Tag Archives: Kamil Dziubka

PiS chce zamieść aferę KNF pod dywan. Nie pozwolić na to

25 List

>>>

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniemn ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów, dotyczą poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów – mówi Jarosław Urbaniak, poseł Platformy Obywatelskiej, członek komisji finansów publicznych, były prezydent Ostrowa Wielkopolskiego. – Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Będzie też was boleć prawda i nasza konsekwencja w działaniach w sprawie KNF-u. Prokuratura będzie do bólu, niczym gorącym żelazem, wypalać patologie. Taka dziś jest prokuratura dobrej zmiany, także służby specjalne” – mówił ostatnio z mównicy sejmowej Zbigniew Ziobro. Boi się pan tej prawdy i prokuratury „dobrej zmiany”?

JAROSŁAW URBANIAK: Nic mnie już nie zdziwi… Znowu złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Prokuratura jest na liście tych, którzy mają w tej sprawie ubrudzone ręce. Chodzi o brak przepływu informacji, nie zawiadomiono przecież o wpłynięciu zawiadomienia od razu premiera, i o bezczynność. W ramach interwencji poselskiej odwiedziliśmy już kilka ministerstw i przed nami nie było tam żadnej służby. W Ministerstwie Finansów na przykład, jak już było wiadomo, że jesteśmy i przybyły tam wszystkie media, to jakbym był w jakiejkolwiek służbie, wszedłbym tam demonstracyjnie od razu. A tu cisza.

Do KNF w ogóle nas nie wpuszczono, ale było to jedyne miejsce, gdzie CBA było przed nami.

Ale w gabinecie szefa KNF było dopiero po nim. To nie przypadek?
Jeżeli ktoś jest w stanie szybciej przylecieć z Singapuru, niż przejść 2 kilometry, to trudno uznać to za przypadek. Poza tym dowiedzieliśmy się później, że syn pana Mariusza Kamińskiego, czyli koordynatora służb specjalnych, pracuje w Banku Światowym z rekomendacji szefa Narodowego Banku Polskiego. Przypadek?

Zaczyna być wysoce prawdopodobne, że opieszałość CBA nie była przypadkowa.

Będziecie jeszcze próbować dostać się do Komisji Nadzoru Finansowego? Czy teraz to już nie ma sensu?
W naszym kraju jest problem z egzekutywą. W normalnym państwie poprosilibyśmy policję o wyegzekwowanie prawa, które jest oczywiste. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora jednoznacznie mówi o tym, że mamy prawo kontrolować i wchodzić do wszystkich organów administracji rządowej. A nie ma przecież wątpliwości, że KNF, który podlega premierowi, takim organem jest. Nie jest to przecież organ samorządowy.

Będziemy podejmować jeszcze pewnie kilka prób w kilku miejscach, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Efekty są bowiem takie, że jak dostajemy dokumenty od ręki, to są istotne, a jak po jakimś czasie, to jednak dużo mniej. Zdradzanie szczegółów, jak widać, nie służy sprawie.

Jak jesteście przyjmowani w ministerstwach? Jak intruzi?
Przyznam, że są różne reakcje. Najbardziej niegrzecznie zostaliśmy potraktowani w KNF-ie. Ale w innych miejscach urzędnicy niższego szczebla naprawdę starają się być mili, chociaż są czasami przerażeni.

Dostaliście już trochę dokumentów. Jaki był najważniejszy?
Były to dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów dotyczące poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Wygląda na to, że

już w kwietniu 2018 roku, dwa tygodnie po słynnej rozmowie, szef KNF sugerował potrzebę takich zmian, rozsyłając pisma do wszystkich członków Komitetu Stabilności Finansowej.

Tyle że na początku wygląda to dość niewinnie. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów.

Dlaczego na początku wyglądało niewinnie?
Podobnie jak w innych aferach, dopiero jak spojrzy się na pewne rzeczy z dystansu, to nabierają większego znaczenia. To jest też problem ciągłych zmian w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczącym finansów. Z perspektywy zastanawiająca jest także wcześniejsza decyzja z 2017 roku, dotycząca zmiany wymogów makroekonomicznych, czyli tego momentu, w którym KNF zaczyna się niepokoić finansami banku.

Wskaźniki podniesiono o 50 proc. do stawek maksymalnych w UE, nikt do tej pory nie potrafi powiedzieć dlaczego, skoro nic złego się nie działo. Byliśmy przecież „zieloną wyspą”. Ministrem finansów był wówczas Mateusz Morawiecki.

Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, po co podniesiono te wskaźniki, skoro głównym problemem polskiego sektora finansowego nie były banki, tylko SKOK-i, czyli parabanki. To one upadały i kosztowały Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 4 mld zł.

To mogła być realizacja słynnego „planu Zdzisława”?
Mogę tylko sugerować, że wiele rzeczy do siebie pasuje. Z jednej strony ta dziwna zmiana, później „wpychanie” radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych głosami Skarbu Państwa, który reprezentował minister rozwoju, czyli Mateusz Morawiecki.

Dostaliśmy z ministerstwa dokumenty, w których są notatki służbowe z posiedzenia walnego zgromadzenia GPW i nie wynika z nich jasno, kto podjął taką decyzję.

Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia…

Jaki będzie los ustawy z zapisem o możliwości przejmowania banków przez państwo za zgodą KNF? Stanie się prawem obowiązującym?
Na razie nikt się z tej poprawki, wrzuconej nagle po złożeniu zawiadomienia przez mecenasa Romana Giertycha, nie wycofuje.

Po co rządzącym teraz takie rozwiązanie?
To jest dla mnie najbardziej przerażające. Wszystkie afery, jakie wybuchły po 1989 roku powodowały, że decyzyjne osoby podejmowały decyzje o włączeniu natychmiast hamulca ręcznego. A w tym wypadku jest wręcz przeciwnie.

Politycy partii rządzącej przekonują, że to są oczywiste i niegroźne zapisy, które obowiązywały już przed 2016 rokiem, że są implementacją prawa UE – to nie jest prawda!

Mogą się jeszcze przydać?
Jest takie stare, teatralne, ale bardzo mądre powiedzenie, że jak w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, to w ostatnim akcie wystrzeli… Nie sądzę, żeby ktoś wprowadzał przepisy dotyczące przejęcia banków za złotówkę, i to z błahych powodów, po to, aby nigdy z tego nie skorzystać.

Wydaje mi się, że zapadła decyzja, że banki będą przejmowane i nie chodzi na pewno o banki spółdzielcze.

