Tag Archives: Jan Hartman

Kaczyński upodlił Polskę

2 Wrz

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence.

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Klechy wychowują polski Ciemnogród, łożymy na to ogromny szmal. Jesteśmy g… warci, fundnęliśmy sobie piekiełko

22 Kwi

Poseł Marek Sowa zapytał Ministerstwo Edukacji Narodowej, ilu katechetów państwo zatrudnia w placówkach publicznych.

MEN odpowiedziało na zapytanie posła Sowy ws. zatrudniania nauczycieli religii w szkołach i  przedszkolach. 

Mieszkańcy Pruchnika (woj. podkarpacki) zorganizowali w Wielki Piątek sąd nad Judaszem.

Kukła Żyda została w pierwszej kolejności powieszona na latarni. Następnie ciągnięto ją po ziemi, okładano kijami, podpalono i wrzucono do rzeki. 

Mateusz Morawiecki w minionym tygodniu udał się z dwudniową wizytą do Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy z amerykańskimi mediami kolejny raz zaatakował polskich sędziów.

Filozof prof. Jan Hartman zareagował na niedzielne wystąpienie metropolity gdańskiego abp Leszka Sławoja Głódzia w bazylice w Gdańsku-Oliwie.

Polskie władze odniosły się do zamachów terrorystycznych na Sri Lance. Na słowa premiera Matusza Morawieckiego zareagowała Joanna Senyszyn (SLD).

Kuchciński też pedofil?

1 Kwi

O sprawie obcowania płciowego z nieletnią, prawdopodobnie zmuszaną do nierządu, prostytutką, którego miałby dopuścić się ważny polityk Prawa i Sprawiedliwości dowiedzieliśmy się już w pierwszej połowie marca. Następnie, za sprawą ustaleń redaktora Andrzeja Rozenka, byłego posła i polityka lewicy, Tygodnik „NIE” ogłosił, że miało chodzić o drugą najważniejszą osobę w państwie, o marszałka Marka Kuchcińskiego. Informacje te nadal nie są potwierdzone, gdyż sam posądzony konsekwentnie milczy, a i jego rodzima partia nie kwapi się wystosowania oficjalnego stanowiska, czy choćby skomentowania doniesień. Zupełnie odwrotną sytuację możemy zaobserwować w sieci. Temat wywołał olbrzymie poruszenie wśród komentatorów.

Najpierw jednak Prawo i Sprawiedliwość rozesłało do mediów press release z „Piątką plus”. Bałem się, że aktualizacja najnowszej kiełbasy wyborczej partii Kaczyńskiego będzie odpowiedzią na potrzeby społeczeństwa i będzie dotyczyła choćby podwyżek dla nauczycieli. Otóż nie, spin doktorzy PiS wpadli na inny pomysł. Uznali, że najlepiej ochronią odpływ elektoratu poprzez dezinformację w sprawie unijnej dyrektywy o prawach autorskich, której przypięto łatkę ACTA2. O sex-aferze, która może być największym skandalem w polskiej polityce od lat, władza nie zająknęła się dotąd ani słowem. Milczenie obozu dobrej zmiany tylko spotęgowało burzę, która wybuchła w sieci.

Kaliber zarzucanego przestępstwa jest tak wielki, że redakcje oraz politycy pozostają względnie powściągliwi w formułowaniu oskarżeń. Co by nie powiedzieć o czasopiśmie Jerzego Urbana oraz o samej osobie redaktora naczelnego, zdecydowana większość ujawnianych przez „NIE” znajduje swoje oparcie w faktach i z powodzeniem broni się przed ewentualnymi oskarżeniami w sądzie. Dlatego jedyną sensowną strategią obronną Prawa i Sprawiedliwości i jego marszałka może okazać się bagatelizowanie sprawy.

Temat ma jednak zbyt duże znaczenie, by został przemilczany. Swoje pytania stawiają dziennikarze i politycy. Na wyjaśnienia czekają również, a może, przede wszystkim wyborcy.

Jak do tej pory jedyną reakcją marszałka Kuchcińskiego jest masowe blokowanie kont użytkowników raczących zadawać niewygodne pytania na Twitterze.

Czy argument mówiący, że marszałek mógł nie zorientować się, że obcuje z czternastolatką mieści się w takiej strategii? Afera podkarpacka różni się też znacząco od oskarżeń stawianych posłowi Stefanowi Niesiołowskiemu – ten chcąc oczyścić się z zarzutów zrzekł się immunitetu. Jedno jest pewne, jakkolwiek media nie będą starały się modulować przekazu, ta niedziela jest dla marszałka Kuchcińskiego ostatnim względnie spokojnym dniem. A w zależności od reakcji, kwiecień może okazać się również sądny dla jego partii. Prawo i Sprawiedliwość, próbując grać tematem tzw. ACTA2, jako aktu poddaństwa „Polski Tuska” wobec złych Niemców i Francuzów przeszarżowało i niebawem może wdepnąć w minę. Co zatem wygra, lojalność, czy wolność, którą tak ponoć kocha Kaczyński?

Obalić Kaczyńskiego bez żadnego okrągłego stołu

30 Mar

Marzy mi się, aby nauczyciele wywołali falę, która przyniesie obalenie reżimu – tak jak 30 lat temu. Obalenie w wyborach, rzecz jasna. Tylko czy nauczyciele mogą poczuć się jak stoczniowcy Gdańska i Szczecina?

Może jestem człowiekiem małej wiary, ale obawiam się, że strajk nauczycieli może w ogóle nie dojść do skutku. Boję się, że Kaczyński każe dwa dni przed planowanym strajkiem rzucić nauczycielom w twarz podwyżkę o 600 zł plus jeszcze 400 za pół roku czy rok, wszyscy odtrąbią sukces. Będzie pięknie, a kolejne grupy zawodowe ustawią się w kolejce po podwyżki, żeby jeszcze zdążyć przez wyborami. Dostaną, czego chcą, kosztem deficytu budżetowego, który populistom, jak wiadomo, nie przeszkadza. Jeśli przekroczymy bezpieczne 3 proc., to oddali się „widmo” przyjęcia euro, a za to przybliży polexit. Kaczyński drukowania pieniędzy się nie boi, bo o tym za pół wieku nikt nie będzie pamiętać, a za to wieże, pomniki i ulice imienia jednego czy drugiego Kaczyńskiego zostaną. Pycha kroczy przed upadkiem, ale dokąd zdoła zajść, to jej.

Może się jednak przeliczyć. Zostaną te pomniki albo i nie. Bo jak raz przyjdzie moda na czyszczenie przestrzeni publicznej z kultu jednostki bądź jednostek wysoce kontrowersyjnych, to w trymiga mogą polecieć Kaczyńscy, a kto wie, czy paru setkom „Janów Pawłów” też się nie dostanie; w końcu wieloletnie faworyzowanie i obsypywanie łaskami powszechnie znanych zboków to nie jakieś hocki klocki. No ale to pieśń przyszłości. Nie tak dalekiej może, ale przyszłości.

Tymczasem wciąż jednak mamy szanse na to, że 8 kwietnia zastrajkuje 80 proc. szkół w Polsce. Uczniowie i rodzice niby się martwią, ale nie tak bardzo, bo wiadomo, że jak mówią Rosjanie, „koniec końców” państwo nigdy nie zostawia mas na lodzie i w taki czy inny sposób wszyscy po wakacjach do jakichś tam szkół pójdą. A przy okazji ma młodzież poglądową lekcję wychowania obywatelskiego. Będzie miała co opowiadać wnukom.

