Tag Archives: Justyna Dobrosz-Oracz

Sondaże dla PiS zaczynają dołować. Sędzia Juszczyszyn zrobiony w bambuko

21 Sty

Bezprawie pisowskie w kraju jest zaprowadzane z konsekwencją, ale nie logiką, bo nie można nazwać logicznymi partyjne interesy.

Polska jest psuta od podstaw prawnych, a to zemści się na każdym z nas i na naszej ojczyźnie. PiS trzeba będzie postawić przed prawem, polityków (raczej pachołków) Kaczyńskiego zobaczymy w przyszłości przed Trybunałami Stanu, zwykłymi sądami (bo np. „zasługi” korupcyjne ma każdy z polityków tej partii za paznokciami). Nie tylko Banaś, ale Morawiecki (jeden z największych krętaczy) et consortes.

Co z Kaczyńskim? Opozycja powinna dobrze rozegrać jego kwestię. Najpierw dopuścić do głosu jak największe spektrum obywateli, niech dyskutują, zainscenizować coś w rodzaju sądu historii, bądź sądu obywatelskiego.

Sformułowane zostaną zarzuty i po pewnym czasie prawnicy winni przekuć to na paragrafy.

Kaczyński powinien zgnić w więzieniu, dać mu tam szansę, aby walczył z wszami. Do tego nadaje się ten intelektualny średniak, a moralnie antyczłowiek.

Sondaże PiS-oi zaczynają niedomagać. Będą zjeżdżać w dół, bo gadzinówka TVP propagandowo nie wciśnie ciemnemu ludowi swojego kitu. Ciemny lud w części też potrafi myśleć.

Sędziemu Juszczyszynowi cofnięto delegację. Ten spektakl wygląda, jak film Barei. Twórca „Misia” miałby dzisiaj tematów bez liku. Opisując w swoich dziełach PRL, opisywał rządy PiS, które są powtórką z historii, czyli farsą.

Nie uratuje PiS Państwowa Komisja Wyborcza, w której mają większość. Nie orżną, bo społeczeństwo obywatelskie wyjdzie na ulice i jak w Grudniu 1970 roku i innych historycznych datach, będzie rozwiązywać problemy polityczne na ulicy.

Sędzia Paweł Juszczyszyn przyjechał z olsztyńskiego sądu do Warszawy, by w Kancelarii Sejmu zapoznać się z listami poparcia do Krajowej Rady Sądownictwa. W tym czasie prezes jego sądu cofnął mu delegację do Warszawy. Jak poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu, sędziemu nie pokazano dokumentów dot. KRS.

O cofnięciu delegacji do Warszawy Pawła Juszczyszyna poinformowała szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska. Jak poinformowała, cytowana przez tvn24.pl – „zostało wydane zarządzenie (…) wycofujące delegację do Warszawy panu sędziemu”. Przyznała, że wydał je prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie Maciej Nawacki.

Juszczyszyn w Kancelarii Sejmu. Nawacki cofnął mu delegację

Po opuszczeniu kancelarii Juszczyszyn nie chciał komentować przebiegu wizyty. Stwierdził, że nie będzie „informował o czynnościach, które nie mają charakteru jawnej rozprawy”. Centrum Informacyjne Sejmu poinformowało, że w związku z cofnięciem delegacji sędziemu nie pokazano dokumentów.

Aby cofnąć delegację Juszczyszynowi, Nawacki przerwał swój urlop. Prezes sądu w Olsztynie uchylił zarządzenie wiceprezesa tego sądu, który wcześniej udzielił zgody na delegację. – Wpłynęło zawiadomienie o uchyleniu zarządzenia wiceprezesa Krygielskiego. W piśmie tym Nawacki uzasadnił, że w kompetencjach wiceprezesa sądu nie mieści się rozpatrywanie spraw, w których prezes sądu wydał już zarządzenie – powiedział tvp.info Olgierd Dąbrowski-Żegalski, rzecznik Sądu Okręgowego w Olsztynie.

