Tag Archives: Janusz Schwertner

Chamska hołota Kaczyńskiego

5 Czer

Jarosław Kaczyński kolejny raz wpisuje się do annałów chamstwa politycznego.

Ten cham i prostak psim swędem sięgnął po niemal dyktatorską władzę, mimo nienawiści do rodaków, Polski i przeciwników politycznych.

Napisałem „mimo”, ale tak jest w wypadku podobnych zakompleksiałych ludzi. Władza wpada im w ręce w wyniki splotu okoliczności.

Kaczyński tym razem popisał się „chamską hołotą”, tak nazywając opozycję w trakcie wystąpienia Barbary Nowackiej, gdy doszło do rytualnej debaty nad odwołaniem ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego.

No, cóż, „chamska hołota” może być gwoździem do trumny Kaczyńskiego. Trumny politycznej, lecz z takim obciążeniem (alegoria: wieka trumny) nie zawsze można żyć i ostatecznie zostać przytrzaśniętym dosłownie.

Ile zła uczynił Kaczyński, nikomu po 89 roku nie udało się.

To miała być rytualna debata nad wotum nieufności wobec ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Rytualna, bo PiS ma większość, żeby wniosek odrzucić. Zostało już tylko głosowanie, gdy prezes PiS Jarosław Kaczyński zaczął wyzywać posłów opozycji.

Wydawało się, że wszystkie sejmowe emocje 4 czerwca 2020 wyczerpała popołudniowa debata nad wotum zaufania dla rządu Mateusza Morawieckiego. Złożony nagle przez premiera wniosek o wotum stał się de facto wiecem wyborczym Andrzeja Dudy: szef rządu zachwalał prezydenta i gromił z mównicy opozycję, zarzucając jej „jątrzenie”, „judzenie” i „pieniactwo”.

Wydawało się, że wszystkie sejmowe emocje 4 czerwca 2020 wyczerpała popołudniowa debata nad wotum zaufania dla rządu Mateusza Morawieckiego. Złożony nagle przez premiera wniosek o wotum stał się de facto wiecem wyborczym Andrzeja Dudy: szef rządu zachwalał prezydenta i gromił z mównicy opozycję, zarzucając jej „jątrzenie”, „judzenie” i „pieniactwo”.

Nowacka: Jak on śmie mnie wyzywać

Wicemarszałek Terlecki zarządził pięć minut przerwy. Kiedy obrady wznowiono, na mównicę znów weszła Barbara Nowacka, wciąż wyraźnie poruszona słowami Kaczyńskiego. Wykazała się jednak politycznym refleksem umieszczając wybuch pogardy Kaczyńskiemu w szerszym kontekście:

„Panie marszałku, lepsizm pana prezesa słyszałam już parę razy, wtedy, kiedy wchodził na ten cmentarz, na który ja wejść nie mogłam, bo wtedy jego ból był lepszy od mojego.

Na ten sam cmentarz, na którym leży moja matka, ofiara katastrofy smoleńskiej. Ale on wszedł, składać kwiaty swojej matce i swojemu bratu, a inni nie mogli. I teraz, dzisiaj, śmie mnie wyzywać!

Po raz kolejny widzimy, czym jest PiS. Nowa solidarność buduje się wśród ludzi, tych którzy wspierali chorych, tych, którzy szyli maseczki, a PiS zaprezentował nam po raz kolejny swoją dojną zmianę.

Arogancja, którą widzieliśmy tutaj na sali, korupcja, nepotyzm, to są wasze imiona, nowa elito z PiS!”.

W tym momencie Terlecki wyłączył Nowackiej mikrofon.

Więcej o „wystąpieniu” Kaczyńskiego >>>

Premier Morawiecki wystąpił o wotum zaufania dla rządu. W Sejmie krzyczał na opozycję, obrażał mniejszości, mijał się z prawdą. Jego wystąpienie z loży prezydenckiej oglądał rozbawiony prezydent Duda. Rząd wotum uzyskał.

W czwartek 4 czerwca 2020 wszystko zdarzyło się w trybie, który przejdzie do historii polskiego parlamentaryzmu jako „tryb Prawa i Sprawiedliwości”: z zaskoczenia, w błyskawicznym tempie uniemożliwiającym racjonalną dyskusję i sprowadzającym Sejm do dekoracji dla poczynań władzy.

Na godzinę 11:00 prezydent Andrzej Duda zaprosił do siebie premiera Mateusza Morawieckiego, a po kilkunastu minutach pojawiła się informacja, że szef rządu złożył wniosek o wotum zaufania. Następnie obaj panowie pojechali do Sejmu, a już za chwilę Morawiecki oklaskiwany przez Dudę wchodził na mównicę, by zachwalać swój rząd, gromić opozycję i wzywać Polaków do poparcia Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich.

O godz. 16:04 odbyło się głosowanie nad wotum zaufania, które było czystą formalnością. 235 posłów było za udzieleniem wotum, 219 przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu. Po udzieleniu wotum PiS-owska większość skandowała „Mateusz, Mateusz”, a premier otrzymał bukiet kwiatów.

(…)

Przede wszystkim chodzi o stworzenie wrażenia, że wotum zaufania dla rządu to przede wszystkim… sukces prezydenta Andrzeja Dudy. To próba wykreowania – dość karkołomna i desperacka, biorąc pod uwagę aktywność Dudy przez ostatnie pięć lat – wizerunku prezydenta jako rzeczywistego lidera „dobrej zmiany” i gwaranta spokoju społecznego”

Koncert największych przebojów

Morawiecki posługiwał się bardzo ostrym językiem: mówił, że trzeba wyplenić zło, a opozycji zarzucił, że „jątrzy” oraz „judzi”. To – mamy małą nadzieję, że nieświadome – nawiązanie do propagandy PRL: to wówczas opozycja nigdy nie krytykowała władzy, nie miała postulatów i pomysłów, tylko własnie jątrzyła i judziła, burząc spokój społeczny. „Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” – gdyby to pytanie Wojciecha Jaruzelskiego znalazło się w sejmowym przemówieniu premiera, pasowałoby jak ulał.

Więcej o inscenizacji Morawieckiego, bo wali się kampania Dudy >>>

To nie było tak, że „weszła do mieszkania i z rozpaczy pękło jej serce”. Ona nam zmarła tuż przed kamerą. Chcieliśmy, żeby były emocje i żeby były łzy. No i przegięliśmy.

Docieramy do osób, które w ostatnich latach przyglądały się pracy bliskich współpracowników Andrzeja Dudy: Piotra Matczuka i Anny Plakwicz z firmy Solvere. To PR-owcy odpowiedzialni za obecną kampanię prezydenta, a wcześniej autorzy serii kampanijnych sukcesów Prawa i Sprawiedliwości. Oboje od lat blisko współpracują z innym marketingowcem: Michałem Lorencem, synem znanego kompozytora. Razem tworzą grupę odpowiedzialną za niemal cały marketingowy przekaz PiS.

Porażający tekst o śmierci na planie spotu politycznego PiS >>>>

Premier próbował przemycić ludziom bajkę, której już nie chcą słuchać. Po 5 latach opowieści o milionie elektrycznych samochodów, 100 tysiącach mieszkań itd. ludzie zaczynają rozliczać PiS, Andrzeja Dudę i domagają się konkretów – mówi prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Mam wrażenie, że Andrzej Duda wszedł w te same koleiny co Bronisław Komorowski, że cokolwiek zrobi, staje się śmieszne. Nawet gdy Andrzej Duda zwraca uwagę na problem retencyjny i suszę, to robi to w tak nieporadny sposób, że wychodzi, że dba o oczka wodne w ogrodach, co nie buduje go jako prezydenta Rzeczpospolite – dodaje.

Wywiad z Migalskim >>>

W staraniach, by Polska rosła w siłę, a ludzie przy władzy żyli dostatniej, „dobra zmiana” wyprzedza komunistycznych sekretarzy o dobrych kilka długości.

Co, jak co, ale susza nam w tym roku raczej nie grozi. Nie, żeby IMiGW zapowiadał falę opadów. Wręcz przeciwnie, już za chwilę rozpoczną się nad Wisłą i Odrą afrykańskie upały. No, ale od czego mamy polityków i to jeszcze polityków w szczycie formy i kampanii wyborczej.

Felieton Bożeny Chlabicz-Polak >>>

Wstydem jest pracować dla PiS

23 Lu

Przez kilka dni zdominowała przestrzeń polityczną szefowa sztabu Dudy Jolanta Turczynowicz-Kieryłło.

Kobieta ładna, ale przysłowiowa blondynka, choć kolor włosów ma inny. Dlaczego? Nieciekawa intelektualnie, wątpię, czy dobra prawniczka i popełniająca błędy – zarówno logiczne (marny prawnik zatem) i kulturowe. Co świadczyłoby, iż nie odrobiła wykształcenia, na którym budujemy osobowość.

Dlaczego została szefową sztabu? To świadczyłoby, iż PiS nie ma żadnego zaplecza intelektualnego, nikt znaczny nie chce być na ich usługach.

Związać się z PiS to swego rodzaju wstyd. Dlatego tak marni politycy występują w tej partii i tak beznadziejni dziennikarze ich bronią.

Jeden z liderów Lotnej Brygady Opozycji Arkadiusz Szczurek udzielił wywiadu portalowi OKO.press, w którym to dokonuje rozdziału nienawiści i pogardy.

I należy się z nim zgodzić, iż do Dudy można mieć tylko pogardę, bo to mały człowiek, który nie broni Konstytucji, ale będąc na usługach Kaczyńskiego, będąc jego pachołkiem, łamie Konstytucję.

To w końcu Duda używa języka nienawiści w stosunku do sędziów, którzy stoją na straży niezależności sądów i tego standardu demokracji.

Propaganda PiS powtarza się, że udawaliśmy pucczan. To absurd, nikt nikogo nie udawał. Duda też nie udawał, że jest z Pucka, prawda? Nienawiści do pana prezydenta nie czuję. Jeżeli już, to pogardę. Mamy prawo krzyczeć i gwizdać. Jesteśmy w końcu suwerenem wyposażonym w narządy głosowe – mówi Arkadiusz Szczurek z Lotnej Brygady Opozycji.

A co krzyczycie do pana prezydenta kochanego?

„Kłamca”, „Będziesz siedział”, „Trybunał Stanu”, „Republika banasiowa”, „Przestań łgać”. Na Pomorze wzięliśmy megafon, taki zwykły za 400 zł, żeby pan prezydent lepiej słyszał. Poza tym używamy gardeł.

Jesteśmy w końcu suwerenem wyposażonym w narządy głosowe. Nasze główne słowo to „WyPAD”, transparent – „Przestańcie kraść. WyPAD 2020”.

I ile osób rusza śladami Dudy?

Uwaga, nawet ty powielasz kalki medialne. To pytanie robi wrażenie, jakbyśmy to robili systematycznie, wiele razy. PiS i media publiczne robią z nas potężną organizację. OK, niech przeceniają nasze możliwości, niech się boją, ale wy powinniście pisać prawdę, lecieć konkretami, jak to w OKO.press.

Więc poczekaj, policzę.

Do Wejherowa i Pucka pojechali Adam „Wiśnia”, Wiśniewski, Karol Grabski, Stasia Skłodkowska, Piotr „Łopata” Łopaciuk, Kasia Goldian, Julka Łowkis, i ja, nazwisko już podawałem. Czyli siedem osób.

Kto z Platformy koordynuje waszą działalność? I kto was opłaca?

(Śmieje się). Panie prokuratorze kochany! Na Pomorze zaprosili nas miejscowi. W Pucku, Wejherowie, Gdyni, Gdańsku są na Dudę strasznie wkurzeni od czasów, gdy zawetował im kaszubski. Za całokształt zresztą też.

Wywiad z Arkadiuszem Szczurkiem tutaj >>>

Prezes Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa (ENCJ) zadaje przewodniczącemu neo-KRS 9 pytań. Odpowiedzi zaważą, czy neo-KRS zostanie wyrzucona z ENCJ, w której jest zawieszona od sierpnia 2018. Prezesi trzech najważniejszych stowarzyszeń sędziowskich apelują do Przewodniczącej Komisji Europejskiej o skargę KE na polski rząd do TSUE za ustawę kagańcową.

Jak neo-KRS ośmiesza polskie sądownictwo w UE >>>

„W otulinie Bieszczadzkiego Parku Narodowego są wycinane kolejne fragmenty najcenniejszych przyrodniczo karpackich lasów. Dzieje się tak pomimo obecności bardzo rzadkich gatunków z Czerwonej Listy” – informuje Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze. Właśnie złożyła wniosek o utworzenie rezerwatu. Olga Tokarczuk: „Zostawmy w spokoju to wyjątkowe miejsce”.

Więcej o dewastowaniu Puszczy Karpackiej >>>

Droga Pani Mecenas!

Jak niefart, to niefart. Oj, coś w tej kampanii nasz Prezydent szczęścia nie ma. Ale od czego jest wierny doradca, czyli ja, który zawsze stoi na posterunku, aby dobrą radę podrzucić.

Pozornie może się wydawać, że dla pani Mecenas kampania się skończyła, zanim się zaczęła. Dość oryginalne propozycje wprowadzenia ograniczenia wolności słowa bledną bowiem przy nowych informacjach o szczególnych Pani upodobaniach kulinarnych, które z rzadka tylko występują na naszym globie (niektóre regiony Papui), a które jeżeli przylgną do sztabu naszego Umiłowanego Kandydata mogą nie spotkać się z powszechnym aplauzem.
Dlatego wymyśliłem taką oto historyjkę,której musi się pani wiernie trzymać.

Cały list Romana Giertycha do Turczynowicz-Kieryłło tutaj >>>

Oskarżenia o malwersacje finansowe, a także zawiadomienia do prokuratury i CBA – to pokłosie konfliktu, jaki wybuchł w stowarzyszeniu współrządzonym przez Mariana Banasia. Zarzewiem sporu stały się nieruchomości warte miliony złotych. Przy okazji na światło dzienne wychodzą sięgające jeszcze lat 70. XX w. powiązania Banasia z byłym ZOMO-wcem, karateką i wieloletnim członkiem PZPR.

Wyczerpująco o Banasiu tutaj >>>

W minionych latach jeździłem tam regularnie, ale w te ferie ani grosza nie wydałem w Istebnej, której samorząd dołączył do szczucia na środowiska LGBT.

Każdy z nas może zademonstrować niezgodę na autorytaryzm i łamanie cywilizowanych standardów. Wcale nie jesteśmy słabi i mamy w rękach potężne środki nacisku. Myślicie, że oni nie czują naszego sprzeciwu i dezaprobaty? Że nasze drobne gesty są pozbawione znaczenia?

„Niektórzy nawet w pociągu nie chcą koło mnie siedzieć, bo tak nienawidzą PiS” – żalił się w wywiadzie dla Justyny Dobrosz-Oracz poseł tej partii Kazimierz Smoliński. Rozmowa ukazała się na stronie internetowej wyborcza.pl 13 lutego i chyba nie została przez opinię publiczną dostrzeżona w takim stopniu, w jakim na to zasługiwała. To jedno krótkie, lecz jakże krzepiące zdanie pokazuje, jak potężną bronią dysponujemy. Tłumaczy też, dlaczego z oficjalnej propagandy całkowicie znikły chełpliwe odwołania do „woli suwerena”.

