategicznym grudniowym szczycie klimatycznym ONZ w Katowicach. Nie będzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, a także europejskich liderów – Angeli Merkel, Władimira Putina, a także Emanuela Macrona, czy nawet prezydenta sąsiedniej Ukrainy, Petra Poroszenki. Sprawia to, że Polska stała się gospodarzem szczytu bez kluczowych graczy, co oznacza, że z góry nie przyniesie on żadnych istotnych ustaleń. W sprawie klimatu kluczowy jest bowiem spór na linii USA-reszta świata, po tym jak nasi sojusznicy zerwali paryskie porozumienie klimatyczne. Dziś zaś nic nie wskazuje na gotowość Białego Domu do kompromisu.

Prawo i Sprawiedliwość tymczasem liczyło, że wydarzenie to stanie się wielkim festiwalem propagandowego znaczenia Polski na świecie. Bycie gospodarzem spotkania, które ściągnie uwagę świata i zgromadzi najważniejszych przywódców, jest wymarzonym prezentem dla zmęczonej kolejnymi aferami i kryzysami partii rządzącej. Katowice były bowiem jedną z ostatnich okazji, aby wysłać w świat solidny przekaz, że Polska rzeczywiście wstaje z kolan. Teraz jednak zadanie to staje się coraz trudniejsze do realizacji i nawet talent propagandzistów rządu może nie wystarczyć.

TVP Info nie będzie mogła nadać aż takiej rangi wydarzeniu. Politykom PiS zabraknie części okazji na pokazanie się wśród osób ważnych. Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki będą mieli zdjęcia z zagranicznymi liderami, ale nie tymi, których kojarzą ich przeciętni wyborcy. Długo wyczekiwanego family photo w TVP po prostu nie będzie.

Równocześnie wszyscy krytycy rządu dostali w ręce poważne argumenty przeciwko nieuchronnej nachalnej propagandzie władzy. Nawet w warunkach polskich mediów dosyć trudne będzie promowanie się na ochronie klimatu rządu, który rozbudowuje energetykę węglową i zapowiedział likwidację energetyki wiatrowej. Brak obecności światowych przywódców zniszczy zaś podstawowy temat zastępczy, który odwróciłby uwagę od błędnej polityki PiS.

Mec. Roman Giertych zwrócił się z apelem do Prokuratury w sprawie ukrywanej opinii dot. dowodów obrony, w śledztwie przeciwko posłowi opozycji. Jak się okazuje, podwładni Ziobry przeciągają śledztwo, ukrywając opinię, wskazującą słuszność i prawdziwość linii obrony. Czy PiS boi się gigantycznego odszkodowania dla posła i kompromitacji w pokazowym śledztwie?

– Od ponad roku reprezentuję jako obrońca pana posła Stanisława Gawłowskiego. Pierwszym zarzutem, który został postawiony panu posłowi była sprawa rzekomej korupcji polegającej zdaniem prokuratury na tym, że przyjął dwa wartościowe zegarki od pracownika podległej mu instytucji w zamian za „ogólną życzliwość”. Pracownik ten miał być do tego namawiany przez dyrektora IMGW, który również miał być osobą organizującą ich przekazanie do ówczesnego wiceministra środowiska Stanisława Gawłowskiego. To podejrzenie rozpoczęło śledztwo wobec Stanisława Gawłowskiego i stanowiło podstawowy argument dla podważania jego uczciwości (wszystkie pozostałe zarzuty są bowiem oparte wyłącznie na zeznaniach osób, które dzięki swym zeznaniom polepszyły swoją sytuację procesową przebywając w areszcie). Tymczasem obrona odnalazła zdjęcie dyrektora IMGW zrobione dwa lata po czasie, gdy rzekomo wręczono zegarki, jak paradował w Maroko z zegarkiem na ręku, który do złudzenia przypominał ten, który miał być przedmiotem łapówki dla Gawłowskiego. Złożyliśmy wówczas wniosek do prokuratury o zbadanie przez biegłego, czy to zdjęcie jest autentyczne i czy na tym zdjęciu znajduje się zegarek, który zakupił pracownik IMGW przed wręczeniem go swojemu dyrektorowi rzekomo dla Gawłowskiego. Opinia ta została dopuszczona po sześciu!!! wnioskach obrony w tej sprawie. W tym tygodniu prokuratura zdecydowała się udostępnić jej treść obrońcy, bez prawa do kopii. Nie mogę podać wniosków z tej opinii, ale mogą zaapelować do fundamentalnej uczciwości. Szanowni Państwo! Na podstawie błędnego zarzutu korupcyjnego doprowadziliście do tego, że niewinna osoba spędziła w areszcie trzy miesiące. Publicznie próbowaliście zdyskredytować go na różne sposoby (chociażby wycieki z prokuratury o rzekomym domu publicznym w mieszkaniu wynajmowanym komuś przez Gawłowskiego). Miejcie teraz odwagę opublikować treść tej opinii. I miejcie odwagę wziąć odpowiedzialność za popełnione błędy. Wszystko, prędzej czy później, ujrzy światło dzienne. To że będziecie się chronić za tajemnicą śledztwa nie spowoduje, że unikniecie osądu publicznego. Nagłaśnialiście zarzuty wobec posła Gawłowskiego we wszystkich mediach. Stańcie teraz w prawdzie i pokażcie, że nie się jej nie boicie. Jeszcze raz apeluję o upublicznienie opinii biegłego. Nie ma żadnych przesłanek procesowych, aby jej upublicznienie miało zaszkodzić śledztwu – napisał mec. Roman Giertych.

