Tag Archives: Jakub Majmurek

Kaczyński, seks i Ciemnogród. Sisiorki i piczki

16 Paźdź

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Uzasadnienie projektu wprost mówi o edukacji w szkole: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej. Odpowiedzialne za »edukację« seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Dalej autorzy powołują się na słynną już, lansowaną przez PiS i Kościół po podpisaniu przez prezydenta Warszawy Deklaracji LGBT plus, interpretację Standardów Edukacji Seksualnej WHO, że od czwartego roku życia należy prowadzić naukę masturbacji.

Jak przeciwnicy edukacji seksualnej widzą świat

W uzasadnieniu projektu uderza przede wszystkim przerażający opis współczesności, pełnej zagrożeń dla dzieci i rodziny, gdzie seksualność człowieka służy do zniszczenia obecnego porządku i jest narzędziem sił ciemności walczących o dusze i ciała. Przerażający jest obraz dziewczynek wpychających sobie do pochwy ostre przedmioty lub masturbujących się tak intensywnie, że ich „łona” stają się sine. Przyczyną takich zachowań jest, oczywiście, edukacja seksualna. Także prowadzona przez rodziców, którzy nie reagują właściwie (czyli zakazami i zawstydzaniem) na masturbowanie się przez dzieci.

Nie dziwię się przerażeniu i determinacji ludzi, którzy tak widząc świat, napisali ten projekt, ani tym, którzy go podpisali. Ta wizja jest w istocie koszmarna. Mało tego, uzasadnienie projektu przywołuje dowody, przykłady z życia na to, że edukatorami seksualnymi są pedofile, którzy w ten sposób rekrutują swoje ofiary.

„Benjamin Levin był wiceministrem edukacji kanadyjskiej prowincji Ontario i doradcą premier Ontario Kathleen Wynne, lesbijki i działaczki LGBT. Pod ich kierownictwem napisano program »edukacji« seksualnej dla dzieci, w ramach którego uczniowie mieli opanować takie tematy jak masturbacja, stosunek analny, seks oralny, nawilżanie pochwy i homoseksualizm. Gdy program wprowadzano do szkół, Benjamin Levin został aresztowany przez policję. W jego domu znaleziono dziecięcą pornografię. Levin był bardzo aktywny na pedofilskich stronach internetowych, gdzie jako ekspert z zakresu »edukacji« seksualnej »doradzał« innym pedofilom. Udzielał instrukcji, jak przygotować dzieci na seks i jakich technik manipulacji użyć, aby obejść naturalne u dzieci blokady i zahamowania”.

Ta historia jest prawdziwa, tyle że jednostkowa – takich mogą być na świecie może dziesiątki, ale nie dziesiątki tysięcy. Tymczasem – jak pokazują doświadczenia wielu krajów, które zdobyły się na uczciwe potraktowanie tematu – pedofilia duchownych i ukrywanie jej przez kościelną hierarchię, łącznie z Watykanem, to zjawisko masowe, a nie jednostkowe. Ale to samo środowisko, które chce karalności edukacji seksualnej, nie przyjmuje do wiadomości zagrożenia ze strony księży (a precyzyjniej mówiąc: zagrożenia polegającego na przedkładaniu przez Kościół interesu tych księży i Kościoła nad dobro dzieci).

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”

Argumenty przeciwników edukacji seksualnej

Kolejny przykład, który dowodzi, że dzieciom grozi poważne niebezpieczeństwo ze strony edukatorów seksualnych, to organizacja LGBT Youth Scotland. Podobno miała prowadzić zajęcia w szkołach (nie znalazłam potwierdzenia – szkoliła, owszem, ale fachowców), a jej szef James Rennie został skazany na dożywocie za wielokrotne molestowanie dziecka znajomych. Rzeczywiście, został skazany, ale czy dowodzi to pedofilskiego charakteru organizacji? Czy to, że były prezes fundacji Nie lękajcie się oszukał jedną z podopiecznych, wyłudzając od niej pieniądze, oznacza, że problem pomocy ofiarom księży pedofilów jest wymyślony? I że unieważnia dorobek fundacji w sprawie udzielania pomocy i nagłaśniania problemu?

Dalej czytamy, że edukacja seksualna prowadzi do legalizacji adopcji przez pary jednopłciowe, a to do wykorzystywania seksualnego adoptowanych dzieci. Tu autorzy projektu opisują parę australijskich gejów, Petera Truonga i Marka Newtona, którym matka surogatka urodziła dziecko, a oni je seksualnie wykorzystywali. Znowu: historia prawdziwa, tyle że w Australii (i nie tylko) są tysiące przypadków takich „adopcji”, a tak patologiczny okazał się jeden. 90 proc. dzieci wykorzystywanych jest w rodzinach heteroseksualnych. Zaś jeśli już pozostać przy przykładzie Australii, to znacznie większym echem odbiło się tam skazanie za pedofilię abp. George′a Pella, metropolity Melbourne, gdzie przy okazji ujawniono skalę pedofilii w Kościele i system ukrywania problemu.

Uzasadnienie projektu wiąże edukację seksualną nie tylko z masturbacją, ale też z uzależnieniem od pornografii. Kwestia punktu widzenia, bo równie dobrze można powiedzieć, że uzależnienie od pornografii jest efektem braku edukacji seksualnej, braku otwartej rozmowy na temat seksu i wychowania przez zawstydzanie.

Uzależnienie od pornografii to choroba

Deprawacja czai się wszędzie

Ściganie edukacji seksualnej jest, zdaniem autorów projektu, konieczne dlatego, że owa edukacja – czyli deprawacja – czai się wszędzie, używając rozmaitego kamuflażu: „Tematy inspirowane Standardami Edukacji Seksualnej w Europie pojawiają się w polskich szkołach między innymi w trakcie lekcji, apeli, zajęć i warsztatów na takie tematy jak: edukacja seksualna, antykoncepcja, profilaktyka ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS), dojrzewanie i dorastanie, równość, tolerancja, różnorodność, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniu, przeciwdziałanie przemocy, homofobia, tożsamość płciowa, gender. Tematyka o charakterze deprawacji seksualnej pojawia się również w trakcie wyjść pozaszkolnych, m.in. na pokazy filmów, sztuk teatralnych oraz wycieczek do siedzib stowarzyszeń, fundacji i organizacji zajmujących się tematyką »edukacji« seksualnej. Zamieszanie i dezorientację potęguje fakt, iż »edukatorzy« seksualni zakładają w Polsce liczne stowarzyszenia i fundacje o pozytywnie brzmiących nazwach, które dobrze się kojarzą i nie budzą podejrzeń. Podają się za wychowawców, psychologów i pedagogów, którzy w swojej ofercie mają przeprowadzanie ciekawych zajęć na terenie szkoły lub przedszkola. Często legitymują się dyplomami wyższych uczelni lub zaświadczeniami o ukończeniu kursów na temat wychowania i edukacji. W rezultacie zarówno rodzicom, jak i nauczycielom ciężko jest rozpoznać zagrożenie i podjąć adekwatne działania”.

Przypomina mi się koniec lat 90. i wzmożenie pod hasłem walki z „sektami” – sekty widziano ukryte m.in. w kursach angielskiego, jogi i medytacji, w rozmaitych terapeutycznych metodach pracy z ciałem, a także w wegetarianizmie nazywanym „wyniszczającą dietą”.

Na koniec autorzy przekonują, że zakaz edukacji seksualnej realizuje ochronę praw dziecka, w tym ochronę jego prywatności i wolności od demoralizacji. A także broni praw rodziców do wychowania dzieci w zgodzie z własnym światopoglądem.

Edukacja seksualna i standardy WHO. Czy jest się czego bać?

Co z wychowaniem w zgodzie z poglądami

Jeśli uchwalone zostanie prawo, w założeniu którego edukację seksualną uznaje się za demoralizację, to spokojnie można sobie wyobrazić odbieranie czy ograniczanie władzy rodzicielskiej z powodu demoralizacji przez edukację seksualną. Zdarzało się, że sądy orzekały ograniczanie praw rodzicielskich z powodu diety wegetariańskiej i to bynajmniej nie z powodu stwierdzenia u dziecka niedożywienia. A więc prawo rodziców do wychowania dziecka w zgodzie z własnym światopoglądem nie byłoby wspierane, ale zagrożone. A naruszone będzie wprost, jeśli np. rodzice poślą dziecko do społecznego lub prywatnego przedszkola czy szkoły, gdzie będzie edukacja seksualna. Taka placówka mogłaby bowiem zostać decyzją kuratora (podlegającego ministerstwu edukacji) zamknięta, a dyrekcja i nauczyciel – skazani.

Można to wszystko obśmiać. Można współczuć autorom życia w wyobrażonym świecie opresji. Ale można sobie spokojnie wyobrazić, że to prawo zostanie uchwalone. A wtedy realnie znajdziemy się w opresji.

Edukacja seksualna według katolickich ortodoksów

>>>

Niezłe zamieszanie w sieci wywołało zdjęcie, które jedna z internautek opatrzyła takim podpisem: – „Nostalgicznie…. Białystok, końcówka lat 70-tych. Przyszły naczelnik Polski wybiera się na pochód pierwszomajowy (od Marek Skwarski fb)”. – „Kaczyński od roku akademickiego 1976/77 był przez kilka lat adiunktem w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. To by się zgadzało” – skomentował ktoś inny.

I nawet jeśli to tylko żart, to fotografia stała się dla internautów inspiracją do wielu komentarzy. – „Oczywiście; symbolicznie stał półkroczek z tylu podkreślając tym samym osobista pogardę”; – „Ech… jak ten czas leci. Toż to już 50 lat jak walczy z komuną… I ta walka była i jest tak zacięta, że nawet nie pozwoliła mu znaleźć normalnego zatrudnienia…”; – „Jarek w każdym systemie potrafi się ustawić. III RP głównie ze względów ambicjonalnych i osobistych bardzo go uwierała. PRL to taka arkadia młodości i miłości. On PRL kochał, ale na użytek wyborców, twierdzi że nienawidził”; – „Jaśniejące Słońce XXI wieku, Wieczny Marszałek, Król Porannej Gwiazdy, Wskazujący Drogę Promieniowi Słońca”.

– „Maszerując z czerwoną kokardą na pochodzie z okazji 1 Maja nasz najdroższy przywódca wykonywał misję Wallenroda odstraszając innych swoim płaszczem. To był element jego ukrytej, ale skutecznej walki z komunizmem” – podsumował na Twitterze Roman Giertych.

Internauci komentowali też szczegóły garderoby Kaczyńskiego: – „Ten płaszczyk taki chińsko-północnokoreański. Jakby żywcem ściągnięty z Przewodniczącego Mao lub szlachetnych pleców Umiłowanego Przywódcy”; – „On od zawsze chodził w ubraniach o kilka numerów większych?”; – „O, już wówczas miał słabość do butów”.

Pojawił się też wątek innego „zasłużonego” w walce z komuną: – „Podobnie jak Piotrowicz, on też będąc prokuratorem pomagał Solidarności”. „Piotrowicz i Krynicka nie mają sobie nic do zarzucenia. „Przeszłość mam piękną, przysłużyłem się Polsce”.

Po przejęciu przez opozycję Senatu dotychczasowy marszałek Stanisław Karczewski w niedługim czasie przestanie nim być. A to oznacza na przykład, że będzie musiał wyprowadzić się z zajmowanej przez niego w Warszawie połowy wilii przy ul. Parkowej, której wynajęcie kosztuje nas podatników prawie 6 tys. zł miesięcznie.

W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak obywatele w „czynie społecznym” postanowili pomóc marszałkowi Karczewskiemu w wyprowadzce. „Lotna brygada opozycji” stawiła się przed bramą willi przy Parkowej. Działacze przynieśli kartony oraz drabinkę, żeby mógł zdjąć obraz ze ściany.

Portret Karczewskiego niezbędny dla „dobrego funkcjonowania państwa”.

– „Panie hrabio Karczewski! Pan nie zapomni zabrać portretu za 7.700 złotych polskich z pałaców senackich! Szkoda by się zmarnował” – radził jeden z internautów.

Internauci mieli też inne rady dla Karczewskiego: – „I może popracuje na jakimś SORze dla idei. Lekarzy brakuje w Ojczyźnie naszej przecież…”. Jak pamiętamy, Karczewski „radził” protestującym młodym lekarzom rezydentom, żeby pracowali dla idei.

Posłanka PO Izabela Leszczyna przypomniała o jeszcze jednej sprawie. – „Pan marszałek Karczewski nie rozliczył jeszcze usług gastronomicznych z willi przy ul. Parkowej, do korzystania z których nie przyznał się, wmawiając nam, że sam kupuje bułki dla Żony” – napisała na Twitterze. A chodzi o doniesienia medialne, z których wynikało, że marszałek z budżetu Kancelarii Senatu miał wydać ponad 300 tys. na „greckie frykasy”.

Spójrzmy szerzej i głębiej. Wynik tych wyborów może zacząć powoli zmieniać scenę polityczną w Polsce. Wzrośnie znaczenie nowoczesnej Lewicy, jej aspiracji, odważnej artykulacji problemów i chęci prawdziwej walki o nowe prawa, rozwiązania oraz przyszłość, na miarę wyzwań roku 2030/2040. Ważne – by zachować demokratyczną otwartość na dyskusję i nie zajechać się na śmierć nieadekwatnymi już dziś niektórymi spojrzeniami na świat.

PSL ma szanse przeobrazić siebie w ugrupowanie centrowe, z nowoczesnym rozumieniem konserwatyzmu, osadzone w miastach i wśród liderów w końcu emancypującej się wsi. Ale musi też pamiętać, że kluczem do politycznych celów jest utrzymywanie siły i sprawności całego obozu demokratycznego, który w tej kadencji znalazł się w Sejmie, i głównie w Senacie. Na razie widać niedobre napięcia dotyczące przywództwa w Senacie – co szczerze mówiąc może przekreślić szanse tej Izby na udział w odnowie demokratycznej Polski.

PiS pozostanie partią wspólnoty czujących kiedyś swoje przegrane, dumę ze spowolnienia procesu zmian, silnie tożsamościowo osadzoną w przeszłości.

Koalicja Obywatelska, jeśli nie zmieni wizerunku, programu i przywództwa – stanie się po 20 latach od powstania Platformy odpływającym w niebyt kontynentem. Najlepsze w jej kampanii były kobiety i Małgosia Kidawa-Błońska, ale to na przyszłość może nie wystarczyć.

Wynik tych wyborów utrwalił polaryzację w Polsce – i to jest największe wyzwanie.

Nie chodzi o to, by dezawuować którąkolwiek ze stron. Ale zrozumieć, iż polaryzacja w takiej skali zabija szanse rozwojowe Polski. Jeżeli po jednej stronie trwa rewolucja narodowo-katolicka małych miast i wsi (w symbolicznym, choć nie tylko ujęciu), której celem jest leczenie po-transformacyjnych cierpień i doświadczeń związanych z utratą busoli oraz poczucia pewności i stabilności, bolesnością zbyt szybkich zmian (i nie chodzi o powiedzenie, że one były niepotrzebne – były niezbędne) – to rewolucja spowolnienia, zatrzymania procesów, także np. zmian obyczajowych będzie dalej kontynuowana. A socjalne rozdawnictwo jest tej rewolucji nie tylko ozdobą, nagrodą, ale i paliwem.

 

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego będzie trwała. Ludzie żyjący w tym świecie są i będą Polsce potrzebni. Dziś ufają Prezesowi, telewizji państwowo-propagandowej i proboszczom. Czy tak musi być zawsze….

Co więc można zrobić – wśród tych, którzy zbudowali sukces Polski po 1989 roku, którzy stali się pracowitymi nosicielami sukcesu (to ludzie różnych grup społecznych i dochodów, też nie zawsze przez te 30 lat doceniani), dla których tożsamościowym symbolem jest równocześnie flaga europejska i polska, którzy uczą się żywego uczestnictwa w codziennej demokracji, którzy wygenerowali wielki po 2015 zryw obywatelskiego oporu, a teraz mówią, że potrzebna im będzie odporność ?

Nie mogą się zniechęcić i odpuścić.

Ale partie polityczne muszą stać się ich partnerami, a nie fałszywymi ojcami chrzestnymi. Partie, jeśli chcą odnowić demokrację – muszą same stać się demokratyczne, bo nie są. Muszą uczyć się, jak obywatele mogą uzupełniać politykę, bo to obywatele są źródłem wiedzy władz i administracji. Wtedy będzie szansa na odnowienie demokracji. A o to dzisiaj chodzi, a nie już tylko o prostą obronę demokracji. Lata ostatnie nauczyły nas, część z nas – szacunku dla Konstytucji, jakiego w historii Polski nigdy na taką skalę nie było. Więc rozsiewajmy tę wartość dalej.

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego musi się odnowić. Ale przede wszystkim musi się otworzyć na potencjał rozmowy z tą Polską, która stoi koło sklepu wiejskiego, jest obecna w aktywności kół gospodyń wiejskich, jeszcze stara się spotykać wokół Orlików, walczy o drogę i szkołę gminną, czy średnią szkołę zawodową i dobry szpital w powiecie.

Tam trzeba być na co dzień i siać wartość rozmowy, wysłuchiwania się wzajemnego, ale też i może wspólnego rozwiązywania wspólnych problemów, małych problemów.
Tam trzeba być i żyć. Ale nie w formie odwiedzin, by strzelić sobie fotkę z bazarku. Tylko z zadaniem i poczuciem sensu budowy wspólnej tożsamości – przez małe kina, małe lokalne radia internetowe, dostępność sieci w każdej zagrodzie i uczestnictwo w Internecie, aktywność domów kultury. Ktoś powie – utopia. Nie da się, nie odzyskamy tej Polski.

Pewnie, że to nie jest łatwe. Partyjniacy tego nie zrobią. Ale obywatele z samorządowcami – tak. A partie muszą zacząć nadążać. Wektor się musi zmienić – to machiny partyjne muszą zacząć nadążać za społecznościami, a nie na odwrót.

To zajmie czas – jak kluby Gazety Polskiej, które potrzebowały 10 co najmniej lat, a Radio Maryja prawie 25, by budować swoistą i swoją tkankę społeczną.

Dlaczego to jest potrzebne, dlaczego należy pochylić się nad ludźmi oraz razem zresztą z nimi samymi nad sobą ! By osłabić dawne lęki transformacyjne… i zacząć odbudowywać demokratyczną tkankę społeczną oraz wiarygodność świata przyszłości.

Bo w świecie, w cywilizacji idą takie czasy, że zmiany będą musiały zachodzić coraz szybciej – przyjdzie konieczność turbotransformacji.

I jeśli chcemy świadomie ją wykorzystać ( zamienić niepewności na szanse), bez błędów, z których lekcję z przeszłości powinniśmy wyciągnąć – to trzeba iść do przodu mądrze i z ludźmi, a nie przeciw nim.

A jakie to wyzwania niesie świat, które musimy w Polsce naprawdę usłyszeć, by nie spaść na margines Historii ?

To potrzeba odnowienia ładu demokratycznego w jego nowej, sprawiedliwej wersji. To potrzeba naprawdę poważnej odpowiedzi na rewolucję cyfrową i nie odpuszczenia kontroli człowieka nad technologiami. To konieczność radykalnego odwrócenia zabójczych trendów w środowisku, które zabiją człowieka i mogą zniszczyć Ziemię. To wreszcie konieczność odbudowania ładu demograficznego, a przynajmniej osłabienia zagrożeń w tej dziedzinie, co wymaga innego podejścia do współpracy między pokoleniami oraz otwarcia w mądry sposób na migracje.

No, to startujemy !

Przejęcie Senatu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji. Do jej pełnej formy potrzebny jest jeszcze opozycyjny prezydent. Była wicemarszałek Sejmu ma największe szanse w starciu z Andrzejem Dudą.

Zdobycie 408 766 głosów i najwyższy wynik wyborczy to nie czysta statystyka, tylko realna decyzja indywidualnych ludzi, którzy postawili na Małgorzatę Kidawę-Błońską. W tym sensie jest ona drugim obok Jarosława Kaczyńskiego zwycięzcą wyborów. Jarosław Kaczyński wygrał Sejm. Wygrał mocą swojego autorytetu. Ale zabrakło tego autorytetu na Senat. W tym sensie Senat wygrał Grzegorz Schetyna, bo nie byłoby formalnej czy niedopowiedzianej koalicji senackiej, gdyby nie lider Platformy Obywatelskiej.

