Tag Archives: Jean-Claude Juncker

Brudziński kryje intencje Kaczyńskiego

6 Sty

 

Już 9 stycznia dojdzie do spotkania prezesa Jarosława Kaczyńskiego z włoskim wicepremierem Matteo Salvinim, podała kilka dni temu „Rzeczpospolita” powołując się na informacje podane przez „La Repubblica”.

Według doniesień włoskiego dziennika tematem spotkania ma być polityka migracyjna, a także zbliżające się wybory do Parlamentu Euoropejskiego.

Planowana wizyta skrajnie prawicowego polityka włoskiego, znanego ze swych poglądów antyemigracyjnych i zamiarów obalenia europejskiego porządku, spotkała się z krytyką części środowisk.

Odniósł się do niej na Twitterze Joachim Brudziński, szef MSWiA, który odpowiada za zaproszenie włoskiego polityka do Polski.

Polska i Włochy to kraje zewnętrzne Unii Europejskiej. Mamy wiele interesów gospodarczych, kulturalnych, społecznych. Atakowanie Jarosława Kaczyńskiego za to, że spotka się z wicepremierem Włoch jest dla mnie czystą głupotą” – napisał Brudziński..

Waldemar Mystkowski pisze o spotkaniu Kaczyńskiego z Salvinim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

(…)

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

Pisowscy dziennikarze biadolą, a policjanci coraz bardziej odważni

6 Sty

W plebiscycie na słowo roku 2018 wygrała „Konstytucja”. Ja stawiałam na „serce”. A na drugim miejscu na „żarówkę”. Tym bardziej, że za sprawą przedstawicieli partii aktualnie rządzącej, serce z żarówką nieoczekiwanie wpisały się nam w kontekst europejski.

Bo tak: pan premier Morawiecki, w ramach kampanii przed wyborami do PE, dokonał analizy europejskiej anatomii pod kątem etnicznym i wyszło mu, że Polska to Serce Unii. I to by się zgadzało. Bo Zachód od stuleci utożsamiany jest z Rozumem.

Serce jest też symbolem miłości, która owładnęła partią aktualnie rządzącą. To niespodziewane uczucie spadło na formację władzy akurat tuż przed wyborami. No, ale z miłością tak właśnie bywa, że kto się czubi, ten się lubi.

Gwałtowność uczucia ku Unii może też, po trosze, wynikać ze specyfiki naszego Serca, bo funkcjonuje ono nieco na przekór oficjalnej wiedzy medycznej. Mamy je – otóż – po prawej stronie, bowiem trudno, żeby cokolwiek pod rządami aktualnej władzy mogło się kojarzyć z lewactwem. Nawet anatomia. No, a poza tym – jak to poetycko ujął pan premier – nasze polskie Serce jest Bijące.

To bicie wynika nie tylko z fizjologii, ale też z naszej wielowiekowej tradycji prymatu emocji nad chłodną wyrachowaną kalkulacją. Bije, znaczy kocha, jak mawia nasze staropolskie przysłowie.

Bicie, które Zachód stara się wyrugować z naszych rodzinnych europejskich relacji, uchwalając kolejne ustawy i konwencje antyprzemocowe, my tu u nas uważamy za wyraz silnych więzów emocjonalnych i uczuciowej pasji. A też uchodzi ono za najlepszą metodę socjalizacji jednostek antysystemowych oraz wychowania młodszych pokoleń w poszanowaniu autorytetów i tradycji. O zbawiennym wpływie „klapsa” na trening karności jest silnie przekonana – jak dowodzą sondaże – zdecydowana większość naszego społeczeństwa.

W edukacyjne walory lania wyraźnie wierzy też wielu członków aktualnego rządu, na czele z jego panią rzecznik, która publicznie wyrażała zrozumienie dla gromady młodzieńców, którzy skopali członka KOD-u. Podobną wyrozumiałość demonstruje opinia publiczna skupiona wokół obozu władzy, która gremialnie poparła – na przykład – akt spoliczkowania działaczki Obywateli RP przez inną panią z przeciwnej politycznej opcji. Niezbyt surowo podchodzą do bicia (żon, dzieci, opozycjonistów, zwierząt, obcokrajowców) również prokuratorzy i niektórzy sędziowie. Jak widać miłość niejedno ma imię…

Porządne lanie od czasu do czasu, jest też zgodne z polską interpretacją etyki chrześcijańskiej, wedle której „Duch Święty rózeczką dziateczki bić każe”. I te właśnie słuszne zasady zamierzamy – kierowani głęboką miłością do naszej międzynarodowej europejskiej Rodziny – wnieść do Unii w ramach jej rechrystianizacji. Jak się niektórym na Zachodzie dobrze przyłoży, to od razu im się w głowach lepiej ułoży. I dadzą sobie spokój z tym swoim idiotycznym racjonalizmem oraz – generalnie – oświeceniem.

My tu od pokoleń wiemy, że życie na widoku, w pełnym świetle, szkodzi spójności Rodziny, która ma przecież różne swoje ciemne strony i mroczne tajemnice. A i wiara też najpiękniej rozkwitała w mrokach średniowiecza. Tymczasem nadmiar światła szkodzi na oczy, skórę, moralność i jedność Europy. Weźmy taki Brexit. Przecież rozpoczął się od wymiany żarówek!

Czyli to my jesteśmy ci emocjonalni, co to skrzydła husarskie i walki straceńcze do krwi ostatniej. A oni – wyrachowanie i zimna kalkulacja. My im „rechrystianizacja”, a oni nam: „oświecenie”! My siły na zamiary, a oni zamiar podług sił. Za grosz romantyzmu i ułańskiej fantazji… Tak więc – jesteśmy Sercem. A oni bez serc i bez ducha.

Nie bez powodu pan prezydent przy innej okazji skarżył się na dyktat Unii w kwestii żarówek. Oni wciskają nam ledowe w myśl zasady „więcej światła”, a my im na to odpowiadamy tradycyjnym kagankiem (oświaty).

Będę z uwagą śledzić postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji – deklaruje posłanka PO Bożena Kamińska. Przypomnijmy, Komendant Główny Policji wszczął postępowanie wobec Daniela Kołnierowicza po tym, jak na antenie radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na posłankę opozycji. To ona pierwsza otrzymała informację od funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej w Suwałkach, że oddelegowywani są do pilnowania posesji wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. – Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi – dodaje posłanka Kamińska. Na co zwracają uwagę?


KAMILA TERPIAŁ: Komendant Główny Policji wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji Daniela Kołnierowicza, który na antenie lokalnego radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na panią. Czuje pani satysfakcję?

