Tag Archives: Julia Przyłębska

Kaczyński jako premier zrobi z Polski Kaczy Stan. Z czasem stracimy niepodległość. I zostanie po nas kaczy smród. Z życia pasqud (mend) 16

11 Lip

Konkretne decyzje jeszcze nie zostały podjęte, ale w środowisku prawicy mówi się całkiem serio, że Jarosław Kaczyński obejmie tekę premiera, jeśli tylko PiS wygra jesienne wybory do parlamentu.

Najważniejsze jest to, że pragnie tego on sam osobiście „a to wystarczająca rekomendacja” – oznajmił Wirtualnej Polsce jeden z czołowych polityków z otoczenia lidera partii rządzącej.

Uważa on, że byłoby to dla Kaczyńskiego spełnienie politycznych ambicji i wcale nie jest to nierealne. „Sondaże wskazują, że idziemy po zwycięstwo. Nie ma powodu, dla którego, prezes nie angażowałby się w kampanię i po wyborach miałby nie stanąć na czele rządu” – wyjaśnia.

Podczas spotkań z wyborcami dyskusji na ten temat partia jednak nie przewiduje, zwłaszcza że kampanijni stratedzy wiedzą dobrze, iż Kaczyński nie jest w oczach opinii publicznej dobrze postrzegany.

W związku z tym zaczęto już testować, jak przyjmie się w opinii publicznej kandydatura Jarosława Kaczyńskiego na premiera.

Według ostatniego sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu„, okazało się, że 57 proc. respondentów nie chce, aby po wygranych przez PiS wyborach Kaczyński został szefem rządu. Kandydaturę poparło 23 proc., a 20 proc. odpowiedziało: „nie wiem„.

I tylko niewątpliwy entuzjasta prezesa oraz jego strategii europoseł Adam Bielan w rozmowie z tygodnikiem „Wprost” stwierdził, że objęcie teki premiera przez Kaczyńskiego po wygranych wyborach parlamentarnych byłoby „oczywiste„.  „Ja osobiście chciałbym, żeby Jarosław Kaczyński został jeszcze premierem. To jednak zależy od sytuacji politycznej w następnej kadencji” – stwierdził Bielan.

Wszystko to jednak nie zmienia obecnej sytuacji. Twarzą kampanii wyborczej będzie nadal premier Mateusz Morawiecki – informuje wp. To on będzie jeździł po całej Polsce i przekonywał wyborców do oddania głosu na PiS. W niektórych tylko miejscach razem z nim pojawi się prezes Kaczyński.

Moim odkryciem towarzyskim ostatnich lat jest Julia Przyłębska” – powiedział lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w jednej z edycji programu „Pytanie na Śniadanie” w telewizji publicznej.

I to był błąd, bo prezes zdradził, że wbrew zapisom Konstytucji RP utrzymuje kontakty towarzyskie z sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

Jak czytamy w Onecie, związane ze Stowarzyszeniem Iustitia, Forum Współpracy Sędziów, w którego skład wchodzi kilkuset sędziów wybranych w sądach w całej Polsce, niepokoi się prywatnymi spotkaniami Przyłębskiej i to nie tylko z Kaczyńskim, ale również z Mateuszem Morawieckim.

Zdaniem FWS jest „absolutnie niedopuszczalne inicjowanie i utrzymywanie kontaktów towarzyskich z politykami mającymi istotny wpływ na działalność władzy wykonawczej lub ustawodawczej przez jakichkolwiek sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a w szczególności przez osobę pełniącą funkcję jej Prezesa. Istnienie takich nieformalnych kontaktów wywołuje uzasadnione wątpliwości co do bezstronności danego sędziego, podważa autorytet Trybunału oraz jego zdolność do wypełniania przypisanej mu konstytucyjnej roli„.

Reklamy

Pasqudy PiS prowadzą Polskę do faszyzmu. Z życia pasqud 14

9 Lip

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił polityk. Dodał, że najbardziej śmieszy go to, że w związku z tym, że rządzi PiS to nie wszyscy, ale część ludzi, którzy służyli reżimowi chowają to gdzieś pod koszulę, w staniki, w buty i mówią: „nie, nigdy w życiu nas tam nie było”.

To jest mendziarstwo” – ocenił, podkreślając, że „każdy ma swój życiorys i musi za ten życiorys brać odpowiedzialność”.

Polski populizm rości sobie prawo do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu i stawiania poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają; decyzje podejmowane są przez jedną osobę, co jest więcej niż zagrożeniem dla demokracji, bo jest już brakiem demokracji – takie m.in. tezy stawia w obszernym wywiadzie profesor uniwersytetu w Sydney Wojciech Sadurski.

  • – Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby winny dewaluacji tego strasznego pojęcia. Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego – mówi Sadurski
  • – Patrząc na nasz kraj przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest najgroźniejszym elementem ataku na demokrację – uważa
  • – Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Na tym nie może polegać demokracja – komentuje
  • – To chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć społeczeństwo zalewem fali imigrantów – ocenia

Z Wojciechem Sadurskim rozmawiałem za pośrednictwem Skype’a. Pan profesor jest prawnikiem konstytucjonalistą, filozofem, politologiem. Wykłada w Instytucie Europejskim uniwersytetu we Florencji oraz na uniwersytecie w Sydney, gdzie mieszka na stałe. Jest też bardzo aktywnym komentatorem w mediach społecznościowych.

Profesor Sadurski jest jednym z współtwórców Concilium Citivitas, rady, w skład której wchodzi kilkudziesięciu polskich uczonych pracujących poza granicami kraju. W dniach 9-10 lipca odbywa się pierwszy zjazd Concilium, na który wstęp jest wolny po rejestracji na stronie www.conciliumcivitas.pl. Onet jest partnerem medialnym wydarzenia, partnerem radiowym jest TOK FM.

Prof. Sadurski na zjazd Concilium Civitas nie zdołał dojechać, a kiedy rozmawialiśmy, był akurat w Santiago, stolicy Chile. Oto zapis najważniejszych wątków rozmowy:

Pisze Pan obszernie o populizmie. Czy może Pan to zjawisko zdefiniować?

Wojciech Sadurski: Populizm jest ogromnie szkodliwy i dla państwa, i dla społeczeństwa. Jest jednak zjawiskiem nie tylko polskim, ale i europejskim, światowym.

Uważam, że populizm jest reakcją na niedostatki demokracji liberalnej, ale reakcją niedemokratyczną i w tym sensie tak zwana demokracja nieliberalna, taka, która powstaje w reakcji na niedostatki demokracji liberalnej, jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym.

Demokracja – ta bezprzymiotnikowa – nieuchronnie zakłada nie tylko władzę większości, wyrażoną w wyborach, ale także to, by ten efekt wyborczy był ugruntowany pewnymi wolnościami i uprawnieniami obywatelskimi, bez których nie ma mowy o wolnych wyborach.

Jak by Pan opisał polski populizm?

Każdy populizm jest reakcją na pewne niedostatki sytuacji społeczno-politycznej, ale te niedostatki są różne. Stąd mamy do czynienia z populizmami w liczbie mnogiej na świecie, a nie z populizmem jednym i tym samym. Niemniej są pewne cechy wspólne i te cechy wspólne w Polsce przejawiają się w sposób wyjątkowo aberracyjny.

To jest, po pierwsze, niechęć do uznania pluralizmu politycznego i związane z tym roszczenie do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu. I stawianie poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają.

Po drugie, niechęć do instytucji demokracji przedstawicielskiej i rozmaitych instytucji parlamentarnych, które wymagają trudnego uzgadniania kompromisów. Chodzi o podejście do demokracji na zasadzie, którą nazywam plebiscytarną, to znaczy na zasadzie plebiscytu nad przywódcą, a nie nad poszczególnymi politykami.

Po trzecie niechęć do rozmaitych instytucji tzw. wetujących, czyli instytucji opóźniających – wpływających, a czasem wręcz kwestionujących decyzje organu przedstawicielskiego, w oparciu o pewne ograniczenia o charakterze praw i wolności obywatelskich. To są sądy konstytucyjne, czy na przykład organy polityki finansowej, jak niezależny bank centralny, czy też służba cywilna, która nie jest jednoznacznie podporządkowana większości parlamentarnej.

Populizm odrzuca demokrację?

Populizm odrzuca tę strukturę instytucjonalną demokracji, która modyfikuje, a czasem kwestionuje decyzje większości parlamentarnej. Populizm działa na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

Skoro w plebiscycie wyborczym wyborca dał nam władzę, to przez okres najbliższej kadencji mamy carte blanche na rządzenie, a rozmaite instytucje, jak niezależne sądy, inne niezależne instytucje służby publicznej np. bankowości czy wojska, są pewnym irytującym balastem, który należy porzucić. To wszystko jest cechą populizmu wszędzie na świecie i tak jest niestety w tej chwili w Polsce.

Jak to działa?

Populizm opiera się na pewnych hasłach. Jeżeli uda się przekonać społeczeństwo, że populistyczny przywódca zna odpowiedź na problemy zawarte w tych hasłach, to jest to droga do zwycięstwa.

Do tych haseł należy po pierwsze bardzo silny antyelityzm lub antyestablishmentowość, czyli przekonanie społeczeństwa, że dotychczas rządząca elita oderwała się od społeczeństwa i nie rozumie, nie szanuje jego problemów.

Po drugie niechęć do „obcych”, najczęściej definiowanych jako imigranci lub uchodźcy, ale często są to również obcy „wewnętrzni”, czyli ludzie należący do innej niż dominująca religii i rasy, orientacji seksualnej itd. Przedstawia się tych obcych jako wrogów, zagrażających dotychczasowemu trybowi życia.

Po trzecie jest to frustracja klas średnich i średnich niższych, które uważają, że tracą swoją społeczno-ekonomiczną pozycję.

I wreszcie ostatnie z tych haseł, hasło kontrkulturowe, czyli lęk przed nowym w kulturze społecznej, lęk przed tym, co wydaje się sprzeczne z tradycyjnymi ustalonymi hierarchiami, światopoglądem, religią, rodziną itd. A zatem wołanie o równość, w tym równość dla społeczności LGBT, równość płci, niedyskryminacja, otwartość na „nowinki kulturowe”.

Populiści prawicowi przeciwko temu wszystkiemu mobilizują opinię publiczną, mówiąc, że oni są po stronie wartości tradycyjnych.

I teraz, jeżeli weźmiemy te cztery kategorie haseł, to w różnych konfiguracjach i z różną intensywnością występują one w różnych państwach, gdzie populizm dominuje. W Polsce wydaje mi się, że element społeczno-ekonomiczny ma raczej drugorzędną wagę. Ale największą wagę ma połączenie trzech haseł PiS-u, czyli antyelitaryzmu, lęku przeciwko obcym i tradycjonalizmu kulturowego.

Ale dlaczego publiczność tego słucha?

Te zjawiska, hasła, które wymieniłem, mają być odpowiedzią na niewątpliwie załamanie się dotychczasowego linearnego wzrostu pozycji klasy średniej i niższej średniej – to jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Ale jeżeli przyjrzymy się temu w Polsce, to tutaj widzimy, że trzy główne elementy, o których powiedziałem – element antyelitarny, antyobcy i tradycjonalizmu kulturowego – w sposób naturalny zaostrzyły się w ostatnich latach rządów PO.

Jeśli chodzi o pierwszy element, to mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z bezprecedensową sytuacją w całej Europie Środkowej, że jedna i ta sama formacja polityczna rządziła przez dwie następujące po sobie kadencje, czyli stosunkowo łatwo było dostrzec zmęczenie aktualnym establishmentem, aktualną elitą, ona już się opatrzyła, ale w pewnym sensie nastąpiło jakieś zmęczenie materiału.

Jeśli chodzi o drugi, to przecież jest chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć polskie społeczeństwo zalewem fali imigrantów, w szczególności imigrantów muzułmańskich. I wreszcie, jeśli chodzi o trzecią sprawę tradycjonalizmu, to jakby ten rosnący wpływ na świadomość publiczną ze strony rozmaitych nowych form egalitaryzmu, z których niektóre są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. I to również jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Te trzy typy zjawisk nastąpiły z taką intensywnością, że zmiana ma charakter jakościowy. I mogły dać populistom odpowiedzi na wszystkie lęki związane z tymi trzema sytuacjami.

A co z zakwestionowaniem trójpodziału władzy?

Patrząc na Polskę przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest absolutnie centralnym, najważniejszym, najgroźniejszym elementem ataku na demokrację, na instytucje demokratyczne. Ja przyjmuję definicję demokracji jako składającą się z trzech elementów, to znaczy z wolnych wyborów, praw i wolności obywatelskich oraz trójpodziału władz.

I w Polsce, jeśli chodzi o wpływ PiS-u na strukturę demokratyczną, to ten ostatni element uległ totalnej destrukcji, w odróżnieniu do pierwszych dwóch. Zatem mamy do czynienia z sytuacją, w której cała władza skoncentrowana jest w jednych rękach, czyli w rękach przywódcy partii większościowej, partii hegemonistycznej.

Jest to fundamentalnym nie tylko podważeniem, ale jest atakiem na same fundamenty demokracji. Bo demokracja wymaga, by cała władza nie była w jednych rękach.

Czy taki model demokracji jest wszędzie na świecie taki sam?

Mamy w światowym konstytucjonalizmie rozmaite modele. Mamy model tzw. trójpodziału władzy wywodzącego się od Monteskiusza, który to model generalnie panuje w Europie. I mamy model zwany w Stanach Zjednoczonych „checks and balances” (kontrola i równowaga) – to nie jest trójpodział władzy, ale zasada jest taka, że żadna z władz nie ma absolutnych kompetencji w swoim zakresie, czyli jest jakby kontrolowana i ograniczana przez inne instytucje.

W Polsce mamy do czynienia z zaprzeczeniem i jednego modelu i drugiego – nie mamy już trójpodziału władzy dlatego, że władza większości parlamentarnej, czyli władza ustawodawcza, kontroluje zarówno władzę wykonawczą, jak i w coraz większej mierze władzę sądowniczą. Nie mamy do czynienia z „checks and balances”, dlatego że władza lidera partyjnego jest niczym nieograniczona.

A dokładniej?

Struktura konstytucyjna, która mówi o tym, kto ma jakie kompetencje, nie ma odzwierciedlenia w faktycznym podejmowaniu decyzji publicznych, gdyż wszystkie istotne decyzje podejmowane są przez jedną osobę.

I teraz, gdyby nawet ta osoba była człowiekiem nadzwyczajnej mądrości i cnoty – a nie jest – ale nawet gdyby była, to sam ten fakt jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Więcej niż zagrożeniem – jest już brakiem demokracji.

W Polsce PiS-owi udało się prawie całkowicie obalić podział władzy. To znaczy, są jeszcze jakieś reduty niezależnej władzy, czyli niektórzy sędziowie, którzy nie poddają się dominacji ministra sprawiedliwości, czy organy takie, jak Rzecznik Praw Obywatelskich, który z kolei ma dużą moc symboliczną i prawną, ale bardzo małą moc sprawczą, bo nie podejmuje decyzji.

Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Powtarzam: na tym nie może polegać demokracja. Demokracja musi być władzą ograniczoną. A w Polsce nie jest.

Ten autorytaryzm, o którym Pan mówi, odbieranie demokracji atrybutów demokracji, czy to nie brzmi jak faszyzm?

Nie, absolutnie to nie jest faszyzm. Natomiast skoro pan to słowo przywołał, chciałbym wyjaśnić, że należy odróżnić instytucjonalny faszyzm, czyli ustrój faszystowski, od dyskursu faszystowskiego.

Otóż w Polsce mamy do czynienia z obecnością już nie tylko śladowego, niestety, dyskursu typowo faszystowskiego. Nie obciążam za jego wprowadzenie samej władzy, natomiast obciążam ją za tolerowanie i czasem wykorzystywanie tego dyskursu. Na przykład nieskrywany rasizm widoczny w propagandzie antyimigranckiej jest dla mnie przejawem dyskursu faszystowskiego.

Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby, poza wszystkim innym, winny dewaluacji tego strasznego pojęcia.

Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego i jakkolwiek by to brzmiało radykalnie, to jestem gotów bronić tego poglądu i dawać dowody tego dyskursu w sferze publicznej, w tym także w telewizji publicznej. Bo to, że są jacyś faszyści gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, to jest to cecha każdego państwa demokratycznego – w każdym państwie demokratycznym mamy do czynienia z rozmaitymi typami aberracji.

W momencie jednak, gdy elementy tych aberracji są przejmowane przez telewizję publiczną, telewizję kontrolowaną przez władzę publiczną i utrzymywaną przez podatnika, w tym momencie ten dyskurs polityczny – dyskurs faszystowski – wpełza do życia publicznego i wtedy wszyscy musimy się temu przeciwstawić.

Czy to się może zmienić?

To znaczy, czy mam nadzieję, że najbliższe wybory coś zmienią? Oczywiście, że mam na to wielką nadzieję i bardzo bym tego chciał. Nie jestem jednak politologiem, kimś kto się zajmuje liczeniem słupków i wróżeniem z fusów o tym, jakie będą wybory, ale bardzo na to liczę i bardzo, bardzo tego pragnę dla Polski.

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność PiS – mówi Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Śledzi Pan kampanię PiS?

Generalnie rzecz ujmując tak, choć będąc w środku naszej kampanii, nie oglądam się na przeciwników. Nie prowadzę też walki wewnątrz partii, takie mam zasady. Każdego dnia robię swoje.

A słyszał Pan, że Jarosław Kaczyński na konwencji PiS powiedział: „Jesteśmy wyspą wolności i dlatego jesteśmy tak cenni dla całego świata”?

To jest absurdalne rozumowanie. Kaczyński od lat buduje alternatywną rzeczywistość. To przecież on jest autorem słynnych słów, że „nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. To oni – politycy PiSu podzielili Polaków na lepszy i gorszy sort, nazywali „kanaliami”, „zdradzieckimi mordami” z wtórującym Joachimem Brudzińskim krzyczącym na ulicy „komuniści i złodzieje”. A na okrasę, wisienka na torcie, pani premier Szydło krzycząca z mównicy sejmowej „nam się te pieniądze po prostu należały” to jest dla mnie kwintesencja PiS.

A jak się Panu podoba taki obrazek: Kaczyński z karabinem w ręku, spoglądający w celownik i hasło: „Przed nami nowe cele” .

A to nie jest jakiś mem?

Zdjęcie z takim hasłem zamieściło na Twitterze Małopolskie PiS jako reklamę konwencji tej partii w Katowicach…

Cała filozofia PiS polega na podziale Polaków, na podziale społeczeństwa, dewaluacji elit, próbie wymiany elit, destabilizacji instytucji państwa. To jest zamierzony plan, który Kaczyński wprowadza w życie, budując nienawiść każdego dnia. Wzbudza takie emocje, które powodują, że Polacy nie patrzą na „osiągnięcia” rządu, nie widzą tych wszystkich złych rzeczy, które dzieją się w rządzie. Budowanie tych emocji zasłania prawdę o rządzie i o tym, co tam się dzieje – myślę o sposobie rządzenia państwem, nepotyzmie, zatrudnianiu najbliższych, o nagrodach etc.

Wasza kampania już się zaczęła, chociaż jeszcze nie wiadomo, kto będzie w koalicji. PSL zostawiło decyzję Platformie, ale tak naprawdę to podjęło decyzję…

Uważam, że nie ma miejsca na spory w opozycji. To mnie bardzo boli, bo o to właśnie chodzi Kaczyńskiemu. Taki jest jego scenariusz – skłócona, polemizująca ze sobą, opozycja. Jestem przeciwnikiem dyskutowania opozycji ze sobą i o sobie, jestem zwolennikiem prowadzenia kampanii w walce o głosy wyborcze z PiS, a nie z Biedroniem, czy z Kosiniakiem-Kamyszem.

Kosiniak-Kamysz tego nie rozumie?

Jestem przekonany, że akurat Władek to rozumie. Pytanie tylko, czy jest dobry czas, żeby dyskutować między sobą i stawiać warunki, że z tym tak, a z tamtym nie.

Połowa społeczeństwa martwi się, czy dacie radę, czy wyciągnęliście jakieś wnioski z kampanii do Europarlamentu, czy wiecie, co poszło nie tak?

Czas kampanii opartej tylko i wyłącznie na billboardach, na konferencjach prasowych, na konwencjach partyjnych bezpowrotnie minął. Dzisiaj, w dobie Internetu, powszechnego i błyskawicznego dostępu do informacji, tysiąca opinii różnych ludzi na ten sam temat, nie można zbudować skutecznie kampanii tylko na konwencjach. To musi być interaktywna praca z wyborcami, dostosowana do nowych warunków i rzeczywistości, musi to być kampania na ulicy.

