Tag Archives: Jacek Walewski

Furia Krystyny Pawłowicz i inne pisizmy

20 Czer

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne media. Tak też było tym razem.

Nieodkryta artystka

Czasami zastanawiam się jednak, czy pani poseł przypadkiem wszystkich nas nie nabiera. Analizując bowiem jej wpisy w mediach społecznościowych, można pokusić się nawet o wyodrębnienie charakterystycznych cech „twórczości” ulubienicy Jarosława Kaczyńskiego.

Tak, tak, z tą „twórczością” to nie żart! Tweety Pawłowicz można bowiem zakwalifikować do liryki. Ze swoim awangardowym podejściem do interpunkcji (stawianie np. przecinku po kropce) posłanka mogłaby uchodzić za jednego z najbardziej odważnych twórców gatunku. Czy to inspiracja, a wręcz pociągniecie dalej stylu Józefa Czechowicza, twórcy nostalgicznego i katastroficznego?

Uwagę zwraca podejście do wielkości liter. Tu zapewne nasza domniemana poetka daje upust swoim emocjom, ale może także podkreśla znaczenie szczególnie bliskich jej wyrazów („SZCZUCIA”, „,MACIE KREW”). Niekiedy wielkość liter pokazuje samo znaczenie wyrazu (przymiotnik „maleńkie”). Czasami mamy zaś do czynienia z innowacyjnymi skrótami dot. np. nazw znienawidzonych mediów („gazWyb”).

Niekiedy owe cechy charakterystyczne są ze sobą zestawiane („RĘKACH,ZDRAJCY. ,”). Najprawdopodobniej nie przypadkowo ma to miejsce na samym końcu utworu. Tu bowiem następuje punkt kulminacyjny, swoiste katharsis, co podbija tylko zapewne celowe odrzucenie norm języka polskiego. Majstersztyk!

Pani Krystyno, już czekamy na kontynuację!

„W przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych jednym z zadań rządu w kolejnej kadencji będzie repolonizacja mediów” – zapowiedział wicepremier Jarosław Gowin na spotkaniu w Kartuzach. Przekonywał, że rząd PiS wcale a wcale „nie ma obsesji wobec kapitału zagranicznego w mediach”. – „Super! Będzie nareszcie jak za PRL! Już nikt nie zarzuci PiS, że jesteście tylko namiastką dawnych, dobrych czasów. Mam nadzieje, że bracia Karnowscy zaczną wydawać moją ukochaną Trybunę Ludu, która będzie rzetelnie informować suwerena o sukcesach Partii. Tak trzymać!” – gorzko skomentował jeden z internautów.

„No to już wiadomo, co zrobią po wygranych wyborach… Wszystkie media mają klaskać i chwalić PiS… Wzorce ze wschodu zaczerpnięte…”; – „Repolonizacja dla nich znaczy PISonizacja, media à la TVP i Telewizja Republika Bananowa”; – „Wszędzie będzie pracować Holecka i będzie podobny obiektywizm jak w Wiadomościach TVP…”; – „Ależ nazywajmy to po imieniu – chodzi o zamach na wolność mediów. Media mają być zależne, co zagwarantuje tej władzy trwanie” – komentowali inni internauci.

Swoje komentarze na Twitterze umieścili także dziennikarze. – „Repolonizacja mediów to jedno z przyszłych zadań rządu. Ale jestem pewien, że jako wolnościowiec pan premier poprze polonizację mediów, czyli podporządkowanie ich władzy, bez radości” – napisał  Bartosz Węglarczyk z onet.pl.

„Kilkanaście dni temu napisałem do nowego Press, że jeśli PiS wygra kolejne wybory, to media patrzące władzy na ręce skończą jak te na Węgrzech. I m. in. pod płaszczykiem repolonizacji tak właśnie może się stać” – to wpis Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej”.

Androny ancymonków

Politycy wypowiedzieli się nt. biznesu Tadeusz Rydzyka w Toruniu.

Nie talent, nie szerokie horyzonty, mądrość, uczciwość, pracowitość czy wartości decydują dziś o odniesieniu sukcesu w polityce, tylko umiejętność knucia.

Intrygowanie jest dziś cechą, która najbardziej popłaca i zamienia się w złoto.
Dlatego dziwią mnie te wszystkie pytania, zadawane coraz bardziej płaczliwym tonem: co z tą polityką? I politykami? Czemu tacy pazerni, bufonowaci, skupieni na sobie i niewidzący dalej niż czubek własnego nosa?

Dlaczego polska polityka jest w takiej złej formie? Dlaczego brakuje liderów, ludzi utalentowanych, z widoczną pasją i charyzmą, pracowitych i skutecznych? Bo ci, którym o coś chodzi, którzy ciężko pracują, są zajęci w terenie i nie mają czasu siedzieć w partyjnych biurach i intrygować. Za to ci, którzy na rzecz wyborców nie pracują wcale albo bardzo mało, za to skutecznie intrygują, wygrywają i biorą wszystko. Najbardziej biorące miejsca na listach, partyjne stanowiska i eksponowane miejsca, władzę i prestiż. No i jak niby potem mają wyglądać rządy tych zwycięzców? Najbieglejszych z biegłych w knuciu?

Ano właśnie tak: moralność i wartości tylko na pokaz. Wyborcy traktowani jako nieistotny element układanki i maszynki do głosowania, a po wyborach traktowani jak zera. Polityka jako zasłona dymna do zdobywania pieniędzy i władzy, która – oprócz bogacenia się – umożliwia też znęcanie się nad ludźmi i ich kontrolowanie. Malutkie, maciupeńkie ega w natarciu, zajęte nieustannym udowadnianiem całemu światu, że są coś warte, właśnie dlatego, że nic warte nie są.

Znam historię posła, dziś podziwianego przez całą liberalną Polskę, skutecznego i pracowitego, który przez lata miał problem z przebiciem się w swojej własnej partii. Dlaczego? Ano dlatego, że liderów jego partii bardziej niż to, że poseł robi kawał dobrej roboty interesowało to, że zyskuje coraz większą popularność i może zagrozić ich pozycji. Posła na wszelkie sposoby usiłowano więc „spacyfikować” – a to nie zapraszając go do zarządu partii, a to ograniczając jego obecność w mediach, a to rzucając mu dziesiątki małych, ale dolegliwych kłód pod nogi.

„Nikt cię tak nie zniszczy jak koledzy z własnej partii” – to credo wszystkich polityków, ze wszystkich opcji, złota uniwersalna zasada, której teoretyczną skuteczność z wypiekami na twarzy ogląda się w serialach typu „Gra o tron” czy „House of cards”, ale której działanie praktyczne jeży włos na głowie na naszym własnym podwórku i w odniesieniu do nas samych.

Odróżnianie ziarna od plew zawsze było jedną z najważniejszych ludzkich umiejętności, w zasadzie decydującą o jakości życia – tak prywatnego, jak publicznego. Społeczeństwo, które nabiera się na pozory, nie wnikając w istotę sprawy, rzeczywiste kompetencje i działania swoich przedstawicieli, ich intencje, jest skazane na porażkę i rządy chciwych, podłych głupców. Dlatego zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na chciwych, głupich, płytkich polityków, zastanówmy się, kto na nich oddał głos.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

 

Reklamy

Jak pokonać PiS i Kaczyńskiego?

18 Czer

Dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza?

A dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza, na zwycięstwo demokratów w wyborach parlamentarnych?

Donald Tusk już teraz, jutro, za tydzień, składa swoj urząd w Radzie Europejskiej, wraca do Polski i przejmuje kierownictwo polityczne nowej Koalicji Demokratycznej (PO, Nowoczesna, miejmy nadzieję że też PSL i Wiosna). Jeździ po całym kraju, wygłasza swe świetne, energetyzujące przemówienia. Hasła wyborcze:

1. Porządek i nowoczesność w oświacie. Język angielski dla wszystkich, w zwiekszonym zakresie. Bałagan szkolny wprowadzony przez PiS – do ogarnięcia tylko przez opozycję.

2. Ochrona zdrowia – priorytetem.

3. Demokratyczna Polska w silnej Europie – tylko rząd Koalicji Demokratycznej odkręci zmiany, które prowadzą nas na margines Europy, skąd żadnych przyzwoitych dotacji nie dostaniemy.

Dla samego Tuska to oczywiście duże ryzyko osobiste. Jeśli Koalicja przegra – naderęży to (choc nie zniweczy) jego szanse prezydenckie. Ale co nam po Prezydencie Tusku przy rządzie PiS? A poza tym, chwila jest taka, że osobiste koszty należy odłożyć na dalszy plan.

Niesmak w UE? Nie będzie. Wszyscy zrozumieją, że nadzwyczajny czas wymaga nadzwyczajnych działań.

– Zbigniew Ziobro chce mieć swoją sędziowską policję polityczną do tego, aby wnioskować o kary dla sędziów, którzy orzekają niezgodnie z linią partii – ostrzega poseł PO Robert Kropiwnicki. Chodzi o nowych, powoływanych przez ministra rzeczników dyscyplinarnych i stosowanie wobec niepokornych sędziów represji. Jakich? M.in. przenoszenie do innego wydziału bez zgody zainteresowanego. – Nie godzimy się na zastraszanie sędziów – dodają posłowie PO. Chcą, aby sprawą zajęła się komisja sprawiedliwości.

„Kolejne podporządkowanie sędziów”

– Do tej pory rzecznicy dyscyplinarni byli poważnymi autorytetami w środowisku sędziowskim. Dzisiaj okazuje się, że stają się komisarzami partyjnymi Zbigniewa Ziobry do musztrowania sędziów w rejonach i okręgach. To jest bardzo niebezpieczna rzecz – mówił na konferencji prasowej Robert Kropiwnicki.

Poseł PO oskarża ministra sprawiedliwości o stworzenie sędziowskiej „policji politycznej” i w ten sposób kolejne podporządkowanie sędziów. – To jest rzecz niebywała, aby sędziowie mieli bać się prokuratora generalnego czy każdego innego prokuratora, który przychodzi na salę rozpraw – dodaje.

Poza tym nie ma wątpliwości, że „Zbigniew Ziobro nie dba o jakość orzecznictwa, tylko o wymiar osobistego wpływu na linię orzeczniczą poszczególnych sędziów”. A to jest niebezpieczne dla całego systemu wymiaru sprawiedliwości.

Posłowie PO będą wnioskować do komisji sprawiedliwości, aby w ramach kontroli Sejmu nad władzą wykonawczą przyjrzała się „przestrzeganiu zasady niezawisłości sędziowskiej”.

Zbigniew Ziobro stosuje represje

Powołują się na konkretny przykład sędziego, który został ukarany, bo nie zastosował się do wytycznych Zbigniewa Ziobry i jego politycznych popleczników.

To sprawa sędziego Łukasza Bilińskiego, który został przeniesiony z wydziału karnego do wydziału rodzinnego. To on orzekał w takich sprawach jak protest przed Sejmem 16 grudnia 2016 roku. Powołując się na konstytucję i międzynarodowe akty prawne uniewinnił uczestników tego zgromadzenia. Poza tym uznał, że miesięcznice smoleńskie były „prywatnymi spotkaniami”.

– Przenoszenie sędziów bez ich zgody to praktyka znana bezpośrednio z PRL-u – mówi poseł Michał Szczerba. I dodaje: – Wyrażamy nasz stanowczy sprzeciw wobec praktyk zastraszania sędziów. To niedopuszczalne. To jest też przykład tego, po co potrzebna była ministrowi możliwość powoływania własnych prezesów i wiceprezesów, aby ręcznie sterować tym, gdzie dany sędzia ma orzekać.