Nie wiem, czy w głowie Kaczyńskiego wygra w końcu arogancja (jak w przypadku strajku niepełnosprawnych w Sejmie), czy może duch przekupstwa (ostatnio kawały kiełbasy wyborczej wylatują z okien Nowogrodzkiej jak gołąbki ze strychu). Nikt tego nie wie. Tak czy inaczej marzy mi się, żeby w swej mądrości ZNP odważył się nie ulec retorycznemu szantażowi i powiedział: „tak, nasz strajk jest polityczny i ma prawo taki być”. Niestety, oficjalnie w strajku chodzi wyłącznie o 1000 zł. Niemniej, jak wiadomo z historii, w poważnej akcji strajkowej postulaty mogą mimo wszystko eskalować. Bo strajk to nie „procedura”, lecz siła. Dlatego namawiam związek do tego, żeby upomniał się także o godność nauczyciela i jego autonomię w nauczaniu, o wolność i świeckość szkoły, o odpolitycznienie nauczania historii i języka polskiego, a także o zmiany programowe. Prawdziwy protest musi być godnościowy i polityczny – protest „o kasę” jest tylko „otwarciem dziobka”.

I to byłoby jednakże za mało. Aby strajk nauczycieli stał się zalążkiem społecznego protestu, który uzyska poparcie rodziców i dużych środowisk zawodowych, musi – wzorem strajków z lipca i sierpnia 1980 r., od początku poruszać tematy ustrojowe. Czy naprawdę nie możemy sobie wyobrazić, aby strajkujący nauczyciele domagali się przywrócenia praworządności, niezawisłości sądów i prokuratury, wolnych mediów publicznych i służby publicznej? Czy dla polskiego nauczyciela Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownictwa to sprawy dalekie i obojętnie? Czy polski nauczyciel jest obywatelem, czy tylko klientem władzy, niechcącym widzieć niczego poza swoim resortowym interesem? Kto to wie? Po stoczniowcach też byśmy się nie spodziewali, prawda? A jednak. Zawsze trzeba mieć nadzieję, że duch obywatelski i poniżona godność pracowników zechcą przemówić. Nigdy nie znasz dnia ani godziny, Jarosławie Kaczyński, gdy zwykli ludzie podniosą głowy i powiedzą „dość!”. Nie takim już mówili. Nawet Gomułce, nawet Gierkowi. Więc co dopiero Kaczyńskiemu.

Odwagi, nauczyciele! Nie dajcie się zastraszyć, nie dajcie zredukować do rozmiarów chytrych chłopków domagających się większej zapłaty, nie dajcie się szantażować straszakiem „polityczności” Waszego protestu. On jest i musi być polityczny. Nie strajkujcie o same pieniądze. To nie przystoi nauczycielom! Upomnijcie się o wolną i świecką szkołę. O naukę tolerancji i równości. O edukację seksualną. O niezależność świeckiego nauczania od wpływów i nadzoru księży. Dajcie nam wszystkim przykład i nadzieję!

Niektórzy politycy PiS powinni zdecydowanie mniej korzystać z mediów społecznościowych. Zaliczyć do nich można np. Jarosława Zielińskiego. – „Do tych, którzy atakują mnie z bezsilnej nienawiści: skoro Polską Policję dobrze ocenia aż 75% Polaków, to może i z nadzorem nad nią nie jest tak źle?! Wiem, że to trudne, ale proszę choć przez chwilę pomyśleć logicznie. Przyjaźnie pozdrawiam” – napisał na Twitterze wiceministra spraw wewnętrznych, który odpowiada za służby mundurowe.

Trudno się więc dziwić, że pod jego wpisem pojawiły się bardzo krytyczne komentarze. – „Ty gościu żyjesz w świecie równoległym. Może posyp się konfetti?”; – „Panie Zieliński, ja nie oceniam pana negatywnie z powodu nienawiści. Nie mam takiego uczucia wobec Pana. Uważam, że osoby używające tak zwanej mowy nienawiści powinny być bardzo surowo karane, ale nikt logicznie myślący nie powie, że dobre oceny policji to zasługa Pana”;

„Tak to już jest na tym świecie, że grupa ciężko pracuje na ocenę całej formacji, a jeden tylko przed obiektyw pchać potrafi… i co to za nadzór, który boi się w innym garnizonie niż podlaski pokazać…”; – „Panie Tymczasowo Ważny. Krytyka jest mierzona w pańskie działania, politykę kadrową i megalomańskie zapędy… proszę się z sukcesami służb nie utożsamiać”; – „Te dane to chyba z 2015 i to marca” – pisali internauci.

Marzy im się Europa, pytanie tylko, czy one marzą się Europie?

Wybory do Europarlamentu już niebawem, a kiedy o tym myślę, natychmiast pojawiają mi się w głowie dwie panie – Beata Szydło i Beata Kempa, które mają stać się najwyższej jakości towarem eksportowym do UE. Mają przed sobą ogromne zadanie, jakie wyznaczył im prezes, czyli zrewolucjonizowanie Unii, postawienie jej na wzór i podobieństwo wizji prezesa, wprowadzenie na jedyną słuszną drogę chrześcijaństwa i zadbanie, by „dobra zmiana” świetnie się w ławach Europarlamentu odnalazła.

Nie ukrywam, że z wielką radością i łezką wzruszenia w oku obserwuję niesamowitą metamorfozę byłej premier. Jeszcze nie tak dawno wywaliła flagę unijną, ostro atakowała Donalda Tuska, który według niej był jedną, wielką pomyłką na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, przyłożyła mocno łapkę do sporu Polski z UE na temat praworządności. To ona mówiła o „szaleństwie brukselskich elit”, obiecywała, że nie ugnie się przed Unią, grzmiała, że Europa nas nie złamie, nie znała nawet daty wejścia Polski do UE, pokazywała na każdym kroku swoją niechęć i wręcz odrazę, a dzisiaj? Dzisiaj nie ma większego euroentuzjasty od niej. Dzisiaj UE wręcz wielbi! Cóż takiego się stało, że tak nagle pani Szydło zmieniła front… Kasa? Poczucie misji? Lizanie ran po utracie stanowiska premiera? Potrzeba dowartościowania się? Nie mam pojęcia, ale wiem jedno. Kandyduje i zrobi wszystko, żeby się tam dostać.

Chce się dostać, choć nic do tej pory nie wskazywało na to, że zdecyduje się ruszyć na podbój Unii Europejskiej. Jej aktywność w sprawach europejskich była praktycznie zerowa. Liczba złożonych interpelacji poselskich również zerowa, nie brała udziału w pracach komisji czy podkomisji, zajmujących się tematyką europejską, nie należy do żadnej stałej delegacji parlamentarnej, nie lata za granicę, nie utrzymuje kontaktów z zachodnimi politykami.

Trudno też dowiedzieć się, czym będzie się zajmowała jako europosłanka. Abstrahując od zaleceń prezesa, chciałabym usłyszeć coś wypływającego od niej samej, bo tak naprawdę rzuca tylko ogólnikami typu „to, co się dzieje teraz w Europie napawa na pewno obawą”, „Ta dobra zmiana, która dzieje się w Polsce, musi się zadziać też w Europie, żebyśmy mogli spokojnie myśleć o swojej bezpiecznej przyszłości”, „Los Unii Europejskiej i przyszłość Europy będą zależały od Polski” i to właściwie wszystko. Żadnych konkretów, żadnej własnej wizji, nic…

No i Beata Kempa, bez której prawdopodobnie UE nie ma szans na przetrwanie. Przez ostatni rok była jak minister widmo. Odpowiedzialna za sprawy związane z pomocą humanitarną, ale nie wie nikt, na czym ta jej działalność polegała. Wiadomo tylko, że jeździła sobie po  obozach dla uchodźców, ale co z tego miało wyniknąć… licho wie. Wprawdzie podkreśla na każdym kroku, że „Pomagamy organizacjom pozarządowym w tej pracy. Dyskutujemy na temat nowych wyzwań w tym zakresie. Jako Polacy pokazujemy wielki potencjał. Odbudowujemy m.in. miasta”, ale konkretów brak.