PiS ponoć podczas kampanii prezydenckiej Dudy korzystał z usług amerykańskiej firmy z Chicago. Czy opozycja ma takie wsparcie?

Tego nie wiem, ale ja najlepiej czuję się wśród ludzi, w niewielkich miejscowościach, miasteczkach, wioskach i taką kampanię zamierzam prowadzić.

Prezes Kaczyński nie ukrywa, że PiS korzysta z badań socjologicznych. Czy koalicja robi to również?

Oczywiście, że tak. Rozmawiamy z profesorami, ekspertami, socjologami, psychologami społecznymi, ale kluczem w polityce są jednak emocje wyczuwania nastroju społecznego. To jest najważniejsze w kampanii.

Wierzy Pan, że wystarczy wyjść do ludzi, uścisnąć dłoń i rozmawiać?

Kampania jest wieloaspektowa, musi być złożona z różnych elementów. Nie można dzisiaj wygrać wyborów, opierając się tylko i wyłącznie na dużym przekazie. Kampanię można wygrać, łącząc duży przekaz z intensywną pracą na ulicy. Jestem świeżo po bardzo trudnej, ciężkiej, dużej kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie mam wątpliwości, że ten bardzo dobry wynik, który nawet mnie zaskoczył, uzyskałem dzięki temu, że spędziłem trzy miesiące na ulicy, dzień w dzień, od świtu do nocy.

Akurat Pan sobie świetnie radzi w rozmowach oko w oko z wyborcami. Czy jednak koledzy są równie dobrze przygotowani? Nie każdy ma zdolność wejścia w tłum i rozmawiania…

Każdy ma inne umiejętności, ale polityka to jest gra zespołowa i trzeba umieć to połączyć. Jedni mają wyjątkowy dar do organizacyjnego prowadzenia partii politycznych, drudzy mają dar, żeby być na ulicy, trzeci do analiz eksperckich i merytorycznych. Tylko połączenie tych zdolności daje dobry efekt.

Potrzebne są jakieś spójne opowieści, jakieś konkrety… Mówi Pan o tym, że np. na chemioterapię dla wszystkich Polaków chorych na raka w Polsce wydaje się rocznie 1,3 mld zł. Dokładnie tyle samo, ile obecny rząd przekazał na tzw. media publiczne? Czy ludzie to wiedzą?

Na każdym spotkaniu o tym mówię. Ludzie są zaskoczeni, dlatego że przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy ze skali tej kwoty. Nikt z nas miliarda prawdopodobnie na żywo nie widział. Kwota 1,3 mld to suma trudna do wyobrażenia, ale jak się powie ludziom na spotkaniu, że przekazano na „telewizję publiczną” pieniądze, które wydaje się rocznie na chemioterapię dla wszystkich ludzi chorych na raka w Polsce, to ludzie otwierają oczy szeroko i mówią – to jest niemożliwe. A ja mówię: to jest możliwe i to jest prawda.

Macie więcej takich faktów, krótkich, spójnych….

Oczywiście, rozmawiamy o sprawach bliskich ludziom. Ludzie pytają o ceny, to jest coś, co bardzo doskwiera, widzą to w swoim sklepiku, warzywniaku. Dziś pietruszka kosztuje około 20 zł za kilogram, a masło podrożało przeszło 50 proc. To są rzeczy, o których politycy muszą mówić, dlatego, że jeżeli będziemy mówili tylko o wielkich ideach, projektach politycznych, to nie trafimy do ludzi. To są dla nich obce tematy, ludzie muszą rozmawiać o tym, co dotyczy ich życia, o ich chodniku, drodze czy szkole. Często podchodzą do mnie i mówią: „polityka mnie nie dotyczy, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, nie zdając sobie sprawy z tego, że polityka dzisiaj wkracza do prywatnego domu każdego z nas. Politycy dzisiaj chcą decydować, jak mamy żyć, z kim mamy spać, kogo możemy trzymać za rękę. Polityka wkracza na sale porodowe, mówi kobietom, jak mają rodzić dzieci. Polityka dzisiaj uniemożliwiła korzystanie z programu in vitro. To są fakty, na które codziennie wpływa polityka. Polityka też kształtuje to, jak będą wyglądały nasze szkoły 1 września. Polityka zdecydowała o tym, jak wyglądają podręczniki naszych dzieci. Mógłbym tak wymieniać bez końca…

Podczas ulicznych spotkań nie ma zbyt dużo czasu na odkłamywanie propagandy rządowej. Jesteście przygotowani na odpieranie zarzutów, często fałszywych?

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność obecnej ekipy rządzącej. Walczymy z tym. Dobry przykład mieliśmy w sobotę, kiedy na konwencji PiS użyto brutalnie człowieka, pana Andrzeja, którego spotkaliśmy na ulicy w Węgrowie i z którym sympatycznie porozmawialiśmy. Na szczęście udało mi się obnażyć manipulację pani premier Szydło oraz całych dywizjonów trolli internetowych, które ruszyły w tej sprawie i próbowały wmówić widzom i czytelnikom, że nasz sympatyczny śmiech był naśmiewaniem się z pana Andrzeja. Ten dzień, jak w soczewce pokazał, że ekipa PiS użyje każdego narzędzia, zniszczy każdego człowieka, dla swojego krótkiego celu politycznego.

PiS śledzi Wasze spotkania kampanijne?

W miniony weekend nie odstępowała nas ani na chwilę TVP Info.

A co najczęściej ludzie Wam zarzucają? Co do Was krzyczą na ulicy? Że odbierzecie 500+?

Ludzie rozsądni doskonale wiedzą, że tak się nie stanie. Że to jest kłamstwo stworzone i wmawiane przez PiS.

Ale głosują też nierozsądni…

Staram się wszystko tłumaczyć, bo jestem zwolennikiem nieodcinania się od elektoratu PiS, czy wręcz przekonywania go do siebie. W kampanii jeździłem głównie do miasteczek, w których mieliśmy najmniejsze poparcie, czy w których PiS wygrywał. Takim miasteczkiem,  gdzie nasze wyniki nie były najlepsze jest Białogard. Byłem tam wielokrotnie po to, żeby przekonać mieszkańców do siebie i udało się. Takich miast „odbijanych” jest dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakieś miejsca to są bastiony PiS i tam nie ma po co jeździć. Ja w sobotę byłem w bastionie PiS na Podlasiu, byłem w Augustowie, Suchowoli, w Suwałkach…

Ale to nie są dla Pana przyjemne miejsca?

Nic podobnego. Spotkałem bardzo dużo sympatycznych reakcji. Były też negatywne zachowania, ale nie ma co się tym przejmować. Ludzie w większości byli zadowoleni, że byliśmy w ich miastach, że ich odwiedziliśmy, podaliśmy setki rąk, rozmawiali z nami. Niektórzy mówili, że na nas czekali.

To pewnie była akurat grupa waszych zwolenników…

Nie, na rynku rolno-towarowym w Białymstoku, o 8.00 rano, w sobotę, nie mogłem spotkać wycelowanej grupy. Ja się nie spotykam, jak Kaczyński z gronem swoich fanów przywiezionych autobusami, w zamkniętym pomieszczeniu i w tłumie ochroniarzy, tylko idziemy ekipą „Bartek team”, a teraz „Koalicja team”, na rynek rolno-towarowy w Białymstoku, tam, gdzie stoją ludzie i sprzedają marchewkę, pietruszkę, warzywa i są wkurzeni na rzeczywistość. Tam wchodzimy, ale nie po to, żeby mówili panie Bartku super, że pan przyjechał, tylko wchodzę przekonać gościa, który do mnie krzyczy komunisto. I w końcu go przekonuję.

A sprawdzał pan, jaki miał Pan wynik w Białogardzie?

Tak. W mieście Białogard nasza lista zdobyła 3 665 głosów, co dało 49,78%. Ja sam zdobyłem 2 647 głosów. Dodam, że w Koszalinie, wchodząc na giełdę koszalińską – to jest takie specyficzne miejsce, gdzie kilkanaście tysięcy ludzi handluje wszystkim w każdą niedzielę – udało mi się zdobyć więcej głosów niż cała lista PiS razem wzięta. Czyli wszyscy politycy PiS zdobyli mniej głosów niż ja, chodząc po giełdzie przez cztery niedziele.

Kampania to Pana żywioł… super skutecznie walczył Pan o siebie, ale teraz ma Pan walczyć o partię. To chyba nie to samo?

Mechanizmy są te same. Obiecałem koleżankom i kolegom nie tylko z PO, że pomożemy im w kampanii. Pomogę też niektórym politykom, bo mnie o to poprosili, w kilku kampaniach indywidualnych. W sobotę pomagaliśmy Tomkowi Cimoszewiczowi, Krzysiowi Truskolaskiemu, Bożenie Kamińskiej, Robertowi Tyszkiewiczowi. Będziemy pomagać też i innym koleżankom i kolegom.

Jest Pan tak silny psychicznie i fizycznie, że może Pan z siebie tak dużo dawać?

Nie mnie to oceniać, ale staram się zawsze robić to, co robię dobrze. I zawsze się przykładam niezależnie od tego, czy gram na gitarze, czy robię politykę, czy leczę dzieci.

Jak Pan znosi ataki, oskarżenia… Nie załamuje się Pan?

Nie. Mogę powiedzieć wszystkim trollom, którzy mnie tysiącami codziennie hejtują: szkoda waszych baterii. Niezależnie od tego, ile hejtu wylejecie będziemy robić swoje.

To jednak jest pan silny.

Staram się być silny i zdecydowany.

Trudno jest doradzać doświadczonym politykom Platformy, czy to nie jest tak, że w Platformie każdy wie najlepiej?

Nie ustawiam się w roli osoby doradzającej, ustawiam się w roli osoby pracującej.

Wierzy pan w zwycięstwo koalicji?

Jestem optymistą. Sytuacja polityczna w kraju jest bardzo trudna, to są najważniejsze wybory od 89 r. One określą przyszłość Polski, nie na cztery lata, a co najmniej na osiem, a nawet dwanaście lat. Te wybory będą decydowały o przyszłości naszych dzieci, naszych rodziców, babć, dziadków i nas samych. I nie ma dzisiaj miejsca na mówienie, że ja nie chcę brać udziału w polityce, że niech oni robią politykę, niech oni robią wybory, niech oni w końcu zwyciężą z tym PiS, niech oni odsuną PiS – to my razem musimy odsunąć PiS.

Morawiecki z Polski zrobił Zadupie, a dumnych Polaków przemianował na Zadupczyków. Z życia pasqud 9

4 Lip

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i nigdy nie prostował publicznie swoich słów, a Kaczyński Jarek ma żonę, trójkę dzieci i jest wysokim, przystojnym facetem”; – „Niech pan nie obraża prawników.

„Niezależne” decyzje tej komunistki z przybudówki PZPR z opinią z sądu „nieprzydatna do zawodu” wykuwają się przy gotowaniu pulpetów Kaczyńskiemu. Z szamba pan nie zrobi perfumerii”; – „Wybitny magister z korzeniami w komunistycznej młodzieżówce… a Kaczyński to wysoki brunet”. „Odkrycie towarzyskie prezesa PiS Julia Przyłębska działała w młodzieżówce komunistów”.

Jeszcze nigdy wyrażenie “dyplomatołki” nie opisywało w tak dużym stopniu poziomu polskiej dyplomacji, jak miało to miejsce w trakcie zakończonego wczoraj szczytu Rady Europejskiej, podczas którego podjęto decyzję o obsadzie najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej. Wbrew temu, co wytresowani i bezrefleksyjnie przyjmujący każde tłumaczenie wyborcy PiS usłyszą dziś w TVP, nie ma większego przegranego tych dni, niż polski premier Mateusz Morawiecki. Nie wygrał absolutnie nic dla naszego kraju, nie potwierdził roli Polski jako lidera regionu (chyba, że jako głównego hamulcowego), a na dodatek przez upór europosłów z jego ugrupowania wzmocniona została pozycja Niemiec i Francji oraz strategia Europy dwóch prędkości, co dla Polski jest fatalnym prognostykiem.

Dziś, gdy opada już kurz batalii o stanowiska szefa Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rąbka tajemnicy na temat postawy polskiego rządu uchylił Donald Tusk. W radiu RMF FM powiedział:

Ze strony Grupy Wyszehradzkiej i także ze strony Polski nie było żadnych kandydatur na te czołowe pozycje. Może to kogoś zdziwić, ale z drugiej strony to bardzo ułatwiło wszystkim procedowanie, no bo kandydatów było bardzo wielu na różne stanowiska, łatwiej się pracuje, kiedy ta pula jest trochę mniejsza. Spotykałem się z całą czwórką Wyszehradzką kilka razy, byłem w stałym kontakcie właściwie z każdym z członków Grupy Wyszehradzkiej i uważam, że ich podejście było – szczególnie w finale – konstruktywne. Ja nie miałem poczucia, że są w grupie tych, którzy chcą coś zepsuć, czy coś utrupić. Muszę powiedzieć, że zachowanie wszystkich właściwie przy tym stole było bardziej konstruktywne niż kiedykolwiek wcześniej przy takich sytuacjach.

Te słowa pod adresem polskiego rządu to tylko pozornie pochwała, zwłaszcza w kontekście podnoszonego od lat postulatu środowiska Zjednoczonej Prawicy, że należy wzmocnić w UE pozycję krajów naszego regionu. Z sobie tylko znanych powodów polski premier postanowił zrobić absolutnie wszystko, byle tylko nie dopuścić do wyboru na szefa KE Fransa Timmermansa, jedynego kandydata zachodniej części Europy, który nasz kraj zna, uwielbia i którego państwowym orderem odznaczył Lech Kaczyński. Zamiast tego rząd poparł Niemkę, Ursulę von der Leyen, reprezentującą przecież niemal wszystko, co PiS dziś krytykuje w UE. Oficjalne tłumaczenie jest takie, że zgadzają się oddać pełnię władzy Niemcom i Francuzom, by zakończyć zarządzanie wspólnotą z tylnego fotela bez odpowiedzialności (zabawne, że nie czują takiej potrzeby w Polsce).

Następcą Donalda Tuska będzie z kolei Belg Charles Michel, który również nie jest z bajki PiSu i z pewnością nie będzie hamował dążeń do powiązania kwestii praworządności z unijnym budżetem. Tą pierwszą natomiast nadal zajmować się będzie Timmermans, co stanowi dodatkowy pstryczek w nos Morawieckiego. Mówiąc zatem ogólnie, polska delegacja przegrała wszystko, co można było na tym szczycie przegrać, nie ugrywając przy tym absolutnie niczego. Ot, potwierdziliśmy pozycję czarnej owcy w unijnej układance, z której istnieniem i tupaniem nóżką wszyscy się już pogodzili.

Jeśli ktoś miał nadzieję, że wybór inny niż Fransa Timmermansa na szefa Komisji osłabi wolę czy determinację UE, aby wszędzie przestrzegano prawa i żeby rządy prawa były regułą obowiązującą w całej Europie, to jest w błędzie, bo moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie – podsumował w rozmowie w RMF FM Donald Tusk.

Dziwne, że w PiS nie chcą tego zrozumieć. Wolą cieszyć się urojonymi sukcesami w stylu 27:1. Mateusz Morawiecki może zatem zameldować: “Panie prezesie, zadanie wykonane – jesteśmy w dupie i zaczynamy się tam urządzać”.

Działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora odniósł się do słów ministra Jarosław Gowina po posiedzeniu Rady Europejskiej w Brukseli.

– Skończyły się czasy, kiedy w UE można podejmować kluczowe decyzje z pominięciem Polski. Życzę następnym premierom – z jakichkolwiek będą obozów politycznych – by utrzymali skuteczność Mateusza Morawieckiego – napisał Gowin w mediach społecznościowych.

Wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1 – komentuje efekt negocjacji na szczycie Rady Europejskiej dr hab. Marek Migalski. – To, że jak pelikany łyka to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru – dodaje. Rozmawiamy też o zjednoczeniu opozycji i możliwych scenariuszach na jesienne wybory, pytamy też o ocenę zachowania posłów PiS-u na inauguracji nowej kadencji PE.

JUSTYNA KOĆ: Efekty szczytu Rady Europejskiej to sukces polskiego rządu czy porażka?

MAREK MIGALSKI: To pełna klęska, bo albo cele były minimalne i głównie chodziło o niedopuszczenie do wyboru Timmermansa na szefa Komisji; wówczas to tragedia, bo nie było jeszcze tak minimalistycznego celu w polityce zagranicznej chyba żadnego rządu. To by oznaczało, że ambicją było to, aby jakiś polityk nie został szefem, a jest już zgoda, aby został wiceszefem. Albo zabrakło siły na to, aby przeforsować jakikolwiek własne pomysły. Zatem to albo brak jakichkolwiek ambicji politycznych, albo brak możliwości ich realizacji. Jeśli spojrzeć na bilans tego starcia brukselskiego, to tak naprawdę jest to układ między socjalistami, chadekami a liberałami, w którym kompletnie nie liczy się ECR, czyli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, w której to frakcji jest PiS.

RÓWNIEŻ GEOGRAFICZNIE TO JEST KATASTROFA DLA NASZEJ CZĘŚCI EUROPY, PONIEWAŻ NIKT Z PAŃSTW EUROPY ŚRODKOWEJ I WSCHODNIEJ NIE ZNALAZŁ SIĘ WŚRÓD CZTERECH NAJWAŻNIEJSZYCH POLITYKÓW UNIJNYCH.

Dla partii, mówię tu o PiS-ie, która ma czwartą największą reprezentację w PE, bo 27 europosłów PiS-u to czwarta najliczniejsza frakcja partyjna, to jest tragedia i porażka. Oni w tej rozgrywce stali z boku i byli biernymi widzami, a dziś robią dobrą minę do złej gry.

A może premier Morawiecki został ograny przez starych europejskich lisów, jak Merkel czy Tusk? Kandydatura Holendra miała oczyścić pole przed prawdziwą rozgrywką?
Jakiekolwiek były kalkulacje graczy, to efekt gry jest taki, że szefową KE zostaje niemiecka minister obrony, która przez ostatnie lata krytykowała rządu PiS-u i, jak sądzę, nie przestanie tego robić, tym bardziej, że teraz będzie ją do tego uprawniać stanowisko. To KE jest strażnikiem traktatów i jej szef musi się wypowiadać na ten temat. Wiceprzewodniczącym KE zostanie znienawidzony przez PiS Frans Timmermans, który dalej będzie pytał o praworządność i o to, co dzieje się w Polsce, zatem bilans tej potyczki jest dla PiS-u katastrofalny. Jest nawet większą porażką niż słynne 27:1.

Teraz

RZĄD POLSKI ZOSTAŁ PO PROSTU POMINIĘTY. PODCZAS GŁOSOWANIA 27:1 BEATA SZYDŁO MOGŁA PRZYNAJMNIEJ COŚ POWIEDZIEĆ, ZAPREZENTOWAĆ, BYĆ MOŻE SKOMPROMITOWAĆ SIĘ, ALE PRZYNAJMNIEJ ZAZNACZYĆ SWOJĄ OBECNOŚĆ. TUTAJ POLSKA DYPLOMACJA BYŁA BIERNYM WIDZEM TEGO, CO SIĘ DZIAŁO, NIKT NIC Z NIĄ NIE KONSULTOWAŁ.

PiS-olubne media donosiły, że jest tłoczno w polskich gabinetach w Brukseli, ale to było absolutne kłamstwo i nikt z nimi nic nie konsultował. Wielcy i sprytni przyjęli do wiadomości, że Polska nie chce Timmermansa, zrobili hokus-pokus i Timmermns został wiceprzewodniczącym, natomiast niemiecka minister obrony zostanie szefowa KE. Co więcej, układ sił w niedzielę był już wystarczający, aby przegłosować kraje Grupy Wyszehradzkiej, dlatego że te 21 państw, które są do tego potrzebne, które zamieszkuje 65 proc. ludności, bo takie są wymogi, było już uzyskane wtedy, tylko Angela Merkel i inni wielcy nie chcieli robić tego na siłę. Wtedy państwa naszej części Europy, przede wszystkim Polska i Węgry, mogłyby mówić, że zostało im to narzucone siłą. Majstersztykiem tych silnych jest to, że dwa dni później zaproponowali kandydata jeszcze gorszego dla partii rządzących Polski i Węgier, a oni temu przyklasnęli. Dziś politycy PiS-u mówią, że to jest bardzo dobry układ, gdy z punktu widzenia interesu PiS-u jest jeszcze gorszy, niż to, co było poprzednio; za poparcie Timmermansa można było negocjować coś dla naszej części państw Europy, tymczasem okazało się, że w 48 godzin liczące się duże państwa europejskie zaproponowały coś gorszego dla Fideszu i dla PiS-u, a ci robią dobra minę do złej gry i mówią, że to ich sukces.

