Tag Archives: Jarosław Kurski

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Reklamy

Gosiewscy. Małgorzata, wdowa po ancymonku Przemku. Funeralna groteska z pisowskiego Zadupia

12 Czer

Podczas 82 posiedzenia Sejmu 16 nowych posłów złożyło ślubowania poselskie, zajmując pozycje polityków wybranych do Parlamentu Europejskiego.

W drodze głosowania nowym wicemarszałkiem Sejmu została Małgorzata Gosiewska w miejsce Beaty Mazurek, która udaje się do Brukseli.

Za kandydaturą Gosiewskiej głosowało 246 posłów, 121 było przeciw, 38 wstrzymało się od głosu.

Nieobsadzone pozostają nadal dwa miejsca: po posłance PiS Elżbiecie Kruk oraz pośle PO Andrzeju Halickim.

Do Parlamentu Europejskiego dostało się 18 posłów oraz jeden, poseł Dominik Tarczyński (PiS), który obejmie mandat europosła po tym, jak Wielka Brytania opuści Unię Europejską.

Marek Falenta, człowiek, który w znacznym stopniu przyczynił się do przegranej PO w poprzednich wyborach parlamentarnych, dzisiaj walczy o uznanie zasług i pomoc PiS, by nie trafić za kratki.

Deportowany z Hiszpanii robi wszystko, by ominąć więzienie i liczy, że partia rządząca go wesprze, bo przecież to dla niej poświęcił swoje spokojne i miłe życie biznesmena.

„Gazeta Wyborcza” ujawnia list, jaki napisał Falenta do prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Przyznaje w nim, że mając już pewne nagrania, skontaktował się z byłym skarbnikiem Stanisławem Kostrzewskim, a nawet zatrudnił u siebie jego siostrzeńca.

Po kolejnym spotkaniu na Nowogrodzkiej to on skontaktował Falentę z agentami CBA z Wrocławia i ABW z Katowic i to na ich prośbę kontynuował nagrywanie polityków PO i ich gości w restauracji.

Falenta ma wielkie poczucie misji, której celem było zwycięstwo PiS w wyborach i ukrócenie procederu rozkradania majątku państwowego. Nie ukrywa, że wbrew temu, co głosi opozycja „dla naszego kraju nastąpiła prawdziwa »dobra zmiana«. Jestem dumny, że mogłem przyłożyć do tego rękę. Pieniądze, które były do 2014 r. rozkradane, zostały skierowane do szerokiej rzeszy potrzebujących ludzi”. Przyznaje, że taśmy z nagraniami przekazał agentom CBA i do listu dołączył kopie tajnych meldunków, które mają potwierdzać jego prawdomówność.

Marek Falenta wysyła też prośby do prezydenta Dudy o ułaskawienie. Uważa, że należy mu się prezydenckie prawo łaski w trybie nadzwyczajnym, podobnie jak zostało ono zastosowane wobec Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Przecież, jak pisze, „W znacznej mierze przyłożyłem się do tego, że dzisiaj rządzące ugrupowanie polityczne ma możliwość funkcjonowania i wprowadzania zmian na lepsze w naszym kraju”, więc zasłużył na taką pomoc. Apeluje więc do prezydenta, by ten zażądał „materiałów od służb CBA o moich osiągnięciach i zasługach dla kraju i partii rządzącej. Tysiące osób z Pana obozu politycznego oraz większa część społeczeństwa, która popiera partię rządzącą, skorzystała na tej sprawie. Dlaczego tylko ja mam ponosić negatywne konsekwencje? Nie zgadzam się na to. Nie taka była umowa. Wszyscy oficerowie CBA, którzy byli zaangażowani w tę sprawę, zostali awansowani, a mnie skazano na więzienie. Większość ludzi w Polsce (Pana elektorat) uważa, że jestem bohaterem narodowym i zasługuję na nagrodę oraz ułaskawienie” i pozwolił mu wreszcie normalnie żyć.

Marek Falenta straszy obóz rządzący kolejnymi taśmami, na których znajdują się nagrania z Mateuszem Morawieckim i nawet Jarosławem Kaczyńskim. Chwilowo jednak politycy PiS wydają się lekceważyć problem, nazywając „rewelacje” Falenty niedorzecznymi insynuacjami i próbując przekonać go do 6-tygodniowej obserwacji psychiatrycznej. Dziwne, bo wtedy, gdy na jaw wyszły taśmy podsłuchowe, uderzające w PO, nie mieli żadnych wątpliwości co do poczytalności pana Falenty i bardzo chętnie skorzystali z przekazanych materiałów, by załatwić konkurencję w wyborach.

A dzisiaj… dzisiaj taka zmiana zdania. Jakiś niepokój zapewne został zasiany w szeregach partyjnych, jednak PiS nie musi obawiać się spadku poparcia, bo jego wyborców nie ruszy nic. Nawet gdyby podsunąć im pod nos dowody niekompetencji, manipulacji i kłamstw ukochanej partii, to i tak w nie uwierzą i nazwą je tylko aktem wrogości przeciwników prezesa.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

„Dziennik Gazeta Prawna” dotarł do map wyborczych przygotowanych przez specjalistów pracujących dla Prawa i Sprawiedliwości. Pas wzdłuż zachodniej granicy kraju i obszar centralnej Polski będą w najbliższych wyborach miejscem nasilonej kampanii partii rządzącej.

