Tag Archives: Kamil Dąbrowa

Buraki PiS

26 Wrz

Politycy PiS zaatakowali profil społecznościowy – SOK Z BURAKA krytykujący ich rządy. Jest to reakcja na pisowskie afery związane z hejtem w ich obozie.

Rządzący zareagowali na artykuł Sieci w którym czytamy, że zarządzający Sokiem z Buraka pracuje w warszawskim ratuszu.

– Powszechnie uważa się za stronę z memami, żartami związanymi z polityką. Ale do śmiechu jest tam tylko tym, którzy nienawidzą PiS, uwielbiają PO, nie przeszkadza im knajacki język publicznej debaty i nie silą się na weryfikowanie prawdziwości tego, co czytają. Bo Sok z Buraka to mieszanka drwin, manipulacji i kłamstw – opisuje propisowska gazeta.

Patryk Jaki postanowił zawiadomić prokuraturę. – Warszawski ratusz wycofał się z obietnic wyborczych. Nie było pieniędzy na żłobki, czy niepełnosprawnych, ale znalazły się pieniądze dla osoby, która organizuje Sok z Buraka, największe fekalia, ściek, fabrykę fejków w internecie, finansowaną z pieniędzy warszawiaków. To jest coś nieprawdopodobnego. Jutro skieruję zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa – używania pieniędzy publicznych do zorganizowanego hejtu na wielką skalę – zapowiedział europoseł PiS.

– „Sok z Buraka” to internetowa fabryka hejtu i nienawiści, której machina w sposób obrzydliwy dehumanizuje polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz osoby wspierające Rząd RP. Administracja tego profilu posługuje się dezinformacją i fake newsami. „Sok z Buraka” powinien po prostu zniknąć – wypowiada się wiceminister cyfryzacji Adam Andruszkiewicz.

– Uprzejmie informuję, że ratusz Warszawy nie posługuje się mową nienawiści. Jesteśmy i będziemy konsekwentni w walce z hejtem. Proszę wybaczyć, ale nie będę odnosić się do propagandowych akcji osób, które same celują w posługiwaniu się manipulacją – skomentował rzecznik prezydenta Warszawy Kamil Dąbrowa, który poinformował także, że opisany przez „Sieci” Mariusz Kozak-Zagozda jest zatrudniony przez miasto na umowę zastępstwo, ale trudno powiedzieć, czy będziemy kontynuować współpracę, musimy przeanalizować i podsumować dotychczasowe pół roku”.

Kozaka-Zagozda miał zakupić domenę w 2014 roku. Jak deklaruje pozbył się jej w 2017 roku.

Jan Szyszko nie daje o sobie zapomnieć… Były minister środowiska w rządzie Beaty Szydło postanowił odnieść się do zagrożeń dla klimatu. Krytykował też działalność 16-letniej aktywistki ekologicznej Grety Thunberg i innych młodych ludzi, którzy niedawno przeprowadzili w miastach całego świata Młodzieżowy Strajk Klimatyczny.

W wywiadzie dla Radia Wnet Szyszko wygłosił taką oto opinię: – „Dwutlenek węgla jest gazem życia. Przez niego powstaje drewno, pokarm. Bez niego nie ma życia na świecie. To powinien wiedzieć każdy uczeń szkoły podstawowej”.

– „Profesor-głuptas nie wspomniał tylko, że przyroda potrzebuje tylko określonej ilości dwutlenku węgla w atmosferze…. jego nadmiar jest zbrodniczy…”; – „Może Pan spróbuje wdychać CO2 zamiast tlenu i zobaczy, czy rzeczywiście jest tak wspaniale?; – „Za takie opinie Szyszko powinien mieć stan oskarżenia, za lekceważenie faktycznego zagrożenia, o wycince kilkusetletnich dębów nawet nie wspomnę”; – „Ignorancja tego gościa jest dramatyczna. Wstyd, że ktoś taki był ministrem. Nikodem Dyzma przy nim to tuz intelektu” – komentowali internauci wypowiedzi Szyszki.

A co miał do powiedzenie o Grecie Thunberg i Młodzieżowym Strajku Klimatycznym? – „Serdecznie jej współczuję. To dziewczę na pewno oszukano, to dziewczę chyba nie wie, co mówi, bo jest ciężko, aby w tym wieku rozumieć dokładne meandry polityki i gospodarki – one się tu nawzajem łączą. I to samo było w Warszawie niedawno, jechałem na spotkanie do Pałacu Staszica, gdzie nie mogłem się dostać, gdyż młodzież spontanicznie w wieku kilkunastu lat protestowała przeciwko temu, że Polska ma węgiel kamienny i go używa, a chyba nie wiedzieli w gruncie rzeczy, co tak naprawdę mówią” – stwierdził były minister środowiska.

Swoją drogą, można odnieść wrażenie, że atakowanie Grety Thunberg staje się powoli jednym z ulubionych zajęć prawej strony sceny politycznej. Przypomnijmy choćby nasz artykuł „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

PAD: Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska z Trumpem

– Nie mamy właściwie takich tematów, w których nie mielibyśmy wspólnego stanowiska. Ja bardzo lubię słuchać też opinii pana prezydenta Donalda Trumpa na różne kwestie właśnie związane z wielką polityką światową – mówił prezydent Andrzej Duda w rozmowie z Michałem Adamczykiem w programie „Gość Wiadomości” TVP Info, pytany czy były takie momenty, że była różnica zdań, że nie mieli wspólnego stanowiska podczas spotkania w cztery oczy.

Syn Mariana Banasia, prezesa NIK, a wcześniej ministra finansów w rządzie PiS, przez kilka lat prowadził własne biznesy. Zawodowa kariera Jakuba Banasia nabrała przyspieszenia w listopadzie 2017 r., kiedy zaczął pracować w państwowych spółkach Skarbu Państwa – poinformowały „Fakty” TVN.

Najpierw trafił do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podległej ministrowi obrony narodowej. Był tam dyrektorem, a po pięciu miesiącach został doradcą zarządu. Po kolejnych kilku miesiącach został pełniącym obowiązki prezesa w podległej PGZ spółce Maskpol, produkującej sprzęt dla wojska. Tam też nie zagrzał długo miejsca i „przerzucił” się na bankowość. Obecnie jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu w państwowym banku Pekao S.A.

Dziennikarka „Faktów” chciała się dowiedzieć, na jakich zasadach Jakub Banaś został zatrudniony w każdej ze spółek? W odpowiedzi Pekao S.A. i PGZ poinformowały o „ochronie danych osobowych” i tajemnicy przedsiębiorstwa „co do sposobu i technik rekrutacji”.

– „Uważam, że mamy do czynienia z takim nepotyzmem, w którym wysoko postawiony ojciec załatwia pracę synowi, a ten syn nie ma najmniejszych kompetencji do tego, żeby od razu zaczynać karierę od kierowania firmą” – powiedział „Faktom” Tomasz Siemoniak z PO.

