Tag Archives: Kamil Durczok

Po Kaczyńskim i koronawirusie

14 Maj

Czy świat się zmieni po koronawirusie? To pytanie zaprząta intelektualistów.

Postawmy to pytanie na polskim gruncie: Czy Polska zmieni się po zarazach pisowskiej i koronawirusie?

W tym drugim pytaniu będziemy mieli szybszą i bardziej dokładną odpowiedź. Zarówno dotycząca nas i świata.

Na pewno Kaczyńskiego i jego motłoch autorytarny trzeba wykopać od koryta. A po posadzeniu ich za kratami, bądź ich spieprzeniu z Polski, trzeba uruchomić takie narzędzia – nie tylko prawne – aby nie zagrażał nam wróg wewnątrz kraju, aby nie powstawała Targowica.

Czy to będzie zmiana?

I jeszcze jedno – zagrażają nam dwa autorytaryzmy, dwie zarazy – prawicowa i lewicowa. Idee, która ciągle się kompromitują i ciągle się odradzają: idee z wieloma paszczami smoka.

Jarosław Kaczyński mówi: nie wprowadziliśmy stanu klęski żywiołowej, bo to koszt dla państwa przez odszkodowania. To stara śpiewka obozu władzy. Prezes PiS dodał do niej teorię spiskową: opozycja chciała dać zarobić prawnikom.

Wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej” jest pełny typowych dla tego polityka oskarżeń bez dowodów w złym, starym stylu: „wiem, ale nie powiem”.

Więcej o nowym wrogu Kaczyńskiego >>>

Walka z nierównościami, nowy model życia gospodarczego i społecznego, czy popadanie w autorytaryzm i czerpanie wzorców z Chin – o dwóch radykalnie odmiennych możliwych scenariuszach zmian w Europie pisze brytyjski (i europejski!) historyk Timothy Garton Ash.

Kapitalny esej Asha >>>

 

Rządzi nami mały, oszalały z nienawiści Wielki Kurdupel. Ma jeden cel. Zemścić się na trudnej do zdefiniowania grupie, która ponoć zamordowała mu brata. A potem wziąć nieograniczoną władzę. Nie bądźcie debilami. Ten mały człowieczek prowadzi nas do pełnej dyktatury. A my, jak te konie na rzeź, jedziemy w wozach, udając spokój. Na ulice!

Kamil Durczok w całości >>>

To, co widzimy, to powstanie specjalnej kasty, która stawia się ponad prawem. Widzieliśmy to podczas obchodów rocznicy smoleńskiej czy podczas wizyty pana Kaczyńskiego na Cmentarzu Powązkowskim. On mógł odwiedzić grób matki w święta wielkanocne, normalny obywatel musiał siedzieć zamknięty w domu. To jasny sygnał, że mamy dwie kategorie ludzi: wobec jednych prawo się stosuje, a wobec drugich nie – mówi mecenas Jacek Dubois. Rozmawiamy o wyborach i o tym, co dzieje się w Sądzie Najwyższym. Pytamy też o rzeczywistość prawną i jej konsekwencje. – Teraz należy, tak jak Archiwum Osiatyńskiego, archiwizować pewne zdarzenia i w momencie, kiedy organa państwowe, w tym prokuratura, odzyskają niezależność i powagę, to wtedy te sprawy będą badane. Teraz trzeba te zdarzenia przechowywać we własnych głowach, umysłach, w pamięci – podkreśla.

Wywiad z mecenasem Jackiem Dubois >>>

Rząd zamiast pandemią, zajmuje się kwestią: jak skutecznie i szybko wprowadzić w Polsce dyktaturę

Śląsk nie jest żadną „drugą Lombardią” – po prostu zaczęto tam robić testy na obecność koronawirusa. I jestem pewna, że gdyby takie testy na masową skalę powtórzyć w dowolnym regionie Polski, wynik byłby ten sam. Czy to oznacza, że trzeba znów zamknąć kraj na trzy spusty, jeszcze bardziej niż dotychczas? Nie, na to już za późno. Ale z pewnością trzeba zacząć działać – to znaczy działać naprawdę, a nie tylko, jak to się dzieje teraz, robić konferencje prasowe i zarządzać informacją (czyli często po prostu kłamać).

Cały felieton Elizy Michalik >>>

Morawiecki, przydupas Kaczyńskiego. Rozdymane ego małych ludzi, którzy niszczą Polskę

21 Mar

„Zamiast lansować się w spocie na tle ćwiczących żołnierzy GROM premier Morawiecki powinien przeprosić żołnierzy tej wspaniałej jednostki za Macierewicza, który powołał skompromitowanego oficera na jej dowódcę. I niszczył pamięć o twórcy GROM gen. Petelickim. Wstydu nie macie!” – napisał były minister obrony Tomasz Siemoniak. To jego komentarz do nagrania, które pojawiło się na Twitterze Kancelarii Premiera.

W spocie premier przez półtorej minuty opowiada o żołnierzach tej elitarnej jednostki. Morawiecki – w stylizowanej na wojskową kurtce i koszulce w kolorze khaki – na potrzeby nagrania zdjął nawet okulary. Być może wzrok nas myli, ale odnosimy wrażenie, że twarz premiera jest lekko… przypudrowana. A całość opatrzona została podpisem: – „Premier o operatorach GROM: Czujni niczym orzeł, szybcy jak błyskawica, potrafią znaleźć się w dowolnym miejscu i są gotowi do prowadzenia działań w każdych warunkach”.

Niektórzy internauci kpili: – „Powszechnie wiadomo, że to Mateusz szkolił operatorów GROM”; – „Mati jak był mały to był w GROMie i z cepem latał za Brucem Lee”; – „Kolega pyta, jaki miał Pan stopień wojskowy, kiedy był pan komandosem w GROM?”.

Pozostali nie kryli oburzenia: – „Dlatego pisowski minister pozbawił GROM emerytur. Z tej waszej dumy: gen. Gromosław Czempiński i płk Andrzej Maronde, dwaj ostatni żyjący dowódcy słynnej operacji „Samum”, zostali objęci ustawą dezubekizacyjną”; – „A Macierewicz dostaje i marnuje olbrzymie pieniądze podatników na podkomisję smoleńską, która nic nie wyjaśniła. Kompromitacja, na co idą nasze pieniądze”.

„Jesteśmy zdeterminowani, żeby odbudować Pałac Saski i odbudujemy, albo przy zgodzie prezydenta Warszawy, albo bez zgody” – stwierdził marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Poinformował, że w jednej części odbudowanego Pałacu miałaby się znaleźć siedziba Senatu, a w drugiej – Muzeum Zniszczenia Warszawy.

Rafał Trzaskowski uważa, że bez zgody władz stolicy rząd PiS nie będzie mógł wybudować czegokolwiek na działce należącej do miasta. – „To są grunty, które są we władaniu m.st. Warszawy, chyba że rząd będzie chciał nacjonalizować grunty, które należą do samorządu” – powiedział prezydent Warszawy. Dodał, że ratusz nie będzie partycypował w kosztach odbudowy Pałacu Saskiego – „Warszawa ma naprawdę mnóstwo innych priorytetów” – podkreślił Trzaskowski.

A jak komentują pomysł Karczewskiego o umieszczeniu w odbudowanym Pałacu Saskim Muzeum Zniszczenia Warszawy? – „Zlikwidować jedyny widomy i wymowny dla każdego, nawet cudzoziemca, znak zniszczenia Warszawy, by włożyć tam Muzeum Zniszczenia Warszawy. Absurd na poziomie stoczni w Radomiu”; – „Muzeum zniszczenia, a nie muzeum odbudowy – to świadczy o charakterystycznym stylu myślenia marszałka”; – „Proponuję muzeum zniszczenia Polski przez PiS, a tam wielkie okolicznościowe ekspozycje: zniszczenia niezależnego sądownictwa, zniszczenia stadnin koni arabskich, zniszczenia Puszczy Białowieskiej, zniszczenia polskiej pozycji międzynarodowej”; – „Stawiam, że tam ma powstać muzeum Lecha Kaczyńskiego” – pisali na Twitterze.

Jarosław Kaczyński przyjął na Nowogrodzkiej lidera skrajnie prawicowej hiszpańskiej partii Vox Santiago Abascala. – „Dużo wspólnych celów i wyzwań w UE a przede wszystkim zgoda, że przyszłość UE to ścisła współpraca suwerennych państw a nie federacja” – podsumował to spotkanie szef sztabu wyborczego PiS Tomasz Poręba.

Vox to nacjonalistyczna partia, opowiadająca się za silnym, scentralizowanym państwem. Chce ograniczyć aborcję, anulować ustawę o przemocy domowej wobec kobiet, jest przeciwna uchodźcom i krytykuje UE.

Senator Bogdan Klich z PO powiedział, że to spotkanie jest naturalną konsekwencją wcześniejszych rozmów Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim oraz premierem Węgier Viktorem Orbanem. – „Na naszych oczach tworzy się sojusz, który zamierza wysadzić Unię Europejską od środka. To partie, które mają charakter populistyczny, które często mają charakter nacjonalistyczny. PiS nie afiszuje się współpracą z tymi partiami, ale uczestniczy w takim zawiązywaniu sojuszu” – stwierdził Klich.

Dodał, że prezes PiS liczy na to, „że poprzez współpracę z takim ugrupowaniem jak Vox, doprowadzi do tego, że główne zdobycze Unii Europejskiej – z których korzystają w tej chwili wszyscy Polacy – zostaną zepchnięte na boczny plan, a niektóre nawet zlikwidowane”.

„Jest to element budowania nowej międzynarodówki w Parlamencie Europejskim, opartej o jeden wspólny cel: rozmontowanie Unii Europejskiej” – powiedział poseł Andrzej Halicki z PO. Jego zdaniem, PiS szukając sprzymierzeńców takich jak Abascal czy Salvini, „działa na rzecz braku inwestycji ze środków europejskich lub ich ograniczenia oraz braku środków dla polskich samorządów”. – „To jest działanie wbrew interesowi Polski i wbrew polskiej racji stanu, bo tak naprawdę ogranicza to polskie bezpieczeństwo” – dodał Halicki.

Jak dowiadujemy się z portalu wPolityce, po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego tzw. „nowej piątki PiS”, minister finansów Teresa Czerwińska podała się do dymisji. Szef rządu jej jednak nie przyjął.

Powołując się na swoich informatorów portal podaje, że Czerwińska od trzech tygodni nie pojawia się na wtorkowych posiedzeniach rządu. Pytany o to w „Kwadransie Politycznym” w TVP1 szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin bagatelizuje jednak te doniesienia.

„Pani minister ma też różnego rodzaju inne zadania, nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Uczestniczy w różnego rodzaju gremiach, które skupiają ministrów finansów” – mówi i uspokaja: „Mamy zabezpieczenie finansowe na te programy. Nie tylko na ten rok, ale również na przyszłe lata. (…) Jeśli będziemy rządzić w następnej kadencji, wszystkie te programy społeczne zostaną utrzymane i nie będzie to miało negatywnego wpływu na finanse publiczne, a wręcz przeciwnie”.

Dzień później dementując informacje Gazety Prawnej jakoby minister dystansowała się od nowych propozycji finansowych, szef KPRM Michał Dworczyk zapewniał, że Czerwińska brała udział w pracach wąskiej grupy osób, które opracowywały te propozycje programowe i od początku te wszystkie plany, które były przygotowywane, były analizowane pod kątem możliwości budżetu.

Portal zauważa jednak, że pani Czerwińska od kilku tygodni unika spotkań z dziennikarzami. Osobiście ani razu nie zabrała głosu w sprawie „nowej piątki PiS”.

Jeden z członków Rady Ministrów, potwierdził w rozmowie z portalem pogłoski o rezygnacji pani minister, choć dodał, że „w najbliższych tygodniach” nie należy spodziewać się ogłoszenia zmian na czele resortu finansów. Wskazał natomiast na możliwe konsekwencje wyborów do PE, przewidując głęboką rekonstrukcję rządu. A wtedy…?

