Tag Archives: Jacek Liberski

PiS wrócił do flagi unijnej jako szmaty

4 Czer

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc na pierwszą konferencję w Kancelarii Premiera…

Publicysta Andrzej Bober o zachowaniu Mateusza Morawieckiego względem prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz.

4 czerwca 1989 roku, w dniu częściowo wolnych wyborów pełniłem obowiązki dowódcy 25 pułku zmechanizowanego w Opolu. Starsi żołnierze pułku pracowali w okolicach Konina na rzecz gospodarki narodowej, a w jednostce szkoliliśmy wtedy dużą liczbę rekrutów, którzy głosowali w koszarach.

Kiedy w poniedziałkowy poranek połączył się ze mną dowódca dywizji, zameldowałem o spokojnym przebiegu wyborów. Nie o to mu jednak chodziło – „ile głosów dostał minister gen. Florian Siwicki?” Kiedy usłyszał odpowiedź, że 15 % – wpadł w szał. Potem długo tłumaczyłem mu, o nowym duchu solidarności, ale to tylko wzmagało agresję generała. – Ty Mazguła się ubierz na wyjściowo i melduj się do raportu!”

Pod gabinetem generała spędziłem sporo czasu i nasłuchiwałem dochodzące do mnie urwane fragmenty telefonicznych rozmów i konsultacji, po czym adiutant przekazał mi polecenie powrotu do jednostki. Później dowiedziałem się, że F. Siwicki w innych jednostkach dostał 12 %.

Dzisiaj, maszerując po ulicach Gdańska, uczestnicząc w spotkanych wolności, wspominam tamten czas przełomu oraz niespodziewanego zwycięstwa nadziei i solidarności. Wspólnie z przyjaciółmi dumnie wznoszę biało-czerwoną flagę i symbole Unii Europejskiej, bo rozumiem, że tamtego dnia naród ostatecznie opowiedział się przeciwko porządkowi jałtańskiemu, radzieckim wpływom i zacofaniu cywilizacyjnemu. Wyniki tych wyborów wskazały pokojową drogę przemian demokratycznych i proeuropejskich.

Dzisiaj, kiedy polskie miasta wypiękniały, zbudowano autostrady, szlaki kolejowe, a Polacy korzystają z pokoju i nieskrępowanej wymiany technologicznej, pracują i uczą się na całym świecie, podróżują bez granic, znaleźli się ludzie, których boli to narodowe szczęście.

Polacy zachłysnęli się wolnością. Jednak wiedza i wolność wyzwoliła Polaków nie tylko z niewoli, ale i z ciemnoty zabobonów religijnych gloryfikujących śmierć i posłuszeństwo krzyżom.

W Polsce istnieje zbyt wiele organizacji, które żerują na zacofaniu i posłuszeństwie wiernych. Wolność narodu ich nie interesuje, bo niszczy ich porządek wpływów, uprzywilejowaną pozycję opartą na fałszywych tezach. To oni wolą rozdawać nasze wspólne dobra i pieniądze dla zachowania wpływów, niż oddać ślepo poddany naród. To oni dzisiaj wykupują nas z wolności. Zabierają nam złudzenia, prawo do decydowania o sobie, niszczą idee, dzielą Polaków i stawiają naprzeciwko siebie, aby tylko zachować ich w strefie swoich nieograniczonych wpływów.

Wolność jest w nas i my to rozumiemy! Dlaczego jednak nie wszyscy?
Dlaczego część polityków izoluje się od tego epokowego dla Polski wydarzenia? Mało tego, robią wszystko, aby zagłuszyć ten płynący z wybrzeża głos wolności?

Dziś PiS-kościelne państwo nie chce „zarazy” wolności. Jest w stanie zatruć agresywną propagandą każdy oddech świeżego powietrza, każde spojrzenie sięgające dalej, niż na najbliższy krzyż parafialny.

Przyjdzie jednak czas i większość zrozumie, że 4 czerwca skończyła się wygodna dla wielu ślepota społeczna i poddaństwo, a zaczęła się odpowiedzialność Polaków za swój kraj i wszystkich swoich obywateli.

Sojusz biskupów z PiS-em kiedyś się skończy, ale raz zasmakowana wolność i nadzieja na godne świadome życie przetrwa.

Moja wiara w zwycięstwo wolnych myśli jest mocna i tak już zostanie.

Zawsze z wolną myślą,

Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną dyktatowi władzy, dedykuję tę książkę – mówi Igor Brejdygant w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Martwisz się o Polskę?

Igor Brejdygant: Bardzo… Żyję tu i ciągle o Polsce myślę.

Jako pisarz i scenarzysta, czyli artysta z wyobraźnią, jesteś podatny na teorie spiskowe?

Czym innym jest wyobraźnia, a czym innym wkręcanie się w chore intrygi. Nie obserwuję u siebie takich skłonności.

Ale w układy wierzysz?

Tak, bo układy są faktem…

„Układ” to określenie, które do polskiej polityki, w pierwszej dekadzie XXI wieku, wprowadził Jarosław Kaczyński…

Prezes Kaczyński „wylansował” słowo układ w pewnym celu. I jak pamiętamy – cel ten osiągnął. Nie ukrywam, że pamiętałem o tym nadając, a właściwie akceptując, tytuł książki. Jest więc przy okazji trochę przekornie.

Twoja najnowsza, czwarta powieść, która właśnie ukazuje się na rynku, jest kontynuacją „Rysy” – kryminału nominowanego do Nagrody Wielkiego Kalibru 2019 i nosi właśnie tytuł „Układ”…

Książka pierwotnie miała się nazywać inaczej, ale w końcu tytuł wymyśliła moja żona. Książka jest po prostu o układzie, a może bardziej o walce jednostki, kobiety z układem, z bardzo mrocznym układem.

Twój „Układ” jest thrillerem politycznym, w którym obnażasz prawdę o tym, co dzieje się na szczytach władzy. To, co opisujesz jest przerażające. Tak widzisz współczesną Polskę?

Pisząc współczesną powieść, historię dziejącą się tutaj, nie mogłem nie zawadzić o pewne realia. Z drugiej strony to jest powieść kryminalna, a nie literatura faktu. A to, że moja wyobraźnia tworzy rzeczy, które mogą się sprawdzić czy spełnić, a może nawet już spełniają się w rzeczywistości, to zupełnie inna sprawa. Szukałem odniesień w Polsce, co nie znaczy, że opisałem dokładnie to, co dzieje się w Rzeczpospolitej anno domini 2019 czy 2018. Jeśli już coś opisałem, to jej przyszłość, może niedaleką, ale jednak przyszłość.

Uważasz, że dziś w Polsce są historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego?

