Tag Archives: Jacek Kurski

Morawiecki, certyfikowany kłamca, w sprawie odzyskania tupolewa, w której nic nie zrobił

9 Maj

Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie – ocenia prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków – mówi o zatrzymaniu Elżbiety Podleśnej

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie nad ranem Elżbiety Podleśnej za rozwieszenie plakatów z wizerunkiem Matki Boskiej z aureolą w kolorach tęczy nie jest nadgorliwością władzy?

JADWIGA STANISZKIS: To było absurdalne. Sama byłam niejeden raz aresztowana o 6 rano w czasach komuny i wiem, co się wtedy czuje. Nie widzę żadnej złej woli w tej tęczowej aureoli Matki Boskiej, nie widzę tu też profanacji. Dla mnie wyobrażenie takiej aureoli może nie jest do końca prawidłowe, ale oddaje na pewno silne uczucia. To zostało na wyrost skojarzone z seksualnymi odmiennościami jako symbol homoseksualizmu i LGBT, ale dla mnie to jest absurdalne.

Część osób z obozu władzy tłumaczy, że zostały obrażone ich uczucia religijne.
Ja tego nie rozumiem, może dlatego, że jestem bardziej odporna, bo mam swoje lata, przeżyłam komunizm i

trudno poczuć mi się wewnętrznie obrażoną przez coś takiego. Pewnie też dlatego, że sama wielokrotnie byłam obrażana.

Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków.

Czy ta nadgorliwość policji i szefa MSWiA może być pokłosiem wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”?
Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie.

On ciągle żyje w przekonaniu, że śmierć jego brata była czyjąś winą. To bardzo niebezpieczne, gdy osoba z kręgów władzy żyje w takim przeświadczeniu, bo to potem rodzi takie absurdalne słowa i zachowania.

Jak ocenia pani wystąpienie Donalda Tuska na UW?
Nie słuchałam go w całości, ale z tego, co widziałam na początku, to wystąpienie nie było uniwersyteckim wykładem. Sama pracowałam na UW i uważam, że wystąpienia w Auditorium Maximum powinny być raczej naukowe. Osobiście nie spodziewałam się, że ogłosi swój start w wyborach prezydenckich, chociaż myślę, że w nich wystartuje.

Jak ocenia pani słowa Jarosława Kaczyńskiego o reparacjach wojennych od Niemiec? To powrót do ostrej kampanijnej retoryki?
Nie wiem, jak to wygląda ze strony prawnej, czy w ogóle ubieganie się o takie reparacje byłoby możliwe. Oczywiście jest to szukanie na oślep jakichś argumentów, które miałyby sprzyjać kolejnemu zwycięstwu PiS-u.

Prawdą jest, że Polska była kompletnie zniszczona po wojnie. Ja pamiętam tamte czasy, bo urodziłam się w 1942 roku. Po wojnie zamieszkaliśmy w Gdańsku i pamiętam to morze ruin, natomiast nie wiem, czy w tym momencie sięganie po takie argumenty jest właściwe. Rozumiem, że

w kampanii wyborczej partie odwołują się do różnych spraw, a czasem próbują grać na najniższych instynktach.

To świadczy o tym, że kampania weszła w decydującą fazę?
Myślę, że ta kampania i wybory majowe to taka próba generalna, ale oczywiście widać ten moment wtłaczania argumentów wspierających własną stronę. Dla mnie to już jest męczące, bo w dużej części to powtarzanie starych banałów. Tymczasem sytuacja globalna jest tak skomplikowana, podobnie jak sytuacja Polski, że dobrze by było, gdyby w kampanii mówiono innym językiem i o innych sprawach.

Te ogromne środki, które przez rząd są rozdawane i wydawane, powinny zostać przeniesione na edukację i inwestycje, żeby tworzyć nowe miejsca pracy w nowych technologiach, podnieść poziom społeczeństwa. Tymczasem mamy powtórkę z tego, co już było, a kampanią rządzą indywidualne ambicje. Ci, którzy już są na stanowiskach, mówią o pieniądzach, które zarabia się w Parlamencie Europejskim, zamiast o sprawach, które są istotne. Dla mnie to żenujące.

Za nami kolejny dzień matur. Decyzja o zawieszeniu strajku przez nauczycieli była słuszna?
Myślę, że ze względu na uczniów i maturę to była dobra decyzja. Inaczej uczniowie straciliby cały rok. Moim zdaniem nauczyciele są jednym z najbardziej odpowiedzialnych środowisk i zawodów i pokazali, że rozumieją interesy swoich uczniów, a także, że są gotowi je realizować nawet kosztem własnych potrzeb.

Co do postawy rządu Morawieckiego, to uważam ją po prostu za nieprzyzwoitą.

Rząd PiS-u przy ich pięknych hasłach wyborczych i jednocześnie brutalnej polityce, którą prowadzi wobec takich środowisk jak nauczycielskie, jest nie do przyjęcia. A pamiętajmy, że to przecież nie tylko nauczyciele zostali w ten sposób potraktowani. Przyznam, że już nie mam siły angażować się w kolejną walkę, ale to, co się dzieje, jest poniżej jakiejkolwiek normy.

Sama brałam udział w strajku w Stoczni i pamiętam, jak to wyglądało, pamiętam też strach i poczucie zagrożenia, ryzyka w imię wolności i godności. Myślę, że ludzie nie rozumieją do końca, o co chodzi nauczycielom, i myślą, że chodzi tylko o kwestie finansowe. Nauczyciele też sami nie wytłumaczyli dokładnie, o co im chodzi w tym strajku, mówiono tylko o podwyżkach, pensum itd., a to błąd. Powinni mówić więcej o poziomie edukacji i w ogóle o kwestii nauczania jako głównej szansy Polski, która jest kluczowa dla przyszłości.

Czy protest, który rozpocznie się na nowo we wrześniu, może być kłopotem dla PiS-u w kontekście jesiennych wyborów? Teraz obeszło się praktycznie bez konsekwencji dla rządzących.
To może być problem, szczególnie jeżeli nauczyciele przedstawią ogólną diagnozę, jakie są perspektywy Polski i jak ważna jest edukacja. Także jak ciężka jest ich praca, bo przecież lekcje to jedno, a przygotowywanie się w domu do nich to drugie tyle.

To też jest rola mediów, które sprowadziły w dużej mierze ten strajk do kwestii płacowych.

