Tag Archives: Justyna Koć

Syn Kuchcińskiego, Zero Morawiecki i łapy Kremla

7 Sier

Polityk PSL podzielił się tymi informacjami w programie Poranek Radia TOK FM. „Jeżeli dzisiaj dyskutujemy o demoralizacji marszałka Kuchcińskiego, to może warto by było zapytać, gdzie mieszka pracujący syn marszałka. Czy w mieszkaniu sejmowym, które marszałek Kuchciński ma ze środków sejmowych, nie zamieszkuje cała jego rodzina? Zapytajcie państwo, czy przypadkiem w mieszkaniu służbowym Kuchcińskiego nie mieszka cała jego rodzina. Jeśli osoba pracująca, korzysta z mieszkania, które należy do posła, to jest kolejne nadużycie władzy” – stwierdził poseł.

Doniesienia Sawickiego wywołały spore zamieszanie na Twitterze. Większość internautów jest po prostu oburzona postawą Kuchcińskiego. „Panie Krzysztofie Brejza czy można sprawdzić kto mieszka w służbowym mieszkaniu, marszałka Kuchcińskiego? Jak podaje Radio TOK FM podobno lokal na nasz koszt zamieszkuje syn marszałka z rodziną. Czy ich też podatnik ma utrzymywać” – zapytała jedna z użytkowniczek serwisu.

To nie koniec szokujących doniesień. Jak się okazuje, „afera samolotowa” marszałka jeszcze się nie zakończyła. Do nowych informacji w tej sprawie dotarli dziennikarze „Faktu” i RMF FM. W drogich wyprawach Kuchcińskiemu towarzyszyć mieli prominentni politycy partii rządzącej, w tym Stanisław Piotrowicz, Krystyna Wróblewska, Bogdan Rzońca i Zdzisław Krasnodębski. W podniebnych podróżach uczestniczyły również małżonki Krasnodębskiego i Piotrowicza.

Wspólne loty Kuchcińskiego i Wróblewskiej były już wcześniej opisywane w mediach. Wszystko za sprawą głównej zainteresowanej, która opublikowała w social mediach zdjęcia z pokładu samolotu. Na fotografiach widoczny był także poseł Piotrowicz.

Także te informacje nie przyniosły PiS-owi pochlebnych wypowiedzi. „Loty marszałka zamieniają się w loty rodzinne PiS. – Kuchciński z żoną – Piotrowicz z żoną – Krasnodębski z żoną Oraz Krystyna Wróblewska i Bogdan Rzońca. Zapamiętajcie te nazwiska. Codziennie pracujemy, płacimy podatki żeby oni mogli się bawić. Praca, pokora, umiar” – tymi słowami jedna z internautek skomentowała wyczyny polityków „dobrej zmiany”.

O lotach Kuchcińskiego – jak podaje Wirtualna Polska – wiedziano już dwa lata temu, kiedy o sprawie poinformowano kierownictwo Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Formacja jednak zignorowała doniesienia i nie zajęła się sprawą.

Od czasu, gdy premier Morawiecki został jedynką na liście kandydatów do Sejmu w Katowicach, częściej można go spotkać na Śląsku niż gdziekolwiek indziej. Wystarczy zajrzeć w jego grafik, a widać wzmożoną aktywność Morawieckiego właśnie w jego okręgu wyborczym. Stadion Górnika Zabrze, wizyta w Tychach, Jasna Góra, spotkanie z policjantami w Katowicach i harcerzami w Mysłowicach. Truskolasy, gdzie obiecał zbudować boisko, Gliwice i obietnica budowy czołgów, otwarcie autostrady A1, centrum medyczne w Zabrzu, rodzinny piknik w Bojszowach, Tour de Pologne w Katowicach.

Przyglądając się licznym podróżom premiera, zastanawiam się nad źródłem ich finansowania. Trudno nie zadać sobie pytanie, czy te wizyty są związane z obowiązkami premiera czy też to już jego kampania wyborcza.

A jeśli kampania to kto za to płaci? Borys Budka jest przekonany, że „ta niebywała aktywność na Śląsku premiera Morawieckiego to de facto kampania wyborcza i to robiona za środki publiczne”, a jeśli tak, to jest to chyba dość nieuczciwe, bo w tym przypadku całość kosztów powinna pokrywać partia, z której listy premier startuje do Sejmu. Niestety, nie można uzyskać odpowiedzi na te pytanie, bo Morawiecki nie odpowiada na pytania dziennikarzy i, jak to zwykle bywa w czasach rządów PiS, po prostu milczy.

A ja zastanawiam się jeszcze nad jednym. Jak udaje mu się połączyć obowiązki szefa rządu z aktywnością kandydata do Sejmu.  Czy to kandydowanie nie odbywa się kosztem pracy wynikającej z pełnionej funkcji?

Przyznam się, że podobne wątpliwości miałam i w odniesieniu do pani Ewy Kopacz, gdy była premierem i jednocześnie kandydatem do Sejmu, więc to nie jest tak, że się czepiam.

Po prostu chciałbym wiedzieć, kto płaci za podróże Morawieckiego i jak one się mają do jego pracy jako premiera.

Niecodziennym zainteresowaniem cieszy się jedna z najnowszych depesz Associated Press sugerująca, że w obaleniu rządu PO-PSL w 2015 roku „maczali” palce Rosjanie. Informację opublikowały już czołowe amerykańskie dzienniki: „The New York Times” i Washington Post„, odwołując się do książki dziennikarza „Polityki” Grzegorza Rzeczkowskiego.

Autor opisał jak dalece w aferę podsłuchową w latach 2014-2015 zamieszane były polskie służby. Nagrania miały według tych informacji zostać wykorzystane do zdobycia władzy przez PiS.

To zbiegało się z planami Rosji, dla której ówcześnie rządzący byli przeszkodą w sprawach eksportu surowców i realizacji polityki zagranicznej więc ochoczo wykorzystano okazję. Agencja dopuszcza, że mogło to być rosyjskim testem dla kampanii w 2016 roku, w wyniku której Donald Trump został prezydentem USA.

Na dowód, AP powołuje się na słowa Donalda Tuska z 2014 r. „Nie wiem, jakim alfabetem został napisany ten scenariusz, ale wiem dokładnie, kto mógłby być beneficjentem” – ocenił były polski premier w Sejmie tonem sugerującym rosyjski spisek.

W tym kontekście agencja napisała też o aresztowaniu Falenty i jego staraniach o ułaskawienie. W listach do Kaczyńskiego, Dudy i Morawieckiego, odgrażał się on, iż ujawni nazwiska członków rządu PiS, którzy stali za jego rekrutacją.
Aresztowany twierdził, że o podsłuchach w restauracjach wiedzieli politycy PiS, a grupa osób powiązana z prawicą zachęcała do ich kontynuowania, by doprowadzić do upadku rządu PO-PSL.

W listach do prezydenta, premiera i prezesa PiS biznesmen ujawnił szczegóły spotkań. Na razie bez oczekiwanego skutku.

Kończy się druga dekada XXI wieku, a my jesteśmy na etapie „państwa dziadowskiego”! Moralno – etyczna zgnilizna władzy zaczęła rozprzestrzeniać się również na obywateli, którzy zaczynają wsiąkać w bagno owego dziadostwa. Podajmy tu, jako dobry przykład, zdeptanie demokracji i państwa prawa, rozpadającą się armię, ale również niezdolność do przeprowadzenia reformy służby zdrowia, finansów, oświaty, szkolnictwa wyższego i deprecjację wszystkich niemalże uniwersalnych wartości. Podobne przykłady można byłoby mnożyć! Wszystko to nabrało tempa po wygranych przez PiS wyborach z 2015 r. Nie to jest jednak myślą przewodnią tych rozważań! Jest nią kwestia niszczenia morale oraz silnej do niedawna patriotycznej świadomości narodu polskiego. Postępując już od niemal czterech lat haniebnie, pisowska władza dała społeczeństwu przyzwolenie na to, by zatraciło wartości charakteryzujące wszystkie społeczeństwa cywilizowane! Zbrodni, przeciw narodowi, a tym jest to działanie, się nie wybacza! Co takiego się wydarzyło?!

Zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, określoną w tytule tego tekstu jest to, że:

Jarosław Kaczyński i PiS uruchomili mechanizm pozwalający ludziom słabym zerwać z przyzwoitością! Ich sumienia są więc „czyste”, bo akceptacja i przykład dziadostwa idącego z samej góry usprawiedliwia każde, nawet najbardziej podłe, działanie! Brak przyzwoitości połączona ze spolegliwością pisowskiej władzy stał się dziś w kraju nad Wisłą atutem predestynującym do najwyższych nawet zaszczytów, a już na pewno do dostatniego, kosztem reszty społeczeństwa, życia! Za moralny upadek społeczeństwa polskiego odpowiada obecny, niezwykle szkodliwy dla Polski oraz jej bezpieczeństwa, układ rządzący. To hydra, której dotąd nie odcięto jeszcze nawet jednej głowy! Za to przestępstwo zniszczenia wartości narodowych wymienianych, jako niezwykle ważne w procesie tworzenia bezpieczeństwa państwa polskiego powinna spotkać winnych bardzo surowa kara! Tylko głupiec nie rozumie jak ważne są takie kwestie dla więzi i spoistości narodu, jako całości!

Kaczyński lekceważy wszystkich i wszystko; sugeruje publicznie samej prokuraturze czy ta ma go przesłuchać, czy nie! Oczywiste niby przestępstwo, które polegało na wzięciu od austriackiego dewelopera nie ma tu najmniejszych podstaw, aby to poddawać w wątpliwość) koperty z 50 „tysiącami” złotych w ramach łapówki. Druga osoba w państwie, marszałek Sejmu Marek Kuchciński, traktując Polskę jak zwykły folwark „fruwa sobie” luksusowym samolotem za aż 2 miliardy złotych „na rosół” z Warszawy do Rzeszowa, zaś jego żona już sama wraca do stolicy tym samym środkiem lokomocji. Mało tego, ten facet nie ma sobie nic do zarzucenia! Za czasów MON Antoniego Macierewicza, pomocnik aptekarski zwalniał z pracy generałów! Istnieje niemal pewność co do tego, że PiS (nie mówię, że sam o to prosił, ale miał wiedzę o podsłuchach bardzo wysokich przedstawicieli poprzedniej władzy) wygrał wybory parlamentarne przy poparciu służb specjalnych Federacji Rosyjskiej i „mafii sołncewskiej”! Pisze o tym bardzo szczegółowo Tomasz Piątek w swoich dwóch książkach!

Prokuratorzy: generalny Ziobro i krajowy, Święczkowski systemowo oraz permanentnie niszczą organa ścigania i wymiar sprawiedliwości. Stworzyli (według słów prokuratora Krzysztofa Parchimowicza „układ od Tatr do morza”! Najnowszy Raport Prokuratorów Lex Super Omnia udowadnia to i prezentuje w sposób merytoryczny oraz nie budzący najmniejszych wątpliwości. Pytanie nasuwa się samo: gdzie my żyjemy? Czy to jeszcze Polska, czy matrix, w którym za chwilę obudzić się możemy w gułagach i obozach pracy?

Aby naród przetrwał i mógł się pokojowo rozwijać, we współpracy z demokratycznymi państwami Europy i świata, musi mieć podstawy moralno – etyczne na wymaganym w tych czasach poziomie! Poziom obozu rządzącego, tzw. zjednoczonej prawicy – dobrej zmiany – jest prawdopodobnie poziomem najniższym w Unii Europejskiej. Przykłady, niemal codzienne, łamania konstytucji i prawa pochodnego, prześladowanie środowisk prawniczych, w tym zwłaszcza przyzwoitych sędziów i prokuratorów są dowodem na kolejne zbrodnie popełniane na Polakach. Tak popularna już i powszechna polityczna korupcja uwolniła u wielu ludzi najniższe instynkty, na czele z nienawiścią do innych. Zwłaszcza do tych, którzy są inni lub nie godzą się na łamanie przez władzę (przy ścisłej współpracy z hierarchią Kościoła Katolickiego), ogólnie przyjętych i głoszonych przez prawdziwych katolików (choćby Papieża) zasad; wynikających zarówno z przepisów, norm i zwyczajów prawnych, jak też z Dekalogu! Za to grozi odpowiedzialność karna, bo wobec prawdziwego (a nie pisowskiego) prawa, my wszyscy jesteśmy równi! Warto o tym pamiętać panowie Kaczyński, Ziobro, Kuchciński, Święczkowski etc!

Chyba wszyscy eksperci od PR są na wakacjach, a tekst napisał marszałkowi praktykant, ponieważ oświadczenie było raczej z gatunku beznadziejnych. W sytuacji kryzysowej nie postępuje się tak, jak to zrobił marszałek, a dziś słyszymy jeszcze, że zdejmowane są materiały odnośnie do lotów ze strony sejmowej. To zaczyna wyglądać jak taniec paralityków, którzy próbują wyjść z ciemnego pokoju – mówi ekspert od wizerunku i marketingu politycznego dr Mirosław Oczkoś. Rozmawiamy nie tylko o losach marszałka Kuchcińskiego, ale też zastanawiamy się, co powinna zrobić opozycja. – Wystarczy, żeby sięgnęła 4-5 lat wstecz i zobaczyła, co robiło PiS, jak jego politycy wypowiadali się w mediach. Myślę, że wystarczy to skopiować, rozedrzeć szaty i pokazywać, co się dzieje. Ośmiorniczki, które kosztowały 35 zł, są śmieszne, a stanęły w gardle ówczesnej koalicji. Duży rządowy samolot na razie w gardle jeszcze nie stanął – twierdzi rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pan z punktu widzenia marketingu politycznego “przepraszam tych, którzy czują się urażeni” marszałka Kuchcińskiego?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Przyznam, że jestem zaskoczony nie tylko bezradnością marszałka, bo on rzeczywiście sobie nie radzi w wystąpieniach publicznych i tu mieliśmy tego świetny przykład. Marszałek przeczytał coś z kartki, ale jego mowa ciała pokazywała, że robi to pod przymusem. Pewnie kierownictwo PiS-u przystawiło mu pistolet do głowy, może nawet sam Jarosława Kaczyński, i

MARSZAŁEK MUSIAŁ PRZEPROSIĆ, CHOCIAŻ NIE BARDZO SAM CHCIAŁ.

Po drugie, chyba wszyscy eksperci od PR są na wakacjach, a tekst napisał marszałkowi praktykant, ponieważ oświadczenie było raczej z gatunku beznadziejnych. W sytuacji kryzysowej nie postępuje się tak, jak to zrobił marszałek. Można oczywiście zastanowić się, do kogo było adresowane oświadczenie marszałka, bo to też jest ważne, ale bez przesady. W sytuacji kryzysowej jest kilka punktów, nad którymi warto się zastanowić: co się dzieje, dlaczego i co z tego wynika? Nie widzę refleksji nad żadnym z nich, a dziś słyszymy jeszcze, że zdejmowane są materiały odnośnie do lotów ze strony sejmowej. To zaczyna wyglądać jak taniec paralityków, którzy próbują wyjść z ciemnego pokoju.

JEŻELI NAZYWAMY RZECZY PO IMIENIU, A PIS MIAŁ GĘBĘ PEŁNĄ FRAZESÓW W STYLU “WYSTARCZY NIE KRAŚĆ”, “TANIE PAŃSTWO” ITP., TO PAN GRZEGRZÓŁKA PUBLICZNIE KŁAMIE, BO TEGO JUŻ NIE MOŻNA NAZWAĆ MIJANIEM SIĘ Z PRAWDĄ, TYLKO KŁAMSTWEM,

a pani szefowa Kancelarii Sejmu tłumaczy, że “mieliśmy taką wiedzę na stan obecny”, to są to ludzie, którzy nadają się do wymiany.