Jednak pani Kempa właśnie w Brukseli zamierza wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie, by je „kontynuować na poziomie UE, dlatego że pomoc na miejscu, pomoc w tych bardzo trudnych miejscach to bycie o krok przed mafiami, które sprowadzają tutaj tych ludzi, jest naszą misją, powinno być misją UE” i zapewne świetnie sobie poradzi, tym bardziej, że przecież się dogada, bo zna język angielski bardzo dobrze na poziomie podstawowym. Będzie też ostro walczyła o wartości Europy, powrót do jej korzeni i Europy silnej rodziny. Jak widać, pani Kempa świetnie wie, co chce robić w Europarlamencie. Hmm… ale obserwując jej dotychczasowe działania, uważam ją za leniuszka, który z reguły dużo mówi, a mało robi.

Trzeba przyznać, że PiS zaproponowało nam niezły zestaw kandydatów do Europarlamentu. Obie panie, które godnie i z bardzo dobrym wynikiem przeszły szlak bojowy partii rządzącej, są najlepszą wizytówką pisowskich list kandydatów. Zapewne nie ma co liczyć, że będą one kierowały się własnym zdaniem, będą otwarte na poglądy kolegów europosłów z innych ugrupowań, będą umiały budować kompromisy i współpracować. Jednego możemy być pewni. Będą z pełną skrupulatnością realizowały deklarację swej partii, opartą na fobii przed uchodźcami, walce o zachowanie chrześcijańskich korzeni w wersji maks, pełnej okrągłych słówek.

Ech… Vivat Beaty! Ave Beaty! Marzy wam się Europa, pytanie tylko, czy wy marzycie się Europie? Czy rzeczywiście Europarlament to dobre miejsce dla ludzi tak pełnych wstecznictwa, zaściankowości, hipokryzji? Obawiam się, że obydwie panie znajdą się w tej instytucji i jeszcze niejeden raz usłyszymy o ich „dokonaniach”, które nie będą dla nas powodem do dumy.

Waldemar Mystkowski pisze o nowej obietnicy Kaczyńskiego.

Na co liczy Jarosław Kaczyński? Ma władzę, jakiej nikt po 1989 roku nie posiadał, a do tego prawnie nie odpowiada za jej sprawowanie, bo jej brzemię wzięli na siebie jego akolici: Beata Szydło, Mateusz Morawiecki i Andrzej Duda. Pełnia władzy rozpisana na innych, ale Kaczyńskiemu wciąż jej mało. Pełnię władzy prezes PiS chce przekuć w formę dyktatury, która musi się źle skończyć dla Polaków i Polski.

Czy uda się Kaczyńskiemu chwycić naród za twarz? Czy Polacy dobrowolnie w wyniku wyborów zgodzą się na nałożenie kagańca? Przy czym ta „dobrowolność” będzie sterowana przez PiS – nie tylko poprzez partyjną Państwową Komisję Wyborczą.

Tymczasem mamy kampanię wyborczą, która w wykonaniu partii Kaczyńskiego polega na zachęcie, aby samemu nałożyć na siebie kaganiec. Służy do tego kiełbasa wyborcza, która oględnie nazywana jest „piątką Kaczyńskiego” i nie ma za wiele wspólnego z dobrem wszystkich Polaków, jest kupczeniem adresowanym do jak największej grupy elektoratu. Kaczyński kupuje wyborców za ich pieniądze, a nawet więcej – za te przekupstwa będą płacić przyszłe pokolenia, które dzisiaj nie głosują.

Piątka Kaczyńskiego przechodzi transformację semantyczną i zwana będzie Piątką Plus. Do tej piątki prezes dorzuci (zaplusuje) jeszcze jedną obietnicę. Na co liczy Kaczyński? Świadomi Polacy wiedzą, że Kaczyński nie potrafi liczyć –  a w zasadzie: nie chce poprawnie liczyć. I nie chodzi tylko o to, że piątka plus nowa obietnica daje wynik szóstki. Więc ta kiełbasa wyborcza winna nazywać się – Szóstka Plus.

Czy ta nowa obietnica to podwyżki dla nauczycieli? A może dofinansowana zostanie służba zdrowia? Zwłaszcza zdrowie Polaków winno mieć szczególne uważanie polityków. Ta wiadomość powinna wstrząsnąć opinią publiczną – otóż kolejny rok z rzędu Polacy na emeryturze żyją krócej, statystycznie średnio o 1,5 miesiąca krócej niż rok temu.

A będzie jeszcze gorzej, bo Mateusz Morawiecki zagrabia resztki z Otwartych Funduszy Emerytalnych, zasilając nimi ZUS i ową Piątkę (poprawnie: Szóstkę) kwotą ok. 35 mld zł. A zatem, znowu skrócone zostanie życie Polaków.

Obietnice PiS sprowadzają się do tego, że jesteśmy zadłużani i skraca nam się życie. Do tego sprowadza się każdy populizm. I bynajmniej – stwierdzam niezłośliwie – Kaczyński nie zadłuża siebie i nie skraca sobie życia.

Donald Tusk kochany przez Brytyjczyków

24 Mar

Zgodnie z wypracowanymi ustaleniami, państwa Unii Europejskiej zgodziły się na warunkowe przesunięcie daty Brexitu na dzień 22 maja. Donald Tusk przyznał zaś, że chciałby, aby Brytyjczycy rozważyli udział w wyborach do Europarlamentu oraz ewentualne wycofanie się z opuszczenia wspólnoty. „Rząd brytyjski nadal będzie miał wybór pomiędzy umową, brakiem umowy, znacznym wydłużeniem albo wycofaniem się z art. 50” – mówił. Przemyślany, mądry ruch oddala wszak ewentualne oskarżenia ze strony Brytyjczyków, jakoby Bruksela dążyła do tzw. twardego Brexitu. Z drugiej strony jest to nadzieja dla milionów obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy coraz głośniej domagają się uszanowania swojego głosu w procesie wychodzenia ich kraju z Unii. To właśnie oni, w liczbie ponad miliona demonstrantów, zgromadzili się wczoraj na 2019 People’s Vote March w Londynie oraz zebrali ponad 4,5 miliona podpisów w sprawie wycofania się z art. 50. Jednym krótkim wpisem Donald Tusk dodał otuchy zebranym. Jak się również okazało, stał się jednym z najważniejszych bohaterów marszu.

Przewodniczący Rady Europejskiej napisał krótkie: „Duma i nadzieja”. Dodany zaś przez niego hashtag można rozumieć podwójnie. Z jednej strony oznacza „Marsz dla siebie”, z drugiej, biorąc pod uwagę liczne przykłady wsparcia dla Donalda Tuska okazane przez maszerujących Brytyjczyków można śmiało zaryzykować stwierdzenie, iż marsz zorganizowano dla poparcia starań i stanowiska polskiego polityka. Wizerunek byłego premiera znalazł się na licznych transparentach, imię zaś jego było na ustach wielu liczących na korzystny dla idei wspólnej Europy scenariusz Brexitu.