Szczególnie w mediach publicznych nauczyciele byli przedstawiani jako nieroby, którzy mają dwa miesiące wakacji.
Ja sama, gdy została wyrzucona w 1968 roku z Uniwersytetu, pracowałam przez jakiś czas w liceum pielęgniarskim na warszawskim Solcu nad Wisłą i pamiętam, że był to nawet większy wysiłek, niż wyspecjalizowane wykłady na wydziale socjologii, gdzie wcześniej pracowałam. Praca nauczyciela jest naprawdę bardzo ciężka i ludzie tego nie doceniają.

„Wszyscy pójdziecie do pierdla” – tymi słowami artysta zwrócił się do kilkunastotysięcznej widowni festiwalowej zapowiadając swój utwór. „Ja go zanucę, a Wy go zaśpiewajcie” – powiedział artysta.

Kilkanaście tysięcy gardeł poniosło pieśń żwawo, rześko i melodyjnie. Był rok 1993, festiwal w Jarocinie, artystą był Paweł Kukiz wówczas z zespołem Piersi, a utwór nosił tytuł „ZChN zbliża się”. Wstęp Pawła nie był od czapy, tylko miał swój sens. Otóż Paweł wraz ze swoim zespołem otrzymał zakaz wykonywania publicznie tego utworu. Wystąpili z tym do sądu Posłowie ZChN – i taki wyrok zapadł. Kuriozalny dla mnie i dla wielu artystów. Zapachniało powrotem cenzury. Nikt nie wiedział, czym to się może w tamtym czasie skończyć. Zespół pozwalał więc sobie na takie wybiegi, a nawet szedł dalej i w moim programie „Róbta, co chceta” o tym zakazie mówił przebrany w stroje pożyczone z zakładu karnego.

Dla młodych czytelników wyjaśnienie – ZChN to skrót nazwy partii – Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, a piosenka, mówiąc najkrócej, opowiada o przygodach księdza proboszcza objeżdżającego swoich wiernych po kolędzie. Śpiewana była na melodię tradycyjnej pieśni kościelnej i istotnie, publiczność nie miała trudności aby ją zanucić, a tym bardziej zaśpiewać. W tamtym czasie piosenka była mega popularna, czego dowodem było wykonanie przez publiczność w Jarocinie. Nie był to jedyny przypadek, kiedy posłowie partii ZChN publicznie, czyli na sali Sejmu RP, podejmowali temat cenzurowania dokonań artystów, którzy – jak wiemy – w systemie demokratycznym i wolnościowym uwielbiają wszelkiego rodzaju prowokacje i wyzwania. Ze swojej natury chcą pobudzać, budzić emocje, a czasem chcą gorszyć, prowokować, bulwersować, a granica między profanacją a obrazą bywa bardzo cienka. Istotą takiej sztuki jest to, że jest to artysta i jego dzieło, którego odbiór to nasza wolna wola – możemy nie brać go pod uwagę, nie oglądać, nie korzystać z tego przekazu. Można zamknąć książkę, wyłączyć telewizor, nie iść do kina, nie patrzeć, nie słuchać.

Dzieło Pani Elżbiety Podleśnej, czyli nadrukowany na kartce papieru wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w formie kolorowej tęczy, jest fantastycznym przykładem przekazu artystycznego. Jest to dalszy ciąg podobnych dzieł, jakie powstawały na przestrzeni wieków, motywowanych treściami religijnymi. Zachwycająca tęcza w „Sądzie Ostatecznym” Memlinga była dla mnie, urodzonego w Gdańsku i oglądającego ten obraz w Kościele Mariackim, nieprawdopodobnym przeżyciem. Sama istota tęczy, którą od dziecka kojarzę ze słodyczami i najpiękniejszymi ilustracjami z dziecinnych lektur, to absolutna doskonałość, której zasad uczyli mnie moi nauczyciele wychowania plastycznego w szkole podstawowej.

Z jakim zdziwieniem wiele, wiele lat temu zauważyłem, że znana mojemu pokoleniu, a założona jeszcze przed wojną, Spółdzielnia Spożywców Społem jako swój znak firmowy ma kolory tęczy! Wizerunek Matki Boskiej z tęczą, w którym to wizerunku artysta nie dodał żadnej nazwy, żadnego znaku, żadnej dodatkowej legendy, jak to czytać i interpretować, jest esencją kultury sztuki, która otwiera nam nieprawdopodobną ilość ścieżek dla własnego rozumienia przekazu. Obraz „Jan Sobieski pod Wiedniem” Jana Matejki znajdujący się w Muzeum Watykańskim czytamy i jednoznacznie, i jednokierunkowo. Nota bene – tu także występuje tęcza! Od lewa do prawa. Najlepsze dzieła to te, które nie próbują stawiać kropki nad „i”. I z takim dziełem mamy tu do czynienia. Dziełem, które – moim zdaniem – także pozwala na interpretacje związane z mówieniem o obrazie katolicyzmu. Dla mnie dzieło to mówi o nieskończonej miłości do Świata Bożego, który roztacza się pod naszym niebem.

Za to z pewnością to dzieło Elżbiety Podleśnej nie może być wytłumaczeniem do pukania do drzwi artysty o 6 rano, aby zabrać na przesłuchanie celem postawienia jakichś zarzutów. Nigdy, nigdy, przenigdy takie zdarzenie nie będzie miało żadnego sensowego uzasadnienia, więc abstrahując od oceny artystycznej dzieła, o której w wolnym kraju możemy debatować – nie możemy zgadzać się na takie zachowania polskiej policji. Zwłaszcza my, artyści, twórcy, dziennikarze, bo 6 rano to nie pora, aby w sprawie sztuki budziło nas policyjne pukanie.

Dziękuję wszystkim artystom, którzy wspierają nasze fundacyjne działania. Dziękuję wszystkim artystom, którzy będą z nami na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, gdzie sztuka nie ma granic, gdzie w atmosferze dyskusji, tolerancji i wzajemnego poszanowania spotykamy się z ogromną ilością artystycznych przeżyć. Na końcu powodują one, że w naszych sercach rodzi się nie tylko znajomość, ale także przyjaźń do sztuki, która nie musi być akceptowana, ale która musi być wolna!

 

Największy problem z szumem wokół Leszka Jażdżewskiego polega na tym, że on nic szczególnego nie powiedział. Nie była to wypowiedź ani obraźliwa, ani cyniczna, ani oszczercza, ani kłamliwa. A takich jest przecież mnóstwo.