Usuwanie informacji ze strony to strzał w stopę?
Przyznam, że gdy przeczytałem, że loty nie zgadzają się z wykazem i dokumenty są zdejmowane ze strony Sejmu, to mi ręce opadły. To znaczy, że druga osoba w państwie ma, mówiąc delikatnie, słabe kwalifikacje mentalne i intelektualne do sprawowania tej funkcji. Teraz rozumiemy, dlaczego marszałek się odgrodził w Sejmie: kotary, chodzenie w ochronie, nawet dziennikarze nie mogą podejść do marszałka z pytaniem i już wiemy, dlaczego. Każde pytanie dziennikarskie kładzie pana marszałka na łopatki.

Tu sytuacja jest dużo gorsza dla partii rządzącej, bo niedługo są wybory. Być może tak jak ośmiorniczki były niszczące dla rządu PO-PSL, tak Kuchciński będzie dla PiS-u. Nic tak nie wkurza elektoratu jak nadużywanie władzy, a tu mamy do czynienia z paroma rzeczami na raz. Przede wszystkim

PRZEZ 4 LATA PIS NIE MIAŁ POWAŻNEJ SYTUACJI KRYZYSOWEJ, JEŻELI JUŻ SIĘ COŚ SZYKOWAŁO, TO W ZARODKU BYŁO WYCINANE.

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to “dwie wieże” Kaczyńskiego, ale ponieważ prezes uznał, że nie widzi sensu, aby go przesłuchiwać, sprawa została zamieciona pod dywan. Przypuszczam, że ludzie z PiS-u uwierzyli, że są nieśmiertelni, zresztą każda władza w pewnym momencie tak sądzi i PiS nie jest tu wyjątkiem. Teraz może się okazać, że o jeden raz za dużo, bo samoloty zostały kupione bez przetargu, za co PiS, będąc w opozycji, krytykował bardzo mocno. Pomijam już, że wycięto przy okazji Caracale i nikt już nawet nie jest w stanie zliczyć wszystkich dat, które Antoni Macierewicz podawał jako datę zakupy nowych maszyn.

Teraz kupiono Boeinga i Gulfstreamy bez przetargu i PiS-owi znowu się upiekło, nikt tego nie wałkował. A przypominam, że do tej pory po 1989 roku jak chciano kupić samoloty dla VIP-ów, to natychmiast tabloidy rozpisywały się, ile inkubatorów można za to kupić. Ponadto

MAMY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ KŁAMSTWO.

W PR zawsze powtarzamy, że możesz nie powiedzieć całej prawdy, ale nie kłam, bo kłamstwo prędzej czy później zawsze wypłynie. Do tego wszystkiego bezradność pana marszałka, która zaczyna być porażająca.

Sytuacja rozwija się w taki sposób, że marszałek zaczyna nie dawać wyboru prezesowi Kaczyńskiemu, bo teraz zaczyna to przypominać wielką skórkę od banana, na której PiS może się poślizgnąć. Doradzanie, żeby zdejmować dokumenty ze stron Sejmu, jest absurdem, bo dziś nic w sieci nie ginie.

To nie pierwsza wpadka kancelarii, która wcześniej okłamywała opinię publiczną.
Marszałek Kuchciński wpisuje się tu w szerszy kontekst, i to jest ta druga sprawa, na którą warto zwrócić uwagę. Moim zdaniem ludzie zaczną się przyglądać pozostałym wysoko postawionym ludziom władzy, którzy chyba zapomnieli przestawić wajchę i nie pamiętają, że już nie są w opozycji.

CIĄGLE MÓWIĄ, ŻE “CI RZĄDZĄCY ZA PO TO BYLI STRASZNI”, ALE TO BYŁO 4 LATA TEMU. TERAZ CI RZĄDZĄCY TO ONI.

Proszę zwrócić uwagę, jak wygląda w tym kontekście zaginięcie dokumentów z wypadku pani Szydło, gdzie zaatakował ją seicento. To wszystko zaczyna być groteskowe, a mówimy o 36-milionowym kraju w środku Europy, będącym w NATO itd. To nie jest podwórko z czasów hipisowskich panów marszałków, że szef komuny powie, dokąd idziemy. To jest zarządzanie państwem i jako mieszkaniec tego kraju boję się, że wszyscy ulegli takiemu ubezwłasnowolnieniu Jarosława Kaczyńskiego, który za nich wszystko robi.

Za nich myśli?
Przede wszystkim. I przez to nikt nie musi się zastanawiać, co zrobić, bo i tak zrobi tak, jak uważa prezes. Najpierw mamy 23 loty, marszałek wpłaca 15 tys. na Caritas, teraz okazuje się, że leciała sama żona, to wpłaca 28 tys. I najważniejsza sprawa;

CZĘŚĆ LOTÓW MIAŁA ODBYWAĆ SIĘ ZE STATUSEM HEAD. TO OZNACZA, ŻE NIE WYCIĄGNĘLI ŻADNYCH WNIOSKÓW Z KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ. TO, CO SIĘ DZIEJE, TO LEKCEWAŻENIE INSTRUKCJI.

Zresztą minister Błaszczak najpierw napisał jedną instrukcję HEAD, teraz zapowiedział, że w obliczu kontrowersji lotów marszałka napisze drugą. Naprawdę gratuluję pomysłu. Szczególnie pomysłu, że rodziny mogą latać, jak zapłacą stawkę za bilet tanich linii lotniczych. Powiem szczerze, że jak się na to patrzy, to bardzo wiele pan marszałek i jego otoczenie zrobili, aby sami się kopać po łydkach. I to prezent dla opozycji, która musi tylko to pokazać. Zresztą strategia obrony, że marszałek Borusewicz i Donald Tusk też latali, jest kuriozalna, bo o tym już dziś nikt nie pamięta, a poza tym za tej władzy miało być inaczej.

A może Kuchcińskiemu i PiS-owi to ujdzie na sucho, jak wiele innych afer, bo PiS kupił społeczną moralność transferami socjalnymi?
Oczywiście, że możemy tu spekulować, ale do tej pory wszystko, co wypływało na światło dzienne, co kompromitowało władzę, nie było tak namacalne.

TU POJAWIA SIĘ EWIDENTNE NADUŻYCIE WŁADZY. DODATKOWO LOTY ŻONY BEZ MARSZAŁKA TO ZŁAMANIE PRAWA. PROSZĘ ZWRÓCIĆ UWAGĘ, CO WIDZI PRZECIĘTNY POLAK – MARSZAŁEK KRĘCI.

Skoro nie złamał prawa, jak twierdzi, to po co te wpłaty na Caritas i na fundusz modernizacji sił zbrojnych. Według logiki PiS-u z czasów opozycji, gdy czegoś nie ma, to znaczy że “skradziono” albo “dowody zniszczono”. To wizerunkowa bomba i może się okazać, że to będzie miało znaczenie. Być może marszałek będzie zmuszony do podania się do dymisji.

Wielu spodziewało się, że w poniedziałek poda się do dymisji. To byłoby rozbrojenie tej bomby?
Ja nie spodziewałem się dymisji, bo rzeczywiście wiele rzeczy uchodziło PiS-owi na sucho i uważam, że woda sodowa uderzyła jednak PiS-owi do głowy.

Co się takiego z nami stało, że kiedyś minister Nowak za sprawę zegarka wyleciał z polityki, a marszałek Kuchciński za airtaxi nawet nie podaje się do dymisji?
To jest pytanie bardziej do socjologa, niż specjalisty od wizerunku, ale konstatacja jest smutna, dlatego że przesunęliśmy “granice bólu”.

TO ŚWIADCZY NIESTETY FATALNIE O NAS WSZYSTKICH I WYGLĄDA NA TO, ŻE RACJĘ MIAŁ MATEUSZ MORAWIECKI, ŻE WYSTARCZY DOSTAĆ MISKĘ RYŻU I ŚWIĘTY SPOKÓJ. JAK WŁADZA SIĘ TROCHĘ Z NAMI PODZIELI, TO WSZYSTKO MOŻNA WYBACZYĆ.

To rzeczywiście wygląda na pewne przesilenie i chyba Kaczyński znalazł na to klucz i kupił Polaków ich własnymi pieniędzmi, bo przecież nie swoimi i nie partii. Ogólnie jakość życia publicznego skarlała, co widać chociażby po przeklinaniu w miejscach publicznych. Proszę też pamiętać, do kogo skierowany jest ten przekaz marszałka, np. do chuliganów, których nazywa się dziś patriotami.

Drugą sprawą jest edukacja. Żyjemy w czasach fake newsów i nikt nie uczy nas, jak odróżnić źródła wiarygodne od tych niewiarygodnych. Każdy żyje w swojej bańce informacyjnej, jedni czytają wyłącznie “Gazetę Polską”, inni “Wyborczą”.

Co powinna robić opozycji?
Wystarczy, żeby sięgnęła 4-5 lat wstecz i zobaczyła, co robiło PiS, jak ich politycy wypowiadali się w mediach. Myślę, że wystarczy to skopiować, rozedrzeć szaty i pokazywać, co się dzieje. Ośmiorniczki, które kosztowały 35 zł, są śmieszne, a stanęły w gardle ówczesnej koalicji, a duży rządowy samolot na razie w gardle jeszcze nie stanął.

Reklamy

Zbuki Kuchcińskiego

6 Sier

Podczas wczorajszej komedii, szeroko nazywanej oświadczeniem marszałka Marka Kuchcińskiego, zapowiedziano publikację wykazu lotów. Późnym wieczorem na stronach Sejmu dumnie umieszczono listę 85 połączeń z datami, przebytą trasą, celem podróży i liczbą pasażerów. Wykaz zawiera informacje o podróżach marszałka od marca 2016 r. do lipca 2019 r. Farsa jaka się odbyła na naszych oczach miała prawdopodobnie w zamyśle zamknąć sprawę, bo Kuchciński zadeklarował nawet wpłatę 28 tys. na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych, która ma pokryć jeden z jego lotów. Zapewnienia o ciężkiej pracy i urwaniu głowy jakie ma marszałek z konsultowaniem w terenie przyjmowanych ustaw, miały dopełnić obrazu praktycznie nieskazitelnego polityka.

Miało być pięknie i cudownie, wszyscy rozeszli się do domów, a Marek Kuchciński udał się do prorządowej TVP, gdzie zapewniał o swojej boskości. Komentatorzy w studiu pletli o ataku na marszałka kochanego i opozycji, która nie ma nic ciekawszego do roboty tylko patrzy władzy na ręce. Sęk w tym, że dziennikarze zaczęli się przyglądać sejmowej publikacji i cała idylla oraz przeświadczenie o załatwieniu sprawy za kilka godzin pryśnie i pojawi się jeszcze więcej pytań.

W nocy na stronach Rzeczpospolitej ukazał się szczątkowy i pobieżny opis tego co opublikowano. Zapewne głębsza analiza znajdzie swoje ujście w ciągu dnia, jednak nawet powierzchowne porównanie publikacji z tym co otrzymali posłowie Platformy Obywatelskiej, sprawia po prostu wrażenie jednego wielkiego kantowania opinii publicznej. Nie powinno to generalnie dziwić ponieważ Centrum Informacyjne Sejmu już kilka razu dało próbkę swoich możliwości, ogłaszając wszem i wobec, że np. nie było żadnych lotów. Było ich 6, następnie 23, media i opozycja ujawniły ponad sto i tak to się kręci od ponad ponad tygodnia wokół kłamstw i kłamstewek.

Nałożenie na siebie dokumentacji z bazy Lotnictwa Transportowego pozyskanej przez posłów PO, z zamieszczonym na stronach Sejmu wykazem lotów okazuje się w wielu miejscach nieprawdziwe. Rzeczpospolita podaje kilka przykładów rozbieżności, a to jeden z nich – “31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż w cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek” – czytamy. To się chyba samo komentuje.

Albo w dokumentach jest olbrzymi bałagan, albo były sztukowane na ostatnią chwilę, byleby cokolwiek pokazać po wczorajszych doniesieniach o niszczeniu dokumentacji.Nieubłaganie kończy się skala kompromitacji marszałka i Centrum Informacyjnego Sejmu, ale w innych sprawach jest widoczny postęp. Na konferencji marszałka nie było straszenia pozwami, więc demokracja kwitnie, a Polska jest nadal wyspą wolności.

Zamiast obiecanych dokumentów o lotach – opracowanie. Naciągane, w wielu miejscach nieprawdziwe.

Szczegółowy wykaz lotów za cztery lata jaki w poniedziałek wieczorem opublikowały służby marszałka zawiera zaledwie 85 służbowych lotów, choć posłowie PO wykazali, że w ciągu zaledwie ostatnich 16 miesięcy było ich ponad sto i to tylko na trasie do Rzeszowa lub Huwnik, gdzie Kuchciński ma ziemię. Część wylotów w ogóle  nie pokrywa się z listą jaką z Bazie Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO.

70 lotów między Rzeszowem a stolicą. Sejm opublikował wykaz lotów marszałka

Centrum Informacyjne Sejmu wieczorem, zgodnie z obietnicą opublikowało „Wykaz krajowych podróży służbowych drogą powietrzną Marszałka Sejmu w czasie VIII kadencji”. Andrzej Grzegrzółka, szef Centrum Informacyjnego Sejmu przed poniedziałkowym wystąpieniem marszałka Kuchcińskiego zapewnił, że na stronie internetowej zostaną opublikowane „kompletne szczegółowe informacje” o wszystkich lotach od 12 listopada 2015 r. Co zobaczyliśmy?

Zamiast twardych dowodów poznaliśmy opracowany przez służby marszałka wykaz oficjalnych imprez, w których… daty nie zgadzają się z terminami jego wylotów a wiele imprez jest naciąganych. Poza tym brakuje w nich imiennych list pasażerów – dowiadujemy się jedynie ile osób leciało z marszałkiem na pokładzie. Kto? Kancelaria Sejmu już nie ujawnia.

Seria półprawd o lotach marszałka Kuchcińskiego

Tabelka z wymienionymi oficjalnymi spotkaniami marszałka ma potwierdzać, że 85 lotów na Podkarpacie to „misje oficjalne”, które uzasadniają przelot wojskowymi samolotami. W wielu z nich nie tylko nie zgadza się data imprezy z datą wylotu. Część po prostu w ogóle nie wiąże się z miejscem do którego leciał marszałek z rzekomo oficjalną wizytą.

Np. 31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek.

Komentarz Tomasza Krzyżaka: Jak kłamstwo łasi się do prawdy

W punkcie 14 na liście, z datą 14 lipca 2018 r. przy locie z Warszawy do Rzeszowa są wpisane aż 3 imprezy… przed tą datą: 12 lipca III Szczyt Przewodniczących Parlamentów Państw Europy Środkowej i Wschodniej i 13 lipca Zgromadzenie Narodowe z okazji 550-lecia Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej na Zamku Królewskim w Warszawie. Po co więc marszałek leciał do Rzeszowa? 14 lipca na Podkarpaciu wpisano spotkanie w samorządowcami – „narada robocza na temat możliwości dofinansowania remontu kolei krzesełkowej przy stoku narciarskim”. Takich spotkań z anonimowymi samorządowcami z Podkarpacia jest wiele na tej liście.

Zabawnie brzmią zapewnienia o celach służbowych podróżach (głównie śmigłowcem) do Huwnik na Podkarpaciu, gdzie Kuchciński ma ziemię. Np. 13 sierpnia 2018 r. celem marszałka miał być „Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej z udziałem Przewodniczącego KEP Abp. Stanisława Gądeckiego, spotkania w sprawie poparcia wniosków o uzyskanie środków na renowację kompleksu w Kalwarii”.

Co Kaczyński mówił o lotach Tuska do Sopotu w 2011 roku?

Podobnie wątpliwie brzmi wylot 15 czerwca 2018 r. – marszałek wziął wtedy udział w rodzinnym ślubie na Podkarpaciu. Zamiast tego wpisano „spotkanie z prezydentem Przemyśla oraz narada robocza z samorządowcami na temat rozpoczęcia starań o ustanowienie Przemyśla oraz Twierdzy Przemyśl pomnikami historii, rozmowy o podjęciu starań o włączenie szefów parlamentów Europy Środkowej do tej inicjatywy oraz objęcie przedsięwzięcia patronatem, propozycja utworzenia trasy turystycznej fortami I wojny światowej”. Jeszcze zabawniej brzmi informacja, że 15 czerwca doszło do „spotkania w Przemyślu” i „rozmów o trudnej sytuacji Szpitala Wojewódzkiego”. Kto z kim, a może przy weselnym stoliku? Nie wiadomo.

