Tag Archives: Joanna Mucha

PiS nie ma się z czego cieszyć, Polacy za demokracją

8 Gru

Cały wykład noblowski Olgi Tokarczuk tutaj >>>

Społeczeństwo zachowało się nieźle, jak na tak trudną sytuację, uwierzyło w siłę demokratycznych wyborów; pokazało, że nie poddało się antyopozycyjnej, jednostronnej  propagandzie i ma swoją wizję poszczególnych partii. Polakom po październikowych wyborach przygląda się psycholożka prof. Krystyna Skarżyńska

Jak wprost powiedział Jarosław Kaczyński, jeszcze nie wszyscy Polacy zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość, ale „mimo wszystko jest się z czego cieszyć”. Ta wypowiedź wiele mówi o tej partii i jej oczekiwaniach. Chcą mieć pełnię władzy, myślą, że na większe poparcie zasłużyli, a tu społeczeństwo okazało się nie całkiem wdzięczne.

Jest też zawód po stronie obywateli, wspierających zarówno Koalicję Obywatelską, jak i Lewicę, którzy myśleli, że opozycja zdobędzie zdecydowanie więcej głosów.

W przeprowadzanych rozmowach (w kilku badaniach focusowych) wśród różnych grup respondentów, a także w wypowiedziach medialnych osób z różnych stron politycznej sceny, zauważam nastrój zawiedzenia oczekiwań po wyborach parlamentarnych 2019.

Tymczasem cała opozycja zdobyła więcej głosów niż Zjednoczona Prawica, choć nie przełożyło się to na większość mandatów. O tym za mało się mówi.

Społeczeństwo zachowało się nieźle, jak na tak trudną sytuację, uwierzyło w siłę demokratycznych wyborów;  pokazało, że nie poddało się antyopozycyjnej, jednostronnej  propagandzie i ma swoją wizję poszczególnych partii.

Koalicja Obywatelska musi się jasno określić

Zauważono też liczne przemieszczenia między elektoratami, wiele osób odeszło z KO i to w różne strony: na lewo, ale i w kierunku PSL z Kukizem, zdecydowanie mniej do PiS.

Przepływy te są – moim zdaniem – dowodem na to, że ludzie już nie bardzo chcą głosować na partię, która oferuje mało wyrazistą ofertę dla wszystkich (nawet jak jest anty-PiS-em), tylko głosują na taką, która wydaje się bliższa ich światopoglądowi.

Jeżeli tak jest, to KO ma przed sobą poważną pracę, której efektem powinna być jasna, klarownie i atrakcyjnie opowiedziana koncepcja tego, czym jest dla niej  demokratyczne centrum, jakie państwo i społeczeństwo chce rozwijać, ile ma być w tym państwie liberalizmu, ile  (i jakiej) solidarności. Bez tego prawdopodobnie rozpadnie się na jakieś dwie mniejsze partie.

PiS „pasuje” wielu ludziom

Co do wyborców PiS (czy Zjednoczonej Prawicy) to nie jest tak, że większość z nich wybiera tę partię jedynie ze względu  na transfery materialne. Z danych, jakie zbieramy od lat, wynika, że polskie społeczeństwo jest w dużej mierze konserwatywne, więc deklarowane przez rządzącą prawicę wartości „pasują” wielu ludziom (zwłaszcza starszym, gorzej wykształconym, ale i młodym mężczyznom).

Dwa mechanizmy głosowania zadziałały w tę samą stronę: i portfel (transfery finansowe), i różaniec (podobne wizje roli Kościoła, tradycyjno-narodowe wartości).

Oba te mechanizmy (czy motywy poparcia wyborczego) współpracują ze sobą.

Wiadomo, że jeżeli oddaliśmy na kogoś swój głos (np. bo wzmocnił naszą pozycję finansową, zauważył nasze potrzeby), to mamy tendencję przypisywać mu /jej pewne ważne podobieństwo (np. w sferze wartości), żeby dodatkowo wzmocnić, uzasadnić (czy „uszlachetnić”) swój wybór.

Mniej ważne są wtedy obserwowane zachowania konserwatywnego (z deklaracji) polityka, odbiegające od jego deklaracji ideowych (oszukuje na podatkach, bije żonę, rozwodzi się trzeci raz) niż chęć dostrzegania wspólnych wartości.

Wyniki, nad którymi trzeba się zastanowić

Dla badaczy społeczeństwa jest wiele wyzwań, związanych z próbami jego lokalizacji na wymiarach sekularyzacji i wartości europejskich. Jest wiele niespójnych danych.

Na przykład, prof. Mirosława Marody w książce „Społeczeństwo na zakręcie” (2019), bazując na badaniach EVS (European Voluntary Service – Wolonatriatu Europejskiego) sprzed paru lat dowodzi „postępującego procesu sekularyzacji”: od roku 1990 do 2017 stopniowo spada procent respondentów deklarujących ważność Boga i religii w ich życiu oraz częstość udziału w mszy.

Ale inne dane dowodzą, że między rokiem 1998 a 2017 nastąpił wyraźny

wzrost „katolickiego fundamentalizmu”

(określenie Bogdana Wojciszke  i jego współpracowników, „Psychologia Społeczna” 2017, nr 2), np.:

• w roku 2016 z opinią „wartości chrześcijańskie w Polsce powinny być szczególnie chronione” zgadzało się 68,5 proc., podczas gdy w 1998 – 46,5 proc.;

• „Życie poczęte powinno podlegać bezwzględnej ochronie prawnej”: 51,9 proc. w roku 2016, 45,3 proc. –  w 1998;

• „Polska powinna być krajem bardziej katolickim”: 36,3 proc. w roku 2016, 25,8 proc. – w 1998.

Jeszcze wyraźniejszy jest

wzrost ksenofobii

Oto przykłady:

• „Polska powinna być przede wszystkim dla Polaków” – 72,6 proc. wobec 56,7 proc.- w roku 1998;

• „Polska powinna bronić się przed zalewem wzorców obcych naszej kulturze narodowej”  – 77,5 proc. wobec . 60,6 proc. w roku 1998;

• „Polska powinna wprowadzić ograniczenia dla obcokrajowców przybywających z Zachodu: 56,6 proc. wobec 34,9 proc. w roku 1998.

Moje dane z lat 2014-2018 są podobne. Ale gdy do pytań światopoglądowych dodano w roku 2016 pytanie o prawo do procedury in vitro – ponad 90 proc. ogólnopolskiej próby odpowiedziało „zdecydowanie tak” i „raczej tak”.

Jesteśmy znacząco bardziej narodowo-katoliccy i ksenofobiczni  (w tym sensie – bardziej konserwatywni) niż byliśmy 20 lat temu i niż byliśmy w roku 2014. Ale „wybiórczo”.

Co to znaczy? Co wybieramy z naszej tradycji, a co odrzucamy? Co jest wynikiem autentycznej, głębokiej zmiany świadomości, co konformizmem czy efektem retoryki rządzących?  To są wyniki, nad którymi trzeba się zastanowić.

Co się wylęgnie z lewicy

Część społeczeństwa myśląca prospektywnie, czyli bardziej lewicowo-liberalnie, odeszła od Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej w kierunku Lewicy.

Platforma Obywatelska w jakimś sensie zmroziła sporo swojego elektoratu różnymi działaniami, raz w prawo  – na przykład wystawiając w wyborach dawnych członków PiS-u lub PZPR, a innym razem w lewo – przyjmują pewne prospektywne postulaty Lewicy.

Lewica też nie jest jednorodna i ciekawe, co się z tego dalej wylęgnie. I tu też potrzeba poważniejszej refleksji nad mechanizmami i związaną z nimi stabilnością prospektywnych preferencji.

Dziś nie wiem,

ile w tym poparciu dla Lewicy jest przejawem głębszej refleksji, znajomości programów lewicowych partii i zgodności własnych wartości z tymi programami, a ile osób wybrało te partie, bo miało dużą niechęć do innych partii

czy „obraziło się” na tę, którą przedtem popierało.

Zjawisko negatywnego elektoratu

Zjawisko „negatywnego elektoratu” staje się coraz bardziej wyraźne w rożnych spolaryzowanych społeczeństwach; w analizach psychologiczno-społecznych poświęca się mu coraz więcej uwagi (por. Alan I. Abramowitz, Steven W. Webster, Negative Partisanship: Why Americans Dislike Parties But Behave Like Rabid Partisans, “Advances in Political Psychology”, vol. 39, 2018).

Demokracja PiS-u i opozycji

Nasze społeczeństwo jest zróżnicowane, jeśli chodzi o stosunek do demokracji. Można przywołać rysunki i komentarze Krzysztofa Pacewicza („Wyborcza”) do odpowiedzi, jakich udzielają Polacy pytani o stosunek do demokracji.

Rzeczywiście, większość – również zwolennicy PiS-u – jest za demokracją, zresztą liderzy PiS powtarzają, że jest to partia najbardziej demokratyczna. Ale ta demokracja znaczy zupełnie co innego w zależności od tego, którą stronę politycznego sporu pytamy.

Dla zwolenników PiS-u demokracja jest oparta głównie na tym, że są wolne wybory i w ogóle jest dużo wolności (w rozumieniu: robimy, co chcemy).

Większość nas wybrała, nie mamy żadnych ograniczeń, państwo jest suwerenne, to jest demokracja. Natomiast nieobecne w tym myśleniu są prawa i wolności człowieka, rola opozycji, wielopartyjność.

Tym zaś, co łączy elektoraty opozycyjne, jest określona wizja społeczeństwa i państwa, zawierająca szacunek dla indywidualnych praw i wartości jednostek oraz różnych stylów życia, ale i poczucie związku z szerszą wspólnotą

(por. Krystyna Skarżyńska, Freedom, freedom… but what freedom? Intrinsic and extrinsi sense of freedom as predictors of preferences for political community and attitudes towards democracy, Social Psychological Bulletin, v. 14, 2019).

Zadajemy sobie pytanie, dlaczego ewidentne dla demokratów naruszenia zasad demokracji przez rządzącą partię nie spowodowały przesunięcia elektoratów, tylko nawet ją wzmocniły.

Autorytaryzm odrzucany

Z moich badań wynika, że kiedy się pyta Polaków wprost nie o demokrację, ale o przejawy autorytaryzmu władzy, nie używając jednak słowa „autorytaryzm”, to respondenci w większości zdecydowanie lub raczej uważają je za niedopuszczalne: czyli deklarują, że nie godzą się na używanie siły wobec opozycji, naruszanie trójpodziału władzy i niechlujne, prowadzone bez konsultacji społecznych, ustawodawstwo, niszczenie opozycji i niesprawiedliwe traktowanie jej w sądach.

Kiedy się pyta o poziom akceptacji dla tych poczynań władzy – ostatnie takie badania przeprowadzałam w końcu 2018 roku – to okazuje się, że raczej popiera je około 18 proc. respondentów, oczywiście więcej w elektoratach partii prawicowych niż w elektoratach partii lewicowych i liberalnych.

Wymiary prawicowości a autorytaryzm

Najważniejsze jest głębsze zrozumienie społeczeństwa, bo na nim można budować oczekiwania  i plan co robić dalej.

Właściwie dzisiaj jesteśmy w systemie autorytarnym. Wybory są fasadą.

Ostatnie wybory nie były zupełnie uczciwe w tym sensie, że przewaga jednej ze stron, jeśli chodzi o propagandę i użyte środki, była zastraszająca.

Wiadomo, co się dzieje z sądami, z Trybunałem Konstytucyjnym, jakie są zapowiedzi co do mediów i samorządów. Niewielka przewaga opozycji w Senacie jest jednak wskazówką, że gdy dobrze obmyśli się dobór kandydatów, dotrzyma się ustaleń międzypartyjnych w ramach opozycji, wybory – nawet przy tak nierównych siłach państwowego wsparcia dla rządzących i opozycji, jak to było w październiku  – może wygrać opozycja.

Ale starania Zjednoczonej Prawicy [PiS plus Gowin + Ziobro], by demokratyczny werdykt wyborczy zmienić, kusząc opozycyjnych senatorów stanowiskami, demaskują kolejny raz niedemokratyczny charakter rządzących dziś Polską.

Paradoksem jest wysokie poparcie wyborcze sił autorytarnych – przy jednocześnie stwierdzanym stosunkowo niewielkim procencie Polaków dopuszczających autorytarne rządzenie.

W kilku moich badaniach stwierdziłam, że

poziom deklarowanej akceptacji różnych przejawów autorytarnego rządzenia jest wyraźnie związany z prawicowością oraz z akceptacją agresji w życiu politycznym.

W badaniach używałam różnych miar prawicowości – lewicowości respondentów. Pytałam o autoidentyfikację na skali lewica-prawica, o siłę postaw prawicowo-autorytarnych (tzw. right-wing authoritarianism), na które składają się: uległość wobec uznanego autorytetu, autorytarna agresja wobec inaczej myślących oraz konwencjonalizm, czyli podporządkowanie się tradycyjnym normom i wartościom.

Trzecią miarą lewicowości-prawicowości był stosunek do konserwatyzmu światopoglądowego (do twierdzeń takich, jak: więcej Kościoła w państwie, kobieta bez wolności wyboru, Polska tylko dla Polaków).

W roku 2016 i kolejnym wszystkie trzy miary poziomu prawicowości dodatnio istotnie korelowały z uproszczonym rozumieniem demokracji (jako rządów wybranej większości) oraz z większą akceptacją dla agresji w polityce.

Te trzy zmienne: prawicowość, proste rozumienie demokracji i akceptacja agresji w polityce – pozwalały przewidzieć wyższy poziom poparcia autorytaryzmu władzy (w tzw. analizach ścieżkowych).

Można więc zasadnie powiedzieć, że konserwatywny, narodowo-katolicki fundamentalizm (wyraźnie obecny w polskim społeczeństwie) jest istotnym czynnikiem, sprzyjającym poparciu dla autorytarnej władzy.

Zrozumienie powodów, dla których w ostatnich 20 latach wzrosła liczba osób przyjmujących taki światopogląd i jednocześnie akceptujących agresję w polityce, pozwoli sformułować takie projekty społeczne, które nie pozwolą na to, by anty-demokratyczne partie zdobywały w Polsce realną władzę.