Reakcja na jego mowę pokazuje jak daleko zaszła nasza autocenzura i strach przed wolną myślą, w jak bardzo nienormalnych czasach żyjemy: gdzie zwykła szczerość jest skandalem a uczciwość intelektualna – aktem heroizmu.

Jeszcze rozumiem potępienie Schetyny, który jest politykiem strachliwym i bez wyobraźni (obecnie potwornie boi się utracić kościółkowy PSL) ale zachowanie Moniki Olejnik, która pokornieje przy Bieleniu, zachwyca się Giertychem i atakuje (jak przekupa) Jażdżewskiego – jest absolutnym skandalem. Nie pamiętam jej tak agresywnej przy bonzach PiSu. Może pora by zmieniła stację? W ekipie Kurskiego z pewnością nie musiała by zapraszać młodych intelektualistów…

>>>

W ogóle coś się niedobrego dzieje ze stacją TVN, płynie w kierunku Polsatu a Polsat już się wita z gąską to znaczy z kaczką. Źle się dzieje!.

Eksperci Edukacyjnego Laboratorium Mediów Społecznościowych z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie sporządzili raport o TVP w 2017 r. Przeanalizowali m.in. programy informacyjne z dni 10-16 lutego 2017. Dokument zamówiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, za co zapłaciła 79,5 tys. zł – informuje Gazeta Wyborcza i podaje, że przez półtora roku     odmawiała dziennikowi dostępu do tego dokumentu.

Choć to niezgodne z literą prawa, trudno się temu dziwić. Raport, mówi bowiem wręcz: „Kiedy ogląda się telewizję publiczną, można odnieść wrażenie, że Polska to kraj monopartyjny”- ujawnia Gazeta Wyborcza.

„Zbyt jednostronne informacje polityczne i gospodarcze, brak krytycznego podejścia do prezentowanych treści, brak pluralizmu i bezstronności” – to zarzuty wobec „Wiadomości” TVP nadawanych o godz. 19.30.

Naukowcy zwracają uwagę na pojawiające się materiały „o charakterze propagandowym – wychwalające sukcesy rządu”, a także „przewagę setek wypowiedzi dziennikarzy oraz publicystów kojarzonych z opcją rządzącą czy prawicą”.

Jak czytamy w „Wyborczej”, wśród walorów „Wiadomości” wymieniono m.in. aktualne informacje, większość materiałów własnych czy dobre tempo audycji i poprawny język. Oceniając warsztat poszczególnych dziennikarzy zaznaczają, że np. Michał Adamczyk „od czasu do czasu za mocno akcentuje niektóre słowa, szczególnie w materiałach krytykujących opozycję”, a Danuta Holecka używa „pojedynczych zwrotów nacechowanych i wartościujących”

Tak samo źle wypada w raporcie naukowców „Teleexpress”, w którym autorzy dostrzegli „miażdżącą przewagę jednej opcji politycznej – partii rządzącej PiS”.

Reklamy

Ciemnogród PiS: Beata Kempa, Jacek Kurski, Anna Zalewska

5 Kwi

Minister Beacie Kempie, która z takim wielkim oddaniem poświęca się pomocy humanitarnej, nieco puściły nerwy w programie „Tłit”.

Wystarczyło, że dziennikarz Marek Kacprzak powołał się w rozmowie na Krzysztofa Brejzę, który porównał dzisiejszą Polskę do zawirusowanego komputera, stąd „potrzebny jest głęboki restart. I montaż dobrego antywirusa”, by minister Kempa natychmiast odbiła piłeczkę, mówiąc, żeby poseł „Antywirusa to niech sobie zamontuje w Inowrocławiu, tam gdzie wybuchła gigantyczna afera”.

Czyżby miała na myśli aferę fakturową w mieście, gdzie prezydentem jest ojciec Krzysztofa Brejzy i to on sam złożył zawiadomienie w tej sprawie do prokuratury? No cóż, śledztwo jeszcze się toczy, ale pani Kempa już wie, kto tu jest winny i wykorzystuje sytuację, by zdyskredytować posła w oczach Polaków.

Sama natomiast dość lekceważąco podchodzi do pytania o afery, jakie tropi Krzysztof Brejza. Gdy dziennikarz przypomina sprawę Srebrnej, stanowczo stwierdza, że to żadna afera, a celem działań posła jest tylko i wyłącznie „próba uderzenia w lidera Zjednoczonej Prawicy. Nie dopatruję się nieprawidłowości w tym zakresie”.

Ostatecznie ucina rozmowę na temat Krzysztofa Brejzy, stwierdzając, że „Poseł Brejza to jedyny polityk, z którym nigdy nie usiądę do stołu. Rzadko mi się to zdarza. Nie lubię poniżania kobiet i kłamstw. (…) Nie chcę mówić na temat tego człowieka. Chciałabym, żeby w polityce było jak najmniej takich ludzi jak on”.

No fakt. Polska polityka potrzebuje tylko takich aktywistów jak ona i jej partyjni koledzy…

Wszyscy dobrze wiemy, że media publiczne są tubą propagandową partii rządzącej. Wiemy, że o tym jak mają funkcjonować te media i jaki zespół ma nimi prowadzić, decyduje Rada Mediów Narodowych, powołana właśnie przez PiS, w której 3 członków na 5 to ludzie rekomendowani właśnie przez tę partię, a na jej czele stoi Krzysztof Czabański, bliski znajomy prezesa Kaczyńskiego. Wiemy też, że TK pod koniec 2016 roku, czyli jeszcze pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego, zakwestionował pozbawienie KRRiT możliwości wpływania na wybór członków zarządów spółek medialnych i zobowiązał parlament do uchwalenia odpowiednich zmian w tej sprawie, co nie spotkało się z żadnym odzewem.

Trudno więc dziwić się, że już teraz partie opozycyjne szykują propozycje konkretnych zmian, które pozwolą przywrócić normalne zasady w funkcjonowaniu mediów publicznych. Dziennikarzom onet.pl udało się dotrzeć do osoby z PO, która potwierdziła, że rzeczywiście trwają już prace nad pakietem ustaw. Przyznaje ona, że „przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

O jakie zmiany chodzi? Spółki TVP i Polskiego Radia mają być zlikwidowane i zastąpione przez coś w rodzaju instytutu kultury. Dodatkowo, nowa formuła miałaby ułatwić przeprowadzenie zmian personalnych, bez czego nie dałoby się przywrócić podstawowych zasad funkcjonowania mediów. Tym bardziej, że wiadomo, iż co niektórzy mają podpisane bardzo korzystne umowy, które gwarantują im ogromne odprawy w przypadku rozwiązania stosunku o pracę.