Stawianie pomników za życia to mocno kontrowersyjny pomysł. Tymczasem Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy chce wybudowania w Warszawie monumentu przywódcy „Solidarności”. Pomysłodawcy wybrali już nawet lokalizację.

„Uważamy, że komu jak komu, ale Lechowi Wałęsie Rodacy powinni postawić pomnik, za jego walkę o wolną i niepodległą Polskę w czasach PRL. I ten pomnik powinien stanąć niedaleko pomnika Marszałka Piłsudskiego. Dlatego też powołaliśmy Społeczny Komitet budowy pomnika Lecha Wałęsy” – informuje Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy. Monument poświęcony byłemu prezydentowi miałby staną przy placu marszałka Józefa Piłsudskiego, nieopodal odsłoniętego niedawno pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Kto stoi za inicjatywą? Jak informuje „Super Express” upamiętnienia Wałęsy chcą działacz ruchu Kukiz’15 – Daniel Sosin oraz Rafał Motyka, Prezes Koła Porozumienie Warszawa-Bemowo. – Nie, to nie jest prowokacja. Jest coś takiego jak historia i prawda historyczna. Lech Wałęsa zmienił bieg historii – mówi Motyka. I dodaje: – Chcemy ustalić, kto włada tym terenem. Wystosowaliśmy pismo do prezydenta miasta st. Warszawy, wojewody mazowieckiego i konserwatora zabytków. Chcemy zbadać ścieżkę prawną i administracyjną.

– Pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego został postawiony przez władzę, nie przez obywateli. Trochę w ukryciu, pod osłoną nocy. Wywołało to wzburzenie, a nie o to powinno chodzić. Słowo „Rodacy” na projekcie pomnika Lecha Wałęsy zostało wybrane nieprzypadkowo, bo naprawdę chcielibyśmy, żeby to wyszło od ludzi, nie od polityków. Żeby to był pomnik ponad podziałami politycznymi. Lech Wałęsa nie działał dla siebie, działał dla Polaków, pokazał, że potrafimy wszyscy osiągać wspólne cele – argumentuje Rafał Motyka w rozmowie z Wirtualną Polską.

Komitet powołał 26 listopada Fundację Inicjatyw Obywatelskich Ponad Podziałami. Jest w trakcie rejestracji w sądzie. Już niedługo ma ruszyć zbiórka pieniędzy na budowę monumentu.

Lech Wałęsa miał nie krzyczeć i nie dowcipkować. Alfred Miodowicz był tak bardzo przekonany o swoim zwycięstwie, że nie chciał się przygotowywać. Andrzej Bober i Stanisław Ciosek, którzy przygotowywali polityków, wspominają słynną debatę z 30 listopada 1988 r.

Telewizyjna debata Alfreda Miodowicza (ówczesnego szefa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych) i Lecha Wałęsy (przewodniczącego NSZZ „Solidarność”) odbyła się dokładnie 30 lat temu. Jej tematem był pluralizm związkowy i sytuacja polityczna w Polsce. Wałęsa pojawił się wtedy w telewizji po raz pierwszy od czasu wprowadzenia przez władze PRL stanu wojennego.

„Lechu, nie krzycz”

Pomysł zorganizowania debaty wyszedł od Miodowicza. – On był przekonany, że wygra. Ja byłem pewny, że zwycięży Wałęsa – wspominał w studiu TOK FM Stanisław Ciosek, były członek PZPR i ambasador PRL w ZSRR.

Ciosek był wtedy „trenerem” Miodowicza. – W zasadzie odbyła się tylko jedna rozmowa na ten temat. Odniosłem wrażenie, że Miodowicz jednym uchem mnie słuchał, a drugim wszystko wypuszczał. Traktował to jako typowe spotkanie – mówił Ciosek.