Przedstawiciele „dobrej zmiany” typują tzw. swingujące okręgi, w których mogą wygrać zbliżające się wybory do parlamentu.

Mapa wyborcza wskazuje na dwa regiony, które będą dla PiS niezwykle ważne. Pierwszy z nich to obszar wzdłuż zachodniej granicy Polski. Chodzi o Zachodniopomorskie i Lubuskie. Drugi z obszarów to teren wokół autostrady A1 obejmujący Łódzkie, Kujawsko-Pomorskie i południowo-wschodnią Wielkopolskę.

W analizie przygotowano również dane dotyczące grup społecznych, które PiS chce pozyskać i skłonić do głosowania. W opracowaniu wybrano co najmniej sześć grup. Wśród nich znajduje się młodzież popierająca ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego oraz kobiety w średnim wieku, które dotychczas głosowały głównie na Platformę Obywatelską.

Kluczem w analizie były wyniki, jakie rządząca prawica uzyskała w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach.

Słyszę wiele narzekań. Na politykę, ale też na życie, na wartości, na zmiany, na wszystko… Narzekania są zrozumiałe, bo świat faktycznie bardzo szybko się zmienia, niekoniecznie w stronę, której większość z nas pragnie… Są one jednak kompletnie nieefektywne. Niczego nie rozwiązują, zatrzymują nas w negatywnym myśleniu, uwiązują do nieciekawego miejsca, w którym jako obywatele jesteśmy i blokują pozytywne myślenie prowadzące do podjęcia skutecznych działań.

Tak, świat się zmienia i rzeczywistość, do której przywykliśmy odchodzi w dal. I podstawą do zaadaptowania się do nowego życia jest uznanie, że to nieodwołalne, a następnie zrozumienie istoty przemian tak, by móc się do nich dostosować i dobrze w nich funkcjonować, osiągając swoje cele. W wymiarze polityczno-społecznym dwie najważniejsze zmiany, które zauważam, to podejście do prywatności i wolności – dwóch (dotąd) filarów nowoczesnej demokracji.

Praktycznie przestaje istnieć prywatność rozumiana jako prawo i chęć zachowania pewnych rzeczy tylko dla siebie, która łączyła się ze strachem przed inwigilacją. Dopóki ludzi przerażało, że za pomocą pewnych informacji, prywatnych właśnie, można mieć nad nimi kontrolę, dopóty hasło, że rząd, jakaś instytucja, szeroko rozumiana władza ich inwigiluje, działało jak straszak i zniechęcało do tego rządu, instytucji, władzy. Dziś już tak nie jest. Prywatność nie jest już wartością, tylko towarem, jak każdy inny, taniochą wystawianą na giełdzie mediów społecznościowych, niewartą zbyt wysokiej ceny, sprzedawaną za grosze na instagramowej czy fejsbukowej giełdzie. Kto z kim, kiedy, dlaczego, w jaki sposób, gdzie i po co to – już ogólnodostępna wiedza, nad którą nikt się specjalnie nie roztkliwia. Z ekskluzywnej i niegdyś dostępnej tylko służbom i innym wybrańcom stała się zwyczajna – ludzie sami mówią o sobie wszystko, ba!, nawet wstawiają zdjęcia! – i pozbawiona znaczenia.

Dlatego informacja że rząd nas inwigiluje – a inwigiluje!, mało kogo dziś wzrusza (praktycznie garstkę mądrych ludzi, najczęściej profesjonalistów, którzy wciąż rozumieją, jak bezcenny, mimo swojej powszechności i dostępności wart jest towar zwany informacją). Straszenie inwigilacją nie jest już narzędziem do wygrania wyborów. Ludzie uważają, że prywatność jest ceną, którą trzeba zapłacić za dostęp do nowych technologii i chętnie się z tym godzą. Zresztą, kto chciałby prywatności w świecie, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a popularność jest bogiem?

Podobnie jest z wolnością. Jeszcze dla mojego pokolenia, dzisiejszych 40-latków, wolność była prawem do nieskrępowanego wyrażania opinii, stawianiem na indywidualność i rozwój jednostki. Młodsi od nas jednak coraz częściej rozumieją wolność jako nieskrępowany dostęp do pewnych dóbr, usług, towarów, technologii i atrybutów określonego stylu życia, podróży, sieci itp. To jest dla nich najważniejsze, a nie prawo do wyrażania opinii. Zresztą, bądźmy szczerzy, w świecie seriali, algorytmów, spadku poziomu edukacji i czytelnictwa, zsynchronizowanych i jednakowych społecznych gustów mało kto ma swoją niepowtarzalną, oryginalną, przemyślaną i odstającą od zdania ogółu opinię. Przeciwnie, wszyscy chcą mieć to samo, myśleć tak samo i być tacy sami – dlatego nikt nie będzie umierał za wolność, sądy itp. Wielu nie rozumie, po co miałoby to robić i jakie znaczenie tego typu wolność ma w ich życiu, nie czuje, żeby była im do czegokolwiek potrzebna.

Niektóre partie polityczne, jak PiS, już odrobiły tę lekcję z przemian społecznych. Inne, jeśli chcą wygrywać z populistami w czasach, kiedy populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach – muszą się tego szybko nauczyć, inaczej wypadną z gry.