Rozpatrywany jest też wariant, by władze TVP i Polskiego Radia wybierała KRRiT, tak jak to było przed zmianami wprowadzonymi przez PiS. Wprawdzie dzisiaj i KRRiT jest w rękach partii rządzącej, a jej szefem jest sejmikowy radny tej partii Witold Kołodziejski, ale odpowiednimi ustawami będzie można i tutaj wprowadzić poprawki.

Ma się też zmienić forma finansowania mediów. Jak mówi informator onet.pl, „Abonamentu raczej nie uda się uratować (…) PiS zamienił Telewizję Polską w opłacaną z pieniędzy ludzi szczujnię. Nikt już nie będzie chciał na to płacić, nawet jeśli odpowiedzialni za ten codzienny skandal na antenie odejdą – słyszymy. Co w zamian? Jeżeli telewizja stałaby się instytucją kultury, w grę wchodzi w pierwszej kolejności finansowanie… z budżetu”.

Przeszkodą we wprowadzeniu nowej ustawy o mediach może być Andrzej Duda, który pełni funkcję prezydenta do sierpnia 2020 roku. Należy liczyć się z tym, że będzie on torpedował wszelkie działania, które odbiorą PiS-owi władzę nad mediami publicznymi, no i raczej nie ma co wierzyć, że partie opozycyjne będą miały taką większość w sejmie, która pozwoli im na odrzucenie prezydenckiego weta. Tak więc, nawet jeśli uda się w wyborach do parlamentu pokonać PiS, to na nową ustawę o mediach publicznych trzeba będzie trochę poczekać. Dobrze jednak, że prace nad zmianami już trwają, bo gdy przyjdzie odpowiedni czas to będzie można nową ustawę szybko wprowadzić w życie i uwolnić wreszcie media od wpływów PiS.

Nie można odmówić Grzegorzowi Schetynie umiejętności wytrawnego gracza politycznego. Najnowsza inicjatywa jego partii wyraźnie to pokazuje. Dzisiaj PO składa w Sejmie wniosek o wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej.

Wiadomo, że PiS swoimi głosami utrzyma ją na stanowisku, ale… znajdzie się w dość niewygodnej sytuacji. Z jednej strony bowiem, partia panią Zalewską obroni, jednak już niebawem ją zdymisjonuje, bo przecież wysyłana ma być do Brukseli, a rząd ponownie zostanie zrekonstruowany.

Tak naprawdę politycy PiS mają tylko jedną możliwość, by wykaraskać się z sytuacji, w jaką wpędził ich lider PO. Biegiem ogłosić nowy skład rządu. Już raz taki manewr im się udał, pytanie tylko czy mają już gotową listę nowych ministrów.

Nie ma co ukrywać, minister Zalewska skompromitowała się całkowicie deformą edukacji. Trudno znaleźć cokolwiek, co usprawiedliwiałoby sens jej startu do europarlamentu. Grzegorz Schetyna świetnie to rozumie, dlatego już tydzień temu, na konwencji we Wrocławiu, odniósł się do pani minister, mówiąc, że to „nie przejdzie”. Polacy są mądrzy, nie doceniacie ich, pani Zalewska nie da rady uciec do Brukseli, bo po prostu Polacy jej nie wybiorą”. Czy wniosek o wotum nieufności pomoże? Oby tak się stało. Przekonamy się o tym już dzisiaj.

Jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Znowu o nas głośno, od Chicago do Tobolska. A wszystko za sprawą skłonności, która powoli staje się naszą specjalnością narodową. Piromanii, mianowicie.

Całkiem niedawno światową sławę zyskał w tym kontekście Wrocław, gdzie doszło do symbolicznego podpalenia kukły Żyda. A teraz w Gdańsku zapłonął stos, w który wrzucono…książki. Tę swoistą rekonstrukcję auto da fe z Harrym Potterem i Hello Kitty w charakterze głównych oskarżonych, urządzili księża jednej z tamtejszych parafii, przy aktywnym uczestnictwie licznych wiernych.

Gdańska inscenizacja „Fahrenheita 451” wzbudziła oburzenie, ale bynajmniej nie tak powszechne, jak można by się spodziewać, i głównie za granicą, bowiem krajowi mocodawcy uczestników „incydentu” wykazali się w tej sprawie daleko posuniętą wyrozumiałością. Cóż – w końcu mamy teraz trend na poszanowanie tradycji i obfitość grup rekonstrukcyjnych, tymczasem Inkwizycja to przecież ważna karta w dziejach Kościoła Powszechnego. No a poza tym nie tylko duchowni, ale też świeccy przedstawiciele aktualnej władzy wykazują specyficzną skłonność w kierunku zabaw z zapałkami.

I tak, miłość ojczyzny, płonącą w sercach młodzieży wszechpolskiej, najłatwiej poznać po krwawej łunie rac nad Marszami Niepodległości, natomiast nigdy niegasnący płomień pamięci ofiar „zamachu smoleńskiego” – po blasku pochodni na każdej miesięcznicy. Nic nie wyraża żaru emocji buzujących w środowiskach „patriotycznych” bardziej niż płonące flagi Unii, swastyki i kukły „wrogów narodu”. Te akurat modę, dotyczącą kukieł „zdrajców”, zapoczątkowało w polskiej polityce symboliczne spalenie wizerunku Lecha Wałęsy. Dla przypomnienia – zapałki trzymał wtedy Jarosław Kaczyński. Potem nadeszła epoka marszów z płonącymi pochodniami. No a teraz przeszliśmy do kolejnego etapu narodowej piromanii- stosów, na których pali się książki. Czego polska prawica oczywiście „nie pochwala, ale jednak rozumie”.

Jej elektorat pewnie też, tym bardziej, że przynajmniej jedną książkę w roku (wliczając w to podręczniki i instrukcje obsługi) czyta w Polsce już tylko 37 procent populacji. Gdyby nie jazgot lewackich mediów, to gdańskie całopalenie przeszłoby więc pewnie niezauważone.