Lecha Wałęsę do debaty przygotował dziennikarz Andrzej Bober. – W sprawach merytorycznych przygotowywali go odpowiedni ludzie, np: Bronisław Geremek wykładał mu o pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Ja starałem się przyzwyczaić Wałęsę do słownictwa Miodowicza. Wcześniej przez 1,5 doby studiowałem jego wszystkie wypowiedzi w gazetach – mówił Bober.

Co radził Wałęsie? – Prosiłem go, żeby nie krzyczał, bo to oznacza słabość. Podpowiadałem mu też, żeby nie dał się wciągnąć w żadne uśmiechy, dowcipkowania, poklepywania. Miał być poważny i spokojny – wspominał dziennikarz.

Ludzie związani z obozem solidarnościowym nie mieli wątpliwości, że Wałęsa ogra Miodowicza. – Wałęsa w dniu debaty był chory, miał cały czas szyję owiniętą szalikiem, współpracownicy podawali mu mleko z jajkiem czy cukrem. Baliśmy się tylko tego, czy w studiu telewizyjnym nie zawiedzie go głos – mówił trener Wałęsy.

„Dzięki Bogu, że się odbyła”

Debata telewizyjna trwała niecałą godzinę i była transmitowana na żywo. Za plecami rozmówców znalazł się zegar z sekundnikiem. – To był pomysł Andrzeja Wajdy. Gdyby doszło do próby manipulacji, wycięcia czegoś, to na zegarze byłoby to od razu widać – wyjaśniał Bober.

Wałęsa wyszedł z debaty z Miodowiczem zwycięsko. – Zachód, prasa – od razu stanęli po stronie Wałęsy. U nas była atmosfera klęski, jakieś docinki na posiedzeniach Potem pojawiły się badania opinii publicznej, które też stanęły po stronie Wałęsy – wspominał Stanisław Ciosek.

Obóz solidarnościowy tuż po debacie chwalił postawę Lecha Wałęsy, jednak ten, czekał głównie na opinię… żony. – Prosił swojego asystenta, by ten zadzwonił do Gdańska i zapytał, co na to Danka. Potem dostał informację, że żona oceniła występ na 3 z plusem. Wałęsa wtedy złapał się za gardło i powiedział: uprzedzałem, gdyby nie ta szyja, to byłoby na pięć – opowiadał Andrzej Bober.

– Czy można było tego uniknąć? Dzięki Bogu, że ta debata się odbyła, że nie stało się to na ulicy, tylko w studiu. Pokazano kulturę polityczną, która potem charakteryzowała całą zmianę polskiego ustroju. Na pohybel tym, którzy uważają, że to nie było dobre – podkreślał Stanisław Ciosek.

Kluczowa debata

Pojedynek retoryczny Wałęsy i Miodowicza miał ogromne konsekwencje dla dalszego biegu wydarzeń. Dzięki niemu znacząco wzrosło poparcie dla legalizacji „Solidarności”. Dopuszczenie jej lidera do udziału w nieocenzurowanej debacie z przedstawicielem władz pokazało, że jest on przywódcą znaczącego ruchu społecznego.

– Nie ulega wątpliwości, że po tej debacie pozycja Wałęsy w Polsce bardzo się umocni. Właściwie trudno będzie przekonać kogokolwiek, dlaczego nie godzimy się na uznanie »S«. […] Po audycji zadzwoniłem do Wojciecha Jaruzelskiego. Był wściekły. […] W istocie rzeczy, Miodowicz stworzył nową sytuację polityczną w kraju – pisał w swoim dzienniku ówczesny premier PRL Mieczysław Rakowski.

– Od tego dnia Lech Wałęsa przestał być nieznanym mężczyzną z wąsem, tylko przewodniczącym „Solidarności”, przyszłym prezydentem – oceniał redaktor Bober.

Historycy uważają, że debata była też motorem napędowym do zorganizowania obrad Okrągłego Stołu.

Jednak Ciosek nie do końca się z tym zgadza. – Myśmy nie mieli już pomysłu na Polskę. W „Solidarności” było 10 milionów osób. Partii wymówiono posłuszeństwo, a wynik debaty nie miał znaczenia. Szukaliśmy sposobu na bezkrwawą przemianę. Tylko ślepy nie widział, co się dzieje – przekonywał były ambasador.

Jest postępowanie? Może być kontrola operacyjna. Najpierw postępowanie „w sprawie” dziennikarzy „Superwizjera” TVN, którzy rzekomo zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”, i związany z tym skandal dyplomatyczny, bo TVN ma amerykańskiego właściciela. Teraz kolej na „Newsweeka”. A prokuratura wprowadza opinię publiczną w błąd.