42-letnia zakonnica z Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola przywłaszczyła 460 tys. zł z konta ośrodka. Część tej kwoty należała do pensjonariuszy, którzy powierzyli DPS swoje oszczędności

Do przywłaszczenia 460 tys. zł z konta z domu pomocy społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola doszło na początku czerwca. Jedna z zakonnic pracujących w ośrodku zgłosiła to na policję. Ze sprawą od początku łączona była 42-letnia siostra zakonna, która zniknęła w tym samym czasie, gdy z konta Domu Pomocy Społecznej zniknęły pieniądze – pisze opole.naszemiasto.pl.

Dobrzeń Wielki k. Opola. Zakonnica przywłaszczyła pieniądze i uciekła z domu pomocy społecznej

Blisko pół miliona złotych, które przywłaszczyła 42-letnia zakonnica, to środki domu pomocy społecznej, ale także pieniądze przebywających w nim osób, które powierzyły ośrodkowi swoje oszczędności.

Sprawą zajęli się policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Opolu. Mundurowi namierzyli kobietę w ciągu kilku dni. Przebywała w jednym z miast województwa dolnośląskiego. Policja ustaliła także, że zakonnica miała wspólnika. Mężczyzna został zatrzymany w Opolu.

Zakonnica przekazała pół miliona nowo poznanemu mężczyźnie. „Tak pokierował jej zachowaniem”

Zakonnica poznała 43-mężczyznę zaledwie kilka dni przed przywłaszczeniem pieniędzy. Przekazała mu 500 tys. zł – środki z konta Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim oraz swoje prywatne fundusze.

Zastępca prokuratora okręgowego w Opolu prokurator Jacek Mikłuszka skomentował sprawę, mówiąc, że mężczyzna „tak wpłynął na 42-latkę, tak pokierował jej zachowaniem, że ta dopuściła się zarzuconego jej czynu” – cytuje natemat.pl.

42-letnia zakonnica usłyszała zarzut przywłaszczenia ponad 460 tys. zł, jej 43-letni wspólnik – zarzut oszustwa wobec mienia znacznej wartości. Wobec mężczyzny zastosowano karę trzymiesięcznego aresztu, z kolei zakonnica przebywa aktualnie w areszcie domowym. Obojgu grozi kara pozbawienia wolności do 10 lat.

Pedofil u Rydzyka i pisowskie zakłamanie Morawieckiego oraz Szydło

22 Maj

Proboszcz z Tylawy – skazany przez sąd za molestowanie 6 dziewczynek – wciąż codziennie odprawia msze – tak wynika z ustaleń reportera TVN 24 Leszka Dawidowicza. Ks. Michał M. w każdy piątek dzwoni też do Radia Maryja, by przeprowadzić poranny różaniec ze słuchaczami rozgłośni Tadeusza Rydzyka.

To ten sam ksiądz, którego sprawę umorzyła prokuratura w Krośnie. Jej ówczesny szef prokurator Stanisław Piotrowicz tak w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” tłumaczył księdza pedofila– „Dla dzieci nocowanie w obcym domu jest atrakcją. Kąpiel wynikała zaś z tego, że dzieci były brudne. Całowanie w usta według niego było na zasadzie „daj ciumka” czy „gilgotanie brodą”.

Proboszcz z Tylawy ostatecznie został skazany w 2004 roku na 2 lata więzienia. Ksiądz w rozmowie z reporterem TVN stwierdził, że Piotrowicz miał mu powiedzieć już po wyroku, że uważa, iż jest niewinny. – „Do dziś jest przekonany” – twierdzi ksiądz Michał M.

Reporter TVN24 rozmawiał z ofiarami Michała M. – „Dla mnie to jest potwór. To jest człowiek, który nigdy nie powinien pracować z dziećmi. On szukał ofiar, brał na kolana, ściskał aż się cały trząsł” – mówi dorosła już dzisiaj kobieta. Jak zaznacza dziennikarz TVN24, w świetle prawa świeckiego wyrok ks. Michała M. już się zatarł. W świetle wytycznych kościelnych pojawia się pytanie, dlaczego wciąż jest księdzem…

„Ksiądz z Tylawy odmawia co piątek różaniec w Radiu Maryja. Napisałabym, że czekam na deklaracje polityków, którzy tam masowo bywają, że nie przyjmą zaproszenia, póki to się nie zmieni, ale przecież nie czekam, bo to bez sensu” – podsumowała Dominika Długosz z „Newsweeka”. A prawniczka Dorota Brejza dodała: – „Różaniec na antenie Radia Maryja odprawia ksiądz z Tylawy skazany prawomocnie za molestowanie 6 dziewczynek. Ten sam ksiądz, którego „adwokatem” został prokurator Piotrowicz, ówczesny szef prokuratury w Krośnie (która umorzyła postępowanie). Mariaż tronu i ołtarza”.

„Do PMM: Twierdził Pan w prokuraturze, że o działkach wie od kard. Gulbinowicza. Pańska żona twierdzi, że od pośrednika nieruchomości. – Kto kłamie? Pan do protokołu i pod przysięgą? Czy żona? Czy kłamiecie państwo oboje? Bo oboje nie możecie mówić prawdy” – oznajmił na Twitterze wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski. To jego komentarz po dzisiejszej konferencji prasowej Mateusza Morawieckiego. A chodzi o „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”.

Premier zawile usiłował się dziś tłumaczyć, głównie atakując dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.  – „To atak na moją małżonkę” – mówił Mateusz Morawiecki. Pozwolił też sobie na taki komentarz: – „Jak będę od tej pory czytał wyniki meczów, tabelę ligową w „Gazecie Wyborczej”, to będę również sprawdzał na wszelki wypadek w innych mediach”.