Ale oderwijmy się na chwilę od personaliów. Wynik wyborczy powoduje wyłom w systemie monowładzy Prawa i Sprawiedliwości. Nie przeceniając ustrojowej roli Senatu, sam fakt przejęcia wyższej izby parlamentu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji, o czym pisałem już na łamach „Plusa Minusa na wybory”. A kohabitacja odzwierciedla ducha naszego systemu konstytucyjnego i chroni państwo przed pokusą nadmiernej dominacji i autokratyzmu. Dziś wiemy, że pojawiła się szansa, by niezależny Senat uczestniczył w poprawianiu jakości legislacji, czynnym obsadzaniu stanowisk państwowych czy rozliczaniu instytucji, których sprawozdania mocą konstytucji akceptuje.

Ale niezależny Senat to nie jest pełna forma kohabitacji. Pełna – to niereprezentujący monopartii władzy prezydent. Czy pierwszy obywatel Andrzej Duda spełnia to kryterium? Jeśli będzie startował z poparciem partii rządzącej, to nie. Jedynym więc wyjściem dla opozycji jest prezydent wywodzący się z jej szeregów. A tu mamy praktycznie dwie kandydatury. Były premier i aktualny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i liderka wyników wyborczych Małgorzata Kidawa-Błońska. Oboje mają zalety, ale nie mam wątpliwości, że to właśnie była wicemarszałek Sejmu ma większe szanse. Po pierwsze, po wyborach parlamentarnych ma wysoką rozpoznawalność i realny mandat demokratyczny, podobny do tego, jaki niedawno miała wybrana do Parlamentu Europejskiego z gigantycznym, półmilionowym, poparciem Beata Szydło. Po drugie, MKB, w przeciwieństwie do wiecznie hamletyzującego Donalda Tuska, może wystartować z kampanią już jutro, a nie w grudniu, co byłoby możliwe w wypadku przewodniczącego Rady Europejskiej. A data startu kampanii jest kluczowa. Prawo i Sprawiedliwość zaczęło ją dzień po wyborach. Zatem i opozycja nie powinna się ociągać.

Po trzecie i najważniejsze, MKB jest dużo trudniejsza do „ustrzelenia” przez przeciwników niż „czarny Piotruś” z politycznej narracji PiS – były lider Platformy. Tusk jest i zawsze będzie obciążony nie tylko swoim sukcesem, ale też błędami. Nie wydaje się, że w kampanii mógłby się wyzwolić z negatywnego wizerunku, jakim obciążali go przez lata przeciwnicy. I sprawa ostatnia. W drugiej turze wyborów prezydenckich (w pierwszej pewnie konkurować będą również Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń) sukces kandydata opozycji będzie możliwy tylko z poparciem wszystkich formacji kontestujących kandydata PiS, a do tej roli zdecydowanie bardziej nadaje się MKB niż Donald Tusk. I to właściwie tyle, prócz pełnej świadomości tego, że MKB ma jako kandydat pewne słabości. Są jednak moim zdaniem do pokonania, kiedy otoczy się ją sztabem profesjonalistów i dobrze zaplanuje kampanię. Bez wątpienia mają szanse wygrać jej atuty. Jeśli oczywiście kampania zacznie się dostatecznie szybko i będzie, co nawet w PO jest możliwe, pełna wigoru i profesjonalna.

Te wybory to dopiero wstęp. W niedzielę wieczorem Lewica zaczęła rozbieg do najważniejszego skoku, który wykona za cztery lata.

Jeszcze w wakacje nie było wiadomo, czy w Sejmie IX kadencji znajdzie się w ogóle lewicowa reprezentacja. Dziś Lewica zjednoczona na listach SLD wraca do parlamentu z dwucyfrowym wynikiem jako trzecia siła polityczna w kraju. Jeden z jej liderów Adrian Zandberg w kluczowym stołecznym okręgu osiąga rewelacyjny wynik 137 tysięcy głosów.

PiS i Koalicja Europejska powtarzały w tej kampanii, że to najważniejsze wybory od 1989 roku. Dla Lewicy jednak najważniejsze będą nie te, ale następne. W tych pokazała, że ciągle liczy się jako istotna polityczna siła. W przyszłych pokaże, czy jest w stanie podjąć realną walkę o udział we władzy i przekształcenie kraju zgodnie z własnymi wartościami i poglądami. W niedzielę wieczorem Lewica tyleż zamknęła kampanię, co rozpoczęła rozbieg do nowej – do kluczowego dla własnej przyszłości skoku.

Jakie ma szanse, by odnieść sukces? Na jej korzyść przemawia kilka aktywów, choć jednocześnie będzie musiała wykonać dużo pracy, by poradzić sobie z już dziś widocznymi ograniczeniami jej potencjalnego wzrostu.

Aktywa Lewicy: ludzie i słabość rywali

Na pewno zasobem jest to, kogo Lewica wprowadziła do parlamentu. Do Sejmu wchodzi wyrazista reprezentacja pokolenia trzydziesto- i czterdziestolatków, grupa świetnie wykształconych ludzi, sprawnie posługujących się językiem nowoczesnej Lewicy. Do tej pory działali poza parlamentem: w trzecim sektorze, akademii, ruchach społecznych, samorządzie. Dzięki obecności w Sejmie zyskają nowe narzędzia działania i niedostępną wcześniej widoczność. Ich doświadczenie z aktywności społecznej przyda się w umacnianiu przyczółków Lewicy w społeczeństwie obywatelskim.

Wiele tych młodych osób ma też ekspercką wiedzę – Magdalena Biejat na temat trzeciego sektora, Agnieszka Dziemanowicz-Bąk – edukacji, Maciej Gdula – nauki i szkolnictwa wyższego, Hanna Gill-Piątek – mieszkalnictwa i samorządu, Krzysztof Śmiszek – polityki antydyskryminacyjnej. To może się przełożyć na bardzo merytoryczną opozycję wobec PiS zdolną szachować rządzącą partię przemyślanymi, obchodzącymi ją z lewa pomysłami.

Kolejnym atutem Lewicy jest słabość KO. Nie oszukujmy się – to ona jest głównym przegranym tych wyborów. Tworzącą trzon KO Platformę czeka teraz trudny czas powyborczych rozliczeń. Ich efektem będzie albo walka o schedę po Grzegorzu Schetynie, albo dalsze dryfowanie partii pod jego przywództwem. W tej sytuacji wielu centrowych wyborców będzie naturalnie patrzyć w kierunku lewicy jako głównej siły zdolnej potencjalnie powstrzymać PiS. W takiej sytuacji wybrani z list KO Zieloni czy aktywiści obywatelscy będą spoglądać ku lewej stronie parlamentu, szukając tam przestrzeni dla swoich przyszłych działań.

To nie Balcerowicz jest teraz wrogiem

Tu jednak pojawia się pierwsze stojące przed Lewicą w najbliższych czterech latach wyzwanie: prawidłowego zdefiniowania tego, kto jest jej politycznym wrogiem. Wyniki z niedzieli wyraźnie pokazują jedno: nie jest, a przynajmniej nie powinna być nim Polska liberalna. Antagonistą w najbliższych czterech latach będzie nie Balcerowicz, ale Kaczyński. Nie polski neoliberalizm rodem z lat 90., ale konserwatywno-paternalistyczny projekt „polskiego państwa dobrobytu”, gdzie selektywne transfery socjalne służą umocnieniu głęboko reakcyjnego porządku społecznego.

Jeśli Lewica chce kiedyś wrócić do władzy w Polsce, jeśli chce przebić szklany sufit kilkunastu procent, musi lepiej komunikować się także z elektoratem liberalnym. Co oznacza z jednej strony współpracę z konserwatywno-liberalnym centrum w takich kwestiach jak np. praworządność, z drugiej zaś cierpliwe wychowywanie sobie potencjalnych wyborców z liberalnego centrum. Do czego? Po pierwsze, do tego, by w takich kwestiach jak prawa osób LGBT czy zdrowie reprodukcyjne byli faktycznie liberalni, a nie konserwatywni. Po drugie, do tego, by zrozumieli, że system wymaga głębokiej solidarystyczno-socjalnej korekty – ta nie zawsze oznacza „populizm” i „nieodpowiedzialne rozdawnictwo”.

Tu pojawia się kolejne wielkie zadanie dla Lewicy: musi ona znaleźć język, który pozwoli sformułować jej cywilizacyjną propozycję nowoczesnego państwa dobrobytu w taki sposób, by dotarła do szerokich grup wyborców. Będzie to wymagało połączenia wiedzy, intuicji, instynktu, szczęścia. Trudno powiedzieć dziś, jak konkretnie miałby ten projekt wyglądać. Na pewno musi zawierać modernizacyjne aspiracje, przedstawiając wydatki na usługi społeczne i infrastrukturę jako długofalowe inwestycje w rozwój. Z drugiej strony powinien też się odwoływać do języka praw człowieka i godnościowych rewindykacji, który tak sprawnie w ostatnich czterech, pięciu latach nauczył się politycznie obsługiwać PiS.

Wyjść ze swojej bańki

Kolejne wyzwanie stojące przed Lewicą to, paradoksalnie, konieczność nawiązania kontaktu z ludowym wyborcą. Exit poll pokazały, że po Koalicji Obywatelskiej to Lewica ma w swoim elektoracie najwięcej absolwentów wyższych uczelni. Lepiej niż wśród bezrobotnych czy emerytów radzi sobie wśród specjalistów i przedsiębiorców.

Nie jest to wyłącznie cecha polskiej lewicy. Badania Thomasa Piketty’ego z 2018 roku, oparte na analizach przepływów elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w ostatnich kilku dekadach, wyraźnie pokazały, że o ile prawica na Zachodzie reprezentuje osoby zamożniejsze, to lewica nie tyle ubogie, ile lepiej wykształcone.

Także w Polsce centrolewica nie będzie wyłącznie partią plebejską. Jako taka nigdy nie usadowi się w miejscu, z którego można efektywnie sprawować władzę. Musi postarać się budować ponadklasowy pakt na rzecz bardziej społecznie sprawiedliwej, inkluzywnej, egalitarnej, a przy tym szanującej prawa człowieka i osobiste wolności Polski. By to się udało, trzeba połączyć ogień z wodą, połączyć w jednym bloku część ludowego elektoratu PiS i wyborców odebranych liberalnemu centrum.

Sukces takiego projektu jest kluczowy nie tylko z punktu widzenia szans Lewicy, ale także przyszłości demokracji w Polsce. Dzisiejsze związanie uboższego elektoratu nastawionego na sprawiedliwość społeczną i transfery, z partią kierującą się populistyczną, skrajnie konserwatywną, mniej lub bardziej autorytarną agendą jest głęboko toksycznym splotem zdolnym generować wyłącznie kryzysy.

Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna

Zanim jednak Lewica zabierze się do pracy na wszystkich tych polach, musi poradzić sobie z jednym problemem, bez rozwiązania którego nie ma co marzyć o dalszych sukcesach: jednością. Lewica wróciła do parlamentarnej gry, bo na czas kampanii była w stanie zakopać historyczne, personalne i polityczne spory. Jeśli w Sejmie IX kadencji spory te ponownie odżyją, jeśli Lewica zajmować się w nim będzie wyłącznie sobą, błyskawicznie zaprzepaści szansę, jaką dostała w niedzielę.

Pewnie tworzenie od razu jednej partii z Razem, Wiosny i SLD byłoby przedwczesne. Być może ma nawet sens – choć osobiście bym tego Lewicy nie doradzał – utworzenie przez szóstkę posłów i posłanek Razem własnego koła w Sejmie. Niezależnie od tego, czy ono powstanie, czy nie, Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna w parlamencie i poza nim – przede wszystkim w wyborach prezydenckich. Wystawienie więcej niż jednego kandydata skończy się bowiem zupełną, bardzo politycznie kosztowną katastrofą. Jeden lewicowy kandydat – dziś najpewniej Robert Biedroń, choć może warto byłoby pomyśleć o jakiejś kandydatce – ma zaś szansę na co najmniej mocne trzecie miejsce.

Polska to nie Portugalia, gdzie rząd tworzą trzy startujące osobno lewicowe i centrolewicowe partie. Nawet jeśli zachowanie organizacyjnej odrębności Partii Razem czy SLD ma swoje racjonalne przesłanki, partie te nie mogą startować przeciw sobie w wyborach. Grają o zbyt podobny elektorat. Liderzy lewicy muszą teraz zrozumieć, że są na siebie skazani, a elektorat nie wybaczy im frond i rozłamów. Jeśli Lewica wróci kiedyś do gry o władzę, to tylko jako bardzo wielki namiot gromadzący ludzi o bardzo różnych biografiach, priorytetach i wrażliwościach.

Opozycja ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – W przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia “sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Oficjalne wyniki wyborów pokazują, że będzie samodzielnie rządzić nami ugrupowanie, które nie ma większości.

PROF. UW RAFAŁ CHWEDORUK: W demokracji trudno wyobrazić sobie inną sytuację, może poza krajami, gdzie mamy system dwupartyjny, jak Malta. Gdyby korzystać z tego argumentu, to w zasadzie żaden rząd po 89 roku nie cieszył się poparciem większości Polaków, nawet tylko tych uczestniczących w wyborach. Prawdą jest, że przy rekordowej frekwencji PiS zrobił rekordowy wynik.

Mamy natomiast do czynienia z innym paradoksem. PiS wygrał przy rekordowej frekwencji i takim rezultatem, a mimo to najwyraźniej w tej partii dominuje ambiwalencja w ocenie wyniku. Trochę to przypomina sytuację po wyborach samorządowych rok temu. Co do pozostałych partii opozycyjnych, to one przegrały wybory, ale każda z osobna ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma  żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić. Nie ulega też wątpliwości, że tak jak

PIS DOSTAŁ MOCNY MANDAT DO RZĄDZENIA, TAK OTRZYMAŁ SŁABSZE NIŻ POPRZEDNIO PODSTAWY DO SPRAWOWANIA WŁADZY. TA SYTUACJA BĘDZIE WYMAGAŁA BARDZO DUŻEJ EKWILIBRYSTYKI OD PIS-U.

I jeszcze jedno: mieliśmy rekordową frekwencję, ale mało kto zauważył, że mieliśmy też najniższą w historii ilość ogólnokrajowych komitetów. Zatem do wielkiego pulchnego wyborczego tortu było zaledwie 5 chętnych konsumentów i myślę, że największe partie nie uwzględniły tego w swojej kalkulacji.

Problem PiS-u polega na tym, że mając niewielką większość mandatów będzie miał do czynienia z dwoma biegunami po obu stronach. Z jednej strony będzie Konfederacja, która choć dostała się, korzystając głównie z retoryki libertariańskiej, skoncentrowana na kwestiach ekonomiczno-społecznych, to będzie w kwestiach kulturowych atakowała PiS i to z radykalnie konserwatywnej pozycji – np. aborcja, migranci, ustawa 447, prowokując PiS do licytacji. Jeżeli partia rządząca wejdzie w taką licytację, to z pewnością utraci poparcie olbrzymiej części umiarkowanych wyborców, którzy doszlusowali do PiS-u, zainteresowanych bardziej kwestiami społecznymi. Jeżeli nie podejmie, to Konfederacja będzie próbowała tych najbardziej radykalnych prawicowo-konserwatywnych wyborców od PiS-u oderwać. Na drugim biegunie znajdzie się PSL, którego zwycięski lider zapewniał o szacunku dla wszystkich, nie przedstawiał w wielu kwestiach konkretów, a jedynie dystansował się od głównych podmiotów politycznych w kraju i to, jak się okazuje, wystarczyło na przyzwoity wynik wyborczy i solidny klub. PSL będzie atrakcyjny dla wahających się wyborców.

PIS ZNAJDZIE SIĘ ZATEM MIĘDZY DWOMA BIEGUNAMI, CO BARDZO UTRUDNI FUNKCJONOWANIE TEJ PARTII NA CO DZIEŃ, ZWŁASZCZA ŻE WKRÓTCE WYBORY PREZYDENCKIE I PRAWIE Z MARSZU PRZYSTĄPIMY DO KAMPANII PREZYDENCKIEJ.

W mijającym Sejmie ze względu na obecność Kukiza i kryzys PSL, który dostał dużo gorszy wynik poprzednio, a także ze względu na upadek Nowoczesnej, większe partie miały skąd czerpać posłów, teraz tak prosto nie będzie.

Czyli dobrze i łatwo dla partii rządzącej już było. Ja dołożyłabym do tego jeszcze kryzys gospodarczy, który widać na horyzoncie. Czy ten Sejm przetrwa zatem 4-letnią kadencję?
Mogę sobie wyobrazić sytuację, że gdyby kryzys gospodarczy nieuchronnie do Polski zmierzał, PiS mógłby spróbować wcześniejszych wyborów, aby ponowić swój mandat. Tym bardziej, że każdy z 3 podmiotów opozycyjnych będzie dążył do przedstawienia swojego kandydata na prezydenta. To będzie rodziło konflikt na stronie opozycji i sprzyjało PiS-owi. Ale to jedyny czynnik, który działać może na plus tej partii w obecnym składzie parlamentu.

Dodajmy jeszcze, że

PIS BĘDZIE MIAŁ TAKŻE BARDZIEJ SKOMPLIKOWANĄ SYTUACJĘ WEWNĘTRZNĄ: PARTIE GOWINA I ZIOBRY DYSPONUJĄ WIĘKSZĄ ILOŚCIĄ POSŁÓW NIŻ W POPRZEDNIEJ KADENCJI. TEGO PROBLEMU PIS KOMPLETNIE NIE MA JAK OBEJŚĆ. A TO OZNACZA, ŻE KOSZTY SPRAWOWANIA WŁADZY BĘDĄ DUŻO WIĘKSZE.

Po raz pierwszy od czasów Sejmu kontraktowego mamy inną większość w Senacie niż w Sejmie. Na ile to ważne?
Myślę, że ze wszystkich pozytywnych aspektów dla opozycji ten ma wymiar bardziej symboliczny. Wobec wyzwań, przed którymi stanie PiS, to nie jest największy problem dla tej partii.

Czyli bardziej porażka wizerunkowa niż faktyczna?
Tak, to coś, co kierownictwo PO może przedstawiać jako nadzieję na przyszłość.

Do Sejmu wraca lewica. Na ile to znaczący powrót?
Przyznam, że dla mnie ten powrót jest zaskoczeniem, bo choć od wejścia SLD do sejmików rok temu było jasne, że ta partia wróci, natomiast wynik ponad miliona innych niż SLD-owskich wyborców jest moim zdaniem niespodzianką. Lewica zawdzięcza to zarówno wysokiej frekwencji, ale też temu, że wiele środowisk opiniotwórczych, które od lat wspierały PO przeciw Lewicy, tym razem zachowała względną neutralność w tym sporze. Dla Włodzimierza Czarzastego i pozostałych to niewątpliwie olbrzymi sukces. Wszelkie narzekania, że to 12 proc., a nie 15 czy 16, nie mają żadnych podstaw bytu. Przypominam, że Lewica przystępowała do kampanii z realnym poparciem w przedziale 7-9 proc.

DO WYBORÓW PREZYDENCKICH NA PEWNO WSZYSTKO BĘDZIE PROSTE, JEDNAK JEŻELI ROBERT BIEDROŃ ZAJĄŁBY NIŻSZE NIŻ TRZECIE MIEJSCE, TO MOGĄ POJAWIĆ SIĘ STRUKTURALNE PROBLEMY WEWNĘTRZNE.