Dziennikarz Wojciech Cieśla został wezwany na przesłuchanie w sprawie ujawnienia miejsca zamieszkania Mariusza Muszyńskiego, dublera sędziego Trybunału Konstytucyjnego mianowanego wiceprezesem TK. Doniesienie o przestępstwie złożył sam Muszyński. Fragment tekstu – z lipca – w którym Cieśla miał popełnić przestępstwo „ujawnienia danych wrażliwych”, brzmi tak: „Rodzina sędziego jest znana w okolicy. W miejscu, w którym ulica Sybiraków kończy się szutrem, przed obrośniętym domem parkuje terenowy samochód. Muszyńscy mieszkają w piętrowej willi z dwójką dzieci”.

Po upublicznieniu sprawy przez „Newsweek” i poruszeniu, jakie wiadomość wywołała w mediach, a także po oświadczeniu Press Club Polska, w którym Stowarzyszenie uznało takie praktyki za „brutalną i niedopuszczalną próbę zastraszenia, zapewne w celu wymuszenia zaniechania tego typu publikacji”, prokuratura wydała oświadczenie. Zaprzecza, jakoby wezwanie było szykaną, i tłumaczy, że „obowiązujące prawo obligowało prokuraturę do wszczęcia w tej sprawie dochodzenia, aby wyjaśnić, czy został popełniony czyn z art. 49 ustawy z 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe”.

Prokuratura dezinformuje opinię publiczną. To nieprawda, że prawo zmusza ją do „wszczęcia dochodzenia”. Jedyne, co czego prawo ją zmusza w tej sytuacji, to wszczęcie postępowania wyjaśniającego. Najpierw musi bowiem ustalić, czy popełnienie przestępstwa jest „uprawdopodobnione”. Tylko w takiej sytuacji wszczyna się dochodzenie czy śledztwo.

Zatem nieprawdziwe jest twierdzenie prokuratury, że została przez prawo zmuszona do wszczęcia dochodzenia. Nieprawdą jest też, że „dane wrażliwe, jakim jest m.in miejsce zamieszkania, są chronione prawem, tj. art. 107 ust. 1 ustawy z dnia 10.05.2018 r. o ochronie danych osobowych”. „Wrażliwe” są jedynie informacje o pochodzeniu rasowym lub etnicznym, poglądach, przynależności do związków zawodowych, o danych genetycznych, biometrycznych, zdrowiu, seksualności lub orientacji seksualnej. Nieuprawnione przetwarzanie wszelkich danych osobowych rzeczywiście jest karalne. Prokuratura dodała sobie te dane „wrażliwe” chyba dla podbicia grozy czynu dziennikarza. Ale o to mniejsza.

Podanie informacji, że pan Muszyński mieszka przy ulicy Sybiraków w miejscu, gdzie kończy się szutr, wypełnia zdaniem prokuratury znamiona przestępstwa z prawa prasowego: „podania informacji, których ujawnienie mogłoby naruszać chronione prawem interesy osób trzecich”.

A wydawałoby się, że okoliczność jest co najmniej wątpliwa. Po pierwsze, prokuratura zapewne uważa, że dubler Muszyński jest osobą publiczną – sędzią i wiceprezesem TK. A wiemy przecież, że osoby publiczne korzystają z mniejszej ochrony prywatności niż zwykli śmiertelnicy. Po drugie, oceniając głębokość ingerencji w prywatność pana Muszyńskiego, należało wziąć pod uwagę, że państwo nakazało sędziom ujawniać majątki. I to w sposób najbardziej publiczny, jak to możliwe, czyli w internecie. A to ingerencja w prywatność znacznie poważniejsza niż podanie nazwy ulicy, przy której ktoś mieszka. Skoro ustawodawca pozwolił na więcej, to chyba można mniej? A przynajmniej jest to warte rozważenia.

Wreszcie trzeba wziąć pod rozwagę i to, że ujawnienia nazwy ulicy dokonał dziennikarz, w gazecie. A więc należy sprawę oceniać także w kategoriach odgrywania przez media – nałożonej na nie konstytucją – roli kontrolnej. Szczególnie wobec władzy.

Do tego prokuratura ewidentnie łamie prawo do obrony. Wezwała go – jak sama podkreśla – „w charakterze świadka”. A więc świadkiem ma być osoba, na którą złożono doniesienie o przestępstwie. Wojciecha Cieślę prokuratura chce więc przesłuchać w warunkach, w których ma on OBOWIĄZEK zeznawać. A nie w warunkach, w których ma prawo milczeć – czyli jako osobę podejrzaną. Trudno to potraktować inaczej niż wyłudzenie czy wymuszenie zeznań. To zresztą ulubiona taktyka organów działających pod kontrolą PiS. To samo robią rzecznicy dyscyplinarni z sędziami, którym zamierzają stawiać zarzuty: najpierw przesłuchują ich jako świadków.