„Złożyliśmy dziś zażalenie na bezczynność prokuratury w spr. zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa złożonego przez G. Birgfellnera. Przekroczone zostały terminy kodeksowe. Prokuratura mimo 6-krotnych przesłuchań pokrzywdzonego nie potrafi podjąć decyzji” – poinformował na Twitterze jeden z pełnomocników austriackiego biznesmena Roman Giertych.

O wielogodzinnych przesłuchaniach Gerarda Birgfellnera, który jest osobą poszkodowaną w tej sprawie m.in. w artykule „Prokuratura wciąż nie chce podjąć decyzji w sprawie taśm Kaczyńskiego”. Austriacki biznesmen na początku lutego złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego.

„Czas na ocenę sądu. Podejrzewam, że będzie druzgocąca dla prokuratury. Liczę, że będzie szansa na publikację uzasadnienia”; – „Przesłuchują, następnie czyszczą ślady. Ponownie przesłuchanie i ponowne czyszczenie kolejnych wątków. PIS stworzył państwo, w którym prokuratura jest od ochrony polityków PIS, a docelowo mają być w układzie również sędziowie”; – „Super! Jedyna nadzieja to sąd austriacki, tu nie znajdzie pan sprawiedliwości, szkoda czasu”; – „Panie Romanie ci prokuratorzy boją się własnego cienia” – komentowali internauci.

W UE prawa osób homoseksualnych stały się częścią praw człowieka.

Atak PiS na środowiska LGBT, pokrzykiwania Jarosława Kaczyńskiego „wara od naszych dzieci”, wykorzystywanie decyzji Rafała Trzaskowskiego oraz wypowiedzi jego zastępcy w sprawie możliwej adopcji dzieci przez pary homoseksualne wyznaczyły jedną z najważniejszych linii podziału w obecnej kampanii. Czy tego chcemy, czy nie, ta tematyka będzie aż do 26 maja jednym z najistotniejszych pól sporu w polskiej debacie publicznej. Fakt ten spycha nas na obrzeża Unii Europejskiej oraz skłania do refleksji, że polska prawica wybrała drogę, którą wcześniej kroczył Władimir Putin.

W państwach unijnych prawa osób homoseksualnych stały się częścią praw człowieka. Zresztą nie tylko tam – także w Stanach Zjednoczonych są one oczywiste i powszechnie akceptowane. Nawet Donald Trump, któremu zdarzały się wypowiedzi prawie rasistowskie, a na pewno seksistowskie, nie pozwoliłby sobie na to, na co pozwalają sobie Kaczyński i jego partia. W Europie nawet ugrupowania prawicowe, konserwatywne i chadeckie są zwolennikami włączenia praw osób LGBT do rezerwuaru praw człowieka obok praw kobiet czy mniejszości narodowych lub religijnych. To sojusznicy PiS w Parlamencie Europejskim, brytyjscy torysi, wprowadzili instytucję małżeństw jednopłciowych na Wyspach, a wszystkie formacje zrzeszone w EPP, czyli frakcji chadeckiej, są zwolennikami uznania tego typu rozwiązań za oczywiste. W wielu prawicowych, a nawet nacjonalistycznych, partiach zachodnich ta tematyka została już włączona do programów, a część polityków otwarcie przyznaje się do homoseksualnych preferencji.

To się już stało, o tym się już na Zachodzie nie dyskutuje – tak jak i o tym, czy warto przywrócić niewolnictwo lub odebrać prawa wyborcze kobietom. Społeczeństwa katolickich krajów, takich jak Hiszpania, Portugalia, Włochy czy Irlandia, już te kwestie rozwiązały i zgodziły się z tym, że prawa osób LGBT są częścią praw obywatelskich. Z ich punktu widzenia to, co dzieje się obecnie w Polsce, jest aberracją i horrendum – widowiskiem z poprzedniej epoki. Muszą przyglądać się nam z mieszaniną zdumienia i obrzydzenia, a to jeszcze bardziej marginalizuje nas w Europie.

Antyhomoseksualna szarża PiS czyni tę partię w oczach Zachodu jeszcze dzikszą niż do tej pory. I nie mam tu na myśli widzów jedynie lewicowych czy liberalnych – obraz ugrupowania Kaczyńskiego staje się także dziwaczny i pokraczny w oczach wyborców i polityków prawicowych. Dla nich także to, co się obecnie dzieje w Polsce, jest gorszącym widowiskiem. Nie ma dziś w tzw. starej Unii ani jednej partii, która retorykę i język PiS w sprawie edukacji seksualnej czy LGBT uznawałaby za akceptowalną. Nawet dla Marine Le Pen czy Nigela Farage’a to, co pada z ust Kaczyńskiego, jest oburzające.

Jedynie na wschodzie Europy ten język może znaleźć zrozumienie, bo właśnie tam przećwiczono stygmatyzowanie homoseksualistów do atakowania opozycji i umacniania władzy. Pisze o tym dość szczegółowo w ostatniej książce „Droga do niewolności” Timothy Snyder: „Pod koniec 2011 roku, gdy Rosjanie protestowali przeciwko sfałszowanym wyborom, ich przywódcy powiązali demonstrantów z homoseksualizmem. W obliczu ukraińskiego Majdanu pod koniec 2013 roku Kreml zdecydował się na ten sam krok. Po dwóch latach antygejowskiej propagandy w Federacji Rosyjskiej tamtejsi ideolodzy i showmani zyskali pewność siebie. Punktem wyjścia było to, że UE jest homoseksualna, więc ukraiński ruch dążący do zbliżenia z Europą też musi mieć taki charakter. Klub Izborski dowodził, że UE ugina się pod ciężarem dominującego lobby LGBT”.

Uderzono młotkiem tego typu oskarżeń w głowy i tak rachitycznej moskiewskiej opozycji. Te ataki zarówno na Ukrainie, jak i w Rosji okazały się po części skuteczne. Dlaczego tak się stało? Ponieważ tamtejsze społeczeństwa są w znacznej mierze homofobiczne. To jedna z cech odróżniających narody Europy Wschodniej od narodów Europy Zachodniej. Wśród tych pierwszych nadal powszechna jest postawa otwarcie wroga, podczas gdy wśród tych drugich ich prawa są czymś powszechnie zaakceptowanym. I dlatego polityka Putina może przynosić mu spodziewane korzyści oraz poparcie społeczne.

Trudno dziś przewidzieć, czy strategia PiS będzie owocna i zapewni partii dobry wynik 26 maja. Patrząc na postawy polskich wyborców, można zaryzykować twierdzenie, że może się ona zakończyć sukcesem. Antygejowski komunikat może zmobilizować uśpione masy wyborcze Zjednoczonej Prawicy.

Jeśli jednak będą przekonane, że muszą ratować „nasze dzieci” przed „homopropagandą”, to prawdopodobne staje się to, że jednak zdobędą się na wysiłek i wezmą udział w eurowyborach.

Ale może też się okazać, że strategia PiS ożywi elektorat mu przeciwny, który czuje się obrażany prostacką i brutalną kampanią wobec osób LGBT. A jeśli tak – wkurzony wyborca mógłby przesądzić o zwycięstwie opozycji.

Bez względu na to, jak zakończy się wprowadzenie do życia politycznego antyhomoseksulanych wątków, warto zauważyć, że przekroczona została kolejna granica i że fakt ten oddala nas od tego, co dziś charakteryzuje społeczeństwa zachodnie, natomiast upodabnia nasze życie publiczne do tego, które jest udziałem Rosjan czy Ukraińców. Kampania ożywiła zatem dalece nieeuropejskie demony i otworzyła nas na argumenty bliskie putinowskim polittechnologom.

Mateusz Morawiecki jak Chuck Norris

18 Mar

Premier Mateusz Morawiecki, kolejny już raz pokazał, że „jest on mężczyzną pracującym i żadnej pracy się nie boi”. Gdzie się nie ruszy, tam podkreśla, że robił to i tamto, był tym i tamtym, zna się na tym i na tamtym, po prostu omnibus. Tym razem błysnął na obchodach Dnia Sołtysa w Łowiczu.

Najpierw podziękował sołtysom za ich ciężką pracę i przyznał, że lubi „patrzeć na zwycięskie drużyny (…). Nasza wspaniała drużyna polskich sołtysów też (…) będzie spełniać marzenia, będzie walczyć o Polskę naszych marzeń, razem z nami, razem ze wszystkimi ludźmi dobrej woli”.

Potem przyszedł czas na chwalenie ministra rolnictwa, który choć atakowany ze wszystkich stron, robi kawał dobrej roboty, a na koniec stwierdził odkrywczo, że „Polska bez polskiej wsi nie miałaby polskiej duszy. Jestem o tym przekonany. Polska wieś daje nam siłę, charakter, ogromną radość imoc czerpaną z tradycji i polskiej kultury, z chrześcijaństwa”. Ciekawe, jaka byłaby Polska ze wsią np. niemiecką i rosyjską duszą…

Najbardziej jednak ze spotkania pana premiera z sołtysami zapamiętano jego wspomnienia o tym jak spędził „mnóstwo czasu w (…) dzieciństwie, młodości, właściwie całe wakacje na wsi. Począwszy od takich czynności, jak dojenie krów, również i sianokosy, łącznie z tym, że nawet w takich uboższych gospodarstwach miałem posługiwać się cepem, później wszedł taki film „Wejście Smoka” w związku z tym wiedziałem, że Bruce Lee nie dałby rady polskiemu chłopu”.

Ta wypowiedź wzbudziła powszechne zainteresowanie. Janusz Piechociński przypomina na Twitterze, że „w niecałe 4 lata duetu Szydło-Morawiecki zmalała o 1/4 liczba gospodarstw rolnych produkujących świnie. Bruce Lee i Chuck nie mają takiej skuteczności…”, Kamil Durczok zwrócił uwagę, że „Pan #Morawiecki jest jak Kim Ir Sen połączony z Putinem. Rolnika pouczy, jak operować cepem. Frasyniuka – jak trzeba było walczyć z komuną. Niemców, jak budować elektryczne auta. Słuchając tych pierdół, uważam, że do każdych 10 klakierów powinni dodawać jednego krytyka, gratis”,

A Ambasada III RP od razu rzuciła dowcipem, wymyślonym na tę okazję, czyli „panie premierze, a rąbać drewno też pan potrafi? – tak, nauczyłem się kiedyś na Saharze – przecież to pustynia! – teraz już tak”.

Pojawiły się i kolejne tweety, pokazujące Mateusza Morawieckiego jak odbudowuje Warszawę ze zniszczeń wojennych z kolegami z OHP czy też po ciężkiej pracy, czyli wydojeniu krowy i machaniu cepem, stoi zapatrzony w niebo, wypatrując Boeinga PLL Lot.

No tak, gdziekolwiek nasz premier się nie ruszy tam odwołuje się do własnych wspomnień. Ciekawa więc jestem, na jakiego typu wspomnienia powoływałby się premier, gdyby uczestniczył w spotkaniu z więźniami?

Partia władzy traci grunt pod nogami i na gwałt potrzebuje świeżej narracji, a przede wszystkim nowego wroga.

Pan prezes, który już rozdał wszystkie prezenty i w swej bezbrzeżnej dobroci obiecał, że zapewni dobrobyt polskim rodzinom, postanowił zająć się teraz bezpieczeństwem dzieci. Nie wszystkich co prawda – jak wynika z jego dramatycznego okrzyku: „wara od naszych dzieci!” – ale dobre i to. Przed kim konkretnie zamierza prezes bronić swoich (?) dzieci, tego dokładnie nie wyjaśnił, jednak łatwo się domyślić, że chodzi o rozmaitego autoramentu zboczeńców.