Psychologowie od lat wskazują, że ważnym czynnikiem wzmacniającym konserwatyzm jest poczucie zagrożenia. A co jeszcze?

Przewietrzony parlament, to dobrze dla demokracji

Wybory parlamentarne pokazały że społeczeństwo potrafi się mobilizować i więcej głosowało „za demokracją” niż „za autorytaryzmem”.

Aktywistki i aktywiści społeczni dostrzegli, że trzeba współdziałać z partiami, chociaż niektóre przeżywają kryzys. Przed nami są zmiany myślenia o polityce. Wydaje się, że nie musi być ona przeciwstawiana społecznym ruchom obywatelskim.

Co jest jeszcze optymistyczne? Jednak to, że przyszła do Sejmu młoda lewica, że zmienia się auto-wizerunek i zewnętrzny odbiór PSL,  jest czymś dobrym dla demokracji.

Po prostu, dzięki tym zmianom, różne segmenty społeczeństwa zyskały swoją wyraźniejszą reprezentację w parlamencie. Teraz będą sprawdzać, czy warto się wiązać z tymi partiami na dłużej. Tym sposobem staną się bardziej aktywnymi obywatelami i docenią (mam nadzieję) rolę mniejszości w demokracji parlamentarnej.

To mówicie, że jak to było z tą Targowicą? Kto jest zdrajcą ojczyzny?

Za nami debata prawyborcza kandydatów PO na urząd prezydenta. W szranki stanęli wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska i prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Kidawa-Błońska mówiła, że kandyduje, bo nie zgadza się na „kolejnych Banasiów czy Misiewiczów”. – „Państwo musi się przed tym bronić. A prezydent jako strażnik Konstytucji ma tu dużo do zrobienia. Kandyduję, dlatego, że chcę, aby prezydent łączył Polaków, a nie dzielił. Kandyduję, bo wierzę, że łączy nas więcej niż antyPiS” – stwierdziła.

Jacek Jaśkowiak powiedział, że atmosfera na sali jest „jak na meczu Lecha z Legią”. Powoływał się na swoje doświadczenia jak prezydenta Poznania. – „Obiecuję, że zawsze będę stał po stronie poniżanych i słabszych. Kierujmy się tym, co jest ważne dla Polski – te wybory będą kluczowe, niech wygra ten, kto ma większe szanse wygrać z Andrzej Dudą” – mówił Jaśkowiak. Zaprezentował swoje hasło: „Prawdziwy prezydent, silna Polska”.

Kandydaci mówili, jak zamierzają rozliczyć rządy PiS i Andrzeja Dudę. – „Każda osoba, która łamie prawo, narusza Konstytucję, powinna być osądzona. Nie może być tak, że politycy są dziś bezkarni, bezkarnie niszczą Polskę. Musimy pokazać do jakiej sytuacji doszło, jaka to jest demoralizacja” – uważa Kidawa-Błońska.

„Nie mam żadnych wątpliwości, że należy postawić przed Trybunałem Stanu prezydenta Andrzeja Dudę za łamanie Konstytucji. Należy również postawić do odpowiedzialności karnej tych wszystkich, którzy łamali Konstytucję, prawo i nawet w elektoracie PiS-u, powiedziałbym więcej, nawet wśród rządzących nie ma już w tej chwili wątpliwości, że należy postawić akt oskarżenia Marianowi Banasiowi” – powiedział Jaśkowiak.

Kandydat na prezydenta zostanie wyłoniony 14 grudnia podczas konwencji PO.

Ofensywa „dobrej zmiany” załamała się. Teraz władza ma do wyboru dwie możliwości: albo ustąpić, albo pójść w zaparte, narażając się na odpowiedzialność karną w przyszłości.

Wyrok Sądu Najwyższego, delegalizujący Izbę Dyscyplinarną SN oraz Krajową Radę Sądownictwa, to Stalingrad Zbigniewa Ziobry. „Dobra zmiana” próbuje jeszcze robić dobrą minę do złej gry, głośno krzyczy „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!” – ale sama wie, że jest w tym zaklinaniu rzeczywistości całkiem nieprzekonująca.

Bo oczywiście stało się – i to nie tylko w sferze symbolicznej. Reżim całkiem praktycznie stracił możliwość legalnego represjonowania niezawisłych sędziów. Owszem, może ich nadal szykanować i niszczyć, ale w tym celu musi zrzucić maskę i zademonstrować światu swą prawdziwą twarz. Musi przyznać: tak, jesteśmy gangsterami i pełniąc funkcje państwowe, stosujemy gangsterskie metody.

Wyrok SN zwolnił sędziów z obowiązku stawiania się przed Izbą Dyscyplinarną SN, która została uznana za organ nielegalny. I nie ulega wątpliwości, że oskarżani sędziowie wykażą dość determinacji i konsekwencji, by z tego zwolnienia skorzystać – akurat ci, którym władza wytacza postępowania dyscyplinarne należą do elity najodważniejszych i najbardziej świadomych swej niezawisłości. Nie będą się wahać ani ustępować pod presją. Izba Dyscyplinarna będzie się więc zbierać i obradować pod nieobecność podsądnych, może nawet będzie wydawać jakieś „wyroki” – ale nikogo nie będzie to obchodzić. Poza władzą.

Reżim poprzez swych mianowanych namiestników będzie chciał nadać moc tym rzekomym „wyrokom”. Niepokornych sędziów spotkają więc represje takie, jak np. sędziego Pawła Juszczyszyna z Olsztyna, którego minister odwołał z sądu okręgowego, a „dobrozmianowy” szef sądu rejonowego zawiesił w orzekaniu. Tyle tylko, że próbując w ten sposób sterroryzować środowisko, władza odrzuci ostatnie już pozory praworządności i w pełni ujawni przestępczy charakter.

Jak na to zareaguje środowisko sędziowskie i cała opinia publiczna? Próbkę już mieliśmy: w całym kraju odbyły się protesty, a sędziowie z Olsztyna starali się zorganizować zebranie, by zażądać dymisji szefa sądu rejonowego Macieja Nawackiego. Ten zaś zakazał im tego, co już było ostatnim gwoździem do trumny i dopełniło jego wizerunku.

Po wyroku Sądu Najwyższego władza stoi więc przed wyborem: albo ustąpić, ale w praktyce będzie to polityczna kapitulacja, zwiastująca rychły koniec rządów ferajny Kaczyńskiego, albo pójść w zaparte i sięgnąć po represje jak w Olsztynie. Prawdopodobieństwo, że wybierze to drugie, wydaje się znacznie większe.

Na krótką metę będzie to bardziej bolesne dla środowiska sędziowskiego i całego społeczeństwa obywatelskiego, ale w dalszej perspektywie pożałują tego sami „dobrozmianowcy”. Gdyby podporządkowali się wyrokowi SN, staliby tylko w obliczu groźby utraty władzy. Wypowiadając posłuszeństwo prawu, narażają się na znacznie poważniejsze konsekwencje – od wydalenia z zawodu po karę więzienia.

Sugerowałbym Zbigniewowi Ziobrze, żeby starannie sobie przekalkulował, czy mu się to opłaca.

TVP nie pokazała wykładu noblowskiego Olgi Tokarczuk. W czasie, gdy najmłodsza polska noblistka przemawiała w Sztokholmie, na antenie TVP Info pokazano m.in. materiał „Miliony z warszawskiego ratusza dla organizacji promujących dewiacje seksualne, narkotyki i prostytucje”. Odczytu nie pokazano też w kolejnych godzinach i nie informowano o nim na portalu tvp.info.

Schyłek Kaczyńskiego i Kościoła kat.

20 Paźdź

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt, który zawiera kontrowersyjne przepisy. Jak mówiła w TOK FM, statystyki jednoznacznie pokazują, jak bardzo potrzebna jest w Polsce edukacja seksualna.

– „Różaniec jak kastet. Jeśli Episkopat nie wystąpi przeciwko użyciu symbolu religijnego do propagandy neofaszystowskiej, będzie to oznaczało, że sam używa tych symboli instrumentalnie i nimi pomiata” – tak jeden z internautów skomentował opublikowany przez narodowców motyw przewodni kolejnego Marszu Niepodległości. Przejdzie on ulicami Warszawy 11 listopada.

W tym roku hasłem marszu będą słowa z pieśni ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej: „Miej w opiece naród cały”. W internecie organizatorzy umieścili plakat, który ma zachęcać do udziału w marszu. A na nim widać zaciśniętą pięść oplecioną różańcem, który do złudzenia przypomina kastet.

– „Różaniec jako kastet. Wielu moich znajomych mocno zaangażowanych katolików trafnie rozjechało już ten idiotyzm. Wobec tej oczywistej obrazy uczuć religijnych nasz Episkopat oczywiście będzie milczał (bo boi się silnych, wojowniczy jest wobec słabych), ale mi gdy na to patrzę bardziej niż reakcja, której nie będzie, po głowie chodzi dzisiejsza Ewangelia. Jezus wysyła w niej uczniów, jak „owce między wilki”. Nie jak „wilki między owce. Różnica poważna, ale nie do wszystkich, jak widać, przez te 2 tysiące lat dotarł” – napisał na swoim profilu facebookowym Szymon Hołownia.

Pomysł skrytykowała także prawicowa blogerka Kataryna. – „Ten kto wpadł na pomysł wpisania różańca w symbol „white power” bardzo brzydko się bawi” – napisała na Twitterze.

Szykuje się przewrót w PO. Młodzi posłowie chcą odebrać partię G. Schetynie. Polecam tekst Renaty Grochal w najnowszym „Newsweeku”, który już dziś można przeczytać tutaj

newsweek.pl/schetyna-strac

– „Pan Horała w Polsacie świetnie się bawi mówiąc, że ha ha pan Banaś to ma tylko zarzuty od dziennikarzy śledczych TVN ha ha ha… Tak, pan Horała przewodniczył komisji VAT” – skomentowała jedna z internautek dzisiejszy występ posła PiS.

Jednak nie po raz pierwszy ten poseł PiS zachowuje się – eufemistycznie rzecz nazywając – przedziwnie. „We francuskim Sevres Horała będzie kiedyś wzorcem bezczelnej manipulacji”.

– „Wszak naczelnik państwa, a mentor Horały powiedział kiedyś: „Nikt nam nie powie że białe jest białe a czarne jest czarne”. A chłop ufa mentorowi bezgranicznie…”; – „Swoją drogą,, jakie trzeba mieć poczucie humoru, żeby swoją partię nazwać Prawo i Sprawiedliwość, a rządy dobrą zmianą” – pisali o zachowaniu Horały internauci.

A wracając jeszcze do samego Horały. Ma on ponoć w nowym rządzie zostać ministrem infrastruktury. O takich planach pisze „Nasz Dziennik” wydawany przez fundację Tadeusza Rydzyka.

– „Do niedawna myślałem, że „krótka ławka” w PiS-ie sprawia, że nominacje na urzędy wszelakie są więcej, niż groteskowe. Przykład Pana Horały zatrwożył mnie i zasmucił. Oni tam w ogóle ławki nie mają…”; – „Dla Horały powinni specjalnie stworzyć Ministerstwo Żenady”; – „Skoro już tak się stoczyliśmy, to niech PiS powoła kilka arabów z Janowa na senatorów, żeby mieć większość. Przy ministrze Horale nikt nie zauważy, że konie głosują na cztery ręce…” – komentowali internauci.

Państwo mafijne PiS.

Elektorat PiS uwierzył, że budżet państwa ma nieograniczone możliwości. Tymczasem w gospodarce idą ciężkie czasy.

Główną przyczyną niespodziewanych sukcesów Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich czterech latach jest gospodarka. W 2015 roku, gdy PiS przedstawiał swoje obietnice socjalne, mało kto przewidywał, że koniunktura potrwa tak długo, a gospodarka okaże się odporna na populistyczną politykę partii rządzącej. Przypomnijmy, że nawet Mateusz Morawiecki ostrzegał, że program 500+ finansowany będzie długiem, który będzie spłacać przyszłe pokolenie. Prognozy większości instytutów naukowych przewidywały, że w 2017, a najpóźniej w 2018 roku wzrost gospodarczy spadnie, zwłaszcza, że w 2016 roku przedsiębiorcy wstrzymali się z inwestowaniem.

Także wyborcy nie bardzo wierzyli, że będą pieniądze na obietnice PiS. Pod koniec 2016 roku rządząca partia miała poparcie nieco przekraczające 30 proc., a suma poparcia dla Nowoczesnej i PO wynosiła 35 proc. Słupki PiS zaczęły rosnąć, gdy okazało się, że gospodarka jest w dobrym stanie, a budżet jest stabilny mimo rosnących transferów socjalnych.

Wprawdzie rząd wycofał się z kilku pomysłów – nie było podniesienia kwoty wolnej od PIT do 8 tys. zł, przewalutowania kredytów frankowych, darmowych leków dla osób starszych, a przede wszystkim nie zostały zrealizowane szumnie zapowiadane obietnice wielkich inwestycji państwowych, ale transfery pieniężne – 500+, „trzynasta emerytura” – dały PiS-owi poparcie ponad 40 proc. elektoratu.

PiS rzecz jasna twierdzi, że utrzymujący się wysoki wzrost gospodarczy to jego zasługa, choć nie jest w stanie pokazać działań, które wzrostowi pomagały. Wprawdzie transfery socjalne pozwoliły zwiększyć konsumpcję, ale to działa tylko na krótką metę. Nie było działań propodażowych. Przeciwnie – wprowadzane regulacje przeszkadzały gospodarce (zakaz handlu w niedziele, ograniczenie działalności aptek, podatek bankowy) i zniechęcały do dłuższej pracy (obniżenie wieku emerytalnego, wypchnięcie z rynku pracy tysięcy kobiet).

Gospodarce pomogli imigranci zarobkowi – setki tysięcy przybyszów z Ukrainy, Białorusi, Nepalu i Bangladeszu. PiS na szczęście nie zrealizował zapowiedzi zamknięcia Polski na imigrację, choć też w żaden sposób jej nie sprzyjał. Napływ Ukraińców był znacznie większy, niż przewidywano, w dużej mierze na skutek wojny w tym kraju. Azjaci zostali ściągnięci przez przedsiębiorców, który odczuwali brak rąk do pracy. Bez fali imigrantów wzrost gospodarczy byłby o jakiś 1 punkt procentowy niższy, gorsza byłaby sytuacja ZUS i budżetu.

