Tag Archives: Jan Hartman

Klechy wychowują polski Ciemnogród, łożymy na to ogromny szmal. Jesteśmy g… warci, fundnęliśmy sobie piekiełko

22 Kwi

Poseł Marek Sowa zapytał Ministerstwo Edukacji Narodowej, ilu katechetów państwo zatrudnia w placówkach publicznych.

MEN odpowiedziało na zapytanie posła Sowy ws. zatrudniania nauczycieli religii w szkołach i  przedszkolach. 

Mieszkańcy Pruchnika (woj. podkarpacki) zorganizowali w Wielki Piątek sąd nad Judaszem.

Kukła Żyda została w pierwszej kolejności powieszona na latarni. Następnie ciągnięto ją po ziemi, okładano kijami, podpalono i wrzucono do rzeki. 

Mateusz Morawiecki w minionym tygodniu udał się z dwudniową wizytą do Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy z amerykańskimi mediami kolejny raz zaatakował polskich sędziów.

Filozof prof. Jan Hartman zareagował na niedzielne wystąpienie metropolity gdańskiego abp Leszka Sławoja Głódzia w bazylice w Gdańsku-Oliwie.

Polskie władze odniosły się do zamachów terrorystycznych na Sri Lance. Na słowa premiera Matusza Morawieckiego zareagowała Joanna Senyszyn (SLD).

Reklamy

Kuchciński też pedofil?

1 Kwi

O sprawie obcowania płciowego z nieletnią, prawdopodobnie zmuszaną do nierządu, prostytutką, którego miałby dopuścić się ważny polityk Prawa i Sprawiedliwości dowiedzieliśmy się już w pierwszej połowie marca. Następnie, za sprawą ustaleń redaktora Andrzeja Rozenka, byłego posła i polityka lewicy, Tygodnik „NIE” ogłosił, że miało chodzić o drugą najważniejszą osobę w państwie, o marszałka Marka Kuchcińskiego. Informacje te nadal nie są potwierdzone, gdyż sam posądzony konsekwentnie milczy, a i jego rodzima partia nie kwapi się wystosowania oficjalnego stanowiska, czy choćby skomentowania doniesień. Zupełnie odwrotną sytuację możemy zaobserwować w sieci. Temat wywołał olbrzymie poruszenie wśród komentatorów.

Najpierw jednak Prawo i Sprawiedliwość rozesłało do mediów press release z „Piątką plus”. Bałem się, że aktualizacja najnowszej kiełbasy wyborczej partii Kaczyńskiego będzie odpowiedzią na potrzeby społeczeństwa i będzie dotyczyła choćby podwyżek dla nauczycieli. Otóż nie, spin doktorzy PiS wpadli na inny pomysł. Uznali, że najlepiej ochronią odpływ elektoratu poprzez dezinformację w sprawie unijnej dyrektywy o prawach autorskich, której przypięto łatkę ACTA2. O sex-aferze, która może być największym skandalem w polskiej polityce od lat, władza nie zająknęła się dotąd ani słowem. Milczenie obozu dobrej zmiany tylko spotęgowało burzę, która wybuchła w sieci.

Kaliber zarzucanego przestępstwa jest tak wielki, że redakcje oraz politycy pozostają względnie powściągliwi w formułowaniu oskarżeń. Co by nie powiedzieć o czasopiśmie Jerzego Urbana oraz o samej osobie redaktora naczelnego, zdecydowana większość ujawnianych przez „NIE” znajduje swoje oparcie w faktach i z powodzeniem broni się przed ewentualnymi oskarżeniami w sądzie. Dlatego jedyną sensowną strategią obronną Prawa i Sprawiedliwości i jego marszałka może okazać się bagatelizowanie sprawy.

Temat ma jednak zbyt duże znaczenie, by został przemilczany. Swoje pytania stawiają dziennikarze i politycy. Na wyjaśnienia czekają również, a może, przede wszystkim wyborcy.

Jak do tej pory jedyną reakcją marszałka Kuchcińskiego jest masowe blokowanie kont użytkowników raczących zadawać niewygodne pytania na Twitterze.

Czy argument mówiący, że marszałek mógł nie zorientować się, że obcuje z czternastolatką mieści się w takiej strategii? Afera podkarpacka różni się też znacząco od oskarżeń stawianych posłowi Stefanowi Niesiołowskiemu – ten chcąc oczyścić się z zarzutów zrzekł się immunitetu. Jedno jest pewne, jakkolwiek media nie będą starały się modulować przekazu, ta niedziela jest dla marszałka Kuchcińskiego ostatnim względnie spokojnym dniem. A w zależności od reakcji, kwiecień może okazać się również sądny dla jego partii. Prawo i Sprawiedliwość, próbując grać tematem tzw. ACTA2, jako aktu poddaństwa „Polski Tuska” wobec złych Niemców i Francuzów przeszarżowało i niebawem może wdepnąć w minę. Co zatem wygra, lojalność, czy wolność, którą tak ponoć kocha Kaczyński?

Obalić Kaczyńskiego bez żadnego okrągłego stołu

30 Mar

Marzy mi się, aby nauczyciele wywołali falę, która przyniesie obalenie reżimu – tak jak 30 lat temu. Obalenie w wyborach, rzecz jasna. Tylko czy nauczyciele mogą poczuć się jak stoczniowcy Gdańska i Szczecina?

Może jestem człowiekiem małej wiary, ale obawiam się, że strajk nauczycieli może w ogóle nie dojść do skutku. Boję się, że Kaczyński każe dwa dni przed planowanym strajkiem rzucić nauczycielom w twarz podwyżkę o 600 zł plus jeszcze 400 za pół roku czy rok, wszyscy odtrąbią sukces. Będzie pięknie, a kolejne grupy zawodowe ustawią się w kolejce po podwyżki, żeby jeszcze zdążyć przez wyborami. Dostaną, czego chcą, kosztem deficytu budżetowego, który populistom, jak wiadomo, nie przeszkadza. Jeśli przekroczymy bezpieczne 3 proc., to oddali się „widmo” przyjęcia euro, a za to przybliży polexit. Kaczyński drukowania pieniędzy się nie boi, bo o tym za pół wieku nikt nie będzie pamiętać, a za to wieże, pomniki i ulice imienia jednego czy drugiego Kaczyńskiego zostaną. Pycha kroczy przed upadkiem, ale dokąd zdoła zajść, to jej.

Może się jednak przeliczyć. Zostaną te pomniki albo i nie. Bo jak raz przyjdzie moda na czyszczenie przestrzeni publicznej z kultu jednostki bądź jednostek wysoce kontrowersyjnych, to w trymiga mogą polecieć Kaczyńscy, a kto wie, czy paru setkom „Janów Pawłów” też się nie dostanie; w końcu wieloletnie faworyzowanie i obsypywanie łaskami powszechnie znanych zboków to nie jakieś hocki klocki. No ale to pieśń przyszłości. Nie tak dalekiej może, ale przyszłości.

Tymczasem wciąż jednak mamy szanse na to, że 8 kwietnia zastrajkuje 80 proc. szkół w Polsce. Uczniowie i rodzice niby się martwią, ale nie tak bardzo, bo wiadomo, że jak mówią Rosjanie, „koniec końców” państwo nigdy nie zostawia mas na lodzie i w taki czy inny sposób wszyscy po wakacjach do jakichś tam szkół pójdą. A przy okazji ma młodzież poglądową lekcję wychowania obywatelskiego. Będzie miała co opowiadać wnukom.

Nie wiem, czy w głowie Kaczyńskiego wygra w końcu arogancja (jak w przypadku strajku niepełnosprawnych w Sejmie), czy może duch przekupstwa (ostatnio kawały kiełbasy wyborczej wylatują z okien Nowogrodzkiej jak gołąbki ze strychu). Nikt tego nie wie. Tak czy inaczej marzy mi się, żeby w swej mądrości ZNP odważył się nie ulec retorycznemu szantażowi i powiedział: „tak, nasz strajk jest polityczny i ma prawo taki być”. Niestety, oficjalnie w strajku chodzi wyłącznie o 1000 zł. Niemniej, jak wiadomo z historii, w poważnej akcji strajkowej postulaty mogą mimo wszystko eskalować. Bo strajk to nie „procedura”, lecz siła. Dlatego namawiam związek do tego, żeby upomniał się także o godność nauczyciela i jego autonomię w nauczaniu, o wolność i świeckość szkoły, o odpolitycznienie nauczania historii i języka polskiego, a także o zmiany programowe. Prawdziwy protest musi być godnościowy i polityczny – protest „o kasę” jest tylko „otwarciem dziobka”.

I to byłoby jednakże za mało. Aby strajk nauczycieli stał się zalążkiem społecznego protestu, który uzyska poparcie rodziców i dużych środowisk zawodowych, musi – wzorem strajków z lipca i sierpnia 1980 r., od początku poruszać tematy ustrojowe. Czy naprawdę nie możemy sobie wyobrazić, aby strajkujący nauczyciele domagali się przywrócenia praworządności, niezawisłości sądów i prokuratury, wolnych mediów publicznych i służby publicznej? Czy dla polskiego nauczyciela Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa to sprawy dalekie i obojętnie? Czy polski nauczyciel jest obywatelem, czy tylko klientem władzy, niechcącym widzieć niczego poza swoim resortowym interesem? Kto to wie? Po stoczniowcach też byśmy się nie spodziewali, prawda? A jednak. Zawsze trzeba mieć nadzieję, że duch obywatelski i poniżona godność pracowników zechcą przemówić. Nigdy nie znasz dnia ani godziny, Jarosławie Kaczyński, gdy zwykli ludzie podniosą głowy i powiedzą „dość!”. Nie takim już mówili. Nawet Gomułce, nawet Gierkowi. Więc co dopiero Kaczyńskiemu.

