Tag Archives: Joachim Brudziński

Nowotwór Kaczyńskich

5 Sty

Janina Goss, przyjaciółka matki Kaczyńskich, nie posiada żadnych umiejętności, za to przy Kaczyńskich nakradła się ze skarbu państwa.

Goss to nowotwór autorstwa Kaczyńskich, degeneruje pastwo polskie, zresztą jak obydwaj bracia (jeden wykopyrtnął pod Smoleńskiem i ponosi odpowiedzialność za śmierć 95 innych)

Janina #Goss wynajmuje powierzchnię reklamową spółce Skarbu Państwa #PGE, w której członkiem rady nadzorczej jest Janina #Goss

Podkomisja smoleńska funkcjonuje „w oparciu o roczny budżet”, a wyniki jej prac mogą być udostępnione tylko na potrzeby postępowań przygotowawczych lub sądowych – taką odpowiedź z MON uzyskał poseł klubu KO Krzysztof Truskolaski. Resort poinformował przy tym, że przewodniczący podkomisji Antoni Macierewicz nie pobiera z tytułu pełnienia tej funkcji żadnego wynagrodzenia.

Więcej >>>

Na konflikcie ewidentnie spowodowanym przez Putina także Kaczyński i Morawiecki usiłują zbić polityczny kapitał. Jednak to ich wcześniejsze błędy doprowadziły do izolacji Polski, co zawsze w naszej historii oznaczało dla nas ogromne ryzyko

Tekst Cezarego Michalskiego tutaj >>>

Wyborcze zwycięstwo PiS w 2015 roku zaktywizowało tkwiące w umysłach wielu Polaków mentalne relikty sarmatyzmu, które wcześniej nie mogły szerzej zaistnieć pod rządami sił liberalnych czy socjalliberalnych. Wiele zachowań przedstawicieli i zwolenników obozu rządzącego, zwłaszcza demonstrowane przez nich przejawy megalomanii narodowej i ksenofobii, jako żywo przypominają szlacheckich panów braci w czasach schyłku litewsko-polskiego państwa.

Więcej o sarmackości i małości polskiej tutaj >>>

TOMASZ SIEMONIAK: To nie jest łatwa decyzja, bo zdaję sobie sprawę z ogromnej odpowiedzialności, jaką biorę na siebie kandydując. Miałem okazję z bliska obserwować innych przewodniczących PO i współpracować z nimi blisko – z premierem Donaldem Tuskiem, z premier Ewą Kopacz, z przewodniczącym Schetyną – i wiem, jak duża to odpowiedzialność.

Więcej Siemoniaka tutaj >>>

Pierwsza lekcja ze śmierci Sulejmaniego? USA są nieobliczalne, a więc budowanie hipotez na temat ich prawdopodobnych reakcji na takie czy inne okoliczności i wydarzenia jest stratą czasu. To nie zwiększa wpływu Ameryki na sytuację w świecie, lecz wydatnie go zmniejsza.

O nieobliczalnym Trumpie >>>

PiS zachowuje się jak pani Dulska, która chciałaby swoje brudy prać w domu, aby nikt o nich nie wiedział.

(…)

Historia lubi się powtarzać. Przypominam sobie, jak w PRL komunistyczna sitwa atakowała działaczy opozycji, którzy informowali opinię publiczną świata o łamaniu praw człowieka w Polsce. Ówcześni władcy sięgali dokładnie po te same argumenty i epitety, którymi dziś PiS obrzuca swoich krytyków – że to donosiciele, sługusi niemieckich rewanżystów, zdrajcy szkalujący swój kraj itp. Przez całe lata musieliśmy znosić takie opluwanie przez ludzi będących ówczesnymi odpowiednikami Jacka Kurskiego, Krzysztofa Szczerskiego czy Zbigniewa Ziobry.

Więcej Maziarskiego >>>

Jak daleko posunie się PiS, aby utrzymać władzę?

22 Gru

Powinniśmy jak najszybciej zdekoncentrować sytuację medialną w Polsce, ponieważ ona nie spełnia standardów europejskich” – podkreśla minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotr Gliński mówiąc o planach kierowanego przez siebie resortu na najbliższe lata.

Minister zaznaczył, że stosowny projekt jest już od dawna gotowy i czeka tylko na odpowiednią polityczną decyzję. Partia rządząca od początku twierdzi, że media w Polsce, a w szczególności prasa, są opanowane przez koncerny zagraniczne, co wpływa na wolność owych mediów.

Z tą opinią nie zgadza się między innymi były prezes TVP, członek Rady Mediów Narodowych, Juliusz Braun. „To, co mówi minister Piotr Gliński można czytać jako pogróżki pod adresem mediów. Rząd chce po prostu osłabić silne media” – mówi Braun w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl, dodając, że „w Polsce „tak naprawdę nie ma zmonopolizowanych mediów. Widocznie minister kultury jest źle poinformowany.”

Poza planami dekoncentracji mediów, kierowane przez Glińskiego ministerstwo kultury w ciągu najbliższych lat zamierza zaangażować się w powstanie kilku muzeów.

Powstać miałoby m.in. Centrum Gier Wideo, Narodowe Muzeum Techniki (w założeniach – na błoniach Stadionu Narodowego), Muzeum Wyspiańskiego oraz Muzeum Polskiej Sztuki Użytkowej jako nowych filii Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Badań Polarnych w Puławach, Panteon Śląski w Katowicach Muzeum ks. Popiełuszki w Okopach czy Interaktywne Centrum Bajki i Animacji w Bielsku-Białej. Mówił także o planowanej budowie nowej siedziby dla Akademii Muzycznej w Bydgoszczy oraz Europejskiego Centrum Muzyki w Żelazowej Woli.”

>>>

Donald Tusk stwierdził w wywiadzie, że posłowie opozycji „zawalili” i „dali ciała” w głosowaniu nad harmonogramem dotyczącym ustawy „kagańcowej” PiS, ale podkreślił, że sedno problemu „leży gdzie indziej”. Były premier powiedział też, że Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę”.

Donald Tusk w rozmowie z Wirtualną Polską krytykował niektóre postawy opozycji i ocenił, że choć jej politycy „kochają Polskę”, to nie zawsze to widać.

– Nawet przez myśl nie może nam przejść, żeby uznać: „okej, jak oni kłamią, to my też zaczniemy kłamać, tylko jeszcze lepiej, jeszcze mocniej” – powiedział Tusk. Stwierdził, że opozycji potrzebne jest kreatywne myślenie i emocje.

Odniósł się także do sytuacji z tego tygodnia, kiedy z powodu nieobecności części posłów PiS opozycja miała szanse opóźnić prace nad ostro krytykowaną ustawą o sądach. To się jednak nie udało, ponieważ na w Sejmie nie było też części jej posłów.

Ustawa „kagańcowa” nie szkodzi poparciu PiS. W nowym sondażu jest wyższe niż w wyborach

„Zło dzieje się gdzie indziej”

– Wpadka jest wpadką, nie ma co jej tłumaczyć i lepiej tych usprawiedliwień nie czytać dla dobra sprawy – powiedział Tusk. Dodał jednak, że on „nie linczowałby posłów za to, że czasami robią jakieś niechlujstwo, głupotę”.

– To trzeba bardzo wyraźnie wskazać palcem, ale zło dzieje się gdzie indziej. To, że będziemy mieli być może tę ustawę „kagańcową”, to nie dlatego, że grupa posłów nie przyszła na głosowanie, ale dlatego, że większość parlamentarna chce tej ustawy. Tu jest istota problemu – stwierdził. Dodał również, że nie chce usprawiedliwiać się, kiedy sam „coś zawali”, ponieważ woli się przyznać i naprawić. – Ale źródłem problemu nie są ci posłowie, którzy dali trochę ciała – ocenił.

Donald Tusk: Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa

Były przewodniczący Rady Europejskiej nawiązując do kwestii kłamstw w polityce stwierdził, że Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę”.

– Myślę tu o kłamstwie smoleńskim – stwierdził. – Jarosław Kaczyński – uważam, że absolutnie cynicznie – wykorzystał katastrofę smoleńską do bardzo ostrego podziału. I wiem, dlaczego. Jest typ polityków, którzy wygrywają, gdy agresja, nienawiść i podział są górą. To jest jego żywioł – powiedział.

– Jarosław Kaczyński jest autorem i promotorem największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę. Mówię tu o kłamstwie smoleńskim – powiedział Donald Tusk w rozmowie z Tomaszem Machałą przeprowadzonej dla portalu Wirtualna Polska.

  • Zdaniem szefa Europejskiej Partii Ludowej wydarzenia po katastrofie smoleńskiej pogłębiły podziały w Polsce
  • Tusk ocenił, że obecny szef PiS tratuje swoich współpracowników w sposób cyniczny i instrumentalny
  • Były premier ocenił także wpadkę posłów opozycji, którzy nie pojawili się ostatnio na głosowaniu w Sejmie. – To nie oni są źródłem problemu – powiedział

Donald Tusk ocenił, że największym kłamstwem Kaczyńskiego jest „kłamstwo smoleńskie”. – To co się stało po katastrofie smoleńskiej wyostrzyło podziały, które i tak były wcześniej – mówił. Jego zdaniem podziały w polskim społeczeństwie „mają długą tradycję”. – One (podziały red.) są cały czas dość podobne w swojej istocie jeszcze od czasów przedwojennych – powiedział.