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).

Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).

Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.

Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.

Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Dziś, gdy większość polityków i wyborców opozycji jest zawiedziona jej wynikiem w wyborach do europarlamentu, lider PO Grzegorz Schetyna nadal się nie poddaje. „Newsweek” informuje, że partia ma plan na to, jak odbić Sejm i Senat, a także pomysł awaryjny, na wypadek jakby się to nie udało.

Komentatorzy są podzieleni. Część uważa, że Koalicja Europejska poniosła druzgocącą porażkę i na pewno przegra też jesienią. Inni widzą subtelne światełko w tunelu. To samo tyczy się członków największej partii opozycyjnej. Jedna z parlamentarzystek ze Śląska rozpowiada ponoć w kuluarach, że zgodzi się na kolejny start w wyborach do Sejmu, ale tylko pod jednym warunkiem. „Schetyna albo ja!” – mówi ponoć buńczucznie w prywatnych rozmowach. Inny polityk – tym razem z Nowoczesnej – mówi “Newsweekowi”, że trzeba postawić na “Scheta”, bo nikt inny nie podoła temu zadaniu.

Marzenia a rzeczywistość

Jasne, że lepiej byłoby gdyby obecna opozycja miała lidera, który porywa tłumy. Młodego, dobrze wyglądającego, będącego skrzyżowaniem gwiazdy filmu z uczniem Sun Tzu, twórcy słynnej „Sztuki wojny”. Rafał Trzaskowski? Nowe sondaże prezydenckie pokazują, że jego gwiazda lśni mocno, ale tylko w Warszawie. Cała Polska chce jednak kogoś bardziej swojskiego.

Z drugiej strony robienie dziś w PO przewrotu pałacowego byłoby szaleństwem i skazaniem ugrupowania na pewną klęskę. Co więc zostało? Granie tymi figurkami, które pozostały na planszy, szukanie nowych sojuszników i… przygotowywanie planu B.

Jak odbić Senat?

W obozie PO jest ponoć plan na sukces w Senacie. Sam Sejm jest ponoć nieosiągalny, więc Schetyna myśli o zbudowaniu jak najsilniejszej ekipy kandydatów do izby wyższej. W jego głowie pojawił się pomysł zaangażowania samorządowców, np. Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, Zygmunta Frankiewicza (prezydent Gliwic), Tadeusza Ferenca (prezydent Rzeszowa) czy prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Ten ostatni ponoć aktywnie pomaga liderowi PO w budowaniu tej listy.

Wspólna lista

To jednak nie wszystko. Schetyna chce, by Koalicja Obywatelska nadal istniała i to w jeszcze szerszej formule, niż miało to miejsce jesienią. Chciałby dalszej współpracy z SLD, a nawet Wiosną. Jest otwarty na PSL, ale ludowcy, jak widać po ich ostatnich ruchach, licytują bardzo wysoko. Ponoć chcą do nowego Sejmu wprowadzić aż 30 posłów, ale też obawiają się, że PO ostatecznie wchłonie wszystkich sojuszników.

Plan B

Schetyna buduje podobno też plan B, rozpisany jednak na parę aktów. Zakładając, że opozycja przegra wyścig do Sejmu, ale wygra do Senatu, może tym samym zbudować ostatni bastion do kontrataku. Jeśli do tego prezydentem zostałby ktoś z jej obozu (np. Donald Tusk), można byłoby skutecznie blokować rządy PiS. Tym samym zmusić po kilkunastu miesiącach Jarosława Kaczyńskiego do wywieszenia białej flagi i ogłoszenia nowych wyborów. To z kolei byłyby trzecią połową meczu o władze. Tym razem może ze sporą szansą na sukces zjednoczonej opozycji.

Europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski zdaje się, że usiłował zająć pierwsze miejsce w uczczeniu Jarosława Kaczyńskiego z okazji jego urodzin. Rano na Twitterze oznajmił światu: – „Dzisiaj 70 urodziny najwybitniejszego żyjącego polskiego polityka”.

„No nie może być, Donald Tusk jest przecież młodszy!” – odpowiedział mu Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych w rządzie PO-PSL.

Pozostali internauci również kpili z Krasnodębskiego: – „Nie tylko polskiego. Co tam! Pieśni o nim śpiewają nawet delfiny w oceanie. Makaki zaś przywdziewają odświętne ubranka z palmowych pnączy…”; – „Słońce galaktyki, no po prostu kryształ”; – „Dziś wszystkie ptaki, wszystkie kwiaty, wszystkie zioła, cała przyroda o Kaczyńskim głośno woła. A ty maszeruj, głośno krzycz: Niech żyje nam Wołodia Iljicz”; – „Proszę Pana. Cóż za niedoszacowanie! Może być potraktowane jako obelga! Powinno być w historii świata i okolic!”.

Krasnodębski miał sporą konkurencję, bo z życzeniami spieszyli bliżsi i dalsi współpracownicy prezesa PiS. Konta poszczególnych regionów PiS na Twitterze także pełne były życzeń dla Jarosława Kaczyńskiego. Nikt jednak „nie przebił” europosła PiS.

Pokonać PiS

30 Maj

Historyk idei, prof. Marcin Król podczas rozmowy w „Faktach po Faktach” w TVN ocenił, że dziś – nie tylko w Polsce – „mamy do czynienia ze schyłkiem” pewnej epoki – tzw. demokracji proceduralnej. „To był najwspanialszy okres w ludzkich dziejach, nie było nigdy lepiej ludziom”. Jednak „w pewnym momencie wszystko się kończy” – stwierdził. „To, czego zawzięcie broni Koalicja Europejska, czyli to co ja nazywam demokracją proceduralną, to przez pewien długi czas wspaniale działało w Europie”. Oznaczało bowiem „więcej pieniędzy, swobodniej, więcej opieki, mniej głodu”. Jak zauważył, „to było zrozumiałe przez traumę powojenną. Wszyscy chcieli bezpieczeństwa, spokoju, opieki, braku głodu, braku bezrobocia” – ocenił. Jednak teraz „to się kończy. Oczywiście, jak szybko będzie się kończyć, to tylko wróżka może powiedzieć, ale będzie się kończyć” – uważa prof. Król.

Pytany, dlaczego więcej osób zaufało ludziom Jarosława Kaczyńskiego, prof. Król odparł: – „Ja bym to w jednym zdaniu powiedział: jak się chce uwieść, to trzeba mieć albo seksapil, albo pieniądze. PiS miało pieniądze, Koalicja Europejska nie miała seksapilu. Więc czym miała uwieść? Brak propozycji programowych jest naprawdę dojmujący”. Jak dodał, „do tego doszedł element nudy”. – „Jak słucham polityków, to przestaję natychmiast. Po pierwsze, polszczyzna doprowadza mnie do straszliwej irytacji, a po drugie, nuda. Bo oni mówią w kółko to samo. Nuda to jest zabójcza rzecz. Igrzyska są niezbędne” – przyznał. Powiązał to z faktem, że Koalicja Europejska świadomie nie obiecywała szczególnie wiele swoim wyborcom. Tymczasem „w czasach upadku polityki racjonalnej” było to nie najlepsze rozwiązanie. Polska nie jest jednak odosobniona z tym problemem.  „Myślę, że cała Europa na to zachorowała. Nudne stały się Niemcy, straszna nuda panuje w Austrii, ale nawet we Francji – ocenił prof. Król. – Mamy do czynienia z czymś, co jest zjawiskiem po prostu schyłkowym”.

Jak zaznaczył rozmówca TVN, „70 lat trwała wspaniała demokracja proceduralna, u nas o wiele krócej”. Zdaniem profesora, „za późno (dla Polski – red.) przyszedł 4 czerwca i wygranie rozmów przy Okrągłym Stole”. Gdyby to było 20 lat wcześniej, trafilibyśmy na wspaniałą europejską koniunkturę, a trafiliśmy na początek zmierzchu, który „nastąpił wyraźnie w 2008 roku i to nie z powodów gospodarczych, tylko wszystko razem zaczęło się przechyla. Dzisiaj jest tak, że w żadnych kraju nie ma już stabilnej sytuacji politycznej. Nie można ludziom cały czas dawać chłodu, ludzie coraz bardziej w Europie pragną uczuć gorących w polityce. Polityka ma być czymś, co nas pociąga, a nie czymś, co nami z cicha steruje” – mówił. Prof. Król wysoko ocenił natomiast wspólnotowe doświadczenie Polski z czasów Solidarności („Jeżeli chcemy budować wspólnotę, to fenomenalnym tego przykładem była Solidarność”), a które „zostało pominięte” i niestety niedocenione.

Profesor Król odniósł się również do obecnej sytuacji w Kościele. Zapytany, czy zgadza sie z tezami z wystąpienia redaktora naczelnego „Liberté” Leszka Jażdżewskiego, który 3 maja na Uniwersytecie Warszawskim przed szefem Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, mówił między innymi, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy, stracił moralny mandat do tego, aby sprawować funkcję sumienia narodu”.Profesor przyznał, że „znacznej mierze, niestety” zgadza się z Jażdżewskim. – „Tylko bardzo wyraźnie chciałbym rozdzielić dwie rzeczy: Kościół i religię – zaznaczył. – Porażka Kościoła jest w tej chwili niesłychanie trudna do odrobienia, nie wiem jak to się uda Kościołowi, nie będę doradzał. Trzeba odnowy totalnej” – powiedział. Jednak, jak dodał, „to nie oznacza, że zmniejsza się rola potrzeby religii”. – Religia jest niezbędna w naszym życiu. (…) Dlatego, że wszyscy mamy jakąś potrzebę elementarnego kodeksu moralnego, tylko bardzo nieliczni z nas potrafią ten kodeks znaleźć w sobie”– podkreślił rozmówca TVN. Według profesora, „niemal każdy z nas ma poczucie sił metafizycznej istniejącej”. – Organizacja tego świata przez religię będzie postępować. O ile jestem pewien zmierzchu Kościoła w tej chwili, to jestem też przekonany o wzroście roli religii. To są dwie niezależne siły” – ocenił.

Prof. Król ubolewa nad zjawiskiem zaniku klasy średniej, jako tej która decydowała o konsumpcji, o wartościach – wymieniał. – To powoduje, że istotne kiedyś dla klasy średniej sposoby życia, ideały, wzory, zostały zarzucone. Przychodzą ludzi zupełnie nowi – powiedział. Zdaniem profesora, właśnie dlatego „świat w tej chwili przestaje się przejmować biednymi”. Jego zdaniem obecnie „polskiego inteligenta czeka 20 ciężkich lat”. – „Ale nie dlatego ciężkich, że będzie rządził PiS, tylko dlatego, że będzie chaos – podkreślił. – „Anglia pokazuje co się staje, kiedy kraj się rozpada. Polska się też tak rozpadnie. Czeka nas straszliwy chaos, a na ogół ludzie nie lubią chaosu. To będzie miało polityczne konsekwencje, ponieważ zaniknie poczucie bezpieczeństwa. Zanik poczucia bezpieczeństwa, który nastąpi bardzo niedługo, będzie przekładał się na radykalne nastroje także po lewej i po prawej stronie” – podsumował gość „Faktów po Faktach”.