Polska jako kraj o niższych kosztach pracy jest beneficjentem outsourcingu – przenoszenia fabryk i centrów usługowych z państw bogatszych. Dlatego choć u naszego najważniejszego partnera handlowego – Niemiec – zaczyna się recesja, w Polsce gospodarka wciąż rośnie. Podobnie było w czasie głębokiej recesji 2009 roku. Korporacje, szukając oszczędności, przesuwały produkcję do krajów tańszych, między innymi Polski.

Nie ma jednak możliwości, by utrzymał się wysoki wzrost, gdy jedynym jego motorem jest konsumpcja. Działania rządu są nieprzyjazne dla biznesu – wkrótce większość przedsiębiorców płacących VAT obejmie mechanizm podzielonej płatności, co ograniczy ich płynność. Mogą też stracić swoje przedsiębiorstwa, gdy wejdzie w życie ustawa o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione. Zresztą Jarosław Kaczyński jawnie zapowiedział, że będzie dążył do wymiany elit biznesowych, czyli usunięcia części przedsiębiorców obecnie czynnych i zastąpienia ich ludźmi związanymi z PiS-em.

Trudno utrzymać stabilny wzrost w kraju, w którym instytucje słabo działają. Według najnowszego raportu World Economic Forum „The Global Competitiveness Report” Polska utrzymała 37. miejsce pod względem konkurencyjności na 141 ocenianych gospodarek. Wyraźne pogorszenie nastąpiło w kategorii jakość instytucji. Zajmujemy tu 60. miejsce.

Spadek na 118. miejsce nastąpił w podkategorii niezależność sądownictwa, zaś w podkategorii skuteczność ram prawnych w regulacjach zajęliśmy dopiero 121. miejsce, czyli blisko końca. Źle wypadamy pod względem: ciężarów regulacyjnych nakładanych przez państwo (miejsce 113.), skuteczności prawa w rozwiązywaniu sporów (miejsce 107.), ochrony praw własności (miejsce 90.), stabilności polityki rządowej (miejsce 123.) i długookresowej wizji rządu (miejsce 102.).

To, że ekonomiści wcześniej się pomylili, gdy przewidywali załamanie gospodarki w roku 2018 lub 2019, nie oznacza, że ono nie nastąpi – raczej wcześniej niż później. To uruchomi całą falę problemów, przed którymi stanie rząd PiS. Wyższa inflacja na krótką metę zwiększy dochody budżetu, ale na dłuższą zwiększy też wydatki. NBP będzie musiał podnieść stopy procentowe, by inflacja nie wymknęła się spod kontroli, co zwiększy wydatki na obsługę długu. Beneficjenci 500+ wkrótce się zorientują, że ich dochody z zasiłków socjalnych realnie spadają, i zażądają indeksacji, a słabnąca gospodarka nie da budżetowi wystarczających dochodów.

Wyborcy PiS, przekonywani dotychczas, że rząd ma na wszystko pieniądze, będą rozczarowani, a ich rozbudzone apetyty nie dadzą się łatwo pohamować. W czasie rządów PO-PSL (2008-15) średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło o 44,9 proc., a realnie o 21 proc. Wybudowano setki kilometrów autostrad i dróg, bezrobocie, które w czasie spowolnienia gospodarczego w latach 2009-13 rosło, w ostatnich dwu latach rządów PO-PSL spadło o 3,5 punktu procentowego. Ale apetyty były większe niż możliwości ich zaspokojenia, więc w 2015 roku Platforma przegrała.

PiS będzie musiał według słów Mateusza Morawieckiego „wygaszać oczekiwania” społeczeństwa, co jest znacznie trudniejsze niż rozbudzanie apetytów. W dodatku będzie to musiał robić w warunkach politycznych znacznie trudniejszych niż dotychczas.

Okazuje się, że ani podlizywanie się prezesowi, ani ślepe posłuszeństwo już nie gwarantują kariery.

Przed wyborami Jarosław Kaczyński żył w świecie własnych urojeń i iluzji podsycanych przez spin doktorów z jego otoczenia. Chyba naprawdę wierzył, że PiS zwycięstwo ma w kieszeni, a pytaniem jest tylko jego skala. Czy uda się zdobyć większość pozwalającą obalić weto prezydenckie? A może wręcz – kto wie – większość konstytucyjną? Wynik wyborów – dla ludzi trzeźwo myślących łatwy do przewidzenia – przyniósł mu srogi zawód. Jak to, tylko tyle nam daliście?! Przecież zasługujemy na więcej.

Nie tylko Jarosław Kaczyński doświadczył tego rozczarowania. Zawiedli się też ci, którzy ślepo podążali za wodzem, wierząc, że prowadzi ich od jednego oszałamiającego sukcesu do kolejnego. „Trzymajmy się z Kaczyńskim, on wie, co robi” – myśleli, zatykając uszy na wszelkie argumenty. Odwracając oczy od ewidentnych naruszeń prawa i standardów przyzwoitości. Zatykając nosy, by nie czuć moralnej zgnilizny. „Nie ciesząc się”, ale głosując za ustawami sprzecznymi z Konstytucją.

Tak działa psychologia systemu wodzowskiego – dopóki wódz odnosi sukcesy, dopóki roztacza aurę chwały i triumfu, dopóty tłum ochoczo drepcze za nim, bijąc brawo i rywalizując o to, by znaleźć się jak najbliżej umiłowanego przywódcy. Gdy jednak dobra passa się kończy, w szeregi obozu wkrada się zwątpienie, a gumowe kręgosłupy sztywnieją. Zaczadzeni entuzjazmem zaczynają trzeźwieć i dyskretnie rozglądać się na boki, wypatrując wyjścia ewakuacyjnego. Bo jakby co…

Dziś właśnie znaleźliśmy się w tym miejscu. Nie tylko strata Senatu okazała się zimnym prysznicem. Indywidualne losy takich ludzi jak Stanisław Piotrowicz, który nie załapał się do Sejmu, pokazały, że wierność Kaczyńskiemu nie gwarantuje kariery. Ten sam los spotkał Annę Sobecką, Bernadetę Krynicką i Krzysztofa Czabańskiego. Ba, do Senatu nie wszedł nawet ojciec prezydenta Jan Duda.

Szczególne znaczenie może mieć porażka w wyborach byłego posła Zbigniewa Gryglasa, który w poprzedniej kadencji został wybrany z ramienia Nowoczesnej, ale później przeszedł do PiS. Teraz nie dostał się do Sejmu – i to niewątpliwie będzie nauczką dla jego potencjalnych naśladowców. Przy ocenie korzyści i strat płynących z przyjęcia politycznej łapówki punktem odniesienia nie jest już tylko wicemarszałek województwa śląskiego Wojciech Kałuża, platformerski renegat, za którego sprawą to województwo przypadło PiS-owi, lecz także były poseł Zbigniew Gryglas, który znalazł się na lodzie.

W tym samym czasie gruchnęła sprawa Mariana Banasia, który tym, że odmówił podania się do dymisji, okazał nieposłuszeństwo prezesowi. A prezes nic nie może na to poradzić. Co więcej, nie tylko jest to demoralizujący przykład indywidualnej niesubordynacji, lecz także można przypuszczać, że pozostanie Banasia na stanowisku oznacza dla PiS utratę politycznej kontroli nad NIK. Jest prawdopodobne, że prezes Izby będzie teraz próbował się podlizywać opozycji, licząc na łagodniejsze potraktowanie, gdy już przestanie mu przysługiwać immunitet.

Z obozu „dobrej zmiany” dochodzą pierwsze trzaski sygnalizujące, że niedawny monolit monolitem być przestaje. Oto Jarosław Gowin zapowiada, że jego posłowie (których teraz ma więcej niż w poprzedniej kadencji) nie zagłosują za ustawą znoszącą w składkach ZUS barierę tzw. 30-krotności. To problem dla premiera Morawieckiego i dla budżetu państwa. Oto Zbigniew Ziobro, który teraz też ma więcej posłów niż w poprzedniej kadencji, domaga się dodatkowych tek w rządzie i stanowiska wicepremiera dla siebie…

W szeregi karnego wcześniej obozu wkraczają chaos, rywalizacja i niesubordynacja. A mit niezwyciężonego Prezesa Tysiąclecia, który prowadzi swój lud ku władzy i chwale, zaczyna się kruszyć.

Oczywiście Kaczyński będzie dokładał starań, by zatrzeć to wrażenie, możemy więc z jego strony spodziewać się kroków brutalnych, mających ratować jego wizerunek. Jednak jeśli nawet będzie to bolesne dla opozycji, społeczeństwa obywatelskiego i polskiego państwa prawa, miejmy świadomość, że apogeum PiS-owskiego autorytaryzmu jest już za nami. Weszliśmy w jego okres schyłkowy.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Paralityk Kaczyński i paraliż państwa

2 Paźdź

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa ze względu na to, że… homofobiczne słowa polityka miały podobać się zgromadzonym na wiecu osobom.

Lider PiS obraził homoseksualistów podczas wystąpienia na Pikniku Rodzinnym w Stalowej Woli. Kaczyński dziękował arcybiskupowi Jędraszewskiemu (autorowi słów o „tęczowej zarazie”) i ostro atakował środowiska LGBT. Zdaniem prokuratury Kaczyński nie popełnił jednak przestępstwa. Pracownicy OMZRiK więcej o sprawie napisali na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku.

Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Prokurator odmawia ścigania Jarosława Kaczyńskiego przy pomocy kruczków prawnych, argumentując to tym, że nie będzie ścigał przestępstwa, bo podobało się wielu osobom, które były świadkami jego popełnienia” – napisano w social mediach Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

Jak się okazuje, prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, nawet gdy OMZRiK odwołał się od jej decyzji. „Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia, a gdy się odwołaliśmy, odmówiła również przyjęcia zażalenia twierdząc, że Ośrodek nie jest instytucją społeczną, którą naturalnie jest”.

To jednak nie koniec tej kuriozalnej sytuacji. Okazuje się, że – zdaniem prokuratury – homofobiczne opinie Kaczyńskiego podobały się… katolikom, a nawet tysiącom rodzin z dziećmi. „Jednak to, co najbardziej bulwersuje w dokumencie przesłanym nam przez prokuratora Adama Cierpiatkę to końcowe uzasadnienie, w którym funkcjonariusz twierdzi, że nie zamierza ściągać sprawcy, bo czyny karalne, które popełnił, podobały się katolikom, a konkretnie tysiącom rodzin z dziećmi” – poinformowała antyrasistowska organizacja.

Aktywiści Ośrodka są mocno zaniepokojeni ostatnimi poczynaniami prokuratury i PiS-owskiego państwa. Przestrzegają nawet przed narodzinami w Polsce dyktatury o prawicowym charakterze. „Proszę Państwa na naszych oczach rodzi się reżim totalitarny” – przestrzega w swoim oświadczeniu stowarzyszenie.

Zaniepokojeni decyzją prokuratury są również internauci. „Nie mamy tego płaszcza i co nam pan zrobisz? Bareja przewraca się w grobie. Kto jeszcze będzie darł japę, że daleko nam do dyktatury?”, „Czyli jak na koncercie deathmetalowym artysta podrze Biblię, to od dzisiaj prokuratura nie będzie wszczynać postępowania, bo czyn podobał się zgromadzonej tam publiczności? Prokuratura pisowska ma iście moralność Kalego” – to tylko niektóre komentarze oburzonych użytkowników sieci.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

W obliczu końca pierwszej kadencji rządu sformowanego przez Prawo i Sprawiedliwość oraz wobec tego, co ten rząd uczynił z polskim systemem politycznym, mając na względzie niebezpieczny i głęboki podział społeczny, który powstał wskutek polityki prowadzonej przez tę władzę w sposób świadomy i konsekwentny, wobec tego, co wydarzyło się w latach 2015 – 2019, ośmielę się twierdzić, że poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości nie jest „poglądem politycznym”.

Poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości i oddawanie swojego głosu na to ugrupowanie jest świadomą, nieodpowiedzialną i w swojej istocie głęboko antydemokratyczną postawą poparcia dla ludzi, którzy w celu zdobycia i utrzymania się przy władzy gotowi są pozakonstytucyjnie, w sposób bezprawny i poza proceduralny zmieniać legalnie ustanowiony ustrój państwa, z ustroju demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy jako naczelną zasadą jej sprawowania, na fundamentalistyczne państwo wyznaniowe z katolicyzmem jako religią panującą oraz faszystowskim modelem państwa ze wszystkimi atrybutami tego rozwiązania systemowego to znaczy z wszechogarniającą kontrolą wszystkich dziedzin życia społecznego, policyjnym charakterem państwa, przemocą sankcjonowaną przez władzę i dokonywaną w „obliczu prawa” i „zgodnie z prawem” oraz z nową elitą tej władzy złożoną z ludzi posłusznych i oddanych, którzy swoje błyskawiczne kariery zawdzięczają lub zawdzięczać będą wyłącznie tej władzy w oderwaniu od swoich faktycznych kompetencji formalnych oraz postaw etycznych.

Dla oburzonych moim „niesprawiedliwym” potraktowaniem wyborców oddających swoje głosy na Prawo i Sprawiedliwość wyjaśniam, że według mnie taka decyzja jest wynikiem ignorancji i braku znajomości historii Europy i Świata przynajmniej w zakresie ostatnich osiemdziesięciu lat. Ponieważ podobne sytuacje miały już miejsce, a ogólnonarodowe wzmożenia, nacjonalizmy i religijny fundamentalizm sprowadzał już pasma nieszczęść i „tragiczne końce” na obywateli takich państw jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, Chile czy Argentyna. Natomiast totalitaryzm w ogólności wyrządził niepowetowane szkody w takich państwach jak Związek Radziecki, Węgry, Rumunia, Czechosłowacja, Bułgaria, Albania, Jugosławia, NRD i w końcu Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Jeżeli ktoś tego nie dostrzega lub relatywizuje tamte wydarzenia i ich konsekwencje wciąż popierając antydemokratyczne, kato-faszystowskie ugrupowanie polityczne w imię budowania „dobrej zmiany” to informuję, że to się skończy w sposób, który doskonale znamy, to znaczy: głębokim kryzysem ekonomicznym, gigantycznym zadłużeniem państwa, destabilizacją polityczną, której konsekwencje mogą być krytyczne, a wynikające z niej konflikty mogą mieć charakter międzynarodowy i zbrojny, a rozpad więzi społecznych spowoduje, że ponowne powstanie „społeczeństwa” w miejsce jego zredukowanej wersji tj. „ludności”, zajmie dziesięciolecia.