Szef CIS Andrzej Grzegrzółka poinformował, że dokumenty od Nawackiego trafiły do Sejmu tuż przed spotkaniem z Juszczyszynem. – Przygotowaliśmy listy poparcia obywateli, którzy podpisali się pod tą konkretną kandydaturą i one były gotowe do udostępnienia. Ta korespondencja od prezesa sądu pana Nawackiego to uniemożliwiła, więc te oględziny w takiej formule, w jakiej były zaplanowane, nie doszły do skutki – powiedział Grzegrzółka. – My nie antycypowaliśmy tego wydarzenia. Dokumenty, które rano dotarły do Kancelarii Sejmu były sporym zaskoczeniem dla każdego.

Sprawa ujawnienia list poparcia do KRS

Zgodnie z nowelizacją ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa w marcu ubiegłego roku Sejm wybrał na czteroletnią kadencję 15 sędziów-członków KRS. Wcześniej wybierały ich środowiska sędziowskie. Do Kancelarii Sejmu składane były wnioski między innymi polityków i organizacji społecznych o informacje dotyczące imion, nazwisk i miejsc orzekania sędziów, którzy poparli zgłoszenia kandydatów do KRS. Szef Kancelarii Sejmu odmawiał udostępnienia tych informacji wszystkim, którzy się o nie ubiegali.

Mimo wstępnych zapewnień, że listy poparcia dla kandydatów do KRS zostaną upublicznione (w tej sprawie był też wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego), tak się nie stało, a Kancelaria Sejmu zgłosiła się do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Prezes UODO zobowiązał Kancelarię do tego, by nie ujawniać tychże list ze względu na ochronę danych osobowych.

Z kolei w listopadzie 2019 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał Kancelarii Sejmu upublicznienie list, a korzystając z tego postanowienia sędzia Juszczyszyn domagał się dostępu do nich pod rygorem grzywny. W efekcie Kancelaria Sejmu zgodziła się okazać sędziemu jedną listę z podpisami obywateli, nie zaś sędziów.

Komentarz opozycji

– To, co zrobił sędzia Nawacki wobec sędziego Juszczyszyna, cofając mu delegację, najlepiej pokazuje stosunek ludzi Ziobro do szanowania konstytucyjnych wyroków – powiedział w Sejmie poseł Borys Budka.

– PiS prędzej zniszczy listy niż je ujawni. Nie można wykluczyć, że dopychano je kolanem uzupełniając po wyborze. Wygląda na to, że neoKRS mogła być wybierana bezprawnie. To oznacza, że neoKRS, Izby Dyscyplinarna i Kontroli Nadzwyczajnej rozlecą się jak domek z kart! – wypowiada się poseł Michał Szczerba.

– Mam złą wiadomość dla Macieja Nawackiego. I tak kiedyś w imię jawności i w wykonaniu wyroku sądowego Naczelnego Sądu Administracyjnego zobaczymy te listy poparcia. Jak nie dziś czy jutro, to za rok czy dwa. Odsuwa Pan w czasie swoją kompromitację – zwróciła się do prezesa sądu w Olsztynie adw. Dorota Brejza.

Aneta Mościcka (dziennikarka): Sędzia Juszczyszyn powinien nałożyć na szefową Kancelarii Sejmu grzywnę, bo jest wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego, jego postanowienie i tyle”.

Kamil Dziubka (onet.pl, dziennikarz): Urzędnicy, którzy robią wszystko, żeby zataić listy poparcia do KRS chyba jednak powinni sobie zdawać sprawę z tego, że kiedyś zajmie się nimi prokurator. Wszystkie czerwone linie w tej sprawie już zostały przekroczone”.

Komentarze internautów:

Im się wydaje, że będą rządzić wiecznie”.

Może ci urzędnicy liczą, że od odpowiedzialności PiS ich wybroni? (śmiech)”.

„Panie Nawacki jeśli ktoś miał do tej pory jakieś wątpliwości, czy ma pan coś do ukrycia w sprawie list do neoKRS, to właśnie je pan rozwiał”.