Problemu nepotyzmu nie dostrzega natomiast szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. – „Nie mam wiedzy na temat kariery syna pana Banasia. Natomiast sam fakt tego, że dziecko jakiegoś polityka pracuje w spółce Skarbu Państwa, wydaje mi się, że jest niewystarczające, żeby stawiać taką tezę” – stwierdził Dworczyk.

Tacy właśnie jesteśmy: mówimy o wolności, ale kiedy trzeba zastosować ją w praktyce, wrzeszczymy, tupiemy i gotowi jesteśmy ukamienować każdego, kto myśli inaczej.

Nie mamy pojęcia, czym jest wolność, nie czujemy jej, nie rozumiemy, że przychodzi nie pod postacią kwiecistych sztandarów i romantycznych haseł, ale jako „człowiek, z którym się nie zgadzamy” i o którym myślimy „po co on/ona aż tak prowokuje?”. Wrzeszczymy jak obdzierani ze skóry za każdym razem, gdy wolność trzeba dać sobie i innym i gdy ktoś korzysta z niej w sposób, który nam się nie podoba.

Klaudia Jachira, kandydatka PO na posłankę z Warszawy, stanęła ostatnio przed pomnikiem żołnierzy AK z transparentem „Bób, hummus, włoszczyzna”. Obrazek prowokacyjny, bo nad jej głową mogliśmy przeczytać „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Ja odebrałam ten happening jako ostrą, ale uzasadnioną w świetle tego, co wyprawiają różni politycy z Bogiem i Ojczyzną na ustach kpinę z hipokryzji, z ludzi mających gęby pełne frazesów o wartościach (które zresztą wcale nie każdemu muszą być drogie, bo przecież nie ma takiego obowiązku), na co dzień poniżających, oczerniających i okradających innych. (Na marginesie i dla jasności: gdyby nawet kpina Jachiry była nieuzasadniona, to też ok, bo w końcu satyra i dowcip uzasadnione być nie muszą).

I co? I rozpętało się polskie dulskie, bogoojczyźniane piekło. „Jachirę usunąć z list!”, „Przez takich jak Jachira KO przegra!”, „Jak śmiała!” i oczywiście – „Idiotka!”, „Kretynka!” i takie tam chrześcijańskie, katolickie epitety, pełne miłości bliźniego.

Klaudię Jachirę podziwiam od dawna jako nieustraszoną, samotną satyryczkę, pozytywnie zakręconą. Nie wiem, jaką byłaby posłanką i nie jest to moja sprawa, ale wiem jedno: ma prawo do własnej ekspresji, także takiej, która mi i wszystkim innym się nie podoba. Także, a może przede wszystkim takiej, która uraża czyjeś uczucia. (Nigdy zresztą nie sądziłam, żeby rzeczy i ludzie naprawdę wielcy mogli zostać „obrażeni”, przeciwnie, uważam, że im rzecz mniej ważna i rozdęta, tym łatwiej o obrazę, a prawdziwa wielkość satyry i kpiny, nawet najgłupszej, się nie boi, bo jakżeby mogło być inaczej?)

Wolność to nie teoria, to praktyka, to działanie. To rozumienie, że inni mają prawo postępować w przestrzeni publicznej jak uważają za stosowne, oni, a nie ty, dopóki nie łamią prawa. I choć niektórym trudno to pojąć, nic bardziej nie służy demokracji i debacie publicznej.

Odwrotnie: stawiam tezę, że im bardziej ktoś obraża czyjeś „święte” rzekomo uczucia, tym lepiej robi to świadomości społecznej, bo pobudza myślenie i pozwala spojrzeć na „świętości” z innej perspektywy.

W Polsce to teza rewolucyjna, dlatego na jej uzasadnienie przytoczę fragment orzeczenia amerykańskiego Sądu Najwyższego w jednej z najsłynniejszych amerykańskich spraw sądowych, dotyczących wolności słowa – Hustler Magazine versus Jerry Falwell. „Istotą ochrony wolności słowa (…) jest uznanie fundamentalnej wagi, jaką ma dla społeczeństwa swobodna wymiana idei i opinii na wszelkie tematy leżące w sferze publicznego zainteresowania. Aby swobodny przepływ opinii był możliwy, ludzie muszą mieć możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów bez obawy, że narażą się przez to na odpowiedzialność prawną. Należy więc chronić także wypowiedzi wynikające z niskich pobudek, chronić też ekspresję głęboko obraźliwą dla niektórych ludzi lub nawet dla większości członków społeczeństwa. Fakt, że społeczeństwo może uznać jakąś wypowiedź za obraźliwą nie jest dostatecznym powodem, by jej zakazać. Przeciwnie, jeśli to opinia wyrażona przez autora jest czymś, co wywołuje obrazę, to jest to właśnie powodem do tego, by zapewnić jej konstytucyjną ochronę. (…) Pojęcie „obraźliwości” w politycznym i społecznym dyskursie cechuje się nieuchronną podatnością na subiektywne interpretacje, co sprawiałoby, że przysięgli mogliby nakładać odpowiedzialność w oparciu o własne poglądy lub poczucie smaku, lub – co też jest możliwe – w oparciu o ich niechęć wobec konkretnej wypowiedzi”.

A przecież my w Polsce to właśnie robimy! Ciągle nakładamy na innych sankcje ze względu na własne poczucie smaku, jesteśmy na własnym punkcie przeczuleni i drażliwi, a później płaczemy, że nie ma świeżych nowych liderów, że młodzi nie chcą iść do polityki, że duszno i że inteligencji „trudno się oddycha!”. Po czym idziemy tłuc mentalnym młotkiem każdego, kto nie mieści się w naszych ramach pojmowania świata i „dobrego smaku”.

Nie można mieć wszystkiego. Nie można mieć wolności i jednocześnie gwarancji, że niczyje uczucia nie zostaną urażone, że wszyscy będą się ze sobą zgadzać (swoją drogą, jakie to byłoby koszmarne, zabijające umysł i cholernie nudne) i posuniętej do absurdu poprawności politycznej. Jeśli chcecie wolności, poluzujcie warkoczyki i nabierzcie dystansu, nie nadymajcie się jak purchawki i nie czujcie „obrażeni” i mentalnie zgwałceni za każdym razem, kiedy ktoś powie lub zrobi coś, czego wy byście nie powiedzieli lub nie zrobili.

Chyba że chcecie mieć kraj ciasnoty umysłowej, ludzi myślących tak samo, bojących się własnego cienia i autocenzurujących z obawy przed „zgorszeniem”.

Daliśmy PiS-owi radę. W 2019 roku wykopiemy ich

27 Gru

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni, by walcząc o awans masowo tratować jeden drugiego oraz prawo, w tym to najwyższe: Konstytucję.

