Tag Archives: Joanna Solska

Kaczyński, Kościół katolicki i PiS – zgnilizna rozkładająca Polskę

23 Gru

Najważniejsze zadanie polityczne demokratycznej opozycji w nadchodzącym roku to jej wygrana w wyborach.

Najpierw europejskich, a później w parlamentarnych. W europejskich szansa jest coraz większa, w parlamentarnych sukcesem będzie już zabranie „zjednoczonej prawicy” samodzielnej większości. To powinno być celem minimum bloku demokratycznego.

Prezydent Duda mówił w kontrolowanej politycznie przez PiS Trójce, że nic mu nie wiadomo, aby Nowogrodzka szykowała się na przyspieszone wybory parlamentarne. To samo mówią prezes i jego akolici. Tylko że zwykle jest z nimi tak, że jak mówią „białe”, to wychodzi „czarne”.

Jeśli mówią, że nie chcą polexitu, to chcą, tylko na razie czują się za słabi. Jeśli mówią, że żadnych ustępstw w sprawie takiej jak nowelizacja ustawy o IPN czy deforma sądownictwa nie będzie, to znaczy, że nastąpią.

Tak samo z wyborami. Jeśli wszyscy w PiS oficjalnie zaprzeczają, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Że „zjednoczona prawica” – przestraszona wyborami miejskimi, serią afer korupcyjnych z udziałem swych notabli i protestami pracowniczymi przeciwko podwyżkom cen i za podwyżkami wynagrodzeń – rozważa ucieczkę do przodu, póki w sondażach jeszcze nie spada dramatycznie.

Opozycja demokratyczna powinna szykować się na ten scenariusz. Nawet jeśli spietrana zjednoczona prawica pomysłu nie zrealizuje, opozycja może tylko zyskać na zwarciu szeregów, na zabraniu się do tworzenia wspólnych list wyborczych np. w wersji proponowanej przez senatora Marka Borowskiego. Każde ugrupowanie zachowuje swoją tożsamość polityczną, a zarazem startuje ze wspólnej listy. Stawka jest naprawdę wysoka: demokracja albo dyktat jednej partii.

Liderzy opozycji demokratycznej – bo jest też antypisowska opozycja nacjonalistyczna, skrajnie prawicowa, pod protektoratem o. Rydzyka oraz przymiarki do stworzenia partii Biedronia – nie mogą zmarnować szansy, jeśli chcą zmiany „dobrej zmiany” na lepszą. Czyli z z nacjonalistyczno-katolicko-populistycznej na europejsko-demokratyczno-obywatelską.

Warunkiem jest jak najszersza współpraca ponad różnicami i ambicjami. Tego boi się Kaczyński, który zrobi wszystko, by blok demokratyczny rozbić. Ma do dyspozycji propagandę i służby.

Prezes będzie rozgrywał mniejsze grupy opozycyjne przeciwko Koalicji Obywatelskiej. A różnego rodzaju polityczni fantaści będą snuli swoje sny o potędze, działając świadomie lub nieświadomie w interesie Kaczyńskiego, gdyż rozproszenie głosów oddanych na opozycję służy PiS-owi.

Co dalej? Może warto zanalizować obecne protesty na Węgrzech, gdzie arogancja i pycha Orbána połączyły przeciwko niemu niemal wszystkie ugrupowania opozycyjne. To może być zapowiedź innego „Budapesztu w Warszawie”.

Miało być pięknie. Jak na warunki polskie. Albo przynajmniej – bliżej europejskiego standardu. Środowiskowe domy pomocy nowego typu dla dorosłych. To te przypadki, które – choć chodzi o kochanych ludzi – zmieniają życie opiekunów w piekło. Całodobową opiekę nad osobą z ciężkim typem autyzmu, ze sprzężonymi niepełnosprawnościami, skutkującymi np. silną i niekontrolowaną agresją, można porównać do wyprawy na wojnę, na pierwszą linię strzału.

Uwaga jest cały czas napięta, czujność – na sto procent, ciało eksploatowane do granic. Żadna wojna nie trwa w nieskończoność. A życie opiekuna – właśnie tak. Nic nie jest tak potrzebne opiekunom jak podzielenie z kimś tej odpowiedzialności. I jakaś wyręka w codziennej, nieustannej harówce.

Ustawa „Za życiem” miała dawać nadzieję

Wydawało się, że wszystko jest na jak najlepszej drodze. Po trwających rok przygotowaniach, konsultacjach, rozmowach, zebraniu 12 tys. podpisów zainteresowanych osób – opiekunowie byli przekonani, że mają poparcie państwa. Przynajmniej takie były obietnice, zapisane zresztą w programie szumnie nazwanym „Za życiem”. Powstał nawet stosowny projekt ustawy.

Ustawa Za życiem – czy przeciwko?

Fakty dokonały się po cichutku, bez rozgłosu, bez zawiadamiania zainteresowanych. 18 grudnia rodzice odnaleźli na stronach ministerstwa rodziny link, a pod nim zmieniony projekt ustawy, z którego domy pomocy zniknęły. Nawet trudno powiedzieć, że chodzi o pieniądze. Środowisko opiekunów wypracowało model, jak przeprowadzić program właściwe bezkosztowo.

Mówi się, że chodzi o naciski Ministerstwa Finansów w sprawie… dofinansowywanych posiłków. W każdym razie resort negatywnie ocenił ten zapis, uznając, że „nie widzi sensu wydatkowania tych pieniędzy”. Bo i właściwie po co. Matki Polki sobie poradzą. Z uśmiechem, jak to na wojnie.

Po kraju rozlewa się fala strajków, których jednak nie można nazwać strajkami. Formalnie nimi nie są, choć każdy wie, o co chodzi. Niezadowolone z niskich płac grupy społeczne zamiast ogłaszać strajk, udają się masowo na zwolnienia lekarskie. Skutek ten sam albo lepszy, bo władza ustępuje. Tyle że przy okazji psuje się i tak słabe państwo.

Zanosi się na gorącą jesień protestów

Przemęczone pielęgniarki i „psia” grypa policjantów

Z L4 jako formy masowego protestu pierwsze skorzystały pielęgniarki. Odejście od łóżek pacjentów byłoby nieetyczne, ale udanie się „na chorobę” jest po prostu koniecznością. Panie są przepracowane, od dźwigania chorych mają nadwerężone kręgosłupy, właściwie każda w każdej chwili mogłaby się udać na zwolnienie – tłumaczyły działaczki związkowe. Wtedy jeszcze wielu z nas było po ich stronie. L4 były gestem rozpaczy, rząd uporczywie ignorował protesty.

„Psia grypa” policjantów już się z takim aplauzem społecznym nie spotkała. Była dowodem siły, a nie słabości tej grupy zawodowej. Policjantom nie wolno strajkować, więc masowo udali się na L4. Wybrali świetnie moment – władza wystraszyła się, że w setną rocznicę odzyskania niepodległości nie będzie miał kto ochraniać marszu, może dojść do tragedii. Skwapliwie zgodziła się nie tylko na podwyżki, ale także na oddanie przywilejów, również emerytalnych, które cofnęli policjantom poprzednicy. Nikt nawet nie próbował sprawdzić celowości wydanych zwolnień.

Rząd mięknie wobec masowych L4

Stało się coś jeszcze ważniejszego – rząd pokazał, że masowe L4 to najlepsza forma walki „o swoje”, o wiele skuteczniejsza niż protesty przewidziane prawem. Można powiedzieć – droga na skróty. I ludzie ten sygnał odebrali. Na L4 udali się pracownicy sądów, prokuratur, nauczyciele. Zawahali się weterynarze, być może kierowani poczuciem odpowiedzialności – więc ich protest nie przyniósł nic, im władza nie ustąpiła. A zastępca głównego lekarza weterynarii został nawet zdymisjonowany. Na drugi raz wyciągną z tego nauczkę.

Dlaczego lekarze masowo wydają lewe zwolnienia?

Wypada jednak zadać kilka pytań. Jak to się dzieje, że to właśnie Polacy wymyślili tak skuteczną formę protestu, a na pomysł ten nie wpadli inni? Niemcy, Czesi, a nawet Francuzi, którzy wymyślili tylko żółte kamizelki? Wygląda na to, że tylko u nas jest ta ogromna łatwość otrzymania zwolnienia, że właściwie każdy z nas może je dostać w każdej chwili i dziwne, że z tego nie korzysta. Jakbyśmy byli najbardziej schorowanym społeczeństwem na świecie. Lekarze wydają te lewe zwolnienia, nie zdając sobie sprawy, że każde L4 to weksel, za którym idą nasze publiczne pieniądze. Ogromne pieniądze. Zwolnienia przecież są płatne, dla policjantów znów w 100 proc., dla reszty w 80. Jeśli będziemy nadal z nich tak masowo korzystać, trzeba będzie podnieść i tak wysokie składki na ZUS.

Belfer Blog: W ramach strajku chorujemy

Do psucia państwa zachęca sam rząd

Rząd, który uparcie odmawia dialogu z protestującymi w sposób przewidziany prawem, mięknie przy masowych zwolnieniach, a więc sam do nich zachęca. Zachęca do psucia państwa i nic z tym nie robi. Lekarzy kontroluje się, ile i jakie refundowane recepty wypisali, czy aby nie pomylili się w stopniu refundacji. Za pomyłki są surowo karani, także finansowo. Ale za wypisywanie lewych zwolnień dla zdrowych ludzi żaden ukarany nie został. Mimo że wszyscy wiedzą, że zwolnienia są lewe. Uczniowie, którzy nie mają lekcji, gdyż ich nauczyciele udali się masowo „na chorobę” – też. Jaki wniosek wyciągną młodzi obywatele z tej lekcji, którą na pewno zapamiętają?