Oczywiście, że tak. Mam wręcz wrażenie, że wszystko rozgrywa się w tej chwili na jakichś dwóch platformach, które są wprawdzie ściśle od siebie zależne, ale widoczna jest tylko jedna z nich. Z tej drugiej czasem coś wycieknie, ale wtedy możemy być pewni, że to „wyciek kontrolowany” – ktoś za kulisami rozgrywa właśnie jakąś swoją partię szachów. Usiłuje się na przykład kogoś skompromitować rzeczami, które albo tak naprawdę są błahe, albo, jak się później okazuje, w ogóle ich nie ma. Tyle że potem w świecie post-prawdy nie ma znaczenia, że kogoś, mówiąc gwarą policyjną, wsadziło się na „lewe sanki”. Potem, kiedy ten ktoś z tych sanek zsiada, to prawda na jego temat już nikogo nie interesuje. Ludzie są tak zamotani nieprawdopodobną ilością informacji, że te w najoczywistszy sposób nieprawdziwe przestają być jako takie rozpoznawane. Jeśli jutro rosyjscy hakerzy rozpowszechnią newsa, że jednak Ziemia jest płaska, to spory odsetek ludzi w to uwierzy i długo trzeba będzie to potem znowu odkręcać. W tym kontekście zbieranie o osobach publicznych informacji z ich życia prywatnego jest dla tych, którzy bełtają opinii społecznej w głowach niezwykle użyteczne. O tym między innymi opowiada „Układ”.

Tomasz Sekielski o Twojej powieści napisał: „Rzeczywistość, którą znamy to jedynie fasada. Za nią skrywa się Układ, przestępczy sojusz ludzi władzy, którym wydaje się, że stoją ponad prawem. Igor Brejdygant stworzył powieść niezwykle aktualną i niepokojąco prawdziwą”. Aby złamać czyjąś karierę i zniszczyć jego życie prywatne, wystarczy zaledwie pomówienie. To zatrważająca refleksja. Czy tak postrzegasz władzę w Polsce 2019?

Nie tylko w Polsce i nie tylko władzę. Nie wiem, czy albo do jakiego stopnia żyjemy już w takim świecie, jaki opisuję w książce, ale wydaje mi się, że nawet jeśli jeszcze w nim nie żyjemy, to zaczniemy w nim egzystować szybciej niż nam się wydaje. Mamy do czynienia z nieprawdopodobnym postępem techniki, która z jednej strony nam służy, a z drugiej może być dla nas gwoździem do trumny. Internet, który łyknie każdą ilość nawet najbardziej absurdalnych informacji, urządzenia do inwigilacji, które mogą się znajdować tak naprawdę wszędzie i we wszystkim, nie wyłączając naszego własnego komputera. No i kolizja światów. Z jednej strony czyste zło, które wykorzysta każdą okazję i możliwość, żeby sięgnąć po władzę, a następnie się przy niej utrzymać, z drugiej miękkie podbrzusze świata, który chce być lepszy. Z jednej strony zbieranie kompromitujących materiałów, a z drugiej świat, który przez swoją doprowadzoną często do absurdu polityczną poprawność stworzył nieograniczone pole do tego, by ludzi można było kompromitować właściwie wszystkim.

Poprawność polityczna doprowadza nas do granic absurdu?

W Wielkiej Brytanii z nadmiernej poprawności politycznej śmieją się od dawna. Może akurat zresztą w tej chwili Wielka Brytania nie jest najlepszym przykładem, bo zmanipulowana przez złe siły sama toczy się w bardzo niebezpiecznym i dość idiotycznym kierunku. Czyżby nabijanie się z politycznej poprawności właśnie doprowadziło ją na krawędź katastrofy? (śmiech) Poprawność polityczna tak naprawdę została wymyślona dla ludzi, którzy nie rozumieją zjawisk dziejących się na świecie, światopoglądowo najczęściej są indyferentni, więc mogliby w swym niezrozumieniu popełniać idiotyczne gafy i na przykład krzywdząco wyrażać się o osobach innych od nich. Kiedy wiedzą już, że to nie przystoi, nie robią tego, żeby nie wypaść poza nawias pewnych sfer społecznych. Poprawność to system zakazów i zaleceń. Jak się lubi innych ludzi i rozumie, o co w świecie chodzi, to ten system nie jest tak naprawdę do niczego potrzebny.

W Twojej powieści giną świadkowie, okazuje się, że układ jest znacznie bardziej skomplikowany niż przypuszczamy, a bycie katem nie wyklucza bycia ofiarą. Czy taka jest właśnie prawda o politycznych i finansowych zależnościach? Czy w ogóle jest szansa na wyjście z matni przez którąkolwiek ze stron?

Myślę, że jedna ze stron wcale nie chce wychodzić z żadnej matni, bo matnia jej służy. Co do drugiej – jest w dużym kłopocie, bo ma bardzo i coraz bardziej ograniczone możliwości, aby się bronić. Fejk newsy, hejt, sfingowane oskarżenia, inwigilacja, szukanie haków, post-prawda, a przede wszystkim żądna igrzysk publiczność, która tylko czeka na czyjeś potknięcie, a wszystko po to, żeby okazało się, że ten, który był fajny, jednak ma coś za uszami. Utrzymanie opinii o własnej uczciwości w tych warunkach jest karkołomnym zadaniem, bo samo bycie uczciwym może się okazać zdecydowanie niewystarczające.

A jeśli chodzi o sytuację, w której  kat jednocześnie jest ofiarą, to najlepszym przykładem są odkrywani teraz księża pedofile, którzy jednocześnie byli informatorami Służby Bezpieczeństwa, z czym, jak sądzę wcale niekoniecznie było im po drodze, ale nie mieli wyjścia, bo milicja miała na nich po prostu haka w postaci ich pedofilii właśnie. To był PRL, możliwości techniczne i inwigilacyjne znacznie mniejsze.  Wyobraźmy sobie, na ilu ludzi mogą być haki dziś i ilu w związku z tym jest u kogoś na krótkiej smyczy.

„Rysa” i „Układ” to jednak przede wszystkim historia o kobiecie. W otaczającej nas rzeczywistości kobiety muszą nadal walczyć o swoją pozycję zawodową i społeczną. Z niekoniecznie dobrym skutkiem…

Z różnym zapewne, ale już sam fakt, że wciąż muszą walczyć, jest niepokojący. W mojej książce kobieta walczy, ale nie tylko po to, żeby się odnaleźć, ale też po to, by ten świat uczynić lepszym, czyli nie o siebie walczy jedynie, a o dobro ogólne. Ja w ogóle uważam, że dobrze by było dla świata, szczególnie teraz, gdyby mężczyzn na jakiś czas pozbawić praw wyborczych. Nie byłaby to jakaś szczególna niesprawiedliwość, bo przecież kobiety nie miały ich przez setki lat, a myślę, że przy okazji uniknęlibyśmy różnych dość poważnych kłopotów.

Jesteś jednym z najzdolniejszych scenarzystów i pisarzy swojego pokolenia.  Piszesz powieści, na których kanwie powstają scenariusze interesujących filmów i seriali. „Rysa” i „Układ” to świetny materiał na film lub serial. Piszesz już scenariusze?

