Tag Archives: Jarosław Kurski

Krzysztof Brejza pyta Morawieckiego o jego majątek zdobyty krętactwami i oszustwami. Taki to ancymonek z premiera

20 Maj

Krzysztof Brejza o zakupie przez Matusza Morawieckiego i jego żonę działki od Kościoła we Wrocławiu.

>>>

Proboszcz, który okazyjnie sprzedał Morawieckiemu działki, warte dziś 100 razy więcej, po objęciu funkcji premiera przez obrotnego działkowca awansował na stopień generał. Mimo, że od lat był już przeniesiony do rezerwy. No, grubo… #AferaMorawieckiego

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>

Reklamy

Mateusz Morawiecki to tylko oszust, kłamca, krętacz. Taki właśnie idealnie pasuje Kaczyńskiemu

20 Maj

Jeszcze nie tak dawno Mateusz Morawiecki mówił, że „Wielu ludziom, w tym i mnie, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy patrzyliśmy, jak pod płaszczykiem haseł wolnego rynku następuje uwłaszczenie postkomunistów i osób dokooptowanych do systemu III RP”, piętnował uprzywilejowaną pozycję elit z epoki PRL i wspaniale wpisywał się w retorykę PiS, który na każdym kroku podkreśla nową „dobrą zmianę”, która walczy z reliktami złej przeszłości.

Zdecydowanie bardziej woli pokazywać twarz premiera, zatroskanego o losy zwykłego obywatela, więc bardzo niechętnie mówi o własnym majątku.

Na krótko przed wejściem do polityki dokonał podziału majątku i to jego żona jest współwłaścicielem kilku mieszkań we Wrocławiu oraz willi w Warszawie, której zakup sfinansowano częściowo z kredytu z BZ WBK, gdy to właśnie on był jego prezesem.

Teraz „Gazeta Wyborcza” wpadła na trop kolejnej inwestycji premiera. To działki, w sumie 15 ha gruntu, które Morawiecki kupił w 2002 roku od Sławomira Żarskiego, proboszcza cywilno-wojskowej parafii pw. św. Elżbiety na wrocławskim Oporowie. Trzy lata wcześniej ziemia ta trafiła do parafii na mocy ustawy, pozwalającej dolnośląskim parafiom jako spadkobiercom parafii niemieckich ubiegać się o zwrot maksymalnie 15 ha gruntów z zasobu skarbu państwa. Nad tym procesem czuwała Agencja Nieruchomości Rolnej. Jak się okazało, jej urzędnicy szybko zwietrzyli w tym dobry interes i domagali się łapówek od niektórych duchownych za działki, co do których już były zaplanowane inwestycje. Wybuchła afera, urzędnikom postawiono zarzuty korupcyjne oraz narażenia skarbu państwa na 32 mln zł strat, a jednym ze świadków w sprawie był właśnie dzisiejszy premier.

Jak tłumaczył w prokuraturze, w marcu 2006 roku, „o możliwości nabycia działek na Oporowie dowiedziałem się od księdza kardynała Henryka Gulbinowicza (…) Moja rodzina od wielu lat dobrze zna księdza kardynała i z tego powodu ja czasami bywam u niego w gościnie. Pod koniec lat 90. głośno było o możliwości nabycia nieruchomości od Kościoła i ja, słysząc te informacje, zapytałem w czasie któregoś spotkania z księdzem kardynałem o takie nabycie”. Zapewnił też, że w chwili, gdy kupował owe działki, nie miał żadnej wiedzy o jakimkolwiek planie zagospodarowania przestrzennego tych terenów.

Czy rzeczywiście? Był przecież w tym czasie członkiem zarządy BZ WBK i radnym sejmiku dolnośląskiego z ramienia AWS, dzięki czemu miał dostęp do planów rozwoju miasta. Jak mówi jeden z ówczesnych członków rady miasta, „Wierzycie, że członek zarządu wielkiego banku, radny sejmiku znający funkcjonowanie samorządu kupowałby kota w worku, nie sprawdzając, jakie jest przeznaczenie tych gruntów? (…) Mateusz musiał wiedzieć, że płaci ułamek tej kwoty, którą są warte działki. To był czas inwestycyjnego boomu w mieście. Każdy, kto miał zamiar inwestować w ziemię, przed zakupem biegał do urzędu, by sprawdzić plany i studium”.

Już rok przed zakupem działek przez Morawieckiego rozpoczęły się prace nad planem rozwoju, a w 2003 roku „dziwnym trafem” radni uchwalili, że na terenach, których część stanowi działka premiera, prowadzona będzie aktywność gospodarcza oraz przebiegnie tu „ulica głównego ruchu przyspieszonego”. Mateusz Morawiecki i jego żona od lat zajmująca się nieruchomościami, o tym nie wiedzieli? Niemożliwe.

Wprawdzie Morawiecki przekonuje, że działki kupił razem z żoną i to ona dokonała tego zakupu. To ona dowiedziała się o możliwości kupna tej ziemi, choć w prokuraturze premier mówił jednak coś innego. Przyznał, że o działkach dowiedział się od kardynała Gulbinowicza. Zwraca też uwagę na ustaloną rozdzielność majątkową, choć sam obraca tymi działkami do 2013 roku, kiedy to przepisuje je na żonę. Ktoś więc tutaj kłamie i próbuje mataczyć, prawda?

Cokolwiek i jakkolwiek, ale jedno jest pewne. Kupione za 700 tys. zł działki, warte są dzisiaj nawet 70 mln zł. Pan premier zrobił świetny interes…

PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów.

Standardowy plan każdej kampanii wyborczej PiS, który polega na tym, że najpierw wymyśla się jakieś zagrożenia, a potem ogłasza świetny plan obrony przed nimi, tym razem nie wypalił. Zderzył się z przeszkodą tak poważną, że nawet Kaczyński nie potrafił jej pokonać stosując zwykłą procedurę. Ta procedura polega na tym, że najpierw wmawia się ludziom, że czegoś, co ich bulwersuje, nie ma, potem nazywa się to coś odgrzewanym kotletem, by na końcu problem nadmuchać i wytypować jego rzekomych autorów z krótkiej listy: Tusk, PO i PSL, kasty i układy, obecna opozycja, aktualnie protestująca grupa zawodowa lub społeczna, w ostateczności lewacy i niezidentyfikowani wyznawcy ideologii gender.

Ujawnienie przez braci Siekielskich wierzchołka góry lodowej ozdobionej transparentem „UWAGA – pedofile w koloratkach!” wywołało popłoch w szeregach PiS. Panika ogarnęła nawet ichniejszych speców od propagandy i agitacji. Po raz pierwszy zabrakło spójnego stanowiska partii i rządu, a wytyczne przekazywane funkcjonariuszom Kaczyńskiego zmieniały się z dnia na dzień. Pod naciskiem dziennikarzy prominenci zmuszeni zostali do prezentowania dawno nieużywanego własnego zdania. Beata Kempa pytała z oburzeniem – jak to jest, że atakuje się księdza, a broni Polańskiego? Jan Kanthak (rzecznik ministra Ziobry) poszedł jeszcze dalej twierdząc, że pedofilia to znacznie bardziej problem nauczycieli niż księży. Marek Caryca Suski objaśnił, że to Wałęsa zapalił światło dla pedofilii w Kościele, bo tolerował zboczenia swojego spowiednika, księdza Franciszka Cybuli. Znany powszechnie z gołębiego serca Andrzej Dera zastanawiał się w narodowym radiu, jaki jest sens ścigać 80-letnich pedofilów. Profesor od filozofii politycznej Ryszard Legutko najpierw założył, że 12-letnie chłopaki „same tego chcą”, a następnie wydedukował, że „to nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia”.  Nie zmarnował okazji także sam premier Morawiecki głosząc, że winni rozpowszechnienia tej zarazy są esbecy i komuniści.

Po okresie propagandowego woluntaryzmu PiS-owscy inżynierowie dusz otrząsnęli się w końcu i zaczęli klecić coś na kształt spójnego przekazu. Jest więc tak: generalnie problem pedofilii w Kościele został rozdmuchany, bo podobnie, a właściwie jeszcze gorzej, jest w innych grupach zawodowych, na przykład wśród nauczycieli i murarzy. Dlatego nie ma sensu powoływanie jakiejś cywilnej komisji do zbadania sytuacji w Kościele, to znaczy sens jest, ale trzeba zbadać sytuację we wszystkich środowiskach w całej Polsce. Podkreślać należy przy tym, że obecna władza dotychczas wiele zrobiła dla ukrócenia pedofilii, w odróżnieniu od poprzedników, którzy sprzeciwiali się ujawnianiu pedofilów w specjalnym rejestrze. Co prawda w tym rejestrze prawie nie ma księży, ale to wina korporacji sędziowskiej, która nie chciała skazywać duchownych.  Teraz sędziowie zwalają winę na prokuratorów, którzy nie stawiali przestępców w sutannach przed sądem, ale niby skąd policja i prokuratura mieli wiedzieć o tych przestępstwach, skoro w Kościele nie było dotąd obowiązku zgłaszania przypadków pedofilii organom ścigania?