ZNP popiera protest nauczycieli

Patriotyzm? Np. uczciwy stosunek wobec własnego państwa

Zarówno rząd, jak i wielu z nas, ma usta pełne patriotyzmu. Premier publicznie wskazuje tych, którzy Polskę kochają bardziej, i gani tych, którzy mniej, to ten gorszy sort Polaków. Idą święta, warto byłoby się zastanowić, czym naprawdę jest patriotyzm? Czy pustą deklaracją gotowości przelania krwi za ojczyznę, czy raczej uczciwym stosunkiem do własnego państwa? Nasze państwo jest słabe, a lewe zwolnienia osłabiają je jeszcze bardziej. I są dowodem na to, że go nie szanujemy.

Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą forma polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy – mówi prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Mówi nie tylko o polityce. Też o adwencie i zbliżających się świętach Bożego Narodzenia.

JUSTYNA KOĆ: Kończy się adwent, lada dzień święta Bożego Narodzenia. Ile z tej zadumy podczas oczekiwania na narodziny Chrystusa jeszcze zostało?

PROF. STANISŁAW OBIREK:  Zależy w czyim domu i gdzie. Gdzieś na wsiach, w małych miasteczkach mamy do czynienia nawet z renesansem praktyk, które ja pamiętam z dzieciństwa. Mam na myśli roraty, w zewnętrznej formie bardzo atrakcyjne, szczególnie dla dzieci. Roraty obrosły szczególną symboliką światła, bo msza odbywa się przed wschodem słońca, gdy jest ciemno, wiec lampiony w ciemnych kościołach rzeczywiście robią wrażenie. Jeżeli proboszcz mądrze to wpisze w rytm szkolnych katechez, to jest szansa, że to oczekiwanie, jak sama nazwa wskazuje adventus, czyli przyjście, rzeczywiście jest. W miastach jest inaczej, ten rytm jest odsakralizowany, wyznaczany jest zupełnie czymś innym, niż rytmem liturgicznym.

Przynajmniej w Warszawie nie dostrzegam żadnych elementów oczekiwania, poza tym, że przystrojone ulice rozbłyskują światłami, co ma charakter czysto estetyczny, a nie sakralny.

Jaki jest to adwent dla polskiego Kościoła?
Poza kalendarzem powtarzającym się co roku można doszukiwać się każdorazowo wpisywania świąt w doraźny kontekst. Mam wrażenie, że Kościół polski ma z tym kłopot, poczynając od listu na 100-lecie odzyskania niepodległości, który miał być deklaracją ideową, jak to Kościół się cieszy z tego, co stało się 100 lat temu. Okazało się, że po pierwsze list został napisany już w marcu, po drugie jego ton był odklejony od rzeczywistości. List przeszedł bez echa i słusznie. Niektórzy wręcz z zażenowaniem odnotowali ten list. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że

Kościół polski przeżywa dramatyczny moment. Myślę tu o coraz głośniejszych przypadkach nierozliczonej pedofilii wśród księży. Okazuje się, że w większości są to sprawy mające już swoją zaszłość, nie są nowe. Wielu biskupów wyraźnie nie stosuje się do wytycznych Watykanu, czyli nie zgłasza tego ani do Watykanu, ani do prokuratury, wyraźnie gra tu na zwłokę. Zbliżające się święta są doskonałą okazją, aby oczyścić pamięć tej mrocznej strony Kościoła.

Po drugie, mieliśmy dość histeryczną reakcję na film „Kler” Smarzowskiego, gdzie również wątek pedofilski się pojawia, ale nie tylko, bo ukazanych jest tam siedem grzechów głównych. To, że już w tej chwili ponad 6 mln ludzi widziało ten film, pokazuje, że był on odpowiedzią na pewne zapotrzebowanie. Tu znowu nie widzę żadnej próby zmierzenia się z tym grzechem w swoich własnych szeregach. Ta lista jest długa, bo warto dodać jeszcze zaangażowanie polityczne po stronie antydemokratycznego reżimu, który od trzech lat wyraźnie demoluje nam demokrację i Kościół bardzo rachitycznie, nieśmiałym, niesłyszalnym głosem, jeśli w ogóle, odnosi się do tego. W większości widzimy, że kler darzy sympatią to, co się dzieje. To napawa niepokojem, bo pokazuje, że

Kościół zatracił taki kompas moralny i polityczny, powtarza błędy, które pojawiły się już po 1989 roku.

Błędy jednoznacznego zaangażowania politycznego po jednej stronie?
A nawet jednej partii. Zresztą społeczeństwo głosowało zawsze nogami, czyli robiło dokładnie na odwrót i dziś już nikt nie pamięta tych ugrupowań, które Kościół wspierał. Myślę, że w przypadku obecnej władzy Kościół także strzela sobie w stopę, bo będzie kojarzony po, mam nadzieję, szybkim odejściu tej formacji z tą antydemokratyczną partią.

Polski Kościół nie potrafi wyciągać wniosków także z doświadczeń w innych państwach, np. w Irlandii?
Ma pani rację. Żyjemy w epoce globalnej i informacje o sytuacji Kościoła katolickiego z całego globu docierają dość szybko. Irlandia w istocie jest najbliższa Polsce, także w sensie struktury katolicyzmu, takiego związanego mocno z tożsamością narodową. Irlandczyk to katolik, to ten w kontrze do silnego Kościoła anglikańskiego. Oczywiście w Irlandii nie było komunizmu, który był w Polsce, co też ukształtowało Kościół i jego pozycję. Natomiast

w bardzo krótkim czasie katolicka Irlandia, gdzie ten Kościół był dosłownie wszędzie, stała się krajem chyba najbardziej w tej chwili antykatolickim. W retoryce polityków to wyraźnie słychać, nie ma już przyzwolenia na mieszanie się Kościoła do polityki.

Premier, który jest otwartym gejem, także otwarcie wypowiada się przeciwko obecności Kościoła w przestrzeni publicznej, a są to ludzie, którzy reprezentują swoje społeczeństwo i mają silne poparcie. Kościół w Irlandii znalazł się na równi pochyłej przez własną niechęć do rozwiązania sprawy pedofilii.

Głośno było o skandalach, gdzie biskupi kryli pedofilów, podobnie jak teraz w Polsce?
Tam, w przeciwieństwie do Kościoła polskiego, doszło do powołania komisji państwowo-kościelnej, która przygotowała kilkusetstronicowy raport, który został opublikowany. Kościół płaci teraz cenę za swoją bierność i brak chęci zmierzenia się z własną ciemną stroną historii.

Nie tylko Kościół irlandzki może być tu lekcją?
Chociażby Kościół w Stanach Zjednoczonych. Tam już od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia z bardzo oporną, ale jednak systemową próbą zmierzenia się z pedofilią. Powstał nawet o tym oscarowy film „Spotlight”. Film jest oczywiście pewną fikcją, ale prawda jest taka, że dużą rolę odegrali tam dziennikarze i ich śledztwo sprzed kilkunastu lat. Na początku XXI wieku komórka śledcza „The Boston Globe” ogromnym wysiłkiem kilku lat pracy doprowadziła do dymisji kardynała Bernarda Lawa z Bostonu, doprowadziła do zdemaskowania procederu przenoszenia z parafii do parafii pedofili, co było największym szokiem dla Amerykanów.

Ostatnio w innej diecezji opublikowano podobne dokumenty, w konsekwencji czego szereg biskupów, a nawet kardynałów zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To wszystko powinno dać do myślenia polskim hierarchom.

Warto tu też wspomnieć przykład, może odległy, ale jakże głośny, czyli Chile, gdzie cały episkopat podał się do dymisji, a sam papież przyznał się do braku pełnej informacji. Kościół polski zdaje się nie zauważać tych przypadków. Owszem, w mediach liberalnych coraz częściej się o tym pisze, dyskutuje, ujawnia, organizacja „Nie lękajcie się” działa coraz prężniej, jest obecna w przestrzeni publicznej, ale Kościół mimo wcześniejszych deklaracji nie współpracuje w tej kwestii wystarczająco.

Te deklaracje pojawiły się jeszcze przed premierą filmu „Kler”, kiedy wiadomo było, że ta bomba zostanie odpalona. Kościół przeprosił nawet wtedy i obiecał rozliczenie. To był początek października i nic…
Tych deklaracji było więcej, nawet konkretni biskupi się wypowiadali na temat pedofilii w ich diecezjach. Pamiętam biskupa Czaję z Opola, Liberę z Płocka, biskupa polowego, prymas Polak też o tym mówił, więc tych deklaracji było wiele, trzymam kciuki, aby się udało.

Tu trzeba podkreślić, że nie chodzi o walkę z Kościołem, tylko o zadośćuczynienie ofiarom.

Niestety, moim zdaniem w Polsce mamy do czynienia z hipokryzją w Kościele i dobrze, żeby to słowo wybrzmiało, bo mamy szereg ludzi odpowiedzialnych, ważnych hierarchów, którzy deklarują jedno, a robią drugie. To samo można powiedzieć o pełnomocniku episkopatu ds. zwalczania pedofilii, który publicznie wielokrotnie mówił, że mimo ponawianych próśb żadnych danych na temat konkretnych przypadków pedofilii nie otrzymał.

Trzeba odnotować oczywiście przypadek chrystusowca, który został skazany prawomocnie, a ofiara otrzymała dość znaczną sumę, ale to jednostkowy przypadek, do tego wymuszony, gdzie była niezwykle jednoznaczna wina zakonu, który krył pedofila i nie zrobił nic, żeby ograniczyć jego zbrodniczą działalność. To jest najlepszy dowód, że

wspólne działanie sądu i mediów może coś zmienić w tej sytuacji, bo Kościół niczego się tak nie boi, jak mediów, jak złej opinii.