Lewica trafiła na dobry moment?
Niewątpliwie wielkim sukcesem jest wykorzystanie okazji. W polityce to jest bardzo ważna umiejętność. Pamiętajmy, że ta koalicja powstała niejako z przymusu, a nie w zaplanowany sposób. Na pewno Lewica w Polsce, jak i w całej Europie stoi przed dylematami dotyczącymi tego, czy bardziej iść w stronę lewicowości kulturowej czy społeczno-gospodarczej. W Polsce to dodatkowo musi być skorelowane ze stosunkiem do historii, tym razem udało się różne grupy wyborców, często od siebie odległe, połączyć. Już na podstawowych analizach na poziomie geografii wyborczej widać, że to już nie tylko tradycyjny elektorat SLD. W przypadku ostrej konkurencji z PO i PSL dużo pracy będzie wymagało utrzymanie wspólnego mianownika wśród tych wyborców. Warto zwrócić uwagę, że Lewica powinna dbać o kwestie programowe, tożsamościowe, pracować cały czas z grupami społecznymi, które ją wsparły, a nie orientować się na wielki przełom, bo póki co

TO PLATFORMA ZDUBLOWAŁA WYNIK LEWICY. NAJPRAWDOPODOBNIEJ SAMA PO SKRĘCI WYRAŹNIE W LIBERALNĄ STRONĘ W KWESTIACH GOSPODARCZYCH, CZEGO OCZEKUJE ZNACZNA CZĘŚĆ KLASY ŚREDNIEJ W POLSCE.

Czy możemy spekulować, że PiS osiągnął maksimum swoich możliwości, czyli niewiele ponad 8 mln wyborców?
Moim zdaniem tak – w przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia „sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia. Zaangażowanie ludzi i środków, bardzo mocne argumenty, jakie PiS miał za sobą, bo oprócz obietnic miał też argument sprawstwa; to wszystko pozwoliło zmobilizować rekordową liczbę wyborców, także tych biernych. Teraz powstaje oczywiste pytanie, czy sprawując dalej władzę uda się ponawiać taką mobilizację.

Do tej pory PiS był teflonowy i wychodził ze wszystkiego niemal bez szwanku. Teraz to się zmieni?
Z dzisiejszej perspektywy rywalizacja PiS-u z KOD-em czy z ówczesnymi partiami opozycyjnym z udziałem PO i Nowoczesnej wydaje się wyzwaniem jednak trochę mniejszym.

PIS PRZETRWAŁ I POKONAŁ OPOZYCJĘ WYBORCZO, DZIŚ JEDNAK SKALA WYZWAŃ JEST ZDECYDOWANIE WIĘKSZA.

Problem PiS-u nie bierze się ze słabego wyniku tej partii czy super wyniku PO czy SLD. Problem tej partii bierze się stąd, że są w Sejmie dwie partie mniejsze. Absencja chociaż jednej z nich podwyższyłaby wynik PiS-u w mandatach. Partii Kaczyńskiego nie udało się pozbawić podmiotowości PSL, a wręcz przeciwnie. Okazało się, że zagnanie na polityczne meandry Kukiza nie wystarczyło. Sądzę, że dla wszystkich obserwujących politykę ta kadencja Sejmu będzie o wiele ciekawsza niż poprzednia, i to nie tylko dlatego, że rząd będzie miał mniejszą przewagę mandatów nad opozycją w Sejmie niż poprzednio.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Prawo i sprawiedliwość obronić przed PiS-em

16 Lu

Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim – Oddział Zamiejscowy w Hajnówce wydał wyrok uniewinniający Obywateli RP, którym zarzucono zakłócanie III Hajnowskiego Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych organizowanego przez nacjonalistów dla uczczenia Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zamordował 79 niewinnych osób podczas pacyfikacji wsi na Białostocczyźnie. IPN uznał ten mord za ludobójstwo.

Przypomnijmy, przed ubiegłorocznym hajnowskim marszem Obywatele RP wraz z mieszkańcami Hajnówki oddali cześć pomordowanym przez oddział „Burego”, a następnie stanęli na trasie przemarszu nacjonalistów.

Policja potraktowała protest Obywateli RP jako zakłócanie pochodu organizacji nacjonalistycznych. Protestujący zostali wylegitymowani, a część z nich trafiła na komendę w Hajnówce. Policja uznała protest Obywateli RP za wyjątkowe naruszenie porządku publicznego i skierowała sprawę do sądu. Na szczęście sąd uznał prawo protestujących do „organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, wynikające bezpośrednio Konstytucji, a także m.in. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Stwierdził, że przebieg jednego zgromadzenia w przestrzeni publicznej nie wyklucza obecności innego zgromadzania w tej samej przestrzeni, oczywiście pod warunkiem braku kolizji zgromadzeń, czyli nienaruszania wolności do zgromadzania się uczestników poszczególnych zgromadzeń czy manifestacji.”

W tym roku burmistrz Hajnówki wydał zakaz organizacji marszu pamięci, ale organizacje nacjonalistyczne odwołały się w tej sprawie do Sądu Okręgowego w Białymstoku. Decyzja ma zapaść 18 lutego, a sprawą zajmie się sędzia Piotr Kozłowski, który dwa lata temu uchylił podobny zakaz burmistrza dotyczący marszu.

Polacy,

w związku z nieustannie postępującym procesem niszczenia państwa polskiego, szczególnie uwzględniając eliminację przyzwoitych sędziów, prokuratorów, adwokatów etc., tj.: wymiarów sprawiedliwości i organów ścigania Polski, apeluję do wszystkich sił politycznych parlamentarnych i pozaparlamentarnych, którym zależy na dobru naszego państwa, o podjęcie stosownych działań, mających na celu ukrócenie barbarzyńskiego, a według mnie też przestępczego – skierowanego przeciw naszej ojczyźnie – procederu psucia tego, co pokolenia Polaków zbudowały także przelewając krew!

Obowiązująca wciąż w Polsce Konstytucja z 1997 roku pozwala narodowi na wyrażenie publiczne swego niezadowolenia i zamanifestowania sprzeciwu przeciwko tym, którzy nie sprawdzili się jako przywódcy państwa oraz narodu. Rządząca od ponad trzech lat „koalicja zła” doprowadziła Polskę nad skraj przepaści nie tylko cywilizacyjnej, ale także sprowadziła niebezpieczeństwo utraty jej suwerenności, a przynajmniej zredukowała rolę Polski w świecie do takiej, jaką pamiętamy z lat 50. XX wieku. To niedopuszczalne i grozi zapaścią państwa! Szczególnie istotne są wymienione przeze mnie instytucje bez których, ojczyzna nasza zamienić się może w bezbronny step, po którym (jak pisał w XIX wieku Carl von Clauzewitz) będą hasać obce wojska. Tak już bowiem bywało!

Proszę więc o rozważenie wszelkich możliwych, zgodnych z obowiązującą konstytucją Kodeksem karnym (nieustannie zmienianym tak, aby „pasował” tej władzy) środków, mających na celu odsunięcie od najważniejszych stanowisk w naszym państwie ludzi godzących w jego i narodu bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne! Czynię to tylko z troski o dobro mojej Ojczyzny narażanej od czterech lat (także w latach 2005-2007) na przekleństwo konfliktów społecznych, a być może i zbrojnych! Działalność rządu, o znaczącym stopniu szkodliwości, spowodowała bowiem utratę naszej wiarygodności na arenie międzynarodowej oraz zdystansowanie się dotychczasowych sojuszników Polski. Państwo zostało wystawione na śmiech i hańbę przez ludzi, którzy nie mają absolutnie niezbędnych (merytorycznych ani moralnych) cech do tego, aby władza nadal pozostawała w ich rękach! Muszą zatem odejść!

Wynik głosowania nie pozostawia wątpliwości działacze Sojuszu podzielają zdanie Włodzimierza Czarzastego. Uchwałę o współpracy przegłosowano 111 głosami. Przeciw było 3 delegatów, a 6 się wstrzymało.

– Nie ma innej możliwości – powtarzali wychodząc z konwencji.

Były premier Leszek Miller w czasie – zamkniętej dla mediów – konwencji mówił, że pojawienie się 3 premierów na konferencji z Grzegorzem Schetyną było ustalone z Włodzimierzem Czarzastym i że szef SLD od początku wiedział o planie budowy Koalicji Europejskiej. Leszek Miller też ma startować. Chociaż jak mówi, nie jest jeszcze pewien.

– Wie pani, ja muszę zapytać mojej małżonki, czy się zgodzi – żartuje były premier.

Jedynki mają także dostać dwaj inni byli premierzy Marek Belka i Włodzimierz Cimoszewicz. Podobno – jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek” – Cimoszewicz ma być jedynką z Warszawy. Jak słyszymy, Platforma już się zgodziła na taki układ, bo ma w stolicy kłopot z wyborczą lokomotywą. Jednak rozmowa o budowaniu list jak zawsze będzie trudna.

– Podjęłam decyzję, że to jest moja ostatnia kadencja – mówi „Newsweekowi” Krystyna Łybacka, była minister edukacji i obecnie europosłanka SLD. – Ale moja decyzja nie ma nic wspólnego z tą decyzją Sojuszu. Jesteśmy przed rozmowami z koalicjantami i to będzie miara wiarygodności tej koalicji, żeby myśleć nie o tym, kto skąd pochodzi, tylko jaka jest największa szansa dobrego rozegrania tych wyborów. Z tym głównym przesłaniem jesteśmy proeuropejscy, chcemy się jednoczyć, chcemy być silnym partnerem dla Europy, a zatem wybierajmy takich ludzi, którzy potrafią ten przekaz wystarczająco mocno wyartykułować – dodaje.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

Nie będzie też raczej dyskusji o miejscu dla Bogusława Liberadzkiego. Obecny wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego ma być jedynką w Zachodniopomorskiem. Tam prawdopodobnie spotka się z Robertem Biedroniem, który ze Szczecina chce startować do Brukseli. Na pytania o lidera Wiosny działacze Sojuszu rozkładają ręce i jak jeden mąż powtarzają: „Chcieliśmy iść razem, ale on nie chce”.

– Zalecałbym przewodniczącemu Biedroniowi, aby lepiej słuchał głosu swoich potencjalnych wyborców. Na przykład badanie CBOS-u z połowy stycznia pokazuje, że większość jego wyborców chciałaby, żeby poszedł do Parlamentu Europejskimi w szerokiej koalicji – mówi dawny kolega Roberta Biedronia z Ruchu Palikota, Wincenty Elsner.

Już wczoraj na Twitterze przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna wrzucił wiele mówiący post:

Po decyzji SLD politycy Platformy powtarzają, że dobrze się stało.

– Z radością witamy europejską lewicę, przyjmujemy tę decyzję z zadowoleniem i mamy nadzieję, że śladem SLD pójdą kolejne partie i formacje polityczne oraz środowiska demokratyczne i obywatelskie w Polsce – mówi „Newsweekowi” Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej.

– A czy nie przeszkadza panu, że to byli członkowie PZPR? – dopytuję.

– Dzisiaj jest czas na budowanie koalicji ludzi, którzy obronią Polskę przed polexitem, który proponuje PiS. I tak jak Leszek Miller był w PZPR, tak Leszek Miller wprowadzał Polskę do UE. I dzisiaj ludzie, którzy chcą silnej i demokratycznej Polski w Unii od lewa do prawa, powinni być na jednej liście – wyjaśnia Neumann.

A były polityk Sojuszu Bartosz Arłukowicz dodaje, że w SLD są nazwiska, które bardzo chętnie powita na listach Koalicji. – Wszyscy, którzy chcą demokratycznej Polski w Europie muszą być dzisiaj razem. Rok 2019 to rok w którym zdecydujemy o losach Polski na najbliższe kilkanaście lat – mówi.

Jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek”, podobną decyzję co SLD mogą jutro podjąć Zieloni.

Rządząca partia dała w nim pokaz instrumentalizacji państwa i prawa, która nawet wśród części jej zwolenników musiała wywołać refleksję, że coś jest nie tak. Nawet, sprzedawany jako wielki sukces polskiej dyplomacji, szczyt bliskowschodni w Warszawie okazał się serią wizerunkowych porażek – także w oczach prawicowego elektoratu. Tydzień zakończyły kolejne rewelacje „Gazety Wyborczej” – o kopercie z 50 tysiącami złotych, których Kaczyński miał się domagać od Geralda Birgfellnera dla zasiadającego w radzie Instytutu Lecha Kaczyńskiego tajemniczego ks. Sawicza.

„Kler” na żywo

Birgfellner zeznawał w prokuraturze, pod sankcją odpowiedzialności karnej. Nie znaczy to, że na pewno mówi prawdę – przedstawił na razie dowód, że faktycznie podjął ze swojego konta taką kwotę. Trudno też wyjaśnić czemu, ryzykując odpowiedzialność karną miałby kłamać akurat w tej sprawie. Cała sytuacja stwarza stawia Kaczyńskiego w bardzo niekorzystnej sytuacji.

Dlaczego ksiądz żądał takich pieniędzy? Wiemy, że jego zgoda była konieczna dla uruchomienia budowy. Wręczenie korzyści pieniężnej, by przekonać go do podjęcia decyzji nosiłoby znamiona – jak określa to „Gazeta” – „współsprawstwa w przestępstwie korupcji menedżerskiej”. To bardzo poważny zarzut wobec prezesa PiS. Kaczyński na razie milczy w tej sprawie. Zeznaniom Birgfellnera zaprzecza rzeczniczka PiS, Beata Mazurek. Bracia Karnowscy dość rozpaczliwie apelują do Adama Michnika, by zostawił uczciwego Kaczyńskiego w spokoju.

Dopóki oskarżenia się nie wyjaśnią historia z działającą na wyobraźnię kopertą będzie osłabiać wizerunek Kaczyńskiego, jako niezłomnego szeryfa. Cała historia wygląda jak wprost wyjęta z „Kleru” Smarzowskiego. Ks. Sawicz wchodzi do rady Instytutu Lecha Kaczyńskiego jako wykonawca testamentu arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, metropolity gdańskiego. Dziś nikt nie potrafi powiedzieć gdzie ksiądz przebywa, gdańska kuria oficjalnie uznaje go za „księdza zaginionego”, który faktycznie wystąpił ze stanu duchownego.

Poza podejrzeniem korupcji opinia publiczna może z całej sprawy wysnuć wniosek, że ks. Sawicz, Jarosław Kaczyński i ludzie skupieni wokół Instytutu Lecha Kaczyńskiego uwikłani są w jakiś dziwny, podejrzany układ.

Państwo bez żadnego trybu

Ujawnione przez „Gazetę” zeznania Birgfellnera rzuciły też nowe światło na niespodziewaną wizytę Jarosława Kaczyńskiego u Zbigniewa Ziobry. Jak się okazało, miały one miejsce dzień po tym, gdy Austriak złożył zeznania na temat tajemniczej koperty.

Dzięki przyjętej przez PiS reformie prokuratury, Ziobro jest też prokuratorem generalnym. Ma wgląd w toczące się śledztwa. Może ujawniać informacje na ich temat osobom trzecim.

Oczywiście, Ziobro zaprzecza, by wizyta Kaczyńskiego dotyczyła sprawy Birgfellnera. Panowie mieli rozmawiać wyłącznie o sprawach koalicji i rządu – głównie o przygotowywanych przez resort Ziobry przepisom antylichwiarskim. Te tłumaczenia mogą okazać się średnio przekonujące dla opinii publicznej. Ta jej część, która już dziś określa się jako przeciwnicy PiS, w spotkaniu Kaczyńskiego z Ziobrą dostrzeże kolejny dowód państwa działającego bez żadnego trybu, gdzie wszystkie państwowe organy odpowiadają przed nieponoszącym za nic odpowiedzialności „szeregowym posłem”.

Szczyt dyplomatycznych katastrof

Dla PiS ten tydzień okazał się też ciężki w tym obszarze, który miał być triumfem: w polityce zagranicznej. Najpierw rządzący znów dali popis działania bez żadnego trybu, bez przetargu zakupując od Amerykanów system obrony przeciwrakietowej HIMARS. Krytycy zakupy wskazują na wysoką cenę, brak offsetu, fakt, że Polacy nie będą mogli nawet samodzielnie naprawiać sprzętu. Trudno to uznać za dobry deal.

Prawdziwą katastrofę przyniósł jednak szczyt bliskowschodni. Wbrew zapowiedziom okazał się wydarzeniem o silnie anty-irańskiej wymowie. Amerykański wiceprezydent Mike Pence mówił o Iranie w wojennym tonie – tak jakby jego kraj już szykował się do inwazji na państwo nad Zatoką Perską.

Polska nie ma żadnego interesu w intensyfikacji konfliktu z Iranem. Organizacja szczytu w Warszawie popsuła nasze stosunki z Teheranem – reżimem, który ma wiele na sumieniu, ale jest ważnym, stabilnym graczem na Bliskim Wschodzie, z którym nie ma sensu bez potrzeby wchodzić na wojenną ścieżkę.

Co gorsze, polityce intensyfikacji konfliktu z Iranem przeciwnych jest większość kluczowych państw UE. W Warszawie zabrakło ich przedstawicieli najwyższego szczebla. W sprawie Iranu Polska znów zachowuje się jak w 2003 w sprawie Iraku – wbrew Europie sprzymierza się z szukającą konfliktu Ameryką.

Część strategów PiS liczyła zapewne na to, że w zamian za szczyt dostaniemy od Amerykanów twarde gwarancje konkretnej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Nic takiego się jednak nie stało. Zamiast tego prezydent Pence pouczał nas w sprawie konieczności restytucji żydowskiego mienia, a dziennikarka amerykańskiej telewizji mówiła o „polskim faszystowskim reżimie”, przeciw któremu walczyli. powstańcy z Getta. Wreszcie premier Izraela, Benjamin Netanjahu, miał – jak doniósł „Jerusalem Post” – powiedzieć o narodzie polskim biorącym udział w zagładzie.

Słowa Netanjahu zostały zdementowane, zanim zdążono im zaprzeczyć wybuchła awantura. Niedobra dla relacji z Izraelem, ale i wewnętrznie dla PiS. Pence i premier Izraela nacisnęli na klawisze, która działają na elektorat PiS jak płachta dla byka. Wyborcy partii mogą się poczuć autentycznie oburzeni, że PiS zorganizował imprezę, która stała się okazją do czegoś, co w ich oczach jest festiwalem wymierzonych w Polskę zniewag.

Czyżby przesilenie?

Wszyscy – niezależnie od sympatii – będą teraz patrzyć na sondaże. Czy PiS w końcu spadnie? Nie spadło radykalnie po pierwszym rzucie taśm Kaczyńskiego. Morawiecki ciągle jest dość dobrze oceniany przez wyborców. W kryzysie wizerunkowym i politycznej defensywie partia Kaczyńskiego znajduje się na dobrą sprawę od wyborów samorządowych. A jednak im nie spada.

Czy to oznacza, że PiS jest niezatapialny? Niekoniecznie, wbrew temu czego obawia się opozycja, a przed czym drży Nowogrodzka. Do odwrócenia sondażowych tendencji trzeba czasu. Niezależnie od afer widać zużycie się obozu władzy. PiS ciągle nie ma pomysłu jak przejść do ofensywy. Sondaże mogą tego nie wyłapać przed wyborami, ale w połączeniu z dynamiką, jaką wnosi Wiosna Biedronia, nie da się dziś wykluczyć niespodzianki przy urnie. Choć PiS ciągle wygrywa wszystkie sondaże i pewnie też wybory, to pewność tego, że zdobędzie drugą kadencją zaczyna się pomału kruszyć.

Nowy biznesik Rydzyka – brunatny

14 Gru

Europoseł Mirosław Piotrowski, który dopiero co złożył wniosek o założenie nowej partii „Ruch Prawdziwa Europa” i wzywał narodowców do wspólnego startu w nadchodzących wyborach, ma już nowego sojusznika.

Plotka jakoby nowe ugrupowanie powstawało pod parasolem toruńskiego redemptorysty T.Rydzyka, zainteresowała Janusza Korwin-Mikkego, lidera „Wolności”.

W rozmowie z „Super Expressem” powiedział on dobitnie: „Traktujemy je jako sojusznika”. Dlaczego? Mikke jest przekonany, że nowe ugrupowanie będzie odbierało głosy głównie Prawu i Sprawiedliwości. „Część wyborców antyunijnych wie, że PiS antyunijne nie jest. To może nam napędzić trochę głosów, cholera wie…”– powiedział gazecie Korwin-Mikke, wojowniczo nastawiony do UE.

Lider „Wolności” jest przy tym głęboko przekonany, że nowa partia nie jest dla niego żadną konkurencją. „Nasza klientela to młodzi ludzie, którzy z Rydzykiem mają niewiele wspólnego. Wzmocni się antyunijny przekaz. Ja jestem zwolennikiem ruchów w obronie Europy. Obrony przed su…nami z Unii Europejskiej!” – powiedział otwarcie Janusz Korwin Mikke.