2 listopada marszałek, w trybie pilnym zleca przelot HEAD z Warszawy do Rzeszowa z trzema osobami na pokładzie – w wykazie Kancelarii Sejmu takich osób jest już cztery. Oficjalny cel? „Spotkania środowiskowe w powiecie przemyskim” – podaje CIS.

Kuchciński: Dymisja? Nie widzę podstaw. Wola Sejmu jest wolą narodu

Są i wpadki poważniejsze. Np. w wykazie dokumentów jakie z Bazy Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO-KO 22 grudnia był lot marszałka z Warszawy do Rzeszowa odrzutowcem G550 z trzema osobami na pokładzie. Ale na liście ujawnionej przez CIS nie ma w ogóle takiego kursu.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii – mówi prof. Marek Migalski, politolog. I dodaje: – To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.

MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

TE PRZEPROSINY POKAZUJĄ, ŻE MARSZAŁEK NIC NIE ZROZUMIAŁ I NIE CHCE PRZYJĄĆ DO WIADOMOŚCI, ŻE JEGO ZACHOWANIE JEST BULWERSUJĄCE.

Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.

SZCZEGÓLNIE DLA EKIPY, KTÓRA GŁOSIŁA SANACJĘ OBYCZAJÓW PUBLICZNYCH, KTÓRA OSKARŻAŁA PO O JEDZENIE OŚMIORNICZEK I NADUŻYWANIE WŁADZY.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że

TA SPRAWA MOŻE BYĆ ISTOTNIEJSZA, NIŻ WSZYSCY MYŚLĄ.

Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.

To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.

TYMCZASEM MOŻE OKAZAĆ SIĘ, ŻE WŁAŚNIE TAKA „PIERDOŁA” PRZEŁOŻY SIĘ NA EMOCJE WYBORCÓW.

I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.

DLA WYBORCÓW MILIARDY NA BUDOWĘ CENTRALNEGO PORTU LOTNICZEGO NIE DZIAŁAJĄ TAK DOBRZE JAK LOTY MARSZAŁKA.

Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że

POŁOWA PLAŻOWICZÓW POWIEDZIAŁABY COŚ NIECENZURALNEGO NA TEN TEMAT O PANU MARSZAŁKU.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że

JEŻELI PIS WYGRA JESIENIĄ, TO BĘDZIE ON NA RÓWNI EKSPONOWANYM STANOWISKU.

Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi.

JEŻELI PODJĘLI DECYZJĘ, ŻE “IDĄ NA TWARDO”, TO ŻADNE NOWE REWELACJE TEGO NIE ZMIENIĄ, CHYBA ŻE WYJDĄ JAKIEŚ NOWE SPRAWY POZA KWESTIAMI LOTÓW.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego – mówi mecenas Jacek Dubois. Rozmawiamy o działaniach prokuratury w sprawie Marka Falenty i Geralda Birgfellnera, pytamy też o zmiany w Kodeksie karnym, które wprowadził minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, i o nowe prawo wyborcze. – My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Listy poparcia neo-KRS ciągle nie zostały ujawnione mimo wyroku  Naczelnego Sądu Administracyjnego. To kolejny niebezpieczny precedens?

JACEK DUBOIS: Sami sędziowie muszą być chyba zawstydzeni, skoro nie chcą pokazać twarzy. Zachowanie rządu i przede wszystkim marszałka podchodzi pod kategorię odpowiedzialności karnej. Upublicznienie jest obowiązkiem nałożonym przez NSA.

Co grozi za niewykonanie wyroku?
Mamy tu dwa elementy: kwestie odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej, ponieważ niedopełnienie obowiązku przez urzędnika państwowego wypełnia znamiona art. 231 KK, zatem ta sprawa powinna być zbadana z punktu widzenia odpowiedzialności karnej.

Na ile to jest niebezpieczne z punktu widzenia istnienia państwa?
Proszę pamiętać, że

WŁADZA PRZESTAŁA WYKONYWAĆ SWOJE OBOWIĄZKI OD 2016 ROKU, KIEDY PREMIER BEATA SZYDŁO NIE OPUBLIKOWAŁA WYROKU TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO. PRECEDENS POWSTAŁ JUŻ WTEDY.

Jednocześnie powstała sytuacja, kiedy prokuratura przestała wykonywać swoje obowiązki, czyli pociągać do odpowiedzialności urzędników związanych z klasą rządzącą, którzy naruszają prawo. To, co dzieje się teraz w związku z listami poparcia do KRS, to tylko potwierdzenie, że powstała grupa osób, której prawo nie dotyczy. Po drugie, że pewne przepisy stają się martwe, bo interes klasy rządzącej jest ponad obowiązującymi przepisami, a prawo zaczyna być stosowane tylko, gdy dla rządzących jest to wygodne. Oceniam to jako powrót do czasów mojej młodości, bo widzę tę samą metodologię działania, która była w czasach komunistycznych.

Co jest w tych listach, że władza tak bardzo broni się przed ich opublikowaniem?
Możemy zakładać, że z listami jest coś nie w porządku. Być może osoby, które podjęły decyzję, aby złożyć swój podpis, teraz się tego wstydzą. Wiemy już, że niektórzy kandydaci popierali sami siebie, i to już stawia te wybory bardziej w kategorii komedii, niż rzeczywistej rekrutacji do jednego z najważniejszych organów wymiaru sprawiedliwości.

JEŻELI KANDYDACI SAMI SOBIE UDZIELAJĄ POPARCIA, TO MAMY TU SURREALIZM, KTÓRY RACZEJ POWINIEN MALOWAĆ DALI LUB OPISYWAĆ KTÓRYŚ Z SURREALISTÓW FRANCUSKICH.

Obecna władza nie potrafi przestrzegać nawet stworzonych pod siebie przepisów. To himalaje absurdu?
Kwestię legalności neo-KRS rozsądzi TSUE i jestem głęboko przekonany, że te wszystkie kwestie, które były podnoszone przez prawników przez ostatnie lata znajdą odzwierciedlenie w orzeczeniu, które wykaże nielegalność tego organu.

Prokuratura uznała, że nie będzie przesłuchiwać Marka Falenty w sprawie listu do prezydenta, w których szantażuje głowę państwa. Co gorsza, wydaje się, że już na nikim to nawet nie robi wrażenia, a prokuratura robi, co chce.
Na pewno nie można się przyzwyczajać do zła, tylko trzeba za każdym razem wykazywać, gdzie naruszono prawo i władza funkcjonuje w sposób nieprawidłowy.

Pan Marek Falenta został skazany w jednej z największych afer uderzających w demokratyczny rząd, która doprowadziła poniekąd do obalenia demokratycznego rządu. Marek Falenta w trakcie procesu wykazywał lojalność wobec swoich mocodawców, to spowodowało, że postępowanie w dalszym zakresie zostało umorzone, ponieważ brak było jakichkolwiek dowodów wskazujących na udział innych osób. W tej chwili pan Falenta zdecydował się mówić, co oznacza, że pojawiły się nowe informacje, nowe dowody. To, czy pan Falenta jest wiarygodny, powinno się ustalić po przesłuchaniu jego i osób przez niego wskazanych. Sytuacja która nastąpiła – ten dowód został zlekceważony – jest tylko potwierdzeniem, że

POWSTAŁ KLOSZ, POD KTÓRYM PROKURATURA CHRONI OSOBY Z KLASY RZĄDZĄCEJ I NIEZALEŻNIE OD FAKTÓW, DOWODÓW I TEGO, CO SIĘ DZIEJE, PRAWO PRZESTAŁO OBOWIĄZYWAĆ RZĄDZĄCYCH.

Marka Falenty prokuratura nie chce przesłuchać, Jarosława Kaczyńskiego też nie chce, a Geralda Birgfellnera przesłuchiwała wielokrotnie. Co się dzieje w sprawie “dwóch wież”?
Pani prokurator prowadząca sprawę awansowała, co oznacza, że niewywiązywanie się ze swoich obowiązków w tej sprawie wiąże się z korzyściami osobistymi. Po drugie, prokuratura przegrała wszystkie potyczki sądowe z pełnomocnikami Birgfellnera. Wszystkie postanowienia ukarania grzywną pana Birgfellnera, które nakładała prokuratura, były uchylane przez sąd. To oznacza, że wykazaliśmy, że prokuratura działa w tej sprawie w sposób bezprawny. Natomiast nie jesteśmy w stanie zmusić prokuratury środkami prawnymi do działania. Moim zdaniem oznacza to, że prawo jest w tym zakresie skonstruowane w sposób wadliwy. Sądzę również, że będzie to przesłanka do ustawodawcy w przyszłości, aby w większym stopniu działania prokuratury, która nie wykonuje swoich obowiązków, były poddane kontroli sądowej.

WARTO SIĘ ZASTANOWIĆ, CZY NIE POWINNY POWSTAĆ MECHANIZMY, KTÓRE POZWOLIŁYBY ZMUSIĆ PROKURATORÓW DO WYKONYWANIA SWOICH OBOWIĄZKÓW.

Obecnie pan Birgfellner będzie przesłuchiwany w Wiedniu, w drodze prawnej, po raz siódmy. Jestem bardzo ciekaw pytań pani prokurator, które padną, bo do tej pory niczym w kołowrotku powtarzane były te same. Działanie prokuratury jest tu dla mnie jasne; ma doprowadzić do tego, aby przed wyborami nic się nie stało w tej sprawie, żeby w jakiś sposób skompromitować pana Birgfellnera, i podejrzewam, że w przypadku wygrania wyborów przez PiS prokuratura już jasno odmówi wszczęcia postępowania.

Co wtedy?
Na każdą decyzję prokuratury przysługuje zażalenie do sądu i oczywiście jeżeli tak się stanie, to będziemy to skarżyć.

JEŻELI PROKURATURA W OBECNYM KSZTAŁCIE NIE ZACZNIE PRACOWAĆ, TO PODEJRZEWAM, ŻE KIEDYŚ W PRZYSZŁOŚCI, KIEDY ZASADY DEMOKRATYCZNE ZNÓW ZACZNĄ OBOWIĄZYWAĆ, TA SPRAWA WRÓCI.

Sejm zmienił zasady wyborcze. Teraz o legalności wyborów będzie orzekać niekonstytucyjna, wybrana przez obecną władzę Izba Dyscyplinarna. Trochę straszno?
Bardziej śmieszno, bo Izba Dyscyplinarna jest kolejnym tworem, którego legalność jest kwestionowana przez instytucje unijne. W momencie, gdy ID będzie stwierdzać legalność wyborów, a okaże się, że sama jest tworem nielegalnym, to znajdziemy się w kolejnym „pasztecie prawnym”. Ja traktuję to już jednak bardziej w kategoriach humorystycznych. Dla mnie większym problemem jest kwestia nowych kodyfikacji prawa karnego, które zostały rozszerzone. Moim zdaniem zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego.

Smutna puenta.
Bo myślę, że

DOCHODZIMY DO SYTUACJI, KIEDY PRZESTANIEMY BYĆ AKCEPTOWANI.

Każdy kraj może wprowadzać pewien indywidualizm, ale jeśli zaprzecza się całemu dorobkowi myśli intelektualnej Europy, to przestaje się być w tym środowisku akceptowanym. W pewnym momencie zostaniemy, jako wyborcy, postawieni pod ścianą, czy chcemy tworzyć plemię, które będzie odosobnione, które kieruje się własnymi prawami, daleko od osiągnięć współczesności, czy chcemy być Europejczykami. Jeżeli chcemy, to nie jesteśmy w stanie połączyć tego z władzą, która staje się władzą plemienną, bojącą się zetknięcia z problemami. Nasza władza to kult harcerski, który uprawia zadowolony z siebie prezydent i premier, która jednocześnie odchodzi od większych pytań współczesności; o klimat, ekonomię, przyszłość, o zagrożenia, pytania z zakresu sztucznej inteligencji. My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża.

Portal ciekaweliczby.pl zestawia budżetowe wydatki na Kancelarię Premiera rządu Platformy Obywatelskiej wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym z obecnym rządem Prawa i Sprawiedliwości.

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Morawiecki z Polski zrobił Zadupie, a dumnych Polaków przemianował na Zadupczyków. Z życia pasqud 9

4 Lip

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.

PiS dupą do Unii Europejskiej. Takich skunksów wysłano do Brukseli. Z życia pasqud 8

3 Lip

„Hymn Unii na pierwszym posiedzeniu PE. Partia Brexit tyłem. Waszczykowski i Zalewska nawet nie wstali” – napisał na Twitterze Bartosz Wieliński z „GW”. Byli ministrowie w rządzie PiS, a obecnie europosłowie tak się zachowali podczas inauguracji obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Podczas odgrywania „Ody do radości” była minister edukacji Anna Zalewska i były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski nawet nie podnieśli się z foteli. Ociągając się, wstali Anna Fotyga i Patryk Jaki. Natomiast Jacek Saryusz-Wolski robił sobie podczas hymnu UE selfie.

Internauci z oburzeniem komentowali zachowanie europosłów PiS: – „Zalewska i Waszczykowski siedzą podczas hymnu UE. Partia Brexit UK stoi tyłem. Co towarzystwo miernot. Idziemy w bardzo złym kierunku. Hasło Polska sercem Europy to pic na wodę i kłamstwo. PiS właśnie pokazał to „tętniące” serce z kampanii. PiS to Polexit!”;

Robić cyrk i strzelać focha potrafią, ale euro im nie śmierdzi. Jak im tak bardzo UE nie pasuje, to powinni być konsekwentni i kasy nie pobierać. Żenada”; – „Absurd goni absurd. Wydaje im się, że buraczanym zachowaniem zrobią wrażenie tam wrażenie? Co najwyżej uśmiech politowania. Ale takie zachowanie może być groźne”;

„Czy się stoi, czy się leży. Z UE Kasa nam się należy!”; – „Kasę biorą. Szacunek dla Europejczyków na najwyższym poziomie… Powinny być kary za takie zachowania”.

Julia Przyłębska – towarzyskie odkrycie Jarosława Kaczyńskiego – podczas studiów była działaczką Socjalistycznego Związku Studentów Polskich – wynika z akt IPN, do których dotarł onet.pl. Istniejąca w PRL organizacja była w pełni kontrolowana przez władze. Obecna prezes TK zapisała się do SZSP na pierwszym roku studiów i działała w niej przez kilka lat. Dzisiaj w jej oficjalnym życiorysie próżno szukać tej informacji. Przyłębska twierdzi natomiast, że była w opozycyjnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.

Z kolei jej mąż Andrzej Przyłębski, dziś ambasador Polski w Niemczech, podczas studiów działał w innej komunistycznej młodzieżówce —Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Z dokumentów IPN wynika, że deklarował się jako ateista i zwolennik marksizmu. Został zarejestrowany w SB jako tajny współpracownik o pseudonimie „Wolfgang” (tak na marginesie – takie imię nosił jego teść, a ojciec Przyłębskiej).

„Sędzia Przyłębska była w komunistycznej młodzieżówce. Kolejny dowód, że tzw. reforma sądownictwa działa odwrotnie, niż głosi PiS. Zamiast naprawiać, psuje, a zamiast usuwać sędziów wychowanych w duchu komunizmu, wprowadza ich na najwyższe stanowiska sądowe” – podsumował na Twitterze prof. Marcin Matczak. A Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej” pytał: – „Czy w tzw. reformie sądownictwa nie chodziło o zakończenie kariery sędziów z komunistycznym rodowodem?