BOŻENA KAMIŃSKA: Od początku nie miałam wątpliwości, że powinno nastąpić postępowanie dyscyplinarne w stosunku do komendanta policji w Białymstoku. Wydaje mi się, że bardzo długo, bo ponad miesiąc, trwało postępowanie tzw. rozpoznawcze. Jak widać, wszystko jest rozwlekane w czasie. Z Komendy Głównej Policji płyną informacje, że to postępowanie może potrwać nawet miesiąc albo dłużej. Będę oczywiście z uwagą je śledzić. Tym bardziej, że

dotarła do mnie na razie nieoficjalna informacja, że sprawą ma się zająć jednostka policji ze Śląska, która zapewne nie będzie zainteresowana dogłębnym wyjaśnieniem sprawy. Być może komuś zależy na umorzeniu tego postępowania. Cierpliwie czekam na ostateczną decyzję.

Czym pani podpadła komendantowi? Tym, że tropiła pani nieprawidłowości w policji?
Myślę, że tak. Osobiście spotkałam się z komendantem Kołnierowiczem zaledwie na kilku oficjalnych imprezach, nie miałam okazji nawet zamienić z nim kilku zdań. Zaczęło się od informacji płynących od funkcjonariuszy policji z Suwałk. Informowali mnie o tym, że są oddelegowywani do pilnowania posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego, zmuszani do przebierania się, pojawiła się także kwestia form zatrudniania w tamtejszej komendzie. Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. A nikt nie jest zadowolony, jak zadaje się mu trudne pytania.

Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi i są w stanie o tym głośno mówić.

Na co przede wszystkim zwracają uwagę?
Na to, że są zmuszani do wykonywania obowiązków, które nie są im przypisane, są zmuszani do uczestnictwa w wydarzeniach, w których bierze udział wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jarosław Zieliński, muszą to robić nawet w dni wolne od pracy. Twierdzą, że takich wydarzeń jest czasami tak dużo, że nie mogą wykonywać swoich podstawowych obowiązków. Skarżą się, że są po prostu niewłaściwie traktowani przez przełożonych i że spadają morale.

Naczelnikami zostają funkcjonariusze z kilkuletnim stażem, a osoby doświadczone są spychane na niższe funkcje albo odsyłane na emeryturę. Ostrzegają, że takie działania nie służą bezpieczeństwu publicznemu.

Co można w takich sprawach zrobić?
Wysłaliśmy wraz z posłami PO wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o przeprowadzenie kontroli w Garnizonie Podlaskim. Poza tym poprosiliśmy NIK o kontrole także w jednostkach, z których dostałam informacje o nieprawidłowościach. Proszę także posłów z mojej partii, aby interweniowali w swoich regionach. W tej chwili mam ok. 60 zgłoszeń, więc nie jestem w stanie sama się tym zająć.

Komenda Główna Policji przeprowadziła kontrolę w Komendzie Miejskiej Policji w Suwałkach? Zapoznała się już pani z protokołem pokontrolnym?
Wraz z posłem PO Cezarym Tomczykiem chcieliśmy zapoznać się z tym protokołem, ale 27 grudnia otrzymaliśmy informację, że został utajniony i jako posłowie nie możemy się z nim zapoznać. Z taką decyzją oczywiście się nie zgadzamy i nie odpuścimy. Jeżeli są kwestie wrażliwe, to przecież nie musimy się z nimi zapoznawać. Ale to, że protokół jest przed nami ukrywany, budzi podejrzenia. Poza tym mam płynące po kontroli informacje od funkcjonariuszy z tej komendy, że mimo iż stwierdzono uchybienia dotyczące „nadgorliwości przełożonych”, nie są wyciągane żadne wnioski i wszystko funkcjonuje tak jak dawniej.

Chcemy wiedzieć, jakie konsekwencje poniosą przełożeni, którzy wykazali się „nadgorliwością”. Dostaliśmy informacje, że protokół to w sumie 70 stron, co wskazuje na to, że sprawa nie jest błaha.

Czuła albo czuje się pani zastraszana przez Daniela Kołnierowicza?
Bezpośrednio nie. Chociaż czasami na oficjalnych uroczystościach mam wrażenie, że są osoby, które mnie pilnie obserwują. Nie jest to komfortowe. Wypełniam tylko swoje obowiązki płynące z poselskiego mandatu i nie mam zamiaru tych wszystkich informacji, które do mnie spływają, chować do szuflady. Uważam, że jeżeli ludzie odważyli się pisać i mówić, ruszyła kula śnieżna, to trzeba zmusić rządzących, aby zwrócili na to uwagę. Próbuję się nawet umówić z wiceministrem Jarosławem Zielińskim na rozmowę. Jeżeli będzie miał wolę i chęć, to bardzo chciałbym się z nim spotkać. Skarg jest tak dużo, że nie można od tego uciec. Chociaż rządzący do tej pory starają się tak robić. Wielu funkcjonariuszy, którzy piszą do mnie, wcześniej pisało także do ministerstwa i nie otrzymywali żadnej odpowiedzi. To niestety nie świadczy o dobrej woli rządzących.

W obozie dobrej zmiany pojawia się refleksja, że być może PiS straci władzę. To bardzo ważna zmiana psychologiczna

Kiepsko się ten rok zaczął dla miłośników „dobrej zmiany”: pod presją oburzonej opinii publicznej rząd wycofał kolejny projekt wypichcony przez katolicko-konserwatywnych talibów. Nowelizacja ustawy antyprzemocowej, uznająca, że jedno pobicie, to jeszcze nie przemoc w rodzinie, miała wyrwać Polskę pod wpływów demona Dżendera, ale skończyło się tak jak zwykle: premier zarządził odwrót na z góry upatrzone pozycje.

Kolejny raz. Trudno wręcz doliczyć się, ile już takich odwrotów było: ustawa antyaborcyjna, grzywna dla TVN, ustawa o IPN, ustawa o Sądzie Najwyższym. Za chwilę trzeba będzie zapewne wycofywać się z innych reform sądowych z pseudo-KRS na czele…

Dużo tego. O ile w pierwszym roku sprawowania władzy PiS wydawał się potężny i niezwyciężony, to teraz jest cieniem samego siebie. Nic dziwnego, że jego klakierzy i wielbiciele spuszczają nosy na kwintę i biadolą, jak Ryszard Makowski w portalu Karnowskich: „Odchodzący rok nie był dobry dla rządu”.