Odwagi, nauczyciele! Nie dajcie się zastraszyć, nie dajcie zredukować do rozmiarów chytrych chłopków domagających się większej zapłaty, nie dajcie się szantażować straszakiem „polityczności” Waszego protestu. On jest i musi być polityczny. Nie strajkujcie o same pieniądze. To nie przystoi nauczycielom! Upomnijcie się o wolną i świecką szkołę. O naukę tolerancji i równości. O edukację seksualną. O niezależność świeckiego nauczania od wpływów i nadzoru księży. Dajcie nam wszystkim przykład i nadzieję!

Niektórzy politycy PiS powinni zdecydowanie mniej korzystać z mediów społecznościowych. Zaliczyć do nich można np. Jarosława Zielińskiego. – „Do tych, którzy atakują mnie z bezsilnej nienawiści: skoro Polską Policję dobrze ocenia aż 75% Polaków, to może i z nadzorem nad nią nie jest tak źle?! Wiem, że to trudne, ale proszę choć przez chwilę pomyśleć logicznie. Przyjaźnie pozdrawiam” – napisał na Twitterze wiceministra spraw wewnętrznych, który odpowiada za służby mundurowe.

Trudno się więc dziwić, że pod jego wpisem pojawiły się bardzo krytyczne komentarze. – „Ty gościu żyjesz w świecie równoległym. Może posyp się konfetti?”; – „Panie Zieliński, ja nie oceniam pana negatywnie z powodu nienawiści. Nie mam takiego uczucia wobec Pana. Uważam, że osoby używające tak zwanej mowy nienawiści powinny być bardzo surowo karane, ale nikt logicznie myślący nie powie, że dobre oceny policji to zasługa Pana”;

„Tak to już jest na tym świecie, że grupa ciężko pracuje na ocenę całej formacji, a jeden tylko przed obiektyw pchać potrafi… i co to za nadzór, który boi się w innym garnizonie niż podlaski pokazać…”; – „Panie Tymczasowo Ważny. Krytyka jest mierzona w pańskie działania, politykę kadrową i megalomańskie zapędy… proszę się z sukcesami służb nie utożsamiać”; – „Te dane to chyba z 2015 i to marca” – pisali internauci.

Marzy im się Europa, pytanie tylko, czy one marzą się Europie?

Wybory do Europarlamentu już niebawem, a kiedy o tym myślę, natychmiast pojawiają mi się w głowie dwie panie – Beata Szydło i Beata Kempa, które mają stać się najwyższej jakości towarem eksportowym do UE. Mają przed sobą ogromne zadanie, jakie wyznaczył im prezes, czyli zrewolucjonizowanie Unii, postawienie jej na wzór i podobieństwo wizji prezesa, wprowadzenie na jedyną słuszną drogę chrześcijaństwa i zadbanie, by „dobra zmiana” świetnie się w ławach Europarlamentu odnalazła.

Nie ukrywam, że z wielką radością i łezką wzruszenia w oku obserwuję niesamowitą metamorfozę byłej premier. Jeszcze nie tak dawno wywaliła flagę unijną, ostro atakowała Donalda Tuska, który według niej był jedną, wielką pomyłką na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, przyłożyła mocno łapkę do sporu Polski z UE na temat praworządności. To ona mówiła o „szaleństwie brukselskich elit”, obiecywała, że nie ugnie się przed Unią, grzmiała, że Europa nas nie złamie, nie znała nawet daty wejścia Polski do UE, pokazywała na każdym kroku swoją niechęć i wręcz odrazę, a dzisiaj? Dzisiaj nie ma większego euroentuzjasty od niej. Dzisiaj UE wręcz wielbi! Cóż takiego się stało, że tak nagle pani Szydło zmieniła front… Kasa? Poczucie misji? Lizanie ran po utracie stanowiska premiera? Potrzeba dowartościowania się? Nie mam pojęcia, ale wiem jedno. Kandyduje i zrobi wszystko, żeby się tam dostać.

Chce się dostać, choć nic do tej pory nie wskazywało na to, że zdecyduje się ruszyć na podbój Unii Europejskiej. Jej aktywność w sprawach europejskich była praktycznie zerowa. Liczba złożonych interpelacji poselskich również zerowa, nie brała udziału w pracach komisji czy podkomisji, zajmujących się tematyką europejską, nie należy do żadnej stałej delegacji parlamentarnej, nie lata za granicę, nie utrzymuje kontaktów z zachodnimi politykami.

Trudno też dowiedzieć się, czym będzie się zajmowała jako europosłanka. Abstrahując od zaleceń prezesa, chciałabym usłyszeć coś wypływającego od niej samej, bo tak naprawdę rzuca tylko ogólnikami typu „to, co się dzieje teraz w Europie napawa na pewno obawą”, „Ta dobra zmiana, która dzieje się w Polsce, musi się zadziać też w Europie, żebyśmy mogli spokojnie myśleć o swojej bezpiecznej przyszłości”, „Los Unii Europejskiej i przyszłość Europy będą zależały od Polski” i to właściwie wszystko. Żadnych konkretów, żadnej własnej wizji, nic…

No i Beata Kempa, bez której prawdopodobnie UE nie ma szans na przetrwanie. Przez ostatni rok była jak minister widmo. Odpowiedzialna za sprawy związane z pomocą humanitarną, ale nie wie nikt, na czym ta jej działalność polegała. Wiadomo tylko, że jeździła sobie po  obozach dla uchodźców, ale co z tego miało wyniknąć… licho wie. Wprawdzie podkreśla na każdym kroku, że „Pomagamy organizacjom pozarządowym w tej pracy. Dyskutujemy na temat nowych wyzwań w tym zakresie. Jako Polacy pokazujemy wielki potencjał. Odbudowujemy m.in. miasta”, ale konkretów brak.

Jednak pani Kempa właśnie w Brukseli zamierza wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie, by je „kontynuować na poziomie UE, dlatego że pomoc na miejscu, pomoc w tych bardzo trudnych miejscach to bycie o krok przed mafiami, które sprowadzają tutaj tych ludzi, jest naszą misją, powinno być misją UE” i zapewne świetnie sobie poradzi, tym bardziej, że przecież się dogada, bo zna język angielski bardzo dobrze na poziomie podstawowym. Będzie też ostro walczyła o wartości Europy, powrót do jej korzeni i Europy silnej rodziny. Jak widać, pani Kempa świetnie wie, co chce robić w Europarlamencie. Hmm… ale obserwując jej dotychczasowe działania, uważam ją za leniuszka, który z reguły dużo mówi, a mało robi.

Trzeba przyznać, że PiS zaproponowało nam niezły zestaw kandydatów do Europarlamentu. Obie panie, które godnie i z bardzo dobrym wynikiem przeszły szlak bojowy partii rządzącej, są najlepszą wizytówką pisowskich list kandydatów. Zapewne nie ma co liczyć, że będą one kierowały się własnym zdaniem, będą otwarte na poglądy kolegów europosłów z innych ugrupowań, będą umiały budować kompromisy i współpracować. Jednego możemy być pewni. Będą z pełną skrupulatnością realizowały deklarację swej partii, opartą na fobii przed uchodźcami, walce o zachowanie chrześcijańskich korzeni w wersji maks, pełnej okrągłych słówek.

Ech… Vivat Beaty! Ave Beaty! Marzy wam się Europa, pytanie tylko, czy wy marzycie się Europie? Czy rzeczywiście Europarlament to dobre miejsce dla ludzi tak pełnych wstecznictwa, zaściankowości, hipokryzji? Obawiam się, że obydwie panie znajdą się w tej instytucji i jeszcze niejeden raz usłyszymy o ich „dokonaniach”, które nie będą dla nas powodem do dumy.

Waldemar Mystkowski pisze o nowej obietnicy Kaczyńskiego.

Na co liczy Jarosław Kaczyński? Ma władzę, jakiej nikt po 1989 roku nie posiadał, a do tego prawnie nie odpowiada za jej sprawowanie, bo jej brzemię wzięli na siebie jego akolici: Beata Szydło, Mateusz Morawiecki i Andrzej Duda. Pełnia władzy rozpisana na innych, ale Kaczyńskiemu wciąż jej mało. Pełnię władzy prezes PiS chce przekuć w formę dyktatury, która musi się źle skończyć dla Polaków i Polski.

Czy uda się Kaczyńskiemu chwycić naród za twarz? Czy Polacy dobrowolnie w wyniku wyborów zgodzą się na nałożenie kagańca? Przy czym ta „dobrowolność” będzie sterowana przez PiS – nie tylko poprzez partyjną Państwową Komisję Wyborczą.

Tymczasem mamy kampanię wyborczą, która w wykonaniu partii Kaczyńskiego polega na zachęcie, aby samemu nałożyć na siebie kaganiec. Służy do tego kiełbasa wyborcza, która oględnie nazywana jest „piątką Kaczyńskiego” i nie ma za wiele wspólnego z dobrem wszystkich Polaków, jest kupczeniem adresowanym do jak największej grupy elektoratu. Kaczyński kupuje wyborców za ich pieniądze, a nawet więcej – za te przekupstwa będą płacić przyszłe pokolenia, które dzisiaj nie głosują.

Piątka Kaczyńskiego przechodzi transformację semantyczną i zwana będzie Piątką Plus. Do tej piątki prezes dorzuci (zaplusuje) jeszcze jedną obietnicę. Na co liczy Kaczyński? Świadomi Polacy wiedzą, że Kaczyński nie potrafi liczyć –  a w zasadzie: nie chce poprawnie liczyć. I nie chodzi tylko o to, że piątka plus nowa obietnica daje wynik szóstki. Więc ta kiełbasa wyborcza winna nazywać się – Szóstka Plus.