Oczywiście byli tacy, którzy skorzystali z okazji i przyjęli tak chętnie przez PiS rozdawane stanowiska. Były niezwykłe transfery: z niższej instancji do wyższej, albo z sądu do ministerstwa, ewentualnie z sędziowskich nizin od razu do Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądu Najwyższego. Jednak zdecydowana większość nie dała się złapać na lep szybkiego awansu. A tych, którzy ulegli, spotkał ostracyzm środowiska i wykluczenie ze stowarzyszeń sędziowskich. Gdy jesienią wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak pojawił się w Sądzie Rejonowym w Gdyni, aby przedstawić nową prezes, sędziowie przyszli na spotkanie ubrani na czarno, część w koszulkach z napisem „KonTYtucJA”. Spotkanie skończyło się po kilku minutach, bo choć wiceminister bardzo chciał z nimi porozmawiać, to oni z nim nie chcieli. Milczeli wymownie. Taki sam milczący protest był w Słupsku. I choć – jak zauważa Ewa Siedlecka, autorka książki „Sędziowie mówią. Zamach PiS na wymiar sprawiedliwości” – aktywistów sędziowskich jest może ze 150 w całym kraju, to jednak ich głos jest mocny, to oni nadają ton środowisku. Oni inicjują uchwały zgromadzeń poszczególnych sądów, okręgów i apelacji w obronie Konstytucji i niezawisłego sądownictwa. Oni wyznaczają standardy. Ogromnie przy tym ryzykują, bowiem wobec tych, którzy są aktywni, wszczyna się postępowania dyscyplinarne, wzywa na przesłuchania (sędzia Igor Tuleya ma już ich tak dużo, że zaczął się gubić, w jakich sprawach jest wzywany). Poza tym nie tylko „dyscyplinarką” można wykończyć takiego niepokornego sędziego. Można go przenieść do innego sądu, najlepiej gdzieś daleko od domu. Można przerzucić z wydziału do wydziału. Można zawalić sprawami, pozbawić asystenta, żeby przestał się wyrabiać. Zarządzić kontrolę spraw, które prowadził przed laty, żeby się trochę podenerwował. A nóż coś się na niego znajdzie? Może uda się wykazać, że w jakiejś dawno zamkniętej sprawie był zbyt opieszały? Zdarza się – jak w przypadku sędziego Waldemara Żurka, byłego rzecznika Krajowej Rady Sądownictwa – że do tego jeszcze dochodzi wnikliwe prześwietlenie majątku. Nagle do niepokornego sędziego zaczynają się dobijać różne kontrolne instytucje, włącznie z CBA. Można naprawdę niepokornemu dopiec na wiele sposobów.

Kłopoty można mieć już za samo stawanie w obronie Konstytucji. Za noszenie koszulki z napisem KONnsTYtucJA. Ale przede wszystkim kłopoty można mieć a wydanie orzeczenia, które nie jest po myśli rządzących.

 To, że naciski się nasilają zauważa Amnesty International. W tegorocznym raporcie opisuje przypadki postępowań dyscyplinarnych wobec tych, którzy nie poddali się politycznej presji.

 Sędzia Dominik Czeszkiewicz z Suwałk, który uniewinnił działaczy KOD od zarzutu zakłócania porządku publicznego (chodziło o spotkanie ze startującą tam wówczas w wyborach Anną Marią Anders), krótko po tym miał postępowanie dyscyplinarne. Mówił Amnesty International, że trudno pracować w takich warunkach. W zasadzie nigdy nie wiadomo, kiedy, gdzie i skąd nadejdzie cios.

Sędzia Tuleya, który – poza sprawami politycznymi – sądzi w sprawach karnych i często trafiają do niego ciężkie, kryminalne przypadki, mówił w rozmowie z Jarosławem Kuźniarem, że prędzej spodziewałby się pogróżek ze strony przestępców, niż partii rządzącej.

A jednak…

Pocieszające, że choć rządzący gotowi są użyć wszystkich sił i wielu środków, by połamać sędziom kręgosłupy, to większość wciąż trzyma się mocno.

Ewa Siedlecka zaczęła spisywać czyny odważnych sędziów, i bardzo dobrze. Powstała lista z nazwiskami tych, którzy wydali wyrok nie po myśli władzy, tych, którzy już odczuli represje i tych, którzy są najbardziej aktywni w środowisku. Pisząc książkę o zamachu PiS na wymiar sprawiedliwości, Ewa Siedlecka rozmawiała między innymi z sędzią Bartłomiejem Przymusińskim, członkiem Zarządu Stowarzyszenia Iustitia. Powiedział jej: „Strachu nie odczuwam, bo nie wyobrażam sobie, że mógłbym się zachowywać inaczej. W czasie wojny mówiono, że najlepszym żołnierzem jest ten, który nie liczy na to, że wróci do domu”. Założył więc, że przyjdzie mu za to, co robi, zapłacić nawet najwyższą zawodową cenę. Będzie walczył, jak ten żołnierz, bez nadziei, że ujdzie cało. Sędzia Tuleya – jeśli chodzi o własny los – też bierze pod uwagę najgorsze, czyli to, że go wyrzucą z sądownictwa. Ale uważa, że lepiej tak, niż zapomnieć o zasadach i prawie czyli ulec, ułożyć się, cofnąć. – Jeżeli się cofniemy – twierdzi – to już zawsze będziemy się cofali. Jakiekolwiek ustępstwa spowodują, że ten świat będzie już po prostu inny.

Nareszcie decyzja prezydenta miasta Rafała Trzaskowskiego (gratuluję zwycięstwa w wyborach), którą rozumiem i popieram w całej rozciągłości.

Kamil Dąbrowa – znany dziennikarz radiowy i były dyrektor kilku stacji, w tym Programu I Polskiego Radia (skąd go wymiotła „dobra zmiana” PiS) – został kierownikiem biura prasowego warszawskiego Urzędu Miasta, czyli rzecznikiem prezydenta stolicy. To naprawdę dobra zmiana. Nie chodzi o to, że lepsza od poprzedniej (poprzedniego rzecznika nie kojarzę), ale to dobra zmiana w sztafecie. (Dąbrowa wie, co to znaczy, w końcu to kibic i maratończyk). Gdyby Platforma miała więcej takich twarzy, byłaby spokojniejsza o wynik wyborów.

Twarzami ratusza stają się panowie po czterdziestce (przydałaby się i Syrenka w tym gronie), jeszcze młodzi, mogliby być moimi synami, dobrze wykształceni (Rafał z doktoratem, Kamil po filozofii), a już z dużym, różnorodnym i kompatybilnym doświadczeniem – Rafał w dziedzinie spraw międzynarodowych, dobrze zorientowany za granicą, Kamil bardziej miejscowy, dobrze czuje miasto i nastroje, czego dowody daje m.in. w programie TVN „Szkło kontaktowe”. Obu trudno nazwać „aparatczykami”, którzy dostali swoje za „wysługę lat”.