Bo przecież jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Inna sprawa, że palenie książek jest mało skuteczne, bo zawsze można przecież napisać kolejne. Więc następnym nieuniknionym, etapem na drodze do odrodzenia duchowego Narodu wydaje się posłanie na stos ich autorów. Jak to zawsze bywało. Po nich – wydawców. A na ostatku czytelników. Oraz – to już w kontekście politycznym – całej totalnej opozycji, z „Bolkiem” na czele, jej zwolenników, a na koniec całego „gorszego sortu”. No, chyba że w odruchu chrześcijańskiego miłosierdzia jednak wyśle się ich wszystkich na Madagaskar. Niemniej, wobec nadchodzącego kryzysu budżetowego, zapałki wychodzą taniej.

Jak dotąd, owa taktyka spalonej ziemi przynosiła podpalaczom w Polsce niezłe rezultaty. Zabawy z zapałkami mają jednak to do siebie, że w niepowołanych rękach grożą pożarem medialnym, który obróci w popiół resztki naszej reputacji. Mogą też wzniecić oburzenie i rozpalić emocje przeciwników. No i – jak wiemy z filmów kryminalnych – wielu podpalaczy ginie w płomieniach roznieconych własnymi rękami.

Jacek Kurski niech patrzy na Serbię, a nie Nowogrodzką

17 Mar

Tępa i prostacka manipulacja, tylko dlatego, że wyniki sondy były nie po myśli jej autorów” – to jeden z komentarzy internautów, jaki pojawił się w sieci po usunięciu przez TVP wyników sondy.

Redakcja programu „Strefa starcia” zapytała swoich widzów na Twitterze o to czy akceptują możliwość adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Wyniki miały zostać przedstawione na antenie TVP Info, a autorzy sondy zapewne liczyli, że odpowiedzi widzów dadzą im silny argument do walki ze środowiskami LGBT.

Niestety dla pomysłodawców sondy, jej wynik odbiegał od oczekiwań, dlatego zamiast ujawnić głosowanie widzów postanowiono usunąć pytanie z sieci. Na Twitterze „Strefy starcia” pojawił się za to lakoniczny komunikat: „Szanujemy głosy WIDZÓW, dlatego jest dla nas niezmiernie ważne, żeby wynik sondy odzwierciedlał ICH punkt widzenia, a nie wykupionych farm anonimowych trolli”.

Jako że w sieci nic nie ginie, internauci bardzo szybko odnaleźli i opublikowali screeny z trwającej sondy. Wynika z nich jasno, że ponad pięćdziesiąt procent odpowiadających na pytanie osób nie ma nic przeciwko temu, aby pary homoseksualne mogły adoptować dzieci.

Internauci ostro zareagowali na manipulację redaktorów TVP: „Jeśli już nawet na widzów @tvp_info władza nie może liczyć, to znaczy, że jest źle”,  „Po prostu przeszkadzało wam, że w sondzie zwyciężała normalność” – można przeczytać w komentarzach. 

TVP gadzinówki nie oglądam

23 Sty

Solidaryzując się z apelem Platformy Obywatelskiej, skierowanym do jej członków, na bojkot telewizji publicznej zdecydował się także Maciej Stuhr. Znany aktor na swoim facebookowym profilu umieścił krótki wpis: „Bojkot TVP. Nie oglądam. Nie występuję”.

Decyzję aktora skomentowało ponad 2 tysiące osób. W większości są to wyrazy poparcia i deklaracje nieoglądania TVP. Padają jednak także oskarżenia o niechęć do „dobrej zmiany” i… słabą grę aktora.

Jak już pisaliśmy, politycy Platformy Obywatelskiej nie zamierzają brać udziału w żadnych programach publicznego nadawcy do momentu ustąpienia obecnego zarządu TVP.

„Zarząd Krajowy Platformy Obywatelskiej RP zwraca się do członków PO o całkowite powstrzymanie się od udziału w programach TVP zarówno na szczeblu krajowym, jak i regionalnym – do czasu odwołania obecnego zarządu TVP” – tak brzmi najważniejszy fragment uchwały Zarządu PO, która od wczoraj obowiązuje członków partii.

Czy to jest szczęśliwa decyzja?

Pomysł  krytykuje prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk. Jego zdaniem  bojkot TVP nie będzie sprzyjać „rozliczeniu negatywnych kampanii prowadzonych” przez telewizję publiczną.

„Nie do końca uważam, że nieobecność w mediach będzie sprzyjała rozliczaniu (negatywnej kampanii dotyczącej m.in. Pawła Adamowicza – red.) i temu pomoże. Powinniśmy być obecni wszędzie i powinniśmy głośno o tych sprawach mówić – mówił w Poranku Radia TOK FM.

Wśród  internautów zdania też są podzielone. Niektórzy przypominają podobny bojkot, ale ze strony PISu… W pewnym momencie prawicowi politycy pożałowali tego, bo zrozumieli, że przestali być słyszani przez drugą stronę… Teraz nie będzie inaczej.

… nie chcecie korzystać z tuby propagandowej TVP docierającej do największej populacji aby mieć okazje powiedzenia, że oni kłamią. W studiach tvpis macie szanse ich krytykować, a jak wam wyłączą mikrofon to będzie znaczyło że się boją, a jak waszego głosu nie będzie to „lud to kupi” co głosi władza” – napisał m.in. nasz czytelnik -„Zygmunt”, komentując z wyrzutem informację o ostatniej decyzji PO.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

>>>

Mowa nienawiści PiS, czyli język kaczystowski

23 Sty

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Po zamachu na prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza pojawiają się groźby pod adresem innych gospodarzy miast. Czołowi samorządowcy coraz częściej domagają się ochrony policyjnej.

„Dziennik Gazeta Prawna” informuje, że była prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz otrzymała ją po tym, jak na jej dyżurze w Uniwersytecie Warszawskim pojawił się agresywny mężczyzna. Było to 14 stycznia, a więc w dniu śmierci prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza. Niezbędna była interwencja policji. Miał to być kolejny raz,  gdy ten sam człowiek zjawiał się na dyżurze byłej prezydent Warszawy.

Nie jest ona jedynym samorządowcem, który obawia się o swoje bezpieczeństwo. Eskortę policji otrzymał już prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz, wobec którego stosowano groźby w internecie. Olsztyńska policja uznała, iż były one na tyle realne, że należy oddelegować funkcjonariuszy do jego ochrony. W ubiegłym tygodniu policjanci z wydziału do walki z cyberprzestępczością zatrzymali 24-letniego mieszkańca Olsztyna, który w internetowych wpisach chwalił  zabójcę Pawła Adamowicza i pisał, że „następny będzie Grzymowicz”.