Tusk miał nadzieję, że po po odzyskaniu wolności i wejściu do Unii Europejskiej Polacy zaczną jakoś zakopywać podziały. – Uważam, że Jarosław Kaczyński absolutnie cynicznie wykorzystał katastrofę smoleńską do niezwykle ostrego podziału społeczeństwa i wiem dlaczego. Jest pewien typ polityków którzy wygrywają wtedy gdy agresja, nienawiść i podział są górą. On się w tym dobrze czuje, to jest jego żywioł I niektórzy może mu zazdroszczą tej umiejętności. Ja nie – powiedział były premier.

– Dlatego Kaczyński zawsze, a po katastrofie smoleńskiej z wyjątkową intensywnością, podsycał tę wzajemną niechęć do granic nienawiści – ocenił Tusk. Szef EPL stwierdził też, że stosunek Kaczyńskiego do ludzi nie zmienił się od lat 90-tych. – Jest on niezwykle instrumentalny, bardzo cyniczny – powiedział. Jego zdaniem z czasem u szefa PiS „zamieniło się to w bezlitosną formę pogardy wobec ludzi”.

Smoleńsk – 96 wspomnień

„Wpadka jest wpadką”

Tusk odniósł się też do sprawy posłów opozycji, którzy nie wzięli udziału w głosowaniu w Sejmie, przez co stracili szansę na odrzucenie ustawy dyscyplinującej sędziów autorstwa PiS. – Wpadka jest wpadką i nie ma tutaj czego tłumaczyć. Lepiej tych usprawiedliwień nie czytać dla dobra sprawy. Ja bym nie linczował posłów za to, że czasami robią jakieś niechlujstwo, głupotę. To trzeba wyraźnie pokazać, ale zło dzieje się gdzie indziej – ocenił szef EPL.

– Nie usprawiedliwiam ich. Siebie też nie jak coś nawalę, ale źródłem problemu nie są dziś posłowie, którzy dali ciała. Większość parlamentarna chce tej ustawy – i to istota problemu – dodał.

Seria wpadek opozycji

Tusk przekonywał też, że opozycji potrzebne jest dzisiaj „kreatywne myślenie i emocje”. – Znam tych ludzi, oni naprawdę kochają Polskę, ale za diabła tego czasami nie widać w ich reakcjach, sposobie mówienia – mówił były premier. we fragmentach wywiadu opublikowanego na stronach Wirtualnej Polski.

Jeśli Kaczyński, Ziobro i inni liderzy PiS myślą, że mogą bezkarnie wyprowadzić Polskę z UE, to lepiej niech sobie przypomną los obalonego przez Majdan prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza.

– „Nie rozumiem, dlaczego PiS naraża się na takie koszty” – powiedział Donald Tusk, komentując awanturę o tzw. ustawę kagańcową, znoszącą niezawisłość sądów. Pytanie jest dobre, choć przydałoby się drobne sprostowanie: PiS naraża na koszty nie siebie, lecz przede wszystkim nas wszystkich – Polskę. Gdyby uchwalone przez Sejm prawo miało zacząć obowiązywać, musielibyśmy wyjść z Unii Europejskiej. Wbrew wielu komentatorom uważam, że PiS nie dąży do tego w sposób świadomy, ale jego liderom po prostu nie starcza wyobraźni, by pojąć konsekwencje własnych działań. W efekcie, kto wie, może rzeczywiście dojdzie do polexitu, choć nikt go nie planował.

PiS sam zapędził się w ślepy zaułek. Rzeczywiście, Tusk ma rację – trudno to ogarnąć rozumem. Przecież partia Jarosława Kaczyńskiego uczciwie wygrała demokratyczne wybory (za pierwszym razem, w 2015 roku, bo 4 lata później można już było mieć zastrzeżenia do tej uczciwości) i dysponowała mandatem, by spokojnie sprawować władzę, tak jak wcześniej sprawowali ją zwycięzcy wszystkich poprzednich wyborów. Nie było najmniejszej potrzeby, by demolować w Polsce wszystko: gimnazja, spółki skarbu państwa, korpus urzędniczy, służbę zdrowia, sądownictwo, armię i stadniny koni arabskich.

W trakcie tej demolki partia rządząca sama podważyła i unicestwiła swój demokratyczny mandat. I dobrze o tym wie. Jeszcze cztery lata temu, gdy ruszyła do ataku przeciw Trybunałowi Konstytucyjnemu, bez przerwy powtarzała slogany o „woli suwerena”, którą rzekomo wyraża. Od tamtej jednak pory mityczny „suweren” wyparował z oficjalnej narracji. Nieprzypadkowo – rządzący mają świadomość, że społeczne poparcie dla nich jest coraz słabsze. Pokazały to także ostatnie wybory, po których PiS stracił większość w Senacie, a w Sejmie zachował ją tylko dzięki ordynacji pozwalającej mniejszość głosów przekuć na większość mandatów. A już za niecałe pół roku czekają nas wybory prezydenckie, w których szanse Andrzeja Dudy nie prezentują się zbyt różowo.

PiS zmaga się z aferami, nie ma tygodnia, by na światło dzienne nie wypłynęła kolejna sprawa krętaczy czy złodziei w szeregach partii rządzącej. „Wystarczy nie kraść” – głosili jej politycy, a w tym samym czasie kradli odzież z pojemników dla ubogich albo wchodzili w kontakty z sutenerami i gangsterami.

No i w dodatku skończył się łatwy szmal, który można było rozdawać na lewo i prawo. Rozpieszczany i hojnie obdarowywany wcześniej „suweren” musi się oswoić z rosnącą inflacją, z drożejącą energią, z jawnymi i ukrytymi podwyżkami danin.

Wszystko to razem tworzy nowy kontekst dla obecnego starcia z niezawisłym wymiarem sprawiedliwości, całkowicie odmienny od tego sprzed czterech lat. Wtedy PiS atakował Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, płynąc na fali wznoszącej się. Dziś fala opada, a tzw. ustawa kagańcowa nie jest krokiem ofensywnym, lecz desperacką obroną przed wspólnymi – skutecznymi! – działaniami polskiego i europejskiego wymiaru sprawiedliwości. Po orzeczeniach TSUE i polskiego Sądu Najwyższego pisowski reżim poczuł się zagrożony i – zapędzony do narożnika – zaczął w panice kąsać.

Właśnie panika i poczucie śmiertelnego zagrożenia tłumaczą antykonstytucyjny charakter tzw. ustawy kagańcowej. Najwyraźniej rządzący przestali już kalkulować i zastanawiać się nad konsekwencjami swych działań. Ratując swą władzę, sięgają po środki drakońskie i jawnie sprzeczne z polskim i europejskim prawem. Gdyby na chwilę ochłonęli i zastanowili się nad tym, co robią, musieliby zrozumieć, że ich projekt może wejść w życie tylko w warunkach polexitu.

Wówczas jednak musieliby sobie postawić kolejne pytanie: a kto im samym zagwarantuje bezpieczeństwo, jeśli wyjdą z UE i odrzucą cywilizowane standardy? Przecież reguły, jakimi rządzi się polityka w krajach europejskich, dają nie tylko gwarancje poszanowania praw mniejszości i opozycji, lecz także przewidują pokojowe przekazanie pałeczki i zapewniają rządzącym godne potraktowanie po utracie przez nich władzy.

Jeśli Kaczyński, Ziobro i inni liderzy PiS myślą, że mogą bezkarnie wyprowadzić Polskę z UE i odrzucić normy demokratycznego państwa prawa, to lepiej niech sobie przypomną los obalonego przez Majdan prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza, który musiał się salwować ucieczką helikopterem do Moskwy, szukając schronienia przed tłumem demonstrantów wdzierających się do jego rezydencji.

Policja polityczna

24 List

Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących przeciw pisowskim ustawom o sądach. Dotarliśmy do dokumentów z policyjnej akcji „Rekonesans”. Bianka Mikołajewska: To jeden z moich tekstów w OKO.press, z których jestem najbardziej dumna

Policja polityczna. Operacja „Rekonesans” – setki tajniaków śledziły manifestujących

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży


Z dokumentów, do których dotarliśmy, wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej, i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą, by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych, itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. »Sejm«”, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło, by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego KSP (na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza, że osoby w pochodzie krzyczą »Solidarność naszą bronią«”.
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”.
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”.
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squatu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”.

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squattersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/nadzorować/monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu”.
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squatu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony”.

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno-rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres”.

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym, jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squatu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squatterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info ze sztabu 208, że grupa squattersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squat w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squat pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja, czyli nadzór, nadzór, czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”,
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też”.

Tekst prof. Koncewicza czytaj tutaj >>>

Gmyz, Pereira to mendy, a nie dziennikarze

9 Paźdź

To jeden z wielu komentarzy po debacie wyborczej w TVN 24. Wzięli w niej udział Marcin Horała z PiS, Izabela Leszczyna z Koalicji Obywatelskiej, Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL, lider Lewicy Razem Adrian Zandberg oraz Krzysztof Bosak z Konfederacji.

Horała w ostatniej chwili zastąpił wyznaczonego przez PiS do udziału w tej debacie Jacka Sasina: „Pierdyknęło” rzekł w debacie wyborczej wicepremier J. Sasin – „Nowe elyty…”. Niewiele brakowało, a nikt z PiS nie pojawiłby się w studiu TVN, o czym przebąkiwał wicerzecznik partii Radosław Fogiel.

W trakcie wczorajszej debaty Horała skarżył się, że pozostali uczestnicy mieli… więcej czasu niż on. – „Jedno w PiS jest stałe i niezmienne: narracja oparta na kłamstwie”; – „I prawie płacze, że tak się wszyscy uwzięli na niego. No cóż, warunki cieplarniane dla PiS tylko w TVP”; – „Biedak przyszedł do niezależnej telewizji i okazało się, że musi odpowiadać na konkretne pytania, a nie bajki dla elektoratu jak w TVPiS, gdzie puszczą każdą bzdurę partii matki” – pisali internauci.