Obaj dają nadzieję, że wbrew zapowiedziom prezesa nie będzie „Budapesztu w Warszawie”. (Nie mam nic przeciwko Budapesztowi poza jego polityką). Rafała i Kamila czeka trudny rok, a jeśli źle pójdzie – to dłużej. „Partia i rząd” nie ukrywają, że będą rzucać kłody pod nogi „wrogim” samorządom. Prezes ma świetną pamięć, a klęska Patryka Jakiego wymaga pomszczenia, wszak zemsta jest ucztą bogów. Chcieliście rządzić – to my wam pokażemy.

W wyborach samorządowych wyraźnie zapowiadali, że więcej pieniędzy dostaną samorządy, które „dobrze współpracują” z rządem. Nie wątpię, że tym razem partia i rząd dotrzymają słowa, zrobią, co w ich mocy, by prezydentom Warszawy i innych miast (tych nie z talii PiS) utrudnić wykonanie zobowiązań i obietnic wyborczych. By oskubać „niesłuszne” samorządy i nagrodzić swoich, żeby mieli się czym pochwalić przed następnymi wyborami. Żłobki, przedszkola, szpitale, metro, mieszkania, prywatyzacja, nazwy ulic, teatry, wywóz śmieci, polityka historyczna, deglomeracja, pomniki, łuki triumfalne – wszystko jest areną w tym najbardziej z upolitycznionym z miast polskich.

Tandem Rafał i Kamil daje nadzieję. Piszę o nich po imieniu, choć prezydenta miasta nie mam nawet zaszczytu znać, ale to dlatego, że mógłbym być ich ojcem i będę ich rozliczał z polityki… senioralnej! Dostajecie stolicę piękniejszą niż kiedykolwiek (choć miejscami zepsutą) – postarajcie się jej nie spaprać. Liczę na Was!

Naczelny Sąd Administracyjny zgodził się, aby wyniki kontroli prowadzonych przez Kancelarię Premiera w ostatnich czterech latach zostały ujawnione. „Wyrok ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – pisze dzisiejsza „Rzeczpospolita”

Generalny Inspektor Danych Osobowych przegrał z Kancelarią Premiera sprawę o ochronę danych osób publicznych – dowiedziała się gazeta, która wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego nazywa „bezprecedensowym”.

Naczelny Sąd Administracyjny oddalił kasację GIODO, uznając, że prywatność osób publicznych jest ograniczona. Chodzi o ujawnienie wyników kontroli w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w 2013 r., wyrok sądu ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – czytamy.

Spór trwał cztery lata. „Spowodował, że rząd (najpierw Ewy Kopacz, a potem Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego) zaprzestał publikować wyniki wszystkich przeprowadzonych kontroli w ministerstwach, agencjach i instytucjach, tłumacząc, że czeka na wytyczne sądu, jak i co może ujawniać publicznie” – pisze „Rzeczpospolita”, dodając że podobnych kontroli przeprowadza się kilkadziesiąt rocznie.

Gazeta przypomina, że przyczyną powstania sporu był opublikowany w 2013 roku artykuł w „Rzeczpospolitej”, dotyczący „nepotyzmu i kumoterstwa w agencji rolniczej”. Jak pisze autor artykułu, „raport miał nie ujrzeć światła dziennego, jednak pod naciskiem opinii publicznej, opozycji (PiS), ale też osób, których raport dotyczył, zdecydował się go opublikować szef kancelarii premier Ewy Kopacz, Jacek Cichocki” – przypomina gazeta. Raport zniknął z biuletynu informacji publicznych w związku ze skargą związków zawodowych z Agencji, które „doniosły GIODO, że KPRM złamał prawo, ujawniając dane osób członków ich rodzin, które nie piastują funkcji publicznych”.

Jak podaje „Rzeczpospolita”, GIODO w październiku 2014 r. uznał, że publikacja narusza prawo do prywatności innych osób i nakazał usunięcie tych informacji. KPRM się odwołał, ale GIODO podtrzymał swoją decyzję. Rok później sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który wyrokiem z marca 2016 uchylił decyzje inspektora danych osobowych. GIODO i ARMiR złożyły od skargi kasacyjne. Sprawa w NSA czekała na rozpatrzenie dwa lata.

Waldemar Mystkowski pisze o zachowaniach kleru w święta (fragment).

A czym zasłaniają się książęta polskiego Kościoła? Abp Leszek Sławoj Głódź –  jeden z większych grzeszników na łonie Kościoła – stosuje starą psychologiczną sztuczkę: wyparcie. Świadome to kłamstwo, czy też nie, w każdym razie ten człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że ks. Henryk Jankowski był wstrętnym pedofilem i uważa to za manipulację „środowisk wrogich Kościołowi”.

Więc Głódź nie może być zdziwiony, gdy na pasterce oglądał dużo mniejszy tłum wiernych niż kilka lat temu. Głódź nie dorównuje innemu arcybiskupowi, poznańskiemu metropolicie Stanisławowi Gądeckiemu. Ten nie dość, że uważa, aby ofiary pedofilii kleru przyjęły gwałty na sobie za część cierpienia za Kościół, to na pasterce wygłosił kolejne brednie, mianowicie uznał, że „szacunek dla tych, którzy nie są chrześcijanami” jest miękkim totalitaryzmem.

Gądecki ma za złe szkołom, że nie wystawiane są jasełek, a podczas spotkań świątecznych uczniowie i nauczyciele nie dzielą się opłatkiem. Pedofilia jest zbrodnią fizyczną na dzieciach, a indoktrynacja chrześcijańska jest zbrodnią na wnętrzu nieletnich. Muszą to w pierwszym rzędzie zrozumieć polscy politycy, którzy są współodpowiedzialni za to, że kler dopuszcza się zbrodni na młodych Polakach i za to nie odpowiada. Taki oto michałek z podręcznika do katechezy sugerujący uczniom następujący tok postępowania: “postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“.

Kler katolicki i tak poniesie odpowiedzialność za swoje niecne czyny, to jeszcze przed nami, prędzej czy później dojdzie do powstania  komisji państwowej, jak w tylu krajach na świecie – i wówczas kościoły zupełnie opustoszeją. Na razie Głódź, Gądecki i ich pomagierzy Ziemcowie zasłaniają się religią, która powinna zapewniać człowiekowi potrzebę metafizyki, ale w Polsce służy materialności.

Każdy człowiek jest religijny, jak pisał najwybitniejszy znawca religii świata Mircea Eliade. Nie jest to jednak tożsame z potrzebą religii sensu instytucjonalnego. Potrzebę metafizyczną może wypełnić medytacja – coraz powszechniejsza – zastępująca intelektualnie przestarzałe i niestrawne instytucje religijne. A chrześcijaństwo – (cytat-Yuval Noah Harari), zdaniem jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów – „było najbardziej nietolerancyjną i brutalną religią na świecie”. Islam w tym kontekście to betka.

Przed politykami polskimi dużo pracy, aby osądzić Kościół katolicki i odseparować go od polityki, bo grozi nam zapaść nie tylko moralna i aksjologiczna, z którą demokracje zachodnie jakoś sobie poradziły.