Kto w Polsce jest zboczony? Zdawałoby się, że zagrażających dzieciom dewiantów szukać należy tam, gdzie dzisiaj widzą ich wszyscy. Wszyscy, oprócz Kaczyńskiego, jego wyznawców i Episkopatu, który też jest przekonany, że wśród kleru nie ma żadnej nadreprezentacji pedofilów. Owszem, zdarzają się pojedyncze przypadki gwałtów na dzieciach, ale przyczyną nie są bynajmniej dewiacje funkcjonariuszy polskiego Kościoła. Winni są lewacy głoszący kult seksualności oraz dziennikarze, którzy ten kult propagują, a w wolnych chwilach rozdmuchują rzadkie przypadki molestowania. Winni są też nieodpowiedzialni politycy, którzy domagają się upowszechniania wśród dzieci wszeteczności Światowej Organizacji Zdrowia, nakazującej, jak wiadomo, ćwiczenie czteroletnich dzieci w codziennej masturbacji. Winne pedofili są też same dzieci, które z zapałem penetrują pornograficzne portale, a potem prowokują słabych i po ludzku ułomnych księży do wprowadzania w czyn wiedzy zdobywanej w sieci.

Rządcy dusz Polaków zdecydowanie zaprzeczają, że mogą być zagrożeniem dla dzieci. Rządcy naszych portfeli wspierają tę opinię. W końcu PiS wie to najlepiej, bo z Kościołem żyje w symbiozie, i gdyby Kaczyński zauważył tam jakieś niebezpieczeństwo, to przecież od razu by zareagował i na pewno nie dotowałby tak obficie siedlisk pedofili. Przed kim więc Kaczyński zamierza bronić nieletnich obywateli? Żeby się tego dowiedzieć, wystarczy sprawdzić, kogo obrzuca się dziś kalumniami, kogo opluwają ludzie prezesa i kto jest negatywnym bohaterem partyjnych przekazów dnia. A są wśród nich ludzie zaangażowani w upowszechnianie wiedzy wyprzedzającej nieunikniony kontakt dzieci z pornografią. Są tam edukatorzy tolerancji i psychologowie uczący dzieci asertywności wobec tych dorosłych, którzy zamierzają dopuścić się haniebnych niegodziwości na bezbronnych małolatach. Jest wśród nich i Paweł Rabiej, niewidoczny dotąd wiceprezydent stolicy, który za sprawą jednej wypowiedzi stał się prominentnym reprezentantem opozycji.

Jak oświadczył w TVN24 Jarosław Selin: za pośrednictwem swojego znamienitego przedstawiciela Koalicja Europejska ukazała prawdziwe zboczone oblicze, nawołując do natychmiastowego wprowadzenia małżeństw gejowskich z prawem do adopcji dzieci. Nieważne, co Rabiej powiedział naprawdę, i nieważne jaką rzeczywistą treść zawiera podpisana przez Rafała Trzaskowskiego deklaracja LGBT +, której postulaty i tak są jeszcze odległe od praw ludzi nieheteroseksualnych, obowiązujących w cywilizowanych krajach Europy.  Obaj panowie trafili na czarną listę zboczeńców zagrażających dzieciom i zdrowiu całego narodu. Znaleźli się tam w towarzystwie przeciwników faszyzacji kraju i wrogów Kościoła. Na liście niszczycieli polskich rodzin są także myślący ludzie, którzy ośmielają się twierdzić, że edukacją dzieci powinni zajmować się edukatorzy, a nie politycy. Ale przede wszystkim zboczonymi przestępcami zostali wszyscy geje, którzy automatycznie są pedofilami. Tak przynajmniej twierdzi Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty. Oświaty!

Naturalne stało się szczucie na ludzi żyjących w zgodzie ze swoim stanem świadomości płciowej i z indywidualnym bilansem estrogenów, androgenów i testosteronu. Zboczeniem natomiast jest obrona gnębionych i walka o prawa należne zgodnie z konstytucją. Nienaturalny stał się też sprzeciw wobec tolerowania i chronienia faszyzujących nacjonalistów, coraz liczniejszych i coraz bardziej krzykliwych.  Natomiast wykluczanie ze wspólnoty narodowej innowierców i obcokrajowców nazywane jest dziś reakcją obronną zagrożonego państwa.

Walka PiS o bezpieczeństwo dzieci nie jest wojną z pornografią, pedofilią i wynaturzeniami procesu wychowawczego. Przeciwnie. To raczej przeczące deklaracjom zabiegi o dalszą dysfunkcję rodziny. To starania o ograniczenie młodym ludziom dostępu do rzetelnych naukowych informacji o funkcjonowaniu ich ciała, o budzących się emocjach i kłopotach dorastania. Każdy myślący obywatel zdążył już zauważyć, że dzikie okrzyki w obronie dzieci zagrożonych medyczną wiedzą o sobie i własnym rozwoju, lament nad małolatami katowanymi nauką asertywnych reakcji chroniących ich przed molestowaniem, to nowa przedwyborcza agitka. Nieważne, że problem nie ma nic wspólnego z projektem unijnym, bo sprawy rodziny, małżeństwa czy wychowania należą do prerogatyw rządów krajowych.

Partia władzy traci grunt pod nogami i na gwałt potrzebuje świeżej narracji, a przede wszystkim nowego wroga. Uchodźcy już nie wystarczą, bo praktycznie ich nie ma i mięśniaki podpuszczane przez PiS zmuszone są w zastępstwie lać zagranicznych gości, odzywających się publicznie w swoim języku. Wciąż atrakcyjne szczucie na Żydów okazało się nieopłacalnym źródłem konfliktów z jedynym mocarstwem, które nas jeszcze toleruje. Padło więc na gejów i lesbijki. Tyle że stosunek społeczeństwa do LGBT mocno się ostatnio zmienił.   Ciekawe, jak skuteczna będzie tym razem przedwyborcza kampania unijna PiS, oparta na sprawach, które z Unią nie mają nic wspólnego.

Jaki efekt przyniosą w tej kampanii obrazowe inwektywy, znieczulające kłamstwa i złośliwe szpile, wbijane wszystkim uznanym za wrogów Prezesa i jego nowej koncepcji? I jakie tym razem profity przypadną Kaczyńskiemu za to, że tak pięknie potrafi nienawidzić?

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim na Jasnej Górze.

Między PiS a Kościołem katolickim panuje zależność. Partia Kaczyńskiego dostaje głosy twardych katolików, a wyższy kler wsparcie medialne w kwestii usprawiedliwiania swoich grzechów, zwłaszcza pedofilii.

Kiedyś ta współpraca zostanie zerwana, PiS (o ile partia przetrwa bez Kaczyńskiego) odbije się od murów kościołów, a kler zostanie osądzony przez komisję państwową i pójdzie z torbami. Stanie się to prędzej niż później, bo forma wiary katolickiej uprawiana w Polsce jest anachroniczna i zakłamana społecznie.

Jednak dzisiaj oglądamy spektakl marnej jakości i nie jest to żaden sojusz ołtarza z tronem, tylko groteska, komedia, bynajmniej nie najwyższego lotu, acz można sięgnąć po porównania z najwyższej półki.

Oto prezes Kaczyński wraca z Katowic, gdzie propagandowo urabiał elektorat, przez Jasną Górę. Zakon paulinów dostaje cynk, że będzie przejeżdżał rewizor polityczny, więc aparaty fotograficzne trzymają w pogotowiu.

Na koncie twitterowym klasztoru publikowane są zdjęcia prezesa Kaczyńskiego, który klęczy i wznosi wzrok do góry, a za nim znajduje się wygodny fotel, przyjazny hemoroidom.

Do tego w kraju politykom służy Kościół, do celebryckich zachowań, do pokazania się ciemnemu ludowi. Rewizor Kaczyński zasygnalizował, że w relacjach z klerem nadal obowiązuje układ, filiacja. My filujemy na was, wy filujecie na nas, tymczasem postraszymy LGBT tudzież dziećmi, które mogą być adoptowane przez pary homoseksualne.

Rewizor wraca w swoje pielesze na Nowogrodzką i Żoliborz, gdzie codziennie składa mu sprawozdania Mateusz Morawiecki, pełniący tymczasem funkcję premiera, zaś Andrzej Duda (prezydent) będzie miał okazję na jakiejś uroczystości czyhać na uściśnięcie ręki rewizora. Może tym razem mu się uda.

Tak zostaliśmy wrobieni w pusty śmiech. W pustotę takich postaci, jak rewizor Kaczyński. Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie. Anachroniczna Polska, żałość.

Ks. Jankowski smaży się na patelni Belzebuba. I to jest jego pomnik w zaświatach

5 Mar

„Aleksandra Dulkiewicz chce zlikwidować pomnik ks. Jankowskiego? Jako praktykujący katolik biję brawo. Pewni duchowni nie mogą stać na cokołach czy być przenoszeni z parafii do parafii. Ich miejsce jest w…….. (proszę dopisać sobie)” – napisał na Twitterze Zbigniew Boniek. Prezes PZPN rzadko zabiera głos w sprawach nie związanych z dziedziną, którą się zajmuje na co dzień.

Nowa prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz w rozmowie z RMF FM stwierdziła, że jej zdaniem „miejsce pomnika księdza prałata Henryka Jankowskiego jest na terenie prywatnym, a nie w przestrzeni publicznej”. Na sesji Rady Miasta Gdańska w najbliższy czwartek radni będą głosować nad trzema uchwałami: w sprawie odebrania ks. Jankowskiemu tytułu honorowego obywatela miasta, zmiany nazwy skweru, na którym stoi pomnik duchownego i rozbiórki pomnika.

Pod wpisem Bońka pojawiło się wiele komentarzy. – „Zgadza się… nawet jak są wątpliwości, to dla dobra Kościoła takie pomniki powinny być usuwane”;

„Coś mało piłkarskiego… aczkolwiek przy odrobinie fantazji można powiązać z piłką. Gdańsk. Lechia. Juventus. Boniek. Ale zupełnie poważnie…. nie da się z tym zdaniem nie zgodzić”.

Tak jak nie udało się ukryć tej tablicy, tak nie uda się ukryć funkcjonariuszom PiS-u prawdy o układzie Kaczyńskiego, niezależnie czy będą z CBA, ABW, czy będzie to marszałek Sejmu – mówił na konferencji prasowej Marcin Kierwiński. Posłowie PO zdecydowali się postawić przed wejściem do klubu PO-KO nową tablicę, po tym jak w poniedziałek straż marszałkowska zdeponowała starą. – Zrobimy wszystko, aby każdego dnia pokazywać układ władzy, który rodził się na naszych oczach – zapewnia poseł Cezary Tomczyk. Dlatego za każdym razem jak tablica będzie znikać, będzie się pojawiać kolejna.

Tablica powróciła

– Przedstawiamy kolejny raz „Układ Kaczyńskiego”, czyli układ władzy, który pokazuje sieć powiązań pomiędzy politykami PiS i spółką Srebrna – mówił na konferencji prasowej poseł Cezary Tomczyk, prezentując nową, ale taką samą tablicę z „Układem Kaczyńskiego”.

Przypomnijmy, stojąca tam wcześniej od 19 lutego tablica zniknęła w poniedziałek po interwencji straży marszałkowskiej. Pozostaje w depozycie. Posłowie PO nie mogą jej nawet odebrać. – Doszło do kuriozalnej sytuacji, w której tablica będzie mogła być wydana wtedy, kiedy PiS wyrazi zgodę, a że nie wyrazi zgody, to nie może być wydana – tłumaczy poseł Marcin Kierwiński.

– Nie może być tak, że prawda znajdzie się pod schodami lub zostanie aresztowana, bo władzy wydaje się, że można coś ukryć. Nie ma takiej możliwości, aby ukryć układ Kaczyńskiego. Cała Polska słyszała nagrania opublikowane przez „Gazetę Wyborczą” i wie, że Jarosław Kaczyński negocjował z austriackim biznesmenem budowę wież w centrum Warszawy – dodaje Tomczyk.

Posłowie PO tłumaczą, że tablica nie jest wystawą, jak twierdzi marszałek Sejmu Marek Kuchciński, ale informacją i materiałem poglądowym.