A na koniec Horała stwierdził, że największą partią opozycyjną jest… TVN!!! – We francuskim Sevres Horała będzie kiedyś wzorcem bezczelnej manipulacji”; – „Niczego innego nie spodziewałam się po nim. Spanikował, bo nie bawił się dziś w swojej piaskownicy”; – „Horała – pycha i arogancja, przychodzić do stacji i obrażać jej dziennikarzy to jego standardy, ale jak się nie ma argumentów…” – podsumowali ten wątek internauci.

Spekulowali też, jaka będzie reakcja władz PiS na udział Horały w debacie: – „Procedura przewiduje wielki bukiet kwiatów dziś i awans na zastępcę sekretarza sejmowej komisji wspierania przyjaźni polsko-mongolskiej jutro”; – „Jarek z kotem zaraz będą wręczać kwiaty:)”; – „Na razie postawili go do kąta. Do drugiego kąta, bo w pierwszym dalej stoi Sasin”.

Więcej o Małgorzacie Kidawa-Błońskiej >>>

To już drugi proces dzisiaj (8.10.019), w którym zapadł niekorzystny dla TVP wyrok. Tym razem chodzi o korespondenta tej stacji w Berlinie Cezarego Gmyza, którego poseł PO Krzysztof „Brejza pozwał Gmyza i Pereirę – „Dość tego festiwalu pomówień”.

– „Przed chwilą wygrałem proces wyborczy z Cezarym Gmyzem, który w TVP kłamał na mój temat. Tak razem z moją wspaniałą żoną mec. Dorotą Brejzą walczymy z kłamstwem” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Gmyz twierdził, że poseł PO był jednym z kierujących profilem Sok z Buraka oraz zajmował się organizacją „wydziału nienawiści”.

– „C. Gmyz na sprawie był bezradny. Nie miał żadnego dowodu na poparcie swoich kłamliwych twierdzeń. Mówił, że ma dowody, ale nie może ich pokazać. Mówił, że ma informatorów, ale musi ich chronić, a na końcu już tylko mówił, że tryb wyborczy jest niezgodny z Konstytucją” – napisała Dorota Brejza na Twitterze.

– „I tak powinno być od 2015. Każde kłamstwo pisowskie powinno znaleźć się w sądzie. Byłoby tego na setki”; – „Za mało tych wniosków i spraw w trybie wyborczym. Praktycznie patrząc na TVPIS to codziennie od miesiąca powinna być taka sprawa zakładana”; – „Kaczyński już zapowiedział po wyborach kontynuację „reformy” sądów, orzekanie wbrew linii partii nie może więcej się powtórzyć” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że także „Borys Budka wygrał proces z TVP Info: „Sąd uznał, że TVP Info kłamało na mój temat”.

Więcej >>>

W zeszłym tygodniu po wyroku sądu, TVP musiała przepraszać Komitet Wyborczy Konfederacja Wolność i Niepodległość za podanie niepełnych wyników sondażu i pominięcie informacji o przekroczeniu progu przez ten komitet. Według liderów forma, w jakiej wykonano wyrok, nie jest zadowalająca i zapowiedziano kolejne kroki prawne. To tylko jeden z przykładów manipulacji, jakich dopuszcza się publiczna telewizja, bo w sieci można znaleźć masę różnorakich przekłamań i zmanipulowanych materiałów emitowanych na antenie i na portalu TVP, a takim przykładem jest chociażby uznanie kilkanaście dni temu CrowdMedia.pl za portal hejterski.

Oko.press ujawnia deklarację Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, w której sygnatariusze domagają się od Polski, by media publiczne dostarczały rzetelnych informacji o nadchodzących wyborach – “Zależy nam, by publiczne media informowały o wyborach sprawiedliwie i niestronniczo, tak, żeby wszyscy uczestnicy mogli z nich korzystać” – brzmi fragment deklaracji. Przypominają także, że Polska zobowiązała się do tego przyjmując dokument Rady Europy o wolności prasy.

Przedstawiciele Zgromadzenia Parlamentrainego Rady Europy zauważają, że – “Niezależne badania pokazały, że przekaz mediów publicznych podczas ostatnich wyborów był bardzo stronniczy na korzyść rządzącej partii, Prawa i Sprawiedliwości” – piszą. Sygnatariusze zwracają uwagę także na to, że przed ostatnimi wyborami do Parlamentu Europejskiego Państwowa Komisja Wyborcza poprosiła KRRiT o monitorowanie niezależności publicznych mediów podczas kampanii, co spotkało się z odmową KRRiT. Deklaracja kończy się mocnymi słowami – “TVP przed wyborami parlamentarnymi ciągle zachowuje się – nie kryjąc się z tym – jak rządowy kanał propagandowy. Ta porażka Polski w przestrzeganiu zasad Rady Europejskiej źle wpływa na reputację Polski jako demokratycznego członka RE”. 

Wielka sława polskich mediów publicznych rozlewa się po Europie. Gdyby podczas upływającej kadencji rządzącym udało się w jakiś sposób osłabić rolę wolnych mediów, dzisiaj czytalibyśmy o poparciu dla Prawa i Sprawiedliwości sięgającym pewnie 60 proc. lub więcej. W jakiejś małej mierze jednak udało się wpłynąć na Polsat, co można nazwać aksamitną repolonizacją. Co jakiś czas dochodzi do ataków słownych na media ujawniające wielkie afery i np. wczoraj polityk Zjednoczonej Prawicy Jacek Ozdoba zaatakował Onet.pl, zarzucając portalowi jednostronne i niedostateczne informowanie czytelników o tzw. “taśmach Neumanna”. Oczywiście okazało się to kłamstwem, a Onet zamieścił linki do odpowiednich materiałów na ten temat. Niedzielne wybory to nie tylko okazja do odsunięcia PiS-u od władzy, ale przede wszystkim obrona wolnych mediów.

To są najgorsze goebbelsowskie metody: kiedy nie ma się argumentów merytorycznych, to sięga się po atak na rodzinę. Miarka się przebrała. Samuel Pereira skłamał na mój temat, a w ślad za tym poszli inni propagandyści państwowej telewizji. Dlatego złożyłem wniosek w trybie wyborczym. W stosunku do TVP sąd całkowicie podzielił moją argumentację i w I instancji nakazał, by TVP sprostowała kłamliwe informacje. Mam nadzieję, że to orzeczenie utrzyma sąd odwoławczy – mówi Borys Budka, były minister sprawiedliwości, startujący do Sejmu z list KO. Pytamy nie tylko o wtorkowy wyrok sądowy, ale też o plan KO na końcówkę kampanii, pomysły na naprawę sądownictwa i co zrobić z NIK-iem.

JUSTYNA KOĆ: Minęło już kilka dni od debaty w TVP, po której strona pisowska wylała na pana wiadro hejtu. Czy zdecydowałby się pan na nią ponownie?

BORYS BUDKA: Oczywiście. Pokazałem, że można dyskutować i mieć argumenty, a przedstawiciel PiS-u dał plamę. Stąd po tej debacie wylał się na mnie hejt. Jeżeli niemal natychmiast na antenie TVP Info i na ich portalu internetowym następuje atak na moją rodzinę, to widać, jak moje wystąpienie zabolało PiS-owskich propagandystów. To są najgorsze goebbelsowskie metody: kiedy nie ma się argumentów merytorycznych, to sięga się po atak na rodzinę.

I dlatego wystąpił pan na drogę sądową?
Miarka się przebrała. Nie można bezkarnie kłamać. A właśnie to stało się po debacie. Samuel Pereira skłamał na mój temat, a w ślad za tym poszli inni propagandyści państwowej telewizji. Dlatego złożyłem wniosek w trybie wyborczym. W stosunku do TVP sąd całkowicie podzielił moją argumentację i w I instancji nakazał, by TVP sprostowała kłamliwe informacje. Mam nadzieję, że to orzeczenie utrzyma sąd odwoławczy. Natomiast

PEREIRA BOI SIĘ STANĄĆ PRZED SĄDEM. BYŁY JUŻ 2 TERMINY ROZPRAWY, W ŚRODĘ BĘDZIE KOLEJNY. ROBIMY WSZYSTKO, BY ZDĄŻYĆ PRZED WYBORAMI.

Na pana koncie społecznościowym w jednym ze spotów wyborczych mówi pan:  “Przez 8 lat zrobiliśmy wiele dobrego, ale nie uniknęliśmy błędów, jak każdy. Wyciągnęliśmy z nich wnioski”. Jakie wnioski i o jakich błędach pan mówi?
Te błędy wytknęli nam wyborcy 4 lata temu. Największym błędem było to, że zatraciliśmy kontakt z wyborcami. Szczególnie drugą część naszych rządów zajmowaliśmy się bardziej tworzeniem dobrego prawa w Warszawie, ale zatraciliśmy zdolność komunikacji z wyborcami. Nie umieliśmy rozmawiać i wyciągać wniosków, nie umieliśmy się też chwalić tym, co dobrego robimy.

ZROZUMIELIŚMY TO PO PRZEGRANYCH WYBORACH, DLATEGO RUSZYLIŚMY W POLSKĘ. JA SAM ODBYŁEM KILKADZIESIĄT SPOTKAŃ W RAMACH KLUBÓW OBYWATELSKICH I DRUGIE TYLE W RAMACH AKCJI #POROZMAWIAJMY. WIEMY, ŻE POLACY POTRZEBUJĄ OTWARTEGO, TOLERANCYJNEGO I PRZYJAZNEGO PAŃSTWA, ALE OCZEKUJĄ TEŻ PAŃSTWA UCZCIWEGO.