Kiedy PiS potyka się o jakiś poważniejszy problem społeczny, to często ich jedyny dylemat sprowadza się do wyboru, czy użyć pałki czy rewolweru. Władza uznała, ze pedofilii w polskim Kościele zaradzić można podnosząc kary i ograniczając prawo sędziów do indywidualnej oceny sytuacji, poprzez zaciśnięcie widełek wyznaczających granice orzekania kary. Co prawda, wszyscy profesjonalni eksperci od dawna twierdzą, że o ograniczeniu skali przestępstw nie decyduje wysokość kary, a nieuchronność i szybkość jej wymierzenia, ale Kaczyński z Ziobrą wiedzą swoje. Więc jeśli kiedyś, po następnym filmie braci Siekielskich, okaże się, że 30 lat więzienia nie wystarczy, to pewnie zaproponują za pedofilię dożywotnie więzienie. Potem pozostanie jeszcze możliwość stosowania łącznie kary śmierci oraz grzywny.

Zastosowana przez rządzących terapia pedofilii w Kościele to jak zaordynowanie człowiekowi z uszkodzonym kręgosłupem leków na schizofrenię. Choćby minister Ziobro trzy razy dziennie publicznie deklarował swoje obrzydzenie do pedofilów, to nie przekona mnie, że jego prokuratorzy ścigać będą przestępców w sutannach z większą ochotą niż prokurator Piotrowicz ścigał księdza z Tylawy. Choćby Siekielscy wyprodukowali cały serial wstrząsających relacji o trądzie w polskim Kościele i choćby obejrzeli je wszyscy dorośli Polacy, to nie wyobrażam sobie, by obecna władza zgodziła się na skucie kajdankami choćby jednego biskupa. Już woli kompromitować się do reszty argumentami, że hierarchowie nie mieli dotąd żadnego obowiązku zgłaszania przestępstw podległych im księży. Jakby wycięto z kodeksu karnego cały rozdział XXV, począwszy od art. 197 traktujący o gwałtach. Jakby księdza, który przyczynił się do samobójstwa ministranta, nie dotyczył artykuł 151 KK. I w konsekwencji – jakby w polskim prawie nie było paragrafów karzących za współudział w przestępstwie, za pomoc udzielaną przestępcom, za ukrywanie przestępców i ich czynów.  Pominę konstytucyjny zapis o równości wobec prawa, bo rządzący już dawno uznali, że Konstytucja ich nie dotyczy.

Czemu PiS tak zacięcie broni Polakom dostępu do mrocznych tajemnic purpuratów, ryzykując utratę ostatnich rysów twarzy i resztek wiarygodności oraz narażając się na konflikt z przyzwoitą częścią hierarchów, którzy nie widzą „ręki podniesionej na Kościół”, ani tym bardziej na Polskę? Moim zdaniem jest tak: rządzący nie są zblatowani z całym Kościołem hierarchicznym, a jedynie z jego zaściankowym, zapyziałym odłamem, z tymi właśnie przedstawicielami Kościoła, którzy mają największe zasługi w kryciu przestępców w koloratkach. To sojusz bezczelnych arogantów i egocentryków przekonanych o swojej nieomylności uprawniającej do sprawowania rządu dusz. Łączy ich wizja Polski wolnej od wpływu cywilizowanych krajów, które poradziły już sobie z pedofilią kleru. PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów. Bronią się nawzajem ludzie zdemoralizowani, pazerni na doczesne dobra „które im się należą”, nieczuli na los krzywdzonych przez siebie „maluczkich”. Aroganccy dygnitarze od tronu i ołtarza, nawykli do hołdów i wymuszający posłuch, z konieczności żyją dziś w symbiozie .

Tacy ludzie przeważają dziś zarówno w Kościele, jak i we władzy świeckiej. Jeśli pozwolimy im panoszyć się dłużej, to obawiam się, że demolka Polski, a szczególnie polskich sumień, może okazać się nieodwracalna.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Macierewicz z Tworek, Kaczyński z Nowogrodzkiej. Zadanie intelektualne: jak takie pokraki doszły do tak ogromnej władzy?

26 Kwi

„Jarosław Kaczyński zobowiązuje się zapłacić na rzecz Geralda Birgfellnera kwotę 50 tys. zł wraz z odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia 21 marca 2019 r. do dnia zapłaty, w terminie 7 dni od zawarcia ugody tytułem zwrotu nienależnego świadczenia, które przyjął od Geralda Birgfellnera w gotówce w dniu 7 lutego 2018 r.” – takiej treści ugodę sądową zaproponował prezesowi PiS Gerald Birgfellner i oddał sprawę w ręce wymiaru sprawiedliwości.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza” austriacki biznesman Gerald Birgfellner złożył do sądu wniosek o wezwanie Jarosława Kaczyńskiego do dobrowolnego zwrotu 50 tys. zł.

Pieniądze, które wcześniej przekazał prezesowi PiS, miały być zapłatą dla księdza z fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Po duchownym ślad wszelki zaginął, a prezes z uporem nie odbiera listów poleconych z wezwaniem do zwrotu pieniędzy.

Na wezwanie sądu prezes PiS będzie musiał się już stawić. Jeśli tego nie zrobi, sąd może zaocznie nakazać mu zwrot pieniędzy.

W piśmie, które w czwartek złożył do sądu pełnomocnik Austriaka mec. Roman Giertych pisze, że 50 tys. zł, które Birgfellner miał przekazać Kaczyńskiemu, jest „świadczeniem nienależnym” i jako takie podlega zwrotowi.

Ponadto, Birgfellner – zdaniem adwokata – „pozostawał w błędnym przekonaniu, że zapłata jest konieczna do uzyskania podpisu pod uchwałą, od której podjęcia uzależniona była realizacja inwestycji”.

Giertych zwraca uwagę na to, że biznesmen „jest obcokrajowcem, nie zna polskiego prawa ani statutu fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego, stąd nie miał świadomości, że nie istniał żaden stosunek zobowiązaniowy, w ramach którego byłby on zobowiązany do zapłaty kwoty 50 tys. zł za podpis członka organu fundacji”.

Mylił się ten kto sądził, że Antoni Macierewicz wygodnie usadowił się już w swojej „szafie” i zgodnie z PiSowskim „protokołem” do wyborów będzie siedział cicho. Niestety! Były szef resortu obrony nie powstrzymał się i zabrał głos w sprawie strajku nauczycieli.

„Próba ataku na państwo polskie, próba zasłaniania się uczniami, czynienia tarczy z uczniów, z młodzieży w walce z państwem, to coś zupełnie niebywałego, coś, czego nigdy w przeszłości nie było i mam głęboką nadzieję, że nigdy więcej się nie powtórzy” – zagrzmiał były minister w feliet

„Ci nauczyciele, których jeszcze moje pokolenie pamięta, którzy potrafili przeciwstawić się komunizmowi, którzy potrafili przeciwstawić się demoralizacji moralnej, ale także atakowi na polskość, na formację niepodległościową, Kościół katolicki, na to wszystko, co jest dla Polski i dla polskości najważniejsze, ci sami nauczyciele, czy też kierownictwo, bo mówimy tylko i wyłącznie o kierownictwie ZNP, stali się jakby przedłużeniem czasów komunistycznych, przedłużeniem działań wymierzonych w polskość” – powiedział Antoni Macierewicz.

Stał się tym samym jednym z najbrutalniejszych i niesprawiedliwych krytyków zrywu polskich pedagogów – po Patryku Jakim, który wcześniej porównał ich do żołnierzy Wehrmahtu. Wiceminister co prawda później wycofał swoją inwektywę, ale… obraźliwe słowo padło, panie Jaki i raczej będzie zapamiętane.

Oświatowy „okrągły stół” to stół-atrapa, stół-dekoracja, służący pozorowaniu dialogu.

Lubimy sobie pogadać. Wprawdzie z tygodnia na tydzień staliśmy się europejską Doliną Krzemową (pan premier wcale się nie pomylił, bo część Polski właśnie zasypał piasek znad Sahary), ale zanim zaczniemy się w świecie kojarzyć z półprzewodnikami, słyniemy głównie meblarstwem. Owszem, chodzi tylko o stoły i do tego jedynie te okrągłe, ale za to na tym polu skutecznie konkurujemy w świecie nawet z IKEĄ. Choć „okrągły stół” to wynalazek brytyjski, Lech Wałęsa odebrał go królowi Arturowi i teraz stół bez kantów stanowi w świecie symbol polskiej pokojowej rewolucji, przeprowadzonej samą siłą słowa, siłą mądrego kompromisu osiągniętego w dialogu.

To nie przypadek. „Długie, nocne Polaków rozmowy” mamy w narodowym genotypie i może dlatego częściej „lejemy wodę” niż przelewamy krew. Toteż partia aktualnie rządząca, która zresztą sztukę przelewania z pustego w próżne opanowała do perfekcji, w obliczu buntu elit gorszego sortu też postanowiła się odwołać do narodowej tradycji „przegadywania” problemów i zaprosiła buntowników do dialogu przy „okrągłym stole”.