Nie ma wątpliwości: PiS łapie poważną zadyszkę i to na kilka miesięcy przed najważniejszymi wyborami ostatnich lat. Zyskuje za to mocno Koalicja Obywatelska.

Najnowszy sondaż partyjny został przeprowadzony został przez Instytutu Badań Spraw Publicznych dla Wirtualnej Polski i portalu Stanpolityki.pl.

Wynika z niego, iż oddanie głosu na Prawo i Sprawiedliwość zadeklarowało 37,84 proc.  badanych. Na drugim miejscu z poparciem na poziomie aż 31,28 proc. znalazła się Koalicja Obywatelska. 13,34 proc. zdobyła Nowa Lewica. 9,68 proc. wyborców poprze Konfederację, a 7,39 proc. Polskie Stronnictwo Ludowe.

Poparcie Prawa i Sprawiedliwości spadło o 1.28 p.p. (z 39,08 proc.) od grudniowego sondażu IBSP. O 3,40 p.p. (z 27,88 proc.) wzrosło poparcie dla  Koalicji Obywatelskiej. Spadło poparcie dla  Nowej Lewicy i jest niższe o 2,72 p.p. (z 16,06 proc.) Nieznacznie, o 0,11 p.p. (z 7,89 proc.) spadło poparcie dla Konfederacji, a o 0,39 p.p. wzrosło dla Polskiego Stronnictwa Ludowego (z 7,00 proc.).

Wygląda na to, że PiS wpadło w korkociąg , a na razie końca tegoż nie widać. KO zyskuje prawdopodobnie kosztem Nowej Lewicy.

Prezydent Andrzej Duda 17 stycznia 2020 r. powołał w skład Państwowej Komisji Wyborczej: Ryszarda Balickiego, Zbigniewa Cieślaka, Liwiusza Laskę, Dariusza Lasockiego, Sylwestra Marciniaka (sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego), Macieja Miłosza, Arkadiusza Pikulika, Konrada Składkowskiego oraz Wojciecha Sycha (sędzia TK).

To bardzo ważna misja. Państwowa Komisja Wyborcza jest jednym z podstawowych elementów gwarancyjnych funkcjonowania demokracji w tym jej najbardziej sztandarowym wymiarze, jakim są wybory. Państwowa Komisja Wyborcza de facto gwarantuje wszystkie prawa wyborcze w znaczeniu ich rzeczywistego funkcjonowania, dba o to, by wybory odbyły się, tak jak należy, a przede wszystkim przeprowadza cały proces głosowania i pilnuje, by wynik wyborów jak najszybciej, w jak najrzetelniejszy sposób został ustalony i dotarł do opinii publicznej.

Jest to więc rola w naszym ustroju – ustroju demokratycznym – absolutnie fundamentalna, związana z niezwykłą odpowiedzialnością i w bardzo szczególny sposób obserwowana także przez społeczeństwo w kraju – wypowiadał się prezydent Andrzej Duda.

Dziennikarka tygodnika Polityka Ewa Siedlecka na temat powołania przez prezydenta Andrzeja Dudę nowych członków Państwowej Komisji Wyborczej.

Ewa Siedlecka:

– Nowa, polityczna PKW wybrana. PiS uzyskał władzę nad procesem wyborczym: w PKW ma większość, a o protestach wyborczych i ważności wyborów orzeka Izba Kontroli Nadzwyczajnej SN. Kontrolując PKW, PiS ma też kontrolę nad kontrolą: partyjnych wydatków. Koniec niezależnej Państwowej Komisji Wyborczej. Zamiast niej mamy organ polityczny, coś w rodzaju neo-KRS. W dodatku jego członkowie są odwoływali.

Dziennikarka zauważa jednak, że w tym wypadku nie można zarzucić politykom PiS złamania standardów europejskich ponieważ w większości krajów instytucje wyborcze są tworzone przez polityków. Trzeba jednak wspomnieć, że Polska była do tej pory wyjątkiem ponieważ członków PKW wybierali prezesi sądów; Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i Trybunału Konstytucyjnego, a politycy nie brali udziału w procesie. Komisja Wenecka wskazywała wówczas Polskę innym krajom jako wzór. To się jednak skończyło.