W tej sytuacji jest wielce prawdopodobne, że partia Korwin-Mikkego, narodowcy i partia Rydzyka w wyborach do europarlamentu stworzą nawet wspólną listę, a to obecnie rządzącym nie pomoże.

— SOLORZ, SFERIA I ŁASKA PAŃSTWA – Dominika Wielowieyska w GW: “Najpierw Plus Bank Zygmunta Solorza zatrudnia zagadkowego bohatera afery KNF. Potem spółka Solorza, Sferia, występuje do państwa o rozłożenie na raty 1,7 mld zł. Na koniec miliarder spotyka się z premierem Morawieckim w Świątyni Opatrzności. (…) W tym czasie Solorz toczył ważne rozmowy z państwem. Gra szła o to, by Cyfrowy Polsat zapewnił klientom transmisję danych w sieci komórkowej dzięki częstotliwości 800 MHz. Chce ją zarezerwować od 2019 do 2033 r. spółka Sferia należąca do grupy Cyfrowego Polsatu”.

— WIELOWIEYSKA ZAPOWIADA WEEKENDOWY TEKST O SOLORZU: “O karierze Zygmunta Solorza, jego relacjach z rządem i nowych wątkach w aferze KNF związanych z bankiem Solorza – w sobotę w „Magazynie Świątecznym”
wyborcza.pl

— PARTIA OJCA RYDZYKA WYDATNIE WZMACNIA POZYCJĘ ZIOBRY WOBEC KACZYŃSKIEGO – LUDWIK DORN w GW: “Rozwiązanie kryzysu wewnętrznego, czyli dymisja Ziobry, niesie ze sobą ryzyko wzmocnienia kryzysu dominacji, bo niewykluczone, że zdymisjonowany przepisałby się do partii Rydzyka. Z kolei nic nierobienie także będzie wzmacniać oba kryzysy, bo w PiS i ośrodku toruńskim pojawi się przeświadczenie, że naczelnik z Nowogrodzkiej „nie ogarnia”, czyli hulaj dusza, piekła nie ma. Teoretycznie jest możliwe pójście drogą leninowską z 1920 r., kiedy wódz rewolucji opublikował sławetne dzieło „O dziecięcej chorobie „lewicowości” w komunizmie”, w której chłostał ultraradykałów za to, że nie chcą uwzględniać mądrości etapu i zawierać taktycznych kompromisów w celu utrzymania lub zdobycia władzy. Ale wtedy Lenin miał w ręku wszystkie środki oddziaływania propagandowego na społeczeństwo, a co ważniejsze – na swoją partię, a Radio Maryja ma w ręku ojciec dyrektor i przesłaniu „O dziecięcej chorobie „prawicowości” w obozie „dobrej zmiany” może dać odpór. Tak źle, tak fatalnie, a tak niedobrze. Nie wiadomo, co robić, a to widać, słychać i czuć”.
wyborcza.pl

— MONIKA OLEJNIK W GW O PREZENTACH ZIOBRY DLA OPOZYCJI: “Przygotował fatalną ustawę o IPN, wzbudził u Polaków strach przed polexitem, a teraz przypomniał wyborcom związek polityków PiS z aferą SKOK-ów. Zbigniew Ziobro porusza się jak słoń w składzie porcelany”.
wyborcza.pl

— KRYSTYNA NASZKOWSKA O NOWYM LEPPERZE – w GW: “W ogóle Kołodziejczak jest niezwykle aktywny na portalach społecznościowych, wykorzystuje je do promowania związków rolniczych, które założył, i własnych poglądów. Na wiosnę tego roku wyraźnie doszedł do wniosku, że mandat radnego to za mało dla tak ambitnego młodego człowieka. O ponowny start nie zabiegał, za to ruszył z budową własnej organizacji, która może okazać się dla niego trampoliną polityczną. Być może wzorując się właśnie na Lepperze. Ruszył i idzie jak burza”.
wyborcza.pl

— JAKUB MAJMUREK PISZE, ŻE WOTUM ZAUFANIA TO ZA MAŁO, ŻEBY ODZYSKAĆ WIARYGODNOŚĆ: “Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny. Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów”.
newsweek.pl

— EWA SIEDLECKA PISZE O MANIPULOWANIU SKŁADAMI ORZEKAJĄCYMI W TK I ODMOWIE UDZIELENIA ODPOWIEDZI NA TEN TEMAT PRZEZ BIURO TRYBUNAŁU: “Jaka jest skala manipulacji – nie wiadomo, bo Trybunał odmawia podania danych o tym, ile razy składy zmieniano. Na moje pytanie w tej sprawie zadane w maju Biuro Prasowe TK stwierdziło, że żądam „informacji przetworzonej”, a to znaczy, że muszę udowodnić, że udzielenie mi odpowiedzi jest „szczególnie istotne dla interesu publicznego”. Odpowiedziałam: „Kwestia poszerzającej interpretacji prawa tam, gdzie chodzi o konstytucyjne prawo do bezstronnego sądu, jest »szczególnie istotna dla interesu publicznego«. Taka poszerzająca interpretacja narusza gwarancję bezstronnego sądu. Dlatego w interesie publicznym jest poznanie skali tego zjawiska i publiczna dyskusja nad nim”. Biuro odpisało, że go nie przekonałam”.
polityka.pl

— ADAM LESZCZYŃSKI W OKU O EKSPERTYZIE PROF. OSĘKI NA KTÓRĄ POWOŁAŁ SIĘ NSA WS DEKOMUNIZACJI ULIC W WARSZAWIE: “Naczelny Sąd Administracyjny, który ostatecznie unieważnił zmiany nazw ulic w Warszawie narzucone przez wojewodę, korzystał z ekspertyzy historyka prof. Piotra Osęki. Według niego „za patronów symbolizujących komunizm można uznać wyłącznie osoby zaangażowane w budowę powojennego państwa totalitarnego na kierowniczych stanowiskach” [publikujemy ten dokument]”.
oko.press

>>>

Pisowskie zbaranienie. Prezes między swymi baranami, które trzeba wybielić

13 Gru

Pan prezes ma – jak zawsze – rację. Aferzyści zdarzają się wszędzie. W każdej choćby najporządniejszej i najuczciwszej partii musi się trafić jakaś czarna owca. Takie prawo statystyki.

Ale nie znaczy to przecież, że na tej podstawie można mierzyć polityków i działaczy różnych politycznych opcji tą samą miarą. W formacji aktualnie rządzącej żadnych czarnych owiec wszak nie uświadczy, choćby ze świecą szukał. Pan prezes publicznie dał na to w Jachrance swoje słowo.

Gdzie się podziały w takim razie, owieczki o smolistej wełnie i takimż charakterze? Otóż to oczywista oczywistość, że wszystkie pasą się na polach Koalicji Obywatelskiej. Dobrze się jednak maskują, a część z nich usiłuje się nawet na siłę wybielić. Ale wiadomo, że to bezskuteczne. Partii aktualnie rządzącej i jej zwolennikom nie da się zamydlić oczu, a stado „totalsów”, nawet wymoczone w Vizirze, bielsze i tak już nie będzie!

Wprawdzie wrogowie polskości (czytaj: przeciwnicy partii rządzącej) bezczelnie wmawiają opinii publicznej, że niektóre barany z zagrody pana prezesa też są czarne, co – skądinąd – podpada chyba pod paragraf o szerzeniu nienawiści rasowej i w odpowiednim czasie na pewno zajmie się tym pan minister sprawiedliwości. Bo oczernienie choćby jednej niewinnej pisowskiej owieczki nikomu nie ujdzie bezkarnie.

Ale spokojnie. To wszystko są tylko nieudolne prowokacje, z definicji skazane na klęskę. Już rządzonych twardą ręką przez ministra sprawiedliwości prokuratorów w tym głowa.

Gorzej, że rzucająca się w oczy nieobecność czarnych owiec w stadzie PiS, zaczyna budzić niewygodne pytania, bo jak dotąd nie udało się też wskazać ani jednej z nich w obozie „totalsów”. Więc co – w związku z tym – z prawami statystyki?

Bo co pan prokurator generalny już, już dopada jakiejś farbowanej owieczki w zagrodzie KO, ta uporczywie twierdzi, że jest biała, a futro ma tylko lekko przybrudzone od smogu komunikacyjnego. Ciężko doprać, po prostu.

I rzeczywiście – niektóre plamy z medialnego błota schodzą z „platformersów” dopiero po maglowaniu w prokuraturze. A z wywabieniem innych trzeba czasami czekać aż na interwencję sądu. Niemniej, przepuszczone przez wyżymaczkę ministra sprawiedliwości opozycyjne owieczki wychodzą z tego zupełnie czyste. Znaczy – białe.

A czarne gdzie się podziały w takim razie? Przecież miało ich być – lekko licząc – jakieś pół platformerskiej zagrody! Tak przynajmniej wynikało z kampanii przedwyborczej PiS oraz ogłoszonego zaraz po wyborach „audytu”, który miał wyłapać je wszystkie i skutecznie izolować od reszty stada.

Ale wygląda na to, że ani rzeczony audyt, ani liczne kontrole wszystkich możliwych służb niewiele dały i czarnych opozycyjnych owiec ani widu, ani słychu. A jeszcze bezczelni „totalsi” sugerują, że wszystkie czarne barany polityki pochowały się w zagrodzie pana prezesa! Na razie w wyniku tych pomówień na PiS-owskiej łące wytypowano jednego kozła z KNF. Ofiarnego, jak się zdaje. Ale skóry innych owieczek pasących się przy tym samym żłobie i tak nie da się chyba uratować.

Co gorsza, nieudana próba zapędzenia w ten sam kozi róg niektórych platformerskich baranków skończyła się blamażem i jeszcze zwróciła uwagę publiczności na inny, znacznie zasobniejszy żłób w zagrodzie pana prezesa oraz biesiadujące przy nim spasione tryki. W świetle ujawnionych przy tej okazji faktów, ich futro wygląda na mocno nieświeże. No, niestety…

Partia pana prezesa podjęła zatem szeroko zakrojoną akcję masowego wybielania swoich owieczek, wspartą przez firmową Pralnię i Suszarnię: służby, media, kasę z budżetu i prokuraturę. Towarzyszą temu dyskretne zachęty do obywatelskiego demaskowania czarnych owiec opozycji oraz kubły darmowej smoły i błota do oddolnej akcji nurzania w nich stada „totalsów”. Dla uniknięcia dysonansu poznawczego. Suweren bowiem i tak wie swoje.

Bo wszak, żeby nie wiem co, aktualnej władzy i jej zwolenników nic nie przekona, że – by zacytować klasyka – białe owce z KO są białe, a czarne z PiS – czarne.

Po co więc było Morawieckiemu przedstawienie w parlamencie? Wniosek o wotum zaufania to dość nadzwyczajny środek. Szefowie rządu zwykle sięgają po niego w sytuacji głębokiego politycznego kryzysu, kwestionującego ich tytuł do sprawowania władzy. Morawiecki jak dotąd nie znalazł się w takim kryzysie. Wniosek o wotum miał mu jednak pomóc załatwić trzy sprawy. Po pierwsze, uciszyć opozycję przed debatą nad wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności. Po drugie, zewrzeć własne szeregi i potwierdzić pozycję w obozie władzy. Po trzecie wreszcie, wysłać do elektoratu jasny komunikat: w Polsce przełomu 2018 i 19 roku to PiS, a nie jakakolwiek inna siła, ma polityczną inicjatywę i rozdaje karty.

Z tym ostatnim był pewien problem w ostatnich miesiącach. PiS zamiast narzucać tematy dyskusji i osie sporu, zmienił się w partię reaktywną, zdolną jedynie do gaszenia kolejnych pożarów. Przełomowym momentem była tu informacja o wniosku Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z polską konstytucją traktatów o Unii Europejskiej. Wmanewrowało to PiS w pozycję, gdzie partia musiała bronić się przed zarzutami o chęć Polexitu. Biorąc pod uwagę bardzo dalekie od oczekiwań wyniki wyborów samorządowych – średnio skutecznie. Potem były kolejne kryzysy: dalszy ciąg sporu z instytucjami UE, list ambasador USA i afera KNF.

Zwarcie szeregów

O ile dwa pierwsze cele Morawiecki, jak się wydaje, zrealizował, to problem może być z trzecim. By PiS i premier osobiście odzyskali inicjatywę w polskiej polityce, potrzeba znacznie więcej, niż zwycięstwo w głosowaniu, którego nie dało się przegrać.

Głosowanie nad wotum ułatwia za to Morawieckiemu politykę w najbliższych tygodniach. Przede wszystkim wyprzedza wniosek opozycji o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. PiS będzie teraz twierdził, że po środzie wniosek jest bezprzedmiotowy – rząd ma wyraźną parlamentarną większość. Nowogrodzka być może w ogóle nie dopuści do procedowania wniosku opozycji. Jeśli nawet do niego dojdzie, będzie to musztarda po obiedzie, PiS i jego media po prostu ośmieszą całą akcję.

Oczywiście, od początku nie było szans, by wniosek PO obalił rząd. Debata nad nim oznaczała jednak wystąpienia wszystkich klubów parlamentarnych, walących w rząd jak w bęben. Opozycyjni posłowie powtarzaliby w kółko: KNF, kumulacja roczników w szkołach średnich, wzrost cen prądu, protesty rolników, policjantów, urzędników i nauczycieli, Polexit. Morawiecki musiałby się do tego wszystkiego odnieść – zamiast tego zafundował opozycji i opinii publicznej spektakl propagandy sukcesu.

Głosowanie pomogło też zewrzeć szeregi rządzącej partii. Oponenci premiera we własnym obozie siedzieli cicho i pokornie podnieśli ręce w górę za rządem. Głosowanie wzmacnia Morawieckiego przed zaplanowaną na 15.12. kolejną konwencją rządzącej partii. Być może zostanie na niej ogłoszona rekonstrukcja rządu. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że z niektórymi ministrami – Krzysztofem Tchórzewskim, Beatą Kempą, Beatą Szydło, Mariuszem Kamińskim, Zbigniewem Ziobrą – premierowi nie współpracuje się dobrze i już od dawna zgłaszał kierownictwu PiS chęć ich zmiany. Jeśli po manewrze z wotum zaufania, Morawiecki ogłosi rekonstrukcję rządu wyśle elektoratowi sygnał: to ja kontroluję sytuację.

Rok gaszenia pożarów

Ciągle niemożliwa wydaje się jednak wymiana najbardziej kłopotliwego dla premiera członka rządu: Zbigniewa Ziobro. Przez pierwszy rok swoich rządów Morawiecki zamiast realizować swój program zajmował się gaszeniem pożarów pochodzących z ministerstwa sprawiedliwości, głównie tych wokół ustawy o IPN i sporu z Unią o niekonstytucyjną i niepotrzebną reformę sądów. W dodatku w ostatnich miesiącach Ziobro zachowywał się w sposób, który świadczy albo zupełnej utracie zdolności do racjonalnego politycznego osądu albo o tym, że prokurator generalny prowadzi nielojalną grę na osłabienie swojego obozu politycznego, w celu wywołania w nim przesilenia i zmiany premiera.

Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny.

Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów.

Do sukcesji droga daleka

Dlatego warto zachować sceptycyzm wobec analiz wskazujących, że właśnie widzieliśmy namaszczenie Mateusza Morawieckiego na politycznego spadkobiercę Jarosława Kaczyńskiego, następnego przywódcę Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli Kaczyński ma w planie taką sukcesję, droga do niej jest ciągle daleka.

Jak pokazał niedawno przypadek Ewy Kopacz, przywództwo demokratycznej partii to nie jest coś, co można otrzymać w wyniku „feudalnego” nadania od politycznego „seniora”. Przywództwo trzeba sobie wywalczyć. Oponentów – których na prawicy Morawieckiemu nie brakuje – trzeba samemu pokonać, politycznie unieszkodliwić, lub przeciągnąć na swoją stronę. Morawiecki ma tu jeszcze wiele do zrobienia. Ważnym testem będzie dla niego przyszłoroczny maraton wyborczy. Jeśli go wygra, jego tytuł do sukcesji po Kaczyńskim się wzmocni. Z Ziobrą na pokładzie wygrać będzie mu trudno, ale równie trudno w sytuacji otwartej wojny z liderem Solidarnej Polski. Zwłaszcza, jeśli swoją partię odpali ojciec Rydzyk i Ziobro będzie miał gdzie pójść. Bardziej niż od głosowania nad wotum zaufania, polityczna przyszłość Morawieckiego zależy od tego, jak poradzi sobie z tym „paragrafem 22” pisowskiej polityki.

W Sejmie zdecydować się na wspólny klub, poza Sejmem na wspólne zespoły programowe. I muszą już dziś zacząć budować wspólną wyborczą listę opozycji. Ci którzy tego nie chcą, powinni odejść od stołu i przestać udawać. Kryzys w Nowoczesnej, jeśli wydarzyłby się na miesiąc, a nie na dziesięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, oznaczałby gwarantowane zwycięstwo Kaczyńskiego.

Niekończący się proces „jednoczenia demokratycznej opozycji” – będący tak naprawdę agresywną grą o zachowanie własnej, choćby najsłabszej firemki i własnego, choćby najbardziej pokiereszowanego logo – jeśli będzie trwał do ostatnich tygodni kampanii wyborczej, skończy się dla demokratycznej opozycji tak, jak „jednoczenie lewicy” skończyło się w 2015 roku dla Palikota i Millera. Nie można do ostatniego miesiąca przed wyborami atakować się w mediach, podstawiać sobie nogi, przedkładać osobisty interes nad wspólny – aby dopiero w kampanii wyborczej ściskać sobie ręce i mówić: „jesteśmy koalicją”. Nikt w to nie uwierzy. Nikt też nie uwierzy w to, że tak sklecona formacja będzie potrafiła rządzić Polską po swoim ewentualnym zwycięstwie.

Gdyby Kaczyński musiał się użerać z Ziobrą i Gowinem do ostatnich dni kampanii wyborczej 2015 roku, przegrałby zarówno wybory prezydenckie jak i parlamentarne. Jeśli przed wyborami 2019 roku rzeczywiście powstanie Partia Rydzyka, to nawet gdyby natychmiast rozpoczął się spektakl „negocjacji” i „jednoczenia”, czyli targów o kasę i miejsca na listach, Kaczyński przegra wybory. Partia Rydzyka odegrałaby wówczas na prawicy taką samą rolę – czysto destrukcyjną – jaką po stronie liberalnego mieszczańskiego centrum może odegrać partia Roberta Biedronia.

Dlatego także negocjacje koalicyjne po stronie opozycji muszą się skończyć jak najszybciej. Pozostawiając jak najwięcej czasu przed wyborami na faktyczne zaprezentowanie Polakom wspólnej strategii i wspólnego programu na Polskę po rządach PiS-u. Kamila Gasiuk-Pihowicz to rozumie, parę innych osób nieco mniej.

W wyborach samorządowych wyborcy opozycji powiedzieli wyraźnie, że chcą realnej jedności opozycji, a nie trwających bez końca negocjacji zjednoczeniowych. Opozycja wygrała tam, gdzie była naprawdę zjednoczona – wokół jednego kandydata, wokół jednej listy. Czyli przede wszystkim wygrała w miastach. Nie wygrała w sejmikach wojewódzkich, gdzie każdy lider – od zbyt ambitnych samorządowców, po zbyt ostrożnych liderów PSL i SLD – chciał zachować absolutną odrębność. Żeby później, dysponując jednym czy dwoma radnymi, ale za to absolutnie „własnymi”, odegrać w koalicyjnych targach rolę większą, niż by wynikało z jego realnej siły. Gdyby opozycja poszła na jednej liście, uczciwie pracując nad stworzeniem demokratycznego minimum programowego, żeby udowodnić Polakom, iż jednoczenie nie musi być wyłącznie ratowaniem stołków, PiS rządziłoby dalej tylko na Podkarpaciu. We wszystkich innych województwach opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, jeśli mimo to PiS rządzi gdziekolwiek poza Podkarpaciem, to tylko z powodu podziałów opozycji albo – jak na Śląsku – z powodu zwyczajnej korupcji i zdrady.