Ale – jak to ona (partia, znaczy) – zrobiła to po swojemu, jako że skupia w swoich szeregach zwolenników szczególnego rodzaju dialogu. Wewnętrznego, mianowicie. Od przejęcia władzy mówią oni głównie sami do siebie. Niektórzy uważają, że to objaw zaburzeń kognitywnych, ale chodzi raczej o to, że nie ma sensu gadać z gorszym sortem.

O szczegółach konstrukcji nowej wersji „mebla” opowiedział w programie red. Piaseckiego Jacek Sasin. „Stół” ma więc stanąć na stadionie, bo dyskusja o stanie edukacji ma być powszechna i demokratyczna. Pan poseł określił plotkę o kilku tysiącach uczestników „rozmowy” jako „fejk njusa”, ale potwierdził, że do udziału w debacie zaproszono… każdego, kto się zgłosi.

I to jest pierwsza, a też chyba najważniejsza różnica między „stołami”. Bo przy tamtym pierwszym zasiedli wyłącznie starannie wybrani „decyzyjni” przedstawiciele różnych środowisk oraz najlepsi eksperci reprezentujący wszystkie strony dialogu. Tutaj natomiast o przyszłości polskiej szkoły mają rozmawiać wszyscy chętni. Zwłaszcza ci, co to „nie wiedzą, więc się wypowiedzą”. Bo – jak argumentował pan poseł – sprawa dotyczy nas wszystkich.

Demokracja to – jak wynikło z wypowiedzi pana posła – „demo – racja”. Większość ma władzę, to i większość ma… rację! No, fakt. Jak to czytać po polsku… A wiadomo, że w partii aktualnie rządzącej z językami obcymi jest tak sobie. A już z łaciną, to w ogóle…

Przekonanie, że wszyscy znają się w Polsce na wszystkim świadczy zresztą o wyjątkowym szacunku władzy dla Narodu i uznaniu jego zbiorowej inteligencji, co daje się zresztą obserwować od początku rządów PiS. I tak, na przykład, ekspertem w podkomisji smoleńskiej został jeden pan, który się na lotnictwie zna, bo „dużo latał samolotem”. W charakterze pasażera, ale zawsze. A całkiem niedawno na dyrektora szpitala awansował inny pan, który doskonale rozumie problemy służby zdrowia, ponieważ „dużo chorował”. Wracając zaś do edukacji, to cała reforma oświaty została w dużej mierze oparta na pomysłach pewnej sympatycznej pary, której kwalifikacje polegają na posiadaniu kilkorga dzieci.

No, ale – na przykład – resortem sprawiedliwości rządzi dziś skromny magister prawa, a inna pani magister rozstawia po kątach profesorów belwederskich w Trybunale Konstytucyjnym… Oboje państwo uczą też podstaw prawa międzynarodowych ekspertów i przeróżne gremia, od Komisji Weneckiej po Europejski Trybunał Sprawiedliwości, no bo skoro wygrali wybory, to przecież… mają rację. „Demo – racja” rządzi!

Skoro zaś władza ma zastąpić wiedzę, to naród może sobie dyskutować do woli. Może gadać do upojenia, bo w tym momencie chodzi już tylko o samo… gadanie.

Nowy „okrągły stół” ma być – z założenia – stołem ze sklejki. Stołem-atrapą. Stołem-dekoracją, służącym do pozorowania dialogu. Przecież wszystkim i tak wiadomo, że władza nie zamierza spełnić żadnego z postulatów zbuntowanych „belfrów”. Nie zaprosi też żadnych ekspertów gorszego sortu, a jeśli nawet, to przecież nie zamierza ich słuchać. No i żadne rozwiązania wypracowane w takich warunkach też nie będą dla nikogo wiążące.

Rządzący i tak wiedzą wszystko najlepiej. Decyzje natomiast, co do reform w oświacie, już zostały podjęte, i to bynajmniej nie przez panią minister od oświaty. W tej sytuacji „okrągły stół” bis zapowiada się na klasyczny dialog „dziada z obrazem”.

Kaczyńskiego zgnilizna moralna

2 Kwi

Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner po raz pierwszy publicznie zabrał głos w sprawie afery Srebrnej. „Gazecie Wyborczej” ujawnił szczegóły współpracy z prezesem PiS, którego oskarża o oszustwo przy projekcie budowy bliźniaczych wież na działce spółki Srebrna w centrum stolicy.

 „Kaczyński zabiegał o to, by nikt mnie nie znał. Nawet premier. Żałuję, że mu zaufałem” – powiedział biznesmen. – „Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu. Mówił mi, że to jego wielka idea. Że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali”. Dlatego o projekcie wielokrotnie rozmawiał z nim sam na sam. – „Raporty zawsze składałem bezpośrednio Kaczyńskiemu, nie ludziom ze Srebrnej” – ujawnił. „Czasami musiałem czekać w kuchni, by ludzie w poczekalni mnie nie widzieli” – dodał, relacjonując szczegóły współpracy z Kaczyńskim.

To nie wszystko. Austriak twierdzi, że prezes PiS w 2017 r. powiedział mu, że musi przeprowadzić się do Polski, by w pełni skoncentrować się na projekcie. – „Przeprowadziłem się w grudniu. Ufałem Kaczyńskiemu, i to nie tylko dlatego, że był członkiem rodziny. To najważniejsza dziś postać w Polsce. Jeśli nie można było ufać jemu, to komu można?” – pyta retorycznie. Prezesa PiS poznał w 2011 r. w Boże Narodzenie, u Jana Marii Tomaszewskiego, kuzyna Kaczyńskiego, podczas rodzinnego obiadu w Warszawie. Tomaszewski jest ojcem żony austriackiego biznesmena. Birgfellner z początku nie miał pojęcia kim jest Kaczyński, bo przedstawiono mu go jako wujka. Miał wrażenie, że „Kaczyński to poważny człowiek. Biła od niego charyzma, był uprzejmy i bezpośredni. Na pewno nie wydawał się kimś, kto może później zachować się tak, jak się zachował”. Biznesmen jest przekonany, że Kaczyński oszukał go, bo jest cudzoziemcem.

Wzmianka o inwestycji po raz pierwszy pojawiła się w 2016 r. Kaczyński wiedział, że Austriak obraca się w branży nieruchomości. – Mówił, że sprawa ma długą historię, a on bardzo chciałby ją zrealizować, ale musi jeszcze coś posprawdzać i poukładać sobie w głowie. Wtajemniczył mnie w 2017 r. Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się na Nowogrodzkiej. Dowiedziałem się, że chodzi o wieżowiec – relacjonuje Austriak. Powiedział prezesowi PiS, że „na słowo nie możemy się umawiać”. Dlatego otrzymał od zarządu Srebrnej pełnomocnictwo, ale cały projekt miał przebiegać „w absolutnej tajemnicy”. Jak mówił mu Kaczyński, rozmawiał z Mateuszem Morawieckim o wieżowcu i usłyszał od niego, iż obawia się naszego projektu, bo może to kosztować PiS utratę głosów – dodaje. Dlatego na prośbę prezesa PiS zgodził się „przynieść pieniądze do zapłaty za podpis, bez którego projekt nie ruszy”.

Birgfellner twierdzi, że Kaczyński mógł go oszukać, by na biurku mieć najlepsze z możliwych projekty umów z deweloperami i najlepszych wykonawców. Dlaczego? Otóż „Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów – wymienia biznesmen. Wszystko było gotowe w maju 2018 r., włącznie z umową o kredyt. I wówczas, w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński wycofał się ze współpracy z austriackim biznesmenem. – „Wystarczyło podpisać dokumenty, ale Kaczyński powiedział mi „dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej” – mówi „GW” Gerald Birgfellner. W odpowiedzi na to Austriak złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, tj. braku zapłaty za zlecenie związane z przygotowaniami do budowy wieżowców.

>>> (stan gry)

Pierwszy raz od wybuchu afery z inwestycją spółki Srebrna w Warszawie głos w tej sprawie zabrał autor zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – austriacki biznesmen Gerald Birgfellner. O kulisach przygotowań do budowy monumentalnego wieżowca, zwodzenia go przez faktycznego szefa Srebrnej czy niezwykle nieprzyjemnym zakończeniu współpracy bez uzyskania od zleceniodawcy ani złotówki mówił w rozmowie z dziennikarzami “Gazety Wyborczej”.

Myślę, że właśnie dlatego mnie oszukał, bo jestem cudzoziemcem. Wiedział, że pracuję w branży nieruchomości od długiego czasu, dowiedział się od rodziny o moich osiągnięciach w Austrii. Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu jak budowa wieżowca przy Srebrnej. Mówił mi, że to jego wielka idea, że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali. Może wykorzystał mnie i moją wiedzę tylko po to, by mieć na biurku najlepsze z możliwych projektów umów z deweloperami, żeby mieć najlepszych wykonawców. Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów, którzy mieli zaprojektować budynek, współpracując z prof. Neumannem, twórcą koncepcji wieżowca. Wszystko było gotowe w maju 2018 rok. łącznie z umową o kredycie. Wystarczyło podpisać dokumenty. Ale potem Kaczyński powiedział mi “dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej – pada pierwszy i w zasadzie najpoważniejszy zarzut z ust austriackiego biznesmena.