Jaka jest w aferze KNF rola szefa NBP Adama Glapińskiego?
Wiele wątków prowadzi do niego – „pierwszego ekonomisty PiS”. To od polityków PiS można było usłyszeć jeszcze przed słynną naradą na Nowogrodzkiej, że prezes Glapiński lada dzień poczuje się tak źle, że nie będzie mógł dalej kierować NBP.

Na razie wiemy na pewno, że jego rola sprowadza się do tego, że jest wielowymiarowym promotorem Marka Chrzanowskiego, którego zresztą broni za wszelką cenę.

Wygląda na to, że szef KNF jest jedyną i to niepotrzebną ofiarą, bo przecież według szefa NBP jest „człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości” i „wielkim patriotą”.

PiS chce, aby dymisja szefa KNF zakończyła sprawę?
Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte. Dopóki PiS ma władzę, istnieje niebezpieczeństwo, że na tym się skończy. Przecież prokuratura niczego nie wyjaśni.

A komisja śledcza nie powstanie. Nikt rządzących do niczego nie zmusi.
Teraz nie, ale wygląda na to, że sytuacja jest rozwojowa. Wiele osób sugeruje, że to nie koniec taśm… Poza tym przypomnę, że zaraz po wybuchu afery pan

Grzegorz Kowalczyk, który miał być prawnikiem-słupem w banku pana Leszka Czarneckiego, przekonywał, że w ogóle nie wie, o co chodzi. Później wymsknęło mu się, że szef KNF załatwiał mu pracę 3 razy. Rozumiem, że Plus Bank, gdzie został jednak przyjęty, to jeden raz, rada nadzorcza GPW drugi, a gdzie w takim razie jest trzeci… Myślę, że jeszcze nie wiemy wszystkiego.

Co dalej z szefem NBP?
„Kuluary pisowskie” już jakiś czas temu mówiły, że poda się do dymisji z przyczyn zdrowotnych. Ale Adam Glapiński informuje, że bardzo dobrze się czuje i nie zamierza rezygnować z pracy. Wykonuje za to jakieś dziwne ruchy.

Gdy oczywiście w nocy zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, to prezes NBP wychodzi do mediów, aby poinformować, że właśnie trwa posiedzenie. Czy to miało uspokoić nastroje? Chyba nikt rozsądny tak tego nie odebrał.

Nie wierzy pan w zapewnienia, że system bankowy jest stabilny?
Wierzę, że jest stabilny, ale nie przez słowa minister finansów czy prezesa NBP, tylko przez zmiany, które uratowały system bankowy w 2008 roku. Chodziło o podniesienie kwoty gwarantowanej depozytu przez BFG do wartości 100 tys. euro. To był jeden z elementów pakietu ratunkowego.

Myśli pan, że ludzie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi? Afera KNF będzie miała taką siłę rażenia jak afera Rywina?
Wydaje mi się, że większość ludzi do tej pory nie wie, o co chodziło w aferze Rywina.

Wiele osób zapewne pamięta słynne „lub czasopisma”, ale czy wie dokładnie, co się za tym kryło? W tym przypadku sytuacja też nie jest łatwa. Ale kiedy dochodzimy do tak oczywistych rzeczy, jak plan doprowadzenia do upadku banku, a później przejęcia go przez kogoś za złotówkę, to jest prosty obrazek.

PiS poniesie jakąkolwiek polityczną odpowiedzialność?
Parta rządząca przez 3 lata była teflonowa. Ludzie przez ten czas powtarzali, że „przez ostatnich 8 lat…”, a PiS przekrzykiwał wszystkich. Ale teraz okropieństwa, które rządzący robią od początku kadencji, zaczęły trafiać do realnego, codziennego życia Polaków i myślę, że wielu otwierają się oczy. Coś zaczyna się zmieniać i widać to chociażby po wyniku wyborów samorządowych.

Pal diabli faszystów w lesie. Problemem są ich sojusznicy u władzy

>>>

* * *

Obserwujcie które z mediów i którzy dziennikarze solidaryzują się z dziennikarzami TVN, a którzy nie – w prosty sposób zorientujecie się kto jest za wolnością słowa, a kto trzyma z władzą.

Ciul! Czy niewłaściwe jest, że zdrajcę określa się męskim członkiem po śląsku?

W Żorach odbył się protest przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, a obecnie radnemu PiS Wojciechowi Kałuży. W proteście wzięli udział m.in. Monika Rosa z Nowoczesnej i Borys Budka z PO.

Dzień po ogłoszeniu Koalicji Obywatelskiej, SLD i i PSL do Porozumienia Programowego prawicy dołączył radny Wojciech Kałuża. PiS zyskało tym samym 23 mandaty i to ono będzie sprawować władze w sejmiku woj, śląskiego.

Wojciech Kałuża został radnym z listy Koalicji Obywatelskiej, był rekomendowany przez Nowoczesną.

W Żorach odbył się protest, w którym uczestnicy postulowali o to, by radny PiS złożył mandat. Do zgromadzonych przemówiła posłanka Nowoczesnej Monika Rosa.

– Boli mnie serce, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Kałuża, ty ciulu, ty zdrajco. Mam nadzieję, że za rok wszystkich cholernych ciuli rozliczymy – powiedziała posłanka.

– Kałuża to nie jest męczennik. Za garść srebrników sprzedał to co jest najważniejsze, sprzedał honor i swoją twarz – powiedział Borys Budka.

„Przyzwoitość, nie pieniądze!”, „Oddaj mandat, przeproś Żory!”, „Jeżeś Ślązok, nie rób gańby!”, „Złodziej!”, „Kałuża, ty ciulu!”- takie okrzyki wznosili manifestanci na rynku w Żorach, podczas największej od 1989 roku demonstracji, wywołanej zdradzieckim manewrem kandydata Koalicji Obywatelskiej do Śląskiego Sejmiku Wojciecha Kałuży.

Dał się PiS–owi przekupić i otrzymując stanowisko wicemarszałka, przeszedł stronę partii rządzącej. Oszukani wyborcy i polityczni sojusznicy Kałuży domagali się, by oddał mandat wojewódzkiego radnego.

„Ten człowiek, który w kampanii wyborczej się kreował na Ślązaka, on po prostu to wszystko sprzedał. Nie bydzie tego. Jeżeś ślązok, oddaj mandat!” – krzyczał do mikrofonu Marcin Musiał, jeden z organizatorów manifestacji.