– Partyjni przedstawiciele będą oceniali sprawozdania finansowe partii politycznych. Jawny konflikt interesów – ocenia były doradca prezydentów RP Mariusz Edgaro.

Komentarze internautów:

Sytuacja w PKW będzie gorsza niż poprzednio, ale nie jest krytyczna. Na razie. Zobaczymy, jak wyjdzie w praniu, po majowych wyborach”.

I ani jednej kobiety”.

Moim zdaniem PiS widzi, że tonie i będzie próbował sfałszować wybory”.

Cały komentarz Siedleckiej tutaj >>>

PiS skręci wybory. Z życia pasqud 23

18 Lip

Krystyna Pawłowicz po raz kolejny zadziwiła obserwatorów życia politycznego. Kiedy PiS dokonuje kolejnego skoku na Sąd Najwyższy, tym razem za pomocą fasadowego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, posłanka PiS ogłasza wszem i wobec tezę, że to sędziowie wykorzystują politycznie sądy do… nękania obozu władzy. Co jeszcze bardziej absurdalne, ta niecodzienna teza jest poparta argumentami w postaci przegranych procesów przez polityków PiS. Pawłowicz utrzymuje bowiem wypowiedzi w tonie, jakby każdy wyrok nie na rękę władzy był działaniem “stronniczym”. W myśl polityk Prawo i Sprawiedliwość, niczym niegdyś władza ludowa, jest nieomylne, a decyzje niekwestionowalne. W oczach posłanki sądy działają w celu “ochrony agresorów” – sił, jak mamy się domyślać, nękających obóz władzy – czyli “obrońców demokracji”. Obywatelski sprzeciw wobec skandalicznego skoku na instytucje wymiaru sprawiedliwości jest zatem dziś wyrazem nękania. Choć wśród protestujących znajdują się też postawy co najmniej etycznie wątpliwe, to jednak posłanka Pawłowicz jest ostatnią osoba, która może wytykać tego typu przykłady. Niewielu jest bowiem w obecnej kadencji posłów, którzy z taką chęcią i łatwością obrażają wszystkich naokoło. Poniekąd polityk w kategoriach używanego języka może uchodzić za polskiego Donalda Trumpa.

Ujęcie sprawy w powyższy sposób jest trudnym do uwierzenia postawieniem rzeczywistości na głowie. Faktem jest przecież to, że PiS wymienia prezesów sądów, upolitycznia KRS, przejął Trybunał Konstytucyjny i zaczął wybierać posłusznych sobie sędziów, szykanując krytyków reform Ziobry. To w końcu PiS już wielokrotnie próbował majstrować przy ustawie o Sądzie Najwyższym, aby pozbawić stanowisk ludzi od władzy niezależnych, czemu towarzyszyło oczernianie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a tym samym i samego państwa polskiego za granicą przez “patriotów” z PiS. Powyższe nie są kwestią interpretacji czy sympatii politycznych, ale rzeczywistością. Polacy mogą debatować zatem długo o sensowności i celu działań rządzących, jednak ich metody nie podlegają większej wątpliwości. PiS jednak nie od dziś stosuje strategie zamieniania kata z ofiarą.

Co jednak najbardziej zaskakujące, posłanka z lubością wykorzystuje jako przykład upolitycznienia sądów swoje potyczki z Jurkiem Owsiakiem. Przypomnijmy zatem, że tak upolityczniony warszawski sąd w październiku zeszłego roku uznał, że to lider WOŚP musi przeprosić posłankę PiS za słowa “niech pani spróbuje seksu” oraz zapłacić 10 tys. zadośćuczynienia. Niedługo potem Owsiak przegrał drugą sprawę, kiedy także musiał przeprosić posłankę. Z racji apelacji i toczących się spraw karnych spór między wspomnianymi nie jest jeszcze ostatecznie rozstrzygnięty, jednak beneficjentkę dwóch korzystnych wyroków ciężko nazwać ofiarą zmowy upolityczniony sądów. Posłanka natomiast wyprawia zwyczajną oderwaną od faktów demagogię.