Podobne groźby stosowano wobec Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, który w rozmowie z radiem TOK FM oświadczył, że po śmierci prezydenta Gdańska „zaczął oglądać się za siebie”.

„Na ulicy ktoś namalował napis „Tyszkiewicz, ty będziesz następny” – opowiada prezydent Nowej Soli . „Dostałem telefon z policji z prośbą o złożenie zawiadomienia o ściganie autora tego napisu. Zamierzam to zrobić” – zapowiada. „Uświadomiliśmy sobie, że wykonywany przez nas zawód samorządowca jest zawodem podwyższonego ryzyka – stwierdza. Tyszkiewicz przekonuje: „wystarczy, że podejmę decyzję o eksmisji jakiegoś zwyrodnialca, który terroryzuje sąsiadów. Wówczas staję się dla niego wrogiem. Pamiętam sytuację, jak kiedyś gonił mnie mężczyzna z maczetą w ręku. Udało mi się go namierzyć, ale potem odwiedziła mnie jego matka i wybłagała, bym odpuścił” – wspomina Wadim Tyszkiewicz – prezydent Nowej Soli.

Do ciszy nad trumną Pawła Adamowicza najbardziej wzywają ci, którzy boją się, co mogliby o sobie usłyszeć.

Cisza nad trumną zamordowanego w taki sposób polityka jest potrzebna. Po to, żeby rozgrzane do czerwoności społeczne emocje nie eksplodowały w niekontrolowany sposób, żeby nikomu nie stała się kolejna krzywda.
Po to, żeby uszanować uczucia i żałobę rodziny. Po to, żeby nie trywializować i nie banalizować potwornego zła i potwornej krzywdy, którą wyrządzono. Ale cisza, dokładnie tak, jak powiedziała podczas pogrzebu żona zamordowanego prezydenta Gdańska, nie może oznaczać milczenia. Bo są sprawy, o których mówić nie trzeba, ale są i takie, o których nie można milczeć.

I – powiem to, choć tak trudno to powiedzieć, że ledwo przechodzi mi przez gardło – nie tylko czyniący zło są winni wytworzenia atmosfery nienawiści i pogardy, o której nie wiemy, czy była bezpośrednią przyczyną zabójstwa, ale wiemy na pewno, że dzięki niej łatwiej było nienawidzić i obwiniać, łatwiej było gardzić i odczłowieczać. Ale i ci są winni, którzy nie dość stanowczo przeciw tej pogardzie i nienawiści protestowali, co siedzieli cicho albo tylko krzywili się pogardliwie, kiedy trzeba było robić raban.

Od czasu strasznego i niewyobrażalnego zabójstwa Pawła Adamowicza zastanawiam się wciąż i wciąż nad jednym: jak ucywilizować debatę publiczną, co obecnie stało się niezbędne, w sytuacji, kiedy winni jej upadku, nie poczuwają się do winy, zaprzeczają jej i – jak zwykle, bo to ich stała metoda – przekręcają fakty, a odpowiedzialność zrzucają na innych. I wiem na pewno, że nie można przebaczyć ani pojednać się tam, gdzie nie ma wyznania winy i prawdziwego żalu za grzechy.

Można być stanowczym. Konsekwentnym. Metodą zdartej płyty powtarzać tyle razy, ile trzeba: nie podoba mi się, nie chcę, nie róbcie tak. To nieprzyzwoite, niegodne, bezprawne, tak nie wolno. Chodzić do sądu. Nagłaśniać. Prywatnie i publicznie. W kraju i za granicą. W mediach tradycyjnych i społecznościowych. Gdzie można i gdzie się da. Tłumaczyć i edukować. I ponad wszystko, nie dać zamknąć sobie ust.

Prezes TVP Jacek Kurski zapowiedział, że będzie pozywał do sądu każdego, kto powie, że TVP przyczyniła się do śmierci prezydenta Adamowicza. Pomijając fakt, że tłumienie krytyki medialnej i polemiki to osobliwa metoda działania jak na szefa jakiegokolwiek medium, a zwłaszcza publicznego, to uśmiechnęłam się tylko czytając te groźby, bo przecież niczego nie trzeba mówić. Wystarczy pokazywać, co mówiono w TVP o Pawle Adamowiczu i o wielu innych politykach opozycji i krytycznych wobec rządu dziennikarzach.

Po śmierci Pawła Adamowicza nikomu zdrowemu na umyśle nie chodzi o zemstę, ale wielu – o sprawiedliwość i odpowiedzialność. Bo bez nazwania odpowiedzialnych po imieniu (czasami nie będą to ludzie, tylko instytucje) część społeczeństwa będzie się czuła wykorzystana i zbrukana. Będzie czuła, że tym, którzy poniewierali, poniżali i podżegali do przestępstw (w niektórych wypadkach robią to nadal), się upiekło, że nie spotkała żadna kara.
To byłoby nieuczciwe i demoralizujące.

Cóż, jeśli chcemy mieć inną, lepszą Polskę, taką, której posmakowaliśmy po śmierci prezydenta Gdańska, wspólną, dobrą, taką, która rozmawia i współczuje, jest dobra, uczciwa i sprawiedliwa, musimy zakasać rękawy, bo ta sprawiedliwość i odpowiedzialność nie zrobi się sama. Wszystko w naszych rękach.

(fragment)

Tak naprawdę to należałoby bronić TVP przed Kurskim.

Kurski zapowiedział, że Telewizja Polska (podkreślam jej tylko nominalną nazwę, bo w istocie jest to telewizja PiS, partyjna) też zapowiada, że zostanie „skierowany pozew lub akt oskarżenia w trybie kk”  (przepisuję z komunikatu, bo nawet w tym fragmenciku są błędy nazewnictwa) „przeciwko osobom, które absurdalnie wskazywały na związek przyczynowy pomiędzy treściami publikowanymi na antenach Telewizji Polskiej a śmiercią pana Pawła Adamowicza”. Jacek Kurski – w imieniu Telewizji Polskiej – zapowiada pozew lub akt oskarżenie „w trybie kk” przeciw m.in. Krzysztofowi Skibie, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Adamowi Bodnarowi i Wojciechowi Sadurskiemu.

