Tag Archives: Julia Przyłębska

Duda po tajniacku zaprzysiągł Pawłowicz i Piotrowicza na sędziów TK

5 Gru

W uzasadnieniu wyroku z 5 grudnia Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN uznała, że neo-KRS nie spełnia wymogów niezależności, a powołana przez nią Izba Dyscyplinarna SN nie jest sądem. Sąd Najwyższy podkreślił, że każdy sąd, każdy organ państwowy ma obowiązek badać niezależność KRS zgodnie z wytycznymi z wyroku TSUE

Na to orzeczenie od ponad dwóch tygodni czekali sędziowie w całej Polsce.

W czwartek 5 grudnia 2019 Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego postanowiła, że nie przekaże Izbie Dyscyplinarnej sprawy sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego Andrzeja Kuby. Samodzielnie uchyliła rekomendację KRS, która była przeciwna wydłużeniu sędziemu czasu orzekania.

Sędzia Kuba był jedną z ofiar czystki, którą PiS próbowało w 2018 roku przeprowadzić w Sądzie Najwyższym. Został siłą przeniesiony w stan spoczynku (więcej na jego temat poniżej).

Wyrok wydał w trzyosobowy skład sędziowski: Bohdan Bieniek, Dawid Miąsik i Piotr Prusinowski.

Orzeczenie jest przełomowe, bo w uzasadnieniu sędziowie podkreślają, że nowa KRS nie spełnia kryteriów niezależności, a Izba Dyscyplinarna SN w ogóle nie jest sądem.

Sędziowie musieli zbadać niezależność KRS i ID na podstawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada. Czynniki, które TSUE nakazał wziąć pod uwagę Izbie Pracy SN, to m.in. sposób powołania KRS (po zmianach PiS członków wybiera sejmowa większość), skrócenie kadencji poprzedników i utajnienie list poparcia.

„Do Sądu Najwyższego będzie należało ustalenie, czy KRS daje wystarczające gwarancje niezależności” – napisali w listopadowym orzeczeniu sędziowie TSUE.

Izba Pracy stwierdziła dziś jasno: nie daje. Wyrok ten będzie inspiracją dla sędziów sądów niższych instancji, które od dawna powątpiewały w status Rady.

O odroczenie sprawy w ostatniej chwili wnioskowali sędziowie Izby Dyscyplinarnej. Spóźnili się dosłownie o kilka minut – wniosek wpłynął do Izby Pracy o godz. 10.09, dziewięć minut po tym, jak podpisano wyrok. Można się tylko zastanawiać, dlaczego wniosek złożyli tak późno, skoro termin ogłoszenia orzeczenia był znany od wielu dni.

TSUE każe sądom oceniać niezależność

Główne tezy dzisiejszego orzeczenia Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN są następujące:

  1. Wykładnia z wyroku TSUE wiąże każdy sąd w Polsce oraz każdy organ władzy państwowej.
  2. Wyrok TSUE wyznacza jednoznaczny i precyzyjny standard niezależności sądów i niezawisłości sędziów
  3. Każdy sąd w Polsce, w tym Sąd Najwyższy ma obowiązek badać za każdym razem rozpatrywane sprawy według standardu z wyroku TSUE.
  4. Krajowa Rada Sądownictwa nie jest organem bezstronnym i niezależnym od władzy wykonawczej i ustawodawczej.
  5. Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumienie prawa Unii Europejskiej oraz prawa krajowego.
  6. Polska przystępując do UE zgodziła się na zasadę pierwszeństwa prawa UE przed prawem krajowym.
  7. Prymat prawa UE oznacza, że każdy organ ma obowiązek zapewnić jego skuteczność, nawet do pominięcia prawa krajowego.
  8. Ze względu na te fakty sąd rozpoznał merytorycznie sprawę.

Sąd Najwyższy w orzeczeniu podkreślał, że interpretując prawo nie można odwoływać się do samych ustaw, na przykład od ustawy o SN. Należy mieć na uwadze także ogólne zasady prawa, zwłaszcza tam, gdzie ustawa może być z nimi sprzeczna.

Sąd wskazał, że wskazówki kontroli niezależności z wyroku TSUE wiążą wszystkie kraje, wszystkie sądy, wszystkie organy stosujące prawo. Nie tylko sądy pytające.

To „obowiązek stosowania rozproszonej kontroli niezależności i niezawisłości”. Oznacza on, że:

  1. Sąd krajowy jest uprawniony do oceny, czy sprawę ma rozpoznać organ niezależny od władzy ustawodawczej i wykonawczej w rozumieniu prawa UE.
  2. Sąd krajowy musi uwzględnić, czy w uformowaniu tego organu brał udział organ rzeczywiście stojący na straży niezależności sądownictwa. By to ocenić, istotne są nie tylko fakty obiektywne, ale i subiektywne. Jak ten, jak zachowują się osoby wchodzące w skład tego organu.
  3. W ramach tej oceny nie dokonuje się oceny aktu nominacji wręczanych przez prezydenta, tylko czy mieliśmy do czynienia z niezależnym organem.

KRS nie jest niezależna

Przechodząc do kwestii niezależności KRS Sąd Najwyższy przypomniał orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego. W marcu 2019 TK orzekł, że KRS została powołana zgodnie z Konstytucją. „Sądy i tak muszą badać poszanowanie prawa UE w krajowym porządku prawnym. Orzeczenie TK nie ma znaczenia z punktu widzenia tego rozstrzygnięcia” – stwierdził sędzia sprawozdawca.

Przypomniano także, że w 2007 roku TK orzekł, że KRS musi być niezależna, co oznacza, że sędziowie tam zasiadający nie mogą być powiązani z władzą ustawodawczą i wykonawczą.

TSUE przedstawił dwustopniową regułę oceny niezależności:

  • ocena niezależności KRS przy wykonywaniu swoich ustawowych zadań;
  • ocena okoliczności w jakich została powołana Izba Dyscyplinarna i jaka była w tym rola KRS.

Sąd rozpoczął rozważania dotyczące KRS od wypunktowania głównych zarzutów:

  • została utworzona przez skrócenie kadencji poprzedniej Rady;
  • aż 15 członków desygnowanych jest przez władzę ustawodawczą i wykonawczą, co w efekcie daje aż 23 z 25 członków KRS wybranych w ten sposób;
  • kwestia utajnionych list poparcia kandydatów – zaznaczono też, że z doniesień medialnych wynika, że jeden z członków poparł sam siebie (zobacz: Maciej Nawacki);
  • sam mechanizm zgłaszania kandydatur – sędziów zgłaszali ich podwładni, pracownicy ministerstwa sprawiedliwości.

„Przez blisko dwa lata KRS nie podjęła stanowisk, ani uchwał sprzeciwiających się atakom na sędziów, na przykład sędziów represjonowanych za czynności orzecznicze. KRS nie zajęła stanowiska w sprawie przenoszenia w stan spoczynku sędziów Sadu Najwyższego i NSA. Nie zajęto stanowiska w kwestii tego, kto rzeczywiście jest Pierwszym Prezesem SN” – punktował sędzia sprawozdawca.

„Członkowie KRS domagali się wszczęcia postępowań dyscyplinarnych w odniesieniu do sędziów zadających pytania prejudycjalne. Wreszcie – członkowie KRS są beneficjentami zmian w sądownictwie. Zostali delegowani do wyższych sądów. To wszystko wskazuje na brak zależności tej Rady” – tłumaczył.

Przywołano również krytyczne wobec KRS oceny zewnętrznych podmiotów: uchwały Naczelnej Izby Adwokackiej, wydziałów prawa w całej Polsce, zgromadzeń ogólnych sędziów, opinię Komisji Weneckiej, czy zawieszenie KRS w Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa.

W obliczu takiej mocy argumentów Izba Pracy Sądu Najwyższego orzekła, że KRS nie jest organem niezależnym.

Izba Dyscyplinarna nie jest sądem

Po ocenie statusu KRS Izba Pracy zbadała, czy Izba Dyscyplinarna jest sądem w rozumieniu prawa UE (art. 27 Karty Praw Podstawowych, art. 6 Konwencji).

Zwrócono uwagę, że w ID zasiadają tylko sędziowie z rekomendacji nowej KRS. Wybrani tam sędziowie powiązani są z władzą wykonawczą. Izba ta posiada tak szeroką autonomię, że w istocie ma status sądu wyjątkowego, który może być ustanowiony tylko na czas wojny. Sędzia sprawozdawca powołała się m.in. na teksty Włodzimierza Wróbla w „Palestrze” oraz orzeczenie II PO 3/19.

Gdy zbierze się te wszystkie okoliczności, trzeba uznać, że Izba Dyscyplinarna nie jest sądem w rozumienie prawa UE, ani prawa krajowego.

SN najwyższy zaznaczył, że nie neguje, że ustawodawca ma prawo dokonywania zmian w wymiarze sprawiedliwości, czy zmian nawet w strukturze SN, zmian w przepisach dotyczących przechodzenia sędziów w stan spoczynku. Ale ocenie podlegają użyte do tego środki, które muszą gwarantować stronom prawo do niezależnego i niezawisłego sądu oraz przestrzeganie prawa UE.

„Intencją ustawodawcy było podniesienie standardów w wymiarze sprawiedliwości. To cel słuszny, ale czy zostały podjęte odpowiednie środki?” – pytał retorycznie sędzia sprawozdawca. „Niezależność sądów i niezawisłość sędziów jest tym dla obywateli, czym wolność słowa dla dziennikarzy. Bez tego nie ma państwa prawa”.

Przypomniano, że Izba Dyscyplinarna wydała uchwałę w pełnym składzie w swojej sprawie, stwierdzając, że jest sądem niezależnym.

Uchwała ta staje niejako w opozycji do dzisiejszego orzeczenia Izby Pracy. „Ale uchwała ID została wydana na gruncie przepisów kodeksu postępowania karnego. My wydajemy orzeczenie na podstawie kodeksu postępowania cywilnego. ID oceniał też standard krajowy, my oceniamy standard unijny. Po trzecie wreszcie – nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie” – orzekł sąd.

„To orzeczenie zapoczątkuje linię orzeczniczą w SN, gdyż to nie jest jedyna taka sprawa. Jak się ta linia orzecznicza rozwinie? Trudno powiedzieć”.

Wytyczne dla innych sędziów

W dzisiejszym wyroku sędziowie Izby Pracy SN potwierdzili to, o czym od ponad dwóch tygodni mówili liczni eksperci prawni:

wyrok TSUE ma znaczenie dla każdego sądu powszechnego i administracyjnego w Polsce.

Te oczywiście nie będą badały statusu Izby Dyscyplinarnej SN, ale powinny zbadać tryb powołania nowej KRS.

Wyrok z 5 grudnia będzie dla nich inspiracją. Z wielu sądów za całej Polski od kilku miesięcy dopływały sygnały o odmowach opiniowania kandydatów na sędziów. Sędziowie chcieli powstrzymać nominacje sędziowskie przy udziale nowej KRS do czasu, aż rozstrzygnie się czy jest niezależna.

Z prawnego punktu widzenia orzeczenie SN nie jest wiążące dla innych polskich sądów. Potwierdził to sam SN, mówiąc o „kontroli rozproszonej” wynikającej z wyroku TSUE. Oznacza to, że sądy będą musiały samodzielnie zbadać status nowej KRS np., by upewnić się, czy powołani przez nią sędziowie mogą skutecznie orzekać.

Pierwsze działanie tego typu podjął niezwłocznie po orzeczeniu Luksemburga olsztyński sędzia Paweł Juszczyszyn. Zwrócił się do Kancelarii Sejmu m.in. o udostępnienie mu list poparcia członków KRS. Za zastosowanie się do wyroku TSUE spotkały go represje: odwołanie z delegacji, zawieszenie w obowiązkach i zarzuty dyscyplinarne.

Sprawa sędziego Kuby

Sprawa sędziego Andrzeja Kuby to jedna z trzech, na podstawie których Izba Pracy SN zadała unijnemu Trybunałowi Sprawiedliwości pytania prejudycjalne.

Sędzia Kuba w 2018 roku został przeniesiony w stan spoczynku w ramach nowych przepisów o wieku emerytalnym. Andrzej Duda nie pozwolił mu orzekać dłużej. Decyzję prezydenta poprzedziła uchwała KRS, w której Rada negatywnie zaopiniowała dalsze orzekanie sędziego. Od tej uchwały sędzia odwołał się do Sądu Najwyższego.

Po zmianach PiS w ustawie o SN odwołania od uchwał KRS rozpatrywać powinna Izba Dyscyplinarna SN. Nie działała jeszcze wtedy, więc sprawa sędziego Kuby trafiła do Izby Pracy, w której zasiadają „stare” kadry SN. Te zwróciły się do TSUE, by upewnić się, czy mogą przekazać ją ID.

W dzisiejszym orzeczeniu zaznaczono, że prawo pierwotne UE ma pierwszeństwo przed prawem krajowym. Dlatego Izba Pracy pomija przepisy dotyczące Sądu Najwyższego i zastosowała prawo UE bezpośrednio.

Sąd uznał też, że postępowanie nie jest bezprzedmiotowe, ponieważ uchwała-opinia KRS w sprawie sędziego Andrzeja Kuby nadal funkcjonuje w obrocie prawnym. Ustawa przywracająca sędziów SN i NSA opierała się na fikcji prawnej, że byli oni cały czas w stanie czynnym.

Izba Pracy SN rozpatrzy w najbliższych tygodniach także sprawy sędziów Józefa Iwulskiego i Andrzeja Siuchnińskiego. Ci, w przeciwieństwie do sędziego Kuby, nie odwoływali się od uchwały KRS. Wnosili jedynie o ustalenie, czy przeszli w stan spoczynku, czy też może są wciąż sędziami w stanie czynnym.

W związku z pojawiającymi się w mediach informacjami „o kłopotach i sporach w Trybunale Konstytucyjnym” Senator Pociej, zaprosił Julię Przyłębską, prezes Trybunału Konstytucyjnego a także jednego z jego członków Jarosława Wyrembaka na posiedzenie komisji senackiej.

Na posiedzeniu komisji nie pojawiła się jednak ani prezes Trybunału, ani sędzia Wyrembak. TVN24 dotarła do listu z wyjaśnieniami, jaki sędzia Wyrembak wysłał do przewodniczącego senackiej Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Napisał w nim, że chce, by „przynajmniej na obecnym etapie badania sprawy” jego zarzuty stawiane prezes Przyłębskiej składane były w pierwszej kolejności na jej ręce i „zamykane w oficjalnych dokumentach”.

Dalej w swoim piśmie Wyrembak przedstawił zapis swojego stanowiska „przedstawionego w trakcie części jawnej posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego Trybunału Konstytucyjnego w dniu 26 listopada 2019 br.”. Sędzia TK zwrócił się wtedy do prezes TK Julii Przyłębskiej z szeregiem pytań dotyczących bieżącej pracy Trybunału w czasie trwania jej kadencji.

Podczas posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego sędzia Wyrembak zapytał, czy prezes TK nie widzi „nic niestosownego w organizowaniu w Trybunale Konstytucyjnym nieoficjalnego spotkania z Prezesem Rady Ministrów w konspiracji przed wieloma Sędziami Trybunału, a zwłaszcza – w wielkiej konspiracji przed Wiceprezesem Trybunału?.

Zapytał także Przyłębską: „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego – nic ośmieszającego i kompromitującego Trybunał – w bardzo aktywnym wykorzystywaniu Pracowników gabinetu Pani Prezes do konspirowania nieformalnej wizyty Prezesa Rady Ministrów w Trybunale zwłaszcza przed Wiceprezesem Trybunału?.

Dr hab. Wyrembak twierdzi w piśmie, że prezes Przyłębska namawiała go do udziału w spotkaniu z prezesem Prawa i Sprawiedliwości Jarosławem Kaczyńskim. „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w namawianiu mnie do udziału w spotkaniu z Panem Jarosławem Kaczyńskim i składania donosów na wiceprezesa Trybunału?– pyta w związku z tym faktem.

„Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w ciągłym namawianiu Sędziów Trybunału Konstytucyjnego do podpisywania listów poparcia dla Pani Prezes – i dyskredytowania wszelkich zarzutów podnoszonych wobec praktyk Pani Prezes (podnoszonych także przez innych Sędziów Trybunału Konstytucyjnego)?” – to kolejne z pytań na liście sędziego TK.

O atmosferze panującej wśród sędziów Trybunału Konstytucyjnego najbardziej dobitnie świadczy ostatnie z pytań postawione przez „niepokornego” sędziego: „Czy nie znajduje Pani Prezes nic niestosownego w organizowaniu w gabinecie Pani Prezes, zwłaszcza przed naradami pełnoskładowymi, dość poufnych spotkań z niektórymi Sędziami Trybunału dla wyartykułowania przekazu: ‚musimy trzymać się razem, bo wiecie jacy oni są’„?

W świetle wszystkich zacytowanych powyżej pytań trudno nie zgodzić się z konkluzją pojawiającą się na zakończenie cytowanego listu: „Odpowiadając na zaproszenie na koniec uprzejmie informuję pana senatora i komisję, że wydarzenia, które miały miejsce w części tajnej zgromadzenia ogólnego sędziów TK 26 listopada br. w sposób ostateczny i definitywny przesądziły o tym, że TK utracił aktualnie zdolność do wypełniania swoich konstytucyjnych funkcji

– Reżim Kaczyńskiego ukradł mi 30 lat pracy dla Rzeczpospolitej. Jaruzelski ukradł mi 8 lat, a ten ukradł mnie i innym sędziom 30 lat pracy – powiedział w rozmowie z „Rzeczpospolitą” były prezes Trybunału Konstytucyjnego, Andrzej Rzepliński. Zarzucił też Andrzejowi Dudzie, że od początku kadencji „nic nie zrobił jako prezydent”. – Przez cztery lata łamał konstytucję, kłamał i za pieniądze podatników jeździł po Polsce – mówił.

Profesor Andrzej Rzepliński, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, odniósł się do informacji, że w czwartek trzech nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – Stanisław Piotrowicza, Krystyna Pawłowicz i Jakub Stelina – złoży ślubowanie przed prezydentem Andrzejem Dudą. W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Rzepliński wyraził nadzieję, że Duda nie przyjmie od kandydatów PiS przysięgi.

Rzepliński: Duda nie zrobił nic jako prezydent. Albo łamał konstytucję, albo kłamał

– Zaprzysiężenie tych osób, a nie sędziów wybranych zgodnie z konstytucją będzie pogwałceniem konstytucji – powiedział były prezes TK. Jak zaznaczył, Sejm z lat 2011-2015 wybrał zgodnie z prawem trzech sędziów TK. Nie zostali oni zaprzysiężeni, bo Prawo i Sprawiedliwość unieważniło uchwałę o ich wyborze. Rzepliński dodał, że zmiany zaprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość zabrały mu 30 lat jego pracy w zawodzie sędziego.

Reżim [Jarosława – red.] Kaczyńskiego ukradł mi 30 lat pracy dla Rzeczypospolitej. Jaruzelski ukradł mi 8 lat, a ten ukradł mnie i innym sędziom 30 lat pracy

– powiedział w rozmowie z Jackiem Nizinkiewiczem.

Rzepliński zarzucił też Andrzejowi Dudzie, że „wprowadził trwały stan niekonstytucyjności”.