W sprawie dziennikarzy „Superwizjera” za podstawę wszczęcia śledztwa – też bez postępowania wyjaśniającego – posłużyło zaznanie osoby mającej zarzut propagowania faszyzmu, postawiony w wyniku publikacji materiału. A więc nie ma przeciwko dziennikarzom żadnego dowodu oprócz zeznania człowieka, który jest osobiście zainteresowany w propagowaniu takiej wersji zdarzeń. Zmniejsza ona jego winę i daje możliwość zablokowania procesu karnego do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia, czy dziennikarze „Superwizjera” rzeczywiście zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”. W tych okolicznościach prokuratura nie ma wątpliwości, że przestępstwo dziennikarzy jest uprawdopodobnione – i wszczyna śledztwo.

Okoliczności obu spraw dowodzą, że działania prokuratury są formą szykan wymierzonych w dziennikarzy. Zapewne nie przypadkiem pracujących w mediach krytykujących władzę, która rządzi prokuraturą.

Jak na razie nie ma zapowiadanej „ustawy medialnej”, która ma „spolonizować” media (będzie stacja telewizyjna „za złotówkę”?). I pewnie przed wyborami nie będzie, bo mogłaby zmniejszyć szanse PiS na ponowne zwycięstwo. Ale działania prokuratury mogą wywołać pożądany „efekt mrożący” i bez ustawy. Możemy się spodziewać doniesień kolejnych krytykowanych oficjeli i akolitów PiS. Wszczęcie śledztwa nie kosztuje. I można je prowadzić w nieskończoność. Przesłuchiwać. Przeszukiwać. Zabezpieczać telefony i komputery dziennikarzy. Albo tylko dostać zgodę na podsłuch – w ramach prowadzonego śledztwa. Albo stosować „podsłuchy pięciodniowe” bez zgody. Albo tylko ogłosić wszczęcie postępowania „w sprawie”.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM „FAKTY PO FAKTACH” >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wykluczaniu przez PiS.

Partia Kaczyńskiego przez trzy lata doprowadziła do sytuacji, gdy głos Polski przestał się liczyć

Świat na naszych oczach się zmienia w tempie niesamowitym. Uchodźcy w Europie, narastające problemy z biedą i głodem, coraz więcej tzw. wykluczonych, wzrastające dysproporcje społeczne. Radykalizacja, różne odcienie koloru brunatnego, maszerujące z coraz wyżej podniesioną głową. Powrót do haseł, które leżały u podstaw faszyzmu i jego ciemniejszej odmiany, czyli nazizmu. Zapędy mocarstwowe Putina. Zmiany klimatu, które, jeśli nie weźmiemy się do roboty, doprowadzą nas do zagłady. Świat płonie. Na razie jeszcze delikatnie, jeszcze nie parzy nas ten ogień, ale poczekajmy…

Można uznać, że to nic nowego. Przecież już niejeden raz w historii ludzkości powstawały wielkie cywilizacje, rozkwitały, upadały. Nieraz dochodziło do wędrówek ludów, szukających bezpiecznych dla siebie miejsc. Zawsze istniały grupy uprzywilejowane i te, dla których życie to ciężka droga przez mękę. Zawsze ludzkości towarzyszyły wojny… Ot, historia zatacza koło. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to oznacza, że odpuszczamy sobie przyszłość. Tego chcemy? Nie wydaje mi się…

Coraz bardziej oczywiste staje się, że dzisiejszy świat potrzebuje mądrych przewódców. Ludzi, którzy mają odpowiednią wiedzę, umiejętności, charyzmę. Ludzi, którzy zdają sobie sprawę, do czego zmierzamy i potrafią wziąć na swoje barki odpowiedzialność za nasze losy. Potrafią rozmawiać, przekonać do wspólnych działań, powstrzymać ten marsz ludzkości ku zagładzie.

Niestety, my Polacy, mamy pecha, na własne oczywiście życzenie. Postawiliśmy na bardzo złego konia trzy lata temu. Na prezesa Kaczyńskiego i jego świtę, a na nich nie ma co liczyć. Naiwny ten, kto sądzi, że ta właśnie partia włączy się w światowe działania, które mają zapewnić Ziemi i nam, jego mieszkańcom, bezpieczne, stabilne życie.

Polska polityka zagraniczna to jedna wielka porażka. PiS psuje wszystko, czego się dotknie. Nieszczęsna nowelizacja ustawy o IPN wywołała burzę. To, że pod naciskiem opinii światowej, została wycofana, niczego nie zmienia. Dyskusja, w którą wkręcili nas politycy PiS, dała bardzo negatywny efekt. Polska zaczęła być postrzegana jako kraj ksenofobiczny, gdzie antysemityzm hula w najlepsze.