To, że jak pelikany łyknie to elektorat PiS-u i PiS-olubne media, dodaje sprawie tylko komediowego charakteru.

W końcu przyjdzie taki moment, że nowa szefowa KE skrytykuje rządy PiS-u w sprawie praworządności. Wtedy premier będzie musiał zjeść tę żabę w postaci wyboru Ursuli von der Leyen.
Podzielam pani opinię, że tak w końcu się stanie, bo

VON DER LEYEN NIE BĘDZIE MOGŁA UDAWAĆ, ŻE NIE WIDZI, CO DZIEJE SIĘ W NASZYCH KRAJACH I NA PEWNO BĘDZIE POPIERAĆ DZIAŁANIA TIMMERMANSA W DALSZYCH STARANIACH O PRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI W POLSCE.

Wówczas prawdopodobnie obóz rządzący nagle sobie przypomni, że jest ona Niemką i że była kiedyś ministrem obrony i zostanie ogłoszona zdrada: zdrada elit europejskich, zdrada “brukselczyków”, i będzie wielki lament, że oto zostaliśmy oszukani. Niestety, już nic innego tej ekipie nie zostało, jak takie magiczne sztuczki, które mają zaczarować ich elektorat.

Jak ocenia pan debiut europosłów z PiS-u? Byli ministrowie Zalewska i Waszczykowski nie wstali podczas “Ody do radości”, Beata Szydło schowała unijną flagę, która została postawiona na jej miejscu w PE.
Jeśli chodzi o flagę unijną, to europoseł Wiosny Łukasz Kohut umieścił tę flagę, przynajmniej tak poinformował na jednym z portali społecznościowych. Moim zdaniem to są takie dziecięce zagrywki. Każdy ma prawo mieć swój pogląd na UE i

TAK JAK BEATA SZYDŁO MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ FLAGI UNIJNEJ NA SWOIM BIURKU, TAK ŁUKASZ KOHUT MOŻE SOBIE NIE ŻYCZYĆ JAKIEJŚ INNEJ FLAGI. TO JEST DZIECINNE I TAK NIE ZACHOWUJE SIĘ W PARLAMENCIE.

Co do zachowania minister Zalewskiej i ministra Waszczykowskiego, musimy pamiętać, że na podstawie artykułu 52. traktatu lizbońskiego zarówno muzyka, jak i 12 gwiazd na niebieskim tle nie są hymnem UE i flagą UE. To są symbole. Polska się pod tym nie podpisała.

Moim zdaniem ci, którzy są krytyczni co do UE, mogą nie wstawać podczas grania tego “hymnu”, bo w ten sposób manifestują, że nie widzą UE jako państwa i mają do tego prawo. Natomiast czymś innym jest odwracanie się tyłem, co zrobili brexitowcy. To już jest nieakceptowalne. Można to przyrównać do osoby niewierzącej, ale uczestniczącej z jakichś powodów w mszy. Zrozumiałe i akceptowalne jest, jeśli ona nie klęka, ale już nie będzie akceptowane gdy np. odwróci się tyłem podczas podnoszenia Eucharystii.

Jak w takim razie mają się do tego wypowiedzi posłów PiS-u w polskim parlamencie, którzy tłumaczyli, że może dlatego siedzieli, bo nie wiedzieli, jak się zachować, są nowi?
To już jest głupota, bo mieć poglądy eurosceptyczne to coś innego, niż mówić, że się nie zorientowali, podczas gdy 80 proc. sali wstało, a 10 proc. się odwróciło. To jednak ośmiesza takich polityków.

Biedroń chce rozmawiać z PO o przystąpieniu do koalicji. Jak pan to ocenia?
Powtarzam od 26 maja, że

OPOZYCJA MOŻE NIE DOPUŚCIĆ PIS-U DO WŁADZY, ALE MUSI PÓJŚĆ KILKOMA BLOKAMI. BIEDROŃ NA LIŚCIE KE TO JEST ZWYCIĘSTWO PIS-U.

W interesie Grzegorza Schetyny, jeśli nie chce spędzić następnych 4 lat w ławach opozycji, jest pozwolenie PSL-owi na budowanie własnego prawicowego, konserwatywnego bloku, który będzie kradł głosy PiS-owi, ale też wypchnięcie SLD z koalicji i zmuszenie Czarzastego do zrobienia koalicji z Biedroniem, Zandbergiem i innymi ugrupowaniami lewicowymi. Tylko w trzech blokach opozycja ma szanse pójść po każdego wyborcę nie-PiS-owego. To jest niezbędne, żeby obniżyć notowania PiS-u na tyle, aby nie wziął 231 mandatów. Czarzastemu i SLD jest dziś wygodnie, aby iść z koalicją, bo to im gwarantuje wejście do Sejmu i stworzenie własnego klubu. O wiele bardziej ryzykowne i wymagające więcej pracy byłoby zmuszenie ich do walki w ramach koalicji lewicowej. Jeżeli Grzegorz Schetyna chce tę rozgrywkę z PiS-em wygrać, musi pozwolić pójść Kosiniakowi-Kamyszowi na swoje, a Czarzastego wypchnąć z koalicji i zmusić do utworzenia koalicji lewicowej.

Biedroń w tej rozgrywce jest już graczem drugorzędnym.

To z kim według pana scenariusza powinna iść PO?
Praktycznie samodzielnie, może z Nowoczesną, z Zielonymi, z samorządowcami.

PO MA FUNDUSZE I TYSIĄCE DZIAŁACZY I JEST TO DZIŚ GŁÓWNA ANTY-PIS-OWSKA SIŁA.

Każdy, kto nie znajdzie się w centro-prawicowym bloku PSL i bloku lewicowym, po prostu zagłosuje na Platformę, ponieważ będzie ona głównym anty-PiS-em. Pamiętajmy, że PO jest już marką na polskiej scenie politycznej. Istnieje już prawie 20 lat i jest grupa wyborców, która zagłosuje niezależnie od tego, czy jest tam Kosiniak-Kamysz, czy Czarzasty.

To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – komentował wyniki szczytu Rady Europejskiej Grzegorz Schetyna. – 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał.

Nie milkną echa po zakończonym szczycie Rady Europejskiej, na którym została wybrana kandydatka na przewodniczącą Komisji Europejskiej.

– To porażka nie tylko polskiego rządu, ale filozofii szukania przeciwników, dążenia do starcia, a nie budowy pozytywnej konstrukcji, gdzie można szukając mocnych partnerów, zbudować mocną polską pozycję – ocenił efekt działań polskiej delegacji lider PO Grzegorz Schetyna.

Ograny premier?

Premier Morawiecki i media publiczne przedstawiają wybór Ursuli von der Leyen na szefową KE zamiast Fransa Timmermansa jako sukces polskiej delegacji i grupy V4. – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane – mówił na konferencji po szczycie premier Mateusz Morawiecki, nazywając wcześniej Timmermansa “kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Najwyraźniej wśród tych priorytetów rządu Mateusza Morawieckiego nie było żadnego wysokiego stanowiska dla Polaka, ani dla przedstawiciela regionu Europy Środkowej.

– To jest porażka, przypomnę, że 10 lat temu premier Jerzy Buzek został szefem PE w 2009, w 2014 premier Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej. 2019, gdzie jesteśmy dzisiaj? – pytał retorycznie Grzegorz Schetyna.

– Polska jest poza mainstreamem, poza najważniejszymi stanowiskami, poza wpływem na politykę i to jest obraz aktywności polskiego rządu i delegacji, której przewodniczył premier Morawiecki – wytykał lider PO.

Stanowiska dla Polski bez udziału premiera

– Oceniamy decyzje wyboru Ursuli von der Leyen na szefową KE jako dobrą dla naszej politycznej rodziny – skomentował Schetyna. Nowa przewodnicząca KE jest z tej samej politycznej rodziny, co Platforma Obywatelska, czyli EPP.

Grzegorz Schetyna uczestniczył w niedzielę w spotkaniu EPP, gdzie m.in. ustalono kandydatów na stanowiska przynależne partii ludowców. W efekcie Ewa Kopacz ma zostać wiceprzewodniczącą PE, Radosław Sikorski ma koordynować aktywności między PE a USA. Stanowiska wiceprzewodniczących kluczowych komisji mają także objąć Janusz Lewandowski i Róża Thun.

– Krok po kroku, budując dobre relacje z partnerami wewnątrz EPP, ale też z tymi, którzy współpracują z Polską, można wiele osiągnąć, ale nie jest to udziałem polskiego rządu i premiera Morawieckiego – mówił Grzegorz Schetyna

– Prosiłbym, żeby ci, którzy tworzą polityczną propagandę i prężą muskuły, się nie kompromitowali, bo to jest dziś Polsce niepotrzebne. Wystarczy wynik negocjacji, który jest zerowy – podsumował lider PO.

PiS dupą do Unii Europejskiej. Takich skunksów wysłano do Brukseli. Z życia pasqud 8

3 Lip

„Hymn Unii na pierwszym posiedzeniu PE. Partia Brexit tyłem. Waszczykowski i Zalewska nawet nie wstali” – napisał na Twitterze Bartosz Wieliński z „GW”. Byli ministrowie w rządzie PiS, a obecnie europosłowie tak się zachowali podczas inauguracji obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Podczas odgrywania „Ody do radości” była minister edukacji Anna Zalewska i były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski nawet nie podnieśli się z foteli. Ociągając się, wstali Anna Fotyga i Patryk Jaki. Natomiast Jacek Saryusz-Wolski robił sobie podczas hymnu UE selfie.

Internauci z oburzeniem komentowali zachowanie europosłów PiS: – „Zalewska i Waszczykowski siedzą podczas hymnu UE. Partia Brexit UK stoi tyłem. Co towarzystwo miernot. Idziemy w bardzo złym kierunku. Hasło Polska sercem Europy to pic na wodę i kłamstwo. PiS właśnie pokazał to „tętniące” serce z kampanii. PiS to Polexit!”;

Robić cyrk i strzelać focha potrafią, ale euro im nie śmierdzi. Jak im tak bardzo UE nie pasuje, to powinni być konsekwentni i kasy nie pobierać. Żenada”; – „Absurd goni absurd. Wydaje im się, że buraczanym zachowaniem zrobią wrażenie tam wrażenie? Co najwyżej uśmiech politowania. Ale takie zachowanie może być groźne”;

„Czy się stoi, czy się leży. Z UE Kasa nam się należy!”; – „Kasę biorą. Szacunek dla Europejczyków na najwyższym poziomie… Powinny być kary za takie zachowania”.

Julia Przyłębska – towarzyskie odkrycie Jarosława Kaczyńskiego – podczas studiów była działaczką Socjalistycznego Związku Studentów Polskich – wynika z akt IPN, do których dotarł onet.pl. Istniejąca w PRL organizacja była w pełni kontrolowana przez władze. Obecna prezes TK zapisała się do SZSP na pierwszym roku studiów i działała w niej przez kilka lat. Dzisiaj w jej oficjalnym życiorysie próżno szukać tej informacji. Przyłębska twierdzi natomiast, że była w opozycyjnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.

Z kolei jej mąż Andrzej Przyłębski, dziś ambasador Polski w Niemczech, podczas studiów działał w innej komunistycznej młodzieżówce —Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Z dokumentów IPN wynika, że deklarował się jako ateista i zwolennik marksizmu. Został zarejestrowany w SB jako tajny współpracownik o pseudonimie „Wolfgang” (tak na marginesie – takie imię nosił jego teść, a ojciec Przyłębskiej).

„Sędzia Przyłębska była w komunistycznej młodzieżówce. Kolejny dowód, że tzw. reforma sądownictwa działa odwrotnie, niż głosi PiS. Zamiast naprawiać, psuje, a zamiast usuwać sędziów wychowanych w duchu komunizmu, wprowadza ich na najwyższe stanowiska sądowe” – podsumował na Twitterze prof. Marcin Matczak. A Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej” pytał: – „Czy w tzw. reformie sądownictwa nie chodziło o zakończenie kariery sędziów z komunistycznym rodowodem?

Sprawę komentowali też inni internauci: – „Piotrowicz, Kujda, jej mąż, a teraz ona sama, towarzyskie odkrycie Wielkiego Dewelopera”; – „Odznaczony przez władze PRL krzyżem zasługi Stanisław Piotrowicz, zaorał polskie sądownictwo. Żona TW, Julia Przyłębska, działająca w młodzieżówce komunistów, orzeka, co jest konstytucyjne. Do tego duetu brakuje sędziego Kryże jako I prezesa SN. Fajny ten PiS, taki prawy”;

„Czego nie rozumiecie lewaki? To nasza komunistka. Swoja, posłuszna, bierna, na naszej krwi wyhodowana. Nie to co Wy! Ubeckie wdowy, gorszy sorcie, kanalie, cykliści, złodzieje i wegetarianie”;– „A co my tu mamy? Towarzyszka Wolfgangowa, żona TW Wolfganga, kucharka jaśnie pana Jarka, aktualnie prezes TK, odebrała staranne komunistyczne wykształcenie, w młodości. Jak tam humor, prawaczki? Raz sierpem, raz młotem? Tak to leciało?”.

Po kilkudniowym maratonie przywódcy europejscy ustalili, że nową przewodniczącą Komisji Europejskiej będzie Ursula von der Leyen. To szefowa niemieckiego ministerstwa obrony. Jej nominację musi jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski. Frans Timmermans będzie jej zastępcą.

Przypomnijmy, że PiS mocno krytykował Ursulę von der Leyen po jej wypowiedzi, dotyczącej protestów w obronie polskich sądów w 2017 r.   – „Musimy wspierać ten zdrowy demokratyczny opór młodego pokolenia w Polsce” – mówiła szefowa niemieckiego MON. Ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski twierdził, że „to próba ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego kraju”. 

Na Twitterze pojawiły się pierwsze komentarze, dotyczące wyboru Ursuli von der Leyen. – „Czyli skutkiem wielkiej ofensywy dyplomatycznej PIS-u ma być wybór na szefa Komisji Europejskiej Niemki, która poparła protesty polskiej opozycji w obronie praworządności. To są naprawdę mistrzowie. PiS stanął na głowie, żeby szefem Komisji Europejskiej została Niemka. Trzeba w tym momencie zapytać czy – parafrazując Karnowskich – prawdziwym celem PiS – u nie jest przyłączenie Polski do Niemiec” – Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Takie pytanie: Czy jakikolwiek polityk z Grupy Wyszehradzkiej otrzymał dziś jakieś ważne stanowisko w Unii Europejskiej? Dla kolegi pytam, bo mówił coś o sukcesie PiS na forum UE” – Przemysław Henzel z onet.pl.

„Polscy dyplomaci skutecznie walczyli jak lwy blokując fotel szefa KE dla Timmermansa. Byli tak skuteczni, że Timmermans będzie wiceszefem KE i z pewnością nie będzie się już zajmował praworządnością…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”.

Europejskie rozgrywki

O kompromis nie było łatwo. Jeszcze w poniedziałek po 19 godzinach negocjacji sytuacja wydawała się patowa. Prawie pewny kandydat, Frans Timmermans, spotkał się jednak ze sprzeciwem Grupy Wyszehradzkiej z Polską na czele. Niechętni kandydaturze Holendra byli także Włosi.

Teraz kandydatka na przewodniczącą KE będzie musiała uzyskać poparcie eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim.

Wybór w Radzie Europejskiej, czyli wśród przywódców państw członkowskich, zapadł jednogłośnie, przy jednym głosie wstrzymującym ze strony kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Oprócz Ursuli von der Leyen Rada Europejska nominowała też Charlesa Michela na przewodniczącego Rady Europejskiej, Josepa Borella na szefa dyplomacji UE i Christine Lagarde na szefową Europejskiego Banku Centralnego.

Kim jest Ursula von der Leyen?

To niemiecka minister obrony, wywodzi się z CDU. Jest polityczną protegowaną Angeli Merkel – to kanclerz wprowadziła ją w świat wielkiej polityki w 2005 roku. Swego czasu była typowana na następczynię Merkel.

Ursula von der Leyen mówi płynnie po angielsku i francusku i porusza się pewnie na międzynarodowej scenie politycznej.

Jeżeli zostanie szefową KE, będzie pierwszą Niemką od 50 lat na tym stanowisku i pierwszą kobietą.

Sukces polskiego rządu?

Jeszcze wczoraj podczas negocjacji kandydaturze Fransa Timmermansa sprzeciwiali się Włosi i V4. Premier Mateusz Morawiecki tłumaczył, że Holender “nie rozumie państw wychodzących z postkomunizmu”, a także, że jest nieprzyjazny Polsce i państwom Europy Środkowej.

We wtorek na konferencji podsumowującej szczyt mówił: – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane. Pokazaliśmy, że potrzebujemy kandydatów, którzy mają potencjał łączenia, a nie antagonizowania Europy; którzy rozumieją kraje członkowskie. Dlatego sprzeciwialiśmy się kandydaturze Fransa Timmermansa.

Zdaniem Morawieckiego Timmermans “był kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Komentatorzy wyśmiali ten samozachwyt, a łyżkę dziegciu do tego garnca miodu zadowolonego premiera dołożył też Grzegorz Schetyna, zwracając uwagę, że w 2009 i 2014 r. rząd polski potrafił wynegocjować stanowiska dla Polaka.

– Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób – mówi Kamil Zajączkowski, europeista z UW i autor ostatniej publikacji “Misje cywilne i operacje wojskowe Unii Europejskiej w perspektywie wybranych teorii stosunków międzynarodowych i integracji europejskiej”.

JUSTYNA KOĆ: Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem – skomentował premier Morawiecki szczyt RE. Nominacja Ursuli von der Leyen to sukces polskiego rządu?

DR KAMIL ZAJĄCZKOWSKI: Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób. W dużym stopniu o tym, że Timmermans nie został szefem KE, zadecydowały dwa czynniki, ale trzeba przyznać rację, że polska dyplomacja je wykorzystała. Po pierwsze, bunt centroprawicowej europejskiej chadecji, czyli EPP, i sprzeciw Włoch. Bunt chadeków wynikał z prostej kalkulacji; socjaliści i chadecy łącznie stracili ponad 100 mandatów w PE. Po drugie, o wyborze z Osaki zadecydowały 4 państwa: Niemcy, Francja, Holandia i Hiszpania, która powróciła do gry po kilkunastu latach.

JESZCZE KILKA LAT TEMU WSZYSCY PATRZYLI NA HISZPANIĘ JAKO PAŃSTWO, KTÓRE CHYLI SIĘ KU KATASTROFIE GOSPODARCZEJ, A TU HISZPANIA ZNOWU JEST PRZY STOLE, A NIE WŁOCHY, KTÓRE JAKO PAŃSTWO ZAŁOŻYCIELSKIE PRZY TYCH WSZYSTKICH ROZGRYWKACH BYŁO BRANE POD UWAGĘ.

Włochy sprzeciwiały się kandydaturze Timmermansa przede wszystkim z tego powodu, a nie z tych samych pobudek, co Polska i V4. To te czynniki głównie spowodowały, że ta kandydatura przepadła. Grupa Wyszehradzka nie jest jednolita, ale myślę, że w tym przypadku zadecydowały też czynniki ambicjonalne i niechęć osobista, która jest w polityce istotna. To wszystko spowodowało, że ta układanka z Timmermansem się nie powiodła.

Długo wydawało się, że jest jednak murowanym kandydatem. To w takim razie oczywisty błąd polityków europejskich?
Mam na ten temat pewną hipotezę, którą będzie można zweryfikować z czasem, gdy wyjdą na jaw szczegóły; na ile Timmermans był najmocniejszym kandydatem, na ile to spięcie niedzielno-poniedziałkowe było przypadkiem, a na ile to, co się stało, było oczekiwane przez największych graczy, aby oczyścić przedpole i położyć na stół nowe karty. Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursui von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona od razu, to spotkałaby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk, Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawiała przy swojej kandydaturze i dostała to, czego chciała.

Kim jest Ursula von der Leyen i czego możemy się po niej spodziewać?
Oczywiście już się mówi, że to nie jest kandydatura idealna, że nie ma doświadczenia, część osób mówi, że Timmermans był najlepszym kandydatem, ale

NA TYM POLEGA KOMPROMIS, TAKŻE W POLITYCE, ŻE ZAZWYCZAJ WYGRYWA OSOBA, KTÓRA NIE JEST WYRAZISTA, NIE BUDZI EMOCJI, NIE JEST SILNĄ OSOBOWOŚCIĄ.