Słyszał, wiedział pan o tym, co robił ks. Henryk Jankowski?
W Gdańsku, w którym bywam często, to była tajemnica poliszynela, o tym się mówiło, o tym wiedzieli dziennikarze, ludzie, ale nie było woli, żeby o tym pisać czy mówić. Nawet „Gazeta Wyborcza”, która teraz tak bardzo się zaangażowała, wcześniej kroplomierzem dawkowała te informacje. To mi przypomina właśnie film „Spotlight”, o którym już wspominaliśmy. Oglądałem go niedawno po raz kolejny ze studentami, z którymi dyskutuję na tym przykładzie m.in. o tym, jak funkcjonuje demokracja lub nie funkcjonuje i jakie są mechanizmy jej działania w Stanach. Tam jest taka znacząca scena, gdzie sami dziennikarze przyznają, że już 20 lat wcześniej mieli sygnały, ale ich nie widzieli, nie odnotowali.

To oznacza, że jest taki martwy punkt, martwe pole, jak w przypadku kierowcy, który w lusterku bocznym w jednym miejscu nie widzi pojazdu, gdy ten go mija. Gdy wszystko każe nam wierzyć, że Kościół jest ostatnią instancją moralną.

Przecież wielu ludzi dawnej opozycji bywało u księdza Jankowskiego, bo to była instytucja. Od 1980 roku, kiedy biskup Kaczmarek wysłał go do stoczniowców, on stał się ważnym punktem odniesienia, niemalże jak Wałęsa. Wszyscy u niego bywali, a jednocześnie mówiło się, półżartem, że „woli blondynów”. Natomiast myślę, że nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to jest trwająca kilkadziesiąt lat historia pedofilii, z tragicznymi również przypadkami, opisanymi w reportażu „Dużego Formatu”.

Pomnik ks. Jankowskiego powinien zostać?
Może rację ma prof. Magdalena Środa, która napisała, że

pomnik powinien zostać jako pomnik wstydu, bo społeczeństwo polskie było i jest nadal ślepe na nadużycia, jakie się dzieją w Kościele, dla ratowania „większego dobra”.

Czy redemptorysta Tadeusz Rydzyk, który zakłada partię, wszedł na drogę amerykańskich pastorów, kaznodziejów, bogaczy zaangażowanych w politykę i sponsorujących kampanie?
Tadeusz Rydzyk to temat na oddzielną rozmowę. Na podstawie lektury świetnej książki Tomasza Piątka o Macierewiczu możemy wysnuć wniosek, że powstanie partii Rydzyka ma związek z odsunięciem Antoniego Macierewicza od władzy.

Moim zdaniem tu problem jest szerszy, bo to nie jest tylko tak, że mamy do czynienia z finansjerą i politykami, którym konserwatywny katolicyzm jest bliski, więc trzeba go wspierać, bo świat się rozpada, panuje relatywizm, nihilizm, a tylko ojciec Rydzyk gwarantuje ochronę prawdziwych wartości. Sprawa jest głębsza. Po pierwsze, przyznać rację trzeba prof. Ireneuszowi Krzemińskiemu, który coraz częściej się wypowiada na temat fenomenu konglomeratu, jak nazywa imperium Rydzyka, bo to przecież nie tylko radio, prasa, ale i telewizja i szkoła.

To jest państwo w państwie, on jest nawet ponad prezesem, który wydawałoby się, że rządzi niepodzielnie Polską. Nawet ponad Jarosławem Kaczyńskim jest jeszcze Tadeusz Rydzyk, ojciec dyrektor. Nie chcę powiedzieć, że to przypomina struktury mafijne z południa Włoch, republik bananowych czy krajów latynoamerykańskich, które z trudem przezwyciężają swoją przeszłość dyktatorską, ale na naszych oczach po 1989 roku wyrosły jakieś bardzo tajemnicze ośrodki władzy, które coraz śmielej domagają się obecności w przestrzeni publicznej, delegują swoich ludzi, żeby zakładali swoje partie – to jest osobliwe.

Zresztą to kolejny wątek, który możemy dołożyć do naszej rozmowy w kontekście Bożego Narodzenia i roli Kościoła. Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Ja przynajmniej nie słyszałem głosu biskupów w tej sprawie, a przecież po Soborze Watykańskim II, na ile ja rozumiem obecną doktrynę Kościoła katolickiego, Kościół słowami swoich papieży od kilkunastu lat głosi autonomię rzeczywistości ziemskiej. Kościół bezpośrednio, co bardzo podkreślał Jan Paweł II, choćby wyrzucając kapłanów z kapłaństwa za nadmierne zaangażowanie polityczne, np. w Nikaragui, nie powinien zajmować się polityką. Tymczasem

wygląda na to, że w Polsce Sobór Watykański II nie obowiązuje.

Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą formą polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy. Jeżeli dalej to będzie tolerowane, a wszystko na to wskazuje, to schizma gotowa. Być może to jest tylko blef, którym Rydzyk chce wymusić na Kaczyńskim konkretne ustępstwa, tego do końca nie wiemy, ale na pewno nie jest to w duchu kościoła Jana Pawła II czy Sobory Watykańskiego II.

Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu – mówi ks. Wacław Oszajca, jezuita, teolog, publicysta i poeta. – Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Święta Bożego Narodzenia to czas wyciszenia i refleksji. Przyszedł czas na refleksję także w polskim Kościele?

KS. WACŁAW OSZAJCA: Chrześcijanin nie może się bać prawdy o sobie, nawet tej najtrudniejszej. Święta to dobry czas, aby znaleźć chwilę, a może nawet więcej niż chwilę, na podsumowanie tego, co wydarzyło się w tym roku. Najważniejsza dla katolika w każdy dzień świąteczny powinna być msza, na której początku robimy rachunek sumienia. My tego momentu nie doceniamy. Powinniśmy pamiętać, że zło w Kościele było, jest i będzie. To nie jest nic nowego. Pytanie: co z tym zrobimy?

Co zrobimy w przypadku ofiar pedofilii? Powinniśmy przede wszystkim zająć się tymi, których skrzywdziliśmy. Nie tylko przeprosić, ale także starać się wynagrodzić zło, które zaistniało. To będzie świadczyło o tym, że sami zrozumieliśmy nasze grzechy.

W samym Kościele nie wszyscy to zło nazywają złem. Niektórzy próbują rozgrzeszać księży pedofili. Jak sobie z tym poradzić?
Dostrzeżenie takiego zła burzy święty spokój, psuje komfort życia i to, co ceni sobie współczesny świat, czyli dobre mniemanie o sobie. Ono polega nie na realnej ocenie kondycji własnego umysłu i sumienia, ale udawaniu, że to mnie nie dotyczy. Takie myślenie jest rozpowszechnione w społeczeństwie, więc dociera także do Kościoła.

Stąd też bierze się niechęć do papieża Franciszka, który niepokoi nasze sumienia i mówi, żeby patrzeć nie w niebo, ale na drugiego człowieka. To jest niewygodne, ale musimy zrozumieć, że to nie jest atak, tylko chęć pomocy. Powinniśmy się w ten głos wsłuchać i odpowiedzieć po chrześcijańsku, czyli przyznać się do winy i zadośćuczynić.

Według byłego rzecznika Watykanu wśród zwierzchników kościelnych panuje w sprawie pedofilii „niewiarygodna naiwność”. To tylko naiwność czy jednak coś więcej?
Przez lata ważniejsza była instytucja i ideologia od dobra człowieka. Chcemy udawać przed światem, tak jakbyśmy byli firmą, której zależy na dobrym PR, a nie na prawdzie.

Niektórzy próbują bronić za wszelką cenę niby dobrego imienia Kościoła, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. To będzie nas tylko jeszcze bardziej demoralizować. To zresztą nie jest choroba tylko Kościoła, ale wielu innych instytucji, także rodziny.

„Jeśli Kościół katolicki nie zajmie się tą sprawą szczegółowo i we wszystkich aspektach, będzie popadał z jednego kryzysu w drugi” – to ciąg dalszy artykułu Federico Lombardiego na łamach najnowszego numeru jezuickiego czasopisma „La Civiltà Cattolica”. Możliwe jest pełne i jawne rozliczenie Kościoła?
Znamy przecież taką instytucję jak spowiedź. Powinniśmy być przyzwyczajeni do tego, że jeżeli dostrzegamy w sobie zło, to po to, aby je wyrzucić i zmienić sposób myślenia. Łatwo jest ludziom wziąć zło za dobro, bo zawsze na początku wydaje się czymś korzystnym i godnym pożądania, a później okazuje się, że brniemy z jednego nieszczęścia w drugie.

Ale mam też jedno zastrzeżenie: do wszystkiego powinniśmy podchodzić po chrześcijańsku – ten, który zawinił, nie przestał być naszym bratem, powinniśmy się także nim zająć.

Ojciec Tadeusz Rydzyk broni kościelnych pedofilów twierdząc, że za ujawnianiem przestępstw wobec dzieci stoi chęć zniszczenia Kościoła. Co by mu ksiądz odpowiedział?
To pomylenie z poplątaniem, o ile nie coś gorszego. Może ma jakąś tajemną wiedzę i wie więcej niż wszyscy. Mówię to oczywiście ironicznie.

Nie tylko w tej sprawie ksiądz Rydzyk ma przedziwne poglądy. Poza tym uprawia nawet nie politykę, ale politykierstwo. A nie da się połączyć chęci bycia politykiem i księdzem. On zaczyna służyć dwóm panom.

To jest też problem dla Kościoła?
Oczywiście. Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu.

Co można zrobić, aby do tego nie doszło?
Z jednej strony widzę zaniechania ze strony biskupów i księży, ale z drugiej także ludzi świeckich. Kościół to są przecież wszyscy ochrzczeni.

Świeccy muszą się wreszcie odważyć i domagać swoich praw. Duchowni nie są ponad Kościołem, my jesteśmy dla Kościoła. Jeżeli ustawimy się ponad Kościołem, a świeccy będą temu sprzyjać i traktować nas jak bogów, to nie ruszymy z miejsca. Czekam na to, kiedy laikat w Kościele się obudzi. Mam nadzieję, że wpłynie na to kryzys, który przeżywamy.