Fatalnie wyglądają nasze relacje z sąsiadami. Niemców obrażamy na każdym kroku, wciąż przypominając im swastyki, ciągoty nazistowskie, żądając kasy w ramach odszkodowań za okupację niemiecką. Przyłębski, pisowski ambasador w Berlinie, zachowuje się jak wciąż nadąsana i pełna pretensji baletnica, której nikt nie chce oglądać, bo coś talentu w niej mało. Prezydent Duda chce budować właściwe relacje z UE, opowiadając o żarówkach.

Nie lepiej wyglądają nasze stosunki z Ukrainą i innymi sąsiadami zza wschodniej granicy. Wszyscy chyba pamiętamy słowa Jana Parysa, szefa gabinetu Waszczykowskiego, który powiedział, że nie jest tak, iż „istnienie Ukrainy jest niezbędnym warunkiem istnienia wolnej Polski”. Ten sam pan, będąc z wizytą na Litwie, stwierdził, że nie było sensu wypełniać zobowiązań NATO wobec Litwy i bronić jej przed agresywną polityką Rosji, bo „tak źle traktuje się tam polską mniejszość”. Nie omieszkał dodać przy okazji, że na takiej Białorusi polska mniejszość ma się lepiej niż na Litwie, co oburzyło rząd litewski. MSZ wydało oświadczenie, w którym uznano porównanie demokratycznego państwa z reżimem białoruskim za haniebne.

Słowacja i Czesi również patrzą na pisowską Polskę krytycznym okiem. Słowacy wyłamali się z wcześniejszych ustaleń i poszli na kompromis z UE, decydując się na przyjęcie uchodźców. Mało tego, mieli już lekko dosyć polityki Waszczykowskiego, a poza tym chętnie zajęliby nasze miejsce w UE, które od czasu, jak „wstajemy z kolan”, jest niezagospodarowane. Z kolei Czechom nie podoba się pisowska „reforma” sądownictwa i nie wykazują jakiejś szczególnej chęci, by zacieśnić relacje z nami.

Podpadliśmy również Szwecji. Kaczyński broniąc nas przed uchodźcami, wskazał właśnie na Szwecję jako ten kraj, gdzie „są 52 strefy szariatu, boją się wywieszać flagę, bo jest krzyż. Czy chcecie, żeby tak było u nas? Żebyśmy przestawali być gospodarzami we własnym kraju? Ja tego nie chcę i nie chce tego Prawo i Sprawiedliwość”. Szwedzcy dyplomaci szybko sprawę wyjaśnili, ale niesmak pozostał.

Mamy też Francję, która pewnie nie daruje nam tych nieszczęsnych Caracali i stwierdzenia, że to od nas Francuzi uczyli się jeść widelcami. Mamy Unię Europejską, która patrzy i nadziwić się nie może, co się z tą Polską dzieje. Unię, która według PiS jest samym złem. O Rosji to już nawet nie wspominam, bo to odrębna i bardzo długa historia. Myślę, że PiS-owi jest bardzo na rękę to, co wyprawia Putin, bo przynajmniej można pomachać drewnianą szabelką, można wydawać odpowiednie oświadczenia, można trzymać polski lud w szachu, wieszcząc na okrągło, że przyjdzie zły ludzik ze wschodu i nas zje.

Mamy też własną wizję zwalczania skutków fatalnej polityki klimatycznej, która zagraża przyszłości. Cały świat stawia na energię odnawialną, a my ją u siebie niszczymy. Mało tego, partia rządząca wciąż zastanawia się nad budową elektrowni atomowej, choć świat od takich pomysłów już dawno odszedł.  Przed nami szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach i jestem ciekawa, z czym PiS tutaj wyskoczy. Polskę reprezentować będą Jastrzębska Spółka Węglowa, Tauron, Polska Grupa Energetyczna oraz PGNiG, czyli… grupa największych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu. No nie ma co, czeka nas ostra wtopa.

Ech, obrażamy wszystkich, najmocniej jak się da, dziwiąc się jednocześnie, że nie jesteśmy zapraszani na spotkania „wielkich tego świata”, że pomija się nas i nikt już właściwie nie chce z nami rozmawiać. Partia rządząca wykazuje się niezwykłą niefrasobliwością w podejmowaniu błędnych decyzji, nie potrafi ogarnąć problemów, z jakimi zmierza się współczesny świat. Zamknięta w szklanej bańce nie rozumie, że sama wykluczyła Polskę ze współdecydowania o przyszłości. Takie przywództwo, w tak trudnych czasach to nie tylko katastrofa. To całkowita kompromitacja.