Poniekąd jest w nim cała istota oszustwa, którego podczas 50 godzin przesłuchań w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej nie może dopatrzeć się prokurator Śpiewak. Półtora roku ciężkiej pracy na poziomie nieznanym środowisku skupionym wokół “dobrej zmiany”, popchnięcie sprawy przygotowań do inwestycji niemal do samego finału, przejęcie od Birgfellnera kartonów z przygotowanymi dokumentami, a następnie zrobienie z niego oszusta i zakwestionowanie wszystkich jego roszczeń. Koszmarny obrazek dla każdego zagranicznego inwestora, który kiedykolwiek myślał o wchodzeniu we współpracę z pisowską władzą. Zresztą aspekt bycia obcokrajowcem i współpracy w ramach swoich zleceń właśnie z zagranicznymi kancelariami i firmami doradczymi stał się nawet przedmiotem żenującego “przesłuchania”, jakiego dopuściły się osoby skupione wokół Srebrnej, gdy już zapadła decyzja o odprawieniu Birgfellnera z kwitkiem.

Kaczyński kazał mi przynieść faktury, przekazałem mu je. Powiedział, bym przyszedł na Nowogrodzką następnego dnia o 10 rano. Spodziewałem się, że porozmawiamy o płatnościach. Na miejscu okazało się, że w jego gabinecie siedzi piętnaście osób, ale Kaczyńskiego nie ma. A przecież przez rok o projekcie rozmawialiśmy praktycznie raz w tygodniu. I nagle zaczęło się coś, co wyglądało jak rozprawa przed jakimś trybunałem. Tak to nazywam. Ludzie Srebrnej – pani Goss, pani Kujda, pan Cieślikowski, Grzegorz Tomaszewski, pani Basia – siedzieli w dwóch rzędach, ja naprzeciw nich. Ich prawnik Michał Zuchmantowicz zaczął mnie przesłuchiwać. (…) Od ludzi Srebrnej biła nienawiść. Pytano, kto mi doradził, by zrobić to czy tamto, by skorzystać z takiej oferty, z takiego prawnika. Odpowiedziałem, że pan Kaczyński. Padło absurdalne pytanie o to, jak zamierzałem dostać wuzetkę. Albo dlaczego zleciłem prace architektowi z Austrii. Bo oni mają architekta, który pracowałby za 3 tys. zł. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co to znaczy budować wieżowiec. Nagle dowiedziałem się też, że Nuneaton nie należy do Srebrnej, tylko do mnie . To absurdalne kłamstwo. Nieustannie mnie atakowali. Miałem wrażenie, że nie mają pojęcia o tym, co robiłem i co udało mi się załatwić. Dla nich byłem kłamcą, oszustem, austriackim złodziejem. To, że jestem obcokrajowcem jeszcze ich nakręcało. To było niewiarygodne. Nie przeżyłem czegoś takiego do tej pory. Gdybym wiedział, że odbędzie się nade mną sąd, wziąłbym prawników i partnerów. Byłem w głębokim szoku, moi partnerzy też. Pytali, dlaczego do tego doszło. Odpowiedziałem, że nie wiem. Zaraz po spotkaniu Srebrna wymówiła mi pełnomocnictwo, a ja od razu zrezygnowałem z zasiadania w zarządzie Nuneatonu – mówił dziennikarzom GW roztrzęsiony biznesmen.

Co ciekawe, Birgfellner wspomina o nowym politycznym wątku tej sprawy i możliwym udziale premiera Morawieckiego w ostatecznym podjęciu decyzji o zaprzestaniu inwestycji. Jego zdaniem to właśnie obecny szef rządu, który jak opisywały niedawno media, zyskuje coraz większe zaufanie prezesa PiS, miał również odwodzić Kaczyńskiego od sfinalizowania umowy z Birgfellnerem. Premier miał się bać reakcji polskich wyborców, obawiał się o stratę głosów. Może przekonał Kaczyńskiego, by mnie odsunął, a pracę nad zapięta przeze mnie na ostatni guzik inwestycją powierzył komuś innemu? Jakiemuś polskiemu deweloperowi? – pyta retorycznie Austriak.

Sprawa niewątpliwie będzie jeszcze wracać przez wiele miesięcy, choć jak przyznaje w rozmowie z dziennikarzami “GW” biznesmen, nie ma już nadziei, że śledztwo przed polskim prokuratorem będącym częścią systemu, nad którym Jarosław Kaczyński sprawuje pieczę, posunie się do przodu choćby o krok przed wyborami parlamentarnymi. Poddawać się jednak nie zamierza i z obszernej rozmowy wprost wynika, że nie chodzi mu jedynie o pieniądze, ale o jego zszarganą reputację oraz o elementarne prawo i sprawiedliwość. Ich brak w naszym rodzimym kraju nad Wisłą należy wytykać z bezwzględną stanowczością.

Cały wywiad tutaj

…i kto wie czy nie ma racji. Różnica zdań w resorcie finansów, opór obecnej jego szefowej wobec populistycznych pomysłów PiS, zmusza trzeźwo myślących do zastanowienia. Wygląda tak jakby wicepremier też tracił dotychczasową pewność…

„Tzw. piątka Kaczyńskiego jest – co sam prezes podkreśla – trudna do wykonania, ale możliwa do pogodzenia z rygorami budżetowymi” – oświadczył ostrożnie w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” Jarosław Gowin.

Biada jednak opozycji, gdyby przejęła władzę, bo wtedy … „Jak rząd próbuje rozdać więcej niż stać na to budżet, to po krótkiej fieście funduje obywatelom biedę. Taki scenariusz grozi Polsce, gdyby jesienią władzę przejęła opozycja” – dodaje.

Wypowiedź Gowina razi jeszcze większą niekonsekwencją, gdy bardziej się w nią wsłuchać. Wicepremier straszy, że budżet zrujnują obietnice… opozycji. O których myśli, tego nie precyzuje. Mówi natomiast:

„Realizacja tych zapowiedzi pchnęłaby nas na ścieżkę rumuńską. Rząd Rumunii zaczął obiecująco, bo od zdecydowanego obniżenia podatków. Efektem był 7-procentowy wzrost gospodarczy. Równocześnie jednak o kilkadziesiąt procent podniesiono emerytury, świadczenia socjalne i zarobki w sferze budżetowej. Konsekwencją okazała się inflacja, gwałtowny wzrost importu, ogromny deficyt budżetowy, radykalny spadek konkurencyjności rumuńskich firm i w efekcie stagnacja gospodarcza, z której Rumunia będzie wychodzić długimi latami” – mówi Jarosław Gowin.

Jednocześnie zapewnia, że „w tym i następnym roku realizacja programu (PiS – red.) jest niezagrożona.” Jak będzie dalej tego już nie precyzuje. „Ale – wbrew temu co twierdzi opozycja – nie ma już pola na dalsze programy socjalne” – podkreśla. „Można by je realizować tylko drogą podnoszenia podatków. Czyli jedną ręką dając, a drugą odbierając” – dodaje wicepremier Gowin jakby nie dostrzegając mechanizmów, które rządzą obecną populistyczną polityką rządzących.

Jak wiemy wprowadzenie nowych rozwiązań prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział na lutowej konwencji wyborczej w Warszawie. W tzw. piątce Kaczyńskiego znalazły się: świadczenie wychowawcze z programu Rodzina 500 Plus na każde dziecko, „trzynasta emerytura” w wysokości najniżej emerytury z ZUS, zerowy PiT dla pracujących do 26 roku życia, obniżenie kosztów pracy oraz przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych. Sadząc po wypowiedzi Gowina – właśnie doszedł do „ściany”.

W mediach aż huczy. Posłowie Platformy składają wniosek do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Sejmu o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego na temat działań, jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej”. A pan premier tkwi w błogiej niewiedzy…

Po prostu adresowany do niego raport byłego agenta CBA, Wojciecha J. który informował m.in. o tuszowaniu w CBA seks-skandalu z ważnym politykiem PiS… miał nigdy nie trafić do KPRM.

„To patologiczna sytuacja w służbach. Jeden z funkcjonariuszy CBA, posiadając, jak twierdzi, kompromitujące materiały dotyczące jednego z polityków PiS, zwrócił się do szefostwa CBA oraz do premiera. I ta sprawa, poprzez działania kierownictwa CBA, miała być „skręcona”. Funkcjonariusz był przekonywany, by zmieniać zeznania i treść notatek! To skandal” – powiedział Wirtualnej Polsce były wiceminister w rządzie PO Paweł Olszewski.