Ja sobie zdaję sprawę, że ten walec już się toczy, ale trzeba mówić głośno i bez politycznej poprawności, po czym ten walec sunie i że winni jego działania będą wszyscy ci, którzy w październiku nie powiedzą: Stop!

To nie jest ordynarna agitacja polityczna. To kategoryczna odmowa uznania czyichś wyborów za „pogląd polityczny” oraz nazwanie takiej postawy współsprawstwem. To, co się właśnie w Polsce wydarza, to jest, Szanowni Państwo, doskonały przykład tego, do czego prowadzi brak wiedzy, brak znajomości historii oraz zaniedbania w tym zakresie, do których doszło w okresie ostatnich trzydziestu lat. Tylko że kiedy już wyborcy Prawa i Sprawiedliwości obudzą się z pustą lodówką i z ręką w nocniku, na refleksję i płaczliwe „skąd mogliśmy wiedzieć” będzie już za późno.

Z podręczników do historii – mogliście wiedzieć. Z podręczników do historii. Po prostu.

Przerażające jest to, z jaką łatwością rządząca partia wyłącza kolejne bezpieczniki, które zostały przewidziane w ustawie zasadniczej, by żaden obóz nie mógł rządzić niepodzielnie i na własną modłę. Niestety od czterech lat byliśmy świadkami totalnego demontażu i atrapizacji takich organów jak Trybunał Konstytucyjny, prokuratura, policja, służby specjalne, sądy, czy media publiczne, razem z nadzorującą ich misję publiczną Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. Właśnie staliśmy się świadkami demontażu ostatniej instytucji kontroli państwowej, jaką jest Najwyższa Izba Kontroli, dzięki której w ostatnich latach poznaliśmy multum przypadków niegospodarności czy ordynarnych wręcz wałków na publicznej kasie. Dziś widać, że działalność instytucji kierowanej do końca sierpnia przez Krzysztofa Kwiatkowskiego partii Jarosława Kaczyńskiego była niewygodna.

Jak donosi dzisiejsza “Rzeczpospolita”, po zaskakującej i niezgodnej z ustawą o NIK czystce w kierownictwie Izby i powołaniu w miejsce trzech wiceprezesów tylko jednego, w osobie mało znanej i niewiele znaczącej w strukturach Małgorzaty Motylow, NIK została sparaliżowana. Powód jest kuriozalny – jedyna wiceprezes Izby nie ma dostępu do dokumentów o klauzuli “ściśle tajne”, a to uniemożliwia jej zapoznanie się z szeregiem ważnych, oczekujących na podpis raportów, a tym samym ich zakończenie. Jak pisze dziennik, nawet jeśli teraz wiceprezes złoży wniosek, to na decyzję będzie musiała poczekać.

– Postępowanie powinno być ukończone w ciągu trzech miesięcy, ale to termin instrukcyjny – mówi osoba ze służb. Brak certyfikatu „ściśle tajne” może spowodować paraliż pracy w NIK. – Wiceprezes nie będzie mogła podpisać protokołów objętych klauzulą, nie będzie więc można zakończyć niektórych kontroli – twierdzą nasi rozmówcy. – Dziś nie ma żadnego członka kierownictwa NIK, który mógłby ją w tym zastąpić.

Tym samym nie ma cienia ryzyka, by jeszcze przed wyborami pokazały się miażdżące dla PiS raporty z kontroli, a i przyszły ich los jest niewiadomy.

Żenujący Duda, antychrześcijański Kaczyński. Obronić nasz kraj przed nieukami, miernotami i aferzystami na najwyższych stanowiskach

23 Wrz

Podczas wrześniowej konwencji w Lublinie Jarosław Kaczyński stwierdził, że poza Kościołem chrześcijańskim jest tylko wszystko niszczący nihilizm.

O komentarz do słów prezesa został poproszony prymas Polski abp Wojciech Polak, który był gościem konferencji „TworzyMy pokój. Wiara w demokracji – czas wyzwań”, jaka odbyła się w Muzeum Historii Żydów Polski Polin.

Nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła katolickiego w Polsce ani w ogóle stanowisko Kościoła katolickiego. Gdyby tak było, to moja obecność tutaj byłaby co najmniej dziwna. Uważam, że to jest wypowiedź, która nie ma nic wspólnego z nauczaniem Kościoła. To może być pogląd, wizja kogoś, kto ją wypowiada” – powiedział prymas Polak.

Śmierć Dawida Kosteckiego >>>

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Oczywiście przy pomocy kartki wyborczej bronimy Polskę przed rządami pisowców. Na razie jeszcze przy pomocy kartki wyborczej, obawiam się, że jeśli oni wygrają to następna obrona będzie możliwa już tylko na ulicach i w masowych protestach. Bronimy Polskę i Polaków przed umieraniem na SOR-ach, przed brakiem lekarstw, lekarzy, pielęgniarek, szpitali, przed koszmarem w edukacji, zniszczeniem środowiska, mordowaniem zwierząt i ich katowaniem, trującymi fabrykami, piecami, grzejnikami, przed rządami ignorantów, nieuków i idiotów.

Bronimy przed policją polityczną, która aresztuje, przesłuchuje, podsłuchuje i prześladuje ludzi niezgadzających się na pisowską dyktaturę, kłamstwo i obłudę odrażającego reżimu, prokuraturą na usługach polityków, biorącą wspólnie z pisowską policją polityczną i reżimowymi mediami aktywny udział w szkalowaniu i opluwaniu przeciwników „dobrej zmiany”.

Bronimy nasz kraj przed nieukami miernotami i aferzystami na najwyższych stanowiskach, przed systemem, gdzie przeciwnik PiS-u jest niszczony i szkalowany na podstawie kłamliwych zarzutów, a zwolennik jest chroniony wobec „domniemania niewinności” i prawa do obrony, gdzie udokumentowane w mediach przypadki kumoterstwa, nadużywania stanowisk, powiązań ze światem przestępców, sutenerów, łapownictwa, korupcji, wątpliwych oświadczeń majątkowych najwyższych urzędników pisowskiego państwa są w nieskończoność „wyjaśniane” przez pisowskie instytucje.

Nie zgadzamy się na zamianę ministerstw mediów i różnego typu organów pisowskiej władzy w zbiorowe hejtowanie ludzi, których najcięższym przestępstwem jest niepodzielanie pisowskiej ideologii wyznawanej przez miernoty, które dorwały się do rządów.

Walczymy z fałszowaniem historii, tworzeniem kultu fałszywych bohaterów, a niszczeniem bohaterów rzeczywistych walki o Wolną Polskę jak Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Władysław Bartoszewski, a także z wprowadzaniem cenzury, polityką kulturalną polegającą na promowaniu pisowskich miernot i wazeliniarzy, finansowaniu propisowskich instytucji, nacjonalistów i religijnych fanatyków, kosztem rozwoju autentycznej twórczości i uniwersalnych wartości.

Nie zgadzamy się na bezmyślną i narażającą Polskę na utratę niepodległości politykę zagraniczną polegającą na niszczeniu naszych relacji z Unią Europejską aż do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, z szukaniem sojuszników wśród nacjonalistów i dyktatorskich reżimów, a niszczeniem dobrych relacji z naszymi tradycyjnymi sojusznikami, jakimi są europejskie demokracje, takim przykładem głupiej szkodliwej i bezmyślnej polityki jest między innymi absurdalne żądanie „reparacji wojennych” od Niemiec.

Bronimy Polskę przed wykorzystywaniem Kościoła i religii do politycznych celów pisowskiego reżimu, przed finansowaniem z pieniędzy podatników rozpolitykowanych księży używających religii do walki o władzę i budowania finansowego imperium czego przykładem są między innymi tzw. „dzieła” Tadeusza Rydzyka.

Walczę o to, o co walczę mniej więcej od 50 lat, czyli o niepodległą demokratyczną wolną Polskę, najpierw idąc przez więzienia, areszty śledcze, podziemie, obozy internowanych, uliczne protesty, z reżimem komunistycznym, potem przez 25 lat tę demokrację starałem się zabezpieczyć i umacniać jako parlamentarzysta, ale robiłem to, jak widać nieskutecznie, za słabo, może źle i dziś czasami nawet z tymi samymi, już bardzo nielicznymi ludźmi co dawniej i oczywiście wieloma nowymi niepamiętającymi tamtej niewoli, walczę z pisowską dyktaturą o wolną Polskę.

Propisowski myśliciel p. Nalaskowski napisał w reżimowej gazecie o demonstrantach żądających tolerancji: „nieszczęśnicy, których dopadła tęczowa zaraza, obleśne, grube baby, wędrowni gwałciciele” – to tylko niektóre sformułowania, za co został słusznie zawieszony przez rektora UMK w prawach wykładowcy. Niestety rektor przestraszył się swojej odwagi i w/w przywrócił. Wywołał jednak falę niesłychanej w swej zajadłości reakcji pisowców. Odezwali się też dyżurni pisowcy w liście otwartym:

„W dobie nadzwyczajnej „czujności” i presji rewolucyjnej na reprezentantów konserwatyzmu kulturowego skutecznie chronieni są przed adekwatną reakcją rektorów autorzy brutalnych wypowiedzi „postępowych”, np. profesorowie: Jan Hartman, Magdalena Środa, Stefan Niesiołowski czy dr Leszek Jażdżewski.Takie przejawy nierównego traktowania, a de facto dyskryminacji i represji przywodzą na pamięć przerażające przykłady z epoki minionych totalitaryzmów.”

Jednym słowem p. Nalaskowski przedstawiciel „konserwatyzmu kulturowego” jest prześladowany jak w czasach nazizmu i komunizmu, a chamstwo, które zaprezentował to „protest” (z użyciem środków ekspresji stosownych do rangi problemu). Wywód autorów tego listu jest mętny, a język bełkotliwy, nie warto przytaczać nazwisk, to zawsze prawie te same. Na razie stosują słowne środki „ekspresji” inne myślę będą stosować już inni pisowcy politycy.

Ci, którzy myślą, mową i uczynkiem ostentacyjnie kpią z podstawowych reguł prawa, wiary i obyczajów, którzy najbardziej szkodzą swojej społeczności, najgłośniej dzisiaj domagają się odszukania i ukarania wrogów Polski, Kościoła i Rodziny

Coraz donośniej brzmią głosy ludzi niespokojnych o los polskiego Kościoła. Chodzi im o to, że nasz Kościół został podstępnie napadnięty i ostatnio atakowany jest coraz gwałtowniej, bez najmniejszego powodu. Jednak, kto napadł i kto dąży do zniszczenia katolickiej wspólnoty, dokładnie nie wiadomo. Ogólnie mówi się o potworze Gender i złowrogiej ideologii LGBT, ale tak naprawdę żadnego z tych napastników nie widziano z bliska i nikt z oblężonych nie wie, ani czym są w rzeczywistości, ani jak naprawdę wyglądają. Pewien szeregowy poseł, który oświadczył na konwencji w Pułtusku, że „trzeba bronić polskiej duchowości, moralności i tradycji, a ona jest atakowana, jest atakowany Kościół, w sposób wręcz brutalny”, dojrzał wśród oblegających krwiożercze watahy nihilistów. Okazało się, że gruchnął jak łysy gołąb o parapet , ponieważ po pierwsze nihiliści występują w naszej przyrodzie tak rzadko, że właściwie powinni być już pod ochroną, a po drugie nie zwykli oni walczyć ani z czymś, ani o coś, bo po prostu mają w pompie ogólnie przyjęte normy i wartości.

Kto zatem atakuje Kościół? Kim konkretnie są napastnicy – tak groźni, że do obrony przed nimi wzywany jest cały naród? Oblężeni wskazywali dotąd rozmaitych agresorów, ale szybko wychodziło na jaw, że oni wcale nie walczyli z Kościołem, a jedynie z jego grzechami i grzesznymi przedstawicielami. Intensywne poszukiwania wrogów Kościoła trwają wciąż w prawicowych mediach, ale dotychczas udało się tylko pomówić o agresywne zachowania kilka rodzin, które przyszły do proboszcza dokonać apostazji oraz odnaleźć kilkoro pijanych i paru niezrównoważonych psychicznie, którym było akurat obojętne, gdzie się znajdują i kogo obrażają. Nie zidentyfikowano dotąd nikogo, w miarę trzeźwego i przy zdrowych zmysłach, kto chciałby zniszczyć Kościół lub zmusić rodaków do porzucenia swojej wiary. Dlaczego? Może dlatego, że wrogów Kościoła nie szukano tam, gdzie szukać należało.

Spoglądając na pole walki z Kościołem, dostrzec można niewielką grupę hierarchów nawołujących do obrony atakowanego Kościoła, karny hufiec uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy jednej partii i spory tłumek wzmożonych obrońców wiary – utożsamianej przez nich z polskością, godnością, wolnością i dowolną inną wartością. Wokół tych obrońców wiary zgromadzeni są ludzie, których w żaden sposób nie da się nazwać napastnikami. Można ich natomiast nazwać Kościołem, bo przecież polski Kościół, to nie hierarchowie ani partyjni ochroniarze obowiązkowej wiary, tylko 32 miliony statystycznych wiernych (minus ci, którzy z wygodnictwa lub obawy przed presją środowiska katolikami są tylko formalnie). Prawdziwym Kościołem jest bowiem wspólnota ludzi połączonych kanonami wiary, których starają się przestrzegać według ustalonych reguł i zasad. Kto jest przeciwnikiem tej wspólnoty? Nie od razu ten, kto nie przestrzega obowiązujących nakazów. Żaden Kościół nie składa się z samych świętych i nie wystarczy być grzesznikiem, by stać się wrogiem Kościoła. Groźnym przeciwnikiem jest natomiast ten, kto te kanony burzy, publicznie je kwestionuje, łamie podstawowe zasady i reguły, posługuje się wiarą dla własnych korzyści, traktuje wspólnotę instrumentalnie, oszukuje ją, zwodzi i bałamuci.  Teraz jesteśmy już bliżej prawdziwych wrogów Kościoła. Kto nim jest? Zapewne ten, kto reguły obowiązujące we wspólnocie fałszuje, zawłaszcza, zamienia na swoje, a już z pewnością ten, kto podstawowy nakaz wiary katolickiej zamienia w nienawiść do bliźniego swego. Można w tym miejscu wymienić wiele nazwisk.