Scenariusze piszę bezustannie (śmiech), ale mam nadzieję, że „Rysa” i „Układ” doczekają się ekranizacji, a są już po temu pewne przesłanki. Więcej powiedzieć nie mogę, bo źli i czujni ludzie z układu wykorzystają to potem przeciwko mnie. ( śmiech)

Książkę dedykujesz polskim policjantkom i policjantom. Dlaczego?

Niestety, w idei państwa, które przyświeca obecnie rządzącym, resorty siłowe znów nabierają nie tego znaczenia, do którego powołuje je definicja. Słowem policja i inne służby zamiast działać na rzecz obywatela i państwa zaczynają coraz częściej działać na rzecz rządzących. To jest zła wiadomość, ale dobra jest taka, że ci ludzie wychowali się już w normalnej, liberalnej demokracji, wychowali się w wolności i do wolności, więc część z nich, mam nadzieję, nie ulegnie presji, nie podda się dyktatowi przełożonych, którzy są funkcjonariuszami partii zamiast służby publicznej. Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną, dedykuję tę książkę, a właściwie dedykuję ją wszystkim funkcjonariuszom z cichą prośbą o to, żeby nie ulegli.

Rozmawiamy tuż po wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Polsce, ale nie tylko, właściwie w większości krajów europejskich te wybory wygrała prawica, czasem nawet dość skrajna prawica. Jak to się ma do „Układu”?

Ten układ jest prawicowy. Rzekłbym nawet, że z różnych informacji wyraźnie wynika, że na świecie pod auspicjami głównie Rosji, ale też niestety Netanjahu i jego akolitów – nazwy kraju celowo nie wymieniam, żeby ci, którzy zbierają na wszystkich kwity, nie dostali do ręki choćby takiego świstka na mnie (śmiech) – oraz przy wsparciu bardzo wielu, bardzo nieciekawych ludzi na całym globie od Brazylii po Turcję powstaje rodzaj prawicowo – nacjonalistycznej, a często już wręcz po prostu faszystowskiej międzynarodówki. Układ nie zna moralności, jego jedynym celem jest zdobycie i utrzymanie władzy, przy czym, jak sądzę, nie władza w przypadku tych akurat grup jest najważniejsza, a pieniądze, choć to z grubsza zdaje się to samo. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Martwi mnie tylko bardzo, że owe nacjonalistyczne organizacje mają tak ogromne wsparcie wśród najmłodszych wyborców, bo po pierwsze – młodzi to siła, a po drugie – przyszłość świata. Według bodaj Ericha Fromma ludzkość przemieszcza się wciąż na swoistym wahadle albo może po sinusoidzie od nudy do rozpaczy i z powrotem. Mam niestety wrażenie, że po osiągnięciu górnej granicy nudy i rozleniwienia, wahadło ruszyło w tę drugą stronę. Teraz będzie nabierało prędkości, a układ po prostu najpierw cynicznie to wesprze, a potem niemniej cynicznie na tym skorzysta. Szkoda tylko tych młodych, bo po tamtej stronie krzywej wahadło przeważnie zamiast się zatrzymywać, powoli wytracając siłę, wali w ścianę z ogromną siłą.

Ks. Stanisław Walczak: Katolicy upadli, plemię żmijowe…

Reklamy

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Krzysztof Brejza pyta Morawieckiego o jego majątek zdobyty krętactwami i oszustwami. Taki to ancymonek z premiera

20 Maj

Krzysztof Brejza o zakupie przez Matusza Morawieckiego i jego żonę działki od Kościoła we Wrocławiu.

>>>

Proboszcz, który okazyjnie sprzedał Morawieckiemu działki, warte dziś 100 razy więcej, po objęciu funkcji premiera przez obrotnego działkowca awansował na stopień generał. Mimo, że od lat był już przeniesiony do rezerwy. No, grubo… #AferaMorawieckiego

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Gwałty kleru na dzieciach. Komisja ds. ich pedofilii musi powstać

17 Maj

Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że haniebny styl prowadzenia przez marszałka Kuchcińskiego, uniemożliwianie zadawania pytań, zmanipulowane wypowiedzi ministrów, prowadzenie debaty w sposób urągający standardom parlamentarnym i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To jedno. Ale drugie to bardzo wyraźnie chcę powiedzieć, że nie można traktować tej ustawy jako coś co wystarczy, jako wystarczającą odpowiedź parlamentu polskiego na tę sytuację, która dzisiaj w tak dramatyczny sposób ujawnia się, a która dotyczy ludzkich tragedii, pedofilii, przypadków które dzisiaj dochodzą do świadomości publicznej, wiadomości” – powiedział Grzegorz Schetyna po przyjęciu przez Sejm głosami PiS nowelizacji Kodeksu karnego. Szef PO stwierdził, że „ta ustawa nie po to, żeby skutecznie walczyć z pedofilią. – „Zgłosiliśmy wiele poprawek, mówiliśmy o wielu rzeczach, które nie zostały w tym uwzględnione” – dodał. 

Schetyna zapowiedział złożenie przez PO projektu ustawy o utworzeniu państwowej komisji do spraw pedofilii w polskim Kościele. – „Dzisiaj wiemy, że Kościół jako instytucja nie poradzi sobie sam z tym problemem. Uważamy, że powinna powstać państwowa komisja i taki wniosek przedstawimy w przyszłym tygodniu. Tylko komisja wzorem krajów, które radziły sobie z tym okrutnym problemem i z tymi sprawami, które toczyły Kościół, tak jak w Irlandii czy Chile czy teraz w Niemczech, tylko komisja państwowa może skutecznie odpowiedzieć na pytania, które będą zadawane, które zadają ofiary, opinia publiczna” – stwierdził Schetyna. Dodał, że jeżeli PiS nie poprze utworzenia komisji w obecnej kadencji Sejmu, to Platforma przeprowadzi ustawę o jej utworzeniu po październikowych wyborach parlamentarnych.

„To hańba, że po raz kolejny wykorzystujecie tę sprawę do drastycznego i absolutnie niezgodnego z polską Konstytucją zaostrzenia Kodeksu karnego w innych miejscach. My chcemy rzetelnej i realnej walki z tym problemem. Bez specjalnej komisji, którą chcemy powołać nie ma szans wyjaśnić tej sprawy, bo wy jesteście w ciągłym sojuszu również z tymi, którzy ukrywali te przypadki. Czy stoicie po stronie ofiar, czy stoicie po stronie tych, którzy ukrywali tego typu przestępstwa?” – mówił do posłów PiS Borys Budka. Kilku posłów opozycji podczas obrad trzymało tablice z napisem „Komisja natychmiast” i „Stop pedofilii”.

>>>

Sławomir Nitras, schodząc z mównicy sejmowej, podszedł do miejsca, w którym siedzi Jarosław Kaczyński i położył przed nim dziecięce buciki. Siedzący obok prezesa PiS wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki chwycił je i rzucił w Nitrasa.