„Nie uda się ukryć prawdy”

– Zrobimy wszystko, aby każdego dnia pokazywać państwu układ władzy, który rodził się na naszych oczach. Przez lata Jarosław Kaczyński mówił o układzie, a paradoks polega na tym, że żadnego układu nie znalazł, za to jeden stworzył – układ władzy w oparciu o najważniejszych polityków PiS-u, spółkę Srebrna, biznesmenów i niejasne rozmowy. Chcemy ten układ pokazać – przekonuje poseł Tomczyk.

Posłowie zapowiadają, że za każdym razem jak tablica będzie znikać, będą wystawiać nową.

– Tak jak nie udało się ukryć tej tablicy, tak nie uda się ukryć funkcjonariuszom PiS-u prawdy o układzie Kaczyńskiego, niezależnie czy będą z CBA, ABW, czy będzie to Marszałek Sejmu. Prawda o tym układzie i o tym, co robił na zapleczu rządu, musi być i będzie wyświetlona. Niezależnie od tego jak wiele razy marszałek Kuchciński i inne służby państwowe będą starały się pokazać Polakom, że sprawy nie ma, my będziemy takie akcje organizować – mówi Marcin Kierwiński.

Poseł PO Krzysztof Brejza zwraca się także do Jarosława Kaczyńskiego: – Panie prezesie, będzie pan musiał spojrzeć na siebie samego jak w lustro. Jest pan w centrum tej tablicy.

– To tablica „półkownik”. Za komuny były filmy chowane na półkach, których opinia publiczna nie mogła oglądać. Teraz mieliśmy do czynienia z próbą ukrycia tablicy o srebrnym układzie ludzi PiS. Są na niej ludzie służb poprzedniego systemu, ludzie służb obecnego systemu, współpracownicy Srebrnej, sekretarki i kierowcy prezesa, ludzie którzy w jego imieniu zarządzają wielkim imperium finansowym – dodaje Brejza.

Rząd szykuje nam kolejny spór z Unią Europejską – tym razem o KRS

Trybunał Konstytucyjny „przypadkowo” wyznaczył termin rozprawy w sprawie konstytucyjności powołania neoKRS na kilka dni przed spodziewanym wyrokiem TSUE, który także może dotyczyć tej kwestii. Dlaczego?

Sprawa wydaje się jasna. Jeśli TK stwierdzi, że powołanie neoKRS było prawidłowe, a TSUE powie, że nie, polski rząd zyska argument, żeby z wyrokiem TSUE się nie zgodzić. W efekcie będziemy mieć kolejny konflikt z Unią Europejską. Oczywiście będzie on okraszony sosem suwerenności, wstawania z kolan i dumy narodowej. W rzeczywistości będzie oznaczał, że dla obrony kilkunastu stołków obsadzonych w KRS decyzją polityczną po raz kolejny nasz rząd jest gotów poświęcić dobre relacje Polski z Unią Europejską.

Przypomnijmy, że większość polskich sędziów nie uważa neoKRS za podmiot ich reprezentujący i realizujący swój konstytucyjny cel, jakim jest ochrona niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Z całą pewnością więc ochrona składu osobowego neoKRS nie jest podyktowana zapewnieniu temu organowi możliwości pełnienia jego funkcji. Chodzi o zachowanie politycznej kontroli nad powoływaniem sędziów. Dla tego politycznego celu próbuje się wykorzystać Trybunał Konstytucyjny jako taran do uderzenia w Trybunał Sprawiedliwości UE i rozpętać kolejny spór, dzięki któremu będzie można pokazać polskiemu społeczeństwu, jaka ta Unia okropna.

Apeluję z całego serca do sędziów TK, żeby nie dali się wykorzystywać politykom jak marionetki. Prawdziwych sędziów stać na wyrok zgodny i z Konstytucją, i z wartościami unijnymi – pomiędzy nimi nie ma przecież sprzeczności. Stać ich na wyrok zgodny nie z doraźnym interesem grupy polityków, ale z polskim interesem narodowym, który może realizowany jedynie w ramach współpracy z Unią Europejską. Bardzo chciałbym, żeby ten wyrok był dowodem na to, że Trybunałem Konstytucyjnym nie powinno się pomiatać, składając doń absurdalne wnioski (takim wnioskiem jest kwestionowanie konstytucyjności po to, żeby ją potwierdzić) i wykorzystując go jako polityczne narzędzie w walce o wąski partyjny interes.

Jeden psychol, mały i zakompleksiony, rozwalił nam Polskę

16 Sty

„Po raz kolejny obecne kierownictwo telewizji publicznej uczyniło z „Wiadomości” maszynę do dzielenia Polaków, wzbudzania wzajemnej nienawiści, szczucia naszych Rodaków na polityczną opozycję. Nawiązując tym samym do najgorszych wzorców Dziennika Telewizyjnego, a po emisji wczorajszego programu – wręcz prześcigając ówczesną tubę komunistycznej propagandy. Telewizja Polska w swoim sztandarowym programie informacyjnym, zajęła się rozbijaniem narodowej solidarności – napisał w liście do prezesa PiS szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz. Apeluje w nim do Jarosława Kaczyńskiego o odwołanie prezesa TVP Jacka Kurskiego. Chodzi m.in. o wyemitowany we wczorajszych „Wiadomościach” „Materiał o nienawiści, przepełniony nienawiścią…”.

Zdaniem lidera PSL, to Jarosław Kaczyński może doprowadzić do odwołania Jacka Kurskiego. – „Rzadko to robimy, ale to taka chwila, kiedy zwróciłem się do prezesa PiS, byłego premiera o spowodowanie zmian w TVP, o spowodowanie natychmiastowego odwołania prezesa TVP Jacka Kurskiego. To ostatni moment na podjęcie decyzji, by wycofać się z polsko-polskiej wojny, do której każdego dnia nawołują „Wiadomości” – mówił Kosiniak-Kamysz.

List prezesa PSL został umieszczony w internecie jako petycja. Może się pod nią podpisać każdy:  https://www.petycjeonline.com/apel_o_odwoanie_prezesa_tvp_jacka_kurskiego.

„Niewiarygodne! Po wczorajszym festiwalu nienawiści w „Wiadomościach” TVPiS, zamiast natychmiastowej dymisji Prezesa TVPiS, wydawców i prowadzących, Kuchciński w trybie pilnym kieruje na jutrzejsze posiedzenie projekt przekazujący 1,26 miliarda na dalszą propagandę” – napisał na Twitterze poseł PO Michał Szczerba. Zostawiam bez komentarza…

Brudziński, Czaputowicz, Rydzyk – członkowie szarańczy, która zżera Polskę, liszaj na ciele narodu

6 Sty

Na Twitterze doszło do kłótni między Kamilem Durczokiem a Joachimem Brudzińskim. Dziennikarz zarzucił ministrowi, że „wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów”, na co szef MSWiA odpowiedział, że się za niego pomodli.

W piątek w tzw. escape roomie (lub „pokoju zagadek”) w Koszalinie doszło do pożaru. Zginęło pięć nastolatek, które brały udział w zabawie z okazji urodzin jednej z nich. Ranny został pracownik escape roomu.

Tragedia wywołała reakcje czołowych polityków. Zarówno premier, jak i prezydent składali kondolencje rodzinom ofiar. Rządzący zapowiedzieli też nie tylko wyjaśnienie tragedii, ale i kontrole w innych tego typu miejscach w Polsce. – Strażacy przegrali tę walkę nie z powodu braku profesjonalizmu, kompetencji czy doświadczenia. Tę walkę strażacy przegrali z tymi, którzy, kierując się chęcią łatwego, szybkiego zysku, narazili na śmierć Bogu ducha winne dzieci – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński. Zapowiedział konsekwencje dla właścicieli łamiących prawo.

Sprawa jest też szeroko komentowana w mediach społecznościowych. Dziennikarz Kamil Durczok komentując tragedię zaatakował Brudzińskiego. „Minister bezczelnie wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów. Kiedyś był jedną z nielicznych jasnych twarzy PiS. Dziś działa jak hiena” – napisał. Dodał: „oczekuje wizyty policji jutro o 6 rano. Ale pan też za swoje głupoty odpowie. Do zobaczenia w celi”. Dziennikarz nie wyjaśnił jednak, jakie dokładnie słowa czy działania ministra są jego zdaniem „politycznym wykorzystaniem tragedii”.

Brudziński odpowiedział Durczokowi na Twitterze, że „wstyd się przyznać, ale dla mnie kiedyś pan też wydawał się jasną twarzą dziennikarstwa”. „Dziś tylko jedynie mogę panu zadeklarować, że pomodlę się za pana. Pomocy medycznej udzielić niestety nie potrafię” – napisał minister.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz nie przestaje bajdurzyć i zadziwiać. Niedawno powiedział, że Tusk był kandydatem Niemiec na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zamiast wyrazić satysfakcję, że Polska miała dobre stosunki z Niemcami – najważniejszym państwem unijnym, co było jednym z warunków wyboru Tuska – „Czapu” usiłuje go zdyskredytować i przedstawić jako polityka niemieckiego, a nie polskiego. Mieści się to doskonale w tradycji polityki endeckiej w Polsce. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich zimą 1922 r. endecja głosiła „doktrynę polskiej większości”, a kto do tej „większości” nie należał, miał być wykluczony z życia politycznego.

Niestrudzony amb. prof. Grela zamieścił na FB tekst amerykańskiej agencji Bloomberga z 5 stycznia: „Polska potępia przywództwo Unii Europejskiej i apeluje o zmiany w polityce Unii po wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju br.”.

„Polska oskarżyła Unię o prowadzenie wobec niej wrogiej polityki i wezwała do zmian w funkcjonowaniu Unii Europejskiej po wyborach w maju. To najnowsza salwa w długotrwałej walce między UE a Polską” – pisze Bloomberg. Bruksela uważa, że w Polsce postępuje erozja standardów demokratycznych i rosną zagrożenia dla państwa prawa. Jest to związane z nominacjami politycznymi w sądach, co jest zamachem na niezależne sądownictwo. Konflikt może doprowadzić do cięć dotacji, które ten kraj otrzymuje z UE – czytamy dalej.

„Instytucje unijne nieustannie działają przeciwko polskiemu rządowi – oświadczył w sobotę minister Jacek Czaputowicz – podczas gdy Polska jest pozytywnym przykładem narodu bez sił antyeuropejskich w swoim parlamencie, kroki podejmowane przez instytucje Unii mają w jak największym stopniu szkodzić polskim władzom. Unia nie powinna doprowadzić do działań, które nie są akceptowane przez społeczeństwo”.

Mój komentarz: po pierwsze, Polska, jak każdy kraj unijny, ma prawo krytykować Unię, wszak do niej należymy, a w Brukseli i w innych stolicach ścierają się różne interesy, poglądy i… ambicje. Sądzę, że polska kontra w Unii do pewnego stopnia związana jest z ambicją, by nasz kraj „wstał z kolan”, a przywódca obozu rządzącego, prezes Kaczyński, stał się jednym z najważniejszych polityków w Europie. W związku z zapowiadaną wizytą Matteo Salviniego, antyunijnego wicepremiera Włoch i lidera Ligi Północnej o ciągotach separatystycznych, u prezesa PiS były wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak (PiS) mówi, że to pokazuje, jak poważnie traktowany jest nasz kraj.

Po drugie, nie jest prawdą, jakoby Polska nie miała sił antyeuropejskich w parlamencie. Przeciwnie, największe ugrupowanie w parlamencie, Prawo i Sprawiedliwość, nie raz słowem i czynem rozmija się z Unią. Największym ugrupowaniem walczącym z Unią jest PiS. Gdy prezydent Duda mówi o „wyimaginowanej wspólnocie”, a premier Morawiecki kpi sobie, że za fundusze unijne naprawia się chodniki, to mamy świadectwo arogancji i kłamstwa. I to w kraju, który był największym odbiorcą funduszy unijnych.