 

 

Ciężko nie być pod wrażeniem skali popularności Donalda Tuska na Wyspach. Świadczy o niej choćby liczba pozytywnych komentarzy i podziękowań pod jego wpisem na Twitterze.

“Jeśli uda się powstrzymać ten kretyński brexit, to Tusk stanie się wielki. A wieść o tym dotrze do mas w kraju i prezydenturę będzie miał w kieszeni. Tusk to ostatni “wizerunkowy zasób” RP.” – skomentował trafnie filozof prof. Jan Hartman na Facebook’u.

Profesor Jan Hartman wypowiedział l się na temat przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w kontekście Brexitu i apelu Brytyjczyków do Tuska ws. powstrzymania rozwodu między Unią Europejską i Wielką Brytanią.

Tusk przywraca wiarę ludzkości w Donaldów! Można mieć wiele pretensji do Tuska (ja mam – o oportunizm wobec kościoła, populistyczne akcje, lekceważenie inteligencji, brutalność w zarządzaniu partią, nierozliczenie PiS), ale to jednak jest niesamowite, że miliony Brytyjczyków pokładają dziś nadzieję w polskim polityku – mówi prof. Jan Hartman

Rozwój sytuacji jest niesamowity. Pro-Brexitowy marsz Nigela Farage’a zorganizowany tego samego dnia zebrał ledwo 200 uczestników, a Donald Tusk, mimo swojej niewdzięcznej roli stał się najlepszym ambasadorem Polski w Wielkiej Brytanii. Ambasadorem kraju, którego obywatele są, niestety, często stawiani jako jeden z głównych czynników, który zadecydował o wyniku brytyjskiego referendum ws. opuszczenia UE. To świadczy też o klasie polityka, który, w przeciwieństwie do Kaczyńskiego i Prawa i Sprawiedliwości, nigdy nie wchodził w polityczny romans z brytyjskimi konserwatystami odpowiedzialnymi za Brexit. Świadczy też o silnej pozycji Polski, jeśli wyłączy się od niej hańbiący rząd.  Co gorsza, żadne zarzekania PiS tego nie zmienią.

Dziś (…) znów istnieje potrzeba czasu nienormalnego. (…) Gdy próbując zohydzić przeciwnika kładzie się na szalę wartości najważniejsze, suwerenność i bezpieczeństwo wynikające z naszej przynależności do Unii Europejskiej, a potem może i Paktu Północnoatlantyckiego, której nie da się pogodzić z niebezpiecznym zbliżeniem z Rosją. Znów aktualne staje się pytanie, czy naprawdę potrzebne jest aż zagrożenie z zewnątrz, groźba utraty suwerenności, a potem walka o jej odzyskanie, żeby było inaczej – pisze Mariusz Urbanek, którego tekst publikujemy za zgodą miesięcznika „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (nr 11/2018).

Historia, jak wiadomo, uczy jednego: nigdy jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Dlatego raczej trudno traktować przypominany z okazji stulecia moment odzyskiwania przez Polskę niepodległości w 1918 roku i późniejszą historię II Rzeczypospolitej jako lekcję. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, przeszłości nie da przepisać przez kalkę.

Z obu publikowanych w tym (11/2018) numerze „Odry” rozmów z biografami Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego wynika jasno, że III (a i IV) Rzeczpospolita lekcji tamtej Polski nie odrobiła. A nawet jeśli próbowała, to odrobiła ją źle. Ale łatwiej spojrzeć na tamtą Polskę z dzisiejszej perspektywy.

Po blisko trzydziestu latach, jakie upłynęły od 1989 roku i odzyskania przez Polskę suwerenności, łatwiej zrozumieć i ocenić to, co stało się sto lat temu. Dlaczego w 1918 udało się niepodległość odzyskać i dlaczego dwadzieścia lat później tak wielu ludziom tak trudno było na siebie patrzeć bez nienawiści.

NA SZCZĘŚCIE BYŁO NIENORMALNIE

Powrót Polski na mapy Europy w listopadzie 1918 był tyleż dziełem przypadku, zbiegu geopolitycznych okoliczności, upadku caratu i wyczerpania się potencjału istnienia tego molocha, jakim była monarchia austro-węgierska, co efektem pracy ludzi, którzy potrafili wznieść się w najważniejszym momencie ponad podziały.

Potrafili zapomnieć o dzielących ich różnicach i uznać istnienie celu ważniejszego, jakim była wolna Polska. Byli pośród nich ci dwaj najważniejsi: Józef Piłsudski i Roman Dmowski, choć nie tylko na pozór różniło ich niemal wszystko. Piłsudski chciał Polski federacyjnej, łączącej w swoich granicach jak Rzeczpospolita Jagiellonów ludzi różnych narodowości, wyznań i języków. Dmowski, oczywiście upraszczając, chciał państwa jednolitego narodowo; akceptował w polskich granicach mniejszości, ale pod warunkiem ich asymilacji. W normalnych czasach projekty tak skrajnie odmienne byłyby nie do pogodzenia.

Na szczęście przez kilka, może nawet kilkanaście miesięcy, było nienormalnie. Piłsudski i Dmowski mimo dzielących ich różnic potrafili wznieść się ponad podziały.

To, co różniło ich przed rokiem 1914, oczywiście nie zniknęło, dalej inaczej wyobrażali sobie Polskę, ale na krótki czas najważniejsze było to, żeby w ogóle powstała, a ci, którzy będą decydować o jej granicach podczas konferencji pokojowej w 1919 roku, zechcieli uznać jej istnienie i granice. Józef Piłsudski musiał uwierzyć, że Dmowski reprezentując Polskę w Paryżu, a potem podpisując traktat wersalski, nie zaprzeczy jego zasługom militarnym. Roman Dmowski zachować się lojalnie wobec człowieka, z którego poglądami przecież się nie zgadzał. I jak bardzo chcielibyśmy tamten czas, tamtych ludzi i ich decyzje idealizować, a przy okazji jubileuszu szalenie o to łatwo, trzeba uznać, że nie było to ani pewne, ani nawet spodziewane. Normą bowiem, także w nieistniejącym państwie, był konflikt, spór, polemiki przeradzające się w podjazdowe wojny.

Z perspektywy jubileuszu trzeba powiedzieć: na szczęście sto lat temu taki nienormalny czas się w historii zdarzył. Zdecydował wspólny cel i konieczność pokonania wspólnego wroga, w dodatku wielogłowego. Bo tylko tak Polska mogła po 123 latach się odrodzić. I to w granicach, które przecież wcale nie były takie oczywiste, jakby to mogło się wydawać dziś. Przekładając to na język czasów bardziej nam współczesnych: kiedy opozycja przed 1989 roku, tak różna przecież, jak tylko można to było sobie wyobrazić, miała jednego wroga i wspólny interes, potrafiła się wznieść ponad podziały. Cel pozwolił zapomnieć o różnicach ludziom o poglądach tak bardzo odmiennych, jak Adam Michnik i Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń i Leszek Moczulski, Lech Wałęsa i Andrzej Gwiazda. Nie musieli przywdziewać historycznych masek i stroić się w kostiumy sprzed lat, wystarczyło to, czym różnili się na własny rachunek, to, jakiej Polski chcieli, by ciężko było sobie wyobrazić ich współpracę.

Oni nie pokłócili się później, oni na chwilę przestali się kłócić. Był jednoczący wróg i wspólny cel – to wystarczyło, żeby zachować się nienormalnie.