Co dalej?
Jest to pytanie, które stawiają sobie ludzie zatroskani tym co się stało, bo te wybory przegrała przede wszystkim Polska. Coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz miękkiej uprawomocnionej wyborczym mandatem dyktatury. Nasz kraj może dołączyć do takich państw jak Węgry, Białoruś, a nawet Turcja czy Rosja. Różnice będą ilościowe. Tam też wyborów się nie fałszuje, ale reżimu przy pomocy kartki wyborczej zmienić się nie da chyba, że w nadzwyczajnych okolicznościach, których nikomu nie życzę.
Oznacza to pod wieloma względami sytuację podobną jak w PRL. Jako wieloletni emigrant wewnętrzny i więzień polityczny dobrze wiem co to oznacza. Ten koszmar jak każdy system autorytarny kiedyś się kończy, ale koszty z reguły są bardzo wysokie. Dlatego najważniejszym pytaniem dla demokratycznej opozycji jest – co dalej?

Bojkot politycznych instytucji pisowskiego państwa to minimum, które może zrobić każdy. Bronić tych obszarów, które jeszcze są niezależne, głównie samorządowych. I opozycja jeśli chce marzyć o zwycięstwie musi pozbyć się Schetyny, którego wyrzucenie, a w każdym razie pozbawienie decydującego wpływu na kampanię wyborczą oznacza minimum szans na zwycięstwo. Schetyna – powtarzam uparcie i od dawna – jest gwarantem pisowskich rządów, nie wiem świadomie czy nie, ale działa tak aby PiS nie utraciło władzy. Razem z otaczającą go kliką lizusów i nieudaczników Schetyna robi wszystko, aby pozostać liderem opozycji. Bredzi o poszerzaniu koalicji i „szukaniu rozwiązań” (miał na to cztery lata), naprawdę chodzi o przeczekanie fali krytyki. Z nim klęska jesienią jest pewna, bez niego prawdopodobna. Oznacza ona wyeliminowanie p. Schetyny z polskiej polityki to zawsze coś, ale dla Polski stanowczo cena zbyt wysoka.

Moim zdaniem liderem opozycji powinien zostać najpopularniejszy obecnie (sondaże) polityk opozycji Władysław Kosiniak-Kamysz i warto poszerzyć koalicję o polityków o chadeckich rodowodach i poglądach, fachowców, społeczników, zasłużonych w walce o demokrację, samorządowców. Nie warto angażować się w rozliczanie kampanii, to do niczego nie prowadzi i kto ma rozstrzygać? Porażka wyborcza jest faktem, jeśli Schetyna nie odejdzie należy budować koalicję bez niego. I należy zostawić w spokoju Biedronia. To nie przez niego PiS wygrało wybory. Gdyby nie Wiosna nie wiadomo czy wynik generalny w PE byłby tak dobry. Polska wprowadziła 25 zwolenników Unii do 26 lub 27 przeciwników. To nie jest katastrofa dla Unii, która te wybory wygrała, przegrała głównie Polska i tradycyjnie już Węgry. Ale przecież nie takie katastrofy przeżył nasz kraj. Czasami najciemniej jest przed świtem.

Od ogłoszenia wyników wyborów do PE aż do teraz nie byłem w stanie siąść i wyrazić swoje emocje. Zaraz po ogłoszeniu wyników kupiłem sobie butelkę czystej i wypiłem w ciągu następnej doby, tak, że żona musiała mnie rozbierać do snu. Teraz dopiero dotarło do mnie wszystko – wyniki, implikacje, napłynęły możliwe konsekwencje na jesień, która zapowiada się zbyt gorąco, by myśleć o tym na wiosnę. 6 punktów procentowych, które otrzymałem, nie wystarczy nawet, żeby porządnie się upić – ale jak się nie ma, co się lubi…

Teraz PiS nabrał nowego wiatru w żagle; wie, że na jesieni rozstrzygnie się jego być, albo nie być; że jeżeli przewali te wybory, to nigdy już tak ulubionej władzy niemal absolutnej nie odzyska, więc tylko rażący błąd będzie w stanie odwrócić tendencje.

Film Sekielskich był przereklamowany – nie liczy się, ile ma wyświetleń, tylko kto go wyświetla. Jeśli wśród tych 20 milionów widzów są influencerzy, to znaczy, że byli zbyt cicho. W mediach są rozsiane jednostki i ludzie – węzły, którzy mają gęstą sieć społeczną i wpływ realny na to, co myślą ich obserwujący. Oczywiście, że wśród tak licznej publiczności musieli być owi ludzie – słupy, ale nie spełnili swej roli. W wielu kościołach nie odczytano listu biskupów, którzy odnieśli się, za późno jak zwykle, tak do filmu, jak przede wszystkim problemu pedofilii.

Jeśli Koalicja Europejska się rozpadnie, to bardzo trudno będzie zmontować na jesień nową. Jeżeli partie centrolewicowe pójdą osobno, na pewno przewalą te wybory, tu nie mam złudzeń. Straszenie PiS-em nie działa – gwoli prawdy, daleko im do faszyzmu i jest to raczej tylko faszyzm w koncepcji gospodarczej, podobnej nieco do narodowego socjalizmu, a nie w nadbudowie ideologicznej. Oczywiście, przymykają oczy na wybryki skrajnej prawicy, ale po klęsce tej ostatniej, nie mają już młodzieżowego zaplecza – pielgrzymki faszystów na Jasną Górę się skończą. PiS wie, że suweren nie lubi skrajności, tak jak nie lubi jej statystyka – wygrywają najczęściej partie oscylujące wokół centrum z odchyleniem w prawo bądź w lewo, ale nie skrajne.

Porażka Ruchu Palikota powinna była dać do myślenia Biedroniowi, ale nie dała – społeczeństwo w kryzysie będzie się trzymać blisko KK, bo to jedyna instytucja, która się nie zmienia i daje w ten sposób złudzenie stabilności, solidności i nawet skandale pedofilskie tego nie zmienią. Daleko nam do Irlandii, gdzie KK niemal upadł, czy do Hiszpanii, niegdyś bastionu katolicyzmu, teraz niemal z pustymi kościołami. Polska miała papieża i nawet jeśli to nie jego robota, to w każdym razie KK ma mocną pozycję mimo wszystko. A mówiąc serio – granie na nucie antyklerykalnej niewiele daje. Ostrzegałem, że problem KK to nie tylko jego skandale w przestrzeni publicznej, ale pokryte rdzą dogmaty, których nie ruszymy bez porządnej wiedzy i oczytania w różnych mądrych pracach.

Oby teraz nie zaczęło się szukanie winnych porażki KO, bo to najgorsze, co koalicja mogłaby zrobić; oczywiście, należy usiąść i zastanowić się, co poszło nie tak, ale bez oskarżania kogokolwiek – zawinili wszyscy, także ja, nie starając się wyraźnie artykułować swojego stanowiska. A co poszło nie tak? Otóż problemem poprzednich rządów było niedostrzeganie socjalnych kłopotów Polaków – większość z biednych, z małych ośrodków, ze wsi, z Polski południowo-wschodniej głosowała nie przeciw KO, ale za świadczeniami, które im dała – było, nie było – partia Kaczyńskiego. Oni zagospodarowali sferę pozostawioną przez liberałów “niewidzialnej ręce rynku”, a to w świetle historii ekonomii nie działa. Ani całkowity interwencjonizm państwa, ani całkowity liberalizm wolnorynkowy nie sprawdzają się. Co się sprawdza? Cóż, swobody gospodarcze nie mogą promować tylko bardziej zaradnych, bo o tym, kto jest zaradny decyduje tyle zmiennych, że nie sposób zliczyć. I ludzie podświadomie czują, że nie jest sprawiedliwy nierówny start w życiu, jaki jest faktem. Nikt nie jest winny, że rodzi się w biednej rodzinie i niczyją zasługą nie jest, że rodzi się superinteligentnym, przystojnym macho albo kobietą sukcesu. Ludzie nieświadomie chcą, aby w razie czego ktoś im pomógł – na wolnym rynku, jeszcze ledwo wschodzącym, każdy dba o własne interesy, więc ludzie chcą, aby był dobry wujek w postaci państwa, które pomoże, a jeśli nie pomoże ofiarowanie wędki, to nie zawaha się nawet dać po prostu rybę. Nie każdy, kto otrzyma wędkę, zaraz coś złowi – jeszcze trzeba ludziom pokazać, jak łowić, gdzie i kiedy. Pewna nuta pogardy dla tych, którym gorzej w życiu poszło, istnieje i jest wyczuwalna wśród tych, którzy jeszcze wierzą w wolny rynek i jego niewidoczną rękę.

PiS postawiło na mocny program socjalny, co się bardzo ludziom biednym i średnio sytuowanym podoba. A w sferze ideologii gra na najczulszej nucie Polaków, czyli nucie kościelnej.

Jakoś tak jest, że ilekroć ktoś próbuje zrobić porządek z religią, nigdy mu się to nie udaje. Sfera uczuć religijnych – co pokazały quasi-profanacje wizerunku częstochowskiego – nie podpada pod rozum, który nie potrafi ich okiełznać. Emocje religijne – co z kolei pokazywały miesięcznice pod pałacem – biorą zawsze w tłumie, w stadzie górę. Religii nie da się racjonalnie opisać, zbadać – można albo ją przyjąć w całości i tak robi większość, albo kryć się ze swymi poglądami, albo ignorować, czyli zająć się czymś innym.

Straszenie LGBT również pomogło, ale nie tak, jak ryba dla Kowalskiego i nie tak, jak granie na emocjach zbiorowych oraz zarządzanie strachem przed “nachodźcami”. Ale znowu: lustrzane demonizowanie przez opozycję wszystkich decyzji tej władzy nie spełnia warunku racjonalności. Nie jest bowiem możliwe, aby przez cztery lata PiS podejmował same złe decyzje. Inna sprawa, że jedna zła decyzja w kluczowej kwestii unieważnia dziesięć dobrych w mniej istotnych sprawach.

Jeśli na jesieni mamy zamiar wygrać te wybory, trzeba przestać uprawiać politykę negatywną i przejść do konstruowania realnej, mocnej alternatywy dla tej władzy. Nie wystarczy krytyka, zwłaszcza ad personam i wyłącznie destruktywna. Musimy mieć wizję. Całkiem nową, ale zarazem zakorzenioną w jeszcze głębszych warstwach świadomości społecznej wizję kraju. Podpowiadam: Polska “złotego wieku”, okres renesansu i odrodzenia, czasy jagiellońskie – tolerancja, wielokulturowość i świecka nauka, czasy, kiedy na Wawelu montowano “Zygmunta”. Oby wybił nam tym razem zwycięstwo.

Przegrana Koalicji Europejskiej nadal jest obiektem analiz i jak okazuje się, głównym problemem opozycji była… niska mobilizacji jej elektoratu.

„Gazeta Wyborcza” przypomniała dziś przedwyborczy sondaż Kantar. Wynikało z niego, że KE wygrałoby z PiS jednym punktem procentowym. Nawet zakładając, że wynik byłby  trochę inny, wątpliwe, by różnica wyniosła tyle, ile ostatecznie zobaczyliśmy w poniedziałek.

„Po zapoznaniu się z tabelami wyników “Wyborcza” zauważa, że 56 proc. uprawnionych do głosowania województw popierających Koalicję deklarowało udział w wyborach, podczas gdy w województwach popierających PiS udział zapowiadało 45 proc.” – czytamy na łamach Onetu.

I faktycznie – frekwencja w województwach “propisowskich” wyniosła 45 proc. Niestety zawiodły regiony “prokoalicyjne”, gdzie zamiast 56 proc.  do urn poszło tylko 44 proc.

Największy problem KE

Głównym problemem KE jest więc… jej elektorat, który chętnie deklaruje swój udział w wyborach, ale ostatecznie w dniu wyborów omija lokale wyborcze szerokim łukiem.