Czy ta nowa obietnica to podwyżki dla nauczycieli? A może dofinansowana zostanie służba zdrowia? Zwłaszcza zdrowie Polaków winno mieć szczególne uważanie polityków. Ta wiadomość powinna wstrząsnąć opinią publiczną – otóż kolejny rok z rzędu Polacy na emeryturze żyją krócej, statystycznie średnio o 1,5 miesiąca krócej niż rok temu.

A będzie jeszcze gorzej, bo Mateusz Morawiecki zagrabia resztki z Otwartych Funduszy Emerytalnych, zasilając nimi ZUS i ową Piątkę (poprawnie: Szóstkę) kwotą ok. 35 mld zł. A zatem, znowu skrócone zostanie życie Polaków.

Obietnice PiS sprowadzają się do tego, że jesteśmy zadłużani i skraca nam się życie. Do tego sprowadza się każdy populizm. I bynajmniej – stwierdzam niezłośliwie – Kaczyński nie zadłuża siebie i nie skraca sobie życia.

Donald Tusk kochany przez Brytyjczyków

24 Mar

Zgodnie z wypracowanymi ustaleniami, państwa Unii Europejskiej zgodziły się na warunkowe przesunięcie daty Brexitu na dzień 22 maja. Donald Tusk przyznał zaś, że chciałby, aby Brytyjczycy rozważyli udział w wyborach do Europarlamentu oraz ewentualne wycofanie się z opuszczenia wspólnoty. „Rząd brytyjski nadal będzie miał wybór pomiędzy umową, brakiem umowy, znacznym wydłużeniem albo wycofaniem się z art. 50” – mówił. Przemyślany, mądry ruch oddala wszak ewentualne oskarżenia ze strony Brytyjczyków, jakoby Bruksela dążyła do tzw. twardego Brexitu. Z drugiej strony jest to nadzieja dla milionów obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy coraz głośniej domagają się uszanowania swojego głosu w procesie wychodzenia ich kraju z Unii. To właśnie oni, w liczbie ponad miliona demonstrantów, zgromadzili się wczoraj na 2019 People’s Vote March w Londynie oraz zebrali ponad 4,5 miliona podpisów w sprawie wycofania się z art. 50. Jednym krótkim wpisem Donald Tusk dodał otuchy zebranym. Jak się również okazało, stał się jednym z najważniejszych bohaterów marszu.

Przewodniczący Rady Europejskiej napisał krótkie: „Duma i nadzieja”. Dodany zaś przez niego hashtag można rozumieć podwójnie. Z jednej strony oznacza „Marsz dla siebie”, z drugiej, biorąc pod uwagę liczne przykłady wsparcia dla Donalda Tuska okazane przez maszerujących Brytyjczyków można śmiało zaryzykować stwierdzenie, iż marsz zorganizowano dla poparcia starań i stanowiska polskiego polityka. Wizerunek byłego premiera znalazł się na licznych transparentach, imię zaś jego było na ustach wielu liczących na korzystny dla idei wspólnej Europy scenariusz Brexitu.

 

 

Ciężko nie być pod wrażeniem skali popularności Donalda Tuska na Wyspach. Świadczy o niej choćby liczba pozytywnych komentarzy i podziękowań pod jego wpisem na Twitterze.

“Jeśli uda się powstrzymać ten kretyński brexit, to Tusk stanie się wielki. A wieść o tym dotrze do mas w kraju i prezydenturę będzie miał w kieszeni. Tusk to ostatni “wizerunkowy zasób” RP.” – skomentował trafnie filozof prof. Jan Hartman na Facebook’u.

Profesor Jan Hartman wypowiedział l się na temat przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w kontekście Brexitu i apelu Brytyjczyków do Tuska ws. powstrzymania rozwodu między Unią Europejską i Wielką Brytanią.

Tusk przywraca wiarę ludzkości w Donaldów! Można mieć wiele pretensji do Tuska (ja mam – o oportunizm wobec kościoła, populistyczne akcje, lekceważenie inteligencji, brutalność w zarządzaniu partią, nierozliczenie PiS), ale to jednak jest niesamowite, że miliony Brytyjczyków pokładają dziś nadzieję w polskim polityku – mówi prof. Jan Hartman

Rozwój sytuacji jest niesamowity. Pro-Brexitowy marsz Nigela Farage’a zorganizowany tego samego dnia zebrał ledwo 200 uczestników, a Donald Tusk, mimo swojej niewdzięcznej roli stał się najlepszym ambasadorem Polski w Wielkiej Brytanii. Ambasadorem kraju, którego obywatele są, niestety, często stawiani jako jeden z głównych czynników, który zadecydował o wyniku brytyjskiego referendum ws. opuszczenia UE. To świadczy też o klasie polityka, który, w przeciwieństwie do Kaczyńskiego i Prawa i Sprawiedliwości, nigdy nie wchodził w polityczny romans z brytyjskimi konserwatystami odpowiedzialnymi za Brexit. Świadczy też o silnej pozycji Polski, jeśli wyłączy się od niej hańbiący rząd.  Co gorsza, żadne zarzekania PiS tego nie zmienią.

Dziś (…) znów istnieje potrzeba czasu nienormalnego. (…) Gdy próbując zohydzić przeciwnika kładzie się na szalę wartości najważniejsze, suwerenność i bezpieczeństwo wynikające z naszej przynależności do Unii Europejskiej, a potem może i Paktu Północnoatlantyckiego, której nie da się pogodzić z niebezpiecznym zbliżeniem z Rosją. Znów aktualne staje się pytanie, czy naprawdę potrzebne jest aż zagrożenie z zewnątrz, groźba utraty suwerenności, a potem walka o jej odzyskanie, żeby było inaczej – pisze Mariusz Urbanek, którego tekst publikujemy za zgodą miesięcznika „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (nr 11/2018).

Historia, jak wiadomo, uczy jednego: nigdy jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Dlatego raczej trudno traktować przypominany z okazji stulecia moment odzyskiwania przez Polskę niepodległości w 1918 roku i późniejszą historię II Rzeczypospolitej jako lekcję. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, przeszłości nie da przepisać przez kalkę.

Z obu publikowanych w tym (11/2018) numerze „Odry” rozmów z biografami Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego wynika jasno, że III (a i IV) Rzeczpospolita lekcji tamtej Polski nie odrobiła. A nawet jeśli próbowała, to odrobiła ją źle. Ale łatwiej spojrzeć na tamtą Polskę z dzisiejszej perspektywy.

Po blisko trzydziestu latach, jakie upłynęły od 1989 roku i odzyskania przez Polskę suwerenności, łatwiej zrozumieć i ocenić to, co stało się sto lat temu. Dlaczego w 1918 udało się niepodległość odzyskać i dlaczego dwadzieścia lat później tak wielu ludziom tak trudno było na siebie patrzeć bez nienawiści.

NA SZCZĘŚCIE BYŁO NIENORMALNIE

Powrót Polski na mapy Europy w listopadzie 1918 był tyleż dziełem przypadku, zbiegu geopolitycznych okoliczności, upadku caratu i wyczerpania się potencjału istnienia tego molocha, jakim była monarchia austro-węgierska, co efektem pracy ludzi, którzy potrafili wznieść się w najważniejszym momencie ponad podziały.

Potrafili zapomnieć o dzielących ich różnicach i uznać istnienie celu ważniejszego, jakim była wolna Polska. Byli pośród nich ci dwaj najważniejsi: Józef Piłsudski i Roman Dmowski, choć nie tylko na pozór różniło ich niemal wszystko. Piłsudski chciał Polski federacyjnej, łączącej w swoich granicach jak Rzeczpospolita Jagiellonów ludzi różnych narodowości, wyznań i języków. Dmowski, oczywiście upraszczając, chciał państwa jednolitego narodowo; akceptował w polskich granicach mniejszości, ale pod warunkiem ich asymilacji. W normalnych czasach projekty tak skrajnie odmienne byłyby nie do pogodzenia.

Na szczęście przez kilka, może nawet kilkanaście miesięcy, było nienormalnie. Piłsudski i Dmowski mimo dzielących ich różnic potrafili wznieść się ponad podziały.

To, co różniło ich przed rokiem 1914, oczywiście nie zniknęło, dalej inaczej wyobrażali sobie Polskę, ale na krótki czas najważniejsze było to, żeby w ogóle powstała, a ci, którzy będą decydować o jej granicach podczas konferencji pokojowej w 1919 roku, zechcieli uznać jej istnienie i granice. Józef Piłsudski musiał uwierzyć, że Dmowski reprezentując Polskę w Paryżu, a potem podpisując traktat wersalski, nie zaprzeczy jego zasługom militarnym. Roman Dmowski zachować się lojalnie wobec człowieka, z którego poglądami przecież się nie zgadzał. I jak bardzo chcielibyśmy tamten czas, tamtych ludzi i ich decyzje idealizować, a przy okazji jubileuszu szalenie o to łatwo, trzeba uznać, że nie było to ani pewne, ani nawet spodziewane. Normą bowiem, także w nieistniejącym państwie, był konflikt, spór, polemiki przeradzające się w podjazdowe wojny.