NA NIESZCZĘŚCIE TRWAŁO TO KRÓTKO

Dzień 11 listopada 1918 to nie tylko data, kiedy coś się w Polsce zaczęło. Tamtego dnia coś się także kończyło. Zaczynała się nowa Polska, ale kończył ten czas niedoskonałej, rachitycznej, kulawej zgody, którą zawarli między sobą ludzie, by wywalczyć Polskę. W jednym momencie wybuchła niepodległość i wielka narodowa awantura. Nareszcie – wielu zapewne zrobiło to z dużą ulgą – można było wyciągnąć ukryte za plecami sztylety i granaty. Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale przecież racja powinna być po naszej stronie.

Pierwszy zamach stanu w II Rzeczypospolitej odbył się już w styczniu 1919 roku, pierwszy rząd upadł dwa miesiące po odzyskaniu niepodległości, a pierwsze wolne wybory zostały przez radykałów zbojkotowane. Kolejne gabinety, budowane przez coraz bardziej kulawe i coraz mniej racjonalne koalicje, rozpadały się przeciętnie co siedem miesięcy, a odtwarzały nierzadko w niemal identycznym składzie, za to z totalną krytyką samych siebie na ustach. W Sejmie posłowie zajmowali się głównie wzajemnym obrażaniem. Nazywali się chamami, odsyłali do gnoju, a jeśli już debatowali, to głównie o pieniądzach. Przy co bardziej kontrowersyjnych głosowaniach gdzieś znikali i nagle brakowało quorum.

Karol Irzykowski napisał, że pojęcie ustawodawstwo pochodzi od wody lejącej się obfitym strumieniem z ust posłów. O uchwalonej imponująco szybko – to akurat prawda – konstytucji z marca 1921 pisano, że tym się różni od tej najsłynniejszej z 3 maja 1791, że drugą obchodzi się raz w roku, a tę pierwszą codziennie.

Spory i konflikty zawieszono na krótki moment, gdy na granicach znów stanął wróg, bolszewicka Rosja, szykująca się właśnie do połknięcia Polski na rozgrzewkę przed rozpoczęciem rewolucyjnego marszu przez Europę. Potem jednak wszystko wróciło do normy, do oskarżeń o wyprzedaż Polski, zdradę, realizowanie niepolskich interesów itd. I dojmującej tęsknoty do nienormalności, która tak szybko się skończyła.

CZY PAŃSTWU CZEGOŚ TO NIE PRZYPOMINA?

Właściwie należałoby zapytać, czy aby na pewno niczego to nam nie przypomina. Trzydzieści lat temu „drużyna Wałęsy” też rozpadła się na skłócone partyjki, grupki interesów, kanapowe koterie niemal natychmiast po wyborach 4 czerwca 1989 roku. To prawda, była sklecona z ludzi wywodzących się z różnych opcji, odmiennych światów, nieprzystających do siebie środowisk, ale byli to ludzie świadomi celu do wykonania: mieli pokonać słabnących komunistów i odebrać im władzę. Nie na długo tej świadomości wystarczyło. Kolejne wybory odbyły się w roku 1991, co było uzasadnione wyczerpaniem się kontraktu z komunistami, ale następne, przedterminowe, po zaledwie dwóch latach, kiedy nienawidzące się wzajemnie i skłócone z prezydentem partie postsolidarnościowe oddały władzę tym, którym ledwie cztery lata wcześniej ją odebrały.

Czy zarówno po 1918, jak i po 1989 mogło być inaczej? To nielubiany przez historyków i dość grząski grunt historii alternatywnej, ale doświadczenie współczesne, rozpad „Solidarności”, niepojęte po wcześniejszych doświadczenia doszukiwanie się wroga we własnych szeregach, oskarżenia, wszystko to pokazuje, że nie. Nie mogło.

W skrajnie różnych okoliczności, w odmiennych warunkach, po dwudziestoletnim doświadczeniu wolności, a potem utracie na pół wieku suwerenności, mimo zmiany ustroju, który postawił wszystko na głowie, po 1989 roku pojawiły się te same demony i wszystko się powtórzyło. A więc chyba trzeba, choćby najbardziej niechętnie, przyjąć, że właśnie wtedy zaczęło znów być normalnie. Bo to stan konfliktu jest normalny, co dość nieudolnie próbował w 1990 roku powiedzieć Lecha Wałęsa, mówiąc o demokracji jako nieustającej „wojnie na górze”. Bo nienormalnie jest, gdy przychodzi czas wyciszenia, spokoju, współpracy, gdy na chwilę ciężkie słowa i ostra broń odłożone zostają na później.

 NORMALIZACJA

Lepiej już było, mówią pesymiści. Normalnie też już było, mogliby dodać z rezygnacją cynicy. Ale jeśli z pierwszymi w nieustannym sporze pozostają optymiści, twierdzący, że wszystko przed nami, to z drugimi spierać nie ma się o co, bo po prostu nie mają racji. Nienormalne są te krótkie momenty spokoju, interwały między bardzo długimi okresami wojen i mniejszych konfliktów, gdy wszyscy (no, większość) maszerują w tym samym kierunku. Normalnie jest wcześniej i później, gdy jednocząca siła wspólnego celu i jednego wroga się kończy, znika gdzieś jedyne spoiwo i zwarte szeregi rozpierzchają się błyskawicznie we wszystkich kierunkach.

Fundamentalne staje się więc pytanie, czy rzeczywiście nie możemy obejść się bez zagrożenia? Czy istnienie wroga jest koniecznie potrzebne, by robić coś wspólnie? Wroga koniecznie zewnętrznego, bo zdecydowanie łatwiej wtedy o mobilizację, a przynajmniej jako wróg zewnętrzny postrzeganego.

Nie było co do jego zewnętrzności wątpliwości w latach poprzedzających odzyskanie niepodległości w roku 1918 – w końcu chodziło o zaborców. Ale i w PRL partia komunistyczna, choć przecież złożona z Polaków (z całą pewnością od roku 1956), postrzegana była jako ekspozytura sił zewnętrznych, realizująca polskimi rękami niepolskie interesy. A to wystarczyło, by widzieć w niej wroga i chcieć zburzyć ową wymuszoną brakiem suwerenności „normalność”.

Uspakajanie nastrojów po wstrząsających systemem peerelowskim wystąpieniach robotników w latach 1956, 1970, inteligenckim buncie w roku 1968, po stanie wojennym, nazywano właśnie „normalizacją”. W „bratniej” Czechosłowacji to słowo nabrało po roku 1968 wymiaru wręcz ideologicznego. To zrywy niepodległościowe, bunt, sprzeciw wobec opresji, wspólny cel były czymś nienormalnym, a po ich stłamszeniu wracała upragniona „normalność”.

W NORMALNYM KRAJU

W II RP po wielkiej wojnie, którą potem zaczęto nazywać I światową, przedłużonej nieco o wojnę polsko-bolszewicką, zaczęło się normalne życie. Jak przystało na najzupełniej normalny kraj. Politycy, do niedawna potrafiący przynajmniej taktycznie powściągnąć emocje, mogli wreszcie powiedzieć, co o sobie myślą. Oskarżali się o narodowe zaprzaństwo, donoszenie zaborcom i branie pieniędzy od obcych kontrwywiadów (co zresztą nie tylko w przypadku Piłsudskiego było prawdą). Epitety, jakich używano, niewiele różniły się od tych, których pełne są też gazetowe polemiki w III RP.