Trudno jest kochać politycznego przeciwnika, niełatwo go lubić czy choćby akceptować, ale wystarczy nie obrzucać go kalumniami, hejtem, kłamliwymi obelgami. W polityce pewnie nie da się posługiwać wyłącznie prawdą, ale nieustanne głoszenie fałszywych świadectw przeciw swoim bliźnim jest bez wątpliwości kpiną z prawa bożego, nie wspominając o prawie ziemskim, zawłaszczonym przez obecnie rządzących. Nazywanie kłamstwa prawdą jest wyraźnym aktem wrogim wobec wiary, nakazującej życie w prawdzie. Prawdziwą agresją na Kościół jest jednak nazywanie „dobrą zmianą” demolowania demokracji, praworządności i gospodarki. Budzi to skojarzenia z systemami totalitarnymi, gdzie wszelkie opresje serwowane są narodowi „dla dobra narodu”.  I tu dopisać można kolejne nazwiska wrogów Kościoła.

Dla katolika korzyść własna nie jest celem życia. Dla wroga Kościoła bogiem jest mamona. Żądza zysku jest dla niego motywacją naturalną, usprawiedliwianą argumentem, że pieniądze „po prostu się należą”.  Przekręty ludzi władzy usprawiedliwia bezkarność. PiS coraz swobodniej płynie pod prąd nakazów wiary.  Fałsz nie jest tam grzechem, tylko narzędziem politycznym. Odstępcy głoszą, że wolno mówić fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu swemu, jeśli tylko bliźni zagraża narodowym interesom, zdefiniowanym rzecz jasna przez PiS. Mają zatem prawo zastraszać i zmuszać „niewiernych” do przestrzegania reguł nieznanych cywilizowanym społeczeństwom, ośmieszających zdrowy rozsądek i sprzecznych z nakazami wiary katolickiej, którą na zewnątrz wyznawcy nowej religii gorliwie demonstrują.  W tym miejscu wpisać można sporo nazwisk.

Katolik – człowiek ułomny jak każdy, przyznaje się do grzechu, żałuje, postanawia poprawę, naprawia wyrządzoną krzywdę. Wróg Kościoła ukrywa grzechy, grzeszników oraz dokumenty dowodzące grzechu. Człowieka, którego skrzywdził nazywa oszczercą, a wykorzystane seksualnie dzieci wspólnikami w grzechu. Dla przykrycia czynionego przez siebie bezprawia wróg Kościoła gotów jest nawet wymyślić nieistniejące zagrożenia i oskarżyć niewinnych o niepopełnione czyny.  Z łatwością można w tym miejscu dopisać niejedno nazwisko.

Nie po raz pierwszy w historii diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni. Jarosław Kaczyński zawzięcie broni atakowanego przez siebie Kościoła. Dla niego mamy w tym kraju jedynie wybór między Kościołem a nihilizmem – i będzie się przy tym upierał wbrew kategorycznej opinii prymasa Polak, że ”nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła katolickiego”. Będzie się też upierał, że „kto spojrzy na historię Polski, wie, że nie ma silnej Polski bez Kościoła”, jakby nie wiedział, że w rzeczywistości Watykan potępiał Konstytucję 3 Maja, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe – jak wszystkie inne ruchy, które uważał za radykalne i godzące w europejskie monarchie. Biskupi nie kwestionowali praw Rosji, Prus i Austrii do rządzenia zagrabionymi terenami Polski i zachęcali Polaków do lojalności wobec okupacyjnej władzy, a w kościołach organizowano modły za obcych monarchów… Takie były czasy i taki interes Watykanu. Dziś prezes staje na uszach, żeby zafałszować historię organizacji, którą traktuje jak podporządkowanego sojusznika.  – Kto podnosi rękę na Kościół, chce go zniszczyć, podnosi rękę na Polskę! – grzmi Kaczyński, który powinien w tym miejscu swoją dłoń podnieść w górę.

Wbrew ewangelicznym nakazom separacji ołtarza od tronu, na przekór encyklikom oraz lekce sobie ważąc papieskie wskazania, część hierarchów i szeregowych przedstawicieli Kościoła połączyła się z partią rządzącą nierozerwalnym uściskiem. W kampanii wyborczej widać to gołym okiem. To już nie incydentalne występy proboszczów, mrugających do parafian „sami wiecie, na kogo trzeba głosować”, to już nie są zawoalowane wskazówki biskupów, że „katolik głosuje na katolika” i nie zabawne pląsy niemal całego rządu oraz partyjnej wierchuszki na imieninach najbogatszego biznesmena w Toruniu. Dzisiaj na ogrodzeniach wielu kościołów ostentacyjnie wiszą banery kandydatów PiS. W kościołach rozkładane są ich ulotki. Hołubiony przez część hierarchów o. Rydzyk bez żenady patronuje ogólnopolskiej akcji postów i modłów w intencji zwycięstwa partii Kaczyńskiego. A powołany z rekomendacji PiS do Rady Polityki Pieniężnej prof. Eryk Łon apeluje o wypędzenie z wyższych uczelni ekonomicznych „złego ducha kosmopolityzmu i zwyrodniałego ducha internacjonalizmu”. W katolickich mediach przeciwnicy kandydatów PiS wymieniani są często z nazwiska jako „opętani przez diabła zwolennicy homozwiązków, poliamorii, kazirodztwa i prostytucji”.  Przedstawiciele władz, często rozmodleni na kościelnych imprezach, szczują na przeciwników politycznych słowami: „zaraza”, „komuniści”, „potop szwedzki”, „pedofile”, „onaniści”;  konkurencyjny program nazywają „obłąkańczym” i „zagrożeniem dla demokracji”, a w obronie Kościoła zamierzają „roztrzaskać glinianego idola LGBT”. Takie słowa mówi się dziś już ot tak, prosto w mikrofon, bez kominiarki.

W państwie PiS, które broni atakowanego Kościoła, nienawiść – największy wróg Kościoła – nie musi się już kryć. Wycieka z ekranów telewizorów, wylewa się na ulice, pełznie w narodowych marszach, bełkocze na rządowych wiecach, na partyjnych konwencjach i w sejmowych ławach. Wróg Kościoła może opluwać konkretnych ludzi, albo całe środowiska nazywać „tęczową zarazą”, zyskując poklask innych wrogów Kościoła. Można odnieść wrażenie, że jeszcze trochę, a zapłoną stosy.

***

Ktoś zapyta – dlaczego prawdziwi wrogowie Kościoła tak długo byli anonimowi? Odpowiedź jest prosta dla każdego, kto słyszał o metodzie złodziei krzyczących dla odwrócenia uwagi: „łapać złodzieja!”. Ci, którzy myślą, mową i uczynkiem ostentacyjnie kpią z podstawowych reguł prawa, wiary i obyczajów, którzy najbardziej szkodzą swojej społeczności, najgłośniej dzisiaj domagają się odszukania i ukarania wrogów Polski, Kościoła i Rodziny – trzech filarów opresyjnego państwa PiS. Filarów fałszywie zdefiniowanych przez człowieka, dla którego Polska jest ukradzioną zabawką, Kościół użytecznym wspólnikiem w osiągnięciu i sprawowaniu władzy absolutnej, a rodzina nieznanym tworem, przydatnym do objawiania ludowi wizerunku człowieka z zasadami, władcy przyzwoitego i troszczącego się o poddanych.

Kopnięty Kuchciński przez Kaczyńskiego złożył dymisję

8 Sier

Czy poseł Stanisław Piotrowicz kłamał? Być może minął się on z prawdą przy swoich tłumaczeniach dotyczących podniebnych rejsów w towarzystwie marszałka Kuchcińskiego?

Piotrowicz twierdził, że leciał samolotem tylko ze względu na chorą żonę, która miała mieć ze sobą leki otrzymane w warszawskim Instytucie Hematologii i Transfuzjologii. Lek – zdaniem Piotrowicza – znajdował się w stanie silnego zamrożenia. Podróż motywowana była więc jak najszybszą potrzebą umieszczenia cennego lekarstwa w zamrażarce.

Portal gazeta.pl o zasadność tłumaczeń Piotrowicza zapytał doktora Pawła Grzesiowskiego, specjalistę z zakresu terapii zakażeń i immunologii. „Wyobrażam sobie, że w grę wchodzą jakieś preparaty stosowane w chorobach krwi. Obecnie nie wydaje się pacjentowi preparatów krwiopochodnych w stanie zamrożonym. Osocze czy krioprecypitat są przechowywane w stanie zamrożenia, ale stosowane wyłącznie w obszarze medycznym, bo może to zrobić jedynie uprawniona służba krwi” – stwierdził dr Grzesiowski.

Nie wydajemy leków pacjentom w postaci niegotowej do użycia (…). Natomiast są wyjątki, biorąc pod uwagę kwestie ściśle medyczne – istnieją leki, głównie z zakresu czynników krzepnięcia krwi stosowane w hemofilii, które wymagają rozpuszczenia przed podaniem w przypadku krwotoku.

Powiem szczerze, że taki argument jako uzasadnienie podróży rządowym samolotem, jest według mnie niejasny, bo takie leki można przewieźć pociągiem, albo samochodem. Wszystkie preparaty termowrażliwe transportowane są w specjalistycznych opakowaniach termoizolacyjnych i czas transportu nie jest liczony w minutach” – kontynuował lekarz.

W starciu argumentów Piotrowicz kontra Grzesiowski, lekarz specjalista wypada znacznie poważniej i to jemu wiarę dają internauci. „Ktoś wywozi za granicę leki z Polski, dlatego brakuje ich w aptekach. Samolotami wywożą?” – skomentował ironicznie jeden ze stałych użytkowników serwisu Gazeta.pl.

Sekwencje zwalania winy na innych przez Kuchcińskiego, Kaczyńskiego i rzecznika PiS. Konferencja prasowa do trzewi krętacza. Kaczyńskiego boli dupa, Kuchciński to wrzód na niej, ale kopiąc Kuchcińskiego, kopnął w siebie w zadek.

To bodaj punkt zwrotny kampanii wyborczej PiS. Dołowanie. Coś jak kiedyś afera Rywina dla SLD.

Sekwencje konferencji prasowej:

Prezes PiS: My uregulujemy tę sprawę, bo do tej pory zasad kto z kim mógł latać nie było.

Skoro opinia publiczna domaga się tutaj rygorów, to te rygory obowiązywać będą – podkreślił Jarosław Kaczyński.

Po raz kolejny podkreślono, że media i opinia publiczna powinny przyjrzeć się lotom, które zostały wykonane w trakcie rządzenia poprzedniej ekipy. Zapowiedziano, że zostanie przekazany wykaz lotów poprzedniego rządu. Rzecznik rządu Piotr Muller wyciągnął i pokazał plik dokumentów, które mają zawierać te informacje i dodał, że zostaną one rozdane wszystkim obecnym podczas konferencji dziennikarzom.

Co ciekawe, Marek Kuchciński obchodzi 9 sierpnia 64. urodziny. Oznacza to, że w dniu urodzin złoży dymisje.

Oburzenie u wielu osób budzi nawiązanie do poprzedniej ekipy rządzącej. – Podsumowanie konferencji Kaczyńskiego: „Wina Tuska!” – napisał Przemysław Pospieszyński, rzecznik prasowy opolskiego PO.

Wątpliwości budzi fakt, że PiS z łatwością ustalił, jakie loty odbyli Donald Tusk i Ewa Kopacz, a mieli ogromne trudności w sprecyzowaniu wykazu lotów Marka Kuchcińskiego i Stanisława Karczewskiego.

Opozycja domaga się dymisji urzędników, którzy przekazywali nieprawdziwe informacje opinii publicznej w sprawie lotów Marka Kuchcińskiego. – Czas na dymisje szefowej Kancelarii Sejmu i szefa Centrum Informacyjnego Sejmu – napisał Sławomir Neumann.

Według Arkadiusz Myrchy konferencja „była idealnym podsumowaniem 4 lat Marszałka Kuchcińskiego”.

– Zasłanianie się Tuskiem przez Kaczyńskiego jest żałosne. Brak odpowiedzi na pytania dziennikarzy to tchórzostwo – pisze Joanna Scheuring-Wielgus.

Do ciekawych informacji dotarł Onet.pl. Według portalu, Marek Kuchciński nie zamierzał podawać się do dymisji. Zdecydować miał o tym Jarosław Kaczyński, który uznał, że kilka dni temu w rozmowie marszałek Sejmu okłamał go co do liczby lotów, również tych z rodziną.

Podczas konferencji kilkakrotnie zaznaczono, że Marek Kuchciński nie złamał prawa, a mimo to w piątek złoży rezygnację z funkcji Marszałka Sejmu. – (…) czyli dymisja jest podyktowana nie złamaniem standardów i procedur tylko sondażami (opinią publiczną, jak mówią panowie Kuchciński i Kaczyński) – snuje wnioski Renata Grochal.

 Marszałek, o którym właśnie słuchaliśmy, jaki jest wspaniały, jednak wylatuje. Czyli kryzys został uznany za poważny – napisał Łukasz Warzecha.

Ciekawa uwaga dziennikarza radia TOK FM. Jakub Medek pisze: „Skoro w przypadku marszałka Kuchcińskiego wszystko odbyło się zgodnie z „prawem i obyczajem”, to o co chodzi z tym Tuskiem?”.

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli

Tak, jak nie można być trochę w ciąży, tak nie można też trochę przestrzegać prawa. Jeśli ktoś złamał prawo, powinien ponieść tego konsekwencje, niezależnie od aktualnie piastowanej funkcji… wróć – właściwie zależnie: we wszystkich normalnych demokracjach im wyżej jesteś, im ważniejsze stanowisko piastujesz, konsekwencje są większe i bardziej dolegliwe. Bo komu więcej dano, od tego – i słusznie – więcej się wymaga.