Jaki macie plan na naprawę sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości? W tej chwili ten sektor jest całkowicie upolityczniony, a to ogromna władza, którą ciężko oddać.
Po pierwsze, wyczyścimy wymiar sprawiedliwości z wszystkich ludzi, którzy naruszyli prawo, z wszystkich ludzi, którzy dla kariery zawodowej, dla własnej korzyści sprzeniewierzyli się ślubowaniu sędziowskiemu, którzy sprzedali się tej władzy. Ale chcę zaznaczyć wyraźnie, to nie będzie polityczna zemsta. O tym, czy ktoś złamał prawo, czy nie, zadecydują sądy dyscyplinarne powołane w sposób niezależny i działające niezależnie od polityki. To musi być rzetelna ocena osób, które łamały prawo.

Po drugie, wyeliminujemy narzędzia, którymi politycy mogą wpływać na procesy sądowe, rozdzielimy funkcję prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. Wprowadzimy niezależną apolityczną prokuraturę, która będzie się zajmowała ściganiem przestępców, a nie politycznych przeciwników. Służby specjalne będą działały efektywniej, ale również nie będą upolitycznione.

POLITYK NIE BĘDZIE MÓGŁ BYĆ MINISTREM FINANSÓW I PROKURATOREM GENERALNYM, A WICEPREZES PARTII NIE BĘDZIE MÓGŁ NADZOROWAĆ SŁUŻB SPECJALNYCH. OCZYŚCIMY TK Z SĘDZIÓW DUBLERÓW, PRZEPROWADZIMY ZGODNY Z KONSTYTUCJĄ WYBÓR PREZESA TK I DOPROWADZIMY DO TEGO, ŻE TK Z POWROTEM BĘDZIE PEŁNIŁ SWOJĄ FUNKCJĘ.

Już słyszę, jaki podniesie się lament, że to zamach i robicie to samo, co PiS. Prawdą jest, że Polska jest podzielona prawie na pół, na zwolenników PiS i opozycji. Jak chcecie tego uniknąć?
Przede wszystkim o tym, czy ktoś złamał prawo, czy nie, będzie decydować sąd, a nie politycy. Po drugie, wykonamy wyrok TK z grudnia 2015 roku, bo przypomnę, że ten wyrok wyraźnie wskazywał, że nielegalne były działania tego Sejmu, kiedy wybrano 3 sędziów dublerów. Przywrócimy skuteczność działania TK i myślę, że przez ten pryzmat Polacy będą oceniać, kto ma rację

Co stanie się z szefem NIK-u Marianem Banasiem? To urząd nieusuwalny.
Niezależna prokuratura niezwłocznie wyjaśni zarzuty, które pojawiły się w przestrzeni publicznej. Później, jeżeli okaże się, że prawo zostało złamane, to niezależny sąd to oceni. Nie będą robić tego politycy.

Zostawicie Małgorzatę Motylow, która została wybrana przez pana Banasia i PiS-owską większość na wiceszefową NIK-u, czy powołacie nowego prezesa?
Doprowadzimy do tego, aby zgodnie z ustawą o NIK dokonać prawidłowego wyboru 3 zastępców.

Jak to możliwe, że służby kontrolowały Banasia, a ten awansował, aż został szefem tak ważnego organu konstytucyjnego?
Tu są dwie możliwości: albo służby były tak zajęte ściganiem politycznych przeciwników, że odpuściły zupełnie tę sprawę, a wtedy to by była kompromitacja służb, albo ktoś nadzorujący służby uznał, że mino tak kompromitujących informacji można nie przeszkadzać panu Banasiowi w karierze.

GDYBY TA DRUGA WERSJA OKAZAŁA SIĘ PRAWDZIWA, TO OZNACZAŁOBY, ŻE KTOŚ CHCIAŁ MIEĆ HAKI NA BANASIA I BYĆ MOŻE ZA ICH POMOCĄ WYWIERAĆ NA NIEGO WPŁYW.

Sędzi Markiewicz, prezes Iustitii, pozywa ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę w sprawie afery hejterskiej. To dobry pomysł?
Tak. Ziobro powinien ponieść odpowiedzialność za to, co działo się w jego resorcie, odpowiedzialność za ludzi, których zatrudniał. To nie tylko polityczna odpowiedzialność, ale – jeśli powództwo sędziego Markiewicza zostanie uwzględnione – odpowiedzialność cywilnoprawna. Pamiętamy doskonale, że to Ziobro rozpoczął wojnę z sędziami, jak manipulował informacjami o nich, w jaki sposób ich szkalował. Wystarczy przypomnieć kampanię Polskiej Fundacji Narodowej za kilkanaście mln zł. Mam wielki szacunek dla tego, co robi sędzia Markiewicz, pomimo wylewanego na niego hejtu. Cieszę się, że zdecydował się na taki ruch. I mocno trzymam kciuki.

Zbigniew Ziobro tłumaczy, że to próba wciągnięcia go w spór między sędziami, a on sam o działaniach wiceministra Piebiaka przecież nic nie wiedział. Czy sprawa w sądzie może coś tu zmienić?
Po pierwsze, to nie jest sprawa między sędziami, bo sędzia Piebiak był zastępcą Ziobry. Przez niego wybranym i na jego wniosek powołanym. Prócz niego, jak wynika z doniesień medialnych, w sprawę zaangażowani byli sędziowie, którzy swoje awanse zawodowe i karierę zawdzięczają obecnej władzy. To ludzie, którzy m.in. byli oddelegowani do pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości, a więc w resorcie kierowanym przez Ziobrę.

SZKODA, ŻE ZBIGNIEW ZIOBRO JEST CZŁOWIEKIEM – DELIKATNIE MÓWIĄC – MAŁEJ ODWAGI I TERAZ KRYJE SIĘ ZA PLECAMI BYŁEGO JUŻ ZASTĘPCY. W DODATKU UDAJE NAGLE, ŻE TO NIE JEGO CZŁOWIEK.

Przypomnę, że Ziobro twierdził, że poznał Piebiaka dopiero po wyborach, z kolei Piebiak w 2017 roku w jednym z wywiadów mówił, że Ziobrę poznał przed wyborami. Czy ktoś jeszcze wierzy, że bez wiedzy i zgody Ziobry jego zaufany człowiek wymyślił i zorganizował taką machinę hejterską? No i że od marca Ziobro nie miał wiedzy o tym, co znajduje się w aktach prokuratury regionalnej w Katowicach?

Sędzia Iwanicki 4 razy informował prokuraturę, że wyciekają informację à propos sędziów, do których dostęp ma MS. To nie mógł być przypadek?
To była zorganizowana machina. Informacje wyciekały na hejterskim koncie w mediach społecznościowych. Niektórzy dziennikarze wprost wskazują, że za tym kontem stali ludzie związani z obecną władzą. Ta sprawa ewidentnie obciąża Ziobrę i prędzej czy później on musi ponieść za to odpowiedzialność. Polityczną. A czy karną lub cywilną, zdecyduje sąd.

Jak chcecie zaktywizować wyborców?
Robimy to cały czas, jesteśmy codziennie z wyborcami, co widać w mediach społecznościowych, wpuszczamy kolejne spoty, jesteśmy aktywni, rozmawiamy z ludźmi, staramy się zachęcić do głosowania i pokazujemy wagę tych wyborów.

JESTEM PRZEKONANY, ŻE TAK JAK W WYBORACH SAMORZĄDOWYCH W STOLICY, GDZIE WARSZAWIACY ZOBACZYLI, ŻE ICH MIASTO MOŻE BYĆ ODDANE W RĘCE POPULISTÓW I ZMOBILIZOWALI SIĘ, TAK BĘDZIE I TERAZ.

Będzie pan ministrem sprawiedliwości czy szefem MSW?
Dla mnie najważniejsze jest to, aby Koalicja Obywatelska doprowadziła do tego, by stworzyć większościowy rząd. Sprawy stanowisk są drugorzędne. Skupiamy się na kampanii wyborczej i dla mnie najważniejszy jest wynik wyborczy, co nastąpi później, czas pokaże.

Banaś, Suski, Brudziński. Pisowskie barany beczą, to ich głos intelektualny

25 Wrz

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja teraz

– Uważam że nigdy w swoich filmikach nie przekroczyłam granicy, którą bardzo często przekracza obecna władza. Co więcej, uważam że jest to mocno gombrowiczowskie to, co robię. Myślę, że Gombrowicz też byłby hejtowany tak samo, jak ja jestem teraz – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

– „Odnośnie Mariana Banasia powiem tyle: Nie mam pełnego zaufania do służb. Ani wtedy, ani dzisiaj. Dlatego że tam jest jeszcze mnóstwo ludzi z poprzedniej ekipy” – napisał na Twitterze Marek Suski. W tak zadziwiający sposób szef gabinetu Mateusza Morawieckiego skomentował aferę z udziałem prezesa NIK.

Wpis Suskiego komentowali dziennikarze. – „Szef Gabinetu Premiera RP pisze oficjalnie cztery lata po przejęciu władzy, że nie ma zaufania do służb bezpieczeństwa państwa podległych premierowi” –  napisał Bartosz Węglarczyk z Onetu. – „Rozumiem, że to nieporadnie sformułowany apel o dymisję szefa służb” – to opinia Wojciecha Szackiego z „Polityki”.