Pamiętam, jak w czasach PRL marzyłam, by poczuć się częścią Europy i świata, a dzisiaj PiS nas wyautował. Przez trzy lata doprowadził do sytuacji, gdy nasz głos przestał się liczyć, gdy znowu wróciliśmy tam, gdzie staliśmy przed 1989 rokiem. To inni będą rozmawiać o problemach świata. To inni będą podejmować decyzje o realizacji programów, które pozwolą może przywrócić poczucie bezpieczeństwa i nieco naprawią to, co przez minione lata schrzaniliśmy. A my? Wciąż będziemy krytykować, krzyczeć o naszej wielkości, żądać hołdów i… mieć w nosie, że źle się dzieje, że świat potrzebuje zdecydowanych, wspólnych działań, by w ogóle była przed nami jakaś przyszłość. By nie iść w kierunku kolejnej wojny, by nie zniszczyć tego, co udało nam się osiągnąć. PiS nam w osiągnięciu tych celów nie pomoże…

Waldemar Mystkowski pisze o „szczycie klimatycznym” w Katowicach (fragment).

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest rekordowe, choć obecna władza deklaruje walkę ze smogiem. Otóż wg klasyfikacji trzech tysięcy miast na świecie, opublikowanej przez Światową Organizację Zdrowia, w których dokonano pomiarów zanieczyszczeń, czterdzieści pięć polskich miast jest w pierwszej setce najbardziej zanieczyszczonych.

Mamy problem cywilizacyjny, zaś PiS nic z tym nie robi, a nawet zajmuje stanowisko, że świat nie ma racji, dlatego tacy, a nie inni zostali wystawieni jako strategiczni partnerzy szczytu. No i pójdzie w świat kolejna zła fama o Polsce. W Katowicach mają być obecne takie tuzy świata politycznego, jak Emmanuel Macron i Angela Merkel, będą też gwiazdy świata kultury największego formatu, jak Leonardo di Caprio i Bono.

Szczyt w Katowicach to nie będzie jakaś kolejna wtopa PiS, to będzie potwierdzenie, że Polska wypisuje się ze świata, że jest niewarta zainteresowania. Coraz bardziej wpadamy w model, jaki kiedyś w historii nam się już zdarzył: kraj wsobny, zapyziały, ksenofobiczny, sarmacki, który skończył swój byt utratą suwerenności.

Od czego biorą się odjazdy Dudy?

30 List

Schetyna do PAD: Proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą. Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy

Lider Platformy odpowiada na dzisiejszy tweet Andrzeja Dudy.

Prezydent Andrzej Duda nie od dziś zaskakuje swoją aktywnością na Twitterze. Zdarzają się wpisy, co do których wielu ma wątpliwości, że zostały napisane przez głowę państwa. Tym razem Duda, który mienił się „prezydentem wszystkich Polaków”, wdał się na Twitterze w polemikę, w której ewidentnie opowiedział się po stronie partii rządzącej.

Andrzej Duda odniósł się do słów Sławomira Neumanna z PO, który w rozmowie z onet.pl stwierdził, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”, a polityka PiS przypomina działania w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. – „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – skomentował Andrzej Duda.

Zareagował na te słowa Kamil Sikora z wp.pl. – „Oczywiście „apolityczna prezydentura” to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał dziennikarz. Duda „nie odpuścił” i odpowiedział: – „Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Andrzej Duda.

„Nie PO. Pan i pana dysponent z Żoliborza. Unia jemu przeszkadza. Pan to pionek do posłusznego przesuwania, ale On chce rządzić samowładnie i samowolnie. Panem już tak rządzi, Polakami jeszcze nie. I przeszkodę, Unię chce rozwalić, albo z niej wyjść. I Polacy powinni to wiedzieć” – skomentował na Twitterze Waldemar Kuczyński. Inni internauci też nie kryli oburzenia wpisem prezydenta.

„Przypominam, że to Pan podpisał SIEDEM nowelizacji Ustawy o SN, które są kwestionowane przez KE i kto tu pomaga w „polexicie”. Chyba jednak lepszą strategią byłoby milczenie na Pana miejscu!”; – „PO nie łamie Konstytucji. To pańska partia robi wszystko, żeby Polska opuściła UE. Rozumiem, że ten wpis jest do waszego elektoratu. To nie PO podpisało ustawy niezgodne z prawem, tylko Pan, dr prawa”; – „Tzw. prezydent Duda nie po raz pierwszy zachowuje się jak dziecko z ADHD…”; – „Pan Prezydent w Andrzejki chyba stracił kontrolę nad kontem Twittera”.