Marszałka Marka Kuchcińskiego, drugą osobę w państwie, człowieka, który rządziłby krajem, gdyby coś się stało prezydentowi, ta zasada obowiązuje z pewnością. I pan marszałek wydaje się być jedyną osobą, która tego nie dostrzega, co nie wystawia najlepszego świadectwa jego kwalifikacjom do tej zaszczytnej funkcji.

Loty o statusie HEAD mają swoją wyjątkową procedurę i wyjątkowe koszty, ponieważ zgodnie z instrukcją HEAD, dokumentem określającym zasady organizacji i zabezpieczenia lotów z najważniejszymi osobami w państwie, realizowanych przy użyciu statków powietrznych lotnictwa Sił Zbrojnych RP, loty te dotyczą – no właśnie – najważniejszych osób w państwie.

Tych osób jest zaledwie kilka: oprócz marszałka sejmu są to: prezydent i premier RP i marszałek senatu. Czasem z lotem samolotem wojskowym mogą polecieć także dyplomaci wskazani przez najważniejsze osoby w państwie, niezbędne do zrealizowania konkretnej misji, ale powinny to być przypadki sporadyczne i precyzyjnie opisane w odpowiednich dokumentach.

Loty o statusie HEAD mają też swoją instrukcję bezpieczeństwa, jak wymóg zgłaszania zapotrzebowania na lot HEAD nie później niż 48 godzin przed lotem, co umożliwia odpowiednim służbom bezpiecznie i zgodnie z zasadami sztuki przygotować taką podróż. Jak opisał portal Onet, ważne jest, z oczywistych względów, żeby samoloty były stuprocentowo sprawne, a piloci odpowiednio przeszkoleni i najlepsi z najlepszych.

Marszałek Kuchciński i kancelaria sejmu złamali wszystkie te zasady. Wiemy już, dzięki dziennikarskiej pracy telewizji TVN i portalu Onet, że loty zgłaszane były nie tylko z dnia na dzień, ale czasem z godziny na godzinę, a na pokładzie przebywały osoby zupełnie do tego nieuprawnione, jak krewni marszałka, jego partyjni koledzy, jak minister Ziobro, poseł Piotrowicz czy prof. Krasnodębski i ich żony.

Marszałek złamał prawo. Nie „trochę”. Po prostu złamał i powinien zostać zdymisjonowany (gdyby wcześniej sam nie podał się do dymisji co zrobiłaby w tej sytuacji większość urzędników państwowych w cywilizowanych krajach).

Wpłaty na Caritas to kpina z obywateli. Dlaczego przypadkowo wybrane kwoty wpłacane na wybrany przez winowajcę cel, zamiast zwrotu kosztów do budżetu państwa?

Czy marszałek łamał prawo na koszt Caritasu czy obywateli?

Ponadto nie tylko marszałek, ale i oficjele, którzy uczestniczyli w łamaniu prawa, jak minister Ziobro i reszta powinni ponieść służbowe konsekwencje – także w postaci zwolnienia ze stanowiska.

Skutki powinny być zresztą nie tylko zawodowe, ale i prawne, bo w taki sposób przeprowadzane loty narażały zdrowie i życie ludzie, wprost, jak słusznie napisała prasa, narażając ich na powtórkę ze Smoleńska.

Marszałek Sejmu nie jest jedyną osobą w obozie rządzącym, która nadużywała przywilejów władzy. Kaczyński, broniąc kolegi, zaprzecza partyjnym wartościom.

– Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem – mówił w 2006 r. urzędujący premier Węgier Ferenc Gyurcsány, przyznając się, że jego rząd kłamał tylko po to, aby wygrać wybory i zdobyć władzę w kraju. Podobnie, po obnażeniu kolejnych kłamstw drugiej osoby w państwie, wygląda dzisiaj sytuacja w Polsce. Jarosław Kaczyński chciał mieć w Polsce Budapeszt, to ma. Tylko nie o taki Budapeszt chodziło prezesowi.

Kampania PiS z lotami marszałka Kuchcińskiego

Kampania wyborcza PiS miała wyglądać inaczej. Narzucanie tematów, partyjne pikniki, spotkania parlamentarzystów z wyborcami, spijanie śmietanki z programów socjalnych, z 500+ na czele. Dzisiaj politycy PiS chowają się przed mediami, a wśród Polaków też jest ich mniej. I bynajmniej problemem nie są wakacje. Afera marszałka Kuchcińskiego zatacza coraz szerszy krąg. Drugiej osobie w państwie nie mogą już nawet wierzyć partyjni koledzy. Codziennie opinia publiczna zaskakiwana jest obnażaniem kłamstw marszałka Sejmu. Marszałek Kuchciński oszczędne gospodarowanie prawdą podniósł do rangi sztuki. Rzecznik Centrum Informacyjnego Sejmu i sam marszałek zachowują się, jakby byli w sztabie opozycji. PiS, broniąc w Sejmie notorycznego kłamcy, osłabi się wyborczo. Obrazki z Kuchcińskim będą wracać we wrześniu i październiku.

Kuchcińskich w PiS jest wielu. Marszałek Senatu zaprzeczył, że zabierał w delegacje swoją rodzinę. Zmianę zdania ogłosił kilka godzin później podczas konferencji. Czy ministrowie rządu Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego traktowali rządowe samoloty jak taksówki? Czy rządowe samoloty były używane do kampanii samorządowej, europejskiej i parlamentarnej PiS? Wkrótce się dowiemy, tak jak wiemy już, że premier Szydło wojskową Casą latała do domu. Bulwersowały już loty szefa Kancelarii Premiera, który w listopadzie poleciał do stolicy Dolnego Śląska, by namawiać Bezpartyjnych Samorządowców do podpisania umowy koalicyjnej z PiS. Kiedy media pytały o cel i koszt lotu, a także prosiły o wykaz służbowych lotów ministrów, odpowiedzi nie otrzymały. Dopiero kiedy do Kancelarii z interpelacją wystąpili posłowie opozycji, KPRM udzielił odpowiedzi w sprawie lotu ministra.

Dzisiaj problemem PiS nie są już nawet same loty marszałka, ale notoryczne okłamywanie opinii publicznej. Kto ma wierzyć marszałkowi Sejmu, Kancelarii Sejmu i politykom PiS, którzy jeszcze tydzień temu zapewniali o krystalicznej uczciwości Kuchcińskiego, który ma być „jedynką” PiS w Krośnie?

Jarosław Kaczyński nie zdecyduje się teraz na pozbawienie Kuchcińskiego funkcji marszałka Sejmu ze względów lojalnościowych. Kuchciński był wierny Kaczyńskiemu jak mało kto, kiedy prezes był na politycznym marginesie. Kaczyński poświeci druha, gdy temat będzie żył medialnie przez kolejne tygodnie. Jeśli Polacy wrócą z wakacji, a afera marszałka wciąż będzie rozpalać opinię publiczną, wewnętrzne sondaże partii pokażą, że Kuchciński ciągnie partię w dół, wtedy prezes zetnie marszałka. I tu pojawi się kolejny problem. Takich Kuchcińskich, nadużywających władzy, jest w PiS więcej. Kaczyński grzebiąc zaufanego druha, musiałby pogrzebać wielu z PiS, a to zdziesiątkowałoby listy wyborcze partii. PiS ma większy problem niż się wydaje, tym bardziej że temat jest rozwojowy. Kolejne przypadki będą wypływać również jesienią.

W środę odbyły się dwie narady w siedzibie PiS z udziałem najważniejszych osób w partii. Jedną z obecnych osób był premier Mateusz Morawiecki. Jak podaje „Fakt”, polityk miał czekać dwie godziny na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Rzecznik prasowy rządu Piotr Müller.

Pierwsze spotkanie kierownictwa PiS rozpoczęło się o godzinie 14.00 w środę. Jak powiedziała potem rzeczniczka partii Anita Czerwińska, nie miało ono charakteru nadzwyczajnego i dotyczyła tegorocznych wyborów parlamentarnych.

Nieoficjalne źródła donoszą jednak, że druga narada – wieczorna – dotyczyła lotów rządowymi samolotami, które wykonał Marek Kuchciński. Udział w niej wzięli najważniejsi członkowie PiS, m.in. Beata Szydło, Stanisław Karczewski, Mariusz Błaszczak czy Mateusz Morawiecki. Jak donosi „Fakt”, ten ostatni miał spędzić dwie godziny pod siedzibą PiS, czekając na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim.

Zaprzecza temu rzecznik prasowy rządu Piotr Müller. „Informacja „Faktu” dot. rzekomego oczekiwania Premiera na spotkanie w siedzibie PiS jest perfidnym kłamstwem. Gdy wczoraj redakcja mnie o to zapytała jednoznacznie zdementowałem ten fakenews” – napisał.

Kaczyński zapowiada czwartkowe oświadczenie

Po zakończeniu wieczornej narady Jarosław Kaczyński zapowiedział, że w czwartek o 12.30 wygłosi oświadczenie. Oficjalnie jego temat nie jest znany, wiele jednak wskazuje na to, że będzie dotyczył kwestii poruszonej podczas spotkania przy ul. Nowogrodzkiej.

Kuchciński latał rządowymi samolotami

W środę dziennikarze TVN 24 ujawnili listę osób, z której wynika, że wśród pasażerów rządowych lotów o statusie HEAD latających z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim byli: Zbigniew Ziobro, Stanisław Piotrowicz i jego żona Maria, minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, Zdzisław Krasnodębski z małżonką oraz Karol Karski i szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska.

Marek Kuchciński w poniedziałek przeprosił wszystkich, „którzy poczuli się urażeni” doniesieniami o jego lotach, jednak zaznaczył, że działał zgodnie z prawem.

Przyznał również, że zdarzyło się, że samolotem leciała również jego żona – lot nie miał statusu HEAD i miał nie być specjalnie zamówiony. Marszałek Sejmu postanowił w związku z tym wpłacić kwotę pokrywającą pełen koszt lotu, a wyliczoną przez Ministerstwo Obrony Narodowej, tj. 28 tysięcy złotych na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych. Jak jednak ujawnił TVN 24, dzień przed jego wykonaniem zostało złożone zamówienie na lot dla Doroty Kuchcińskiej.

W ramach zadośćuczynienia Marek Kuchciński w ubiegłym tygodniu przekazał również 15 tysięcy złotych rekompensaty na cele charytatywne – Caritas i fundację „Budzik” Ewy Błaszczyk.

Fakt opisał wczorajszą naradę polityków PiS w siedzibie partii rządzącej przy ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które…

View original post 448 słów więcej

 

Tusk: Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi

3 Maj

„Proszę pani, Podlasie, Lubelszczyzna, Białystok, Elbląg oraz cała wschodnia Polska NIE SĄ „CZĘŚCIĄ” Rosji ani Białorusi… Jakie szkoły pani kończyła…? Proszę opanować swą POGARDĘ dla Polski. PIS szanuje WSZYSTKICH Polaków, którzy GŁOSUJĄ NA PIS” [pisownia oryg. – przyp. red.] – to odpowiedź Krystyny Pawłowicz na wpis posłanki PO Joanny Muchy. Cóż, czyli tych, którzy na tę partię nie głosują, PiS nie szanuje. Można też powiedzieć, że po części to powielenie niedawnych słów prezesa PiS, który niepełnosprawnej kobiecie powiedział: „Proszę nas popierać, a nie przeszkadzać”!

Co takiego napisała Mucha, że wywołała taką reakcję Pawłowicz? – „Polska sercem Europy” … Wschodniej. Czyli tej części, gdzie leży europejska cześć Rosji i Białoruś. Pamiętajcie o tym, kiedy po raz kolejny zobaczycie hasło wyborcze PiSu” – brzmiał wpis posłanki PO. W dyskusję na Twitterze włączyła się inna posłanka PO Krystyna Skowrońska. – „Wam ku­ry szczać pro­wadzić, a nie po­litykę robić” jak mawiał klasyk” – napisała do Pawłowicz.

Wpis posłanki PiS komentowali też internauci: – „A co z tymi, którzy nie głosują na PiS? Ich nie szanujecie, nie są – według waszej pisowskiej oceny – prawdziwymi obywatelami RP? To, co Pani pisze to zwykła segregacja i dyskryminacja ze względu na poglądy polityczne”;

 „To taki nagły przypływ szczerości?”; – „Krysiu, wiem, że majówka i tak dalej, ale może wypadałoby jednak rozumu całkiem nie wyłączać, żebyś przynajmniej umiała czytać ze zrozumieniem? Dzięki za potwierdzenie, że razem z Jarkiem macie w dupie Polaków, którzy głosują na inne partie”; – „Przecież Pani w każdym kolejnym wpisie osiąga kolejne galaktyki śmieszności i żenady”.

„Pan Paweł na pewno cieszy się z tego trofeum najbardziej, jest dumny z tej drużyny. Myślę, że cały Gdańsk jest dumny z Lechii, a świętej pamięci Paweł Adamowicz to historia Lechii i Gdańska. Dlatego chciałbym zadedykować mu to zwycięstwo” – powiedział trener Lechii Gdańsk Piotr Stokowiec po zdobyciu przez jego drużynę Pucharu Polski. Gdański zespół pokonał Jagiellonię Białystok 1:0.

Mecz odbył się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Na trybunach nie zabrakło także jednego z bardziej zagorzałych kibiców Lechii Gdańsk Donalda Tuska. – „W wolnym mieście Gdańsku, gdzie korona w herbie jest, mamy swą drużynę, która zwie się BKS!” – napisał na Twitterze przewodniczący Rady Europejskiej, przypominając starą kibicowską przyśpiewkę.

Z sukcesu cieszyła się także prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. – Mamy to!!! Po 36 latach Puchar Polski powrócił do Gdańska! Biało-zielone to barwy niezwyciężone!” – napisała na Facebooku.

I jakoś dziwnym trafem nie skomentował wyniku zazwyczaj deklarujący przywiązanie do zespołu Lechii prezes TVP Jacek Kurski…

W myśl „rewolucyjnej” definicji prezesa PiS, jak kasa się zgadza, to Europejczykiem można czuć się wszędzie. Nawet na Białorusi.

Z tzw. okrągłego stołu w oświacie na razie wyszła kwadratura koła, więc za nauczanie narodu zabrał się – osobiście – prezes PiS-u. Otwartych lekcji prezes udziela w ramach kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, toteż ich wiodącym, choć nie jedynym tematem jest Unia Europejska. Ostatnio nauczał, co to takiego „europejskość”, co wyłożył – jak to wszyscy utalentowani pedagodzy mają w zwyczaju – tak jasno, że już prościej nie można.