Kaczyński w Jachrance, jak w bunkrze fuerera

7 Gru

Więcej >>>

„Przełomowe” wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego okazało się zbiorem wyświechtanych frazesów, półprawd, czy wręcz kłamstw.

Przytoczmy tylko kilka cytatów: „Prawo i Sprawiedliwość w żaden sposób Konstytucji nie łamało”; „Nasze afery przy ich aferach to są małe afery”; – „Działamy zgodnie z zasadami prawa i praworządności, uczciwości i przyzwoitości”.

Więcej >>>

Prezes PiS – na wyjazdowym spotkaniu klubu parlamentarnego tej partii – rozwodził się przede wszystkim nad poczynaniami koalicji PO-PSL. Nie mogło zabraknąć wątku, związanego z przewodniczącym Rady Europejskiej i byłym premierze Polski Donaldem Tuskiem, który zdaniem Kaczyńskiego mógł być zamieszany „w różne rzeczy”.

Oczywiście nie mnie o tym rozstrzygać” – stwierdził prezes, jak zwykle, stosując niedopowiedzenie. Słuchając Kaczyńskiego, można było odnieść wrażenie, że cofnęliśmy się do 2015 r.

Wystąpienie Kaczyńskiego na Twitterze komentowali dziennikarze. – „Wystąpienie Prezesa to reakcja na aferę KNF. To tak wszystkim tym, którzy sądzili, że sprawy nie ma. PiS wie, że na jednym nagraniu się nie skończy i sprawa jest dla obozu władzy poważna, a będzie jeszcze poważniejsza” – Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”;

 „Kaczyński w absolutnej defensywie przed struchlałymi towarzyszami z PIS. Spóźniony, ale przyjmowany przeze mnie z wdzięcznością prezent mikołajkowy. Patrząc na pana prezesa odczuwam coś na kształt satysfakcji. Tak wygląda strach” – Tomasz Lis z „Newsweeka”;

„Mam wrażenie, że niektórzy klaszczą, ale tak bez przekonania” – Marek Kacprzak z Polsatu;  –

„Czyli PO-PSL to szatany, a my jesteśmy super i przestańcie gadać, że łamiemy konstytucję, bo to psuje nam nastrój. Tak btw – jaki jest efekt słynnego audytu rządu poprzedników, jeśli chodzi o liczbę zawiadomień do prokuratury i postawionych zarzutów?” – Tomasz Żółciak z „Dziennika Gazety Prawnej”.

Kaczyński: nie jesteśmy aferzystami, dajcie nam wygrać, wsadzimy Tuska

7 Gru

Więcej Kaczyńskiego tutaj >>>

>>>

Czy rząd PiS to rząd mafii?

14 List

„Gazeta Wyborcza” ujawniła nagranie z rozmowy szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego z właścicielem Getin Noble Banku Leszkiem Czarneckim, w której padła – tak przynajmniej to na pierwszy rzut oka wygląda – propozycja złożenia okupu przez biznesmena w zamian za to, że Komisja nie będzie utrudniać procesu restrukturyzacji jego grupy bankowej: „Więc ja uważam, że jesteśmy w stanie ten bank wyprowadzić na prostą i pomóc po prostu zrealizować ten transfer panu” – mówi szef KNF.

Okup czy – jak kto woli – propozycja korupcyjna miałaby zostać złożona w formie zatrudnienia, za równowartość jednego procenta wartości banku (ok. 40 mln zł), wskazanego przez Chrzanowskiego człowieka. Skojarzenie z korupcyjną misją Lwa Rywina wobec koncernu Agora w zamian za uchwalenie korzystnej dla Agory ustawy narzuca się nieodparcie.

Nagranie trafiło właśnie do prokuratury. Z doniesieniem o podejrzeniu korupcji polegającej na „uzależnieniu wykonania czynności służbowej, tj. wsparcia i zatwierdzenia procesu restrukturyzacji Banku, w tym zapewnianie opieki ze strony KNF nad przebiegiem restrukturyzacji, od otrzymania przez radcę prawnego Grzegorza Kowalczyka wskazanej powyżej korzyści”.

W praworządnym państwie sprawę można by uznać za załatwioną, bo od badania, czy miało miejsce przestępstwo, jest właśnie prokuratura. Tyle że polska prokuratura jest teraz organem politycznym, podległym rządzącej ekipie. A ta z kolei jest stroną w sprawie. Tak jak była stroną np. w śledztwie o głosowanie „kolumnowe” w Sejmie w grudniu 2016 r. czy o brak publikacji przez premier Beatę Szydło wyroków Trybunału Konstytucyjnego. A więc prokuratura powinna się wyłączyć od tej sprawy – co, oczywiście, ani teoretycznie, ani praktycznie nie jest możliwe. To może być jedynie postulat na przyszłość – czyli, jak mówią prawnicy, de lege ferenda – żeby przywrócić niezależność polityczną prokuratury.

Oczywiście w interesie obecnej władzy może być, by prokuratura dopatrzyła się przestępstwa po stronie szefa KNF, by w ten sposób zamknąć temat i pokazać, że karzące ramię sięga także „swoich”.

Tyle że to nie załatwia sprawy. Jak w sprawie Rywina pozostaje kwestia, czy działał w imieniu „grupy trzymającej władzę”. Bo historia z bankiem Czarneckiego dzieje się w atmosferze głoszenia przez partię rządzącą postulatów „repolonizacji” banków, która de facto polega na przejmowaniu ich przez banki, nad którymi kontrolę ma skarb państwa. Zarysowany przy okazji Getin Noble Banku scenariusz wygląda tak, że z pomocą KNF zablokuje się decyzje restrukturyzacyjne i inne naprawcze, doprowadzając bank na skraj bankructwa – i wykupi za symboliczną kwotę.

Nawet gdyby rzecz nie wypełniała znamion przestępstwa nadużycia władzy, to i tak należy wyjaśnić, czy tak właśnie – przez ekonomiczne niszczenie prywatnych podmiotów – władza polityczna realizuje swoje pomysły gospodarcze.

Dlatego należy żądać powołania sejmowej komisji śledczej. Nie ma wielkiej nadziei, że przyjęłaby ona raport stwierdzający nadużycia władzy, gdyby takie w toku jej prac się ujawniły. Chodzi o samo ujawnienie okoliczności. Śledztwo okrywa tajemnica śledztwa, a funkcjonariusz rządu, jakim jest prokurator generalny, może informacje z niego ujawniać opinii publicznej, dowolnie je selekcjonując. I w ten sposób kształtować wiedzę opinii publicznej. Komisja śledcza może działać jawnie, a to, co się w trakcie jej prac okaże, każdy będzie mógł ocenić sam. Komisja to w dzisiejszej Polsce – obok dziennikarstwa śledczego, prywatnych pozwów oraz aktów oskarżenia do sądu rozpatrywanych na jawnych rozprawach – jedyny sposób społecznej kontroli nad działaniami władzy tam, gdzie w grę wchodzi podejrzenie łamania przez tę władzę prawa.