Tak było w przypadku poprzedniego szefa KE José Manuela Barroso?
To prawda. W 2004 roku było dwóch bardzo silnych kandydatów, a wygrał ten trzeci, podobnie gdy cofniemy się jeszcze bardziej. Po prostu tak wygląda kompromis. Dodałbym tu jeszcze jedno ważne spostrzeżenie; okazało się, że duopol niemiecko-francuski nie pracuje tak sprawnie, jak do tej pory. Te kilka ostatnich tygodni to pokazało, bo wszystko zaczęło się od tego, że to Macron zablokował Webera, czyli zaczęło się od kłótni francusko-niemieckiej. W efekcie poobijana mocno Merkel, która ma dużo słabszą pozycję, nie potrafiła domknąć tej kandydatury. Z drugiej strony Niemcy mają przewodniczącego KE, a Francuzi mają to, czego bardzo chcieli, czyli kontrolę nad strefą euro i gwarancję, że przyszła szefowa EBC będzie kontynuowała linię odchodzącego prezesa.

Wśród nominacji nie ma żadnego Polaka i nikogo z V4. Porażka?
Mimo zachowania jedności V4 nie ma tu żadnego stanowiska nawet dla przedstawicieli Europy Środkowej, i to jest znamienne.

PO TYM SZCZYCIE WIDAĆ TEŻ WYRAŹNIE PRZESUNIĘCIE WŁADZY W RĘCE SZEFÓW RZĄDÓW, STĄD TEŻ TAKA KANDYDATURA NA SZEFA KE.

Komisja za nowej przewodniczącej odpuści walkę o praworządność?
Ursula von der Leyen będzie przewodniczącą, ale wiceprzewodniczącym ma być Timmermans. Chodzą pogłoski, że zachowa on w swej działalności prawa człowieka, praworządności, czyli będzie zajmował się tym, czym do tej pory. To ewenement, bo do tej pory po zakończeniu kadencji zazwyczaj politycy dostawali nowe teki, tu wiele wskazuje, że Holender ma dostać działkę właśnie dotyczącą praworządności.

NIE SPODZIEWAŁBYM SIĘ WIĘC, ŻEBY LINIA KE SIĘ ZMIENIŁA I ZNOWU BĘDZIEMY MIELI “DOBREGO” PRZEWODNICZĄCEGO I “ZŁEGO” ZASTĘPCĘ. DOBRĄ BĘDZIE URSULA VON DER LEYEN, A TYM ZŁYM TIMMERMANS.

Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością.

Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Sprawa pracownika zwolnionego z Ikei pokazuje po raz kolejny i mam wrażenie, że to już jest naprawdę ostatni dzwonek, jak groźne jest prezentowane od lat przez władze państwowe pobłażanie wobec buty, pogardy, chciwości i bezprawia Kościoła katolickiego. Gdyby nie opieszałość policji, prokuratury i sądów wobec księży pedofilów i chroniących ich biskupów, gdyby nie ich demoralizująca bezczynność wobec odmowy wydawania akt spraw dotyczących pedofilii, gdyby nie jawnie okazywana tolerancja dla łamania przepisów i ostentacyjne stawianie ludzi w sutannach ponad prawem, nie doszłoby zapewne do sytuacji, w której ktokolwiek uważa, że słowa „jestem katolikiem” są magiczną formułką chroniącą od odpowiedzialności. A tak się właśnie stało.

Polska jest dziś krajem, w którym coraz więcej osób żyje w przekonaniu, że można złamać prawo, powiedzieć lub zrobić niemal wszystko, dopuścić się aktów nienawiści, poniżania, pogardy i przemocy bez żadnych konsekwencji pod warunkiem, że po wszystkim wygłosi się magiczną formułkę „jestem katolikiem”, „zrobiłem to jako katolik” lub „tak jest napisane w Biblii”.

Fakty są takie, że Polska jest państwem, którego Konstytucja zobowiązuje władze państwowe do neutralności światopoglądowej i równego traktowania wszystkich obywateli, zarówno wierzących w Boga, jak i wywodzących swoje wartości z innych źródeł. Wiara, praktykowana w ramach tej czy innej religii, jest zbiorem zasad postępowania tylko dla dobrowolnych wyznawców. Zmuszanie ludzi siłą, żeby wyznawali katolickie poglądy, praktykowali katolickie obrzędy, lżenie ich pod pretekstem własnych przekonań to przemoc, która zgodnie z polskim prawem jest ścigana przez prawo.

Dlatego kiedy Tomasz K. napisał na wewnętrznym forum swojej firmy (w odpowiedzi na okolicznościowy tekst nawołujący do tolerancji wobec osób o homoseksualnej orientacji), że homoseksualizm to zboczenie i dewiacja, złamał artykuł 18 kodeksu pracy, zakazujący bezpośredniej i pośredniej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i zakazujący zachowań sprawiających, że ktokolwiek może z jej powodu zostać poniżony i pozbawiony godności.

Homoseksualizm nie znajduje się na liście chorób, karanych zboczeń czy dewiacji. Przeciwnie, tak przez polskie, jak i międzynarodowe prawo jest uznawany za normalne, zdrowe zachowanie seksualne. Dlatego nazywanie go publicznie zboczeniem i dewiacją nie jest „opinią”, tylko poniżeniem i naruszeniem godności gejów i lesbijek, jest publiczną obelgą, na którą są paragrafy w kodeksie karnym.

To, że należy człowieka zabić za jego homoseksualną orientację, to nie jest „pogląd”, tylko jawna dyskryminacja i podpieranie się cytatem z Biblii (a tak właśnie robi Tomasz K.) niczego tu nie zmienia. Bo nie Biblia jest w Polsce obowiązującym prawem, tylko Konstytucja, Kodeks Pracy, Kodeks Karny i Kodeks Cywilny. Na marginesie: Biblii nie czyta się dosłownie, jej teksty podlegają interpretacjom i jest to wiedza powszechnie znana, choć bez znaczenia w tej akurat sprawie.

Wyskok, taki jak pracownika Ikei, może się zdarzyć zawsze, ale to, co niepokoi naprawdę to reakcja władz państwowych, ministra i wiceministra sprawiedliwości, którzy nie czekając na wyrok sądu, już wypowiedzieli się w tej sprawie, atakując prywatną firmę i orzekając, że Tomasz K. jest niewinny, stając jednoznacznie po stronie sprawcy, a nie ofiary. Moim zdaniem pokazuje to, jak daleko zaszliśmy już na drodze do państwa wyznaniowego, jak blisko nam do wywołania w Polsce kolejnej wojny, tym razem religijnej.

Niepokojące jest to, że władze zamiast respektować prawo, nie rozstrzygać o sprawach spornych, jeszcze przed ich pojawieniem się na wokandzie, łagodzić rozbuchane społeczne emocje – podsycają je, podjudzając do otwarcia kolejnego frontu bratobójczej, krwawej walki. Walczyliśmy już ze sobą w Polsce o Smoleńsk, walczymy o pamięć i historię, o prawa kobiet, teraz w powietrzu wisi wojna fanatyków religijnych z normalną większością, która chce żyć w państwie prawa.

Nie posłuży to nikomu, oprócz PiS. Nie skorzystają na tym prawdziwi katolicy ani ateiści, nie skorzystają obywatele, niezależnie od światopoglądu i wyznania, skorzysta tylko jedna partia, która nie patrząc na społeczne, nieodwracalne koszty tej wojny, chce, choćby po trupach, wygrać najbliższe wybory.

Z życia pasqud (4): Klęski PiS nie mogą być klęskami Polski. Trzeba cofnąć degradację kraju

29 Czer

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją. Tylko w zeszłym roku o aż 13 proc. w przypadku fotowoltaiki (PV) oraz elektrowni wiatrowych na lądzie (onshore). W efekcie OZE stały się najtańszym źródłem energii w wielu miejscach świata. Autorzy doszli przy tym do wniosku, że ponad trzy czwarte lądowych wiatraków i cztery piąte elektrowni słonecznych, które zostaną oddane do użytku w tym roku będą produkować taniej niż nawet najtańsze technologie oparte o węgiel czy gaz.

W 2020 roku koszt produkcji kWh w przypadku elektrowni wiatrowych ma spaść do 4,5 centa za kWh, a w przypadku fotowoltaiki do 4,8 centa. Eksperci szacują, że powyższe mogą docelowo spaść nawet do 3-4 centa za kWh. Wszytko dzięki dynamicznemu rozwojowi nowych technologii.

Innymi słowy energia ze źródeł odnawialnych staje się tańsza od węglowej. W przypadku Polski zaś jest to szczególnie aktualne w stosunku do wiatraków, ponieważ elektrownie słoneczne przy naszych warunkach nasłonecznienia nie osiągają optymalnej wydajności. Tymczasem zgodnie z przegłosowaną na początku rządów PiS ustawą w praktyce uniemożliwiono budowę nowych farm wiatrowych, a istniejące skazano na rozbiórkę. Był to cios w najdynamiczniej rozwijający się sektor OZE w Polsce. Rząd wprawdzie deklaruje swoje poparcie dla energetyki odnawialnej, ale jak wynika z przekazów medialnych widzi przyszłość w budowie wiatraków na morzu (offshore), które jednak generują znacznie droższy prąd niż ich odpowiedniki na lądzie. Równocześnie kiedy technologie lądowe tanieją, to koszt wspomnianych farm morskich spadł w badanym okresie zaledwie o 1%.

Do omawianego dochodzi w Polsce również problem budowy nowych bloków węglowych w Ostrołęce, które zdaniem ekspertów nie są opłacalne ekonomicznie, jednak inwestycja idzie do przodu dzięki poparciu polityków.

Widać zatem wyraźnie, że Polska może przegapić swoją szansę w trwającej na świecie transformacji energetycznej. Cenę za to zapłacą zaś konsumenci i przedsiębiorcy. W energetyce potrzeba zatem więcej zdrowego rozsądku niż polityki.

Pomimo wzrostu płac, rośnie też w Polsce ubóstwo. Według GUS, ponad 5 proc. Polaków żyło w ubiegłym roku w skrajnym ubóstwie, czyli poniżej minimum egzystencji. To o ponad 1 pkt. proc. – czyli jedną czwartą – więcej niż rok wcześniej. Przybyło też osób żyjących w ubóstwie relatywnym, których nie stać nawet na połowę przeciętnych wydatków gospodarstw domowych.

Osoby słabo wykształcone, które mieszkają na wsi utrzymując się głównie z rent i emerytur, a także rodziny wielodzietne – to oni stanowią większość Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie mierzonym poziomem wydatków gospodarstw domowych. W zeszłym roku ta grupa zwiększyła się do 5,4 proc. z 4,3 proc. w 2017 r. Co więcej miniony rok przełamał widoczny od 2015 r. spadkowy trend zasięgu ubóstwa ekonomicznego.

Ile dziś warte jest 500+? Inflacja zjadła jego sporą część 

W 2018 r. wzrósł zarówno odsetek osób żyjących na poziomie minimum egzystencji, jak też tych uprawnionych do pomocy społecznej, a także osób relatywnie ubogich, których miesięczny budżet nie sięgał 50 proc. przeciętnych wydatków gospodarstw domowych (co wynika także z wzrostu tych wydatków i ogólnej poprawy sytuacji dochodowej Polaków).

W praktyce oznaczało to, że relatywnie ubodzy samotnie gospodarując mieli pod koniec zeszłego roku do wydania co najwyżej 810 zł, zaś czteroosobowa rodzina (z dwójką dzieci do 14 lat) mogła wydać 2187 zł, czyli niespełna 547 zł na osobę. Ci skrajnie ubodzy żyjąc samotnie mieli do wydania odpowiednio 595 zł, a w rodzinie 1,6 tys. zł. Najwięcej z nich mieszkało na wsi, gdzie zasięg skrajnego ubóstwa wzrósł w zeszłym roku do 9,4 proc. (o ponad 2 pkt proc.).

W podobnym tempie rosło też skrajne ubóstwo rodzin wielodzietnych (z co najmniej trójką dzieci do 17 lat) – prawie co dziesiąta z nich żyła na poziomie minimum egzystencji (albo poniżej). Pomimo programu 500+ odsetek dzieci do 17 roku życia powiększył się w zeszłym roku do 6 proc. (z 4,7 proc. rok wcześniej).

Nie od dziś wiadomo, że Prawo i Sprawiedliwość jest jedną z najpotężniejszych partii na polskiej scenie politycznej od 1989 roku. Tajemnicą poliszynela jest jednak fakt, że wokół gromadzonego przez otoczenie Kaczyńskiego majątku narosło wiele kontrowersji.

Obecnie, gdy PiS od prawie 4 lat sprawuje niczym nieskrępowaną władzę, potencjał finansowy partii rośnie jeszcze bardziej, a to za sprawą bezprecedensowego skoku na spółki Skarbu Państwa, szerzącego się kolesiostwa i nepotyzmu. Prawo i Sprawiedliwość otrzymuje również co roku gigantyczną subwencję, w samym 2017 roku wyniosła ona 18,5 miliona złotych.

Jeszcze więcej pytań i kontrowersji narosło wokół sposobu, w jaki Kaczyński i spółka zgromadzili tak ogromny majątek w latach 90. Te środki stały się w ocenie wielu komentatorów podwaliną pod budowę obecnej potęgi PiS.

W tej kwestii niewygodne pytania oraz mocną tezę stawia Piotr Kupś, bloger, publicysta i twórca fan page “Ruch Wkurwionych” na portalu Facebook. Zdaniem Kupsia partia Kaczyńskiego jak nikt inny uwłaszczyła się na majątku upadłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Według poniższej teorii, paradoks całej sytuacji miał polegać na tym, że podczas gdy Kaczyński spał do 12 w dniu wybuchu stanu wojennego, inni ludzie bili się o wolność, zaś to prezes PiS i jego otoczenie ostatecznie najbardziej skorzystali na upadku tak znienawidzonej przez nich komuny. 

O ile powyższa hipoteza nie została nigdy potwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu, czy ostatecznie udowodniona, to wiele wskazuje na to, że nie ma dymu bez ognia. Wielu polityków i dziennikarzy węszyło swego czasu wokół afery FOZZ, a także spółki Srebrna oraz nieruchomości, jakie zgromadziło otoczenie Kaczyńskiego w Warszawie. Wszystkie te sprawy mocno śmierdzą…

Jednocześnie, trudno nie uznać całej ekipy dobrej zmiany za największych hipokrytów polskiej polityki. Bo jak inaczej nazwać całą tę sytuację?

Minister Michał Dworczyk tłumaczy, że zapomniał ujawnić udziałów w nieruchomości przez „szereg dokonywanych czynności prawnych”

😂

. Oodpowiedź na oświadczenie szefa @PremierRP

To zdecydowanie nie jest dobry tydzień dla obozu władzy, na którą właśnie spadły bolesne konsekwencje przeprowadzonego wbrew Konstytucji i naczelnym zasadom Unii Europejskiej skoku na władzę sądowniczą. Nie tylko zanosi się na spektakularną porażkę Krajowej Rady Sądownictwa przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w kontekście utraty ich niezależności od władzy wykonawczej, co przecież wywraca całą tę pseudoreformę do góry nogami, ale na dodatek dziś marszałek Sejmu Marek Kuchciński prawomocnie przegrał przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawę zatajenia przed opinią publiczną list poparcia dla kandydatów do nowej upolitycznionej KRS.

Jak donosi portal RMF FM, Kancelaria Sejmu niezwłocznie musi opublikować imiona i nazwiska tych, którzy zdecydowali się wesprzeć kandydatów do KRS w myśl nowych przepisów ustawy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pozostaje w mocy ocena, że informacja zawarta w załącznikach obejmujących wykazy sędziów popierających kandydatury członków do KRS jest informacją publiczną. Jak powiedział sąd pierwszej instancji, nie ma tu zastosowania wyłączenie, zatem informacja ta podlega udostępnieniu– powiedział w uzasadnieniu piątkowego orzeczenia sędzia Wojciech Jakimowicz. Sąd podkreślił, że te okoliczności muszą być brane pod uwagę przy rozpatrywaniu spawy przez szefa Kancelarii Sejmu.

Jeśli rządzący zastosują się do decyzji NSA, lada moment może się okazać, że wybrani do KRS sędziowie w jeszcze mniejszym stopniu są reprezentantami swojego środowiska, niż starają się regularnie przekonywać. To także kolejna szpilka w Prawo i Sprawiedliwość i deklaracje tej partii o dążeniu do transparentności życia publicznego.

Decyzja sądu w pełni wynagrodziła trud, jaki Patryk Wachowiec, analityk z Forum Obywatelskiego Rozwoju włożył w wydobycie od urzędników Marka Kuchcińskiego tak skrzętnie ukrywanych nazwisk. Zaraz po jej ogłoszeniu wezwał polityka PiS do upublicznienia przedmiotowych list.

Wtórowali mu politycy opozycji, dla których wyrok NSA jest potwierdzeniem słuszności opinii rzecznika TSUE.

Jeśli okaże się, że podpisy poparcia pod kandydaturami należą albo do podwładnych Zbigniewa Ziobry, albo do podwładnych kandydatów to byłaby kolejna kompromitacja tej całej procedury i obecnej KRS. Jednocześnie chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skrupulatne ukrywanie przez polityków PiS od wielu miesięcy list poparcia oznacza, że albo członkowie KRS wstydzą się kto ich poparł, albo ci którzy podpisali listy wstydzą się kogo poparli – napisała na Twitterze posłanka klubu PO-KO Kamila Gasiuk-Pihowicz.

PiS ma zatem nie lada zagwozdkę, bowiem cała misternie tworzona reforma wymiaru sprawiedliwości może obrócić się w gruz. A stąd już tylko krok do utraty wiarygodności i wrażenia bycia nie do pokonania, a to na kilka miesięcy przed wyborami może być na wagę złota.

Andrzej Duda skierował do Trybunału Konstytucyjnego Kodeks karny, przygotowany przez Zbigniewa Ziobrę. – „Tryb postępowania z przedmiotową ustawą wzbudza poważne zastrzeżenia, co do dochowania konstytucyjnych standardów procesu legislacyjnego” – napisano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Jednak tylko to budzi zastrzeżenia Dudy. – „Ustawa stanowi obszerną nowelizację wprowadzającą istotne zmiany w zakresie polityki karnej. W tym zakresie ustawa nie budzi wątpliwości Prezydenta RP, ponieważ zrozumiałe jest dążenie ustawodawcy do stanowienia prawa karnego odpowiadającego wymogom sprawiedliwości” – podkreślono w komunikacie KPRP.

„Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy. Po raz kolejny pokazał, iż samodzielność nie jest jego mocną cechą. To żaden heroizm, bo ten Trybunał Konstytucyjny nie spełnia żadnych europejskich standardów kontroli konstytucyjnej. Wyrok zostanie napisany na Nowogrodzkiej” – skomentował były minister sprawiedliwości poseł Borys Budka z PO. – „Gdyby prezydent RP rzeczywiście dbał o przestrzeganie Konstytucji to – jako były poseł – na pierwszy rzut oka widziałby, że regulamin Sejmu i Senatu został w sposób rażąco naruszony i w związku z tym cała nowelizacja nadaje się do kosza” – dodał.

Zdaniem Budki, jedynym wyjściem „było zawetowanie noweli”. – „Nie wchodząc nawet w meritum. Regulamin Sejmu i Senatu został tak naruszony, że jedynym wyjściem dla strażnika Konstytucji było zawetowanie tej ustawy. Tu nie trzeba doktoratu z prawa, który ma pan prezydent. Tu student prawa, po prześledzeniu ścieżki legislacyjnej wie, że ta ustawa jest niezgodna z Konstytucją. Od prezydenta oczekiwałbym jasnej decyzji, a nie oddania ustawy pod osąd pani Julii Przyłębskiej i jej kolegów” – powiedział Budka.

Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Rozmawiamy o strategii rządu na wyboru i sojuszu tronu z Kościołem. Pytamy też o konsekwencje wyroków TSUE. – Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na Trybunał Konstytucyjny jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać – mówi nasz rozmówca. – Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Negatywne orzeczenie TSUE może zaszkodzić rządom PiS?

JACEK KUCHARCZYK: Dotychczasowe badania pokazujące, jak Polacy do tej pory reagowali na spór polskiego rządu z Unią w kwestii rządów prawa, dowodziły, że oceny były silnie skorelowane z preferencjami wyborczymi i politycznymi. Wyborcy PiS-u kupowali narrację tej partii, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy i narusza naszą suwerenność, jest podżegana przez opozycję, lewaków i środowiska LGBT. Co do wyborców opozycji, to wyraźnie wybrzmiało uznanie, że Unia nie tylko ma prawo reagować w kwestii naruszeń zasady rządów prawa, czyli wartości traktatowych, ale też, że racja jest po stronie Unii. Nadal będziemy mieć do czynienia z tym podziałem społeczeństwa, chociaż trzeba powiedzieć, że PiS-owi udawało się dotąd rozbroić narrację opozycji, choć to trudne i niewygodne dla PiS-u.