>>>

Grupa trzymająca władzę i kasę robi się nerwowa. Próbuje nas straszyć, co tylko potwierdza słuszność naszych zarzutów.

Sypią się pozwy i pogróżki. Jest tego tyle, że sprawia to wrażenie skoordynowanej akcji. Politycy obozu rządzącego i kontrolowane przez nich instytucje najwyraźniej usiłują zastraszyć i ocenzurować „Gazetę Wyborczą” oraz inne niezależne media.

Senator Grzegorz Bierecki grozi i żąda usunięcia z serwisu Wyborcza.pl fragmentu stenogramu rozmowy Leszka Czarneckiego z ówczesnym przewodniczącym KNF Markiem Ch., dotyczącego nieudanej próby ulokowania wielomilionowej kwoty w banku Czarneckiego.

PiS w „ostatecznym przedsądowym wezwaniu”, sformułowanym przez obsługującą tę partię kancelarię adwokacką Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński, grozi Wojciechowi Czuchnowskiemu za wpis na Twitterze, w którym mój redakcyjny kolega mówił o mafii z PiS.

A mnie usiłuje zastraszyć Polski Fundusz Rozwoju, w którego imieniu ta sama kancelaria przysłała mi podobne „ostateczne przedsądowe wezwanie”, domagając się przeprosin i wycofania ze strony Wyborcza.pl mojego artykułu „Jak PiS wjechał na Kasprowy Wierch”.

Jak się okazuje, zadziwiające wpisy na portalu społecznościowym to nie jedyna dzisiejsza aktywność Andrzeja Dudy. Prezydent postanowił właśnie podpisać – eufemistycznie mówiąc – kontrowersyjną ustawę o Komisji Nadzoru Finansowego. Znajduje się w niej przepis umożliwiający przejmowanie banków, znajdujących się w złej kondycji finansowej, przez inne banki „za złotówkę”.

Tenże przepis ma związek z aferą korupcyjną w KNF, ujawnioną przez „Gazetę Wyborczą”. Dziennik opublikował nagranie z rozmów między byłym już szefem KNF Markiem Ch. a właścicielem Getin Noble Bank Leszkiem Czarneckim. Bankier usłyszał, że jego zagrożony kłopotami finansowymi bank może zostać doprowadzony do upadku i przejęty („za złotówkę) przez inny bank, chyba że zatrudni u siebie prawnika Grzegorza Kowalczyka i da mu wynagrodzenie 40 mln zł.

Kontrowersje budziły także prace nad tą ustawą. Przebiegały w ekspresowym tempie – posłowie PiS przegłosowali ją 9 listopada, a senatorowie tej partii – 23 listopada. Parlamentarzyści partii rządzącej nie wzięli pod uwagę zastrzeżeń sejmowych i senackich prawników.

A i tryb wniesienia przepisu, umożliwiającego przejmowanie banków będących w kłopotach oprawki, budzi daleko idące wątpliwości. Poseł PiS Kazimierz Smoliński (na polecenie swego klubu parlamentarnego) wniósł ją dwa dni po tym, gdy właściciel Leszek Czarnecki zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Marka Ch. – szefa KNF.

Posłowie opozycji alarmują, że na mocy ustawy, która właśnie weszła w życie, można będzie przejąć każdy bank i wywłaszczyć każdego właściciela-bankowca.

Duda coś musi brać, bo takich odjazdów normalnie się nie ma.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To nie ambasador USA Georgette Mosbacher upokorzyła PiS, to partia Jarosława Kaczyńskiego padła przed nią na twarz. Ale jak ktoś nie zna najważniejszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, która ma obszerną literaturę przedmiotu i niejedno hasło w Wikipedii jako „1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych”, to musi tak dołować ze swoją facjatą.

Ambasador Mosbacher sprowadziła PiS do właściwej tej partii pozycji – bicia przed nią czołem. Rzecznik Joanna Kopcińska opublikowała w imieniu rządu Mateusza Morawieckiego oświadczenie, które jest mentalnym dla tej formacji świadectwem upadku, bo nie dość, że zaznali upokorzenia, to znowu pojawiła się mantra nieodpowiedzialności: „nasi poprzednicy”.

Otóż „wasi poprzednicy”, czyli koalicja PO-PSL i wcześniej, nie mieli żadnych zatargów z sojusznikiem zza Oceanu, a nawet służyli przykładem jako kraj wolności, aspiracji, jako prymus demokracji, któremu się udało. A jednak przyszedł PiS do władzy i diabli wzięli wcześniejsze osiągnięcia.

Mosbacher po upokorzeniu PiS znowu się odezwała i docisnęła…

View original post 1 177 słów więcej