Felieton Wojciecha Maziarskiego tutaj >>>

Morawiecki w szambie po uszy, słychać tylko bulgot

24 Maj

Emocje związane z zakupem działek przez premiera Morawieckiego, nie milkną, a z każdym dniem wyskakują kolejne fakty, podważające uczciwość całej tej transakcji. Jak twierdzi „Wyborcza” mogło tu dojść do złamania prawa kościelnego i nawet dzisiaj można taką umowę unieważnić.

W czasie, gdy Morawiecki dokonał zakupu, obowiązywał kościelny przepis, który mówił, że przy sprzedaży dóbr powyżej 100 tys. dolarów (wtedy to było ok. 400 tys. zł) potrzebna była zgoda biskupa, a jeśli wartość przekraczała 500 tys. dolarów (ok. 2 mln zł) to już musiała być zgoda Watykanu (wytyczne określone przez KEP w czerwcu 1995 r.).

Premier Morawiecki zakupił działki za 700 tys. zł (ok. 175 tys. dolarów) chociaż już wtedy były one warte ok. 4 mln. zł. Tak twierdziła biegła sądowa, w procesie osób zamieszanych w przekręty związane z ziemią, przekazywaną kościołowi. Wtedy jednym ze świadków w sprawie był również i pan premier.

Wydaje się więc pewnym, że również i jego transakcja wymagała zgody stolicy apostolskiej, a jednak w akcie notarialnym zakupu działek nie ma o tym ani słowa. Jest tylko zapis, że ks. Żarski jest „organem” parafii św. Elżbiety i według niego, „nie istnieją żadne przeszkody prawne do zawarcia umowy” sprzedaży. Dodajmy do tego uchwałę Sądu Najwyższego z 19 grudnia 2008 r., która mówi, że „sprzedaż nieruchomości przez kościelną osobę prawną osobie świeckiej, bez wymaganego w prawie kanonicznym zezwolenia właściwej władzy kościelnej, stanowi czynność prawną niezupełną”.

Profesor Bartosz Rakoczy, znawca prawa kanonicznego z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i adwokat pracujący w kościelnym Gnieźnieńskim Trybunale Metropolitalnym, zwraca uwagę, że sądy już kilkakrotnie orzekały w podobnych sprawach i wydały wyroki podważające transakcje właśnie z powodu braku zgody odpowiednich przedstawicieli władz kościelnych.

Według rzecznika archidiecezji wrocławskiej w archiwum znajduje się dokument dotyczący sprzedaży działki z wyrażoną na to zgodą arcybiskupa Gulbinowicza. W dokumencie brak nazwiska i aktu notarialnego. Wydaje się, że to nie ten arcybiskup powinien podpisać zgodę na sprzedaż działki, bowiem Parafia św. Elżbiety jest częścią Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego a jej proboszcz, ks. płk Sławomir Żarski, który sprzedał ziemię Morawieckiemu, został mianowany przez biskupa polowego WP Sławoja Leszka Głódzia. Czyli to właśnie Głódź powinien wydać zgodę na sprzedaż i to jego podpis powinien figurować na dokumencie.

W akcie notarialnym nie ma informacji, by transakcja uzyskała zgodę odpowiednich władz kościelnych. Nie ma też uzasadnienia sprzedaży, co pozostaje w niezgodzie z kodeksem prawa kanonicznego, które mówi, iż „Dla dokonania alienacji [sprzedaży], której wartość przekracza najniższą określoną sumę, wymaga się ponadto: 1° słusznej przyczyny, jak nagląca potrzeba, wyraźna korzyść, pobożność, miłość lub inna poważna racja pasterska; 2° oceny rzeczy alienowanej, dokonanej na piśmie przez rzeczoznawców”.

No to się premier Morawiecki doigrał. Cały PR legł w gruzy, bo trudno utożsamiać bogatego człowieka, prężnego biznesmena, mającego głowę do interesów i balansującego na granicy prawa z obrazem polityka iście w stylu PiS, czyli pełnego empatii dla Maluczkich, oddanego służbie dla najbardziej potrzebujących wsparcia obywateli, stawiającego naród ponad swoje własne dobro, takiego kolesia z sąsiedztwa.

Roman Giertych tym razem swój list na Facebooku zaadresował do „Anonima”. Dlaczego? – „Bo nie wiadomo kto stoi za uchwaleniem złagodzenia odpowiedzialności za pedofilię, co był łaskaw przyjąć ostatnio Wysoki Sejm. Ale już Rzymianie pisali: qui fecit cui prodest. Ten zrobił, kto zyskał…” – wytłumaczył.

List zaczyna się następującym nagłówkiem: „Drogi Anonimie Kochany!” i budzi oczywiste skojarzenia… – „Widzę mój Anonimie, żeś pięknie to sobie wymyślił i chybcikiem przez Sejm depenalizację pedofilii załatwiłeś. Sprytne, sprytne. Nie powiem. Oskarżali Cię (oczywiście fałszywie!), że dałeś się skusić jakiemuś dziecku, a tutaj myk i czyn sobie może być albo nie, ale przestępstwa nie ma. Genialne!!! (…) Tobie przecież mój Anonimie nie wypada należeć do grona śmiertelników, którzy pod jakieś przepisy karne podpadają. Należysz przecież do Panów, którzy są tak ważni i potrzebni dla kraju, że nawet jeżeli (czemu oczywiście zaprzeczamy stanowczo), ale przypuśćmy jednak, że jakieś dziecko się przytulało, przytulało i koniec końców skusiło, to nie powód, żeby groziła Ci jakaś odpowiedzialność. Ta jest dla tych, którzy podpadną władzy i będą ją krytykować” – napisał Giertych.

>>>

Jak zwykle, Giertych spieszy z radami, co jeszcze można zmienić w Kodeksie karnym: – „Nasz ukochany Bartuś kolejny miesiąc spędza w celi, gdzie okrzykiem „czołem Panie Ministrze” drwią z niego współosadzeni. Tymczasem drobna zmiana kk i wykluczenie tego artykułu karnego, z którego siedzi (chyba 286 kk) i już. Kwiat naszej młodzieży będzie się mógł rzucić na szyję drogiego naszego Antoniego. Sam prezes z wyrzucenia 286 kk byłby zadowolonym, bo jak go Austriak będzie o oszustwo oskarżał, jak przestępstwa oszustwa nie będzie? Ale się głupio zrobi naiwniakowi, gdy dowie się, że ścigał wuja za rzecz, która już jest legalna. To świetny pomysł, aby się przypodobać Umiłowanemu Przywódcy”.

Giertych kończy list życzeniami dla „Anonima”: – „No i jak się to wszystko uchwali, to można do samolotu i do Rzeszowa. Każdemu reset jest potrzebny!”.

Wśród polityków partii rządzącej znajduje się wiele „ciekawych” osób, a wśród nich Beata Boros – Burdingo. Jej historię opisali dziennikarze Onetu, Janusz Schwertner i Daniel Olczykowski.

Pani Boros – Burdingo była kandydatką PiS na wójta gminy Elbląg w ostatnich wyborach samorządowych. Już w trakcie trwania kampanii wyborczej do władz partii dotarł list, w którym anonimowy autor pisał o ewentualnych powiązaniach tej kandydatki ze SKOK-iem Wołomin. Według informatora była ona „kimś w rodzaju księgowej w mafii, ale też po prostu damą do towarzystwa”.

Pani polityk przyznała się do swoich powiązań ze szczecińskim gangsterem Stanisławem P. oraz byłym prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem i nie ukrywała, że była finansowo zależna osób oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i wyłudzenia ze SKOK Wołomin.

Działaczka PiS dopuściła się również kłamstwa, gdy wkroczyła na ścieżkę kariery politycznej. Napisała o sobie, że jest „ekonomistką ze specjalizacją administracja i ekonomia. Od 1993 roku pracownik Urzędu Skarbowego, organizacji pozarządowych, rewident księgowy i podatkowy”. Prawdą okazała się tylko informacja o organizacjach pozarządowych. Rzeczywiście pani polityk jest prezesem Stowarzyszenia Wspierania Społeczeństwa Obywatelskiego im. Piotra Skargi, tyle tylko, że jej fundacja nie została zarejestrowana w sądzie, co stawia pod dużym znakiem zapytania jej prawne umocowanie.

Władze PiS nie wydają się zainteresowane takimi informacjami o Boros – Burdingo. Wprawdzie przegrała ona wybory, zajmując ostatnie, trzecie miejsce w walce o stanowisko wójta, ale nadal należy do czynnych działaczek lokalnych PiS-u. Rozumiem, że partia ta wyznaje zasadę, iż każdemu należy się druga szansa.

Jestem pełna podziwu dla takiej postawy, choć wydaje mi się, że w tym momencie PiS powinno odpuścić sobie szukanie „haków” na przeciwników politycznych. W końcu, jeśli im wolno mieć takich działaczy to, dlaczego innym nie?

Krystyna Pawłowicz do swojego „the best of” wypowiedzi dodała właśnie kolejną perełkę. Posłanka w mediach społecznościowych po raz kolejny wywołała burzę. Na Twitterze prosi Boga, by ocalił Polskę. Wymieniła chyba wszystkich swoich wrogów, a lista jest długa.

Sądząc po jej aktywności w mediach społecznościowych, Krystyna Pawłowicz nigdy nie śpi. A pewno sen z powiek spędzają jej geje, politycy opozycji i komuniści. W mediach społecznościowych opublikowała dramatyczny apel do Boga, by ocalił kraj przed wrogami.

Krystyna Pawłowicz ma obsesję. Geje, odbyty i kagańce

PiS odcina się od Pawłowicz. Jej reakcja szokuje

Wrogowie Pawłowicz

Pawłowicz obawia się męskich feministek, zniewieściałych facetów, sex-patologii, polskiej targowicy, „V rudej niemieckiej i ruskiej kolumny”. Prosi Boga, by nie wystawiał kraju na kolejną próbę i nie pozwolił komunistom na powrót do władzy.

Czy jej prośba zostanie wysłuchana? Niektórzy internauci twierdzą, że tak się nie stanie, bo Pawłowicz Bóg już dawno opuścił.

Pawłowicz kontra wszyscy

Zastanawiacie się kim są zdradzieccy komuniści? Wyjaśnieniem może być jeden z wcześniejszych wpisów Pawłowicz. Zaatakowała Koalicję Obywatelską i „listę wyborczej hańby”. Wymieniła konkretnych polityków, którzy jej zdaniem są komunistami, oprawcami polskich bohaterów i ludźmi zwalczającymi niepodległość.

Cytaty Krystyny Pawłowicz – „the best of”

Pawłowicz w Radio Maryja: lewactwo niszczy PiS, Biedroń broni nekrofilów

Mateusz Morawiecki publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy!

Z zawiścią Polaków to chyba jednak jest prawda. Weźmy żonę pana premiera. Wszyscy zazdroszczą jej teraz majątku o nieokreślonej dotąd wprawdzie, ale – jak wieść niesie – ogromnej wartości. Zazdroszczą tym bardziej, że jeszcze do niedawna była przecież niepracującą zawodowo małżonką skromnego radnego AWS-u. No, ale z Polakami to tak zawsze. Liczą cudze pieniądze, zamiast „zmienić pracę i wziąć kredyt”. Pani premierowa zmieniła, a zaraz potem wzięła pożyczkę w banku i proszę – w niespełna dwie dekady „dobra rada” prezydenta Komorowskiego przyniosła fantastyczne owoce!

Zawistnicy krzyczą teraz, że nie każdemu udaje się, ot tak, bez żadnego zabezpieczenia i zdolności kredytowej dostać – na dobry początek – parę milionów franków szwajcarskich. I do tego w banku, który – według zapewnień jego ówczesnego szefa – w ogóle nie udzielał wtedy pożyczek w tej walucie! No, ale pani premierowa „dała radę”. A jej mąż, który – trzeba trafu – został akurat szefem tego właśnie banku – nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia.

Nie wiedział też, skąd żona wiedziała o tych 15 ha gruntów, które można było nabyć za bezcen od pewnego arcybiskupa. Żona twierdzi, że powiedział jej o tym znajomy, a mąż, że informacja wyszła z kurii. Pewne jest jedno – inwestycja opłaciła się obrotnemu małżeństwu stukrotnie. I tak się, moi drodzy, robi interesy! Gdyby tak tylko wszyscy bezrobotni i niezamożni rodacy poszli w ślady państwa premierostwa, problem niedostatku zniknąłby z Polski na zawsze, a sprzedaż samochodów elektrycznych rodzimej produkcji ruszyłaby z kopyta.

Ten jeden przykład powinien zamknąć usta wszystkim, którzy twierdzą, że partia aktualnie rządząca ma deficyty kadrowe. Nie ma żadnych, a już na pewno nie dotyczy to stanowiska premiera. Nikt inny nie gwarantuje narodowego dobrobytu tak, jak aktualny szef rządu, bo na inwestycjach zna się on, jak mało kto. Potrafi wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do zrobienia pieniędzy. Wie, z kim przestawać, żeby czynić korzystne inwestycje.  No i obraca się w dokładnie w tych kręgach, które akurat gwarantują sowite profity.

Toteż w robieniu interesów jest nawet skuteczniejszy od samego pana prezesa Kaczyńskiego! Podczas, gdy Dwie Wieże pozostają zaledwie w fazie projektu, majątek państwa premierostwa już w tej chwili czyni ich finansową elitą nowopowstającej rodzimej „oligarchii”. No, ale nie chcielibyśmy chyba, żeby za finanse państwa odpowiadał ktoś bez doświadczenia, znajomości i pieniędzy, zarabiający dotąd poniżej średniej krajowej?

Przecież partia pana prezesa zapewnia od dawna, że stawia na sprawdzonych fachowców. W informatyce najlepiej sprawdzają się byli hakerzy. Z pieniędzmi jest podobnie. Nikt nie potrafi ich robić tak, jak beneficjenci naszej „dzikiej” transformacji.

Owszem, partia aktualnie rządząca ściga takich cwaniaków, jak potrafi, ale przecież nie tych, którzy owszem, swoje wtedy ugrali, jednak teraz wykorzystują to swoje bezcenne doświadczenie dla dobra Narodu! Przecież to dobrze, że pan premier (i jego małżonka) dają sobie radę w brutalnym świecie wielkich finansów i wielkiego biznesu, a że może czasem korzystają przy tym ze znajomości czy nadarzających się specjalnych okazji, to tylko dobrze świadczy o ich „smykałce” do pieniędzy.

Poza tym działania inwestycyjne państwa premierostwa godne są pochwały z jeszcze jednego ważnego powodu – zawsze były one patriotyczne. Bank, który miał dać premierowi rzekomą „odprawę” ukrytą na wewnętrznym koncie, jest zachodni. A grunty odzyskane zostały z rąk obcego państwa (Watykanu), a na dodatek leżą na wrocławskim Oporowie, więc spokojnie można je uznać za zadatek na poczet tych reparacji, co to ma je od Niemców uzyskać pan poseł Mularczyk. Toteż państwo premierostwo, inwestując w nieruchomości, dokonali zarazem prywatnego aktu repolonizacji.