Wtórowało mu kilkaset osób, które przyszły na żorski rynek, by pokazać, że czują się oszukane. Na mównicę wyszła także posłanka Monika Rosa, szefowa Nowoczesnej na Śląsku.

„Boli mnie serce, że muszę stać i manifestować, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Nie traćcie wiary. Zaufajcie jeszcze raz” – prosiła Rosa i wykrzyczała na cały głos: „Kałuża, ty ciulu!”

O głos prosili też ludzie z tłumu. „Nie znałam tego pana” – zwróciła się do zgromadzonych emerytka pani Ewa – „ale zagłosowałam na niego, bo nie chciałam poprzeć kandydata PiS-u. Byłam przekonana, że jak ktoś jest jedynką na liście, to jest to kandydat najwyższego zaufania. W środę rano obudziłam się i okazało się, że jednak zagłosowałam za PiS-em! Wytrącono mi z ręki ostatnią broń dostępną dla zwykłego obywatela! Z obawą czekam na dzień, w którym obudzę się i dowiem, że nie jestem już obywatelką III RP, ale poddaną miłościwie panującego Jarosława” – mówiła pani Ewa.

Z kolei Maria Szymczyk podkreślała, że wywodzi się ze środowiska Żorskiej Samorządności, tak jak Wojciech Kałuża. „Panie Kałuża, gdzie, do cholery, są twoje ideały? Byłeś z nami w tym miejscu, gdy do Żor przyjechał prezydent Andrzej Duda. Nie stałeś wśród tych, którzy przyjechali klaskać. Wołałeś: „Konstytucja!”. Co się z tobą stało? – pytała Maria Szymczyk.

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Upadła pisowska władza na klęczkach przed niebytem. Okropny widok niedowładu psychicznego u wyznawców Kaczyńskiego. Zniewolenie

25 List

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez biuro prawne Sejmu, jako potencjalnie sprzeczne z konstytucją. Ustawa zasadnicza takich prerogatyw dla marszałków nie przewiduje. – Autor poprawek był jednak uparty, jego pomysły dwa razy trafiały do porządku obrad, zanim zostały wycofane – opowiada nasz rozmówca.

Z awantury w KNF premier wyjdzie zatem wzmocniony. Jacek Jastrzębski był do tej pory wiceszefem departamentu prawnego PKO BP. To, że Morawiecki misję sprzątania po Chrzanowskim powierzył menedżerowi z tego banku – zarządzanego przez Zbigniewa Jagiełłę, kolegę premiera jeszcze z czasów PRL-owskiej opozycji – to wyraźny sygnał.

Przypomnijmy: bezpośrednią przyczyną dymisji Chrzanowskiego było nagranie rozmowy z marca 2018 r., ujawnione przez bankiera Leszka Czarneckiego, który twierdzi, że szef KNF zażądał od niego – pośrednio – ok. 40 mln zł łapówki. W jednym z najważniejszych wątków afery KNF pojawia się nazwisko senatora PiS Grzegorza Biereckiego i nazwa jego fundacji Kocham Podlasie.

>>>

>>>

30 proc. – nawet o tyle firmy energetyczne chciałyby podnieść w przyszłym roku ceny energii elektrycznej dla odbiorców indywidualnych – podały w poniedziałek „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Urząd Regulacji Energetyki otrzymał już cztery wnioski w tej sprawie od firm energetycznych.

Spora podwyżka? Prawdziwy ból głowy mają samorządy i firmy, które już od kilku tygodni dostają nowe cenniki z podwyżkami rzędu 50-70 proc. I w odróżnieniu od odbiorców indywidualnych, dla których taryfy musi zatwierdzić prezes URE, przedsiębiorcy nie mogą nic zrobić, będą musieli płacić więcej. Te ceny oczywiście przełożą się na ceny towarów i usług – praktycznie wszystkich, bo trudno dziś znaleźć branżę, która nie korzystałaby z prądu.

Tak czy inaczej, klienci zapłacą za drastyczny wzrost cen energii. Gra toczy się teraz o to, by nie zobaczyli tych podwyżek bezpośrednio na swoich rachunkach za prąd. Dlaczego? Bo dla rządzącej partii przed jesiennymi wyborami byłby to strzał w stopę. Dlatego minister energii i cały rząd wykonują teraz akrobatyczne ewolucje, by z jednej strony zrównoważyć bilans firm energetycznych, a z drugiej nie wzburzyć suwerena.

Zemsta węglowa

Skąd ta konieczność drastycznego podwyższenia taryf? Mści się wstrzymanie, a nawet cofnięcie w ostatnich latach restrukturyzacji rynku energetycznego oraz jego praktyczna nacjonalizacja i ograniczenie konkurencji. 80 proc. energii w Polsce powstaje z węgla, a ten – po kilku latach chudych – zaczął drożeć. Zdrożały też kilkukrotnie pozwolenia na emisję CO2, które każda elektrownia musi kupić, by móc wypuszczać do atmosfery ten gaz cieplarniany. Wzrosła też cena tzw. zielonych certyfikatów, które mają stanowić motywację dla firm energetycznych do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). Nie inwestujesz w farmy wiatrowe, panele słoneczne czy elektrownie wodne? Płać.

Cud przedwyborczy

Ale nawet państwowe firmy nie mogą działać całkowicie w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Drożejący węgiel i pozwolenia na emisję wymusiły w końcu podwyżki taryf energetycznych. I to drastyczne. Przedsiębiorcy będą musieli sobie poradzić sami (podwyższając ceny). A co z gospodarstwami domowymi? Szef URE może jakoś zmitygować apetyty koncernów energetycznych i nie zgodzić się na podwyżki rzędu 30 proc. Ale na jakieś chyba będzie musiał pozwolić. Dlatego rząd, ustami ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, błyskawicznie zapowiedział plan ratunkowy: gospodarstwa domowe nie zapłacą ani grosza więcej, nawet jeśli cena energii pójdzie w górę. Cud? Najwyraźniej tak, cud przedwyborczy. Minister tłumaczy pokrętnie, że podwyżkę wezmą na siebie dystrybutorzy energii. Słychać tu ech niedawnych deklaracji prezesów Orlenu i Lotosu, że wprowadzoną przez rząd nową opłatę paliwową oba te państwowe koncerny biorą na siebie. To było też przed wyborami – samorządowymi.