„Złapany za rękę mówi, że to nie jego ręka – klasyk”; – „Sytuacja teoretycznie tylko możliwa w sytuacji, gdy kardynał po godzinach jest pośrednikiem nieruchomości”; – „Gulbinowicz był pośrednikiem, państwo M. słupem. Zaraz pojawi się pewnie jakiś bezdomny z Maybachem…..” – „Obstawiam, że to fachowiec od oszczędnego gospodarowania prawdą”; – „Że też mi nigdy żaden pan kardynał (ani nawet pan biskup, lub chociaż pan proboszcz) nie powiedział, że mogę tanio hektary kupić…” – komentowali internauci.

Nie można bać się hejtu – skuteczną odtrutką na niego jest odwaga i siła własnych przekonań.

Od jakiegoś czasu, a jest to zwłaszcza widoczne w kampanii wyborczej, zauważyłam, że najważniejszym politycznym kryterium zrobienia lub niezrobienia czegoś, zagłosowania za lub przeciw, podjęcia takich czy innych ustaleń jest: co na to powie konkurencja polityczna? Co napiszą rządowe media? Jak będzie można to zmanipulować w oczach opinii publicznej? Czy to, co chcemy zrobić nie zostanie, aby przekręcone i nie posłuży do ataku na nas? Czy nie będzie zbyt łatwe do użycia przeciw nam? I oczywiście nieśmiertelne: czy to się naszej partii opłaca? Czy urośnie nam czy spadnie w sondażach?

Rozumiem tę postawę i rozumiem, że wynika ona z bezprecedensowego w historii pokomunistycznej Polski upadku debaty publicznej, botów, fejków, manipulacji, propagandy i brutalnych, personalnych nagonek, a jednak pozwolę sobie ją skrytykować. Bo moim zdaniem wiele z polskich bolączek wynika właśnie z tego, że już niemal wszyscy (choć nie wszyscy na szczęście!) politycy zapomnieli, że powinno się brać pod uwagę tylko jedno jedyne kryterium: czy to, co chcemy zrobić jest słuszne? Czy jest dobre dla ludzi? Czy przyczyni się do rozwoju obywateli, Polski, także w dłuższej perspektywie?

Wiem, że to trudne i pracochłonne. Znam wszystkie argumenty przeciw, łącznie z tym, że „my będziemy szlachetni i dobrzy, a tymczasem przeciwnicy nie mający takich skrupułów nakradną, nakłamią i wygrają wybory i wtedy żadne z tych szczytnych planów się nie ziszczą”. A jednak uważam, że mam rację.

Nigdy nie sądziłam, że to, że coś jest trudne jest argumentem, żeby tego nie robić. Nigdy nie uważałam, że to, że coś na początku jest niepopularne jest argumentem, żeby tego nie robić. Dla mnie taka sytuacja oznacza tylko tyle, że trzeba włożyć więcej pracy, więcej wysiłku, więcej pomysłów, żeby przekonać do tego ludzi, zarazić ich swoją pasją i swoją wizją. I bardzo bym chciała, żeby tak myśleli także politycy.

Nie oczekujmy od polityków mniejszego zła i przeciętności. Oczekujmy tego, co najlepsze, programu i projektu, jak się rozwinąć kulturowo i cywilizacyjnie, jak żyć w kraju sprawiedliwym, przejrzystym, sprawnym, praworządnym i tolerancyjnym, życzliwym. Oczekujmy, że będą mieli na to plan, pomysły i recepty. Nie przyjmujmy niekompetencji i byle jakich tłumaczeń, bo zawsze tylko to będziemy dostawać.

I na koniec jedna tylko uwaga. Politycy, którzy sądzą, że jak będą „grzeczni”, poprawni politycznie i nie będą się narażać, unikną hejtu, bardzo głęboko się mylą. Istotą hejtu, wbrew angielskiej nazwie, nie jest bowiem nienawiść, tylko władza nad drugim człowiekiem. I ustępowanie hejterom kończy się dokładnie tak, jak ustępowanie terrorystom – zastraszeniem, śmiercią, czasem fizyczną, a czasem cywilną i nieuchronną eskalacją żądań.

Jestem przekonana, że jedyną sensowną strategią wobec hejtu jest składanie doniesień organom ścigania i ograniczanie go metodami prawnymi. Poza tym trzeba robić swoje, nie ustępując na krok. Bo nie tchórzostwo jest skuteczną odtrutką na hejt, tylko odwaga i siła własnych przekonań. A że to trudne? Jak wszystko, co jest coś warte.

Krzysztof Brejza pyta Morawieckiego o jego majątek zdobyty krętactwami i oszustwami. Taki to ancymonek z premiera

20 Maj

Krzysztof Brejza o zakupie przez Matusza Morawieckiego i jego żonę działki od Kościoła we Wrocławiu.