Z kolei Marcin Kierwiński, szef sztabu wyborczego PO zapewnił, że sprawy nie odpuści i tak mówi o agencie, który raportował o rzekomym tuszowaniu spraw przez CBA: „Były funkcjonariusz CBA Wojciech J. miał bardzo szerokie uprawnienia od szefa CBA. Był agentem ze specjalnymi licencjami, potrzebnymi do kontrolowania właściwie każdego w kraju, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych. Wykrył poważną aferę. Zgłosił ją kierownictwu CBA. I co ono zrobiło? Zajęło się tym, by uciszyć tego agenta. Zatrudnionego przecież przez ekipę PiS. Przez wiele lat ten agent był dla szefostwa CBA wiarygodny! Przestał, gdy poinformował o aferze z udziałem polityka partii rządzącej” – podsumowuje Kierwiński.

Politycy opozycji mówią wprost: „polskie służby nie działają i stały się agencją ochronną polityków PiS”.

„Jeśli służba antykorupcyjna przestała zajmować się władzą, to znaczy, że przestała działać” – podsumowuje Kierwiński i w imieniu opozycji domaga się przeprowadzenia kontroli w CBA przez Centralne Biuro Śledcze Policji.

Waldemar Mystkowski pisze o seksaferze z Kuchcińskim w roli głównej.

Marek Kuchciński to swoisty fenomen. Mało kto wie, że jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą (głową) w państwie. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński – znany niewielu Polakom – pełniłby obowiązki prezydenta RP.

Można powiedzieć, że Kuchciński powoduje kolokwialny śmiech na sali. Nie tylko z tego powodu, że jego znaczenie publiczne jest groteskowe, bo nie dał się ludziom poznać, oprócz takich okruchów incydentalnych, nic nieznaczących epizodów, gdy wykluczył z posiedzenia Sejmu Michała Szczerbę za zwrot „Panie marszałku kochany…”, oraz z taśmy wideo z jakiegoś spotkania z elektoratem pisowskim, na którym poczynił swoje wyznanie polityczne, iż „odszczurzyłby” Polskę z tych, którzy mu się nie podobają. Kuchcińskiego poznaliśmy więc ze strony braku osobowości, który to brak nie pozwala mu uczestniczyć w debatach, dyskusjach, a nawet w wywiadach.

Taka zmarginalizowana postać jak Kuchciński ma szansę zaistnieć tylko dzięki skandalowi. Czy będzie skandalem seksafera – w istocie źle rozpoznane semantycznie przypuszczenie – w której podejrzewa się, że Kuchciński dopuścił się aktu z nieletnią Ukrainką? Czy jest to prawdą? Czy Andrzej Rozenek, były poseł, a obecnie dziennikarz tygodnika „Nie” ma twarde dowody na to, że Kuchciński dopuścił się tego skandalicznego czynu?

Mniemana seksafera z Kuchcińskim waniajet już jakiś czas. Sam zainteresowany nie dementuje, nie wypowiada się. Za Kuchcińskiego wyraził się dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu (czujecie to nomenklaturowe nabzdyczenie, a to tylko rzecznik) Andrzej Grzegrzółka, informując, że „marszałek Sejmu będzie stanowczo bronił swojego dobrego imienia” i pozywał za teksty o skandalu obyczajowym. Słabe to bronienie „dobrego imienia” – wygląda na to, że zwłoka z dementowaniem seks-skandalu może służyć zamiataniu zdarzenia pod dywan, „rozmowom” z osobami – w tym z agentem CBA – dzięki którym wieść wyciekła. Rozważając rzecz na chłodno, stwierdzam, iż Kuchciński nie wytrzymuje ciśnienia sprawowanego urzędu.

Dowody na korupcję Kaczyńskiego są coraz liczniejsze. Będziesz koleś siedział jak amen w pacierzu

22 Mar

W trakcie przesłuchania, do którego doszło 13 marca, Gerald Birgfellner dodał nowe, ważne szczegóły do sprawy „koperty dla księdza”.

Przypomnijmy: mowa o środkach finansowych, przeznaczonych dla ks. Sawicza, członka Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Bez zgody rady fundacji spółka Srebrna nie mogłaby się zająć działalnością deweloperską. Dlatego po otrzymaniu gotówki ksiądz miał złożyć podpis pod odpowiednią uchwałą. Birgfellner, jak wynika z jego zeznania, 7 lutego 2018 roku przywiózł do centrali PiS 50 tys. zł w gotówce, do czego miał go nakłonić sam Jarosław Kaczyński.

Teraz Birgfellner dodał nowe szczegóły do swoich zeznań. Według Austriaka Kaczyński miał mu proponować, żeby przekazać ks. Sawiczowi nie 50 tys. zł, a kwotę… dwukrotnie wyższą. Jednak biznesmen miał wówczas odpowiedzieć, że na szybko zdobędzie jedynie 50 tys. zł ze swoich prywatnych środków. Wspomnianego już 7 lutego 2018 roku Birgfellner pojawił się w siedzibie PiS po południu. Widział tam Sawicza i dostał informację, że ksiądz podpisał uchwałę.

Gdyby doszło do przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego w tej sprawie, prokuratura musiałaby sprawdzić wątek nakłaniania Birgfellnera do wypłacenia gotówki ks. Rafałowi Sawiczowi, w zamian za podpis na uchwałach rady.

Płacenie za podpis członkowi rady nie ma bowiem, jak podkreśla GW, żadnego prawnego uzasadnienia. Tymczasem Kaczyński nie zaprzecza twierdzeniom Austriaka. Wiadomo jednak, że prokuratura naciskała na Birgfellnera, by wycofał się z twierdzeń o „kopercie dla księdza”. Ten zaś (R. Sawicz odszedł ze stanu duchownego) nie chce niczego komentować.

“Gazeta Wyborcza’ opublikowała kolejne informacje w sprawie przebiegu śledztwa w sprawie inwestycji przy ul. Srebrnej 16, którą Jarosław Kaczyński rękami spokrewnionego ze sobą Geralda Birgfellnera chciał przeprowadzić w Warszawie. Finalnie, po niemal roku przygotowań do rozpoczęcia inwestycji, wobec obaw o negatywny odbior wypłynięcia tej sprawy do przestrzeni publicznej, lider PiS zarządził wycofanie się z niej, zostawiając austriackiego biznesmena na lodzie. Sprawa wylądowała w prokuraturze, która od ponad 50 dni nie potrafi podjąć decyzji o wszczęciu śledztwa przeciwko liderowi partii rządzącej, kompletnie ignorując także inne wątki pojawiające się w tej sprawie, jak m.in. kwestia 50 tys. złotych, jakie Birgfellner miał zapłacić byłemu księdzu Rafałowi Sawiczowi za podpis na uchwale spółki Srebrna, by ta mogła uruchomić przygotowania do inwestycji.

W wyniku szokującego paraliżu decyzyjnego prokuratury w tej sprawie, w Sejmie posłowie Platformy Obywatelskiej postanowili ujawnić swoje kolejne działania. Przypomnieli, że postępowanie z zawiadomienia biznesmena z Austrii nie jest jedynym, jakie trafiło do prokuratury i które jest w niewyjaśniony sposób blokowane.

Przez 50 dni w tej sprawie nie zdarzyło się ze strony organów państwa kompletnie nic. Wiemy, że zaskarżenie na bezczynność prokuratury złożyli mecenasi austriackiego przedsiębiorcy. Dzisiaj takie zażalenie składamy także my, zależenie na bezczynność prokuratury w związku z naszym wnioskiem, który składaliśmy ponad 50 dni temu. Po pierwszej publikacji GW złożyliśmy wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy PiS, przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego, podawaliśmy dokładne uzasadnienie. Od 50 dni z tą sprawą nie zdarzyło się kompletnie nic. Nie dostaliśmy nawet informacji, czy postępowanie zostało wszczęte, czy odmówiono wszczęcia” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Marcin Kierwiński z PO – „Nie może być tak, że w państwie prawa prokuratura niejako abdykowała. Prokuratura zaczyna pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego”.

Obrywa także CBA, którego działania w sprawie Jarosława Kaczyńskiego i nieprawdy o rzeczywistej funkcji, jaką pełni w spółce Srebrna, nie sposób interpretować inaczej, niż jako roztoczenie parasola ochronnego nad liderem partii rządzącej.

CBA powstało, żeby chronić Polaków przed korupcją. CBA nie powstało po to, żeby bronić polityków przed ujawnianiem korupcji, których politycy dokonują. To instytucja zaufania publicznego, która musi stać na straży przestrzegania prawa. Nie została stworzona po to, żeby bronić interesu polityków. Nawet na sejmowych korytarzach krąży taka plotka, że politycy PiS chcą zmienić nazwę CBA na Centralne Biuro Korupcyjne. Bo jak nazwać inaczej fakt, że centralny organ w państwie, który powinien zajmować się wykrywaniem korupcji na szczytach władzy, od kilkudziesięciu dni nie jest w stanie zająć się oświadczeniem majątkowym Jarosława Kaczyńskiego, mimo nowych faktów?” – dodawał Cezary Tomczyk z PO – Prokuratura i CBA przestały w Polsce funkcjonować”.