Poseł PO je podniósł i próbował ponownie położyć go przy Kaczyńskim. I tu wyrośli przed nim posłowie PiS w roli ochroniarzy Kaczyńskiego, a wśród nich Marek Suski i Mariusz Błaszczak. Patryk Jaki zszedł nawet z położonych wyżej ław rządowych.

Dziecięce buciki to symbol akcji „Baby Shoes Remember”. Zaczęły one być wieszane przed kościołami najpierw w Irlandii jako znak protestu przeciw księżom pedofilom. Od jakiegoś czasu pojawiają się także w naszym kraju.

Wcześniej w Sejmie Nitras mówił, że według raportu Episkopatu w sprawie pedofilii, 382 księży po 1989 roku dopuściło się molestowania nieletnich. Tymczasem w więzieniach za te przestępstwa karę odsiaduje dwóch księży. – „To gdzie jest 380, o których mówi raport kościelny?” – pytał poseł PO. Prowadzący obrady marszałek Marek Kuchciński wyłączył mu mikrofon.

„Ależ się dzielnie rzucili bronić Jarosława. Przed bucikami”; – „Przecież Nitras chciał jedynie postawić symboliczne buciki. Ile agresji jest w posłach PiS. Rzucili się jak secret service chroniąc niepokalanego, kryształowego guru”; – „Co robi JK – biernie siedzi i czeka aż jego świta będzie go chronić. Jakie to żałosne”;

Marek Suski wykidajłem. Wreszcie się odnalazł w roli życia. To jest prawdziwe powołanie!”; – „Kaczyński pewnie płaci swoim dwórkom za ochronę. Stanowiskami. Suski-Caryca nigdy by żadnego stołka nie dostał gdyby nie stał na warcie przed prezesem jak na tym filmie. Żenada” – komentowali internauci.

… internet aż huczy radując się ostatnim sondażem Instytutu Badań Spraw Publicznych, wykonanym na zamówienie „Newsweeka” i Radia ZET.

 

Wynika z niego, że Koalicja Europejska zyskała w ostatnim czasie 10 – procentową przewagę nad partią rządzącą, która w ciągu ostatniego tygodnia straciła aż 6 procent.

I tak oto kończy się „Sojuz” Tronu z Ołtarzem. Dzisiaj Kościół w obliczu swoich grzechów woła „Choj z Pis-em, ratujmy się kto może”– napisał pod artykułem gazeta.pl. ksiadz.teofil.

Sondaż dla Newsweeka: Wielkie tąpnięcie PiS. „To efekt filmu Sekielskiego” dlvr.it/R4slqS

Gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się dziś, KE mogłaby liczyć na 43,63 proc. poparcia, a Prawo i Sprawiedliwość musiałoby się zadowolić tylko 32,93 proc. głosów. „To są słupki, na których można powiesić dziecięce buciki” – komentują internauci na Twitterze.

Jak dowiadujemy się z dalszej części sondażu, próg wyborczy przekroczyłyby jeszcze tylko dwie formacje. Wiosna Roberta Biedronia – 9,06 proc., oraz Konfederacja (koalicja KORWiN, Liroya, Brauna i Narodowców), którą dziś popiera 6,86 proc. potencjalnych wyborców.

W najnowszym sondażu pod progiem znalazło się ugrupowanie Kukiz’15.

„Jeśli rzeczywiście KE wygra wybory z taką przewagą, będzie to znak, że przyzwoici Polacy dali im zielone światło do wysprzątania stajni Augiasza i oddzielenia ziarna od plew w instytucji pt. Kościół…”– napisał pod artykułem gazeta.pl czytelnik podpisujący się biesczad1.

Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

No, nareszcie. Po trzech długich dniach milczenia mamy w końcu oficjalne stanowisko rządu w kwestii pedofilii. Otóż według premiera Morawieckiego, który zaprezentował w Sejmie projekt zmian w Kodeksie karnym, winni rozprzestrzenienia się w Polsce tego obrzydliwego zboczenia są „esbecy” i ich protektorzy – komuniści. Lewactwo znaczy. Oraz – osobiście – profesor Jan Hartman, autor obrazoburczej tezy, że poziom moralności społeczeństw nie jest wcale pochodną ich pobożności, a już zwłaszcza gorliwego katolicyzmu.

Teraz po zmianie prawa wszyscy oni – bez przedawnienia i bez wyjątku, zostaną przykładnie ukarani. Podobnie, jak murarze, którzy – jak wyszło panu premierowi za statystyk – są grupą zawodową o szczególnej skłonności do molestowania małoletnich.

Członkowie, zwolennicy i sympatycy partii aktualnie rządzącej nareszcie mogą więc odetchnąć z ulgą. Nie będą już dłużej musieli „iść w zaparte” i wygłaszać komentarzy w sprawie „pedofilii w Kościele”, unikając – jak diabeł święconej wody – słów „Kościół” i „księża”. Bo po wypowiedzi premiera – który też nie użył inkryminowanych zwrotów ani razu – już wiadomo, że coś takiego po prostu nie istnieje. Jest, owszem, pedofilia na placach budowy, wydziałach filozofii oraz wiecach PO.

Teraz wszystko jest już jasne i – jak zwykle – winni są inni. Kto? Profesor Hartman! A poza tym ofiary, bo prowokowały, wodząc duchownych na pokuszenie. Zresztą, jak był uprzejmy objaśnić Narodowi prof. Legutko, w przypadku 12–letnich chłopców nie ma już mowy o żadnej tam „pedofilii”, zwłaszcza że chłopaki „same tego chciały”. Po drugie, winne jest liberalno-lewackie zepsucie i „seksualizacja”. A po trzecie – opozycja, która za pomocą brudnych oskarżeń prowadzi bezpardonowy atak na Kościół – „gwaranta naszej tożsamości i szafarza wartości”.

Natomiast co do dokumentu braci Sekielskich to beneficjentom sojuszu tronu z ołtarzem nikt przecież nie wmówi, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Więc te wszystkie opowiedziane w filmie historie to są albo kłamstwa albo zwykłe nieporozumienia. Poza tym coś się przecież kapłanom za lata walki o wolność i demokrację od życia należy. Restytucja mienia, dokonana za sprawą Komisji Majątkowej oraz sute dotacje z budżetu to jedno, ale pozostaje jeszcze cała niezaspokojona sfera potrzeb – nazwijmy to – „emocjonalnych”. Toteż jak ksiądz małoletniego na kolanach posadził, a nawet „dał ciumka”, to czymże są te drobne i opacznie zrozumiane gesty osobistej sympatii wobec ogromu zasług tej szacownej instytucji i jej tytanicznej pracy dla dobra Narodu.