To, co robił przez ponad cztery lata, to albo łamał konstytucję, albo kłamał, albo za pieniądze podatników jeździł po Polsce. Nie jest arcybiskupem czy papieżem, który się z każdą parafia spotyka. To nie było zadanie prezydenta. Nic nie zrobił jako prezydent

– zaznaczył. – Więc nie wiem, co teraz dalej zrobi. Czy dalej będzie robił nic? Bo zaprzysiężenie tych osób [Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny – red.] będzie pogwałceniem konstytucji – skwitował.

Czy na szczytach władzy funkcjonuje przestępczy układ?

Według doniesień medialnych mamy do czynienia z naciskami PiS na szefa NIK, zwolnieniem jego syna z pracy w państwowym banku, szantażem i groźbami. Banaś nie pozostaje dłużny i zdaniem dziennikarzy, ma się odgrażać, że nie ulegnie i też zaatakuje. Czytam i zastanawiam się, czy tak brzmią doniesienia o działaniu instytucji państwowych, czy też o działaniu zgoła innej organizacji. I dochodzę do wniosku, że to drugie.

ako wielka fanka westernów Sama Peckinpaha rozumiem, co to znaczy: organizacja wydelegowała faceta, o którym wiedziała, że jest zły (ale tylko zły facet mógł wypełnić misję zniszczenia NIK) do określonego zadania. Problem polega na tym, że gość wymknął się spod kontroli.

Po pierwsze – okazał się bardziej zły niż przypuszczano albo, co bardziej prawdopodobne, informacja o tym w sposób nieplanowany wyciekła do wiadomości publicznej i wstrząsnęła nią bardziej niż się spodziewano. Po drugie – zbuntował się przeciw organizacji, do której należy.

Gdyby to był western, teraz rozpoczęłaby się najciekawsza część fabuły: zły gość, który niechcący ustawił się w pozycji wroga jeszcze bardziej złego systemu, który go stworzył, walczy przeciw swoim.

I część opinii publicznej zachowuje się jak widzowie na filmie – niektórzy, choć wiedzą, że jest zły, kibicują Banasiowi: niech trwa jak najdłużej, bo choć jest złym facetem, niszczy PiS od wewnątrz. Pokazuje zepsucie i demoralizację tej partii. Może spowoduje zniżkę w sondażach?

Inni życzą mu pobożnie jak najszybszego końca w metaforycznych męczarniach, bo każdy dzień jego urzędowania ośmiesza i pozbawia wiarygodności jedną z najważniejszych polskich instytucji publicznych – Najwyższą Izbę Kontroli.

Ja nie należę ani do jednej, ani do drugiej grupy. Należę do tych, którzy się martwią o Polskę. I o to, że służby specjalne, których ustawowym i ideowym zadaniem jest chronić bezpieczeństwo państwa, jego instytucje i obywateli, biorą w tej sprawie podejrzany udział: najpierw chroniły Banasia i – choć przecież musiały wiedzieć o jego niejasnych kontaktach i interesach – pozwoliły mu zostać szefem NIK, a teraz najprawdopodobniej dostarczają materiałów do szantażowania go (bo skąd inaczej politycy wiedzieliby o jego ciemnych sprawkach?). I jedno, i drugie jest przestępstwem i skrajnym nadużyciem uprawnień tak przez szefów służb, jak i najwyższych rangą polityków w państwie i że na szczytach władzy funkcjonuje przestępczy układ.

To z kolei oznacza, że służby zamiast chronić Polskę, chronią ciemne, a być może i przestępcze interesy polityków władzy. A więc nie leci już z nami żaden pilot i wszyscy słyszymy już nie tyle „Pull up”, co przerażające i uporczywe „Terrain ahead”. I nie reagujemy.

Duda jest do ogrania przez opozycję, a PiS do odsunięcia od koryta

2 List

Aż dwie trzecie wyborców KO chciałoby jednego opozycyjnego kandydata w I turze wyborów prezydenckich. Lewica i PSL niewiele ustępują w tym entuzjazmie. Analiza wyników wyborczych wskazuje, że to wariant raczej nieracjonalny, ale wyraża marzenie, byśmy „wszyscy razem” odsunęli Dudę od prezydenckiej godności [SONDAŻ OKO.PRESS]

W październikowym sondażu Ipsos badaliśmy pojedynek kilku kandydatów opozycji z Andrzejem Dudą w I turze. Sprawdzaliśmy, kto na opozycji ma największy negatywny elektorat,  co może decydować o wyniku II tury. Ale zapytaliśmy też o inny wariant wyborczy:

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020 r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Okazało się, że:

  • 44 proc. badanych opowiedziało się za wspólnym kandydatem;
  • 44 proc. stwierdziło, że każde z trzech ugrupowań powinno wystawić swojego kandydata;
  • 12 proc. nie miało zdania.

Wśród kobiet wyraźnie wygrywa koncepcja jednego kandydata/kandydatki w pierwszej turze (50 proc.), mężczyźni opowiadają się raczej za trzema kandydatami (49 proc.).

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Oczywiście pytanie o jednego kandydata ma zupełnie inny sens dla zwolenników i dla przeciwników PiS.

Wyborcy opozycji myślą o opozycji

W elektoracie KO zwolennicy jednego kandydata stanowią aż 66 proc. wyborców, w Lewicy – 55 proc., w PSL – 52 proc. Postawa wyborców KO jest zrozumiała, w końcu to ten komitet ma najsilniejszą pozycję i przekonanie, że wspólny kandydat byłby tak naprawdę „nasz” jest uzasadnione. Poparcie na Lewicy i PSL może dziwić, wszak oznaczałoby to zapewne niewystawienie „swojego” kandydata, co osłabia pozycję partii.

Podobną postawę odkryliśmy jednak już wcześniej, analizując wyniki pytania naszego sondażu o zadowolenie z wyników wyborów do Sejmu i Senatu.

Satysfakcję z (minimalnego) zwycięstwa w Senacie podzielało aż 77 proc. wyborców PSL i Koalicji Obywatelskiej i 79 proc. wyborców Lewicy (niezadowolonych w tych trzech elektoratach było po 19-20 proc.). Odczucia wyborców trzech partii są identyczne, choć partyjne zyski były tak różne: Koalicja Obywatelska zdobyła 43 senatorskie mandaty, PSL – 3 mandaty, Lewica – 2 mandaty.

Jak widać, duża część wyborców, choć ma swoje preferencje partyjne, myśli w kategoriach „zjednoczonej opozycji”. I marzenie o sukcesie „opozycji” jest silniejsze, niż pragnienie wygranej „mojej partii”.

Podobnie może być tutaj. Jeden wspólny kandydat może być postrzegany jako sygnał jedności i siły opozycji jako całości.

Wszyscy razem, pięści w górę, obalimy dyktaturę

Nie bez znaczenia jest również efekt psychologiczny. Wyborcom partii opozycyjnych Prawo i Sprawiedliwość jawi się jako kolos i monolit. W obliczu tak wielkiego zagrożenia oczekują stworzenia wielkiego bloku, który dorównałby rozmiarami partii rządzącej. Trzy mniejsze zdają się bez szans.

Odpowiedzi wyborców PiS kształtują się dokładnie odwrotnie. Reagują na sygnał wspólnego kandydata opozycji jak na zagrożenie dla „naszego Dudy”, bo „większy” po stronie opozycji wydaje się groźniejszy. Wyborcy PiS mogą też liczyć na to, że opozycja podzielona pogrąży się we wzajemnej rywalizacji, oddając łatwo zwycięstwo obecnemu prezydentowi.

Głosy zwolenników Konfederacji wyglądają podobnie jak głosy PiS. Ale stać może za nimi inna kalkulacja. W przypadku zjednoczenia opozycji jest oczywiste, że do drugiej tury przechodzi kandydat opozycyjny i Andrzej Duda (jeśli oczywiście wybory nie kończą się na jednej turze). Konfederaci mogą liczyć na to, że rozbicie głosów na kilku kandydatów nieco wyrówna szanse kandydata Konfederacji, który dodatkowo może robić sobie nadzieję na przejęcie wyborców Pawła Kukiza z 2015 roku (a to ok. 20 proc.).

Czy w ogóle warto rozpatrywać wspólnego kandydata? Warto, bo…

Założeniem pomysłu jest oczywiście zwycięstwo w pierwszej turze.

Skumulowane głosy elektoratów partii prodemokratycznej opozycji miałyby wygrać z Andrzejem Dudą, dodatkowo osłabionym o głosy kandydata Konfederacji. W II turze te głosy zasilą raczej puszczającego oko do skrajnej prawicy Dudę, choć trudno to dziś przewidzieć z większą pewnością.

Żeby to osiągnąć trzeba zdobyć jednak aż 50 proc. wszystkich głosów. Nie udało się to ani w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ani w wyborach do Sejmu, a nawet w wyborach do Senatu (opozycja wygrała na mandaty, remisując w liczbie głosów). Z drugiej strony, notowania PiS zachwiały się po wyborach…

W rozważaniach nad strategią na I turę chodzi też o ekonomię mobilizacji. Zwolennicy jednego kandydata podkreślają, że wspólne prowadzenie kilkumiesięcznej kampanii przyniesie lepszy efekt, niż wsparcie udzielone jednemu kandydatowi opozycji dopiero w drugiej turze.

Dodatkowo rozdrobnienie w I turze może działać demobilizująco na elektoraty partii, której kandydaci odpadną. Argumentem za formułą „jeden wspólny kandydat” jest  uniknięcie miesięcy kampanii, podczas której między kandydatami opozycji dochodziłoby do bratobójczej walki.

Ta obawa artykułowana była także przy okazji kampanii do Sejmu i Senatu. Ostatecznie jednak ugrupowania demokratyczne wypracowały formułę rywalizacji, w której jest miejsce na krytykę, nawet spięcia, ale nie są wytaczane najcięższe działa.

Nie warto, bo…

Najpoważniejszym argumentem przeciwko jednej kandydaturze jest fakt, że elektoraty tak łatwo się nie sumują, a raczej nieco się „odejmują”. Oparcie całej, wielomiesięcznej kampanii na jednym kandydacie z KO z przekazem „musimy odsunąć od PiS od władzy” mogłoby skutecznie zniechęcić do udziału w głosowaniu wyborców dwóch pozostałych komitetów.

Z takich zapewne powodów wynik „paktu senackiego” opozycji do Senatu był gorszy od sumy wyników trzech partii osobno do Sejmu (w powyborczym sondażu OKO.press ta przewaga urosła z 5 do 7 pkt proc.):

Poparcie dla PiS i partii opozycji w wyborach do Sejmu i Senatu 2019 (w proc.)

Dane PKW

Uwaga! Do wyniku PiS do Senatu (44,56 proc.) doliczamy poparcie niezależnej Lidii Staroń (0,58 proc.), a do wyniku opozycji (KO + PSL + SLD = 43,66 proc.) trzech niezależnych senatorów: Stanisława Gawłowskiego, Krzysztofa Kwiatkowskiego i Wadima Tyszkiewicza (razem 1,04 proc.). Gdy policzyć też poparcie kandydatów, którzy nie weszli do Senatu  (jak zrobiła Dominika Wielowieyska w „Wyborczej”) okaże się, że opozycja miała minimalną przewagę.

Dopuszczenie realnej rywalizacji w pierwszej turze, a następnie oficjalne udzielenie poparcia przeciwnikowi Andrzeja Dudy może mieć większy mobilizacyjny potencjał. Przy założeniu, że „ujemna premia za zjednoczenie” będzie mniejsza niż w wyborach do Senatu.

Mało realny scenariusz

Władysław Kosiniak-Kamysz w połowie października snuł rozważania na temat wyłonienia wspólnego kandydata opozycji w prawyborach opartych na debatach i spotkaniach. Nadal opowiada o tej koncepcji w mediach, ostatnio w TVN24. Kosiniak-Kamysz był bardzo długo liderem w rankingach zaufania wśród polityków opozycji (obecnie dogoniła go Małgorzata Kidawa-Błońska), ale jest jednak liderem najmniejszego z trzech ugrupowań. Można to czytać jako kalkulację: jestem na tyle popularny, by stawić czoła Andrzejowi Dudzie, ale jednocześnie mając konkurentów w postaci liderów dwóch większych ugrupowań, mogę nie dostać się do drugiej tury.

Lider PSL jest jednak odosobniony. Politycy KO i Lewicy jednoznacznie odrzucają formułę „jednego kandydata”. Grzegorz Schetyna określił pomysł jako mało realny, a I turę nazwał „pewnego rodzaju prawyborami”. KO liczy na to, że jako opozycyjne ugrupowanie z największym poparciem wprowadzi swoją kandydatkę (Kidawę-Błońską) lub kandydata (Donalda Tuska?) do drugiej tury, nie ryzykując ewentualnej przegranej w prawyborach.

Ale pomysł jednego kandydata odrzucają też politycy Lewicy (m.in. Krzysztof GawkowskiRobert Kwiatkowski), a start lewicowego kandydata ogłosił Włodzimierz Czarzasty. Wszystkie partie lewicowe chcą natomiast wspólnego kandydata lewicy. Dotychczas mówiło się, że ma to być Robert Biedroń, choć jak wskazuje sondaż OKO.press, Adrian Zandberg, jeden z liderów Razem, niewiele mu ustępuje w poparciu wśród elektoratu lewicy.

Tu motywacją jest zachowanie podmiotowości własnego obozu, który rośnie po wyborach w siłę.

O Trybunale Konstytucyjnym tutaj >>>

Duszno jest w te Zaduszki. Rodziny dzielą się wzdłuż i w poprzek. Na groby chodzą oddzielnie. Nawet zmarłych dzielą na lepszych i gorszych. Ciała na cmentarzu, kości i popioły w urnach są też lepsze i gorsze. To zależy od tego, kto na kogo głosował, jaki wrzucał głos do urny. Dziwna jest ta zbieżność urny z prochami z urną z głosami. W te dni warto pamiętać, że papierowe głosy w proch się obrócą, jak ci co głosowali i ci, na których głosowano.

Zaduszki jako „przypomnienie wszystkich wiernych zmarłych” wprowadził opat z Burgundii w 993 roku. Zagospodarowanie symboli jest podstawą działania w polityce i kościele. Zalecił to ów opat zamiast pogańskiego obyczaju oddawania czci zmarłym. Uwaga: my jako kraj nie byliśmy jeszcze nawet ochrzczeni i obchodziliśmy ciągle nasze swojskie Dziady. Teraz królują dynie z otworami, czaszki, kościotrupy, amerykańskie święto dzieciaków i wesołych przebierańców. Uchodzi za grzech i jest potępiane przez Kościół bardziej niż pedofilia w jego, za przeproszeniem, łonie…

Meksykańskie przysłowie mówi, że życie jest snem, a śmierć jest przebudzeniem. Mało kto chce się jednak przebudzić z życiowego snu. Raczej boimy się kościstej Madame. Staramy się jak najdłużej zostać na tym „padole płaczu”, wspominając zmarłych i ich ostatnie słowa, ostatnie życzenie. Tata prosił, żeby dać mu kopsnąć szluga i setkę, a ty mu nie dałaś, mówi brat do siostry, a ona, że nie chciała, żeby się uzależnił…

Ostatnie słowa wielkich wchodzą do literatury czy historii. Goethe, umierając zawołał: „Więcej światła!”. Co się rozumie, że pragnął oświecenia dla społeczeństwa i tak dalej. Prawda jest taka, że trzymano go w „choralni”, czyli ciemnym pokoju. Zasłonięte kotary tłumiły światło, biedny poeta pragnął słońca.

Gdy pewnego francuskiego polityka prowadzono na gilotynę, ktoś z orszaku powiedział do niego: „Ty drżysz”, a on odpowiedział: „To z przeziębienia!’. Zastanawiam się, czy jest u nas wśród rządzących ktoś obdarzony takim dowcipem? Eee nie, oni mówią to, co przyniesie przekaz dnia.

Sokrates natomiast czując, że koniec jest bliski nakazał swemu służącemu, by zapłacił za koguta. Jako filozof wiedział, że całun nie ma kieszeni, a trumna portfela, o czym zapominają pazerni świeccy i duchowni. Neron, któremu się wydawało, że jest wspaniałym wokalistą, biadolił: „Jakiż artysta ginie we mnie!”. Cezar, jak to władca oderwany od rzeczywistości, zdziwił się: „I ty Brutusie?”, zanim otrzymał cios. To nauka dla każdego wielkiego dyktatora oraz małego dyktatorka. Każdy ma obok siebie kogoś, kto czyha na jego stanowisko. Nawet jeśli ma tylko 18%.

Bardzo brakuje nam ludzi, którzy odeszli. Niezwykłych, dowcipnych. Odczuwamy brak Marii Czubaszek, mówiącej: „To było w czasach, kiedy Ibisz był jeszcze stary”. Nawiązywała do jego coraz młodszego wyglądu. Zaatakowana przez kogoś ekobio, kto jej zarzucił, że tak kocha zwierzęta, a odżywia się parówkami, wypaliła: „Każde dziecko wie, że w parówkach nie ma mięsa”. Żal, żal, że jej nie usłyszymy.

Janusz Głowacki mawiał „Szanuję nagrody, które dostaję, gardzę tymi, których mi nie dano”. A na pogrzebie Głowackiego Kazimierz Kutz mówił: „Są wszyscy, tylko Głowy nie ma”. Gdy wybuchła afera MeToo Kutz samokrytycznie stwierdził, że gdyby to się wydarzyło w jego czasach, nie nakręciłby żadnego filmu. Chyba zabrakło mu Głowy, przyjaciela, bo zawinął się szybko po nim, spakował manatki i odjechał w ostatnią podróż.

Jacek Kurski odmówił emisji spotu kampanii, przygotowanej przez lekarzy „Polska to chory kraj”. Według niego, był „niezgodny z linią programową TVP”!

Co to takiego „eufemistyczny wulgaryzm”? Coś, co z pewnością nie jest wulgaryzmem nieeufemistycznym. Bo kiedy na przykład naczelny satyryk prawicy Jan Pietrzak mówi o Klaudii Jachirze, że to „wynajęta zdzira”, to jest to wulgaryzm bezprzymiotnikowy, inaczej mówiąc – zwyczajny.

Z podobnym, swojskim, by nie rzec „narodowo-katolickim” wulgaryzmem mamy do czynienia, gdy poseł Tarczyński (z PiS, gdyby ktoś miał ewentualne wątpliwości) wyraża się o zwolennikach „damskich końcówek” per „dewianci”. Jaka prawica, takie jej wulgaryzmy…

Co innego wykształciuchy. Wulgarne są i agresywne jak wszyscy, ale perfidne zarazem. Nie nazywają rzeczy po imieniu, tylko – nawet przeklinając – pragną się wywyższyć ponad zwyczajnego suwerena. Elity gorszego sortu nie powiedzą więc, że to, co się dzieje w służbie zdrowia to „burdel, granda i skandal”. Skądże znowu…

Żeby chociaż zacytowali klasyka, nazywając problem „dżumą” lub – swojsko – „cholerą”, co bierze zwykłych ludzi po dobie na SOR-ze. Ale nie. Mówią o „chorobie”. A po cichu życzą sobie, by zainfekowała architektów „dobrej zmiany”. Żeby dramatyczne sceny z przychodni i szpitali przełożyły się na krytykę rządu i jego zwolenników. I w ten sposób, w ustach autorów spotu, którego emisji odmówiła TVP, określenie „chory” zmienia się w „eufemistyczny wulgaryzm”. I staje się narzędziem agresji.

Tak przynajmniej uzasadnił cenzurę inkryminowanego materiału szef publicznej telewizji Jacek Kurski, w ten sposób stając do rywalizacji z samym panem prezesem o status Największego Językoznawcy „dobrej zmiany”.