W systemie ochrony zdrowia narasta kryzys, który staje się coraz trudniejszy do zatuszowania. Braki kadrowe nie są bowiem niczym nowym w naszych realiach, jednak obecnie ich skala przybrała taki rozmiar, że z zatrważającą wręcz regularnością zamykane są w Polsce kolejne oddziały szpitalne, a pacjenci są kierowani do przepełnionych placówek. To ostatnie zaś dokłada kolejną cegiełkę do i tak niełatwych warunków pracy tamtejszych kadr, co tylko napędza spiralę zwolnień lekarzy i kolejnych zamknięć. Jak donosi tygodnik “Polityka”, w samym województwie zachodniopomorskim w ciągu ostatniego pół roku liczba łóżek w placówkach zmniejszyła się już o ponad 10% (827 szt.). Scenariusz w całym kraju jest podobny, liczba specjalistów w placówkach spada, do tego stopnia, że w momencie pozostania tylko jednego z nich nie jest możliwe dalsze funkcjonowanie placówki z powodu problemów w unormowaniu czasu pracy, urlopów i obsady dyżurów. Taki los spotkał m.in, oddział hematologii i onkologii dziecięcej w Chorzowie, którego działalność została zawieszona na początku wakacji. O skali problemu świadczy fakt, że w samym tylko województwie śląskim w ciągu roku zamknięto w sumie 17 oddziałów szpitali. Na horyzoncie jednak są zwolnienia w kolejnych placówkach, min. wojewódzkim szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku, co może sparaliżować i ten podmiot.

Powody są tutaj oczywiste. Lekarze nie chcą pracować w ciężkich warunkach polskich szpitali i nawet jeśli nie emigrują, to decydują się na pracę wyłącznie w poradniach, przychodniach czy prywatnych praktykach, co sprawia, że obsada oddziałów szpitalnych staje się dramatycznie niska, a ich reputacja zniechęcająca do pracy absolwentów kierunku lekarskiego. Ten stan rzeczy nie dziwi jednak w świetle raportu “Health at a Glance 2018” OECD i Komisji Europejskiej, który mówi, że w Polsce brakuje około 30 tys. lekarzy.

Lekarze jednak nie chcą czekać na zawalenie się systemy z powodu bierności polityków i postanowili działać. Członkowie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy i Porozumienia Rezydentów wznowili bowiem swój protest w postaci wypowiadania klauzuli umożliwiających wykonywanie obowiązków w nienormowanym czasie pracy. Spełnienie idei “jeden lekarz – jeden etat” nieuchronnie pokaże braki i logistyczną zapaść, co zmusi władze do działań.

Kiedy bowiem rząd oszukał młodych lekarzy i dzięki sztuczkom księgowym zabrał z budżetu NFZ 7 mld zł na swoje populistyczne obietnice, to w tym samym czasie rosły kolejki do lekarzy. Jeszcze sześć lat temu na wizytę u specjalisty czekaliśmy ok. 60 dni, a dziś niemal dwa razy dłużej.Tymczasem rząd obiecywał, że skróci kolejki, w tym do końca 2018 r. na badania w trybie pilnym, na których realizację przewidywano maksymalnie do 30 dni. W przypadku badań obrazowych takich jak rezonans magnetyczny czas ten wynosi jednak czasem aż ponad trzy miesiące. Takie oczekiwanie opóźnia postawienie diagnozy i zmniejsza niestety skuteczność leczenia.

Widać zatem wyraźnie, że zdrowie jest obszarem, który wymaga pilnej uwagi opinii publicznej. Bez priorytetu na ochronę zdrowia opieka nad polskim pacjentem będzie coraz bardziej teoretyczna i nawet dobra wola personelu medycznego niewiele pomoże na tę sytuację.