Po trzecie, to nie Unia prowadzi wrogą politykę wobec Polski, lecz przeciwnie, rząd naszego kraju rozmija się z unijnymi wartościami, jak choćby trójpodział władz i niezawisłe sądownictwo, równouprawnienie mniejszości czy ochrona środowiska i wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej, co w sumie faktycznie stało się źródłem konfliktu Unia–Polska , znanego również jako „27:1”.

Prezes Kaczyński mówi, że rzekomy „polexit” to wielkie kłamstwo. Owszem, PiS nie wzywa do tego, żeby z hukiem wystąpić z Unii. Jak zauważają już bardziej rozgarnięci komentatorzy, rząd nie chce wyprowadzić Polski z Unii, tylko wypchnąć Unię z Polski, uczynić polskie członkostwo formalnością, fikcją. Chcemy Unii, ale takiej jak Warszawa i Budapeszt, a nie takiej jak Paryż, Berlin, Madryt czy Haga.

Wreszcie po czwarte, minister Czaputowicz, który wypłynął jako bezpartyjny specjalista, nie ustaje w umizgach i dogadzaniu partii rządzącej. Skubiszewski, Bartoszewski, Rosati, Olechowski, Cimoszewicz i inni przyzwyczaili nas do ministrów dużego formatu. A minister Czaputowicz?

Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem

Propagandyści i agitatorzy z PiS aż się zapowietrzyli z uciechy na wieść, że wbrew dotychczasowym opiniom program 500 plus bynajmniej nie dezaktywizuje zawodowo, a przeciwnie: obywatele, którzy otrzymują to świadczenie, masowo garną się do roboty lub w te pędy poszukują pracy.  Główny Urząd Statystyczny poinformował właśnie, że beneficjentów 500+, którzy podjęli pracę lub zaczęli jej poszukiwać, jest dwa razy więcej, niż tych, którzy wycofali się z życia zawodowego. Byłoby się z czego radować, gdyby nie fakt, że nie wiadomo, z którego sufitu pochodzi ta wiadomość. Bo równocześnie w materiałach GUS znaleźć można informację, że tylko w ciągu jednego kwartału minionego roku liczba osób porzucających pracę zwiększała się o 40 tys., a nieco wcześniej Instytut Badań Strukturalnych ogłosił, że z rynku pracy trwale odeszło 100 tys. kobiet.

We wszystkich chyba krajach świata znany jest żart stopniujący: kłamstwo – okropne kłamstwo – statystyka. W krajach cywilizowanych precyzują jednak, że statystyka nie kłamie, kłamią jedynie statystycy. Natomiast w państwach zniewolonych statystyka jest narzędziem sprawowania władzy. W PRL komunikaty GUS publikowane przez partyjne media powszechnie nazywano GUS-łami. Również w Polsce Kaczyńskiego, która coraz bardziej przypomina krainę młodości prezesa, statystyka zaprzęgana jest w służbę propagandy partyjnej, administracyjnej i organizacyjnej – w tym kościelnej.  Przeinaczone lub wzięte z kapelusza fakty stają się potem źródłem rozmaitych wierzeń, przesądów, a nawet zabobonów.

Zabobony to, jak wiadomo, wierzenia w moce nadprzyrodzone lub siły nieczyste, sprowadzające nieszczęścia lub przeciwnie, chroniące przed nimi. Minister energii Krzysztof Tchórzewski na przykład jest przekonany, że wskutek zawierzenia energetyków Matce Boskiej prądu będzie więcej, a co najmniej podejmowane decyzje staną się mądrzejsze:  – „Oddajemy Ci w opiekę naszych przełożonych. Wyproś wszystkim mądrość i odpowiedzialność w podejmowanych decyzjach”… – wnosił pod niebiosa minister Tchórzewski, świadomy nędznych kwalifikacji kierownictwa resortu i całego swojego rządu. Z kolei Jacek Czaputowicz, z łaski Kaczyńskiego eksperymentalny minister spraw zagranicznych, wierzy w ingerencję złych mocy, które bez żadnej przyczyny uwzięły się na nasz kraj. Wierzy również, że Donald Tusk , jako przedstawiciel Polski w Unii, powinien przeciwstawiać się tamtejszym złym mocom, chociaż każdy średnio inteligentny Polak wie, że gdyby Tusk, jako strażnik interesów 18 państw Unii, zaczął kiwać partnerów w obronie polskiej bramki, to wyleciałby z roboty szybciej niż Sejm jest w stanie uchwalić dziewiątą wersję ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rządzący i ich poplecznicy często podają do wierzenia przesądy w postaci aksjomatów. Na przykład: „partnerski model rodziny to promocja homoseksualizmu i genderyzmu”.  Albo: „reforma szkolnictwa usprawniła proces kształcenia i zapobiegła demoralizacji młodzieży w gimnazjach”.  Niektóre wierzenia wymagają jednak podparcia jakimiś substytutami prawdy.  Upowszechniana ostatnio wiadomość, że Lech Wałęsa był w latach 80-tych postacią marginalną, a związkiem kierowali w rzeczywistości bracia Kaczyńscy, potwierdzana jest „wiarygodnymi źródłami” IPN. Inne przesądy wymagają uwiarygodnienia zmanipulowaną statystyką lub stronniczymi badaniami opinii publicznej. – 85% rodaków chce reformy sądownictwa! – głoszą przekazy PiS, które uzasadnić mają zagarnięcie władzy sądowniczej przez pozostałe równoprawne dotąd władze. Nie ma znaczenia, że ludziom, na których opinię powołują się rządzący, nie chodziło bynajmniej o obsadzenie KRS i SN nominatami Ziobry, tylko o przyspieszenie procedur sądowych,  a te, wskutek „reformy” sądownictwa, znacznie się wydłużyły.

Szczególnie rozległe skutki ma upowszechniane z całą mocą wierzenie, że 95 % Polaków to katolicy. Dzięki niemu gorliwi wierni mogą stawiać kapliczki i figury w dowolnym miejscu bez niezbędnych zezwoleń, można też wieszać krzyże w urzędach, realizować w szkołach obowiązkowe programy „dni papieskich”, święcić kamienie węgielne czy schody ruchome, zapraszać purpuratów na wszystkie obchody państwowe witając ich w pierwszej kolejności oraz dotować z publicznych pieniędzy nie tylko obiekty sakralne, ale też prywatne osoby duchowne.  Wszystko dlatego, że 95% Polaków to katolicy. Tymczasem owe 95%, to co najwyżej odsetek ochrzczonych Polaków, a i to nie na pewno. W rzeczywistości już tylko 56% Polaków niezachwianie wierzy w Boga, a podstawowe nakazy religijne praktykuje zdecydowana MNIEJSZOŚĆ.  Uprzedzając zarzut o manipulację informuję, że badania w tej sprawie przeprowadziła sondażownia CBOS, przychylna oczekiwaniom rządzących, przychylnych z kolei hierarchom polskiego Kościoła.

Kiedy PiS zaczął tracić w sondażach, Kaczyński i jego funkcjonariusze wszczęli lament, że oto są prześladowani, szykanowani, postponowani i niezasłużenie krzywdzeni przez ciemne siły zewnętrzne i wewnętrzne.  Polski Kościół (też w poczuciu zagrożenia?) również przywraca mit o prześladowaniu kleru i wiernych.  Teza o znęcaniu się nad wszechpanującym PiS-em jest śmieszna, natomiast teza o prześladowaniu Kościoła – smutna. Bo od czasów PRL o Kościele przyjęło się w Polsce mówić jak o zmarłym: dobrze, albo wcale. Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem. Gdzie jeszcze rozdaje się publiczne pieniądze w zamian za wsparcie dla aktualnie sprawujących władzę? Gdzie jeszcze pod osłoną sutanny mogło żyć spokojnie i dostatnio tylu przestępców – nie tylko seksualnych – bezkarnych lub co najmniej darzonych życzliwością przez organy ścigania?

Prześladowany PiS w zawłaszczonej Polsce poczyna sobie jak okupant. Prześladowany Kościół sprawuje despotyczne rządy dusz, wyznacza wątpliwe kanony przyzwoitości, nominuje polityków i rozpycha się w szkołach, gdzie coraz częściej organizowane są imprezy według scenariusza kurii, księża uczestniczą w radach pedagogicznych, a katechetki prowadzą zajęcia z etyki i przejmują wychowawstwo klas.

Sposobem na sprowadzenie PiS do roli zwykłej partii opozycyjnej w demokratycznym kraju, lub na jej delegalizację, jako antysystemowej organizacji mafijnej, są wybory – powszechne i oby tłumne. Sposobem na sprowadzenie Kościoła do roli i posłannictwa organizacji wielkiego pożytku publicznego, zajmującej się głoszeniem Ewangelii – źródła miłości, życzliwości i wsparcia dla rodzimych i obcych potrzebujących – są również wybory. Tyle, że osobiste, czynione we własnej duszy lub – do wyboru – w sumieniu.

Kościół katolicki dlatego ma się w kraju dobrze, bo PRL okazał się dla niego zamrażarką. W demokracji dawno by się skompromitował poprzez takie postaci, jak Tadeusz Rydzyk, czy większość biskupów włącznie ze Stanisławem Gądeckim i odszedł na zasłużony margines historyczny, jak na Zachodzie, we Francji, Niemczech, w krajach Beneluksu, a nawet we Włoszech i Hiszpanii.

Wybudzony Kościół wraz z odzyskaniem suwerenności w 1989 roku nie zasypiał gruszek w popiele, zadbał o swoją pozycję wśród polityków solidarnościowych, bo wiele mu zawdzięczali.  Uzyskał finansowanie projektów z budżetu państwa, a naukę katechezy wprowadził do świątyń nauki, do szkół. No i mamy kłopot.

Politycy zasuwają do Rydzyka i głoszą brednie nie z naszego świata o rechrystianizacji. Kapłani zrobią jakiś gest, jak kiedyś cesarze: kciuk w dół, a Duda, Morawiecki, Kaczyński klękają, co samo w sobie jest anachronizmem, bo należy do rytuałów feudalnych.

Tak ufundowane państwo na ułudach, zakłamaniu, anachronizmie, musi dryfować ku upośledzeniu. To nie jest żaden konserwatyzm, ani liberalne współistnienie, bo Kościół wyzyskuje wolność do swych zapędów niedemokratycznych. A obecnie wszedł w alians polityczny z PiS-em i mamy kłopot bez mała cywilizacyjny, nie tylko natury finansowej, acz i on jest warty, aby inaczej potraktować wspólną kasę, budżet państwa, aby pieniądze nie szły na katechezę i na utrzymanie kapłanów, ich dobrobytu,  lecz na konkretne cele rozwoju społeczeństwa i państwa.

W kraju tylko lewica chce odseparować państwo od Kościoła. Dziwne, ale to pokazuje jak mentalnie jako nacja, jako społeczeństwo, jesteśmy w niedorozwoju, zaś elity są nie zawsze przygotowane do odpowiedzialności za wyznaczenie celów.

Inicjatywa Polska kierowana przez Barbarę Nowacką w charakterystyczne święto, samo w sobie anachroniczne, w Święto Trzech Króli (ktoś dowcipny mógłby zadać pytanie: dlaczego nie ma święta Jasia i Małgosi, bo to podobna opowieść z rezerwuaru mitów i bajek) zapoczątkowała zbiór podpisów pod petycją, w której apeluje się o zniesienie finansowania z budżetu państwa religii w szkołach, wprowadzenie finansowania przez kościoły, które „chcą nauczać zasad swojej wiary w szkole” oraz wpisanie religii na listę zajęć dodatkowych. Oraz uregulowania – tj. zaprzestania – finansowania Kościoła i ubezpieczenia kleru z państwowego Funduszu Kościelnego.

Petycja zawiera założenia do projektu ustawy o świeckim państwie, bo na razie mamy władze bogobojne i takież państwo nie ze świata rozumu. Czy to może się udać? Jeżeli nie poradzimy sobie z anachronizmem sojuszu „ołtarza i tronu”, to nie poradzimy sobie z wolnością i demokracją, która obecnie szwankuje jak diabli.