Szpilkę Jarosławowi Kaczyńskiemu postanowił także wbić poseł Krzysztof Brejza, który zauważył, że opisywane dziś przez “Gazetę Wyborczą” wydarzenia, tj. przekazanie 50 tys. złotych Jarosławowi Kaczyńskiemu, by ten przekazał je ukrywającemu się w sąsiednim pokoju ks. Sawiczowi, miało miejsce w czasie posiedzenia Sejmu, co oznacza, że lider PiS jawnie lekceważył swoje obowiązki parlamentarzysty na rzecz załatwiania interesów spółki Srebrna.

To, co szokuje najbardziej, to fakt, że w środku posiedzenia Sejmu, 7 lutego 2018 roku, wbrew obowiązkowi ustawowemu prezes PiS, poseł Jarosław Kaczyński, zamiast uczestniczyć w obradach Sejmu, uczestniczył w interesie deweloperskim w siedzibie partii” – powiedział na konferencji poseł Brejza – „Państwo PiS chroni, osłania, nakłada czapę na tę sytuację, robi wszystko, żeby ta sytuacja nie była wyjaśniona”.

Trudno oczekiwać, by polska prokuratura nagle zmieniła strategię i z odpowiednim zaangażowaniem zajęła się sprawami dotyczącymi lidera obozu władzy. Dla Jarosława Kaczyńskiego realnym zmartwieniem może jednak być zawiadomienie, jakie pełnomocnicy austriackiego biznesmena złożyli w kraju jego pochodzenia. Tam bowiem długie macki pisowskiego systemu sprawiedliwości sięgnąć nie mogą.

„Czy marszałek Kuchciński zawsze w taki sposób przemieszcza się po Sejmie? W asyście trzech funkcjonariuszy Straży Marszałkowskiej z szablami paradnymi? Pytam dla kolegi, zwykłego podatnika… PiSancjum” – zapytał na Twitterze Maciej Sonik, starosta krapkowicki. Samorządowiec dołączył zdjęcie Marka Kuchcińskiego oraz Ryszarda Terleckiego, otoczonego funkcjonariuszami Straży Marszałkowskiej.

„Ostatnio tak. Bo w lektyce uszkodzona jest klimatyzacja: prowadzący ją funkcjonariusz miał czterotygodniowe doświadczenie na symulatorze hulajnogi. Nie był przygotowany na to, że zahaczy szablą o kotarę. Efektem są też uszkodzenia Systemu Rozpoznawania Lektyk Swój-Obcy (SRLS-O)” – odpowiedział samorządowcowi Tomasz Skory z RMF. Dodajmy, że w ubiegłym roku to PiS przeforsował w Sejmie nowelizację ustawy o Straży Marszałkowskiej. Funkcjonariuszom zmieniono m.in. uniformy, o tym w artykule „Straż Marszałkowska w nowych mundurach przypomina… grupę rekonstrukcyjną”.

Inni internauci też kpili z Kuchcińskiego: – „Pozazdrościł „koledze” z NBP i obstalował sobie własną świtę”; – „Tylko płatków róż sypanych pod nogi brak…”; – „Może ktoś złożyć interpelacje do Marszałka Kuchcińskiego czy kancelaria Sejmu planuje w tym roku zakup lektyki?”; – „Oj tam… to kroczy… umiar i pokora”;

„Kuchciński w Gulfstreamie albo odprowadzany jak Cezar przez Pretorian w Sejmie, wygląda jak wół przy karecie, czyli w mniemaniu Kuchcińskiego dostojnie”. O podróżach rzeczonym Gulfstreamem w artykule „Marszałek Kuchciński na weekend samolotem!”.

„Lewactwo” trzyma potomstwo z dala od Kościoła, toteż jego przedwczesna seksualizacja nie ma żadnego znaczenia dla dobrostanu kapłanów i kondycji moralnej samej religijnej instytucji

Pan prezydent dokonał kilka dni temu bohaterskiego comming outu jako zwolennik deprawacji dzieci. Wziął – mianowicie – stronę nauczycieli w ich sporze z rządem o kasę i powiedział publicznie, że żądania belfrów są uzasadnione.

Zaraz się wprawdzie wytłumaczył, że owszem, powinni zarabiać więcej, ale przecież nie tyle, ile się należy za powołanie na świat dwójki potomstwa, bo jednak działalność prokreacyjną państwo ceni znacznie wyżej, niż wystawanie pod tablicą. No i – naturalnie – nie od razu. Bo partia pana prezesa ma przecież w tej chwili inne, znacznie pilniejsze wydatki. Trzeba wszak z czegoś sfinansować obiecane narodowi „prezenty od Jarosław Kaczyńskiego”. Niemniej, już sama deklaracja poparcia dla belferskich postulatów to w naszych czasach akt wyjątkowej odwagi. Bo przecież każdy, kto wyrazi choćby trochę zrozumienia dla nauczycielskich pretensji, automatycznie trafia do kategorii „liberałów i lewaków”. Deprawatorów „naszych dzieci”.

Nauczyciele bowiem sugerują otwarcie, że pieniądze na podwyżki można by zorganizować rezygnując z opłacania z budżetu lekcji…religii! I jeszcze – na dowód moralnej klęski całego środowiska – kosztem naszej bohaterskiej przeszłości i unikalnej tradycji chcieliby modyfikacji programów nauczania w kierunku wiedzy przydatnej w czasach współczesnych. Chcą ograniczyć wymiar nauczania historii i języka ojczystego i uczyć – w to miejsce – podstaw prawa, wiedzy obywatelskiej, medycyny, a nawet filozofii i logiki! Zamiast karności i posłuszeństwa chcieliby wolności intelektualnej i swobody dyskusji.  No i postulują wprowadzenie do programów szkolnych porządnej edukacji seksualnej. Nie wszyscy, co prawda, ale zdecydowana większość. Toteż ich protest to nie jest zwyczajny spór o pieniądze, tylko zamach na najświętsze wartości. Godzenie w podstawy moralności i próba zaszczepienia w narodzie, przez wczesną indoktrynację, obcych nam wartości.

Tymczasem pan prezes wyraźnie zapowiedział w kampanii: „wara od naszych dzieci!”

Inna sprawa, że z tą prezesową deklaracją jest niejaki problem, bo nie do końca wiadomo, jakich konkretnie małoletnich miał na myśli oraz przed kim i z jakich powodów tak naprawdę chce ich chronić.

Bo przecież, choć niby wszystkie są „nasze”, dzieci „gorszego sortu” są zdeprawowane od kołyski, niejako z definicji. A być może nawet przyniosły na świat lewactwo i liberalizm w dziedzictwie genetycznym (bo raczej nie wyssały go z mlekiem matek-feministek karmiących potomstwo z butelki). Już w wieku przedszkolnym trudno je zdemoralizować zajęciami z edukacji seksualnej. Ale też – z drugiej strony – „lewactwo” trzyma potomstwo z dala od Kościoła, toteż jego przedwczesna seksualizacja nie ma żadnego znaczenia dla – powiedzmy – dobrostanu kapłanów i kondycji moralnej samej religijnej instytucji. Mały genderysta nie będzie raczej wodził przedstawicieli kleru na pokuszenie, jak to ostatnio sugerowali najwyżsi przedstawiciele Episkopatu, i z kieszeniami pełnymi środków antykoncepcyjnych proponował im nawiązania intymnej relacji w celu kompromitacji całej instytucji. Choćby dlatego, że potomstwo feministów raczej nie uczęszcza do kościoła.

Musi więc chodzić konkretnie o dzieci „lepszego sortu”. Te niewinne i jeszcze w liceum nieświadome nie tylko skąd się biorą dzieci, ale też na czym polega propaganda i co to jest sofistyka.

W teorii, edukacja, przynajmniej ta seksualna, ma być nieobowiązkowa. Jak lekcje religii. No i rodzice mają przecież święte i na dodatek zapisane w Konstytucji prawo swobodnej decyzji w sprawie wychowania swoich dzieci. Ale wiadomo, że w praktyce to nie działa, i że na szkolne rekolekcje na razie chodzą teraz prawie wszystkie przedszkolaki i wszyscy uczniowie. Zbiorowo, bez oglądania się na „sorty”, uczestniczą też w szkolnych Wigiliach, jasełkach i uroczystościach z udziałem kapłana oraz uczą się w klasach dekorowanych symbolami religijnymi. „Gorszy sort” nie ma tu nic do gadania, więc podobnie mogłoby być i z logiką, i z edukacją obywatelską i z „deprawacją” seksualną.

Na razie zagrożenie, że przymusowa seksualizacja obejmie „nasze dzieci” jest znikome, więc nie ma też szczególnego powodu, by bronić potomstwa „lepszego sortu” przed nauczycielami, a w szczególności przed edukatorami seksualnymi. Ale na wszelki wypadek belfrów lepiej trzymać krótko i Boże broń, nie rozzuchwalać nadmiarem kasy. Przeciwnie – powinni drżeć przed utratą posady, karnie wprowadzać w życie kolejne „reformy edukacji”, słuchać się katechetów, a w wolnym czasie, którego mają w nadmiarze, dorobić parę groszy robiąc dodatkowe dzieci. No i czekać grzecznie – jak wszyscy – na „prezenty od pana prezesa”, to może już za pięć lat dostaną po dodatkowej stówce na waciki.