Laikat też jest podzielony. Część zapewne nie chce żadnych zmian.
Patrząc na historię Kościoła widzę, że po każdym kryzysie przychodzi odrodzenie. Kościół nie tylko potrafi się pozbierać, ale także zrozumieć, w jakim świecie żyje i jakiemu światu ma służyć. Nie obawiam się tzw. kryzysu w Kościele, związanego ze spadkiem powołań. Niewykluczone, że czeka nas w ogóle głęboka zmiana.

Kościół nie musi być cały czas taki, jakim go znamy. Może powstaną niewielkie grupy ludzi, którzy sobie ufają, tak jak było w pierwszych wiekach – to też będzie Kościół, może prawdziwszy od dzisiejszego…

Kościół zamiast się dystansować i milczeć powinien stanowczo bronić podstawowych wartości – wolności, demokracji, prawa?
Jeżeli ktokolwiek występuje przeciwko prawom obywatelskim, powinniśmy protestować, a Kościół jako pierwszy. Tak było przecież w okresie komunizmu. Nie chciałbym idealizować tamtego czasu, bo byli też księżą, którzy współpracowali albo milczeli, ale jako całość potrafiliśmy stawić opór. Mogliśmy protestować tylko dlatego, że czuliśmy oparcie w wiernych. W tym sensie za komunizmu było łatwiej. Jeżeli stracimy oparcie w laikacie, to zostaniemy sami i nie będziemy nikomu potrzebni.

Nie możemy ograniczać autonomii ludzi świeckich, ale mamy prawo do tego, żeby pokazywać gdzie dzieje się źle. Ale nie możemy przy okazji pod pozorem oceny moralnej i propozycji rozwiązywania problemów uprawiać polityki.

Brakuje księdzu stanowczego głosu Kościoła w obronie demokracji?
Nie tylko tego mi brakuje… Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc.

Dlaczego tak łatwo wzbudzić w społeczeństwie lęk przed uchodźcami? Przecież chodzi o pomoc drugiemu człowiekowi.
Jeżeli człowieka spotyka coś nowego, co wymaga od niego wysiłku i wyciągnięcia portfela, to zawsze rodzi się opór. A politycy czy inni ideologowie mogą łatwo zbijać na tym interes.

Ci, którzy nie chcą przyjąć uchodźców mówią, że są katolikami, kierują się nauką społeczną Kościoła, że to wynika z ich przekonań religijnych i nie widzą w tym żadnej sprzeczności. A twarzą Chrystusa dzisiaj jest przecież twarz uchodźcy.

Obowiązkiem chrześcijanina jest niesienie pomocy, takiej na jaką go stać. Patrząc od strony moralnej, to coś złego się z nami stało, że nasze sumienia tak łatwo kupują niechrześcijańskie uzasadnienia w sprawie uchodźców.

Czy są jeszcze jakieś granice walki politycznej o dusze wyborców?
Do nas duchownych należy zwracanie uwagi, kiedy polityk zaczyna wkraczać na płaszczyznę moralną i wiemy, że może to prowadzić do nieszczęścia.

Tak się stało w okresie międzywojennym z Niemcami, kiedy Kościoły milczały albo popierały te działania. Jeżeli czegoś się boję, to tego, że nie zauważymy, jak zaczyna kiełkować zło, które szybko znajdzie sobie zwolenników.

To jest taki moment?
Patrząc na świat, zaczynam się obawiać, że do głosu zaczynają dochodzić ludzie, dla których nie liczy się odpowiedzialność za drugiego człowieka i jego dobro, tylko władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Polska nie jest wyjątkiem. Od paru lat rządzący ulegają takiej pokusie.

Co może zadziałać otrzeźwiająco?
To, co można zrobić, to nie unosić się pychą, nie myśleć, że mnie to nie dotyczy, bo ja tak nie grzeszę, tylko dokładnie się przyjrzeć i poszukać sposobów na rozwiązanie tego kryzysu.

Powinniśmy uwierzyć, że to, co się dzieje, to nie jest tylko diabelskie działanie, chociaż posiada wszystkie cechy diabelskości. A może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć.

Co w obecnych czasach jest dla nas największym zagrożeniem?
Jeżeli wyzbędziemy się umiejętności rozróżniania zła od dobra i poczucia winy, to wtedy stworzymy ogromne zagrożenie dla ludzkiej kultury i ludzkiego istnienia. Stajemy się w pełni ludźmi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za nasze myśli, słowa, uczynki i zaniedbania. Jeżeli tego zabraknie, to wszystko ulegnie rozprężeniu, będzie tak samo ważne i nieważne, równie dobre i niedobre. Kolejnym zagrożeniem jest konsumpcjonizm, czyli podejście czysto użytkowe, w którym najważniejsze jest to, że nam się wszystko należy. W takiej sytuacji nie ma miejsca dla drugiego człowieka. A przecież nie możemy żyć w pojedynkę. Widać to chociażby w sposobie organizowania miast, grodzeniu osiedli, lęku przed sąsiadem, współpracownikiem.

Kolejnym zagrożeniem jest także próba skompromitowania ludzkiego rozumu i serca, czyli populizm.

Dlaczego polskie społeczeństwo jest tak bardzo podzielone? Polacy żyją w dwóch rzeczywistościach?
Najgorsze jest to, że zaczynamy się nienawidzić. Na tym polegał komunizm – czy człowiek chciał, czy nie chciał, musiał być wrogiem wszystkich i wszystkiego. Cały system nastawiony był na to, żebyśmy sobie nie ufali i ze sobą walczyli, za to dbali tylko o własny interes. Mam wrażenie, że teraz dzieje się coś podobnego. Coś, co nas łączy, to tylko wrogość. Niestety, trudno się przed tym bronić, bo

nienawiść jest wygodnym sposobem urządzenia się w społeczeństwie. Można ją zawsze nazwać konkurencją, rywalizacją, a nawet troską, ale będzie podszyta innymi uczuciami, tak aby zapanować nad drugim człowiekiem. Chęć dominacji i rządzenia jest czymś porażającym.

Czym powinna być polityka?
Polityka powinna być sztuką szlachetną, tak czytamy w dokumentach soborowych. Ale też ci, którzy czują powołanie, powinni się do tego przygotować i ponosić odpowiedzialność za to, jak wykonują swój zawód. Motywem ich działania nie może być chęć wzbogacenia się i robienia kariery.

Jeżeli politykę sprowadzi się tylko do socjotechniki, to staje się zaprzeczeniem samej siebie, bo nie służy dobru wspólnemu, za to interesom grupy społecznej, partii czy jednego człowieka.

To dzisiejsza polityka?
Polityka rządzi się oczywiście swoimi prawami, spór jest czymś koniecznym, ale trzeba go prowadzić po ludzku i z poszanowaniem drugiej strony. Mam wrażenie, że są politycy, którzy próbują pilnować swojego sumienia i języka, ale są też tacy, dla których spór to zawzięta walka, która ma doprowadzić do zatriumfowania nad innymi.

Do tego dorabia się ideologię o miłości do ojczyzny, patriotyzmie i opakowuje w hasło „Bóg, honor, ojczyzna”, ale istota rzeczy pozostaje paskudna.

Niebezpieczny nacjonalizm staje się bezkarny i podnosi głowę?
To, co nazywamy nacjonalizmem, ma korzenie wewnątrz nas. Pozwoliliśmy dojść do głosu czemuś niedobremu, sami siebie przekonaliśmy, że jesteśmy najlepsi. To wyrasta z pychy i przybiera różne formy. A właśnie na tym, co najgorsze próbuje ubijać się interes polityczny. W Polsce jest cały czas obecny antysemityzm, rasizm, potworna znieczulica, jeśli chodzi o bezdomnych.

Jeżeli zabraknie ludzi, którzy będą o tym przypominać, a zaczniemy hołubić rasistów czy antysemitów, nazywając ich patriotami, to wyhodujemy sobie jakąś falangę. To z kolei łatwo może się spodobać ludziom młodym, dla których liczy się bardziej siła niż racja. To też da się politycznie wykorzystać.

Niedostatecznie dokładamy starań, aby z tym walczyć. W tym wypadku niewiele pomogą zakazy, powinniśmy też uczyć młodych ludzi nazywać zło złem i przypominać, że to jest grzech.

Więcej empatii, zrozumienia i rozsądku – tego powinniśmy życzyć sobie na Święta?
Święta Bożego Narodzenia są piękne i rodzinne, to trzeba zachować na jeden wieczór. Ale trzeba mieć świadomość, że ten obraz był podszyty ludzkim nieszczęściem. Maria nie miała gdzie urodzić syna, bo zabrakło dla niej miejsca i ludzkiego serca. Warto o tym pamiętać, ale to nie musi psuć radości świętowania, a nawet może ją pogłębić, bo „większa jest radość w dawaniu niż braniu”.

Nie szukajmy daleko, po prostu rozejrzyjmy się wokół siebie.

Możemy zamknąć oczy i udawać, że niczego nie dostrzegamy, ale możemy też nieść pomoc i czerpać z tego radość. Spróbujmy nie zamykać się na świat i potraktować ten czas także jak wyzwanie.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Mało znany incydent z 13 grudnia demaskuje osobowość Jarosława Kaczyńskiego i stanowi zły polityczny prognostyk dla całego kraju.

13 grudnia mała grupka obywateli oburzonych łamaniem Konstytucji postanowiła odwiedzić Jarosława Kaczyńskiego, by osobiście powiedzieć mu, co o nim myśli. Zresztą nie pierwszy raz. Demonstracja przed warszawskim domem pana prezesa na Żoliborzu w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego po raz pierwszy odbyła się w 2015 roku. Przyszło wówczas kilkaset osób, które skrzyknęły się na Facebooku. Dom był pilnowany przez kordony funkcjonariuszy policji, a ciemne okna wskazywały, że Kaczyńskiego nie ma w środku. Najprawdopodobniej nie chciał słuchać skandowania „13 grudnia spałeś do południa” i na tę noc przeniósł się gdzieś indziej.