W tej sytuacji domaganie się wyjaśnień w kwestii działek, kredytów frankowych czy rzekomej, zatajonej odprawy, po prostu nie uchodzi. Zwłaszcza, że pan premier publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby to wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy! A każdy wie, że w państwie tak praworządnym, jak to rządzone przez pana premiera, być uczciwym bez ustawy, to jak samemu prosić się o poranną wizytę funkcjonariuszy prokuratora Ziobry.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Tusk na białym koniu? Tak, acz sami damy radę PiS-owi

11 Maj

Jerzy Owsiak i Maciej Stuhr zdominowali galę z okazji 30. rocznicy powstania „Gazety Wyborczej”. Żarty obu panów zapewne nie przypadły do gustu miłośnikom „dobrej zmiany”.

Ja jestem przedstawicielem świata filmu. To jest świat gazety. Te światy czasem się przenikają. Redaktor Michnik spotkał się kiedyś z producentem filmowym i wtedy upadł rząd. Być może po naszym dzisiejszym spotkaniu stanie się coś równie spektakularnego” – mówił w trakcie gali Maciej Stuhr, żartobliwie nawiązując do tzw. afery Rywina.

Komu z państwa nie jest wszystko jedno? Redaktor Michnik nie podniósł ręki. Kto z państwa miał w ręku pierwszy numer »Gazety Wyborczej«? Kto z państwa w minionym roku przeczytał choćby jedną książkę? Czy jest na sali ktoś, kto spalił chociaż jedną książkę? Nie widzę. Czy ktoś z państwa był ze święconką w tym roku? Troszkę mniej. Czy ktoś z państwa w ostatnich dniach rozwiesił jakiś plakat z Matką Boską? Są ręce, nie wiem, czy to dobrze” – kontynuował popularny aktor i stand-uper. Stuhr w wyraźny sposób odwołał się do ostatnich wydarzeń i postępującej w Polsce klerykalizacji.

Równie dobry występ zaliczył założyciel Wielkiej Ostry Świątecznej Pomocy. Jurek Owsiak, który otrzymał nagrodę „Gazety Wyborczej”, mówił o swoim ostatnim konflikcie z posłanką Krystyną Pawłowicz (słynne słowa „Krystyna, wróć na ziemię”).

Skoro nie wyleciała w kosmos, to znaczy, że jest niewinny” – mówił o sobie lider WOŚP. W dalszej części przemówienia Owsiak apelował o solidarność i jedność Polaków. „Niech na tej Srebrnej je*nie dwoma domami, ale naszymi, wspólnymi. To przecież ładne skrzyżowanie jest” – mówił.

Wydaje się, że wszelkie zastrzeżenia, czy wczorajsze doniesienia „SE” były tzw. ustawką zostały dzisiaj rozwiane. Ta sprawa w artykule „Dzieci PMM nie dowiedziały się o adopcji z SE, nie ma wątpliwości. To była zaplanowana akcja”.

W zapowiadanym wywiadzie dla tego tabloidu szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk potwierdza, że dwoje dzieci Morawieckiego, które zostały adoptowane, nie dowiedziały się o tym fakcie – jak to sugerowano – z artykułu „SE”, ani z książki o premierze autorstwa rzecznika banku, którego prezesem był Morawiecki.

Szef Kancelarii Premiera skupił się w tym wywiadzie na atakowaniu autora książki, czyli byłego rzecznika banku BZ WBK Piotra Gajdzińskiego. Jednak, kiedy Dworczyka zapytano, czy zostaną podjęte jakieś kroki prawne wobec byłego współpracownika Morawieckiego, odpowiedź była wymijająca. – „Będzie czas na przeanalizowanie tej książki” – powiedział Dworczyk.

Internauci komentowali: – „Ci, którzy wczoraj dali się nabrać i współczuli premierowi Morawieckiemu nie mają się czego wstydzić. To naturalny odruch ludzi przyzwoitych (poza nielicznymi takimi jak Mazurek, świadomie nawołującymi do współczucia) Niech się wstydzą ci, którzy zorganizowali tę żałosną ustawkę”;

„Polityczny prostytut, sprzedał nawet rodzinę. Tragedia. Co ten Kaczyński ma na Morawieckich, że steruje nimi jak pacynami?”; – „Znam ludzi, którzy adoptowali swoje dzieci. Znam też osoby, które zostały zaadoptowane. Zawsze była otwartość w tym temacie w ich rodzinach. I żadna z tych osób nie przewodniczyła autokratycznemu rządowi, łamiącemu praworządność”.

„Zamiast pozwu i żądania wielomilionowego odszkodowania (choćby na Caritas), jest wywiad szefa kancelarii PMM w brukowcu, który – wczoraj się tak wydawało – naruszył prywatność bezbronnych dzieci. Już nic bardziej obrzydliwego w polskiej polityce nie zobaczycie: – podsumowała Hanna Lis.

Mikołaj Lizut, dziennikarz radia TOK FM obejrzał przedpremierowy pokaz filmu „Tylko nie mów nikomu” w reżyserii Tomasza Sekielskiego. Po seansie nie zostawia suchej nitki na skompromitowanych kościelnych hierarchach.

Ten film jest niezwykle ważny. Dotyka sprawy właściwie kardynalnej, jeśli chodzi o Kościół katolicki. Przede wszystkim na usta cisną się trzy słowa: kłamcy, hipokryci, właściwie diabły. To o Kościele w Polsce” – mówił na łamach TOK FM Lizut.

Pokazuje mechanizm ukrywania tych przestępstw, to że w ten mechanizm zaangażowani są także hierarchowie polskiego Kościoła i to masowo” – recenzował dzieło Sekielskiego dziennikarz.

Pokazuje także to, że właściwie Kościół katolicki zamiata to wszystko pod dywan, że jest on oblężoną twierdzą przesiąkniętą kłamstwem i hipokryzją w tej sprawie” – dodał.

Dziennikarz chwalił formę, w jakiej Sekielski skonfrontował zboczeńców w sutannach z ich dorosłymi już dzisiaj ofiarami. „Widzimy więc sceny, w których z własną przeszłością – diabłów seksualnych – muszą się mierzyć ludzie, którzy właściwie są już u kresu swojego życia” – stwierdził Mikołaj Lizut.

Publicysta przytacza również scenę, w której doszło do spotkania ofiary z księdzem Franciszkiem Cybulą, byłym kapelanem Lecha Wałęsy i pedofilem. Zdaniem Sekielskiego, Cybula do końca nie przeprosił za swoje przewinienia ani nie odczuwał winy.

Komentarze internautów, jakie ukazały się pod artykułem poświęconym recenzji filmu, pokazują brak zaufania części Polaków do skompromitowanej instytucji Kościoła. „Ci biskupi zawsze w brokatach i złocie pozamykani w pałacach; udający wierność i miłość do Boga – to szatańska obłuda i oszukiwanie wiernych” – odważnie napisał jeden z użytkowników. „Panie Tomaszu, powodzenia! Jest Pan w Panteonie »Wyklętych«, a ci w kraiku nad Wisełką, są napiętnowani przez »nowozmianowców«” – dodał inny.

Kolejny atak na Radosława Sikorskiego posłanka PiS Krystyna Pawłowicz przypuściła po jego wpisie na Twitterze, w którym tak skomentował artykuł „Foreign Policy” o ambicjach mocarstwowych Chin: – „Aż dziw, że Prezes nie ogłosił jeszcze, że zbudujemy lotniskowiec”. – „Fantastycznych opowieści o pana afgańskim bohaterstwie na zapleczu walk i „frontowych” fotek w gustownym „wojennym” ubranku nic nie „przebije”… Żaden lotniskowiec” – napisała Krystyna Pawłowicz.

W odpowiedzi na ten komentarz Sikorski zamieścił zdjęcie artykułu zatytułowanego „Wspólne przedsiębiorstwa polsko-radzieckie”, napisanego przez Pawłowicz. Zestawił go z wykonaną przez siebie fotografią z Afganistanu, którą opublikował brytyjski tygodnik „The Observer”. – W 1987 roku Pani opublikowała ten artykuł, a ja to zdjęcie. Bujaj się, wariatko” – napisał Sikorski, tym samym powtarzając swoje słowa z ubiegłego tygodnia, kierowane do Pawłowicz. O tym w artykule „Bujaj się wariatko” i „Epidemia prostactwa”.

Na tym nie koniec, bo Pawłowicz nie odpuszczała. _ „Nie dość, że jest pan prostym narcyzem, to nie umie pan też czytać. Ten art. był wtedy JEDYNYM prawn.opisem ujawniającym NIEJAWNE uchwały RM,DEMASKUJĄCYM SPOSÓB PASOŻYTOWANIA Rosji na Polsce i zgody PZPR na to. Ambasada USA zrobiła tłumaczenie i spotkali się ze mną w tej spr.w Red” [pisownia oryg. – przyp.red] – usiłowała się odgryźć Pawłowicz. – „Tak, tak, Pani walczyła z komuną, pisząc w komunistycznej prasie” – odpisał Sikorski.

„Pisała, ale się nie cieszyła. Pewnie błędy ortograficzne panna Krysia specjalnie robiła, żeby rozbić system od środka.

No i kolejne KO. Krystyna ma chyba jakieś zapędy masochistyczne, że ciągle szuka u Radka batów” – komentowali internauci. Zastanowił ich jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Zakochała się może? Każdego może dopaść, nawet po 60-tce”; – „Mając nietuzinkową osobowość Pani Pawłowicz, mam wrażenie, że Pana podrywa”.

Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Nie wiem, czy to nasza cecha narodowa, ale dziwni jesteśmy my, Polacy. Jak kogoś wielbimy to darujemy mu wszystko, patrzymy na to, co robi przez różowe okulary i nie chcemy nawet dostrzec jego wpadek. Jak kogoś nienawidzimy to całą gębą, tępimy na wszelkie możliwe sposoby, generalizujemy na maksa. Przykład? Ot chociażby kościół i polscy katolicy. Kościół jest zły, jego wierni to głupcy i oszołomy… i tak sobie z tą retoryką lecą ci, którzy mają serce pełne demokracji oraz tolerancji.

Racja, źle się dzieje z polskim kościołem, ale nie całym, tylko pewną jego częścią. Już kiedyś napisałam, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju schizmą. Podział na Kościół z Watykanem w tle i Polską Instytucję Kościelną. PIK już dawno stracił kontakt ze swoją wiarą, usłużnie kica przed PiS-em, hołubi narodowców, wtrąca się do polityki. Ma swoich wierzących i odsuwa się od tych gorszych, czyli myślących zgodnie z naukami papieża. Jedzie równo po politykach partii opozycyjnych, uważając zapewne, że znacznie niższy w nich poziom katolickości niż w tych swoich, pisowsko – narodowych.

PIK piętnuje osoby o innej orientacji seksualnej, nie słucha papieża Franciszka, według którego „geje nie powinni być marginalizowani i powinni stanowić integralną część społeczeństw, w których żyją” i dodaje – „To, że jesteś gejem nie ma żadnego znaczenia! Bóg Cię kocha takim jakim jesteś. I nie ma żadnego znaczenia to co mówią inni ludzie”. PIK piętnuje nauczycieli, każdego, kto nie wspiera partii rządzącej, śmie przeciwko niej występować, śmie nie zgadzać się na wyznaniowy charakter Polski, który coraz bardziej przez PiS i PIK jest utrwalany.

Żądza władzy i kasy doprowadziła do tego, że PIK przekroczył granice, za którą nie ma już nic z prawdziwie pojmowanego duszpasterstwa i wiary. Im więcej dostaje, tym głośniej krzyczy, jaki jest prześladowany, jaki biedny, niezrozumiały i niedoceniany. I to właśnie PIK powinien być piętnowany za postawę zupełnie niezgodną z naukami kościoła, a jednak często krytycy zapominają o tych katolikach, którzy nie idą na smyczy PIK-u. O księżach, dla których ich misja, uczciwość i pojmowanie wiary, jest znacznie ważniejsze od dóbr doczesnych i politykierstwa. Niestety i im się ostro dostaje, choć na to nie zasłużyli.

To ci katolicy, nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy, również nie odnajdują się w obecnej rzeczywistości, zdominowanej przez duszpasterzy, którzy zapomnieli, kim są i po co. To również oni nie kryją gorzkich słów, potępiają pedofilię w kościele, uczestniczą w protestach przeciwko łamaniu konstytucji i zasad demokracji, nie zgadzają się z kościelną polityką wobec narodowców, wzrastającym przepychem, w jakim żyją polscy hierarchowie i ich wiecznymi roszczeniami finansowymi. To oni napisali ostatnio list do Konferencji Episkopatu Polski, występując przeciwko ściganiu przez policję autorki wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy.

W  swoim liście napisali m. in., że „wpisanie tęczy nie jest, naszym zdaniem, obrazą uczuć religijnych, gdyż tęcza nie jest symbolem uwłaczającym – przypominamy, że np. Matka Boska Kodeńska ma także aureolę tęczową, a ikona Maiestas Domini przedstawia Chrystusa, którego stopy spoczywają na tęczy, co ma podkreślać Jego jedność i równość z Bogiem Ojcem Wszechmogącym” i zwrócili uwagę „na brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władz Kościoła oraz organów Państwa na przypadki ewidentnej profanacji, jakimi były zjazdy organizacji nacjonalistycznych na Jasnej Górze, podczas których głoszono treści sprzeczne z nauką Kościoła, czy też na skandaliczną wypowiedź ks. bpa Andrzeja Jeża cytującego podczas homilii Wielkoczwartkowej, jako prawdziwe, opinie z antysemickiej fałszywkę”.

Osoby tak ostro krytykujące dzisiejszy, polski kościół, sami żądając dla siebie Polski świeckiej, zapominają, że ten kościół to nie tylko PIK. Wołając głośno o uszanowanie praw obywatelskich, jednocześnie odbierają te prawa innym, negując ich. Nie widząc tutaj żadnej sprzeczności z tym, co sami głoszą, wrzucają katolików do jednego worka, tym samym idealnie wpisując się w budowanie podziału w społeczeństwie.

Demokracja to poszanowanie innych poglądów, wyznania, rasy, orientacji seksualnej. To uznanie, że każdy człowiek ma prawo do bycia, kim chce, życia według swoich norm czy poglądów. Krytykujmy PIK i jego wyznawców, ale nie piętnujmy każdego katolika za to, że jest katolikiem. Odróżniajmy dobro od zła i nie krzywdźmy tych, którzy nie zasługują na złe słowa. Żyjemy w bardzo mrocznej Polsce, ale zachowajmy umiar i odpowiedni poziom człowieczeństwa. Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Krystyna Pawłowicz, Duda, Jacek Kurski – bliżej im do sowietów, niż do Polaków

4 Maj

„Materiał o Tusku „Wiadomości” zilustrowały zdjęciem Hitlera. Naprawdę nie da się upaść niżej” – skomentował na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki” wczorajszy program „informacyjny” w TVP.  To wydanie prowadziła Danuta Holecka, która od niedawna jest także szefową „Wiadomości”.

Materiał przygotował Krzysztof Nowina-Konopka, który do opowiedzenia o wykładzie Donalda Tuska użył zdjęć z Hitlerem, Stalinem i defiladą żołnierzy nazistowskich Niemiec! Co istotne – tego fragmentu „dziwnym trafem” zabrakło na internetowej stronie TVP. Materiał został przemontowany i w takiej wersji umieszczony w internecie. Nie zabrakło natomiast stwierdzeń, że Tusk jest „na pasku” Angeli Merkel, której – zdaniem TVP – zawdzięcza stanowisko szefa Rady Europejskiej.