Sprawę komentowali też inni internauci: – „Piotrowicz, Kujda, jej mąż, a teraz ona sama, towarzyskie odkrycie Wielkiego Dewelopera”; – „Odznaczony przez władze PRL krzyżem zasługi Stanisław Piotrowicz, zaorał polskie sądownictwo. Żona TW, Julia Przyłębska, działająca w młodzieżówce komunistów, orzeka, co jest konstytucyjne. Do tego duetu brakuje sędziego Kryże jako I prezesa SN. Fajny ten PiS, taki prawy”;

„Czego nie rozumiecie lewaki? To nasza komunistka. Swoja, posłuszna, bierna, na naszej krwi wyhodowana. Nie to co Wy! Ubeckie wdowy, gorszy sorcie, kanalie, cykliści, złodzieje i wegetarianie”;– „A co my tu mamy? Towarzyszka Wolfgangowa, żona TW Wolfganga, kucharka jaśnie pana Jarka, aktualnie prezes TK, odebrała staranne komunistyczne wykształcenie, w młodości. Jak tam humor, prawaczki? Raz sierpem, raz młotem? Tak to leciało?”.

Po kilkudniowym maratonie przywódcy europejscy ustalili, że nową przewodniczącą Komisji Europejskiej będzie Ursula von der Leyen. To szefowa niemieckiego ministerstwa obrony. Jej nominację musi jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski. Frans Timmermans będzie jej zastępcą.

Przypomnijmy, że PiS mocno krytykował Ursulę von der Leyen po jej wypowiedzi, dotyczącej protestów w obronie polskich sądów w 2017 r.   – „Musimy wspierać ten zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce” – mówiła szefowa niemieckiego MON. Ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski twierdził, że „to próba ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego kraju”. 

Na Twitterze pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące wyboru Ursuli von der Leyen. – „Czyli skutkiem wielkiej ofensywy dyplomatycznej PIS-u ma być wybór na szefa Komisji Europejskiej Niemki, która poparła protesty polskiej opozycji w obronie praworządności. To są naprawdę mistrzowie. PiS stanął na głowie, żeby szefem Komisji Europejskiej została Niemka. Trzeba w tym momencie zapytać czy – parafrazując Karnowskich – prawdziwym celem PiS – u nie jest przyłączenie Polski do Niemiec” – Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Takie pytanie: Czy jakikolwiek polityk z Grupy Wyszehradzkiej otrzymał dziś jakieś ważne stanowisko w Unii Europejskiej? Dla kolegi pytam, bo mówił coś o sukcesie PiS na forum UE” – Przemysław Henzel z onet.pl.

„Polscy dyplomaci skutecznie walczyli jak lwy blokując fotel szefa KE dla Timmermansa. Byli tak skuteczni, że Timmermans będzie wiceszefem KE i z pewnością nie będzie się już zajmował praworządnością…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”.

Europejskie rozgrywki

O kompromis nie było łatwo. Jeszcze w poniedziałek po 19 godzinach negocjacji sytuacja wydawała się patowa. Prawie pewny kandydat, Frans Timmermans, spotkał się jednak ze sprzeciwem Grupy Wyszehradzkiej z Polską na czele. Niechętni kandydaturze Holendra byli także Włosi.

Teraz kandydatka na przewodniczącą KE będzie musiała uzyskać poparcie eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim.

Wybór w Radzie Europejskiej, czyli wśród przywódców państw członkowskich, zapadł jednogłośnie, przy jednym głosie wstrzymującym ze strony kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Oprócz Ursuli von der Leyen Rada Europejska nominowała też Charlesa Michela na przewodniczącego Rady Europejskiej, Josepa Borella na szefa dyplomacji UE i Christine Lagarde na szefową Europejskiego Banku Centralnego.

Kim jest Ursula von der Leyen?

To niemiecka minister obrony, wywodzi się z CDU. Jest polityczną protegowaną Angeli Merkel – to kanclerz wprowadziła ją w świat wielkiej polityki w 2005 roku. Swego czasu była typowana na następczynię Merkel.

Ursula von der Leyen mówi płynnie po angielsku i francusku i porusza się pewnie na międzynarodowej scenie politycznej.

Jeżeli zostanie szefową KE, będzie pierwszą Niemką od 50 lat na tym stanowisku i pierwszą kobietą.

Sukces polskiego rządu?

Jeszcze wczoraj podczas negocjacji kandydaturze Fransa Timmermansa sprzeciwiali się Włosi i V4. Premier Mateusz Morawiecki tłumaczył, że Holender “nie rozumie państw wychodzących z postkomunizmu”, a także, że jest nieprzyjazny Polsce i państwom Europy Środkowej.

We wtorek na konferencji podsumowującej szczyt mówił: – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane. Pokazaliśmy, że potrzebujemy kandydatów, którzy mają potencjał łączenia, a nie antagonizowania Europy; którzy rozumieją kraje członkowskie. Dlatego sprzeciwialiśmy się kandydaturze Fransa Timmermansa.

Zdaniem Morawieckiego Timmermans “był kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Komentatorzy wyśmiali ten samozachwyt, a łyżkę dziegciu do tego garnca miodu zadowolonego premiera dołożył też Grzegorz Schetyna, zwracając uwagę, że w 2009 i 2014 r. rząd polski potrafił wynegocjować stanowiska dla Polaka.

– Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób – mówi Kamil Zajączkowski, europeista z UW i autor ostatniej publikacji “Misje cywilne i operacje wojskowe Unii Europejskiej w perspektywie wybranych teorii stosunków międzynarodowych i integracji europejskiej”.

JUSTYNA KOĆ: Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem – skomentował premier Morawiecki szczyt RE. Nominacja Ursuli von der Leyen to sukces polskiego rządu?

DR KAMIL ZAJĄCZKOWSKI: Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób. W dużym stopniu o tym, że Timmermans nie został szefem KE, zadecydowały dwa czynniki, ale trzeba przyznać rację, że polska dyplomacja je wykorzystała. Po pierwsze, bunt centroprawicowej europejskiej chadecji, czyli EPP, i sprzeciw Włoch. Bunt chadeków wynikał z prostej kalkulacji; socjaliści i chadecy łącznie stracili ponad 100 mandatów w PE. Po drugie, o wyborze z Osaki zadecydowały 4 państwa: Niemcy, Francja, Holandia i Hiszpania, która powróciła do gry po kilkunastu latach.

JESZCZE KILKA LAT TEMU WSZYSCY PATRZYLI NA HISZPANIĘ JAKO PAŃSTWO, KTÓRE CHYLI SIĘ KU KATASTROFIE GOSPODARCZEJ, A TU HISZPANIA ZNOWU JEST PRZY STOLE, A NIE WŁOCHY, KTÓRE JAKO PAŃSTWO ZAŁOŻYCIELSKIE PRZY TYCH WSZYSTKICH ROZGRYWKACH BYŁO BRANE POD UWAGĘ.

Włochy sprzeciwiały się kandydaturze Timmermansa przede wszystkim z tego powodu, a nie z tych samych pobudek, co Polska i V4. To te czynniki głównie spowodowały, że ta kandydatura przepadła. Grupa Wyszehradzka nie jest jednolita, ale myślę, że w tym przypadku zadecydowały też czynniki ambicjonalne i niechęć osobista, która jest w polityce istotna. To wszystko spowodowało, że ta układanka z Timmermansem się nie powiodła.

Długo wydawało się, że jest jednak murowanym kandydatem. To w takim razie oczywisty błąd polityków europejskich?
Mam na ten temat pewną hipotezę, którą będzie można zweryfikować z czasem, gdy wyjdą na jaw szczegóły; na ile Timmermans był najmocniejszym kandydatem, na ile to spięcie niedzielno-poniedziałkowe było przypadkiem, a na ile to, co się stało, było oczekiwane przez największych graczy, aby oczyścić przedpole i położyć na stół nowe karty. Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursui von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona od razu, to spotkałaby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk, Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawiała przy swojej kandydaturze i dostała to, czego chciała.

Kim jest Ursula von der Leyen i czego możemy się po niej spodziewać?
Oczywiście już się mówi, że to nie jest kandydatura idealna, że nie ma doświadczenia, część osób mówi, że Timmermans był najlepszym kandydatem, ale

NA TYM POLEGA KOMPROMIS, TAKŻE W POLITYCE, ŻE ZAZWYCZAJ WYGRYWA OSOBA, KTÓRA NIE JEST WYRAZISTA, NIE BUDZI EMOCJI, NIE JEST SILNĄ OSOBOWOŚCIĄ.

Tak było w przypadku poprzedniego szefa KE José Manuela Barroso?
To prawda. W 2004 roku było dwóch bardzo silnych kandydatów, a wygrał ten trzeci, podobnie gdy cofniemy się jeszcze bardziej. Po prostu tak wygląda kompromis. Dodałbym tu jeszcze jedno ważne spostrzeżenie; okazało się, że duopol niemiecko-francuski nie pracuje tak sprawnie, jak do tej pory. Te kilka ostatnich tygodni to pokazało, bo wszystko zaczęło się od tego, że to Macron zablokował Webera, czyli zaczęło się od kłótni francusko-niemieckiej. W efekcie poobijana mocno Merkel, która ma dużo słabszą pozycję, nie potrafiła domknąć tej kandydatury. Z drugiej strony Niemcy mają przewodniczącego KE, a Francuzi mają to, czego bardzo chcieli, czyli kontrolę nad strefą euro i gwarancję, że przyszła szefowa EBC będzie kontynuowała linię odchodzącego prezesa.

Wśród nominacji nie ma żadnego Polaka i nikogo z V4. Porażka?
Mimo zachowania jedności V4 nie ma tu żadnego stanowiska nawet dla przedstawicieli Europy Środkowej, i to jest znamienne.

PO TYM SZCZYCIE WIDAĆ TEŻ WYRAŹNIE PRZESUNIĘCIE WŁADZY W RĘCE SZEFÓW RZĄDÓW, STĄD TEŻ TAKA KANDYDATURA NA SZEFA KE.

Komisja za nowej przewodniczącej odpuści walkę o praworządność?
Ursula von der Leyen będzie przewodniczącą, ale wiceprzewodniczącym ma być Timmermans. Chodzą pogłoski, że zachowa on w swej działalności prawa człowieka, praworządności, czyli będzie zajmował się tym, czym do tej pory. To ewenement, bo do tej pory po zakończeniu kadencji zazwyczaj politycy dostawali nowe teki, tu wiele wskazuje, że Holender ma dostać działkę właśnie dotyczącą praworządności.

NIE SPODZIEWAŁBYM SIĘ WIĘC, ŻEBY LINIA KE SIĘ ZMIENIŁA I ZNOWU BĘDZIEMY MIELI “DOBREGO” PRZEWODNICZĄCEGO I “ZŁEGO” ZASTĘPCĘ. DOBRĄ BĘDZIE URSULA VON DER LEYEN, A TYM ZŁYM TIMMERMANS.

Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością.

Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Sprawa pracownika zwolnionego z Ikei pokazuje po raz kolejny i mam wrażenie, że to już jest naprawdę ostatni dzwonek, jak groźne jest prezentowane od lat przez władze państwowe pobłażanie wobec buty, pogardy, chciwości i bezprawia Kościoła katolickiego. Gdyby nie opieszałość policji, prokuratury i sądów wobec księży pedofilów i chroniących ich biskupów, gdyby nie ich demoralizująca bezczynność wobec odmowy wydawania akt spraw dotyczących pedofilii, gdyby nie jawnie okazywana tolerancja dla łamania przepisów i ostentacyjne stawianie ludzi w sutannach ponad prawem, nie doszłoby zapewne do sytuacji, w której ktokolwiek uważa, że słowa „jestem katolikiem” są magiczną formułką chroniącą od odpowiedzialności. A tak się właśnie stało.

Polska jest dziś krajem, w którym coraz więcej osób żyje w przekonaniu, że można złamać prawo, powiedzieć lub zrobić niemal wszystko, dopuścić się aktów nienawiści, poniżania, pogardy i przemocy bez żadnych konsekwencji pod warunkiem, że po wszystkim wygłosi się magiczną formułkę „jestem katolikiem”, „zrobiłem to jako katolik” lub „tak jest napisane w Biblii”.

Fakty są takie, że Polska jest państwem, którego Konstytucja zobowiązuje władze państwowe do neutralności światopoglądowej i równego traktowania wszystkich obywateli, zarówno wierzących w Boga, jak i wywodzących swoje wartości z innych źródeł. Wiara, praktykowana w ramach tej czy innej religii, jest zbiorem zasad postępowania tylko dla dobrowolnych wyznawców. Zmuszanie ludzi siłą, żeby wyznawali katolickie poglądy, praktykowali katolickie obrzędy, lżenie ich pod pretekstem własnych przekonań to przemoc, która zgodnie z polskim prawem jest ścigana przez prawo.

Dlatego kiedy Tomasz K. napisał na wewnętrznym forum swojej firmy (w odpowiedzi na okolicznościowy tekst nawołujący do tolerancji wobec osób o homoseksualnej orientacji), że homoseksualizm to zboczenie i dewiacja, złamał artykuł 18 kodeksu pracy, zakazujący bezpośredniej i pośredniej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i zakazujący zachowań sprawiających, że ktokolwiek może z jej powodu zostać poniżony i pozbawiony godności.

Homoseksualizm nie znajduje się na liście chorób, karanych zboczeń czy dewiacji. Przeciwnie, tak przez polskie, jak i międzynarodowe prawo jest uznawany za normalne, zdrowe zachowanie seksualne. Dlatego nazywanie go publicznie zboczeniem i dewiacją nie jest „opinią”, tylko poniżeniem i naruszeniem godności gejów i lesbijek, jest publiczną obelgą, na którą są paragrafy w kodeksie karnym.

To, że należy człowieka zabić za jego homoseksualną orientację, to nie jest „pogląd”, tylko jawna dyskryminacja i podpieranie się cytatem z Biblii (a tak właśnie robi Tomasz K.) niczego tu nie zmienia. Bo nie Biblia jest w Polsce obowiązującym prawem, tylko Konstytucja, Kodeks Pracy, Kodeks Karny i Kodeks Cywilny. Na marginesie: Biblii nie czyta się dosłownie, jej teksty podlegają interpretacjom i jest to wiedza powszechnie znana, choć bez znaczenia w tej akurat sprawie.

Wyskok, taki jak pracownika Ikei, może się zdarzyć zawsze, ale to, co niepokoi naprawdę to reakcja władz państwowych, ministra i wiceministra sprawiedliwości, którzy nie czekając na wyrok sądu, już wypowiedzieli się w tej sprawie, atakując prywatną firmę i orzekając, że Tomasz K. jest niewinny, stając jednoznacznie po stronie sprawcy, a nie ofiary. Moim zdaniem pokazuje to, jak daleko zaszliśmy już na drodze do państwa wyznaniowego, jak blisko nam do wywołania w Polsce kolejnej wojny, tym razem religijnej.

Niepokojące jest to, że władze zamiast respektować prawo, nie rozstrzygać o sprawach spornych, jeszcze przed ich pojawieniem się na wokandzie, łagodzić rozbuchane społeczne emocje – podsycają je, podjudzając do otwarcia kolejnego frontu bratobójczej, krwawej walki. Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Nie posłuży to nikomu, oprócz PiS. Nie skorzystają na tym prawdziwi katolicy ani ateiści, nie skorzystają obywatele, niezależnie od światopoglądu i wyznania, skorzysta tylko jedna partia, która nie patrząc na społeczne, nieodwracalne koszty tej wojny, chce, choćby po trupach, wygrać najbliższe wybory.

Z życia pasqud (2): Inflacja i drożyzna. Patryk Vega ściąga majtki Kaczyńskiemu

27 Czer

Rosnące w tym roku ceny stają się z miesiąca na miesiąc coraz ważniejszym elementem debaty publicznej. Inflacja na poziomie 2,3%  oraz wzrost cen samej żywności o 5% już stały się paliwem dla przeciwników rządu. Choćby dziś PO zorganizowała konferencję prasową poświęconą rosnącym cenom, na co odpowiedzią opozycji miałoby być przyjęcie po wyborach pakietu ustaw zwiększających dochody emerytów i rencistów, których budżety domowe najmocniej dotyka sklepowa drożyzna. Choć PiS tego typu obietnicami nie musi się przejmować, ponieważ ma niepodważalną wiarygodność we wdrażaniu programów socjalnych, to jednak same podwyżki będą groźnym dla władzy źródłem niezadowolenia społecznego. Jest to szczególnie ważne, ponieważ obecne podwyżki mogą być ledwie wstępem do poważniejszego kryzysu.