Politycy PiS chcą zmian w kodeksie wyborczym. W tym celu rozpoczęli proces w Sejmie zmiany sposobu zatwierdzania wyborów.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Duda w piaskownicy, czyli jak polubił być prezydentem

12 List

>>>

Obchody setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości miały być punktem kulminacyjnym prezydentury Andrzeja Dudy. Miało być dwudniowe referendum na temat zmian w Konstytucji i obchody z wielką pompą. Ale PiS prezydenckie referendum utrąciło w Sejmie. A gdy okazało się, że nie ma pomysłu na żadne spektakularne wydarzenia, które Polacy mogliby zapamiętać na lata, Duda zaczął negocjacje z narodowcami. Chciał stanąć na czele Marszu Niepodległości. Jednak narodowcy odmówili, tłumacząc, że nie zamierzają oddać swojego marszu. Wtedy rzecznik prezydenta oświadczył, że Duda nie pójdzie w marszu, bo „od rana do wieczora będzie na uroczystościach”. W kancelarii zdecydowano nawet, że prezydent powinien wyjechać na ten czas z Warszawy – miał się pojawić wieczorem na uroczystościach w Gorzowie Wielkopolskim. Ale nieoczekiwanie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz zakazała marszu narodowców. I Duda mógł na cztery dni przed rocznicą ogłosić, że organizuje wraz z premierem państwowy marsz niepodległości.

– To, co oni zrobili z tym stuleciem niepodległości, to jest rekord świata. Przygotowywać się dwa lata, opowiadać różne rzeczy, wydać 200 milionów złotych i na końcu, żeby tego się do kupy nie dało zebrać, to jest niezwykłe! – nie może się nadziwić były prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Dodaje, że Duda mógł zaprosić do Warszawy światowych przywódców i zorganizować uroczystości. – Gdyby Duda miał trochę prestiżu w świecie, zrobiłby wielkie wydarzenie 10 listopada, z udziałem kanclerz Merkel, prezydenta Macrona i innych, bo 11 odbędą się w Paryżu obchody setnej rocznicy zakończenia I wojny światowej – twierdzi Kwaśniewski.

11 listopada to dla Dudy data symboliczna. Dokładnie cztery lata temu podczas rocznicowych uroczystości w Krakowie prezes PiS Jarosław Kaczyński ogłosił, że Duda będzie kandydatem partii na prezydenta. Duda deklarował, że jego prezydentura „będzie dynamiczna, aktywna w polityce zagranicznej i będzie to prezydentura łączenia tutaj, w Polsce”. Dzisiaj te słowa brzmią jak żart. Prezydent zalicza gafę za gafą, na arenie międzynarodowej się nie liczy, a Polska nigdy nie była tak bardzo podzielona.

Bliski współpracownik Dudy, pytany o nastroje w kancelarii prezydenta odpowiada krótko: – Bezwład.

Jest koniec października. Duda na forum polsko-niemieckim w Berlinie oskarża UE o deficyt demokracji, bo zakazała sprzedaży zwykłych żarówek i można kupić tylko żarówki energooszczędne. Ludzie prezydenta wiedzą, że głupio chlapnął i zaraz zostanie bohaterem memów. Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, który siedzi obok Dudy, demonstracyjnie odwraca wzrok, a obecni na sali zaczynają buczeć. Internauci nazywają głowę państwa polskim Januszem za granicą. Szef Rady Europejskiej Donald Tusk, pytany o słowa Dudy, otwarcie kpi z niego, mówiąc, że „wtedy, kiedy wydaje się on pogubiony w argumentacji, potrzebuje raczej naszego wsparcia, przynajmniej życzliwej cierpliwości”.

Jeden z moich rozmówców w pałacu prezydenckim przyznaje, że przykład z żarówkami nie był najszczęśliwszy, ale Duda chciał zwrócić uwagę na to, że wiele spraw w Unii jest przeregulowanych. Jednak żaden z prezydenckich ministrów nie próbował tłumaczyć w mediach, o co chodziło głowie państwa. Powinien to robić rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, ale on jest nowy i nie wyczuwa jeszcze, które miny trzeba szybko rozbroić. Szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski, który ma największe doświadczenie polityczne w kancelarii, woli się nie wychylać.