“Odwrotnie wyborcy PiS: zaniżony wynik Prawa i Sprawiedliwości w exit poll Ipsos (42,4 proc. przy rzeczywistym rezultacie 45,38 proc. – red.) tłumaczył tym, że wyborcy PiS ukrywali przed ankieterami fakt, że tak właśnie głosowali” – podaje “GW”.

Jak więc opozycja powinna zmobilizować swoich ludzi? Na to pytanie powinni odpowiedzieć specjaliści – zespół złożony z socjologów oraz ekspertów ds. PR i marketingu politycznego. Ponoć z ich pomocy korzysta od lat PiS. Zresztą – jak wczoraj pisała „GW” – w sztabie partii rządzącej dokładnie analizowano, w które powiaty politycy ugrupowania powinni się udać. Pytani o podobny schemat działania działacze KE, wzruszali ponoć ramionami.

Obecnie liderzy opozycji twierdzą, że przygotowują się do jesiennej kontrofensywy i analizują popełnione błędy. Wynik np. Bartosza Arułkowicza pokazał, że działacze KE mogli uzyskiwać lepsze notowania u wyborców.

Ostateczne starcie

Jaki wynik zobaczymy jesienią? Czy KE pokona ostatecznie PiS? Przed opozycją bardzo ciężkie chwile (zwłaszcza w kontekście niezadowolenia wynikiem PSL). Najtrudniejszym jej zadaniem będzie jednak pełna mobilizacji jej zwolenników. W tym tkwi klucz do sukcesu…

Prawo PiS wzmacnia ochronę pedofilów w Kościele katolickim

16 Maj

Prawniczka prof. Monika Płatek wypowiedziała się na temat zaostrzenia – przez polityków Prawa i Spraeidliwości – prawa karnego ws. przestępstw na tle seksualnym.

Duchowni Kościoła katolickiego są niemal bezkarni ws. przestępstw na tle seksualnym. Dobitnie lekceważące podejście instytucji państwa do przestępstw księży-pedofilów obrazują statystyki.

 „Czytam projekt zmian kk druk 3451. To jest oszustwo! To nie jest o pedofilii! Jest m.in. o kradzieży tablic sam., przestępstwach przeciw mieniu, bankowych, zmowach przetargowych, kradzieżach paliw, terroryzmie. Ziobro wykorzystuje sytuację. PiS nie czyta, co uchwala” – napisał na Twitterze Sławomir Nitras. Rzeczony druk sejmowy to zgłoszony przez PiS projekt zmian w Kodeksie karnym.

Wcześniej problem, o którym pisze poseł PO, sygnalizował też jeden z internautów: – Pilny projekt zmian w prawie karnym w zakresie pedofilii stwarza okazję do zmiany szeregu innych przepisów, które zostaną przepchnięte „przy okazji”. Ofc wiecie, że czekali z tym projektem akurat na taką chwilę, w której nikt nie będzie zwracał uwagi na pozostałe zmiany”.

„To jest bat na opozycję. Jeżeli są tam niekorzystne zmiany prawa, które nie mają związku z pedofilią i nie zagłosujecie za nimi, to jeszcze przed 26.05. mogą sprzedać narrację, że KE jest przeciw karaniu pedofilii” – „Proste, jak ktoś zaprotestuje, to przypiszą mu obronę pedofilów” – komentowali internauci.

W kolejnym wpisie poseł Nitras dodał: – „Marek Kuchciński łamie Regulamin Sejmu: – Zmiany kodeksów można procedować 14 dni po przedstawieniu posłom projektu. Dzisiaj przedstawiono projekt, który zmienia ponad 100 art. kodeksu karnego. Jutro Sejm go uchwali. Dostałem karę, gdy próbowałem marszałkowi to przypomnieć”.  – „To się w pale nie mieści – kara dla posła za to, że wskazuje na przepisy, które marszałek ordynarnie łamie! Już nie można mówić, że Polska to „państwo prawa”. Co najwyżej to „państwo Prawa i Sprawiedliwości. Prywatne”!” – podsumował jeden z internautów.

„Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii” – powiedział w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” ks. T. Rydzyk, dyrektor Radia Maryja – komentując dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Redemptorysta uważa, że mamy teraz do czynienia ze zorganizowanymi działaniami wcześniej przetestowanymi już za granicą.

Stwierdził jednocześnie, że co prawda to nie usprawiedliwia niczego, ale odsetek księży wśród pedofilów „jest nikły”.

Tymczasem – jego zdaniem – z dramatu pokrzywdzonych przez księży zrobiono „przemysł pedofilii, a osoby w ten rzekomy proceder zaangażowane chcą nie tylko zarabiać na oskarżeniach o pedofilię, ale też zniszczyć Kościół”.

Toruński duchowny – wbrew oficjalnym danym – oświadczył, że przez 30 lat znaleziono tylko kilka przypadków przestępstw seksualnych wśród księży, a nikt nie mówi o tym, ile dobra dokonali ludzie Kościoła.

„To jest walka z Kościołem, obliczona na jego zniszczenie. Grzech należy wyrywać, ale nie niszczyć człowieka, nie niszczyć Kościoła” – ocenił dyrektor Radia Maryja.

Tadeusz Rydzyk nie przestaje szokować. W czasie, gdy Kościół przeprasza za akty pedofilii, on nadal atakuje.

– Pedofilia jest czymś obrzydliwym, nie ma na to słów. Zauważmy jednak, że najpierw ktoś współczesny świat od lat seksualizuje. Gdzie są głosy oburzenia przeciwko deprawacji dzieci? – przekazał za pośrednictwem „Naszego Dziennika” twórca Radia Maryja.

Dodaje, że problem pedofilii “nie może nam zasłaniać tego wszystkiego, co Kościół robi dobrego”.

– To, co dzieje się dziś, nie może nam przyćmić wielkiego dobra, które przez dwadzieścia wieków działo się za sprawą Kościoła – podkreśla o. Rydzyk.

Pycha i brak refleksji?

Z jego słowami można się zgodzić, ale jeśli mielibyśmy analizować całą historię Kościoła, można w niej znaleźć sporo innych ciemnych plam.

Na potrzeby tego tekstu darujmy sobie jednak wyciąganie wszelkich brudów kapłanów. Film „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich ponownie wywołał jednak w Polsce dyskusję na temat pedofilii w Kościele. Co zaskakujące, hierarchowie postanowili tym razem szybko posypać głowy popiołem i przeprosić za owe patologie.

Rydzyk przyjął jednak inną strategię. Pełny pychy rozpoczął wręcz atak. Twierdzi, że obecna rzeczywistość “epatuje dzieci i młodych obrzydliwościami”.

– Nie ma sztuki, ale antysztuka, nie ma pedagogiki, ale antypedagogika. Dlaczego nad tym się nie ubolewa? – uważa.

– Gdyby za tym, co dziś się dzieje, stała troska o dobro i rzeczywista chęć walki z pedofilią, pokazywano by to zjawisko w innych stanach i zawodach, mówiono, jaki procent osób w innych grupach społecznych dopuszcza się tej zbrodni. Nie usprawiedliwiamy niczego, ale trzeba mówić prawdę, że odsetek księży jest nikły – twierdzi dyrektor Radia Maryja.

“Przemysł pedofilii”

Dalsze jego słowa dotyczą już “przemysłu pedofilii” i są szczególnie skandaliczne.

– To są zorganizowane działania, które już przetestowano za granicą. Mieliśmy już maczugę antysemityzmu, nazizmu, nacjonalizmu, faszyzmu, teraz wyciągnięto maczugę pedofilii. Za tym wszystkim stoi nienawiść – dodaje.

Cios w PiS?

Rydzyk od lat jest nieoficjalnym sojusznikiem PiS. Tym razem – może nieświadomie – chyba zaszkodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ostatnimi wypowiedziami duchowny staje się bowiem obciążeniem tej wagi co odsunięty Antoni Macierewicz. Czy to świadome działania i mobilizowanie ekstremalnego elektoratu. Czy może pierwsze oznaki tracenia kontaktu z rzeczywistością?

„To największa afera finansowa ostatnich lat, która kosztowała nas wszystkich wiele miliardów złotych. Myślę, że film dokumentalny pokazujący mechanizmy i ludzi, którzy stali za tą aferą spotka się z uznaniem widzów. Tym bardziej, że tam mieszają się wpływy służb specjalnych, polityki, biznesu i mafii. Afera wciąż jest niewyjaśniona i wiele rzeczy jest jeszcze do ujawnienia” – powiedział Tomasz Sekielski w TOK FM.

„To, co ludzie PiS-u wyczyniają wokół sprawy SKOK-ów, to inżynieria kłamstwa”.

Pieniądze na dokument o SKOK-ach bracia Sekielscy chcą zebrać dzięki zbiórce publicznej. Podobnie sfinansowany został ich film „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii w polskim Kościele.

Komentarz i grafika Andrzeja Pągowskiego. Teraz już wszystko będzie inne,ale by udało się zmienić KK potrzeba odwagi i determinacji tych wszystkich ,którzy doświadczyli podobnych sytuacji…

Kaczyński robi po butach

8 Maj

Poseł Krzysztof Brejza jest w życiowej formie. W gronie czynnych polityków opozycji nikt tak sprawnie nie atakuje partii rządzącej. Teraz oberwało się samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Nowy Napoleon?

Brejza postanowił wyciągnąć trupa z szafy. Trzy lata temu lider PiS starał się w Polsce kreować na lidera europejskiego formatu, który miałby receptę na uzdrowienie – jego zdaniem chorej – Unii Europejskiej. W 2016 r. Kaczyński twierdził, że poprosił prawnika, by ten „przygotował nowe traktaty” dla europejskiego sojuszu.

Poseł PO postanowił powiedzieć „sprawdzam” i zweryfikować, ile wyszło z planów Prezesa. W tej sprawie skierował swoje kroki do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Odpowiedź musiała zmrozić zwolenników PiS. Okazuje się, że resort „nie posiada żadnych nowych informacji w tej sprawie”. Krótko mówiąc: Kaczyński zadeklarował w mediach, że zleci przygotowanie traktatów europejskich, które – ponownie: w jego rozumieniu – uzdrowią Europę. Ostateczna odpowiedź ministerstwa świetnie nadawałaby się jednak na temat nieszczególnie zabawnych filmików z Youtube’a z serii „Oczekiwania a rzeczywistość”.

Lider PiS niczym Napoleon miał wielkie ambicje, ale kończy na wyspie Św. Heleny. Polska dyplomacja jest dziś raczej skłócona z europejskimi potęgami. O sukcesie na miarę Jerzego Buzka czy Donalda Tuska żaden z polityków Zjednoczonej Prawicy nie może nawet marzyć.

Europejska rozgrywka  

Oczywiście powyższe odnosi się do obecnego rozłożenia głosów w Parlamencie Europejskim. Jeśli w kolejnym, majowym rozdaniu większość uzyskają partie eurosceptyczne, pozycja PiS w Europie może się umocnić. Pytanie brzmi jednak, czy nie będzie to oznaczało rozpoczęcia procesu rozpadu eurowspólnoty.

Unia Europejska nie jest oczywiście organizmem idealnym. Jeśli spojrzymy na nią jednak w skali obecnej geopolityki, możemy uznać, że Europa podzielona, będzie zbyt słaba, by być poważnym partnerem dla czołowych mocarstw: USA i Chin. Dlatego istotne jest przetrwanie UE. Czy to się uda? Odpowiedzią na to w sporej mierze będą nadchodzące wybory. To, na kogo Europejczycy zagłosują w tym czasie, może zadecydować o przyszłości kontynentu w wymiarze politycznym i gospodarczym na całe pokolenie.