Obecne rosnące ceny żywności są pokłosiem tak zeszłorocznego, jak i tegorocznego nieurodzaju. Jednak żniwa dopiero przed nami, a panująca fala upałów sieje spustoszenie w uprawach. Jak donosi RMF FM, tegoroczne zbiory z powodu niekorzystnej pogody mogą być mniejsze nawet o połowę. Takie obawy wysnuwają względem choćby zbiorów kukurydzy zapytani o zdanie rolnicy. Bez zmiany pogody jeszcze gorzej rysuje się sytuacja z pszenicą. Jak relacjonuje rozmówca RMF FM:

Kukurydza powinna mieć już półtora metra, do dwóch. Teraz ma może 60 centymetrów. Jeśli deszcz spadnie, to jeszcze może ją uratować. W gorszej sytuacji jest pszenica i wszelkie zboża siane na wiosnę. Mają katastrofę bez wody, bez rosy. 50 procent strat to minimum. Jestem skłonny powiedzieć o 70 procentach, zbiór będzie znikomy”,

Prognozą tego, co nadchodzi, mogą być ceny tegorocznych warzyw, które są droższe nie jak ogół żywności o 5%, ale o ponad jedną piątą.

Na tym problemy się nie kończą, ponieważ tegoroczne anomalie klimatyczne miały osiągnąć takie rozmiary, że u wielu rolników nawet przez upał spadła produkcja mleka.

Wspomniane ceny zbóż mają znaczenie jednak nie tylko w kontekście cen np. pieczywa. Nieurodzaj oznacza bowiem drastyczny wzrost cen pasz, a one przełożą się długoterminowo na podbicie cen mięsa.

Chciałoby się powiedzieć, że jest to efekt zdarzeń losowych, które są poza naszą kontrolą. Niestety obecne kłopoty rolników wynikają wprost z globalnego ocieplenia. To jednak nie zwolni także dzięki postawie naszego rządu, który choćby na dniach zawetował założenia nowej unijnej polityki klimatycznej, stając ponownie po stronie lobby węglowego.

Jeśli czarny scenariusz się spełni i dojdzie do tak dużego nieurodzaju, to rządzący będą mogli się jednak przekonać, że tak jak zyskiwali punkty dzięki międzynarodowej koniunkturze, tak teraz będą mogli zacząć płacić za kaprysy klimatu. Uderzenie w portfele obywateli szczególnie z grup przychylnych dobrej zmianie będzie wyzwaniem, z którym Nowogrodzka musi się zmierzyć. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że dotknięci suszą rolnicy będą oczekiwali pomocy państwa. Jeśli to zawiedzie, to jesienne wybory na wsi mogą rozegrać się zupełnie nieprzewidywalnie.

Rząd szykuje rekordowo wysokie składki ZUS. W przyszłym roku osoby prowadzące działalność gospodarczą zapłacą składki o prawie 10 proc. większe, niż w roku bieżącym, a to oznacza, że co miesiąc do ZUS-u będą musieli przelać pawie 1500 zł, niezależnie od dochodów. Eksperci alarmują – to hodowanie szarej strefy. – W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS

Jest drogo, będzie drożej

Składki na ZUS w 2020 r. wyniosą 1430 zł.

Rada Ministrów przyjęła niedawno założenia do projektu budżetu na rok 2020. Wynika z niego, że średnie wynagrodzenie wyniesie w przyszłym roku 5227 zł, a to od tej kwoty wyliczana jest podstawa składek oprócz składki zdrowotnej.

W przyszłym roku suma składek na ubezpieczenie społeczne wyniesie 1069,14 zł (o 94,5 zł więcej niż obecnie). Do tego dojdzie wyższa składka zdrowotna, która obecnie wynosi 342,32 zł. Składka zdrowotna co roku wzrasta o ok. 30 zł.

1430 zł zapłaci każdy przedsiębiorca niezależnie od tego, ile zarabia. Oznacza to, że mała firma czy osoby na jednoosobowej działalności zarabiające nawet 3-4 tys. będą musiały odliczyć prawie 1500 zł.

Premier szumnie zapowiadał wprowadzenie mniejszego ZUS-u dla małych firm, co w końcu z początkiem roku zostało wprowadzone. Niestety, ku rozczarowaniu drobnych przedsiębiorców „mniejszy ZUS” okazał się iluzją. Przy zarobku rzędu 4400 zł ZUS w 2019 roku zmniejszył się o 90 zł.

Morawiecki: My obniżamy podatki

Jeszcze w listopadzie 2017 roku premier Morawiecki w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” zapewniał: – Nie planujemy podwyżki podatków, my je obniżamy.

Tymczasem od początku rządów PiS w 2015 roku składka do ZUS z 1095,4 zł wzrosła do 1316,97 w 2019 roku. W przyszłym, 2020 roku to będzie już 1500 zł.

Eksperci alarmują, że takie działanie może spowodować powiększenie szarej strefy, a sama podwyżka składki nic nie da, bo ZUS ciągle więcej wydaje, niż dostaje wpłat ze składek. – Mam stały nadzór nad funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi w rozmowie z nami dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS.

JUSTYNA KOĆ: Rząd tłumaczy wzrost składki efektem wzrostu gospodarczego, opozycja uważa, że konsekwencją będzie wypchnięcie części przedsiębiorców do szarej strefy. Kto ma rację?

DR WOJCIECH NAGEL: Problem jest bardziej złożony. Musimy pamiętać, że system ubezpieczeń społecznych jest deficytowy właściwie od początków transformacji. Wydolność funduszu sięga 70 proc., czyli, upraszczając, fundusz ubezpieczeń społecznych, jak i wypadkowy, chorobowy, rentowy, bo te udziały także będą podwyższane, są funduszami, które nie osiągnęły większej wydolności, pomimo rekordowych wpłat. To oznacza, że

na 100 zł wydawanych z FUS 70 zł wpływa od obywateli, przedsiębiorców, pracowników itd., a 30 zł trzeba pokryć z budżetu. W związku z tym trzeba dokonywać waloryzacji tych wpłat, co jest rzeczą przykrą, bo tworzy napięcia, jeśli chodzi o funkcjonowanie przedsiębiorców, ludzi, którzy prowadzą działalność gospodarczą.

Ja reprezentuję przedsiębiorców, ale trzeba patrzeć na też na ich racje jako przyszłych emerytów. Mam stały nadzór na funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać.

To może warto ograniczyć wypłaty? Jeżeli cześć przedsiębiorców ucieknie do szarej strefy, to wpłaty będą znowu mniejsze.
Czasem jest tak, że jest się ofiarą własnego sukcesu. W założeniach do budżetu rząd przyjął, że przeciętne wynagrodzenie wzrośnie o 500 zł, z 4700 zł do 5200 zł, a to przeciętne wynagrodzenie jest podstawą do wyliczania składki ZUS dla przedsiębiorców. Zatem skoro płaca rośnie, to rosną też składki, tu działa mnożnik.

Problem widzę gdzie indziej.

Mamy bardzo rozpędzoną gospodarkę i parametry ekonomiczne rosną, a te, co powinny spadać, jak bezrobocie, to spadają. Pytanie, co się stanie, kiedy ta dobra koniunktura się spowolni. To nie będzie jeszcze przyszły rok, ale prawdopodobnie 2021. Gdy wejdziemy w osłabienie koniunktury i te wskaźniki zaczną się zachowywać odwrotnie, czyli bezrobocie będzie rosnąć, a wzrost płac będzie spadać, to wtedy może się okazać, że mamy problem.

To może rząd powinien ograniczyć wydatki?
Absolutnie tak i o tym mówią też inni ekonomiści. Jeżeli mamy dobrą koniunkturę, to powinniśmy zbierać nadwyżki na czas gorszej koniunktury. To, co może niepokoić, to fakt, że w okresie najlepszej koniunktury od czasu transformacji mamy cały czas deficyt budżetowy na poziomie około 3 proc. Ten deficyt w ogóle nie powinien w takiej formule wystąpić, tylko powinniśmy mieć nadwyżkę. W dobrych czasach trzeba zbierać, a nie mnożyć wydatki. Proszę sobie wyobrazić, co się może stać, gdy na te wydatki zabraknie pieniędzy.

Mówi pan o 500 Plus?
Mam na myśli głównie skutki finansowe obniżenia wieku emerytalnego. Pojawiło się 500 tys. nowych emerytów, to osłabiło rynek pracy. Wydatki związane z trzynastą emeryturą, która moim zdaniem, jeżeli miałaby być kontynuowana, to wyłącznie dla osób o najniższych dochodach. Nie widzę żadnego powodu, żeby ktoś, kto ma 1900 zł emerytury, był tak samo traktowany, jak ktoś, kto ma 10 000 zł i więcej świadczenia.

Ogólnoeuropejskie zasady polityki społecznej mówią, że zasada solidarności powinna przede wszystkim obejmować tych, którzy są najbiedniejsi i wymagają wsparcia.

Czy gdyby rząd nie zdecydował się na obniżenie wieku emerytalnego, to ta sytuacja byłaby lepsza?
Przede wszystkim na rynku pracy mielibyśmy kilkaset tysięcy więcej pracowników. Warto utrzymać zasadę tzw. kotwicy budżetowej, bo ona naprawdę ma sens.

Czy zatem zaczyna nam grozić scenariusz grecki?
Nie. Grecja była państwem, które systemowo okłamywało instytucje europejskie, a Grecy jako obywatele systemowo okradali państwo. Z tej spirali wieloletnich dwóch kłamstw powstało to 300 mld euro zadłużenia. Pamiętajmy też jednak, że Grecja była w strefie euro, więc na ratowanie jej zrzucili się ci, którzy tworzą tę strefę. Można zatem powiedzieć, że Grecja w tym sensie była w lepszej sytuacji, bo my mamy walutę krajową.

Nie spodziewam się do 2021 roku włącznie trudności, natomiast bardziej niepokoi mnie to, co będzie się działo potem. Efektem obniżenia wieku emerytalnego będzie wyprowadzanie z rynku pracy kolejnych roczników i to jest dla gospodarki niekorzystne. Nie mamy wiedzy, jaka część z nich pracuje i będzie pracować, bo można na razie łączyć świadczenie z pracą, ale podejrzewam, że niestety niewielka.

Trzeba pobudzać aktywizację zawodową i zachęcać do oszczędzania na przykład w PPK, rekomenduję zachowania obliczone na dobrą przyszłość.

Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene władza centralna robi to, bazując na sile samorządu – mówi dr hab. Dawid Sześciło, prawnik, autor raportu „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” Fundacji Batorego. – Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze ich zasługa – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Pana analiza jest na absolutnej kontrze do tego, co chce obecna władza. Dlaczego?

DAWID SZEŚCIŁO: Prace nad raportem zaczęliśmy w 2015 roku, jeszcze przed wyborami. Odbywały się wówczas uroczyste obchody 25-lecia reaktywacji samorządu w Polsce; naszym zdaniem oprócz tej celebry zabrakło dyskusji, co dalej. Samorząd można uznać za największy sukces reformowania państwa przez ostanie 30 lat. To nie tylko moja opinia, jest także potwierdzana międzynarodowymi badaniami i opiniami samych obywateli i obywatelek.

Wskaźniki zaufania do władz samorządowych i samorządów biją rekordy i są dużo lepsze, niż do władzy centralnej.

Potem w nowej kadencji parlamentu okazało się, że doszła nam jeszcze jedna cegiełka w naszej pracy – zaczęliśmy się zastanawiać, jak jeszcze wzmocnić samorząd, który mógłby odciążyć państwo, które sobie nie radzi z różnymi zadaniami, jak chociażby ochrona zdrowia, edukacja czy transport publiczny, mieszkania.

Ostatnie 4 lata dodały jeszcze jeden wątek: jak zabezpieczyć samorząd przed władzą, która ma wyraźnie zakusy do tego, aby samorządom zabierać kompetencje, zasoby, pieniądze, i by spychać na samorząd zadania bez narzędzi ich realizacji.

Przyznać muszę, że generalnie samorządom żadna władza centralna nie była zbytnio przychylna. Zazwyczaj samorządy były traktowane jako sposób na decentralizację problemu bez decentralizacji pieniędzy. Najlepszym tego przykładem jest ochrona zdrowia, gdzie samorząd musi utrzymywać na powierzchni większość szpitali publicznych, podczas gdy 95 proc. pieniędzy w systemie pozostaje pod kontrolą władzy centralnej i Ministerstwa Zdrowia. Samorządy mogą jedynie prosić o pieniądze.

Od kilku lat obserwujemy, jak władza rozbija samorząd, jego kompetencje i przeprowadza pełzającą centralizację. Samorządu warto bronić, bo to jeden z głównych czynników sukcesu naszego państwa w ostatnich 30 latach. Niezauważany i niedoceniany.

Pewnie ta debata toczyłaby się dalej na uniwersytetach, gdyby nie 4 czerwca i samorządowcy, którzy sami organizowali obchody pierwszych częściowych wolnych wyborów. To wydarzenie uświadomiło, jak ważne są samorządy?
Zawsze marzyłem, żeby dyskusja o samorządzie toczyła się na pierwszych stronach gazet, ale mam wrażenie, że zamiast dyskusji mamy chaos informacyjny. W jednym momencie pojawiły się aż 3 zupełnie odrębne koncepcje: to jest nasza inicjatywa, 21 tez samorządowców i inicjatywa tzw. Inkubatora Umowy Społecznej, czyli „zdecentralizowana RP”. W normalnej rzeczowej debacie publicznej mielibyśmy dyskusję o tym, co je różni, co nadaje się do użytku. Tymczasem jest inaczej.

Słyszymy o rozbiciu dzielnicowym i wywłaszczeniu Polaków poprzez podatek katastralny czy o demontażu państwa. Rozumiem, że nie o to wam chodzi?

Skala absurdalnych zarzutów w tej debacie jest rzeczywiście czymś, co jest dla mnie absolutnie wstrząsające. Nie spodziewałem się, że można tak przeinaczać treść projektów.

Obserwujemy też łączenie tych projektów w jedną całość, jakoby miały powstawać razem, co jest absolutną nieprawdą. Nasza propozycja charakteryzuje się detalicznym, kompleksowym podejściem, z kolei propozycja samorządowców to 21 dość ogólnych haseł.

Obie propozycje zakładają większą decentralizację, na którą dziś rządzący nie mają najmniejszej ochoty. Zatem po co?
Przypomnę może historię, jak samorząd powstał. W latach 80. PRL-owskiej beznadziei była grupa ekspertów, naukowców związanych z opozycją demokratyczną, która nie bacząc na to, że ich propozycje nie mają szans natychmiastowej realizacji, podjęła pracę, licząc na to, że w którymś momencie to okno historycznej możliwości się otworzy i będą mogli idee przekuć w rzeczywistość. Będę się zatem sprzeciwiał twierdzeniom, że taka praca dziś nie ma sensu. Trzeba ją wykonywać, bo nigdy nie wiemy, kiedy otworzy się możliwość realizacji takich pomysłów. Gdy to nastąpi, dobrze mieć pakiet przemyślanych i opracowanych rozwiązań, a zadbać o dobro samorządu.

Dobro samorządu, czyli dobro kraju? Bo dobro samorządu może się kojarzyć z utrzymaniem ciepłych posadek.
Mnie nie interesuje, kto, gdzie i jak długo jest na fotelu wójta, burmistrza czy prezydenta. Postulujemy natomiast zwiększenie bezpośredniej obywatelskiej kontroli nad poczynaniami lokalnych władz np. poprzez przyznanie grupom obywateli możliwości zaskarżania wszystkich decyzji, uchwał samorządowych do sądu czy stworzenie instytucji lokalnego rzecznika praw mieszkańców, który byłby odpowiedzialny za wykonywanie kontroli nad władzami lokalnymi.