Takie rzeczy rozumieli nawet starożytni krakowianie, kiedy co roku składali Smokowi w Jamie dziewicę na pożarcie. Cudza cnota (i sumienie) nieraz bywała u nas poręczną walutą w rozliczeniach między tronem i ołtarzem. Taka tradycja, a tradycję szanujemy. Bo skoro nawet sam Adam Michnik uznał za stosowne przypomnieć wszystkim, że Kościół to filar polskości, a bez wiary nie ma moralności…

W tej sytuacji nawet i rzeczywiste molestowanie to kwestia bez znaczenia w obliczu domyślnych (tylko profesor Hartman pisze otwarcie, że raczej domniemanych) zasług Kościoła – strażnika nadwiślańskiej tożsamości i szafarza „wartości”. No nijak, sami przyznacie. Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

Na pociechę ofiarom warto więc może przypomnieć, że przez całe lata najbardziej znani „kremlinolodzy” opowiadali i pisali o komunizmie, że historyczna konieczność i geopolityka, no i „głową muru nie przebijesz”, więc niech już bierze te swoje „dziewice na pożarcie”. I nawet nie zauważyli, kiedy upadł Związek Radziecki.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

W PiS Krystyna Pawłowicz robi na drutach, Jarosław Kaczyński sra po butach. Trawestacja popularnego wierszyka

4 Mar

W poniedziałek, od samego rana straż marszałkowska miała pełne ręce roboty. Marszałek Marek Kuchciński kazał bowiem „zaaresztować” ustawioną na sejmowym korytarzu tablicę zatytułowaną „Układ Kaczyńskiego”, która zgromadziła fotki osób związanych interesami prezesa.

Poczynając od „znikającego” ks. Sawicza i najbliższego współpracownika Kaczyńskiego Adama Lipińskiego, z tablicy „patrzą” na nas twarze takich osób jak m.in. wierny brytan Marek Suski, zdradziecki Kazimierz Kujda z małżonką, słynna pani Basia, czyli szefowa kancelarii prezesa Barbara Skrzypek, przyjaciółka Janina Goss, członkowie rodziny prezesa – panowie Tomaszewscy, a także szefowie służb specjalnych z Mariuszem Kamińskim na czele.

 

Centralnie ustawiono na tablicy fotografię Jarosława Kaczyńskiego, nie zapominając o dziełach jego życia, czyli Instytucie Lecha Kaczyńskiego oraz wymarzonych dwóch wieżach, które miały stanąć na Srebrnej.

Długo nie dało się tej „ekspozycji” oglądać, bo szybko musiała zniknąć.

„Co myśleć o władzy, która boi się małej tabliczki pod tytułem „Układ Kaczyńskiego” (…) Pytam retorycznie…” – zapytał Jacek Liberski

„Tak panicznie boją się prawdy, że nawet tablica to zbyt wiele. Niebywałe” – wyjaśnił mu z miejsca Cezary Tomczyk z Platformy.

Adam Jankowski z kpiną tłumaczył, że widocznie jest niezgodna z przepisami dotyczącymi wystaw i zapewne utrudnia ewakuację w razie pożaru. „PiS-owska tablica smoleńska stoi w korytarzu sejmowym już 9 lat” – przypomniał.

Tak bardzo nikt z PIS nie był w stanie wytłumaczyć się z taśmy Kaczyńskiego koperty Kaczyńskiego, że została „zdeponowana”. Jakby układ nie istniał – skomentowała sytuację na Twitterze Monika Wielichowska i podkreśliła: „Ale on istnieje i afera PIS jest!”

„W Sejmie mogą od teraz być pokazywane wyłącznie wiersze sławiące mądrość i przenikliwość Jarosława Kaczyńskiego” – podsumował poniedziałkowe wydarzenie Pablo Morales.

49 – letni Ks. Krzysztof M.  proboszcz parafii we Wleniu na Dolnym Śląsku, po suto zakrapianym spotkaniu stanu kapłańskiego z regionu jeleniogórskiego wsiadł za kółko i… stało się.

Dziennik „Fakt” podaje, że pijany w sztok kapłan miał do przebycia 20 – kilometrowy odcinek z Lwówka Śląskiego – gdzie odbywała się impreza – do miejsca swojego zamieszkania. To nie mogło się udać. Otumaniony alkoholem ruszył w drogę wężykiem. Prawie zaraz na starcie, na ulicy Jaśkiewicza we Lwówku Śląskim, wjechał w przydrożne barierki!

Zamiast zatrzymać się, pojechał dalej. Nie umknęło to jednak uwadze świadków, którzy powiadomili policję. Kilka minut później, w miejscowości Pławna patrol zatrzymał pijanego duchownego. Miał 2 promile w wydychanym powietrzu!

Za pijacki rajd grozi mu więzienie. Nie ominą go również konsekwencje kościelne. „Ksiądz został zawieszony w obowiązkach proboszcza. O dalszych konsekwencjach zdecyduje biskup” – oświadczył Faktowi ks. Waldemar Wesołowski z kurii legnickiej.

Wielebny Krzysztof M. ma wiele do stracenia. Uchodzi za ważnego i wpływowego kapłana w swoim regionie. Mozolnie piął się po szczeblach kościelnej kariery – został nawet wicedziekanem dekanatu lwóweckiego. Nie jest jednak nietykalny.

Wielebny Krzysztof M. ma wiele do stracenia. Uchodzi za ważnego i wpływowego kapłana w swoim regionie. Mozolnie piął się po szczeblach kościelnej kariery – został nawet wicedziekanem dekanatu lwóweckiego. Nie jest jednak nietykalny.

Ten jednak dostrzega prostą analogię z jedną ze scen głośnego filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Tam ksiądz grany przez Roberta Więckiewicza, po suto zakrapianej imprezie z kolegami swego stanu, kompletnie zalany wsiada za kółko i wraca do swojej parafii. Po drodze powoduje wypadek, po czym ucieka z miejsca kolizji. Podobnie było na Dolnym Śląsku – pisze dziennikarz „Faktu”.

Podejrzanym nie jest już ten, kto wykręca się od obiecanej zapłaty, tylko ten, kto się jej domaga

Mimo koszmarnych wpadek i ujawniania kolejnych afer poparcie dla PiS maleje w niewielkim tylko stopniu. To dowód, że „dobra zmiana” głęboko przeorała świadomość Polaków, nie oszczędzając również naszego poczucia przyzwoitości.  Partia Kaczyńskiego systematycznie niszczy dotychczasowe zasady i reguły postępowania w przekonaniu, że skoro ma prawo decydować o tym, co w Polsce jest legalne, to wolno jej również rozstrzygać, co jest etyczne. I tak, jak bezprawnie stanowi prawo, tak i moralne normy ustanawia niemoralnie.