Pomijając koszty całej operacji („DGP” szacuje je na ponad 2 mld zł rocznie), trzeba pamiętać o jeszcze jednym ciekawym wątku w tej sprawie: europejskim. Co będzie jeśli Komisja Europejska uzna, że przelewanie pieniędzy z jednej państwowej kieszeni (spółki dystrybucyjnej czy budżetu) do innej (czyli spółek energetycznych), to ukryta forma pomocy publicznej? Zdaniem eksperta Filipa Elżanowskiego z kancelarii prawnej Elżanowski Charka i Wasowski, cytowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”, zamiar takich transferów rząd będzie musiał zgłosić Komisji, by ta oceniła czy nie jest to zabronione subsydiowanie spółek, które zakłóca normalne mechanizmy rynkowe. Jeśli Bruksela zaprotestuje, rząd będzie musiał wymyślić jakiś inny plan godny barona Münchhausena. Do wyborów tylko parę miesięcy.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Kto to widział, żeby do Pana Prezesa mówić „panie Jarku”. Czy do Aleksandra Wielkiego zwracali się „panie Olku”?!

Bardzo się obruszył prezes PiS, gdy w czasie rozprawy w procesie między nim a Lechem Wałęsą ktoś z publiczności nazwał go „panem Jarkiem”. „Panem Jarkiem byłem 40 lat temu!” – replikował dotknięty do żywego. Ta reakcja wiele mówi nie tylko o samym Kaczyńskim, ale i o sytuacji, w jakiej znalazła się Polska.

Pan Donek, pan Jarek i inne zniewagi

To znamienne, że szefa partii rządzącej najbardziej oburza lekko protekcjonalna formuła „pan Jarek”. Jakoś nie słychać, by w podobnie drażliwy sposób reagował np. na skandowanie „Precz z Kaczorem dyktatorem” czy porównywanie go do Gomułki. Tamte epitety i oskarżenia znosi z godnością, wyniośle milcząc, natomiast „pana Jarka” nie zdzierżył.

Sam zresztą podobnej formuły używa, gdy chce komuś szczególnie dopiec – w czasie sromotnie przerżniętej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem w 2007 r. zwracał się do niego per „panie Donku”. Tusk nie pozostał mu dłużny i z uśmiechem na ustach odpowiadał mu „panie Jarku” i „Jareczku”. W tej konkurencji szef PO okazał się lepszy, bo „pan Donek” najwyraźniej spłynął po nim jak po – przepraszam – kaczce, a Kaczyński został wyprowadzony z równowagi. To było widać gołym okiem. Już do końca debaty pozostawał zdenerwowany, spięty, zły – i w efekcie przegrał zarówno pojedynek w telewizji, jak i starcie przy urnach wyborczych.

Jaka jest różnica między „Kaczorem dyktatorem” a „panem Jarkiem”? Dlaczego ten pierwszy epitet nie prowokuje Kaczyńskiego do kłótni, a drugi rozpala go do czerwoności? To oczywiste – słowo „dyktator” zawiera w sobie element siły. Potęgi. Dyktator to człowiek, który żelazną ręką trzyma społeczeństwo i przed którym drżą poddani. Owszem, nienawidzą go, ale zarazem czują przed nim respekt. Szanują. Do pewnego stopnia wręcz go podziwiają, bo przecież potęga, nawet wroga i opresyjna, wzbudza podziw.

A „Pan Jarek” nie jest groźnym i surowym władcą, ale wąsatym jegomościem mieszkającym po sąsiedzku w tym samym bloku. Codziennie rano widzimy go, jak w rozczłapanych butach idzie do kiosku, żeby kupić „Super Express” i zagrać w Lotto. Pan Jarek żadnego podziwu nie wzbudza. W ogóle nie wzbudza niczego poza ironicznym uśmieszkiem – ani strachu, ani szacunku. A przecież właśnie tego pan prezes łaknie i potrzebuje. Bez podziwu, strachu, szacunku, bez uniżonych gestów poddanych i bez czołobitności wyznawców usycha i więdnie.

W rozmowie z Teresą Torańską powiedział kiedyś, kim chciałby zostać w przyszłości: „emerytowanym zbawcą narodu”. To oczywiście miał być żart, ale w jego podtekście kryła się głęboka wiara i przekonanie o własnej wielkości. Bo przecież normalny człowiek tak nie żartuje. Do głowy mu nie przychodzi, że mógłby być idolem tłumów, które padają przed nim na kolana. Taka wizja i taka rola społeczna mieści się poza horyzontem wyobrażeń normalnego człowieka.

Gdy cię nie kochają, niech się przynajmniej ciebie boją

„Zbawca narodu” i „Kaczor dyktator” to w istocie lustrzane odbicia tej samej potęgi. Z przeciwnymi znakami. Plus i minus. Yin i yang. Skoro nie możesz sprawić, by cię wielbili, to niech przynajmniej cię nienawidzą i niech się ciebie boją. Bo to też oznacza, że cię szanują i podziwiają.

Nie tylko w kraju. Skoro nie możesz być dla społeczności międzynarodowej autorytetem ani liderem, skoro nie możesz w Unii Europejskiej odegrać roli przywódczej, to możesz przynajmniej zostać jej szwarccharakterem. Wiecznym kontestatorem, który blokuje wszelkie inicjatywy i uniemożliwia innym wspólne działanie.

Pamiętacie podpisywanie traktatu lizbońskiego o Unii Europejskiej w 2007 roku? Zanim ówczesny prezydent Lech Kaczyński go zaakceptował, długo droczył się z partnerami, mówił, że nie podpisze, bo to czy tamto. Właściwie nie bardzo było wiadomo, o co chodzi i jakie są rzeczywiste powody tego spektaklu. Tak jak nie było też wiadomo, dlaczego prezydent nagle odpuścił i podpisał dokument.

Dopiero z opóźnieniem dowiedzieliśmy się, że przez cały czas konsultował się telefonicznie z bratem, który mówił mu, co robić. Być może po wielogodzinnym utrzymywaniu całej Europy w stanie nerwowego napięcia i niepewności patologicznie rozdęte ego Jarosława Kaczyńskiego poczuło się chwilowo zaspokojone?

Ale tylko chwilowo, bo przecież zaraz po podpisaniu traktatu zaczął się kolejny spektakl, w którym chodziło o ratyfikację dokumentu w Polsce i ostateczne podpisanie go przez prezydenta. Droczenie się zakończono dopiero w 2009 r.

Kto nadmuchał ego małego Jarka?

Nie wiemy, kiedy ta mania wielkości została zaszczepiona w psychice pana prezesa. Być może nosi ją w genach, z nią przyszedł na świat. A może to efekt negatywnych doświadczeń w procesie socjalizacji? Może koledzy na podwórku go lali i wyśmiewali się z niego? Już ja wam pokażę – powiedział zapłakany mały Jarek. Zobaczycie, że kiedyś zostanę zbawcą narodu, Aleksandrem Wielkim, Napoleonem albo przynajmniej Stalinem.