„Symbolem tego roku pozostanie ciągłe wycofywanie się dobrej zmiany na z góry upatrzone pozycje– pisze Makowski. – Ustawa o IPN, nagrody dla ministrów, ustawy o sądownictwie, zawetowanie przez pana prezydenta ustawy degradacyjnej i ostatnio zrezygnowanie w trybie nagłym z ogłoszonych podwyżek cen prądu. Do tego dochodzą dotkliwe, jakby tego nie tłumaczyć, porażki w wyborach samorządowych w dużych miastach, szczególnie w Warszawie. Komisje śledcze też trudno nazwać ogromnym sukcesem”.

Pisząc to, Makowski nie wiedział jeszcze, że za chwilę do tej listy trzeba będzie dopisać projekt nowelizacji ustawy antyprzemocowej.

Na domiar złego we własne szeregi wkradł się chaos i zwątpienie. „Trudno oprzeć się wrażeniu – ubolewa Makowski – że dzieją się rzeczy zakulisowe, że są zawierane jakieś pakty, o których lepiej, żeby lud nie wiedział. Przeciętny obywatel nie może zrozumieć zmiany na stanowisku premiera. Nie o to chodzi, że premier Morawicki jest złym premierem, ale czemu musiała odejść premier Beata Szydło po dwóch latach udanej naprawy państwa?”.

Z pesymizmem Makowskiego, felietonisty drugorzędnego, ale reprezentatywnego dla sporej części pisowskiego fanklubu, współbrzmi tonacja artykułu Piotra Skwiecińskiego, który na łamach tygodnika tygodnika „Sieci” kreśli przerażający dla wielbiciela „dobrej zmiany” obraz Polski po ewentualnym zwycięstwie opozycji w wyborach parlamentarnych: „Kto chce wyobrazić sobie, co będzie się działo w całej Polsce, jeśli elity III RP odzyskają władzę na szczeblu centralnym, niech spojrzy na to, co się dzieje w stolicy. W mieście, w którym dziś odzyskały pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa”.

To już do tego doszło? W kręgach pisowskich publicystów i komentatorów wizja utraty władzy przestała być niewyobrażalną abstrakcją, a stała się scenariuszem dopuszczanym do świadomości i na serio rozważanym?

To bardzo ważna zmiana psychologiczna, która będzie miała dwojakie skutki.  Po pierwsze, radykalna część obozu władzy będzie optować za zaprowadzeniem porządku i dokręceniem śruby przeciwnikom politycznym. Już słychać apele o zaostrzenie represji. Makowski pisze: „Cały czas hulają sobie u nas w najlepsze media wrogie nie tyle władzy, co państwu polskiemu. Ustawy sejmowe są poprawiane pod zewnętrznymi naciskami, albo obcych państw albo instytucji unijnych. Gorszy poczucie bezkarności tych, którzy już dawno powinni mieć usystematyzowany tryb życia w zakładach penitencjarnych. Kasta sądownicza ostentacyjnie wypowiedziała posłuszeństwo obywatelom i jeszcze się tym chełpi paradując w idiotycznych koszulkach >Konstytucja<”. Sugestia pisowskiego felietonisty jest jasna: wziąć ich za mordę,  dość tej bezkarności!

Takich wezwań będzie zapewne więcej i takie nastroje dojdą do głosu w części (tej głupszej i mniej przewidującej) aparatu władzy. Można się więc spodziewać kolejnych postępowań dyscyplinarnych przeciw sędziom, szykan wobec krytycznych mediów i uderzeń w niezależne organizacje społeczne. Tyle tylko, że represje stosowane przez słabnącą władzę nie budzą grozy i nie pacyfikują oporu. Wręcz przeciwnie – tylko go nasilają i stymulują.

Równolegle zaś z radykalizacją pisowskiego betonu będzie postępować erozja morale w obozie władzy, która skłoni osoby bardziej przewidujące i inteligentniejsze do asekurowania się. I to będzie drugi, być może nawet ważniejszy skutek zmiany psychologicznej, która dokonała się w ostatnich miesiącach.

Można oczekiwać, że polecenia wydawane ideologicznie niezaangażowanym pracownikom i funkcjonariuszom państwowym przez pisowskich zwierzchników będą wykonywane opieszale bądź wręcz sabotowane. Być może w skrajnych przypadkach pojawią się żądania: „Proszę wydać mi to polecenie na piśmie”. I zapewne będziemy otrzymywać coraz więcej przecieków na temat nieprawidłowości dziejących się za kulisami – naoczni świadkowie i uczestnicy tych działań będą chcieli zyskać usprawiedliwienie, odcinając się od nich i donosząc mediom i przedstawicielom opozycji o tym, „co się u nas wyprawia”. Tak jak anonimowi policjanci donieśli na wiceministra Jarosława Zielińskiego i jak pracownicy NBP donieśli na prezesa Glapińskiego i jego „damy dworu”.

A przezorniejsi i inteligentniejsi członkowie obozu władzy zaczną zezować na boki. Gdy łajba zaczyna nabierać wody, co rozsądniejsi członkowie załogi zaczynają wypatrywać szalup ratunkowych.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co po Kaczyńskim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz dyplomatą raczej nie jest, co wydaje się dziwnym atrybutem wykonując tę funkcję, lecz przy pisaniu o politykach PiS zdziwienie należy porzucić.

Nagle Czaputowicz dostał zajadów, gdy wymienił nazwisko Donalda Tuska określając tego najwybitniejszego polskiego polityka (przynajmniej dotychczas w XXI wieku) jako reprezentanta Niemiec w Radzie Europejskiej, w tym wypadku należy porzucić inne zdziwienie, gdy widzimy jak polityk PiS pluje na Polaka.

Czaputowicz opluł Tuska, a tak naprawdę Brukselę i najlepszego naszego sojusznika na Zachodzie, Niemcy. Ten „dyplomata” zalicza się do kategorii ukutej przez Władysława Bartoszewskiego, do dyplomatołków. Trzymany był za czasów Tuska w MSZ jako dyrektor jednej z komórek ministerialnych. Czekam aż wyrazi się, jak Mateusz Morawiecki, iż donosił Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Czyżby wspólną cechą polityków PiS było donosicielstwo, agenturalność, przypadłość charakterologiczna wszystkich złamasów, ludzi niegodnych zaufania?

Konteksty powyższych wypowiedzi i awansu są oczywiste, PiS gra na rozwalenie Unii Europejskiej. Więcej będziemy wiedzieli po wizycie wicepremiera Włoch Metteo Salviniego u Kaczyńskiego, lidera antyeuropejskiej Ligi Północnej, ten się nie kryje, że w polityce chodzi mu o rozbicie instytucji europejskich, a przy tym obnosi się z t-shirtem, na którym nosi portret swojego guru i sponsora, Władimira Putina.