Na porządku dziennym byli obłudnicy, bandyci, degeneraci, złodzieje, terroryści, płatne pachołki Niemiec albo Rosji. Marszałek Piłsudski mówił, że może wprowadzić do sejmu nawet trzystu posłów, posługując się tylko jednym hasłem: „Bić kurwy i złodziei”.

Gazety niemal każdego dnia donosiły o skandalach, demaskowały korupcję urzędników państwowych i obyczajowe łajdactwa. Dla ulicy szybko stało się jasne, że krajem rządzą aferzyści, którzy chcą Polskę wyprzedać obcym, albo rozkraść ją i podzielić między siebie. Nie znano jeszcze wtedy pojęcia „spółki nomenklaturowe”, ale afer, które dziś nazywane są prywatyzacyjnymi, było wystarczająco dużo, by dostrzec, że o nie właśnie chodziło. Na czele z najgłośniejszą, dotyczącą majątku ziemskiego Dojlidy. Sprzedanego najpierw za grosze, żeby oszukać Skarb Państwa, a potem podzielonego i rozprzedanego po kawałku z wielkim zyskiem. Karierę szybko zrobił dowcip, żeby lepiej nie zmieniać rządzących, bo ci starzy, jak się już nakradną, zajmą się być może sprawami kraju, a ci nowi będą musieli dopiero nabić sobie kabzy.

Dlatego najskuteczniejszym hasłem wykorzystywanym w kolejnych wyborach była walka z partyjniactwem, grająca na niechęci wyborców do skompromitowanych polityków i tych samych wciąż programów, kryjących się za wymienianymi na potrzeby wyborów szyldami. Nieźle sprzedawały się też deklaracje ograniczenia biurokracji, ukrócenia nomenklatury i powstrzymania nepotyzmu – oczywiście u tych, którzy władzę mieli stracić – oraz obietnice moralnej czystości tych, którzy do niej dopiero aspirowali. W kolejnych wyborach aktorzy odgrywający te role oczywiście zamieniali się miejscami.

 W NORMALNYM KRAJU – CIĄG DALSZY

Nie było jeszcze argumentu zagrożenia uchodźcami, ale strach przed „obcymi”: narodowo i kulturowo był wykorzystywany bez najmniejszych skrupułów. Granie na poczuciu lęku przed bolszewikami, a zwłaszcza przed bolszewikami w najgorszym wydaniu, czyli „żydokomuną”, zawsze dawało wymierne efekty. Wykorzystujące je hasła nie wymagały nawet specjalnego uzasadnienia, bo padały na podatny i żyzny grunt środowisk endeckich.

Ważnym elementem debaty publicznej – mówiąc elegancko, a mniej elegancko: medialnych pyskówek i awantur – było wysługiwanie się przez rządzących Polską klerowi. Ciągłe spory rodziła treść podpisanego przez młode państwo z Watykanem konkordatu, dającego Kościołowi katolickiemu przywileje i rangę niespotykaną w innych krajach europejskich.

W 1938 roku Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego specjalnym okólnikiem zobowiązało nauczycieli do dopasowania programów szkolnych do dogmatów religii katolickiej. A poczynając od połowy lat trzydziestych miarą lojalności nauczycieli wobec państwa było uczestniczenie w nabożeństwach, a nawet kontrolowanie udziału uczniów w spowiedziach.

W ustawie antyaborcyjnej – surowszej niż obecnie obowiązująca – dopuszczono co prawda przerwanie ciąży pochodzącej z przestępstwa i ze względu na zdrowie ciężarnej, ale potem rozporządzenie wydane przez prezydenta Ignacego Mościckiego o wykonywaniu praktyki lekarskiej istotnie te możliwości ograniczyło. Prawo wymagało „zaświadczenia prokuratora stwierdzającego uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała wskutek przestępstwa”, o co wcale nie było łatwo. Zapis o dopuszczalności aborcji z powodu tzw. przyczyn społecznych usunięto po interwencji Episkopatu już na etapie pracy nad projektem ustawy. A i tak praktycznie do końca II RP prawica i Kościół walczyły o wprowadzenie bezwzględnego zakazu aborcji.

Czy to Państwu czegoś nie przypomina?

FORTEPIAN WYNIÓSŁ DO KURNIKA

Aktywny nadzwyczajnie, podobny jest do gościa, który zajechawszy do starego domu, w ciągu jednej nocy poprzestawiał meble od sieni do strychu, skrzynie ze starymi butelkami zaniósł do salonu, fortepian wyniósł do kurnika, sedes klozetowy ustawił w sali jadalnej, łóżeczka dziecinne wyciągnął na mróz, meblami salonowymi zatarasował korytarze i chciał przestawiać dalej.

Zgadną Państwo, o kim to? Przypomina może Państwu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego odzyskującego sądy, nawet gdyby miało to odbyć się kosztem wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej? A może poprzedniego ministra wojny, który chciał oprzeć doktrynę obronną Polski w XXI wieku na pospolitym ruszeniu i prawie mu się udało. Albo któregoś z ministrów spraw zagranicznych, za których sprawą wizerunek Polski w świecie i Europie przypomina coraz bardziej karykaturę i to w dodatku autorstwa bardzo słabego karykaturzysty. Czy też, strach pomyśleć, przywodzi Państwu ów opis na myśl szefa rządu? A może po prostu któregoś z szeregowych posłów? Bo raczej nie prezydenta, za dużo w tym zdaniu samodzielności, aktywności, za dużo ruchu i ani jednego podpisu.

Może jednak jest wręcz przeciwnie? Cytowany opis został wzięty z komentarza telewizji rządowej i opisuje czasy partii rządzącej aż osiem lat, by ostatecznie zostawić Polskę w ruinie? Albo ze spotu opublikowanego tuż przed wyborami przez sztab wyborczy partii sterującej obecnie nawą państwową?

Otóż nic z tego, takimi słowami, wyjętymi jak mogłoby się wydawać z komentarza opublikowanego w ostatni weekend – nieważne w dodatku w gazecie której opcji – Stanisław Cat-Mackiewicz w latach trzydziestych opisywał braci Jędrzejewiczów, Janusza i Wacława (nie byli bliźniakami), którzy pełnili bezpośrednio po sobie urząd ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, a pierwszy był także premierem. Mówiło się w II RP, że tylko jedno może marszałkowi Piłsudskiemu spędzić sen z oczu. Nagłe zmaterializowanie się trzeciego Jędrzejewicza.

BOLESNE DÉJÀ VU

Zestawianie wydarzeń, które miały miejsce w II Rzeczypospolitej po roku 1918 i w III RP po roku 1989, jest kuszące, ale może prowadzić do dość nachalnej i nieprawdziwej w istocie symetryzacji, czyli na manowce. Bo można zabawić się w zestawienia afer, używanego języka, stosunku do sądownictwa, porównywać reformy szkolnictwa ministra Jędrzejewicza (Janusza) z deformami minister Anny Zalewskiej i oba obrazki zaczną niebezpiecznie do siebie pasować.

Oczywiście nieco gorzej będzie, gdy zaczniemy się przyglądać szczegółom, bo wtedy już część puzzli trzeba będzie odrzucić, choć i tak wrażenie pozostanie przeżywanego dość bolesnego déjà vu.

Z drugiej strony, nietrudno znaleźć argumenty, że III RP do tej z lat 1918-1939 na szczęście jeszcze daleko i lepiej odrzucić wszelkie analogie, skoro przecież po roku 1989 nie było ani zbrojnego przejęcia władzy, ani nie sadza się posłów opozycji do więzień. Nie zamordowano też prezydenta, choć oskarżenia kierowane przez polityków prawicy – także tych poważnych – pod adresem politycznych przeciwników o spisek, który doprowadził do katastrofy smoleńskiej, niebezpiecznie się do takich porównań zbliżają. Być może postawienie kropki nad uniemożliwia jedynie fakt, że to prezydent Gabriel Narutowicz był oskarżany o sprzyjanie „obcym”, a malarz Eligiusz Niewiadomski był patriotą i Polakiem najczystszej narodowej krwi.