I metodycznie realizował tę zapowiedź, z maniakalną konsekwencją przygotowując się do tej roli. Wiele lat później dowiedzieliśmy się, że uważnie studiował m.in. „Krótki kurs historii WKP(b)”. Po co? Przecież normalny człowiek tego nie czyta. To lektura dla historyków. No i dla szaleńców, którzy mogą tu znaleźć inspirację i wzorce.

Długo trwało, zanim Jarkowi udało się spełnić obietnice złożone niedobrym kolegom. Ciągle odbijał się od ściany. W wywiadzie udzielonym w 1994 r. politologowi Tomaszowi Grabowskiemu mówił, że w okresie „Solidarności” był na marginesie, poza głównym nurtem wydarzeń. A potem przyszedł stan wojenny: „W 1982 r. próbowaliśmy przebić się do kierownictwa ‘Solidarności’ z Dornem, bo mieliśmy taką optymistyczną wizję, że może teraz my staniemy się głównymi mózgami. To zakończyło się kompletną plajtą, zresztą tak jak i inne próby przebijania się do decydujących grup” – wspomina.

A może wcale nie chodziło o to, by coś pokazać kolegom z podwórka. Może błędy wychowawcze popełniła mama, wmawiając małemu Jarkowi, że jest wybitny i wspaniały. Że historia przeznaczyła go do wielkich zadań. Teraz ta mama ma rondo swego imienia w Starachowicach, a Jarosław osobiście wziął udział w uroczystości odsłonięcia tablicy.

Bo oczywiście wielkość zbawcy narodu promieniuje na jego bliskich. Na mamę i przede wszystkim na brata, który zasługuje na spoczynek w krypcie królów na Wawelu oraz na ulice swego imienia i pomniki w całym kraju. Jeżeli władze samorządowe takiego pomnika na placu w centrum miasta postawić nie chcą – wtedy trzeba zmilitaryzować plac, odbierając go samorządowi, który najwyraźniej nie rozumie, jaka jest funkcja i sens istnienia Polski. Trzeba mu uświadomić, że Polska istnieje po to, by kult zbawcy narodu i jego rodziny miał gdzie rozkwitać.

Niech stanie tysiąc pomników. A potem co?

Pytanie tylko, co dalej. Co będzie robić pan Jarek, gdy osiągnie cel swojego życia? Gdy oficjalnie zostanie już okrzyknięty Jarosławem Mądrym (wcześniej trzeba będzie pozbawić tego przydomka ukraińskiego władcę, ale to pryszcz, Putin pomoże to załatwić), a we wszystkich polskich miejscowościach będą już ulice Lecha Kaczyńskiego i na wszystkich centralnych placach staną pomniki Prezydenta Tysiąclecia. Co wówczas?

Niedobrze by było, gdyby skończyło się tak, jak w opowiadaniu, w którym tybetańscy mnisi odkryli, że celem istnienia świata jest sporządzenie listy wszystkich imion Boga we wszystkich językach świata. W tym celu zakupili supernowoczesny amerykański komputer, zainstalowali w nim wszystkie języki i uruchomili program spisujący imiona Boga.

A gdy program zakończył działanie, gwiazdy na niebie zaczęły gasnąć.

Waldemar Mystkowski pisze o zamachu na wolne media.

PiS nie ma pomysłu, jak ugryźć wolne media, bo te patrzą władzy na ręce i co rusz ujawniają jakąś aferę, a z tymi jest tak, iż co zostanie podniesiony jakiś kamień, wypełza spod niego pisowska korupcja. Takiej aferalnej partii u władzy dotychczas nie mieliśmy.

A przy tym wzrasta prymitywizm działania polityków PiS. Kiedyś wiceprezes tej partii Adam Lipiński zapraszał do siebie Renatę Beger, aby ją przekupić posadą, dzisiaj niezbyt lotny szef kancelarii Mateusza Morawieckiego, Michał Dworczyk jedzie na Śląsk, aby skorumpować lokalnego polityka Kałużę i od razu wiadomo za ile go kupił.

Ani Dworczyk w związku z tym nie dostaje rumieńców na twarzy, ani premier, któremu przyglądając się coraz bardziej stwierdzam, że to typowy polityk słup. Był słupem jako prezes w banku z grupy Santander, dzisiaj jest słupem Kaczyńskiego. Gdy jednak jakiś dziennikarz trochę pociągnie go za język, sypie się jego pojęcie o wolności, demokracji i najczęściej mamy do czynienia z osobnikiem o nadymanym ego.

Donald Tusk określił go osobą nie wychylającą się ze swoim zdaniem. Taka trusia, która czeka okazji, aby się nadymać. Przypomina ropuchę dostającą wzdęcia podgardla. Jego braki wiedzy o demokracji wychodzą na każdym kroku, ale też braki charakterologiczne. O mediach był rzec, iż „80 proc. mediów znajduje się w rękach naszych przeciwników”.

Czyli wolne media są we wrogich rękach, bo niepisowskich. Definicja wroga dla Morawieckiego jest oczywista, to ktoś niezwiązany emocjonalnie i ideowo z PiS. Wrogiem dla Morawieckiego jest 80 proc. Polaków (19 proc. zagłosowało na PiS), który to odsetek został z automatu przeniesiony na media. Od początku PiS kombinuje, jak tych 80 proc. zniewolić, uczynić sobie posłusznymi. Przez 3 lata nie wiedzą, jak ugryźć wolne media, jak sprowadzić je do niskiego poziomu dawnych mediów publicznych, TVP i radia. Próbują to osiągnąć poprzez zastraszanie i manipulowanie.

TVN wyemitował reportaż o neofaszystach świętujących urodziny Hitlera, którym nic się nie dzieje w państwie rządzonym przez PiS. Więc politycy PiS i ich media wykombinowali, iż autorzy reportażu zrobili z neofaszystami ustawkę.

Refleksja. Jak neofaszystów można namawiać na neofaszyzm? Nie ma takiej opcji, problemem dla dziennikarza jest, aby zgodzili się neofaszyści, by ich rytuały filmować. Gdy reportaż został wyemitowany, a Polska zobaczyła, iż neofaszyzm w państwie PiS ma się całkiem dobrze, wkraczają wówczas media pisowskie, służby państwa i stosują metodę „na złodzieja”.