– „Czyli mówicie Suski, że w służbach jest syf, a PMM mianując Kamińskiego ministrem, ten syf wzmaga? Czy to w innym rządzie się dzieje?”; – „I to te pełowskie służby sfałszowały jego oświadczenia majątkowe i podstawili mu do wynajęcia kamienicy gangsterów”; – „Wygląda na to, że w obecnej sytuacji, zaufaniem do służb mogą pochwalić się wyłącznie sutenerzy z Krakowa” – brzmią komentarze pod wpisem Suskiego.

Internauci nawiązywali oczywiście do poprzednich wypowiedzi, z których zasłynął Suski: – „Caryca” na tropie kolejnego spisku?”; – „Od pewnego czasu myślę, że ten oto Pan zbijałby kokosy na własnym talk show/reality show. Nazwać ‚Caryca mówi’, no byłby hit!”; – „Najważniejsze, że w Radomiu będzie duże lotnisko i warszawiacy będą mogli latać na południe Europy”; – „Caryca nie ma zaufania do Ochrany….świat się kończy….kometa nadlatuje….piekło zamarza…dinozaury szykują się na śmierć…ze śmiechu…”.

Przypomnijmy tylko, że koordynatorem służb w rządzie PiS od 4 lat jest Mariusz Kamiński. A CBA, które od pół roku zajmuje kontrolą oświadczenia majątkowego Mariana Banasia, kieruje  Ernest Bejda, bliski współpracownik Kamińskiego.

Aleksandra Dulkiewicz była gościem radia TOK FM. Ciekawa rozmowa, dotycząca trudnych spraw dzisiejszej Polski.

Pani prezydent odniosła się do nieustającego ataku na Gdańsk w mediach publicznych. Jak przyznaje, widzi dwa powody takiej nagonki. Po pierwsze, w Gdańsku nigdy nie wygrał przedstawiciel PiS-u, co dla obecnej władzy jest nie do przejścia. Po drugie, Gdańsk to kolebka Solidarności, symbol walki o wolną Polskę, a to bardzo nie na rękę tym, którzy robią wszystko, by zmienić historię, wymazać z niej rzeczywistych bohaterów, zamienić ich na swoich.

Zastanawia się też nad pewnym paradoksem, bo przecież nikt kiedyś by nie pomyślał, że Lech Wałęsa, będzie broniony przez lidera Lewicy, Włodzimierza Czarzastego, a tak mocno piętnowany przez swoich kolegów, którzy wraz z nim budowali tę wolną Polskę. Jak widać, dzisiaj wszystko jest możliwe.

Aleksandra Dulkiewicz skomentowała też zamieszanie wokół Centrum Solidarności. Nie ukrywa, że to ewidentnie „próby dzielenia społeczeństwa i pisania historii na nowo. Pod płaszczykiem obrony polskości, szukają tego, co nas różni. W efekcie tej dyskusji jednak coraz więcej ludzi przychodzi oglądać wystawę w ECS. Przychodzą i pierwsze co widzą, to suwnica Anny Walentynowicz. Pytają więc: o co PiS chodzi?”.

Pytana o plany na przyszłość, przyznała, że przez najbliższe 4 lata będzie, tak jak się zobowiązała, działała na rzecz swojego miasta, zachowując przy tym jego otwartość i respektując te zasady, które leżą u podstaw dobrze rozumianej wolności.

Powodzenia pani Prezydent

Zbliżające się wybory to świetny czas na podsumowanie 4-letnich rządów PiS. Takiego zadania podjął się Michał Wróblewski na portalu wp.pl i trzeba przyznać, że zrobił to bardzo sprawnie.

Odniósł się do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z 18 września, który z dumą podkreślał, że „Myśmy przed wyborami, ale także w trakcie kadencji, wiele obiecali i każdy musi powiedzieć, że przynajmniej miażdżąca większość tych obietnic została wykonana”. Pan prezes całkowicie minął się z prawdą. Na 100 złożonych obietnic jego partia zrealizował 33, 4 weszły w życie ze znacznym opóźnieniem, 25 zostało częściowo zrealizowanych, 2 zamrożone, a 36 obietnic utknęło gdzieś, w niepamięci.

Portal DEMAGOG przygotował raport dotyczący właśnie tych obietnic. Z jednej strony autorzy raportu zebrali „setkę, w naszej ocenie, najistotniejszych obietnic złożonych przez kluczowych polityków Zjednoczonej Prawicy w trakcie kampanii wyborczej, a także już podczas samych rządów. Zależało nam na tym, aby obejmowały one zróżnicowane tematy, aby odnosiły się one do rozmaitych, ale za każdym razem istotnych z punktu widzenia obywateli, dziedzin życia. W przypadku obietnic zrealizowanych, interesowała nas nie tylko sama droga ich realizacji, ale także – ich namacalne efekty, ocena zmian, które zostały w ich wyniku wprowadzone w życie”, z drugiej zaś odnieśli się do exposé wygłoszonych przez premier Beatę Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego oraz deklaracji innych polityków partii rządzącej.

Pod lupą znalazła się służba zdrowia, w której mimo obietnic, nie zlikwidowano NFZ i nie skrócono kolejek do lekarzy. Nie zrealizowano obietnicy darmowych leków dla kobiet w ciąży, a kondycja finansowa szpitali woła o pomstę do nieba.

Kompletną klapą okazał się Program Mieszkanie Plus. Miało być 100 tysięcy mieszkań, a do tej pory zakończono budowę 867 i kolejne 663 mieszkania są w trakcie budowy.

Nie wprowadzono zerowego VATu na ubranka dziecięce, bonu na zajęcia sportowe i kulturalne dla młodzieży, darmowego wstępu do muzeum czy darmowych posiłków w szkołach.

Zrezygnowano z utworzenia Narodowego Forum Przedsiębiorców, Narodowego Instytutu Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników, Ministerstwa Integracji Europejskiej, Centrum Współpracy Polska-Wschód ani województwa warszawskiego.

Pomysł nowego finansowania mediów publicznych poszedł do lamusa, podobnie jak dekoncentracja mediów, głośno zapowiadana ustawa „anty-fake news” czy reprywatyzacyjna.

Nie zapominajmy też o tym, że nie obniżono VAT-u do 22%, nie wprowadzono premii za szybkie urodzenie drugiego dziecka, nie zwiększono nakładów na naukę i inwestycję, nie skrócono czasu oczekiwania na rozprawę sądową, nie zakazano hodowli zwierząt futerkowych. Mimo obietnic, nie zlikwidowano gabinetów politycznych, a zatrudnienie w państwowej administracji znacznie wzrosło. Nadal ludzie pracują na umowach śmieciowych, nawet w ministerstwach, A frankowicze poszli całkowicie w zapomnienie.

No tak… miał być wprowadzony pakiet demokratyczny, a nastąpiło ostre ograniczenie praw opozycji w Sejmie i utrudnienie pracy dziennikarzom. Miała być Polska praworządna i sprawiedliwa, a to, co serwuje nam Jarosław Kaczyński znacznie odbiega od tej obietnicy. Prezes PiS próbuje zaklinać rzeczywistość, konfabuluje, patrząc Polakom w oczy, ale fakty mówią swoje. Kaczyński nie rozumie, że nie da się zbudować władzy na długie lata, opierając się na gołosłownych obietnicach i mamieniu społeczeństwa. Przyjdzie czas, że jego partia zostanie rozliczona za każde, niezrealizowane zobowiązanie i będzie to na pewno bardzo bolało…

Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale to nie powód, żeby się poddawać i składać broń.

Myśl irlandzkiego filozofa Edmunda Burke’a: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”, jak ulał pasuje do naszej rzeczywistości. W Polsce jest sporo dobrych ludzi, ale… są ogarnięci strachem. Tak naprawdę Kaczyński nic nie musi robić, nie musi ani śledzić, ani karać, ani prześladować, wystarczy, że wszyscy myślą, że właśnie to będzie robił i już blady strach pada na wszystkich.

W mediach publicznych spędziłam prawie całe swoje dorosłe życie, poza stanem wojennym i rządami PiS-u. Znam ludzi z mediów publicznych, nie tylko z Warszawy i nie tylko z radia. Więcej niż połowa moich znajomych straciła pracę. Pozostali się męczą i żyją w strachu. Myślę, że mało kto z Was może sobie ten strach wyobrazić.

Spotkałam ostatnio kogoś z dawnych przyjaciół z Trójki (nie mogę nawet zdradzić płci ani tematu rozmowy) i ta osoba spontanicznie opowiedziała mi kilka bulwersujących historii z życia Programu 3. W pewnym momencie jednak powiedziała z przerażeniem w oczach: błagam, ale nie opisuj tego, oni od razu się zorientują, że wiesz to ode mnie… Inna osoba, o czym już kiedyś wspominałam, wolała, żebym dzwoniła na tzw. tajny numer, a nie służbową, radiową komórkę.

link do zrzutki: https://zrzutka.pl/rk6643

Muszę jednak przyznać, że w Trójce są osoby, które się nie boją albo przełamują strach. Jest ich niewiele, ale są. Do nich zaliczyć można bez wątpienia Wojtka Manna czy Piotra Bukartyka (więcej nie wymienię, bo mógłby to być pocałunek śmierci). O każdej z tych osób myślę ciepło i życzę wytrwałości.

Spotkałam też dziennikarkę wyrzuconą z TVP. Ucieszyła się, pytała, co robię. Opowiedziałam jej o naszej aukcji. Powiedziała, że chciałaby mieć udział w naszych działaniach i dać sukienkę, którą zaprojektował dla niej jeden z największych polskich projektantów, a którą ona miała tylko dwa razy na wizji. Ucieszyłam się. Zapytałam, czy mogę ujawnić jej nazwisko. Zastanowiła się i stwierdziła, że jednak nie. Po chwili dodała, że z takim trudem zdobyła obecną pracę, że nie może ryzykować i nie może jej stracić, bo nie stać jej na bezrobocie.