W tym roku jednak pan prezes był u siebie, bo pewnie nie spodziewał się gości – w internecie nie było wezwań do demonstrowania i nikt nie zapowiadał, że zamierza tu przyjść. Mimo to kilkoro mieszkańców Warszawy zebrało się przy ogrodzeniu posesji szefa PiS. Jedna z uczestniczek opisuje na Facebooku: – „Pod domem prezesa zebrało się nas 9 osób i kilkanaście świeczek. W pewnym momencie wybiegł do nas sam prezes, nakrzyczał na nas („tacy jak wy wsadzali AK-owców”) i policjantów („jak można pozwalać na to, by ludzie tak świeczki palili???”), przepchnął się łokciami i bezdusznie skopał świeczki. Zagadnięty, że „Pan przecież spał do południa” powiedział: „Ja może i spałem, ale brata mi internowali”. I poszedł”.

Ten niekontrolowany wybuch wściekłości Jarosława Kaczyńskiego domaga się komentarza.

Po pierwsze – czy nie jest zdumiewające, że szef wielkiej partii, mającej swój rząd, prezydenta, kontrolującej prawie wszystkie najważniejsze instytucje państwowe, media, spółki skarbu państwa, pod wpływem impulsu wybiega z domu, by osobiście nawrzucać grupce krytycznie nastawionych obywateli?

Mógł ich zignorować i udać, że jest ponad to. To byłoby zrozumiałe. Mógł też do nich wyjść i uprzejmie podyskutować, demonstrując, że jest otwarty na dialog i nie obraża się na oponentów. To już wymagałoby od niego większej klasy, ale są politycy, którzy potrafią się na coś takiego zdobyć. By daleko nie szukać – Donald Tusk wielokrotnie zaprezentował taką odwagę cywilną. Jednak Kaczyński ani demonstrantów nie zignorował, ani nie podjął z nimi uprzejmej dyskusji. On ich zwymyślał, pokazując, że spory polityczne traktuje osobiście i nie potrafi się zdobyć na chłód ani dystans.

Po drugie – Kaczyński nie tylko zwymyślał pikietujących obywateli, ale powiedział im rzeczy absurdalne, wskazujące, że żyje w urojonym świecie swoich megalomańskich wyobrażeń, w którym czuje się spadkobiercą tradycji AK, a w swoich przeciwnikach widzi kontynuatorów reżimu stalinowskiego. Takie postrzeganie polskiej rzeczywistości przez lidera obozu rządzącego stanowi dla nas wszystkich zły prognostyk. W tej sytuacji trudno bowiem spodziewać się racjonalnych, obliczalnych i cywilizowanych zachowań z jego strony – rywalizację polityczną, która w normalnych warunkach powinna być tylko grą konkurentów, traktuje on jak walkę śmiertelnych wrogów, w której stawką jest niemal przetrwanie narodu. A w takiej walce wszystkie chwyty są dozwolone.

Po trzecie – Kaczyński nie tylko zwymyślał demonstrantów, ale też użył siły fizycznej, kopiąc ustawione przez nich świeczki. To jeszcze gorszy prognostyk. Ten gest po raz kolejny pokazał, że pan prezes nie panuje nad emocjami i w gniewie zachowuje się jak mały chłopczyk kopiący zabawki. Doskonale zaś wiemy, że kłótnie w piaskownicy nader często kończą się biciem – od kopania zabawek do dania w mordę ich właścicielowi jest tylko jeden mały krok. I pan prezes prędzej czy później ten krok zrobi.

Po czwarte – Kaczyński wezwał policję, by uniemożliwiła obywatelom demonstrowanie i przeszkodziła im w zapalaniu świeczek. W ostatnich latach w całym kraju toczyło się i toczy ok. tysiąca postępowań przeciwko uczestnikom różnych wystąpień opozycyjnych. Ich uczestnicy są nękani i oskarżani o najróżniejsze przewinienia – od używania brzydkich słów („jesteśmy wkurwieni”) przez umieszczanie napisów i ulotek w miejscach do tego nieprzeznaczonych po łamanie przepisów dotyczących ochrony środowiska (tj. używanie urządzeń nagłaśniających). Od początku było oczywiste, że ta fala represji jest efektem poleceń płynących z góry, jednak nie było na to jednoznacznych dowodów. Nikt nie jest w końcu taki głupi, by w sposób jawny wydawać bezprawne rozkazy, każące funkcjonariuszom łamać prawa obywatelskie i tłumić wolność słowa oraz demonstrowania. Inicjatorzy tej nielegalnej praktyki starają się pilnować, by nie dostarczać dowodów oskarżycielom w przyszłych procesach. Jednak apel Kaczyńskiego do policjantów jednoznacznie wskazuje, skąd płyną polecenia.

Warto o tym wszystkim pamiętać, słuchając świąteczno-noworocznych życzeń szefa PiS. Na nagraniu rozpowszechnianym w internecie pan prezes prezentuje łagodne i życzliwe oblicze. – „Chciałem państwu złożyć najserdeczniejsze, najlepsze życzenia” – mówi. – „Miłych, wesołych, rodzinnych, szczęśliwych świąt. Chciałem także życzyć jak najlepszego nowego roku. Żeby kolejny rok spełnił jak najwięcej naszych nadziei, tych wspólnych i tych indywidualnych. By przybliżył taką Polskę, jakiej wszyscy chcemy. Polskę silną, sprawiedliwą, dostatnią i sprawiedliwą. Jeszcze raz powtarzam to słowo – dla wszystkich”.

Miejmy świadomość, że prawdziwe oblicze pan prezes demonstruje nie w nagraniach wyreżyserowanych przez partyjnych speców od propagandy, lecz w spontanicznych zachowaniach, które wypływają z jego autentycznych emocji. To, kim jest naprawdę, widzimy, gdy wyskakuje na mównicę i z grymasem wściekłości bluzga: „Kanalie, mordy zdradzieckie”. Albo wybiega przed furtkę, kopie świeczki i urąga swym oponentom, mówiąc, że są spadkobiercami reżimu stalinowskiego.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Nie jestem zdziwiony, że Andrzej Duda jest fundamentalnym katolikiem. I nie chodzi mi o chrześcijaństwo ze swoimi wartościami, które są wtórne do wartości humanistycznych, ale o wiarę, jaką wyznają hierachowie Kościoła w Polsce i w którą każą wierzyć swoim owieczkom.

Duda, którego coraz więcej osób nie nazywa prezydentem, ale panem (piszą: pan Duda), popełnia fundamentalny błąd, jaki jest udziałem nuworyszy, którzy zostali wywyższeni przez przypadek, a nie wznieśli się dzięki własnym talentom, zaletom, pracowitości.

Nuworysz swoją pozycję utożsamia ze sobą, a nie z funkcją. W tym wypadku funkcja prezydenta powinna nakazywać pilnowania Konstytucji i praw, które są stanowione i aby nie były kolizyjne do Konstytucji. Duda jednak przeflancował myślenia nuworysza na siebie i uważa, iż on jest Konstytucją.

Duda do tego jest słabym na umyśle i charakterze, bo podporządkuje się temu, kto go wywyższył. Prezes Kaczyński stanowi, jaką funkcję ma Duda wypełniać, a zatem swoją funkcją prezydenta sprowadził do roli ust prezesa. Co prezes powie – a nawet pomyśli – Duda wypowie.

I oto mamy prawdę nie tyle o Dudzie, co o prezesie, a Duda wypowiedział, że Trybunał Sprawiedliwości UE orzekając w sprawie Sądu Najwyższego „posuwa się za daleko i zbyt dalece ingeruje w wewnętrzne sprawy krajów członkowskich’. A zatem usta Kaczyńskiego uznały prawo europejskie jako wrogie i sprzeczne z jego osobą, bo nie z Konstytucją RP, wszak TSUE zachowało staranność orzeczenia o niezależności Sądu Najwyższego, który to standard demokratyczny jest zapisany w naszej Konstytucji.

Wypowiedź Dudy świadczy o czymś zgoła niebezpiecznym dla Polski, mianowicie wypowiedzenie się przeciw orzeczeniu TSUE spowoduje w przyszłości, że nie podporządkuje się jego decyzjom, a w konsekwencji doprowadzi do wyjścia Polski z UE – do Polexitu. Duda wypowie wszystko, co pomyśli głowa prezesa (że strawestuję Juliana Słowackiego).

Wypowiedź Dudy jest tak samo absurdalna, jak hierarchów Kościoła katolickiego. Oto abp Stanisław Gądecki wypowiedział się na temat ofiar pedofilii kleru, którym powie (bo tak nakazał papież Franciszek): „… jest coś ważniejszego, aniżeli grzech, że istnieje i odkupienie, i przebaczenie, i możliwość tego, co nazywamy cierpieniem za kogoś innego”.

Ale jeszcze fajniejsze jest stwierdzenie hierarchy poznańskiego, iż „Kościół potrzebuje cierpienia za swoją egzystencję”. Przepraszam, da się to przełożyć na alegoryczny obrazek z udziałem Gądeckiego, który – cofając się dwa tysiące lat – znajduje się na Golgocie, właśnie krzyżują Joszuę z Nazaretu, a on wchodzi na drabinkę i zamiast ulżyć cierpieniem Jezusa, wbija mu jeszcze jeden gwóźdź ze słowami, że to „cierpienia za egzystencję”.

PiS upokorzone przez ambasador USA Georgette Mosbacher

28 List

„Nie zamierzamy bezpośrednio odnosić się do treści listu ambasador USA Georgette Mosbacher ani faktu jego opublikowania w mediach; Polska i Stany Zjednoczone pozostają w bardzo dobrych relacjach i nie zmieni tego jeden incydent” – oświadczyła dziś rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska, odnosząc się do głośnego już listu amerykańskiej ambasadorki, skierowanego do premiera Mateusza Morawieckego.