Zbieranie podpisów pod petycją potrwa do 20 lutego, po czym projekt ustawy zostanie złożony w Sejmie.

PiS swoich specjalistów od szmat i matołków chowa głęboko, bo jeszcze raz chce orżnąć publikę

16 Gru

PiS chowa swoich matołków, bo idą wybory.

>>>

Kamil Durczok na silesion.pl odniósł się do ostatniego wystąpienia Mateusza Morawieckiego w Sejmie.

Leszczyna: Wszyscy, którzy pozostaną poza strefą euro, są skazani na porażkę i słabszy rozwój

– Takie hasło [dot. strefy euro] oczywiście zapowiedział Grzegorz Schetyna. Powiedział, że Polska zrobi wszystko, żeby jak najszybciej, w jak najbliższej perspektywie być gotowa do wejścia do strefy euro. Żeby chcieć wejść, trzeba być najpierw gotowym. Zobaczymy jaki będzie stan finansów po tym, jak PiS przegra jesienne wybory i zrobimy wszystko, żeby był w miarę szybko na tyle dobry, żebyśmy do strefy euro, bo wszyscy, którzy pozostaną poza nią, są skazani na porażkę i słabszy rozwój – stwierdziła Izabela Leszczyna w „Kawie na ławę” TVN24.

Kierwiński: SKOK-i zbyt dużo zainwestowały w szeroko rozumiane środowisko dziś związane z PiS-em, żeby nie czuć teraz ochrony

– Jeżeli chodzi o te słowa [o pobiciu Wojciecha Kwaśniaka], skandaliczne słowa, one pokazują tak naprawdę z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy staną po stronie bandytów tylko dlatego, aby bronić interesów własnego środowiska politycznego. Bo SKOK-i zbyt dużo zainwestowały w szeroko rozumiane środowisko dziś związane z PiS-em, żeby nie czuć teraz ochrony – stwierdził Marcin Kierwiński w „Śniadaniu w Polsat News” Dariusza Ociepy.

Kierwiński o decyzji Pawłowicz: To chyba kolejna odsłona tego powrotu miłości PiS-u do UE

– To chyba kolejna odsłona tego powrotu miłości PiS-u do Unii Europejskiej. Jeżeli wczoraj na konwencji PISu przez wszystkie przypadki odmieniano Europę, po tych trzech latach demontowania polskiej pozycji w Europie, po trzech latach wojny z Europą i jeszcze wieczorem dowiadujemy się, że osoba, która była zawsze krytyczna wobec UE, była takim najbardziej antyeuropejskim członkiem PISu, wycofuje się z polityki, to to jest zabieg – stwierdził Marcin Kierwiński w „Śniadaniu w Polsat News”.

PiS chce zamieść aferę KNF pod dywan. Nie pozwolić na to

25 List

>>>

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniemn ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów, dotyczą poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów – mówi Jarosław Urbaniak, poseł Platformy Obywatelskiej, członek komisji finansów publicznych, były prezydent Ostrowa Wielkopolskiego. – Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Będzie też was boleć prawda i nasza konsekwencja w działaniach w sprawie KNF-u. Prokuratura będzie do bólu, niczym gorącym żelazem, wypalać patologie. Taka dziś jest prokuratura dobrej zmiany, także służby specjalne” – mówił ostatnio z mównicy sejmowej Zbigniew Ziobro. Boi się pan tej prawdy i prokuratury „dobrej zmiany”?

JAROSŁAW URBANIAK: Nic mnie już nie zdziwi… Znowu złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Prokuratura jest na liście tych, którzy mają w tej sprawie ubrudzone ręce. Chodzi o brak przepływu informacji, nie zawiadomiono przecież o wpłynięciu zawiadomienia od razu premiera, i o bezczynność. W ramach interwencji poselskiej odwiedziliśmy już kilka ministerstw i przed nami nie było tam żadnej służby. W Ministerstwie Finansów na przykład, jak już było wiadomo, że jesteśmy i przybyły tam wszystkie media, to jakbym był w jakiejkolwiek służbie, wszedłbym tam demonstracyjnie od razu. A tu cisza.

Do KNF w ogóle nas nie wpuszczono, ale było to jedyne miejsce, gdzie CBA było przed nami.

Ale w gabinecie szefa KNF było dopiero po nim. To nie przypadek?
Jeżeli ktoś jest w stanie szybciej przylecieć z Singapuru, niż przejść 2 kilometry, to trudno uznać to za przypadek. Poza tym dowiedzieliśmy się później, że syn pana Mariusza Kamińskiego, czyli koordynatora służb specjalnych, pracuje w Banku Światowym z rekomendacji szefa Narodowego Banku Polskiego. Przypadek?

Zaczyna być wysoce prawdopodobne, że opieszałość CBA nie była przypadkowa.

Będziecie jeszcze próbować dostać się do Komisji Nadzoru Finansowego? Czy teraz to już nie ma sensu?
W naszym kraju jest problem z egzekutywą. W normalnym państwie poprosilibyśmy policję o wyegzekwowanie prawa, które jest oczywiste. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora jednoznacznie mówi o tym, że mamy prawo kontrolować i wchodzić do wszystkich organów administracji rządowej. A nie ma przecież wątpliwości, że KNF, który podlega premierowi, takim organem jest. Nie jest to przecież organ samorządowy.

Będziemy podejmować jeszcze pewnie kilka prób w kilku miejscach, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Efekty są bowiem takie, że jak dostajemy dokumenty od ręki, to są istotne, a jak po jakimś czasie, to jednak dużo mniej. Zdradzanie szczegółów, jak widać, nie służy sprawie.

Jak jesteście przyjmowani w ministerstwach? Jak intruzi?
Przyznam, że są różne reakcje. Najbardziej niegrzecznie zostaliśmy potraktowani w KNF-ie. Ale w innych miejscach urzędnicy niższego szczebla naprawdę starają się być mili, chociaż są czasami przerażeni.

Dostaliście już trochę dokumentów. Jaki był najważniejszy?
Były to dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów dotyczące poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Wygląda na to, że

już w kwietniu 2018 roku, dwa tygodnie po słynnej rozmowie, szef KNF sugerował potrzebę takich zmian, rozsyłając pisma do wszystkich członków Komitetu Stabilności Finansowej.

Tyle że na początku wygląda to dość niewinnie. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów.

Dlaczego na początku wyglądało niewinnie?
Podobnie jak w innych aferach, dopiero jak spojrzy się na pewne rzeczy z dystansu, to nabierają większego znaczenia. To jest też problem ciągłych zmian w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczącym finansów. Z perspektywy zastanawiająca jest także wcześniejsza decyzja z 2017 roku, dotycząca zmiany wymogów makroekonomicznych, czyli tego momentu, w którym KNF zaczyna się niepokoić finansami banku.

Wskaźniki podniesiono o 50 proc. do stawek maksymalnych w UE, nikt do tej pory nie potrafi powiedzieć dlaczego, skoro nic złego się nie działo. Byliśmy przecież „zieloną wyspą”. Ministrem finansów był wówczas Mateusz Morawiecki.

Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, po co podniesiono te wskaźniki, skoro głównym problemem polskiego sektora finansowego nie były banki, tylko SKOK-i, czyli parabanki. To one upadały i kosztowały Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 4 mld zł.

To mogła być realizacja słynnego „planu Zdzisława”?
Mogę tylko sugerować, że wiele rzeczy do siebie pasuje. Z jednej strony ta dziwna zmiana, później „wpychanie” radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych głosami Skarbu Państwa, który reprezentował minister rozwoju, czyli Mateusz Morawiecki.

Dostaliśmy z ministerstwa dokumenty, w których są notatki służbowe z posiedzenia walnego zgromadzenia GPW i nie wynika z nich jasno, kto podjął taką decyzję.

Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia…

Jaki będzie los ustawy z zapisem o możliwości przejmowania banków przez państwo za zgodą KNF? Stanie się prawem obowiązującym?
Na razie nikt się z tej poprawki, wrzuconej nagle po złożeniu zawiadomienia przez mecenasa Romana Giertycha, nie wycofuje.

Po co rządzącym teraz takie rozwiązanie?
To jest dla mnie najbardziej przerażające. Wszystkie afery, jakie wybuchły po 1989 roku powodowały, że decyzyjne osoby podejmowały decyzje o włączeniu natychmiast hamulca ręcznego. A w tym wypadku jest wręcz przeciwnie.

Politycy partii rządzącej przekonują, że to są oczywiste i niegroźne zapisy, które obowiązywały już przed 2016 rokiem, że są implementacją prawa UE – to nie jest prawda!

Mogą się jeszcze przydać?
Jest takie stare, teatralne, ale bardzo mądre powiedzenie, że jak w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, to w ostatnim akcie wystrzeli… Nie sądzę, żeby ktoś wprowadzał przepisy dotyczące przejęcia banków za złotówkę, i to z błahych powodów, po to, aby nigdy z tego nie skorzystać.

Wydaje mi się, że zapadła decyzja, że banki będą przejmowane i nie chodzi na pewno o banki spółdzielcze.

Jaka jest w aferze KNF rola szefa NBP Adama Glapińskiego?
Wiele wątków prowadzi do niego – „pierwszego ekonomisty PiS”. To od polityków PiS można było usłyszeć jeszcze przed słynną naradą na Nowogrodzkiej, że prezes Glapiński lada dzień poczuje się tak źle, że nie będzie mógł dalej kierować NBP.

Na razie wiemy na pewno, że jego rola sprowadza się do tego, że jest wielowymiarowym promotorem Marka Chrzanowskiego, którego zresztą broni za wszelką cenę.

Wygląda na to, że szef KNF jest jedyną i to niepotrzebną ofiarą, bo przecież według szefa NBP jest „człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości” i „wielkim patriotą”.

PiS chce, aby dymisja szefa KNF zakończyła sprawę?
Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte. Dopóki PiS ma władzę, istnieje niebezpieczeństwo, że na tym się skończy. Przecież prokuratura niczego nie wyjaśni.

A komisja śledcza nie powstanie. Nikt rządzących do niczego nie zmusi.
Teraz nie, ale wygląda na to, że sytuacja jest rozwojowa. Wiele osób sugeruje, że to nie koniec taśm… Poza tym przypomnę, że zaraz po wybuchu afery pan

Grzegorz Kowalczyk, który miał być prawnikiem-słupem w banku pana Leszka Czarneckiego, przekonywał, że w ogóle nie wie, o co chodzi. Później wymsknęło mu się, że szef KNF załatwiał mu pracę 3 razy. Rozumiem, że Plus Bank, gdzie został jednak przyjęty, to jeden raz, rada nadzorcza GPW drugi, a gdzie w takim razie jest trzeci… Myślę, że jeszcze nie wiemy wszystkiego.

Co dalej z szefem NBP?
„Kuluary pisowskie” już jakiś czas temu mówiły, że poda się do dymisji z przyczyn zdrowotnych. Ale Adam Glapiński informuje, że bardzo dobrze się czuje i nie zamierza rezygnować z pracy. Wykonuje za to jakieś dziwne ruchy.

Gdy oczywiście w nocy zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, to prezes NBP wychodzi do mediów, aby poinformować, że właśnie trwa posiedzenie. Czy to miało uspokoić nastroje? Chyba nikt rozsądny tak tego nie odebrał.

Nie wierzy pan w zapewnienia, że system bankowy jest stabilny?
Wierzę, że jest stabilny, ale nie przez słowa minister finansów czy prezesa NBP, tylko przez zmiany, które uratowały system bankowy w 2008 roku. Chodziło o podniesienie kwoty gwarantowanej depozytu przez BFG do wartości 100 tys. euro. To był jeden z elementów pakietu ratunkowego.

Myśli pan, że ludzie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi? Afera KNF będzie miała taką siłę rażenia jak afera Rywina?
Wydaje mi się, że większość ludzi do tej pory nie wie, o co chodziło w aferze Rywina.