Nagonka na Donalda Tuska w mediach publicznych, które są pokazową tubą propagandową partii rządzącej, trwa w najlepsze. Pretekstem stał się przyjazd do Polski przewodniczącego KE i wygłoszenie dwóch wykładów, na Uniwersytecie Warszawskim i poznańskim. Nie ma co, PiS boi się Tuska jak diabeł wody święconej, więc nie odpuści.

Przekaz z wczorajszych „Wiadomości” był bardzo jednoznaczny. Donald Tusk pojawił się w Polsce, bo chce namieszać i nie kryje swoich politycznych ambicji. Swoim wystąpieniem w Poznaniu nawiązał do „do ataku na polski Kościół”, bagatelizując słowa Jażdżewskiego. Mało tego, „rzetelni dziennikarze” przywołali fragment wypowiedzi Tuska z 1987 roku, gdy na pytanie, po co nam Polska, odpowiedział, że „po nic. Uważam, że Polska jest wielkim genetycznym i kulturowym obciążeniem” i „Polskość to nienormalność”. Oczywiście był to zabieg celowy, który miał pokazać jak bardzo poglądy i antypolskość przewodniczący KE są zbieżne z tym, co mówi Jażdżewski.

Oczywiście, kolejny już raz podkreślono, że za Donaldem Tuskiem stoją murem Niemcy, którzy uważają go za „najważniejszego polityka opozycji”, a tak w ogóle to ta właśnie opozycja jest winna śmierci rektora Politechniki Gdańskiej, który zmarł na zawał, zdenerwowany krytyką za udostępnienie Sali na konwencję PiS, czyli…. to wina Tuska.

Nieważne, że Donald Tusk nic nie mówi o swoim ewentualnym powrocie do polskiej polityki. Nieważne, że przyznał, iż z pewnymi tezami Jażdżewskiego się nie zgadza. Takich szczegółów Polacy nie muszą znać. Ważne, by przekonać ich, że Donald Tusk to samo zło, a jego powrót to będzie katastrofa.

No proszę, do czego posuwają się pisowskie media, gdy strach zakłóca im logikę myślenia…

Autor dwóch kontrowersyjnych książek demaskujących rzekome powiązania byłego szefa MON, zaufanego Jarosława Kaczyńskiego – Antoniego Macierewicza, nie próżnuje. Tym razem w polu zainteresowania Tomasza Piątka znalazł się obecny szef rządu Mateusz Morawiecki. 9 maja na półki księgarskie trafi książka zatytułowana „Morawiecki i jego tajemnice”.

Autor dowodzi w niej, że obecny premier jest pośrednio związany z Kremlem i Mafią Sołncewską oraz rosyjskim wywiadem dzięki powiązaniom z takimi osobami i organizacjami jak Tomasz Misiak, Adam Andruszkiewicz czy Solidarność Walcząca.

Przekonuje, że za tzw. aferą taśmową stały rosyjskie służby. Nie wyklucza, że premier zna osobiście Marka Falentę i dowodzi, że ich wspólnym znajomym jest wspomniany Misiak – który miał wprowadzać Falentę „na salony”. Pisze, że w willi biznesmena miał mieszkać Pierre Konrad Dadak, przedstawiany jako handlarz bronią i członek mafii sołncewskiej. Jak przekonuje Piątek, rządzi nią Michaił Fridman, ściśle współpracujący z rosyjskim wywiadem GRU i Kremlem.

Piątek sugeruje w swej najnowszej publikacji, że do otoczenia Putina prowadzą też rzekome powiązania Morawieckiego z politykami. Wskazuje na Adama Andruszkiewicza, powołanego niedawno na stanowisko wiceministra cyfryzacji, a który został uznany przez „organizację ekspercką Political Capital za pośrednie narzędzie Rosji”. Podobnie – Sylwester Chruszcz, który razem z nim dostał się do Sejmu z list Kukiz’15, a później dołączył do koła poselskiego „Wolni i Solidarni”, założonego przez ojca premiera. Przypomina, że przed 10 laty Chruszcz współtworzył wraz z Mateuszem Piskorskim zaplecze otwarcie prorosyjskiej partii „Zmiana”. Ten drugi od trzech lat przebywa w areszcie podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin.

Na dodatek Piątek przekonuje, że utworzona przez ojca premiera „Solidarność Walcząca” była infiltrowana przez polski, enerdowski i radziecki wywiad. Autor opisuje, jak związki polityczne i biznesowe, które w latach 80. i na początku 90. powstały wokół Mateusza Morawieckiego w dużym stopniu ukształtowały go jako ekonomistę i polityka.

Dwie poprzednie książki Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu wzbudziły liczne kontrowersje. Mimo oskarżeń o kłamstwa i manipulowanie faktami, autor nie został pozwany. Prokuratura nie podjęła też dochodzenia po zawiadomieniu, jakie w sprawie pierwszej publikacji złożył Antoni Macierewicz.

PiS nadaje ton debacie publicznej, a liberalne elity na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie

Wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, przed wykładem Donalda Tuska było ciekawym testem na dwie rzeczy. Po pierwsze na to, czy liberalne media i komentatorzy nauczyli się myśleć samodzielnie i nie biec stadnie, natychmiast, za każdym tematem i emocją, podrzucaną przez sztabowców PiS.

Po drugie, testem dla polityków, jak bardzo wciąż boją się kościoła. Część komentatorów i szef PSL, Władysław Kosiniak Kamysz ten egzamin oblali z kretesem.

Obserwując reakcje na przemówienie szefa magazynu Liberte!, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Nie powiedział niczego szokującego, nikogo nie obraził. Powiedział, jak jest i powiedział prawdę, między innymi o zachowaniu kościoła katolickiego w Polsce i jego konsekwencjach dla tej instytucji. Stał się jednak obiektem takiej nagonki, także ze strony liberalnych i lewicowych komentatorów, że nie wierząc własnym oczom, sięgnęłam do tekstu jego przemówienia jeszcze raz i przeczytałam je z wielką uwagą pod kątem wykrycia treści, które najwyraźniej na mnie robią wrażenia, ale mogły zszokować nawet rozsądnych, nowoczesnych ludzi. A nuż wykryję coś, co umknęło mi w ferworze majowych wydarzeń?

Nie znalazłam niczego.

Bo czy jakiegokolwiek rozsądnego i przytomnego człowieka zaszokować może banalne stwierdzenie, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu”?

Czy może zgorszyć skonstatowanie oczywistego faktu, iż „Polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”, a krzyża używa „jak pałki, żeby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”?

A może, pomyślałam w desperacji, Jażdżewski zasmucił oświecone liberalne głowy stwierdzeniem oczywistości, którą sami przy każdej okazji powtarzają: że trzeba zmienić zasady publicznej debaty, bo „rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje (…) nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi?”.

Chyba nie…

Cóż, wydumałam, wciąż nie mogąc w przemówieniu wytropić niczego niewłaściwego, zapewne chodzi o to, że Jażdżewski śmiał powiedzieć, że „Nie może być mowy o odnowie polityki, jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz”? . I że „ci, których łączy tylko matematyka, będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem”?

Ale nie, po stokroć nie! – przecież to wszystko jest oczywiste, proste, wręcz banalne i wcale nie powinno być tematem dyskusji! Że jest, jak powiedział, widzimy przecież wszyscy. Wystarczy otworzyć oczy. Jażdżewski nie zaatakował katolików ani kościoła (skrytykował wyłącznie kościół instytucjonalny, który zachowuje się niegodnie i faktycznie dawno już stracił moralny mandat do bycia sumieniem narodu. Zresztą, na marginesie, dlaczego miałby być sumieniem narodu? Jeśli już to najwyżej sumieniem katolików). Był ostry, z pazurem, polemiczny, ale nikogo nie obraził.

O co więc chodzi?

Czemu dostał baty z własnej, wydawałoby się, centrowej, umiarkowanej strony?

Moim zdaniem, krytycy dali się (nieświadomie oczywiście) po raz kolejny ponieść narracji PiS.

Nie chodzi o wymienianie nazwisk (nie chcę, żeby znienawidzili mnie moi szacowni koledzy), tylko o proces, który można prześledzić krok po kroku, i na który niemal natychmiast zwrócili uwagę co bystrzejsi internauci.
Proces atakowania i dezawuowania wystąpienia Donalda Tuska (jako wydarzenia, niezależnie od tego co powie lub zrobi) i jego treści.

Miał on swoją logikę i kolejność. Najpierw posłowie i sympatycy PiS w internecie i mediach próbowali umniejszyć to wydarzenie. „Tusk spodziewa się, że ludzie przyjdą na niego popatrzeć?” – wyśmiewał się na TT poseł PiS, manipulatorsko fotografując pusty placyk pod telebimem, na którym miało być emitowane przemówienie szefa RE. Zapomniał dodać, że fotkę wykonał dużo wcześniej przed planowanym czasem wystąpienia, więc brak publiki niczego nie dowodził.

Kiedy to nie chwyciło i okazało się, że na wykład przybyły tłumy i tłum czekały na wyjście Tuska z uniwersytetu, rządowa machina propagandy wyprodukowała kolejny przekaz: przemówienie miało być nudne, flaki z olejem, jakaś ekologia, nowoczesność, przyszłość, masło maślane, sam Tusk bez charyzmy i polotu, poprawny, ale nudziarz, jednym słowem, Tusk się kończy …

Po kilku godzinach okazało się, że i to nie chwyciło. Internet szalał, Anna Mierzyńska pokazała, że Donald Tusk zrobił 12 milionów „zasięgów”, a defilada wojskowa emitowana w rządowych mediach tylko cztery. Tusk zdecydowanie Polaków ciekawił i chcieli go wysłuchać.

I wtedy dopiero, jako ostatnią deskę ratunku, podrzucono sklecone naprędce z niezbyt nadającego się do tego przemówienia Jażdżewskiego (które było mocne, fajne i słuszne, ale nie padło w nim przecież nic, co dotąd by wiele razy w debacie publicznej nie wybrzmiało) hasło: Jażdżewski zaatakował kościół. W domyśle: To on, Donald Tusk, wróg Polaków pozwolił, by Jażdżewski brutalnie zaatakował kościół!

Mam wrażenie, że sami PiS-owcy podrzucali temat bez przekonania, a jednak… chwyciło! Co za radość!

Nagle przegrzał się internet i twitter, facebook i portale, rozemocjonowani liderzy opinii komentowali w studiach tv (sądząc po jakości opinii, większość z nich przemówienia Jażdżewskiego nie słyszała, ani nie czytała) – powtarzając propagandowe wrzutki sympatyków władzy.

Bo – niestety – te same argumenty, których na skrajnie prawicowych forach używali fani PiS, zostały powtórzone przez część najważniejszych liberalnych komentatorów.

A więc: moment był niewłaściwy (wiadomo, że przed wystąpieniem Donalda Tuska można było albo wygłosić pean na jego cześć, tak jak w PiS wygłasza się peany na cześć prezesa albo mówić o niczym, żeby uśpioną salę obudził dopiero DT).

Metafora o świniach (znana przecież i powszechnie używana) to atak na kościół! Obraza katolików (z tego powodu od przemówienia odciął się właśnie Kosiniak – Kamysz, który w trakcie przecież klaskał i przyznam, że byłam zażenowana patrząc na to).

Cała ta sytuacja pokazała, że ciągle jeszcze PiS nadaje ton debacie publicznej, a mające aspiracje do pokonania go liberalne elity choć werbalnie stroszą piórka, na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie.