„TVP zapakowała Hitlera i Stalina do programu o Tusku. Żeby wnieść do dyskusji nieco – obiektywizmu – zdrowego rozsądku – i chrześcijańskiego pojednania” – sarkastycznie skomentował Marcin Wyrwał z onet.pl.

„Za każdym razem gdy wydaje się, że Wiadomości TVP sięgnęły dna, ludzie z placu Powstańców Warszawy pokazują, że potrafią być jeszcze podlejsi i jeszcze gorsi” – to opinia Patryka Słowika z „DGP”. – Jeśli myślisz, że wszystkie granice zostały przekroczone, TVP podnosi poprzeczkę. Wczorajszy materiał tego przykładem” – to wpis Żanety Gotowalskiej z „GW”.  – I już ponad trzy lata ciągła myśl w głowie: jakim cudem oni są w stanie spojrzeć sobie w lustro?” – napisał Janusz Schwertner z onet.pl.

Najnowszy wpis Krystyny Pawłowicz na Twitterze trudno nazwać inaczej jak zwyczajną konfabulacją, żeby nie użyć mocniejszych słów. – „IDŹMY na wybory 26 V i głosujmy na PIS, by już NIGDY WIĘCEJ na żadne stanowisko w UE nie został przez GER lub FRA WSKAZANY ktoś taki, jak D. TUSK, który dla kasy porzucił funkcję premiera PL, upokorzył i zubożył Polaków, dzieli nas, łamie traktaty i podważa wynik demokrat. wyborów w RP” [pisownia oryg. – przyp. red.] – napisała posłanka PiS.

„Pani poseł, bardzo przepraszam, czy wicepremier Szydło, minister Brudziński i minister Zalewska porzucają Polskę dla kasy i upokarzają Polaków?” – zapytała dziennikarka Dominika Długosz. – „Bardzo ciekawe – a w którym konkretnie miejscu podważył wynik wyborów bądź złamał traktat?” – to z kolei pytanie Dariusza Ćwiklaka z „Newsweeka”. Posłanka Pawłowicz nie raczyła odpowiedzieć.

A Pani Zalewska tam dla kasy czy z powodu swoich wysokich kompetencji w upokarzaniu, dewastowaniu i dzieleniu szkolnictwa? Nie mówiąc o dobru dzieci zwłaszcza z obecnych 8 klas SP i 3 Gimnazjum”; – „Wycie Pawłowicz wyjątkowo bezcenne. Strach przed przegranymi wyborami i odpowiedzialnością karną zagląda pisiakom w oczy? Znakomicie”;

„Fakt. Z PiS nikt by takiego stanowiska nie otrzymał. Nie ta liga droga Pani. Macie się kogo obawiać”; – „Wy fachowcy z PiS-u już pokazaliście co potraficie. To Pani flagę UE nazywała szmatą, a teraz euro do was przemówiło?”; – „Im więcej nienawiści się z Pani wylewa tym bardziej widoczna jest przepaść między PiS-em a normalnością. Donald Tusk to klasa, o której Pani koledzy nawet pomarzyć nie mogą” – podsumowali wpis Pawłowicz internauci.

„PAD może być wykorzystywany przez naszych wrogów! Wystarczy, że zacznie przemawiać, a uśpi całą polską armię. Ktoś musi go przed tym ostrzec! Ktoś, kogo jego speeche nie uśpiły. Ale czy jest w narodzie ktoś taki?! Może Krzysztof Szczerski? – ironicznie zapytał na Twitterze politolog Marek Migalski. Tak na marginesie – może jednak nie, zważywszy na jego pomysły, o tym w artykule „Szczerski proponuje katolickie paszporty – By Polacy emigrujący nie ulegli lewicującym modom”.

A wracając do tweeta Migalskiego, chodzi o przemówienie Andrzeja Dudy podczas wczorajszej defilady w Warszawie z okazji 20-lecia Polski w NATO i 15. rocznicy przystąpienia do UE. Prezydent tokował, a w tle widać żołnierza, który zasnął na siedzeniu w wozie bojowym. – „Pan Duda i reakcja rozentuzjazmowanej publiczności” – napisał jeden z internautów.

„Po prostu zamknął oczy, żeby się lepiej skupić i uchwycić treść wystąpienia”; – „I się wyjaśniło, dlaczego PAD tak zawsze krzyczy”; – „Zachwycony sobą, swoim głosem, podniecony tym, co mówi, po chwili zaczyna wrzeszczeć. Tu widzę szansę, jakieś światełko w tunelu. Obudzą się” – komentowali internauci wpis Migalskiego.

Przez ponad trzy lata rządzący wbijali nam do głów, jaka ta UE fatalna, a teraz  politycy PiS dają dyla do Brukseli.

Wyścig do Parlamentu Europejskiego trwa w najlepsze. Przepychanki, obietnice na każdym kroku… Kto da więcej, kto się lepiej sprzeda, ten przez dobrych kilka lat będzie żył jak pączek w maśle. Ech ta kasa, ten prestiż. Czyż można pragnąć czegoś więcej? Jak to się mówi „tylko krowa nie zmienia poglądów”, więc ruszyli do walki eurosceptycy i tak powalczą do tchu ostatniego, bo fucha europosła warta wszystkiego…

Przez ponad trzy lata partia rządząca wbijała nam do głów, jaka ta UE fatalna. Flaga unijna to szmata i nie warto jej eksponować (Krystyna Pawłowicz), polityka unijna skierowana przeciwko interesom Polski ogranicza suwerenność (Gabriela Masłowska), ukrywa informacje o gwałtach na kobietach (Patryk Jaki), to dyktat i podległość (Anna Sobecka), kasa unijna ważna, ale honor i sprawy narodowe ważniejsze (Andrzej Melak), Komisja Europejska ma problem z autorytetem i reputacją (Beata Szydło), UE już upada (Zdzisław Krasnodębski), wyimaginowana wspólnota (Andrzej Duda), Polska jest gonioną ofiarą, na którą poluje UE (Krystyna Pawłowicz), rządy PiS ważniejsze od obecności Polski w UE (Mateusz Morawiecki) – to tylko nieliczne przykłady, czym dla PiS jest, a właściwie była jeszcze niedawno UE. Mówiono, że Unia niczego nam nie daje. Mówiono, że wszystko, co buduje PiS to za nasze, polskie złotówki. Mówiono, że Unia doi nas równo. Niszczy nasz system wartości, nie dba o chrześcijańskie korzenie, niesie za sobą zło.

A teraz nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakaż zmiana nastawienia do Unii. Dzisiaj Duda mówi, że „Unia Europejska to my”, pozostali politycy z kręgu prezesa nie ukrywają, że Unia to też i nasza przyszłość. Dzisiaj Unia jest kochana, cudna i w ogóle naj… Partia przygotowała wspaniały pakiet eksportowy, a w nim politycy z tzw. pierwszej półki. Ci, którzy do tej pory tak ochoczo włączali się w antyunijność, a teraz chętnie ruszą do Brukseli, by wnieść tam „kaganek” polskiego oświecenia i  polskiego myślenia.

To nie żart. Politycy PiS obudowali swoją żądzę pieniądza piękną ideologią i naprawdę trzeba poważnie potraktować słowa Beaty Szydło, która już czuje misję w kościach i woła pełna uniesienia, by Europa ocknęła się, wyszła z mroków i zobaczyła wreszcie „jak można pięknie żyć i wspaniale się rozwijać. Chcemy, żebyś czerpała od nas te wzorce”. Toż to istna krucjata na miarę XXI wieku. Będzie więc walka o krzyże w każdym pomieszczeniu Parlamentu Europejskiego, o przywrócenie chrześcijaństwu godnego miejsca, o zmianę mentalności z tej, tak otwartej na gender, LGBT, imigrantów, na prawdziwie polską, naładowaną zabobonami i wstecznictwem. Będzie walka o umocnienie polskiej złotówki, a może nawet zastąpienie nią tego byle jakiego euro czy też o całkowite podporządkowanie Unii polskiemu interesowi. Będzie walka o wprowadzenie w Europie takiej demokracji, jaką PiS zafundowało nam w Polsce. Koń by się uśmiał…

Do Europarlamentu pchają się też członkowie Konfederacji Korwin Liroy Braun Narodowcy. Swój program wyborczy konfederaci zawarli w pięciu punktach, a w nim wszystko, czego nie chcą, czyli Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej. Jak mówią liderzy Konfederacji, „Idziemy po sukces w imię Polski niepodległej. My jesteśmy tymi, którzy realnie chcą walczyć o suwerenność. Będziemy bić się z Brukselą o naszą niepodległość!”. Jeden z przywódców tego ugrupowania już kilka lat temu straszył, że idzie do Brukseli, by rozwalić UE i co mu z tego wyszło? Wiadomo, że Janusz Korwin-Mikke nie przemęczał się za bardzo. A to sobie przysnął podczas przemówienia włoskiej minister Federiki Guidi, a to w czasie dyskusji na sali Parlamentu Europejskiego podniósł rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia. W swoim pierwszym przemówieniu żądał ukarania pseudonaukowców, którzy gadają bzdury o jakimś tam zagrożeniu klimatycznym. Zasłynął stwierdzeniem, iż kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn czy określeniem „czarnuchy”. I to właściwie wszystko. Tak wyglądało to jego rozsadzanie UE od środka.

Nie ma co ukrywać. Żadna, nawet najlepiej przegadana i podana na tacy ideologia nie przykryje faktycznych przyczyn startu eurosceptyków do Brukseli. Politycy PiS dają dyla. Zostawiają swoje ministerstwa w stanie całkowitego rozkładu i uciekają tam, gdzie jeszcze może uda im się zaistnieć, sprzedać swój populizm. Podobnie i ci z Konfederacji. Głupie gadanie nic tu nie da. Chodzi przede wszystkim o kasę, ciepłą posadkę na kilka lat i zaspokojenie swego wygłodniałego ego.

Lud to kupi? Zapewne w jakimś stopniu tak, bo przecież wielu wierzy bezkrytycznie w każde słowo prezesa i spółki. Zupełnie nie przeszkadza im, że dzisiejszy przekaz ich ukochanej partii ma się nijak do tego sprzed kampanii wyborczej. Nawet nie zamierzają się nad tym zastanowić. Tak samo kupi populizm w wykonaniu Konfederacji, bo przecież „Polska, Polska nade wszystko”. Już niebawem przekonamy się, co wygra w Polsce: mądrość czy głupota…

Kiedy jesienią 1981 roku Rolling Stonesi grali koncert w Los Angeles Colloseaum, na rozgrzewkę występował przed nimi jeszcze zupełnie wtedy anonimowy Prince. I tak już trudnej sytuacji nie poprawiał fakt, że ubrany był, jak zwykle, w czerwone koronkowe bikini i prochowiec. Jego występ publiczność nagrodziła gradem obelg, za którymi wkrótce poszły warzywa. Prince na scenie wytrzymał 15 minut. Ale trzeba mu oddać, że wrócił na występ kolejnego wieczoru. 

Cóż, nie jest łatwo być supportem. 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że SOP starannie wszystkich zrewidował przy wejściu.

W niecałe cztery i pół roku po uchwaleniu Konstytucji 3 maja Polska zniknęła z mapy. 

Absolutystyczne monarchie, pod rękę z rodzimymi reakcjonistami, powołującymi się na obronę zagrożonych polskich tradycji, zniszczyły próbę odrodzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów w oparciu o oświeconą myśl ustrojową i reformatorskie wysiłki. 

Narodzinom nowoczesnego świata przyglądaliśmy się jakby zza szyby, jako zniewolony naród. Wielkie dylematy – emancypację jednostki, rozwój kapitalistyczny, wreszcie samo pojęcie Boga, przysłoniło pierwsze i najbardziej fundamentalne pytanie: bić się czy nie bić? Ten dylemat ukształtował naszą kulturę po dziś dzień. W dobie Polski niepodległej, stanowi obciążenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. 

Nasze myślenie i nasza polityka są głęboko niegotowe stawić czoła nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. Jak w lunatycznym śnie powtarzamy drogę, która doprowadziła nas poza krawędź upadku.

Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” napisał. 

W tym nieszczęsnym kraju rządziły duszami ludzkimi przez wieki zdeprawowana religia i sprzedajny kościół. Religia na usługach państwa, religia kierowana przez głowę państwa. A istotą tej religii była zawsze forma, rozdęta, zmitologizowana, zabsolutyzowana forma. A w tej formie najważniejsze było słowo.(…) Słowo stało się krwawym tyranem, słowo stało się okrutnym zabobonem i bezlitosnym Bogiem. 

Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten kto szuka transcendencji i absolutu w kościele będzie zawiedziony. Ten kto szuka moralności w Kościele nie znajdzie jej. Ten kto szuka strawy duchowej w kościele nie zostanie nakarmiony.

Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii. Gdyby dziś Chrystus pojawił się na świecie zostałby ponownie ukrzyżowany – przez tych, którzy na krzyżu zbudowali sobie trony.

„Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” – z tym zostawia nas królewiecki filozof. 

Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, zdobędą władzę nad duszami Polaków. 

Rywalizacja na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu, bo albo przegra się z ludźmi, którzy nie mają żadnych moralnych hamulców albo trzeba się do nich całkowicie upodobnić. 

Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.

Nie może być mowy o odnowie polityki jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz?”. Ci, których „łączy tylko matematyka” będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem.

Walka o władzę i jej zdobywanie jest domeną partii politycznych i ich liderów, to na nich spoczywa pełna odpowiedzialność za wynik. Próba wchodzenia w ich rolę byłaby nieodpowiedzialna nierozsądna, nawet jeśli zwycięstwo strony, z którą sympatyzujemy nie wydaje się przesądzone.

Ale siedzenie z założonymi rękami i krytykowanie z kanapy w oczekiwaniu aż polityka zmieni się sama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie jest opcją! 

Donald Tusk powiedział na Igrzyskach Wolności, gdzie narodził się ten nasz wspólny plan obchodów trzeciomajowych: „nie czekajcie na jeźdźca na białym koniu”. Cytował Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne.” Od siebie już dodam: nie czekajcie na Mesjasza, bo łatwo może się zmienić w czekanie na Godota. 

Gdzie bije źródło nadziei? W Polkach. 

To bunt kobiet przeciwko nieludzkiemu prawu stał się siłą napędzającą zmiany społeczne w ostatnich latach. Choć jest jeszcze tyle do zrobienia w kwestii równości, to przyznam się wam, że po cichu czekam na nową Joannę Szczepkowską, która powie, że „26 września 2016 (początek czarnego protestu) skończył się w Polsce patriarchat”. Na razie chyba nie będzie to jednak w telewizji publicznej.

Poglądy Polaków na rolę Kościoła katolickiego, małżeństwa homoseksualne, legalizację aborcji ulegają radykalnej liberalizacji. Ci, którzy chcą swój punkt widzenia w tych sprawach wyrażać pokrętnie i niejednoznacznie, byleby nikomu nie podpaść, myślą kategoriami ubiegłej dekady.

Każdy dzień rządów opresyjnej, konserwatywnej ideologii przybliża Polskę do obyczajowej rewolucji. Potrzebna jest nam polityka oparta na fundamentalnych wartościach i moralnych wyborach. Polityka, która pozwala na własnych warunkach zmierzyć się z nowoczesnością. 