„Naszym zdaniem dyplomacja wymaga spokoju i rozwagi” – powiedziała Kopcińska. „Polska – tak samo, jak USA – ceni sobie wolność słowa” i „w żaden sposób nie ogranicza wolności mediów”.Dodała: „Rynek medialny w Polsce jest pluralistyczny, a media prezentują pełne spektrum opinii”.

Ponadto rzeczniczka rządu zapewniła, że prokuratura pracuje nad weryfikacją każdego szczegółu postępowania dotyczącego haniebnego wydarzenia pod Wodzisławiem Śląskim, niezależnie od tego, kto był jego inspiratorem. „Polska podchodzi do takich spraw bardzo poważnie” – podsumowała Kopcińska.

Kopcińska: Nie zamierzamy bezpośrednio odnosić się do treści listu ambasador Mosbacher ani faktu jego opublikowania w mediach

Witczak: Wnosimy do NIK by w trybie pilnym sprawdziła zasadność wydawania pieniędzy przez PFN

– Wnosimy do NIK, do Najwyższej Izby Kontroli, o to by w trybie pilnym i poza planem swojej pracy sprawdziła zasadność wydawania pieniędzy Polaków przez Polską Fundację Narodową. By sprawdziła legalność wydawanych środków. Fundacja dysponuje milionami złotych, to jest potężny kapitał, który może być wykorzystywany, jak się okazuje, w rozmaity sposób, w tym na działalność polityczną – mówił Mariusz Witczak podczas konferencji prasowej w Sejmie.

— PRZYGOTUJMY SIĘ NA KOLEJNE POGORSZENIE RELACJI Z WASZYNGTONEM – MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI w RZ: “Awantura, jaka wybuchła w związku z listem ambasador USA Georgette Mosbacher, każe nam się przygotowywać na kolejne pogorszenie relacji z Waszyngtonem. Uczciwie trzeba przyznać, że list nie jest najszczęśliwszy i może świadczyć, iż nowa wysłanniczka Waszyngtonu nie poznała jeszcze wszystkich tajników dyplomacji. Literówki w nazwiskach adresatów, pomylenie funkcji, zwracanie się do premiera polskiego rządu „Ministrze Moraweicki” dały polskiej stronie powody, by uznać list za przejaw arogancji. I gdy w imię wolności słowa amerykańska ambasador pisze, że politykom nie wolno atakować mediów, ktoś może złośliwie powiedzieć, że identyczny list trzeba by wysłać do prezydenta Donalda Trumpa, który wciąż je łaje w USA”.

— CZY POLITYCY PIS NA PEWNO NIE ZAWINILI? – DALEJ SZUŁDRZYŃSKI: “Ale oburzający się polscy politycy powinni się zastanowić, czy na pewno nie zawinili. Czy krytyka mediów w wykonaniu polityków PiS nie może być odbierana jako próba ograniczania wolności słowa? Nie od dziś wiadomo, że gdyby tylko rządzący mogli, zrobiliby z mediami to samo co Viktor Orban”.
rp.pl

— SŁAWOMIR SIERAKOWSKI O POLCE NA CZELE PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO: “Jest pewien sposób na to, żeby Bruksela utarła nosa PiS-owi. Prawdopodobny rozkład sił w Parlamencie Europejskim pokazuje, że jeśli wygra opozycja, to Polska może dostać szefa Parlamentu Europejskiego. Europejska Partia Ludowa, do której należy Platforma Obywatelska i PSL, mogłaby już dziś ogłosić, że jej kandydatem jest np. Róża Thun i tym samym pomóc zwyciężyć opozycji. Zamiast więc przyjmować umizgi wysłanników Kaczyńskiego, centroprawica europejska powinna pomóc Polsce. Dlaczego już teraz do Niemca z Bawarii nie dołączyć na zasadzie parytetu kandydatki znad Wisły i walczyć nie o jedno, ale o dwa kluczowe stanowiska w Europie? Mogłaby to być Róża Thun albo była komisarz Danuta Hubner – bardzo doświadczone i cenione europarlamentarzystki. Komisja pokazałaby wszystkim populistom w Europie, że potrafi sobie z nimi radzić”.
onet.pl

— KOMISJA ŚLEDCZA TO MUS – DOMINIKA WIELOWIEYSKA w GW: “Na pytanie, o co tak naprawdę chodziło w tej historii i kto grał w niej role, powinna odpowiedzieć prokuratura. Tyle że jest całkowicie zależna od rządu i ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, który jest częścią politycznej układanki związanej z biznesowym imperium PiS. Bo Ziobro ma swoich ludzi choćby w spółkach skarbu państwa. Dlatego to Sejm powinien wejść do gry. O wiele mniejsze znaczenie ma to, czy PiS będzie miał większość w komisji śledczej. Niech ma nawet swojego przewodniczącego. Najważniejsze, aby kluczowi urzędnicy stanęli przed posłami i pod przysięgą odpowiadali na pytania, o co w tej aferze chodzi. Tego wymagają przejrzystość życia publicznego i standardy demokratycznego państwa”.
wyborcza.pl

— MAREK C. KOZŁEM OFIARNYM – JOANNA SOLSKA: “Po wielogodzinnym przesłuchaniu w prokuraturze Marek Ch., były szef Komisji Nadzoru Finansowego, usłyszał zarzuty przekroczenia uprawnień w celu osiągnięcia korzyści przez inną osobę. Grozi mu do 10 lat więzienia. Zanosi się na to, że czarna owca PiS zostanie jego kozłem ofiarnym. (…) Dalsze losy Marka Ch. zależeć będą od tego, jak się w wybranej dla niego roli odnajdzie. Jeśli przyzna się do winy i całą weźmie na siebie, może będzie mógł liczyć na łagodniejszy wymiar kary. Gdyby jednak zaczął sypać… wtedy niech Bóg ma go w swojej opiece”.
polityka.pl

— ZUZANNA DĄBROWSKA W RZ O AFERZE KNF I WYSTARCZY NIE KRAŚĆ SZYDŁO: “Afera KNF pokazuje, że słowa premier Beaty Szydło z początku rządów PiS o tym, że „wystarczy tylko nie kraść”, pozostały tylko słowami. Ktoś przecież chciał kraść. Obecna władza osiągnęła punkt, w którym nic nie daje gwarancji, że teraz będzie już uczciwa. Co bowiem można odpowiedzieć na pytanie, „czy przestał pan już kraść w naszym sklepie?”. Nie jest pocieszeniem to, że kolejna afera z urzędnikami i politykami nie jest nadzwyczajną sytuacją w historii kolejnych rządów III RP”.
rp.pl

>>>

Czy PiS jest partią zorganizowanej przestępczości?

28 List

„Zmienił on formację na Koalicję Obywatelską wrogą Bogu, Krzyżowi, Ewangelii i Kościołowi i pokazał to na bilbordach, gdzie kandydował w wyborach. Radny już nie jest katolikiem i nie może być radnym, bo będzie nam mieszał w naszej wierze. Przez to sam się wyłączył z Boga” – mówił w kościele podczas mszy ksiądz Józef Wędzikowski, proboszcz parafii w Stróżewie koło Poznania. Chodzi o Adriana Urbańskiego, który był kandydatem Koalicji Obywatelskiej na radnego powiatu chodzieskiego.

Ks. Wędzikowski na tym nie poprzestał. Stwierdził, że ci, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską też mogą być „wyłączeni z wiary”. Dla wielu słowa proboszcza były nie do zaakceptowania – część wiernych opuściła kościół.

„Skandalem jest dzielić mieszkańców względem opcji politycznych. Jest mi ogromnie przykro, że mieszkańcy naszej parafii, którzy poparli mnie w wyborach samorządowych, tak jak i ja, zostali uznani przez naszego proboszcza za ludzi, którzy wyparli się swej religii” – napisał na Facebooku Adrian Urbański. Do swojego wpisu dołączył tekst ogłoszeń parafialnych ze skandaliczną wypowiedzią proboszcza.

Kuria Metropolitalna w Gnieźnie upomniała księdza Józefa Wędzikowskiego.  – „Ksiądz proboszcz został poproszony o wyjaśnienia w związku z zaistniałą sytuacją. Został też upomniany i pouczony, że ambona nie jest miejscem agitacji politycznej i że winien wystrzegać się takich zachowań w przyszłości” – poinformował kanclerz rzecznik prasowy Kurii ks. Zbigniew Przybylski.

Z okazji naszego Naprawdę Wielkiego Święta🎈życzę nam , żebyśmy zawsze pamiętały o tym, co już one wiedziały tak świetnie. A to ilustracja do rozdziału „Prawa kobiet” w 🦋Oczywiście od 💪🏻

Politycy partii rządzącej są mistrzami w piętnowaniu powiązań rodzinnych członków opozycji z poprzednim ustrojem, tym sprzed 1989r. Stąd wciąż opowiadają o „wykształciuchach”, skażonej PRL-em inteligencji, przodkach w służbach specjalnych, najbliższej rodzinie, aktywnej w szeregach PZPR, jednocześnie zapominając, skąd sami pochodzą, jakie są ich powiązania rodzinne i w jakiej Polsce zdobywali wykształcenie.

Od wczoraj krąży po internecie list otwarty emerytowanego oficera Wojska Polskiego, Dionizego Sołobodowskiego. Adresatem jest Mariusz Błaszczak, minister obrony narodowej. Autor listu powołuje się na swoje polskie korzenie. Jego przodkowie walczyli w Legionach H. Dąbrowskiego i Insurekcji Kościuszkowskiej. On sam służył w Wojsku Polskim w czasach PRL. Służył Ojczyźnie, bo chociaż miała ona inną barwę, to jednak wciąż pozostawała Ojczyzną.

Sołobodowski twierdzi, że w czasie stanu wojennego poznał ojca Mariusza Błaszczaka i jak pisze „Tenże towarzysz, który ostentacyjnie (nawet na fartuchu warsztatowym) na co dzień nosił znaczek PZPR (ja go wbrew zaleceniom ówczesnego mi-stra nie nosiłem), z racji produkcji na potrzeby obronności Państwa (produkcja dla WP oraz MSW) – współpracował jawnie i bez oporów z SB oraz WSW (WSI), bo (chyba) czuł się Patriotą”.