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

Pisowska lojalność nagrodzona intratnym stanowiskiem pomimo zarzutów prokuratury

5 Sty

Były szef departamentu operacyjno-śledczego w CBA, Paweł W. w grudniu został powołany na stanowisko kierownicze w Biurze Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu w Państwowych Portach Lotniczych.

Być może nie byłoby w tym fakcie nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na Pawle W. ciąży oskarżenie prokuratury za jazdę samochodem bez prawa jazdy. Zostało mu ono wcześniej zabrane za przekroczenie dozwolonej liczby punktów karnych.

Paweł W. jest doskonałym przykładem na proceder obsadzania ważnych stanowisk państwowych ludźmi związanymi z Prawem i Sprawiedliwością, tym bardziej, że poprzednie swoje stanowisko w CBA również zawdzięczał partyjnemu powiązaniu.

Powołanie Pawła W. na szefa BPNiA może mieć powiązanie ze zwolnieniami ludzi, nawet z kilkunastoletnim stażem pracy, ale nie związanych z partią rządzącą.

„Musiałam zwalniać dyscyplinarnie pracowników z 10-20-letnim stażem pracy, prawie we wszystkich przypadkach bez uzasadnienia” – mówiła dziennikarzom „Wyborczej” była kadrowa PPL, Renata Grzywna, która też została zwolniona.

Nadrzędnym celem Biura Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu jest według prezesa PPA „zapewnienie przestrzegania przez jednostki organizacyjne PPL powszechnie obowiązujących przepisów prawa i wewnętrznych aktów normatywnych, w tym kodeksu etyki i polityki przeciwdziałania nadużyciom i korupcji”. Definicja ta ma się jednak nijak do partyjnej polityki kadrowej prowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

>>>

Unia Europejska ratuje nas przed dyktaturą Kaczyńskiego

28 List

– Nowelizacja ustawy o SN jest oceniana pozytywnie, ale to nie oznacza, że zakończy się procedura art. 7 wobec polski – powiedziała członkini Komisji Europejskiej Vera Jourová. W grudniu praworządność w Polsce ma być tematem spotkania ministrów spraw zagranicznych państw UE

Vera Jourová, czeska polityk i komisarza ds. sprawiedliwości w Komisji Europejskiej w rozmowie z Czeskim Radiem powiedziała, że KE kontynuuje działania wobec Polski ws. sądów. Pozytywnie oceniła dostosowanie się władz do decyzji Trybunał Sprawiedliwości UE (TSUE) i zmianę ustawy o Sądzie Najwyższym. Ale to nie wystarczy.

Jourová stwierdziła, że nowelizacja w związku z decyzją TSUE nie zatrzymuje toczącej się swoim torem procedury art. 7 w sprawie łamania zasady praworządności. – (Zmiana ustawy) to nie jest coś, co mogłoby wstrzymać procedurę art. 7. Więc ta debata w Radzie ds. Zagranicznych będzie kontynuowana – zapowiedziała. Sprawa ma być poruszona na spotkaniu szefów dyplomacji państw UE 11 grudnia.

„Będziemy się przyglądać”

Wcześniej nowelizację ustawy o SN komentowała unijna komisarz do spraw rynku wewnętrznego Elżbieta Bieńkowska. – Wycofanie się rządu z części działań i to z części działań, które sam rząd w uzasadnieniu do nowego prawa uznał za łamiące zasady państwa prawa – jest czymś bardzo pozytywnym – powiedziała komisarz.

Dodała, że odpowiedzialny za tę kwestię jest wiceszef Komisji Frans Timmermans, ale cała Komisja śledzi to co dzieje się w Polsce. – Będziemy się temu procesowi przyglądać. To jest część procesu legislacyjnego za nami, część działań, więc będziemy się przyglądać temu dalej – powiedziała unijna komisarz.

W grudniu zeszłego roku Komisja Europejska – po raz pierwszy w historii – wszczęła wobec Polski procedurę zawartą w artykule 7 unijnego traktatu. KE ma zastrzeżenia co do przestrzegania przez nasz kraj reguł praworządności.

Czas pokonać PiS!

26 List

Według rozmówców „Newsweeka” Tusk na poważnie rozważa start w wyborach prezydenckich w 2020 r. Ale do tego będzie potrzebował PO i wcześniejszej wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych. Dlatego – jak mówi ważny polityk PO – Tusk zawarł sojusz taktyczny z liderem Platformy Grzegorzem Schetyną, który ma pomóc opozycji wygrać wybory europejskie i parlamentarne, a Tuskowi – walkę o prezydenturę.

Ten sojusz został przypieczętowany na zjeździe Europejskiej Partii Ludowej w Helsinkach pod koniec października. Tusk przechadzał się między liderami europejskiej chadecji, do której należą w europarlamencie PO oraz PSL, i odbierał gratulacje za wynik wyborów samorządowych w Polsce. Koalicja Obywatelska wygrała wybory w miastach, wypychając z nich zupełnie PiS. Tusk publicznie chwalił w Helsinkach Schetynę, podkreślając, że dobry wynik Koalicji Obywatelskiej to jego zasługa.

Prawicowe tygodniki straszą powrotem Tuska

Kilku moich rozmówców w PO przyznaje, że wzajemne „obwąchiwanie się” trwało dość długo, bo Schetyna wciąż podejrzewał, że Tusk chce mu odebrać Platformę. Ale w końcu się dogadali, bo są sobie potrzebni.

– Jedynym alternatywnym liderem wobec Schetyny w PO i szerzej – po stronie opozycji – jest Tusk. Jeżeli on daje sygnał, że nie jest zainteresowany przejęciem PO tylko współpracą, to umacnia Schetynę. Nic tak dobrze nie integruje jak wspólny wróg, a wrogiem jest PiS – mówi mi ważny polityk PO.