Dla nas samorząd to samorząd mieszkańców

i nie zależy nam, aby w jakikolwiek sposób zabezpieczyć tych samorządowców, których mamy. Proponujemy wręcz rozwiązania, które obecnym samorządowcom podobać się nie muszą. Zwiększenie obywatelskiej kontroli czy jawności samorządów poprzez wprowadzenie obowiązku publikacji informacji o wynagrodzeniach w spółkach komunalnych czy publikowania rejestrów umów, które zawiera samorząd. Wiadomo, że te propozycje z entuzjazmem władz się nie spotkają, ale naszym zdaniem są potrzebne jako idee samorządzenia się swoimi sprawami.

Wśród państwa propozycji znalazłam „1 proc. dla samorządu”. Wzorem 1 proc. dla organizacji pozarządowych można będzie odpisać z PIT-u 1 proc. dla samorządu. Skąd taki pomysł?
Pamiętajmy, że dziś samorządy na każdym poziomie mają zagwarantowany udział w podatku PIT, gromadzonego od mieszkańców danego samorządu. Gmina dostaje 38 proc. PIT. Chcemy dać mieszkańcom możliwość wypowiedzenia się również w ten sposób, czy ufają władzy lokalnej – może bardziej niż centralnej, bo może skuteczniej rozwiązuje ich problemy – i dania sygnału, że chcemy, aby więcej pieniędzy zostało w gminie zamiast wędrować do centralnego worka. Ten

1 proc. to dobry początek, ale może z czasem warto by umożliwić mieszkańcom, aby zostawiali więcej w lokalnym budżecie.

Samorządowcy dziś często finansują „pomysły” rządu. To trzeba zmienić w pierwszej kolejności?
Samorząd powinien być miejscem, gdzie rozwiązujemy problemy, na które głucha jest władza centralna i to nie tylko obecna. Obawiam się, że jeśli chodzi o ochronę zdrowia czy politykę mieszkaniową, to żadna z wiodących sił politycznych nie ma i nie miała do zaoferowania wiarygodnej i spinającej się ze sobą propozycji. Zróbmy więc to w swojej gminie i wszystkim wyjdzie nam to na dobre. Wtedy państwo będzie mogło zająć się sprawami, z którymi nie jest w stanie poradzić sobie samorząd, a tych spraw jest także dużo. Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene to też władza centralna robi, bazując na sile samorządu. Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze zasługa samorządów. Przecież ten program mogła realizować administracja centralna i w wielu państwach odbywa się to za pomocą np. ZUS-u.

W Polsce rząd wynajął niejako samorządy, wyraźnie ufając im bardziej niż sobie.

Podobnie reforma edukacji…
To też bardzo dobry przykład pokazujący, że nieważne, jak trudne warunki stworzy i jak bardzo uprzykrzy życie i zepsuje szkołę, to i tak samorządy sobie poradzą. Szkoda tylko, że to nie miało sensu.

Cały raport Fundacji Batorego do przeczytania TUTAJ.

Kapciowe Kaczyńskiego i inne ancymonki PiS

21 Czer

To oczywiste, że kalendarz spotkań agentów nie może być jawny” – złośliwie komentują internauci decyzję Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nie zgodził się na ujawnienie terminarza spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej.

Gdy wyszło na jaw, że kierownictwo TK przyjmuje polityków PiS, walcząca o dostęp do informacji publicznej Sieć Obywatelska Watchdog zapytała Trybunał Konstytucyjny o kalendarz spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej oraz wiceprezesa TK Mariusza Muszyńskiego.

Skończyło się na niczym, choć nie jest tajemnicą, że jeszcze w pierwszych siedmiu miesiącach rządów Przyłębskiej w Trybunale „około trzech razy” (tak określiło to biuro TK) gościł m.in. koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński. Z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą i wiceministrem Marcinem Warchołem spotykał się Mariusz Muszyński. Przyłębską i Muszyńskiego odwiedził poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który reprezentuje Sejm przed Trybunałem. Oboje mieli też bywać w siedzibie PiS, chociaż TK powinien stać na straży konstytucji, a sami sędziowie być apolityczni.

W maju „Wyborcza” ujawniła ponadto, że w warszawskim mieszkaniu Przyłębskiej prezes TK cyklicznie spotyka się z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim i premierem Mateuszem Morawieckim.

Kalendarze spotkań stanowią przedmiot roboczy, biurowy i nie zostały stworzone na potrzeby podmiotów zewnętrznych. Tym samym nie stanowiły informacji publicznej” – uznał WSA w Warszawie.

Watchdog nie zgodził się z wyrokiem i złożył skargę kasacyjną w NSA. We wtorek. NSA oddalił ją uznając – podobnie jak WSA – że terminarze spotkań nie mają charakteru informacji publicznej.

„Nie składamy broni” – zapowiada Watchdog. Organizacja wyczerpała już drogę prawną w Polsce, ale zapowiedziała skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. „Ta sprawa jest bardzo ważna” – ocenia.

 „W Parlamencie Europejskim mamy już swoje korespondencyjne skrytki” – pochwaliła się na Twitterze Beata Mazurek, obecna europosłanka PiS, a wcześniej wicemarszałek Sejmu i rzeczniczka partii. Na jednym ze zdjęć, które dołączyła, Mazurek paluszkiem wdzięcznie wskazuje rzeczoną skrytkę – na wypadek, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości…

Ale to nie koniec. Na kolejnej fotografii Mazurek pozuje z Beatę Szydło – bez skrzynek korespondencyjnych w tle, ale można się domyślać, że i była wicepremier cieszy się z tego „przywileju”.

Internauci niemiłosiernie kpili z nowych europosłanek PiS: – „Beaty odkryły skrytki na listy, szał normalnie. Gorzej będzie jak odkryją w nich listy w językach obcych”; – „Spójrz na to z innej strony, przez tyle dni ich szukały i nic. Wreszcie połączyły siły i znalazły, bo co dwie głowy, to nie jedna… Jest radość, są emocje, to sukces na miarę 27:1”;

„Dostały skrytki na kapcie i się chwalą. A jutro napiszą, że dostały po zeszycie i długopisie”; – „A jak tam wyglądają szatnie i toalety? A w gumiakach wpuszajo tam czy każo zdjonć? Dla kolegi pytom”; – „A jaka będzie radość, jak pierwsza wypłata wpłynie w znienawidzonym euro…”.

Gdyby zdarzyło się, że PiS uzyska większość konstytucyjną, to będzie to wynik gry nie fair. Dla mnie niedozwolonym dopingiem jest przejęcie nielegalnie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym i mediami. Propaganda wpływa na emocje ludzi, którzy zaczynają podejmować decyzje nie na podstawie prawdy i faktów. Jeżeli telewizja cały czas informuje o sukcesach rządu i poniża opozycję, to może się zdarzyć, że ludzie zagłosują kierowani taką opinią – mówi prof. Marcin Matczak, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego

KAMILA TERPIAŁ: Czy praworządność jeszcze kogoś obchodzi?

MARCIN MATCZAK: Myślę, że wszyscy mamy takie poczucie, że emocje związane z praworządnością trochę opadły. Ale to nie musi być nic złego. One opadły dlatego, że udało się coś wygrać – mam na myśli m.in. obronę sędziów Sądu Najwyższego. Na ogół jest tak, że duża mobilizacja spada, gdy kończy się sukcesem. Poza tym praworządność jest cały czas wartością abstrakcyjną, więc nigdy nie będzie wywoływała takich emocji jak nienawiść etniczna. Nie możemy liczyć na to, że przez cztery lata emocje będą cały czas na najwyższym poziomie. Uważam, że praworządność jest bardzo ważna dla ludzi, tylko bronimy jej już mniej emocjonalnie, a bardziej racjonalnie.

Czyli?
Na przykład sędziowie kierują coraz więcej pytań do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, korzystając także z wcześniejszych emocji i wsparcia, bo czują się silniejsi.

Nie ma nic złego w tym, że codziennie nie odbywają się manifestacje na Krakowskim Przedmieściu. Obrona praworządności trwa, tylko zmienia formę.

Ale świadomość zagrożenia istnieje?
Tak i myślę, że odgrywa cały czas ważną rolę. Bardzo duża frekwencja w ostatnich wyborach europejskich i zapowiedziana jeszcze większa w parlamentarnych to jest efekt właśnie emocji związanych z tym, że ktoś naruszył najważniejsze wartości. Jestem przekonany, że walka o praworządność trwa, tylko z frontalnego starcia przeszliśmy w wojnę pozycyjną.

Ostatnio coraz więcej mówi się o niekonstytucyjnej zmianie konstytucji. To pan wywołał ten temat. Realna jest taka zmiana?
Na pewno istnieje takie ryzyko. Podjąłem ten temat po opiniach o tym, że na jesieni PiS może uzyskać większość konstytucyjną. Problem w tym, że można zdobyć taką większość legalnie albo nielegalnie.

Zmiana legalna jest wtedy, kiedy ktoś gra fair, nie fauluje i nie używa dopingu.

Gdyby zdarzyło się, że PiS uzyska większość konstytucyjną, to będzie to wynik gry nie fair. Dla mnie niedozwolonym dopingiem jest przejęcie nielegalnie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym i mediami. Propaganda wpływa na emocje ludzi, którzy zaczynają podejmować decyzje nie na podstawie prawdy i faktów. Jeżeli telewizja cały czas informuje o sukcesach rządu i poniża opozycję, to może się zdarzyć, że ludzie zagłosują kierowani taką opinią.

PiS non stop atakuje legitymacje konstytucji z 1997 roku, mówiąc o tym, że w ówczesnym parlamencie nie było partii prawicowych. Przypominam, że wtedy nikt nie miał pełnej kontroli nad mediami i nie prowadził przez 4 lata propagandy na rzecz partii lewicowych. Taka była decyzja wyborców.

Jeżeli teraz, po kilku latach propagandy, zostanie uchwalona nowa konstytucja, to będę miał prawo mówić, że nie ma legitymacji, bo parlamentarna większość została zdobyta w efekcie kłamstw.

W prawicowych mediach ostatnio przeczytałam, że „szeryf” Ziobro dzięki wprowadzonym zmianom w Kodeksie karnym będzie skutecznie ścigał zwyrodnialców. To też kłamstwo?
Taka narracja oparta jest na manipulacji. Ludzie, którzy nie są prawnikami, bardzo chętnie słuchają takich zapowiedzi i wierzą, że jeżeli zwiększymy surowość kar, to przestępczość zniknie. Ale prawnicy doskonale wiedzą, że to nie surowość kar wpływa na to, co dzieje się z przestępczością, tylko poczucie nieuchronności kary. Większość przestępstw uwarunkowanych jest różnymi przyczynami, rzadko są popełniane z pełną intencją, nikt nie siedzi z głową w Kodeksie karnym i nie analizuje, o ile zwiększy się jego odpowiedzialność.

Jeżeli ktoś jest pedofilem i atakuje dzieci, to będzie to robił, nawet jeżeli kara będzie o parę lat większa czy mniejsza. Zmianę może spowodować wprowadzenie mechanizmów informacyjnych i kontrolujących.

Bardzo łatwo jest machać szabelką i mówić o zaostrzaniu kar, bo papier przyjmie wszystko. Trudniej jest systemowo zwalczać przestępstwa, także dlatego, że jest to mniej spektakularne politycznie. Wszystkie zmiany, w tym ostatnia nowelizacja Kodeksu karnego, są pewnego rodzaju przedstawieniem, które pokazuje się obywatelom po to, aby wyrobić w nich przekonanie, że rząd robi, co może, aby zapewnić obywatelom poczucie bezpieczeństwa.

Elementem tego przedstawienia jest też decyzja o wprowadzeniu bezwzględnego dożywocia, czyli „ukrytej kary śmierci”?
To jest gra na niskich emocjach, które w ludziach się pojawiają. Chodzi o zemstę, potrzebę linczu, zaatakowania osoby, którą uznajemy za pozostającą poza społeczeństwem.

Dziwne jest to, że „ukryta kara śmierci” wprowadzana jest przez partię, która mówi, że chce być w Europie, a to rozwiązanie jest niezgodne ze standardami europejskimi.

Co więcej, wprowadza to partia, która mieni się partią chrześcijańską, a to stanowisko jest niezgodne z nauczaniem papieża Franciszka. Jeżeli zostało wprowadzone, to chyba tylko po to, żeby ktoś poczuł się lepiej.

Ta ważna i kontrowersyjna zmiana Kodeksu karnego została przyjęta w Sejmie w ciągu kilku dni. Opozycja od początku alarmowała, że stało się to niezgodnie z Regulaminem Sejmu. Będzie można ją w związku z tym kiedyś podważyć?
Jeżeli powróci niezależny Trybunał Konstytucyjny, to taka szansa istnieje. To nie jest tak, że ważny akt prawny został przyjęty z pominięciem drobnych wymogów proceduralnych. To jest poważny problem. Procedury zmian kodeksowych, najważniejszych aktów prawnych po konstytucji, wymuszają refleksje i konsultacje. Jej naruszanie i bardzo szybkie procedowanie prowadzi do błędów, które w przypadku zmian w Kodeksie karnym mogą się okazać opłakane w skutkach, bo to jest ustawa, która może zabrać ludziom wolność, majątek i zniszczyć życie.

To jest robienie niebezpiecznego prawa niskiej jakości, które może mieć wpływ na czyjeś życie. To tak, jakby bardzo szybko przeprowadzać operację, chociaż nie ma takiej potrzeby, i w konsekwencji zrobić komuś poważną krzywdę.

A jak ktoś próbuje zwracać uwagę na błędy, to rządzący straszą sądowymi pozwami. Mam na myśli profesorów z UJ, których Ministerstwo Sprawiedliwości chciało pozwać za kłamstwo.
To zachowanie skandaliczne! Mamy do czynienia z wykorzenieniem jakiejkolwiek dyskusji, debaty i tworzeniem prawa, które jest wydawaniem społeczeństwu rozkazów. Posłanka PiS-u Krystyna Pawłowicz kiedyś podczas rozmowy z sędzią Waldemarem Żurkiem powiedziała do niego „cicho” i tak też postępują rządzący. Nie chcą nikogo słuchać, bo uważają, że są najmądrzejsi i zjedli wszystkie rozumy. To powoduje, że prawo nie jest uwspólnione – ludzie nie rozumieją, po co i dlaczego jest wprowadzane. A jeżeli eksperci chcą się włączyć w debatę, pokazując nieścisłości i zagrożenia, czyli działając w interesie publicznym, to zamiast ich wysłuchać, straszy się pozwem. To jest pogrożenie palcem i pokazanie, że macie siedzieć cicho.

To upadek jakichkolwiek obyczajów, związanych ze wspólnym podejmowaniem decyzji, ale tak działa władza, która uważa się za szeryfa.

Ministerstwo Sprawiedliwości ostatecznie z pozwu się wycofało. Dlaczego?
Z kilku powodów. Po pierwsze, minister ma taką przewagę nad profesorami z UJ, że jeżeli coś powie w telewizji i to pójdzie w świat, to nieważne, czy tak zrobi, efekt mrożący i tak zostanie osiągnięty. W taki sposób dał do zrozumienia społeczeństwu, że jeżeli ktoś inny ośmieli się go krytykować, to może wystąpić z akcją prawną. Profesorowie prawa się tego nie wystraszą, ale ktokolwiek inny, kto nie ma wiedzy prawniczej, może się zacząć obawiać. Po drugie, ten pozew był absurdalny. Nie można przecież uznawać za pomówienia stanowiska wobec ustawy. Po trzecie,

ministerstwo mogło się wystraszyć przeciwnika. Po drugiej stronie są bowiem wybitni prawnicy, którzy znają swój fach, a Zbigniew Ziobro nie ma wsparcia wielu wybitnych ekspertów. Ogromna większość polskich prawników nie chce wspierać naruszania państwa prawa. To mogła być zatem zwykła rejterada.