Z perspektywy jubileuszu trzeba powiedzieć: na szczęście sto lat temu taki nienormalny czas się w historii zdarzył. Zdecydował wspólny cel i konieczność pokonania wspólnego wroga, w dodatku wielogłowego. Bo tylko tak Polska mogła po 123 latach się odrodzić. I to w granicach, które przecież wcale nie były takie oczywiste, jakby to mogło się wydawać dziś. Przekładając to na język czasów bardziej nam współczesnych: kiedy opozycja przed 1989 roku, tak różna przecież, jak tylko można to było sobie wyobrazić, miała jednego wroga i wspólny interes, potrafiła się wznieść ponad podziały. Cel pozwolił zapomnieć o różnicach ludziom o poglądach tak bardzo odmiennych, jak Adam Michnik i Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń i Leszek Moczulski, Lech Wałęsa i Andrzej Gwiazda. Nie musieli przywdziewać historycznych masek i stroić się w kostiumy sprzed lat, wystarczyło to, czym różnili się na własny rachunek, to, jakiej Polski chcieli, by ciężko było sobie wyobrazić ich współpracę.

Oni nie pokłócili się później, oni na chwilę przestali się kłócić. Był jednoczący wróg i wspólny cel – to wystarczyło, żeby zachować się nienormalnie.

NA NIESZCZĘŚCIE TRWAŁO TO KRÓTKO

Dzień 11 listopada 1918 to nie tylko data, kiedy coś się w Polsce zaczęło. Tamtego dnia coś się także kończyło. Zaczynała się nowa Polska, ale kończył ten czas niedoskonałej, rachitycznej, kulawej zgody, którą zawarli między sobą ludzie, by wywalczyć Polskę. W jednym momencie wybuchła niepodległość i wielka narodowa awantura. Nareszcie – wielu zapewne zrobiło to z dużą ulgą – można było wyciągnąć ukryte za plecami sztylety i granaty. Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale przecież racja powinna być po naszej stronie.

Pierwszy zamach stanu w II Rzeczypospolitej odbył się już w styczniu 1919 roku, pierwszy rząd upadł dwa miesiące po odzyskaniu niepodległości, a pierwsze wolne wybory zostały przez radykałów zbojkotowane. Kolejne gabinety, budowane przez coraz bardziej kulawe i coraz mniej racjonalne koalicje, rozpadały się przeciętnie co siedem miesięcy, a odtwarzały nierzadko w niemal identycznym składzie, za to z totalną krytyką samych siebie na ustach. W Sejmie posłowie zajmowali się głównie wzajemnym obrażaniem. Nazywali się chamami, odsyłali do gnoju, a jeśli już debatowali, to głównie o pieniądzach. Przy co bardziej kontrowersyjnych głosowaniach gdzieś znikali i nagle brakowało quorum.

Karol Irzykowski napisał, że pojęcie ustawodawstwo pochodzi od wody lejącej się obfitym strumieniem z ust posłów. O uchwalonej imponująco szybko – to akurat prawda – konstytucji z marca 1921 pisano, że tym się różni od tej najsłynniejszej z 3 maja 1791, że drugą obchodzi się raz w roku, a tę pierwszą codziennie.

Spory i konflikty zawieszono na krótki moment, gdy na granicach znów stanął wróg, bolszewicka Rosja, szykująca się właśnie do połknięcia Polski na rozgrzewkę przed rozpoczęciem rewolucyjnego marszu przez Europę. Potem jednak wszystko wróciło do normy, do oskarżeń o wyprzedaż Polski, zdradę, realizowanie niepolskich interesów itd. I dojmującej tęsknoty do nienormalności, która tak szybko się skończyła.

CZY PAŃSTWU CZEGOŚ TO NIE PRZYPOMINA?

Właściwie należałoby zapytać, czy aby na pewno niczego to nam nie przypomina. Trzydzieści lat temu „drużyna Wałęsy” też rozpadła się na skłócone partyjki, grupki interesów, kanapowe koterie niemal natychmiast po wyborach 4 czerwca 1989 roku. To prawda, była sklecona z ludzi wywodzących się z różnych opcji, odmiennych światów, nieprzystających do siebie środowisk, ale byli to ludzie świadomi celu do wykonania: mieli pokonać słabnących komunistów i odebrać im władzę. Nie na długo tej świadomości wystarczyło. Kolejne wybory odbyły się w roku 1991, co było uzasadnione wyczerpaniem się kontraktu z komunistami, ale następne, przedterminowe, po zaledwie dwóch latach, kiedy nienawidzące się wzajemnie i skłócone z prezydentem partie postsolidarnościowe oddały władzę tym, którym ledwie cztery lata wcześniej ją odebrały.

Czy zarówno po 1918, jak i po 1989 mogło być inaczej? To nielubiany przez historyków i dość grząski grunt historii alternatywnej, ale doświadczenie współczesne, rozpad „Solidarności”, niepojęte po wcześniejszych doświadczenia doszukiwanie się wroga we własnych szeregach, oskarżenia, wszystko to pokazuje, że nie. Nie mogło.

W skrajnie różnych okoliczności, w odmiennych warunkach, po dwudziestoletnim doświadczeniu wolności, a potem utracie na pół wieku suwerenności, mimo zmiany ustroju, który postawił wszystko na głowie, po 1989 roku pojawiły się te same demony i wszystko się powtórzyło. A więc chyba trzeba, choćby najbardziej niechętnie, przyjąć, że właśnie wtedy zaczęło znów być normalnie. Bo to stan konfliktu jest normalny, co dość nieudolnie próbował w 1990 roku powiedzieć Lecha Wałęsa, mówiąc o demokracji jako nieustającej „wojnie na górze”. Bo nienormalnie jest, gdy przychodzi czas wyciszenia, spokoju, współpracy, gdy na chwilę ciężkie słowa i ostra broń odłożone zostają na później.

 NORMALIZACJA

Lepiej już było, mówią pesymiści. Normalnie też już było, mogliby dodać z rezygnacją cynicy. Ale jeśli z pierwszymi w nieustannym sporze pozostają optymiści, twierdzący, że wszystko przed nami, to z drugimi spierać nie ma się o co, bo po prostu nie mają racji. Nienormalne są te krótkie momenty spokoju, interwały między bardzo długimi okresami wojen i mniejszych konfliktów, gdy wszyscy (no, większość) maszerują w tym samym kierunku. Normalnie jest wcześniej i później, gdy jednocząca siła wspólnego celu i jednego wroga się kończy, znika gdzieś jedyne spoiwo i zwarte szeregi rozpierzchają się błyskawicznie we wszystkich kierunkach.

Fundamentalne staje się więc pytanie, czy rzeczywiście nie możemy obejść się bez zagrożenia? Czy istnienie wroga jest koniecznie potrzebne, by robić coś wspólnie? Wroga koniecznie zewnętrznego, bo zdecydowanie łatwiej wtedy o mobilizację, a przynajmniej jako wróg zewnętrzny postrzeganego.

Nie było co do jego zewnętrzności wątpliwości w latach poprzedzających odzyskanie niepodległości w roku 1918 – w końcu chodziło o zaborców. Ale i w PRL partia komunistyczna, choć przecież złożona z Polaków (z całą pewnością od roku 1956), postrzegana była jako ekspozytura sił zewnętrznych, realizująca polskimi rękami niepolskie interesy. A to wystarczyło, by widzieć w niej wroga i chcieć zburzyć ową wymuszoną brakiem suwerenności „normalność”.

Uspakajanie nastrojów po wstrząsających systemem peerelowskim wystąpieniach robotników w latach 1956, 1970, inteligenckim buncie w roku 1968, po stanie wojennym, nazywano właśnie „normalizacją”. W „bratniej” Czechosłowacji to słowo nabrało po roku 1968 wymiaru wręcz ideologicznego. To zrywy niepodległościowe, bunt, sprzeciw wobec opresji, wspólny cel były czymś nienormalnym, a po ich stłamszeniu wracała upragniona „normalność”.

W NORMALNYM KRAJU

W II RP po wielkiej wojnie, którą potem zaczęto nazywać I światową, przedłużonej nieco o wojnę polsko-bolszewicką, zaczęło się normalne życie. Jak przystało na najzupełniej normalny kraj. Politycy, do niedawna potrafiący przynajmniej taktycznie powściągnąć emocje, mogli wreszcie powiedzieć, co o sobie myślą. Oskarżali się o narodowe zaprzaństwo, donoszenie zaborcom i branie pieniędzy od obcych kontrwywiadów (co zresztą nie tylko w przypadku Piłsudskiego było prawdą). Epitety, jakich używano, niewiele różniły się od tych, których pełne są też gazetowe polemiki w III RP.

Na porządku dziennym byli obłudnicy, bandyci, degeneraci, złodzieje, terroryści, płatne pachołki Niemiec albo Rosji. Marszałek Piłsudski mówił, że może wprowadzić do sejmu nawet trzystu posłów, posługując się tylko jednym hasłem: „Bić kurwy i złodziei”.

Gazety niemal każdego dnia donosiły o skandalach, demaskowały korupcję urzędników państwowych i obyczajowe łajdactwa. Dla ulicy szybko stało się jasne, że krajem rządzą aferzyści, którzy chcą Polskę wyprzedać obcym, albo rozkraść ją i podzielić między siebie. Nie znano jeszcze wtedy pojęcia „spółki nomenklaturowe”, ale afer, które dziś nazywane są prywatyzacyjnymi, było wystarczająco dużo, by dostrzec, że o nie właśnie chodziło. Na czele z najgłośniejszą, dotyczącą majątku ziemskiego Dojlidy. Sprzedanego najpierw za grosze, żeby oszukać Skarb Państwa, a potem podzielonego i rozprzedanego po kawałku z wielkim zyskiem. Karierę szybko zrobił dowcip, żeby lepiej nie zmieniać rządzących, bo ci starzy, jak się już nakradną, zajmą się być może sprawami kraju, a ci nowi będą musieli dopiero nabić sobie kabzy.