Przypomina, że przed przesłuchaniem przez komisję śledczą ds. Amber Gold Tusk siedział ze Schetyną w jego „pieczarze”. Tak w Sejmie jest nazywany gabinet przewodniczącego komisji spraw zagranicznych, do którego prowadzi podziemny korytarz. To miał być sygnał dla działaczy Platformy, że Tusk ze Schetyną znowu współpracują, a topór wojenny został zakopany. Po raz pierwszy od lat wystąpili też razem publicznie, składając kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

– Po wyborach samorządowych stało się jasne, że do wyborów parlamentarnych w Polsce nie powstanie żadna siła polityczna, która byłaby w stanie samodzielnie odsunąć PiS od władzy. Może powstać nowa partia Roberta Biedronia, ale to będzie raczej projekt na kilka lub kilkanaście procent. Dlatego trzeba wspierać PO, bo ona może być dla Tuska wehikułem politycznym, który pomoże mu zdobyć prezydenturę – mówi bliski współpracownik szefa Rady Europejskiej, przecinając krążące wcześniej spekulacje o liście Tuska na eurowybory, która miałaby być konkurencyjna wobec PO. – To były mrzonki kilku polityków odsuniętych na boczny tor, którym wydawało się, że dzięki Tuskowi wrócą do pierwszego szeregu – dodaje mój rozmówca.

Tusk będzie wspierał PO w wyborach do europarlamentu i patronował szerokiej liście opozycji – taka lista ma powstać, bo to zwiększa szanse na wygraną z PiS.

Sędzia Wojciech Łączewski w najbliższych dniach złoży skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na premiera Mateusza Morawieckiego – podaje Onet.pl. Powodem jest fakt, że sędzia od kilku miesięcy czeka na odpowiedź na pismo wysłane do szefa rządu. 

Sędzia Wojciech Łączewski domaga się wyjaśnień od premiera Mateusza Morawieckiego w związku z lipcową wypowiedzią rzeczniczki rządu Joanny Kopcińskiej.

– Chcemy, by nigdy więcej nie było sędziów na telefon, sędziego Łączewskiego i innych, którzy mają pewne karty, których nie powinien mieć sędzia wydający sprawiedliwe wyroki – mówiła Kopcińska podczas spotkania z dziennikarzami.

Po tej wypowiedzi sędzia wysłał do szefa rządu pismo, w którym pytał, czy słowa Kopcińskiej to oficjalne stanowisko Rady Ministrów. Wojciech Łączewski chciał również dowiedzieć się, czy premier, koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński i jego zastępca Maciej Wąsik zlecali działania mające na celu „wyeliminowanie go z zawodu sędziego”.

Mateusz Morawiecki do tej pory nie ustosunkował się do pytań Wojciecha Łączewskiego. Sędzia wysłał ponaglenie, co także nie poskutkowało.

Sędzia Wojciech Łączewski: Składam skargę na Mateusza Morawieckiego

Teraz – jak podaje Onet.pl – sędzia Wojciech Łączewski składa skargę na bezczynność szefa rządu do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Domaga się ukarania premiera grzywną wynoszącą ok. 43 tys. zł – dziesięciokrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Sędzia chce również, by WSA zobowiązał premiera do natychmiastowej odpowiedzi.

– Sądzę, że pan premier Morawiecki będzie miał teraz możliwość przetestowania w praktyce sprawności wymiaru sprawiedliwości po reformie, jaką proponował jego rząd, i z której ostatecznie się wycofał, przynajmniej częściowo – komentuje sędzia Wojciech Łączewski w rozmowie z portalem Onet.pl.

Sędzia Wojciech Łączewski i sprawa Mariusza Kamińskiego

Przypomnijmy: to właśnie sędzia Wojciech Łączewski skazał w 2015 r. na trzy lata więzienia m.in. Mariusza Kamińskiego za przekroczenie uprawnień w związku z tzw. aferą gruntową. Kamiński został ostatecznie ułaskawiony przez prezydenta Andrzeja Dudę.

Sąd Najwyższy uznał, że prezydent nie mógł tego zrobić, bo prawo łaski dotyczy tylko osób skazanych prawomocnym wyrokiem.

Ustawa cofająca przepisy o „wycince” sędziów z Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego czeka na podpis prezydenta. Ten podpis, to będzie upokorzenie dla Andrzeja Dudy. To przecież jego przepisy likwiduje PiS. To jego przepisy Komisja Europejska uznała za sprzeczne z prawem Unii, a PiS postanowił postąpić zgodnie z postanowieniem tymczasowym Trybunału Sprawiedliwości, który zajął się skargą Komisji.

Ustawa wykonująca postanowienie tymczasowe TSUE to upokorzenie także dla PiS-u. To nie jest taktyczne ustępstwo, jak twierdzą jego politycy. To nie „krok wstecz, żeby pójść dwa kroki do przodu”, ale kapitulacja na symbolicznym froncie. A symbole w polityce PiS są kluczowe. Oto PiS ugiął kolana przed Unią, którą traktuje jak obce mocarstwo. Ogłasza, że się z oceną Trybunału nie zgadza, ale ją „szanuje”. Że uznaje władzę Trybunału i respektuje praworządność.

A mówi to partia, która przypisywała sobie prawo do decydowania, które wyroki są wyrokami, a które nie. Która, głosząc ideologię przełamywania „imposybilizmu prawnego” twierdziła, że prawo nie może stać ponad wolą władzy wybranej przez suwerena. Ta partia teraz się temu prawu poddaje. Dla szanujących praworządność, to „oczywista oczywistość”. Dla PiS-u – klęska.

PiS ma hojną propozycję dla sędziów

PiS mówi, że cofnął się o krok, by móc dalej „reformować” sądownictwo. Zobaczymy. Ale bardziej prawdopodobne, że będzie się starał nie otwierać przed wyborami nowych frontów i nie narażać się na zarzuty polexitu, których boi się jak ognia. A wiec porażka w sferze symbolicznej.

Ale w sferze praktycznej PiS też poniósł porażkę: nie udało mu się obsadzić stanowiska I Prezesa SN swoim człowiekiem. Ani opróżnić więcej stanowisk dla swoich ludzi. Choć w ustawie cofającej „wycinkę” sędziów próbuje jeszcze skusić ich łapówką za pozostanie w stanie spoczynku, na który zostali przymusowo wysłani: proponuje im sto procent uposażenia sędziego SN do końca życia. Trzeba przyznać, że to hojna propozycja.

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo

PiS chwali się, że uchwalając ustawę cofającą „wycinkę” sędziów, ogrywa Komisję Europejską, bo likwiduje przedmiot skargi, jaką na Polskę złożyła do Trybunału. Komisja może teraz skargę wycofać, bo wraz z ikwidacją zaskarżonych przepisów stała się ona bezprzedmiotowa. Zobaczymy, co Komisja na to. Bo, skoro politycy PiS zapowiadają, że w „reformowaniu” wymiaru sprawiedliwości się nie cofną może warto, by jednak skargi nie wycofała. Żeby Trybunał – w interesie prawa Unii – orzekł o standardach prawa do niezależnego sądu.