Nie mówi się jeszcze nawet o rozwiązaniu parlamentu i zawieszeniu demokracji. Oczywiście na razie nie ma powodu, by sejm rozwiązywać, ale przy ewentualnych niekorzystnych dla rządzących tendencjach, perspektywie przegrania wyborów parlamentarnych za rok, może się okazać, że ktoś uzna, iż właśnie takie rozwiązanie jest niezbędne, po to, by dalej było „normalnie”! Bo nienormalność jest zawsze podejrzana.

CZY NAPRAWDĘ POTRZEBNY JEST WRÓG?

Po powrocie do normalności, czyli permanentnej „wojny na górze”, sytuacja w II RP sprowadzała się do codziennego poszukiwania wroga. Zwykle zresztą w podobnej sytuacji nie trzeba go daleko szukać.

Podział na dwa wielkie, skonfliktowane obozy trwał przez całe dwudziestolecie. Ogólnokrajowa polityka żyła awanturą.

Rząd dusz w wielu środowiskach inteligenckich i na wyższych uczelniach sprawowała endecja, polityczną władzę po przejęciu jej siłą w maju 1926 roku – sanacja. Ale nawet gdy pierwsi zdobywali w wyborach najwięcej głosów, to nie byli w stanie objąć rządów, bo brakowało im koalicjantów. A nigdy nie dysponowali wystarczającą siłą, a pewnie i determinacją, by jak Piłsudski odwojować władzę zbrojnie.

Najważniejsze zresztą, że było normalnie, znajomo: przedtem i potem. Wszyscy wiedzieli, co robić i mówić, i wszystkim to pasowało. Czy tęsknili do tego szczególnego momentu, gdy świat zawirował i było być może nienormalnie, ale za to z jakim skutkiem! Prawdopodobnie nie, niewiele w każdym razie na to wskazuje. A jeśli nawet pamiętali, to szybko zapomnieli. A potem przyszedł rok 1939 i okazało się za późno. Owszem, pojawił się wróg, spełniony został warunek konieczny, by wreszcie zaczęło być nienormalnie, ale jak zwykle było już za późno.

Dziś, co było świetnie widać w ostatnich tygodniach kampanii wyborczej, znów istnieje potrzeba czasu nienormalnego. Czasu, który powstrzyma szaleństwo nienawidzących się partyjnych bloków i ich liderów. Gdy próbując zohydzić przeciwnika kładzie się na szalę wartości najważniejsze, suwerenność i bezpieczeństwo wynikające z naszej przynależności do Unii Europejskiej, a potem może i Paktu Północnoatlantyckiego, której nie da się pogodzić z niebezpiecznym zbliżeniem z Rosją. Znów aktualne staje się pytanie, czy naprawdę potrzebne jest aż zagrożenie z zewnątrz, groźba utraty suwerenności, a potem walka o jej odzyskanie, żeby było inaczej? Nienormalnie.

Wtedy o nienormalność jest łatwo, a przynajmniej łatwiej, ale jej koszty są dużo większe. Co piszę ze świadomością, że historia uczy tylko jednego. Że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

Mity Dzierżyńskiego, ks. Jankowskiego, Lecha Kaczyńskiego runęły, bądź runą

22 Lu

Było ściągnąć pomnik prałata Jankowskiego z cokołu w majestacie prawa i nie byłoby tej obywatelskiej akcji protestu przeciwko tolerowaniu zła i obłudzie.

Działano pod osłoną nocy i naruszano prawo, to prawda, ale nie atakowano ludzi, aktywiści nie byli zamaskowani, wydali oświadczenie podpisane imieniem i nazwiskiem, tłumaczące ich akcję, zadbali, aby figura się nie rozpadła, nie zbiegli, jak zwykli wandale, przed policją, są gotowi poddać swoje działanie pod osąd społeczny.

To pozwala traktować ich akcję jako wyraz obywatelskiej niezgody na brak reakcji Kościoła i władz świeckich na znaną od lat sprawę złych czynów ks. Jankowskiego. Nie wiemy, jaki będzie finał tej akcji. Zapewne trafi pod sąd. Zostawmy wyrok sądowi.

Ale już dziś widać, że coś się dramatycznie zmienia w społecznej sytuacji Kościoła na tle pedofilii. Ściągnięcie pomnika prałata Jankowskiego z cokołu niedaleko od kościoła św. Brygidy nabiera wymowy symbolicznej.

Runął pomnik, runął mit. Nie tylko mit prałata, ale też Kościoła jako gwaranta moralności publicznej, a w sprawie pedofilii – jako duchowego opiekuna powierzonych mu dzieci i młodzieży.

Tego w Polsce dotąd nie było, aby publicznie i z narażeniem się na odpowiedzialność sądową występować z podniesioną przyłbicą przeciwko złu w Kościele. Nazywać je po imieniu, oczekiwać sprawiedliwości. Aktywiści zaznaczają, że nie atakują Kościoła ani żadnej wspólnoty religijnej, lecz chcą działać dla dobra wspólnego wierzących i niewierzących.

Dramatyczną zmianą sytuacji Kościoła w Polsce jest też spotkanie delegacji fundacji „Nie Lękajcie Się” z papieżem Franciszkiem w Watykanie. Episkopat będzie to zdarzenie lekceważył, ale powinien potraktować bardzo poważnie.

Stare kanały komunikacji przestają działać. Zdeterminowani ludzie potrafią dotrzeć do samego papieża z pominięciem kościelnej machiny.

Episkopat stracił monopol informacyjny. Coraz trudniej będzie milczeć o kościelnych tematach tabu. To oznacza wyzwanie, a może wręcz rewolucję duszpasterską, na którą Kościół w Polsce, wskutek wielu lat „kultury milczenia” i ukrywania zła, raczej nie będzie w stanie wiarygodnie i skutecznie odpowiedzieć.

Zapamiętajmy nazwiska odważnych obywateli i działaczy z Warszawy, którzy wywrócili stojący w Gdańsku pomnik odrażającego pedofila i brutalnego antysemity ks. Henryka Jankowskiego: Konrad Korzeniowski, Rafał Suszek i Michał Wojcieszczuk. Będą potrzebowali naszej pomocy!