I miał rację, że zakazał emisji. Nie ma powodu rozpowszechniać eufemistycznych wulgaryzmów, skoro śmigają one teraz w powietrzu nawet częściej, niż te swojskie i zwyczajne. Pewnie wszyscy pamiętają jeszcze, jak już dawno temu poseł Szczerba wygłosił swoje słynne „panie marszałku kochany!” Jaki „panie”? Jaki „kochany”? I co to w ogóle były za ukryte sugestie? Chamstwo, prowokacja i wezwanie do puczu, po prostu…

Co innego „mordy zdradzieckie”. Takich właśnie prostych i z sercach płynących wulgaryzmów oczekuje naród od swojego przywódcy. I za to – między innymi – pan prezes jest kochany wśród swojskiego elektoratu kto wie, czy nie bardziej niż za liczne Plusy i trzynastą emeryturę. Bo i suweren w co drugim zdaniu zwykł – w miejsce kreślenia: „niewiasta lekkich obyczajów” — używać słowa na „ka”, jakże niesłusznie uchodząc w związku z tym za prostaka. Ale teraz – dzięki posłom, kierownikom i prezesom od pana prezesa – już nie musi się wstydzić. A zresztą co niby miałby mówić w zamian? „O, pani… jak – nie przymierzając – mops w reklamie Voltarenu”?

Toteż jest pełna zgoda, że – jak sugeruje prezes TVP – mówienie o „chorobie” tam, gdzie bardziej stosowna byłaby swojska (i też medyczna) „kiła i mogiła”, a w ostateczności „zaraza” (ta od „tęczowej zarazy”), to „naruszanie dobrych obyczajów”, które „stoi w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego”.

Jasne, że narusza i że stoi, skoro normalny wyborca obu panów prezesów wyraża się całkiem inaczej. Toteż takie językowe ewolucje „godzą w jego wrażliwość”, czemu Jacek Kurski powiedział – cenzurując spot o służbie zdrowia – swoje stanowcze „nie”. Znaczy – spełnił misję kulturową i stanął na straży dobrych obyczajów. Brawo ten pan!

Natomiast wracając do stanu służby zdrowia po czterech latach rządów PiS, to należało raczej odwołać się do narodowej tradycji i posłużyć cytatem z Sienkiewicza: „ch..j, d..a i kamieni kupa”. Każdy by zrozumiał. Sienkiewicz wprawdzie nie ten, ale wrażliwość stosowna, no i wzmiankowaną frazę trudno posądzać o eufemizm.

Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów?

1 listopada, dzień zadumy, refleksji, wspomnień. Lubię te leniwie płynące godziny pełne wyciszenia i nostalgii. Pomaga mi to nabrać dystansu do dość ponurej rzeczywistości, uspokoić emocje, zamknąć swój świat w dobrych myślach i przywołać do siebie tych, którzy bardzo byli mi bliscy, ale i tych, których mądrość, życzliwość, inteligencja, system wartości, odłożyły się we mnie, budując moje człowieczeństwo.

Żeby jednak nie było tak sielsko, anielsko i różowo, to warto zwrócić uwagę, że spotkania rodzinne przy grobach to też okazja, do wspólnego biesiadowania, wielokrotnie zakrapianego alkoholem, a potem powroty do domu i może znowu pobity rekord wypadków drogowych i niepotrzebnej śmierci. To przed nami, a za nami… dni poprzedzające uroczystości Wszystkich Świętych, zdominowane przez coroczną walkę o sens i rację bytu Halloween i na tym właśnie chciałabym się dzisiaj skupić.  Nie ma co, jak każdego roku, Polskę ogarnia istne szaleństwo. Nic nie jest tak ważne jak to, czy obchodzić Halloween czy też bronić się przed nim rękami i nogami.

Kościół ostrzega przed tym świętem, bo „to niebezpieczny festiwal brzydoty dla ludzkiej duszy” i apeluje do rodziców, „byli czujni. Diabeł nie żartuje. Pielęgnujmy u dzieci katolickie wychowanie”. Rodzic chrześcijanin musi wiedzieć, że dynia z zapaloną w niej świecą to symbol dusz błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci)to nic innego jak próba nawiązania kontaktu człowieka z duchami, a wróżby, których celem zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości, to grzech śmiertelny „przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów”. Rodzic musi mieć też świadomość, że słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły to nic innego jak prosta droga do opętania i chorób psychicznych. Ponoć po Halloween wzrasta liczba właśnie opętań wśród dzieci, dacie temu wiarę?

Do tego kościelnego chóru ochoczo włączają się politycy PiS i sympatycy partii rządzącej. Posłanka Masłowska zamierza nawet wystąpić do MEN, by zablokować „tę głupotę”. Wspiera ją z całych sił minister edukacji, Dariusz Piontkowski, dla którego to święto „jest makabryczne i angażowanie w to dzieci nie jest dobre. Dziwię się nauczycielom, którzy chcą to organizować. To jest chore, że dzieciom organizuje się Halloween. Na siłę się nas zmusza, byśmy ten zwyczaj obchodzili. Idiotyczne. Ten zwyczaj kojarzy się z horrorem. Nie można tak narażać dzieci, zwłaszcza najmłodszych”. Biedne dzieci są straszone przez swoich katechetów, którzy w bardzo obrazowy sposób mówią o uleganiu szatanowi i innych okropieństwach, jakie spotkają te dzieciaczki, gdy wezmą udział w Halloween.

Swoją cegiełkę do walki z tym niecnym świętem dokładają kuratorzy oświaty. Małopolska kurator oświaty chwali szkołę w Poroninie, gdzie odbył się dzień Dyni, niby podobny w założeniach do Halloween, a jednak taki nasz, chrześcijański. Do podobnej imprezy zachęcał szkoły bydgoskie kurator Marek Gralik, do którego zwrócili się ponoć „nauczyciele i rodzice uczniów, którzy poinformowali mnie o drastycznych wydarzeniach, w tym o zmuszaniu niepełnosprawnych intelektualnie dzieci do udziału w halloweenowych zabawach”. Za zdecydowaną reakcję pan kurator otrzymał serdeczne podziękowania od pupilki Rydzyka, Anny Sobeckiej. Również i w Wielkopolsce szkoły dostały zakaz organizowania Halloween, choć rzeczniczka tłumaczy, że to nie tak, że to tylko wyjaśnienie, co dyrektorom wolno, a co nie.

Przyznam szczerze, że zupełnie mi to święto nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi jego „pogańskość”, bo przecież większość świąt kościelnych opartych jest na przedchrześcijańskich wzorach. Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów? Fakt, przekaz jest może nieco przejaskrawiony, ale najmłodsze pokolenie, wychowywane na grach komputerowych, gdzie krew sika na okrągło, bohaterowie leją się równo, jest ileś tam żyć do wykorzystania, okrucieństwo leci z każdej możliwej strony, postrzega go już zupełnie inaczej. Liczy się pomysłowość, ilość zebranych słodyczy i przede wszystkim zabawa.

To też otwartość na inną kulturę. To święto ma już ponad 2000 lat, a jego kolebką była Anglia, Irlandia, Szkocja, Walia i Francja. Celtowie obchodzili ten dzień właśnie 31 października, uważając go za święto zbiorów oraz koniec lata i początek zimy. Kapłani celtyccy uważali, że tego właśnie dnia demony i upiory wracają z zaświatów, dlatego przesądny lud przebierał się, dzięki czemu mógł zapewnić sobie bezpieczeństwo i przypodobać duchom. Ot, jedna z wielu legend, która jest wciąż żywa i może tak właśnie należy Halloween traktować? Nie jako zło, ale sięganie do korzeni?

Oczywiście, każdy ma prawo mieć własne zdanie w tej sprawie, może jednak warto wziąć przykład z tych, którzy postanowili nieco ten dzień ucywilizować i zabezpieczyć się przed sąsiedzkimi kłótniami. W skrzynkach pocztowych mieszkańców ul. Namysłowskiej w Warszawie znalazły się karteczki z wydrukowaną dynią i informacją, że „W dniu 31.10.2019 r. dzieci z pobliskich bloków będą chodziły i zbierały słodycze. Wiemy, że nie każdy z Państwa toleruje powyższą zabawę, w związku z powyższym do każdej skrzynki wrzucono karteczkę z obrazkiem dyni. Ci z Państwa, którzy zgadzają się na odwiedziny dzieci w celu podarowania im cukierka, proszone są o przyklejenie karteczki do drzwi mieszkania. Dzieci nie chcą niepokoić tych z Państwa, którzy nie życzą sobie ich odwiedzin. Proszę potraktować to jako zabawę”. Świetny pomysł na pogodzenie miłośników Halloween z ich przeciwnikami, prawda?

Dzisiaj mamy głowy zajęte już czymś innym. Odwiedzamy groby, palimy znicze, oddajemy się pamięci. Jednak może warto w kolejnym roku nieco spasować, dostrzec, że każdy może po swojemu podchodzić do tych dni zadusznych i nie robić z tego wielkiego problemu, bo, po co ….

Oskarżenie polityków PiS i Kościoła kat.

27 Paźdź

Arcybiskup Leszek Sławoj Głódź, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego duchowieństwa. Hierarcha, który co miesiąc otrzymuje od 10 do 17 tysięcy złotych emerytury, jest właścicielem 20-hektarowego rancza we wsi Bobrówka na Podlasiu.

Tam też znajduje się pałac arcybiskupa. „To odnowiony budynek starej szkoły, który duchowny odkupił od gminy za 60 tys. zł. Teraz jest warty kilka razy więcej.” Na co dzień duchowny mieszka i urzęduje w rezydencji w Gdańsku.

Od lat krążą legendy o wydawanych przez niego biesiadach, podczas których alkohol leje się strumieniami. „On ma taka głowę, że nigdy nie potrafiliśmy się zorientować, jak dużo wypił. Nic po nim nie widać. Picie przerywał tylko po to, by rzucić niewybrednym żartem o polityku, którego nie lubił, albo żeby kogoś skląć” – komentują współpracownicy arcybiskupa w artykule na portalu wp.pl.

To również oni zwrócili uwagę na zachowanie przełożonego. Przemoc, publiczne poniżanie, znęcanie się, ubliżanie – to tylko część zarzutów pod adresem metropolity, które znalazły się w listach księży do watykańskiego nuncjusza w Polsce. O sprawie informowali również dziennikarze TVN24. „Publiczne poniżanie – on jest w tym naprawdę niezły”.

Będący w bliskim otoczeniu Głodzia księża wolą pozostać anonimowi. Przełożony nie raz miał grozić im zniszczeniem kariery. „On ma takie wpływy, że zesłaliby mnie do jakiejś wiejskiej parafii. Po co mi to? Mogę tylko powiedzieć, że wszystko, co o nim piszą, to tylko część prawdy. Reszta jest jeszcze gorsza. Wszyscy jednak wiemy, że nic mu nie grozi. Będzie żył w luksusie tak jak do tej pory” – wyznaje na łamach wp.pl, jeden z księży bywający w rezydencji arcybiskupa.

To nie pierwsze oskarżenia wobec metropolity gdańskiego. Podobne pojawiły się już sześć lat temu na łamach tygodnika „Wprost”. Czy nieprawdopodobna buta i chamstwo zostaną ukarane, czy hierarcha nadal będzie pokrzykiwał na podwładnych: „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!”.

Akt oskarżenia

Oskarżam

Andrzeja Sebastiana Dudę, urodzonego 16 maja 1972 w Krakowie, o to, że, pełniąc funkcję Prezydenta RP, dopuścił się bezprawnej zmiany konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podważając zasadę podziału i równoważenia władz (Konstytucja RP Art. 10 ust. 1), a w szczególności podpisując liczne ustawy zmieniające ustrój państwa w drodze niekonstytucyjnej, m.in. ustawę o ustroju sądów powszechnych, o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa, czym popełnił delikt konstytucyjny, a także naruszył art. 127 kodeksu karnego (zamach stanu), a ponadto dopuścił się licznych przestępstw przekroczenia uprawnień funkcjonariusza publicznego m.in. usiłując ułaskawić osoby przed wydaniem wobec nich prawomocnego wyroku, a także przestępstw niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, m.in. przez uporczywą odmowę odebrania przyrzeczenia od prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czym popełnił delikt konstytucyjny i przestępstwo z art. 231 kodeksu karnego (przekroczenie uprawni eń przez funkcjonariusza);.

Beatę Marię Szydło, urodzoną 15 kwietnia 1963 roku w Oświęcimiu, o to, że pełniąc funkcję Prezesa Rady Ministrów wstrzymała publikację powszechnie obowiązujących orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o sygnaturach K 47/15, K 39/16 i K 44/16, a następie uporczywie wstrzymywała się od decyzji o opublikowaniu tych orzeczeń, czym popełniła delikt konstytucyjny z Art. 190 ust. 2 Konstytucji RP, a także nie wypełniła ciążących na sobie obowiązków, popełniając przestępstwo z art. 231 kk (przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza);

Mateusza Jakuba Morawieckiego, urodzonego 20 czerwca 1968 roku we Wrocławiu, o to, że pełniąc funkcję Prezesa Rady Ministrów, nie doprowadził do natychmiastowej publikacji orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o sygnaturach K 47/15, K 39/16 i K 44/16, czym popełnił przestępstwo z art. 231 kk niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego; ponadto o to, że w trakcie kampanii wyborczej poprzedzającej wybory samorządowe w dniu 21.10.2018, wielokrotnie obiecywał preferencje rządowe w rozdziale środków publicznych dla tych samorządów, w których większość zdobędzie partia pod nazwą „Prawo i Sprawiedliwość”, czym dopuścił się przestępstwa czynnego łapownictwa wyborczego, zatem czynu zabronionego przez art. 250a par. 2 k.k.

 

Zbigniewa Tadeusza Ziobrę, urodzonego 18 sierpnia 1970 roku w Krakowie, o to, że pełniąc funkcję Ministra Sprawiedliwości, działając w porozumieniu z podległymi sobie funkcjonariuszami publicznymi, wpływał bezprawnie na sposób funkcjonowania i obsadę Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i sądów powszechnych, co stanowi przestępstwo przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, o którym mowa w art. 231 kodeksu karnego; także o to, że wielokrotnie, samodzielnie lub za pośrednictwem podporządkowanych sobie prezesów sądów powszechnych, wpływał przy pomocy groźby bezprawnej na czynności urzędowe sądów, czym dopuścił się przekroczenia art. 232 kk (wpływanie na czynności sądu w drodze zastosowania przemocy lub groźby bezprawnej); także o to, że dopuścił się fałszywych publicznych oskarżeń innych osób o popełnienie przestępstwa, w tym w trakcie wykonywania przez te osoby czynności medycznych, czym popełnił przestępstwo z art. 238 kk (fałszywe zawiadomienie o przestępstwie); także o utrudnianie lub udaremnianie postępowania karnego, a zatem o przestępstwa z art. 239 kk (poplecznictwo) przez to, że pełniąc funkcję Prokuratora Generalnego wywarł presję nad podporządkowanych sobie prokuratorów by zakończyli dochodzenie w sprawie przemocy bezprawnej dokonanej w dniu 10 listopada 2017 przez grupę uczestników tzw. Marszu Niepodległości w stosunku do pokojowo protestujących kobiet;

Julię Annę Przyłębską, urodzoną 16 listopada 1959 roku w Bydgoszczy, o to, że mimo zawinionych przez siebie nieprawidłowości w tzw. „wyborze” na stanowisko Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, polegających m.in. na celowo spowodowanej przez siebie nieobecności niektórych sędziów TK w posiedzeniu Zgromadzenia Sędziów TK, a także braku formalnej rezolucji w sprawie przedstawienia kandydatów na to stanowisko Prezydentowi RP, w sposób uporczywy i w trybie ciągłym podawała się za Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, czyli podawała się za funkcjonariusza publicznego o uprawnieniach, których nie ma, czym naruszyła art. 227 kk (oszukańcze podanie się za funkcjonariusza publicznego); ponadto o to, że wielokrotnie zmieniała bezprawnie już wcześniej ustalone składy sędziowskie orzekające w TK, czym popełniła przestępstwo z art. 231 kk. (niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego); ponadto w trybie pomocnictwa przestępczego opisanego w art. 18 par. 3 kk umożliwiała udział w orzekaniu w TK osobom do tego nieuprawnionym, czym pomogła w popełnieniu przestępstwa ciągłego z art. 227 kk (podanie się za funkcjonariusza publicznego);

Jarosława Aleksandra Kaczyńskiego, urodzonego 18 czerwca 1949 w Warszawie, o to, że kierując wykonaniem czynów zabronionych przez inne osoby, w szczególności pełniące funkcje Prezydenta RP, Premiera, ministrów, Prezesa Trybunału Konstytucyjnego oraz posłów i senatorów wybranych z list partii pod nazwą „Prawo i Sprawiedliwość”, dopuścił się sprawstwa kierowniczego nakierunkowanego na zmianę ustroju konstytucyjnego RP przez obalenie zasad demokratycznego państwa prawnego (Art.2 Konstytucji RP) i podziału i równoważenia się władz (Art. 10 ust. 1 Konstytucji), skupiając całą władzę publiczną w swoich rękach, a zatem sprawstwa kierowniczego dotyczącego zbrodni zamachu stanu, o której mowa w art. 127 kodeksu karnego, w powiązaniu z kierownictwem zorganizowaną grupą przestępczą mającą na celu zamach stanu, a zatem przestępstwem z art. 258 kk (kierowanie lub branie udziału w zorganizowanej grupie przestępczej); ponadto o publiczne znieważenie grupy ludzi przez ogłoszenie, że potencjalni imigranci są nosicielami groźnych zarazków, czym popełnił przestępstwo z art. 257 kk (publiczne znieważenie grupy ludzi).

Wobec wszystkich tych osób domagam się sprawiedliwej kary, zgodnej z obowiązującym prawem, choć w przypadku Julii Marii Przyłębskiej będę wnioskował o nadzwyczajne złagodzenie kary ze względu na uprawdopodobnione niskie rozpoznanie znaczenia i szkodliwości popełnionych przez siebie czynów.

Suweren
(Żądania Suwerena spisał i własnoręcznym podpisem poświadczył: Wojciech Sadurski)

Fałszywe konta na Twitterze i Facebooku czyszczą wizerunek prezesa TVP, prowadzą kampanie wyborcze politykom, lobbują na rzecz firm zbrojeniowych. Docierają do milionów odbiorców. Współfinansuje ten biznes państwowy fundusz. Tropy z farmy trolli prowadzą do podejrzanego o korupcję Bartłomieja Misiewicza

Publicysta oraz były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego – Waldemar Kuczyński wypowiedział się na temat bieżących tematów politycznych.

O protestach wyborczych PiS-u: Izba pisowskich mianowańców, którzy togi zamienili na liberie rozstrzygnie o ważności wyborów. Nie mamy rodacy wyborów wolnych, lecz koncesjonowane, regulowane przez hołotę, której oddaliście Ojczyznę w pacht. Już po raz drugi. Dla PiS głównym dowodem, że wybory mogły być sfałszowane jest to, że nie wygrał ich kandydat. W wolnych bowiem wyborach, wedle PiS, działa wręcz biologiczne prawo, że PiS jest w nich zawsze wygranym.”.