Tak, czy inaczej – „wara im” od naszych dzieci. A tak w ogóle, to edukację szkolną trzeba pilnie ograniczyć do niezbędnego minimum, co się już powoli dzieje. Od razu poprawi się od tego morale narodu i stan budżetu.

Rząd uszczuplił pulę pieniędzy na służbę zdrowia o 10 mld zł obliczyła Naczelna Rada Lekarska. Ale to podpisana przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego deklaracja jest problemem, tak? Rządzie, zajmij się służbą zdrowia zamiast szczuciem na ludzi – komentuje dziennikarka Gazety Wyborcze Estera Flieger.

Jeśli w sprawie tak ważnej dla całego społeczeństwa jak wzrost nakładów na służbę zdrowia, PiS oszukał protestujących rezydentów na blisko 10 mld złotych to jak nauczyciele mają wierzyć rządzącym, że podwyżki będą, ale później? Tyle jeśli chodzi o wiarygodność „dobrej zmiany” – wypowiada się Michał Kuczyński z portalu crowdmedia.pl

Posłowie Platformy Obywatelskiej ponownie złożyli zażalenie do prokuratury na bezczynność jej działań w sprawie tzw. taśm Kaczyńskiego. – Przez 50 dni w tej sprawie nie zdarzyło się nic. Prokuratura abdykowała i zaczęła pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego – uważa Marcin Kierwiński. Wczoraj zażalenie na działanie prokuratury złożyli pełnomocnicy Geralda Birgfellnera.

Bezczynna prokuratura

Ponad 6 tygodni temu pełnomocnicy austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera złożyli do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

Czynności sprawdzające według prawa mogą trwać maksymalnie miesiąc.

Po 6 tygodniach prawo przewiduje możliwość złożenia zażalenia na bezczynność prokuratury. Takie pismo pełnomocnicy Geralda Birgfellnera złożyli wczoraj. Dziś zażalenie na opieszałość prokuratury złożyli też posłowie PO.

– Złożyliśmy wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy PiS przez samego prezesa Jarosława Kaczyńskiego,  podawaliśmy tam dokładne uzasadnienie. Od 50 dni nie wydarzyło się nic – tłumaczył wniosek Marcin Kierwiński.

Posłowie opozycji nie otrzymali nawet informacji, czy zostało wszczęte postępowanie, czy też jego wszczęcia odmówiono.

Koperta z 50 tys.

Z doniesień „Gazety Wyborczej”, która ujawnia część zeznań austriackiego biznesmena, wynika, że w chwili wręczenia Jarosławowi Kaczyńskiemu koperty z 50 tys. były ksiądz Rafał Sawicz, członek Rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, znajdował się w pokoju obok.

– Przekazałem kopertę, a pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział – miał zeznać Birgfellner. Po tym zajściu Sawicz miał złożyć podpis pod uchwałą rady pozwalającą na rozpoczęcie inwestycji.

– Cóż więcej trzeba, aby prokuratura obudziła się w tej sprawie i zaczęła zajmować się tą sprawą? Prokuratura abdykowała i zaczęła pełnić rolę obrońcy Jarosława Kaczyńskiego – komentował w Sejmie Marcin Kierwiński.

Do całej sytuacji miało dojść 7 lutego zeszłego roku w czasie posiedzenia Sejmu. Prezesa partii rządzącej na tym posiedzeniu nie było.

– To, co szokuje najbardziej, to fakt, że w środku posiedzenia Sejmu 7 lutego 2018 roku, wbrew obowiązkowi ustawowemu, prezes PiS poseł Jarosław Kaczyński zamiast uczestniczyć w pracach Sejmu uczestniczył w interesie deweloperskim w siedzibie partii opłacanej z pieniędzy podatników – mówił Krzysztof Brejza.

Służby chronią PiS

PO zarzuca zaniedbania w tej sprawie nie tylko prokuraturze, ale i CBA.

– Centralny organ w państwie nie jest w stanie od kilku dni zająć się oświadczeniem Kaczyńskiego mimo nowych faktów. CBA powstało po to, aby chronić Polaków przed korupcją, a nie bronić polityków przed ujawnianiem korupcji, której politycy dokonują – mówił Cezary Tomczyk.

Parlamentarzyści występowali też z prośbą o informacje, czy akta sprawy Srebrnej były udostępniane prokuratorowi generalnemu. O tym, że doszło do spotkania Kaczyńskiego z ministrem sprawiedliwości po przesłuchaniu Austriaka, mówił sam minister prokurator generalny Zbigniew Ziobro, tłumacząc, że spotkanie dotyczyło wówczas jednej z ustaw.

Na to pismo posłowie także nie otrzymali odpowiedzi.

– Państwo PiS jest bezradne i nakłada czapę na tę sytuację – uważa Krzysztof Brejza. – Nie jest to nawet państwo z dykty i z tektury, to państwo z koperty, a z koperty wypadają banknoty w kwocie 50 tys. zł i twarz księdza Sawicza i twarz Jarosława Kaczyńskiego. To symbol państwa PiS – dodaje.

Ponowny wniosek do CBA

PO złożyła też ponowny wniosek do CBA, aby sprawdzono oświadczenie majątkowe Jarosława Kaczyńskiego.

– Poprzednio 4 godziny wystarczyły CBA, aby stwierdziło, że nie ma sprawy, mimo że od 50 dni opinia publiczna zajmuje się godzinami nagrań, powstały dziesiątki publikacji i cała polska słyszała o wieżach Kaczyńskiego. Dziś CBA musi to zbadać – uważa Cezary Tomczyk.

Układ Kaczyńskiego to mafijna struktura

20 Lu

Tam, gdzie nie działa polskie państwo, będzie działać opozycja i wolne media – mówią politycy Platformy. W Sejmie zaprezentowali tablicę z układem Kaczyńskiego, która została także przekazana do prokuratury. – Wiele osób na tej tablicy to osoby piastujące wysokie stanowiska, które powinny pracować nad wyjaśnieniem sprawy, a robią niewiele – przyznaje poseł Marcin Kierwiński. Politycy opozycji ponawiają apel o utajnienie najbliższego posiedzenia Sejmu i przedstawienie informacji na temat śledztwa dotyczącego spółki Srebrna.

Srebrny układ Kaczyńskiego

– Wiele zależności, które są na tej tablicy, powstało w latach 90., kiedy poprzednicy spółki Srebrna robili interesy z władzą komunistyczną. Na tej tablicy mamy byłych TW i osoby wpływowe w PZPR. (…) Ważne jest też to, że na tablicy są osoby pełniące najważniejsze funkcje w państwie. Wiele osób na tej tablicy to osoby piastujące stanowiska, które powinny pracować nad wyjaśnieniem sprawy, a robią niewiele. Okazuje się, że kiedy afera sięga szczytów władzy, służby kierowane przez te osoby po prostu nie działają – mówił na konferencji prasowej poseł PO Marcin Kierwiński.

Kto jest na tablicy? To ludzie powiązani ze spółką Srebrna i Instytutem Lecha Kaczyńskiego. W centrum jest oczywiście Jarosław Kaczyński. A dalej m.in. Mariusz Kamiński, koordynator służb specjalnych; Ernest Bejda, szef CBA; Piotr Pogonowski; Marek Suski, obecny szef gabinetu politycznego premiera; czy Janina Goss, tzw. szara eminencja PiS-u i członkini zarządu Srebrnej.

Ten materiał został przesłany do prokuratury jako „materiał poglądowy”. – Tam, gdzie nie działa polskie państwo, będzie działać opozycja i wolne media. Wszelkie niezależne instytucje muszą skupić się na wyjaśnieniu tej bulwersującej sprawy. Ta pajęczyna każdego dnia się rozrasta – przekonuje także poseł Cezary Tomczyk.

Apel do marszałka Sejmu

– Ponawiamy nasz apel o utajnienie posiedzenia Sejmu i złożenie przez Prokuratora Generalnego informacji na temat śledztwa dotyczącego spółki Srebrna i zarzutów kierowanych przez austriackiego biznesmena wobec Jarosława Kaczyńskiego – mówi poseł PO Mariusz Witczak.

Politycy PO złożyli taki wniosek już w zeszłym tygodniu. Posiedzenie Sejmu rozpoczyna się w środę 20 lutego i potrwa do piątku 22 lutego.

Poseł Witczak tłumaczy, że to jedyna szansa, aby funkcja kontrolna Sejmu była realizowana. – Instytucje państwa, które są uprawnione do walki z korupcją milczą, nabrały wody w usta. Sytuacja wydaje się kuriozalna i bezprecedensowa. Gdyby sytuacja dotyczyła szarego obywatela, to albo zapukałoby do niego o 6 rano CBA, albo co najmniej zostałby wezwany na przesłuchanie do prokuratury – przyznaje.