Złodziej złapany na gorący uczynku odwraca uwagę i wskazuje na tego, którego okradł. W tej metodzie jest dążenie do tego, aby propagandowo rozegrać TVN, najpierw zastraszyć, a nastepnie – gdy opinia publiczna zostanie przewekslowana – postarać się przejąć media.

Operator reportażu o neofaszystach Piotr Wacowski jest szykanowany przez ABW. Otóż wręczono mu pismo, aby stawił się w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu. Nawet wskazano mu zarzuty, mianowicie z art. 256 par. 1 Kodeksu karnego (propagowanie nazizmu, zagrożone karą od grzywny do dwóch lat więzienia). Logika tego jest mniej więcej taka, że podobny zarzut można by postawić np. reżyserowi filmu o wrześniu 1939, ABW mogłoby wręczyć wezwanie na przesłuchanie, bo jest podejrzany o propagowanie napaści hitlerowców na Polskę.

To jest jedna z prób oskarżenia niezależnych mediów, by je sobie podporządkować. Na szczęście twardo o tej pisowskiej chęci zamachu na wolne media wypowiedziała się ambasador USA Georgette Mosbacher, która mówiła o wielkiej sympatii do Polski, jaka jest w Kongresie USA, ale może ją zepsuć jedna rzecz: „zamach na wolne media”.

Porażka PiS z TSUE, ale to dopiero początek, bo złodziej PiS skradł samochód i zegarek, na razie oddał zegarek

21 List

Lotem błyskawicy obiegła wszelkie środki przekazu złowieszcza wiadomość o 30 procentowej podwyżce cen prądu, a w ślad za nią podążyły natychmiast uspokajające zastrzeżenia „dobrego” PiS-owskiego rządu, który znalazł na to sposób.

Ustami swoich ministrów zapewnia, że przeciętny Kowalski nawet tego nie zauważy, bo otrzyma 100–procentową rekompensatę… Jakim cudem? To tylko wie rząd, bo dla reszty lansowana kalkulacja jest raczej księżycowa, żeby nie powiedzieć oszukańcza.

>>>

W każdym kto choć trochę rozumie funkcjonowanie rynku wzbiera wściekłość, bo czuje się robiony w „balona”. Swej złości najlepiej dał upust na Facebooku Jerzy Sempowicz, który nie przebierając w słowach obnaża hipokryzję PiS–owskiej władzy.

„Jakim trzeba być debilem skończonym, żeby takie coś wymyślić? Ja wiem, kolejne wybory za pasem i trzeba rozdać chleb i zrobić igrzyska” – pisze Sempowicz.

Dalej dowodzi, że to z czym mamy do czynienia to precyzyjnie zaplanowana akcja. „Przy tym całym szumie o rozdawaniu kasy i niepodwyższaniu rachunków za prąd, ludzie będą cieszyć się jak debile, że ten dobry rząd tak dba o obywatela” – zauważa i pyta:

NAPRAWDĘ nikt nie widzi, ze jak podrożeje prąd dla przemysłu i paliwa, to podrożeje WSZYSTKO !!!!!!!!!!!! Co z tego, ze zapłacisz tyle samo za prąd co przed podwyżką, jak ZA WSZYSTKO ZAPŁĄCISZ 40% do 50% więcej??” uświadamia użytkowników Facebooka-  Sempowicz

K…a mać, bo już inaczej nie mogę. W jakim nienormalnym kraju ja żyję? – woła z uzasadnioną wściekłością.

Te 30 PLN z rachunku za prąd oddasz kilka razy w miesiącu na produktach ( i ZAWARTYCH W NICH PODATKACH (O WIELE WYŻSZYCH), które są Ci niezbędne do życia! Czy ekonomia pieniądza jest taka trudna, żeby to pojąć?

Naprawdę dalej cieszysz się, że minister energetyki dołoży Ci w przyszłym roku 30 PLN miesięcznie do prądu? Może wypadałoby sie obudzić?”, i tu podpiera się ociekającym obłudą oświadczeniem PiS–owskiego ministra:

„Krzysztof Tchórzewski wyjaśnił, że ceny prądu trzeba rekompensować, bo są… „niesłuszne”. „Są niepodyktowane żadnymi uwarunkowaniami zewnętrznymi, a jedynie wzrostem kosztów emisji CO2”– mówił Krzysztof Tchórzewski. „Z szacunków które znam, ceny paliwa na 2019 r. w polskiej energetyce nie mają większego wpływu na wzrost cen energii” – zaznaczył.

Na giełdach towarowych ceny prądu skoczyły o niemal 50 proc. w stosunku do zeszłego roku. Drożeje też węgiel, a nasz system energetyczny jest w 72 proc. oparty właśnie na nim. Tymczasem do Urzędu Regulacji Energetyki wpływają wnioski o zgody na nowe cenniki na przyszły rok. Państwowe spółki chciałyby podnieść ceny dla odbiorców indywidualnych nawet o 30 proc.” – zwraca uwagę Jerzy Sempowicz na Facebooku.

Inny kamyczek, jeżeli nie syzyfowy kamień dla wielu, wrzuca każdemu z nas – bo każdy jest konsumentem elektryczności – minister energii Krzysztof Tchórzewski. Prąd zdrożeje w przyszłym roku i to niebotycznie – 30-40 proc., a może nawet więcej.

Otóż bojąc się protestów, Tchórzewski zapewnia, że państwo zrekompensuje każdemu gospodarstwu 100 proc. podwyżki.

Gdzie tu haczyk? Jak zwykle u PiS w rozumie, tzn. w liczeniu na brak rozumu u ciemnego ludu. Jeżeli państwo jest takie opiekuńcze i chce zwracać podwyżki w całości, czy nie może tego dokonać jednym kliknięciem? Podmioty wystawiające rachunki wszak w jednej rubryce mogłyby ujmować podwyżki, które wędrowałyby internetem do centrali i się tam sumowały, a minister jednym kliknięciem dokonywałby przelewu z budżetu na rachunki elektrowni.

Proste? Oczywiście, ale znowu chcą nas orżnąć, bo nie potrafią rządzić, więc znajdą wyjście, aby nie pokrywać podwyżek.

Podwyżki w PRL powodowały w społeczeństwie ruchawki na ulicach m.in w grudniu 1970 roku, zmiotły jedną komuszą władzę zastepując drugą. I tego boi się PiS. Bo gdzie z Nowogrodzkiej ewakuowałby się dzisiejszy Gomułka? Na Żoliborz? Gniew ludu i tam by go dopadł.