Kaczyński. Tylko ślepy lub zakochany w PiS może nie widzieć, że Polska pogrąża się w dyktaturę, w nie kontrolowane rządy stojącego ponad prawem szaleńca, paranoika władzy i dominacji. Jeśli kiedyś straci władzę, to nie w wyniku wyborów, bo ma pachołków, którzy zdecydują o ich wyniku. Kaczor, przez lata ty i twoi lokaje wrzeszczeliście, że PO ukradła miliardy. Piąty rok twe psy gończe, w które zmieniłeś służby RP tropią złodziei z PO. A kogo znajdą to Twój. Jedyna mafia VAT to jak się okazuje od Ciebie. To co, przeprosisz PO czy podwiniesz ogon? Jest jeden człowiek w Polsce, którego żaden prokurator nie odważy się wezwać na przesłuchanie bez jego zgody. To jest dziś największa u nas patologia. Tą patologią jest Kaczyński. Dopóki ta patologia nie zniknie od władzy Polska nie wróci do normalności”.

O Adamie Bielanie. Jak słucham Bielana, to zastanawiam się, jak czułbym się w jego roli. Czy mógłbym szczerze przyznać, że jestem takim zafałszowanym wobec samego siebie badziewiem? Chyba bym od siebie zwiał jak cień od czarnego Piotrusia Pana”.

Służba zdrowia. To, co dzieje się ze służbą zdrowia, to drastyczny skutek podporządkowania całej polityki finansowej 4 lat rządu PiS kupieniu, za bezprecedensowe rozdawnictwo o cechach politycznej korupcji, głosów dla utrzymania samowładztwa Kaczyńskiego. To społeczny koszt jego paranoi władzy”.

Tęczowy Piątek. W krajowej akcji zastraszania nauczycieli, rodziców i dzieci przed tęczowym piątkiem, kler i organy państwa ujawnili pokazowo jeden z filarów pisowskiej i kościelnej władzy, zastraszanie, mikro-terror. Panuje dziś wszędzie, gdzie sięga ręka państwa i proboszcza”.

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski podczas jednej z wrześniowych konferencji w Gnieźnie oświadczył, że dobrze zna skompromitowanego szefa NIK Mariana Banasia od wielu lat, często się z nim spotyka i rozmawia. Jest człowiekiem kryształowym, niezwykle uczciwym, bardzo solidnym, twardym politykiem” – zapewniał.

„Coś” jednak musiało się wydarzyć, skoro marszałek nagle zmienił zdanie i w programie „Gość Wydarzeń” telewizji Polsat News wycofał się z niedawnej jeszcze opinii.

Oświadczył terazNa pewno bym nie użył takiego określenia, tłumacząc swoje wcześniejsze stanowisko dodał: „Wiem, że on pracował po kilkanaście, po 20 godzin na dobę. Byłem pełen podziwu dla niego. I w tamtym momencie, kiedy dla takiego człowieka niezwykle poświęconego sprawom Polski – bo słyszałem, że są tego typu zarzuty – to tak zareagowałem” – wyjaśniał i stwierdził, że zarzuty wobec szefa Najwyższej Izby Kontroli budzą jego bardzo duże wątpliwości. „One muszą być wszystkie wyjaśnione” – zaznaczył podkreślając, że cała ta sprawa jest niemałym obciążeniem dla całej partii rządzącej.

„Byłbym nieuczciwy, gdybym powiedział: „nie, no banalna sprawa, nic się nie stało”.

Marszałek skomentował też ostatnie doniesienia „Rzeczpospolitej” w publikacji „Przestępczy skandal w resorcie finansów”, ujawniającej że jeden z najbliższych współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów miał kierować mafią VAT-owską, i pod takim zarzutem siedzi w areszcie:

„Tutaj służby zadziałały. Idealnie zadziałały, bardzo szybko, sprawnie, i one – te osoby są aresztowane” – powiedział z satysfakcją Karczewski.

Przypomnijmy: TVN we wrześniowej edycji „Superwizjera” ujawnił, że były minister finansów i szef Służby Celnej Marian Banaś zaniżył w oświadczeniach majątkowych dochody z wynajmu kamienicy, zarzucił mu też powiązania ze światem przestępczym.

W odpowiedzi Banaś zaprzeczył treściom przekazanym przez „Superwizjera” komentując je „jako próbę manipulacji, szkalowania i podważania dobrego imienia”. Pozwał TVN SA i autora materiału Bertolda Kittela, żądając przeprosin, sprostowania i wpłaty na cel społeczny.

16 października CBA poinformowało, że zakończyło trwającą od kwietnia kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia, lecz nie ujawniło jakiego rodzaju zastrzeżenia sformułowało. Jak informuje RMF FM kontrola CBA miała wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

Podziękujmy działaczom Ordo Iuris, biskupom, politykom PiS. Osiągnęli to, co przez lata nie udawało się tysiącom innych: poruszyli i zaktywizowali młodzież.

Chyba możemy pogratulować i podziękować biskupom oraz politykom „dobrej zmiany” – wspólnymi siłami wypromowali temat, który wreszcie poruszył apolityczną i obojętną wcześniej młodzież. Nagonka na środowiska LGBT, której ukoronowaniem był oficjalny zakaz organizowania Tęczowego Piątku w szkołach, doprowadziła do przebudzenia i aktywizacji tłumów młodych ludzi w szkołach, jak Polska długa i szeroka.

„Kuratorium przysłało do szkoły list, że nie wolno organizować Tęczowego Piątku” – zakomunikowała mi kilka dni wcześniej córka licealistka. Gdy w odpowiedzi poinformowałem ją, gdzie kuratorium może ją i jej kolegów pocałować (tutaj tego nie powtórzę, bo nie każde słowo użyte w prywatnej rozmowie nadaje się do publicznego użycia), okazało się, że oni sami o tym doskonale wiedzą i nie potrzebują moich rad. „Ludzie robią konspiracyjny Tęczowy Piątek” – odpowiedziała mi córka. Wprawdzie w szkole nie odbyły się oficjalne lekcje ani spotkania dyskusyjne, ale wielu uczniów demonstracyjnie nosiło tęczowe elementy garderoby i znaczki.

Ten ruch ogarnął szkoły w całej Polsce, zwłaszcza w dużych miastach, które w takich sprawach zawsze są pionierami i wyznaczają trendy – po jakimś czasie standard przyjęty w dużych ośrodkach ogarnia też mniejsze miasteczka, a w końcu i wieś. Z różnych zakątków kraju napłynęły informacje o tym, że młodzież nosi tęczowe znaczki, wiesza w szkołach plakaty, organizuje wspólne wyjścia z budynków w czasie przerw. W Warszawie grupa młodych ludzi poszła demonstrować pod ministerstwo edukacji.

Napływały też krzepiące informacje, że na szczęście wśród księży katechetów i ludzi „dobrej zmiany” znaleźli się tacy, którzy postanowili wzmocnić ten trend, wywierając na młodzież naciski czy przeciwstawiając się jej. Pojawiły się więc doniesienia o zdejmowaniu powieszonych przez uczniów tęczowych plakatów czy o „lotnych brygadach” z kuratoriów, które kontrolowały szkoły i kazały uczniom zdejmować tęczowe przypinki.

Super! Nic lepszego nie mogło się zdarzyć. Nic tak nie ożywia wyobraźni młodych ludzi, jak konspiracja i świadomość, że uczestniczą w masowym, oddolnym ruchu pokoleniowym, który buntuje się przeciw władzy zgredów i jest przez nich zwalczany. To ekscytuje młodych ludzi, daje im poczucie misji, nasyca ich ruch szczyptą rewolucyjnego romantyzmu i powoduje, że sprawa, o którą walczą, jest „sexy”.

W dekadach po upadku komunizmu tylko raz mieliśmy do czynienia z takim pokoleniowym zrywem, gdy młodzi ludzie w całym kraju protestowali przeciw planom przyjęcia ustawy ACTA. Ruch ten jednak wygasł, bo władza (najpierw polska, a potem także w innych krajach UE) ustąpiła pod naciskiem demonstrujących i wycofała się z wcześniejszych planów. Na szczęście władza PiS jest zbyt głupia, by to zrozumieć, i zamiast rozładować napięcie tylko je podsyca. Dolewa oliwy do ognia, w którym sama spłonie.

Podziękujmy więc działaczom Ordo Iuris, biskupom, politykom i urzędnikom PiS w rodzaju małopolskiej kuratorki oświaty Barbary Nowak, osobom o ograniczonych horyzontach umysłowych i zaczadzonym prostacką ideologią, którzy mimo tych intelektualnych ograniczeń (a może właśnie dzięki nim) osiągnęli to, co przez lata nie udawało się tysiącom innych: poruszyli i zaktywizowali młodzież. Młodzi ludzie, którzy obojętnie przechodzili obok naruszania konstytucji, niszczenia niezawisłych sądów, łamania praw opozycji, wprowadzania w mediach cenzury, nagle się ocknęli i założyli tęczowe przypinki. Teraz już tak łatwo ich nie zdejmą.

Kidawa-Błońska na prezydenta, zaś pisowskie dewotki niech rodzą przez zwiastowanie

17 Paźdź

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej. Jego zwolennicy przekonują, że był to gest roztropny i szlachetny, który działacze powinni docenić. Nie przez przypadek Schetyna podczas wieczoru wyborczego ogłosił, że teraz KO idzie po wygraną w wyborach prezydenckich, które odbędą się już wiosną.

– Wbrew pozorom Schetyna ma wciąż bardzo mocne karty. Ludzi w regionach, kontrolę nad finansami partii, ludzi w samorządach, pulę posad i ludzi, którzy są mu wdzięczni – słyszymy od ważnego polityka Koalicji. – Ma też Małgorzatę Kidawę-Błońską, którą słusznie, choć za późno, zrobił twarzą kampanii. Są dogadani. W scenariuszu bez Donalda Tuska, na który się zanosi, to ona będzie kandydatką na prezydenta. Proszę zwrócić uwagę, jak Kidawa-Błońska tonuje rewolucyjne nastroje w partii. Ta kandydatura zostanie ogłoszona bardzo szybko, by nie dać czasu wewnętrznej opozycji. Pozamiatane na jedną albo na drugą stronę będzie do grudnia.

Inny dorzuca: – Schetyna musi wystawić kandydata, nim zaczną się porachunki. Opowiem, jak to będzie. Już za chwilę wyjdzie pan przewodniczący, obok kandydatka, z tyłu duże logo KO i ludzie machający partyjnymi chorągiewkami, może baloniki. Wszyscy będą się uśmiechać. Do tego przekaz – fantastyczny wynik Kidawy-Błońskiej, ponad 400 tys. głosów, najlepsze nazwisko do walki o prezydenturę, słowa przewodniczącego: Koledzy, zróbmy to razem!

Tuska raczej nie będzie

Czy Tusk może jeszcze wejść do gry? – Żeby zatrzymać rząd PiS w robieniu szkód, trzeba mieć siłę prezydenckiego weta – mówił w środę w Brukseli szef Rady Europejskiej. – Czy ja jestem człowiekiem, który może przekonać wątpiących? Nie wiem, wcale nie byłbym o tym tak bardzo przekonany. Przyjąłbym absolutnie bez żadnego żalu inną interpretację, że są kandydaci, którzy może budzą mniej entuzjazmu, ale na końcu wezmą więcej po tej stronie, która rozstrzygnie te wybory. Na pewno jest kilka nazwisk, które rokują nadzieję na zwycięstwo.

Głosami głównie PiS, przy protestach osób zebranych przed gmachem parlamentu, Sejm skierował do dalszych prac obywatelski projekt ustawy mającej pozwolić na karanie za edukację seksualną. Bo ta rzekomo przyczynia się do deprawacji i demoralizacji dzieci oraz młodzieży.

– Dlaczego wprowadzacie taki gniot legislacyjny, ideologiczny? Dlaczego z premedytacją wprowadzacie ludzi w błąd, zrównując edukację seksualną z pedofilią? – pytała tuż przed głosowaniem Joanna Scheuring-Wielgus (Teraz!). To ona złożyła wniosek o odrzucenie obywatelskiego projektu w pierwszym czytaniu. – Jako matka trojga dzieci chciałabym powiedzieć: wara od naszych dzieci! – dodawała.

– To projekt, który nie ma nic wspólnego z przeciwdziałaniem pedofilii – dodawała Monika Wielichowska (PO-KO). – To o waszej wolności, o waszym życiu i o waszym dostępie do edukacji jest ten projekt! – zwracała się do uczniów.

Oficjalnie chodzi o „publiczne propagowanie lub pochwalanie podejmowania przez małoletniego obcowania płciowego”, za co – wedle projektu ustawy – mogłoby grozić do dwóch lat więzienia. Jeśli odbywałoby się to „za pomocą środków masowego komunikowania” – już trzy lata. Podobnie jak w przypadku osoby zajmującej się edukacją czy leczeniem młodych (one odpowiedzą już nie tylko za propagowanie „obcowania płciowego”, ale również „innej czynności seksualnej”).

Jednak już w uzasadnieniu obywatelskiego projektu, pod którym podpisało się ponad 263 tys. osób, czytamy: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. ‚edukacji’ seksualnej”.

Fundacja Pro – Prawo do Życia, która stoi za projektem, przestrzega: „Odpowiedzialne za ‚edukację’ seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Edukacja seksualna. Debata wśród protestów

Podczas wtorkowej debaty projekt zachwalali przedstawiciele PiS i Konfederacji. Zresztą partia rządząca mówiła o podniesieniu górnej granicy kary do nawet pięciu lat. W środę przeciw wnioskowi o odrzucenie projektu opowiedziało się 243 posłów, głównie z PiS, Kukiz’15 i Konfederacji. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek skierowała go do komisji nadzwyczajnej ds. zmian w kodyfikacjach. Jako że jest to projekt obywatelski, posłowie będą mogli zająć się nim w kolejnej kadencji.

– W projekcie bardzo mętnie jest określone, co jest nawoływaniem do współżycia seksualnego, a co nim nie jest. To rodzi pole do uznaniowości w stosowaniu prawa i manipulacji, a w praktyce ta ustawa jest młotem, który ma zniszczyć jakąkolwiek edukację seksualną – przemawiała we wtorek Scheuring-Wielgus.

Arkadiusz Myrcha (PO-KO): – Uzasadnienie projektu jest wypełnione twierdzeniami niepopartymi jakimikolwiek dowodami. To bardziej manifest lub oświadczenie polityczne niż merytoryczne uzasadnienie projektu ustawy. Brakuje jakichkolwiek badań, analizy orzecznictwa, samej oceny zjawiska, opinii ekspertów.

W środę, w czasie kiedy posłowie decydowali o losach projektu, przed Sejmem zebrali się obywatele protestujący przeciw „jesieni średniowiecza”.

„Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, których dzieci cierpią z rąk pedofilów, także tych w sutannach – wciąż bezkarnych – żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich, zamiast pozwalać państwu na karanie syna/córki za uprawianie seksu ze swoją dziewczyną/chłopakiem” – napisali organizatorzy protestu, a więc Ogólnopolski Strajk Kobiet.

Na Facebooku zainteresowanie bądź chęć wzięcia udziału w warszawskim wydarzeniu zadeklarowało ponad 50 tys. osób.

Prawo młodzieży do rzetelnej edukacji seksualnej

Do projektu krytycznie odniósł się m.in. Sąd Najwyższy. W opinii przesłanej Sejmowi wskazał, że wedle prawa podejmowanie obcowania płciowego lub dopuszczanie się innej czynności seksualnej wobec osób, które mają już 15 lat, nie jest karalne; zaś zgodnie z wykładnią słownika PWN słowo „propagować” ma wydźwięk neutralny, „związany z poszerzaniem wiedzy i przekazywaniem jej innym osobom”.

„Samo propagowanie rozumiane jako upowszechnianie wiedzy zdaje się także realizować konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia wyrażone w art. 68 ust. 1 Konstytucji RP, jak również prawo wolności badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników wyrażone w art. 73” – czytamy w piśmie sygnowanym przez I prezes SN Małgorzatę Gersdorf.

SN przypomina, że wiedzę o życiu seksualnym człowieka czy metodach i środkach świadomej prokreacji wprowadza do programów nauczania ustawa z 1993 r.: „Racjonalny ustawodawca nie może przewidywać jednocześnie z jednej strony w ramach obowiązku realizowania programu nauczania szkolnego przez nauczyciela przekazywania pewnych treści, a z drugiej kryminalizować tego zachowania”.

Do odrzucenia projektu wezwała Grupa Edukatorów Seksualnych „Ponton”, która pisze wprost, że celem proponowanej zmiany jest z jednej strony zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia, z drugiej – uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji.

„Mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja kodeksu karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki ‚po’) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków” – przestrzega Ponton.

Mikołaj Czerwiński, koordynator ds. równego traktowania w Amnesty International Polska: „Brak dostępu do edukacji seksualnej w szkołach i jej społeczne napiętnowanie skutkuje tym, że młodzi ludzie pozostawieni są sami sobie wtedy, gdy najbardziej potrzebują rzetelnej informacji”.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka.

„Stary“ Sejm zaskoczył nas wielokrotnie. Nocnymi głosowaniami, sposobem procedowania projektów ustaw, językiem, przy którym lapsus marszałka Zycha („kurwa“ przy włączonym mikrofonie) jawi się jako wspominany z sentymentem obraz dawno minionej epoki, czy sposobem traktowania przez rządzącą partię przeciwników politycznych. Pewne było, że zaskoczy nas i nowy Sejm, w którym skrajni, twardogłowi konserwatyści objęli 11 mandatów. A jednak to, co wydarzyło się na ostatnim, odwieszonym posiedzeniu tego Sejmu, stanowi kuriozum w swojej własnej klasie, której standardy ustanowiły „zdradzieckie mordy“.

To, że 15 października odbędzie się czytanie kuriozalnego projektu „Stop pedofilii“, który przewiduje karę trzech lat więzienia za edukację seksualną, było wiadome. Ale to, że PiS zażąda zwiększenia wymiaru kary do lat pięciu, jest pewnym novum. Zaskakuje także argumentacja – jeśli o zaskoczeniu w przypadku surrealnego projektu można mówić.

Chodzi o projekt nowelizacji art. 200b kodeksu karnego, który traktuje o karach za „pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim“. Jako pierwsze o sprawie napisało Okopress.

W paragrafie 4 napisano: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3“.

Teraz posłowie PiS chcą, by edukatorzy seksualni i wydawcy magazynów, dziennikarze, pisarze, którzy podejmują temat seksu i antykoncepcji, byli zagrożeni nie tylko ogniem piekielnym, z którym, być może, byliby w stanie sobie jakoś poradzić, ale także perspektywą spędzenia pięciu lat za kratami.

Porządne katolickie dziecko wychowywane w tradycyjnej polskiej rodzinie nie może wszak wiedzieć, że jego narządy intymne to żaden ptaszek czy broszka, tylko penis i pochwa, a nastolatek – że od ciąży nie uchroni pięć zdrowasiek i różaniec, tylko antykoncepcja.

To kłóciłoby się z „ochroną życia od poczęcia“. Życie po poczęciu interesuje posłów PiS-u jakby mniej, a widać to w dziurawej argumentacji. „Jak widzimy – obecna ochrona jest niepełna i niewystarczająca” – mówił, cytowany przez OKO, poseł PiS Andrzej Matusiewicz.

„Projekt zapewnia pełniejszą realizację praw człowieka, realizuje ochronę dóbr dziecka, poszanowania godności, wolności od przemocy psychicznej, ochrony jego prywatności i wrażliwości. To wszystko wartości konstytucyjne. Projektowana zmiana w pełni realizuje prawo rodziców do wychowania dziecka zgodnie z przekonaniami” – dodał.