Dobra zmiana jest etyczna, ponieważ to niemożliwe, żeby etyczna nie była. Niemoralni są natomiast ci, co zarzucają rządzącym czyny nieetyczne. Na przykład dziennikarze, których powinien zdyscyplinować sąd. Albo sędziowie, którymi musi się zająć ministerialna izba dyscyplinarna. Lub też prokuratorzy, którymi zainteresować się muszą inni prokuratorzy. I wielu innych, co dotąd jeszcze nie zrozumieli, na czym polega nowa demokracja. A polega ona m.in. na odwróceniu ról. Podejrzanym nie jest już ten, kto wykręca się od obiecanej zapłaty, tylko ten, kto się jej domaga.  Winnym tolerowania bandyckiej mafii w wołomińskim parabanku nie jest człowiek, który tamtejszy SKOK nadzorował i nagradzał kierujących nim mafiosów, tylko ten, który pierwszy stanął przeciw mafii i omal nie stracił życia w tym starciu. Przyzwoitym jest facet, który zapewnia, że spotkał się z prokuratorem wcale nie po to, by zapoznać się z zeznaniami i oskarżeniem we własnej sprawie, tylko dlatego, bo szalenie go interesuje banalna ustawa o lichwie, a jeśli jest w tym coś niemoralnego, to tylko to, że dał się złapać na spotkaniu umówionym w miejscu, gdzie nie powinno być dziennikarzy.

Wzorcami etosu są funkcjonariusze PiS otrzymujący sute profity za wygłaszanie opinii, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, narzucający normy postępowania, których ani myślą przestrzegać.  Wcieleniem przyzwoitości jest premier Morawiecki, który głosi absolutną wiarygodność rządu realizującego w pełni wszelkie obietnice, zapominając o swoich zapewnieniach w sprawie milionów mieszkań, samochodów elektrycznych, dronów, lukstorped i promów, po których została dziś rdzewiejąca stępka.  Wzorem poprawności politycznej jest posłanka opluwająca Unię Europejską i wykrzykująca w Sejmie obraźliwe wyzwiska, a ostatnim chamem ten, kto tej kobiecie ośmieli się przekazać ewangelicznie wezwanie: – „Idź i nie wrzeszcz więcej”…

Nieprzyzwoici są ci, co zarzucają PiS, że chce nas wyprowadzić z Unii. Bo przecież PiS kocha Unię i dlatego chce, żeby była słaba, by dawała się Polsce doić, żeby rządziła niesprawiedliwie – na korzyść Polski kosztem innych krajów – żeby stała się klubem, który nasz kraj zaszczyca swoją obecnością i żeby się nie wtrącała, gdy Polska narusza klubowy regulamin.  Pisowskie przekazy dnia głoszą, że porozumienie partii opozycyjnych i ich wspólny start do parlamentu europejskiego jest nieprzyzwoity, a to dlatego, że kiedy zdobędą mandaty, to rozejdą się do unijnych ugrupowań zgodnie z programami poszczególnych partii. Czyli moralne jest przyłączanie się do ugrupowań o programach sprzecznych z własnym!  To właśnie planuje narodowa i eurosceptyczna Zjednoczona Prawica pod wodzą PiS, które zarzeka się, że w parlamencie unijnym nie zintegruje się z unijnymi ekstremistami narodowymi i eurosceptycznymi. Przy okazji – zdaniem rzeczniczki PiS Beaty Mazurek absolutnie uczciwe jest oszukiwanie wyborców głosujących na człowieka, który potem przekaże mandat komu innemu.

„Dobra zmiana” z łatwością zamieniła europejskie standardy na własne. Polska to jedyny kraj na świecie, gdzie rozważano wprowadzenie przepisu, że jednorazowe pobicie kobiety, to nie jest przemoc. Beata Szydło, wicepremier do spraw społecznych (!), chwali radnych Zakopanego za to, że rządzą jedynym miastem w Polsce, gdzie nie realizuje się programu przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Policja i prokuratura coraz częściej odmawiają wszczęcia postępowania przeciw autorom i fundatorom billboardów epatujących krwawymi szczątkami ludzkimi , stawianych obok tych nielicznych szpitali, gdzie zgwałcone kobiety mogą jeszcze zrealizować swoje prawo do aborcji. Prezydent lekceważy decyzję NSA zawieszającą procedurę mianowania nowych sędziów Sądu Najwyższego, mianując na to stanowisko założyciela fundamentalistycznej organizacji Ordo Iuris, która sprzeciwia się, by w szkołach organizowano lekcje przeciw nienawiści.

Mianowani przez PiS szefowie państwowych firm płacą ogromne uposażenie przystojnym mężczyznom lub atrakcyjnym kobietom, których główną, czy może nawet jedyną kwalifikacją są, że tak powiem, walory wizerunkowe. Rozczulające były reakcje funkcjonariuszy PiS na wielkopańskie metody sprawowania urzędu przez prezesa NBP. Ich zdaniem nieprzyzwoite zarobki tamtejszych dyrektorów już wcześniej były nieprzyzwoite, choć w rzeczywistości były znacznie niższe. A co do decyzji kadrowych, organizacyjnych i finansowych pana Glapińskiego, to może i są one trudne do zaakceptowania, ale przecież nie da się w tej sprawie nic zrobić, bo konstytucja gwarantuje prezesowi NBP absolutną niezawisłość, pełną niezależność i bezwzględną nieusuwalność ze stanowiska.

Paradne!  Można zaanektować Trybunał Konstytucyjny i zawłaszczyć Krajową Radę Sądownictwa, ale skarbnika prezesa Kaczyńskiego tknąć niesposób… Przecież wystarczyłoby uchwalić obniżenie wieku emerytalnego dla prezesów NBP! A serio – całkiem legalnie oskarżyć można pana Glapińskiego z par. 296 KK o niegospodarność, pozbawić immunitetu, postawić przed sądem i po skazaniu odwołać.  Szkopuł w tym, że sprawa dotyczy skarbnika samego Prezesa. Ale gdyby nawet zdetronizowano Wielkiego Wezyra, to przed wyborami nie wpłynęłoby to mobilizująco na tysiące funkcjonariuszy PiS uczepionych rozmaitych posad i posadek . Bo – jak pisze angielski korespondent Christian Davies – Polacy lubią rozprawiać o tym, jak pięknie jest umierać za ojczyznę, ale mało kto dla dobra kraju zrezygnuje z utraty stanowiska czy choćby części wynagrodzenia.

Z pewnością nie wszyscy głosiciele Nowej Moralności i nie wszyscy, którzy akceptują jej praktyczne przejawy, to zdeklarowani cynicy i zdemoralizowani koniunkturaliści. Jest wśród nich sporo ofiar indoktrynacji pracowicie sączonej przez publiczne niegdyś media. Telewizja Kurskiego codziennie bowiem podsuwa odbiorcom odpowiedź na pytanie – jak poczuć się przyzwoitym będąc niemoralnym?  Na ogół odpowiedź jest ta sama: trzeba głośno, stanowczo i w patriotycznej tonacji zarzucać innym nieprzyzwoitość. Na szczęście – jak wskazują badania opinii – szybciej niż ubywa wyborców PiS przybywa ludzi, którzy traktują telewizję narodową jak nachalnego i kłopotliwego gościa. Gościa, którego czasem trzeba przyjąć w domu, ale prosisz go, żeby nie zdejmował butów, bo masz podświadomą pewność, że mu nogi śmierdzą.

Waldemar Mystkowski pisze, co zostało z zakazu handlu w niedzielę.