Rzadko zdarza się tak spektakularny pokaz obywatelskiego nieposłuszeństwa, to znaczy działania otwarcie bezprawnego, lecz podejmowanego w imię imponderabiliów – wartości etycznych, w obronie których warto i należy nadstawiać kark. Trzej mężczyźni, którzy nocą z 20 na 21 lutego przewrócili pomnik Henryka Jankowskiego, działali z powagą, spokojem i z otwartą przyłbicą. Wiedzieli, że staną przed sądem. Nie strzaskali monumentu kilofami, lecz położyli go na miękkim podłożu; nie zakrywali twarzy, gdyż nie wstydzili się tego, co robią, a konsekwencji prawnych swego czynu nie zamierzali unikać. Tak postępują ludzie honoru, a nie chuligani, jak zelżywie określają ich obrońcy Jankowskiego. Panowie wysłali też do prasy niezwykle mądre i pięknie napisane oświadczenie, wyjaśniające motywy, którymi się kierowali. Rzadko w przestrzeni publicznej, zdominowanej przez prostactwo, obłudę, bigoterię i populizm, spotykamy tak szlachetne wypowiedzi. Gorąco zachęcam do przeczytania: https://oko.press/noca-obalili-pomnik-ks-jankowskiego-oskarzamy-pralata-o-podly-i-haniebny-gwalt-na-godnosci/

W dramatycznym kontraście do tego, co uczynili obrońcy moralności publicznej, stoi wulgarne i agresywne zachowanie promotorów Jankowskiego. Przewodniczący Regionu Gdańskiego Solidarności, a jednocześnie przewodniczący komitetu budowy pomnika Krzysztof Dośla posunął się do nazwania trzech działaczy „zwykłymi bandytami”, w dodatku insynuując im tchórzostwo (gdyż działali w nocy). Co więcej, poważył się na rzucenie oszczerstwa na dziesiątki osób świadczących o zwyrodnialstwie Jankowskiego, nazywając słowa ofiar „wyssanymi z palca pomówieniami”. Niestety, presja tego środowiska na władze Gdańska jest tak silna, że w świetle wypowiedzi ratusza zachodzi ryzyko, że za kilka dni pomnik zostanie postawiony z powrotem. Pełniąca obowiązki prezydenta Gdańska Aleksandra Dulkiewicz nazwała przewrócenie pomnika samosądem i przemocą symboliczną. Nie wiem, cy zdaje siebie sprawę z przewrotności swoich słów. Czy rozumie, że to właśnie obecność pomnika Jankowskiego jest przemocą symboliczną, a nie odwrotnie? Czy wie, że samosądem nazywa się bicie bądź zabicie człowieka? Obawiam się, że znalazłszy się raz pod urokiem trudnych słówek, pani prezydent zapomniała zastanowić się, co właściwie wypisuje.

Niestety, słowa krytyki wyszły też z ust Adama Bodnara, Rzecznika Praw Obywatelskich. Z godziny na godzinę prasa zapełnia się wypowiedziami piętnującymi trzech odważnych obywateli. To bardzo rozczarowujące. Widać, że łatwy świętoszkowaty pseudolegalizm zwycięża z poczuciem przyzwoitości. Ileż łatwiej śpiewać w chórze, niż samemu pomyśleć, prawda? Dlatego ludzie dobrej woli, którym wstrętna jest obłuda, powinni zmobilizować się w obronie panów Korzeniowskiego, Suszka i Wojcieszczuka, rozpętana przeciwko nim medialna nagonka może skutkować wymierzeniem przez pobudzony emocjonalnie sąd nieproporcjonalnej i niesprawiedliwej kary.

Stanowczo odrzucam zarzut, iż panowie nazbyt się pośpieszyli, a usunięcie pomnika powinno odbyć się zgodnie z procedurami. O zwyrodnialstwie Jankowskiego wiadomo od wielu lat, natomiast artykuł Bożeny Aksamit, który tę wiedzę uporządkował i upowszechnił, ukazał się już ponad dwa miesiące temu. W tej chwili obowiązkiem władz było natychmiast pomnik zasłonić i bezzwłocznie podjąć energiczne kroki zmierzające do usunięcia zgorszenia publicznego, jakim jest eksponowanie wizerunku zboczeńca w przestrzeni miasta. Niestety, mimo złożonych przez prezydenta Adamowicza obietnic, nie uczyniono nic konkretnego. Nie podano nawet terminu załatwienia sprawy. Powściągliwość nakazywałaby odczekać kilka tygodni, lecz jeśli po z górą dwóch miesiącach ratusz nie podał nawet przybliżonego terminu zaprowadzenia porządku publicznego, obywatele mieli pełne prawo wziąć sprawy w swoje ręce. Nie można bowiem wymagać od społeczeństwa, by mu urągano, a urągowiskiem właśnie jest każdy dzień trwania na swym postumencie tej przerażającej figury. To nie obalenie pomnika było aktem anarchii, lecz jego pozostawanie na miejscu. To panowie Korzeniowski, Suszek i Wojcieszczuk usunęli stan nierządu i zaprowadzili porządek – gdy władza publiczna okazała się opieszała i bezwolna. I każdy, kto teraz przyczyni się do powrotu pomnika na dawne miejsce lub nie uczyni tego, co nakazuje mu urząd, aby temu powrotowi zapobiec, nie tylko w imię fałszywie i obłudnie pojętego legalizmu przyczyni się do anarchii, lecz – nie bójmy się tego powiedzieć – obrazi ofiary księdza-pedofila.

Fakt, że ludzie z władz Solidarności wciąż bronią Jankowskiego, szydząc ze świadectw jego zbrodni, świadczy o głębi ich demoralizacji. Ich cynizm jest bezbrzeżny. Wszak pan Piotr Duda i jego koledzy nie spodziewają się chyba, że ktokolwiek uwierzy, iżby mieli oni jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy Jankowski był przestępcą seksualnym. Nie, po prostu te przestępstwa i ich ofiary nic ich nie obchodzą.

Niestety, winnych jest wielu, łącznie z Lechem Wałęsą. Jednego wszak nie można Jankowskiemu zarzucić, mianowicie tego, aby krył się jakoś z tym, że jest pospolitym chamem i rasistą. Cały jego sposób bycia, jego język, obyczaje znamionowały zaburzonego, narcystycznego prostaka, a otaczanie się młodymi chłopcami oraz przepychem tylko idiotę mogło pozostawić ze złudzeniem, że być może mimo wszystko obcuje z normalnym (nie mówiąc już, że przyzwoitym) człowiekiem. Teraz ci wszyscy, których sumienia nie są czyste, lękają się zmienić kurs i zwrócić się jednoznacznie przeciwko Jankowskiemu i jego nieszczęsnemu pomnikowi. Wolą zwrócić się przeciwko trzem szlachetnym ludziom, którzy powiedzieli „nie” kultowi tej strasznej postaci, a tym samym przeciwko ofiarom jego przestępstw. Jak teraz spojrzycie w oczy tych ludzi? A tak się właśnie składa, że papież całuje ich po rękach. Tam całują po rękach, a tu będą na nowo stawiać pomniki? Jak się na to zapatruje Pani Prezydent i Pan Rzecznik Praw Obywatelskich?

Oporu społecznego przeciwko rozpanoszeniu katolicyzmu i jego „bohaterów” w polskiej przestrzeni publicznej nic już nie zatrzyma. Obalenie pomnika jest przełamaniem tabu, obaleniem nie tylko kawałka źle ukształtowanej materii, lecz również mitu nietykalności władzy kościelnej. Proces wyzwalania się Polski spod ideologicznej i politycznej dominacji tej zdeprawowanej instytucji, w której worek z grzechem i zbrodnią wydaje się nie mieć dna, postępuje szybciej niż mogliśmy się spodziewać. Któż bowiem mógł przypuszczać, że Watykan tak szybko, ledwie parę lat po kanonizacji, wycofa się z kultu Jana Pawła II? Dziś już papież ani kuria nie ośmieszają się opowieściami o dobrym carze, który o niczym nie wiedział, i złych bojarach, którzy gwałcili dzieci. Sprawa odpowiedzialności monarchy za czyny swojego dworu i swoich faworytów jest już dla tego królestwa oczywista. Za jakiś czas stanie się oczywista dla tego monarchy współobywateli. To się dzieje na naszych oczach. To się dzieje naprawdę!

Oto jak Jarosław Kaczyński kłamie na przestrzeni wielu lat. Wywiad z 1998 roku.