Badania wyraźnie pokazują, że także wśród wyborców PiS-u jest duże poparcie dla członkostwa w UE, dlatego ta partia nie może pozwolić sobie na otwarty spór z Brukselą.

Stąd ta próba przerzucenia odpowiedzialności na opozycję, że to wszystko wina jej „donosów do Brukseli na Polskę”. Widzieliśmy to dokładnie podczas kampanii do PE, gdzie PiS rozbroił tę bombę, pozycjonując się jako partia proeuropejska, ale jednocześnie bardzo mocno widać było, że PiS się boi UE. Wiedzą, że to dla nich problem, bo art. 7 to wciąż tykająca bomba, podobnie postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. To ważna informacja dla opozycji, która musi konsekwentnie się trzymać tej linii, że PiS łamie wartości europejskie i że krytyka zmian w wymiarze sprawiedliwości to nie tylko głos opozycji i Komisji Europejskiej, ale też niezależnego Trybunału unijnego.

Bardzo ważny morał tego sporu o rządy prawa od 2015 roku i zamachu na TK jest taki, że ten spór i działania KE i TSUE nie powodują, że Polacy stają się antyeuropejscy. To moim zdaniem bardzo ważne przesłanie, które trzeba ciągle powtarzać.

Jak to wpłynie na niezdecydowanych? Wiemy, że frekwencja w wyborach europejskich i samorządowych była wyższa, niż zazwyczaj, ale wciąż jest kilkadziesiąt procent wyborców niezagospodarowanych. Czy to może podziałać na nich?
To zależy, jak będzie działać opozycja. Wiadomo, że wszystkich się nie zmobilizuje, na cuda nie ma co liczyć. Chociaż oczywiście

gdy porównamy wybory europejskie sprzed 5 lat i te ostatnie, to widać wyraźnie, że jednak w pewnych warunkach można zmobilizować wyborców.

Z tych samych wyborów do PE wynika też, że ważne jest, kogo zmobilizujemy i gdzie. W wyborach europejskich skuteczniejsza okazała się partia rządząca. Oczywiście miała ku temu mocniejsze instrumenty,  dziś widzimy, że największy przyrost był wśród emerytów, zatem można doszukiwać się przyczyny w wypłaceniu trzynastej emerytury. Pewnie też dodatkowo zostali zmobilizowani przez księży proboszczów, którzy przekonywali, że opozycja z gejami chce zniszczyć polską rodzinę. To zmobilizowało nie tylko emerytów, ale i mieszkańców wsi, którzy wcześniej specjalnie nie chodzili na wybory europejskie.

Dlatego też trzeba mieć dokładny plan, kogo się chce zmobilizować. Opozycja musi umieć przełożyć to, co wynika z orzeczeń TSUE, na język zrozumiały dla swoich obecnych i potencjalnych sympatyków. Opozycja musi wykorzystać tę szansę.

Słyszałam opinię, że mamy w Polsce trzecią siłę, „partię proboszczów”, czyli dużą grupę wyborców, która głosuje nie na PiS czy KO, tylko tak jak powie proboszcz. Prawdą jest, że od zawsze w Polsce mówi się, że nie można wygrać wyborów w jawnym sporze z Kościołem. Ten sojusz ołtarza z tronem jest kluczowy?
Można powiedzieć nawet mocniej, że

to Kościół wygrał ostatnie wybory dla PiS-u.

Natomiast nie tu jest pies pogrzebany, że opozycja wojuje z PiS-em, bo gdybym miał sobie pozwolić na śmiałą metaforę, to raczej Kościół wypowiedział wojnę nie tyle opozycji, co tej części społeczeństwa, która bardzo szybko i systematycznie osłabia swoją więź z Kościołem. To, co wydarzyło się z Kościołem w ciągu ostatniej dekady, to moim zdaniem taka próba kontrreformacji, to reakcja Kościoła na zmianę społeczeństwa w kierunku społeczeństw zachodnich. Mimo że statystyczny procent katolików w Polsce się nie zmienia, to wyraźnie widać, że mamy inne obyczaje; coraz mniej ślubów kościelnych, chrztów, rodzice wypisują dzieci z lekcji religii. Myślę, że możemy mówić wręcz o rewolucji w tym kontekście, która dokonała się w ciągu dwóch dekad. Do tego dochodzi sprawa tuszowania licznych przypadków pedofilii, która jest długofalowym zagrożeniem dla pozycji Kościoła. Dlatego

polscy biskupi nie chcieli czekać, aż spełni się scenariusz irlandzki, tylko przeszli do ofensywy.

Zatem to nie opozycja wywołała wojnę z Kościołem, a wręcz chodziła na paluszkach wokół biskupów i proboszczów. To Kościół postanowił urządzić w Polsce krucjatę i znalazł sobie sojusznika w PiS-ie. To nie zaczęło się w 2015 roku, tylko w 2010, gdy po raz pierwszy Kaczyński walczył z Komorowskim o prezydenturę. To wtedy Kościół tak wyraźnie opowiedział się politycznie, a Palikot powiedział słynne słowa, że Polska to „republika proboszczów”. To Kościół wymyślił wojnę z „ideologią gender”, którą sprzedał prawicy.

Faktycznie Kościół stał się uczestnikiem debaty politycznej i wyraźnie zawarł sojusz z PiS-em. Nie sadzę, że to, co mówią teraz politycy PSL, że nie można wojować z Kościołem, to dobra diagnoza sytuacji.

Popierając PiS, Kościół jest de facto stroną politycznego sporu.

Co zatem powinna robić opozycja?
Opozycja nie ma szans wygrać z PiS-em konkurencji o względy Kościoła, bo PiS wszystko już mu daje. Opozycja powinna myśleć, jak zneutralizować ten wpływ Kościoła i proboszczów, co jest trudne, ale nie niemożliwe. Na pewno nie da się tego zrobić, gdy opozycja lub opozycyjni publicyści będą atakować działaczy LGBT i obwiniać ich o swoje porażki. To będzie tylko uwiarygodnianie dyskursu PiS-u.

Powinna niczym prezydent Trzaskowski w Warszawie znaleźć w sobie odwagę, aby stanąć po ich stronie?
Myślę, że to, co zrobił Trzaskowski, jest najlepszą metodą. Proszę zobaczyć, że w warszawskiej Paradzie Równości wziął udział nie tylko Trzaskowski, ale też ambasady naszych sojuszników, np. Wielkiej Brytanii. Ostatnio ambasada USA wywiesiła tęczowe flagi. Różne wielkie firmy szły w paradzie. Sam widziałem ekipę JP Morgan z tęczowymi balonami, a przecież to firma, której ściągnięciem do Polski chwalił się Mateusz Morawiecki.

Zatem

jedyny sposób to ucieczka do przodu.

Ten temat jest dla niektórych wyborców toksyczny i trzeba znaleźć sposób, aby przestał takim być, stał się czymś normalnym. To zadanie nie tylko dla polityków, ale też działaczy organizacji społecznych, którzy może powinni więcej energii poświęcać na zmianę postaw społecznych, niż walenie w polityków opozycji za to, że nie do końca popierają wszystkie ich postulaty. Wszyscy tu mają ważną rolę do odegrania. Na pewno

nie warto konkurować z PiS-em na homofobię, bo tej konkurencji się nie wygra, podobnie jak konkurencji na gorliwość wiary.

Media, Kościół, pieniądze z budżetu – wszystko po stronie PiS-u. Opozycja jest na przegranej pozycji?
Absolutnie nie. Zresztą biskupi zaczną się zastanawiać nad tym sojuszem, gdy stanie im przed oczami możliwa przegrana PiS-u. Wtedy ta miłość do Kaczyńskiego zacznie spadać, ale dopóki wydaje się pewnym zwycięzcą, opozycja nie ma tu szans, aby przyciągnąć biskupów na swoją stronę. Może natomiast minimalizować wpływ proboszczów na wyborców.

W Turcji Istambuł został odbity przez opozycyjnego burmistrza, a Pradze 250 tys. protestuje przeciwko rządom Andreja Babisza, w USA Donald Trump zapowiada ubieganie się o reelekcję, ale na razie przegrywa z demokratami, na Słowacji prezydentem zostaje liberałka Zuzana Čaputová. Czy czas populistów się kończy?
Te skuteczne przykłady oporu przeciwko autorytarnym populistom pokazują, że

populiści nie muszą wygrywać cały czas, ale nie cieszyłbym się przedwcześnie.

Na Słowacji poprzednie wybory prezydenckie też wygrał liberał, może nie tak spektakularny, ale jednak prezydent Kiska był mainstreamowym, staroświeckim politykiem w stylu naszej Unii Wolności i starał się tamować populistyczne zapędy rządu.

Moim zdaniem te przykłady pokazują, że gdy opozycja dobrze się zmobilizuje, to potrafi osiągać zwycięstwa. Na razie jednak nie widać spektakularnych zwycięstw. Babisz dalej jest premierem, a w Turcji rządzi prezydent Erdogan, Trump jest prezydentem i zobaczymy, jak skończy się jego wyścig o reelekcję. W Stanach Zjednoczonych Demokraci są bardzo podzieleni i mam wrażenie, że dla części demokratów, która sama siebie określa mianem socjalistów, większym wrogiem są liberałowie w Partii Demokratycznej niż Trump. Nie dzielmy zatem skóry na niedźwiedziu.

Populiści zyskują na podziałach opozycji i są zresztą bardzo sprawni w podsycaniu tych podziałów.

Widzimy to w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie większość społeczeństwa ma dość brexitu, a główna siła opozycyjna, czyli Partia Pracy, która mogłaby zakończyć brexit, gdyby chciała, jest podzielona w tej kwestii. Dzięki temu wybory europejskie  wygrywa totalnie oszołomska partia Brexit i to wszystko dzieje się w kolebce demokracji, jaką jest Wielka Brytania.

To, o czym pani mówi, to oczywiście bardzo optymistyczne wydarzenia. Ta mobilizacja w Czechach jest fantastyczna, zresztą wielu Czechów mówi wprost, że nie chce, żeby Czechy poszły tą samą drogą, co Polska. Babisz jest jednak aksamitnym populistą w porównaniu do Kaczyńskiego czy Orbána.

Najważniejszy wniosek moim zdaniem jest taki, że społeczeństwa potrafią się zmobilizować przeciwko populistom, więc ta walka nie jest z góry przegrana, nawet gdy populiści mają wszelkie instrumenty władzy do swojej dyspozycji. Jednak też nie przesadzajmy z optymizmem, po prostu opozycja musi brać się do roboty.

Nie pamiętam takiej władzy, która po 1989 roku musiała tak często poprawiać własne buble jak właśnie PiS.

Już tylko trzy miesiące i znowu staniemy przed wyborem, komu oddać władzę nad nami i Polską. PiS jest pewne wygranej i jedyne, co mu spędza sen z oczu to obawy, czy uda się zdobyć większość w parlamencie i móc wreszcie ostro zaszaleć ze zmianą Konstytucji.

Trzeba przyznać, że mamy teraz „powtórkę z rozrywki”. Partia rządząca znowu usiłuje nas przekonać, podobnie jak 4 lata temu, że ma świetnie opracowane lekarstwo na wszystkie bolączki Rzeczpospolitej, chwali się sukcesami i kusi obywateli niezła kasą za nic. Eksperci już w akcji, w pięknej teczce leżą gotowe projekty „dobrych zmian” i gdy tylko znowu prezes Kaczyński i reszta opanują korytko, to natychmiast zaczną działać, realizować genialne pomysły, a wszystko to ku ogólnej chwale i szczęśliwości wszelakiej.

No to popatrzmy może, jak wyglądało to „świetne przygotowanie” PiS-u, jak te perfekcyjnie opracowane projekty z poprzedniej kampanii zostały zrealizowane. Czy przyniosły ze sobą ład i porządek, czy też niezły chaos…

Zacznijmy od Sądu Najwyższego. Ustawa o SN została uchwalona przez Sejm 8 grudnia 2017 roku. Ponoć była dopracowana w każdym szczególe i całkowicie zgodna z zasadami demokracji. Ponoć miała wreszcie rozwiązać problem z tymi sędziami, co to są złodziejami i komuchami. Miała przywrócić „wiarę w sprawiedliwość, wiarę w polskie sądy, wiarę w wymiar sprawiedliwości”. Tyle prawd głoszonych przez pisowskich ekspertów, a jak to wypadło w rzeczywistości? Minęły niecałe dwa lata i ustawa ta musiała być już dziewięciokrotnie nowelizowana. Dziewięciokrotnie!!! Dlaczego? Okazało się, że w wielu swoich zapisach jest ona niekonstytucyjna, niezgodna z prawem unijnym, naruszająca zasadę trójpodziału władzy. „Pieszczoszek” ministra Ziobry okazał się totalnym niewypałem. Podobnie ze zmianami w KRS czy zasadami pracy sądów powszechnych. PiS musiało z podkulonym ogonkiem dokonać pewnych poprawek, a to jeszcze nie koniec, bo wciąż toczy się sprawa polskiego sądownictwa przed TSUE i spokojnie możemy oczekiwać kolejnych poprawek.

Słynna już ustawa o IPN, wprowadzająca kary grzywny lub 3 lata więzienia za przypisywanie polskiemu narodowi lub państwu odpowiedzialności m.in. za zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej oraz zapisy o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Mija kilka miesięcy i… już 17 lipca 2018 r. weszła w życie nowelizacja wcześniej znowelizowanej ustawy, w której odchodzi się od wymierzania kar. Skąd ta zmiana? Pojawił się zarzut, że to ograniczenie wolności debat i dyskusji historycznych, co wywołało wielki protest m. in. Izraela i USA. Pod naciskiem światowej opinii publicznej i polityków, PiS musiało zmienić zdanie.

Ustawa dezubekizacyjna, uchwalona w grudniu 2016 roku, miała być pięknym przykładem sprawiedliwości społecznej, karzącym tych wstrętnych panów w mundurach i panie, zatrudnionych w instytucjach „hańby” nawet, gdy przepracowali tam tylko jeden dzień. Po niecałych dwóch latach okazało się, że artykuł obniżający emeryturę lub rentę za pracę w policji po roku 1990 nie jest zgodny z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa (art. 32 ust. 1 Konstytucji RP) i politycy PiS zmuszeni byli wycofać się z tego zapisu. Warto przypomnieć, że po wejściu tej ustawy w życie zmarło 37 osób objętych nowymi przepisami (część popełniła samobójstwo, część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji o obcięciu dochodów).

Do wyborów 2015 roku PiS szło ze wspaniałym pakietem zmian dla rolników. Najbardziej skuszono mieszkańców wsi obietnicą ochrony ich ziemi przed obcokrajowcami. Ależ super, rolnicy ucieszyli się niebywale, a tu dostali obuchem w głowę, bo pojawiła się w kwietniu 2016 roku ustawa, która całkowicie zlikwidowała swobodny obrót ziemią rolną. Teraz w roku wyborczym 2019, gdy toczy się walka o stołki w parlamencie, ustawę tę znowelizowano, ułatwiając obrót ziemią. Ma być łatwiej, milej i przyjemniej. Zmieniono nieco restrykcyjne zasady dziedziczenia ziemi, ułatwiono postępowanie egzekucyjne i upadłościowe oraz wprowadzono pewne ułatwienia w sprzedaży gruntów. Aż trzech lat pisowski rząd potrzebował, by zrozumieć, że zaproponowane wcześniej  zmiany, są niewiele warte.

W ubiegłym roku PiS wziął się też za nauczycieli. Wydłużył im ścieżkę awansu zawodowego z 10 do 15 lat, dzięki czemu w 2019 roku oszczędności MEN miały wynieść 23 mln zł, w 2020 – 69 mln, a w 2024 już ponad miliard zł. Niestety, niedoceniający wspaniałej pracy pani minister, nauczyciele zastrajkowali i w tej sytuacji nastąpił powrót do poprzedniej procedury. Oczywiście, partia rządząca nazwała to swoim wielkim sukcesem, udała, że to nie oni przedłużyli ścieżkę awansu, licząc, że nikt już nie pamięta, jak chciała załatwić pedagogów.

Wciąż mam przed oczami Beatę Szydło, która w poprzedniej kampanii parlamentarnej, pokazywała nam tajemniczą teczkę, wypchaną gotowym pakietem ustaw. Obiecywała, że po zdobyciu władzy biegusiem wprowadzi je w życie i będzie super. Gwarantowała ich najwyższą  jakość, pełen profesjonalizm i oparcie się na wybitnych ekspertach. Miały być fantastyczne zmiany wszędzie, gdzie się da. Tymczasem popatrzmy, podałam raptem kilka  przykładów na to, jak PiS zmagało się z własnymi ustawami, przepychanymi w tempie błyskawicznym i często pod osłoną nocy. W praktyce okazały się one nieprzemyślane, niedopracowane, pełne błędów. Trudno więc dzisiaj uwierzyć, że ktokolwiek w tej partii jest rzeczywiście na tyle kompetentny, znający się na rzeczy, by warto było zainwestować swój szacunek i zaufanie właśnie w tę formację polityczną. Pamiętajmy o tym, gdy jesienią będziemy wrzucać swój głos do urn wyborczych.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Z życia pasqud (3): Patologiczne PiS i patologie Kościoła kat.

28 Czer

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

Prof. Gersdorf stwierdziła, że gdyby Trybunał uznał, że obecna KRS została nieprawidłowo powołana, może czekać nas gigantyczny chaos. – Wybór członków Rady przez polityków to grzech pierworodny, który wpływa na wymiar sprawiedliwości. Wszystkie decyzje wydane przez Radę mogłyby być kwestionowane – w tym opinie dotyczące awansów sędziowskich czy członków Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – powiedziała I Prezes SN w RMF FM. Prof. Małgorzata Gersdorf dodała, że jeżeli wyrok TSUE będzie podobny do opinii rzecznika Trybunału, to zmiany w prawie wydają się nieuniknione.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku nie przeprowadzi śledztwa w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Po emisji filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” zbadania sprawy w zawiadomieniu do prokuratury domagała się Anna Górska z partii Razem.

W dokumencie „Tylko nie mów nikomu” jest mowa m.in. o wykorzystywaniu seksualnym dziecka przez ks. Franciszka Cybulę, spowiednika Lecha Wałęsy. Cybula przed kamerą przyznał się do molestowania chłopca, wkrótce potem zmarł. O wykorzystaniu przez ks. Andrzeja Srebrzyńskiego z Kartuz opowiadał w filmie Marek Mielewczyk, który jako dziecko był przez niego gwałcony.

„Należy domniemać, że urzędnicy, funkcjonariusze i hierarchowie Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku nie informowali stosownych organów ścigania o przestępstwach pedofilskich. Dodatkowo, w świetle informacji zawartych w filmie pt. „Tylko nie mów nikomu”, w Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku miał miejsce proceder tuszowania wykorzystywania seksualnego małoletnich przez księży, poprzez przenoszenie ich między parafiami lub skłaniania ofiar do milczenia” – napisała w swoim zawiadomieniu Górska. W przesłanej do niej odpowiedzi prokuratura poinformowała w jednym zdaniu, że „odmówiono wszczęcia śledztwa w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstw przez urzędników, funkcjonariuszy i hierarchów Archidiecezji Gdańskiej i Kurii Metropolitalnej w Gdańsku”.

„Bardzo dziękuję za wszystkie wyrazy wsparcia i modlitwy!!! Jestem pewny, że udowodnię swoją niewinność przed Sądem. Tymczasem… carpe diem! 🙂 Ps. Nazywam się Misiewicz, Bartłomiej Misiewicz. A nie Bartłomiej M… ;)” – tak brzmi jego pierwszy wpis po wczorajszym wyjściu z aresztu. – „Sugeruje pan, że Polska rządzona przez PiS jest państwem bezprawia, w którym niewinni siedzą pół roku w areszcie?” – kąśliwie zapytał jeden z internautów.

Pod wpisem Misiewicza pojawiło się mnóstwo komentarzy: – „Ale jak to. Kaucja była w złotówkach czy modlitwach?”; – „A ja jestem pewny, że nie udowodnisz… Carpe diem Bartłomieju, carpe póki czas”;

„Wierzymy tobie jak Macierewiczowi mówiącemu o zamachu w Smoleńsku”; – „A trzeba było iść do normalnej szkoły… i nie kozaczyć: „Czołem panie ministrze”; – „M. pozwala na zapomnienie, że ktoś taki w ogóle istniał. Apteka chyba nadal czeka na powrót ;-)”; – „Pisałeś już do Andrzeja o ułaskawienie?”.