Już równo rok Polacy męczą się z zakazem handlu w niedzielę. Jaki cel przyświecał PiS-owi, aby przepchnąć pomysł narzucenia rodakom tego, czego „nie mają robić w wolnym czasie”?

PiS to partia genetycznie związana z PRL-em, wówczas niedziele były wolne od handlu, pozostałe dni tygodnia często też były wolne od handlu, sklepy nie miał czym handlować, choć nie uwarunkowało to czasu wolnego od pracy. To jest podstawowy gen, od którego uzależniona jest partia Kaczyńskiego. To są te wartości, które dzisiaj dla niepoznaki nazywane są np. wartościami chrześcijańskimi.

W niedzielę odbywały się czyny społeczne, PiS zapatrzony w tę narzuconą „bezinteresowność” dla wspólnoty za podszeptem funkcjonariuszy Kościoła katolickiego zakazał handlu dla dobra rodziny. Jakoby rodzina bardziej cementowała się, gdy nie łazi po sklepach.

W głębszym zamyśle duchownych – tych bliskich formatu Rydzyka – zakaz miałby napędzić więcej wiernych do kościołów, a tym samym szczodrzej miało im skapnąć na tacę.

Propagandowo zakaz w niedzielę miał po prostu dać wolne pracującym w handlu, co było pomysłem upadającego związku zawodowego „Solidarność”. A także polepszyć los małych sklepów, które w zderzeniu z wielkimi sieciami handlowymi przegrywały konkurencję. Okazało się, że zakaz tylko przyspieszył agonię sklepikarzy. Zyskały na tym stacje benzynowe, a szczególnie państwowy koncern PKN Orlen.

Do czego PiS się nie zabierze, nie udaje im się. Także nie wyszedł ten eksperyment na Polakach. Tak zresztą, jest z ideologiami, które mają uszczęśliwiać społeczeństwo i naród. Partia Kaczyńskiego nie nadąża za nowoczesnością, wysługuje się zamierzchłym instytucjom i ideom, które niczego nie rozwiązują, a wręcz komplikują, bądź są zawalidrogą w codziennym – a w tym wypadku świątecznym – życiu.

Oczywiście zostanie to kiedyś naprawione, tymczasem męczymy się z uszczęśliwianiem na siłę. Opozycja występuje kolejny raz z rozwiązaniem tego problemu. Platforma Obywatelska apeluje do marszałka Marka Kuchcińskiego, aby wyciągnął z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy, który został złożony już w listopadzie 2017 roku.

Otóż pracującym w niedzielę w handlu przysługiwały za to, co najmniej dwie wolne niedziele, w przeciągu 4 tygodni. To miałoby zmniejszyć dyskryminację pracowników i zapewnić im takie same prawa.

Czy PiS jest gotowy przyznać się do porażki i wycofać się z kolejnego pomysłu, który jest totalnie ideologiczny, zwłaszcza że większość Polaków zakaz handlu w niedzielę ocenia bardzo krytycznie?

A to wygląda na jakąś zorganizowaną akcję, prez. Majchrowski też dostał taką przesyłkę

Gnijący Kaczyński

15 Lu

Posłowie Platformy złożyli wniosek o utajnienie najbliższego posiedzenia Sejmu, aby prokurator generalny przedstawił szczegółową informację nt. śledztwa, które toczy się wokół spółki Srebrna i budowy wież. – To jest sytuacja bardzo kryzysowa. Ostatnie 3 lata zdemolowały porządek demokratyczny, niezależność wielu instytucji i dziś nie mamy żadnych gwarancji, że zarzuty, które są kierowane wobec człowieka, który sprawuje władzę w Polsce, zostaną wyjaśnione – ocenił Mariusz Witczak z PO.

Koperta dla prezesa

Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, z ujawnionych dziś zeznań Geralda Birgfellnera wynika, że Jarosław Kaczyński nakłonił go do wręczenia 50 tys. zł. dla księdza z rady fundacji, która jest właścicielem spółki Srebrna. Chodziło o budowę drapacza chmur w Warszawie.

Koperta z pieniędzmi miała trafić do ks. Rafała Sawicza, który razem z Kaczyńskim i posłem PiS Krzysztofem Czabańskim zasiada w radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Są oni nieodwoływalni, pełnią funkcje nieodpłatnie.

– To jest sytuacja bardzo kryzysowa. Ostatnie 3 lata zdemolowały porządek demokratyczny, niezależność wielu instytucji i dziś nie mamy żadnych gwarancji, że zarzuty, które są kierowane wobec człowieka, który sprawuje władzę w Polsce, zostaną wyjaśnione. Instytucje państwa w naszej ocenie zamiast wyjaśniać angażują się w obronę Jarosława Kaczyńskiego – mówi Mariusz Witczak.

Tajne posiedzenie Sejmu

Posłowie opozycji domagają się aby najbliższe, 77. posiedzenie Sejmu zostało utajnione, aby prokurator generalny przedstawił bardzo szczegółową informację nt. śledztwa, które toczy się wokół spółki Srebrna, budowy wież i roli Jarosława Kaczyńskiego.

– My obywatele musimy mieć gwarancję, że śledztwo będzie rzetelnie prowadzone, my parlamentarzyści musimy mieć gwarancję, że te kwestie, które są wyjaśnianie w toku śledztwa, nie rzutują na bezpieczeństwo Polski – twierdzi Mariusz Witczak.

– Tajne posiedzenie Sejmu i informacja o tym, kto miał dostęp do akt tego śledztwa, jest niezbędna, jeśli chcemy mówić o Polsce jako państwie prawa – dodaje Marcin Kierwiński.

Kto miał dostęp do akt?

Wniosek o utajnienie posiedzenia Sejmu to nie jedyne pismo, jakie zapowiedzieli posłowie opozycji. – Staje się oczywiste, że przedwczorajsza wizyta Jarosława Kaczyńskiego u ministra Ziobry nie była wizytą kurtuazyjną. Dlatego składamy wniosek do prokuratury o udostępnienie informacji, kto, w jakim trybie i kiedy miał wgląd do tych akt – tłumaczy Kierwiński.

Posłowie Platformy domagają się, aby minister Ziobro wytłumaczył dokładnie, dlaczego i w jakim trybie był u niego prezes PiS-u. Wczoraj minister sprawiedliwości przekonywał, że spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim dotyczyło ustaw i list do PE.

Po co była reforma sprawiedliwości

– Zastanawialiśmy się, po co była reforma wymiaru sprawiedliwości i prokuratury. Dziś wiemy, że po to, aby chronić swoich i aresztować politycznych wrogów – mówił Cezary Tomczyk, który wskazywał, że nie ma dziś instytucji w kraju, które mogłyby wyjaśnić sprawę taśm Kaczyńskiego i spółki Srebrna, ponieważ to Kaczyński kontroluje CBA, kontroluje też prokuraturę.