Ci, którzy ten zły, szkodliwy i zwyczajnie głupi projekt napisali, chcą sprzeciwić się „demoralizacji i seksualizacji dzieci“. Świetnie. Niech maszerują natychmiast do tych, którzy mówią o seksualności publicznie: arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który z ambony mówi o „tęczowej zarazie“, do abp. Michalika, który opowiadał w kontekście pedofilii bzdury, jak to „dziecko lgnie do drugiego człowieka“ czy autorów podręczników szkolnych, którzy w książkach dla dzieci umieszczają złote myśli w rodzaju „homoseksualizm to choroba“. Po drodze – niech zahaczą o katechetów, którzy chętnie straszą dzieci wiecznym potępieniem za to, że są ciekawe świata.

W następnej kolejności niech idą na pielgrzymkę do fundacji i osób, które pomagają ofiarom pedofilów w sutannach, i do Amnesty International, która chce zmienić definicję gwałtu w kodeksie karnym, by opierała się na braku zgody, nie zaś oporu, jak jest w tej chwili (w 2015 roku do prokuratury trafiło 23 proc. spraw). Niech zasuwają do domów samotnych matek, gdzie chronią się kobiety z dziećmi, które doświadczyły przemocy (łatwo znaleźć, ośrodków pomocy ofiarom przemocy w rodzinie jest w Polsce ledwie 35 – dane za lata 2015-17, jak wynika z raportu NIK), a jest w nich 591 miejsc, przy czym rocznie (dane za 2017 rok) przemocy w rodzinie doznało 93 tys. osób (głównie kobiet i dzieci). Niech wpadną z duszpasterską wizytą do ofiar gwałtów i zapytają, co słychać i jak się miewa ich „demoralizacja“ po tym, jak ktoś, kto pozostał bezkarny, zabrał im wszystko. Niech zapytają matkę z małym dzieckiem, jak jej się żyje z mężem potworem, który bije tak regularnie, jak chodzi do kościoła. Niech pójdą do rodziców, których dziecko odebrało sobie życie, bo nie mogło się dodzwonić tam, gdzie wiedziało, że ktoś je wysłucha.

I niech uważają na tego potwora LGBT, bo w końcu, w całej swojej potwornej łagodności, ich połknie. Przeżuje i wypluje. Żeby zatrzymać demoralizację. I nawet jeśli dostanie za to pięć lat więzienia – zrobi to.

Anja Rubik: Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Anja Rubik od dwóch lat działa na rzecz poprawy edukacji seksualnej w Polsce. Zainicjowała ruch #sexedpl i wydała pierwszy w Polsce podręcznik (pod tym samym tytułem) do edukacji seksualnej dla młodzieży i ich rodziców (non profit). To bestseller, który od ponad roku jest topem w księgarniach. Do rozmów zaprosiła edukatorów seksualnych, psychologów, psycholożki, psychoterapeutów, seksuolożki. W jej książce nie ma tabu. Jest masturbacja, pierwszy raz, rozmowa z dzieckiem o seksie, antykoncepcja, świadoma zgoda, badanie w kierunku HIV, LGBT+, aborcja. Tymczasem PiS zapowiedział, że będzie pracował nad ustawą, która kara więzieniem edukatorów seksualnych: – Musieliby nas wszystkich aresztować – mówi Anja Rubik.

W kampanii #sexedpl wzięli udział m.in.: Maciej Stuhr, Magdalena Szumowska, Mary Komasa, Marta Frej, Dorota Masłowska, Robert Biedroń, Sebastian Fabjański. Wystąpili w filmach, które wyreżyserowała Rubik.

–  Polskiej młodzieży należy się rzetelna edukacja seksualna. Brakuje jej w szkołach, a rodzice nie rozmawiają z dziećmi w domu – mówi Anja Rubik. – Wielu nastolatków wciąż myśli, że po pierwszym razie nie można zajść w ciążę i że kalendarzyk małżeński to skuteczna metoda antykoncepcji. Skąd to wiem? Kiedy ruszyłam z kampanią #sexedpl, tysiące młodych ludzi pisało do mnie, czego dowiadują się w szkole na lekcjach wychowania do życia w rodzinie. W 180-stronicowym podręczniku do tego przedmiotu słowo „seks” pojawia się dwa razy, w negatywnym kontekście. Na zajęciach nastolatki słyszą, że jeśli kobieta naprawdę nie chce zajść w ciążę, to nie zajdzie. A jeżeli zaszła w ciążę przez gwałt, to znaczy, że jednak tego chciała.

Z badań Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że prawie połowa 18-latków nie potrafi poprawnie odpowiedzieć na pytania dotyczące budowy narządów rozrodczych. 37 proc. rodziców  jest skrępowanych, kiedy ma rozmawiać z dzieckiem o seksie.

– Bez edukacji seksualnej młodzi ludzie stają się bezbronni wobec przemocy seksualnej i bezradni wobec progagandy, która próbuje wpędzić ich w poczucie winy za to, kim są i kogo kochają – mówi Anja Rubik. – Dajemy młodym ludziom wiedzę, odpowiadamy na tysiące pytań, widzimy uczucie ulgi, które pojawia się na ich twarzach, kiedy słyszą od nas, że są normalni, że wszystko jest w porządku, że nie trzeba mieć poczucia winy, kiedy w czasie dorastania pojawia się jakiś niepokój.

Już przed wyborami alarmowała, że projekt nowej ustawy zakładającej nawet trzy lata (wczoraj posłowie mówili już o pięciu) więzienia dla edukatorów seksualnych trafi do Sejmu zaraz po wyborach. I trafił.

– To jeden wielki absurd – mówi Anja Rubik. – Osoby, które wyszły z pomysłem tego projektu, kompletnie nie wiedzą, czym jest edukacja seksualna. Atakują równość, różnorodność, zapominając, że zgodnie z konstytucją każdej osobie należy się szacunek. To wbrew prawu. W Polsce można uprawiać seks z osobą, która skończyła 15 lat, a nie można z nią porozmawiać na temat seksu, dopóki nie ukończy osiemnastki? Przecież to kompletna bzdura.  Poza tym, żeby zakazać edukacji seksualnej, to trzeba najpierw zmienić ustawę antyaborcyjną z 93 roku, która gwarantuje w Polsce edukację seksualną. Państwo PiS wspólnie z przedstawicielami kościoła, zamiast skupić się na badaniu zjawiska kościelnej pedofilii, postanowiło karać nas za szerzenie nauki i wiedzy.

Prawicowe portale atakują Anję Rubik za to, że „seksualizuje młodzież” i boi się zakazu edukacji seksualnej.

– Niczego się nie boję. Nie wycofam się ze swoich działań i ruchu #sexedpl. Nie poddam się. Od dwóch lat wspólnie ze wspaniałym zespołem edukatorów seksualnych wykonujemy robotę, którą tak naprawdę powinno wykonać państwo – odpowiada.

Przed Sejmem odbył się protest przeciwko projektowi ustawy, który wprowadza karę więzienia za edukację seksualną. Posłowie w trakcie manifestacji przegłosowali skierowanie projektu do dalszych prac w komisji.

Przed budynkiem parlamentu zgromadziło się w środę około tysiąca osób, które protestowały przeciwko projektowi zmian w Kodeksie karnym. Jego autorzy żądają więzienia za edukację seksualną nieletnich. W trakcie protestu Sejm, głównie głosami posłów PiS, skierował do dalszych prac w komisji obywatelski projekt ustawy.

Manifestację pod hasłem „Jesień średniowiecza” zorganizował Ogólnopolski Strajk Kobiet. Uczestnicy przynieśli plakaty „Strajku kobiet”, tęczowe flagi i kartony z hasłami „Nie dla zakazu edukacji”, „Karzcie lepiej za pedofilię w kościele”, „Edukacja prawem”, „Witamy w Średniowieczu”, „Lepiej w szkole niż z pornosów”, „Pornhub dla posłów, edukacja seksualna dla dzieci”. Policja zamknęła dla ruchu ulicę Matejki.

Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet otworzyła zgromadzenie przy Wiejskiej. – Tym, co dzieje się w parlamencie zarządzają fundamentaliści z Ordo Iuris, w których agendzie jest zakaz aborcji i walka z osobami homoseksualnymi. Teraz wzięli na warsztat edukację seksualną – powiedziała ze sceny Marta Lempart. Tłum skandował: „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”.

– Są ludzie, którzy chcą mówić o chorobach przenoszonych drogą płciową i to ich chcą wsadzać do więzienia. Wiedza to potężna broń – mówił Tomasz Piątek. Tłum zaczął skandować: – Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek.

Na proteście pojawiła się Anja Rubik, która została przywitana entuzjastycznymi brawami. – Żadna władza nie może nam odebrać prawa do edukacji. Edukacja seksualna nie jest deprawacja seksualną. Deprawacja to pozbawianie młodych wiedzy o ich ciałach i uczuciach. Bez edukacji jesteśmy bezbronni wobec propagandy, która mówi, żebyśmy czuli dyskomfort. Rząd prowadzi wojnę z niewinnymi i przerażonymi dzieciakami – mówiła ze sceny Anja Rubik.

– Ja się nie boję. Mówimy o prawach człowieka, żadna ustawa nie może nam tego odebrać. Nie pozwolimy na to – dodała. Tłum zaczął krzyczeć: „Edukacja seksualna”!

Sędzia Jarosław Wyrembak oficjalnie zażądał dymisji prezes TK Julii Przyłębskiej – podaje Onet.pl w tekście Andrzeja Stankiewicza.

Stało się to 17 września na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Podczas posiedzenia sędzia Wyrembak przekazał na piśmie wszystkim członkom Trybunału swoje oświadczenie. Zarzucił Przyłębskiej „łamanie prawa”. Napisał też – jak podaje Onet – o podejmowaniu działań, dla których nie znajduje żadnej legitymacji prawnej, które rażąco naruszają elementarne reguły praworządności”. Twierdzi też, że prezes TK unika dyskusji o sytuacji Trybunału. Zaapelował o jej dymisję.

Wyrembak ma 50 lat. Jest karnistą i doktorem habilitowanym nauk prawnych zatrudnionym na stanowisku profesora nadzwyczajnego na Wydziale Prawa i Administracji Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie. W przeszłości pracował na UW, był adwokatem, później został notariuszem i prowadził własną kancelarię notarialną. W 2010 r. wstąpił do ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Ten fakt nie przeszkadzał PiS zgłosić go w 2015 r. najpierw do Trybunału Stanu, a potem do Trybunału Konstytucyjnego.

W TK zajął miejsce sędziego Henryka Ciocha, który zmarł w 2017 roku. Cioch był dublerem, a zatem Wyrembak został dublerem dublera. Wszedł na jedno z trzech prawomocnie obsadzonych miejsc sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji, od których prezydent Andrzej Duda nie odebrał przysięgi.

Jeszcze w ubiegłym roku, przed wyborem, chwalił Przyłębską.

– Chcę podkreślić, że wysiłkiem pani prezes Julii Przyłębskiej w TK przywrócono pewną normalność. Chciałbym podkreślić, że wysiłkiem pana prezydenta i Sejmu udało się przywrócić względny spokój wokół funkcjonowania Trybunału – mówił podczas posiedzenia komisji, która oceniała jego kandydaturę.

Prezes NIK Marian Banaś nie chce złożyć rezygnacji ze stanowiska. Po południu CBA miało ogłosić wyniki kontroli jego oświadczeń majątkowych. Zwlekało. PiS najwyraźniej pogodził się, że plan „ratowania” NIK będzie trudniejszy – dowodzi tego ogólna treść wydanego w końcu komunikatu.

CBA zakończyło swoje czynności, a teraz „Pan Marian Banaś ma 7 dni na zgłoszenie uwag do zastrzeżeń CBA, które nie zostały wyjaśnione w trakcie trwania kontroli oświadczeń majątkowych” – tyle wynika z komunikatu. Jakie są te zastrzeżenia? Nie wiadomo. Nie ma też na razie mowy, by CBA kierowało na Banasia zawiadomienie do prokuratury.

Stanisław Żaryn, rzecznik koordynatora służb specjalnych, mówi „Wyborczej”, że wyniki kontroli nie muszą być podane do wiadomości publicznej.

Ogólna treść komunikatu dowodzi, że w PiS pogodzili się z tym, że nie uda się Banasia skłonić do rezygnacji z funkcji. Tym samym opisany wczoraj przez „Wyborczą” plan „ratowania” NIK przez partię rządzącą jest coraz trudniejszy do zrealizowania.

Rano na stronie NIK ukazało się oświadczenie dementujące wtorkowe informacje o dymisji Banasia. „Informacja ta jest nieprawdziwa. Prezes NIK przebywa na urlopie bezpłatnym, a zadania Najwyższej Izby Kontroli realizowane są zgodnie z przyjętym planem pracy” – podało biuro prasowe NIK.

Ultimatum dla Banasia

Dobrowolna rezygnacja była częścią planu PiS, który chciał ratować stanowisko prezesa NIK i szybko zastąpić Banasia swoim człowiekiem. Byłoby to możliwe tylko za zgodą obecnego Senatu, gdzie PiS ma większość. Nowy Senat wybrany 13 października daje już większość opozycji. Do zaprzysiężenia nowego parlamentu jest jeszcze prawie miesiąc, więc szansą na wybór prezesa NIK po myśli PiS byłoby zwołanie posiedzeń obu starych izb przed 13 listopada.

To, że rezygnacja Banasia była już podpisana, potwierdzają nasi informatorzy. – Banaś dostał we wtorek ultimatum. Miał do południa złożyć do PAP oświadczenie, że rezygnuje z powodu stanu zdrowia, kierując się odpowiedzialnością za państwo – mówi jeden z nich.

Z informacji „Wyborczej” wynika jednak, że plan ratowania NIK został uznany za „niemal niewykonalny”. Przeszkodą jest regulamin Sejmu oraz Ustawa o NIK. Regulamin określa na 21 dni czas zgłaszania kandydatów na prezesa. Ustawa mówi, że wybranego przez Sejm kandydata Senat zatwierdza w ciągu miesiąca. W PiS uznano, że nie da się tak nagiąć prawa, by zmieścić się w tych terminach. Tym bardziej że sam Banaś nie kwapił się do złożenia rezygnacji. Był do tego nakłaniany od wtorkowego poranku m.in. przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Nie chciał się poddać.

Obawy opozycji

Mimo to opozycja wciąż podejrzewa, że PiS rzutem na taśmę będzie chciał, by przed pierwszym posiedzeniem nowego Sejmu stary parlament wybrał następcę Banasia. O tym, że szykowane jest dodatkowe posiedzenie starego Sejmu, mówiła „Wyborczej” Izabela Leszczyna (KO-PO) Podobną informację podał w TOK FM poseł Cezary Tomczyk (też KO- PO). Jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, reprezentująca w Sejmie Koalicję, mówi nam, że na razie nie ma wniosku o kolejne posiedzenie.

„Obciążenie dla PiS”

Co będzie dalej?  W nieoficjalnych rozmowach politycy PiS mówią, że Banaś jest dla partii obciążeniem. Otwarcie mówił to w TVN24 Kamil Bortniczuk, poseł Porozumienia, wybrany z list PiS. Zaznaczył, że rezygnacja Banasia byłaby „dobrym rozwiązaniem”. W podobny sposób wypowiedział się Patryk Jaki (też w TVN24). Stwierdził, że Marian Banaś powinien „co najmniej rozważyć dymisję”. – Uważam, że ta sprawa była niedostatecznie przez niego wyjaśniona – podkreślił. Przyznał też, że dymisja prezesa NIK jest możliwa i „nie można wykluczyć, że coś się będzie działo w najbliższych dniach”.

Czy Banaś wróci z urlopu?

Kontrolę oświadczeń Banasia wszczęto w kwietniu 2019 r., ale tempa nabrała po wrześniowym materiale TVN. W filmie „Pancerny Marian i pokoje na godziny” stacja pokazała nieznane oblicze Banasia, który przez całe lata pełnił odpowiedzialne funkcje w resorcie finansów. Był tam wiceministrem, szefem służb skarbowych, a przed wyborem na szefa NIK ministrem finansów. Jak ustalił TVN, Banaś w swoich oświadczeniach majątkowych manipulował informacjami o 400-metrowej kamienicy, którą posiada w Krakowie. Kamienicę przez lata wynajmowali od niego ludzie z półświatka, oferując tam „pokoje na godziny” wykorzystywane przez prostytutki. To nie wszystko. Jak się okazało, kamienicę Banaś przez lata wynajmował po zaniżonej cenie, co jest oszustwem skarbowym. Sprzedał ją dopiero w sierpniu 2019, tuż przed wyborem na prezesa Izby.

Po wybuchu afery Banaś udał się na urlop. Miał się on skończyć po ogłoszeniu wyników kontroli CBA. W poniedziałek „Rzeczpospolita” podała, że kontrola nie wypadła korzystnie dla Banasia, jego majątek Banasia „nie spina się” z jego dochodami, a „kontrola majątku Mariana Banasia zakończy się najprawdopodobniej zawiadomieniem do prokuratury”. Na razie jednak CBA unika potwierdzenia tych informacji.

Czy teraz – po skończonej kontroli – Banaś wróci na stanowisko? Tak deklarował. PiS może argumentować (takie głosy już się pojawiały przed wyborami), że poprzedni szef NIK, Krzysztof Kwiatkowski, dwa lata swojej kadencji przepracował, mając prokuratorskie zarzuty o udział w ustawianiu konkursów na urzędników Izby. Nie podał się do dymisji, a bez prawomocnego wyroku w sprawie karnej prezes NIK jest nieusuwalny.

Widać wyraźnie, że PiS nie jest w stanie poradzić sobie ze sprawą Mariana Banasia. W trakcie kampanii wyborczej, dzięki kreowaniu go na ofiarę mafii VAT, deklaracji „o wzięciu urlopu” i propagandowym przykrywkom udało się ukryć niebywały skandal. Prezesem Najwyższej Izby Kontroli, najważniejszej instytucji kontrolnej państwa polskiego, decyzją PiS, został polityk, w którego kamienicy był hotelik na godziny kierowany przez gangsterów. Banaś, wcześniej szef Krajowej Administracji Skarbowej i minister finansów, unikał płacenia podatków, a jego oświadczenia majątkowe są mętne.

Problem Banasia może służyć za symbol sposobu działania państwa PiS – nadmiar wiary w „polityczną wolę” przy braku szacunku do instytucji, zasad demokracji i zaufania do ludzkiej inteligencji.

Tego problemu nie da się „modelowo rozwiązać”

Wszak w czasie debaty nad kandydaturą Mariana Banasia przedstawiciele opozycji ustami posła Roberta Kropiwnickiego alarmowali, że kandydat PiS ma niewyjaśnione kwestie majątkowe i trwa postępowanie CBA. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek wyłączyła mu wówczas mikrofon, uznając, że od tych informacji i troski o państwo ważniejsze jest wypełnianie partyjnych poleceń. Tak powstał „problem Banasia”.

PiS, gdy miał kłopoty, zwykł argumentować: każda partia ma swoje problemy, jednak PiS rozwiązuje problemy modelowo – szybkimi decyzjami o dymisji. Tylko że problemu szefa NIK nie da się „modelowo rozwiązać”. To stanowisko jest szczególnie chronione. W zasadzie jedyny sposób odwołania prezesa Izby ze stanowiska to jego rezygnacja. Potem powinna nastąpić procedura wyboru nowego szefa, która trwa minimum około 21-30 dni, bo tyle trzeba na zgłoszenie kandydatury i opinie komisji. PiS chce jednak wybrać „swojego” szefa NIK, by zaakceptował go jeszcze „swój” Senat.