Radziłabym zyskać nieco odwagi i wziąć sobie do serca niedawne słowa Christine Amanpour, że dziennikarz nie powinien być neutralny, tylko mówić prawdę. Ja rozszerzyłabym to po prostu na ludzi, zwłaszcza tych, którzy kształtują opinię publiczną. Nie bądźcie neutralni, poprawni. Mówcie prawdę, a wszystko będzie dobrze.

Standardy białoruskie Kaczyńskiego

27 Kwi

Czy Polacy są zadowoleni z trzech i pół roku rządów Prawa i Sprawiedliwości? O to swoich respondentów zapytali ankieterzy SW Research przygotowując sondaż dla serwisu rp.pl.

Okazuje się, że Polacy nie są już zadowoleni z rządów PiS. Trochę kłóci się to z sondażami wyborczymi…

Ponad połowa na „nie”

Większość ankietowanych – bo aż 56 proc. – negatywnie ocenia dziś trzy i pół roku rządów PiS, z czego aż 36 proc. bardzo negatywnie. Z kolei dobrą notę wystawia partii rządzącej i jej rządom 31 proc. badanych. Jednoznacznej odpowiedzi nie udzieliło 13 proc. przepytywanych. Tyle osób nie miało bowiem zdania w tej kwestii.

Kto nie lubi Jarosława Kaczyńskiego?

Okazuje się, że częściej negatywnie do PiS nastawieni są mężczyźni (57 proc.), osoby do 24 roku życia (62 proc.) oraz osoby o wykształceniu średnim i wyższym (po 57 proc.). Za partią rządzącą nie przepadają też osoby zamożniejsze, tj. badani o dochodzie netto powyżej 5000 zł (64 proc.). Co potwierdziły ostatnie wybory samorządowe, Jarosław Kaczyński i spółka pod górkę mają też w największych miastach. Tam nie popiera ich 67 proc. ankietowanych.

Najlepsze rządy w historii

W ubiegłym roku SW Research przygotowało też dla serwisu rp.pl badanie dotyczące najwyżej ocenianych rządów w historii III RP. Wyniki były zaskakujące. O ile popularność gabinetu ministrów Donalda Tuska (wysoko ceniło go aż 15 proc. ankietowanych) można tłumaczyć PR-ową sprawnością ex-lidera PO, dalsze miejsca mogły być zastanawiające i gryzą się z najnowszą sondą.

Kolejne dobrze oceniane rządy to bowiem aktualny rząd Mateusza Morawieckiego (8 proc.) oraz poprzedni rząd Beaty Szydło (7 proc.). Dopiero później znalazła się historyczna ekipa Tadeusza Morawieckiego (5,8 proc.). Krótki, ale istotny dla dziejów III RP, gabinet Jana Olszewskiego zyskał sympatię tylko 4%. Z kolei równie ważne rządy Leszka Millera docenia tylko 3,5 proc. Polaków. Reformator Jerzy Buzek, dziś święcący tryumfy jako lokomotywa wyborcza, jest pozytywnie oceniany jako premier przez 1,8 proc. ankietowanych. Najgorzej Polacy wspominają rządy Ewy Kopacz (0,7 proc.).

Co to oznacza?

Trudno jednoznacznie ocenić badanie. Niska nota dla rządów PiS kłóci się z obecnymi sondażami wyborczymi, pokazuje jednak też, że Polakom polityka socjalna przestała już wystarczać do cenienia obecnej władzy. Wysoka popularność Tuska pokazuje, że ma on wysokie szanse na prezydenturę. Dziwi też fakt, że PO w swoim marketingu politycznym tak rzadko wykorzystuje dziś zestawianie swoich rządów z rządem Morawieckiego. Może właśnie taka merytoryczna kampania pomogłaby Polakom ponownie zaufać Platformie?

Z drugiej strony zeszłoroczne badanie pokazuje, że Polacy nie cenią reformatorów i „historycznych” rządów. Gabinet Millera – pomijając aferę Rywina – zrobił dla Polski zdecydowanie zbyt wiele dobrego, by dziś tak źle go oceniać. Ojciec paru reform Jerzy Buzek też, jak widać, nie jest miło wspominany w roli szefa rządu. To niebezpieczna dla kraju lekcja dla kolejnego pokolenia polityków…

Pod osłoną nocy rządząca większość po raz kolejny nowelizowała ustawę o Sądzie Najwyższym. Oznacza to, że w ciągu niespełna półtora roku rządzący zdążyli zmienili ustawę o SN już osiem razy. Nowelizacja wyklucza możliwość wnoszenia odwołań od uchwał KRS z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego. – Idziecie na totalne zwarcie z Trybunałem Sprawiedliwości, z Unią Europejską. Z jednej strony zapewniacie, że jesteście ugrupowaniem proeuropejskim, demokratycznym, ceniącym wartości, na których Unia jest wybudowana, z drugiej krok po kroku wyciągacie cegły, na których opierają się filary zjednoczonej Europy – mówił podczas debaty w Sejmie Borys Budka z PO.

Kolejne zmiany pod osłoną nocy

Nowelizację PiS złożył tuż przed Wielkanocą, 18 kwietnia. Na wczorajszym posiedzeniu Sejm miał się nią zająć, ale niespodziewanie nowela spadła z porządku obrad, tylko po to, aby wrócić z autopoprawkami. PiS zrezygnował z części kontrowersyjnych zmian i w trybie ekspresowym przegłosował.

Zmiany, które zostały, dotyczą skarg odrzuconych kandydatów do Sądu Najwyższego. Część z nich złożyła skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego i to w tej sprawie SN zadał pytania prejudycjalne.

Obecnie zajmuje się nimi TSUE, a orzeczenie ma zostać wydane w ciągu najbliższych miesięcy. Jeszcze w  maju, przed wyborami do PE, rzecznik Trybunału przedstawi opinię, która prawdopodobnie będzie zgodna z późniejszym orzeczeniem.

TSUE bada m.in., czy wybrana przez polityków neo-KRS może stać na straży sędziowskiej niezawisłości i niezależności sądów oraz czy nową Izbę Dyscyplinarną SN nazwać można sądem w znaczeniu prawa europejskiego.

Konsekwencje nowelizacji

Zdaniem ekspertów nowelizacja ma przygotować pole pod niewygodne dla rządzącej większości orzeczenie TSUE. Przedstawiciele rządu będą mogli argumentować, że Trybunał nie ma podstaw do wydania orzeczenia, bo skargi w polskim porządku prawnym już nie istnieją.

Zmiany wywołają dodatkowo kolejne pole konfliktu z Brukselą, bo pozbawiają elementarnego prawa do odwołania się od decyzji.

– Jest środek nocy, a ci barbarzyńcy procedują zmianę ustawy o SN! I to taką, która zabiera prawo do sądu oraz unicestwia pytania prawne (prejudycjalne) zadane Trybunałowi w Luksemburgu. Choćbyście uchwalili, że w piątek jest czwartek, to i tak TSUE wyda wyrok! – skomentował nowelizację Michał Wawrykiewicz z inicjatywy Wolne Sądy.

Standardy białoruskie w Polskie

Tymczasem połowie Platformy Obywatelskiej zapytali Ministerstwo Spraw Zagranicznych o to, czy odnotowano w ciągu ostatnich 3 lat jakiekolwiek protesty w sprawie wprowadzanych zmian w systemie sądowniczym ze strony Białorusi i Rosji.

Pytanie o tyle zasadne, że zmiany, które wprowadza w sądownictwie rządząca większość, często porównywalne są do standardów wschodnich, krajów, w których panuje autorytarny model władzy, gdzie praworządność nie jest przestrzegana, podobnie jak trójpodział władzy.

– Z odpowiedzi jasno wynika, że MSZ nie odnotował jakichkolwiek protestów strony białoruskiej w sprawie naruszania trójpodziału władzy – mówił Krzysztof Brejza, pokazując pismo resortu spraw zagranicznych. Podobnie nie odnotowano sprzeciwu ze strony Federacji Rosyjskiej.

– Te dwa pisma są najlepszą pieczątką na tej „wschodniorządności” wprowadzonej przez PiS, ponieważ w tym samym czasie protestowały wszystkie państwa sąsiednie z Polską. Protestowali sędziowie z Niemiec, Czech, Litwy, Słowacji, sędziowie Trybunałów z Czech i Słowacji, protestowała Komisja Europejska. Świat Zachodu protestował, świat Wschodu milczał i akceptował, ponieważ jest to model kopiowany z Białorusi, Rosji i republik postsowieckich. W ten sposób dokonuje się Polexit – mówił w Sejmie Krzysztof Brejza.

Prokuratorski system sądownictwa

Posłowie tłumaczyli też, że obecnie, po reformach Prawa i Sprawiedliwości, Polska nie spełniłaby kryteriów kopenhaskich i tym samym nie zostałaby przyjęta do UE.

– Mamy czarno na białym, bo to przecież oficjalne dokumenty MSZ, które dowodzą, że te wszystkie organizacje, które mają w swoim statucie wpisaną praworządność, ochronę praw obywatelskich, demokratyczny ład prawny, wykluczają dziś polskie instytucje, jak chociażby neo-KRS – tłumaczył Andrzej Halicki.

Zdaniem opozycji to oznacza, że polskie sądownictwo jest wyłączne z europejskiego standardu praworządności i demokracji, a pochwała ze strony rosyjskiej dowodzi jasno, dokąd zmierza Polska pod rządami PiS.

– Prokuratorski system sądownictwa, a taki mamy w Polsce, to czysty PRL. Tak wyglądała pseudosprawiedliwość w latach 80. – mówił Halicki.

Szukacie hitlerowców wśród nauczycieli, a nie widzicie neofaszystów pod własnym nosem – mówił o politykach rządzącej większości na konwencji w Poznaniu lider Koalicji Europejskiej, przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Zapowiedział też wielki marsz organizowany przez KE w Warszawie 18 maja. – Chcemy innej Polski, Polski dla Kowalskiego, nie dla Kaczyńskiego. Wystarczy szanować ludzi, a kończy się złodziejstwa, kłamstwa i zawiść, zacznie się praca i rozsądek – mówił także.

Reprezentacja KO w Wielkopolsce

– Wystawiamy w Wielkopolsce bardzo silną reprezentację. To lista m.in. dwojga premierów. Za czasów Ewy Kopacz ratyfikowaliśmy konwencję antyprzemocową. Jest z nami też Leszek Miller, który naprawdę wprowadził Polskę do UE – mówił o w Poznaniu o lokomotywach listy wyborczej KE Grzegorz Schetyna.

Z wielkopolskich list startuje także szef regionalnych struktur PSL europoseł Andrzej Grzyb, poseł PO Jakub Rutnicki, były ambasador RP w Kanadzie Marcin Bosacki oraz adwokat, współtwórca stowarzyszenia Wolne Sądy Michał Wawrykiewicz.

Pełzający polexit

Grzegorz Schetyna, który przemawiał na konwencji jako pierwszy, sporą część wystąpienia poświęcił pozycji Polski w UE i polityce rządzącej większości. Jego zdaniem rządy PiS-u prowadzą do polexitu.

– Niektórzy łudzą się, że za rządów PiS Polska jest na marginesie Unii Europejskiej, ale to jeszcze nie jest polexit. To nieprawda. Nasz pełzający polexit trwa w najlepsze od czterech lat. PiS już nas wyprowadza z Unii Europejskiej – mówił Schetyna.

Podkreślał też, że za upartyjnianie sądów grozi nam wstrzymani środków z budżetu Unii, a projekt kolejnego budżetu jest dla Polski tragiczny, niższy od poprzedniego, wywalczonego przez koalicję Platformy i PSL o 25 mld euro. To jest cena za izolację Polski przez PiS – mówił lider PO.