„Ten Trybunał Konstytucyjny przestał posługiwać się prawem, tylko uprawia politykę. 8 lat byłem I Prezesem Sądu Najwyższego. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać z ministrem sprawiedliwości, premierem, jakimś innym przedstawicielem organów władzy poza sytuacjami oficjalnymi” – tak prof. Adam Strzembosz w TVN24 skomentował bliskie kontakty niektórych obecnych sędziów TK z politykami PiS. A o zażyłości z Julią Przyłębską mówił przecież prezes tej partii Jarosław Kaczyński. – „Kiedy byłem przewodniczącym KRS i jeden z moich zastępców zaczął się bardzo przyjaźnić z politykami, postawiłem sprawę ostro. Albo złożę rezygnację z przewodnictwa, albo on odejdzie ze stanowiska mojego zastępcy. Jego KRS zwolniła” – dodał prof. Strzembosz.

Były I Prezes Sądu Najwyższego skomentował opinię wydaną przez rzecznika generalnego Trybunału Sprawiedliwości UE, który uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, a sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych. – „Wszystkie ostrzeżenia, jakie były kierowane do ministra sprawiedliwości, rządu, prezydenta były puszczane obok uszu, bo uważano, że to jest taka sprawa, którą we własnym zakresie się załatwi. Nie chcę myśleć, co się stanie, jeśli TSUE podzieli stanowisko rzecznika, a to wydaje mi się w wysokim stopniu prawdopodobne. Dla mnie Izba Dyscyplinarna nie jest częścią SN – jest sądem specjalnym, zakazanym w naszej Konstytucji poza sytuacją wojenną. Jeżeli będzie ostateczne orzeczenie TSUE, należałoby natychmiast znowelizować ustawę o KRS – wybrać do niej sędziów w sposób dotychczas nie tylko praktykowany, ale wynikający wprost z Konstytucji” – powiedział prof. Strzembosz.

Prof. Strzembosz odniósł się również do słów Zbigniewa Ziobry, który skrytykował opinię rzecznika TSUE, twierdząc, że jest ona „wewnętrznie niespójna i niekonsekwentna; sprowadza się do obrony patologii w polskim sądownictwie”. – „To niech on to wykaże. Od ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że będzie się posługiwał metodami, instrumentami, których używa prawnik, a nie historyk czy geograf. To są takie opowiadania, za którymi nie stoi żadna analiza prawnicza. Opowiadania w Polsce i poza Polską, nie tylko przez ministra sprawiedliwości, że się próbuje naprawić wymiar sprawiedliwości. On nie jest naprawiany, on jest psuty” – uważa prof. Adam Strzembosz.

Obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy – mówi sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik i członek Krajowej Rady Sadownictwa, której kadencja została zakończona ze złamaniem konstytucji. Rozmawiamy nie tylko o opinii rzecznika TSUE, ale też o poziomie praworządności w Polsce. Pytamy też, czy opinię przyjął z satysfakcją. – Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne – mówi

JUSTYNA KOĆ: „Sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych” – stwierdził w opinii rzecznik TSUE. Spodziewał się pan takiego orzeczenia?

SĘDZIA WALDEMAR ŻUREK: Przewidywaliśmy, że takie będzie stanowisko rzecznika. Mamy zresztą ostatnio ciąg zdarzeń, które dotyczą polskiego wymiaru sprawiedliwości w TSUE. Ostatnio o sędziach SN, które poprzedziły działania przedstawicieli rządu i które dodatkowo skompromitowały nasz kraj. Te wypowiedzi mające wyłączyć przewodniczącego Trybunału, które miały miejsce, nie mieszczą się w ramach kultury prawnej UE. To wszystko plasuje nas na mapie Europy jako kraj nieprzewidywalny. To wyjątkowo przykre dla mnie, bo przez wiele lat mieliśmy dobrą opinię, na równi ze starymi państwami Unii. Mimo tych kuriozalnych zachowań przedstawicieli polskiego rządu okazało się, że

TSUE nie dał się ograć i kolejne nowelizacje ustawy o SN nie zamydliły oczu sędziom w Trybunale.

Dla mnie to było oczywiste, że każde państwo może regulować wewnętrzne prawo, o ile nie wkracza w zagadnienia niezawisłości sędziowskiej, bo sędzia polski jest sędzią europejskim. Trybunał wyraźnie to powiedział i podkreślił, jak ważna jest gwarancja  niezawisłości sędziego. Sędzia w Polsce jest także sędzią unijnym, zatem nie sądzi tylko Polaków, ale i każdego obywatela UE, który się przemieszcza, ma swobodę zamieszkania, podejmowania pracy na terenie całej Unii.

Podobną opinię rzecznik TSUE wydał odnośnie do Izby Dyscyplinarnej, która jego zdaniem nie spełnia wymogów sądu.
Tu także nie ma żadnego zdziwienia co do tego opinii rzecznika generalnego. Ewidentnie Izba Dyscyplinarna jest powołana przez jedną opcję polityczną. To organ dramatycznie upolityczniony. Nie ma tu mowy nie tylko o równowadze władz konstytucyjnych, ale także władzy sądowniczej, bo przecież Izba Dyscyplinarna została wyłączona spod normalnej administracyjnej władzy I Prezesa SN. Mamy nadzwyczajną Izbę z politycznymi nominatami jednej partii, która ma na celu szykanowanie sędziów broniących niezawisłości. Co prawda ten pomysł poparł też Kukiz ’15; pamiętam wypowiedź posłanki Ścigaj z tej partii, która tłumaczyła, że ich kandydaci do KRS „to są ci, którzy będą realizować program Kukiz ’15”, co oznacza całkowite niezrozumienie tego, o co chodzi w sądownictwie. Środowiska prawnicze łapały się za głowę, jak to słyszały.

W KRS muszą być niezależni sędziowie, którzy będą umieli i mogli postawić tamę upolitycznianiu sądownictwa i będą dokonywać merytorycznych wyborów najlepszych kandydatów na sędziów. Inaczej wchodzimy w model państw autorytarnych. Przecież w państwach autorytarnych też jest sądownictwo, ale całkowicie podporządkowanie jednowładzy.

Wprowadzone u nas zmiany szły w tym kierunku i trzeba się tylko cieszyć, że jesteśmy członkiem UE, która te zakusy blokuje.

Rząd podporządkuje się wyrokowi TSUE, jeśli będzie zgodny z opinią rzecznika?
Na razie słyszałem pana Piotrowicza, byłego prokuratora stanu wojennego, który pokrzykiwał, że będą bronić neo-KRS i nie będą respektować orzeczenia. Takie sugestie to całkowite niezrozumienie sytuacji. Albo jesteśmy członkiem Unii, albo nie. Tu nie ma półśrodków. UE na pewno nie pozwoli, żeby w środku wspólnoty jakieś państwo miało upolitycznione sądownictwo. Nie może być tak, że jeden z krajów bierze tylko pieniądze unijne, ale nie respektuje wartości UE i zapisów traktatowych.

Zatem trzeba będzie zmienić zasady powoływania członków do KRS i wymienić obecny skład, a może najprostszym sposobem będzie przywrócenie starej KRS?
Ja napisałem kiedyś taki artykuł „Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu”, więc odsyłam po szczegóły do niego. Są różne scenariusze naprawy. Jest np. projekt społeczny sędziów z Iustitii, który mówi o tym, jak można zgodnie z konstytucją zreformować KRS. Jest tam mowa m.in. o parytecie liczby sędziów sądów rejonowych i to jest moim zdaniem jedyny temat do dyskusji.

Według mnie warto przywrócić starych członków KRS, zwłaszcza że większość członków KRS, w którym ja zasiadałem, kończyło kadencję. Mnie skrócono jedynie o kilkanaście dni i nie byłem tu jedyny. Tu chodzi o zasady przywracania ładu konstytucyjnego.

Należy przywrócić starą KRS, aby zadość stała się prawu, i przygotowywać zmiany w zgodzie z konstytucją.

Gdy naturalnie zwolnią się miejsca w KRS w ciągu 1-2 miesięcy, można je będzie obsadzić według nowego prawa.

Projekt Iustitii zakłada też wprowadzenie tzw. Rady Społecznej, czyli grupy obywateli, która będzie mogła zasiadać przy Radzie z głosem doradczym. Dzięki temu byłaby też większa dostępność społeczeństwa do wiedzy, do tego, co robi KRS, dlaczego i według jakich przepisów i zasad. Jestem za pełną otwartością. Jedyny przepis, który udał się ministrowi Ziobrze, to transmisje obrad w sieci. Niestety, neo-KRS utajnia wybrane przez siebie kandydatury. Czyżby ukrywano nepotyzm? Jasne, że w kwestii stanu zdrowia czy dóbr osobistych tę jawność można wyłączyć, ale nie przy procedurze wyboru. Wprowadziłbym także jawność z przesłuchań kandydatów, bo to pokazuje poziom tych osób, dlaczego wybieramy Kowalskiego, a nie Nowaka.

Ten neo-KRS w mojej ocenie jest nie do uratowania i zreformowania. Ponadto osoby, które brały czynny udział w łamaniu konstytucji, nie mają moralnego prawa do piastowania takich funkcji w demokratycznym państwie prawa.

Gdyby dostał pan propozycję dokończenia kadencji i powrotu do KRS, to by się pan zgodził?
Ten okres w KRS to czas bardzo ciężkiej i stresującej pracy. Ja nie tęsknię za funkcjami, natomiast uważam, że jeżeli stanie się to koniecznością, to jestem gotowy, mimo że mam różne plany zawodowe i prywatne.

Należy wrócić do tego punktu wyjścia po to, aby pokazać, że przywracamy stan praworządności. To się da zrobić zwykłą ustawą.

Wystarczy wrócić na przerwane kadencje członków Rady, w moim przypadku to 12 dni. Potem w zgodzie z konstytucją powołać nowych członków na zasadach nowej ustawy, ale to musi odbyć się według zasad państwa prawa. Procedowanie musi być normalne, a nie jakiś niby projekt pseudoposelski, choć wiadomo, że napisany został w ministerstwie, tylko dlatego, żeby przepchnąć go bez konsultacji społecznych.

Niestety, obawiam się, że będzie tu głęboka przepychanka. I rząd będzie robił wszystko, żeby nie wykonać tych orzeczeń. I musimy mieć świadomość, że będzie w tym przypadku tak jak w sprawie wycinki Puszczy – albo wykonujecie postanowienia TSUE, albo płacicie ogromne kary i wtedy politycy pójdą po rozum do głowy.

Długo był pan na pierwszej linii frontu walki o niezależne sądy. Spotkał się pan z ogromną falą hejtu i pomówień. Czy w tym zakresie będzie się pan domagał sprawiedliwości?
Prowadzę kilka spraw, które są sprawami o zasady i dotyczą nie tylko mnie, ale szeregu sędziów. To m.in. sprawa o mobbing i bezprawne odwoływanie z pomięciem różnych opinii niezbędnych organów sądów i przerzucenie mnie do innego wydziału. Takich przypadków jest wiele i z mojej strony nie będzie ustępstwa, bo prawo nie może ustępować bezprawiu. Pozostałe to sprawy w Sądzie Najwyższym, m.in. sprawa odwołania do neo-KRS z tytułu przeniesienia, i wreszcie sprawy dyscyplinarne, których mam dwie.

Nie odpuszczę, chociaż mam świadomość, że żyjemy obecnie w kraju, w którym prawo nie jest respektowane.

Podjąłem też sprawę w kwestii ukrócenia najbardziej hejtujących, kłamliwych tekstów na portalach społecznościowych.

Jest też wypowiedź pani prof. Pawłowicz przy okazji problemów z kołem jednego z członków neo-KRS. Pani Pawłowicz skomentowała, że dokonano zamachu na sędziego i że ja jestem odpowiedzialny za ten „zamach” i mam „krew na rękach”. To skandaliczna wypowiedź naruszająca w sposób ewidentny moje dobra osobiste. Minister Jaki nawiązał też w jednym z  wywiadów do moich spraw osobistych w sposób kłamliwy. Poszło wezwanie do przeproszenia i zobaczymy, jak ta sprawa się rozwinie, ale szczerze powiem pani, że gdybym reagował na wszystkie tego typu hejterskie i kłamliwe zachowania, to nie miałbym czasu na nic innego.

Czuje pan satysfakcję po opinii rzecznika TSUE?
Przyznam, że tak, bo to znaczy, że miałem rację i walczę w słusznej sprawie i te wszystkie koszty, które ponoszę, zwłaszcza te, które ponosi moja rodzina, nie idą na marne. Moja żona, dzieci, moi dziś starzy i schorowani rodzice bardzo martwią się tym, co oglądają. Moja rodzina, gdy słucha tych orzeczeń TSUE, też wie, że miałem rację, i dla mnie to bardzo ważne.

Czy „lepszy sort” zdaje sobie sprawę, że po orzeczeniu TK w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach także i on może się spotkać z odmową obsługi?

Dopiero co pan prezydent na wizycie „czwartej kategorii” w USA promował tam Polskę jako światowego lidera wolności. Nieco na wyrost, ale w sumie cóż znaczą te niespełna dwa tygodnie różnicy. Bo nareszcie „mamy to”! Mamy orzeczenie tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wolności dla każdego Kowalskiego. Wolności sumienia, mianowicie.

Do tej pory taka wolność była tylko dla elit, a konkretnie to wyłącznie dla lekarzy ginekologów. Ale teraz to już każdy może poczuć się wolny we własnym kraju.

Prosta magister, a przecież tak zwana prezes tak zwanego TK dała radę naprawić błędy wszystkich poprzednich składów sędziowskich i uwolniła od kary pewnego drukarza, któremu sumienie nie pozwoliło obsłużyć klienta ze względu na treść jego zamówienia. Fakt, że prawo było dotąd dla takich Kowalskich po prostu nieludzkie, nakładając na usługodawców, pracodawców i w ogóle na wszystkich, w tym drukarzy, obowiązek równego traktowania klientów, petentów, pacjentów i w jakiej tam jeszcze roli nie występujemy w urzędach, sklepach czy instytucjach publicznych.

No, a przecież do sklepu mógł wejść taki – z przeproszeniem – muzułmanin i zakupić fajerwerki, płacąc petrodolarami. Skromna panienka, co wyskoczyła z Mordoru na szybki Seks na Plaży. Jakiś lewak po „Newsweek” albo liberał po „Politykę”. Ewentualnie – po ocet i zapałki – Nowak „gorszego sortu”. I co wtedy? Zbyć albo nie zbyć, oto jest pytanie! Teraz dzięki pani tak zwanej prezes nareszcie nastały czasy prawdziwej wolności. Więc wolno już (chyba?), jak w Ameryce, wywiesić na drzwiach tabliczkę: „Psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony!”?

Fakt, że za oceanem takie tabliczki wieszano przed stuleciem, więc każdy może sobie łatwo policzyć, ile to konkretnie lat jesteśmy – względem wolności – „za Murzynami”, ale lepiej późno, niż wcale. Poza tym Amerykę nie tylko dogoniliśmy, ale i prześcignęliśmy, bo u nich za taką tabliczkę można teraz trafić do paki. Więc to tu, nad Wisłą, bije teraz prawdziwe źródło wolności! A przy tym nasze tabliczki są znacznie bogatsze w treści. Miejsce „psów i Irlandczyków” może bowiem na nich zająć dobrych kilka kategorii osób nieobsługiwalnych, od LBGT po Żydów, ateistów, przyjaciół Sorosa, właścicieli mediów polskojęzycznych i wyznawców Latającego Potwora Spaghetti.

Niestety, istnieje niebezpieczeństwo, że w niektórych sklepach, instytucjach i urzędach z odmową obsługi może się również spotkać „lepszy sort”. Bo ta wolność – cóż poradzić – dla wszystkich. No ale z drugiej strony dotyczy ona – jak wskazuje nazwa – sumienia, tymczasem liberałowie, lewacy i gorszosortowcy sumienia nie posiadają z definicji. Podobnie jak prawdziwej wiary, a przecież prawo do „klauzuli” ma – w założeniu – chronić wyłącznie sumienia ludzi wierzących. Tak to – przynajmniej – wyjaśnił przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości w programie Moniki Olejnik.

Drukarz – jego zdaniem – miał prawo odmówić wykonania zlecenia, jest bowiem żarliwym katolikiem, a według KK – LGBT to grzech. No, a zmuszać człowieka do grzechu, to trzeba nie mieć sumienia… Jak rozumiemy, podstawą do bezkarnego korzystania z prawa do wolności jest tu kategoria grzechu właśnie. Znaczy – mamy prawo powiedzieć nasze stanowcze „nie”, ale wyłącznie grzesznikom.

Problem, co z wierzącymi z obozu „anty-PiS”, a są i tacy. Bo weźmy – na przykład – „mówienie fałszywego świadectwa”. Kłamstwa wprost zakazuje ósme przykazanie. Kłamca to grzesznik, niemiły sumieniu prawdziwego chrześcijanina. Jako takiemu, w myśl wykładni tak zwanego TK, wolno mu – chyba – odmówić obsługi? Bo wszak każdy kłamca to – według Pisma – uczeń największego z nich – Szatana.

Tylko więc patrzeć, jak na kancelariach, gabinetach, muzeach i kawiarniach na Krakowskim Przedmieściu pojawią się tabliczki – polityków partii rządzącej nie obsługujemy (podstawa prawna: orzeczenie tzw. TK).

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Kapciowe Kaczyńskiego i inne ancymonki PiS

21 Czer

To oczywiste, że kalendarz spotkań agentów nie może być jawny” – złośliwie komentują internauci decyzję Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nie zgodził się na ujawnienie terminarza spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej.

Gdy wyszło na jaw, że kierownictwo TK przyjmuje polityków PiS, walcząca o dostęp do informacji publicznej Sieć Obywatelska Watchdog zapytała Trybunał Konstytucyjny o kalendarz spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej oraz wiceprezesa TK Mariusza Muszyńskiego.

Skończyło się na niczym, choć nie jest tajemnicą, że jeszcze w pierwszych siedmiu miesiącach rządów Przyłębskiej w Trybunale „około trzech razy” (tak określiło to biuro TK) gościł m.in. koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński. Z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą i wiceministrem Marcinem Warchołem spotykał się Mariusz Muszyński. Przyłębską i Muszyńskiego odwiedził poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który reprezentuje Sejm przed Trybunałem. Oboje mieli też bywać w siedzibie PiS, chociaż TK powinien stać na straży konstytucji, a sami sędziowie być apolityczni.

W maju „Wyborcza” ujawniła ponadto, że w warszawskim mieszkaniu Przyłębskiej prezes TK cyklicznie spotyka się z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim i premierem Mateuszem Morawieckim.

Kalendarze spotkań stanowią przedmiot roboczy, biurowy i nie zostały stworzone na potrzeby podmiotów zewnętrznych. Tym samym nie stanowiły informacji publicznej” – uznał WSA w Warszawie.

Watchdog nie zgodził się z wyrokiem i złożył skargę kasacyjną w NSA. We wtorek. NSA oddalił ją uznając – podobnie jak WSA – że terminarze spotkań nie mają charakteru informacji publicznej.

„Nie składamy broni” – zapowiada Watchdog. Organizacja wyczerpała już drogę prawną w Polsce, ale zapowiedziała skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. „Ta sprawa jest bardzo ważna” – ocenia.

 „W Parlamencie Europejskim mamy już swoje korespondencyjne skrytki” – pochwaliła się na Twitterze Beata Mazurek, obecna europosłanka PiS, a wcześniej wicemarszałek Sejmu i rzeczniczka partii. Na jednym ze zdjęć, które dołączyła, Mazurek paluszkiem wdzięcznie wskazuje rzeczoną skrytkę – na wypadek, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości…

Ale to nie koniec. Na kolejnej fotografii Mazurek pozuje z Beatę Szydło – bez skrzynek korespondencyjnych w tle, ale można się domyślać, że i była wicepremier cieszy się z tego „przywileju”.

Internauci niemiłosiernie kpili z nowych europosłanek PiS: – „Beaty odkryły skrytki na listy, szał normalnie. Gorzej będzie jak odkryją w nich listy w językach obcych”; – „Spójrz na to z innej strony, przez tyle dni ich szukały i nic. Wreszcie połączyły siły i znalazły, bo co dwie głowy, to nie jedna… Jest radość, są emocje, to sukces na miarę 27:1”;

„Dostały skrytki na kapcie i się chwalą. A jutro napiszą, że dostały po zeszycie i długopisie”; – „A jak tam wyglądają szatnie i toalety? A w gumiakach wpuszajo tam czy każo zdjonć? Dla kolegi pytom”; – „A jaka będzie radość, jak pierwsza wypłata wpłynie w znienawidzonym euro…”.