>>>

Proboszcz, który okazyjnie sprzedał Morawieckiemu działki, warte dziś 100 razy więcej, po objęciu funkcji premiera przez obrotnego działkowca awansował na stopień generał. Mimo, że od lat był już przeniesiony do rezerwy. No, grubo… #AferaMorawieckiego

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>

Mateusz Morawiecki to tylko oszust, kłamca, krętacz. Taki właśnie idealnie pasuje Kaczyńskiemu

20 Maj

Jeszcze nie tak dawno Mateusz Morawiecki mówił, że „Wielu ludziom, w tym i mnie, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy patrzyliśmy, jak pod płaszczykiem haseł wolnego rynku następuje uwłaszczenie postkomunistów i osób dokooptowanych do systemu III RP”, piętnował uprzywilejowaną pozycję elit z epoki PRL i wspaniale wpisywał się w retorykę PiS, który na każdym kroku podkreśla nową „dobrą zmianę”, która walczy z reliktami złej przeszłości.

Zdecydowanie bardziej woli pokazywać twarz premiera, zatroskanego o losy zwykłego obywatela, więc bardzo niechętnie mówi o własnym majątku.

Na krótko przed wejściem do polityki dokonał podziału majątku i to jego żona jest współwłaścicielem kilku mieszkań we Wrocławiu oraz willi w Warszawie, której zakup sfinansowano częściowo z kredytu z BZ WBK, gdy to właśnie on był jego prezesem.

Teraz „Gazeta Wyborcza” wpadła na trop kolejnej inwestycji premiera. To działki, w sumie 15 ha gruntu, które Morawiecki kupił w 2002 roku od Sławomira Żarskiego, proboszcza cywilno-wojskowej parafii pw. św. Elżbiety na wrocławskim Oporowie. Trzy lata wcześniej ziemia ta trafiła do parafii na mocy ustawy, pozwalającej dolnośląskim parafiom jako spadkobiercom parafii niemieckich ubiegać się o zwrot maksymalnie 15 ha gruntów z zasobu skarbu państwa. Nad tym procesem czuwała Agencja Nieruchomości Rolnej. Jak się okazało, jej urzędnicy szybko zwietrzyli w tym dobry interes i domagali się łapówek od niektórych duchownych za działki, co do których już były zaplanowane inwestycje. Wybuchła afera, urzędnikom postawiono zarzuty korupcyjne oraz narażenia skarbu państwa na 32 mln zł strat, a jednym ze świadków w sprawie był właśnie dzisiejszy premier.

Jak tłumaczył w prokuraturze, w marcu 2006 roku, „o możliwości nabycia działek na Oporowie dowiedziałem się od księdza kardynała Henryka Gulbinowicza (…) Moja rodzina od wielu lat dobrze zna księdza kardynała i z tego powodu ja czasami bywam u niego w gościnie. Pod koniec lat 90. głośno było o możliwości nabycia nieruchomości od Kościoła i ja, słysząc te informacje, zapytałem w czasie któregoś spotkania z księdzem kardynałem o takie nabycie”. Zapewnił też, że w chwili, gdy kupował owe działki, nie miał żadnej wiedzy o jakimkolwiek planie zagospodarowania przestrzennego tych terenów.

Czy rzeczywiście? Był przecież w tym czasie członkiem zarządy BZ WBK i radnym sejmiku dolnośląskiego z ramienia AWS, dzięki czemu miał dostęp do planów rozwoju miasta. Jak mówi jeden z ówczesnych członków rady miasta, „Wierzycie, że członek zarządu wielkiego banku, radny sejmiku znający funkcjonowanie samorządu kupowałby kota w worku, nie sprawdzając, jakie jest przeznaczenie tych gruntów? (…) Mateusz musiał wiedzieć, że płaci ułamek tej kwoty, którą są warte działki. To był czas inwestycyjnego boomu w mieście. Każdy, kto miał zamiar inwestować w ziemię, przed zakupem biegał do urzędu, by sprawdzić plany i studium”.

Już rok przed zakupem działek przez Morawieckiego rozpoczęły się prace nad planem rozwoju, a w 2003 roku „dziwnym trafem” radni uchwalili, że na terenach, których część stanowi działka premiera, prowadzona będzie aktywność gospodarcza oraz przebiegnie tu „ulica głównego ruchu przyspieszonego”. Mateusz Morawiecki i jego żona od lat zajmująca się nieruchomościami, o tym nie wiedzieli? Niemożliwe.

Wprawdzie Morawiecki przekonuje, że działki kupił razem z żoną i to ona dokonała tego zakupu. To ona dowiedziała się o możliwości kupna tej ziemi, choć w prokuraturze premier mówił jednak coś innego. Przyznał, że o działkach dowiedział się od kardynała Gulbinowicza. Zwraca też uwagę na ustaloną rozdzielność majątkową, choć sam obraca tymi działkami do 2013 roku, kiedy to przepisuje je na żonę. Ktoś więc tutaj kłamie i próbuje mataczyć, prawda?

Cokolwiek i jakkolwiek, ale jedno jest pewne. Kupione za 700 tys. zł działki, warte są dzisiaj nawet 70 mln zł. Pan premier zrobił świetny interes…

PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów.

Standardowy plan każdej kampanii wyborczej PiS, który polega na tym, że najpierw wymyśla się jakieś zagrożenia, a potem ogłasza świetny plan obrony przed nimi, tym razem nie wypalił. Zderzył się z przeszkodą tak poważną, że nawet Kaczyński nie potrafił jej pokonać stosując zwykłą procedurę. Ta procedura polega na tym, że najpierw wmawia się ludziom, że czegoś, co ich bulwersuje, nie ma, potem nazywa się to coś odgrzewanym kotletem, by na końcu problem nadmuchać i wytypować jego rzekomych autorów z krótkiej listy: Tusk, PO i PSL, kasty i układy, obecna opozycja, aktualnie protestująca grupa zawodowa lub społeczna, w ostateczności lewacy i niezidentyfikowani wyznawcy ideologii gender.