Wiele osób zapewne pamięta słynne „lub czasopisma”, ale czy wie dokładnie, co się za tym kryło? W tym przypadku sytuacja też nie jest łatwa. Ale kiedy dochodzimy do tak oczywistych rzeczy, jak plan doprowadzenia do upadku banku, a później przejęcia go przez kogoś za złotówkę, to jest prosty obrazek.

PiS poniesie jakąkolwiek polityczną odpowiedzialność?
Parta rządząca przez 3 lata była teflonowa. Ludzie przez ten czas powtarzali, że „przez ostatnich 8 lat…”, a PiS przekrzykiwał wszystkich. Ale teraz okropieństwa, które rządzący robią od początku kadencji, zaczęły trafiać do realnego, codziennego życia Polaków i myślę, że wielu otwierają się oczy. Coś zaczyna się zmieniać i widać to chociażby po wyniku wyborów samorządowych.

Pal diabli faszystów w lesie. Problemem są ich sojusznicy u władzy

>>>

* * *

Obserwujcie które z mediów i którzy dziennikarze solidaryzują się z dziennikarzami TVN, a którzy nie – w prosty sposób zorientujecie się kto jest za wolnością słowa, a kto trzyma z władzą.

Ciul! Czy niewłaściwe jest, że zdrajcę określa się męskim członkiem po śląsku?

W Żorach odbył się protest przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, a obecnie radnemu PiS Wojciechowi Kałuży. W proteście wzięli udział m.in. Monika Rosa z Nowoczesnej i Borys Budka z PO.

Dzień po ogłoszeniu Koalicji Obywatelskiej, SLD i i PSL do Porozumienia Programowego prawicy dołączył radny Wojciech Kałuża. PiS zyskało tym samym 23 mandaty i to ono będzie sprawować władze w sejmiku woj, śląskiego.

Wojciech Kałuża został radnym z listy Koalicji Obywatelskiej, był rekomendowany przez Nowoczesną.

W Żorach odbył się protest, w którym uczestnicy postulowali o to, by radny PiS złożył mandat. Do zgromadzonych przemówiła posłanka Nowoczesnej Monika Rosa.

– Boli mnie serce, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Kałuża, ty ciulu, ty zdrajco. Mam nadzieję, że za rok wszystkich cholernych ciuli rozliczymy – powiedziała posłanka.

– Kałuża to nie jest męczennik. Za garść srebrników sprzedał to co jest najważniejsze, sprzedał honor i swoją twarz – powiedział Borys Budka.

„Przyzwoitość, nie pieniądze!”, „Oddaj mandat, przeproś Żory!”, „Jeżeś Ślązok, nie rób gańby!”, „Złodziej!”, „Kałuża, ty ciulu!”- takie okrzyki wznosili manifestanci na rynku w Żorach, podczas największej od 1989 roku demonstracji, wywołanej zdradzieckim manewrem kandydata Koalicji Obywatelskiej do Śląskiego Sejmiku Wojciecha Kałuży.

Dał się PiS–owi przekupić i otrzymując stanowisko wicemarszałka, przeszedł stronę partii rządzącej. Oszukani wyborcy i polityczni sojusznicy Kałuży domagali się, by oddał mandat wojewódzkiego radnego.

„Ten człowiek, który w kampanii wyborczej się kreował na Ślązaka, on po prostu to wszystko sprzedał. Nie bydzie tego. Jeżeś ślązok, oddaj mandat!” – krzyczał do mikrofonu Marcin Musiał, jeden z organizatorów manifestacji.

Wtórowało mu kilkaset osób, które przyszły na żorski rynek, by pokazać, że czują się oszukane. Na mównicę wyszła także posłanka Monika Rosa, szefowa Nowoczesnej na Śląsku.

„Boli mnie serce, że muszę stać i manifestować, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Nie traćcie wiary. Zaufajcie jeszcze raz” – prosiła Rosa i wykrzyczała na cały głos: „Kałuża, ty ciulu!”

O głos prosili też ludzie z tłumu. „Nie znałam tego pana” – zwróciła się do zgromadzonych emerytka pani Ewa – „ale zagłosowałam na niego, bo nie chciałam poprzeć kandydata PiS-u. Byłam przekonana, że jak ktoś jest jedynką na liście, to jest to kandydat najwyższego zaufania. W środę rano obudziłam się i okazało się, że jednak zagłosowałam za PiS-em! Wytrącono mi z ręki ostatnią broń dostępną dla zwykłego obywatela! Z obawą czekam na dzień, w którym obudzę się i dowiem, że nie jestem już obywatelką III RP, ale poddaną miłościwie panującego Jarosława” – mówiła pani Ewa.

Z kolei Maria Szymczyk podkreślała, że wywodzi się ze środowiska Żorskiej Samorządności, tak jak Wojciech Kałuża. „Panie Kałuża, gdzie, do cholery, są twoje ideały? Byłeś z nami w tym miejscu, gdy do Żor przyjechał prezydent Andrzej Duda. Nie stałeś wśród tych, którzy przyjechali klaskać. Wołałeś: „Konstytucja!”. Co się z tobą stało? – pytała Maria Szymczyk.

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Upadła pisowska władza na klęczkach przed niebytem. Okropny widok niedowładu psychicznego u wyznawców Kaczyńskiego. Zniewolenie

25 List

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez biuro prawne Sejmu, jako potencjalnie sprzeczne z konstytucją. Ustawa zasadnicza takich prerogatyw dla marszałków nie przewiduje. – Autor poprawek był jednak uparty, jego pomysły dwa razy trafiały do porządku obrad, zanim zostały wycofane – opowiada nasz rozmówca.

Z awantury w KNF premier wyjdzie zatem wzmocniony. Jacek Jastrzębski był do tej pory wiceszefem departamentu prawnego PKO BP. To, że Morawiecki misję sprzątania po Chrzanowskim powierzył menedżerowi z tego banku – zarządzanego przez Zbigniewa Jagiełłę, kolegę premiera jeszcze z czasów PRL-owskiej opozycji – to wyraźny sygnał.

Przypomnijmy: bezpośrednią przyczyną dymisji Chrzanowskiego było nagranie rozmowy z marca 2018 r., ujawnione przez bankiera Leszka Czarneckiego, który twierdzi, że szef KNF zażądał od niego – pośrednio – ok. 40 mln zł łapówki. W jednym z najważniejszych wątków afery KNF pojawia się nazwisko senatora PiS Grzegorza Biereckiego i nazwa jego fundacji Kocham Podlasie.

>>>

>>>

30 proc. – nawet o tyle firmy energetyczne chciałyby podnieść w przyszłym roku ceny energii elektrycznej dla odbiorców indywidualnych – podały w poniedziałek „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Urząd Regulacji Energetyki otrzymał już cztery wnioski w tej sprawie od firm energetycznych.

Spora podwyżka? Prawdziwy ból głowy mają samorządy i firmy, które już od kilku tygodni dostają nowe cenniki z podwyżkami rzędu 50-70 proc. I w odróżnieniu od odbiorców indywidualnych, dla których taryfy musi zatwierdzić prezes URE, przedsiębiorcy nie mogą nic zrobić, będą musieli płacić więcej. Te ceny oczywiście przełożą się na ceny towarów i usług – praktycznie wszystkich, bo trudno dziś znaleźć branżę, która nie korzystałaby z prądu.

Tak czy inaczej, klienci zapłacą za drastyczny wzrost cen energii. Gra toczy się teraz o to, by nie zobaczyli tych podwyżek bezpośrednio na swoich rachunkach za prąd. Dlaczego? Bo dla rządzącej partii przed jesiennymi wyborami byłby to strzał w stopę. Dlatego minister energii i cały rząd wykonują teraz akrobatyczne ewolucje, by z jednej strony zrównoważyć bilans firm energetycznych, a z drugiej nie wzburzyć suwerena.

Zemsta węglowa

Skąd ta konieczność drastycznego podwyższenia taryf? Mści się wstrzymanie, a nawet cofnięcie w ostatnich latach restrukturyzacji rynku energetycznego oraz jego praktyczna nacjonalizacja i ograniczenie konkurencji. 80 proc. energii w Polsce powstaje z węgla, a ten – po kilku latach chudych – zaczął drożeć. Zdrożały też kilkukrotnie pozwolenia na emisję CO2, które każda elektrownia musi kupić, by móc wypuszczać do atmosfery ten gaz cieplarniany. Wzrosła też cena tzw. zielonych certyfikatów, które mają stanowić motywację dla firm energetycznych do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). Nie inwestujesz w farmy wiatrowe, panele słoneczne czy elektrownie wodne? Płać.

Cud przedwyborczy

Ale nawet państwowe firmy nie mogą działać całkowicie w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Drożejący węgiel i pozwolenia na emisję wymusiły w końcu podwyżki taryf energetycznych. I to drastyczne. Przedsiębiorcy będą musieli sobie poradzić sami (podwyższając ceny). A co z gospodarstwami domowymi? Szef URE może jakoś zmitygować apetyty koncernów energetycznych i nie zgodzić się na podwyżki rzędu 30 proc. Ale na jakieś chyba będzie musiał pozwolić. Dlatego rząd, ustami ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, błyskawicznie zapowiedział plan ratunkowy: gospodarstwa domowe nie zapłacą ani grosza więcej, nawet jeśli cena energii pójdzie w górę. Cud? Najwyraźniej tak, cud przedwyborczy. Minister tłumaczy pokrętnie, że podwyżkę wezmą na siebie dystrybutorzy energii. Słychać tu ech niedawnych deklaracji prezesów Orlenu i Lotosu, że wprowadzoną przez rząd nową opłatę paliwową oba te państwowe koncerny biorą na siebie. To było też przed wyborami – samorządowymi.

Pomijając koszty całej operacji („DGP” szacuje je na ponad 2 mld zł rocznie), trzeba pamiętać o jeszcze jednym ciekawym wątku w tej sprawie: europejskim. Co będzie jeśli Komisja Europejska uzna, że przelewanie pieniędzy z jednej państwowej kieszeni (spółki dystrybucyjnej czy budżetu) do innej (czyli spółek energetycznych), to ukryta forma pomocy publicznej? Zdaniem eksperta Filipa Elżanowskiego z kancelarii prawnej Elżanowski Charka i Wasowski, cytowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”, zamiar takich transferów rząd będzie musiał zgłosić Komisji, by ta oceniła czy nie jest to zabronione subsydiowanie spółek, które zakłóca normalne mechanizmy rynkowe. Jeśli Bruksela zaprotestuje, rząd będzie musiał wymyślić jakiś inny plan godny barona Münchhausena. Do wyborów tylko parę miesięcy.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Kto to widział, żeby do Pana Prezesa mówić „panie Jarku”. Czy do Aleksandra Wielkiego zwracali się „panie Olku”?!

Bardzo się obruszył prezes PiS, gdy w czasie rozprawy w procesie między nim a Lechem Wałęsą ktoś z publiczności nazwał go „panem Jarkiem”. „Panem Jarkiem byłem 40 lat temu!” – replikował dotknięty do żywego. Ta reakcja wiele mówi nie tylko o samym Kaczyńskim, ale i o sytuacji, w jakiej znalazła się Polska.

Pan Donek, pan Jarek i inne zniewagi

To znamienne, że szefa partii rządzącej najbardziej oburza lekko protekcjonalna formuła „pan Jarek”. Jakoś nie słychać, by w podobnie drażliwy sposób reagował np. na skandowanie „Precz z Kaczorem dyktatorem” czy porównywanie go do Gomułki. Tamte epitety i oskarżenia znosi z godnością, wyniośle milcząc, natomiast „pana Jarka” nie zdzierżył.

Sam zresztą podobnej formuły używa, gdy chce komuś szczególnie dopiec – w czasie sromotnie przerżniętej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem w 2007 r. zwracał się do niego per „panie Donku”. Tusk nie pozostał mu dłużny i z uśmiechem na ustach odpowiadał mu „panie Jarku” i „Jareczku”. W tej konkurencji szef PO okazał się lepszy, bo „pan Donek” najwyraźniej spłynął po nim jak po – przepraszam – kaczce, a Kaczyński został wyprowadzony z równowagi. To było widać gołym okiem. Już do końca debaty pozostawał zdenerwowany, spięty, zły – i w efekcie przegrał zarówno pojedynek w telewizji, jak i starcie przy urnach wyborczych.