Dlatego najskuteczniejszym hasłem wykorzystywanym w kolejnych wyborach była walka z partyjniactwem, grająca na niechęci wyborców do skompromitowanych polityków i tych samych wciąż programów, kryjących się za wymienianymi na potrzeby wyborów szyldami. Nieźle sprzedawały się też deklaracje ograniczenia biurokracji, ukrócenia nomenklatury i powstrzymania nepotyzmu – oczywiście u tych, którzy władzę mieli stracić – oraz obietnice moralnej czystości tych, którzy do niej dopiero aspirowali. W kolejnych wyborach aktorzy odgrywający te role oczywiście zamieniali się miejscami.

 W NORMALNYM KRAJU – CIĄG DALSZY

Nie było jeszcze argumentu zagrożenia uchodźcami, ale strach przed „obcymi”: narodowo i kulturowo był wykorzystywany bez najmniejszych skrupułów. Granie na poczuciu lęku przed bolszewikami, a zwłaszcza przed bolszewikami w najgorszym wydaniu, czyli „żydokomuną”, zawsze dawało wymierne efekty. Wykorzystujące je hasła nie wymagały nawet specjalnego uzasadnienia, bo padały na podatny i żyzny grunt środowisk endeckich.

Ważnym elementem debaty publicznej – mówiąc elegancko, a mniej elegancko: medialnych pyskówek i awantur – było wysługiwanie się przez rządzących Polską klerowi. Ciągłe spory rodziła treść podpisanego przez młode państwo z Watykanem konkordatu, dającego Kościołowi katolickiemu przywileje i rangę niespotykaną w innych krajach europejskich.

W 1938 roku Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego specjalnym okólnikiem zobowiązało nauczycieli do dopasowania programów szkolnych do dogmatów religii katolickiej. A poczynając od połowy lat trzydziestych miarą lojalności nauczycieli wobec państwa było uczestniczenie w nabożeństwach, a nawet kontrolowanie udziału uczniów w spowiedziach.

W ustawie antyaborcyjnej – surowszej niż obecnie obowiązująca – dopuszczono co prawda przerwanie ciąży pochodzącej z przestępstwa i ze względu na zdrowie ciężarnej, ale potem rozporządzenie wydane przez prezydenta Ignacego Mościckiego o wykonywaniu praktyki lekarskiej istotnie te możliwości ograniczyło. Prawo wymagało „zaświadczenia prokuratora stwierdzającego uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała wskutek przestępstwa”, o co wcale nie było łatwo. Zapis o dopuszczalności aborcji z powodu tzw. przyczyn społecznych usunięto po interwencji Episkopatu już na etapie pracy nad projektem ustawy. A i tak praktycznie do końca II RP prawica i Kościół walczyły o wprowadzenie bezwzględnego zakazu aborcji.

Czy to Państwu czegoś nie przypomina?

FORTEPIAN WYNIÓSŁ DO KURNIKA

Aktywny nadzwyczajnie, podobny jest do gościa, który zajechawszy do starego domu, w ciągu jednej nocy poprzestawiał meble od sieni do strychu, skrzynie ze starymi butelkami zaniósł do salonu, fortepian wyniósł do kurnika, sedes klozetowy ustawił w sali jadalnej, łóżeczka dziecinne wyciągnął na mróz, meblami salonowymi zatarasował korytarze i chciał przestawiać dalej.

Zgadną Państwo, o kim to? Przypomina może Państwu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego odzyskującego sądy, nawet gdyby miało to odbyć się kosztem wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej? A może poprzedniego ministra wojny, który chciał oprzeć doktrynę obronną Polski w XXI wieku na pospolitym ruszeniu i prawie mu się udało. Albo któregoś z ministrów spraw zagranicznych, za których sprawą wizerunek Polski w świecie i Europie przypomina coraz bardziej karykaturę i to w dodatku autorstwa bardzo słabego karykaturzysty. Czy też, strach pomyśleć, przywodzi Państwu ów opis na myśl szefa rządu? A może po prostu któregoś z szeregowych posłów? Bo raczej nie prezydenta, za dużo w tym zdaniu samodzielności, aktywności, za dużo ruchu i ani jednego podpisu.

Może jednak jest wręcz przeciwnie? Cytowany opis został wzięty z komentarza telewizji rządowej i opisuje czasy partii rządzącej aż osiem lat, by ostatecznie zostawić Polskę w ruinie? Albo ze spotu opublikowanego tuż przed wyborami przez sztab wyborczy partii sterującej obecnie nawą państwową?

Otóż nic z tego, takimi słowami, wyjętymi jak mogłoby się wydawać z komentarza opublikowanego w ostatni weekend – nieważne w dodatku w gazecie której opcji – Stanisław Cat-Mackiewicz w latach trzydziestych opisywał braci Jędrzejewiczów, Janusza i Wacława (nie byli bliźniakami), którzy pełnili bezpośrednio po sobie urząd ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, a pierwszy był także premierem. Mówiło się w II RP, że tylko jedno może marszałkowi Piłsudskiemu spędzić sen z oczu. Nagłe zmaterializowanie się trzeciego Jędrzejewicza.

BOLESNE DÉJÀ VU

Zestawianie wydarzeń, które miały miejsce w II Rzeczypospolitej po roku 1918 i w III RP po roku 1989, jest kuszące, ale może prowadzić do dość nachalnej i nieprawdziwej w istocie symetryzacji, czyli na manowce. Bo można zabawić się w zestawienia afer, używanego języka, stosunku do sądownictwa, porównywać reformy szkolnictwa ministra Jędrzejewicza (Janusza) z deformami minister Anny Zalewskiej i oba obrazki zaczną niebezpiecznie do siebie pasować.

Oczywiście nieco gorzej będzie, gdy zaczniemy się przyglądać szczegółom, bo wtedy już część puzzli trzeba będzie odrzucić, choć i tak wrażenie pozostanie przeżywanego dość bolesnego déjà vu.

Z drugiej strony, nietrudno znaleźć argumenty, że III RP do tej z lat 1918-1939 na szczęście jeszcze daleko i lepiej odrzucić wszelkie analogie, skoro przecież po roku 1989 nie było ani zbrojnego przejęcia władzy, ani nie sadza się posłów opozycji do więzień. Nie zamordowano też prezydenta, choć oskarżenia kierowane przez polityków prawicy – także tych poważnych – pod adresem politycznych przeciwników o spisek, który doprowadził do katastrofy smoleńskiej, niebezpiecznie się do takich porównań zbliżają. Być może postawienie kropki nad uniemożliwia jedynie fakt, że to prezydent Gabriel Narutowicz był oskarżany o sprzyjanie „obcym”, a malarz Eligiusz Niewiadomski był patriotą i Polakiem najczystszej narodowej krwi.

Nie mówi się jeszcze nawet o rozwiązaniu parlamentu i zawieszeniu demokracji. Oczywiście na razie nie ma powodu, by sejm rozwiązywać, ale przy ewentualnych niekorzystnych dla rządzących tendencjach, perspektywie przegrania wyborów parlamentarnych za rok, może się okazać, że ktoś uzna, iż właśnie takie rozwiązanie jest niezbędne, po to, by dalej było „normalnie”! Bo nienormalność jest zawsze podejrzana.

CZY NAPRAWDĘ POTRZEBNY JEST WRÓG?

Po powrocie do normalności, czyli permanentnej „wojny na górze”, sytuacja w II RP sprowadzała się do codziennego poszukiwania wroga. Zwykle zresztą w podobnej sytuacji nie trzeba go daleko szukać.

Podział na dwa wielkie, skonfliktowane obozy trwał przez całe dwudziestolecie. Ogólnokrajowa polityka żyła awanturą.

Rząd dusz w wielu środowiskach inteligenckich i na wyższych uczelniach sprawowała endecja, polityczną władzę po przejęciu jej siłą w maju 1926 roku – sanacja. Ale nawet gdy pierwsi zdobywali w wyborach najwięcej głosów, to nie byli w stanie objąć rządów, bo brakowało im koalicjantów. A nigdy nie dysponowali wystarczającą siłą, a pewnie i determinacją, by jak Piłsudski odwojować władzę zbrojnie.

Najważniejsze zresztą, że było normalnie, znajomo: przedtem i potem. Wszyscy wiedzieli, co robić i mówić, i wszystkim to pasowało. Czy tęsknili do tego szczególnego momentu, gdy świat zawirował i było być może nienormalnie, ale za to z jakim skutkiem! Prawdopodobnie nie, niewiele w każdym razie na to wskazuje. A jeśli nawet pamiętali, to szybko zapomnieli. A potem przyszedł rok 1939 i okazało się za późno. Owszem, pojawił się wróg, spełniony został warunek konieczny, by wreszcie zaczęło być nienormalnie, ale jak zwykle było już za późno.

Dziś, co było świetnie widać w ostatnich tygodniach kampanii wyborczej, znów istnieje potrzeba czasu nienormalnego. Czasu, który powstrzyma szaleństwo nienawidzących się partyjnych bloków i ich liderów. Gdy próbując zohydzić przeciwnika kładzie się na szalę wartości najważniejsze, suwerenność i bezpieczeństwo wynikające z naszej przynależności do Unii Europejskiej, a potem może i Paktu Północnoatlantyckiego, której nie da się pogodzić z niebezpiecznym zbliżeniem z Rosją. Znów aktualne staje się pytanie, czy naprawdę potrzebne jest aż zagrożenie z zewnątrz, groźba utraty suwerenności, a potem walka o jej odzyskanie, żeby było inaczej? Nienormalnie.