Ujawnienie przez braci Siekielskich wierzchołka góry lodowej ozdobionej transparentem „UWAGA – pedofile w koloratkach!” wywołało popłoch w szeregach PiS. Panika ogarnęła nawet ichniejszych speców od propagandy i agitacji. Po raz pierwszy zabrakło spójnego stanowiska partii i rządu, a wytyczne przekazywane funkcjonariuszom Kaczyńskiego zmieniały się z dnia na dzień. Pod naciskiem dziennikarzy prominenci zmuszeni zostali do prezentowania dawno nieużywanego własnego zdania. Beata Kempa pytała z oburzeniem – jak to jest, że atakuje się księdza, a broni Polańskiego? Jan Kanthak (rzecznik ministra Ziobry) poszedł jeszcze dalej twierdząc, że pedofilia to znacznie bardziej problem nauczycieli niż księży. Marek Caryca Suski objaśnił, że to Wałęsa zapalił światło dla pedofilii w Kościele, bo tolerował zboczenia swojego spowiednika, księdza Franciszka Cybuli. Znany powszechnie z gołębiego serca Andrzej Dera zastanawiał się w narodowym radiu, jaki jest sens ścigać 80-letnich pedofilów. Profesor od filozofii politycznej Ryszard Legutko najpierw założył, że 12-letnie chłopaki „same tego chcą”, a następnie wydedukował, że „to nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia”.  Nie zmarnował okazji także sam premier Morawiecki głosząc, że winni rozpowszechnienia tej zarazy są esbecy i komuniści.

Po okresie propagandowego woluntaryzmu PiS-owscy inżynierowie dusz otrząsnęli się w końcu i zaczęli klecić coś na kształt spójnego przekazu. Jest więc tak: generalnie problem pedofilii w Kościele został rozdmuchany, bo podobnie, a właściwie jeszcze gorzej, jest w innych grupach zawodowych, na przykład wśród nauczycieli i murarzy. Dlatego nie ma sensu powoływanie jakiejś cywilnej komisji do zbadania sytuacji w Kościele, to znaczy sens jest, ale trzeba zbadać sytuację we wszystkich środowiskach w całej Polsce. Podkreślać należy przy tym, że obecna władza dotychczas wiele zrobiła dla ukrócenia pedofilii, w odróżnieniu od poprzedników, którzy sprzeciwiali się ujawnianiu pedofilów w specjalnym rejestrze. Co prawda w tym rejestrze prawie nie ma księży, ale to wina korporacji sędziowskiej, która nie chciała skazywać duchownych.  Teraz sędziowie zwalają winę na prokuratorów, którzy nie stawiali przestępców w sutannach przed sądem, ale niby skąd policja i prokuratura mieli wiedzieć o tych przestępstwach, skoro w Kościele nie było dotąd obowiązku zgłaszania przypadków pedofilii organom ścigania?

Kiedy PiS potyka się o jakiś poważniejszy problem społeczny, to często ich jedyny dylemat sprowadza się do wyboru, czy użyć pałki czy rewolweru. Władza uznała, ze pedofilii w polskim Kościele zaradzić można podnosząc kary i ograniczając prawo sędziów do indywidualnej oceny sytuacji, poprzez zaciśnięcie widełek wyznaczających granice orzekania kary. Co prawda, wszyscy profesjonalni eksperci od dawna twierdzą, że o ograniczeniu skali przestępstw nie decyduje wysokość kary, a nieuchronność i szybkość jej wymierzenia, ale Kaczyński z Ziobrą wiedzą swoje. Więc jeśli kiedyś, po następnym filmie braci Siekielskich, okaże się, że 30 lat więzienia nie wystarczy, to pewnie zaproponują za pedofilię dożywotnie więzienie. Potem pozostanie jeszcze możliwość stosowania łącznie kary śmierci oraz grzywny.

Zastosowana przez rządzących terapia pedofilii w Kościele to jak zaordynowanie człowiekowi z uszkodzonym kręgosłupem leków na schizofrenię. Choćby minister Ziobro trzy razy dziennie publicznie deklarował swoje obrzydzenie do pedofilów, to nie przekona mnie, że jego prokuratorzy ścigać będą przestępców w sutannach z większą ochotą niż prokurator Piotrowicz ścigał księdza z Tylawy. Choćby Siekielscy wyprodukowali cały serial wstrząsających relacji o trądzie w polskim Kościele i choćby obejrzeli je wszyscy dorośli Polacy, to nie wyobrażam sobie, by obecna władza zgodziła się na skucie kajdankami choćby jednego biskupa. Już woli kompromitować się do reszty argumentami, że hierarchowie nie mieli dotąd żadnego obowiązku zgłaszania przestępstw podległych im księży. Jakby wycięto z kodeksu karnego cały rozdział XXV, począwszy od art. 197 traktujący o gwałtach. Jakby księdza, który przyczynił się do samobójstwa ministranta, nie dotyczył artykuł 151 KK. I w konsekwencji – jakby w polskim prawie nie było paragrafów karzących za współudział w przestępstwie, za pomoc udzielaną przestępcom, za ukrywanie przestępców i ich czynów.  Pominę konstytucyjny zapis o równości wobec prawa, bo rządzący już dawno uznali, że Konstytucja ich nie dotyczy.