Zadzwoniłam do kolegi z pewnej rozgłośni regionalnej Polskiego Radia i opowiedziałam mu historię z sukienką. Powiedział, że nie dziwi się, bo oni (czyli władza) są mściwi i skrupulatni w polowaniu. Jeden nierozważny ruch i po robocie. Kolega sam wprawdzie jest wyrzucony, ale jego żona ciągle pracuje. Opowiada mi, że zna przypadek, kiedy komuś nie przedłużono umowy, bo był za aktywny na Facebooku. No więc „musimy z czegoś żyć. Lepiej do nas nie dzwoń”.

Powtarzam sobie: „Aby zło zwyciężyło, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”. Rozumiejąc myśl Edmunda Burke’a zastanawiam się nad sobą.

No nie, ja i moi koledzy robimy portal. Ktoś powie, a co to takiego. No, faktycznie, są ludzie, którzy robią więcej. Nawet spotkałam takie osoby w sobotę na Kongresie Kobiet.

Większość pewnie o nich nawet nie słyszała. A są w naszym kraju takie dziewczyny jak Gabriela Lazarek, która codziennie stoi na cieszyńskim rynku, sama z transparentem, opluwana, zaczepiana, walczy o wolność i prawa człowieka. Albo Klementyna Suchanow, pisarka, redaktorka, tłumaczka, ciągana po warszawskich brukach przez policjantów, która po interwencji policji podczas manifestacji w obronie niezależnych sądów trafiła do szpitala, gdzie w trybie pilnym przebyła operację kręgosłupa.

Te wspaniałe kobiety mówiły na Kongresie, że nie wolno się bać, że właśnie służby wybierają sobie osoby bardziej podatne na gnębienie, czyli bardziej strachliwe i co jakiś czas wyciągają kogoś i rozpoczynają operację kompromitowania i niszczenia. Ale mówiły też, że jeśli ty jesteś odważny, to służby zaczynają się ciebie bać.

Oczywiście rozumiem strach, sama się boję. Boję się, kiedy dostaję wezwanie do zapłacenia np. 100 tys. zł za napisany na naszym portalu tekst, który wg wzywającego obraża go. I co z tego, że ja wiem, że napisaliśmy prawdę i że mamy na wszystko dowody i wierzymy, że sądy są jeszcze niezależne, to i tak się boję. Boje się pozwów, szykan, boję się kar finansowych.

Przypominam sobie wtedy, co powiedziała Suchanow, że służby wybierają osoby bardziej podatne na gnębienie i że właśnie jestem to ja. Bo na przykład wzywający nie wzywa w tej sprawie „Gazety Wyborczej”, bo wie, że tam jest sztab mądrych prawników, ale wzywa nas, bo my ich nie mamy. Wtedy myślę, że nie mogę się dać zwariować i próbuję się nie bać.

Ale boję się też, choć trochę inaczej, kiedy nie mogę zapłacić minimalnych honorariów naszej dziennikarce, bo na koncie jest pusto, a ona odważna, waleczna, nękana w sądzie przez różnej maści faszystów, w przerwach na dializy (3 razy w tygodniu) pracuje ze zdwojoną siłą, bo jej renta to kilkaset złotych.

Niepokoję się też, kiedy dzwonię do znanych ludzi, których znam z radiowego, ponad trzydziestoletniego stażu dziennikarskiego, i proszę o jakieś „fanty” na aukcję, żeby utrzymać nasz portal, bo nie wiem, jak zareagują. A może oni też się boją i nie wiedzą, jak mi odmówić, a może się wściekną i będą na mnie krzyczeć?

W końcu biorę się w garść. W sprawach sądowych pomoże mi świetna prawniczka, nie dość, że rewelacyjna zawodowo, to słynąca z usług „pro bono” Sylwia Gregorczyk – Abram. Odważna do bólu. Jaki cud, że ją poznałam.

Wesprą nas również tak wielcy ludzie jak Krystyna Janda czy Wojciech Malajkat. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś dołożyć się do ich pomników. Jestem zbudowana.

Za chwilę będę dzwoniła do innych znanych ludzi, którzy coś mi dadzą na aukcję, będę śledziła, jak ona przebiega, ile osób jest w naszej grupie na Facebooku i czy coś przybywa na zrzutce. Strach jest rzeczą naturalną, wszyscy się boimy, ale nie pękamy.

Będziemy walczyć, a Wy pomóżcie nam przetrwać. Zapraszam na aukcję

Nasze aukcje znajdziesz tutaj: https://www.facebook.com/groups/koduj24/

Każda transakcja pomoże naszemu portalowi. Dziękujemy tym wszystkim, którzy już nam pomagają. Zaproście do nas swoich znajomych. Do naszej grupy na Facebooku zapraszamy wszystkich, a szczególnie tych, którym zależy na wolnych mediach.

Nie bójmy się!!!

Narodowo-katolicką dyktaturę zapowiedział Kaczyński po wygranych wyborach przez PiS

9 Wrz

Miał być bez deficytu, a tu nagle okazuje się, że będzie nowelizowany. Wszystko dlatego, iż zauważono, że w projekcie budżetowym na 2020 rok próżno szukać 13 emerytury… Duże koszty realizacji tego flagowego programu PiS, czyli ok. 10 mld zł nie pozwoliłyby domknąć budżetu bez deficytu – czytamy w INNPoland.

Mamy jednak w najbliższej perspektywie wybory, PiS pali się do władzy, więc bez względu na wszystko będzie nowelizacja i to głównie po to, by umożliwić w 2020 r. wypłatę 13 emerytury. Na antenie radiowej jedynki Joachim Brudziński zapewnił, że dodatkowa wypłata dla emerytów „będzie zachowana”.  „Mało tego, rozszerzyliśmy ją w zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego: w 2021 r. ta trzynasta emerytura będzie zwiększona o kolejną, czyli czternastą” – zapowiadał.

Na antenie Radia Zet podobną deklarację złożył szef KPRM Michał Dworczyk: „Trzynastka będzie zapisana w przyszłorocznym budżecie. Jeżeli PiS wygra wybory, będzie oczywiście trzynastka (…). Środki są nawet w obecnym budżecie w ramach Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na to zagwarantowane” – obiecywał.

I tylko PAP, dodał w swoim komunikacie, że żaden z polityków nie wskazał ani który budżet – na rok 2019 czy 2020 – miałby być nowelizowany, ani kiedy może to nastąpić.

Polacy i tak nie dowierzają tym deklaracjom. Według sondażu przeprowadzonego dla „Rzeczpospolitej” tylko 20 proc. ankietowanych wierzy w skuteczność tego projektu. Z kolei połowa badanych jest przekonana, że rząd deficyt budżetowy zamierza ukryć.

W „Gazecie Wyborczej” pojawiły się kolejne informacje o „małej Emi”, która zdecydowała się powiedzieć nieco więcej o swojej hejterskiej działalności dotyczącej szkalowania sędziów niewygodnych dla partii rządzącej.

Zapewnia, że nie należała do grupy „Kasta”, ale świetnie wiedziała, o czym piszą jej członkowie, bo i mąż, i jej kochanek, Arkadiusz Cichocki, aktywnie uczestniczyli w działalności tej grupy i chętnie dzielili się z nią wszelkimi informacjami.

Nie ukrywa też, że materiały oraz informacje, mające na celu niszczenie sędziów, przesyłała Wojciechowi Biedroniowi z portalu wPolityce.pl, szefowi programu TVP „Alarm!” Przemysławowi Wenerskiemu i Michałowi Rachoniowi z TVP Info. O tym, którego sędziego miała zaatakować, a którego wychwalać decydował właśnie wiceminister Piebiak i Jakub Iwaniec.

Przyznaje, że początkowo była przekonana, iż postępuje słusznie. Wierzyła w sens tego, co robi i nawet ją to wciągało, bo „zaczyna się od czegoś dobrego, a później się to ciągnie, choć już tak dobre nie jest. Bo dostaje się za to pochwałę. Bo mąż awansuje. Bo sam wiceminister sprawiedliwości chwali”. Jednak w 2018 roku, gdy jej życie osobiste mocno się skomplikowało, zaczęła zastanawiać się nad słusznością własnych działań. Zaczęła się stopniowo wycofywać, licząc jednak na wsparcie i pewnego rodzaju ochronę ministerstwa, gdy jej kochanek założył przeciwko niej sprawę w sądzie. Niestety, przeliczyła się. Dotychczasowi zleceniodawcy i sprzymierzeńcy nie kiwnęli nawet palcem, by jej pomóc. Mało tego, nawet nie zareagowali, gdy śledczy zajęli jej laptopa i telefon.

Dzisiaj czuje się nikim i jak mówi „jestem uczciwsza i świadoma, że ludzie popełniają błędy, a my możemy je oceniać, ale nie oceniać ludzi”.

Internauci nie szczędzą ostrych słów. „Tak to jest jeżeli nie ma się w życiu żadnych zasad. Jeżeli ktoś rozróżnia dobro, od zła, to nigdy przez nikogo nie zostanie wykorzystany. Resztę sobie dośpiewajcie.”, „PIS ją otumanił i porzucił gdy wyssał z niej wszystko co mogła mu dać, typowa dehumanizacja człowieka, wykorzystać i zostawić, Emi robiła to z przekonania i dla pieniędzy to tak jak większość wyborców PIS popiera z przekonania i dla pieniędzy jak Polska zbiednieje to PIS przegra, programem PIS jest rozdawnictwo” czy też „Zła kobieta, cwaniara, która z pełną świadomością niszczyła ludzi a teraz robi z siebie ofiarę! Stopień zepsucia tej pani powinien skazać ją na długą, społeczną banicję…” i trudno się z nimi nie zgodzić.