PiS może wybrać drugiego „Banasia”

Jeśli PiS będzie chciał wymóc dymisję Banasia i wybrać swojego szefa NIK, zapewne zaproponuje opozycji udział w kolejnym sejmowym galopie bez oglądania się na procedury, bez rozpatrywania wątpliwości.

Czy opozycja powinna to akceptować? Wręcz przeciwnie, powinna zrobić wszystko, by procedury związane z wyborem zostały zachowane. Nie ma bowiem żadnych gwarancji, że PiS w ten sposób nie wybierze sobie drugiego „Banasia” kompromitującego kraj.

Stoimy nie przed alternatywą: NIK z Banasiem czy bez Banasia. Ale przed alternatywą: albo pisowski Banaś, albo szanowany przez polityków wszystkich ugrupowań prezes NIK wybrany z zachowaniem demokratycznych procedur przez nowy Senat.

Jarosława Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Ostatnie posiedzenie Sejmu tej kadencji jest naprawdę dziwne. Poseł Platformy Sławomir Nitras ogłosił, że na biurku marszałek Elżbiety Witek jest już dymisja prezesa NIK Mariana „Mam kamienicę z pokojami na godziny” Banasia. Witek tę informację zdementowała, obrady Sejmu zostały przerwane, a posłowie PiS kpili z fake newsa. Tyle że informację o dymisji – i że następcą Banasia ma zostać minister rozwoju Jerzy Kwieciński – potwierdziło mi poważne źródło rządowe. Polityk PiS spoza rządu przyznaje zaś, że szef NIK był do dymisji namawiany.

PiS po wyborach się spieszy

Partia rządząca chciała posprzątać w NIK jeszcze w tej kadencji, bo potem może być ciężko z wyborem nowego prezesa, gdyż nie da się tego zrobić bez zgody Senatu, a tam większość zdobyła opozycja. Informacja o dymisji – choć podana przez posła PO – mogła zatem być wypuszczona z obozu władzy. Żeby spalić Kwiecińskiego? Ocalić Banasia? Żeby pokazać siłę przed negocjacjami składu rządu? Koniec tej kadencji byłby w takiej sytuacji zapowiedzią kłopotów PiS w przyszłej.

Po czterech latach rządów przy dobrej koniunkturze, po rozdaniu kilkudziesięciu miliardów, przy wsparciu finansowym największych spółek i po końskiej dawce prorządowej propagandy w mediach publicznych PiS wylądował w niemal tym samym miejscu w 2015 r. – z 235 posłami, za to bez większości w Senacie. Nic zatem dziwnego, że Jarosław Kaczyński w znamiennym przemówieniu na wieczorze wyborczym nie brzmiał jak zwycięzca wyborów. Brzmiał jak człowiek zły, rozczarowany i bezradny; o czymże innym świadczą bowiem słowa: „Jeśli przed nami kolejne cztery lata rządzenia, to czeka nas najpierw refleksja nad tym wszystkim, co się udało, ale także nad tym, co się nie udawało i co spowodowało, że poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać”, a także fragment jeszcze dobitniejszy: „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”.

Kaczyński brzmiał jak człowiek, który po długiej wspinaczce zdobył szczyt, rozejrzał się i zrozumiał, że teraz może już tylko schodzić. Nie ma komfortowej większości, nie udało się wykończyć PSL, wypączkowała Konfederacja. PiS po długiej i udanej kampanii na finiszu popełnił błędy. Obietnica podniesienia płacy minimalnej wystraszyła przedsiębiorców (bo to oni mieli te płace podwyższać), co sprawnie wykorzystał PSL w spotach. O tym politycy PiS mówią chętnie; bez zahamowań krytykują też Jacka Kurskiego, widząc w nim akuszera sukcesu konfederatów (bo TVP na finiszu zaczęła poświęcać im bardzo dużo miejsca).

Nikt głośno nie powie natomiast, że wynikowi PiS zaszkodził sam Kaczyński, który w ostatnim tygodniu zlitował się nad Koalicją Obywatelską i postanowił zmobilizować jej zwolenników głośną obietnicą piętnowania elit, które „pracują dla wrogów”. To był dobry, stary prezes, który przez większość kampanii krył się za maską dobrotliwego ojca narodu.

Więcej posłów dla Ziobry i Gowina

Zły humor prezesa po zwycięskich wyborach można też tłumaczyć nadmiernym z jego punktu widzenia rozrostem Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. W porównaniu z 2015 r. PiS stracił, a oni zyskali: Solidarna Polska i Porozumienie mają po 18 posłów. I myślą o następnych. Ziobryści rozmawiają ponoć z paroma konfederatami, gowinowcy kuszą platformersów. Ani Ziobro, ani Gowin nigdzie się na razie nie wybierają, ale stanowią siłę, z którą Kaczyński musi się liczyć przy podziale tortu w rządzie, urzędach wojewódzkich i spółkach. Ziobro domaga się co najmniej drugiego ministerstwa („ważniejszego niż sport”, jak to ujął jeden z moich rozmówców), za co łaskawie zgodzi się na nominację dla Mateusza Morawieckiego. Gowin Morawieckiego popiera, ale w zamian chce stanowisk w spółkach oraz ważnego resortu gospodarczego lub prestiżowego MSZ. A więcej kawałków tortu dla koalicjantów to mniej syty PiS, bo pula stanowisk jest ograniczona.

Powie ktoś, że w poprzedniej kadencji było podobnie, ale to nieprawda. Obaj koalicjanci byli wówczas dużo słabsi, a bezpieczeństwo PiS zapewniał klub Kukiz ’15, który co głosowanie dzielił się na frakcje pro- i antyrządową, aż się podzielił całkiem. Ziobro w 2015 r. miał ledwie kilku posłów i łatkę zdrajcy – dziś to jeden z najpotężniejszych polityków w Polsce, który stworzył sobie całą armię. Jej częścią są posłowie bliscy Patrykowi Jakiemu: młodzi, radykalni i zapatrzeni w europosła, który wspierał ich w kampanii. To m.in. Jacek Ozdoba, Sebastian Kaleta, Paweł Kowszyński czy Aleksandra Szczudło. Na tę gromadę z respektem spoglądają pisowcy. O ile bez problemu pokpiwają sobie – nawet w rozmowach z „Polityką” – z Gowina, o tyle do Ziobry podchodzą z niejakim szacunkiem. A otoczenie Morawieckiego patrzy – wręcz z lękiem.

Jak rządził premier Kaczyński

– Moim marzeniem jest wyeksportowanie go za granicę na jakieś stanowisko, którego nie będzie mógł nie przyjąć – mówił na Kongresie 590 w Rzeszowie rozmówca zbliżony do premiera, przyznając tym samym, że Morawiecki nie będzie miał nic do powiedzenia w sprawie przyszłości Ziobry w rządzie. Ziobryści ze swej strony podgryzają premiera. – W 2017 r. Ziobro nie chciał, żeby Morawiecki zostawał premierem, bo uważał, że byłoby nieroztropnie dawać tę funkcję komuś, kto w którymś śledztwie może zmienić status świadka na podejrzanego – mówi prominentny ziobrysta. Kaczyńskiego – który miał po wyborach przejść operację kolana i spokojnie się rehabilitować – czeka zatem niełatwy początek kadencji, a w jego obozie dzieje się bardzo dużo i bardzo ciekawie.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Zero Ziobro, Zero Przyłębska i Buc Gliński

1 Paźdź

Mieszkanka Sosnowca poprosiła przebywającego w tym mieście ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę „na słowo”.

Wymianę zdań zarejestrowała kamera TVN24 i pokazało „Szkło kontaktowe”. Chwilę wcześniej kilka osób dziękowało mu za przybycie, tymczasem kobieta spokojnym głosem powiedziała: – Przykro mi, że ta Polska przez was wygląda tak jak wygląda. Nie liczycie się z nikim. Proszę mi wybaczyć, ale pan szczególnie jest zero, tak jak powiedział pan (Leszek) Miller. 

Minister najpierw odpowiedział krótkim „rozumiem”, lecz po chwili zaczął się bronić (do czego ma wszak prawo).

Po jakie argumenty sięgnął? – Wie Pani, że mafiom odebraliśmy 500 plus? Czy pani wie, że mafiom odebraliśmy 500 plus? – argumentował minister. – Czy pani wie o tym, że trzynasta emerytura? Cieszę się, że mafiom odebraliśmy – uparcie powtarzał, ignorując pytanie, czy „chodzi po sklepach”.

Trudno o bardziej czytelny sygnał, co władza sama o sobie myśli.

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Proces o ochronę dóbr osobistych z ministrem sprawiedliwości wygrała prawomocnie sędzia Justyna Koska-Janusz (na zdjęciu). Sąd apelacyjny orzekł, że minister nie może publicznie krytykować sędziów. Nakazał przeproszenie sędzi za podważanie jej kompetencji oraz za bezpodstawną krytykę w komunikacie resortu z 2016 r. A sam komunikat ma zostać jako świadectwo

To pierwsza prawomocna wygrana sędziego w Polsce z obecnym ministrem sprawiedliwości. We wtorek 1 października 2019 Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał w większości niekorzystny dla ministra wyrok sądu pierwszej instancji.

Resort sprawiedliwości musi teraz zamieścić na swojej stronie internetowej oświadczenie o treści:

„Przepraszam sędzię Justynę Koskę-Janusz za bezprawne naruszenie jej dóbr osobistych, polegające na naruszeniu dobrego imienia, narażeniu na utratę dobrej opinii oraz zarzuceniu niewłaściwego postępowania przy pełnieniu funkcji sędziego”.

Oświadczenie ma być podpisane: minister sprawiedliwości.

„Przepisy prawa nie przewidują kompetencji ministra sprawiedliwości do publicznej krytyki pracy sędziego, a tym bardziej krytyki nieuzasadnionej o charakterze naruszającym dobra osobiste sędziego” – uzasadniała wyrok sędzia Marzanna Góral, przewodnicząca składu orzekającego sądu apelacyjnego i referent tej sprawy. Podkreślała, że krytyka sędzi ze strony ministerstwa była ingerencją w wykonywanie władzy sądowniczej.

Sędzia Marzanna Góral ogłasza wyrok.

Ziobro odwołał sędzię, u której przegrał prywatny proces

Sędzia Justyna Koska-Janusz to pierwsza sędzia w Polsce, która wygrała prawomocnie spór z obecnym ministrem sprawiedliwości. Jako pierwsza w Polsce odczuła też szykany ze strony obecnej władzy i jako pierwsza zdecydowała bronić swojego dobrego imienia pozywając ministra do sądu.

Sędzia w spór z ministrem Ziobro weszła w październiku 2016 roku. Wtedy resort Ziobry odwołał ją z delegacji do orzekania w stołecznym Sądzie Okręgowym. Sędzia wróciła do macierzystego sądu rejonowego. O tę decyzję zaczęli dopytywać dziennikarze, bo było to o tyle dziwne, że wcześniej resort Ziobry sam zgodził się na delegowanie sędzi. Ponadto minister może skrócić sędziemu delegację tylko w wyjątkowych wypadkach.

Okazało się też, że Koska-Janusz kilka lat wcześniej wcześniej prowadziła proces, w którym minister Ziobro złożył prywatny akt oskarżenia przeciwko byłemu prezesowi PZU Jaromirowi Netzlowi. Ziobro ten proces przegrał.

W dodatku sędzia ukarała go karą finansową za spóźnienie się na jedną z rozpraw. Nasuwało się więc podejrzenie, że Ziobro odwołując delegację Koski-Janusz kierował się osobistymi pobudkami. Choć minister potem temu zaprzeczał.

Uderzenie komunikatem

Ministerstwo, pytane przez dziennikarzy o powody odwołania sędzi z delegacji, wydało na swojej stronie internetowej komunikat, w którym tłumaczyło rzekome powody decyzji.

W komunikacie napisano, że Ziobro zgodził się na delegację dla sędzi do sądu okręgowego, ale już po tej decyzji do resortu miała dotrzeć informacja, że sędzia „miała się wykazać wyjątkową nieudolnością i zupełnie nie radzić sobie z prowadzeniem prostej, choć głośnej sprawy, co było szeroko komentowane w mediach”.

Chodziło o sprawę Izabelli Ch., która pod wpływem alkoholu w 2013 roku wjechała samochodem do przejścia podziemnego w centrum stolicy. „Media obwiniały prowadzącą postępowanie Justynę Koskę-Janusz o pobłażliwość wobec oskarżonej i nieudolność w prowadzeniu sprawy” – napisano w komunikacie.

Po uzyskaniu tej informacji minister miał skrócić delegację, by „uniknąć zarzutu, że w Sądzie Okręgowym, do którego trafiają sprawy skomplikowane i trudne, orzeka taki sędzia. W Sądzie Okręgowym powinni orzekać tylko sędziowie o wysokich umiejętnościach, sprawności i profesjonalizmie”.

Problem w tym, że sędzia Koska-Janusz sprawą Izabelli Ch. zajmowała się zaledwie kilka godzin. Dostała ją na dyżurze, podczas którego rozpatrywane są sprawy w trybie przyspieszonym. W tym trybie orzeka się w prostych przypadkach, np. gdy sprawców złapano na gorącym uczynku, a ich wina i dowody potwierdzające winę są bezsporne.

Sędzia miała jednak wątpliwości czy Izabella Ch. jest poczytalna i odesłała sprawę prokuraturze – do zbadania w zwykłym trybie. Ta powołała biegłych psychiatrów. Okazało się, że sędzia miała dobrą intuicję: biegli potwierdzili, że Izabella Ch. jest niepoczytalna. Ostatecznie sprawę umorzono, a Ch. trafiła na leczenie.

Minister broni się prawem do krytyki

Dlatego sędzia Justyna Koska-Janusz skierowała pozew cywilny do sądu. Formalnie pozwanym był skarb państwa, reprezentowany przez ministra sprawiedliwości. Bo minister jako szef resortu odpowiada za działania pracowników z biura prasowego, którzy przygotowali komunikat.

Sędzia zarzuciła, że w komunikacie podważono jej kompetencje zawodowe (minister nie może oceniać pracy sędziów, nie ma do tego prawa) i dobrą opinię, ważną w zawodzie sędziego.
Ministerstwo broniło się zaś prawem do wolności wypowiedzi i prawem do krytyki osób publicznych, czyli też sędziów. Podważało też decyzje sędzi w sprawie Izabelli Ch.

W marcu 2018 roku Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał ministrowi zamieszczenie przeprosin sędzi na swojej stronie internetowej oraz nakazał usunięcie komunikatu ze strony resortu. Nie uwzględnił jednak żądania zapłaty 10 tys. zł na cel społeczny i przeprosin w prasie.

Sąd Okręgowy w wyroku podkreślał, że władzy wolno tylko tyle, ile wynika z przepisów, a minister sprawiedliwości nie ma kompetencji do oceny działania sędziego oraz jego czynności procesowych. Sąd uznał też wtedy wypowiedzi z komunikatu na temat sędzi, za bezprawne. OKO.press pisało o tym wyroku:

Resort Ziobry przegrał z sędzią. Ma przeprosić Justynę Koskę-Janusz za zniesławiający komunikat. Sąd: „Im nie wolno wszystkiego”

Od tego wyroku apelację złożył minister. We wtorek Sąd Apelacyjny w Warszawie w trzy osobowym składzie wydał prawomocny wyrok.

Komunikat ma zostać na stronie jako świadectwo

Sąd Apelacyjny w Warszawie w większości podtrzymał wyrok sądu okręgowego, ale uchylił nakaz usunięcia uderzającego w sędzię komunikatu. Sąd uzasadniał to prawem społeczeństwa do dostępu do archiwów w internecie. Podkreślał też, że sąd nie może poprawiać historii.

„Pozostawienie wpisu [komunikatu – red.] jest świadectwem historii i sposobu funkcjonowania w tym czasie ministra sprawiedliwości” – zaznaczała sędzia Marzanna Góral, przewodnicząca składu orzekającego i referent tej sprawy.

Dodała, że sędzia Koska-Janusz w odrębnym postępowaniu może wnosić o zamieszczenie obok komunikatu zastrzeżenia informującego o zapadłym wyroku.

Sąd apelacyjny zgodził się z ustaleniami sądu okręgowego. Komunikat uznał za nierzetelny, zawierające niesprawdzone fakty i nie zasadne oceny. Oparty tylko na doniesieniach medialnych, których minister nie sprawdził, choć miał dostęp do akt z oceną pracy sędzi Koski-Janusz. „Ale z tego nie skorzystał. Nie zweryfikowano doniesień medialnych” – podkreślała w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia. I dodała, że pracy sędziego nie ocenia się wydając komunikaty.

Sąd apelacyjny przyjął, że komunikat stawia sędzię w złym świetle i ją dyskredytuje. Przez co narusza jej dobra osobiste. Sugeruje też, że Koska-Janusz nie spełnia kryteriów zawodowych do orzekania w sądzie okręgowym.

Sąd apelacyjny rozważał, czy minister tak jak zwykły obywatel ma prawo do krytyki i swobody wypowiedzi. I orzekł, że nawet gdyby tak przyjąć, to swoboda wypowiedzi nie jest absolutna i podlega ograniczeniom, jeśli narusza czyjeś dobra osobiste.

Sędzia Marzanna Góral w ustnym uzasadnieniu wyroku podkreślała, że od osób pełniących najwyższe funkcje w organach władzy wykonawczej należy wymagać szczególnej staranności i powściągliwości. I umiarkowania w formułowaniu krytycznych wypowiedzi wobec „przedstawicieli władzy sądowniczej”.

„Ze względu na oczywiste ryzyko narażania wymiaru sprawiedliwości jako całości na utratę autorytetu, podważenia do niego zaufania i jego bezstronności” – uzasadniała sędzia Góral.

Ten wyrok razem z nią wydały sędzie Beata Byszewska i Dagmara Olczak-Dąbrowska.

Resort Ziobry idzie w zaparte

Ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry nie było na ogłoszeniu wyroku. Nie musiał być, był jego pełnomocnik, mec. Hubert Kubik, który powiedział po wyroku, że będzie rekomendował ministrowi złożenie kasacji do Sądu Najwyższego.

„Nie naruszono dóbr osobistych sędzi. Nie zgadzamy się z sądem apelacyjnym, że nie ma przepisów zezwalających na krytykę sędziów. Podobnych przepisów nie mają też inne grupy zawodowe” – mówił mec. Hubert Kubik. Dodał, że nie wie, czy teraz ministerstwo zamieści na swojej stronie internetowej oświadczenie z przeprosinami.

Sędzia Justyna Koska-Janusz była zadowolona z wyroku. Mówiła, że wolałaby nie składać tego pozwu, żeby wykazać nieprawidłowe działanie ministra sprawiedliwości.

Sędzia Koska-Janusz 

Ministerstwo sprawiedliwości nie przejęło się jednak przegraną w sądzie apelacyjnym z sędzią Justyną Koską-Janusz.

We wtorek 1 października po południu zamieściło oświadczenie na swojej stronie internetowej. Ministerstwo podtrzymuje krytykę sędzi o której pisze, że „zastosowała niewłaściwy tryb postępowania i poprzez taki błąd przyczyniła się do przedłużenia postępowania”.