Nawet jeżeli postać pułkownika jest fikcyjna a przytoczone przez nią fakty nie miały miejsca, to nad odpowiedzią na wiele postawionych w nim pytań warto się zastanowić. Opisany scenariusz był bowiem udziałem wielu Polaków. Idąc dalej tym tropem autor listu pyta Ministra:

Czy potępia Pan swojego ojca za służbę „tamtej Ojczyźnie”??
Czy zamierza Pan zdegradować ojca (porucznika WP) za ten czyn??
Czy zamierza Pan odebrać swojemu Ojcu emeryturę??
Czy zamierza Pan oddać swój dyplom uzyskany w wyniku bezpłatnych studiów w „tamtej Ojczyźnie”.
Czy służył Pan w wojsku, a jeżeli tak: to w jakim? A jeżeli NIE- to co Pan robi na zajmowanym stanowisku??
Czemu ma służyć nadruk na pismach MON: „Służymy Niepodległej” (czyli PODLEGŁEJ NATO, a właściwie USrAelowi)? No to jakiej OJCZYŹNIE służył Pana Ojciec??
Czy zamierza Pan zwrócic pieniążki, jakie „tamta Ojczyzna” łozyła na Pana darmowe przedszkole, szkołę podstawową, szkołe średnia oraz studia??
Czy pełne podporządkowanie firm ochroniarskich „chroniących” obiekty wojskowe pod IDF oraz Mossadowi to dowód, że służycie niepodległej???
Czy Pan ma aktualne badania lekarskie??? (przedtem wymagane od ministra ON)?? Antoś walnięty o brzozę miał: jedno z Rybnika (oddział zamknięty) i drugie z „Dziekanki” w Gnieźnie…”

Jest takie stare przysłowie, które mówi, że „przyganiał kocioł garnkowi”. Rzeczywiście, politycy PiS, grzebiąc w drzewkach genealogicznych swoich wrogów, wbijając ludowi do głowy, że wykształcenie w latach PRL-u jest nic nie warte, sami na siebie ukręcili bicz. Choćby nie wiem, jak się zapierali, mają w swoich rodzinach osoby o niechlubnej przeszłości, uczyli się sami w niewłaściwych szkołach, zdobywali tytuły magisterskie na tych strasznych, pełnych socjalizmu, uczelniach.

Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna, odnosząc się do żądań PiS, by przeprosił m.in. za sformułowanie o układzie mafijnym PiS, powiedział w TVN 24: – „Zabolało”. Sprawa ma związek z grafiką opublikowaną na oficjalnym profilu PO na Facebooku. Widać na niej zdjęcia premiera Mateusza Morawieckiego, wicepremier Beaty Szydło, b. szefa KNF Marka Ch. i ministra sprawiedliwości, prokuratura generalnego Zbigniewa Ziobry. Opatrzono ją podpisem: „Mafijny układ PiS nie dopuści do ujawnienia prawdy! Domagamy się komisji śledczej w sprawie afery KNF!”.

„Rzeczywiście wiele rzeczy wskazuje, że ten układ ma ze sobą powiązania, że ten układ jest koordynowany na poziomie politycznym. My będziemy walczyć o prawdę. Jeżeli chcą procesu sądowego, bardzo proszę, będziemy udowadniać, w jaki sposób powiązania polityczne, partyjne, PiS-owskie mają wpływ na pieniądze publiczne i ile to kosztuje Polaków. Będziemy o tym mówić” – powiedział Schetyna. Zapytany, czy uważa, że to układ mafijny odpowiedział: – „To będziemy udowadniać. Chcieliśmy i chcemy powołania komisji śledczej, żeby tę tezę udowodnić”.

Dodał, że za aferę KNF odpowiedzialny jest także prezes NBP Adam Glapiński. – „On jest odpowiedzialny za to wskazanie personalne [czyli byłego już szefa KNF Marka Ch. – przy. red.], on jest politycznie za to odpowiedzialny i powinien być przesłuchany przez prokuraturę i powinien stanąć przed komisją śledczą” – podsumował Schetyna.

Układ wydaje się prosty – Polsat staje się telewizją sprzyjającą władzy w zamian za spokój Zygmunta Solorza w interesach. Jeden z wątków afery KNF to klocek pasujący do tej układanki.

Biznesy miliardera Zygmunta Solorza od lat rozpalają zbiorową wyobraźnię. Inni ważni gracze pojawiają się i znikają, on trwa. Ostatnio znów o Solorzu głośno za sprawą afery KNF. Okazało się, że mało znany prawnik z Częstochowy, Grzegorz Kowalczyk, jeden z kluczowych bohaterów afery, zasiada w radzie nadzorczej Plus Banku należącego do Solorza. Rekomendował go tam osobiście szef KNF Marek Chrzanowski.

Plus to mały bank, który na początku roku miał problemy z KNF.

Czy zatrudnienie prawnika związanego z obozem władzy miało zapewnić biznesmenowi spokój w interesach?

Ostatni Mohikanin

– Piotrek [tak o Solorzu mówią współpracownicy – red.] ma ważną cechę – opowiada jeden z byłych współpracowników Solorza. – Nie spoczywa na laurach. Umie i lubi zarabiać pieniądze. Polsatu, z którym kojarzy go cała Polska, szczerze mówiąc nigdy do końca nie rozumiał. Jego oczkiem w głowie są poważniejsze biznesy.

Na przykład Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin? Solorz ma w nim ponad 50 proc. akcji. Rynek energii robi się coraz trudniejszy, część elektrowni jest za stara, żeby je dostosować do unijnych norm. Do tego energetyka jest powiązana z polityką. Solorz myśli o sprzedaży przynajmniej części tego biznesu. PAK odpowiada za 7 proc. krajowej energii. Kto mógłby kupić część lub całość kolosa? Najlepiej któraś z państwowych spółek.

Mówi były współpracownik Solorza: – On jest jak ostatni Mohikanin. Nie ma już ludzi, którzy robili gigantyczne pieniądze w III RP. Kulczyk nie żyje, Krauze się schował. A Piotrek jest jak mastodont z wyborczych klipów PiS: były TW, oligarcha, teoretycznie dla PiS „układ” w czystej postaci.

Ale Solorz słynie z elastyczności wobec władzy. Każdej. Na początku 2016 r. prezesem PAK został Aleksander Grad, były minister skarbu w rządzie PO. Po paru miesiącach musiał odejść, bo Solorz rozpoczął negocjacje w sprawie PAK z rządem PiS. Minister skarbu Dawid Jackiewicz nie chciał siadać do stołu z Gradem.

Z rozmów niewiele na razie wyszło, w styczniu 2018 r. Solorz musiał zamknąć jedną z elektrowni – Adamów. – PiS ma go wciąż na muszce – mówi nasz rozmówca.

(…)

Poglądy, za które płacimy

Jesień 2017 r. Solorz na spotkaniu z pracownikami Polsatu zapewnia, że nikt nie przejmuje się żadnymi naciskami i Polsat przetrwał już niejedną władzę. Ale w kwietniu 2018 r. dyrektorem informacji i publicystyki Polsatu zostaje Dorota Gawryluk. Nadzoruje „Wydarzenia”, serwisy informacyjne oraz programy publicystyczne w Polsacie, Polsat News. Co oznacza, że kontroluje informacje, które codziennie dostarcza telewidzom stacja. Gawryluk nie ukrywa sympatii dla PiS („Żelazna dama polskiego dziennikarstwa” – śmieje się jeden z jej współpracowników). Wkrótce po jej awansie swoje programy i funkcje zaczynają tracić dziennikarze o nieprawicowych poglądach.

– Dorota zaczęła urzędowanie od zwołania zebrania, na którym usłyszeliśmy sugestię, aby przytemperować polityczne komentarze w mediach społecznościowych – opowiada jeden z dziennikarzy.

Inny po ostrym wpisie w sieci słyszy od przełożonego: – Jakie ty masz poglądy?! A właściwie to nieważne. Masz takie, za jakie ci płacimy.

Reporterzy zapewniają jednak, że rzadko ktoś naciska otwarcie, za to coraz powszechniejsza staje się autocenzura. – Miałem niedawno dwie setki [wypowiedzi rozmówców – red.], ostrzejszą i letnią. Zdecydowałem, że daję letnią, bo uznałem, że tego oczekuje ode mnie szefowa – przyznaje jeden z dziennikarzy. – W moim kanale zostało może troje ludzi, którzy myślą inaczej.

Jasno widać, że podlegająca ministrowi sprawiedliwości prokuratura wybrała taką linię oskarżenia, według której Marek Ch. działał sam. Dla korzyści wskazanego przez siebie prawnika z Częstochowy złożył korupcyjną propozycję Leszkowi Czarneckiemu, kontrolującemu Getin Noble Bank i Idea Bank. Za 40 mln zł (suma nie pada na nagraniu, podaje ją bankier) były szef KNF zobowiązuje się, że plan Zdzisława (Sokala, szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, ale też wskazanego przez prezydenta członka KNF), polegający na przejęciu banków Czarneckiego za przysłowiową złotówkę, nie będzie realizowany. Z przedstawionych zarzutów wynika, że Ch. najwyraźniej tę imponującą sumę miał zamiar zgarnąć do kieszeni znajomego. Tylko że koncepcja prokuratury nie bardzo trzyma się kupy.