Gdyby zdarzyło się, że PiS uzyska większość konstytucyjną, to będzie to wynik gry nie fair. Dla mnie niedozwolonym dopingiem jest przejęcie nielegalnie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym i mediami. Propaganda wpływa na emocje ludzi, którzy zaczynają podejmować decyzje nie na podstawie prawdy i faktów. Jeżeli telewizja cały czas informuje o sukcesach rządu i poniża opozycję, to może się zdarzyć, że ludzie zagłosują kierowani taką opinią – mówi prof. Marcin Matczak, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego

KAMILA TERPIAŁ: Czy praworządność jeszcze kogoś obchodzi?

MARCIN MATCZAK: Myślę, że wszyscy mamy takie poczucie, że emocje związane z praworządnością trochę opadły. Ale to nie musi być nic złego. One opadły dlatego, że udało się coś wygrać – mam na myśli m.in. obronę sędziów Sądu Najwyższego. Na ogół jest tak, że duża mobilizacja spada, gdy kończy się sukcesem. Poza tym praworządność jest cały czas wartością abstrakcyjną, więc nigdy nie będzie wywoływała takich emocji jak nienawiść etniczna. Nie możemy liczyć na to, że przez cztery lata emocje będą cały czas na najwyższym poziomie. Uważam, że praworządność jest bardzo ważna dla ludzi, tylko bronimy jej już mniej emocjonalnie, a bardziej racjonalnie.

Czyli?
Na przykład sędziowie kierują coraz więcej pytań do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, korzystając także z wcześniejszych emocji i wsparcia, bo czują się silniejsi.

Nie ma nic złego w tym, że codziennie nie odbywają się manifestacje na Krakowskim Przedmieściu. Obrona praworządności trwa, tylko zmienia formę.

Ale świadomość zagrożenia istnieje?
Tak i myślę, że odgrywa cały czas ważną rolę. Bardzo duża frekwencja w ostatnich wyborach europejskich i zapowiedziana jeszcze większa w parlamentarnych to jest efekt właśnie emocji związanych z tym, że ktoś naruszył najważniejsze wartości. Jestem przekonany, że walka o praworządność trwa, tylko z frontalnego starcia przeszliśmy w wojnę pozycyjną.

Ostatnio coraz więcej mówi się o niekonstytucyjnej zmianie konstytucji. To pan wywołał ten temat. Realna jest taka zmiana?
Na pewno istnieje takie ryzyko. Podjąłem ten temat po opiniach o tym, że na jesieni PiS może uzyskać większość konstytucyjną. Problem w tym, że można zdobyć taką większość legalnie albo nielegalnie.

Zmiana legalna jest wtedy, kiedy ktoś gra fair, nie fauluje i nie używa dopingu.

Gdyby zdarzyło się, że PiS uzyska większość konstytucyjną, to będzie to wynik gry nie fair. Dla mnie niedozwolonym dopingiem jest przejęcie nielegalnie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym i mediami. Propaganda wpływa na emocje ludzi, którzy zaczynają podejmować decyzje nie na podstawie prawdy i faktów. Jeżeli telewizja cały czas informuje o sukcesach rządu i poniża opozycję, to może się zdarzyć, że ludzie zagłosują kierowani taką opinią.

PiS non stop atakuje legitymacje konstytucji z 1997 roku, mówiąc o tym, że w ówczesnym parlamencie nie było partii prawicowych. Przypominam, że wtedy nikt nie miał pełnej kontroli nad mediami i nie prowadził przez 4 lata propagandy na rzecz partii lewicowych. Taka była decyzja wyborców.

Jeżeli teraz, po kilku latach propagandy, zostanie uchwalona nowa konstytucja, to będę miał prawo mówić, że nie ma legitymacji, bo parlamentarna większość została zdobyta w efekcie kłamstw.

W prawicowych mediach ostatnio przeczytałam, że „szeryf” Ziobro dzięki wprowadzonym zmianom w Kodeksie karnym będzie skutecznie ścigał zwyrodnialców. To też kłamstwo?
Taka narracja oparta jest na manipulacji. Ludzie, którzy nie są prawnikami, bardzo chętnie słuchają takich zapowiedzi i wierzą, że jeżeli zwiększymy surowość kar, to przestępczość zniknie. Ale prawnicy doskonale wiedzą, że to nie surowość kar wpływa na to, co dzieje się z przestępczością, tylko poczucie nieuchronności kary. Większość przestępstw uwarunkowanych jest różnymi przyczynami, rzadko są popełniane z pełną intencją, nikt nie siedzi z głową w Kodeksie karnym i nie analizuje, o ile zwiększy się jego odpowiedzialność.

Jeżeli ktoś jest pedofilem i atakuje dzieci, to będzie to robił, nawet jeżeli kara będzie o parę lat większa czy mniejsza. Zmianę może spowodować wprowadzenie mechanizmów informacyjnych i kontrolujących.

Bardzo łatwo jest machać szabelką i mówić o zaostrzaniu kar, bo papier przyjmie wszystko. Trudniej jest systemowo zwalczać przestępstwa, także dlatego, że jest to mniej spektakularne politycznie. Wszystkie zmiany, w tym ostatnia nowelizacja Kodeksu karnego, są pewnego rodzaju przedstawieniem, które pokazuje się obywatelom po to, aby wyrobić w nich przekonanie, że rząd robi, co może, aby zapewnić obywatelom poczucie bezpieczeństwa.

Elementem tego przedstawienia jest też decyzja o wprowadzeniu bezwzględnego dożywocia, czyli „ukrytej kary śmierci”?
To jest gra na niskich emocjach, które w ludziach się pojawiają. Chodzi o zemstę, potrzebę linczu, zaatakowania osoby, którą uznajemy za pozostającą poza społeczeństwem.

Dziwne jest to, że „ukryta kara śmierci” wprowadzana jest przez partię, która mówi, że chce być w Europie, a to rozwiązanie jest niezgodne ze standardami europejskimi.

Co więcej, wprowadza to partia, która mieni się partią chrześcijańską, a to stanowisko jest niezgodne z nauczaniem papieża Franciszka. Jeżeli zostało wprowadzone, to chyba tylko po to, żeby ktoś poczuł się lepiej.

Ta ważna i kontrowersyjna zmiana Kodeksu karnego została przyjęta w Sejmie w ciągu kilku dni. Opozycja od początku alarmowała, że stało się to niezgodnie z Regulaminem Sejmu. Będzie można ją w związku z tym kiedyś podważyć?
Jeżeli powróci niezależny Trybunał Konstytucyjny, to taka szansa istnieje. To nie jest tak, że ważny akt prawny został przyjęty z pominięciem drobnych wymogów proceduralnych. To jest poważny problem. Procedury zmian kodeksowych, najważniejszych aktów prawnych po konstytucji, wymuszają refleksje i konsultacje. Jej naruszanie i bardzo szybkie procedowanie prowadzi do błędów, które w przypadku zmian w Kodeksie karnym mogą się okazać opłakane w skutkach, bo to jest ustawa, która może zabrać ludziom wolność, majątek i zniszczyć życie.

To jest robienie niebezpiecznego prawa niskiej jakości, które może mieć wpływ na czyjeś życie. To tak, jakby bardzo szybko przeprowadzać operację, chociaż nie ma takiej potrzeby, i w konsekwencji zrobić komuś poważną krzywdę.

A jak ktoś próbuje zwracać uwagę na błędy, to rządzący straszą sądowymi pozwami. Mam na myśli profesorów z UJ, których Ministerstwo Sprawiedliwości chciało pozwać za kłamstwo.
To zachowanie skandaliczne! Mamy do czynienia z wykorzenieniem jakiejkolwiek dyskusji, debaty i tworzeniem prawa, które jest wydawaniem społeczeństwu rozkazów. Posłanka PiS-u Krystyna Pawłowicz kiedyś podczas rozmowy z sędzią Waldemarem Żurkiem powiedziała do niego „cicho” i tak też postępują rządzący. Nie chcą nikogo słuchać, bo uważają, że są najmądrzejsi i zjedli wszystkie rozumy. To powoduje, że prawo nie jest uwspólnione – ludzie nie rozumieją, po co i dlaczego jest wprowadzane. A jeżeli eksperci chcą się włączyć w debatę, pokazując nieścisłości i zagrożenia, czyli działając w interesie publicznym, to zamiast ich wysłuchać, straszy się pozwem. To jest pogrożenie palcem i pokazanie, że macie siedzieć cicho.

To upadek jakichkolwiek obyczajów, związanych ze wspólnym podejmowaniem decyzji, ale tak działa władza, która uważa się za szeryfa.

Ministerstwo Sprawiedliwości ostatecznie z pozwu się wycofało. Dlaczego?
Z kilku powodów. Po pierwsze, minister ma taką przewagę nad profesorami z UJ, że jeżeli coś powie w telewizji i to pójdzie w świat, to nieważne, czy tak zrobi, efekt mrożący i tak zostanie osiągnięty. W taki sposób dał do zrozumienia społeczeństwu, że jeżeli ktoś inny ośmieli się go krytykować, to może wystąpić z akcją prawną. Profesorowie prawa się tego nie wystraszą, ale ktokolwiek inny, kto nie ma wiedzy prawniczej, może się zacząć obawiać. Po drugie, ten pozew był absurdalny. Nie można przecież uznawać za pomówienia stanowiska wobec ustawy. Po trzecie,

ministerstwo mogło się wystraszyć przeciwnika. Po drugiej stronie są bowiem wybitni prawnicy, którzy znają swój fach, a Zbigniew Ziobro nie ma wsparcia wielu wybitnych ekspertów. Ogromna większość polskich prawników nie chce wspierać naruszania państwa prawa. To mogła być zatem zwykła rejterada.

Profesorowie domagają się sprostowania, ale też zapowiadają pozew o naruszenie dóbr osobistych. Powinni wystąpić przeciwko Ministerstwu Sprawiedliwości?
Tak, dlatego że nie można pozwolić sobie na to, aby polityk z szerokim dostępem do mediów zarzucał akademikom kłamstwo, podważał ich autorytet i pozbawiał zaufania. Oni nie mogą się bronić w taki sam sposób, bo nikt ich do rządowych mediów nie zaprosi. Jedynym sposobem jest wystąpienie z pozwem i zmuszenie ministra do publicznego przeproszenia. To nie jest tylko walka o ich interes, ale przede wszystkim o jakość i kulturę dyskusji w życiu publicznym. Jeżeli tego nie będzie, to wszystkie decyzje w publicznych sprawach będą podejmowane jednoosobowo.

Historia uczy nas, że jeżeli przechodzimy w jednolitość władzy, to zawsze kończy się katastrofą, bo świat jest zbyt złożony.

Prawnicy bronią zatem ważnej dla demokracji wartości, czyli debaty publicznej, której wartość polega na tym, że problemy, które mamy, rozwiązujemy wspólnie, a nie powierzymy ich rozwiązanie jednej osobie lub wąskiej grupie.

Nie obawia się pan, że przyjdzie moment, w którym i pan, na przykład za krytykowanie zmian w Kodeksie karnym, otrzyma pozew od rządzących?
Nie raz o tym myślę, ale to już jest działanie „efektu mrożącego”. W sytuacji całkowitej swobody wypowiedzi w ogóle byśmy się nad tym nie zastanawiali. Ale jeżeli przychodzi taka myśl, że to, co mówię, może być kiedyś wykorzystane przeciwko mnie, to kończy się wolność wypowiedzi i mamy początek końca demokracji.

Sami zaczynamy stawać się swoimi cenzorami.

Nowi rzecznicy dyscyplinarni to sędziowska policja polityczna?
Konstrukcja odpowiedzialności dyscyplinarnej została zmieniona przez ministra sprawiedliwości nie po to, aby była bardziej efektywna w podnoszeniu etyki zawodowej sędziów. Od dawna słyszymy wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, który straszył sędziów postępowaniami dyscyplinarnymi w sytuacjach, kiedy podejmowali rozstrzygnięcia, z którymi się nie zgadzał. To sytuacja przygotowywania konstrukcji represji politycznej, czyli sytuacji, w której akcje dyscyplinarne będą wykorzystywane po to, aby karać niezawisłych i niezależnych sędziów za to, że są tacy, jak wymaga konstytucja.

Jeżeli recenzent władzy będzie się jej bał, to przestaje być recenzentem.

To jest kolejny krok do jednolitości władzy, który może doprowadzić do całkowitego wyeliminowania niezależnego sądownictwa w Polsce.

Senat jest najłatwiej zdobyć, bo tam działa system większościowy. Warunek jest jeden – dobra współpraca opozycji i wspólna lista kandydatów. Inne działanie byłoby z politycznego punktu widzenia prawdziwym przestępstwem. Ale ten postulat jest bardzo skromny. Dobrze gdyby opozycji udało się zdobyć chociaż jeden przyczółek, który może blokować arbitralność władzy PiS-u, jeżeli ponownie zdobędzie władzę. Ważne byłoby posiadanie dwóch takich przyczółków, czyli Senat i prezydenta – mówi Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. Rozmawiamy też m.in. o planie opozycji na wybory, stanie lewicy, zagrożeniu demokracji, racji stanu.

KAMILA TERPIAŁ: Do jesiennych wyborów parlamentarnych pozostało nieco ponad 100 dni. Na ten moment jest pan optymistą?

ALEKSANDER SMOLAR: W takiej sytuacji trudno być optymistą. Po pierwsze, wyniki wyborów europejskich były szokujące i zaskakujące dla przegranych, także dla wygranych. Charakter wyborów parlamentarnych, wysokość partycypacji może jeszcze wzmacniać atuty tych, którzy rządzą. Wybory europejskie pokazały, że najwyższy przyrost poziomu mobilizacji występował wcale nie w dużych miastach (tak jak w wyborach samorządowych), tylko na wsi i w małych miasteczkach, czyli tam, gdzie jest baza społeczna PiS-u. Podczas wyborów parlamentarnych zapewne niewiele się to zmieni, chyba że nastąpi niezwykła mobilizacja opozycji, pojawienie się nowych, silnych argumentów, kompromitacja obozu rządzącego albo czynniki demobilizujące ten obóz. Nic na to w tej chwili nie wskazuje. Chociaż trudno w tej chwili ocenić potencjał sprawy podsłuchów i zeznań Falenty. Sukces raczej sprzyja optymizmowi i służy mobilizacji. Tak jak w 2015 roku zwycięstwo ówczesnej opozycji w wyborach prezydenckich zwiększyło szanse wygranej PiS-u w wyborach parlamentarnych. W tym roku problem sekwencji pozostaje ten sam,

mamy do czynienia z rodzajem efektu domina, czyli zwycięstwo w wyborach europejskich zwiększa, a nie zmniejsza szanse PiS-u. Odwrócenie tej tendencji nie jest niemożliwe, ale będzie bardzo trudne.

Grzegorz Schetyna zapowiedział, że PO i Nowoczesna zamierzają ruszyć „w Polskę”. To dobry krok?
Bardzo dobrze, że jest taka wola i taki plan, zwłaszcza dotarcia tam, gdzie opozycja osiągnęła marny wynik. Ale nie jestem pewien, czy to zwiastuje poważny sukces. Problem opozycji przecież był też tam, gdzie ludzie na ogół na nią głosowali, ale tym razem po prostu ich część nie poszła do urn. W tych regionach powinna koncentrować się ofensywa opozycji.

Bez utrzymania optymizmu i pełnej mobilizacji niczego nie da się osiągnąć.

Donald Tusk ma się włączyć w walkę o Senat. Łatwiej będzie zdobyć tu większość?
Tak, ale to jest zdecydowanie wariant minimum. Senat jest najłatwiej zdobyć, bo tam działa system większościowy. Warunek jest jeden – dobra współpraca opozycji i wspólna lista kandydatów. Inne działanie byłoby z politycznego punktu widzenia prawdziwym przestępstwem. Ale ten postulat jest bardzo skromny. Dobrze gdyby opozycji udało się zdobyć chociaż jeden przyczółek, który może blokować arbitralność władzy PiS-u, jeżeli ponownie zdobędzie władzę. Ważne byłoby posiadanie dwóch takich przyczółków, czyli Senat i prezydenta.

Na razie o wyborach prezydenckich Donald Tusk nie wspomina…
Gdyby poruszył temat, musiałby zadeklarować swoje intencje. Na razie nie może albo po prostu nie chce tego robić.

Mobilizować wyborców powinna zjednoczona opozycja?
Sam fakt podzielenia opozycji nie będzie pozytywnie wpływał na wyborców. Ale z drugiej strony są tam ludzie o bardzo odległych poglądach. Gdyby można było stworzyć dwa bloki: centroprawicowy i centrolewicowy, to być może byłyby w stanie skutecznie działać i pobudzić nadzieję w swoich elektoratach. Tyle że to jest tylko gdybanie.

Stan lewicy w Polsce jest taki, że raczej trudno uwierzyć w jakiekolwiek zjednoczenie. Zwłaszcza po wyborach europejskich, w których partie lewicowe, poczynając od Wiosny, zostały poważnie osłabione. Robert Biedroń próbuje jeszcze uruchomić mechanizm samospełniającego się proroctwa, powtarzając, że odniósł sukces, ale tak to nie zadziała.

SLD nie wzmocniło się w Koalicji Europejskiej?
Jest bardzo odległe od swoich przeszłych wysokich notowań. Trzej byli premierzy, którzy startowali do Parlamentu Europejskiego, nie są już de facto ludźmi SLD. Można powiedzieć, że to jest dowód nie sukcesu SLD, ale sprawnej akcji Grzegorza Schetyny, który przekonał trzech byłych premierów i Sojusz nie mógł odmówić wejścia do koalicji.

Kto miałby zacząć budować taką koalicję?
Robert Biedroń próbuje stanąć na czele takiego ruchu. Ale dramatyzm jego sytuacji pokazuje to, że apeluje nawet do Barbary Nowackiej, którą nie tak dawno publicznie obrażał.

Każdy komponent lewicy jest pogrążony w głębokim kryzysie.

Alternatywna koncepcja jest taka, aby cała lewica przystąpiła do zjednoczonej opozycji, ale to też trudno sobie wyobrazić, chociażby z powodów ideologicznych. To oznaczałoby zresztą utratę PSL-u, którego przystąpienie do koalicji nie jest pewne. Jeżeli będzie Wiosna Biedronia, to nie będzie PSL-u.

Kogo lider PO powinien wybrać?
To jest bardzo trudne pytanie. Jeżeli doszłoby do takiego wyboru, to myślę, że Grzegorz Schetyna wybierze PSL. Licząc chociażby na to, na co liczą ludowcy – że są różne środowiska konserwatywne, które nie chcą PiS-u. To są środowiska, dla których to, co w oczach tradycjonalistycznej części Polski uchodziło za działania przeciwko Kościołowi, jest nie do zaakceptowania.

Po wyraźnej mobilizacji wsi w wyborach europejskich widzimy, że argument kulturowo-religijny odegrał bardzo ważną rolę.

Zmobilizował te środowiska?
Tak, one poczuły strach, że to, co się dzieje, jest zamachem na tożsamość Polaków. Nasz kraj jest pod tym względem bardzo podzielony. Na jesieni zeszłego roku zostały opublikowane w USA wyniki bardzo ciekawych badań opinii publicznej przeprowadzonych w 14 krajach Europy. Pokazały one, jak ogromna jest przepaść kulturowa między Europą Zachodnią i Wschodnią. Potwierdziły to ostatnie wybory. U wielu konserwatywnych wyborców pojawiły się obawy, że walka z pedofilią oznacza w istocie próbę podważenia nie tylko tożsamości religijnej, ale także narodowej.

Opozycja powinna odpuścić wojny światopoglądowe i ideologiczne?
Tu jest poważny dylemat. Z jednej strony jest sprawa wiarygodności opozycji. Przecież są poważne siły społeczne, które się z nią utożsamiają i nie zrezygnują z naturalnych postulatów: skończenia z uprzywilejowaniem Kościoła, rozliczenia w sprawach pedofilskich czy edukacji seksualnej w szkołach. I ja tego absolutnie nie krytykuję, wręcz przeciwnie, podzielam te żądania. Ale

w kategoriach politycznych trzeba zarazem myśleć, iż to może oznaczać jeszcze większą mobilizację sił tradycjonalistycznych, które są za PiS-em.

Film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” też się w to wpisywał? Wydawało się, że ludzie zaczynają przeglądać na oczy.
To jest bardzo dobry film, ale został pokazany już w bardzo podgrzanej atmosferze. Z jednej strony wywołał zrozumiałe, masowe reakcje antyklerykalne, z drugiej jednak spowodował mobilizację po stronie ludzi, którzy też uważają afery pedofilskie i krycie ich przez część hierarchów za skandaliczne, ale w radykalizmie oskarżeń widzieli też zagrożenia dla istotnych elementów ich katolickiej i polskiej tożsamości.