Jeśli wniosek o komisją śledczą się pojawi i zostanie przez PiS w głosowaniu odrzucony, będzie to oczywisty przed wyborami parlamentarnymi sygnał, że partia kontroli społecznej się boi. I że ma po temu powody.

Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, złożył dymisję z zajmowanej funkcji. To pokłosie publikacji wtorkowej „Gazety Wyborczej”. Leszek Czarnecki, właściciel Getin Banku i Idea Banku, twierdzi, że Chrzanowski podczas marcowego spotkania zaoferował mu przychylność „i życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji tych banków”. W zamian Czarnecki miałby zatrudnić w Getin Noble Banku wskazanego przez Chrzanowskiego prawnika z pensją uzależnioną od wyników. Według gazety „Gazety Wyborczej”, która opisała sprawę, chodzi o ok. 40 mln zł. Komisja Nadzoru Finansowego odrzuciła te oskarżenia. W rozmowie nagranej przez Czarneckiego padają jednak ważne nazwiska. Kim są ci ludzie?

Czy zniknie ostatni prywatny polski bank?

Leszek Czarnecki

Rocznik 1962. Jeden z najbogatszych Polaków, jego majątek wyceniany jest dziś na 2,2 mld zł. Ma większościowe udziały w Getin Noble Bank, Geting Holding, MW Trade, Open Finance oraz Idea Bank. Jest absolwentem Politechniki Wrocławskiej (Wydział Inżynierii Sanitarnej), ma doktorat obroniony na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, ukończył także Harvard Business School.

Karierę biznesową zaczynał w latach 80., zakładając firmę zajmującą się pracami podwodnymi (sam jest pasjonatem nurkowania, rekordzistą Polski i świata w tej dziedzinie). W 1991 r. założył Europejski Fundusz Leasingowy, pierwszą największą firmę tego typu w Polsce (sprzedał ją 10 lat później za 900 mln zł bankowi Crédit Agricole, po czym zaczęto porównywać go do mitycznego Midasa, który zamieniał w złoto wszystko, czego się dotknął). Działa w sektorze bankowym, ubezpieczeń, w biznesie leasingowym, pośrednictwie, nieruchomościach. Jest autorem kilku książek na temat biznesu.

W 2008 r. w obliczu kryzysu finansowego hiszpańska grupa La Caixia wycofała się z transakcji jego Getin Banku, która miała opiewać na 2 mld zł. „Nad imperium Czarneckiego słońce zaczęło zachodzić – pisała niedawno Joanna Solska. – Niedawny pupil rynków, zarażający inwestorów swoim entuzjazmem, bo wszystko, czego się dotknął, zamieniał w złoto, obecnie spotyka się raczej z nieufnością. Ci, którzy dzięki niemu dorobili się fortun, już go opuścili. Teraz przybywa przekonanych, że przez niego stracili. Klienci grożą pozwami zbiorowymi. Ogromne zaufanie, którym się cieszył, topnieje. A w świecie finansów jeśli zaczyna brakować zaufania, pieniądze również szybko się kończą”. Prywatnie jego żoną jest dziennikarka TVN Jolanta Pieńkowska. Na co dzień małżeństwo mieszka we Francji i na Florydzie.

Co dalej z Getinem?

Marek Chrzanowski

„Nie rozważam rezygnacji” – napisał w esemesie do dziennikarza RMF FM szef KNF. Szef Komisji Nadzoru Finansowego wraca natychmiast z Singapuru do Polski, by złożyć premierowi wyjaśnienia po wtorkowej publikacji „Gazety Wyborczej”. Chrzanowski ma 37 lat i pochodzi z Mielca. Jest specjalistą od polityki podatkowej i pieniężnej. Doktorat obronił w 2006 r. w Szkole Głównej Handlowej, a w 2017 r. habilitował się na tej samej uczelni.

Chrzanowski od ponad dwóch lat jest szefem KNF. Został powołany na to stanowisko – na pięcioletnią kadencję – przez premier Beatę Szydło 13 października 2016 r. Wcześniej przez kilka miesięcy (od stycznia do października 2016 r.) był członkiem Rady Polityki Pieniężnej, do której został powołany jako kandydat PiS.

Już dwa lata temu o Chrzanowskim zrobiło się głośno w związku z odwołaniem go z Rady Polityki Pieniężnej, czemu towarzyszyły dość nietypowe okoliczności. Najpierw, na początku września 2016 r., sam złożył rezygnację z zasiadania w Radzie, co tłumaczył względami osobistymi. Gdy senacka komisja miała się zająć jego wnioskiem o odwołanie, niespodziewanie wycofał swój wniosek. Stwierdził, że „przyczyny osobiste ustały”. Po paru dniach ponownie złożył rezygnację. Wcześniej tylko raz zdarzyło się, by ktoś dobrowolnie zrezygnował z zasiadania w Radzie (uczyniła to Zyta Gilowska, ale zmusiła ją do tego choroba).

W październiku 2015 r. Chrzanowski został członkiem Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez prezydenta Andrzeja Dudę. Jest koordynatorem sekcji „Gospodarka, praca, przedsiębiorczość”. Od 2009 r. przez siedem lat kierował pracami Instytutu Gospodarki Narodowej. To stowarzyszenie zajmujące się prowadzeniem badań oraz propagowaniem strategii w życiu gospodarczym. Był też przewodniczącym Sekcji Biznesu Międzynarodowego Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Wypowiadając się publicznie, deklarował się jako zwolennik planu Mateusza Morawieckiego, który opisywał jako „kompetentny, spójny i przejrzysty”. „Wydaje mi się – połączenie dialogu, zaufania z twardymi instrumentami, przedstawionymi przez pana premiera Morawieckiego – szansą na to, byśmy w przyszłości go wspominali jako osobę, która zmieniła polską politykę gospodarczą, tak jak Władysław Grabski” – mówił dwa lata temu podczas posiedzenia Narodowej Rady Rozwoju. Podkreślał także, że dla działalności firm kluczowa jest stabilność otoczenia prawnego, a panująca wśród przedsiębiorców niepewność odnośnie do przyszłych warunków prowadzenia działalności gospodarczej przekłada się na ich decyzje inwestycyjne. Jednak raczej nie o taką stabilność prawną, którą proponował Leszkowi Czarneckiemu, powinno mu chodzić.

Zdzisław Sokal

Szef Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG). Z nagrania rozmowy Czarneckiego z Chrzanowskim wynika, że ten ostatni proponował temu pierwszemu m.in. usuniecie z KNF Zdzisława Sokala. Sokal jest przedstawicielem prezydenta w komisji. Jest też zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo. „Między nami, to Zdzisław [Sokal] ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwot dwóch miliardów złotych. Czyli już ten bank, który to przejmie” – tłumaczył Chrzanowski Czarneckiemu. Obaj rozmówcy oceniają ten plan jako niezgodny z prawem. Sokal (rocznik 1958) jest absolwentem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Całe jego życie zawodowe związane jest z finansami: pracował w przedsiębiorstwie konsultingowym i w bankowości (m.in. w Kredyt Banku), kierował firmą brokerską.