Czemu PiS tak zacięcie broni Polakom dostępu do mrocznych tajemnic purpuratów, ryzykując utratę ostatnich rysów twarzy i resztek wiarygodności oraz narażając się na konflikt z przyzwoitą częścią hierarchów, którzy nie widzą „ręki podniesionej na Kościół”, ani tym bardziej na Polskę? Moim zdaniem jest tak: rządzący nie są zblatowani z całym Kościołem hierarchicznym, a jedynie z jego zaściankowym, zapyziałym odłamem, z tymi właśnie przedstawicielami Kościoła, którzy mają największe zasługi w kryciu przestępców w koloratkach. To sojusz bezczelnych arogantów i egocentryków przekonanych o swojej nieomylności uprawniającej do sprawowania rządu dusz. Łączy ich wizja Polski wolnej od wpływu cywilizowanych krajów, które poradziły już sobie z pedofilią kleru. PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów. Bronią się nawzajem ludzie zdemoralizowani, pazerni na doczesne dobra „które im się należą”, nieczuli na los krzywdzonych przez siebie „maluczkich”. Aroganccy dygnitarze od tronu i ołtarza, nawykli do hołdów i wymuszający posłuch, z konieczności żyją dziś w symbiozie .

Tacy ludzie przeważają dziś zarówno w Kościele, jak i we władzy świeckiej. Jeśli pozwolimy im panoszyć się dłużej, to obawiam się, że demolka Polski, a szczególnie polskich sumień, może okazać się nieodwracalna.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Macierewicz z Tworek, Kaczyński z Nowogrodzkiej. Zadanie intelektualne: jak takie pokraki doszły do tak ogromnej władzy?

26 Kwi

„Jarosław Kaczyński zobowiązuje się zapłacić na rzecz Geralda Birgfellnera kwotę 50 tys. zł wraz z odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia 21 marca 2019 r. do dnia zapłaty, w terminie 7 dni od zawarcia ugody tytułem zwrotu nienależnego świadczenia, które przyjął od Geralda Birgfellnera w gotówce w dniu 7 lutego 2018 r.” – takiej treści ugodę sądową zaproponował prezesowi PiS Gerald Birgfellner i oddał sprawę w ręce wymiaru sprawiedliwości.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza” austriacki biznesman Gerald Birgfellner złożył do sądu wniosek o wezwanie Jarosława Kaczyńskiego do dobrowolnego zwrotu 50 tys. zł.

Pieniądze, które wcześniej przekazał prezesowi PiS, miały być zapłatą dla księdza z fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Po duchownym ślad wszelki zaginął, a prezes z uporem nie odbiera listów poleconych z wezwaniem do zwrotu pieniędzy.

Na wezwanie sądu prezes PiS będzie musiał się już stawić. Jeśli tego nie zrobi, sąd może zaocznie nakazać mu zwrot pieniędzy.

W piśmie, które w czwartek złożył do sądu pełnomocnik Austriaka mec. Roman Giertych pisze, że 50 tys. zł, które Birgfellner miał przekazać Kaczyńskiemu, jest „świadczeniem nienależnym” i jako takie podlega zwrotowi.

Ponadto, Birgfellner – zdaniem adwokata – „pozostawał w błędnym przekonaniu, że zapłata jest konieczna do uzyskania podpisu pod uchwałą, od której podjęcia uzależniona była realizacja inwestycji”.

Giertych zwraca uwagę na to, że biznesmen „jest obcokrajowcem, nie zna polskiego prawa ani statutu fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego, stąd nie miał świadomości, że nie istniał żaden stosunek zobowiązaniowy, w ramach którego byłby on zobowiązany do zapłaty kwoty 50 tys. zł za podpis członka organu fundacji”.

Mylił się ten kto sądził, że Antoni Macierewicz wygodnie usadowił się już w swojej „szafie” i zgodnie z PiSowskim „protokołem” do wyborów będzie siedział cicho. Niestety! Były szef resortu obrony nie powstrzymał się i zabrał głos w sprawie strajku nauczycieli.

„Próba ataku na państwo polskie, próba zasłaniania się uczniami, czynienia tarczy z uczniów, z młodzieży w walce z państwem, to coś zupełnie niebywałego, coś, czego nigdy w przeszłości nie było i mam głęboką nadzieję, że nigdy więcej się nie powtórzy” – zagrzmiał były minister w feliet

„Ci nauczyciele, których jeszcze moje pokolenie pamięta, którzy potrafili przeciwstawić się komunizmowi, którzy potrafili przeciwstawić się demoralizacji moralnej, ale także atakowi na polskość, na formację niepodległościową, Kościół katolicki, na to wszystko, co jest dla Polski i dla polskości najważniejsze, ci sami nauczyciele, czy też kierownictwo, bo mówimy tylko i wyłącznie o kierownictwie ZNP, stali się jakby przedłużeniem czasów komunistycznych, przedłużeniem działań wymierzonych w polskość” – powiedział Antoni Macierewicz.

Stał się tym samym jednym z najbrutalniejszych i niesprawiedliwych krytyków zrywu polskich pedagogów – po Patryku Jakim, który wcześniej porównał ich do żołnierzy Wehrmahtu. Wiceminister co prawda później wycofał swoją inwektywę, ale… obraźliwe słowo padło, panie Jaki i raczej będzie zapamiętane.