– Szczerski nie chce mówić Dudzie, że popełnia błędy, żeby się nie narazić, a reszta ministrów jest bardziej pochłonięta promowaniem siebie albo wewnętrznymi wojenkami niż kreowaniem polityki głowy państwa – przyznaje osoba z otoczenia prezydenta. I przytacza anegdotę, żeby zobrazować klimat panujący w pałacu. Jest cotygodniowe spotkanie kierownictwa kancelarii. Za stołem zasiadają: szefowa kancelarii Halina Szymańska i ministrowie Krzysztof Szczerski, Wojciech Kolarski oraz Paweł Mucha. Mają ustalić kalendarz prezydenta. Głównym tematem staje się kwestia uroczystości koronacji obrazu Matki Boskiej w jednej z parafii w Zachodniopomorskiem. Stamtąd pochodzą Mucha i Szymańska, radni w lokalnym sejmiku. Mucha przekonuje, że ktoś z kancelarii musi być na uroczystości. A jeśli nie, to trzeba przynajmniej wysłać list.

200 mln, które rozpłynęły się w powietrzu. Gdzie podział się budżet na obchody 100-lecia polskiej niepodległości?

PiS i prezydent mają z 11 listopada obrazki, jakich chcieli: sielankę rodzin z dziećmi niosącymi narodowe flagi. Opozycja znajdzie w marszu sceny, które są profanacją święta: łopoczące sztandary neofaszystów. Polskie i zagraniczne media szukające ekstremów doszukają się ich wielu. Wszyscy solidarne pozostaną przy swoich „najmojszych” ocenach.

To, co pozostanie po marszu, a właściwie marszach 11 listopada w Warszawie, Jarosław Kaczyński zwykł określać jednym słowem. Absmak. I to nawet jeśli obóz rządzący będzie suflował narrację, że stołeczny pochód był feerią patriotyzmu.

Cichy rekord

MSWiA, które może przeszacowywać liczbę uczestników, podawało, że maszerowało ćwierć miliona osób. To tak, jakby cała Gdynia kroczyła jedną ulicą Warszawy.

Ale nie ma donośnego głosu obozu władzy, że była to największa demonstracja w historii wolnej Polski – po 1989 r. Gdyby obóz rządzący promował taką narrację, to postawiłby się w jednym rzędzie z narodowcami – a nie po to był bufor między marszem państwowym a marszem narodowców, by się dusić w dymie flar i ogłuchnąć od „raz sierpem, raz młotem”.

Niech nikt nie mówi, że marsz był jeden i wspólny. Twój przyjaciel nigdy nie idzie daleko za Twoimi plecami, gdy macie ten sam cel.

Na łasce ekstremum

Obyło się bez ulicznej konfrontacji narodowców z marszem rządowym, więc PiS i prezydent mogą odetchnąć z wielką ulgą. Największa w tym zasługa służb i wojska, które stanęły na wysokości zadania. Obecność żołnierzy i żandarmów, obok oddziałów Policji, z pewnością stępiła nacjonalistyczne ostrze pochodu, a tym, którzy mieli zakusy, by „dymić”, odebrała taką chęć.

Faktem jednak jest, że w święto 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę najsilniejszy w historii III RP obóz władzy był zdany na łaskę społecznie marginalnej organizacji narodowców i narażony na ryzyko szantażu i prowokacji ze strony ekstremistów.

Obóz „dobrej zmiany” ma przecież w rękach Sejm, Pałac Prezydencki, Senat, premiera, cały rząd, a resorty siłowe są we władaniu absolutnie najbardziej zaufanych ludzi prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem ruch narodowy w Polsce to wręcz skraj marginesu. Samodzielnie narodowcy są w stanie zdobywać ok. 1 proc. poparcia w wyborach. Nie ma dla nich w Polsce społecznej bazy.