Ruch oporu sędziów rośnie w siłę

Porażka PiS w sprawie „wycinki” wzmacnia moralnie sędziowski ruch oporu wobec łamania konstytucji. Pokazuje że ten opór ma sens. Sędziowie SN o pozostanie w sądzie walczyli przez ponad pół roku. Twardo stali przy prezes Gersdorf, a większość nie zaakceptowała odesłania ich w stan spoczynku. Zaś sędziowie sądów powszechnych razem z innymi obywatelami miesiącami protestowali pod Sądem Najwyższym i innymi sądami, w obronie niezależności sędziowskiej i konstytucji.

Ruch oporu sędziów rośnie w siłę. Kolejne sądy podejmują uchwały – teraz już nie w obronie SN, ale przeciwko nowej Krajowej Radzie Sądownictwa. I skandalicznie przebiegającym konkursom na sędziów, w których, na przekór opinii kolegiów sądów, KRS faworyzuje kandydatów mających poparcie PiS-u. Dochodzi do tego że, uzasadniona merytorycznie, negatywna opinia kolegium sądu o kandydacie jest traktowana jak jego atut.

Sędziowie widzą, że nominacjami sędziowskimi rządzi dziś układ – partyjny. To koniec mitu, za pomocą którego PiS próbował przekonać sędziów do swoich „reform”: że teraz będzie można awansować bez „układów”.

Sędziowie stawiający opór łamaniu konstytucji wyznaczają dziś w swoim środowisku standard moralny. Mimo represji dyscyplinarnych – z coraz bardziej absurdalnych powodów, jak choćby prowadzenie akcji edukacyjnych z symulacją rozpraw, czy uczestniczenie w publicznych spotkaniach – coraz więcej sędziów uznaje obronę konstytucji za swoją powinność.

Polska dalej gra z TSUE na zwłokę

Właśnie rzeszowscy sędziowie umieścili na swoich tabliczkach z nazwiskiem, które minister Ziobro kazał stawiać podczas rozpraw, naklejki z napisem „KonsTYtucJA”. A w czasie, gdy PiS galopem przeprowadzał przez Parlament ustawę wykonującą zabezpieczenie TSUE, sędziowie NSA zadali TSUE pytanie prejudycjalne o prawomocność nowej KRS, na tle spraw pięciu kandydatów, którzy przegrali konkursy na wolne miejsca sędziowskie. W ten sposób NSA zareagował na to, że tą ustawą PiS umorzył cichcem postępowania, na tle których podobne pytanie zadał dwa miesiące wcześniej SN. Sędziowie udaremnili więc plan PiS-u, by TSUE sprawą KRS się nie zajął.

To nie koniec problemów w SN

Ale prawdą jest też, że PiS-owskie ustępstwo w sprawie „wycinki” sędziów SN i NSA niewiele poprawia sytuację w Sądzie Najwyższym. Pozostaje tam złożona z osób zaakceptowanych przez PiS Izba Dyscyplinarna, która ma służyć zastraszaniu i eliminowania nieposłusznych sędziów. I Izba Kontroli Nadzwyczajnej, właściwa w sprawach wyborczych i innych ważnych dla władzy centralnej. Izba ta, w ramach „skargi nadzwyczajnej”, będzie też mogła „korygować” w politycznie pożądanym kierunku wyroki pozostałych izb SN. A więc PiS ma kontrolę nad orzecznictwem Sądu Najwyższego.

Czy Polska podda się orzeczeniu unijnego Trybunału

Dlatego czas na kolejną akcję „Europo nie odpuszczaj”. Raz już obywatelskim naciskiem udało się skłonić Komisję Europejską do zaskarżenia – wąsko, bo wąsko, ale jednak – przepisów o Sądzie Najwyższym. Ale źródłem patologii zatruwającym cały system wymiaru sprawiedliwości jest nowa KRS. Trzeba naciskać, by Komisja zaskarżyła do Trybunału także przepisy o KRS. I przepisy dyscyplinarne. Komisja też już przecież widzi, że opór ma sens.

Rozmowa Morawiecki – Juncker – bez konkretnych rezultatów w kwestii wycofania z TSUE skargi dotyczącej ustawy o Sądzie Najwyższym. Na razie Polska cieszy się z pochwał, że dokonywane ws. SN zmiany „idą we właściwym kierunku” i że „to bardzo konstruktywny krok”. „Poprzestanę na tym” – przyznał premier Morawiecki, pytany, czy uzyskał zapewnienie o wycofaniu skargi. „Zobaczymy, jaki będzie dalszy przebieg spraw” – stwierdził.

Na marginesie brukselskiego szczytu ws. Brexitu doszło do rozmowy szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera z premierem Mateuszem Morawieckim. Była to pierwsza rozmowa po ustępstwie polskiego rządu ws. ustawy o Sądzie Najwyższym.

Strona polska była po tej rozmowie wyraźnie zadowolona. Chwilę po jej zakończeniu jeden z polskich dyplomatów przekazał polskim dziennikarzom pozytywną interpretację: Wyraźne ocieplenie i chęć przykrycia złych emocji z przeszłości. Dopytywany, dodał: Nowelizacja ustawy o SN to zasadnicza, kluczowa zmiana. Mamy z Komisją Europejską takie samo zdanie w tej sprawie.

Moi rozmówcy w Komisji Europejskiej bardzo jednak bagatelizowali znaczenie rozmowy Junckera z polskim premierem.

Spotkanie? Nie było żadnego spotkania– stwierdził wysoki rangą urzędnik KE, podkreślając, że nie było to „spotkanie”, a jedynie krótka kuluarowa rozmowa. Wszyscy tutaj ze sobą rozmawiają i z reguły bardzo miło– komentował nieco ironicznie. Dopytywany przeze mnie, czy KE wycofa skargę na Polskę, zaznaczył, że sprawą zajmuje się wiceszef KE Frans Timmermans.

Również eurodeputowany CDU Elmar Brok (który ma świetne relacje z kanclerz Angelą Merkel), pytany przeze mnie o tę kwestię, powiedział, że „to Timmermans musi nam powiedzieć, czy to (zmiany w SN) wystarczy dla wycofania skargi lub artykułu 7”.

Także sam Jean-Claude Juncker po rozmowie z Mateuszem Morawieckim dosyć chłodno stwierdził, że „szczyt poświęcony był Brexitowi, a nie Polsce”.