>>>

Zmiany w ustawie o SN mogą wydawać się kapitulacją – zwłaszcza dla elektoratu PiS-u – czy powtórką z ustawy o IPN, ale w gruncie rzeczy to pozory. Bo choć Małgorzata Gersdorf pozostanie I prezesem SN, a czystka zostanie odwrócona (zwłaszcza w porównaniu z pierwotną wersją projektu), to obóz rządzący ws. zmian w sądownictwie i tak osiąga przynajmniej część zamierzonych celów. W sporze o polskie sądownictwo w dalszym ciągu pojawia się jednak kilka pytań – przede wszystkim czy propozycje polskiej strony usatysfakcjonują UE.

Nowelizacja o ustroju sądów powszechnych (według Małgorzaty Gersdorf najgorsza ustawa), Izba Dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym oraz skarga nadzwyczajna, nowa KRS powołana przez Sejm czy wcześniej TK – wszystkie te zmiany, przynajmniej na chwilę obecną, zostaną utrzymane i trudno spodziewać się, by PiS był zdolny do kolejnych ustępstw. Tzw. reforma sądownictwa w przynajmniej jakiejś części i tak zostanie zrealizowana po myśli PiS-u. Małgorzata Gersdorf swoją kadencję dokończy, ale ta kończy się za półtora roku.

Zrobienie kroku wstecz, choć faktycznie może wyglądać na prestiżową porażkę – wszak politycy partii rządzącej od miesięcy mówią o byłej I prezes SN – jest przejawem politycznego pragmatyzmu. – Nie ginąłbym za odwołanie prezes Gersdorf – powiedział ostatnio Jarosław Gowin. To zdanie dobrze oddaje taktykę obozu rządzącego – stanowisko I prezesa SN nie jest bowiem aż tak kluczowe, by ryzykować pogorszenie się stosunków z UE, co mogłoby mieć wpływ na nadchodzącą kampanię do PE. Zresztą – nawet jeżeli PiS miało dalsze plany zmian w sądownictwie, to ich wdrożenie przed wyborami do PE i tak nie byłoby możliwe.

W najbliższym czasie, w nadchodzących godzinach i dniach kluczowa będzie reakcja KE – czy zaproponowane zmiany będą do zaakceptowania i czy ten front zostanie zamknięty. „Przywróceni” sędziowie SN nie będą musieli przechodzić żadnej procedury, a nawet mogą złożyć oświadczenie o woli przejścia w stan spoczynku z zachowaniem pełnego uposażenia. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że na progu wyborczego maratonu i kampanii do PE wygaszenie akurat tego sporu z KE jest w interesie rządzących, bo ogranicza zarzuty o zamiar wyprowadzenia Polski z UE. Poza tym po ewentualnym niekorzystnym dla KE werdykcie TSUE i tak pewnie wszystko zostałoby odkręcone.

Inna sprawa to pozostałe zmiany w sądownictwie zaproponowane przez PiS. Trochę zapomnianą sprawą jest to, że wysłane przez SN pytania prejudycjalne dotyczą nie tylko tego sądu, ale także KRS. – Sąd Najwyższy zastanawia się, czy sposób powoływania sędziów do KRS jest zgodny z polską konstytucją i standardami europejskimi. Problem polega m.in. na tym, że TK dwukrotnie wypowiadając się w tej sprawie, raz orzekł, że sędziów-członków KRS wybierać powinni sędziowie, za drugim razem TK uznał, że tryb przewidziany obecnie w ustawie – czyli, że sędziów KRS wskazuje parlament – jest zgodny z konstytucją – mówił Michał Laskowski na briefingu we wrześniu.

– Kiedy TSUE orzeknie, że nie jest to zgodne ze standardem, bo wtedy powstaje pytanie jaki jest status sędziów wskazanych przez nową KRS wyłonioną w taki, a nie w inny sposób. To jest pytanie, czy są to sędziowie prawidłowo powołani na swoje stanowiska – podkreślił rzecznik SN. Jak dodał, “jeśli dojdzie do uznania przez TSUE, że KRS jest powołana w sposób nieprawidłowy, to będzie trzeba się zastanawiać nad szerszymi konsekwencjami”.

Jeżeli KE nie będzie usatysfakcjonowana realnymi ustępstwami ws. SN poczynionymi przez rząd i uzna, że Polskę należy dalej grillować, sytuacja może stać się dla PiS-u bardzo kłopotliwa. Zwłaszcza, że Frans Timmermans zdaje się kwestionować KRS w obecnym kształcie, a także Izbę Dyscyplinarną. Chyba, że uzna wspomniane ustępstwa za wystarczające.

>>>

— IDEAŁ DOBREJ ZMIANY SIĘGA BRUKU – MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI W RZ: “Dobra zmiana” niosła ze sobą obietnicę nie tylko naprawy państwa, ale też podniesienia standardów. Rozwój afery KNF pokazuje, że ideał coraz częściej sięga bruku. I to jest największe polityczne ryzyko dla wizerunku PiS. Grając na przeczekanie, partia rządząca traci szansę na to, by przedstawić własną wiarygodną narrację dotyczącą tych wydarzeń. A jej sympatycy będą musieli podczas obiadu przy niedzielnym stole albo w windzie zmierzyć się z pytaniami o 40 mln zł dla prawnika – znajomego szefa KNF, czy pół miliona dla syna ministra”.
rp.pl

— SAMOBÓJCZA TAKTYKA PIS – DOMINIKA WIELOWIEYSKA – w GW: “Pozostaje jednak pytanie, dlaczego Glapiński – w sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem sposób – broni swego wychowanka Marka Chrzanowskiego. Racjonalna odpowiedź jest taka, że został wysłany mocny sygnał do byłego szefa Komisji: nie martw się, nic nie mów, nic nie zeznawaj, będziemy cię bronić jak niepodległości. Kaczyński na to przyzwala, bo zrozumiał, że znalazł się w pułapce – każdy ruch jest ryzykowny. Wybrał więc wersję, że „afery nie ma”, a priorytetem jest spokój na rynku bankowym”.