I teraz każde dziecko wie, że europejskość, do której pod kierownictwem partii aktualnie rządzącej aspirujemy, to „materialny poziom życia”. Czyli – im kto bogatszy, tym bardziej jest „europejski”!

Natomiast partią najbardziej proeuropejską ze wszystkich jest PiS właśnie. Bo któż, jak nie partia pana prezesa w błyskawicznym tempie zeuropeizował różne tam, kiepsko zarabiające rusycystki, marnie uposażonych asystentów aptekarza i skromne absolwentki marketingu po kursach wieczorowych? Teraz zaś partia władzy nie ustaje w wysiłkach, by podnieść na europejski poziom swoich czołowych polityków, którym opozycja nieustannie zarzuca prowincjonalność, brak manier, a nawet zwykłe chamstwo i pospolite prostactwo. To się zmieni, jak tylko „dream team” pana prezesa zasiądzie w Parlamencie Europejskim.

Złośliwi twierdzą wprawdzie, że nie tyle Europa zeuropeizuje delegatów z PiS, co oni „spisią” Europę, ale to – oczywiście – kolejne wierutne kłamstwo opozycji. Przecież dostaną europejskie pensje, a – jak pamiętamy – poziom europeizacji wyznacza grubość portfela.

Prosty przykład – pani minister Zalewska, jak już dostanie upragniony mandat europoselski oraz pensję w wysokości co najmniej dwóch „idei”, to nic a nic nie zmieniając w stylu swoich wypowiedzi, kroju garsonek i kolorze szminki, natychmiast stanie się wielokrotnie bardziej europejska niż nauczyciel. W przeliczeniu na nową walutę PiS, wprowadzoną w obieg medialny przez marszałka Karczewskiego, europejskość belfra, zarabiającego jedną piątą jednej „idei” (jej przybliżona wartość to 20000 zł) – choćby wykuł na blachę całą zawartość Wikipedii i nauczył francuskiego – i tak wypadnie poniżej statystycznej polskiej średniej.

Partia aktualnie rządząca od pierwszego dnia u władzy czyni też, co tylko może, by zeuropeizować nie tylko swoich zwolenników, ale w ogóle wszystkich rodaków, już to za sprawą Pięćset Plusa, już Piątki Kaczyńskiego i – wbrew czarnej propagandzie opozycji – wychodzi w tej dziedzinie na autentycznego lidera. W tej sytuacji zapewnienia pana prezesa, że europejskość to polska racja stanu i że pod jego światłym przywództwem będzie jej (europejskości, znaczy) u nas coraz więcej, wydaje się prawdziwa i z głębi serca płynąca. Bo kasy w portfelach Polaków rzeczywiście przybywa.

Jest tylko jeden drobny kłopot. Z nowatorskiej interpretacji europejskości w wykonaniu pana prezesa wynika, że jak tak spojrzeć na światowe statystyki PKB, to mieszkańcy Kataru oraz Singapuru są zdecydowanie bardziej europejscy od takich na przykład Francuzów. Amerykanie od Niemców. Kanadyjczycy i Australijczycy od Włochów. Koreańczycy od Czechów. Saudyjczycy od Greków.  Natomiast mieszkańcy Trynidadu i Tobago od… Polaków.

Duża się nam nagle zrobiła ta Europa, dzięki prezesowi PiS-u. By nie powiedzieć – globalna. A przy okazji – w ramach programu wymiany elit – upadł też monopol uprzywilejowanej dotąd kasty Europejczyków na europejskość. Nie będzie już ona (europejskość, znaczy) wyłącznym przywilejem elit. Pan prezes zapowiedział bowiem dalsze transfery europejskości do klas dotąd poszkodowanych w dostępie do niej, połączone z programem redystrybucji prestiżu.

Już nie trzeba – jak Rosja – odwracać się od Paryża i Londynu w przekonaniu, że „europejskość” to coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. W „naszej” Europie kupić można wszystko, a czego nie można, to się po prostu nie liczy. Jest gorszego sortu i nie warto do tego aspirować. Więc koniec z kompleksami.  A jak ktoś uważa inaczej, to jego problem.

Nam do europejskości wystarczą pełne kieszenie, równe drogi, nowoczesne kabiny prysznicowe i nowe muzea, natomiast styl jazdy, nawyki higieniczne i upodobania artystyczne mogą zostać, jakie były. Trudne do przyjęcia zwyczaje i zasady, przekonania i sposób myślenia oraz styl sposób bycia w pełni rekompensuje nam pełny portfel. Furda demokracja. Furda oświeceniowe tradycje. Furda „wolność, równość i braterstwo”. Chrześcijaństwo i inne wartości to bajki dla naiwnych. Ba – przyzwoitość i honor też można sobie, ostatecznie, odpuścić. Bo być Europejczykiem znaczy teraz mieć.

W tej sytuacji nie trzeba już nawet dłużej pozostawać pod brukselskim uciskiem, żeby nasza europejskość rosła w siłę. Nie, żeby jakiś Polexit, czy coś. Nie ma co dramatyzować. Sami tu sobie zrobimy nad Wisłą Europę na miarę naszych możliwości. W końcu w myśl „rewolucyjnej” definicji pana prezesa, jak kasa się zgadza, to Europejczykiem można czuć się wszędzie. Nawet na Białorusi.

Tusk: Rację mają ci, którzy mówią że jako szef RE nie powinienem angażować się w kampanię na rzecz wybranej partii. Ale moim prawem i obowiązkiem jest wspierać Europejczyków w każdym kraju

– Chciałbym przeciąć wszelkie spekulacje. Rację mają ci, którzy mówią że jako szef RE nie powinienem angażować się w kampanię na rzecz wybranej partii, gdyż nie jest to rola mojego urzędu. Ale moim prawem i obowiązkiem jako przewodniczącego RE jest wspierać Europejczyków w każdym kraju UE. Wszystkich tych, którzy uparli się, czasami wbrew trudnym okolicznościowym, aby ludzi łączyć, a nie dzielić – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim.

Tusk wspomina Modzelewskiego: Pozwolicie drodzy państwo także, że chociaż na chwilę, na krótką chwilę wspomnę człowieka, którego od lat podziwiałem, miałem zaszczyt znać, profesora Modzelewskiego. Proszę o chwilę ciszy

– Pozwolicie drodzy państwo także, że chociaż na chwilę, na krótką chwilę wspomnę wykładowcę też tej uczelni, człowieka, którego od lat podziwiałem, miałem zaszczyt znać, profesora Karola Modzelewskiego. Proszę o chwilę ciszy – mówił Donald Tusk.

Uczestniczy wydarzenia uczcili Karola Modzelewskiego minutą ciszy.

Tusk: Konstytucja nie jest świętością ani dogmatem. Wszak można każdą Konstytucję zmieniać i poprawiać. Jeśli coś jest święte, to święty jest obowiązek jest przestrzegania przez wszystkich obywateli, a zwłaszcza przed władze

– Trzeba uświadomić wszystkim, którzy używają tego epitetu [targowica], jaka jest jego istota. Targowica to synonim zdrady i kłamstwa. To wówczas, po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, pod hasłami dumy i niepodległości, de facto przywrócono w Polsce chaos, zniewolenie chłopów, podległość Rosji, a w konsekwencji wojnę, zamęt i upadek polskiego państwa – stwierdził Donald Tusk.

– Istotą targowickiej zdrady było obalenie Konstytucji. Konstytucja nie jest świętością ani dogmatem. Wszak można każdą Konstytucję zmieniać i poprawiać. Jeśli coś jest święte, to święty jest obowiązek jest przestrzegania przez wszystkich obywateli, a zwłaszcza przed władze – dodał PDT. Jak podkreślił, „gwałt na Konstytucji podważa najbardziej podstawowy fundament wspólnoty”.

Tusk: Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi

– Uczestniczyłem dzisiaj w południe razem z Prezydentem RP w uroczystościach trzeciomajowych. I w głowie miałem tylko jedną myśl. Tej myśli towarzyszyła zarówno taka emocja historyczna, jak świadomość tego co dzisiaj dzieje się w Polsce. Nie może być tak, że władza raz do roku obchodzi święto konstytucji, a na co dzień konstytucję obchodzi – mówił Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim.

Tusk: Dzisiaj jest takie modne hasło, że „Polska jest sercem Europy”. Ja bym bardzo przestrzegał przed takimi anatomicznymi porównaniami. Szwecja, jak patrzę na mapę to będzie głową, ale sojusznik autorów tego hasła – Orban może się poczuć lekko skrępowany

– Dzisiaj jest takie modne hasło, że „Polska jest sercem Europy”. Ja bym bardzo przestrzegał przed takimi pozornie atrakcyjnymi często anatomicznymi porównaniami. Okej, Szwecja jeszcze może się ucieszyć, bo jak patrzę na mapę to będzie głową, ale sojusznik autorów tego hasła Viktor Orban może się poczuć lekko skrępowany – mówił Tusk.

Tusk o propozycji wpisania obecności Polski w UE do Konstytucji: Tyle warta będzie ta deklaracja, na ile będzie równa determinacji w przestrzeganiu Konstytucji

– Usłyszałem dzisiaj [od prezydenta Dudy] o potrzebie wpisania naszej obecności w UE do polskiej Konstytucji. Chcę i powinienem przyjąć tę deklaracje z jak najlepszą wiarą. Tyle warta będzie ta deklaracja, na tyle wzmocniłaby rzeczywiście nasza obecność w UE, na ile będzie równa determinacji w przestrzeganiu Konstytucji. Po co poprawiać Konstytucję, jeżeli nie jest się w stanie przestrzegać jej fundamentalnych przepisów. Musimy odzyskać wzajemne zaufanie, kiedy rozmawiamy o najważniejszych aktach, przepisach, faktach ustrojowych, musimy na nowo uwierzyć, że słowa wypowiadane przez przedstawicieli władzy znaczącą coś dłużej niż 1 czy 3 tygodnie przed wyborami. To nie będzie łatwe, ale my musimy podbudować siebie w swojej wierze i dawać kredyt zaufania. Nawet jeżeli przychodzi nam to z coraz większą trudnością – stwierdził Donald Tusk.

Tusk: W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił. Ktoś może wygrać wybory, pokonać przeciwnika, ale będziemy dalej żyli w jednym kraju

– Konkurencja w polityce jest czymś zrozumiałym. Chciałbym, aby to przesłanie wybrzmiało naprawdę tak serio, żebyście szczególnie wy je wysłuchali. W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił. Ktoś może wygrać wybory, pokonać przeciwnika 26 maja, w październiku czy listopadzie tego roku, ale będziemy dalej żyli w jednym kraju. Polityka to nie jest mecz – stwierdził Tusk.

– Ktokolwiek będzie wygrywał wybory, nie może powiedzieć „wygrałem wybory, Polska jest moja, nie wasza” – dodał.

Tusk: Polityka jest konkurencją, ale nie może być walką na śmierć i życie

– Polityka jest konkurencją, ale nie może być walką na śmierć i życie – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim. – Jeżeli nie znajdziemy sposobu na ograniczenie agresji w Polsce, to się może skończyć taką konfrontacją, jak w ” Grze o tron” z Królem Nocy – dodał.

Tusk: Jeśli nie przerwiemy tej spirali, to przegramy podobnie jak przegraliśmy wówczas, kiedy ustanawialiśmy raptem na kilka miesięcy Konstytucję 3 maja

– Jeśli nie przerwiemy tej spirali, to przegramy podobnie jak przegraliśmy wówczas, kiedy ustanawialiśmy raptem na kilka miesięcy Konstytucję 3 maja. Pamiętajmy o tamtej lekcji. Ktoś kiedyś powiedział i ta teza funkcjonuje dość powszechnie, że Konstytucja 3 maja była receptą dla pacjenta, który już wcześniej de facto zmarł. Dzisiaj Polska jest w nieporównywalnie lepsze sytuacji – mówił Donald Tusk.

Tusk: 50 tys. ludzi w Polsce umiera z powodu smogu, właściwie bezpośrednio

– 50 tys. ludzi w Polsce [rocznie] umiera z powodu smogu, właściwie bezpośrednio. Miasto wielkości Sieradza znika co roku – stwierdził Tusk.

– Nie uratujemy naszych dzieci i wnuków, jeśli nie zrozumiemy, że to wyzwanie oznacza współpracę wszystkich bez wyjątku – mówił dalej. – Bez pełnej i harmonijnej współpracy sobie z tym nie poradzimy – dodał.

Tusk: Nie dajcie sobie wmówić, że mamy myśleć w sposób jednakowy, że mamy nie przeszkadzać i popierać

– Bądźcie odważni w stawianiu pytań. Nie dajcie sobie wmówić, do tego też nam są potrzebne Konstytucje, że mamy myśleć w sposób jednakowy, że mamy nie przeszkadzać i popierać – stwierdził Donald Tusk na Uniwersytecie Warszawskim. – Mamy przeszkadzać i nie popierać – dodał PDT.

Tusk: Kiedy jeden z polityków obozu rządzącego porównał nauczycieli do Wehrmachtu, tak zrobiło mi się cieplej koło serca i pomyślałem: wraca stare. Nie jesteście sami drodzy nauczyciele

– Jest kwestia oświaty, wykształcenia i zdrowia. Ja nie jestem w stanie nawet zrozumieć tego, co w ostatnich kilku tygodniach stało się w Polsce. Chociaż w jakimś sensie powinienem to zrozumieć, szczególnie wtedy, kiedy jeden z polityków obozu rządzącego porównał nauczycieli do Wehrmachtu, tak zrobiło mi się cieplej koło serca i pomyślałem: wraca stare. Nie jesteście sami drodzy nauczyciele – mówił Donald Tusk.

Tusk: To jest niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu, finansować imperialne pomysły Putina i truć tym rosyjskim węglem polskie dzieci

– Dzisiaj sobie uświadomiłem, że to jest niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu, finansować imperialne pomysły prezydenta Putina, które zagrażają naszemu najbliższemu sąsiadowi i przyjacielowi – Ukrainie i dodawać mu 3,5 mld złotych rocznie za ten węgiel z okupowanej części Ukrainy i truć tym rosyjskim węglem polskie dzieci – mówił Donald Tusk na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego.