Takie pełne rezerwy wypowiedzi świadczą o tym, że KE przynajmniej na razie nie śpieszy się z wycofaniem skargi z Trybunału Sprawiedliwości UE (chociaż samą nowelizację ustawy o SN przyjmuje z oczywistym zadowoleniem). Przerzucanie odpowiedzialności na Fransa Timmermansa sugeruje z kolei, że nie ma żadnego zakulisowego porozumienia w tej sprawie między Warszawą a trio: Merkel – Juncker – Selmyar (Martin Selmayr uważany jest za prawą rękę Junckera).

Nie ma więc co liczyć na podział w Komisji Europejskiej na „dobrego” Junckera i „złego” Timmermansa.

Co więcej, Timmermans, kandydat socjaldemokratów na szefa KE, nie ma żadnego powodu, by teraz wycofywać skargę na Polskę. Wręcz przeciwnie: ma dowód, że jego twarda linia przyniosła realne owoce. Dostał wiatru w żagle i jest przekonany, że tę linię trzeba kontynuować.

Zwłaszcza, że do rozwiązania pozostało wiele kwestii: od sprawy Trybunału Konstytucyjnego – poprzez mechanizm skargi nadzwyczajnej – po zmiany dotyczące wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa.

Co więcej, jeżeli KE nie wycofa skargi, to doprowadzi w ten sposób do rozstrzygnięcia przez TSUE zasadniczej sprawy dotyczącej jej kompetencji w kwestii wymiaru sądownictwa w krajach członkowskich. I w końcu – utrzyma presję na Polskę.

Urzędnicy KE coraz częściej dają do zrozumienia, że ich zaufanie do proeuropejskich deklaracji rządu PiS się wyczerpało. W dodatku przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i przed wyborami parlamentarnymi w Polsce Bruksela raczej nie ma interesu w tym, by łagodzić kurs wobec Warszawy.

Polski rząd wyraźnie spóźnił się ze swoim ustępstwem ws. Sądu Najwyższego – o co najmniej pół roku. Gdyby ten sam krok wstecz zrobił w kwietniu lub maju, podczas ówczesnych negocjacji z KE – to wówczas byłby to sukces. Jean-Claude Juncker mówił wtedy, że Polska zbliża się nieco do stanowiska KE i Komisja zbliża się nieco do Polski. Wtedy możliwe były polityczne targi. Zabrakło jednak wyobraźni i woli politycznej – po obu stronach. Odkąd zaś sprawa Sądu Najwyższego trafiła do TSUE – targi stały się niemożliwe.

Teraz ruch jest już jednostronny. Polska „zbliżyła się” do stanowiska Komisji po to, by uniknąć kar finansowych. Na inne rezultaty raczej nie ma co liczyć.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o programie dla opozycji.

Jeśli koalicja nie zdąży sformułować wspólnego, pozytywnego programu, to na samych tylko błędach PiS może się przewieźć.

PiS wpadł w dołek, który pracowicie sobie wygrzebał. Jeszcze w lipcu partia władzy miała rekordowe poparcie. Potem było już tylko gorzej. Wyniki wyborów samorządowych mocno minęły się z buńczucznymi zapowiedziami partyjnej wierchuszki. Eksplodowała afera piramidy GetBack, finansującej projekty i imprezy PiS. Nadwątlona wiarygodność zwiotczała jeszcze bardziej po upublicznieniu taśm Czarneckiego. Im usilniej ludzie władzy przekonują dzisiaj, że afery KNF nie ma, tym bardziej Polacy im nie wierzą. Im głośniej propagują mit partii prawej, sprawiedliwej i bezlitosnej dla przestępców, tym dobitniej wypomina się im liczne bezprawia, niesprawiedliwości i tolerancję dla własnych przekrętów. Im częściej mówili o godności narodowej i nadrzędności polskiego prawa nad każdym innym, tym bardziej kompromitujące jest dzisiaj fiasko pomysłu zawłaszczenia Sądu Najwyższego i tym zabawniejszy jest widok bulterierów PiS rejterujących z podkulonymi ogonami.

Zwieńczeniem poczucia klęski PiS jest lament wicepremiera nad sytuacją swojej formacji, porównywalną z losem Żydów w czasach Holokaustu. A symbolem bezradności rządzących – zagubienie wiceministra Zielińskiego, który kiedyś jednak „coś o tym słyszał”, gdy policjanci wycinali i zrzucali mu na głowę konfetti, ale teraz – jak wykazała kontrola w Suwałkach – nawet nie zauważył że jego domu pilnuje przez całą dobę załoga radiowozu i funkcjonariusze przebrani za ochroniarzy rządowych.

PiS traci względy wyborców. Z 44 % w połowie roku słupki skurczyły się do 33% (według rządowego CBOS i TVP Info poparcie dla PiS zmalało w tym czasie ledwie o 2%). W szeregach Koalicji Obywatelskiej słychać pierwsze odgłosy otwieranych szampanów i pojawiają się prowizoryczne scenariusze przejmowania władzy. Co trzeźwiejsi pytają jednak: – Skąd pewność, że PiS się nie podźwignie, rozrzucając wśród wyborców kolejne miliardy? I jakie mamy szanse w kampanii, którą PiS bez żenady sfinansuje z budżetu, angażując w nią pracowników budżetówki?   A przede wszystkim – z czym staniemy do wyborów i kiedy do nich wystartujemy? Bo PiS właśnie rozpoczął swoją kampanię.

Nie słychać już szczeniackich pogróżek i nie widać buńczucznego prężenia muskułów.  Partia władzy przeobraziła się w fanklub Unii Europejskiej. Prawie każde publiczne wystąpienie przedstawiciela rządzących kończy się uroczystym oświadczeniem, że on, jak i oni wszyscy, nie zgadza się co prawda z opiniami Komisji Europejskiej i decyzjami unijnego trybunału, ale będzie je realizować z żelazną konsekwencją, bo kocha Unię i nigdy w życiu oraz za żadne skarby nawet nie pomyśli o jej opuszczeniu ( aż do dnia wyborów). Lada dzień Krystyna Pawłowicz ogłosi na Twitterze, że właśnie wyjęła błękitną flagę z kubła, wyprała ją, pocałowała w gwiazdki i z czcią złożyła w szufladzie z bielizną czekając na okazję do bohaterskiej ekshibicji.

Koalicji ludzi przyzwoitych trudno będzie przegrać wybory do Parlamentu Europejskiego, tym bardziej, że PiS przestrzelił już sobie oba kolana. Jednak wyniki kolejnych rund starcia o przyszłość Polski wcale nie są takie pewne. Termin najbliższej konfrontacji jest nieodległy, a roboty po łokcie. Na razie pytań jest więcej niż odpowiedzi. Czy program wyborczy KO ujrzymy dopiero w przeddzień kampanii? Czy główne jego hasło to „powrót do normalności”, czyli do stanu sprzed najazdu PiS? Czy będzie to tylko lista wpadek partii Kaczyńskiego, czy jednak konkretne projekty naprawcze?