Jestem niemal pewien, że na tej sali siedzi przyszła prezydentka Polski. Dała nam przykład Zuzana Czaputova jak zwyciężać mamy!

Na koniec, widzę na sali wielu moich znajomych, rówieśników, – trzydziesto i coraz częściej czterdziestolatków, często świeżo upieczonych rodziców. Odwołam się do pewnie znajomego nam wszystkim doświadczenia przestrzeni jaką jest plac zabaw.

Kiedy siedzimy tam z Magdą i naszym Stasiem nie znamy poglądów innych rodziców, może różnić nas wszystko, ale łączy nas miłość do naszych dzieci, troska o ich szczęśliwe i bezpieczne życie. To emocja, która może połączyć nas wszystkich, tak bardzo różnych, a w pewnym sensie tak bardzo podobnych. 

„Wyborcy populistów niekoniecznie sami są populistami”, warto zapamiętać tę pozornie oczywistą uwagę Jan Wernera Mullera

Kiedy nasz dwu i półletni synek z ufnością chwyta nas za ręce, kiedy wychodzimy razem na ulicę, chcę wiedzieć, że z równą ufnością może spoglądać w przyszłość, którą mu tworzymy. 

Jaka będzie, ta Polska z marzeń naszych dzieci, naszych wnuków? Czy naprawdę jesteśmy gotowi powierzyć ją ludziom, którzy myślą w kategoriach, które już dekadę temu wydawały się mocno anachroniczne? Czy pokolenie wyżu demograficznego i Unii Europejskiej nie dojrzało już do tego, żeby w filmie pod tytułem Polska 2019 przestać grać ogony i role drugoplanowe?

Musimy poszukać nowej opowieści o nas samych, o naszych zbiorowych lękach i aspiracjach. O tym jak nasze indywidualne marzenia wpisać w zbiorową opowieść o Polsce i Europie. Zamiast wciąż fedrować ideowy węgiel trzeba rozejrzeć się za energią odnawialną. 

Ten, kto znajdzie siłę do tego, żeby otworzyć polską politykę na zmianę ideową i pokoleniową będzie mógł chodzić w glorii zwycięzcy. 

„Oczywiście jesteśmy romantykami – pisał Juliusz Mieroszewski, porte-parole Jerzego Giedroycia, w liście do redaktora paryskiej „Kultury”. – Ludzie, którzy do czegoś dążą, zawsze są romantykami i dopiero gdy dopną swego, nagle stają się realistami . (…) Faceci, którzy do niczego nie dążą, nie są romantykami ani realistami, tylko zgoła zerami”.

Podejrzewam, że facet, o którym myślę pozostał w głębi serca romantykiem, nawet jeśli jest to romantyzm po przejściach. A już z całą pewnością nie można mu zarzucić, że do niczego nie dąży. Zapraszam na scenę Donalda Tuska. 

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>

Kaczyński chce europejskich płac. Proszę bardzo – zacząć od nauczycieli

14 Kwi

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie lubią odpowiadać na niewygodne i trudne pytania. Całkowite przejęcie kontroli nad pracami Sejmu i najważniejszych sejmowych komisji przez twardogłowych działaczy tej partii oraz przekształcenie TVP w telewizję, w której to gość dziennikarza, nie niepokojony niezaplanowanymi pytaniami, narzuca temat rozmowy bardzo rozpuściły posłów i ministrów. Na tych drugich jednak ciąży konstytucyjnie umocowany obowiązek odpowiadania na każde pytanie, jakie każdy z 460 posłów na Sejm ma prawo zadać przedstawicielom władzy i w ciągu 21 dni oczekiwać na nie odpowiedzi. I choć z odpowiedziami na interpelacje poselskie bywało różnie w poprzednich latach, to jednak dopiero za rządów Zjednoczonej Prawicy stały się one w zasadzie jedynym skutecznym narzędziem opozycji do kontroli nad rządzącymi. Naruszanie konstytucyjnych obowiązków przez premiera, czy szereg ministrów musi być nagłaśniane, a w przyszłości surowo ukarane.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, w wielu przypadkach dochodzi nie tylko do opieszałości w odpowiadaniu na pytania posłów, ale wręcz do rażącego i uporczywego uchylania się od tego obowiązku. Rekordowy pod tym względem jest resort zdrowia, który z odpowiedzią na interpelację w sprawie nieprawidłowości przy produkcji żywności dla niemowląt zwleka już 726 dni. Niewiele “gorszy” jest w tej kwestii premier Morawiecki, który z odpowiedzią na jedną z interpelacji spóźnia się o ponad półtora roku, czyli 562 dni.

Jak wynika z danych Sejmu, zapytań, na które odpowiedzi wciąż nie zostały udzielone, jest aktualnie 334, z czego blisko 70% (236 interpelacji) dotyczy resortu, gdzie obecnie rządzi minister Łukasz Szumowski (zastąpił Konstantego Radziwiłła na początku 2018 roku). Kolejne miejsca w tym niechlubnym rankingu zajmują wicepremier Piotr Gliński (24 zaległe dokumenty), minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz premier Mateusz Morawiecki (po 22 opóźnione interpelacje) oraz szef MON Mariusz Błaszczak (8 interpelacji). Pozostali ministrowie łącznie zalegają z kolejnymi 22 odpowiedziami na zapytania posłów (głównie opozycji). Kancelaria Premiera oraz naśladujący ją ministrowie, by pozornie zalegalizować swoją zwłokę, wysyłają do marszałka Sejmu prośbę o przedłużenie 21-dniowego okresu na udzielenie odpowiedzi, choć termin wynikający z art. 115 Konstytucji jest jednoznaczny i żadnej prolongaty tego czasu nie przewiduje. Z tej drogi nie korzysta natomiast Zbigniew Ziobro, który niewygodne interpelacje po prostu ignoruje i pozostawia bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Najwyraźniej, mając władzę nad wymiarem sprawiedliwości, czuje się wyjątkowo bezkarny, co pozwala mu na ostentacyjne lekceważenie konstytucyjnych obowiązków.

Taka postawa może być jednak dla czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości, pełniących ministerialne funkcje w rządzie Morawieckiego, zgubna zwłaszcza, gdy prędzej czy później dojdzie do utraty przez Zjednoczoną Prawicę władzy. Za oczywiste i widoczne gołym okiem łamanie przepisów Konstytucji ustawa zasadnicza przewiduje jedną karę – postawienie przed Trybunałem Stanu. O ile w przypadku szeregu podobnych zarzutów o łamanie najważniejszej polskiej ustawy można zasłaniać się różnymi interpretacjami (tak jak np. w przypadku nieopublikowania wyroku TK przez Beatę Szydło), to w kwestii braku odpowiedzi na interpelację w przewidzianym przez Konstytucję terminie sprawa jest oczywista. Za ostentacyjne ograniczanie przez premiera i wielu ministrów możliwości parlamentarnej kontroli władzy wykonawczej kara po prostu się należy. Oby jak najszybciej.

W tak zwanej publicznej telewizji kampania wyborcza w pełnym rozkwicie. Na tapecie oczywiście wrogowie PiSu. Przede wszystkim strajkujący nauczyciele no i artyści, którzy mieli czelność ich poprzeć.

W najnowszym odcinku programu „Alarm” przygotowano prawdziwą sensację. Zarzucono nauczycielom, że nie wystawiają faktur za korepetycje.

Dziennikarz Przemysław Wenerski zapowiadający program napisał na Twitterze: „A może by tak umówić się na prywatne korepetycje ze strajkującymi nauczycielami? W godzinach, gdy trwa protest? Zrobiliśmy to w „Alarm” TVP1. Próby były owocne, kosztowne, ale bez faktur…”

Tę triumfującą zapowiedź programu skomentował na Twitterze Tomasz Lis: „Zamówić korepetycje u protestującego nauczyciela, żeby skompromitować nauczycieli – w TVP odrodził się nurt SB-cki, który – jak błędnie sądzono – dogorywał dokładnie 30 lat temu, w okolicy wyborów z 4 czerwca. Towarzysze od brudnej roboty młodsi, ale też zdolni do wszystkiego”.

Jednak największy cios autorom programu „Alarm” zadał Krzysztof Izdebski, prawnik i dyrektor programowy Fundacji Państwo, który odpowiedział Wenerskiemu: „Rozumiem, że pan dobrze sprawdził, że korepetytor ma obowiązek wystawić fakturę? Bo jak nie to się chyba cały materiał sypnie” – podkreślił.

No i by się sypnął, gdyby nie ostrzeżenia internautów. Trzeba przyznać, że redaktorzy jednak wsłuchali się w głos ludu, bo mimo przygotowanej wcześniej sensacji fakturowej, prowadzący program zdecydował się powiedzieć na końcu jedno istotne zdanie.

Podkreślił, że zgodnie z wprowadzoną przez rząd PiS 30 kwietnia 2018 roku Konstytucją Biznesu , osoba, której przychody nie przekroczą 1000 zł miesięcznie, nie będzie musiała zakładać firmy, no i co oczywiste, wystawiać faktury.

I choć to kapiszon, to nie zmienia faktu, że w stylu z minionych czasów.

Propaganda zagrożonej i rozwścieczonej władzy uderzyła w tony nienawiści znane z najczarniejszych okresów PRL.

W marcu roku 1968 byłem ośmioletnim dzieckiem i nie rozumiałem, co dzieje się w Polsce, pamiętam jednak atmosferę grozy, która towarzyszyła rozmowom moich rodziców i ich znajomych. Dopiero po latach, czytając relacje i historyczne opracowania na temat tamtych wydarzeń, pojąłem ich istotę i byłem w stanie ocenić stopień ześwinienia propagandystów władzy.

Przywołajmy kilka nazwisk: Piotr Goszczyński, Tadeusz Kur, Ryszard Gontarz… Dziś nikomu nic one nie mówią. To pocieszające i optymistyczne. Medialne kanalie, które wówczas budziły powszechną wściekłość i nienawiść (redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław F. Rakowski nazwał tych osobników „gnidami polskiego dziennikarstwa”) są kompletnie zapomniane.

Myślę, że ten los czeka też propagandowych lokajów obecnego reżimu. Nawet jeżeli teraz przy lekturze słów Stanisława Janeckiego, braci Karnowskich, Rafała Ziemkiewicza, Cezarego Gmyza i wielu innych ogarnia nas złość i obrzydzenie, miejmy świadomość, że za kilka lat o istnieniu tych ludzi nikt już nie będzie pamiętać. Pozostanie tylko wspomnienie specyficznego fetoru unoszącego się nad debatą publiczną w Polsce w mrocznym okresie pisowskiego pełzającego zamachu stanu.

Pisarze do piór, studenci do nauki, nauczyciele do tablicy

Dzisiejsza propaganda dorównuje marcowej z 1968 r. nie tylko pod względem obrzydliwości. Nawet chwyty retoryczne są żywcem zaczerpnięte z ówczesnego rezerwuaru. „Pisarze do piór, studenci do nauki!” – głosiło popularne hasło, wymierzone w inteligencję, która buntowała się przeciw władzy. Dziś miejsce studentów i pisarzy zajmują strajkujący nauczyciele. „Nauczyciele do tablicy” – wzywają więc propagandyści PiS.

„Szkoła jest od nauki. Nauczyciel jest od nauczania i wychowywania” – pisze anonimowy funkcjonariusz portalu braci Karnowskich, atakując nauczyciela, który w czasie lekcji matematyki ośmielił się niepochlebnie wypowiedzieć na temat programów rozdawnictwa, demotywujących ludzi do pracy. W artykule zacytowano komentarz Dariusza Niedzielskiego, wiceszefa oświatowej „Solidarności” w Zielonej Górze, który potępił nauczyciela-warchoła, podkreślając: „Przecież nauczyciel ma podstawę programową do zrealizowania. Mamy płacone za to, żeby uczyć dzieci”.

Dobór komentatora też nawiązuje do PRL-owskiej tradycji, w której związki zawodowe i inne organizacje rzekomo „społeczne” były nadzorcą ludu i pasem transmisyjnym władzy. Dziś w tej roli występuje reżimowy związek zawodowy „Solidarność”, z którego nauczyciele masowo się wypisują.

Epitety, wyzwiska, donosy i haki

By obrzydzić opinii publicznej nauczycielskich działaczy, pisowska propaganda atakuje ich personalnie, szukając wszelkich możliwych haków, wypominając przeszłość, ujawniając stan majątkowy. Wcześniej ofiarą takich zniesławień padali aktywiści KOD, sędziowie, działacze sektora NGO-sów – teraz kolej na nauczycieli.

Gdy w jednej ze szkół strajk uniemożliwił przeprowadzenie egzaminu, TVP natychmiast wzięła na celownik dyrektorkę tej placówki, ani słowem nie wspominając, że starała się zapewnić zastępstwo w komisji egzaminacyjnej, ale nie znalazła chętnych. Zamiast tego widzowie dowiedzieli się o jej stanie majątkowym: „20 tys. zł pensji rocznie, 100 tys. zł odłożone, dom i mieszkanie o wartości 750 tys. zł, mercedes. To przemawia do wyobraźni. W oświacie można zarabiać przyzwoicie. Trzeba też się przyzwoicie zachowywać”. Powiedział to niejaki Miłosz Manasterski, kolejny godny kontynuator chlubnych tradycji marca 1968 (ponoć „pisarz i poeta” – ktoś? coś?).

W normalnych warunkach akcja strajkowa nauczycieli nie wzbudziłaby wielkiej sensacji, bo mieści się w ramach reguł gry demokratycznego państwa prawa i kapitalizmu. Takie wystąpienia i żądania płacowe różnych grup zawodowych to wręcz rutyna. Jedynie w państwie autorytarnym strajki pracownicze traktowane są jako atak na fundamenty ustroju i na dobry rząd, który dwoi się i troi, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Mieliśmy z tym do czynienia w PRL – i dziś odbite echo tamtej rzeczywistości do nas wraca.

Protest nauczycielski Rafał Ziemkiewicz nazywa „rokoszem”, na forach internetowych strajkujący określani są mianem „terrorystów”. „Chuligan polityczny” – tytułuje szefa ZNP Sławomira Broniarza pisolubna komentatorka TVP Elżbieta Królikowska-Avis. „Niestety – jedyne, czego dzieci mogą się dziś nauczyć od wielu nauczycieli, to agresja. Smutne” – faryzejsko martwi się anonimowy komentator bliżej nieznanego serwisu o nazwie „Centrum medialne”.

A to lemingi! Nie dość, że robią zrzutkę, to jeszcze są skąpi

Ludzie wspierający strajkujących są obrażani, obrzucani epitetami. „Wyskakiwać z kasy, lemingi” –szydzi Rafał Ziemkiewicz i sugeruje, że zebrane środki zostaną zdefraudowane.

Równocześnie jednak obrońcy władzy sprawdzają kto, ile dał na fundusz strajkowy, by wypomnieć, że za mało. Lech Wałęsa dał 1000 zł. „Kwota nie powala” – komentuje autor w „Do Rzeczy”.

„A ile PLN przeznaczył na wspomniany fundusz z własnych pieniędzy red. Maziarski z GW?” – dopytuje się na Twitterze komentator podpisany „Jarosław”. Spieszę więc odpowiedzieć: przekazałem nauczycielom 500 zł z 500 plus mojej córki.