Wtedy o nienormalność jest łatwo, a przynajmniej łatwiej, ale jej koszty są dużo większe. Co piszę ze świadomością, że historia uczy tylko jednego. Że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

Mity Dzierżyńskiego, ks. Jankowskiego, Lecha Kaczyńskiego runęły, bądź runą

22 Lu

Było ściągnąć pomnik prałata Jankowskiego z cokołu w majestacie prawa i nie byłoby tej obywatelskiej akcji protestu przeciwko tolerowaniu zła i obłudzie.

Działano pod osłoną nocy i naruszano prawo, to prawda, ale nie atakowano ludzi, aktywiści nie byli zamaskowani, wydali oświadczenie podpisane imieniem i nazwiskiem, tłumaczące ich akcję, zadbali, aby figura się nie rozpadła, nie zbiegli, jak zwykli wandale, przed policją, są gotowi poddać swoje działanie pod osąd społeczny.

To pozwala traktować ich akcję jako wyraz obywatelskiej niezgody na brak reakcji Kościoła i władz świeckich na znaną od lat sprawę złych czynów ks. Jankowskiego. Nie wiemy, jaki będzie finał tej akcji. Zapewne trafi pod sąd. Zostawmy wyrok sądowi.

Ale już dziś widać, że coś się dramatycznie zmienia w społecznej sytuacji Kościoła na tle pedofilii. Ściągnięcie pomnika prałata Jankowskiego z cokołu niedaleko od kościoła św. Brygidy nabiera wymowy symbolicznej.

Runął pomnik, runął mit. Nie tylko mit prałata, ale też Kościoła jako gwaranta moralności publicznej, a w sprawie pedofilii – jako duchowego opiekuna powierzonych mu dzieci i młodzieży.

Tego w Polsce dotąd nie było, aby publicznie i z narażeniem się na odpowiedzialność sądową występować z podniesioną przyłbicą przeciwko złu w Kościele. Nazywać je po imieniu, oczekiwać sprawiedliwości. Aktywiści zaznaczają, że nie atakują Kościoła ani żadnej wspólnoty religijnej, lecz chcą działać dla dobra wspólnego wierzących i niewierzących.

Dramatyczną zmianą sytuacji Kościoła w Polsce jest też spotkanie delegacji fundacji „Nie Lękajcie Się” z papieżem Franciszkiem w Watykanie. Episkopat będzie to zdarzenie lekceważył, ale powinien potraktować bardzo poważnie.

Stare kanały komunikacji przestają działać. Zdeterminowani ludzie potrafią dotrzeć do samego papieża z pominięciem kościelnej machiny.

Episkopat stracił monopol informacyjny. Coraz trudniej będzie milczeć o kościelnych tematach tabu. To oznacza wyzwanie, a może wręcz rewolucję duszpasterską, na którą Kościół w Polsce, wskutek wielu lat „kultury milczenia” i ukrywania zła, raczej nie będzie w stanie wiarygodnie i skutecznie odpowiedzieć.

Zapamiętajmy nazwiska odważnych obywateli i działaczy z Warszawy, którzy wywrócili stojący w Gdańsku pomnik odrażającego pedofila i brutalnego antysemity ks. Henryka Jankowskiego: Konrad Korzeniowski, Rafał Suszek i Michał Wojcieszczuk. Będą potrzebowali naszej pomocy!

Rzadko zdarza się tak spektakularny pokaz obywatelskiego nieposłuszeństwa, to znaczy działania otwarcie bezprawnego, lecz podejmowanego w imię imponderabiliów – wartości etycznych, w obronie których warto i należy nadstawiać kark. Trzej mężczyźni, którzy nocą z 20 na 21 lutego przewrócili pomnik Henryka Jankowskiego, działali z powagą, spokojem i z otwartą przyłbicą. Wiedzieli, że staną przed sądem. Nie strzaskali monumentu kilofami, lecz położyli go na miękkim podłożu; nie zakrywali twarzy, gdyż nie wstydzili się tego, co robią, a konsekwencji prawnych swego czynu nie zamierzali unikać. Tak postępują ludzie honoru, a nie chuligani, jak zelżywie określają ich obrońcy Jankowskiego. Panowie wysłali też do prasy niezwykle mądre i pięknie napisane oświadczenie, wyjaśniające motywy, którymi się kierowali. Rzadko w przestrzeni publicznej, zdominowanej przez prostactwo, obłudę, bigoterię i populizm, spotykamy tak szlachetne wypowiedzi. Gorąco zachęcam do przeczytania: https://oko.press/noca-obalili-pomnik-ks-jankowskiego-oskarzamy-pralata-o-podly-i-haniebny-gwalt-na-godnosci/

W dramatycznym kontraście do tego, co uczynili obrońcy moralności publicznej, stoi wulgarne i agresywne zachowanie promotorów Jankowskiego. Przewodniczący Regionu Gdańskiego Solidarności, a jednocześnie przewodniczący komitetu budowy pomnika Krzysztof Dośla posunął się do nazwania trzech działaczy „zwykłymi bandytami”, w dodatku insynuując im tchórzostwo (gdyż działali w nocy). Co więcej, poważył się na rzucenie oszczerstwa na dziesiątki osób świadczących o zwyrodnialstwie Jankowskiego, nazywając słowa ofiar „wyssanymi z palca pomówieniami”. Niestety, presja tego środowiska na władze Gdańska jest tak silna, że w świetle wypowiedzi ratusza zachodzi ryzyko, że za kilka dni pomnik zostanie postawiony z powrotem. Pełniąca obowiązki prezydenta Gdańska Aleksandra Dulkiewicz nazwała przewrócenie pomnika samosądem i przemocą symboliczną. Nie wiem, cy zdaje siebie sprawę z przewrotności swoich słów. Czy rozumie, że to właśnie obecność pomnika Jankowskiego jest przemocą symboliczną, a nie odwrotnie? Czy wie, że samosądem nazywa się bicie bądź zabicie człowieka? Obawiam się, że znalazłszy się raz pod urokiem trudnych słówek, pani prezydent zapomniała zastanowić się, co właściwie wypisuje.

Niestety, słowa krytyki wyszły też z ust Adama Bodnara, Rzecznika Praw Obywatelskich. Z godziny na godzinę prasa zapełnia się wypowiedziami piętnującymi trzech odważnych obywateli. To bardzo rozczarowujące. Widać, że łatwy świętoszkowaty pseudolegalizm zwycięża z poczuciem przyzwoitości. Ileż łatwiej śpiewać w chórze, niż samemu pomyśleć, prawda? Dlatego ludzie dobrej woli, którym wstrętna jest obłuda, powinni zmobilizować się w obronie panów Korzeniowskiego, Suszka i Wojcieszczuka, rozpętana przeciwko nim medialna nagonka może skutkować wymierzeniem przez pobudzony emocjonalnie sąd nieproporcjonalnej i niesprawiedliwej kary.

Stanowczo odrzucam zarzut, iż panowie nazbyt się pośpieszyli, a usunięcie pomnika powinno odbyć się zgodnie z procedurami. O zwyrodnialstwie Jankowskiego wiadomo od wielu lat, natomiast artykuł Bożeny Aksamit, który tę wiedzę uporządkował i upowszechnił, ukazał się już ponad dwa miesiące temu. W tej chwili obowiązkiem władz było natychmiast pomnik zasłonić i bezzwłocznie podjąć energiczne kroki zmierzające do usunięcia zgorszenia publicznego, jakim jest eksponowanie wizerunku zboczeńca w przestrzeni miasta. Niestety, mimo złożonych przez prezydenta Adamowicza obietnic, nie uczyniono nic konkretnego. Nie podano nawet terminu załatwienia sprawy. Powściągliwość nakazywałaby odczekać kilka tygodni, lecz jeśli po z górą dwóch miesiącach ratusz nie podał nawet przybliżonego terminu zaprowadzenia porządku publicznego, obywatele mieli pełne prawo wziąć sprawy w swoje ręce. Nie można bowiem wymagać od społeczeństwa, by mu urągano, a urągowiskiem właśnie jest każdy dzień trwania na swym postumencie tej przerażającej figury. To nie obalenie pomnika było aktem anarchii, lecz jego pozostawanie na miejscu. To panowie Korzeniowski, Suszek i Wojcieszczuk usunęli stan nierządu i zaprowadzili porządek – gdy władza publiczna okazała się opieszała i bezwolna. I każdy, kto teraz przyczyni się do powrotu pomnika na dawne miejsce lub nie uczyni tego, co nakazuje mu urząd, aby temu powrotowi zapobiec, nie tylko w imię fałszywie i obłudnie pojętego legalizmu przyczyni się do anarchii, lecz – nie bójmy się tego powiedzieć – obrazi ofiary księdza-pedofila.

Fakt, że ludzie z władz Solidarności wciąż bronią Jankowskiego, szydząc ze świadectw jego zbrodni, świadczy o głębi ich demoralizacji. Ich cynizm jest bezbrzeżny. Wszak pan Piotr Duda i jego koledzy nie spodziewają się chyba, że ktokolwiek uwierzy, iżby mieli oni jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy Jankowski był przestępcą seksualnym. Nie, po prostu te przestępstwa i ich ofiary nic ich nie obchodzą.