Są powody do niepokoju. Opozycja rozdrabnia się, lewica nie garnie do wspólnej walki o powrót do demokracji, a wizja Polski po upadku PiS wciąż jest mglista i rozmazana. Nie znamy dorobku gabinetu cieni PO, nie wiemy nawet, czy to ciało daje jeszcze oznaki życia. Nieznane są dokonania nieformalnego zespołu wybitnych prawników pod wodzą prof. Marcina Matczaka, który pracował (pro bono!) nad przywróceniem w Polsce stanu prawnego zgodnego z Konstytucją. A projekt uszczelnienia Konstytucji, ochrony ustawy zasadniczej przed rozmaitymi włamywaczami jest nam potrzebny jak czyste powietrze. Warto pokusić się o dodatkowe zabezpieczenia dla niezależnej władzy sądowniczej i czwartej władzy – mediów publicznych.  Trzeba doprecyzować co dla rządzących oznaczać musi rozdział spraw państwowych od kościelnych i „bezstronność w sprawach przekonań religijnych”.  I jak krowie na rowie wyjaśnić trzeba wszelakim politycznym majsterkowiczom, że domniemanie konstytucyjności, na które po opanowaniu Trybunału Konstytucyjnego powołuje się PiS, nie dotyczy ustaw wprost sprzecznych z Konstytucją.

Jeśli KO chce wygrać wybory, to nie wystarczy obiecać, ze odkręci wszystkie deformy podłej zmiany. W nadchodzącej kampanii nie wolno licytować się na obietnice, bo podatność na nie znacznie się obniżyła, podobnie jak zasoby środków w budżecie państwa. Nie wystarczą nawet gotowe projekty przywrócenia stanu sprzed napaści PiS na Polskę, bo wątpię, by ludzie marzyli o Polsce dokładnie takiej, jak w ostatnich latach rządów PO-PSL. Potrzebne są projekty rzeczywistej naprawy trzeciej Rzeczpospolitej. Coraz więcej ludzi oczekuje konkretnych, pomysłów na sprawowanie władzy, czyli dowodu, że partia aspirująca do rządzenia jest do tego przygotowana. Pomysłem nie jest biadolenie, ze jakaś ustawa wymyślona przez obecną władzę jest szkodliwa. Pomysłem jest gotowy projekt nowej ustawy. Na przykład w sprawie nepotyzmu i kolesiostwa, które niszczą gospodarkę i demolują więzi społeczne.

Owszem, prezentacja listy Misiewiczów, ukazanie rozmiarów kolesiostwa, jakiego dotąd nawet w PRL nie bywało, może być bardzo skuteczne. Tyle tylko, że nawet najdłuższa lista niewykwalifikowanych krewnych i znajomych ekipy Kaczyńskiego, zgarniających niebotyczne pensje, nie przekona wyborców, że nowa władza nie obstawi spółek skarbu państwa swoimi kolesiami. Dalece skuteczniejsze byłoby zaprezentowanie ustawy reaktywującej państwową służbę zawodowych urzędników nieusuwalnych pod byle pretekstem, a także projektu otwartych, uczciwych, transparentnych konkursów na stanowiska w administracji i spółkach skarbu państwa, monitorowanych przez niezależne ciało eksperckie. Pakiet nowych przepisów blokujących politykom i funkcjonariuszom partyjnych bez kwalifikacji dostęp do wysokopłatnych stanowisk mógłby przekonać wyborców, że spółki skarbu państwa nie będą już łupami wojennymi, odbijanymi po każdych wyborach z wrogich rąk.

Jeśli koalicja nie zdąży sformułować wspólnego, pozytywnego programu, to na samych tylko błędach PiS może się przewieźć. Owszem, można wytykać niezrealizowanie obietnic, ale zrobi to niewielkie wrażenie na wyborcach już przyzwyczajonych, że nikt jeszcze nie zrealizował wszystkiego, co obiecał w kampanii. Znacznie skuteczniej jest ukazać absurd zobowiązań rzucanych na wiatr i skalę nierealnych przyrzeczeń niewiarygodnych polityków łaknących podziwu i chwały. Można na przykład informować, że do miliona aut elektrycznych które mają niedługo jeździć po polskich drogach brakuje 996 tysięcy oraz stacji ładowania akumulatorów.

Waldemar Mystkowski pisze o porażce PiS ws. dziennikarza TVN.

W internecie dość powszechne panowało przekonanie, iż zapowiedź przesłuchania operatora TVN Piotra Wacowskiego pod zarzutem propagowania faszyzmu jest próbą przykrycia afery KNF.

Zdarzenie in spe rozlało się nie tylko w Polsce, dotarło do najbardziej wpływowych mediów na świecie, w tym do „New York Timesa”. PiS w kompromitowaniu Polski ma szczególne osiągnięcia. Partia Kaczyńskiego mogłaby zarabiać krocie na uprawianiu czarnego PR, szczególnej odmiany – autokompromitacji.

Czy to był ponadto zamach na wolne media, bo jednak szykują ich „repolonizację”, czy zaistniał powód mentalny, bo partii Kaczyńskiego blisko do radykalnych ugrupowań nacjonalistycznych i odezwała się podświadoma wspólnota ideowa? Pewnie wszystko po trochu.

Obecnie przyzwolenie na takie radykalizmy istnieje, co było widać podczas pochodu tzw. Marszu Niepodległości, który był legitymizowaniem ONR i grupek neofaszystowskich przez prezydenta Dudę, premiera Morawieckiego i tego najważniejszego – „pana Jarka”.

Reportaż TVN zastąpił służby państwa i pokazał im jak na dłoni, czego nie dopatrzyli, czego nie potrafią. W „podzięce” ABW – rzecz jasna za sprawą Prokuratury Krajowej – zamierzało wezwać Wacowskiego i postawić mu absurdalny zarzut propagowania faszyzmu.

Ale już następnego dnia pisowskie mędrki wycofały się. Prokuratura wydała komunikat, iż „przedwczesne jest stawianie zarzutów operatorowi TVN” i jednocześnie odwołuje termin przesłuchania.

Ten komunikat opatrzyć można tylko frasobliwym rechotem. Na tyle zasługuje prokuratura, za którą odpowiedzialny jest magister prawa Ziobro, autor sporej ilości kompromitacji, a ta wcale nie jest największym jego „osiągnięciem”.

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniem ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.