Podkreślał też, że gdyby Polska dziś ubiegała się o członkostwo w UE, to nie weszłaby do wspólnoty. – Koalicja Europejska nie pozwoli na wyjście Polski z UE. Dzięki wsparciu Unii zwalczymy smog i zlikwidujemy węgiel jako paliwo do domów i mieszkań w ciągu najbliższej dekady – dodał Schetyna.

„Strajk nauczycieli nie poszedł na marne”

Lider PO odniósł się też do sytuacji w oświacie i zawieszonego dziś strajku nauczycieli.

– Czy rząd, któremu choć w najmniejszym stopniu zależałoby na edukacji, przyjąłby taką ustawę, jak w ostatni czwartek w Sejmie? Przecież cały proces legislacyjny trwał dosłownie parę godzin. Czy burmistrz ma wystawiać stopnie na świadectwach, czy prezydent ma wydawać świadectwa? Czy to jest rozwiązanie? To tak ma wyglądać system edukacji w Polsce? Serio? Taki macie pomysł na to? – pytał Grzegorz Schetyna.

– Zamiast poważnej, uczciwej rozmowy z nauczycielami propagandowa szopka na stadionie. Widzieliśmy to wczoraj. Tak nie postępuje europejski rząd. Oni już nawet nie udają, że chcą rozwiązać ten problem. Edukacja ich nie interesuje, bo tam nie mogą szukać dla siebie głosów. Szkoda im czasu na to. Dzieci i nauczyciele nie mają więc dla nich znaczenia – mówił lider PO.

– Chcę dziś powiedzieć nauczycielom: wasz protest miał sens, wasza determinacja zrobiła na nas wszystkich wielkie wrażenie. Uważnie słuchaliśmy tego, co mówiliście. Mamy największy szacunek dla was i waszej pracy. Zaraz po wyborach usiądziemy do poważnej, uczciwej rozmowy, ale już dziś bez warunków wstępnych mamy dla was propozycje, które spełnią wasze postulaty – mówił lider PO, po raz kolejny zapewniając nauczycieli, że gdy Koalicja Europejska wygra wybory, nauczyciele dostaną podwyżki, o które walczą.

W pisowskiej Polsce inteligencja powinna zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie.

Nie chcę dzisiaj odnosić się do zawieszenia strajku nauczycieli. Od wczoraj jest to temat wałkowany na okrągło przez publicystów, dziennikarzy, internautów. Każdego, kto uważa, że nie trzeba dobrze znać środowiska nauczycieli, by móc głosić swoje prawdy i oceniać. Nie o tym więc chcę pisać, jednak… właśnie strajk nauczycieli, reakcja rządu, stanowisko części obywateli, stały się dla mnie kropką nad „i”. Bo to nie o samych nauczycieli chodzi, ale o stosunek partii rządzącej do nas, inteligencji – ludzi, którzy stają się elementem zbędnym, niewygodnym, więc trzeba ich wyśmiać, zniszczyć, zastąpić produktem intelektualnym godnym życia w pisowskiej Polsce.

Dla prezesa PiS jesteśmy „wykształciuchami”. Wmawia się narodowi, że inteligencja, powstała po II wojnie światowej w czasach PRL, ma się nijak do etosu, wywodzącego się z tradycji. Prawdziwy przedstawiciel inteligencji to patriota, służący narodowi, dbający o tradycje narodowe, podnoszący poziom cywilizacyjny, troszczący się o sprawiedliwość społeczną. Taki typ wielkiego społecznika, żyjącego skromnie, dźwigającego na swych barkach odpowiedzialność za utrzymanie ciągłości narodowej. Po II wojnie światowej ta stara, dobra inteligencja została zepchnięta na margines i zastąpiono ją nową, pozbawioną szlacheckich korzeni, oddaną interesom klasowym i idei międzynarodowego proletariatu. Ot, taki przeskok, z etosu wywodzonego z tradycji w etos stricte ideologiczny. Ta nowa inteligencja, często wywodząca się ze środowisk chłopskich, robotniczych czy mieszczańskich, ma się nijak do tej, która wykrwawiała się w powstaniach, żyła na granicy ubóstwa, oddana całym sercem i duszą dobru Rzeczpospolitej.

Jaki z tego wypływa wniosek? Inteligencja, która kształciła się w czasach PRL, skażona systemem, nie jest tą prawdziwą inteligencją, która byłaby godna szacunku, która mogłaby stanowić autorytet dla dzisiejszego pokolenia Polaków. Taki właśnie przekaz puszcza pomiędzy lud prezes Kaczyński.

Ta nowa inteligencja nie ma racji bytu. To jakiś archaiczny produkt, skazany na wymarcie. To walka prezesa o przywrócenie miejsca inteligencji z odpowiednim drzewkiem genealogicznym, napuszoną legendą własnej wielkości i wartości. To jest właśnie ten myk, dzięki któremu prezes buduje podwaliny Homo PiSus, negując wszystko z poprzedniej epoki, byle tylko wyhodować takiego obywatela, takiego inteligenta, który będzie na obraz i podobieństwo wodza, który będzie posłuszny, oddany i wdzięczny.

Idąc tym tokiem rozumowania, można stwierdzić, że w czasach powojennych do 1989 roku inteligencja wykształcona na uczelniach PRL nie wniosła niczego w walkę o wolną, demokratyczną Polskę. Wielu, wielu przedstawicieli tej nowej inteligencji nic nie znaczy, nie ma prawa znaleźć się na kartach polskiej historii. Oni niczego dla Polski nie zrobili, ich osiągnięcia są nic niewarte, nic nie znaczą, są po prostu niczym. Są tylko kiepskim produktem PRL. Są tylko „wykształciuchami”, których należy wyeliminować z życia publicznego, szkalując ich, obrażając, negując.

Ciekawe, że sam prezes nie dostrzega własnej niekonsekwencji. Sam przecież otacza się ludźmi, którzy zasilili szeregi inteligencji, studiując na tych strasznych uczelniach PRL-u. Robiąc wtedy kariery naukowe, chętnie zlizując swój rozwój z ideologicznego stołu partii. Kaczyński skończył prawo i administrację w 1971 roku. Na tej samej uczelni i w tym samym czasie studiował m. in. Andrzej Rzepliński, „wykształciuch numer 1” według prezesa. Jan Żaryn ukończył historię w 1984 r., Andrzej Zybertowicz zdobył wyższe wykształcenie w 1977 r., Ryszard Czarnecki w 1986 r., Piotrowicz w 1976 r. Każdy z członków PiS, który chce się pochwalić wyższym wykształceniem, a jest już po 50–tce, zaliczył edukację w tym samym czasie, co i ci, tak dziś przez PiS, negowani.

O czym to świadczy? Odpowiedź dla mnie prosta. To właśnie prezes otoczył się „wykształciuchami”. To pojęcie idealnie pasujące do każdego, kto sprzedał etos inteligencji za partię i wodza, kto sprzedał się za marną miskę pisowskiej ideologii i demagogii. To pisowscy historycy, fałszujący polską historię. To prawnicy, stawiający prawo boskie nad ustanowionym, lekceważący Konstytucję i polskie prawo. Ot, chociażby taki magister Ziobro czy doktor Andrzej Duda, którzy uważają się za lepszych prawników od najwybitniejszych polskich autorytetów w tej dziedzinie. To lekarze, chowający uczciwość i etykę zawodową za klauzulą sumienia. Artyści, piewcy wodza, klepiący na miesięcznicach smoleńskich, wypchane po brzegi sztucznym patriotyzmem, wierszyki. Nauczyciele, którzy nad prawdziwą edukację stawiają produkcję wyrobów „prezesopodobnych”. Spece od ekonomii, finansjery, gospodarki, wbijający nam pisowską propagandę o sukcesie. To każdy, kto zaprzedał duszę PiS-owi, zapominając, że inteligencja jest motorem rozwoju społecznego, a tym samym postępu i przyszłości państwa.

A co na to lud? Ochoczo klaszcze w ręce, ciesząc się, że skończyła się epoka, w której poziom wykształcenia, dorobek naukowy, opinia w świecie, wielki szacunek tak wiele znaczyły. Ten lud uwierzył teraz, że moc jest z nim, że nie trzeba mieć odpowiedniej wiedzy czy wykształcenia w danej dziedzinie, by wypowiadać swoje zdanie, by oceniać, komentować i negować. Prawda jest tylko jedna – ich własna i nieważne, że często ten lud nie ma pojęcia, o czym w ogóle mówi. Ważne, że prezesowi to odpowiada, że pogłaszcze po główce.

Ten lud pokazał swoją wiarę podczas strajku nauczycieli, plując, hejtując, wyśmiewając i obrażając tych, którzy wychowują i edukują ich dzieci. Tak jak i ta partia udowodniła właśnie teraz, że jednym z jej celów jest walka z inteligencją. Tą inteligencją, która śmiała nie zachwycić się prezesem. Kara musi ją spotkać: wczoraj prawników, sędziów, artystów, literatów, dziennikarzy, dzisiaj nauczycieli, a jutro całą resztę. Oni muszą zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie. Nie zrealizuje do końca swego snu o potędze…

Morawiecki toczy zacięty bój o miano Pokraki nr 1

3 Kwi

Jak wynika z doniesień „Rzeczpospolitej”, minister Teresa Czerwińska odchodzi z rządu. Do zachowania stanowiska nie namówił jej ani premier Mateusz Morawiecki, ani prezes PiS Jarosław Kaczyński. „Chcieli, aby pozostała przynajmniej do majowych wyborów do PE” – mówi źródło gazety z PiS.

Super-minister, super-premier

W fotelu szefa resortu może zasiąść teraz premier Mateusz Morawiecki. Co ciekawe, odejście Czerwińskiej jest efektem braku jej zgody w kwestii obietnic socjalnych partii: „To nie będzie dymisja. Czerwińska żegna się z rządem na własną prośbę” – powiedział gazecie polityk partii rządzącej.

Nie do końca wiadomo tylko, kiedy oficjalnie pomachamy pani minister na pożegnanie. Tu informacje są sprzeczne. Niektórzy uważają, że ma to nastąpić już teraz, inni, że wytrwa jednak do wyborów do europarlamentu.

Plotki są przesadzone?

A jeszcze tydzień temu sama najbardziej zainteresowana mówiła:

Pogłoski o mojej dymisji są mocno przesadzone. Poza tym, wszystko co było do powiedzenia, jest powiedziane, pan premier zabrał głos, w związku z czym rozumiem temat jest zamknięty”.

Premier „zabrał głos” i Polacy będą mogli cieszyć się „Piątką Kaczyńskiego”, mimo tego że sam Morawiecki niedawno przyznał, że nowe programy socjalne partii napną budżet niemal do granic wytrzymałości. W całym trójkącie decydentów – Kaczyński-Morawiecki-Czerwińska – to pani minister okazuje się najbardziej odpowiedzialna. I widać, z tego powodu nie chce brać na barki nowych pomysłów prezesa.

Zmiany, zmiany, zmiany…

W PiS trwają teraz nerwowe przygotowania do rekonstrukcji rządu. Powodem jest wystawienie na listy kandydatów partii do Brukseli paru ministrów. Rzeczniczka PiS Beata Mazurek przyznała wczoraj otwarcie:

„ Nie jest mi znany termin [rekonstrukcji], więc nie odpowiem kiedy, ale mam informację, że [nastąpi to] jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”.

Na listach ugrupowania w wyborach do Brukseli znalazło się m.in. kilkoro ministrów i wiceministrów, np. wicepremier Beata Szydło, szef MSWiA Joachim Brudziński, minister MRPiPS Elżbieta Rafalska czy minister edukacji Anna Zalewska.