Niestety, winnych jest wielu, łącznie z Lechem Wałęsą. Jednego wszak nie można Jankowskiemu zarzucić, mianowicie tego, aby krył się jakoś z tym, że jest pospolitym chamem i rasistą. Cały jego sposób bycia, jego język, obyczaje znamionowały zaburzonego, narcystycznego prostaka, a otaczanie się młodymi chłopcami oraz przepychem tylko idiotę mogło pozostawić ze złudzeniem, że być może mimo wszystko obcuje z normalnym (nie mówiąc już, że przyzwoitym) człowiekiem. Teraz ci wszyscy, których sumienia nie są czyste, lękają się zmienić kurs i zwrócić się jednoznacznie przeciwko Jankowskiemu i jego nieszczęsnemu pomnikowi. Wolą zwrócić się przeciwko trzem szlachetnym ludziom, którzy powiedzieli „nie” kultowi tej strasznej postaci, a tym samym przeciwko ofiarom jego przestępstw. Jak teraz spojrzycie w oczy tych ludzi? A tak się właśnie składa, że papież całuje ich po rękach. Tam całują po rękach, a tu będą na nowo stawiać pomniki? Jak się na to zapatruje Pani Prezydent i Pan Rzecznik Praw Obywatelskich?

Oporu społecznego przeciwko rozpanoszeniu katolicyzmu i jego „bohaterów” w polskiej przestrzeni publicznej nic już nie zatrzyma. Obalenie pomnika jest przełamaniem tabu, obaleniem nie tylko kawałka źle ukształtowanej materii, lecz również mitu nietykalności władzy kościelnej. Proces wyzwalania się Polski spod ideologicznej i politycznej dominacji tej zdeprawowanej instytucji, w której worek z grzechem i zbrodnią wydaje się nie mieć dna, postępuje szybciej niż mogliśmy się spodziewać. Któż bowiem mógł przypuszczać, że Watykan tak szybko, ledwie parę lat po kanonizacji, wycofa się z kultu Jana Pawła II? Dziś już papież ani kuria nie ośmieszają się opowieściami o dobrym carze, który o niczym nie wiedział, i złych bojarach, którzy gwałcili dzieci. Sprawa odpowiedzialności monarchy za czyny swojego dworu i swoich faworytów jest już dla tego królestwa oczywista. Za jakiś czas stanie się oczywista dla tego monarchy współobywateli. To się dzieje na naszych oczach. To się dzieje naprawdę!

Oto jak Jarosław Kaczyński kłamie na przestrzeni wielu lat. Wywiad z 1998 roku.

Polska pisowska gnije, zaczynając od głowy prezesa. Zamach na Adamowicza 13

19 Sty

Mord na Pawle Adamowiczu to najpoważniejszy polski kryzys po Smoleńsku.

Jarosław Kaczyński ma tego świadomość i dlatego zrobi wszystko, aby zneutralizować społeczno-polityczne oddziaływanie tej zbrodni. Wszak doskonale wie, jak skutecznym wehikułem politycznym może być śmierć i budowanie na niej swoich moralnych przewag jako fundamentu, na którym stawia się pałac władzy.

Wszelako nie jestem pewien, czy świadomość znaczenia obecnej chwili dla historii Polski ma którykolwiek z polityków dzisiejszej opozycji. Czy ci, którzy szykują się, by w 2019 roku odebrać PiS-owi władzę, dadzą się wmanewrować w pisowskie „ciszej nad tą trumną”, które nie jest przecież żadnym odruchem serca, a jedynie politycznym kneblem nasączonym eterem pseudoprzyzwoitości? Czy pozwolą partii Kaczyńskiego wygasić w Polakach ogień sprzeciwu krokodylimi łzami politycznej obłudy?

Najbliższe dni i tygodnie to pokażą. Od tego, jak politycy opozycji zareagują na gdańską zbrodnię, zależy ich moralny i polityczny mandat do reprezentowania wielu milionów wyborców, którzy nie chcą już władzy PiS-u w Polsce.

Można by myśleć, że przeciwieństwem miłości, dobroci, uprzejmości jest nienawiść. Jednak tak nie jest. Najgorszą rzeczą jest znieczulica, obojętność, społeczna izolacja i anomia, apatia, abulia, awolicja i wszystkie “neutralne” stany ducha. Oczywiście, nie piszę żadnej pochwały nienawiści. Wyjaśniam tylko, że nienawiść to zraniona miłość, ale jednak miłości.

Potencjalnie z nienawiści może wyniknąć jakieś dobro – i tak “pełen nienawiści” niejaki Szaweł z Tarsu, dotknięty czymś nieokreślonym, noszącym znamiona małej epilepsji, na drodze do Damaszku, przestał nagle nienawidzieć i zaczął… głosić ewangelię, którą chwilę wcześniej nienawidził.

Co to znaczy w ogóle nienawidzić? “Nie chcieć widzieć” – to pierwsze znaczenie. “Nie móc czegoś znieść, więc nie chcieć na to patrzeć”. Kiedy ktoś nie może mieć upragnionego obiektu miłości, często miłość przechodzi w nienawiść i w ten sposób osoba, która kocha, racjonalizuje sobie swoją niechęć: “Ale nic i tak by z tego nie wyszło”.

Jest jasne, że co z oczu, to z serca. Osoby nieszczęśliwie zakochane znają więc to uczucie, żeby nie patrzeć na obiekt, który sprawia cierpienie niedostępności. Nie pozostaje już nic oprócz obojętności lub nienawiści. Jednak zdobyć się od razu na postawę neutralną nie jest łatwo. Stąd silna
emocja negatywna wypiera słabsze z natury emocje pozytywne i neutralne.

Dalsze uwagi czynię z pewnymi zastrzeżeniami. Przede wszystkim nie popieram nienawiści, ale próbuję zrozumieć jej źródła. Po drugie, uważam, że nienawiści się nie usunie z życia publicznego inną nienawiścią, meta -nienawiścią. Po trzecie, nie znaczy to znowu, że mamy nienawiść tolerować. Dlatego proszę o lekturę ze zrozumieniem.

Ewolucyjnie starsze są emocje niż myślenia, a pośród emocji silniejsze, bo starsze są emocne negatywne. One to pomagały naszym przodkom przetrwać, kiedy w kilka sekund trzeba było zdecydować, czy walczyć, czy uciekać.

Agresja i lęk to dwa możliwe bieguny emocji negatywnych, które się jak to bywa ze skrajnościami, upodabniają. Bywa tak, że agresja wynika ze strachu, albo strach z agresji. Bywa tak, że nienawiść jest zranioną miłością – a bywa i nienawiść jako paliwo dla tych, których emocje pozytywne są tak słabe, że nie mogą zdominować świadomości. Emocje negatywne są zatem wbudowane w nas przez tysiąclecia ewolucji i nic na to nie poradzimy.

Agresja u zwierząt jest nieświadoma, instynktowna i nie do powstrzymania. U ludzi zdrowych umysłowo nowa kora przedczołowa hamuje nie tyle wewnętrzną agresję, co jej zewnętrzne manifestacje. U ludzi chorych umysłowo następuje regres – niestety bez ich winy, bo nie można ich łatwo obwinić – do przedczłowieczych odruchów, kiedy jeszcze kora przedczołowa nie mogła niczego hamować, bo jej zwyczajnie jeszcze nie było. Tak więc, jeśli kogoś winić, to…ewolucję, ale i środowisko, które może agresję jednostek hamować bądź napędzać.

W przypadku Stefana W. nagonka prawicy na wszystko, co lewicowe i centrowe była na pewno wyzwalaczem jego niehamowanej korą przedczołową agresji. Pamiętamy przecież piosenkę Kayah “Testosteron”? “Oskarżam cię…” – śpiewała artystka o tym męskim hormonie walki, agresji,
zdobywania, odkrywania, ekspansji i polowania.

Jeszcze raz podkreślam, że to, iż naukowo usiłuję tłumaczyć zjawisko społecznej nienawiści, nie znaczy, że je usprawiedliwiam, ale też nie winię chorego człowieka, który został najprawdopodobniej – jak mówią snajperzy – nauczony zabijania nożem, bo chory człowiek z taką chorobą nie jest w stanie sam się niczego nowego nauczyć. Jeśli zabił, to zrobił to na fali nienawiści płynącej z każdej strony sceny politycznej, ale szczególnie z prawej strony, oraz musiał być przeszkolony przez zawodowców. Tej hipotezy wykluczać nie wolno, zwłaszcza, że już są głosy, że szwagier prezydenta otrzymuje groźby karalne, tak jak niedawno były groźby pod adresem innych prezydentów miast polskich. To jest pandemia, którą zahamować może tylko opozycja, bo rząd nie zrobi tutaj niczego.

Okazuje się, że zatrudniano płatnych hejterów, którzy otrzymywali stawki od 1,5 zł do 3.5 zł za negatywny wpis, czytaj: hejt na wskazanych stronach w ostatnim czasie. Płatni hejterzy to nie fikcja pisarza Wiśniewskiego, tylko ponura rzeczywistość dark-netu, która dopiero pokazuje swój brzydki łeb.

Zło dobrem zwyciężaj! Najlepiej za pomocą długopisu i krzyżyka przy właściwej liście podczas wyborów 2019.

Prezydenta Adamowicza spotkałem osobiście raz w życiu. Rozmawialiśmy w Europejskim Centrum Solidarności dwa lata temu. To zbyt mało, by mieć tytuł do wspominania Go, ale wystarczająco dużo, aby Jego śmierć nie była czymś dalekim i abstrakcyjnym. Prawdą jest, że spotkany choć raz człowiek pozostawia w naszym życiu cząstkę siebie – i gdy umiera, umiera wraz z nim ta cząstka, uwypukla się ta chwila jedynego spotkania. Taka śmierć nie jest już obcą śmiercią.

Nie ma co dużo pisać. Rozpada nam się państwo i rozpada nam się społeczeństwo. Obraz tego państwa i społeczeństwa każdy może sobie pooglądać w filmikach pani Pieli, które z lubością nadaje państwowa telewizja: ludzie z powykrzywianymi twarzami, wylewająca się z ekranu brzydota, prostactwo, oszustwo, zachłanność. Oto Polska właśnie według miłościwie nam panujących. A ja nie chcę takiej Polski.