Walka czy teatr

Kiedy słucham wypowiedzi polityków i komentatorów (tych liberalnych, bo PiS-owcy z zupełnie innych powodów entuzjastycznie bronią „pluralizmu opozycji”) walących zawsze do jednej bramki, orzekających winę Schetyny i PO nawet tam, gdzie ich partnerzy i konkurenci nie wykazują żadnej ochoty do współpracy, wydaje mi się, że cały krzyk na temat zagrożenia demokracji w Polsce dla wielu krzyczących jest tylko teatrem. No bo z jednej strony mamy heroiczne selfies robione sobie na tle kordonu policji pod Sejmem, mamy rytualne teksty i wypowiedzi, jakim to ostatecznym zagrożeniem jest Jarosław Kaczyński, po czym wszystko toczy się po staremu. Dla polityków najważniejsza jest „moja ambicja, mój szyld, choćby przez taki wybór priorytetów Kaczyński miał rządzić kolejną kadencję”. A dla komentatorów najważniejsza jest „moja zemsta za to, że kiedyś Tusk i Schetyna wyszli z Unii Wolności”, albo „moja wizja radykalnej lewicy, dla której głównym przeciwnikiem wcale nie jest populizm Kaczyńskiego, ale liberalizm Platformy”. Cała reszta jest tylko teatrem odgrywanym dla ludzi.

Flaki się też człowiekowi wywracają, kiedy po raz kolejny czyta anielskie komentarze na temat tego, jak opozycja „się” jednoczy lub mogłaby „się” zjednoczyć, tylko Schetyna i PO w tym jednoczeniu „się” opozycji przeszkadzają. „Się szło”, „Się przystanęło”, „Się wypiło wódkę” – to są cytaty z poezji i prozy Edwarda Stachury (zupełnie niezłej i niesłusznie zapomnianej). W polityce żadne „Się” nie istnieje. Istnieją instytucje, istnieją partie, istnieją ich liderzy. Poza tym jest tylko publicystyczna piana.

Wśród opozycyjnych partii czy sił politycznych PO okazało się najtrwalsze, najbardziej zdolne do politycznego działania, jej ludzie okazali się najbardziej profesjonalnymi politykami. Wśród liderów partyjnych Schetyna okazał się politykiem, który obronił i skonsolidował Platformę zdemolowaną po taśmach i wyborczych porażkach. Tymczasem Petru politykiem się nie okazał, a co do Biedronia nie ma żadnej pewności (drogę do polskiej polityki utorował mu Janusz Palikot). Dziś Biedroń ma nadzieję, że jeśli nawet rozbije głosy centrowego elektoratu (on w żaden sposób nie poszerza elektoratu centrum, a tylko próbuje kanibalizować wyborców PO, Nowoczesnej oraz SLD), jeśli nawet opozycja przez to przegra i Kaczyński będzie rządził Polskę przez następne cztery lata, to przynajmniej on sam znajdzie się w Brukseli, a jego inicjatywa stanie się szalupą ratunkową po zniszczeniu przez Kaczyńskiego wszystkiego innego. Otóż jak Kaczyński porządzi kolejne cztery lata, to nie tylko nie będzie już w Polsce niezawisłych sądów, nie tylko nie będzie wolnych mediów, ale nie będzie też miejsca dla odrębnych partii Roberta Biedronia czy Ryszarda Petru.

Dlatego Schetyna powinien rozmawiać z Lubnauer, z Petru, z Kosiniak-Kamyszem, z Czarzastym, a nawet z Biedroniem – proponując im wspólną listę, pracę nad wspólnym minimum programowym, wspólne budowanie Polski po PiS-ie. Ale tylko do pewnego momentu, który już się zbliża. Spektakl jednoczenia się bez zjednoczenia, trwający za długo, do samych wyborów, to dla opozycji samobójstwo.

Prezydent nie tylko bogatych

Macron ogłosił, że Francja znajduje się dziś w „społeczno-ekonomicznym stanie wyjątkowym”. Demokratyczni przywódcy nie sięgają po takie określenia w innych sytuacjach niż głęboki kryzys. Francja znajduje się dziś w takim kryzysie. Choć gospodarka – patrząc na makroekonomiczne wskaźniki – nie radzi sobie tragicznie źle, to cały model społeczno-ekonomiczny przeżywa kryzys legitymacji, być może najgłębszy od roku ’68.

Szeroka klasa średnie ma poczucie, że jej zasoby i możliwości dobrego, godnego życia radykalnie się kurczą za sprawą rosnących cen (głównie nieruchomości) i niedostatecznego tempa wzrostu dochodów. W dodatku Francuzi są przekonani, że rozwój gospodarczy ostatnich lat służy głównie wąskiej grupie najbogatszych. Na co zupełnie obojętni są politycy, odklejeni od potrzeb zwykłych ludzi, zblatowani ze światem żyjących ponad społeczeństwem elit.

Całe poniedziałkowe wystąpienie Macrona wyglądało, jakby miało na celu pozbycie się łatki „prezydenta najbogatszych”. Francuski przywódca wyraźnie zmienił język. Zamiast o Francji start-upów i nieskrępowanej przedsiębiorczości mówił o samotnych matkach, które pod koniec miesiąca mają problem, by domknąć domowy budżet. O seniorach, którzy po cały życiu ciężkiej pracy, nie są w stanie godnie żyć bez pomocy dzieci. O społeczeństwie tracącym nadzieję. O kraju, który słusznie – lecz jak na razie na próżno – pragnie godnie żyć ze swojej pracy.

Zaproponował też kilka środków, mających przynieść ulgę najbardziej potrzebującym. Godziny nadliczbowe mają zostać zwolnione od podatku. Emeryci, dostający mniej niż 2000 euro mają zostać zwolnieni z zaplanowanych na przyszły rok podwyżek składek na ubezpieczenie społeczne, co zwiększy kwotę netto świadczenia. Wreszcie wzrosnąć ma płaca minimalna – o 100 euro miesięcznie. W dodatku – nie znamy szczegółów – ma się to dokonać bez obciążania pracodawców „ani jednym euro więcej”.

To ostatnie to największe ustępstwo prezydenckiego obozu. Jeszcze niedawno rząd przekonywał, że żadna podwyżka płacy minimalnej wyższa, niż wynikająca z ustawy, w ogóle nie wchodzi w rachubę, jest niemożliwa i niepożądana dla gospodarki. Siła społecznego niezadowolenia uczyniła nagle niemożliwe możliwym.

Czy to wystarczy?

Pytanie, jakie zdecyduje o najbliższej przyszłości Francji, brzmi: „czy to wystarczy?” Choć takie rozwiązania, jak wyższa płaca minimalna, wychodzą naprzeciw żądaniom protestujących, to kryzys jest znacznie głębszy. Macron zdaje sobie chyba z tego sprawę. Poza doraźnymi reformami zapowiedział także szerokie konsultacje społeczne na temat przyszłości Francji. Prezydent ma przemierzyć cały kraj i spotkać się z każdym urzędującym merem, by wspólnie ustalić co w kraju wymaga naprawy i w jakim kierunku powinny podążać zmiany. Zapowiedział też szerokie konsultacje z liderami biznesu na temat ich udziału w wysiłku ekonomicznej transformacji Francji. Rząd ma się też zająć problemem złośliwego i uporczywego unikania podatków przez najbogatszych.

Problem w tym, że Macron w tym wszystkim może być dla Francuzów zwyczajnie niewiarygodny. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby rozmowę o tym, jak sprawić, by zwykli ludzie znów poczuli się godnie i bezpiecznie w swoim państwie, zaczął na początku kadencji. Tymczasem pierwszy rok nowego prezydenta przebiegał pod znakiem polityki, która przez szerokie grupy obywateli Francji postrzegana była jako arogancka, monarchiczna, ignorująca potrzeby klasy średniej i ludowej, służąca wyłącznie najbogatszym. Korektę tej polityki wymusił dopiero płonący co tydzień Paryż i fruwające w powietrzu kawałki bruku.

To nie tylko francuski problem

W takich warunkach Macronowi bardzo trudno będzie ubrać w szaty „prezydenta ludowego”. A to wydaje się konieczne, by uspokoić sytuację i rozpocząć poważną rozmowę z partnerami społecznymi na temat tego, co dalej z francuskim modelem społeczno-politycznym. Prezydentowi ciężko też będzie znaleźć partnerów do tej rozmowy wśród politycznej opozycji. Marine Le Pen ze Zgromadzania Narodowego (jak od jakiegoś czasu nazywa się Front Narodowy) i lider lewicowej Francji Nieugiętej, Jean-Luc Mélenchon, będą teraz grać na maksymalną polaryzację polityczną, eskalację konfliktu, wywrócenie rządu i nowe rozdanie, w którym liczą na wzięcie władzy przynajmniej w parlamencie. Francję czeka w najbliższych tygodniach bardzo burzliwy politycznie okres, w którym wiadomo głównie to, że nic nie wiadomo.

Problem, przed jakim staje Francja nie jest przy tym specyficzny wyłącznie dla niej. Podobne problemy ma niemal każde zamożne, zachodnie społeczeństwo. Wszędzie szerokie grupy czują, iż bezpieczeństwo socjalne i względny dobrobyt, jaki kiedyś traktowały jako oczywiste, stają się coraz mniej dostępne. To rodzi gniew, na gruncie którego doskonale wzrastać może populistyczna polityka spod znaku Trumpa, włoskiej Ligii Północnej i Ruchu 5 Gwiazd, Alternatywy dla Niemiec, czy Brexitu.

Zwycięstwo Macrona we Francji miało dowodzić, że Francja jest odporna na podobne zagrożenia. Populizm spod znaku Le Pen – tak jak we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach – był jednak tylko symptomem głębszych, strukturalnych problemów. Upojony zwycięstwem obóz Macrona przez rok udawał, że one nie istnieją. Teraz, przynajmniej chwilowo, nie może udawać.

Cały zachód i każde z tworzących go państw z osobna potrzebuje dziś dyskusji nad nową umową społeczną na XXI wiek. Stara, ustalona pod koniec ubiegłej dekady wyraźnie nie działa. Potrzebujemy wspólnie zdecydować jak usprawnić demokrację, jak dać ludziom realne poczucie wpływu i reprezentacji, jak dzielić zyski, ryzyka i koszty. Spór o to może potrwać kilka dekad, nie wiadomo czy i kiedy uda się dojść do jakiegoś sensownego porozumienia. Ale być obserwujemy właśnie coś, co po latach historycy mogą uznać za początek bardzo ważnego politycznego zwrotu. Nie tylko we Francji.

— SENATOR BIERECKI ROZGRZESZA BANDYTĘ – jedynka GW: “- Czy chodziło o zablokowanie skutecznej działalności, czy o inne okoliczności, to już prokuratura jest w stanie wyjaśnić – tak Grzegorz Bierecki, senator PiS i założyciel SKOK-ów, skomentował zamach na wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Dodał, że prokuratorskie zarzuty wobec urzędnika „są słuszne”.
wyborcza.pl

— JERZY MEYSZTOWICZ W TEKŚCIE DLA RZ PISZE O GROŹBIE PRZEJMOWANIA PRYWATNYCH FIRM NA MODŁĘ ORBANA: “Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie od dawna środowiska związane z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána i stworzenie konglomeratu związanego z rządem. Metody wykorzystujące zaangażowanie państwa pozwalają na skuteczne zawłaszczanie majątków. Chodzi zatem o to, żeby wraz z powiększaniem zasobów w dyspozycji państwa, zwiększać udziały „swoich” ludzi w gospodarce”.
rp.pl

>>>

>>>

Pedofil Jankowski odczarowany, zaś Kaczyński przerażony

8 Gru

„Piekło istnieje na ziemi”, „Dość hipokryzji w Kościele”, „Kościele, nie chroń zła”, „Na to nie ma przedawnienia” – z takimi hasłami protestowali w Gdańsku uczestnicy manifestacji pod pomnikiem ks. Henryka Jankowskiego, któremu zarzuca się molestowanie dzieci.

Figura prałata została opasana łańcuchem, do którego przymocowano tablicę z napisem „Pomnik ofiar Kościoła katolickiego”. Do łańcucha przyczepiono pluszowe maskotki i dziecięce buciki, mające symbolizować ofiary pedofilii.

 

Jedna z organizatorek protestu Joanna Krysiak ze stowarzyszenia Trójmiejskie Dziewuchy Dziewuchom mówiła podczas wiecu, że „księża powinni być traktowani jak normalni obywatele i powinni ponosili odpowiedzialność za swoje czyny”. – „Pomnik ks. Jankowskiego powinien zostać przekształcony w pomnik hańby Kościoła katolickiego, a jeśli jest to niemożliwe, to w pobliżu powinno się ustawić pomnik ofiar”. Domagają się także wykreślenia prałata z listy honorowych obywateli Gdańska.

W proteście udział wziął Marek Lisiński, prezes Fundacji „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom pedofilii w Kościele katolickim w Polsce. – „Jestem tu jako ofiara, która w 1981 roku była wykorzystywana również przez osobę duchowną. Chciałbym zaapelować do wszystkich ofiar, szczególnie do ofiar księdza Jankowskiego: zgłaszajcie się, pamiętajcie, nie jesteście sami” – mówił do zgromadzonych Lisiński.

Mówił, że najgorszą rzeczą, jaką można zrobić człowiekowi, jest krzywdzenie go, gdy był dzieckiem. Dodał, że ofiary pedofilów w Kościele, w tym ks. Jankowskiego, chcą powołania niezależnej komisji złożonej z ekspertów, utworzenia specjalnego funduszu dla ofiar oraz dostępu do akt Kościoła

Protest zakończył się zakryciem głowy figury ks. Jankowskiego białym prześcieradłem.

Artykuł Bożeny Aksamit w poniedziałkowym „Dużym Formacie” nareszcie przerwał tamę milczenia i obojętności. Szambo, przez wiele lat trujące atmosferę w Gdańsku i w całym kraju, wylało się na ulicę – teraz truje gwałtownie i nieznośnie, lecz i nadzieja na posprzątanie większa niż kiedykolwiek.

Wszystko zależy od prezydenta Adamowicza – czy znajdzie w sobie dość siły i determinacji, aby postawić się biskupowi Głódziowi, wielkiemu obrońcy i czcicielowi Henryka Jankowskiego? Pomnik Jankowskiego musi zniknąć, a jego kult musi się definitywnie i raz na zawsze skończyć. Jeśli stanie się inaczej, oznaczać to będzie, że Kościół nie tylko jest gniazdem pedofilii, pleniącej się wśród duchowieństwa z bezprzykładną częstością, lecz czymś więcej – twierdzą zboczeńców, z której murów rzuca się żagwiami pogardy i nienawiści w ofiary zbrodniarzy w sutannach. Czym innym jest bowiem ukrywanie przestępców, w której to natchnionej czynności Kościół wyspecjalizował się prawie tak dobrze jak w wyłudzaniu publicznych pieniędzy, a czymś innym brutalne i wyzywające oddawanie czci zboczeńcom we własnym gronie.

Jaki jest Kościół, każdy widzi. Lecz państwo polskie nie może być takie – nie może ścielić się u stóp książąt Kościoła, zgadzając bez słowa na każde świństwo i płacąc każdy haracz, którego ten Lewiatan zażąda. Jeśli władza publiczna pozostawi na ulicy miasta pomnik zwyrodnialca, stanie się współuczestnikiem zbrodni, a nie tylko wasalem Rzymu, którym jest dziś tak samo jak przed wiekami.

Nikt już nie może udawać, że ma jakieś wątpliwości, czy aby ks. Jankowski, hołubiony przez kilka dekad „kapelan Solidarności”, nie jest przypadkiem tylko pomawiany przez wrogów o gwałcenie dzieci. Że Jankowski był zwyrodnialcem, psychopatą i pedofilem, wiemy już na pewno – jest na to aż nadto wiele świadectw. Wiemy jednak i więcej – to, że zboczenie i psychopatia Jankowskiego były szeroko znane gdańszczanom, a także prominentom. O tym się po prostu mówiło. A że nie było dowodów? Dowodów gwałtów może i nie było, lecz jednoznaczne objawy zaburzonej osobowości, w tym także na tle seksualnym, tajne nie były dla nikogo. Każdy, kto z Jankowskim obcował, wiedział o nim kilka rzeczy: że jest ekscentrycznym bufonem, kradnącym pieniądze przekazywane mu na kościół lub na Solidarność, i używającym ich na zakup bezprzykładnie luksusowych dóbr do własnego użytku. Każdy też widział, że jest człowiekiem prymitywnym, nieinteligentnym i pełnym nienawiści. Że wyraża się po polsku jak prostak, a jego żydożerstwo jest warte budki z piwem. Wielu też wiedziało, że otacza się nastolatkami. Może co mniej rozgarnięci nie domyślali się, że musi im płacić, i to pieniędzmi przekazanymi mu na zgoła inne cele, lecz nawet gdyby tym mniej rozgarniętym brakło znajomości życia, by do końca zrozumieć, o co chodzi, to z pewnością wiedzieli, że kręcący się po domu i nocujący w nim chłopcy to oznaka zaburzonej osobowości i zachowanie więcej niż dziwne ze strony starszego mężczyzny.

Lud wiedział i siedział cicho. Ale cicho siedzieli też najważniejsi, łącznie z Wałęsą. Samozwańczy książę Kościoła był nietykalny. Dla ludu – bo ksiądz, czyli władza, i to władza nadprzyrodzona, a dla prominentów – bo przywódca ludowy jest potęgą, którą należy mieć po swojej stronie, nawet jeśli jest chamem i prymitywem (co było jasne dla każdego, kto z Jankowskim obcował) lub wręcz zboczeńcem i zwyrodnialcem (co było wiadome zapewne tylko niektórym).

Lud złakniony chwały, który oddawał sobie cześć w osobie zboczeńca, zasługuje na politowanie. Prominenci polityczni, którzy dla własnego interesu podtrzymywali kult narcystycznego psychola, gwałciciela dzieci i sprawcy niezliczonych ludzkich dramatów – to dranie. Jedyne, co mogą dziś zrobić ci wszyscy, którzy korzystali z kultu tego fallicznego złotego cielca, sami go sprawując, to przeprosić i potępić – i Jankowskiego, i siebie samych.

Jednocześnie z upadkiem wstrętnego mitu o niezłomnym wrogu komuny i duchowym przywódcy Solidarności upada mit o rzekomym udziale Kościoła katolickiego w wyzwoleniu Polski od rządów komuny. Solidarność od początku infiltrowana była przez ludzi Rzymu – na czele z Jankowskim. To prawda. Lecz chyba nikt nie będzie tak bezczelny, by przypisać im działanie na rzecz wolnej, demokratycznej, praworządnej Polski, w której rządzi świeckie, a nie wyznaniowe prawo, zaś wszystkie wyznania traktowane są tak samo. Trzeba być zajadłym heretykiem i kłamcą, nieznającym ani doktryn kościelnych, ani kościelnych deklaracji politycznych, by tak wszeteczne zamiary Kościołowi przypisywać. Podobnie jak czymś niegodnym katolika byłoby insynuowanie, że święty Kościół nie umiał sobie ułożyć wygodnych stosunków z ową komuną, korzystając z przywilejów, o których nie mogła nawet śnić opozycja. Ale to już sprawa na inny felieton – kłamliwy mit Kościoła w służbie polskiej wolności i opiekuna demokratycznej opozycji.

Tymczasem, gdyby ktoś miał wątpliwości, czy aby wyznawcy Jankowskiego na pewno musieli być świadomi, że mają do czynienia z zaburzonym prymitywem, polecam jedno z ogólnodostępnych nagrań:

>>>

Całe przemówienie było o tym, że PO jest gorsze, niż PiS. Że prawdziwe afery to nie PiS, a PO. Kaczyński przypomniał aferę VAT, aferę hazardową, aferę Amber Gold i OLT. Zaatakował też osobiście Donalda Tuska, który „przynajmniej pośrednio” odpowiada za dwie ostatnie afery i powinno się mu postawić zarzuty. Jakie konkretnie, w swoim zwyczaju Kaczyński nie powiedział, procesowo ryzykowną insynuację zabezpieczył za to wygodnym sformułowaniem „ja nie jestem od rozstrzygania, od tego jest wymiar sprawiedliwości”.

To oni!