Resort też narzeka, że nie mógł zapoznać się z aktami sprawy karnej dotyczącej Izabelli Ch., którą prowadziła sędzia Koska-Janusz. Co nie jest prawdą, bo sąd apelacyjny w wyroku wskazał, że minister mógł to zrobić, ale nie odnotowano prób przejrzenia akt.

I jeszcze jedno zdanie z obecnego komunikatu ministerstwa, które pokazuje stosunek resortu Ziobry do prawomocnych wyroków, nie po jego myśli: „Sąd Okręgowy wydał również wyrok bez wysłuchania racji ministerstwa i oceny jego argumentów”.

Cały najnowszy komunikat jest tutaj.

Sędzia Morawiec czeka na apelację

Na prawomocny wyrok sądu apelacyjnego czeka jeszcze sędzia Beata Morawiec, która też pozwała ministra sprawiedliwości za komunikat. Morawiec była prezesem Sądu Okręgowego w Krakowie, minister odwołał ją z tej funkcji.

Informację o tym podano jednak w komunikacie o zatrzymaniach na zlecenie prokuratury dyrektorów sądów. Morawiec z dyrektorami nie miała nic wspólnego, ale powstało wrażenie, że mogła ona mieć związek z nielegalnymi działaniami.

Sędzia wygrała z ministrem w sądzie pierwszej instancji. Minister ma ją przeprosić, bo sąd uznał, że celowo naruszono jej dobra osobiste. Sprawa czeka na apelację, bo minister się odwołał.

Ziobro ma przeprosić. Sąd: To był celowy zamiar naruszenia dobrego imienia sędzi Morawiec

Po przejęciu przez Prawo i Sprawiedliwość Trybunału Konstytucyjnego i postawieniu na jego czele “towarzyskiego odkrycia prezesa Kaczyńskiego” politycy zapewniali, że będzie działał szybciej, skuteczniej i wiarygodniej. W tempie iście wyścigowym można było usłyszeć o wielkich kompetencjach Julii Przyłębskiej, obdarowanej tytułem “Człowieka wolności” przez prorządowy tygodnik “Sieci”. Realia pokazują jednak, że praca Trybunału Konstytucyjnego przebiega w trybie leniwym i ospałym.

Dziennik Gazeta Prawna przyjrzał się zaplanowanej do końca roku działalności ciała prowadzonego pod światłym przywództwem Przyłębskiej – “Ze strony internetowej TK wynika, że trybunał nie ma planów na najbliższe miesiące. Do końca roku (i dalej) trybunalski kalendarz świeci pustkami” – pisze DGP. Domysły o braku planów krążą wokół wyborów – “Nie można wykluczyć, że ma to związek z okresem przedwyborczym. Sędziowie TK wolą nie skupiać na sobie uwagi polityków. Nie są bowiem pewni, skąd po wyborach zawieje wiatr i jaki w związku z tym los może ich czekać” – uważa dr hab. Jacek Zaleśny, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak pisze DGP na rozpatrzenie czeka wiele istotnych spraw z punktu widzenia wyborców, wśród których jest ta wniesiona przez posłów PiS dotycząca aborcji eugenicznej – “Od 2015 r. do TK wpływa mniej spraw, więc ma on coraz mniej pracy. Wydaje się więc, że gdyby była taka wola, mógłby już dawno rozstrzygnąć tę sprawę. Skoro tego nie robi, należy uznać, że celowo unika tego niewygodnego dla partii obecnie rządzącej tematu” – mówi Zaleśny. TK nie jest w stanie zająć się od stycznia 2017 r. wnioskiem prokuratora generalnego, podważającego wybór trzech sędziów dokonany w 2010 roku – “Ta sprawa powinna zostać rozstrzygnięta w pierwszej kolejności. (…) wniosek prokuratora jest wykorzystywany jako narzędzie do odsuwania bądź blokowania wykonywania obowiązków przez trzech legalnie wybranych sędziów trybunału” – komentuje konstytucjonalista.

Może najlepiej by było – jak w przypadku Mariana Banasia – gdyby Julia Przyłębska złożyła wniosek o bezpłatny urlop. Tak chyba będzie najuczciwiej w świetle braku planów na najbliższe miesiące. W tym czasie można dopracować do perfekcji przepisy kulinarne i odkryć nowe dania, którymi z powodzeniem można połechtać podniebienie Jarosława Kaczyńskiego. W trakcie uczty można swobodnie uzgodnić kolejne posiedzenia Trybunału Konstytucyjnego oraz kolejność zajęcia się pilnymi sprawami. Prezes TK tylko na tym skorzysta, bo perfekcyjna umiejętność gotowania przyda jej się na rynku pracy, gdy Prawo i Sprawiedliwość zostanie odsunięte od władzy.

– „Gliński w Plichtowie: Dzisiaj właśnie podpisałem list do dyrektora Luwru, który od dwóch lat próbuje od nas wypożyczyć Damę z gronostajem. Napisałem mu, że możemy rozważyć ten pomysł. Pod warunkiem, że on wypożyczy nam Mona Lisę” – taka informacja pojawiła się kilka dni temu na oficjalnym profilu na Twitterze Ministerstwa Kultury. W rzeczonym Plichtowie w Łódzkiem minister kultury wziął udział w koncercie z cyklu: „Z klasyką przez Polskę”.

Luwr – jedno z najbardziej znanych i uznanych światowych muzeów – o wypożyczenie jedynego w Polsce dzieła Leonarda da Vinci zabiega od dwóch lat. „Dama z gronostajem” miałaby się znaleźć na wystawie organizowanej z okazji 500-lecia urodzin da Vinci, na której zostaną zaprezentowane obrazy i szkice artysty wypożyczone z muzeów na całym świecie.

Zadziwiającą (żeby nie określać jej bardziej dosadnie) wypowiedź wicepremiera skomentowała była minister kultury – „Gliński odpisał dyrektorowi Luwru tak, że mu w pięty poszło. I jeszcze się na oficjalnym tłicie pochwalił, jaki to jest dzielny i gdzie ma jakiegoś dyrektorka z jakiegoś francuskiego muzeumka. Jak ćwierkają wróble na dachu, ten gość ma być wkrótce polskim dyplomatą. No powiem Wam, że bardziej niż śmieszne” – napisała na Facebooku Małgorzata Omilanowska.

– „Minister Gliński w akcji. Ręce opadają. On zapewne nawet nie wie, że zbiory archeologiczne Muzeum Narodowego w Warszawie to w znacznej części wieloletni depozyt Luwru. Który jednym mailem może je przenieść na przykład do Louvre Abu Dhabi – skomentował z kolei pisarz i poeta Jacek Dehnel.

Krytycznie odnoszą się do wypowiedzi Glińskiego internauci: – Na tym polega muzealnictwo – instytucje wypożyczalnią sobie nawzajem dzieła sztuki. Pewnie rzeczywiście mogliśmy dostać z Luwru coś naprawdę ciekawego, gdyby nasz minister miał minimalne kompetencje do pełnienia swojej funkcji”; – „Miło, że minister kultury postanowił pokazać, że potrafi być również regularnym bucem – taką wszechstronność należy docenić”; – „Czy ministrowi kultury przystoją takie aroganckie wypowiedzi? Nie wystarczy odpowiedź odmowna uzasadniona względami konserwatorskimi i bezpieczeństwa? Trzeba jeszcze się wyzłośliwiać w oficjalnych pismach? Nieprofesjonalne i niesmaczne”; – „Kultura w ministerstwie kultury to, jak widać, deficyt”.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Kaczyński jako premier zrobi z Polski Kaczy Stan. Z czasem stracimy niepodległość. I zostanie po nas kaczy smród. Z życia pasqud (mend) 16

11 Lip

Konkretne decyzje jeszcze nie zostały podjęte, ale w środowisku prawicy mówi się całkiem serio, że Jarosław Kaczyński obejmie tekę premiera, jeśli tylko PiS wygra jesienne wybory do parlamentu.

Najważniejsze jest to, że pragnie tego on sam osobiście „a to wystarczająca rekomendacja” – oznajmił Wirtualnej Polsce jeden z czołowych polityków z otoczenia lidera partii rządzącej.

Uważa on, że byłoby to dla Kaczyńskiego spełnienie politycznych ambicji i wcale nie jest to nierealne. „Sondaże wskazują, że idziemy po zwycięstwo. Nie ma powodu, dla którego, prezes nie angażowałby się w kampanię i po wyborach miałby nie stanąć na czele rządu” – wyjaśnia.

Podczas spotkań z wyborcami dyskusji na ten temat partia jednak nie przewiduje, zwłaszcza że kampanijni stratedzy wiedzą dobrze, iż Kaczyński nie jest w oczach opinii publicznej dobrze postrzegany.

W związku z tym zaczęto już testować, jak przyjmie się w opinii publicznej kandydatura Jarosława Kaczyńskiego na premiera.

Według ostatniego sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu„, okazało się, że 57 proc. respondentów nie chce, aby po wygranych przez PiS wyborach Kaczyński został szefem rządu. Kandydaturę poparło 23 proc., a 20 proc. odpowiedziało: „nie wiem„.

I tylko niewątpliwy entuzjasta prezesa oraz jego strategii europoseł Adam Bielan w rozmowie z tygodnikiem „Wprost” stwierdził, że objęcie teki premiera przez Kaczyńskiego po wygranych wyborach parlamentarnych byłoby „oczywiste„.  „Ja osobiście chciałbym, żeby Jarosław Kaczyński został jeszcze premierem. To jednak zależy od sytuacji politycznej w następnej kadencji” – stwierdził Bielan.

Wszystko to jednak nie zmienia obecnej sytuacji. Twarzą kampanii wyborczej będzie nadal premier Mateusz Morawiecki – informuje wp. To on będzie jeździł po całej Polsce i przekonywał wyborców do oddania głosu na PiS. W niektórych tylko miejscach razem z nim pojawi się prezes Kaczyński.

Moim odkryciem towarzyskim ostatnich lat jest Julia Przyłębska” – powiedział lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński w jednej z edycji programu „Pytanie na Śniadanie” w telewizji publicznej.

I to był błąd, bo prezes zdradził, że wbrew zapisom Konstytucji RP utrzymuje kontakty towarzyskie z sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

Jak czytamy w Onecie, związane ze Stowarzyszeniem Iustitia, Forum Współpracy Sędziów, w którego skład wchodzi kilkuset sędziów wybranych w sądach w całej Polsce, niepokoi się prywatnymi spotkaniami Przyłębskiej i to nie tylko z Kaczyńskim, ale również z Mateuszem Morawieckim.

Zdaniem FWS jest „absolutnie niedopuszczalne inicjowanie i utrzymywanie kontaktów towarzyskich z politykami mającymi istotny wpływ na działalność władzy wykonawczej lub ustawodawczej przez jakichkolwiek sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a w szczególności przez osobę pełniącą funkcję jej Prezesa. Istnienie takich nieformalnych kontaktów wywołuje uzasadnione wątpliwości co do bezstronności danego sędziego, podważa autorytet Trybunału oraz jego zdolność do wypełniania przypisanej mu konstytucyjnej roli„.

Pasqudy PiS prowadzą Polskę do faszyzmu. Z życia pasqud 14

9 Lip

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił polityk. Dodał, że najbardziej śmieszy go to, że w związku z tym, że rządzi PiS to nie wszyscy, ale część ludzi, którzy służyli reżimowi chowają to gdzieś pod koszulę, w staniki, w buty i mówią: „nie, nigdy w życiu nas tam nie było”.

To jest mendziarstwo” – ocenił, podkreślając, że „każdy ma swój życiorys i musi za ten życiorys brać odpowiedzialność”.

Polski populizm rości sobie prawo do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu i stawiania poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają; decyzje podejmowane są przez jedną osobę, co jest więcej niż zagrożeniem dla demokracji, bo jest już brakiem demokracji – takie m.in. tezy stawia w obszernym wywiadzie profesor uniwersytetu w Sydney Wojciech Sadurski.

  • – Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby winny dewaluacji tego strasznego pojęcia. Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego – mówi Sadurski
  • – Patrząc na nasz kraj przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest najgroźniejszym elementem ataku na demokrację – uważa
  • – Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Na tym nie może polegać demokracja – komentuje
  • – To chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć społeczeństwo zalewem fali imigrantów – ocenia

Z Wojciechem Sadurskim rozmawiałem za pośrednictwem Skype’a. Pan profesor jest prawnikiem konstytucjonalistą, filozofem, politologiem. Wykłada w Instytucie Europejskim uniwersytetu we Florencji oraz na uniwersytecie w Sydney, gdzie mieszka na stałe. Jest też bardzo aktywnym komentatorem w mediach społecznościowych.

Profesor Sadurski jest jednym z współtwórców Concilium Citivitas, rady, w skład której wchodzi kilkudziesięciu polskich uczonych pracujących poza granicami kraju. W dniach 9-10 lipca odbywa się pierwszy zjazd Concilium, na który wstęp jest wolny po rejestracji na stronie www.conciliumcivitas.pl. Onet jest partnerem medialnym wydarzenia, partnerem radiowym jest TOK FM.

Prof. Sadurski na zjazd Concilium Civitas nie zdołał dojechać, a kiedy rozmawialiśmy, był akurat w Santiago, stolicy Chile. Oto zapis najważniejszych wątków rozmowy:

Pisze Pan obszernie o populizmie. Czy może Pan to zjawisko zdefiniować?

Wojciech Sadurski: Populizm jest ogromnie szkodliwy i dla państwa, i dla społeczeństwa. Jest jednak zjawiskiem nie tylko polskim, ale i europejskim, światowym.

Uważam, że populizm jest reakcją na niedostatki demokracji liberalnej, ale reakcją niedemokratyczną i w tym sensie tak zwana demokracja nieliberalna, taka, która powstaje w reakcji na niedostatki demokracji liberalnej, jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym.

Demokracja – ta bezprzymiotnikowa – nieuchronnie zakłada nie tylko władzę większości, wyrażoną w wyborach, ale także to, by ten efekt wyborczy był ugruntowany pewnymi wolnościami i uprawnieniami obywatelskimi, bez których nie ma mowy o wolnych wyborach.

Jak by Pan opisał polski populizm?

Każdy populizm jest reakcją na pewne niedostatki sytuacji społeczno-politycznej, ale te niedostatki są różne. Stąd mamy do czynienia z populizmami w liczbie mnogiej na świecie, a nie z populizmem jednym i tym samym. Niemniej są pewne cechy wspólne i te cechy wspólne w Polsce przejawiają się w sposób wyjątkowo aberracyjny.

To jest, po pierwsze, niechęć do uznania pluralizmu politycznego i związane z tym roszczenie do przemawiania w imieniu całego, jednolitego narodu. I stawianie poza granicami tego narodu tych, którzy się z tym nie zgadzają.

Po drugie, niechęć do instytucji demokracji przedstawicielskiej i rozmaitych instytucji parlamentarnych, które wymagają trudnego uzgadniania kompromisów. Chodzi o podejście do demokracji na zasadzie, którą nazywam plebiscytarną, to znaczy na zasadzie plebiscytu nad przywódcą, a nie nad poszczególnymi politykami.

Po trzecie niechęć do rozmaitych instytucji tzw. wetujących, czyli instytucji opóźniających – wpływających, a czasem wręcz kwestionujących decyzje organu przedstawicielskiego, w oparciu o pewne ograniczenia o charakterze praw i wolności obywatelskich. To są sądy konstytucyjne, czy na przykład organy polityki finansowej, jak niezależny bank centralny, czy też służba cywilna, która nie jest jednoznacznie podporządkowana większości parlamentarnej.

Populizm odrzuca demokrację?

Populizm odrzuca tę strukturę instytucjonalną demokracji, która modyfikuje, a czasem kwestionuje decyzje większości parlamentarnej. Populizm działa na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”.

Skoro w plebiscycie wyborczym wyborca dał nam władzę, to przez okres najbliższej kadencji mamy carte blanche na rządzenie, a rozmaite instytucje, jak niezależne sądy, inne niezależne instytucje służby publicznej np. bankowości czy wojska, są pewnym irytującym balastem, który należy porzucić. To wszystko jest cechą populizmu wszędzie na świecie i tak jest niestety w tej chwili w Polsce.

Jak to działa?

Populizm opiera się na pewnych hasłach. Jeżeli uda się przekonać społeczeństwo, że populistyczny przywódca zna odpowiedź na problemy zawarte w tych hasłach, to jest to droga do zwycięstwa.

Do tych haseł należy po pierwsze bardzo silny antyelityzm lub antyestablishmentowość, czyli przekonanie społeczeństwa, że dotychczas rządząca elita oderwała się od społeczeństwa i nie rozumie, nie szanuje jego problemów.

Po drugie niechęć do „obcych”, najczęściej definiowanych jako imigranci lub uchodźcy, ale często są to również obcy „wewnętrzni”, czyli ludzie należący do innej niż dominująca religii i rasy, orientacji seksualnej itd. Przedstawia się tych obcych jako wrogów, zagrażających dotychczasowemu trybowi życia.

Po trzecie jest to frustracja klas średnich i średnich niższych, które uważają, że tracą swoją społeczno-ekonomiczną pozycję.

I wreszcie ostatnie z tych haseł, hasło kontrkulturowe, czyli lęk przed nowym w kulturze społecznej, lęk przed tym, co wydaje się sprzeczne z tradycyjnymi ustalonymi hierarchiami, światopoglądem, religią, rodziną itd. A zatem wołanie o równość, w tym równość dla społeczności LGBT, równość płci, niedyskryminacja, otwartość na „nowinki kulturowe”.

Populiści prawicowi przeciwko temu wszystkiemu mobilizują opinię publiczną, mówiąc, że oni są po stronie wartości tradycyjnych.

I teraz, jeżeli weźmiemy te cztery kategorie haseł, to w różnych konfiguracjach i z różną intensywnością występują one w różnych państwach, gdzie populizm dominuje. W Polsce wydaje mi się, że element społeczno-ekonomiczny ma raczej drugorzędną wagę. Ale największą wagę ma połączenie trzech haseł PiS-u, czyli antyelitaryzmu, lęku przeciwko obcym i tradycjonalizmu kulturowego.

Ale dlaczego publiczność tego słucha?

Te zjawiska, hasła, które wymieniłem, mają być odpowiedzią na niewątpliwie załamanie się dotychczasowego linearnego wzrostu pozycji klasy średniej i niższej średniej – to jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Ale jeżeli przyjrzymy się temu w Polsce, to tutaj widzimy, że trzy główne elementy, o których powiedziałem – element antyelitarny, antyobcy i tradycjonalizmu kulturowego – w sposób naturalny zaostrzyły się w ostatnich latach rządów PO.

Jeśli chodzi o pierwszy element, to mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z bezprecedensową sytuacją w całej Europie Środkowej, że jedna i ta sama formacja polityczna rządziła przez dwie następujące po sobie kadencje, czyli stosunkowo łatwo było dostrzec zmęczenie aktualnym establishmentem, aktualną elitą, ona już się opatrzyła, ale w pewnym sensie nastąpiło jakieś zmęczenie materiału.

Jeśli chodzi o drugi, to przecież jest chore i patologiczne, że Kaczyński mógł nastraszyć polskie społeczeństwo zalewem fali imigrantów, w szczególności imigrantów muzułmańskich. I wreszcie, jeśli chodzi o trzecią sprawę tradycjonalizmu, to jakby ten rosnący wpływ na świadomość publiczną ze strony rozmaitych nowych form egalitaryzmu, z których niektóre są sprzeczne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła. I to również jest kwestia mniej więcej ostatniej dekady.