Chcę na prezydenta Rzeczypospolitej człowieka, który potrafi się uśmiechać szczerze, jak Paweł Adamowicz. Chcę na premiera mojego kraju człowieka, który wznosi się na szczyty człowieczeństwa i w odruchu najgłębszego ludzkiego współczucia odwiedza matkę zabójcy. Chcę Polski, która choć raz w roku bije jednym, świątecznym sercem, która jest cała jak Gdańsk – odważna jak Westerplatte, solidarna jak Stocznia, potężna jak dźwięk niesiony przez organy w Oliwie i otwarta na świat jak Zatoka Pucka.

I nie chcę obojętności. Nie chcę, żebyście mówili poważnym głosem „Straszna tragedia!”, a potem zasiadali z popcornem przed telewizją albo Twitterem, żeby oglądać z sadystyczną przyjemnością, jak Pawłowicz obrzuca obelgami kolejną osobę, czując, że jesteście przecież od niej lepsi. Dopóki pozwalamy rzeczom się dziać wokół nas i dobrze nam w roli widzów, dopóty będzie tak, jak było. Brzydko i prostacko, jak w filmach Pieli, zawistnie i chamsko jak w postach Matki Kurki. Brudno, ciemno i duszno. Aż znowu obudzi nas jakaś tragedia i znowu tylko na moment.

Jeśli jest jakaś nadzieja w czyjejkolwiek śmierci, to jest to nadzieja, że po niej już nigdy nic nie będzie takie samo. I niech nie będzie. Stać nas na więcej, stać nas na Polskę, która jest jak Gdańsk z ostatnich słów Pawła Adamowicza: jest szczodra, dzieli się dobrem, chce być krajem solidarności. Polskę, która jest najcudowniejszym miejscem na świecie. Miejscem, za które wzajemnie moglibyśmy sobie dziękować.

Dwie krwawe daty wyznaczają koleje etapy w dziejach III RP, tworząc między sobą blisko dziewięcioletnią przestrzeń, którą można określić jako Polskę po Smoleńsku. A więc 10 kwietnia 2010 i 14 stycznia 2019. Wielka katastrofa, która wstrząsnęła narodem i państwem, oraz zabójstwo polityczne, które zmieniło polityczne teatrum w rzeczywistość splamioną krwią.

Smoleńskiego egzaminu nie zdaliśmy. Partackie i nieodpowiedzialne instytucje pozostały nimi, a wulgarna walka polityczna stała się jeszcze bardziej wulgarna, rodząc w końcu populistyczny reżim, dla którego pomówienia, kłamstwa, szyderstwa i nękanie przeciwników postępowaniami prokuratorskimi są częścią stylu bycia i stylu rządzenia. Polska uległa dramatycznej degradacji ustrojowej, jednocześnie tracąc prestiż i szacunek wśród narodów. Dobra koniunktura gospodarcza maskowała ten proces upadku – dla wielu przeto niewidoczny. A jednak upadliśmy.

Przypieczętowaniem tego faktu stało się zamordowanie przez zaburzonego bandytę prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza – wybitnego i powszechnie lubianego polityka, reprezentującego światłą, demokratyczną i liberalną część klasy politycznej. Jego śmierć poprzedziła wieloletnia nagonka PiS na jego osobę, a także państwowo-kościelna kampania nienawiści skierowana przeciwko Jerzemu Owsiakowi, który śmiał odebrać Kościołowi monopol na działalność charytatywną i ogólnonarodowe świętowanie. Zarówno Smoleńsk był wypadkiem, jak i wypadkiem było zasztyletowanie Adamowicza – jednak i jedno, i drugie straszne zajście ma oczywisty kontekst polityczny i potężne polityczne konsekwencje.

Jeśli zamach na Pawła Adamowicza jest klęską Polski posmoleńskiej, to znaczy, że i jego krwawa ofiara może pójść na marne. Stanie się tak wówczas, gdy lękając się eskalacji nienawiści i poddając moralnemu szantażowi tych, którzy wzywają do pojednania wilków z owcami, pozwolimy siewcom kłamstwa, nienawiści i deprawacji na chwilę się przyczaić, wtulonym w owcze skóry, aby po kilku miesiącach powrócić do swych haniebnych praktyk.

Nie ulegajmy moralnemu szantażowi, który zakazuje nam gniewu w imię łagodności i roztropności. Tani symetryzm jest wrogiem, który czyha na nas w naszych domach i w naszych sercach. Jesteśmy bowiem w większości lękliwymi filistrami i łatwo ulegamy podszeptom łatwych mądrości, usprawiedliwiających bezczynność, a nawet oportunizm. Wymówka zawsze się znajdzie, gdy trzeba działać i podejmować ryzyko. A najlepsza wymówka to zakłamana „bezstronność”, rzekomo nakazująca stać z boku i przyglądać się wszystkiemu z dystansu. Tymczasem bezstronność i niezaangażowanie to dwie różne rzeczy. Bezstronny rozważa i ocenia, by w wyniku tej oceny stanąć po stronie prawdy i dobra.

Ofiara życia Pawła Adamowicza, wspaniałego faceta, wybitnego gospodarza miasta, jednego z niewielu polityków o serdecznym, jasnym obliczu, nie może pójść na marne! Nie może się skończyć na pochlipywaniu i popiskiwaniu, że nienawiść w słowach doprowadziła do rozlewu krwi, przeto trzeba złagodnieć i się pojednać. Takie szlochy to woda na młyn tych drani, którzy wyzywali Adamowicza od nazistów i wystawiali mu świadectwa politycznego zgonu.

Niech śmierć Adamowicza będzie cezurą, ale dobrą cezurą. Skoro III RP utraciła niewinność i spłynęła krwią utoczoną w politycznym zamachu, to i my podejmijmy wyzwanie i zacznijmy myśleć o Polsce poważnie. Jeśli po tej strasznej śmierci, po tym strasznym dniu wszystko pozostanie po staremu, będzie to naszą klęską i hańbą. Tylko pokonanie reżimu, tylko mobilizacja polityków i społeczeństwa w roku wyborczym może pomścić tę śmierć.

Tak, pomścić. Śmierć takiego człowieka domaga się pomsty. I od nas tylko zależy, czy złożymy ciało Pawła Adamowicza na ołtarzu wolności i demokracji, czy zakopiemy głęboko w poświęconej ziemi i zapomnimy. Mam nadzieję, że nasi polityczni przywódcy, którzy są, jacy są, ale innych nie mamy, zrozumieją, jaka spoczęła dziś na nich odpowiedzialność. Niechaj nie boją się jej podjąć, a imię Pawła Adamowicza niechaj stanie się dla nich imieniem patrona, wzywającym ich i zobowiązującym do łącznia sił w walce z chorobą, która ogarnęła nasz kraj po katastrofie smoleńskiej, a której nagły i brutalny rzut przeżywamy dzisiaj. Przez pamięć o Pawle Adamowiczu wy wszyscy – Donaldzie Tusku, Grzegorzu Schetyno, Władysławie Kosiniaku-Kamyszu, Włodzimierzu Czarzasty, Robercie Biedroniu, Adrianie Zandbergu, Katarzyno Lubnauer, Barbaro Nowacka, Ryszardzie Petru i inni – musicie dziś nareszcie stanąć ramię w ramię i powiedzieć nam wszystkim, demokratycznie i obywatelsko myślącym Polakom: jesteśmy razem, jesteśmy gotowi i zwyciężymy!

Jacek Kurski via gadzinówka TVP pomógł podnieść nóż zabójcy na Pawła Adamowicza. Zamach na Adamowicza 7

16 Sty

„Myślę, że wielu tu obecnych pamięta telewizję w PRL. Ta dzisiejsza niewiele się od niej różni. Zaapelujmy do jednego człowieka, skoro już rządzi partią, aby zdymisjonował Jacka Kurskiego” – powiedział profesor Jan Hartman podczas protestu na pl. Powstańców Warszawy. Przed budynkiem, skąd nadawane są „Wiadomości”, zgromadziły się setki osób.

Protestujący przynieśli banery z napisami: „TVP łże jak PiS”, „Była publiczna – jest skandaliczna. Wasza narracja to kompromitacja”, „Stop nienawiści”, „TVP kłamstwo+”, „Żądamy prawdy w telewizji publicznej”. Zebrani minutą ciszy uczcili pamięć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicz. Odczytano także wiersz Juliana Tuwima „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”.

Tymczasem Zarząd TVP, czyli Jacek Kurski i Maciej Stanecki, wydał oświadczenie. – „Pracownicy i współpracownicy TVP stali się ofiarami niczym nieuzasadnionej nagonki i agresji. (…) Pracownicy i współpracownicy stacji mają pełne wsparcie Zarządu TVP w ich ciężkiej i odpowiedzialnej pracy” – czytamy m.in. w tym dokumencie. Nie ma w nim oczywiście mowy np. o materiale, który został wyemitowany po śmierci Pawła Adamowicza (o tym: „Materiał o nienawiści, przepełniony nienawiścią…”).

Im ciszej wokół prezesa TVP Jacka Kurskiego, tym większa szansa na jego odwołanie – tym kieruje się frakcja w PiS, która zabiega o dymisję „Kury”. Po napastliwym materiale w „Wiadomościach” dotyczącym mowy nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego ruszyła pielgrzymka osób przekonujących, że PiS w końcu zapłaci za nadgorliwość Kurskiego.

Analiza Jacka Gądka tutaj >>>