– Nie chcę, żeby to wyglądało na marudzenie gościa po 60-tce, który zjadł wszystkie rozumy. Ale mam to unikatowe doświadczenie, dzięki fajnym zbiegom okoliczności jeszcze z czasów pierwszej Solidarności – mówi Tusk dodaje, że zwraca się do 22-latka, z którym własnie rozmawiał. – Naprawdę jest tak, że rzeczy niemożliwe stają się możliwe, jeśli włoży się w to trochę wiary, trochę energii i znajdzie się trochę ludzi, którzy podobnie myślą, Nie trzeba używać przemocy, żeby pokonać zło – mów. Wspomina, że Solidarność pokazała, ze można zmienić system i pokonać „monstrum, które wydawało się nie do obalenia” i że Solidarność walczyła bez przemocy.

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>

Kościół nie zdaje egzaminu w czasie strajku nauczycieli

13 Kwi

Ostatnio przedstawiciele kościoła dość aktywnie włączają się do oceny strajku nauczycieli i niemal zawsze są krytyczni wobec strajkujących. Wyraźnie pokazują, czyją stronę w tym sporze trzymają.

O oburzonym wikariuszu z Ustrzyk Dolnych, który uważa, że nauczycielowi, podobnie jak księdzu, strajkować nie wypada, bo podstawą zawodu jest powołanie, jakże więc „gorsząca jest postawa strajkujących, którzy zdradzili swoją misję dla trzydziestu srebrników”.

O wikariuszu i katechecie z Wrocławia, który nazwał nauczycieli lewakami.

Jak również o proboszczu jednej z lubelskich parafii, który do wiernych w kościele powiedział: „strajkujący nauczyciel to nie nauczyciel” i „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”.

Właśnie na tę wypowiedź proboszcza zareagował na Facebooku ksiądz Łukasz Kachnowicz, duszpasterz akademicki i publicysta z Lublina: „Księża gorszący się, że nauczycielom nie chodzi o dzieci, tylko o pieniądze, to już jest przegięcie. Sorry, ale my też mamy powołanie, przede wszystkim powołanie, ale też dbamy o swoje finanse i to całkiem dobrze dbamy. Wcale nie jest tak, że wszyscy i wszystko robimy za „Bóg zapłać” – napisał ks. Kachnowicz.

To rzadki głos, tym bardziej z wielkim szacunkiem należy ocenić uczciwość oraz odwagę księdza Łukasza Kachnowicza. To między innymi tacy duchowni próbują ratować, bardzo już nadszarpnięty, wizerunek kościoła w Polsce.

Eugeniusz Szymański, proboszcz p.w. Miłosierdzia Bożego w Lublinie nazwał nauczycieli „nierobami” i „obibokami”.

W czasie szkolnych rekolekcji proboszcz Eugeniusz Szymański zasugerował młodzieży z klas VII-VIII, aby zmówiła ‚Zdrowaś Mario’ za nauczycieli, którzy strajkują, nie mając żadnych ku temu podstaw. 

Módlmy się o opamiętanie nauczycieli, którzy w tej chwili bezpodstawnie protestują. I o mądrość dla Polaków, żeby ta sytuacja konfliktowa została jakoś zgodnie z Bożą wolą rozwiązana – mówił duchowny do zebranych nastolatków. Ksiądz miał także powiedzieć, że pracownicy oświaty są„nierobami i obibokami, którzy nie powinni nic chcieć od państwa” bo „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”. Po wypowiedzeniu tych słów przez duchownego część zebranych opuściła kościół. 

Rząd PiS po 6 dniach od rozpoczęcia strajku w oświacie w dalszym ciągu nie potrafi porozumieć się ze związkowcami reprezentującymi środowisko nauczycielskie (Związek Nauczycielstwa Polskiego, Forum Związków Zawodowych).

Mamy gotowe do podpisania porozumienie. W tej chwili najważniejsze są egzaminy i to, aby młodzież mogła bez stresu je napisać. (…) Dziękuję nauczycielom, którzy są w tej chwili ze swoimi uczniami. Dziękuję za Państwa odpowiedzialność i odwagę. Naszym podstawowym założeniem jest, by z owoców wzrostu gospodarczego mogli korzystać wszyscy Polacy – mówiła dzisiaj w Sejmie minister Beata Szydło.

Szydło wychodzi co jakiś czas i mówi, że nauczyciele mogą dołączyć do porozumienia, które podpisano z radnym PiSu. Nie ma żadnej gotowości do dialogu – komentuje słowa Szydło poseł Tomasz Siemoniak.

Oni są jednak kosmitami. Najpierw wprowadzili w szkolnictwie kosmiczny bałagan, a kiedy wszystko się wali proponują okrągły stół o przyszłości oświaty. Na to był czas przed wprowadzeniem reformy, a nie po – wypowiadasię Krzysztof Luft (były członek KRRiTV).

Do strajku nauczycieli odniósł się także w mediach społecznościowych publicysta Andrzej Bober. – To jest okropna grupa ludzi, która poza własne interesy osobiste i partyjne nie widzi, że obok toczy się normalne życie normalnych ludzi. To są bardzo źli ludzie. Podli ludzie. Trzeba szybko ich siępozbyć – napisał na Facebooku.

To nie nauczyciele trzymają w szachu uczniów, ale właśnie PiS zrobiło sobie z nich zakładników, rozgrywając nimi jak mu się żywnie podoba.

Nie da się ominąć najważniejszego tematu tygodnia, czyli strajku nauczycieli. Wybaczcie mi więc, proszę. Wprawdzie „nie chcem ale muszem” wpisać się w ten trend i dorzucić swoje trzy grosze. Jednak nie będę pisała o samym strajku. Biorę na celownik reakcję partii rządzącej i to jej chcę wystawić pierwszą, cząstkową ocenę.

Przyznam się, że czegoś takiego to ja nigdy w życiu nie widziałam i nie słyszałam, a oczy robią mi się coraz bardziej okrągłe od napływających informacji. Odnoszę wrażenie, że politycy Zjednoczonej Prawicy mają w kieszeni świetnie opracowane gotowce, wykuli co trzeba na pamięć i bezkrytycznie, jak mantrę, powtarzają wciąż to samo. Właściwie wystarczyłoby posłuchać tylko jednego, a resztę sobie odpuścić, bo nie ma co liczyć na sensowną merytoryczną wypowiedź, dyskusję na argumenty, odrobinę przyzwoitości.  Szkoda nerwów, czasu i energii. Szkoda własnego zdrowia psychicznego…

Przekaz numer jeden od partii rządzącej. Nauczyciele to kupa leni, malkontentów, zdrajców, którzy dla kasy poświęcają dobro biednych dzieciaczków, spragnionych wiedzy. Ich strajk to wyłącznie działanie polityczne, którego celem jest obalenie rządu praworządnego i sprawiedliwego, pierwszego tak wspaniałego w historii Polski. To hipokryzja tych, którym stworzono idealne warunki do pracy, podano pod nos fantastyczną podstawę programową i obiecano, że w ciągu najbliższych kilku lat zostaną wynagrodzeni za wierność oraz posłuszeństwo odpowiednią kasą. A teraz psim obowiązkiem nauczycieli jest pracować dla idei, bo w dzisiejszej oświacie jest miejsce tylko dla Piotrów Judymów, nauczycieli, którzy gotowi są zrezygnować ze wszystkiego, ponieść największą ofiarę, by całkowicie i niepodzielnie oddać się służbie dla idei.

Przekaz numer dwa dotyczy Sławomira Broniarza, szefa ZNP. To komuch, czerwony lewak, rozgrywa jakiś swój własny interes. Tyle razy MEN chciał z nim rozmawiać, dogadać się, ale on zawsze swoje i teraz kłamie w żywe oczy, twierdząc, że on chciał się spotkać, ale oni, czyli szefostwo MEN, nie chciało. T właśnie ten wredny Broniarz podkręca nauczycieli, którzy zbyt głupi, by własny rozum mieć i dają się wciągnąć w prywatną wojenkę szefa ZNP.

Przekaz numer trzy to wskazanie ogromnej, choć niedocenionej roli oświatowej Solidarności. Tylko pan Ryszard Proksa, jej przewodniczący zrozumiał, o co toczy się gra i wziął na swoje wątłe barki cały ciężar odpowiedzialności za nieodpowiedzialnych nauczycieli. Tylko on zrozumiał, jak bardzo rząd jest hojny i ile chce dać belfrom. Tylko on podpisał porozumienie z rządem, będąc świadom, że za taką byle jaką pracę więcej się nauczycielom nie należy.

Przekaz numer cztery dotyczy pełnego zrozumienia MEN, że czas na zmiany systemowe w edukacji. Wykazując sporo dobrej woli przywrócone zostaje to, co po objęciu władzy, odrzucono, np. skrócenie stażu nauczyciela, który dopiero rozpoczyna pracę w szkole, a przed nami jeszcze o wiele, wiele więcej nowości. Wow, to czym była ta nieszczęsna deforma Zalewskiej? Tylko grą wstępną? Nie powiem, włos mi się jeży. Błagam, niech już politycy PiS i ludzie pokroju Anny Zalewskiej nie grzebią więcej przy edukacji, bo za chwilę wylądujemy jako naród w oślej ławce na długie lata.

Przekaz numer pięć to twarz pełna łagodności, prośba o wspólne pochylenie się z troską o dzieci, pozory zrozumienia i otwarcia na postulaty strajkujących. To wypowiadane z bólem serca słowa, że rząd chce dać, chce tyle zrobić, ale nie ma kasy, więc zaprasza do okrągłego stołu, do pogadania i przyjęcia tej propozycji, którą tak ochoczo podpisał pan Proksa

No i tak sobie stają nasi władcy przed kamerami, szczerzą zęby do kamer i wciskają te swoje prawdy narodowi, z których część kupuje je bez zagryzki. A potem ta część narodu, której szczytem marzeń jest istnienie w Polsce tylko Homo PiSsus, wskakuje w internet i zaczyna szaleć, trollując, hejtując, piętnując strajkujących nauczycieli i każdego, kto ich wspiera. Weszłam sobie na konto jednego z przedstawicieli tejże grupy. W oczy rzucił mi się pewien tekst:

Trzeba przyznać, że jak na 8–latka to rozeznanie sytuacji wręcz genialne. Pozostawię na boku moje wątpliwości, co do prawdziwego autora tego wywodu i skupię się na komentarzach. Zachwyt ogólny. Towarzysze broni piszą z entuzjazmem: „Polać młodemu”, „widać, że rodziców ma Polaków”, „Gratulacje dla ośmioletniego Marcina. Szkoda, że są starsi od niego którzy tego nie widzą i popierają tą obstrukcję próbę wprowadzenia w Polsce chaosu i odsunięciu PIS-u od władzy. Nie zdała egzaminu ulica, szlag trafił zagranicę więc antypolskie szuje kosztem uczniów, łamiąc wszelkie przysługujące młodzieży prawa, w tym prawo do nauki i zdawania egzaminów – próbowali zdestabilizować sytuację w Polsce i to tuż przed wyborami. Jednak Pan Bóg nad Polską czuwa – i plany czerwonej bandy szlag trafił”. W tej chwili ten post ma 432 udostępnienia i 39 komentarzy, co jak na Facebook jest dość dobrym wynikiem.

Wydawać się może, że nauczyciele są na pozycji przegranej. W końcu to w interesie PiS, Zjednoczonej Prawicy i wielu hierarchów kościelnych jest, by dobrzy nauczyciele zwolnili miejsce w szkołach tym bezwolnym i posłusznym, którzy będą pracować tak, jak im władza nakazuje. W końcu w dzisiejszej Polsce mądrość, wiedza, umiejętności to nic innego jak zagrożenie dla pisowskiej praworządności i sprawiedliwości. PiS potrzebuje fabryki bezrozumnych Homo PiSsus, a nie światłych, inteligentnych ludzi. Stąd takie przekazy. Stąd tyle kłamstwa i manipulacji. Stąd wiara, że się uda…

No cóż, przekazy przekazami, ale intencje aż biją po oczach. To nic innego jak gra na przetrzymanie. Z egzaminami się udało, co MEN uważa za sukces na miarę tego, z Brukseli, gdy załatwili Polsce wynik 27:1. Teraz kolejne egzaminy, matury, rady klasyfikacyjne, promocyjne, sprawdzanie wyników egzaminów, trzeba więc coś wykombinować, by złamać jedność i solidarność nauczycieli. Trzeba postawić ich pod ścianą, zatopić w szambie narodowej nienawiści, wykorzystać potencjał, obiecać okrągły stół, licząc, że uda się przy nim pokonać ducha strajku i będzie dobrze…

Nieźle się napracowało PiS przez te kilka dni, prawda? A teraz popatrzmy, na jaką ocenę zasłużyła partia rządząca. Czas wreszcie na wystawienie pierwszej oceny rządowi, który udaje, że nauczycieli się nie boi i trzyma ich w szachu. Trzeba przyznać, że władza walczy bezpardonowo, co jednak nie zasługuje na moje uznanie. To nie nauczyciele trzymają w szachu uczniów, ale właśnie PiS zrobiło sobie z nich zakładników, rozgrywając nimi jak mu się żywnie podoba. Tak więc, za stosunek do uczniów wystawiam jedynkę. Za lekceważenie nauczycieli – jedynkę. Za kłamstwa i matactwa – jedynkę. Za kolejne dzielenie narodu – jedynkę. Za bezpardonowy atak na strajkujących – jedynkę. Za pozorowanie działań w oparciu o praworządność i głoszoną sprawiedliwość – jedynkę. Za poziom hipokryzji – jedynkę. Wychodzi nam średnia, czyli jedna, wielka, soczysta JEDYNKA.

Jak widać, tutaj nawet repetowanie klasy nie pomoże. Ewidentnie widać, że całą tę partię i jej zwolenników należałoby cofnąć do przedszkola, a cały proces edukacyjny rozpocząć na nowo, ze szczególnym uwzględnieniem niechęci do nauki, oporu wobec rzetelnej wiedzy, braku otwartości na edukację jako taką i znacznie spowolnionych możliwości poznawczych, zgodnych z realiami, a nie rodem z bajek dla niegrzecznych dzieci.