Profesorowie domagają się sprostowania, ale też zapowiadają pozew o naruszenie dóbr osobistych. Powinni wystąpić przeciwko Ministerstwu Sprawiedliwości?
Tak, dlatego że nie można pozwolić sobie na to, aby polityk z szerokim dostępem do mediów zarzucał akademikom kłamstwo, podważał ich autorytet i pozbawiał zaufania. Oni nie mogą się bronić w taki sam sposób, bo nikt ich do rządowych mediów nie zaprosi. Jedynym sposobem jest wystąpienie z pozwem i zmuszenie ministra do publicznego przeproszenia. To nie jest tylko walka o ich interes, ale przede wszystkim o jakość i kulturę dyskusji w życiu publicznym. Jeżeli tego nie będzie, to wszystkie decyzje w publicznych sprawach będą podejmowane jednoosobowo.

Historia uczy nas, że jeżeli przechodzimy w jednolitość władzy, to zawsze kończy się katastrofą, bo świat jest zbyt złożony.

Prawnicy bronią zatem ważnej dla demokracji wartości, czyli debaty publicznej, której wartość polega na tym, że problemy, które mamy, rozwiązujemy wspólnie, a nie powierzymy ich rozwiązanie jednej osobie lub wąskiej grupie.

Nie obawia się pan, że przyjdzie moment, w którym i pan, na przykład za krytykowanie zmian w Kodeksie karnym, otrzyma pozew od rządzących?
Nie raz o tym myślę, ale to już jest działanie „efektu mrożącego”. W sytuacji całkowitej swobody wypowiedzi w ogóle byśmy się nad tym nie zastanawiali. Ale jeżeli przychodzi taka myśl, że to, co mówię, może być kiedyś wykorzystane przeciwko mnie, to kończy się wolność wypowiedzi i mamy początek końca demokracji.

Sami zaczynamy stawać się swoimi cenzorami.

Nowi rzecznicy dyscyplinarni to sędziowska policja polityczna?
Konstrukcja odpowiedzialności dyscyplinarnej została zmieniona przez ministra sprawiedliwości nie po to, aby była bardziej efektywna w podnoszeniu etyki zawodowej sędziów. Od dawna słyszymy wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, który straszył sędziów postępowaniami dyscyplinarnymi w sytuacjach, kiedy podejmowali rozstrzygnięcia, z którymi się nie zgadzał. To sytuacja przygotowywania konstrukcji represji politycznej, czyli sytuacji, w której akcje dyscyplinarne będą wykorzystywane po to, aby karać niezawisłych i niezależnych sędziów za to, że są tacy, jak wymaga konstytucja.

Jeżeli recenzent władzy będzie się jej bał, to przestaje być recenzentem.

To jest kolejny krok do jednolitości władzy, który może doprowadzić do całkowitego wyeliminowania niezależnego sądownictwa w Polsce.

Senat jest najłatwiej zdobyć, bo tam działa system większościowy. Warunek jest jeden – dobra współpraca opozycji i wspólna lista kandydatów. Inne działanie byłoby z politycznego punktu widzenia prawdziwym przestępstwem. Ale ten postulat jest bardzo skromny. Dobrze gdyby opozycji udało się zdobyć chociaż jeden przyczółek, który może blokować arbitralność władzy PiS-u, jeżeli ponownie zdobędzie władzę. Ważne byłoby posiadanie dwóch takich przyczółków, czyli Senat i prezydenta – mówi Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. Rozmawiamy też m.in. o planie opozycji na wybory, stanie lewicy, zagrożeniu demokracji, racji stanu.

KAMILA TERPIAŁ: Do jesiennych wyborów parlamentarnych pozostało nieco ponad 100 dni. Na ten moment jest pan optymistą?

ALEKSANDER SMOLAR: W takiej sytuacji trudno być optymistą. Po pierwsze, wyniki wyborów europejskich były szokujące i zaskakujące dla przegranych, także dla wygranych. Charakter wyborów parlamentarnych, wysokość partycypacji może jeszcze wzmacniać atuty tych, którzy rządzą. Wybory europejskie pokazały, że najwyższy przyrost poziomu mobilizacji występował wcale nie w dużych miastach (tak jak w wyborach samorządowych), tylko na wsi i w małych miasteczkach, czyli tam, gdzie jest baza społeczna PiS-u. Podczas wyborów parlamentarnych zapewne niewiele się to zmieni, chyba że nastąpi niezwykła mobilizacja opozycji, pojawienie się nowych, silnych argumentów, kompromitacja obozu rządzącego albo czynniki demobilizujące ten obóz. Nic na to w tej chwili nie wskazuje. Chociaż trudno w tej chwili ocenić potencjał sprawy podsłuchów i zeznań Falenty. Sukces raczej sprzyja optymizmowi i służy mobilizacji. Tak jak w 2015 roku zwycięstwo ówczesnej opozycji w wyborach prezydenckich zwiększyło szanse wygranej PiS-u w wyborach parlamentarnych. W tym roku problem sekwencji pozostaje ten sam,

mamy do czynienia z rodzajem efektu domina, czyli zwycięstwo w wyborach europejskich zwiększa, a nie zmniejsza szanse PiS-u. Odwrócenie tej tendencji nie jest niemożliwe, ale będzie bardzo trudne.

Grzegorz Schetyna zapowiedział, że PO i Nowoczesna zamierzają ruszyć „w Polskę”. To dobry krok?
Bardzo dobrze, że jest taka wola i taki plan, zwłaszcza dotarcia tam, gdzie opozycja osiągnęła marny wynik. Ale nie jestem pewien, czy to zwiastuje poważny sukces. Problem opozycji przecież był też tam, gdzie ludzie na ogół na nią głosowali, ale tym razem po prostu ich część nie poszła do urn. W tych regionach powinna koncentrować się ofensywa opozycji.

Bez utrzymania optymizmu i pełnej mobilizacji niczego nie da się osiągnąć.

Donald Tusk ma się włączyć w walkę o Senat. Łatwiej będzie zdobyć tu większość?
Tak, ale to jest zdecydowanie wariant minimum. Senat jest najłatwiej zdobyć, bo tam działa system większościowy. Warunek jest jeden – dobra współpraca opozycji i wspólna lista kandydatów. Inne działanie byłoby z politycznego punktu widzenia prawdziwym przestępstwem. Ale ten postulat jest bardzo skromny. Dobrze gdyby opozycji udało się zdobyć chociaż jeden przyczółek, który może blokować arbitralność władzy PiS-u, jeżeli ponownie zdobędzie władzę. Ważne byłoby posiadanie dwóch takich przyczółków, czyli Senat i prezydenta.

Na razie o wyborach prezydenckich Donald Tusk nie wspomina…
Gdyby poruszył temat, musiałby zadeklarować swoje intencje. Na razie nie może albo po prostu nie chce tego robić.

Mobilizować wyborców powinna zjednoczona opozycja?
Sam fakt podzielenia opozycji nie będzie pozytywnie wpływał na wyborców. Ale z drugiej strony są tam ludzie o bardzo odległych poglądach. Gdyby można było stworzyć dwa bloki: centroprawicowy i centrolewicowy, to być może byłyby w stanie skutecznie działać i pobudzić nadzieję w swoich elektoratach. Tyle że to jest tylko gdybanie.

Stan lewicy w Polsce jest taki, że raczej trudno uwierzyć w jakiekolwiek zjednoczenie. Zwłaszcza po wyborach europejskich, w których partie lewicowe, poczynając od Wiosny, zostały poważnie osłabione. Robert Biedroń próbuje jeszcze uruchomić mechanizm samospełniającego się proroctwa, powtarzając, że odniósł sukces, ale tak to nie zadziała.

SLD nie wzmocniło się w Koalicji Europejskiej?
Jest bardzo odległe od swoich przeszłych wysokich notowań. Trzej byli premierzy, którzy startowali do Parlamentu Europejskiego, nie są już de facto ludźmi SLD. Można powiedzieć, że to jest dowód nie sukcesu SLD, ale sprawnej akcji Grzegorza Schetyny, który przekonał trzech byłych premierów i Sojusz nie mógł odmówić wejścia do koalicji.

Kto miałby zacząć budować taką koalicję?
Robert Biedroń próbuje stanąć na czele takiego ruchu. Ale dramatyzm jego sytuacji pokazuje to, że apeluje nawet do Barbary Nowackiej, którą nie tak dawno publicznie obrażał.

Każdy komponent lewicy jest pogrążony w głębokim kryzysie.

Alternatywna koncepcja jest taka, aby cała lewica przystąpiła do zjednoczonej opozycji, ale to też trudno sobie wyobrazić, chociażby z powodów ideologicznych. To oznaczałoby zresztą utratę PSL-u, którego przystąpienie do koalicji nie jest pewne. Jeżeli będzie Wiosna Biedronia, to nie będzie PSL-u.

Kogo lider PO powinien wybrać?
To jest bardzo trudne pytanie. Jeżeli doszłoby do takiego wyboru, to myślę, że Grzegorz Schetyna wybierze PSL. Licząc chociażby na to, na co liczą ludowcy – że są różne środowiska konserwatywne, które nie chcą PiS-u. To są środowiska, dla których to, co w oczach tradycjonalistycznej części Polski uchodziło za działania przeciwko Kościołowi, jest nie do zaakceptowania.

Po wyraźnej mobilizacji wsi w wyborach europejskich widzimy, że argument kulturowo-religijny odegrał bardzo ważną rolę.

Zmobilizował te środowiska?
Tak, one poczuły strach, że to, co się dzieje, jest zamachem na tożsamość Polaków. Nasz kraj jest pod tym względem bardzo podzielony. Na jesieni zeszłego roku zostały opublikowane w USA wyniki bardzo ciekawych badań opinii publicznej przeprowadzonych w 14 krajach Europy. Pokazały one, jak ogromna jest przepaść kulturowa między Europą Zachodnią i Wschodnią. Potwierdziły to ostatnie wybory. U wielu konserwatywnych wyborców pojawiły się obawy, że walka z pedofilią oznacza w istocie próbę podważenia nie tylko tożsamości religijnej, ale także narodowej.

Opozycja powinna odpuścić wojny światopoglądowe i ideologiczne?
Tu jest poważny dylemat. Z jednej strony jest sprawa wiarygodności opozycji. Przecież są poważne siły społeczne, które się z nią utożsamiają i nie zrezygnują z naturalnych postulatów: skończenia z uprzywilejowaniem Kościoła, rozliczenia w sprawach pedofilskich czy edukacji seksualnej w szkołach. I ja tego absolutnie nie krytykuję, wręcz przeciwnie, podzielam te żądania. Ale

w kategoriach politycznych trzeba zarazem myśleć, iż to może oznaczać jeszcze większą mobilizację sił tradycjonalistycznych, które są za PiS-em.

Film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” też się w to wpisywał? Wydawało się, że ludzie zaczynają przeglądać na oczy.
To jest bardzo dobry film, ale został pokazany już w bardzo podgrzanej atmosferze. Z jednej strony wywołał zrozumiałe, masowe reakcje antyklerykalne, z drugiej jednak spowodował mobilizację po stronie ludzi, którzy też uważają afery pedofilskie i krycie ich przez część hierarchów za skandaliczne, ale w radykalizmie oskarżeń widzieli też zagrożenia dla istotnych elementów ich katolickiej i polskiej tożsamości.

Parodia mszy – jak mówią niektórzy – podczas ostatniego Marszu Równości w Warszawie może na starcie zaszkodzić opozycji?
Sam marsz był bardzo radosny i kolorowy. A to, co się tam stało, było tylko  drobnym incydentem. Natomiast rozgłos, jaki nadano temu zdarzeniu, jest tylko potwierdzeniem faktu, że

łatwiej zmobilizować siły tradycjonalistyczne i konserwatywne, niż liberalne i lewicowe.

Jakich argumentów do mobilizacji powinna użyć opozycja?
Ma ich bardzo wiele, różna jest tylko ich waga dla opinii publicznej. Większość Polaków już w grudniu 2015 roku odpowiadało w jednym z sondaży, że istnieje zagrożenie dla demokracji. To nie jest tak, że Polacy nie zdają sobie z tego sprawy. Później te wskaźniki jeszcze rosły.

Ale nie wystarczyły, aby powstrzymać PiS.
Ludzie zdają sobie sprawę z tego, co PiS robi, ale część myśli sobie „przecież wszyscy politycy kradną, ci przynajmniej się dzielą”. Z badań wynika też, że ludzie, którzy głosują na populistów na przykład w Stanach Zjednoczonych czy Francji wiedzą, że oni kłamią, ale równocześnie utożsamiają się z nimi ze względów kulturowych. Ludzie zapewne woleliby, żeby nie kłamano, ale w skomplikowanym, trudnym do zrozumienia świecie bardzo jest trudno odróżnić, kto kłamie, a kto nie. Ludzie nie przestają wierzyć, że PiS psuje demokrację, ale równocześnie nie ma dramatycznych sytuacji, takich jak masowe aresztowania czy tortury, bo z tym kojarzy się dyktatura. W taki sposób następuje sterylizacja bardzo ważnych argumentów. A PiS potrafi też argumenty zmieniać.

Ostatnie wybory opozycja przedstawiała jako starcie sił proeuropejskich i antyeuropejskich, ale PiS uświadamiając sobie, że może na tym poważnie stracić, zmienił język. Teraz bardzo uważać powinny samorządy.

Dlaczego?
Pojawiły się ostatnio w przestrzeni publicznej cztery różne koncepcje pogłębienia reformy samorządności, m.in. jedna przygotowana przez Fundację im. Stefana Batorego. I nagle w prawicowej prasie pojawiły się masowe komentarze, że chodzi w istocie o rozbiór Polski. To oczywiście jest absurdalne, ale pokazuje, że dla władzy to jest niebezpieczna problematyka. Tendencją naturalną PiS-u jest centralizacja. Od początku byli niechętni, a nawet wrodzy samorządom. Opozycja powinna bić na alarm.

Na co jeszcze powinna zwracać uwagę opinii publicznej?
We wrześniu pojawi się przecież problem kryzysu szkolnictwa. Opozycja musi się postarać to wygrać i zmobilizować nauczycieli i rodziców. Ten temat dotyczy milionów ludzi i będzie elementem walki politycznej. Do tego dochodzi jeszcze służba zdrowia. Argumenty istnieją, mogą być za to problemy z ich wykorzystaniem.

Czyli opozycja, wbrew temu, co mówi wielu publicystów, powinna straszyć PiS-em?
Istnieje takie przekonanie, że – tak jak w bajce o wilku i owcach – opozycja cały czas straszyła PiS-em i społeczeństwo w końcu przestało być na to straszenie wrażliwe. To jest pewien problem. Nie można absolutnie na tym poprzestać. Trzeba też przedstawić pozytywny program.

Ale przez to, że jest problem w komunikacji, nie traci na znaczeniu fakt, że PiS jest niebezpieczny dla polskiej demokracji, dla Polski w Unii Europejskiej i gospodarki. Jak przyjdzie recesja, to dopiero wtedy okaże się, jaka jest prawdziwa cena prowadzonej polityki redystrybucji dochodów.

O tym trzeba mówić, ale może w inny sposób, może powinni to robić inni, młodzi ludzie. Mówił zresztą o tym ostatnio sam Grzegorz Schetyna.

Samorządowcy na listach wyborczych to nadzieja opozycji?
To nie może być czynnik decydujący, ale może poprawić sytuację. Samorządy są najbardziej popularne spośród wszystkich instytucji publicznych. Ludzie mają do nich zaufanie. Wystartowanie na przykład prezydentów niektórych miast w wyborach może mieć pewne znaczenie, ale na razie nie wiemy, jaką miałoby to w ogóle przybrać formę. Nie wiedzą tego nawet sami samorządowcy. Udział w wyborach oznacza przecież rezygnację z funkcji samorządowych. To dla nich na pewno bardzo trudna decyzja. Poza tym wpływ prezydenta miasta na wiele rzeczy jest o wiele większy, niż szeregowego posła.