Te trzy typy zjawisk nastąpiły z taką intensywnością, że zmiana ma charakter jakościowy. I mogły dać populistom odpowiedzi na wszystkie lęki związane z tymi trzema sytuacjami.

A co z zakwestionowaniem trójpodziału władzy?

Patrząc na Polskę przez okulary konstytucjonalisty, uznaję, że załamanie podziału władz jest absolutnie centralnym, najważniejszym, najgroźniejszym elementem ataku na demokrację, na instytucje demokratyczne. Ja przyjmuję definicję demokracji jako składającą się z trzech elementów, to znaczy z wolnych wyborów, praw i wolności obywatelskich oraz trójpodziału władz.

I w Polsce, jeśli chodzi o wpływ PiS-u na strukturę demokratyczną, to ten ostatni element uległ totalnej destrukcji, w odróżnieniu do pierwszych dwóch. Zatem mamy do czynienia z sytuacją, w której cała władza skoncentrowana jest w jednych rękach, czyli w rękach przywódcy partii większościowej, partii hegemonistycznej.

Jest to fundamentalnym nie tylko podważeniem, ale jest atakiem na same fundamenty demokracji. Bo demokracja wymaga, by cała władza nie była w jednych rękach.

Czy taki model demokracji jest wszędzie na świecie taki sam?

Mamy w światowym konstytucjonalizmie rozmaite modele. Mamy model tzw. trójpodziału władzy wywodzącego się od Monteskiusza, który to model generalnie panuje w Europie. I mamy model zwany w Stanach Zjednoczonych „checks and balances” (kontrola i równowaga) – to nie jest trójpodział władzy, ale zasada jest taka, że żadna z władz nie ma absolutnych kompetencji w swoim zakresie, czyli jest jakby kontrolowana i ograniczana przez inne instytucje.

W Polsce mamy do czynienia z zaprzeczeniem i jednego modelu i drugiego – nie mamy już trójpodziału władzy dlatego, że władza większości parlamentarnej, czyli władza ustawodawcza, kontroluje zarówno władzę wykonawczą, jak i w coraz większej mierze władzę sądowniczą. Nie mamy do czynienia z „checks and balances”, dlatego że władza lidera partyjnego jest niczym nieograniczona.

A dokładniej?

Struktura konstytucyjna, która mówi o tym, kto ma jakie kompetencje, nie ma odzwierciedlenia w faktycznym podejmowaniu decyzji publicznych, gdyż wszystkie istotne decyzje podejmowane są przez jedną osobę.

I teraz, gdyby nawet ta osoba była człowiekiem nadzwyczajnej mądrości i cnoty – a nie jest – ale nawet gdyby była, to sam ten fakt jest śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Więcej niż zagrożeniem – jest już brakiem demokracji.

W Polsce PiS-owi udało się prawie całkowicie obalić podział władzy. To znaczy, są jeszcze jakieś reduty niezależnej władzy, czyli niektórzy sędziowie, którzy nie poddają się dominacji ministra sprawiedliwości, czy organy takie, jak Rzecznik Praw Obywatelskich, który z kolei ma dużą moc symboliczną i prawną, ale bardzo małą moc sprawczą, bo nie podejmuje decyzji.

Tak naprawdę wszystkie inne instytucje realizują wolę jednego człowieka. Powtarzam: na tym nie może polegać demokracja. Demokracja musi być władzą ograniczoną. A w Polsce nie jest.

Ten autorytaryzm, o którym Pan mówi, odbieranie demokracji atrybutów demokracji, czy to nie brzmi jak faszyzm?

Nie, absolutnie to nie jest faszyzm. Natomiast skoro pan to słowo przywołał, chciałbym wyjaśnić, że należy odróżnić instytucjonalny faszyzm, czyli ustrój faszystowski, od dyskursu faszystowskiego.

Otóż w Polsce mamy do czynienia z obecnością już nie tylko śladowego, niestety, dyskursu typowo faszystowskiego. Nie obciążam za jego wprowadzenie samej władzy, natomiast obciążam ją za tolerowanie i czasem wykorzystywanie tego dyskursu. Na przykład nieskrywany rasizm widoczny w propagandzie antyimigranckiej jest dla mnie przejawem dyskursu faszystowskiego.

Polska nie jest państwem faszystowskim. Ktoś, kto by to powiedział, byłby, poza wszystkim innym, winny dewaluacji tego strasznego pojęcia.

Natomiast mamy do czynienia z elementami dyskursu faszystowskiego i jakkolwiek by to brzmiało radykalnie, to jestem gotów bronić tego poglądu i dawać dowody tego dyskursu w sferze publicznej, w tym także w telewizji publicznej. Bo to, że są jacyś faszyści gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, to jest to cecha każdego państwa demokratycznego – w każdym państwie demokratycznym mamy do czynienia z rozmaitymi typami aberracji.

W momencie jednak, gdy elementy tych aberracji są przejmowane przez telewizję publiczną, telewizję kontrolowaną przez władzę publiczną i utrzymywaną przez podatnika, w tym momencie ten dyskurs polityczny – dyskurs faszystowski – wpełza do życia publicznego i wtedy wszyscy musimy się temu przeciwstawić.

Czy to się może zmienić?

To znaczy, czy mam nadzieję, że najbliższe wybory coś zmienią? Oczywiście, że mam na to wielką nadzieję i bardzo bym tego chciał. Nie jestem jednak politologiem, kimś kto się zajmuje liczeniem słupków i wróżeniem z fusów o tym, jakie będą wybory, ale bardzo na to liczę i bardzo, bardzo tego pragnę dla Polski.

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność PiS – mówi Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Śledzi Pan kampanię PiS?

Generalnie rzecz ujmując tak, choć będąc w środku naszej kampanii, nie oglądam się na przeciwników. Nie prowadzę też walki wewnątrz partii, takie mam zasady. Każdego dnia robię swoje.

A słyszał Pan, że Jarosław Kaczyński na konwencji PiS powiedział: „Jesteśmy wyspą wolności i dlatego jesteśmy tak cenni dla całego świata”?

To jest absurdalne rozumowanie. Kaczyński od lat buduje alternatywną rzeczywistość. To przecież on jest autorem słynnych słów, że „nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. To oni – politycy PiSu podzielili Polaków na lepszy i gorszy sort, nazywali „kanaliami”, „zdradzieckimi mordami” z wtórującym Joachimem Brudzińskim krzyczącym na ulicy „komuniści i złodzieje”. A na okrasę, wisienka na torcie, pani premier Szydło krzycząca z mównicy sejmowej „nam się te pieniądze po prostu należały” to jest dla mnie kwintesencja PiS.

A jak się Panu podoba taki obrazek: Kaczyński z karabinem w ręku, spoglądający w celownik i hasło: „Przed nami nowe cele” .

A to nie jest jakiś mem?

Zdjęcie z takim hasłem zamieściło na Twitterze Małopolskie PiS jako reklamę konwencji tej partii w Katowicach…

Cała filozofia PiS polega na podziale Polaków, na podziale społeczeństwa, dewaluacji elit, próbie wymiany elit, destabilizacji instytucji państwa. To jest zamierzony plan, który Kaczyński wprowadza w życie, budując nienawiść każdego dnia. Wzbudza takie emocje, które powodują, że Polacy nie patrzą na „osiągnięcia” rządu, nie widzą tych wszystkich złych rzeczy, które dzieją się w rządzie. Budowanie tych emocji zasłania prawdę o rządzie i o tym, co tam się dzieje – myślę o sposobie rządzenia państwem, nepotyzmie, zatrudnianiu najbliższych, o nagrodach etc.

Wasza kampania już się zaczęła, chociaż jeszcze nie wiadomo, kto będzie w koalicji. PSL zostawiło decyzję Platformie, ale tak naprawdę to podjęło decyzję…

Uważam, że nie ma miejsca na spory w opozycji. To mnie bardzo boli, bo o to właśnie chodzi Kaczyńskiemu. Taki jest jego scenariusz – skłócona, polemizująca ze sobą, opozycja. Jestem przeciwnikiem dyskutowania opozycji ze sobą i o sobie, jestem zwolennikiem prowadzenia kampanii w walce o głosy wyborcze z PiS, a nie z Biedroniem, czy z Kosiniakiem-Kamyszem.

Kosiniak-Kamysz tego nie rozumie?

Jestem przekonany, że akurat Władek to rozumie. Pytanie tylko, czy jest dobry czas, żeby dyskutować między sobą i stawiać warunki, że z tym tak, a z tamtym nie.

Połowa społeczeństwa martwi się, czy dacie radę, czy wyciągnęliście jakieś wnioski z kampanii do Europarlamentu, czy wiecie, co poszło nie tak?

Czas kampanii opartej tylko i wyłącznie na billboardach, na konferencjach prasowych, na konwencjach partyjnych bezpowrotnie minął. Dzisiaj, w dobie Internetu, powszechnego i błyskawicznego dostępu do informacji, tysiąca opinii różnych ludzi na ten sam temat, nie można zbudować skutecznie kampanii tylko na konwencjach. To musi być interaktywna praca z wyborcami, dostosowana do nowych warunków i rzeczywistości, musi to być kampania na ulicy.

PiS ponoć podczas kampanii prezydenckiej Dudy korzystał z usług amerykańskiej firmy z Chicago. Czy opozycja ma takie wsparcie?

Tego nie wiem, ale ja najlepiej czuję się wśród ludzi, w niewielkich miejscowościach, miasteczkach, wioskach i taką kampanię zamierzam prowadzić.

Prezes Kaczyński nie ukrywa, że PiS korzysta z badań socjologicznych. Czy koalicja robi to również?

Oczywiście, że tak. Rozmawiamy z profesorami, ekspertami, socjologami, psychologami społecznymi, ale kluczem w polityce są jednak emocje wyczuwania nastroju społecznego. To jest najważniejsze w kampanii.

Wierzy Pan, że wystarczy wyjść do ludzi, uścisnąć dłoń i rozmawiać?

Kampania jest wieloaspektowa, musi być złożona z różnych elementów. Nie można dzisiaj wygrać wyborów, opierając się tylko i wyłącznie na dużym przekazie. Kampanię można wygrać, łącząc duży przekaz z intensywną pracą na ulicy. Jestem świeżo po bardzo trudnej, ciężkiej, dużej kampanii do Parlamentu Europejskiego i nie mam wątpliwości, że ten bardzo dobry wynik, który nawet mnie zaskoczył, uzyskałem dzięki temu, że spędziłem trzy miesiące na ulicy, dzień w dzień, od świtu do nocy.

Akurat Pan sobie świetnie radzi w rozmowach oko w oko z wyborcami. Czy jednak koledzy są równie dobrze przygotowani? Nie każdy ma zdolność wejścia w tłum i rozmawiania…

Każdy ma inne umiejętności, ale polityka to jest gra zespołowa i trzeba umieć to połączyć. Jedni mają wyjątkowy dar do organizacyjnego prowadzenia partii politycznych, drudzy mają dar, żeby być na ulicy, trzeci do analiz eksperckich i merytorycznych. Tylko połączenie tych zdolności daje dobry efekt.

Potrzebne są jakieś spójne opowieści, jakieś konkrety… Mówi Pan o tym, że np. na chemioterapię dla wszystkich Polaków chorych na raka w Polsce wydaje się rocznie 1,3 mld zł. Dokładnie tyle samo, ile obecny rząd przekazał na tzw. media publiczne? Czy ludzie to wiedzą?

Na każdym spotkaniu o tym mówię. Ludzie są zaskoczeni, dlatego że przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy ze skali tej kwoty. Nikt z nas miliarda prawdopodobnie na żywo nie widział. Kwota 1,3 mld to suma trudna do wyobrażenia, ale jak się powie ludziom na spotkaniu, że przekazano na „telewizję publiczną” pieniądze, które wydaje się rocznie na chemioterapię dla wszystkich ludzi chorych na raka w Polsce, to ludzie otwierają oczy szeroko i mówią – to jest niemożliwe. A ja mówię: to jest możliwe i to jest prawda.

Macie więcej takich faktów, krótkich, spójnych….

Oczywiście, rozmawiamy o sprawach bliskich ludziom. Ludzie pytają o ceny, to jest coś, co bardzo doskwiera, widzą to w swoim sklepiku, warzywniaku. Dziś pietruszka kosztuje około 20 zł za kilogram, a masło podrożało przeszło 50 proc. To są rzeczy, o których politycy muszą mówić, dlatego, że jeżeli będziemy mówili tylko o wielkich ideach, projektach politycznych, to nie trafimy do ludzi. To są dla nich obce tematy, ludzie muszą rozmawiać o tym, co dotyczy ich życia, o ich chodniku, drodze czy szkole. Często podchodzą do mnie i mówią: „polityka mnie nie dotyczy, ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, nie zdając sobie sprawy z tego, że polityka dzisiaj wkracza do prywatnego domu każdego z nas. Politycy dzisiaj chcą decydować, jak mamy żyć, z kim mamy spać, kogo możemy trzymać za rękę. Polityka wkracza na sale porodowe, mówi kobietom, jak mają rodzić dzieci. Polityka dzisiaj uniemożliwiła korzystanie z programu in vitro. To są fakty, na które codziennie wpływa polityka. Polityka też kształtuje to, jak będą wyglądały nasze szkoły 1 września. Polityka zdecydowała o tym, jak wyglądają podręczniki naszych dzieci. Mógłbym tak wymieniać bez końca…

Podczas ulicznych spotkań nie ma zbyt dużo czasu na odkłamywanie propagandy rządowej. Jesteście przygotowani na odpieranie zarzutów, często fałszywych?

Sianie propagandy nienawiści czy szerzenie nieprawd to specjalność obecnej ekipy rządzącej. Walczymy z tym. Dobry przykład mieliśmy w sobotę, kiedy na konwencji PiS użyto brutalnie człowieka, pana Andrzeja, którego spotkaliśmy na ulicy w Węgrowie i z którym sympatycznie porozmawialiśmy. Na szczęście udało mi się obnażyć manipulację pani premier Szydło oraz całych dywizjonów trolli internetowych, które ruszyły w tej sprawie i próbowały wmówić widzom i czytelnikom, że nasz sympatyczny śmiech był naśmiewaniem się z pana Andrzeja. Ten dzień, jak w soczewce pokazał, że ekipa PiS użyje każdego narzędzia, zniszczy każdego człowieka, dla swojego krótkiego celu politycznego.

PiS śledzi Wasze spotkania kampanijne?

W miniony weekend nie odstępowała nas ani na chwilę TVP Info.

A co najczęściej ludzie Wam zarzucają? Co do Was krzyczą na ulicy? Że odbierzecie 500+?

Ludzie rozsądni doskonale wiedzą, że tak się nie stanie. Że to jest kłamstwo stworzone i wmawiane przez PiS.

Ale głosują też nierozsądni…

Staram się wszystko tłumaczyć, bo jestem zwolennikiem nieodcinania się od elektoratu PiS, czy wręcz przekonywania go do siebie. W kampanii jeździłem głównie do miasteczek, w których mieliśmy najmniejsze poparcie, czy w których PiS wygrywał. Takim miasteczkiem,  gdzie nasze wyniki nie były najlepsze jest Białogard. Byłem tam wielokrotnie po to, żeby przekonać mieszkańców do siebie i udało się. Takich miast „odbijanych” jest dużo. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakieś miejsca to są bastiony PiS i tam nie ma po co jeździć. Ja w sobotę byłem w bastionie PiS na Podlasiu, byłem w Augustowie, Suchowoli, w Suwałkach…

Ale to nie są dla Pana przyjemne miejsca?

Nic podobnego. Spotkałem bardzo dużo sympatycznych reakcji. Były też negatywne zachowania, ale nie ma co się tym przejmować. Ludzie w większości byli zadowoleni, że byliśmy w ich miastach, że ich odwiedziliśmy, podaliśmy setki rąk, rozmawiali z nami. Niektórzy mówili, że na nas czekali.

To pewnie była akurat grupa waszych zwolenników…

Nie, na rynku rolno-towarowym w Białymstoku, o 8.00 rano, w sobotę, nie mogłem spotkać wycelowanej grupy. Ja się nie spotykam, jak Kaczyński z gronem swoich fanów przywiezionych autobusami, w zamkniętym pomieszczeniu i w tłumie ochroniarzy, tylko idziemy ekipą „Bartek team”, a teraz „Koalicja team”, na rynek rolno-towarowy w Białymstoku, tam, gdzie stoją ludzie i sprzedają marchewkę, pietruszkę, warzywa i są wkurzeni na rzeczywistość. Tam wchodzimy, ale nie po to, żeby mówili panie Bartku super, że pan przyjechał, tylko wchodzę przekonać gościa, który do mnie krzyczy komunisto. I w końcu go przekonuję.

A sprawdzał pan, jaki miał Pan wynik w Białogardzie?

Tak. W mieście Białogard nasza lista zdobyła 3 665 głosów, co dało 49,78%. Ja sam zdobyłem 2 647 głosów. Dodam, że w Koszalinie, wchodząc na giełdę koszalińską – to jest takie specyficzne miejsce, gdzie kilkanaście tysięcy ludzi handluje wszystkim w każdą niedzielę – udało mi się zdobyć więcej głosów niż cała lista PiS razem wzięta. Czyli wszyscy politycy PiS zdobyli mniej głosów niż ja, chodząc po giełdzie przez cztery niedziele.

Kampania to Pana żywioł… super skutecznie walczył Pan o siebie, ale teraz ma Pan walczyć o partię. To chyba nie to samo?

Mechanizmy są te same. Obiecałem koleżankom i kolegom nie tylko z PO, że pomożemy im w kampanii. Pomogę też niektórym politykom, bo mnie o to poprosili, w kilku kampaniach indywidualnych. W sobotę pomagaliśmy Tomkowi Cimoszewiczowi, Krzysiowi Truskolaskiemu, Bożenie Kamińskiej, Robertowi Tyszkiewiczowi. Będziemy pomagać też i innym koleżankom i kolegom.

Jest Pan tak silny psychicznie i fizycznie, że może Pan z siebie tak dużo dawać?

Nie mnie to oceniać, ale staram się zawsze robić to, co robię dobrze. I zawsze się przykładam niezależnie od tego, czy gram na gitarze, czy robię politykę, czy leczę dzieci.

Jak Pan znosi ataki, oskarżenia… Nie załamuje się Pan?

Nie. Mogę powiedzieć wszystkim trollom, którzy mnie tysiącami codziennie hejtują: szkoda waszych baterii. Niezależnie od tego, ile hejtu wylejecie będziemy robić swoje.

To jednak jest pan silny.

Staram się być silny i zdecydowany.

Trudno jest doradzać doświadczonym politykom Platformy, czy to nie jest tak, że w Platformie każdy wie najlepiej?

Nie ustawiam się w roli osoby doradzającej, ustawiam się w roli osoby pracującej.

Wierzy pan w zwycięstwo koalicji?

Jestem optymistą. Sytuacja polityczna w kraju jest bardzo trudna, to są najważniejsze wybory od 89 r. One określą przyszłość Polski, nie na cztery lata, a co najmniej na osiem, a nawet dwanaście lat. Te wybory będą decydowały o przyszłości naszych dzieci, naszych rodziców, babć, dziadków i nas samych. I nie ma dzisiaj miejsca na mówienie, że ja nie chcę brać udziału w polityce, że niech oni robią politykę, niech oni robią wybory, niech oni w końcu zwyciężą z tym PiS, niech oni odsuną PiS – to my razem musimy odsunąć PiS.