Jak ustalił „Wprost” Małgorzata Kidawa-Błońska zostanie kandydatką na prezydenta Polski, jeśli tylko osiągnie w Warszawie lepszy wynik wyborczy niż Jarosław Kaczyński. Tygodnik informuje, że wiadomość ta będzie ogłoszona oficjalnie zaraz po wyborach parlamentarnych.

Dla polityków PO nominacja Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na kandydatkę na premiera i jedynkę na liście wyborczej w Warszawie była pozytywnym zaskoczeniem. Trudno było o lepszą decyzję – komentują. Grzegorz Schetyna podjął ją w efekcie niekorzystnych dla niego fokusowych badań izraelskiej firmy doradczej. Poradziła ona Schetynie, żeby usunął się w cień w czasie kampanii.

Wcześniej propozycję kandydowania do Pałacu Prezydenckiego lider PO miał składać obecnemu prezydentowi stolicy – Rafałowi Trzaskowskiemu. Ten jednak skutecznie się temu oparł.

Teraz informator „Wprost” zapewnia, że prezydent Warszawy, gdy tylko upora się z problemami ze ściekami, będzie wspierać kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na najwyższy urząd w państwie.

Program Koalicji Obywatelskiej tutaj >>>

Za czasów rządów PO-PSL, tzw. ubóstwo relatywne systematycznie malało, natomiast już rok po objęciu władzy przez PiS zaczęło wyraźnie rosnąć

To nie będzie normalna kampania wyborcza. PiS nie chodzi przecież o żadne ideały, ani o „dobrą zmianę”, która okazuje się dobra głównie dla tej partii. Ludzie władzy walczą o przetrwanie, o przedłużenie władzy, o prolongatę wysokich pensji dla swoich i o niebotyczne premie, które „się należą” wykonawcom woli prezesa i ich pomagierom, świadczącym usługi nowym właścicielom Polski. Ludziom, którzy zachowują się jak okupanci, którzy ukradli nam budżet państwa oraz przywłaszczyli sobie państwowe media, państwową administrację i państwowe organy ścigania, chodzi dzisiaj o pełnię władzy. Zniszczyli fundamenty demokratycznego państwa, zastąpili prawo bezprawiem, a teraz walczą o bezkarność – i będą się bić do upadłego, by po przegranych wyborach nie stanąć przed wciąż jeszcze niezawisłym sądem.  Dlatego nie spodziewajmy się po nich uczciwej kampanii. Będą się imać brudnych chwytów, będą nadal szkalować, zniesławiać, pomawiać, szczuć armią swoich trolli, a przede wszystkim kłamać.

Wielu Polaków jest już skażonych toksyczną propagandą. Większość okazała się jednak odporna i wciąż jeszcze wierzy, że polityka nie jest sztuką oszukiwania wyborców. Co z tego, skoro przyzwoici ludzie stają często bezradni wobec zalewu fejkniusów, w obliczu bezczelnej, krzykliwej hucpy.  Wiedzą, że nie wolno zostawiać Prawdy w rękach tych, którzy będą z niej drwić i pomiatać nią tak, jak pomiatają Konstytucją. Nie zawsze jednak wiedzą, że z pisowską propagandą nietrudno walczyć, a i zwyciężyć można. Nie wszyscy wierzą, że pisowską prawdę da się odrzeć z kolorowych fatałaszków i świecidełek, kryjących pokraczne, nieprzyzwoicie gołe kłamstwo. Zadaniem opozycji, misją niezależnych mediów i obowiązkiem każdego przyzwoitego i myślącego człowieka jest zatem dostarczanie rodakom amunicji pozwalającej niszczyć osaczający ich fałsz. Zainfekowanym ludziom trzeba dostarczać odtrutkę – proste argumenty i łatwe do zweryfikowania fakty, którymi pacyfikować można PiS-owskie łgarstwa. Przećwiczmy to na kilku konkretnych przykładach:

PIS POKONAŁ BIEDĘ?

Jednym z sukcesów, o których najdonośniej trąbi PiS w swojej kampanii, jest niemal całkowita likwidacja biedy. Cztery lata temu, gdy Polska była w ruinie, PiS widział nędzarzy na każdym rogu ulicy i biadał nad tym wniebogłosy. Dzisiaj głosi, że polska bieda została pokonana. Podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy Premier Morawiecki zaliczył ograniczenie ubóstwa do największych osiągnięć rządu PiS. Jednym tchem pochwalił się również zmniejszeniem nierówności między bogatymi i najbiedniejszymi.  W tweecie @pisorgpl opublikowanym trakcie trwania konwencji czytamy: „Premier @MorawieckiM na #KonwencjaPiS w #Bydgoszcz: Zmniejszyliśmy skrajne ubóstwo i nierówności społeczne. Zwiększamy spójność i solidarność. #DobryCzasPL #DobryCzasDlaPolski”.

Na oko wiadomość wydaje się prawdziwa, bo przecież dobra koniunktura światowa skutkowała również w Polsce znacznym zmniejszeniem bezrobocia, a ponadto do ludzi trafiły spore pieniądze, które zasiliły budżety najbiedniejszych dotąd rodzin wielodzietnych oraz (jednorazowo na razie) emerytów.  Według PiS – niedawnym „nędzarzom” żyje się dziś kolorowo, a będzie jeszcze lepiej, bo już w 2021 roku PiS obiecuje zwiększyć płacę minimalną aż o 750 zł. Co więcej – do końca 2024 roku najniższa płaca ma wynosić 4 tys. zł. A więc – żegnaj, polska biedo?

Sprawdźmy w najnowszych opracowaniach GUS. I tu zaskoczenie. Okazuje się, że począwszy od 2008 r., czyli za czasów rządów PO-PSL, tzw. ubóstwo relatywne systematycznie malało, natomiast już rok po objęciu władzy przez PiS zaczęło wyraźnie rosnąć. Odsetek osób ubogich przekroczył obecnie 14 proc. W ciągu ubiegłego roku wzrosła również stopa ubóstwa skrajnego – do 5,4%. GUS informuje też, że „znacząco zwiększyło się ubóstwo wśród gospodarstw domowych utrzymujących się głównie ze świadczeń społecznych” – czyli tych, które PiS otacza rzekomo szczególną troską.

500+ WYCIĄGA RODZINY Z UBÓSTWA?

PiS trąbi, że program 500+ znacząco zmniejszył rozmiary polskiej biedy. To takie samo kłamstwo jak opowieść, że program ten przyczynił się do zwiększenia liczby urodzin (aktualny wskaźnik przyrostu naturalnego na 1000 ludności wynosi w Polsce – minus 0,8). Statystyka dowodzi, że wśród gospodarstw domowych z dziećmi do lat 18 odsetek ludzi ubogich znacząco wzrósł!  Zasięg ubóstwa dzieci i młodzieży rośnie o 1 proc rocznie, przekraczając właśnie 8 proc populacji, a stopa ubóstwa skrajnego wsród dzieci do lat 18 wyniosła w ubiegłym roku aż sześć procent!

Najbardziej wzrosła stopa ubóstwa w gospodarstwach wielodzietnych, z co najmniej trójką dzieci. Takie gospodarstwa to już ponad 10 procent wszystkich rodzin.  Wynika stąd, że 500+ coraz częściej idzie „na przemiał”, a nie na zaspokojenie potrzeb dzieci. Co na to władza? – Wyprawka szkolna 300+ i świadczenie 500+ to najlepsza inwestycja w przyszłość Polski – zapewnił premier Mateusz Morawiecki na spotkaniu wyborczym w Józefowie.

EMERYCI MAJĄ SIĘ CORAZ LEPIEJ?

Funkcjonariusze PiS nie ustają w wysiłkach, by przekonać emerytów, że ich los i dobrobyt jest przedmiotem wyjątkowej troski rządzących. Nic dziwnego, to przecież ogromna rzesza potencjalnych wyborców. Władza wabi ich trzynastą emeryturą. Prezes Kaczyński obiecuje w 2021 roku aż dwie trzynastki.   Premier Morawiecki opowiada o dodatkowych bonusach w postaci obniżenia podatku PIT, które ma dotyczyć szczególnie tej grupy społecznej.  – To już trzeci impuls finansowy w tym roku dla wszystkich emerytów. Pierwszy – przypomnę – to była waloryzacja kwotowa, drugi – emerytura plus, wypłacana w maju dla około 10 milionów emerytów i rencistów…  Na wyborczych spotkaniach upowszechniana jest radosna wiadomość, że emerycka bieda to już przeszłość, bo przeciętna miesięczna emerytura i renta brutto z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych to obecnie aż 2330 zł. Nieważne, że ta średnia jest wypadkową najniższej emerytury, która wynosi… 4 grosze i najwyższej, przekraczającej 20 tys. zł…

Do prawdy zbliżają nas opracowania ZUS, zawierające aktualne informacje, których nie usłyszymy od prawicowych kandydatów do parlamentu. Prominenci PiS nie powiedzą nam, że za emeryturę niższą niż minimalną (888 zł na rękę!) żyć musi dzisiaj aż 234 tys. Polaków. A już na pewno nie usłyszymy, że kiedy PiS sięgnął po władzę, takich bieda emerytur było niespełna 100 tysięcy.  Natomiast prognozy ekspertów przewidujących, że w 2030 roku ponad 700 tys. Polaków pobierać będzie emeryturę mniejszą niż głodowa „minimalna”, to już zapewne pilnie strzeżona tajemnica państwowa.