W 2007 r. prezydent Lech Kaczyński powołał go na stanowisko członka zarządu NBP. W 2015 r. został doradcą społecznym prezydenta Andrzeja Dudy i jego przedstawicielem w Komisji Nadzoru Finansowego. W lutym 2016 r. został członkiem zarządu Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, a kilka miesięcy później jego prezesem.

Grzegorz Kowalczyk

Marek Chrzanowski, przewodniczący KNF, w rozmowie z Leszkiem Czarneckim wskazał na Grzegorza Kowalczyka jako na osobę, którą szef Getin Noble Banku powinien zatrudnić przy obsłudze prawnej banku. „Starał się narzucić ustalenie dla Grzegorza Kowalczyka (…) prowizyjnego wynagradzania (…), a nawet wysokość jego wynagrodzenia, rażąco wygórowanej w odniesieniu do warunków rynkowych, gdyż 1 proc. skapitalizowanej wartości Getin Noble Bank SA to około 40 milionów złotych” – wynika z zawiadomienia do prokuratury, do którego dotarła „Gazeta Wyborcza”.

„On byłby na pewno wdzięczny. (…) Mógłby się zająć jedną sprawą od początku do końca, innych spraw – że tak powiem – nie brać w tym czasie (…). Wiem, że ten proces restrukturyzacji jest procesem, powiedzmy, skomplikowanym, tak? Nie wiadomo, jak za kilka lat będzie wyglądała sytuacja w banku, tak? No bo są pewnego rodzaju ryzyka, więc ja tak np. u siebie ludzi wynagradzałem w firmie, że też wynagradzałem ich zadaniowo” – tak mówił o Kowalczyku szef KNF.

Grzegorz Kowalczyk prowadzi kancelarię prawną w Częstochowie. W lutym 2017 r. – ku zdziwieniu środowiska biznesowego – został członkiem rady nadzorczej Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Rekomendował go państwowy bank PKO BP. Po czterech miesiącach jego kariera w WGPW się skończyła.

W latach 2008–12 zasiadał w radzie nadzorczej Zakładów Wyrobów Cukierniczych „Miś” w Obornikach Śląskich. Zakłady te do niedawna należały do Grupy Delic-Pol, należącej z kolei do częstochowskiej rodziny Czuprynów: Zbigniewa Czupryny, Andrzeja Czupryny, Marka Czupryny i Stanisława Czupryny. Kowalczyk się z nimi przyjaźnił, a ich córka Joanna jest żoną Chrzanowskiego. Kowalczyk i szef KNF mieli się poznać cztery–pięć lat temu.

W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Grzegorz Kowalczyk zaprzeczył, że prosił Marka Chrzanowskiego o wstawiennictwo w załatwieniu jakiejkolwiek posady. Prezes KNF miał to zrobić za jego plecami.

Filip Świtała

Były wiceprzewodniczący KNF, który został powołany na to stanowisko w lutym 2017 r. Odpowiadał za nadzór nad pionem bankowym. W KNF pracował od 2011 r. w Departamencie Bankowości Komercyjnej i Specjalistycznej oraz Instytucji Płatniczych Komisji Nadzoru Finansowego. W materiale „Gazety Wyborczej” Świtała występuje jako osoba, którą w Idea Banku chciał zatrudnić Leszek Czarnecki.

Rzecznik KNF Jacek Barszczewski twierdzi, że podczas spotkań z Czarneckim Chrzanowski „został poinformowany o woli zatrudnienia w Idea Banku byłego zastępcy Przewodniczącego KNF p. Filipa Świtały w roli osoby odpowiedzialnej ze kwestie restrukturyzacji banku i funkcjonowania audytu”. Szef KNF miał kilka razy zanegować kandydaturę Świtały „z oczywistych powodów związanych z potencjalnym konfliktem interesów”.

Leszek Czarnecki potwierdził „GW”, że latem 2017 r. rozmawiał z szefem KNF o zatrudnieniu Świtały w Idea Banku na stanowisku szefa audytu, ale od lata 2017 r. „temat zatrudnienia Świtały nie wrócił i nie był poruszany w czasie rozmowy 28 marca br.”.

Rozmowa prezesa Getinu z szefem Komisji Nadzoru Finansowego może spowodować polityczne trzęsienie ziemi – przede wszystkim za sprawą polecenia przez Marka Chrzanowskiego usług adwokata Grzegorza Kowalczyka za cenę, bagatela, 40 mln zł. Ma to oczywiście związek z bardzo trudną sytuacją bankowej grupy Czarneckiego, która walczy dziś o przetrwanie. A skoro walczy, to potrzebuje sojuszników, w tym kogoś tak ważnego jak przewodniczący KNF. Tym bardziej że – jak dowiadujemy się z długiej rozmowy – są tacy, którzy mają zupełnie inny pomysł na przyszłość Getinu.

Czy zniknie ostatni prywatny polski bank?

Ten „dobry” i ten „zły”

Właśnie ten wątek powinien zostać szczególnie dokładnie zbadany, bo budzi poważne kontrowersje. A jego możliwe konsekwencje mogą być dla nas wszystkich daleko poważniejsze niż sama „rekomendacja usług prawniczych”, która jest oczywiście niebywałym skandalem i nigdy nie powinna paść z ust osoby pełniącej tak ważną funkcję. Marek Chrzanowski wielokrotnie wymienia w rozmowie Zdzisława Sokala, członka KNF reprezentującego prezydenta, a równocześnie człowieka będącego przewodniczącym Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. O ile Chrzanowski jest tym „dobrym”, który chce pomóc Czarneckiemu, to już Sokal ma być „złym”, bo podobno prze w kierunku upadłości Getinu, a następnie jego przejęcia przez państwo za złotówkę.

W tym scenariuszu Getin trafiłby zapewne do jednego z banków kontrolowanych przez PiS, np. do Pekao SA, który uzyskałby na tę transakcję wsparcie ze strony BFG, zarządzanego właśnie przez Zdzisława Sokala. Wiemy, że partia rządząca od dawna postuluje polonizację sektora bankowego, która w jej wykonaniu zamieniła się w nacjonalizację. Skarb państwa kontroluje dziś nie tylko PKO BP, ale też „odzyskany” od Włochów Pekao SA czy „uzyskany” (bo polski kapitałowo nigdy nie był) Alior Bank. Trudno jednak przejęcie Getinu nazywać polonizacją, skoro to akurat bank już teraz jak najbardziej polski – mający polskiego właściciela, zarządzany w Polsce i będący jedynym dużym, prywatnym, polskim kapitałowo podmiotem na naszym rynku finansowym. Do tego próbującym ekspansji zagranicznej, choć z dość marnymi skutkami.