Także łamanie konstytucji ma być zdaniem Kaczyńskiego winą przede wszystkim PO. Prezes PiS przedstawił cały szereg zarzutów wobec Platformy w tym zakresie. Od wybory sędziów do Trybunału Konstytucyjnego pod koniec kadencji poprzedniego Sejmu, przez wejście służb do redakcji „Wprost” po „strzelanie do górników”.

Komunikat szefa PiS daje się sprowadzić do przekazu: nawet jeśli u nas zdarzają się afery, to u nich one były jeszcze większe. U nas to, co złe wynika ze statystyki – w każdej dużej grupie osób znajdą się przecież niestety jednostki niegodne – u nich z samej ich niegodziwej, moralnie zepsutej istoty. My czarne owce od razu usuwamy z naszych szeregów, oni robią ze swoich męczenników i bohaterów. Krótko mówiąc, w momencie, gdy cała Polska żyje aferą KNF, prezes odwraca uwagę i krzyczy to nie my, to oni, to oni, to oni!

Nieudolna próba przykrycia

Ktoś uwierzy w to co mówił Kaczyński? Wszyscy znamy te zarzuty wobec PO i Tuska, wielokrotnie padały one z ust polityków PiS i na łamach sprzyjających im mediów. Tych, którzy nie są do nich przekonani, piątkowe wystąpienie Kaczyńskiego raczej nie przekona. Aktyw partii – polityczny, medialny i trollersko-internetowy – otrzymuje za to przekaz dnia do powtarzania na następne kilka tygodni.

Pytanie tylko, czy powtarzanie takiego przekazu pomoże Nowogrodzkiej? Może być wręcz przeciwnie. Zamiast przykryć aferę KNF atakiem na Platformę, wystąpienie Kaczyńskiego w piątek może zamiast tego rozdmuchać plotki, że partia rządząca boi się, co przy okazji afery wyjdzie jeszcze na światło dzienne i widocznych w wewnętrznych sondażach spadków poparcia dla Nowogrodzkiej.

W piątek Kaczyński nie sprawiał bowiem wrażenia polityka, który panuje nad przekazem i sytuacją. Nie przedstawił się jako charyzmatyczny lider, równie bezczelnie cyniczne, co sprawnie odwracający kota ogonem i rozgrywający kryzys na własną korzyść. Jego atak na PO był tyleż brzydki i nieuczciwy, co desperacki. Lider PiS zachowywał się jak bokser, który przegrywa na punkty, nie potrafi zadać decydującego ciosu i w rozpaczy zaczyna gryźć przeciwnika.

Zaprezentował się też w piątek wieczorem jako polityk oderwany od problemów, jakimi żyją Polski i Polacy. Jego wystąpienie miałoby może jakiś sens w 2015 roku, gdy PiS przejmowało władzę i wypadało dokonać bilansu rządów poprzedników. Od tego czasu minęły już jednak ponad trzy lata. Mamy naprawdę zupełnie inne problemy, niż osiem lat rządów Platformy. Wiele z nich wynika z polityki PiS. Ciągle nie wiadomo na przykład, jakim szokiem dla gospodarki będą ceny elektryczności w 2019 roku. Nie jest jasne, jaki pomysł ma rząd, by ceny elektryczności nie zdusiły małych i średnich firm i budżetów uboższych gospodarstw domowych. W tych warunkach insynuacje wobec Tuska naprawdę mało kogo interesują.

Jeśli ten atak na PO miał powstrzymać widoczne w wewnętrznych sondażach spadki poparcia, to może nie zadziałać. PiS – i każda inna partia – która nie ma do zaoferowania nic, poza wiecznym rozliczaniem tego, co polityczni konkurenci robili 7 lat temu nie zasługuje, by utrzymać się przy władzy.

Polityka to nie wzajemne wsadzanie się do więzień

Piątkowe wystąpienie Kaczyńskiego było także pokazem typowej dla PiS próby kryminalizacji i całkowitej delegitymizacji politycznej opozycji. To bardzo niebezpieczny język, właściwy dla państw autorytarnych, opinia publiczna powinna być dla niego szczególnie wyczulona. Demokracja potrzebuje sporu, ten jednak potrzebuje pewnych ram, poza którymi zmienia się w totalną wojnę na wyniszczenie, destrukcyjną dla całej wspólnoty.

Demokratyczna polityka nie polega na licytowaniu się kto kogo bardziej wsadzi do więzienia po wygraniu wyborów. Taka polityka charakteryzuje państwa upadłe, nie dobrze urządzone demokracje. Radykalnie rozmija się też z realnymi potrzebami obywateli. W 2015 PiS wygrał mając do powiedzenia coś znacznie więcej niż „wina Tuska!”. Dzisiejsze wystąpienie prezesa wzmocni przypuszczenia, że 2019 może mieć niewiele więcej poza tym przekazem, atrakcyjnym tylko dla niewielkiej części ich elektoratu.

Więcej >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o stanie pisowskiego rozumu.

Kto by pomyślał, że miliony Polaków tak uwierzą w prezesa i jego partię…

Polska rzeczywistość odbija się coraz większą czkawką. Jednak to nie PiS samo w sobie mnie przeraża. Może dlatego, że od początku wiedziałam, co to za partia i jaki „kanał” nam zafunduje. Szokiem dla mnie jest postawa kilku milionów Polaków, którzy postawili na uwielbienie i wiarę. Słucham, co mówią, patrzę, jak oddają cześć prezesowi, jego dyktatorskim działaniom i uwierzyć nie mogę, że to naprawdę się dzieje. Co się stało z Polakami, którzy tak łatwo odrzucili logikę myślenia, tak bezkrytycznie uwierzyli w każde słowo?

No cóż, z jednej strony charyzma prezesa, retoryka na poziomie łatwo przyswajalnym i zrozumiałym, z drugiej zaś media publiczne, które wraz z przejęciem przez PiS rządów w Polsce, stały się tubą propagandy i kłamstwa. Przed PiS-em TVP cieszyła się dużą popularnością. „Wiadomości”, „Teleexpress”, programy publicystyczne miały sporą liczbę stałych widzów nie tylko z powodu dużej wiarygodności i rzetelności przekazu, ale i dlatego, że programy te były ogólnie dostępne, ich jakość techniczna znacznie lepsza od programów telewizji prywatnych. Dzisiaj TVP1, TVP2, TVP Info i stacje lokalne są w rękach PiS-u. Jeśli dodamy do tego telewizje typu Republika, TRWAM czy Radio Maryja, prasę propisowską i podobnego typu portale informacyjne to już powinniśmy zrozumieć, dlaczego tak łatwo przyszło zrobić ludziom wodę z mózgu.

Wierni telewidzowie dostają od Jacka Kurskiego papkę w postaci przekłamanych, ostro zmanipulowanych informacji, które mają pokazać jedno – PiS jest lekiem na całe polskie zło, PiS czuwa, PiS tworzy potęgę, PiS rządzi, radzi, nigdy nie zdradzi. Jak to głosi  telewizyjny prezes Kurski: – „Chcę, żeby ludzie poddawani praniu mózgu przez Polsat i przede wszystkim TVN, mieli prawo do prawdziwej informacji. W telewizji publicznej dostają co innego niż tam”, czyli… lud słucha, wierzy, że tak jest faktycznie i jednocześnie nawet nie próbuje weryfikować podanych przez telewizję publiczną informacji, bo po co. Przecież PiS nie kłamie, nie mataczy i mówi samą prawdę, całą prawdę, tylko prawdę.

No to popatrzmy sobie na ten „rzetelny i uczciwy” przekaz… Wszyscy pamiętamy, gdy w grudniu 2016 r. opozycja zablokowała mównicę w sali parlamentarnej, a przed Pałacem Prezydenckim i Sejmem zebrały się tłumy, protestując przeciwko forsowaniu na siłę poprawek do budżetu, ustawy dezubekizacyjnej i przede wszystkim, przeciwko planowanym zmianom, dotyczących pracy dziennikarzy w Sejmie. Telewizja publiczna alarmowała, że „Agresja i chamstwo – tyle zapamiętamy z dzisiejszej manifestacji przed Sejmem”, „Słaba frekwencja przed Sejmem pomimo nawoływań Grzegorza Schetyny do puczu, „Opozycja zapowiada łamanie prawa”. Wszystko jasne, „ci zdrajcy”, ten „zdecydowanie gorszy sort” zagraża bezpieczeństwu państwa i odbiera prawo do wolności, ale spokojnie, PiS nie pozwoli, by Polakom tej partii stała się krzywda…

Kiedy Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski artykuł 7 Traktatu UE telewizja ruszyła ostro do akcji. Pojawiły się informacje, że „unijna procedura przeciwko Polsce to także próba zmuszenia nas do przyjęcia islamskich imigrantów” i poszedł czytelny przekaz między lud, że to kara za niezłomność polskiej władzy w tej sprawie. Dorzucono jeszcze  na osłodę umęczonej polskiej duszy, że chodzi i o to iż „Berlin i Bruksela chcą zablokować reformę sądownictwa w Polsce. (…) Komisja Europejska próbuje zablokować reformy, które Prawo i Sprawiedliwość obiecało Polakom” i w ogóle to podły atak na suwerenną Polskę. Winę za podjęcie takiej decyzji ponosi oczywiście „Koalicja przeciwko Polsce – totalna opozycja i unijni biurokraci”, po czym po chwili media wskazały już konkretnych winowajców  czyli „Koalicja przeciw Polsce – Berlin, Bruksela i Platforma Obywatelska”. I lud to kupił…

21 października 2017 r. odbyła się konwencja PO, transmitowana przez TVP Info. Przekazowi temu towarzyszyły mocno rzucające się w oczy informacje na paskach typu  „Za rządów PO i PSL z budżetu państwa skradziono 250 mld zł”, „Platforma Obywatelska chce osłabić państwo poprzez likwidację urzędów wojewódzkich”, „Platforma usiłuje uciec od odpowiedzialności za afery. Afera Amber Gold, reprywatyzacyjna, hazardowa, podsłuchowa to tylko niektóre z afer obciążające PO”. Niektóre, czyli w domyśle tych afer jest od groma i trochę, ale nic to, PiS rozliczy i ukarze winnych, więc pamiętaj drogi narodzie, że PO to samo zło. I naród to zapamięta…

No i ostatnia afera, ta z Chrzanowskim i KNF w roli głównej. Pisowskie wiadomości podały informację o „dymisji szefa KNF” jako czwarty temat, po omówieniu umowy koalicyjnej w dolnośląskim sejmiku, kolejnej wizycie ministra Błaszczaka w USA, a także „grabieży 250 miliardów złotych za sprawą luki VAT, podczas rządów PO-PSL”, co oznacza, że news o Chrzanowskim żadnym istotnym newsem nie jest. Oczywiście Chrzanowski nie sugerował niczego, nie proponował przychylności w zamian za współdziałanie, a jedynie wskazał kompetentnego kandydata, który pomógłby Czarneckiemu rozwiązać problem. Autor materiału zwrócił uwagę na fakt, że dziwnym trafem taśmy z rozmowy pojawiły się w momencie, gdy  Idea Bank, inna spółka Czarneckiego, trafiła na listę ostrzeżeń publicznych, a to można odczytać jako próbę nacisku na komisję. No i co na to biedny Chrzanowski? Podał się do dymisji „w poczuciu odpowiedzialności za sprawne funkcjonowanie tej instytucji”. Tak więc proszę. Człowiek PiS-u jest krystalicznie uczciwy, oddany Polsce, a ta reszta to chłam, chcący zaszkodzić polskiej praworządności i sprawiedliwości. A tak w ogóle to afera KNF nie jest aferą PiS-u i tyle w temacie. I widz telewizji publicznej pozostaje w przekonaniu, że to jedyna i najoczywistsza prawda o całej sprawie.

Takich przykładów swobodnej interpretacji w mediach publicznych jest mnóstwo. Nie ma dnia, by nie doszło do przekłamań w pisowskich mediach, by nie czarowano ludu innym wymiarem rzeczywistości. Media opowiadają bajki, pokazując, jak to PiS uroczyście otwiera drogi, które zostały wybudowane za PO/PSL, podając to za swój sukces, ile kasy władowała ta wspaniała partia w te drogi właśnie, zupełnie pomijając kwestię ogromnych dotacji na ten cel z UE. Kłamią o relacjach z UE, o sędziach, opozycji ulicznej, wstawaniu z kolan, pozycji Polski na arenie międzynarodowej, szacunku, jaki budzimy wśród polityków światowych. Kłamią o rewelacyjnym stanie polskiej służby zdrowia, genialnej reformie edukacji, sile polskiego wojska. Nie ma takiego obszaru życia publicznego, społecznego czy politycznego, który nie byłby ostro przekłamany i zmanipulowany. Te kilka milionów Polaków, uważane przez obecnie rządzących za prawdziwy i jedyny naród polski, jest tak pełne wiary, potwierdzając tezę, iż kłamstwo powtarzane ileś razy staje się prawdą.

Gdybym spotkała złotą rybkę, która spełniłaby moje marzenie, to poprosiłabym o  jedno – Rozumie przybywaj, bo Polska ginie…

Waldemar Mystkowski pisze o zatrzymanym Wojciechu Kwaśniaku, byłym wiceszefie KNF (fragment).

I oto mamy wśród aresztowanych naszego Eliota Nessa – wcale nie przesadzam – Wojciecha Kwaśniaka, który walczył z mafijnymi układami, gdy w poprzednim KNF był wiceszefem. Walczył do tego stopnia, że nie był „nietykalny” dla lokalnych Al Caponów, mianowicie – nie podlega to raczej dyskusji – członek zarządu SKOK Wołomin nasłał na Kwaśniaka bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach.

Kwaśniak ledwo przeżył, a dzisiaj w ramach zamiatania pod dywan, w ramach pisowskiego relatywizmu prawnego i moralnego, został aresztowany. Jankes Eliot Ness miał za sobą siłę państwa i prawo, nasz Ness Kwaśniak ma przeciw sobie państwo.

Aresztowanie Kwaśniaka Andrzej S. Nartowski (prawnik z praktyką w organach spółek handlowych, publicysta, ekspert corporate governance) użył porównania i snuje oskarżycielskie przypuszczenia: – „Zatrzymać Wojciecha Kwaśniaka za SKOKi to jak papieża ekskomunikować za herezję. Potępiam tych, którzy wydali taką decyzję, i tych, co wcześniej zlecili pobicie/zabójstwo Kwaśniaka. Może to ci sami, kto wie?”

Taka jest siła odśrodkowa afery KNF, ze wszystkimi podanymi przeze mnie konsekwencjami ujętymi w metafory, ale przede wszystkim z głównym zarzutem, które samo się formułuje: państwo polskie reprezentuje zło.

Don Corleone z Nowogrodzkiej dał zielone światło – zamiatać pod dywan aferę KNF, aresztowany Eliot Ness walczący z układami mafijnymi

6 Gru

Były zastępca przewodniczącego KNF, który wsławił się nadzorem nad SKOK-ami, również został zatrzymany dzisiaj przez CBA.

Dziś rano funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali Andrzeja J., byłego przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, i sześciu były podległych mu urzędników komisji. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego KNF w latach 2011–2017 (w lutym odwołała go premier Beata Szydło na wniosek Marka Chrzanowskiego, byłego szefa KNF). Kwaśniak znany był ze swojej stanowczości nie tylko wobec nadzorowanych banków, ale także systemu SKOK, czyli spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych, które wbrew sprzeciwom PiS i środowiskom skupionym wokół senatora Grzegorza Biereckiego, twórcy SKOK, zostały włączone do nadzoru KNF w listopadzie 2013 r.

Jak mówi „Gazecie Wyborczej” mec. Jerzy Naumann, pełnomocnik m.in. Wojciecha Kwaśniaka, dzisiejsza akcja CBA zaczęła się o 6.10. Zatrzymani są właśnie przewożeni do Szczecina, a w ich mieszkaniach trwają rewizje. – To oburzające, cztery lata temu Wojciech Kwaśniak omal nie został zabity w związku z tą sprawą, dzisiaj ci, którzy zlecili zamach na niego, są na wolności, a on sam jest zatrzymany pod absurdalnymi zarzutami – mówi mec. Naumann.

Śledztwo dotyczy nadzoru nad SKOK Wołomin w latach 2012-2014 r. Prokuratura twierdzi, że zatrzymani w związku z pełnionymi funkcjami w KNF w latach 2013-2014 dopuścili się przestępstw niedopełnienia obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej w wielkich rozmiarach na szkodę Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i depozytariuszy.

Kwaśniak został w 2014 r. pobity przed swoim domem. Jak udało się ustalić, sprawcę – bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach – wynająć miał członek władz SKOK Wołomin.

Czwartkowe zatrzymanie przez CBA Andrzeja Jakubiaka, Wojciecha Kwaśniaka i pięciu innych urzędników kierujących Komisją Nadzoru Finansowego za poprzedniego rządu to skandal, który zapiera dech w piersiach.

W przypadku Kwaśniaka to również dowód podłości i cynicznego okrucieństwa aparatu sprawiedliwości państwa PiS. Dlatego zacznę od Kwaśniaka…

Pobity przez wynajętych zbirów

Wojciech Kwaśniak jest JEDYNYM urzędnikiem państwowym wysokiego szczebla, na którego po 1989 r. przestępcy SKUTECZNIE ZORGANIZOWALI ZAMACH. 16 kwietnia 2014 r. został brutalnie pobity – aż do zagrożenia życia – przez gangsterów wynajętych przez zarząd SKOK-u Wołomin. Zamach zlecili, bo o nadużyciach w SKOK-ach zawiadomił prokuraturę.

Kwaśniak z ciężkim uszkodzeniem czaszki wiele tygodni spędził w szpitalu. Nie udzielał wywiadów, nie skarżył się, nie grał bohatera. Wrócił do pracy, gdzie robił swoje aż do 2016 r., kiedy to PiS wyczyścił KNF ze wszystkich urzędników, którzy tropili nieprawidłowości w SKOK-ach.

Cztery lata po tym zamachu CBA wpada do Kwaśniaka o 6 rano z nakazem prokuratorskim. Zatrzymują go, rewidują dom, byłego wiceszefa KNF wiozą na przesłuchanie do Szczecina. Ma tam dostać zarzuty za rzekome niedopełnienie obowiązków… w sprawie SKOK-u Wołomin.

Na razie PiS – owcy myślą, że to czysta blaga, szantaż i sposób na dalszą kasę potrzebną na realizację rydzykowych inwestycji, ale mogą się mylić… Dwoją się więc i troją w pomniejszaniu znaczenia inicjatywy nielojalnego europosła. Dementują i zaprzeczają…

Trzeba bardzo współczuć marszałkowi Senatu – Stanisławowi Karczewskiemu, że zmuszony jest pleść androny, w które przecież nie powinien wierzyć.  Na pytanie, czy będzie wspólna lista do PE z powstającym ugrupowaniem, Karczewski podkreślił, że o. Tadeusz Rydzyk „w ogóle nikogo nie wystawia” i „nigdy nie ma z jego rekomendacji jakichś osób”.

„To nie o. Tadeusz Rydzyk stoi za Ruchem Prawdziwa Europa, za tą inicjatywą stoi prof. Mirosław Piotrowski, który był „nielojalnym politykiem” – powiedział nie mrugnąwszy powieką Karczewski. Mimo, że „trąbi” już o tym nieomal cała Polska dodał, że jest to drobna inicjatywa, a politycy – wymieniani jako związani z ruchem – dementują tę informacje.

„Ojciec Tadeusz Rydzyk nie jest politykiem. Znam bardzo dobrze ojca dyrektora, bardzo często z nim rozmawiam, to jest wspaniały człowiek i wiem, że na pewno nie jest inicjatorem tej partii” – zapewniał Karczewski.

Marszałek jakby nie zauważył czytelnego komunikatu Piotrowskiego skierowanego już do mediów: „Uprzejmie informuję, że w ubiegłym tygodniu, w Sądzie Okręgowym w Warszawie, złożony został wniosek o rejestrację partii politycznej o nazwie „Ruch Prawdziwa Europa”, której podstawą programową są założenia Ruchu Europa Christi”.

Na pytanie, czy będzie wspólna lista do PE z powstającym ugrupowaniem, Karczewski zapewnił, że o. Tadeusz Rydzyk „w ogóle nikogo nie wystawia” i „nigdy nie ma z jego rekomendacji jakichś osób”.