Nauczyciele, warchoły, Żydzi

Wyróżnikiem propagandy marcowej 1968 roku był wątek antysemicki, niewystępujący na taką skalę w innych okresach PRL. To właśnie on nadał ówczesnym wydarzeniom tak złowieszczy koloryt. Antysemicki, faszyzujący Marzec 68 był wyjątkowym paroksyzmem agresji, nawet mierząc standardami komunistycznej normalności. I pod tym względem dzisiejsze praktyki dorównują marcowym.

Ówczesna władza chytrze podsycała antysemityzm i odwoływała się do antyżydowskiego resentymentu wielu Polaków, mówiąc o „antysyjonizmie”. Dzisiejsza ma analogiczną metodę – mówi o rzekomym „antypolonizmie”, dając do zrozumienia, że my, Polacy musimy się trzymać razem (ma się rozumieć – pod przywództwem PiS), bo atakują nas Izrael i żydowska diaspora.

Efekt tych zabiegów widać na forach internetowych i w komentarzach pod artykułami propagandystów prawicy. Oto dwie typowe próbki spod artykułu o ukonstytuowaniu się społecznego komitetu Wspieram Nauczycieli na portalu braci Karnowskich:

Pewnie cały Polski świat artystyczno filmowy, jak by nie było czerwono-żydowski, przystąpi do poparcia tej w jakiejś formie próby obalenia PiS w roku wyborczym. Lobbowaniem za czerwono-żydowskim ustrojem.

TVN i GW to antypolskie żydowskie media, no i Żakowski, Wałęsa tyż z Polską nie mają nic wspólnego.

Wywalić z roboty na zbity pysk

Marcowa propaganda 68 wyróżniała się też skalą wezwań do stosowania represji i przemocy. Medialni funkcjonariusze reżimu namawiali władze do karania wrogów, stawiania przed sądem, a nawet do wypędzania z Polski. To niebywałe, że w trzeciej dekadzie po upadku komunizmu w Polsce takie głosy znów się rozlegają – i to nie tylko na anonimowych forach internetowych, lecz w oficjalnym, pierwszym obiegu publicystycznym.

Odzywają się kolejni – znani z imienia i nazwiska – podżegacze i nienawistnicy, wzywający władzę, by zastosowała represje, postawiła organizatorów strajków przed sądem, dokonała czystki, wrzucając ich z pracy itp. Chyba jako pierwszy powiedział to były naczelny „Faktu” Grzegorz Jankowski, pisząc na Twitterze: Zupełnie niespodziewanie rządowi sama wchodzi w ręce okazja do totalnej reformy systemu szkolnego: od programów po ludzi. Nigdy żaden rząd nie miałby tak wysokiej akceptacji społecznej do takiej zmiany jak teraz”. Rychło odezwali się następni.

„Nauczyciele, którzy namawiają swoich kolegów, żeby w ramach protestu nie klasyfikować uczniów ostatnich klas szkół średnich i uniemożliwić im zdawanie matury, popełniają przestępstwo. Powinien nimi z urzędu zająć się prokurator. Moim zdaniem nauczycieli, którym takie pomysły przychodzą do głowy kuratoria powinny też odsuwać od pełnieni funkcji zawodowych” – napisał na Facebooku przewodniczący kolegium IPN, historyk prof. Wojciech Polak.

„Jeżeli mamy nauczycieli, którzy są gotowych poświęcić dobro uczniów, to znaczy, że nie nadają się do zawodu nauczycielskiego” – to z kolei publicysta Maciej Pawlicki w TVP.

Zacytujmy więc jeszcze jeden głos sprzed pół wieku. Komentując nagonkę propagandową marca 1968, ówczesny redaktor naczelny tygodnika „Polityka” napisał: „Świnią się ludzie, o których nigdy człowiek by nie pomyślał, że potrafią się stoczyć na takie dno. Jestem świadkiem upadku najlepszych tradycji dziennikarstwa polskiego”.

Zmieńmy datę na kwiecień 2019 i nikt nie zauważy, że to opinia sprzed lat.

26 maja Polacy podziękują rządzącym za „Wesołe” Święta”.

PiS wraz z Kościołem chce obalić pozycję Polski, którą wznosiliśmy z mozołem

6 Kwi

Od lat zastanawiałam się co też uczą w seminariach duchownych przyszłych „władców dusz”. Kiedyś chodziło mi o jeden temat: o przemoc domową. Czy w seminariach duchownych mają jakąś psychologię? Czy poznają dane dotyczące przemocy i uczą się wrażliwości, która pomaga reagować?

Myślałam, ile mógłby zrobić taki ksiądz dobrego, gdyby raz na miesiąc podczas kazania potępił przemoc wobec słabszych: kobiet, dzieci, zwierząt. W żadnym kościele tego nie robią. Nie uczą ich tego, a czego uczą? Egzorcyzmów? Nacjonalizmu? Nietolerancji? Są pazerni i nie dają sobie rady z własną seksualnością (przy takiej liczbie przesądów nie trudno o różne dewiacje).

Księży bardziej wzrusza abstrakcyjne cierpienie Jezusa (pozór tego wzruszenia) niż realne cierpienie wiernych, bardziej się przejmują ile wezmą na tacę i jaką mają władzę niż co zrobić, by pomóc ludziom.

Kto ich kształci? Czego się tam uczą? Kto tam chodzi? Myślę, że odpowiedzi na te pytania są kluczem do zrozumienia średniowiecznej kondycji naszego kleru, katechetów, hierarchów.

Ale nie tylko o tę kastę chodzi. Ich poziom wyznacza poziom moralności w Polsce. I w tym tkwi cały dramat.

>>>

Znany publicysta „Financial Times” David Allen Green, na twitterze, rzucił pomysł, żeby Donalda Tuska odznaczyć brytyjskim Orderem Zasługi.

Stało się to zaraz po tym, kiedy szef Rady Europejskiej niespodziewanie zaproponował opóźnienie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nawet o 12 miesięcy.

Takiej propozycji nikt się nie spodziewał. Od dłuższego czasu liczono się raczej z twardym brexitem, bez żadnych umów. Oczywiście na propozycję Donalda Tuska muszą się jeszcze zgodzić państwa członkowskie.

Niemniej fakt złożenia jej, dał Brytyjczykom nadzieję i rozgrzał uczucia do szefa RE. Szczególnie ucieszył tych, którym nie podoba się opuszczenie Unii bez żadnego porozumienia. Poparli więc pomysł Greena i wspólnie uznali, że przewodniczący Rady Europejskiej jest jednym z największych przyjaciół, jakich Wielka Brytania miała kiedykolwiek w dziejach i że należy mu się za to brytyjski Order Zasługi.

Trzeba tu dodać, że Order Zasługi to bardzo szczególne odznaczenie. Mogą je mieć zaledwie 24 żyjące osoby, a przyznawane jest za wybitną służbę w siłach zbrojnych, osiągnięcia na polu nauki, sztuki albo literatury lub za wspieranie kultury.

Znany z poczucia humoru i dystansu do siebie Donald Tusk, nie traktując tej propozycji zbyt poważnie, odpowiedział na Instagramie: „You made my day” – „Poprawiłeś mi humor” – „Sprawiłeś, że mój dzień jest szczęśliwy”.

To spowodowało jeszcze większy entuzjazm i uwielbienie. W komentarzach pod jego wpisem Brytyjczycy i Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii podkreślają, że tylko w Tusku nadzieja, że tylko on może rozjaśnić ich przyszłość.

>>>

„Nie miałem powodu nie wierzyć takiemu człowiekowi jak Kornel Morawiecki. Zresztą, w ręku miałem podpisaną przez marszałka umowę” – tak dziennikarzom Onetu mówił Janusz Kulesza, którego firma budowlana przeprowadzała remont w siedzibie partii Wolni i Solidarni, której liderem jest ojciec urzędującego premiera, Kornel Morawiecki. Panowie podpisali umowę dotyczącą remontu w sierpniu 2017 roku. Jak informuje portal Onet „Kulesza zgodził się, że przeprowadzi remont na niezwykle dogodnych dla partii warunkach, bo jedynie za zwrot poniesionych w trakcie prac kosztów.” Koszty te według ustaleń miały być rozliczane etapowo, a Kulesza miał jednorazowo wydawać do 20 tys. złotych. W przypadku przekroczenia tej kwoty miał, zgodnie z ustaleniami, wysyłać partii faktury do zapłaty.

Problemy z płatnościami pojawiły dość szybko. Do końca października Kulesza zainwestował w remont siedziby partii ok. 90 tys. złotych i nie otrzymał ani złotówki zwrotu tych kosztów. „Pan Morawiecki poprosił mnie wtedy, żebym jeszcze przez chwilę się wstrzymał z wystawianiem faktur i żebym wyraził zgodę na opóźnienie terminu zapłaty. Tłumaczył się „innymi pilnymi wydatkami” partii. Równocześnie zapewnił mnie o rychłym rozliczeniu zaległości” – opowiada Kulesza. W tak zwanym międzyczasie panowie spotykają się kilka razy, a na spotkania zapraszane są również inne osoby, jak na przykład prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Niestety nic konkretnego z nich nie wynika, a Janusz Kulesza coraz bardziej niepokoi się o zwrot pokaźnej sumy.

Tuż przed świętami, 22 grudnia 2017 r., Kulesza przekazuje partii Wolni i Solidarni za pośrednictwem Wójcika zestawienie kosztów na łączną kwotę 133 tys. 679 zł i 48 gr brutto.” Na początku stycznia 2018 roku Kornel Morawiecki podpisuje protokół odbioru prac budowlanych i po raz kolejny zapewnia o rychłym uregulowaniu należności, prosząc jednocześnie o rozbicie jej na dwie faktury. Kulesza przystaje na tę propozycję i wystawia jedną fakturę na 45 tys. złotych, a drugą pro forma. Jak można się spodziewać, faktury nie zostały zapłacone, a tracącego cierpliwość Kuleszę zaproszono na kolejne spotkanie w słynnym „Czytelniku”. Tym razem Kulesza miał się spotkać z Maciejem Wyszoczarskim, „dyrektorem Pionu Sieci i Operacji PKO BP, który zaczynał karierę w Banku Zachodnim WBK, gdy na czele tego banku stał Mateusz Morawiecki, obecny premier i syn Kornela Morawieckiego.”

Wyszoczarski zaproponował  Kuleszy- jak podaje onet – rozliczenie zadłużenia w transzach po 18-20 tys. zł z pominięciem faktur, czyli miały to być rozliczenia nielegalne. Dziennikarze portalu piszą, że to nie pierwsza tego typu propozycja zerowania faktur, jaka wyszła od Partii Wolni i Solidarni. „Anulować można wyłącznie fakturę, która nie została doręczona nabywcy i gdy nie doszło do dostawy towaru lub wykonania usługi. To podstawowa zasada, o której powinien pamiętać każdy przedsiębiorca. Innymi słowy, jeśli faktura została wysłana, to już nie można jej anulować. Propozycję wyzerowania faktury można rozpatrywać w kontekście ewentualnego podżegania do popełnienia przestępstwa skarbowego” – stwierdza ekspert prawa podatkowego adwokat Jarosław Ziobrowski.

Kulesza nie przystał na propozycję i jak powiedział dziennikarzom Onetu „wtedy usłyszałem, że Wyszoczarski „nie rozumie” pewnych pozycji z mojego wykazu kosztów. Stwierdził, że ma duże doświadczenie w rozliczeniach remontów, gdyż podlegały mu remonty wielu oddziałów bankowych. „ Sprawa płatności znowu pozostaje w punkcie wyjścia. Podczas ponownego spotkania Kuleszy z Kornelem Morawieckim w czerwcu 2018 roku, ten ostatni przy świadkach potwierdza istnienie długu i dając słowo honoru przekonuje, że do 13 lipca zapłaci 70 tys. złotych. Oczywiście pieniądze nie wpływają, a Kulesza odbiera telefon z groźbami.

Zadzwonił nieznany mi wcześniej, przedstawiający się jako prawnik WiS-u Paweł Wiącek. Powiedział, żebym „zwrócił uwagę na swoją przeszłość polityczną, o której nie raczyłem dotąd poinformować”. Sugerował, że byłem w latach 90. powiązany z SLD.” – mówi Kulesza, którego pełnomocnik składa wreszcie do sądu pozew o zapłatę ponad 146 tys. złotych wraz z odsetkami. Sąd wydaje nakaz zapłaty, a 5 października 2018 r. pełnomocnik Kuleszy składa wniosek o wszczęcie postępowania komorniczego. Komornik uzyskuje informację, że partia Morawickiego posiada konto w banku PKO BP, na którym są środki pieniężne w wysokości 52 złotych i 14 groszy. Co interesujące, dziennikarzom Onetu udało się dotrzeć do sprawozdania finansowego partii za 2018 rok, w którym nie ma wzmianki o zajęciu konta przez komornika. Z kolei w aktach sprawy sądowej jest pismo Kornela Morawieckiego, w którym można przeczytać m.in.: „Zostało zajęte konto bankowe naszej Partii, z którego to konta komornik sądowy zajął w ostatnich dniach października 2018 roku ponad 22 tysiące złotych (z konta funduszu wyborczego w trakcie procesu wyborczego) i w tym stanie rzeczy >minus< na kontach partii wynosi nadal ponad 130 tysięcy złotych wraz z kosztami egzekucji komorniczej”.

Kornel Morawiecki uważa roszczenia Kuleszy za „bezpodstawne”, a w oświadczeniu majątkowym swojej partii wykazuje brak jakichkolwiek środków. Sprawę rozstrzygnie sąd. Dziennikarzom Onetu nie udało się porozmawiać z samym Kornelem Morawieckim, który wciąż jest „niedostępny”. Rozmawiali za to z Maciejem Wyszoczarskim z PKO BP, jednak nie mógł on sobie niczego przypomnieć.

Wolność dzisiaj mierzona jest barierkami, które wyznaczają granicę między obywatelami pisowskiej Polski a resztą

Czym dla mnie jest wolność? Jedną z tych wartości, która od zawsze była podstawą mojego życia. To przekonanie, że w ramach społeczeństwa i państwa, w jakim żyję, mam prawo do własnego zdania, własnych poglądów. Do funkcjonowania w zgodzie z samą sobą tak, by jednocześnie nie krzywdzić innych. Nie ukrywam, że taka właśnie wolność towarzyszyła mi od 1989 roku, gdy Polska zmieniła swoje oblicze. Wiadomo, nie było lekko. Raczkująca demokracja niejeden raz dała mi popalić, wielokrotnie z oburzeniem obserwowałam takie działania kolejnych rządów, które nie przystawały niczym do mojego pojmowania wolnościowych realiów, jednak czułam się jak ptak, wreszcie po latach wypuszczony z klatki zakazów, nakazów, partyjnych przekazów. Od prawie już czterech lat ponownie znalazłam się w klatce. Teraz to bardziej boleśnie odczuwam, bo udało mi się liznąć tej wolności sporo i znowu ją straciłam.