Oświatowy „okrągły stół” to stół-atrapa, stół-dekoracja, służący pozorowaniu dialogu.

Lubimy sobie pogadać. Wprawdzie z tygodnia na tydzień staliśmy się europejską Doliną Krzemową (pan premier wcale się nie pomylił, bo część Polski właśnie zasypał piasek znad Sahary), ale zanim zaczniemy się w świecie kojarzyć z półprzewodnikami, słyniemy głównie meblarstwem. Owszem, chodzi tylko o stoły i do tego jedynie te okrągłe, ale za to na tym polu skutecznie konkurujemy w świecie nawet z IKEĄ. Choć „okrągły stół” to wynalazek brytyjski, Lech Wałęsa odebrał go królowi Arturowi i teraz stół bez kantów stanowi w świecie symbol polskiej pokojowej rewolucji, przeprowadzonej samą siłą słowa, siłą mądrego kompromisu osiągniętego w dialogu.

To nie przypadek. „Długie, nocne Polaków rozmowy” mamy w narodowym genotypie i może dlatego częściej „lejemy wodę” niż przelewamy krew. Toteż partia aktualnie rządząca, która zresztą sztukę przelewania z pustego w próżne opanowała do perfekcji, w obliczu buntu elit gorszego sortu też postanowiła się odwołać do narodowej tradycji „przegadywania” problemów i zaprosiła buntowników do dialogu przy „okrągłym stole”.

Ale – jak to ona (partia, znaczy) – zrobiła to po swojemu, jako że skupia w swoich szeregach zwolenników szczególnego rodzaju dialogu. Wewnętrznego, mianowicie. Od przejęcia władzy mówią oni głównie sami do siebie. Niektórzy uważają, że to objaw zaburzeń kognitywnych, ale chodzi raczej o to, że nie ma sensu gadać z gorszym sortem.

O szczegółach konstrukcji nowej wersji „mebla” opowiedział w programie red. Piaseckiego Jacek Sasin. „Stół” ma więc stanąć na stadionie, bo dyskusja o stanie edukacji ma być powszechna i demokratyczna. Pan poseł określił plotkę o kilku tysiącach uczestników „rozmowy” jako „fejk njusa”, ale potwierdził, że do udziału w debacie zaproszono… każdego, kto się zgłosi.

I to jest pierwsza, a też chyba najważniejsza różnica między „stołami”. Bo przy tamtym pierwszym zasiedli wyłącznie starannie wybrani „decyzyjni” przedstawiciele różnych środowisk oraz najlepsi eksperci reprezentujący wszystkie strony dialogu. Tutaj natomiast o przyszłości polskiej szkoły mają rozmawiać wszyscy chętni. Zwłaszcza ci, co to „nie wiedzą, więc się wypowiedzą”. Bo – jak argumentował pan poseł – sprawa dotyczy nas wszystkich.

Demokracja to – jak wynikło z wypowiedzi pana posła – „demo – racja”. Większość ma władzę, to i większość ma… rację! No, fakt. Jak to czytać po polsku… A wiadomo, że w partii aktualnie rządzącej z językami obcymi jest tak sobie. A już z łaciną, to w ogóle…

Przekonanie, że wszyscy znają się w Polsce na wszystkim świadczy zresztą o wyjątkowym szacunku władzy dla Narodu i uznaniu jego zbiorowej inteligencji, co daje się zresztą obserwować od początku rządów PiS. I tak, na przykład, ekspertem w podkomisji smoleńskiej został jeden pan, który się na lotnictwie zna, bo „dużo latał samolotem”. W charakterze pasażera, ale zawsze. A całkiem niedawno na dyrektora szpitala awansował inny pan, który doskonale rozumie problemy służby zdrowia, ponieważ „dużo chorował”. Wracając zaś do edukacji, to cała reforma oświaty została w dużej mierze oparta na pomysłach pewnej sympatycznej pary, której kwalifikacje polegają na posiadaniu kilkorga dzieci.

No, ale – na przykład – resortem sprawiedliwości rządzi dziś skromny magister prawa, a inna pani magister rozstawia po kątach profesorów belwederskich w Trybunale Konstytucyjnym… Oboje państwo uczą też podstaw prawa międzynarodowych ekspertów i przeróżne gremia, od Komisji Weneckiej po Europejski Trybunał Sprawiedliwości, no bo skoro wygrali wybory, to przecież… mają rację. „Demo – racja” rządzi!

Skoro zaś władza ma zastąpić wiedzę, to naród może sobie dyskutować do woli. Może gadać do upojenia, bo w tym momencie chodzi już tylko o samo… gadanie.

Nowy „okrągły stół” ma być – z założenia – stołem ze sklejki. Stołem-atrapą. Stołem-dekoracją, służącym do pozorowania dialogu. Przecież wszystkim i tak wiadomo, że władza nie zamierza spełnić żadnego z postulatów zbuntowanych „belfrów”. Nie zaprosi też żadnych ekspertów gorszego sortu, a jeśli nawet, to przecież nie zamierza ich słuchać. No i żadne rozwiązania wypracowane w takich warunkach też nie będą dla nikogo wiążące.

Rządzący i tak wiedzą wszystko najlepiej. Decyzje natomiast, co do reform w oświacie, już zostały podjęte, i to bynajmniej nie przez panią minister od oświaty. W tej sytuacji „okrągły stół” bis zapowiada się na klasyczny dialog „dziada z obrazem”.