Kim są główni bohaterowie afery opisanej przez „Wyborczą”

Co trzeba wyjaśnić w aferze KNF

Dlaczego bowiem Zdzisław Sokal miałby odstąpić od realizacji planu, skoro według słów byłego szefa KNF był bardzo zdeterminowany? Czy działania prezesa KNF, usiłujące banki Czarneckiego przed nim obronić, nie wydawałyby się Sokalowi podejrzane? To niejedyne pytania, które muszą się nasuwać. Trzecie, jeszcze ważniejsze, brzmi: po co, skoro działał wyłącznie dla korzyści znajomego prawnika, Marek Ch. po nagranej przez Czarneckiego ukradkiem rozmowie udał się z nim do Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego? Bank centralny do banków Czarneckiego nic nie ma, nadzoruje go wyłącznie KNF, która także od NBP jest niezależna. W każdym razie teoretycznie.

Co PiS chce ukryć, oskarżając Marka Ch.?

Odpowiedzi na te pytania liderzy Prawa i Sprawiedliwości najwyraźniej nie mogą albo po prostu nie chcą udzielić. Może dla partii rządzącej byłyby one jeszcze gorsze niż ich brak. Odkryłyby bowiem – i tak już nie do ukrycia – skandaliczne mechanizmy zarządzania państwem. Układ, który PiS przez lata tak usiłował demaskować. Tego układu nie stworzył Marek Ch., on był tylko elementem.

Tak jak nie chcą wyjaśnić, jak to możliwe, że syn Mariusza Kamińskiego, koordynatora służb specjalnych, które także aferę mają wyjaśniać, dzięki rekomendacji NBP dostał świetnie płatną posadę w Banku Światowym. Była żona zaś zadowoliła się stanowiskiem w NBP. To nie wygląda jak polisa ubezpieczeniowa prezesa? Kolejne elementy układu?

PO zaczyna działać w sprawie KNF, ale w niefortunnym momencie

Co dalej z byłym prezesem Komisji Nadzoru Finansowego

Dalsze losy Marka Ch. zależeć będą od tego, jak się w wybranej dla niego roli odnajdzie. Jeśli przyzna się do winy i całą weźmie na siebie, może będzie mógł liczyć na łagodniejszy wymiar kary. Gdyby jednak zaczął sypać… wtedy niech Bóg ma go w swojej opiece.

Sprzątanie po aferze. KNF ma nowego szefa

Na jaw wychodzą nowe fakty związane z wyborem Wojciecha Kałuży na lidera listy do sejmiku śląskiego. Człowiek, który dał władzę w regionie Prawu i Sprawiedliwości, został „jedynką” w ostatniej chwili. Zastąpił Bartłomieja Gabrysia, wiceprzewodniczącego Nowoczesnej na Śląsku. – Na 40 minut przed zatwierdzeniem zostałem „zdjęty” z listy – mówi Gabryś. Co stało za tą decyzją? I kto poniesie polityczną odpowiedzialność za woltę Kałuży?

  • – Radny KO, który zmieniając barwy klubowe, zapewnił PiS władzę w woj. śląskim został „jedynką” w ostatniej chwili
  • – Jeden z ważnych polityków Koalicji Obywatelskiej mówi w rozmowie z Onetem, że Kałuża nie został zaproszony na jedno z nieformalnych spotkań, podczas którego ustalany był kształt przyszłego zarządu województwa
  • – – To Monika Rosa jest za to odpowiedzialna. Kałuża poczuł się, jakby na jego plecach inni wspinali się po władzę – dodaje

Od przejęcia władzy w woj. śląskim przez Prawo i Sprawiedliwość minął niespełna tydzień. Najgorętszym nazwiskiem w dyskusji na ten temat jest Wojciech Kałuża – człowiek, który dał PiS większość w sejmiku śląskim, a w rewanżu otrzymał stanowisko wicemarszałka. Kałuża wszedł do sejmiku jako „jedynka” na liście Koalicji Obywatelskiej. Był człowiekiem Nowoczesnej, a mimo to stanął po stronie PiS.

Gabryś dostał „jedynkę” na liście Koalicji i ją przyjął. Co się stało?

Tydzień po wolcie, która obaliła 12-letnie rządy PO na Śląsku, na jaw wychodzą nowe fakty związane z wyborem Kałuży na lidera listy Koalicji Obywatelskiej. W ustalaniu „jedynek” uczestniczyli szefowie regionów: dotychczasowy marszałek województwa Wojciech Saługa, szefowa Nowoczesnej w regionie Monika Rosa, a także przedstawiciele władz partii: wiceprzewodniczący PO Borys Budka oraz sekretarz generalny Nowoczesnej Adam Szłapka.

Nowoczesnej – jako koalicjantowi – przypadło wytypowanie jedynek w dwóch z siedmiu okręgów wyborczych w woj. śląskim. Jednym z nich był okręg obejmujący Jastrzębie-Zdrój, Rybnik, Żory oraz powiaty: mikołowski, raciborski, rybnicki i wodzisławski.

To okręg, z którego kandydował – i to skutecznie – Kałuża. Nie był on jednak, o czym na łamach Onetu już pisaliśmy, pierwszym wyborem Koalicji Obywatelskiej. Potencjalnych kandydatów było trzech. Oprócz Kałuży, propozycję „jedynek” otrzymali: współpracujący z Nowoczesną Łukasz Kohut z Demokratycznej Unii Regionalistów Śląskich, niegdyś związany z Ruchem Palikota, a obecnie tworzący struktury nowej partii Roberta Biedronia na Śląsku, a także wykładowca akademicki Bartłomiej Gabryś, który jest również wiceszefem regionu oraz członkiem rady krajowej Nowoczesnej.

O ile wybór Łukasza Kohuta (pierwszy typ posłanki Moniki Rosy) był nie do przyjęcia dla Platformy – ze względu na jego współpracę z Robertem Biedroniem, tak wybór Bartłomieja Gabrysia wydawał się satysfakcjonujący obie strony. Gabryś tworzył struktury Nowoczesnej na Śląsku od początku jej istnienia. Jako ekonomista znalazł wspólny język z założycielem partii, dostał nawet propozycję startu w wyborach do Sejmu, jednak ze względu na sytuację rodzinną nie przyjął jej. Angażował się natomiast podczas kampanii Moniki Rosy, późniejszej posłanki.

Nowoczesna miała trzech kandydatów. Dlaczego wybrała Wojciecha Kałużę?

„Uprzedzałem, że Kałuża to nie jest dobry wybór”

Jako kandydat Koalicji Obywatelskiej w wyborach do sejmiku woj. śląskiego Gabryś został oficjalnie przedstawiony 10 września tego roku. Dostał propozycję startu z pierwszego miejsca wspólnej listy i ją przyjął. Wszystko zmieniło się jednak w ostatniej chwili. Jak wynika z naszych informacji, decyzja na ostatniej prostej została zmieniona przez Adama Szłapkę i przypieczętowana przez Katarzynę Lubnauer. O zmianę zabiegać miała Monika Rosa.

– Na 40 minut przed zatwierdzeniem, zostałem „zdjęty” z listy. Trzy lata naszej pracy powinny być zupełnie inaczej wykorzystane. Decyzję podjął sekretarz partii, poseł Adam Szłapka. Od tego czasu nie kontaktował się ze mną. Nie usłyszałem: „Bartek, przepraszam, pomyliłem się” – mówi w rozmowie z Onetem Bartłomiej Gabryś.

– Uprzedzałem, że Kałuża to nie jest dobry wybór. Przypominałem, że jego rezygnacja ze startu w wyborach prezydenckich w Żorach, mimo poparcia KO, powinna dawać do myślenia. Mam ciągle w pamięci rozmowę z przewodniczącą Katarzyną Lubnauer, która chwilę po wydarzeniach w sejmiku przyznała mi rację. To będzie trudne, ale trzeba sobie teraz zadać pytanie o przyszłość Nowoczesnej w kontekście przyszłych wyborów i posiadanych zasobów ludzkich. Osobiście ognia nadziei jeszcze nie zgasiłem – dodaje.

Radny Wojciech Kałuża: moją partią jest Śląsk

Czyja głowa poleci za Wojciecha Kałużę?

Monika Rosa przyznaje, że zawiodła się na Kałuży. Podkreśla jednak, że wybór był przynajmniej w teorii słuszny, bo kandydat legitymował się dużym „potencjałem wyborczym”. – W wyborze na lidera list kierowałam się tym, czy dana osoba ma pewną rozpoznawalność, „przetarcie” w wyborach samorządowych, czy jest akceptowalna przez wszystkie strony Koalicji – tłumaczyła.

Kto zatem weźmie na siebie polityczną odpowiedzialność za woltę Wojciecha Kałuży? Jeden z czołowych polityków Platformy Obywatelskiej w rozmowie z Onetem jednoznacznie wskazuje, że polityczną odpowiedzialność za sytuację na Śląsku ponosi Katarzyna Lubnauer, która przystała na kandydatury wysunięte przez Szłapkę i Rosę.

– Dla PO lepszą kandydaturą był Gabryś. Szefostwo stara się unikać takich ludzi, jak Kałuża, bo nimi rządzą dziwne emocje – twierdzi.

Inny z polityków Koalicji Obywatelskiej ujawnia w rozmowie z Onetem, że zaważyć mogły kwestie ambicjonalne. Kałuża nie został bowiem zaproszony na jedno z nieformalnych spotkań, podczas którego ustalany był kształt przyszłego zarządu województwa. Jego zdaniem to mógł być jeden z powodów, dla których ten zdecydował się na negocjacje z PiS-em.

– To Monika Rosa jest za to odpowiedzialna. Kałuża poczuł się, jakby na jego plecach inni wspinali się po władzę – kwituje.

Decyzje o tym, kto odpowie za dramatyczną „wpadkę” na Śląsku oraz w którym kierunku powinna pójść po tej spektakularnej porażce Nowoczesna, prawdopodobnie zostaną podjęte jeszcze w tym tygodniu. Na 29 listopada (najbliższy czwartek) zaplanowano posiedzenie klubu poselskiego Nowoczesnej.

Emocje wokół decyzji Wojciecha Kałuży. Protest w Żorach

Waldemar Mystkowski pisze o machlojkach Ziobry w sprawie Piotra Wacowskiego (fragment).

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

>>>