Banki w tarapatach

Prawdą jest, że Getin, a także drugi mniejszy bank należący do Leszka Czarneckiego, Idea, znajdują się w poważnych tarapatach. Sam Getin miał w ubiegłym roku stratę sięgającą prawie 600 mln zł, fatalne wyniki opublikowała również Idea. Oba banki realizują programy naprawcze, a niedawno Czarnecki ogłosił, że je ze sobą połączy. W ten sposób łatwiej ma im być przetrwać nawałnicę. Na warszawskiej giełdzie Getin Noble i Getin Holding należą do spółek groszowych, czyli takich, których akcja kosztuje mniej niż złotówkę. Jakby mało było problemów, Idea Bank ucierpiał mocno przy okazji ostatniej afery Get Backu, bo chętnie sprzedawał feralne obligacje.

Wsparcie Komisji Nadzoru Finansowego w takim trudnym momencie jest dla Czarneckiego bardzo ważne. Marek Chrzanowski powinien być jego sojusznikiem niezależnie od wszystkich okoliczności. A polskie państwo musi zrobić wszystko, aby pomóc polskiemu biznesmenowi, nawet jeśli rządzącym obecnie politykom nie po drodze z nim ideologicznie. Nie jest bowiem w interesie konsumentów, aby zniknęła kolejna ważna instytucja finansowa, połknięta przez jednego z gigantów. Upadłość tak dużego, znanego i ważnego banku, nawet kontrolowana, mogłaby spowodować zupełnie niekontrolowaną panikę, a na pewno naruszyłaby zaufanie wielu Polaków do banków. Poza tym co najmniej niebezpieczne dla stabilności sektora wydaje się dalsze wzmacnianie podmiotów kontrolowanych przez państwo. I to niezależnie od tego, kto jest w danym momencie u władzy.

„Wyborcza”: Leszek Czarnecki oskarża KNF o próbę korupcji

Zdzisław Sokal, doradca prezydenta Dudy i prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, miał „lobbować w Komisji Nadzoru Finansowego na rzecz doprowadzenia do upadłości Getin Noble Banku i odkupienia go za symboliczną kwotę”.

Tak wynika z kolejnego zawiadomienia do prokuratury, które złożył Roman Giertych, pełnomocnik właściciela tego banku Leszka Czarneckiego. Na nagranej przez Czarneckiego rozmowie pada zresztą z ust Chrzanowskiego, że Zdzisław Sokal „ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść”.

Roman Giertych, który był gościem TVN 24, publicznie zadał pytanie prezesowi NBP Adamowi Glapińskiemu: „Czy prawdą jest, że na spotkaniu z Leszkiem Czarneckim powiedział pan: sprawę pana Sokala rozwiążemy we własnym zakresie, albowiem jest to nasz wewnątrzpartyjny problem”. Glapiński to bardzo bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, razem z nim tworzył Porozumienie Centrum.

„Zabrzmiało to tak, jakby ów Sokal był gościem z partyjną misją doprowadzania prywatnych banków do upadku i ich renacjonalizacji za złotówkę. Jeśli tak by było, to nie mogłoby to być zdecydowane inaczej, jak osobistą decyzją JK” – skomentował na Twitterze Waldemar Kuczyński. A inny internauta skomentował: – „No i teraz pan prezes ma zagryzkę, czy Czarnecki ma to na taśmie czy można iść w zaparte ze ściemnianiem. Komuś dziś ciśnienie mocno skoczy”.

Jak się okazuje – miał rację.

Mateusz Morawiecki zwołał właśnie pilne spotkanie z prokuratorem generalnym Zbigniewiem Ziobrą, koordynatorem ds. służb specjalnych Mariuszem Kamińskim oraz szefami służb.

Prawnik Grzegorz Kowalczyk, który miał zostać zatrudniony w Getin Banku, twierdzi, że nie wiedział o rozmowach na jego temat prowadzonych przez szefa KNF Marka Chrzanowskiego z Leszkiem Czarneckim. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” przyznał, że od kilku lat utrzymuje z rodziną Chrzanowskich „stosunki osobiste”. – „Znam małżonkę pana Chrzanowskiego, to jest córka moich przyjaciół” – powiedział. Utrzymuje, że nie szukał zajęcia w Warszawie, bo prowadzi kancelarię w Częstochowie.

Przyznał, że nie zna się na restrukturyzacji banków, ale na samej bankowości chyba jednak tak, skoro – jak ustaliła „GW” Kowalczyk zasiada w radzie nadzorczej Plus Banku.

Należy on do Zygmunta Solorza-Żaka, właściciela m.in. Polsatu. Na pytanie Agnieszki Kublik: – „Dlaczego prawnicy Solorza zwrócili się akurat do pana? Kto pana im rekomendował?”, Kowalczyk odparł: – „Ja myślę, że na tym skończymy tę rozmowę”.

„To interesujące raczej, że prawnik, który miał znaleźć zatrudnienie w Getinie, dostał je w innym prywatnym banku, którego właściciel czeka na pozytywne rozstrzygnięcie różnych decyzji organów państwowych. Państwo mafijne PiS ;)”;

„Czyżby dlatego Polsat zrobił się ostatnio przybudówką TVPIS?”; – „Podsumujmy. Solorz dostaje zgodę na przejęcie Netii. Prawnik od szefa KNF pracuje w Banku Solorza. Morawiecki zapowiada zgodę na kopalnię odkrywkową Ościsłowo, którą Solorzowi rok temu zablokowali. Ale oczywiście to wszystko przypadki” – komentowali internauci na Twitterze.

Więcej o tej największej aferze korupcyjnej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przyspieszonych wyborach, które szykuje Jarosław Kaczyński (fragment).

PiS Polską raczej się nie martwi. Oni martwią się o władzę, o koryto, a scenariusz kampanijny nie jest dla nich korzystny. Mogą więc zechcieć zawrócić bieg wydarzeń. Najpierw jednak zmierzą się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, który w najbliższy piątek wysłucha stron w sprawie decyzji dotyczącej zawieszenia stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

(…)

Na agendę wchodzi – na razie jako tajemnica poliszynela – temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które mają swoją kolej po wyborach do europarlamentu, ale przecież nie muszą. Mogą być już wiosną 2019 roku, gdy Komisja Europejska za sprawą wyroku TSUE jeszcze nie wdroży sankcji.

Już raz Kaczyński na przyspieszeniu wyborów przewiózł się w 2007 roku. Dzisiaj jednak jeszcze Tuska w Polsce nie ma, 2,5 letnia kadencja w Brukseli kończy mu się na jesieni 2019 roku.

Tusk ma świadomość, że Kaczyński coś szykuje, dlatego usłyszeliśmy w Łodzi podczas Igrzysk Wolności tak zdecydowane jego słowa o sytuacji w Polsce i demonstracyjną solidarność z Grzegorzem Schetyną w sprawie jednoczenia opozycji. Ciągle do odwrócenia jest fatalna sytuacja Polski na zewnątrz, której losy się ważą, czy pozostanie liczącym się graczem na Zachodzie, czy zostanie wepchnięta przez PiS w łapy Kremla.