Jaka jest różnica między „Kaczorem dyktatorem” a „panem Jarkiem”? Dlaczego ten pierwszy epitet nie prowokuje Kaczyńskiego do kłótni, a drugi rozpala go do czerwoności? To oczywiste – słowo „dyktator” zawiera w sobie element siły. Potęgi. Dyktator to człowiek, który żelazną ręką trzyma społeczeństwo i przed którym drżą poddani. Owszem, nienawidzą go, ale zarazem czują przed nim respekt. Szanują. Do pewnego stopnia wręcz go podziwiają, bo przecież potęga, nawet wroga i opresyjna, wzbudza podziw.

A „Pan Jarek” nie jest groźnym i surowym władcą, ale wąsatym jegomościem mieszkającym po sąsiedzku w tym samym bloku. Codziennie rano widzimy go, jak w rozczłapanych butach idzie do kiosku, żeby kupić „Super Express” i zagrać w Lotto. Pan Jarek żadnego podziwu nie wzbudza. W ogóle nie wzbudza niczego poza ironicznym uśmieszkiem – ani strachu, ani szacunku. A przecież właśnie tego pan prezes łaknie i potrzebuje. Bez podziwu, strachu, szacunku, bez uniżonych gestów poddanych i bez czołobitności wyznawców usycha i więdnie.

W rozmowie z Teresą Torańską powiedział kiedyś, kim chciałby zostać w przyszłości: „emerytowanym zbawcą narodu”. To oczywiście miał być żart, ale w jego podtekście kryła się głęboka wiara i przekonanie o własnej wielkości. Bo przecież normalny człowiek tak nie żartuje. Do głowy mu nie przychodzi, że mógłby być idolem tłumów, które padają przed nim na kolana. Taka wizja i taka rola społeczna mieści się poza horyzontem wyobrażeń normalnego człowieka.

Gdy cię nie kochają, niech się przynajmniej ciebie boją

„Zbawca narodu” i „Kaczor dyktator” to w istocie lustrzane odbicia tej samej potęgi. Z przeciwnymi znakami. Plus i minus. Yin i yang. Skoro nie możesz sprawić, by cię wielbili, to niech przynajmniej cię nienawidzą i niech się ciebie boją. Bo to też oznacza, że cię szanują i podziwiają.

Nie tylko w kraju. Skoro nie możesz być dla społeczności międzynarodowej autorytetem ani liderem, skoro nie możesz w Unii Europejskiej odegrać roli przywódczej, to możesz przynajmniej zostać jej szwarccharakterem. Wiecznym kontestatorem, który blokuje wszelkie inicjatywy i uniemożliwia innym wspólne działanie.

Pamiętacie podpisywanie traktatu lizbońskiego o Unii Europejskiej w 2007 roku? Zanim ówczesny prezydent Lech Kaczyński go zaakceptował, długo droczył się z partnerami, mówił, że nie podpisze, bo to czy tamto. Właściwie nie bardzo było wiadomo, o co chodzi i jakie są rzeczywiste powody tego spektaklu. Tak jak nie było też wiadomo, dlaczego prezydent nagle odpuścił i podpisał dokument.

Dopiero z opóźnieniem dowiedzieliśmy się, że przez cały czas konsultował się telefonicznie z bratem, który mówił mu, co robić. Być może po wielogodzinnym utrzymywaniu całej Europy w stanie nerwowego napięcia i niepewności patologicznie rozdęte ego Jarosława Kaczyńskiego poczuło się chwilowo zaspokojone?

Ale tylko chwilowo, bo przecież zaraz po podpisaniu traktatu zaczął się kolejny spektakl, w którym chodziło o ratyfikację dokumentu w Polsce i ostateczne podpisanie go przez prezydenta. Droczenie się zakończono dopiero w 2009 r.

Kto nadmuchał ego małego Jarka?

Nie wiemy, kiedy ta mania wielkości została zaszczepiona w psychice pana prezesa. Być może nosi ją w genach, z nią przyszedł na świat. A może to efekt negatywnych doświadczeń w procesie socjalizacji? Może koledzy na podwórku go lali i wyśmiewali się z niego? Już ja wam pokażę – powiedział zapłakany mały Jarek. Zobaczycie, że kiedyś zostanę zbawcą narodu, Aleksandrem Wielkim, Napoleonem albo przynajmniej Stalinem.

I metodycznie realizował tę zapowiedź, z maniakalną konsekwencją przygotowując się do tej roli. Wiele lat później dowiedzieliśmy się, że uważnie studiował m.in. „Krótki kurs historii WKP(b)”. Po co? Przecież normalny człowiek tego nie czyta. To lektura dla historyków. No i dla szaleńców, którzy mogą tu znaleźć inspirację i wzorce.

Długo trwało, zanim Jarkowi udało się spełnić obietnice złożone niedobrym kolegom. Ciągle odbijał się od ściany. W wywiadzie udzielonym w 1994 r. politologowi Tomaszowi Grabowskiemu mówił, że w okresie „Solidarności” był na marginesie, poza głównym nurtem wydarzeń. A potem przyszedł stan wojenny: „W 1982 r. próbowaliśmy przebić się do kierownictwa ‘Solidarności’ z Dornem, bo mieliśmy taką optymistyczną wizję, że może teraz my staniemy się głównymi mózgami. To zakończyło się kompletną plajtą, zresztą tak jak i inne próby przebijania się do decydujących grup” – wspomina.

A może wcale nie chodziło o to, by coś pokazać kolegom z podwórka. Może błędy wychowawcze popełniła mama, wmawiając małemu Jarkowi, że jest wybitny i wspaniały. Że historia przeznaczyła go do wielkich zadań. Teraz ta mama ma rondo swego imienia w Starachowicach, a Jarosław osobiście wziął udział w uroczystości odsłonięcia tablicy.

Bo oczywiście wielkość zbawcy narodu promieniuje na jego bliskich. Na mamę i przede wszystkim na brata, który zasługuje na spoczynek w krypcie królów na Wawelu oraz na ulice swego imienia i pomniki w całym kraju. Jeżeli władze samorządowe takiego pomnika na placu w centrum miasta postawić nie chcą – wtedy trzeba zmilitaryzować plac, odbierając go samorządowi, który najwyraźniej nie rozumie, jaka jest funkcja i sens istnienia Polski. Trzeba mu uświadomić, że Polska istnieje po to, by kult zbawcy narodu i jego rodziny miał gdzie rozkwitać.

Niech stanie tysiąc pomników. A potem co?

Pytanie tylko, co dalej. Co będzie robić pan Jarek, gdy osiągnie cel swojego życia? Gdy oficjalnie zostanie już okrzyknięty Jarosławem Mądrym (wcześniej trzeba będzie pozbawić tego przydomka ukraińskiego władcę, ale to pryszcz, Putin pomoże to załatwić), a we wszystkich polskich miejscowościach będą już ulice Lecha Kaczyńskiego i na wszystkich centralnych placach staną pomniki Prezydenta Tysiąclecia. Co wówczas?

Niedobrze by było, gdyby skończyło się tak, jak w opowiadaniu, w którym tybetańscy mnisi odkryli, że celem istnienia świata jest sporządzenie listy wszystkich imion Boga we wszystkich językach świata. W tym celu zakupili supernowoczesny amerykański komputer, zainstalowali w nim wszystkie języki i uruchomili program spisujący imiona Boga.

A gdy program zakończył działanie, gwiazdy na niebie zaczęły gasnąć.

Waldemar Mystkowski pisze o zamachu na wolne media.

PiS nie ma pomysłu, jak ugryźć wolne media, bo te patrzą władzy na ręce i co rusz ujawniają jakąś aferę, a z tymi jest tak, iż co zostanie podniesiony jakiś kamień, wypełza spod niego pisowska korupcja. Takiej aferalnej partii u władzy dotychczas nie mieliśmy.

A przy tym wzrasta prymitywizm działania polityków PiS. Kiedyś wiceprezes tej partii Adam Lipiński zapraszał do siebie Renatę Beger, aby ją przekupić posadą, dzisiaj niezbyt lotny szef kancelarii Mateusza Morawieckiego, Michał Dworczyk jedzie na Śląsk, aby skorumpować lokalnego polityka Kałużę i od razu wiadomo za ile go kupił.

Ani Dworczyk w związku z tym nie dostaje rumieńców na twarzy, ani premier, któremu przyglądając się coraz bardziej stwierdzam, że to typowy polityk słup. Był słupem jako prezes w banku z grupy Santander, dzisiaj jest słupem Kaczyńskiego. Gdy jednak jakiś dziennikarz trochę pociągnie go za język, sypie się jego pojęcie o wolności, demokracji i najczęściej mamy do czynienia z osobnikiem o nadymanym ego.

Donald Tusk określił go osobą nie wychylającą się ze swoim zdaniem. Taka trusia, która czeka okazji, aby się nadymać. Przypomina ropuchę dostającą wzdęcia podgardla. Jego braki wiedzy o demokracji wychodzą na każdym kroku, ale też braki charakterologiczne. O mediach był rzec, iż „80 proc. mediów znajduje się w rękach naszych przeciwników”.

Czyli wolne media są we wrogich rękach, bo niepisowskich. Definicja wroga dla Morawieckiego jest oczywista, to ktoś niezwiązany emocjonalnie i ideowo z PiS. Wrogiem dla Morawieckiego jest 80 proc. Polaków (19 proc. zagłosowało na PiS), który to odsetek został z automatu przeniesiony na media. Od początku PiS kombinuje, jak tych 80 proc. zniewolić, uczynić sobie posłusznymi. Przez 3 lata nie wiedzą, jak ugryźć wolne media, jak sprowadzić je do niskiego poziomu dawnych mediów publicznych, TVP i radia. Próbują to osiągnąć poprzez zastraszanie i manipulowanie.

TVN wyemitował reportaż o neofaszystach świętujących urodziny Hitlera, którym nic się nie dzieje w państwie rządzonym przez PiS. Więc politycy PiS i ich media wykombinowali, iż autorzy reportażu zrobili z neofaszystami ustawkę.

Refleksja. Jak neofaszystów można namawiać na neofaszyzm? Nie ma takiej opcji, problemem dla dziennikarza jest, aby zgodzili się neofaszyści, by ich rytuały filmować. Gdy reportaż został wyemitowany, a Polska zobaczyła, iż neofaszyzm w państwie PiS ma się całkiem dobrze, wkraczają wówczas media pisowskie, służby państwa i stosują metodę „na złodzieja”.

Złodziej złapany na gorący uczynku odwraca uwagę i wskazuje na tego, którego okradł. W tej metodzie jest dążenie do tego, aby propagandowo rozegrać TVN, najpierw zastraszyć, a nastepnie – gdy opinia publiczna zostanie przewekslowana – postarać się przejąć media.

Operator reportażu o neofaszystach Piotr Wacowski jest szykanowany przez ABW. Otóż wręczono mu pismo, aby stawił się w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu. Nawet wskazano mu zarzuty, mianowicie z art. 256 par. 1 Kodeksu karnego (propagowanie nazizmu, zagrożone karą od grzywny do dwóch lat więzienia). Logika tego jest mniej więcej taka, że podobny zarzut można by postawić np. reżyserowi filmu o wrześniu 1939, ABW mogłoby wręczyć wezwanie na przesłuchanie, bo jest podejrzany o propagowanie napaści hitlerowców na Polskę.

To jest jedna z prób oskarżenia niezależnych mediów, by je sobie podporządkować. Na szczęście twardo o tej pisowskiej chęci zamachu na wolne media wypowiedziała się ambasador USA Georgette Mosbacher, która mówiła o wielkiej sympatii do Polski, jaka jest w Kongresie USA, ale może ją zepsuć jedna rzecz: „zamach na wolne media”.