Wolność stała się wyświechtanym frazesem, narzędziem w rękach partii rządzącej, która usiłuje przekonać nas, że nigdy wolni nie byliśmy, a dopiero teraz, prezes i spółka niosą nam tę wolność jak pochodnię oświecenia i prawdy. Jarosław Kaczyński przekonywał nas w maju 2017 roku w Stoczni Gdańskiej, że okres rządów PO to „był czas strachu. Dziś jest czas wolności. Chciałbym żebyście to wiedzieli. Idąc w tym marszu i twierdząc, że dziś wolność jest zagrożona idziecie w innym kierunku niż sądzicie (…) Wy maszerujecie właśnie dlatego bez żadnych przeszkód, że wolność w Polsce istnieje. Nie ona jest dzisiaj zagrożona. Zagrożeniem są plany, które w gruncie rzeczy godzą w wolność. Bo pamiętajcie państwo, że prawo do pracy to też wolność”.

Podczas miesięcznicy smoleńskiej we wrześniu 2017 r. prezes rzucił między tłum, że „pozostaniemy i będziemy tą wyspą wolności, tolerancji, tego wszystkiego, co tak silnie było obecne w naszej historii”, a na konwencji w Gdańsku, 30.03.2019 r., przekonywał, że „Prawo i Sprawiedliwość jest partią wolności. Dobre prawo, równe dla wszystkich i sprawiedliwość równa się wolność. Dlatego nie będziemy już mówić o „piątce” PiS, tylko o „piątce” plus, gdzie ten plus, to wolność”.

Ta wolność, o której z takim zapałem opowiada prezes, dotyczy tylko polityków Zjednoczonej Prawicy i jej sojuszników, a całą reszta obywateli może sobie o tej wolności tylko pomarzyć. Wolność dzisiaj mierzona jest barierkami, które wyznaczają granicę między obywatelami pisowskiej Polski a resztą. Granicę również w sensie psychologicznym. Barierki na miesięcznicach smoleńskich, barierki na spotkaniach polityków PiS z narodem, barierki wokół pomników Lecha Kaczyńskiego. Barierki, które wbijają się nam w głowę, coraz wyraźniej pokazując, że władza stoi tam, a my zupełnie gdzie indziej, poza tym dzisiejszym państwem prawa i sprawiedliwości. Wyraźnie widać, że PiS ma bardzo specyficzne rozumienie pojęcia „Wolność” i buduje ją na dzieleniu Polaków na tych, którym wolność się należy i tych, którzy nie mają do niej żadnego prawa.

Te barierki wyznaczają obszar, na którym za przyzwoleniem PiS zamyka się lesbijki, gejów i osoby transpłciowe. Już dzisiaj są one wykluczane z polskiego społeczeństwa obywatelskiego, a homofobia urasta do niebotycznych rozmiarów. Mówi się o leczeniu homoseksualizmu jako zaburzenia psychicznego, grozi wsadzaniem do więzień, ostrzega przed przyjmowaniem do pracy, myli się homoseksualizm z pedofilią.

Za barierkami, w strefie pisowskiej, stoi tolerancja dla narodowców, ataków na cudzoziemców, dla antysemityzmu i najbardziej prymitywnych przejawów rasizmu. Jest tu też miejsce dla Polskiej Instytucji Kościelnej, która wraz z partią prezesa buduje tę „chorą” Polskę. Polskę krzyży, przyzwolenia na pedofilię, kościołów tylko dla wybranych, pełną indoktrynacji religijnej w publicznych palcówkach oświatowych.

Barierkami śmiało możemy nazwać pogorszenie sytuacji kobiet na rynku pracy, bo po co im praca? Dostają 5 stów na dziecko, jak się postarają to, mając czwórkę potomków, załapią się na emeryturkę, więc niech siedzą w domu i będą na usługi swego męża pana. To też działania PiS ograniczające wolność organizacji pozarządowych, poddanie ich ostrej kontroli państwowej i zakręcenie kurka z dofinansowaniem, bo pieniądze ta władza woli przekazać ojcu Rydzykowi i instytucjom związanym z kościołem. To przejęcie mediów publicznych, by manipulować Polakami i wpędzać ich w stan permanentnej głupoty. Ograniczenie wolności słowa, o zamachu na Trybunał Konstytucyjny i nagminne manipulowanie Konstytucją, już nie wspomnę.

Czyż możemy wierzyć w tę Wolność w wersji PiS, gdy widzimy, jak przywódcy narodu nie wpuszczają mediów niezależnych na swoje imprezki czy konferencje. Gdy zamyka się dziennikarzom usta, zakazując zadawać pytania na konferencjach prasowych? Gdy odmawiają dofinansowania imprez, za którymi nie stoją politycy PiS i są one zbyt wolne i śmiałe? Gdy, zależne już od PiS-u, sądy wydają wyroki na przeciwników tej władzy, a uniewinniają „swoich”?

Nie zapominajmy też o kolejnym „akcie wolnościowym” czyli wprowadzonej zasadzie cyklicznych zgromadzeń, którą daje się świetnie manipulować i wykorzystywać ją do odbierania obywatelom prawa do wspólnego obchodzenia rocznic tak ważnych dla naszej historii i naszej tożsamości obywatelskiej. Przykłady? Proszę bardzo… Oddanie narodowcom Warszawy w dzień obchodów Święta Niepodległości. Miesięcznice smoleńskie, w których wolno było wziąć udział tylko fanatykom zamachu. No i najświeższa sprawa. Oddanie NSZZ Solidarności pl. Solidarności w Gdańsku, by 4 czerwca nie mogły tu się odbyć ogólnopolskie uroczystości w 30 rocznicę wyborów, które otworzyły nam drzwi do demokracji. Co ciekawe, do dzisiaj pan Duda nie jest w stanie pokazać, jaką imprezę tego dnia na placu organizuje. On wie tylko jedno: hura, hura, hura! Placu Solidarność nie odda, ewentualnie pozwoli położyć kwiaty pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców i tyle. Przy okazji Solidarność zajęła sobie to miejsce na kolejne trzy lata na 10 kwietnia, 3 maja, 14 sierpnia i 11 listopada. A co jakiś obcy element ma się wtryniać w polskie święta?

Nie wiem, jak Wam, ale mnie ta wolność w wersji PiS zupełnie się nie podoba. Mało tego, z prawdziwą wolnością nie ma ona nic wspólnego. To tylko jakiś slogan, bez treści, bez solidnych podwalin. To populistyczne hasełko, które ma jedno zadanie. Przekonać Polaków, że jest super, a te wykluczenia, te barierki na każdym kroku, to właśnie ta prawdziwa wolność. Wolność prawdziwych Polaków, prawdziwych Patriotów, a kto tego nie rozumie to niech spada… nie zasługuje na życie w tak wolnej Polsce.

Ciemnogród PiS: Beata Kempa, Jacek Kurski, Anna Zalewska

5 Kwi

Minister Beacie Kempie, która z takim wielkim oddaniem poświęca się pomocy humanitarnej, nieco puściły nerwy w programie „Tłit”.

Wystarczyło, że dziennikarz Marek Kacprzak powołał się w rozmowie na Krzysztofa Brejzę, który porównał dzisiejszą Polskę do zawirusowanego komputera, stąd „potrzebny jest głęboki restart. I montaż dobrego antywirusa”, by minister Kempa natychmiast odbiła piłeczkę, mówiąc, żeby poseł „Antywirusa to niech sobie zamontuje w Inowrocławiu, tam gdzie wybuchła gigantyczna afera”.

Czyżby miała na myśli aferę fakturową w mieście, gdzie prezydentem jest ojciec Krzysztofa Brejzy i to on sam złożył zawiadomienie w tej sprawie do prokuratury? No cóż, śledztwo jeszcze się toczy, ale pani Kempa już wie, kto tu jest winny i wykorzystuje sytuację, by zdyskredytować posła w oczach Polaków.

Sama natomiast dość lekceważąco podchodzi do pytania o afery, jakie tropi Krzysztof Brejza. Gdy dziennikarz przypomina sprawę Srebrnej, stanowczo stwierdza, że to żadna afera, a celem działań posła jest tylko i wyłącznie „próba uderzenia w lidera Zjednoczonej Prawicy. Nie dopatruję się nieprawidłowości w tym zakresie”.

Ostatecznie ucina rozmowę na temat Krzysztofa Brejzy, stwierdzając, że „Poseł Brejza to jedyny polityk, z którym nigdy nie usiądę do stołu. Rzadko mi się to zdarza. Nie lubię poniżania kobiet i kłamstw. (…) Nie chcę mówić na temat tego człowieka. Chciałabym, żeby w polityce było jak najmniej takich ludzi jak on”.

No fakt. Polska polityka potrzebuje tylko takich aktywistów jak ona i jej partyjni koledzy…

Wszyscy dobrze wiemy, że media publiczne są tubą propagandową partii rządzącej. Wiemy, że o tym jak mają funkcjonować te media i jaki zespół ma nimi prowadzić, decyduje Rada Mediów Narodowych, powołana właśnie przez PiS, w której 3 członków na 5 to ludzie rekomendowani właśnie przez tę partię, a na jej czele stoi Krzysztof Czabański, bliski znajomy prezesa Kaczyńskiego. Wiemy też, że TK pod koniec 2016 roku, czyli jeszcze pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego, zakwestionował pozbawienie KRRiT możliwości wpływania na wybór członków zarządów spółek medialnych i zobowiązał parlament do uchwalenia odpowiednich zmian w tej sprawie, co nie spotkało się z żadnym odzewem.

Trudno więc dziwić się, że już teraz partie opozycyjne szykują propozycje konkretnych zmian, które pozwolą przywrócić normalne zasady w funkcjonowaniu mediów publicznych. Dziennikarzom onet.pl udało się dotrzeć do osoby z PO, która potwierdziła, że rzeczywiście trwają już prace nad pakietem ustaw. Przyznaje ona, że „przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

O jakie zmiany chodzi? Spółki TVP i Polskiego Radia mają być zlikwidowane i zastąpione przez coś w rodzaju instytutu kultury. Dodatkowo, nowa formuła miałaby ułatwić przeprowadzenie zmian personalnych, bez czego nie dałoby się przywrócić podstawowych zasad funkcjonowania mediów. Tym bardziej, że wiadomo, iż co niektórzy mają podpisane bardzo korzystne umowy, które gwarantują im ogromne odprawy w przypadku rozwiązania stosunku o pracę.

Rozpatrywany jest też wariant, by władze TVP i Polskiego Radia wybierała KRRiT, tak jak to było przed zmianami wprowadzonymi przez PiS. Wprawdzie dzisiaj i KRRiT jest w rękach partii rządzącej, a jej szefem jest sejmikowy radny tej partii Witold Kołodziejski, ale odpowiednimi ustawami będzie można i tutaj wprowadzić poprawki.

Ma się też zmienić forma finansowania mediów. Jak mówi informator onet.pl, „Abonamentu raczej nie uda się uratować (…) PiS zamienił Telewizję Polską w opłacaną z pieniędzy ludzi szczujnię. Nikt już nie będzie chciał na to płacić, nawet jeśli odpowiedzialni za ten codzienny skandal na antenie odejdą – słyszymy. Co w zamian? Jeżeli telewizja stałaby się instytucją kultury, w grę wchodzi w pierwszej kolejności finansowanie… z budżetu”.

Przeszkodą we wprowadzeniu nowej ustawy o mediach może być Andrzej Duda, który pełni funkcję prezydenta do sierpnia 2020 roku. Należy liczyć się z tym, że będzie on torpedował wszelkie działania, które odbiorą PiS-owi władzę nad mediami publicznymi, no i raczej nie ma co wierzyć, że partie opozycyjne będą miały taką większość w sejmie, która pozwoli im na odrzucenie prezydenckiego weta. Tak więc, nawet jeśli uda się w wyborach do parlamentu pokonać PiS, to na nową ustawę o mediach publicznych trzeba będzie trochę poczekać. Dobrze jednak, że prace nad zmianami już trwają, bo gdy przyjdzie odpowiedni czas to będzie można nową ustawę szybko wprowadzić w życie i uwolnić wreszcie media od wpływów PiS.

Nie można odmówić Grzegorzowi Schetynie umiejętności wytrawnego gracza politycznego. Najnowsza inicjatywa jego partii wyraźnie to pokazuje. Dzisiaj PO składa w Sejmie wniosek o wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej.

Wiadomo, że PiS swoimi głosami utrzyma ją na stanowisku, ale… znajdzie się w dość niewygodnej sytuacji. Z jednej strony bowiem, partia panią Zalewską obroni, jednak już niebawem ją zdymisjonuje, bo przecież wysyłana ma być do Brukseli, a rząd ponownie zostanie zrekonstruowany.

Tak naprawdę politycy PiS mają tylko jedną możliwość, by wykaraskać się z sytuacji, w jaką wpędził ich lider PO. Biegiem ogłosić nowy skład rządu. Już raz taki manewr im się udał, pytanie tylko czy mają już gotową listę nowych ministrów.

Nie ma co ukrywać, minister Zalewska skompromitowała się całkowicie deformą edukacji. Trudno znaleźć cokolwiek, co usprawiedliwiałoby sens jej startu do europarlamentu. Grzegorz Schetyna świetnie to rozumie, dlatego już tydzień temu, na konwencji we Wrocławiu, odniósł się do pani minister, mówiąc, że to „nie przejdzie”. Polacy są mądrzy, nie doceniacie ich, pani Zalewska nie da rady uciec do Brukseli, bo po prostu Polacy jej nie wybiorą”. Czy wniosek o wotum nieufności pomoże? Oby tak się stało. Przekonamy się o tym już dzisiaj.

Jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Znowu o nas głośno, od Chicago do Tobolska. A wszystko za sprawą skłonności, która powoli staje się naszą specjalnością narodową. Piromanii, mianowicie.

Całkiem niedawno światową sławę zyskał w tym kontekście Wrocław, gdzie doszło do symbolicznego podpalenia kukły Żyda. A teraz w Gdańsku zapłonął stos, w który wrzucono…książki. Tę swoistą rekonstrukcję auto da fe z Harrym Potterem i Hello Kitty w charakterze głównych oskarżonych, urządzili księża jednej z tamtejszych parafii, przy aktywnym uczestnictwie licznych wiernych.

Gdańska inscenizacja „Fahrenheita 451” wzbudziła oburzenie, ale bynajmniej nie tak powszechne, jak można by się spodziewać, i głównie za granicą, bowiem krajowi mocodawcy uczestników „incydentu” wykazali się w tej sprawie daleko posuniętą wyrozumiałością. Cóż – w końcu mamy teraz trend na poszanowanie tradycji i obfitość grup rekonstrukcyjnych, tymczasem Inkwizycja to przecież ważna karta w dziejach Kościoła Powszechnego. No a poza tym nie tylko duchowni, ale też świeccy przedstawiciele aktualnej władzy wykazują specyficzną skłonność w kierunku zabaw z zapałkami.

I tak, miłość ojczyzny, płonącą w sercach młodzieży wszechpolskiej, najłatwiej poznać po krwawej łunie rac nad Marszami Niepodległości, natomiast nigdy niegasnący płomień pamięci ofiar „zamachu smoleńskiego” – po blasku pochodni na każdej miesięcznicy. Nic nie wyraża żaru emocji buzujących w środowiskach „patriotycznych” bardziej niż płonące flagi Unii, swastyki i kukły „wrogów narodu”. Te akurat modę, dotyczącą kukieł „zdrajców”, zapoczątkowało w polskiej polityce symboliczne spalenie wizerunku Lecha Wałęsy. Dla przypomnienia – zapałki trzymał wtedy Jarosław Kaczyński. Potem nadeszła epoka marszów z płonącymi pochodniami. No a teraz przeszliśmy do kolejnego etapu narodowej piromanii- stosów, na których pali się książki. Czego polska prawica oczywiście „nie pochwala, ale jednak rozumie”.