W głośnej już sprawie wypowiedział się lider Polskiego Stronnictwa Ludowego w „Fakcie”. „Stało się jasne, że środowisko związane z Radiem Maryja nie odpuści miejsc do PE. Założono partię, która jest straszakiem. Groźba użycia weta jest gorsza, niż jego użycie. Możliwe jednak, że dogadają się i razem pójdą do wyborów” – ocenił Władysław Kosinak Kamysz.

— GW O WĄTPLIWOŚCIACH WS WYNAJMU SIEDZIBY KNF – NA JEDYNCE: “Marek Chrzanowski jako szef KNF wynajął za 131,6 mln zł biurowiec – mimo zastrzeżeń działu prawnego. Odpowiednią opinię napisał radca Grzegorz Kowalczyk. Na umowę najmu nie zgadzał się departament prawny KNF. Jego dyrektor Zdzisław Osada uznał, że cena jest za wysoka – 1,07 mln zł miesięcznie za 13,9 tys. m kw. na 123 miesiące – i dwukrotnie przekraczała dotychczasowe koszty wynajmu, jakie ponosiła Komisja. Zwracał uwagę, że spółka matka właściciela Pięknej 20 mieści się na Cyprze i jest własnością podmiotów z kapitałem rosyjskim. W efekcie do skarbu państwa nie wpłyną żadne pieniądze z wynajmu. Podobne zastrzeżenia miała Prokuratoria Generalna, która musi zaopiniować umowę ze względu na dużą wartość”.
wyborcza.pl

— JAKUB MAJMUREK O RYZYKU NOWEJ PARTII NA PRAWICY: “Naprawdę, nie zdziwię się, jeśli Ruch Prawdziwej Europy nigdy w żadnych wyborach samodzielnie nie wystartuje. Jeśli okaże się, że od początku był to pomysł nie na nową siłę polityczną. A w najlepszym wypadku obliczony na to, żeby do koalicji Zjednoczonej Prawicy dodać nowy człon, a w najgorszym, by dać trochę więcej miejsc bliskim Toruniowi ludziom i przycisnąć PiS w sprawie aborcji. Pytanie, jak wiele PiS może jeszcze Toruniowi ustąpić. Partia naprawdę potrzebuje głosów z centrum, by wygrać. Jeśli wyborcy uznają, że na Nowogrodzkiej karty tak naprawdę rozdaje ojciec Rydzyk, trudno będzie nawet odtworzyć głos z 2015 roku. PiS nie może stać się „partią Rydzyka” zwłaszcza w kontekście eurowyborów. Zmobilizuje to miejski elektorat i da Koalicji Obywatelskiej zwycięstwo. Na samych mandatach w Europarlamencie PiS pewnie nie szczególnie zależy, ale klęska będzie miała ważny psychologiczny wpływ na kampanię wyborach parlamentarnych jesienią”.
wp.pl

>>>

Gang Olsena Kaczyńskiego przegrał konfrontację z instytucjami unijnymi i nami, społeczeństwem obywatelskim i niezależnymi sędziami

22 List

Krótko mówiąc: na froncie walki o sądy Nowogrodzka zarządziła odwrót.

Skąd ten zwrot w tył?

To może zaskakiwać, bo Partia Jarosława Kaczyńskiego cofa się bardzo rzadko. Jest przekonana, że samodzielna większość w Sejmie daje jej absolutne prawo, do kształtowania polskiej rzeczywistości. Zdarzało się już jednak w przeszłości, że PiS napotykał na tak wielki opór, że niezależnie od sejmowej arytmetyki musiał ustąpić.

Mimo nacisku części własnego zaplecza, obóz rządzący nie odważył się wprowadzić przepisów jeszcze bardziej utrudniających polskim kobietom dostęp do legalnej aborcji. Do zatrzymania się zmusiła PiS bezprecedensowa mobilizacja kobiet w całej Polsce. Ich protesty pokazały, że w Polsce nie ma społecznej zgody na dalsze zaostrzanie przepisów regulujących warunki przerywania ciąży. Kaczyński zrozumiał, że jeśli spróbuje ograniczyć wolność kobiet w tym zakresie, to słono za to zapłaci przy urnie wyborczej.

Także kwestii ustawy o IPN PiS zmienił stanowisko o 180 stopni. Zmianę wymusiło zderzenie się ze ścianą na arenie światowej. Zwłaszcza w jednym, szczególnie ważnym dla PiS miejscu: Waszyngtonie. Ameryka nie mogła tolerować ustawy, która pozwala ścigać jej obywateli, za korzystanie z wolności słowa i badań naukowych. PiS z kolei nie mógł pozwolić sobie na popsucie stosunków także z Amerykanami: oddalając się od Brukseli, Paryża i Berlina, rządy Szydło i Morawieckiego postawiły wszystko na amerykańską kartę. Gdy okazało się, że sprawa ustawy będzie realnym problem, blokującym polsko-amerykańskie relacje na najwyższym szczeblu, obóz rządzący zapomniał o tym, co opowiadał elektoratowi przez kilka miesięcy i wykreślił z ustawy wszystkie budzące kontrowersje przepisy.

W przypadku sądów zadziałać mogły oba czynniki: społeczna mobilizacja i impas na arenie międzynarodowej. PiS od dawna widzi, że konflikt z Brukselą prowadzi donikąd. By go załagodzić Jarosław Kaczyński dokonał w zeszłym roku roszady i zamienił ciężko radzącą sobie w Europie Beatę Szydło na Mateusza Morawieckiego. Sama zmiana jednak nie wystarczyła, konflikt się pogłębiał, radykalnie zmniejszając możliwości prowadzenia przez nas realnej gry o własne interesy w Brukseli. Co więcej, spór z Europą zmobilizował przeciw PiS miejskich wyborców – nowela ustawy o sądach może być też reakcją na dramatycznie przegrane przez kandydatów Nowogrodzkiej wybory samorządowe w miastach.

5 strategicznych odwrotów. Czyli jak PiS musi dziś zaprzeczać sam sobie

Symbol nieudolności

Krok w tył, jaki PiS robi w sprawie Sądu Najwyższego, jest politycznie nieporównanie bardziej ważki niż cofanie się partii w kwestii praw reprodukcyjnych, czy IPN. Reforma sądów miała być przecież kluczowym punktem programu PiS, oczyszczenie sądownictwa było jedną z najważniejszych obietnic „dobrej zmiany”. Fakt, że Nowogrodzka sama wycofuje się ze swoich propozycji, może uruchomić polityczne tsunami.

W najgorszym dla PiS scenariuszu, zakończona krokiem wstecz reforma sądownictwa – z masowymi protestami w obronie sądów, wetami prezydenta, konfliktem z Sądem Najwyższym i instytucjami europejskimi – może stać się symbolem nieudolności partii w oczach jej własnego elektoratu.

Oczywiście, część elektoratu będzie zawsze z PiS na dobre i na złe i kupi każdy przekaz dnia. Im PiS już tłumaczy, że ulica i zagranica przypuściły bezpardonowy atak na Polskę i, by nie dopuścić do powrotu platformerskiej Targowicy, trzeba się teraz wycofać na z góry upatrzone pozycje. Elektorat PiS nie składa się jednak wyłącznie z osób gotowych w to wierzyć – by wygrać partia potrzebuje innych grup. Np. ludzi na Kaczyńskiego głosujących z przekonaniem, że to silny człowiek, posiadający plan, jak zrobić w Polsce porządek.

Całe zamieszanie wokół SN pokazuje zaś, że nawet jeśli „Wielki Strateg” miał jakiś plan, to albo mocno go nie przemyślał albo nie był go w stanie wcielić w życie. Patrząc na całą historię PiS-owskiej reformy, widzimy dziś głównie potworny chaos, brak racjonalnej hierarchii celów, doraźne gaszenie pożarów. Jeśli sprawy personalne – wymiana Gersdorf i innych sędziów – były czymś, z czego obóz rządowy był gotów zrezygnować, to po co była trwająca półtora roku polityczna wojna domowa? Po co łamiące konstytucje przepisy? Szczucie na sędziów i konflikt z Europą?

Strat, jakie polskiej pozycji w Europie przyniosła awantura wokół sądów, nie nadrobi przy tym jedna nowela do ustawy. Trzeba je będzie odrabiać latami. Jeśli liderzy UE uznają, że reformy PiS-u ciągle łamią unijne prawo (np. przepisy o nowej Krajowej Radzie Sądownictwa), to konflikt z Komisją trwał będzie nadal. PiS „cnotę straci, a rubelka nie zarobi”. Dla wielu wyborców Prawa i Sprawiedliwości będzie to dowód, że mimo opowieści o mrocznym demiurgu nocą sterującym Polską z gabinetu na Nowogrodzkiej, nikt nie trzyma dziś w Polsce sterów. Nawet jeśli nie bardzo będą chcieli oddać ster w ręce Koalicji Obywatelskiej, to na PiS nie zagłosują, zostaną w domu.

Nie wystarczy krzyczeć, że jest się za Europą

Jeśli jednak PiS cały manewr wycofujący rozegra sprawnie, może to oznaczać spore kłopoty dla opozycji. Szczególnie wtedy, gdy konflikt z Komisją Europejską zostanie zażegnany. Europejskie elity mają naprawdę poważniejsze problemy niż praworządność w Polsce – politykę Trumpa, budżet Włochwzrost sił populistycznych na kontynencie – i mogą po prostu chcieć zakończyć sprawę na względnie honorowych warunkach. Odsunie to groźbę twardych, prawnych sankcji wobec Polski, choć w małym stopniu poprawi polityczną pozycję Polski w Unii Europejskiej.

Jeśli tak się stanie, to zniknie straszak polexitu, który w wyborach samorządowych w miastach zadziałał doskonale. Nie byłoby takiej frekwencji wśród przeciwników rządzącej partii, gdyby nie zupełnie nieprzemyślany, sabotujący kampanię własnego obozu wniosek Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o sprawdzenie zgodności Traktatu o Unii Europejskiej z polską konstytucją.

Także dwie następne kampanie wyborcze – do parlamentu europejskiego i polskiego – miały zmienić się w referendum w sprawie przyszłości Polski w UE. Jeśli Morawiecki wróci na europejskie salony, taka narracja nie będzie miała większego sensu. Opozycja, świętując, że PiS wydaje się wycofywać z demolki Sądu Najwyższego, powinna już myśleć co jeszcze będzie chciała zaoferować Polakom i Polkom za rok. Opowiadanie codziennie, że w przeciwieństwie do PiS, my jesteśmy za Europą, może nie starczyć.

PiS złożył w Sejmie ustawę, która cofa czystkę w Sądzie Najwyższym i NSA. Ale może ona uczynić bezprzedmiotową skargę Komisji Europejskiej do Trybunału Sprawiedliwości w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. PiS chce osiągnąć jeszcze więcej: doprowadzić do uniemożliwienia TSUE wydania orzeczenia w sprawie pytania prejudycjalnego SN dotyczącego legalności powołania i działania KRS.

PiS przyjął ustawę. Zablokuje tym TSUE?

PiS, dzień po przedstawieniu Komisji Europejskiej wyjaśnień, jakie kroki podjął, by wykonać zabezpieczenie tymczasowe nałożone przez Trybunał Sprawiedliwości w związku ze skargą Komisji Europejskiej, wniósł pilny projekt nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym. Ma być uchwalony na tym posiedzeniu Sejmu. Przewiduje on:

– powrót do 70 lat jako wieku stanu spoczynku i uchylenie przepisów o sędziach, których już posłano w oparciu o nie na wcześniejszą emeryturę – a więc eliminuje zarzut Komisji o arbitralnym skróceniu wieku sędziów już orzekających.

– uniemożliwienie przedłużenia orzekania ponad wiek 70 lat, a więc eliminuje kwestionowaną przez KE decyzję prezydenta o prawie sędziego do dalszego orzekania.

– daje możliwość pozostania w stanie spoczynku sędziom SN i NSA, którzy sami skorzystali z możliwości przejścia na emeryturę w wieku 65 lat, i tym, których przymusowo przeniósł prezydent, nie godząc się na ich dalsze orzekanie. Zachętą do niewracania jest przepis, że zamiast dzisiejszych 75 proc. uposażenia będą pobierać do końca życia 100 proc. Natomiast do pozostania w SN czy NSA ma ich zniechęcić konieczność zwrotu pobranego uposażenia (uposażenie sędziego w stanie spoczynku i sześciomiesięczna odprawa) za okres, w którym je pobierali, czyli do wejścia w życie właśnie przedstawionej nowelizacji (dla jednych to okres od kwietnia, dla innych – od września, gdy prezydent przeniósł ich na emeryturę przymusowo).

Polska dalej gra z TSUE na zwłokę

Czy Komisja Europejska teraz skargę wycofa?

Tej nowelizacji nie można zarzucić, że w jakikolwiek sposób sprzeciwia się zabezpieczeniu nałożonemu przez TSUE. I w ogóle unijnemu prawu. Tak więc można powiedzieć, że wraz z uchwaleniem ustawy zniknie problem przedstawiony w skardze Komisji Europejskiej. Pytanie, czy Komisja skargę wycofa? Bo przecież nie ma pewności, że PiS – kiedy np. wygra kolejne wybory – powróci do swoich pomysłów pozbywania się sędziów z sądów dowolnej instancji przez skracanie wieku stanu spoczynku czy wprowadzanie innych przepisów – np. limitu lat orzekania. Komisja może uznać, że w interesie Unii jest, by Trybunał określił standardy zachowania zasady prawa do bezstronnego sądu.

Jeśli Komisja wycofa skargę, da to PiS-owi możliwość wyjścia z twarzą wobec własnych wyborców, którzy mogą być rozczarowani, że nie „oczyścił” Sądu Najwyższego.

Czy Polska podda się orzeczeniu unijnego Trybunału

PiS upiecze jeszcze jedną pieczeń

Przy okazji tej nowelizacji w ramach wykonania zabezpieczenia TSUE PiS chce upiec jeszcze jedną pieczeń. Mianowicie art. 4 nowelizacji umarza, z mocy prawa, postępowania odwoławcze wniesione w związku z przymusowym przeniesieniem sędziów w stan spoczynku. A wśród tych postępowań jest tocząca się w Izbie Pracy SN sprawa odwoławcza sędziów SN, na tle której zadano pytanie prejudycjalne zmierzające do ustalenia, czy sposób powołania nowej KRS i jej procedowania łamie unijne standardy prawa do niezależnego sądu.

Umarzając z mocy prawa to postępowanie, PiS ma nadzieję udaremnić Trybunałowi odpowiedź na to – absolutnie kluczowe z punktu widzenia działania sądownictwa w Polsce – pytanie. Już raz taką sztuczkę wykonał: nakazał ZUS-owi wycofać z Sądu Najwyższego skargę kasacyjną, na tle której SN zadał swoje pierwsze pytanie prejudycjalne w sprawie przeniesienia sędziów na wcześniejszą emeryturę. Sędziowie jednak złożyli te same pytania na tle innych spraw. Zobaczymy, jak będzie tym razem.

PiS się cofnął, ale cele osiągnie

PiS się cofnął. Ale sprytnie. Nie „odbije” Sądu Najwyższego, ale stworzył tam dwie izby, dzięki którym może i tak osiągać cele, które sobie zamierzył: kontrolować orzecznictwo w sprawach wyborczych i innych publicznych, eliminować z zawodu, zastraszać nieposłusznych sędziów. Eliminacja „starych” sędziów SN czy NSA wcale nie była konieczna. To był raczej, charakterystyczny dla PiS, element zemsty i wygrywane propagandowo hasło „oczyszczania” z rzekomych „sędziów stanu wojennego”. Działanie głównie symboliczne. To, co PiS niewątpliwie jednak w tym boli, to fakt, że nie odbił stanowiska pierwszego prezesa SN.

Z całej sprawy półtorarocznego kryzysu wokół Sądu Najwyższego wynika morał: opór ma sens. Opór społeczny i opór sędziów. A opór sędziów sądów powszechnych wobec upolityczniania sądownictwa trwa. Na szczęście dla sądownictwa, obywateli i państwa.

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo

Jeszcze mamy w uszach zapewnienia, że deforma systemu sprawiedliwości zostanie doprowadzona do końca, a jej sercem jest Sąd Najwyższy, jeszcze mamy przed oczyma kampanię dyskredytującą „kastę sędziowską”, jeszcze unoszą się w powietrzu butne zapewnienia, iż żadna instytucja europejska, żadna „wyimaginowana wspólnota” nie będzie nam dyktować, jakie mamy mieć sądownictwo, jeszcze z naszych telewizorów nie zniknął obraz arogancji premiera, że doceniamy fundusze europejskie, które pomogą nam w naprawach chodników, jeszcze nie ochłonęliśmy z sygnałów lekceważenia instytucji europejskich, np. w postaci absencji ministra Ziobry i wysłania drobniejszego urzędnika na wysłuchanie w TSUE, a już dowiedzieliśmy się, że w końcu władze polskiego państwa ugięły się przed skumulowaną presją znacznej części społeczeństwa polskiego (demonstrantów pogardliwie zwanych „spacerowiczami”) oraz instytucji Unii Europejskiej i wycofują się z wyrzucenia sędziów SN, którzy osiągnęli 65. rok, i uznają, że kadencję I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf uważać się będzie za nieprzerwaną. Uchylone zostają przepisy, które zmuszały sędziów (65+) do przejścia w stan spoczynku. Powrócą do pracy na poprzednich warunkach.

Ruch PiS to skutek szerokich protestów w Polsce i reakcji międzynarodowej, w tym Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, m.in. w postaci zastosowania tzw. środków tymczasowych, nakazujących zawieszenie pisowskiej Ustawy o Sądzie Najwyższym.

Co by się stało, gdyby nie było nowelizacji i rząd szedł na twarde starcie z Brukselą? – zapytał dziennikarz prawicowego portalu wPolityce posła Piotrowicza z PiS (przewodniczący komisji sejmowej). Tym razem Piotrowicz jest bliski prawdy. „Przede wszystkim uprawdopodobniona byłaby teza lansowana przez opozycję, że Polska zmierza do wyjścia z UE, a doskonale wiemy, że zdecydowana większość Polaków nie chce wyjścia z Unii. Tego rodzaju działanie polityczne jest dowodem, kto wprowadza w błąd opinię publiczną”.

„Nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach UE panuje sędziokracja. Jesteśmy temu przeciwni, ale widzimy, że w Polsce mogą liczyć na przychylność w strukturach unijnych” – powiedział Piotrowicz i do pewnego stopnia ma rację: władza sądownicza w Europie jest równorzędnym partnerem w trójpodziale władz. I tak powinno być w Polsce. Wymiar sprawiedliwości został zniszczony, ale Sąd Najwyższy – ocalony. Jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, by uniezależnić wymiar sprawiedliwości od polityków i uwolnić od beneficjentów „dobrej zmiany”, takich jak Leszek Mazur, przewodniczący nowej KRS, który powiedział, że prof. Małgorzata Gersdorf będzie „ponownie” I prezes SN. Nie „ponownie”, panie przewodniczący, ponieważ nadal nią jest i nie przestała nią być. To tylko panu Mazurowi i jemu podobnym wydawało się inaczej.

Dziękujemy Ci, Europo!

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co wynika z przegranej PiS ws. Sądu Najwyższego.

Wybitnym prawnikom Sądu Najwyższego przyznano nie tylko rację – odzyskali oni autorytet, który prezes Kaczyński starał się za wszelką cenę zdeprecjonować.

Co znaczy nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, która jest przyznaniem się do ogromnej porażki PiS w kwestii reformowania sądownictwa? Przede wszystkim PiS w walce ze wszystkimi znalazł się w narożniku ringu, z którego partia Kaczyńskiego sprowadziła na Polskę nieszczęścia, ale to nie koniec porażek. Nowela ustawy dotyczy wąskiego wycinka tzw. reformy sądownictwa, która w istocie jest deformą. Na pewno to sukces I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która zostaje na stanowisku, jak nakazuje Konstytucja – do końca kadencji. Także inni sędziowie nie będą wysłani na emeryturę, aby PiS mógł powsadzać na ich miejsce posłusznych sobie prawników.