W oficjalnym komunikacie nominalna Telewizja Polska używa słowa „absurdalnie” – to tak jakby Latający Cyrk Monthy Pytona oficjalnie komunikował, że Ministerstwo Śmiesznych Kroków nie istnieje, bo taka instytucja byłaby absurdalna.

I taka jest TVP z punktu konstruowania informacji – absurdalna. TVP wypełnia w przestrzeni publicznej coś na kształt formatu Monthy Pytona. Czy tak skonstruowana informacja może zabić? Ależ tak! Wcale nie musi dochodzić do komunikatu: „Stefanie W., zabij!”, bo taki komunikat podany 100 razy „zabiłby” tegoż Stefana W. z nudów. Do Stefanów W. konstruuje się zohydzające, szkalujące, manipulujące komunikaty o Pawle Adamowiczu, Grzegorzu Schetynie, Donaldzie Tusku i tysiącu polityków opozycyjnych.

I w ruletce nienawiści padło na Pawła Adamowiczu, który dostał śmiertelne ciosy nożem. Jacek Kurski na swoją zgubę zasłania się nominalną Telewizją Polską, której imienia chce bronić. Otóż Kurski zniszczył TVP i tak naprawdę TVP należałoby bronić przed Kurskim.

Stefan W. to powielenie Eligiusza Niewiadomskiego – w Polsce powtórzony został mord na prezydencie, tym razem na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu. Wszystkie cechy narracyjne są porównywalne i podobne. A Jacek Kurski – cóż – też nadaje się do prozy jako postać o wybitnie czarnym charakterze i zaznaczam nieciekawa intelektualnie, bo jak napisała Hanna Arendt – zło tak naprawdę jest banalne.

Więcej >>>

Jak Jacek Kurski robi gadzinówkę za publiczne pieniądze

22 Sty

Prof. Wojciech Sadurski i Krzysztof Skiba o pozwie TVP.

Jak podały media, znalazłem się w znakomitym gronie osób, które TVPiS zamierza ścigać karnie za opinie, dotyczące związku między uprawianą przez tę telewizję propagandą a stworzeniem atmosfery, sprzyjającej mordowi w Gdańsku:

Nie zamierzam tu się tłumaczyć ani bronić. Jeśli będzie trzeba, uczynię to w sądzie. Ale już teraz chciałbym zauważyć, że z komunikatu TVPiS wynika, że jesteśmy oskarżani „w pierwszej kolejności” lub że jesteśmy „w pierwszej grupie”. Czyli że TVPiS zamierza (a w każdym razie straszy, że zamierza) oskarżać większą liczbę osób, publicznie wypowiadających się na swój temat.

To skłania mnie do trzech obserwacji.

Po pierwsze: wytaczając działo oskarżenia prawno-karnego, TVPiS stawia się jednoznacznie po jednej stronie politycznego sporu w Polsce. Jest to, rzecz jasna, oczywiste dla każdego, kto obserwował choćby przez minutę jakikolwiek program „informacyjny” lub „publicystyczny” w TVP1 lub TVPInfo, ale nigdy sama TVP tego tak otwarcie nie przyznała. Jest to więc, paradoksalnie, przyznanie racji krytykom TVP: jest to telewizja partyjna, działająca jak ogniwo partii władzy.

Po drugie, oskarżenie jest potężnym przyznaniem się do bezradności argumentacyjnej. Normalnym odruchem każdego człowieka mediów – dziennikarza, redaktora, wydawcy – jest odpowiedź krytykom metodami właściwymi dla mediów, czyli kontr-argumentacją. Grożąc oskarżeniami karnymi, TVPiS przyznaje, że już nie ma siły argumentów więc musi uciekać się po argument siły.

I po trzecie – grożąc oskarżeniem w trybie prawnokarnym Prezes Kurski najwyraźniej liczy na uciszenie swych krytyków. Jest to tzw. „efekt mrożący”: sam fakt zagrożenia procesem i w perspektywie – karą, ma skłonić krytyków do powstrzymywania się ze swymi ocenami. Nie mogę mówić za mich szanownych współ-oskarżonych, ale w moim przypadku mam jedną odpowiedź. Niedoczekanie Pańskie, Panie Prezesie Kurski. Pańskie pohukiwanie stwarzają dla mnie dodatkowy bodziec, by Pana i Pańskich podwładnych krytykować – komentuje prof. Sadurski. 

Tak naprawdę to należałoby bronić TVP przed Kurskim.

Kurski zapowiedział, że Telewizja Polska (podkreślam jej tylko nominalną nazwę, bo w istocie jest to telewizja PiS, partyjna) też zapowiada, że zostanie „skierowany pozew lub akt oskarżenia w trybie kk”  (przepisuję z komunikatu, bo nawet w tym fragmenciku są błędy nazewnictwa) „przeciwko osobom, które absurdalnie wskazywały na związek przyczynowy pomiędzy treściami publikowanymi na antenach Telewizji Polskiej a śmiercią pana Pawła Adamowicza”. Jacek Kurski – w imieniu Telewizji Polskiej – zapowiada pozew lub akt oskarżenie „w trybie kk” przeciw m.in. Krzysztofowi Skibie, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Adamowi Bodnarowi i Wojciechowi Sadurskiemu.

W oficjalnym komunikacie nominalna Telewizja Polska używa słowa „absurdalnie” – to tak jakby Latający Cyrk Monthy Pytona oficjalnie komunikował, że Ministerstwo Śmiesznych Kroków nie istnieje, bo taka instytucja byłaby absurdalna.

I taka jest TVP z punktu konstruowania informacji – absurdalna. TVP wypełnia w przestrzeni publicznej coś na kształt formatu Monthy Pytona. Czy tak skonstruowana informacja może zabić? Ależ tak! Wcale nie musi dochodzić do komunikatu: „Stefanie W., zabij!”, bo taki komunikat podany 100 razy „zabiłby” tegoż Stefana W. z nudów. Do Stefanów W. konstruuje się zohydzające, szkalujące, manipulujące komunikaty o Pawle Adamowiczu, Grzegorzu Schetynie, Donaldzie Tusku i tysiącu polityków opozycyjnych.

I w ruletce nienawiści padło na Pawła Adamowiczu, który dostał śmiertelne ciosy nożem. Jacek Kurski na swoją zgubę zasłania się nominalną Telewizją Polską, której imienia chce bronić. Otóż Kurski zniszczył TVP i tak naprawdę TVP należałoby bronić przed Kurskim.