Jej elektorat pewnie też, tym bardziej, że przynajmniej jedną książkę w roku (wliczając w to podręczniki i instrukcje obsługi) czyta w Polsce już tylko 37 procent populacji. Gdyby nie jazgot lewackich mediów, to gdańskie całopalenie przeszłoby więc pewnie niezauważone.

Bo przecież jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Inna sprawa, że palenie książek jest mało skuteczne, bo zawsze można przecież napisać kolejne. Więc następnym nieuniknionym, etapem na drodze do odrodzenia duchowego Narodu wydaje się posłanie na stos ich autorów. Jak to zawsze bywało. Po nich – wydawców. A na ostatku czytelników. Oraz – to już w kontekście politycznym – całej totalnej opozycji, z „Bolkiem” na czele, jej zwolenników, a na koniec całego „gorszego sortu”. No, chyba że w odruchu chrześcijańskiego miłosierdzia jednak wyśle się ich wszystkich na Madagaskar. Niemniej, wobec nadchodzącego kryzysu budżetowego, zapałki wychodzą taniej.

Jak dotąd, owa taktyka spalonej ziemi przynosiła podpalaczom w Polsce niezłe rezultaty. Zabawy z zapałkami mają jednak to do siebie, że w niepowołanych rękach grożą pożarem medialnym, który obróci w popiół resztki naszej reputacji. Mogą też wzniecić oburzenie i rozpalić emocje przeciwników. No i – jak wiemy z filmów kryminalnych – wielu podpalaczy ginie w płomieniach roznieconych własnymi rękami.

Jacek Kurski niech patrzy na Serbię, a nie Nowogrodzką

17 Mar

Tępa i prostacka manipulacja, tylko dlatego, że wyniki sondy były nie po myśli jej autorów” – to jeden z komentarzy internautów, jaki pojawił się w sieci po usunięciu przez TVP wyników sondy.

Redakcja programu „Strefa starcia” zapytała swoich widzów na Twitterze o to czy akceptują możliwość adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Wyniki miały zostać przedstawione na antenie TVP Info, a autorzy sondy zapewne liczyli, że odpowiedzi widzów dadzą im silny argument do walki ze środowiskami LGBT.

Niestety dla pomysłodawców sondy, jej wynik odbiegał od oczekiwań, dlatego zamiast ujawnić głosowanie widzów postanowiono usunąć pytanie z sieci. Na Twitterze „Strefy starcia” pojawił się za to lakoniczny komunikat: „Szanujemy głosy WIDZÓW, dlatego jest dla nas niezmiernie ważne, żeby wynik sondy odzwierciedlał ICH punkt widzenia, a nie wykupionych farm anonimowych trolli”.

Jako że w sieci nic nie ginie, internauci bardzo szybko odnaleźli i opublikowali screeny z trwającej sondy. Wynika z nich jasno, że ponad pięćdziesiąt procent odpowiadających na pytanie osób nie ma nic przeciwko temu, aby pary homoseksualne mogły adoptować dzieci.

Internauci ostro zareagowali na manipulację redaktorów TVP: „Jeśli już nawet na widzów @tvp_info władza nie może liczyć, to znaczy, że jest źle”,  „Po prostu przeszkadzało wam, że w sondzie zwyciężała normalność” – można przeczytać w komentarzach. 

Nowe afery PiS. Aferalność, genom partii Kaczyńskiego

28 Sty

KGHM Polska Miedź SA to firma z udziałem skarbu państwa o dochodach ponad 20 mld zł. Nic więc dziwnego, że jest ona łakomym kąskiem dla każdej nowej władzy. Jednak PiS, przeszło wszelkie granice, obsadzając najważniejsze w niej stanowiska swoimi ludźmi w skali do tej pory niespotykanej.

Gazeta Wyborcza opisuje sytuację w której mówi się, że „nieoficjalnym kadrowym” firmy jest wiceprezes PiS i szef struktur na Dolnym Śląsku, Adam Lipiński. To podobno dzięki niemu stanowisko prezesa otrzymał Krzysztof Skóra, a dyrektorem technicznym, zajmującym się dostarczaniem infrastruktury teleinformatycznej dla kombinatu i spółek zależnych został jego chrześniak, Karol Kos. W centrali pracuje też ojciec Kosa, bliski przyjaciel Lipińskiego. Obaj panowie, Skóra i Kos znajdują się na tzw. liście Misiewiczów czyli osób powołanych na odpowiedzialne stanowiska mimo braku odpowiednich  kwalifikacji zawodowych.

Zdaniem autorów artykułu, to właśnie Karol Kos jest odpowiedzialny za próbę ustawienia trzech przetargów na sprzęt i oprogramowanie, na łączną kwotę 3,2 mln zł. To on zlecił ponoć podległemu mu kierownikowi działu zabezpieczeń technicznych i głównemu specjaliście, by pisemnie uzasadnili tryb wyboru wykonawcy, ze wskazaniem na konkretną firmę. Na trop afery wpadły wewnętrzne służby kombinatu. Raport z kontroli, niekorzystny dla Kosa, dotarł do  dyrektora naczelnego COPI, Grzegorza Macha, a ten przekazał go dalej, do  świeżo mianowanego prezesa Marcina Chludzińskiego, również powołanego na to stanowisko dzięki wsparciu Adama Lipińskiego (tak twierdzi Gazeta Wyborcza).

„Nagrodą” za ujawnienie ustawionych przetargów było zwolnienie Grzegorza Macha z pracy. Jak twierdzi jeden z rozmówców Gazety Wyborczej, to „był spory szok, bo to fachowiec ściągnięty z rynku. Był wielokrotnie nagradzany za pracę dla kombinatu”. Według Chludzińskiego, Mach został zwolniony ponieważ nastąpiły rozbieżności „w ocenie jego funkcjonowania w COPI i zaangażowania w powierzone zadania 

Dzisiaj prezes Chludziński  twierdzi, że nie ma pojęcia o całej tej sprawie, Kos za dobrą pracę otrzymał umowę na czas nieokreślony, a KGHM złożyło do prokuratury wniosek o popełnienie przestępstwa przez Grzegorza Macha, twierdząc, iż jest podejrzenie „przekroczenia uprawnień i wyrządzenia szkody majątkowej o znacznej wartości”.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali sześć osób w śledztwie dotyczącym doprowadzenia Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

Wśród zatrzymanych jest były szef gabinetu politycznego MON Bartłomiej M., były członek zarządu spółki PGZ S.A. Radosław O., były parlamentarzysta Mariusz Antoni K., a także trzej byli pracownicy MON oraz spółki PGZ. Wszyscy zatrzymani zostaną przewiezieni do Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu, gdzie usłyszą zarzuty. W związku z zatrzymaniami funkcjonariusze CBA prowadzą przeszukania ponad 30 lokalizacji.

Śledztwo, prowadzone na podstawie materiałów własnych CBA, dotyczy niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszowania dokumentów przy okazji zawierania umów przez spółkę PGZ S.A. W ocenie śledczych doszło do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

>>>

(„Zapytany przez polityka opozycyjnego na Twitterze, jak długo potrwa reakcja rządu na takie sytuacje, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński napisał: „Reagować na co?”)

Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem

Walka z mową nienawiści jest wojną obronną, a zatem słuszną i sprawiedliwą. Od tak dawna obrzucamy się błotem oszczerstw, potwarzy i pomówień, że dla wielu to bagienko stało się już środowiskiem naturalnym.  Czas się ratować – oskrobać z podłych intencji i obmyć z nienawistnych słów. Jednak wezwania, by każdy z nas rozpoczął odnowę moralną od siebie, od zaraz i bez warunków wstępnych, uważam za nierealne i niebezpieczne. Słuchając nawoływań o zawieszenie broni i narodowe pojednanie, obłażą mnie wątpliwości, z których nie potrafię się otrzepać.

Jeśli zależy nam na trwałym pokoju społecznym, to przyjąć musimy do wiadomości, że zawieszenie broni nie zakończy się traktatem pokojowym, póki rozpalać się będą lokalne walki i potyczki. A będą, nawet gdyby wszystkich harcowników przenieść na tyły, do taborów. Bo nie wierzę w dobre intencje wszystkich walczących, tak jak nie wierzę w przyzwoitość na zawołanie. Cisza na froncie to znakomita okazja dla cynicznych watażków, którzy wykorzystując uczciwość przeciwnika przejmują inicjatywę i kontynuują swoją wojenkę wmawiając światu, że oni strzelają wyłącznie ślepakami i tylko na wiwat. Będą nadal toczyć swoje bitwy poprzez najemników, wynajętych wyznawców i wyznaczonych funkcjonariuszy.

Na szczytach władzy słychać nawoływania do narodowej zgody i porozumienia. I na tym samym oddechu rządzący dopowiadają, że przemysł pogardy jest produktem Platformy. Okazuje się, że wojnę polsko-polską rozpoczął Donald Tusk, zniesławiając wyborców PiS niewyobrażalną kalumnią: „moherowe berety!”, wobec której jakieś tam „zdradzieckie mordy”, „mordercy” oraz „komuniści i złodzieje” to tylko usprawiedliwiona reakcja obronna. Dzisiaj PiS zaprasza opozycję na rozmowy pokojowe, a w tle słychać wyraźnie tętent nadjeżdżającej kawalerii i rżenie koni jeźdźców Apokalipsy.

Na sobotnim zebraniu partyjnym z udziałem dowiezionych samorządowców prezes Kaczyński dokonał niebywałych odkryć, że oto Polska jest podzielona, a podział ten prowadzi do wydarzeń, które jednak nie powinny mieć miejsca – sugerując jednocześnie, kto za to odpowiada . Pan premier zawtórował swojemu przełożonemu, kolejny raz wyliczając, czego to poprzedni rząd przez 8 lat nie zrobił, po czym opowiedział o „przezwyciężaniu spuścizny porozbiorowej”(!) i z braku przekonujących sukcesów skupił się na wyzwaniach przyszłości – o wyzywaniach w przeszłości nie wspominając. Wcześniej wicemarszałek Terlecki obsobaczył zaproszoną na „rokowania” opozycję, która ośmieliła się zarzucić TVP – uczciwej przecież i obiektywnej jak nigdy dotąd – że kłamie i podgrzewa nienawistne nastroje.

To jednak ledwie pstryczki i żartobliwe przekomarzania wobec furii wyznawców Kaczyńskiego w mediach wspierających PiS. W jednym z tygodników dostępnych na pocztach, w supermarketach, na stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie nie sprzedaje się „Gazety Wyborczej”, przeczytać można wielki tekst o źródłach języka pogardy. Kilka cytatów: „Ta cała nienawistna jazda bez trzymanki trwa od 2005 roku (…), a kulminacja tego politycznego i propagandowego zezwierzęcenia nastąpiła po tragedii smoleńskiej”.  I dalej: „Przecież ta swołocz i hołota nie uszanowała nawet żałoby po ofiarach tragedii smoleńskiej…”. Teraz już można gładko przejść od Smoleńska do Poznania: „przedstawiciele totalnej opozycji na widok niewinnie przelanej krwi zachowali się jak stado szakali, które tę krew poczuło i w jakimś dzikim amoku ruszyło do ataku”. Dalej jest o „ludzkiej mierzwie”, która z premedytacją zdeptała wolę rodziny Adamowicza, aby tylko „po trupach do władzy”. Wygląda na to, że autor, niejaki Mirosław Kokoszkiewicz, sam sobie odpowiada na tytułowe pytanie „Kto zasiał nienawiść?”

Nie są to bynajmniej najbardziej wyraziste przejawy pogardy dla myślących inaczej i reagujących samodzielnie. Spore zainteresowanie wyborców PiS wzbudził wywiad Aldony Zaorskiej z Grzegorzem Braunem, który jest nie tylko reżyserem i publicystą, ale również nauczycielem akademickim. Zdaniem tego pana morderstwo Adamowicza to kolejne niewyjaśnione zabójstwo. Kolejne, bo „w III Rzeczpospolitej takie rzeczy zdarzają się wręcz seryjnie”. Braun sądzi, że to wydarzenie bardzo przysłużyło się tym, którzy głoszą, że w Polsce demokracja jest zagrożona i gdyby nie zdarzyło się naprawdę, to „na użytek tej antypolskiej narracji trzeba by je wymyślić”. Uniwersytecki wykładowca informuje ponadto, że zabójstwo Pawła Adamowicza to w konsekwencji wielka wspólna operacja propagandowa opozycji i WOŚP Jerzego Owsiaka, bo morderstwa dokonano „na ołtarzu świeckiej religii, podczas celebracji tego dorocznego obrzędu”. Braun nie omieszkał też zawiadomić, że ofiara mordu to „prominentny przedstawiciel opcji niemieckiej, chętnie wpisujący się w żydowskie narracje propagandowe i w neomarksistowskie projekty seksualizacji nieletnich”…

Czytelnikom, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami, bo pan Braun jest postacią groteskową i marginalną, zwracam uwagę, że nasza scena polityczna aż roi się od podobnych postaci, a każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za marginalne i groteskowe, a dziś albo ich już nie dostrzegamy, albo traktujemy je z pełna powagą. Nie jestem katastrofistą i też żywię mocne przekonanie, że ostatecznie dobro zwycięży. Problem tylko – jak dożyć tej chwili?

Myślę, że zanim zabierzemy się za bratanie, zanim wypijemy bruderszaft przechodząc  z warknięć  stworzeń animalnych na „Pan”(i „Pani”), powinniśmy zdefiniować wyraźnie, czym jest język pogardy oraz czym mowa nienawiści nie jest. Bo walka o życzliwą debatę publiczną rodzi pewne zagrożenie: może okazać się niebezpieczna dla prawdy. Wraz z oczyszczającą kąpielą łatwo wylać prawdę – tę rozumianą jako osąd zgodny z rzeczywistością. Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem. Kim będą ci ludzie, jeśli zabraknie nam słów precyzyjnie określających ich działanie i motywy, bo te dotychczasowe uznamy za obraźliwe? Jeśli wojna z mową nienawiści sprowadzi się do eliminacji ze słownika debaty publicznej wybranych wyrazów i do relatywizowania negatywnych ocen ludzkich poczynań, to nie tylko stracimy trzeźwy osąd. Co gorsza – pozwolimy by ci, przeciw którym wojna się zaczęła, opanowali nasze dowództwo i sztab generalny.

Dlatego publiczne nazwanie premiera Morawieckiego kłamcą, prezesa Kaczyńskiego oszustem, eksministra Macierewicza hochsztaplerem, albo wicemarszałka Terleckiego cynikiem i politycznym graczem, powinno pozostać zwyczajną diagnozą tak długo, dopóki nie dopiszemy do niej szyderczych przymiotników. A poza tym niech mowa nienawiści zginie i przepadnie. Niech służy tylko badaczom niektórych form i przejawów epistolarnej twórczości, charakteryzującej polski dyskurs publiczny I połowy XXI wieku.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>