Mimo jednak, że są marginesem, to wciąż udaje im się kanalizować patriotyczną emocję potężnej liczby osób, które co rok przychodzą na Marsze Niepodległości. I to nawet jeśli ci narodowcy wydają z siebie antysemickie albo rasistowskie pomruki. Cóż z tego, że ktoś powie o „separatyzmie rasowym”, „judeosceptycyzmie” albo zaprosi ruch Forza Nuova (neofaszystów z Włoch)? Uczestnicy marszu z dalszych szeregów puszczą to mimo oczu i uszu – z przyzwyczajenia, bo wrosło to już w polski krajobraz. A żadna kolejna władza nie jest w stanie odbić tego tłumu narodowcom.

Ani klęska, ani sukces

Władze państwowe – w osobie marszałka Senatu – spotykały się z szefostwem Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Negocjacje trwały do ostatnich godzin przed startem pochodu. Skończyło się na tym, że obóz rządzący zapewnił sobie miejsce na czele, długi bufor separujący część państwową od tej prowadzonej przez narodowców. Część rządowa rozeszła się dość szybko, a marsz kontynuowali narodowcy.

Pochód 11 listopada nie zakończył się klęską i totalnym blamażem obozu PiS, choć wiele osób z opozycji na to liczyło. Obóz rządzący nie oddał przecież narodowcom i nacjonalistom Święta Niepodległości, ale tuż przed nim politycznie konfrontował się z narodowcami i ostatecznie to prezydent, premier i prezes stanęli na czele – tak brzmi oficjalna nazwa – Biało-Czerwonego Marszu „Dla Ciebie Polsko”. Obyło się też bez zadym, a flagi narodowe dominowały nad tłumem.

Obóz władzy w żadnym razie nie może jednak ogłosić się wygranym, co teraz czyni wielu notabli. Co więcej – choć zabrzmi to patetycznie – państwo polskie nie może ogłosić się zwycięzcą święta 100-lecia swojej niepodległości. Bo cóż z tego, że państwo rządzone przez PiS szło na czele i prowadziło gigantyczny pochód, skoro na plecach czuło oddech skrajnych narodowców, czasami nacjonalistów, a także grupki neofaszystów z Forza Nuova? Obok obrazu Chrystusa miłosiernego wybuchały petardy, płonęły race, ludzie krzyczeli „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. W tłumie spłonęła flaga Unii Europejskiej.

Takiej skrajności państwo polskie zeszło z drogi. Nim jednak obóz rządzący zakończył własny marsz i wsiadł do limuzyn, chciał zadbać o pogodne obrazki.

Inscenizowana sielanka

Premier Mateusz Morawiecki szedł na czele trzymając najmłodszą córkę i syna za ręce. Szef kancelarii premiera Michał Dworczyk z dzieckiem niesionym na ramionach. Jarosław Kaczyński z biało-czerwoną flagą w ręku. Na pogodnym selfie prezes PiS z kilkoma kobietami obok uśmiechał się do obiektywu. W pierwszym szeregu roiło się od harcerzy najmłodszego pokolenia. A na trasie marszu, przed samym bannerem „Dla Ciebie Polsko” chłopak oświadczył się dziewczynie, czego uściskiem dłoni pogratulował im sam premier.

Absmak, choć prezes Jarosław Kaczyński tego nie powie, jednak pozostaje. I coś więcej: chęć odwetu narodowców na obozie władzy, który już jest oskarżany o kradzież Marszu Niepodległości.

Obchody rozpoczęły się przed 9.00. Donald Tusk w towarzystwie polityków i warszawiaków złożył kwiaty pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego koło Belwederu. Cały dzień obfitował w wydarzenia: oficjalne obchody na pl. Piłsudskiego, odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego na pl. Na Rozdrożu, demonstracja antyfaszystowska na pl. Unii Lubelskiej i w końcu wielki marsz organizowany wspólnie przez rząd i nacjonalistów. Warszawa świętowała 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości.

Donald Tusk uczestniczył w państwowych uroczystościach przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Nie był przedstawiony. Mógł złożyć wieniec dopiero po zamknięciu oficjalnej części. Mówi jak ocenia wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy.

Więcej o Tusku >>>

Urocze… 😃