— BANKRUCTWO BANKÓW CZARNECKIEGO TO BYŁABY KATASTROFA – DALEJ WIELOWIEYSKA: “Ta katastrofa poszłaby na konto PiS, a Polacy drogo by za to zapłacili. Z tego powodu w niedzielę późnym wieczorem zebrał się Komitet Stabilności Finansowej i wydał komunikat, że z polskim systemem finansowym jest wszystko w porządku. Sam Glapiński sto razy wypowiedział zdanie, że sytuacja jest stabilna”.
wyborcza.pl

— NOMINACJA SOKALA BEZ PODPISU SZEFA RZĄDU – jedynka RZ: “Tę opinię łagodzi nieco prof. Ryszard Piotrowski z UW. – Niestety, praktyka konstytucyjna, mająca pewne cechy zwyczaju, dopuszcza wydawanie przez prezydenta aktów indywidualnych dotyczących powoływania jego przedstawicieli w różnego rodzaju organach bez kontrasygnaty premiera – twierdzi, dodając, że byłby w tej sprawie bardzo ostrożny”.
rp.pl

>>>

Dość symboliczny obrazek udało się uchwycić…

PiS ma swój sufit. Co zrobią z pętlą, która ich tam czeka?

5 List

Wybory samorządowe już za nami. Wczoraj odbyła się II tura, w której Polacy wybierali włodarzy miast i miasteczek. Czas więc na pierwsze podsumowania i analizy.

W Gdańsku wygrał Paweł Adamowicz (64,7%), w Krakowie Jacek Majchrowski (64,6%), w Kielcach Bogdan Wenta z Projektu Świętokrzyskie (64%). Jedynym dużym miastem, gdzie wygrał kandydat wspierany przez PiS są Katowice.

Przyglądając się wynikom, śmiało można powiedzieć, że miasta okazały się wielką porażką PiS. Nie pomógł Andrzej Duda, spacerując po cmentarzu w Nowym Sączu w towarzystwie kandydującej na prezydenta żony posła Mularczyka. Nie pomógł premier, wielokrotnie obiecujący kasę od rządu tam, gdzie wygrają kandydaci z PiS. Nie pomógł nawet sam prezes, który dwoił się i troił, by przekonać Polaków do „dobrej zmiany”. Miasta powiedziały twardo, że nie chcą polityków tej partii u siebie.

Kandydaci PiS nie byli w stanie przeskoczyć trzydziestu paru procent poparcia, co pokazuje, że partia ta może liczyć tylko na swój twardy elektorat i nie udało się jej przyciągnąć nowych zwolenników. To powinno dać PiS-owi sporo do myślenia.

Wprawdzie teraz politycy partii rządzącej usiłują przekonać obywateli, że nic się nie stało, bo miasta to tylko ok 15% uprawnionych do głosowania, co w żaden sposób nie zagraża dominacji PiS, ale fakt pozostaje faktem. Założenia były takie, by odbić miasta z rąk opozycji i cokolwiek by teraz nie powiedziano, to plan ten posypał się jak domek z kart. Przegrana pozostaje przegraną i na pewno musi ona bardzo boleć.

Skandal podczas wieczoru wyborczego Kacpra Płażyńskiego. Sztab kandydata „zadbał”, by nie wpuścić na sale dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, reporterki radia Eska i Radia Tok FM.

Pokolenie spieprzaj dziadu.

Płażyński oczekiwał na wyniki w restauracji Mantra, przy ul. Krynickiej na Przymorzu. Towarzyszyli mu m.in. Janusz Śniadek, Andrzej Gwiazda, wojewoda pomorski Dariusz Drelich oraz spora grupa dziennikarzy. Niestety, zabrakło miejsca dla tych, którzy reprezentowali niewygodne dla kandydata i jego partii, media.

Dziennikarze musieli więc czekać pod drzwiami aż pojawi się Płażyński i zadecyduje, co z nimi zrobić. Sprawę załatwiła krótko jego żona, która z uśmiechem zaproponowała, aby „wystawić za drzwi i do widzenia”. Usunięto również z sali fotoreporterkę „Wyborczej” i jak tłumaczył jeden z ochroniarzy, taka była decyzja „góry”.

 Ta sytuacja wzbudziła powszechne oburzenie. Na Twitterze zawrzało. Adrianna Halman skomentowała zachowanie żony Płażyńskiego, pisząc „Nie została też wpuszczona red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli też, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii odzwierciedla więc szerszy problem”.

Reporter Kamil Dziubka również usłyszał co nieco. „Nie mogliśmy się wpiąć tam z dźwiękiem, bo pan dźwiękowiec powiedział, że nas nienawidzi i jesteśmy „ścierwami”. Ale poradziliśmy sobie”.

Do sprawy odniósł się też Bartosz T. Wieliński, a Szymon Sorokiew, komentując jego post, nie ukrywał, że „(…) żona KP, Natalia Nitek (de domo), ma ultra mocny odjazd w prawo. Jeśli ktoś uważa, że Płażyński to umiarkowana twarz PiS, to polecam przesledzenie działalności jego żony. Totalny beton i ostra antyniemiecka fobia (procesowała się ze swoim niemieckim szefem)”.

Jak słusznie zauważył kolejny komentator tej skandalicznej sytuacji, Płażyński „udowodnił (przy pomocy żony) że po prostu na to stanowisko się nie nadaje. Gdańszczanie poznali się na fircyku robiącym karierę na nazwisku ojca”. Nic dodać nic ująć.

Nie została też wpuszczona do sztabu Kacpra Płażyńskiego red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii Płażyńskiej odzwierciedla więc szerszy problem.

PiS ma odpowiedź na swoją porażkę w II turze wyborów samorządowych: Wina Tuska

📌  w  Okazało się, że szyld okazał się ogromnym obciążeniem dla kandydatów. Mamy satysfakcję z wyników tych wyborów, bo opozycja zdecydowanie wygrała w II turze 💪

Przesłuchanie byłego premiera przez komisję ds. Amber Gold raczej nie wniesie do sprawy nic nowego. Będzie tylko kolejnym aktem politycznego spektaklu.

W styczniu 2016 r. Jarosław Kaczyński podczas wyjazdowego posiedzenia Klubu PiS w podwarszawskiej Jachrance zapowiedział partii zmianę ordynacji wyborczej, jednolity front w mediach publicznych oraz powołanie czterech sejmowych komisji śledczych. Pierwsza z nich powoli kończy swoją działalność, ale bez politycznego sukcesu.

Komisja śledcza do zbadania prawidłowości i legalności działań organów i instytucji publicznych wobec podmiotów wchodzących w skład Grupy Amber Gold (tak brzmi pełna nazwa komisji) została powołana 19 lipca 2016 r. Podczas ponad 120 posiedzeń przesłuchała około 100 świadków. Ostatnim będzie poniedziałkowe przesłuchanie Donalda Tuska, byłego premiera RP.