PiS nie walczy o lepsze prawo, ale o dyktowanie swoich warunków. Ostatnie słowa przed głosowaniem pilotującego ustawę posła PiS Łukasza Schreibera: – „Ustawa o Sądzie Najwyższym była zgodna z Konstytucją i traktatami unijnymi”. To świadczy, iż ciągle idą w zaparte!

Nie mieli już żadnych narzędzi do negocjowania. Politycy PiS nie pojawili się np. na debacie dotyczącej kondycji polskiego prawa w Parlamencie Europejskim, bo mieli świadomość, iż byliby zmiażdżeni i posądzeni o dążenie – słuszne! – do autokracji. A dla takich republik bananowych nie ma miejsca w projekcie unijnym.

Nowelizacją partia PiS zapewnia sobie w kontakcie z instytucjami unijnymi możliwość wyartykułowania, na czym im w tej sytuacji najbardziej zależy: – „Negocjujmy”. Tak! PiS chce negocjować bezprawie, chce tego bezprawia jak najwięcej w ramach standardów demokratycznych, chce swoje bezprawie wpisać w obyczaj prawny.

Ale tak nie da rady. Czy PiS uciszy szum dotyczący dążenia do Polexitu, do wyjścia z Unii Europejskiej? W ich mniemaniu może tak, lecz w istocie z tego nie zrezygnują. Nie mogą głośno o tym mówić, bo poparcie wśród Polaków dla Unii jest ogromne.

Ta nowela w mniemaniu PiS może mieć też na celu powstrzymanie walca o nazwie Donald Tusk, który w przyszłym roku wraz z opozycją – oby w jak najszerszej formule Koalicji Obywatelskiej – odsunie PiS od władzy. Lecz PiS czekają kolejne odsłony burzy, którą wykreowali i które niechybnie nastąpią po aferze dotyczącej Komisji Nadzoru Finansowego.

Ustawa o SN nie zadowoli Komisji Europejskiej ani TSUE, bo pytanie prejudycjalne dotyczą także Krajowej Rady Sądownictwa. PiS oddał tylko małą część praworządności. Jak to określił prof. Wojciech Sadurski: – „Jeśli złodziej wam ukradnie samochód, zegarek i psa, a następnie zwróci zegarek, to jeszcze coś zostało…”.

A zostało przywrócenie do praworządności: Trybunału Konstytucyjnego, KRS, Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, służby cywilnej, mediów publicznych etc. Ta nowela ma jeden szczegół, który wymyka się literze prawa, mianowicie autorytet Sądu Najwyższego przejmuje niejako atrybuty sądu konstytucyjnego, bo fasadowy Trybunał Konstytucyjny pod prezesowaniem Julii Przyłębskiej został kompletnie ośmieszony w kraju i za granicą.

I to jest wartość dodana tej noweli – wybitnym prawnikom Sądu Najwyższego przyznano nie tylko rację, ale odzyskali autorytet, który prezes Kaczyński starał się za wszelką cenę zdeprecjonować, wysyłając prof. Gersdorf do pracy na bazarze. PiS został zapędzony do narożnika, kwestią czasu jest, iż rzucony zostanie mu biały ręcznik. A co potem? Zobaczymy!

2/3 gangu Olsena.

PiS już wie, że może przegrać. A to znaczy, że przegra wybory

17 List

– Po wyborach mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją. Czołowi politycy PiS i PO dopiero uczą się poruszać w nowej rzeczywistości. A wygląda ona tak, że dziś opozycja może całkowicie poważnie myśleć o zwycięstwie w wyborach do Sejmu – mówi politolog Rafał Matyja.

Wojciech Maziarski analizuje sytuację PiS w kontekście afery KNF (fragment).

Błyskawicznie dymisjonując szefa KNF, pisowska ośmiornica sama sobie odgryzła zagrożoną mackę – ale to nie wystarczyło.

„Wystarczy nie kraść. Komuniści i złodzieje. Do władzy nie idzie się dla pieniędzy” – propagandowe slogany PiS-u budzą dziś tylko zażenowanie i prowokują do szyderczego chichotu. Obóz Kaczyńskiego jeszcze próbuje rozpaczliwie się bronić i wykonuje nieskładne, paniczne ruchy, ale gołym okiem widać, że to agonalne drgawki. „Dobra zmiana” poległa. Śmiertelny cios zadał jej dyktafon Leszka Czarneckiego.

Afera KNF sprawiła, że do opinii publicznej z jaskrawością nagłej błyskawicy dotarł rzeczywisty obraz sytuacji w Polsce. Obywatele uświadomili sobie, że rządzący układ zainstalował u władzy sitwę, która zinfiltrowała instytucje demokratycznego państwa. Przewidziane prawem procedury służą dziś interesom szajki udającej partię polityczną. Najważniejsze urzędy obsadzone są przez ludzi układu i nie służą dobru wspólnemu ani interesowi Rzeczypospolitej, lecz rodzinie politycznej ojca chrzestnego.

(…)

Jeszcze się pocieszają. Jeszcze próbują wlać trochę otuchy w skołatane serca swych ludzi. Zaklinają rzeczywistość, przywołując wyniki sondaży: „PiS zdecydowanym liderem! Na Zjednoczoną Prawicę chce zagłosować 34 proc. osób. Koalicja Obywatelska daleko w tyle”.

Ale tak naprawdę już wiedzą, co ich czeka.

— MAJMUREK PYTA CZY WOKÓŁ CHRZANOWSKIEGO BYŁ UKŁAD BO 40 MILIONÓW TO NIE SĄ PIENIĄDZE, KTÓRE BIERZE SIĘ DO KIESZENI: “Najważniejsze w kontekście afery KNF jest dla opozycji co innego. W czasach afery Watergate Amerykanie zadawali sobie jedno pytanie „co wiedział prezydent”. W interesie opozycji jest narzucić teraz polskiej debacie publicznej podobne: „co o działaniach Chrzanowskiego wiedziała wierchuszka PiS”? Czy działał sam? Jakie osoby z samych szczytów władzy mogły za nim stać? Dobrym puntem wyjścia do takiej narracji jest rzekoma kwota łapówki: 40 milionów złotych. To nie są pieniądze, jakie się bierze do kieszeni. Takie kwoty na ogół wyprowadza się na działalność partyjną, lewy fundusz wyborczy i tym podobne przedsięwzięcia”.
newsweek.pl

— EWA SIEDLECKA PISZE, ŻE POLSKA Z TSUE GRA NA ZWŁOKĘ: “Decyzja Trybunału w sprawie utrzymania lub zniesienia zakazu tymczasowego spodziewana jest przed przerwą świąteczną, która zaczyna się 21 grudnia. Raczej nie należy się spodziewać zniesienia zabezpieczenia. Strona polska nie przedstawiła w zasadzie żadnych argumentów na to, że nie jest ono potrzebne – poza tym, że uważa skargę KE za niesłuszną, a „reformę” Sądu Najwyższego za dobrą i nienaruszającą prawa UE. Dyskusja się powtórzy, bo za kilka dni upłynie miesiąc od nałożenia przez Trybunał na Polskę obowiązku poinformowania, po miesiącu właśnie, Trybunału „o wszystkich środkach, które przyjęła w celu pełnego zastosowania się do tego postanowienia”.
polityka.pl

Roman Giertych, pełnomocnik biznesmena Leszka Czarneckiego, zapowiedział, że złoży w prokuraturze kolejne nagranie. Tym razem ma to być nagranie wideo i ma pochodzić z lipca. Zawiera ono rozmowę Czarneckiego z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim i innymi przedstawicielami instytucji.

>>>

>>>

PiS zakłada nowy ustrój Polski – kato-nacjonalizm

12 List

11 listopada 2018 roku stało się w Warszawie coś bardzo złego. Państwo zostało zepchnięte pod prawą ścianę. Nawet jeśli na czysto symbolicznym poziomie. Państwowe uroczystości z okazji setnej rocznicy odrodzenia państwa polskiego w 1918 roku zmieniły się w paradę symboli i treści, jakich nie sposób akceptować w głównym nurcie sfery publicznej dobrze urządzonej demokracji liberalnej.

Nic nie zmienia tu fakt, że przedstawiciele rządu i prezydenta odgrodzili się od skrajnie prawicowej części tzw. Marszu Niepodległości kilometrowym kordonem. Nikt się nie nabierze na trik z dwoma marszami. Prezydent i rząd porozumieli się z narodowcami i uczynili z nich współgospodarzy państwowych uroczystości – na konto państwa i rządzącej nim pisowskiej elity idzie więc teraz wszystko to, co na marszu widzieliśmy.

Obrazy pójdą w świat

A widzieliśmy sporo rzeczy wywołujących niesmak i przerażenie. Kibolskie race oświetlające miasto, nadając mu atmosferę mrocznego parteitagu totalitarnej formacji. Palące się flagi Unii Europejskiej. Hasła o białej rasie i pracy tylko dla Polaków. Zielone sztandary ONR – totalistycznej, antydemokratycznej formacji, w latach 30. zafascynowanej Mussolinim i innymi faszyzmami.

Na zaproszenie ONR do prowadzonego przez głowę państwa marszu dołączyła brunatna międzynarodówka. Na zdjęciach widać m.in. gości z sąsiedniej Słowacji – reprezentantów kierowanej przez Martina Kotlebę Partii Ludowej Nasza Słowacja. Ugrupowania wprost odwołującego się do klerofaszystowskiej tradycji kolaborującego z Hitlerem słowackiego państwa księdza Tiso.

Z Włoch przybyli przedstawiciele formacji Forza Nuova – partii kwalifikowanej przez większość politologów jako siła neofaszystowska. Działacze FN wielokrotnie angażowali się w fizyczne ataki przeciw osobom o nie-białym kolorze skóry. Eksperci uznają partię za część skrajnie prawicowej międzynarodówki wspieranej przez Rosję – mimo wcześniejszych związków z ukraińską skrajną prawicą (Swoboda) od konfliktu w Donbasie Forza Nuova coraz bardziej zbliża się do Moskwy.

Chcą białej Europy. Kim są młodzi radykałowie, którzy chodzą w Marszu Niepodległości?

Obrazy pokazujące to wszystko pójdą teraz w świat. Zostaną zapisane na konto rządzącej partii. Niewiele pomogą tłumaczenia, że to tylko incydenty i prowokacje. Dopuszczając tzw. narodowców jako współorganizatorów marszu władze wiedziały przecież z kim paktują. Mogły spodziewać się, że pójdą wspólnie z najprawdziwszymi faszystami, wrogami Unii Europejskiej, rasistami – przecież podobne treści i środowiska obecne są na tzw. Marszach Niepodległości od lat. Narracja mówiąca, że PiS jest dziś siłą albo filtrującą ze skrajną prawicą, ale po prostu stanowiącą jej część, zyska po niedzieli mocne, wizualne dowody. Co zaszkodzi niestety nie tylko PiS, ale także Polsce – naszemu wizerunkowi w świecie i wypływającej z niego soft power.

Budapeszt w Warszawie

Na stulecie niepodległości otrzymaliśmy w prezencie od PiS najbardziej wykluczające w historii państwowe obchody. W przestrzeni publicznej, jaka popołudniu 11 listopada wytworzyła się między Rondem Dmowskiego a Stadionem Narodowym, całe niemałe grupy Polek i Polaków mogły czuć się tylko jak obywatele drugiej kategorii.

Jak do propozycji wspólnego świętowania z ONR – organizacją przed wojną odpowiedzialną za getto ławkowe i fizyczne ataki na ludność żydowską – mogli odnieść się Polacy i Polki żydowskiego pochodzenia? Jak wśród okrzyków o „białej Polsce” mieli się czuć obywatele o innym niż biały kolorze skóry? Jak wśród okrzyków „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” mogło odnaleźć się blisko 20 proc. obywateli i obywatelek o lewicowych poglądach? A przecież jedenasty listopada to bardziej ich święto, niż skrajnej prawicy. To lewica i ludowcy, nie ONR, stworzyli dwa pierwsze gabinety II RP (Daszyńskiego i Moraczewskiego), które położyły fundamenty pod prawdziwie demokratyczny, silnie progresywny społecznie ustrój nowego państwa.

W niedzielne popołudnie na chwilę spełniło się marzenie o „Budapeszcie w Warszawie”. Przynajmniej w tej jej części opanowanej przez marsz rządu i narodowców. Na terenie marszu powstała sfera publiczna bez lewicy i liberałów, zorganizowana wokół silnie nacjonalistycznych haseł i niechęci do obcych. Podzielona pomiędzy prawicę rządową, teoretycznie bardziej umiarkowaną, a tą otwarcie faszyzującą. Byłoby tragedią, gdyby tak miała wyglądać Polska.

PiS swoją decyzją o wspólnym marszu wzmacnia skrajną prawicę. W rzeczywistości jest ona nieporównanie słabsza niż było to widać w niedzielę na ulicy. Relacje z rocznicowego marszu wysyłają tyleż zafałszowany, co zdolny działać jako samospełniająca się przepowiednia komunikat o politycznej sile narodowców. Widać też wyraźnie, że partia rządząca w żaden sposób narodowców nie jest zdolna kontrolować, niczego im narzucić, skłonić do uładzenia przekazu.

Co z normalsami?

Czy ten pakt z faszyzującą prawicą zaszkodzi PiS? Obawiam się, że w polityce wewnętrznej niekoniecznie. Wręcz przeciwnie, wielki frekwencyjny sukces marszu (200-250 tysięcy osób) może odwrócić niekorzystną dla partii narrację o chaosie, jaki towarzyszył organizacji obchodów stulecia niepodległości. PiS i jego media frekwencję będą przedstawiać jako wielki sukces polityki rządu, a krytykującą sojusze rządu ze skrajną prawicą opozycję, jako ludzi, którzy niesprawiedliwie „wyzywają od faszystów ćwierć miliona Polaków”.

I faktycznie 250 tysięcy uczestników marszu jest czymś co powinno nas bardzo zaniepokoić. Z pewnością większość tych osób to nie są faszyści. Nie mają nic wspólnego ze skrajną prawicą. Ale jednocześnie to osoby, którym skrajna prawica, antyeuropejskie hasła, czy rasistowskie slogany co najmniej nie przeszkadzają. Tak duża obecność „normalsów” na marszu współorganizowanym przez takie organizacje jak ONR pokazuje, jak słaba w Polsce jest tożsamość antyfaszystowska. Co nie daje szczególnej nadziei na to, że polska opinia publiczna jakoś szczególnie będzie skłonna ukarać PiS za przesuwanie Polski pod prawą ścianę.

Trzeba teraz zastanowić się nad tym, jak znaleźliśmy się w tym miejscu. Jak oddzielić ludzi niesionych narodowym wzruszeniem i poczuciem dumy z narodowej przynależności od toksycznych, szkodliwych dla Polski ideologii. W jaki sposób odebrać faszystom patriotyzm. PiS i skupiona wokół niego prawica nie będzie w tym niestety sojusznikiem – po tych obchodach widać, że skrajnej prawicy partia Kaczyńskiego powstrzymywać nie ma najmniejszej ochoty, a kontrolować nie jest w stanie.

Zagraniczne media piszą nie tylko o 100-leciu odzyskania przez Polskę niepodległości, ale też o samym Marszu Niepodległości i jego uczestnikach. Najmniej przychylnie o Polsce wspomina propagandowa Russia Today, która ma nawet swoje kamery w Polsce.

Światowe media wspominają dzisiaj 100-lecie odzyskania niepodległości przez Polskę. Rocznica to też Marsz Niepodległości, na którym pojawiły się np. flagi ONR (mimo apeli, by zabierać ze sobą tylko flagi biało-czerwone), symbole neonazistowskie, a także race.

Zresztą te ostatnie na samym początku, na starcie marszu, zostały odpalone w takiej liczbie, że na kamerach przez chwilę niewidoczny był prezydent Andrzej Duda.

AP o włoskich faszystach i flagach ONR na Marszu Niepodległości

„New York Times” czy „Washington Post” korzystają z depeszy Associated Press, by informować o wydarzeniach w Warszawie. W tej padają słowa:

Większość osób w tłumie trzymała narodową, biało-czerwoną flagę. Ale można było zobaczyć też flagi Obozu Narodowo-Radykalnego, skrajnie prawicowej grupy, która jest jednym z głównych organizatorów [Marszu – red.]

Dalej AP pisze, że na wspólnym przemarszu pojawiły się flagi Forza Nuova (it. Nowa Siła), włoskiej grupy, której lider, Roberto Fiore wprost deklaruje się jako faszysta.

Propagandowa tuba Kremla, Russia Today o Marszu

Marsz Niepodległości w Warszawie bardzo serio potraktowała za to Russia Today, telewizja nazywana propagandową tubą Kremla. RT ma w Warszawie swoje kamery i na bieżąco relacjonuje wydarzenia w stolicy. Tutaj kadr, na którym widać flagi z neonazistowskim symbolem „czarnego słońca”, które mogli zobaczyć obserwujący nagranie z Russia Today.

Russia Today zupełnie się nie patyczkuje, informację o Marszu zatytułowała:

„Europa będzie biała”. Polscy przywódcy aprobują wielki, skrajnie prawicowy marsz w Warszawie.

Ten pierwszy cytat to zapewne nawiązanie do hasła, jakie zauważono w 2017 roku na analogicznym Marszu Niepodległości. RT wspomina też, że wspólny marsz miał sprawić, że „zaczęto się zastanawiać, czy PiS nie legitymizuje w ten sposób faszystów”.

RT idzie też dalej, bo twierdzi, że w Polsce dalej trwa strajk policjantów i pisze, że z braku funkcjonariuszy „wielu obywateli jest narażonych na ewentualną przemoc”.

Marsz Niepodległości według Al-Jazeery i Bloomberga

O Marszu Niepodległości piszą też polscy dziennikarze na łamach zagranicznych mediów. Al-Jazeera tytułuje tę informację „Polscy politycy maszerują z nacjonalistami w Dzień Niepodległości.

Natomiast w tytule Bloomberga: „Nacjonaliści skupiają się w Warszawie, gdy Polska obchodzi swoje stulecie”.

>>>

>>>

>>>

Burdel się szykuje na 100. lecie odzyskania niepodległości

9 List

A może Jarosław Kaczyński w marszu Dudy i Morawieckiego uratowałby napiętą sytuację i powstrzymał nacjonalistów?

To oznacza, że Sąd Okręgowy w Warszawie uwzględnił odwołanie złożone przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości od decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz. W środę prezydent Warszawy zakazała organizacji Marszu Niepodległości 11 listopada, który organizowany jest przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości współtworzone przez m.in. Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy. – „Przy obecnych kłopotach policji trudno uwierzyć, że uda się je zapewnić podczas marszu 11 listopada. Po drugie historia – historia Polski, a w szczególności Warszawy. Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – mówiła o swojej decyzji prezydent Warszawy.

Sędzia Michał Jakubowski z XXV wydziału cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie w uzasadnieniu uchylenia decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz mówił, że prawo do zgromadzeń jest zagwarantowane w Konstytucji. Zaznaczał, że można zakazać zgromadzenia, ale trzeba to „przekonująco uzasadnić”. – „Odnosząc się do argumentacji prezydenta Warszawy, organ gminy nie może zakazać zgromadzenia z powodu możliwości zagrożenia życia, zdrowia lub mienia w dużych rozmiarach, które mogły wynikać z tego, że 40 proc. policjantów jest na zwolnieniach lekarskich. MSWiA i Komenda Stołeczna Policji zapewniają, że mimo to są w stanie zapewnić bezpieczeństwo. Oczywiście nikt nie może przewidzieć, czy na tegorocznym marszu pojawią się hasła rasistowskie czy ksenofobiczne, ale nie możemy udowodnić, że to może zagrażać życiu czy zdrowiu” – powiedział sędzia Jakubowski.

Od postanowienia sądu przysługuje zażalenie do sądu apelacyjnego, które należy złożyć w ciągu 24 godzin od wydania postanowienia.  – Miasto stołeczne Warszawa szanuje wyroki sądów, ale mamy jeszcze ścieżkę odwoławczą. Decyzję o szczegółach dalszego postępowania w tej sprawie podejmiemy po zapoznaniu się z uzasadnieniem sądu” – powiedział Onetowi Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego Ratusza.

Czyżby szykował się jakiś mały stan wojenny? Hę?

Amerykanie przerażeni, ostrzegają swopich obywateli.

Paweł Kowal o marszu.

Więcej >>>