Efekt socjalu

Skąd w ogóle to całe socjalne szaleństwo? PiS przygotował ponoć wewnętrzne sondaże, które nie ucieszyły partii. W odpowiedzi pojawiła się wspomniana „Piątka”, na którą jednak nie chce zgodzić się Czerwińska. Wobec swojej bezsilności sama postanowiła – jak widać – odejść. Odpowiedzialni urzędnicy odchodzą z rządu. Strach się bać, jaki sort ich zastąpi…

Jan Zarosa, wojskowy prokurator, który przesłuchiwał ofiarę molestowania w Żandarmerii Wojskowej, już tego robić nie będzie. Co prawda nie dopatrzono się uchybień w jego postępowaniu, ale… interweniował zwykły poseł Jarosław Kaczyński i to wystarczyło.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości po prostu „skrobnął” odpowiednie pisemko do Ziobry i zadziałało. Prokuratorowi nie pomogło nawet to, czym wcześniej zasłynął, czyli ośmiogodzinnym przesłuchaniem przewodniczącego Rady Europy Donalda Tuska.

Fakt ten nie umknął uwadze Romana Giertycha. Mecenas jest zdania, że sytuacja ta pokazuje czarno na białym stopień zależności prokuratury od partii rządzącej.

Pyta, czy wobec tego prezes PiS interweniował także w sprawie Srebrnej? „Bo jeszcze niedawno niektórzy politycy PiS twierdzili, że jest ona niezależna” – napisał Giertych na Twitterze.

Kluczem do przywrócenia normalnego państwa jest jasny przekaz i trzeźwe myślenie.

Moim zdaniem, tak w życiu prywatnym, jak i publicznym, kluczem do powodzenia i normalności jest nazywanie spraw po imieniu. Jeśli nie nazwiesz czegoś po imieniu, to tak jakby tego nie było. Opisał to znakomicie profesor Andrzej Leder w książce „Prześniona rewolucja”, w której wskazał, że w języku polskim brak jest wręcz niekiedy słów, nie ma słów, żeby nazwać niektóre rzeczy, zjawiska. Te słowa po prostu nie istnieją.

Oczywiście konsekwencją tego jest kompletna niewiedza i dezorientacja. Nie wiemy, co się z nami dzieje, wiemy, że coś czujemy, przeżywamy, ale nie potrafimy o tym opowiedzieć ani nawet sobie tego do końca uświadomić. Nie znamy własnych granic, nie rozumiemy, gdzie one przebiegają, co wolno, a czego nie, nie wiemy, czego właściwie chcemy, choć często narzekamy i bez problemu wskazujemy, co nam się nie podoba. O niczym nie można spokojnie, normalnie, merytorycznie porozmawiać. Wypisz, wymaluj Polska.

Nie przez przypadek w Polsce karierę robi słowo „kontrowersyjny”, o którym nikt nie wie i nie potrafi powiedzieć, co ono naprawdę znaczy. Kiedy jest się kontrowersyjnym, a kiedy wyraża własne zdanie? Kto właściwie decyduje o tym, co wypada, wolno w przestrzeni publicznej, a co nie? Kiedy jest „kontrowersyjnie”, a kiedy „dziwnie” lub z kolei „ekscentrycznie”? Drugie takie słowo – to słowo „obiektywny”. Obiektywizmu domagają się wszyscy od wszystkich, nie mając zielonego pojęcia, co to właściwie znaczy.

Ludzie, którzy nie znają znaczenia słów, których używają, posługują się nimi w znaczeniu o którym myślą, że jest prawidłowe, według prawidła „bo mi się wydaje”. Efekt? Nieustanne mylenie opinii z faktami, często przy nieświadomości mówiącego, że to, co mówi jest wyrażeniem własnego zdania, a nie prawdą obiektywną. Sformułowanie „własnego zdania” to fraza umowna, bo moim zdaniem wiele postaci życia nawet nie wie, jakie ma o czymś zdanie. Ich opinia jest wypadkową kwestii zasłyszanych w mediach, rozmów ze znajomymi i rodziną, opinii życiowego partnera, środowiska itp.

Konia z rzędem temu, nawet wśród tak ważnych liderów opinii, dziennikarzy, pisarzy, polityków, prawników, celebrytów, aktorów i ludzi innych zawodów, których się słucha, kto tak naprawdę wie i rozumie, o czym mówi, wie, kiedy to mówi i z jakiego powodu i dlaczego mówi to tak, a nie inaczej tej czy innej osobie.

Od jakiegoś czasu niemal nie oglądam już telewizji. Nie powiem, że w ogóle, bo to byłaby nieprawda. Informacje, niezbędne do tego, żeby mieć konieczną w moim zawodzie i z racji zainteresowań wiedzę o świecie, czerpię ze sprawdzonych portali i gazet, starając się o rzetelność faktów i różnorodność opinii tak, żeby nabrać dystansu i móc przemyśleć sprawę.

Skończyła się moja tolerancja na ubliżanie mojej inteligencji i dobremu smakowi zapraszaniem do studiów tv ludzi bez wiedzy na temat, o którym mówią, często także niekompetentnych i życiowo, i zawodowo, wyrachowanych, głupio cwanych i agresywnych, przy których człowiek nie może usłyszeć zdania, drących się wniebogłosy, żeby zatuszować fakt bycia kompletną intelektualną amebą.

I skończyła się moja tolerancja dla prowadzących, którzy na takie rzeczy pozwalają i takich ludzi, doskonale wiedząc o ich bezwartościowości, zapraszają. Stąd mój prywatny protest, o którym wiem, że może stać się publicznym, jeśli wszyscy postąpią tak samo – dlatego, nie tracę nadziei, że któregoś dnia wszyscy po prostu wyłączymy odbiorniki i kariery medialne takich osobników i osobniczek stracą rację bytu.

Jesteśmy teraz w Polsce w trudnym momencie gospodarczym, politycznym, historycznym, kulturowym, religijnym i mentalnym. Wszystko, co mogło pójść nie tak, poszło. Rozpasany, zdemoralizowany, brunatny, mało wykształcony i kryjący przestępców–pedofilów Kościół katolicki wchodzi nam na głowę, nie kryjąc się już z tym, że własnym zdaniem powinien stać ponad prawem, bezceremonialnie wtrącając się do pisania i stanowienia ustaw.

Idzie spowolnienie gospodarcze, w którym maniakalnie zadłużający nas (nas! – bo nie siebie) nieodpowiedzialny, populistyczny rząd nie będzie umiał się odnaleźć, ponieważ myśli tylko o tym, żeby napożyczać, ile się da i kupić głosy w najbliższych wyborach. A później choćby potop.

Służby specjalne, policja i wojsko są w opłakanym stanie, wbrew napuszonym propagandowym deklaracjom. Poodchodzili stamtąd wartościowi ludzie, na kierownicze stanowiska zostało przyjętych wielu ludzi, mających chronić  partię, nie obywateli.

Władza stawia się ponad prawem i patrząc na czyny – już zaczęła wyprowadzać nas z Unii Europejskiej. Mój Boże, jak strasznie, jak niebywale, nawet jak na brudne i niskie polityczne standardy, ta władza kradnie i kłamie. Ile rzeczy, jak stadninę koni w Janowie, zniszczyła, ilu osobom naubliżała, ile poniżyła.

Nic nas nie uratuje od katastrofy, poza jasnością myśli i przekazu i szkoleniu się w nazywaniu rzeczy po imieniu. Nie wystarczy mieć rację, trzeba przekonać do niej innych. Ale żeby przekonać, trzeba samemu rozumieć, co się dzieje i dokąd to wszystko zmierza. Trzeba umieć tłumaczyć i powtarzać milion razy, krótko i prosto.

Czy są ludzie, którzy to potrafią w polityce i dziennikarstwie? Czy są tacy przywódcy?
Nie odpowiem, zostawię was z tym, ale moim zdaniem, jasna mowa i klarowne, trzeźwe myślenie to jest klucz do przywrócenia normalnego państwa.

Waldemar Mystkowski pisze o rekonstrukcji rządu.

Rząd Mateusza Morawieckiego ma być zrekonstruowany. Powiadomiła o tym rzeczniczka PiS Beata Mazurek, a nie rzeczniczka rządu – Joanna Kopcińska. Czy to coś znaczy? Tak! W PiS obowiązują zasady jak reżimach, klaszczą tak długo, aż satrapa powstrzyma aplauz na cześć swojej osoby podniesieniem ręki. Dlaczego o rekonstrukcji nie powiadomił ktoś bliski ucha Morawieckiego, jak choćby Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera, który wędruje po mediach każdego dnia?

Obawiam się, że o rekonstrukcji rządu Morawieckiego mógł wcześniej nie wiedzieć… sam Morawiecki. Świadczą o tym słowa Mazurek: – „Mam informację, że rekonstrukcja rządu nastąpi jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”. Od kogo ma informacje? Niewygodnie wszak informować, że prezes decyduje, kogo Morawiecki ma wymienić.

W PiS afera goni aferę, jedna przykrywa drugą, korupcję Kaczyńskiego przykrywa seksafera Kuchcińskiego, a tę z kolei protest nauczycieli. Nim zorientujemy się, o co chodzi w najnowszej aferze, zbliża się inna, jeszcze bardziej demolująca życie polityczne.

Wiadomym wszak jest, iż muszą być wymienieni ministrowie, którzy kandydują do Parlamentu Europejskiego i prawdopodobnie gros z nich do Brukseli się dostanie. Powinni być „zrekonstruowani”: wicepremier Beata Szydło, szef MSWiA Joachim Brudziński, szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska czy minister edukacji Anna Zalewska.

Ucieczka Brudzińskiego do PE może świadczyć, iż Kaczyński widzi delfina w Morawieckim, lecz niekoniecznie, bo prezes szykuje się do demolki w Brukseli – jak w kraju – tym razem wraz z nacjonalistami z Włoch, Hiszpanii i innych krajów, z którymi niedawno się spotkał. A Brudziński to jego herold zniszczenia. Zalewska z kolei musi brać nogi za pas, bo szkolnictwo w kraju w upadku, a nauczyciele zamiast w budynkach szkół domagają się normalności na ulicy.

Nie ekscytujmy się więc rekonstrukcją, bo na miejsce ustępujących przyjdą podobni im niewydarzeńcy. Władza PiS gromadzi tylko takich, którzy potrafią wszystko zepsuć, czego się dotkną. Dżuma zostanie wymieniona na cholerę, co kiedyś zdefiniował sam Morawiecki przy innej okazji.

Bardziej interesująca niż rekonstrukcja rządu będzie jesienna wymiana rządzących, gdy PiS zostanie wymieniony na Koalicję Obywatelską.

Kochan o Emeryturze plus: Panie premierze, jak można odebrać jednorazowe świadczenie?

– Po wysłuchaniu wystąpienia premiera, przypomina mi się tylko jeden cytat z profesora Bartoszewskiego. Warto być przyzwoitym, choć to się nie opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto. Panie premierze, jak można odebrać jednorazowe świadczenie? Proszę mi to wytłumaczyć. Jak pan może zapowiadać z tej mównicy, że Koalicja Obywatelska cokolwiek zabierze, a już na pewno zabierze to świadczenie, które jest wypłacane jednorazowo. Jak pan może to mówić? Po prostu panu nie wstyd? – stwierdziła Magdalena Kochan w Sejmie, w trakcie I czytania tzw. programu Emerytura plus. Posłanka PO zapowiedziała, że jej klub poprze rządową propozycję.

>>>