Powrócił właśnie temat afery podsłuchowej. Może zaszkodzić PiS-owi?
To jest bardzo poważna sprawa. Pan Marek Falenta nie jest może godny zaufania, ale przecież może posiadać jeszcze jakieś nagrania. Opozycja powinna to umiejętnie wykorzystać.

Chodzi nie o to, aby przekonać zwolenników PiS-u, tylko tych, którzy są zwolennikami opozycji, ale nie bardzo w nią wierzą.

Trzeba ich przekonać, że ci, którzy rządzą, są niebezpieczni także z punktu widzenia polskiej racji stanu. Mogło dojść do posłużenia się obcymi agenturami dla obalenia własnego rządu. Takim przekazem nie zdobędzie się może bardzo dużo głosów, ale można zmobilizować część wyborców. Poza tym należy im cały czas uświadamiać, że niepójście do wyborów jest de facto głosem oddanym na Prawo i Sprawiedliwość.

Istotą czynu zabronionego jest to, że on musi być opisany w ustawie na tyle precyzyjnie, aby nie było żadnych wątpliwości co do jego zakresu. Ta nowelizacja była procedowania bardzo szybko. Złamano zasadę trzech czytań. Na etapie senackim wprowadzono istotne poprawki, których już wprowadzać nie wolno. Tych zarzutów proceduralnych jest tak dużo, że prezydent tej nowelizacji nie powinien podpisywać. Andrzej Duda musi się obudzić jako strażnik konstytucji, jako osoba, która czuwa nad jej przestrzeganiem – mówi konstytucjonalista prof. Marek Chmaj i dodaje: – Mamy chory system, w którym o postawieniu polityka przed Trybunałem Stanu decydują inni politycy. Kiedy nie ma odpowiedzialności, politycy mogą robić wszystko

JUSTYNA KOĆ: Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro groził pozwem profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego, bo ci napisali krytyczną ekspertyzę odnośnie do zmian w Kodeksie karnym. Finalnie wycofał się z tego, ale czy to, że władzy w ogóle przychodzą do głowy takie pomysły, może budzić obawy?

MAREK CHMAJ: To kuriozalne, szczególnie że nowelizacja dotyczyła projektu, którego oficjalnym projektodawcą nie było Ministerstwo Sprawiedliwości. Inicjatywa ustawodawcza przysługuje Radzie Ministrów, posłom i innym podmiotom, ale nie ministrowi sprawiedliwości. Minister mógł tworzyć te przepisy, ale uchwalenie ich należy do Sejmu, później trafiają do Senatu. Opinia naukowców z Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego była związana z konkretnym projektem, który przeszedł przez Sejm. Ta opinia miała charakter merytoryczny, odnosiła się nie tylko do błędów w tym projekcie, ale też do naruszeń proceduralnych w trakcie prac parlamentarnych. Tymczasem

minister sprawiedliwości za pieniądze publiczne groził, że wystąpi z powództwem o naruszenie dóbr osobistych w stosunku do autorów tej ekspertyzy. Takie rozwiązanie jest moim zdaniem nieakceptowalne. Jeżeli minister chce, może wystąpić, ale jako strona powodowa, jeśli czuje się w jakikolwiek sposób poszkodowany opinią.

Czyli nie jako minister sprawiedliwości, tylko Zbigniew Ziobro?
Tak, i wtedy niech opłaci wpis sądowy i ewentualnie pełnomocnika, który będzie go reprezentował w sądzie.

Chyba ktoś wytłumaczył ministrowi, że to nie jest dobry pomysł, bo wycofał się z niego, tłumacząc się zresztą dość absurdalnie, że „wszyscy i tak wiedzą jak jest”.
Zbigniew Ziobro został powstrzymany przed kompletną kompromitacją.

Ktoś mu dobrze podpowiedział, żeby porzucił tę sprawę.

Czy to nie jest ingerowanie w wolność słowa, wyrażania opinii?
Zawsze wolność słowa musi być traktowana jako wolność do przekazywania swoich opinii czy swojego zdania, ale pamiętajmy, że ta wolność nie jest bezgraniczna. Nie może naruszać wolności i praw innych osób. Ta opinia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego nie ma charakteru osobistego, a merytoryczny. Znajdują się w niej argumenty często krytyczne dla tej konkretnej nowelizacji. Z taką opinią można polemizować, ale też argumentami merytorycznymi. W tej opinii nie ma wskazania, że ktoś jest niemądry albo że mija się z prawdą czy wywiera nielegalny wpływ na proces ustawodawczy. W tej opinii są argumenty merytoryczne, zatem można się z nimi zgadzać lub nie, ale polemika musi być również merytoryczna.

Polemika i dyskusja to sól demokracji. To w systemach autorytarnych jest jedno zdanie i jedna nadrzędna opinia…
Dokładnie tak, zatem grożenie autorom opinii, że w stosunku do nich będzie wniesione powództwo o naruszenie dóbr osobistych, jest nadużywaniem swojej pozycji.

Jednocześnie jest też oczywiście pewną reklamą dla autorów opinii, bo minister przyznaje, że była ona na tyle istotna, że poczuł się zmuszony do wystąpienia przeciwko jej autorom.

Teraz profesorowie z UJ rozważają złożenie swojego pozwu. Jak pan ocenia ten pomysł?
Pamiętajmy, że to wszystko musi być związane z konkretnym naruszeniem dóbr osobistych. Jeśli doszło do naruszenia dóbr osobistych profesorów – ja tego nie wiem, trzeba by szczegółowo przeanalizować wypowiedź ministra Ziobry – ale jeżeli doszło do naruszenia autorów opinii wymienionych z imienia i nazwiska, to będzie im przysługiwało roszczenie na drodze cywilnoprawnej m.in. o przeproszenie czy sprostowanie.

Jak ocenia pan sam tryb uchwalania zmian w Kodeksie karnym? Bo konstytucja dokładnie określa, jak on ma wyglądać.
To koleje kuriozum. Mamy do czynienia z bardzo dużą nowelizacją Kodeksu karnego. To niezwykle ważna ustawa, bo odnosi się bezpośrednio do praw i wolności wielu osób.

Tego typu duża nowelizacja musi być przeprowadzana z odpowiednią rozwagą, z wysłuchaniem opinii praktyków środowiska akademickiego, że wszystkie przepisy zostaną odpowiednio przeanalizowane, aby w postępowaniu karnym nie było żadnej niejasności.

Istotą czynu zabronionego jest to, że on musi być opisany w ustawie na tyle precyzyjnie, aby nie było żadnych wątpliwości co do jego zakresu przedmiotowego i strony podmiotowej. Ta nowelizacja była procedowania bardzo szybko. Złamano zasadę trzech czytań. Na etapie senackim wprowadzono istotne poprawki, których już wprowadzać nie wolno. Tych zarzutów proceduralnych jest tak dużo, że prezydent tej nowelizacji nie powinien podpisywać. Andrzej Duda musi się obudzić jako strażnik konstytucji, jako osoba, która czuwa nad jej przestrzeganiem.

Chyba nikt nie ma złudzeń, że to nastąpi…
Andrzej Duda wielokrotnie udowodnił, że kompletnie zagubił się w roli strażnika konstytucji i potrafi bezrefleksyjnie podpisać nawet bardzo złe ustawy, które wychodzą z parlamentu.

Czy wobec tego konstytucja w Polsce jest tylko na papierze? Władza bezpardonowo ją łamie, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności.
Niestety

bardzo często w obecnej kadencji dochodzi do naruszenia przepisów konstytucji, niektóre przepisy są łamane wprost, niektóre są omijane.

Tylko czasami jest refleksja nad przepisami rażąco niezgodnymi z ustawą zasadniczą, ale zbyt rzadko. Tutaj zawodzi zarówno Sejm, jak i Senat, ale też prezydent Andrzej Duda, na którym ciążą jego czyny, bo można wskazać mu wielokrotne naruszenie konstytucji podczas kadencji.

Co grozi prezydentowi? W normalnej sytuacji byłby to Trybunał Stanu, ale dziś ten scenariusz jest nierealny.
Hipotetycznie Trybunał Stanu, ale mamy chory system, w którym o postawieniu polityka przed TS decydują inni politycy. Mamy zatem system, który powoduje bezkarność, bo jeżeli ktoś ma większość parlamentarną, to może być pewny, że ta większość w stan oskarżenia go nie postawi, a skoro nie postawi go w stan oskarżenia, to Trybunał Stanu nie będzie mógł go osądzić. W tym systemie, kiedy nie ma odpowiedzialności, politycy mogą robić wszystko.

Warto byłoby pomyśleć nad modyfikacją prawa w tym zakresie?
Były propozycje zmian i należy do tego powrócić jak najszybciej, aby polityk mógł być stawiany w stan oskarżenia, a przy postawieniu w stan oskarżenia z automatu następuje zawieszenie funkcji. Kiedyś mówiłem, że

w stan oskarżenia członka rządu mogłaby stawiać Izba Karna Sądu Najwyższego, a prezydenta Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN. Takie rozwiązanie wymaga jednak zmiany konstytucji.

Mamy tu problem, bo PiS z jednej strony wskazuje, że konstytucja jest zła i że trzeba ją znowelizować, a z drugiej często ją łamię. Zatem po co nowelizować coś, co jest łamane? Najpierw bezwzględnie przywróćmy przestrzeganie konstytucji, a potem możemy otworzyć dyskusję nad nowelizacją.

Trybunał Konstytucyjny wyraźnie zwolnił i działa najwolniej od 2014 roku. W tym roku rozpatrzono do początku czerwca tylko 22 sprawy. Jednocześnie o ponad 22 mln wzrósł budżet. Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle?
Jest to sytuacja dramatyczna, TK nie dość, że często orzeka w składzie dublerów, to jeszcze statystyka jego prac dramatycznie spadła. To pokazuje, że celem PiS-u nie była naprawa, przyśpieszenie prac, tylko przejęcie tej instytucji.

Trybunał Konstytucyjny w zasadzie dziś nie wypełnia tej ważnej roli, jaką wyznacza konstytucja. Zresztą podobnie jak Trybunał Stanu.

Czyli tu tez należałoby się zastanowić w przyszłości nad zmianami?
TK zepsuto kolejnymi ustawami oraz nielegalnym powołaniem na prezesa pani Julii Przyłębskiej. Tutaj prezydent złamał szereg przepisów konstytucji.

Prędzej czy później czeka nas wielka debata o tym, jak to wszystko poukładać na nowo, bo widać, że nie działa jak powinno?
Przed nami na pewno stoi ogromne zadanie przywrócenia zasad demokracji i przestrzegania konstytucji, a także zagwarantowania niezależności władzy sądowniczej, i to na tej władzy spoczywa szereg zadań związanych z dbałością przestrzegania prawa.

Jeżeli władza sądownicza nie będzie niezależna, a sędziowie niezawiśli, to w sporze z państwem obywatel zawsze będzie na przegranej pozycji.

Sędziowie z Iustitii mówią wprost, że postępowania dyscyplinarne wobec sędziów stały się narzędziem represji władzy i apelują do sędziów orzekających, aby tego nie robili. Zgadza się pan z opinią Iustitii?
Tak, zgadzam się, i wierzę w to, że nawet sędziowie, który są sędziami dyscyplinarnymi, nie zapomną, że ma nimi kierować litera prawa i niezawisłość sędziowska.

Mitologię – z licznych powodów – łatwo pomylić z mitomanią.

Parę dni temu pan premier zmienił narodowość. Postanowił udawać Greka, a konkretnie to niejakiego Temistoklesa. Ów akt etnicznej apostazji dokonał się w miasteczku Spała, co w tym kontekście wydaje się okolicznością symboliczną. Wprawdzie nie jest jasne, czy – by zacytować klasyka – pan premier „spał w Spale, a pił w Pile”, czy odwrotnie, niemniej to raczej nie był sen. Choć trudno wyrokować, albowiem szef rządu objawił swoje prawdziwe pochodzenie etniczne na spotkaniu z aktywistami Klubu „Gazety Polskiej”. Ci zaś, przynajmniej w kręgach zbliżonych do opozycji, nie bez powodu uchodzą przecież za śniących na jawie.

Tak czy inaczej pan premier powołał się w Spale na starożytne korzenie swoje i całej swojej politycznej drużyny, a wszystko w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych. Oraz słynnej bitwy pod Salaminą. Tej z Persami.

W roli Persów obsadzona została, co oczywiste, Koalicja Europejska, choć każdy przyzna, że gdzie tam Grzegorzowi Schetynie do „króla królów” – Kserksesa. Nie wiadomo też, co na to wszystko Jarosław Kaczyński, bo wszak w ten sposób premier obsadził go w roli pozbawionego autorytetu, nominalnego wodza mocno skłóconego, nieefektywnego i nielojalnego względem koalicjantów pospolitego ruszenia, przeciwstawiając całe to kolorowe towarzystwo karnej i bitnej armii Persów. Ale to szczegół. Poważniejszym zarzutem wobec premiera udającego Greka jest – zdaje się – pomieszanie ról.

Bo jeśli już pisać scenariusz rekonstrukcji bitwy pod Salaminą z udziałem najważniejszych naszych bloków politycznych, to „przeważające siły i środki” są teraz zdecydowanie po stronie obozu władzy i jego samodzierżawcy – pana prezesa. Natomiast zbieranina spod sztandarów KE jako żywo przypomina skłóconych, rozdrobionych, ciągnących każdy w swoją stronę Greków, których największym atutem okazało się ostatecznie przywiązanie do – nazwijmy to – „europejskich wartości”, cudem obronionych przed zakusami wschodniej satrapii. Tak to wygląda w podręcznikach historii, ale pewnie teraz po reformie ta opowieść toczy się inaczej. A jak nie, to pan premier – w końcu historyk z wykształcenia, podyktuje, co należy…

Ale może jednak jest w tym wszystkim więcej racji, niżby z pozoru wyglądało. No bo, jak się tak głębiej zastanowić, jakieś analogie między obozem rządzącym a Grecją, tą starożytną, a i tą współczesną, jednak by się przecież znalazły. Demokracja, na przykład.

Formacja pana prezesa uważa się – jak ongiś Grecy – za gwaranta i obrońcę demokracji. Ba – niektórzy nawet w to wierzą. A ponadto, jeśli mają na myśli demokrację w jej starożytnym ateńskim wydaniu, nawet mają rację! Była to bowiem owszem, demokracja, ale taka dla wybranych. Dla swoich, znaczy. Wolnych, dorosłych ateńskich obywateli. Wyłącznie mężczyzn o ściśle określonym, wysokim statusie społecznym i materialnym. Jeśli przez „demokrację” rozumieć rządy jakichś 10 procent populacji (żadnych bab, niewolników, obcych i gorszego sortu), to tak, partia pana prezesa jest w prostej linii spadkobierczynią demokracji ateńskiej!

Natomiast co do czasów współczesnych to znowu, w aktualnych rządach da się odnaleźć bardzo wiele analogii do sytuacji Grecji z epoki, zanim – z powodu niekontrolowanych wydatków z budżetu – zawaliły się tam finanse państwa, a wcześniej załamała gospodarka i usługi publiczne.

No i jest jeszcze pewien szkopuł. Starożytni Grecy oprócz demokracji intensywnie promowali zachowania definiowane teraz jako „LGBT”. Ale może ta opowieść o Grekach to symboliczna deklaracja, że walka z homolobby jest tylko na pokaz, żeby się nie narazić biskupom i Konfederacji, ale tak naprawdę to partia pana prezesa jest jak najbardziej za. A gimnazja zlikwidowała przez przypadek, a nie dlatego, że się niektórym z Ordo Iuris źle kojarzyły z bezeceństwami greckich gymnasionów…

Tak więc – na jesieni czeka nas rekonstrukcja bitwy pod Salaminą z panem premierem w roli Temistoklesa. Jej wyniki, mimo historycznego kontekstu, są mocno niepewne. Bo co to jest, tak naprawdę, te niewiele ponad sto tysięcy mieczy po stronie armii „obrońców demokracji” pod wodzą pana premiera? To po pierwsze. A po drugie, mitologię – z licznych powodów – łatwo pomylić z mitomanią.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>