Prezes PiS chce wykorzystać prokuraturę do ścigania dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, którzy ujawnili nagrania jego rozmów z austriackim biznesmenem. Jarosław Kaczyński uważa, że został zniesławiony i chce, by prokuratura ścigała dziennikarzy na podstawie słynnego artykułu 212 kodeksu karnego uważanego za przepis służący do kneblowania mediów

Jeśli prokuratura podejmie postępowanie z zawiadomienia Kaczyńskiego, będzie to groźny precedens i niski ukłon wobec szefa PiS. Do tej pory prokuratura nie zajmowała się ściganiem dziennikarzy z artykułu 212 po zawiadomieniach polityków. Bo przyjmowała, że krytyka dziennikarska to normalny element demokratycznego państwa. I sprawy publikacji artykułów pozostawiała do oceny sądom. Polityk, który czuje się zniesławiony, może wytoczyć sam proces karny z prywatnego aktu oskarżenia lub wytoczyć cywilny proces o ochronę dóbr osobistych. To się jednak zmieniło w ostatnich latach – na dziennikarzy za krytyczne artykuły zawiadomienia do prokuratury złożyła np. prezes TK.

Kaczyński korzysta z tej samej możliwości. W ubiegłym tygodniu złożył zawiadomienie na dziennikarzy „Gazety Wyborczej” oraz na polityków Platformy Obywatelskiej.

Artykułem 212 w dziennikarzy i opozycję

Informację o zawiadomieniach do prokuratury Jarosława Kaczyńskiego podała Polska Agencja Prasowa. „Działając jako pokrzywdzony, zawiadamiam o podejrzeniu popełnienia przestępstw zniesławienia (…). Wnoszę o objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny” – napisał Kaczyński w zawiadomieniach skierowanych do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, do których dotarła PAP.

Jak podaje PAP, lider PiS powołał się na art. 212 Kodeksu karnego, który mówi, że kto pomawia „inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”.

W pierwszym zawiadomieniu prezes PiS wskazał na dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, portalu wyborcza.pl i gazeta.pl. Zdaniem Kaczyńskiego miało tam dojść do jego zniesławienia poprzez opublikowanie materiałów w dniach 29 – 30 stycznia 2019 r. w których „rozpowszechniono twierdzenia, tj. wypowiedzi innych osób, że Jarosław Kaczyński popełnił, względnie mógł popełnić przestępstwa: płatnej protekcji, przekroczenia uprawnień posła w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, oszustwa”.

Kaczyńskiemu nie spodobało się też to, że bez jego zgody opublikowano nagrania jego rozmów z austriackim biznesmenem, podczas których omawiali budowę dwóch wieżowców na działce spółki powiązanej z PiS. Kaczyński wskazał, że nagrania opublikowano bez jego zgody, czyli, jego zdaniem, złamano prawo prasowe.

Wcześniej szef PiS wysłał do wydawcy „Gazety Wyborczej” wezwania przedsądowe, w których domagał się przeprosin.

Drugie zawiadomienie dotyczy PO. PAP podaje, że wskazano w nim, że przestępstwo zniesławienia miało polegać na „Opublikowaniu przez nieustalone osoby w materiałach propagandowych Platformy Obywatelskiej (ulotkach internetowych) twierdzeń, że Jarosław Kaczyński mógł popełnić przestępstwo płatnej protekcji, oraz ukrywa majątek” i „Na opublikowaniu przez posłów Platformy Obywatelskiej na konferencji prasowej z dnia 29.1.2019 r. informacji, że Jarosław Kaczyński popełnił, względnie mógł popełnić przestępstwa: płatnej protekcji, przekroczenia uprawnień posła w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, oszustwa, firmanctwa”.

Artykuł 212 kodeksu karnego jest uważany przez dziennikarzy za przepis służący do mrożenia i kneblowania dziennikarzy.

Efekt mrożący

Warszawską prokuraturę okręgową czeka teraz test. Kaczyński powołał się na „interes publiczny”, ale śledczy, jeśli przeprowadzą śledztwo, będą musieli to uzasadnić. Tym bardziej że Kaczyński nie piastuje ważnej, oficjalnej funkcji w państwie. Jest szeregowym posłem i szefem partii.

„Dla ważnego interesu publicznego ważne są dwa kryteria. Prokurator będzie musiał ocenić, czy czyn rzekomego zniesławienia jest szkodliwy społecznie i czy pokrzywdzony nie poradzi sobie sam z dochodzeniem obrony dobrego imienia. Kaczyński jest politykiem i jest osobą publiczną. Powinien mieć grubszą skórę i godzić się z krytyką. W cywilizowanym świecie standardem jest, że prasa opisuje i krytykuje polityków, bo w ten sposób dokonuje się ich weryfikacji. Poza tym Kaczyński wiele razy korzystał z pomocy prawników. Dlaczego teraz chce posłużyć się prokuraturą”, mówi OKO.press jeden ze stołecznych prawników.

Posłużenie się przez lidera PiS prokuraturą może wywołać efekt mrożący na dziennikarzach i politykach PO i tak też będzie odbierane.

Zaskakuje też, że Kaczyński składa zawiadomienie w sprawie dziennikarzy, ale nic nie wiadomo, by złożył zawiadomienie na austriackiego biznesmena, który nagrania przekazał prasie.

„Chowanie się za plecami podporządkowanej rządowi prokuratury to akt tchórzostwa i próba uciszenia „Gazety Wyborczej”. To świadectwo schyłku tej władzy. Dlaczego cały czas są pretensje do „Gazety Wyborczej” o publikację materiałów, a nikt nie pozywa austriackiego biznesmena”, mówi OKO.press Wojciech Czuchnowski, współautor artykułów o rozmowach Kaczyńskiego z Geraldem Birgfellnerem.

Co ciekawe, zaledwie kilka dni temu minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro deklarował, że jest gotów rozmawiać ze środowiskiem dziennikarskim o artykule 212.

W odpowiedzi na informację PAP „Gazeta Wyborcza” wydała oświadczenie, w którym pisze: „Nasze artykuły są rzetelne, oparte na faktach i dokumentach. „Wyborcza” nie ulegnie szantażom, szykuje kolejne publikacje i nie przestanie patrzeć władzy na ręce”.

„Kierownictwo MON w ciągu trzech lat wprowadziło niepewność w szeregach żołnierzy i kombatantów, dzieląc środowisko i wprowadzając wiele napięć. Za rządów PiS zmuszono do odejścia wielu wyższych dowódców, od szefa Sztabu Generalnego po inspektorów rodzajów sił zbrojnych i dowódców związków taktycznych. Desant ludzi niedoświadczonych, niekompetentnych na spółki związane z obronnością pozwolił na stworzenie układu towarzysko-biznesowego” – powiedział poseł PO Czesław Mroczek podczas obrad sejmowej komisji obrony. Została ona zwołana na wniosek posłów opozycji.

Były minister obrony w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak apelował do obecnego szefa resortu Mariusza Błaszczaka, „by się odważył i przyszedł na posiedzenie komisji”. Według posła PO, Błaszczak jest pierwszym ministrem obrony, który nigdy nie pojawił się na obradach tego gremium. – „To bardzo zła praktyka, naruszająca równowagę władz, naruszająca kontrolną rolę komisji i parlamentu. Jak szef MON ma obronić Polskę skoro obawia się przyjść na spotkanie z posłami” – stwierdził Siemoniak. A na Twitterze dodał: – „3 lata PiS w MON to 2 lata ostrego konfliktu prezydenta Dudy z ministrem Macierewiczem. Niszczącego dla Wojska Polskiego, gorszącego dla opinii publicznej. Prezydent działania Macierewicza nazwał „ubeckimi metodami”. A symbolem rządów PiS w samym MON jest Bartłomiej M. w areszcie”.

Poseł Mroczek dodał, że MON pod kierownictwem Macierewicza i Błaszczaka wstrzymał realizację wielu – jak się wyraził – zaawansowanych programów. Wymienił m.in. rezygnację z zakupu 50 śmigłowców Caracal i zakup czterech Black Hawków bez przetargu. – „Dziś widać już wyraźnie miarę zniszczeń i spustoszenia po tych latach” – powiedział poseł PO. Podał także w wątpliwość sens formowania Wojsk Obrony Terytorialnej w obecnym kształcie. – „WOT powstawały w dużej mierze kosztem wojsk operacyjnych; koszty są niewspółmierne do efektów” – stwierdził Mroczek.

Cezary Tomczyk mówił natomiast o zmianach kadrowych dokonanych przez PiS. – „Mamy już drugiego ministra obrony w ciągu trzech lat, dziesięciu sekretarzy stanu, czterech prezesów Polskiej Grupy Zbrojeniowej i trzeciego Szefa Sztabu Generalnego, usuniętych 30 generałów, 300 pułkowników. Czy to jest zamach na własne państwo?” – pytał Tomczyk. A propos zamachu, opisywaliśmy wcześniej, że Antoni Macierewicz mógł złamać prawo, ujawniając w 2016 r. w Sejmie informacje objęte klauzulą tajności (więcej na ten temat w naszym artykule „Brejza złoży zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Macierewicza”).