– To jest państwo, które widzimy, patologiczne, które nigdy nie powinno funkcjonować w taki sposób. Gdzie są instytucje, które mają swoje konstytucyjne i ustawowe obowiązki, gdzie jest CBA, które z urzędu powinno zajmować się sprawami korupcji, kopert w polityce, sprawami dotyczącymi nagrań, taśm ludzi władzy? – pytał retorycznie Cezary Tomczyk

Jaką Polskę zbudowało nam ugrupowanie polityczne, które na swych sztandarach latami niosło ponad głowami hasło o uczciwości, jako o najwyższym standardzie w życiu publicznym? Jakim państwem jest Polska Prawa i Sprawiedliwości kierowana przez polityka, którego latami to środowisko polityczne kreowało na niemalże świętego, w najgorszym razie pustelnika, który całe swoje życie oddał Ojczyźnie?
Całą prawdę o nim pokazują „taśmy Kaczyńskiego”, czyli namacalny dowód na moralny, na razie, upadek tego największego kłamstwa ostatniego 30-lecia.

A wszystko przez zwykłą zachłanność. Zwykłe, typowe dla określonych ludzi, ściubienie kasy. Gdyby to jeszcze na biednego trafiło, ale w tym przypadku mamy przecież do czynienia z jednym z najbogatszych Polaków – oczywiście nieoficjalnie, oficjalnie wiadomo, że główny bohater spektaklu mieszka w starej willi na Żoliborzu, której nawet nie chce od lat odmalować choćby z zewnątrz, bo jej odmalowanie mogłoby się gawiedzi kojarzyć z jakimś niebotycznym bogactwem. Z tych samych powodów ów polityk na co dzień chodzi w starym garniturku i znoszonych bucikach. Tymczasem okazuje się, że buduje dwa dwustumetrowe wieżowce, nie jakieś tam pięćdziesiąt głupich metrów – dwieście, a jakże. Więc skoro komuś po głowie chodzą takie wizje warte ponad miliard złotych, to robienie przy tym problemów przy wypłaceniu głupich 4 baniek za wykonaną w końcu robotę, potwierdza tylko jedno – pan prezes zwykłą sknerą jest i basta. Zapłaciłby te głupie 4 miliony i Gery siedziałby do dzisiaj cicho, a kult świętego mógłby sobie nadal kwitnąć w najlepsze. Ale nie, trzeba było ściubić, cholera jasna!

Co wiemy na dzisiaj, po kolejnych ujawnionych rewelacjach Gazety Wyborczej? Ano wiemy, że:

Wybory wygrywa się tylko po to, aby zdobyć wuzetkę.

Jeśli ktoś sądził, że wybory wygrywa się po to, aby realizować program polityczny, to pan prezes właśnie pokazał, że są w polityce byty, które służą do celów zgoła innych, z polityką mających wspólnego tyle, co policzenie z policzkiem. Celem pana prezesa było wygranie wyborów w Warszawie wyłącznie po to, aby zdobyć upragnione warunki zabudowy pod Kaczyński Towers.

Umowy zawiera się po to, aby później za nie nie płacić.

Od teraz każdy nieuczciwy zleceniodawca będzie mógł skorzystać z casusu prezesa Kaczyńskiego. Na mocy danej mu przez suwerena, pan Kaczyński właśnie uwiarygodnił działalność biznesową polegającą na świadomym zawieraniu umów w celu ich niepłacenia. Nie ma to żadnego związku z sytuacją, kiedy zamawiający popada nagle w kłopoty finansowe z nie swojej winy i z przyczyn od niego niezależnych popada w zwłokę lub w całkowity brak zapłaty. W tej sprawie pan prezes wielokrotnie potwierdzał, że zapłacić chce, ale z braku dowodów wykonania zlecenia – nie może. To oczywista ściema, bo pan prezes wielokrotnie też potwierdzał, że prace zostały wykonane, o istnieniu dowodów nie wspominając.

Biznesy (i politykę też) robi się wyłącznie przy pomocy słupów i agentów służb.

Do tej pory wiedzieliśmy jedynie, że filozofia rządzenia pana prezesa polega na tym, aby nie brać za nic odpowiedzialności. Gdzieś tam między słowami mówiło się tylko, że politykę pan prezes robi także rękami byłych agentów SB – oczywiście tych dobrych, Konradów Wallenrodów, bo ci źli są wyłącznie w Platformie. Teraz wyszło na jaw, że filozofią biznesową pana prezesa jest także zarządzanie poprzez podstawione osoby: sekretarkę, kierowcę, przyjaciółkę domu. Okazało się także, że i przy pomocy pięciorzędnych agentów, których (nie wiedzieć czemu, skoro pięciorzędnych) należało natychmiast odwołać.

Potrzebne dokumenty do realizacji celu załatwia się dzięki łapówkom.

To jak na razie najnowsza wiedza o zdolnościach biznesowych pana prezesa. Do tej pory można było jedynie mówić o tym podczas niedzielnych obiadów u teściowej, od dzisiaj naród ma inną perspektywę. I tylko ktoś bardzo naiwny lub zakochany w prezesie, co na jedno wychodzi, może sądzić, że ujawnianie tej prawdy pod groźbą więzienia może być konfabulacją zeznającego. Osobiście zresztą jestem przekonany, że to Gery usłyszy w końcu zarzuty a nie pan prezes. Konia z rzędem temu, kto ma inne zdanie na ten temat.

Fundacja i partia, to dwa różne byty, jeno prezes jeden.

Suwerenowi można oczywiście wkładać do głów różne bzdury, także i tę, że Fundacja Instytut im. Lecha Kaczyńskiego (która formalnie zarządza Srebrną) oraz Prawo i Sprawiedliwość (które nieformalnie żyje ze Srebrnej), to całkowicie odrębne i niezależne byty, a unia personalna w tym przypadku jest całkowicie nieistotna. Wiadomo, suweren mało zna historię, a jeśli już to wyłącznie tę właściwą, a poza tym przecież ciemny lud wszystko kupi – zgodnie z maksymą obecnego prezesa TVP. Rzecz w tym, że owym ślepym suwerenem nie da się wygrać wyborów, co potwierdzają wszystkie działania pana prezesa oraz zaprzyjaźnionych z nim mediów od czasu wybuchu tej gargantuicznej afery.

Jednym słowem na oczach znokautowanego suwerena wali się właśnie wizerunek „uczciwego ojca narodu, który całe swoje życie poświęcił Polsce, Ojczyźnie naszej”. Dzisiejszą jedynkę Gazety Wyborczej warto zachować dla dzieci swoich i wnuków, koniecznie w kolorze czarno-białym, który jest bardziej adekwatny do tej sytuacji, bo nikt mnie nie jest w stanie przekonać, że czarne nie jest czarne. Czarne to czarne, panie prezesie, i nie będzie inaczej.

A co ma robić Opozycja i wolne, niezależne media w tej sprawie? Cisnąć. Tylko presja metodami prawnymi nawet w państwie bezprawia ma jedynie sens. Dokładnie jak w przeddzień Czerwca 1989 roku.