PIS TROSZCZY SIĘ O NIEPEŁNOSPRAWNYCH?

Po sejmowym proteście matek osób niepełnosprawnych, gdzie funkcjonariusze PiS wykazali się kompromitującym brakiem empatii, przez dłuższy czas można było odnieść wrażenie, że władza obraziła się na tę grupę społeczną. Budżetowe środki przeznaczano na wszystko i wszystkich, tylko nie na wsparcie dla ludzi najbardziej skrzywdzonych przez los. Coś drgnęło dopiero przed rozpoczęciem wyborczego maratonu. Zapewne nie dlatego, że PiS liczy na głosy niepełnosprawnych, a raczej ze względu na negatywny społeczny odbiór demonstracyjnego ostracyzmu władzy wobec ludzi budzących powszechne współczucie. Dziś PiS chwali się zrealizowanym już finansowym wsparciem i licznymi deklaracjami zwiększania tej pomocy.  W wielu wystąpieniach słychać, że za rządów PiS niepełnosprawni mają się dzisiaj całkiem nieźle i że niedługo będzie jeszcze nieźlej.

Łatwo to sprawdzić w aktualnych opracowaniach GUS. Do czynników zwiększających zagrożenie ubóstwem należy także zaliczyć obecność osoby niepełnosprawnej w gospodarstwie domowym. Stopa ubóstwa skrajnego w gospodarstwach domowych z co najmniej jedną osobą niepełnosprawną wyniosła ok. 8%, w tym z przynajmniej 1 dzieckiem do lat 16 posiadającym orzeczenie o niepełnosprawności – ok. 6%.” – czytamy w dokumencie pt. „Zasięg ubóstwa ekonomicznego w Polsce w 2018 r.”.

 PIS LIKWIDUJE NIERÓWNOŚCI SPOŁECZNE?

Na forum ekonomicznym w Davos premier Morawiecki ogłosił, że rząd PiS zmniejszył nierówności społeczne w Polsce. Od tego czasu powtórzył tę tezę wielokrotnie. Niwelowanie różnic między najbogatszymi a najbiedniejszymi Polakami zyskało rangę jednego z najważniejszych sukcesów tej władzy. Informacja, że Polacy są coraz „równiejsi”, a Polska coraz bardziej egalitarna i że pod tym względem plasuje się w ścisłej czołówce europejskiej, głoszona jest na wielu spotkaniach wyborczych prawicy, zjednoczonej wokół Kaczyńskiego. Założę się, że jest to kłamstwo w pełni świadome, bo propagandyści PiS muszą znać aktualny raport francuskich naukowców opisujący rozwarstwienia dochodowe w krajach Europy. Wynika z tego opracowania, że nierówności dochodowe w Polsce są najwyższe w Europie!  Najwyższe – i zbliżają się do poziomu obserwowanego w Stanach Zjednoczonych!

W lipcu przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 5182,43 zł, ale aż dwie trzecie pracujących Polaków dostaje pensje niższe od średniej krajowej. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków ma aż 40 proc udział w dochodzie narodowym – największy spośród wszystkich europejskich państw, gdzie średnia to ok. 34 proc. I w tej oto sytuacji 500+ pobiera zarówno rodzina żyjąca z minimalnej pensji czy zasiłków dla niepełnosprawnych, jak i taka, gdzie tato ma milionowe dochody w spółce skarbu państwa, a mama zarabia w NBP kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Tę samą trzynastą emeryturę pobierają zarówno ludzie żyjący za kilkaset złotych, jak i pobierający ponad 20 tysięcy zł emerytury (a są tacy).

Kraj kwitnie, władza nam dogadza, a w kategorii dochodów jesteśmy tak samo równi jak wobec prawa. Czy „ciemny lud” to kupi, zależy od nas. Od każdego przyzwoitego i myślącego człowieka, któremu nie jest wszystko jedn

Zgnilizna PiS wzięła się od zgniłka Kaczyńskiego

9 Sier

W 2015 roku PiS szło do wyborów z transparentnością, uczciwością, sprawiedliwością i pokorą na sztandarach. W ciągu pierwszych kilku miesiącach władzy wyraźnie jednak pokazało, co dla niego znaczą te hasła. I właśnie dzisiaj, gdy wybuchła bomba z lotami marszałka Kuchcińskiego, warto przypomnieć wydarzenie sprzed trzech lat.

W czerwcu 2016 roku Jarosław Kaczyński obchodził urodziny. Tego dnia wpadł do Świnoujścia, gdzie nadał gazoportowi imię Lecha Kaczyńskiego, a stamtąd ruszył do Krakowa, by pomodlić się na Wawelu na grobie swego brata. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że środkiem lokomocji, którym przemieszczał się prezes PiS, był… policyjny helikopter. Sam Joachim Brudziński, ówczesny wicemarszałek Sejmu pochwalił się na Twitterze fotką, na której tak pięknie prezentuje się maszyna z policyjnym oznaczeniem na burcie.

Jarosław Kaczyński, zwykły poseł, nie pełniący żadnej oficjalnej funkcji w państwie, a przemieszcza się policyjnym śmigłowcem? Czy to zgodne z obowiązującymi zasadami i kto za to miał zapłacić? Zapewne płatnikiem był MSWiA i stąd też udział ministra Błaszczaka, co miało usprawiedliwić wykorzystanie tego samolotu do przewiezienia prezesa.

Mówienie więc dzisiaj o uczciwości partyjnej, o zaskoczeniu Kaczyńskiego, robienie wielkich oczu, udawanie, że partia liczy się z opinią publiczną to jeden wielki fałsz.

Jak widać, praktyki wykorzystywania samolotów policyjnych, wojskowych i rządowych do przelotu przez polityków PiS były na porządku dziennym. Gdyby tak podliczyć koszty tych nieuzasadnionych lotów to byłyby to grube miliony. Miliony wydane na zachcianki polityków, które popłynęły z naszych, podatników, kieszeni.

Analogie niekoniecznie muszą być trafne. Afera samolotowa Marka Kuchcińskiego może być najważniejsza częścią kampanii wyborczej do parlamentu. Jarosław Kaczyński dymisjonując marszałka Sejmu przyznał się do porażki, choć w swoim stylu szukał usprawiedliwień, że inni też nadużywali władzy – w PRL-u było: „W Ameryce Murzynów biją”, w PRL bis: „wina Tuska”

Dymisjonując Kuchcińskiego, prezes PiS bez przekonania zwalił winę na Tuska, widać, że nie jest w formie fizycznej, ledwie opuścił scenę i udał się za kulisy, a przecież lubi gaworzyć do mikrofonów. Powód dymisji  Kuchcińskiego był tylko jeden – bożek sondażów. Spada PiS-owi poparcie, publika domaga się prawdy o lataniu Kuchcińskiego, jego rodziny i wszelkich pociotków pisowskich, bo istnieje obawa, że na niebie zamiast gwiazd będziemy mieli latających pisowców.

SLD w początkach afery Rywina miało podobne poparcie, jak dzisiaj PiS. Wówczas zaczął się spadek, który doprowadził postkomunistyczną partię do ostatecznego uwiądu. Czy PiS-owi to samo grozi? Po ich porażce wyborczej dzisiejsza opozycja musi dobrać się do kryminalnej przeszłości Srebrnej poprzez uchylone drzwi, jakimi jest sprawa Austriaka Geralda Birgfellnera.

Kaczyńskiego domek z kart Srebrnej („House of Cards”) musi upaść, tym bardziej, że właściciel jego jest na finiszu. Przekazanie Srebrnej w powiernictwo PiS-owi nie wchodzi w rachubę, bo tacy Suski i Sasin przeputaliby każdy majątek w trymiga, zaś Mateusz Morawiecki nie jest godny zaufania – znamienny znak w postaci dwóch godzin antyszambrowania na parkingu w oczekiwaniu na audiencję – bo ogoliłby prezesa, jak kardynała Richelieu, pardon: Gulbinowicza.

Lecz PiS znajduje się w o wiele lepszej sytuacji niż SLD Leszka Millera i Marka Belki. Ma mniej czasu na rozjechanie przez walec opozycji i zdecydowanie większe środki skutecznego przeciwstawienia się. Kaczyński i jego żołnierze mają do dyspozycji nieograniczony dostęp do budżetu państwa, z którego będą czerpać dowolne środki na kampanię wyborczą i przekupienie elektoratu czymś w rodzaju kolejnych 500+. Propaganda mediów publicznych TVP i stacji radiowych jest porównywalna w oszczerstwie do gadzinówek nazistowskich.

Za PiS-em stoją hierarchowie Kościoła katolickiego, powielają te same hasła, ostatnio wszelakie obrzydliwości o LGBT. Dyscyplina pisowców jest też zdecydowanie większa niż opozycji, są trzymani na krótkim łańcuchu korzyści z koryta wszelkich spółek skarbu państwa.

A cóż ma opozycja? Moralną rację i otwartych na świat ciekawych polityków – szczególnie średniego pokolenia. To niewiele, ale także bardzo dużo. PiS ma wszystko do stracenia (niektórzy z nich nawet wolność), a my do odzyskania Polskę. Air Kuchciński (#KuchcinskiTravel) to równia pochyła Rywingate SLD, opozycja musi pomóc zjechać szczęśliwie PiS na sam dół, niech tam wylądują razem z Kuchcińskim.