Parodia mszy – jak mówią niektórzy – podczas ostatniego Marszu Równości w Warszawie może na starcie zaszkodzić opozycji?
Sam marsz był bardzo radosny i kolorowy. A to, co się tam stało, było tylko  drobnym incydentem. Natomiast rozgłos, jaki nadano temu zdarzeniu, jest tylko potwierdzeniem faktu, że

łatwiej zmobilizować siły tradycjonalistyczne i konserwatywne, niż liberalne i lewicowe.

Jakich argumentów do mobilizacji powinna użyć opozycja?
Ma ich bardzo wiele, różna jest tylko ich waga dla opinii publicznej. Większość Polaków już w grudniu 2015 roku odpowiadało w jednym z sondaży, że istnieje zagrożenie dla demokracji. To nie jest tak, że Polacy nie zdają sobie z tego sprawy. Później te wskaźniki jeszcze rosły.

Ale nie wystarczyły, aby powstrzymać PiS.
Ludzie zdają sobie sprawę z tego, co PiS robi, ale część myśli sobie „przecież wszyscy politycy kradną, ci przynajmniej się dzielą”. Z badań wynika też, że ludzie, którzy głosują na populistów na przykład w Stanach Zjednoczonych czy Francji wiedzą, że oni kłamią, ale równocześnie utożsamiają się z nimi ze względów kulturowych. Ludzie zapewne woleliby, żeby nie kłamano, ale w skomplikowanym, trudnym do zrozumienia świecie bardzo jest trudno odróżnić, kto kłamie, a kto nie. Ludzie nie przestają wierzyć, że PiS psuje demokrację, ale równocześnie nie ma dramatycznych sytuacji, takich jak masowe aresztowania czy tortury, bo z tym kojarzy się dyktatura. W taki sposób następuje sterylizacja bardzo ważnych argumentów. A PiS potrafi też argumenty zmieniać.

Ostatnie wybory opozycja przedstawiała jako starcie sił proeuropejskich i antyeuropejskich, ale PiS uświadamiając sobie, że może na tym poważnie stracić, zmienił język. Teraz bardzo uważać powinny samorządy.

Dlaczego?
Pojawiły się ostatnio w przestrzeni publicznej cztery różne koncepcje pogłębienia reformy samorządności, m.in. jedna przygotowana przez Fundację im. Stefana Batorego. I nagle w prawicowej prasie pojawiły się masowe komentarze, że chodzi w istocie o rozbiór Polski. To oczywiście jest absurdalne, ale pokazuje, że dla władzy to jest niebezpieczna problematyka. Tendencją naturalną PiS-u jest centralizacja. Od początku byli niechętni, a nawet wrodzy samorządom. Opozycja powinna bić na alarm.

Na co jeszcze powinna zwracać uwagę opinii publicznej?
We wrześniu pojawi się przecież problem kryzysu szkolnictwa. Opozycja musi się postarać to wygrać i zmobilizować nauczycieli i rodziców. Ten temat dotyczy milionów ludzi i będzie elementem walki politycznej. Do tego dochodzi jeszcze służba zdrowia. Argumenty istnieją, mogą być za to problemy z ich wykorzystaniem.

Czyli opozycja, wbrew temu, co mówi wielu publicystów, powinna straszyć PiS-em?
Istnieje takie przekonanie, że – tak jak w bajce o wilku i owcach – opozycja cały czas straszyła PiS-em i społeczeństwo w końcu przestało być na to straszenie wrażliwe. To jest pewien problem. Nie można absolutnie na tym poprzestać. Trzeba też przedstawić pozytywny program.

Ale przez to, że jest problem w komunikacji, nie traci na znaczeniu fakt, że PiS jest niebezpieczny dla polskiej demokracji, dla Polski w Unii Europejskiej i gospodarki. Jak przyjdzie recesja, to dopiero wtedy okaże się, jaka jest prawdziwa cena prowadzonej polityki redystrybucji dochodów.

O tym trzeba mówić, ale może w inny sposób, może powinni to robić inni, młodzi ludzie. Mówił zresztą o tym ostatnio sam Grzegorz Schetyna.

Samorządowcy na listach wyborczych to nadzieja opozycji?
To nie może być czynnik decydujący, ale może poprawić sytuację. Samorządy są najbardziej popularne spośród wszystkich instytucji publicznych. Ludzie mają do nich zaufanie. Wystartowanie na przykład prezydentów niektórych miast w wyborach może mieć pewne znaczenie, ale na razie nie wiemy, jaką miałoby to w ogóle przybrać formę. Nie wiedzą tego nawet sami samorządowcy. Udział w wyborach oznacza przecież rezygnację z funkcji samorządowych. To dla nich na pewno bardzo trudna decyzja. Poza tym wpływ prezydenta miasta na wiele rzeczy jest o wiele większy, niż szeregowego posła.

Powrócił właśnie temat afery podsłuchowej. Może zaszkodzić PiS-owi?
To jest bardzo poważna sprawa. Pan Marek Falenta nie jest może godny zaufania, ale przecież może posiadać jeszcze jakieś nagrania. Opozycja powinna to umiejętnie wykorzystać.

Chodzi nie o to, aby przekonać zwolenników PiS-u, tylko tych, którzy są zwolennikami opozycji, ale nie bardzo w nią wierzą.

Trzeba ich przekonać, że ci, którzy rządzą, są niebezpieczni także z punktu widzenia polskiej racji stanu. Mogło dojść do posłużenia się obcymi agenturami dla obalenia własnego rządu. Takim przekazem nie zdobędzie się może bardzo dużo głosów, ale można zmobilizować część wyborców. Poza tym należy im cały czas uświadamiać, że niepójście do wyborów jest de facto głosem oddanym na Prawo i Sprawiedliwość.

Istotą czynu zabronionego jest to, że on musi być opisany w ustawie na tyle precyzyjnie, aby nie było żadnych wątpliwości co do jego zakresu. Ta nowelizacja była procedowania bardzo szybko. Złamano zasadę trzech czytań. Na etapie senackim wprowadzono istotne poprawki, których już wprowadzać nie wolno. Tych zarzutów proceduralnych jest tak dużo, że prezydent tej nowelizacji nie powinien podpisywać. Andrzej Duda musi się obudzić jako strażnik konstytucji, jako osoba, która czuwa nad jej przestrzeganiem – mówi konstytucjonalista prof. Marek Chmaj i dodaje: – Mamy chory system, w którym o postawieniu polityka przed Trybunałem Stanu decydują inni politycy. Kiedy nie ma odpowiedzialności, politycy mogą robić wszystko

JUSTYNA KOĆ: Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro groził pozwem profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego, bo ci napisali krytyczną ekspertyzę odnośnie do zmian w Kodeksie karnym. Finalnie wycofał się z tego, ale czy to, że władzy w ogóle przychodzą do głowy takie pomysły, może budzić obawy?

MAREK CHMAJ: To kuriozalne, szczególnie że nowelizacja dotyczyła projektu, którego oficjalnym projektodawcą nie było Ministerstwo Sprawiedliwości. Inicjatywa ustawodawcza przysługuje Radzie Ministrów, posłom i innym podmiotom, ale nie ministrowi sprawiedliwości. Minister mógł tworzyć te przepisy, ale uchwalenie ich należy do Sejmu, później trafiają do Senatu. Opinia naukowców z Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego była związana z konkretnym projektem, który przeszedł przez Sejm. Ta opinia miała charakter merytoryczny, odnosiła się nie tylko do błędów w tym projekcie, ale też do naruszeń proceduralnych w trakcie prac parlamentarnych. Tymczasem

minister sprawiedliwości za pieniądze publiczne groził, że wystąpi z powództwem o naruszenie dóbr osobistych w stosunku do autorów tej ekspertyzy. Takie rozwiązanie jest moim zdaniem nieakceptowalne. Jeżeli minister chce, może wystąpić, ale jako strona powodowa, jeśli czuje się w jakikolwiek sposób poszkodowany opinią.

Czyli nie jako minister sprawiedliwości, tylko Zbigniew Ziobro?
Tak, i wtedy niech opłaci wpis sądowy i ewentualnie pełnomocnika, który będzie go reprezentował w sądzie.

Chyba ktoś wytłumaczył ministrowi, że to nie jest dobry pomysł, bo wycofał się z niego, tłumacząc się zresztą dość absurdalnie, że „wszyscy i tak wiedzą jak jest”.
Zbigniew Ziobro został powstrzymany przed kompletną kompromitacją.

Ktoś mu dobrze podpowiedział, żeby porzucił tę sprawę.

Czy to nie jest ingerowanie w wolność słowa, wyrażania opinii?
Zawsze wolność słowa musi być traktowana jako wolność do przekazywania swoich opinii czy swojego zdania, ale pamiętajmy, że ta wolność nie jest bezgraniczna. Nie może naruszać wolności i praw innych osób. Ta opinia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego nie ma charakteru osobistego, a merytoryczny. Znajdują się w niej argumenty często krytyczne dla tej konkretnej nowelizacji. Z taką opinią można polemizować, ale też argumentami merytorycznymi. W tej opinii nie ma wskazania, że ktoś jest niemądry albo że mija się z prawdą czy wywiera nielegalny wpływ na proces ustawodawczy. W tej opinii są argumenty merytoryczne, zatem można się z nimi zgadzać lub nie, ale polemika musi być również merytoryczna.

Polemika i dyskusja to sól demokracji. To w systemach autorytarnych jest jedno zdanie i jedna nadrzędna opinia…
Dokładnie tak, zatem grożenie autorom opinii, że w stosunku do nich będzie wniesione powództwo o naruszenie dóbr osobistych, jest nadużywaniem swojej pozycji.

Jednocześnie jest też oczywiście pewną reklamą dla autorów opinii, bo minister przyznaje, że była ona na tyle istotna, że poczuł się zmuszony do wystąpienia przeciwko jej autorom.

Teraz profesorowie z UJ rozważają złożenie swojego pozwu. Jak pan ocenia ten pomysł?
Pamiętajmy, że to wszystko musi być związane z konkretnym naruszeniem dóbr osobistych. Jeśli doszło do naruszenia dóbr osobistych profesorów – ja tego nie wiem, trzeba by szczegółowo przeanalizować wypowiedź ministra Ziobry – ale jeżeli doszło do naruszenia autorów opinii wymienionych z imienia i nazwiska, to będzie im przysługiwało roszczenie na drodze cywilnoprawnej m.in. o przeproszenie czy sprostowanie.

Jak ocenia pan sam tryb uchwalania zmian w Kodeksie karnym? Bo konstytucja dokładnie określa, jak on ma wyglądać.
To koleje kuriozum. Mamy do czynienia z bardzo dużą nowelizacją Kodeksu karnego. To niezwykle ważna ustawa, bo odnosi się bezpośrednio do praw i wolności wielu osób.

Tego typu duża nowelizacja musi być przeprowadzana z odpowiednią rozwagą, z wysłuchaniem opinii praktyków środowiska akademickiego, że wszystkie przepisy zostaną odpowiednio przeanalizowane, aby w postępowaniu karnym nie było żadnej niejasności.

Istotą czynu zabronionego jest to, że on musi być opisany w ustawie na tyle precyzyjnie, aby nie było żadnych wątpliwości co do jego zakresu przedmiotowego i strony podmiotowej. Ta nowelizacja była procedowania bardzo szybko. Złamano zasadę trzech czytań. Na etapie senackim wprowadzono istotne poprawki, których już wprowadzać nie wolno. Tych zarzutów proceduralnych jest tak dużo, że prezydent tej nowelizacji nie powinien podpisywać. Andrzej Duda musi się obudzić jako strażnik konstytucji, jako osoba, która czuwa nad jej przestrzeganiem.

Chyba nikt nie ma złudzeń, że to nastąpi…
Andrzej Duda wielokrotnie udowodnił, że kompletnie zagubił się w roli strażnika konstytucji i potrafi bezrefleksyjnie podpisać nawet bardzo złe ustawy, które wychodzą z parlamentu.

Czy wobec tego konstytucja w Polsce jest tylko na papierze? Władza bezpardonowo ją łamie, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności.
Niestety

bardzo często w obecnej kadencji dochodzi do naruszenia przepisów konstytucji, niektóre przepisy są łamane wprost, niektóre są omijane.

Tylko czasami jest refleksja nad przepisami rażąco niezgodnymi z ustawą zasadniczą, ale zbyt rzadko. Tutaj zawodzi zarówno Sejm, jak i Senat, ale też prezydent Andrzej Duda, na którym ciążą jego czyny, bo można wskazać mu wielokrotne naruszenie konstytucji podczas kadencji.

Co grozi prezydentowi? W normalnej sytuacji byłby to Trybunał Stanu, ale dziś ten scenariusz jest nierealny.
Hipotetycznie Trybunał Stanu, ale mamy chory system, w którym o postawieniu polityka przed TS decydują inni politycy. Mamy zatem system, który powoduje bezkarność, bo jeżeli ktoś ma większość parlamentarną, to może być pewny, że ta większość w stan oskarżenia go nie postawi, a skoro nie postawi go w stan oskarżenia, to Trybunał Stanu nie będzie mógł go osądzić. W tym systemie, kiedy nie ma odpowiedzialności, politycy mogą robić wszystko.

Warto byłoby pomyśleć nad modyfikacją prawa w tym zakresie?
Były propozycje zmian i należy do tego powrócić jak najszybciej, aby polityk mógł być stawiany w stan oskarżenia, a przy postawieniu w stan oskarżenia z automatu następuje zawieszenie funkcji. Kiedyś mówiłem, że

w stan oskarżenia członka rządu mogłaby stawiać Izba Karna Sądu Najwyższego, a prezydenta Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN. Takie rozwiązanie wymaga jednak zmiany konstytucji.

Mamy tu problem, bo PiS z jednej strony wskazuje, że konstytucja jest zła i że trzeba ją znowelizować, a z drugiej często ją łamię. Zatem po co nowelizować coś, co jest łamane? Najpierw bezwzględnie przywróćmy przestrzeganie konstytucji, a potem możemy otworzyć dyskusję nad nowelizacją.

Trybunał Konstytucyjny wyraźnie zwolnił i działa najwolniej od 2014 roku. W tym roku rozpatrzono do początku czerwca tylko 22 sprawy. Jednocześnie o ponad 22 mln wzrósł budżet. Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle?
Jest to sytuacja dramatyczna, TK nie dość, że często orzeka w składzie dublerów, to jeszcze statystyka jego prac dramatycznie spadła. To pokazuje, że celem PiS-u nie była naprawa, przyśpieszenie prac, tylko przejęcie tej instytucji.

Trybunał Konstytucyjny w zasadzie dziś nie wypełnia tej ważnej roli, jaką wyznacza konstytucja. Zresztą podobnie jak Trybunał Stanu.

Czyli tu tez należałoby się zastanowić w przyszłości nad zmianami?
TK zepsuto kolejnymi ustawami oraz nielegalnym powołaniem na prezesa pani Julii Przyłębskiej. Tutaj prezydent złamał szereg przepisów konstytucji.

Prędzej czy później czeka nas wielka debata o tym, jak to wszystko poukładać na nowo, bo widać, że nie działa jak powinno?
Przed nami na pewno stoi ogromne zadanie przywrócenia zasad demokracji i przestrzegania konstytucji, a także zagwarantowania niezależności władzy sądowniczej, i to na tej władzy spoczywa szereg zadań związanych z dbałością przestrzegania prawa.

Jeżeli władza sądownicza nie będzie niezależna, a sędziowie niezawiśli, to w sporze z państwem obywatel zawsze będzie na przegranej pozycji.

Sędziowie z Iustitii mówią wprost, że postępowania dyscyplinarne wobec sędziów stały się narzędziem represji władzy i apelują do sędziów orzekających, aby tego nie robili. Zgadza się pan z opinią Iustitii?
Tak, zgadzam się, i wierzę w to, że nawet sędziowie, który są sędziami dyscyplinarnymi, nie zapomną, że ma nimi kierować litera prawa i niezawisłość sędziowska.

Mitologię – z licznych powodów – łatwo pomylić z mitomanią.

Parę dni temu pan premier zmienił narodowość. Postanowił udawać Greka, a konkretnie to niejakiego Temistoklesa. Ów akt etnicznej apostazji dokonał się w miasteczku Spała, co w tym kontekście wydaje się okolicznością symboliczną. Wprawdzie nie jest jasne, czy – by zacytować klasyka – pan premier „spał w Spale, a pił w Pile”, czy odwrotnie, niemniej to raczej nie był sen. Choć trudno wyrokować, albowiem szef rządu objawił swoje prawdziwe pochodzenie etniczne na spotkaniu z aktywistami Klubu „Gazety Polskiej”. Ci zaś, przynajmniej w kręgach zbliżonych do opozycji, nie bez powodu uchodzą przecież za śniących na jawie.

Tak czy inaczej pan premier powołał się w Spale na starożytne korzenie swoje i całej swojej politycznej drużyny, a wszystko w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych. Oraz słynnej bitwy pod Salaminą. Tej z Persami.

W roli Persów obsadzona została, co oczywiste, Koalicja Europejska, choć każdy przyzna, że gdzie tam Grzegorzowi Schetynie do „króla królów” – Kserksesa. Nie wiadomo też, co na to wszystko Jarosław Kaczyński, bo wszak w ten sposób premier obsadził go w roli pozbawionego autorytetu, nominalnego wodza mocno skłóconego, nieefektywnego i nielojalnego względem koalicjantów pospolitego ruszenia, przeciwstawiając całe to kolorowe towarzystwo karnej i bitnej armii Persów. Ale to szczegół. Poważniejszym zarzutem wobec premiera udającego Greka jest – zdaje się – pomieszanie ról.

Bo jeśli już pisać scenariusz rekonstrukcji bitwy pod Salaminą z udziałem najważniejszych naszych bloków politycznych, to „przeważające siły i środki” są teraz zdecydowanie po stronie obozu władzy i jego samodzierżawcy – pana prezesa. Natomiast zbieranina spod sztandarów KE jako żywo przypomina skłóconych, rozdrobionych, ciągnących każdy w swoją stronę Greków, których największym atutem okazało się ostatecznie przywiązanie do – nazwijmy to – „europejskich wartości”, cudem obronionych przed zakusami wschodniej satrapii. Tak to wygląda w podręcznikach historii, ale pewnie teraz po reformie ta opowieść toczy się inaczej. A jak nie, to pan premier – w końcu historyk z wykształcenia, podyktuje, co należy…

Ale może jednak jest w tym wszystkim więcej racji, niżby z pozoru wyglądało. No bo, jak się tak głębiej zastanowić, jakieś analogie między obozem rządzącym a Grecją, tą starożytną, a i tą współczesną, jednak by się przecież znalazły. Demokracja, na przykład.

Formacja pana prezesa uważa się – jak ongiś Grecy – za gwaranta i obrońcę demokracji. Ba – niektórzy nawet w to wierzą. A ponadto, jeśli mają na myśli demokrację w jej starożytnym ateńskim wydaniu, nawet mają rację! Była to bowiem owszem, demokracja, ale taka dla wybranych. Dla swoich, znaczy. Wolnych, dorosłych ateńskich obywateli. Wyłącznie mężczyzn o ściśle określonym, wysokim statusie społecznym i materialnym. Jeśli przez „demokrację” rozumieć rządy jakichś 10 procent populacji (żadnych bab, niewolników, obcych i gorszego sortu), to tak, partia pana prezesa jest w prostej linii spadkobierczynią demokracji ateńskiej!

Natomiast co do czasów współczesnych to znowu, w aktualnych rządach da się odnaleźć bardzo wiele analogii do sytuacji Grecji z epoki, zanim – z powodu niekontrolowanych wydatków z budżetu – zawaliły się tam finanse państwa, a wcześniej załamała gospodarka i usługi publiczne.

No i jest jeszcze pewien szkopuł. Starożytni Grecy oprócz demokracji intensywnie promowali zachowania definiowane teraz jako „LGBT”. Ale może ta opowieść o Grekach to symboliczna deklaracja, że walka z homolobby jest tylko na pokaz, żeby się nie narazić biskupom i Konfederacji, ale tak naprawdę to partia pana prezesa jest jak najbardziej za. A gimnazja zlikwidowała przez przypadek, a nie dlatego, że się niektórym z Ordo Iuris źle kojarzyły z bezeceństwami greckich gymnasionów…

Tak więc – na jesieni czeka nas rekonstrukcja bitwy pod Salaminą z panem premierem w roli Temistoklesa. Jej wyniki, mimo historycznego kontekstu, są mocno niepewne. Bo co to jest, tak naprawdę, te niewiele ponad sto tysięcy mieczy po stronie armii „obrońców demokracji” pod wodzą pana premiera? To po pierwsze. A po drugie, mitologię – z licznych powodów – łatwo pomylić z mitomanią.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>