Stefan W. to powielenie Eligiusza Niewiadomskiego – w Polsce powtórzony został mord na prezydencie, tym razem na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu. Wszystkie cechy narracyjne są porównywalne i podobne. A Jacek Kurski – cóż – też nadaje się do prozy jako postać o wybitnie czarnym charakterze i zaznaczam nieciekawa intelektualnie, bo jak napisała Hanna Arendt – zło tak naprawdę jest banalne.

Więcej >>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Kaczyński i jego kanalie. Nie można siedzieć cicho, gdy pisowcy plują nam do talerza

22 Sty

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Jeśli chcemy wyeliminować z życia publicznego ludzi ziejących nienawiścią, musimy to zrobić sami: przy urnach wyborczych, ale także pilotem – nie oglądając programów, do których zaprasza się krzykaczy i nienawistników, a przede wszystkim – nazywając jasno i wyraźnie rzeczy po imieniu.

Mówiąc o tym, że trzeba skończyć z mową nienawiści i pogardy, z pełnym nienawiści i pogardy postępowaniem w życiu publicznym, musimy pamiętać, że nigdy nie zrobią tego sami zainteresowani, najbardziej winni.

Tak jak kościół nigdy nie rozliczy jak należy księży pedofilów. Tak jak żaden gang, żadna mafia nie rozliczy się sama i nie pośle swoich członków do więzienia. Oczekiwać czegoś podobnego byłoby absurdem.

Taka jest natura ludzka, że każdy siebie i swojej organizacji broni, usprawiedliwia, a nie oskarża. Dlatego wymyślono zasadę, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie.

I dlatego jeśli chcemy wyeliminować z życia publicznego ludzi ziejących nienawiścią, musimy to zrobić sami: przy urnach wyborczych, ale także pilotem – nie oglądając programów, do których zaprasza się krzykaczy i nienawistników, a przede wszystkim – nazywając jasno i wyraźnie rzeczy po imieniu.

Trzeba też nie tylko głośno mówić na co się nie zgadzamy, ale zacząć faktycznie się nie zgadzać, protestować i stawiać opór takiemu traktowaniu.

Trzeba przestać siedzieć cicho, bo milczenie przyzwoitych ludzi to marzenie tych, którzy boją się, co mogliby od nich usłyszeć.

 

Tak naprawdę to należałoby bronić TVP przed Kurskim.

Pozycja prezesa TVP musi być zagrożona, kiedy występuje w obronie „nadawcy publicznego” w związku z zabiciem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. TVP jest tylko nominalnie „nadawcą publicznym”, bo w istocie jest nadawcą partyjnym, uprawiającym nie informację, ale propagandę na rzecz partii Jarosława Kaczyńskiego, a przeciwko opozycji, która jest zohydzana, oczerniana, szkalowana.

To klasyka wszelkich autokracji, gdy własność publiczna zostaje zawłaszczona i staje się własnością partyjną – tak było w PRL. Kurski niczego nie stworzył w tej sferze samodzielnie, odtworzył tylko wzór poprzedniego reżimu. Obecna TVP jest więc groteskowa, farsowa, absurdalna, ośmieszająca informację, którą podaje, bo informacje na jej antenie nie spełniają szkolnej wykładni, jak powinna konstruowana być ta informacja.

I tak np. TVP różni się od TV Republika tym, że ta ostatnia nie dostaje pieniędzy publicznych, czyli wszystkich Polaków, oraz nie korzysta z takiego dostępu do sponsoringu i reklam spółek publicznych. Pieniądze publiczne są w istocie zakupem takiej, a nie innej informacji, są kupowaniem konkretnych ludzi, którzy mienią się dziennikarzami, ale nie spełniają fachowości tego zawodu. Gros tzw. dziennikarzy w dzisiejszej TVP to amatorzy działający na rzecz PiS bądź ideologii tej partii. Do tej pory pracowali w niszowych mediach, nikt ich nie znał – i tak pozostałoby przez ich całe życie, gdyby nie dar reżimu, który w Polsce zapanował.

Jacek Kurski zapowiedział wcześniej na Twitterze, że będzie pozywał „autorów oszczerstw”, tzn. tych, którzy wyrażali opinię o powiązaniach informacji oczerniających, szkalujących, zohydzających prezydenta Pawła Adamowicza w TVP z jego zabiciem. Ten przykład będzie łatwy do udowodnienia, bo o Pawle Adamowiczu w ciągu tylko roku w „Wiadomościach” TVP mówiono o nim ohydnie przynajmniej 100 razy. Czy to ma związek z mordem na nim? Ależ tak! Takie jest działanie „mowy nienawiści”, wiele prac socjologicznych o tym traktuje.

Kurski zapowiedział, że Telewizja Polska (podkreślam jej tylko nominalną nazwę, bo w istocie jest to telewizja PiS, partyjna) też zapowiada, że zostanie „skierowany pozew lub akt oskarżenia w trybie kk”  (przepisuję z komunikatu, bo nawet w tym fragmenciku są błędy nazewnictwa) „przeciwko osobom, które absurdalnie wskazywały na związek przyczynowy pomiędzy treściami publikowanymi na antenach Telewizji Polskiej a śmiercią pana Pawła Adamowicza”. Jacek Kurski – w imieniu Telewizji Polskiej – zapowiada pozew lub akt oskarżenie „w trybie kk” przeciw m.in. Krzysztofowi Skibie, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Adamowi Bodnarowi i Wojciechowi Sadurskiemu.

W oficjalnym komunikacie nominalna Telewizja Polska używa słowa „absurdalnie” – to tak jakby Latający Cyrk Monthy Pytona oficjalnie komunikował, że Ministerstwo Śmiesznych Kroków nie istnieje, bo taka instytucja byłaby absurdalna.

I taka jest TVP z punktu konstruowania informacji – absurdalna. TVP wypełnia w przestrzeni publicznej coś na kształt formatu Monthy Pytona. Czy tak skonstruowana informacja może zabić? Ależ tak! Wcale nie musi dochodzić do komunikatu: „Stefanie W., zabij!”, bo taki komunikat podany 100 razy „zabiłby” tegoż Stefana W. z nudów. Do Stefanów W. konstruuje się zohydzające, szkalujące, manipulujące komunikaty o Pawle Adamowiczu, Grzegorzu Schetynie, Donaldzie Tusku i tysiącu polityków opozycyjnych.

I w ruletce nienawiści padło na Pawła Adamowiczu, który dostał śmiertelne ciosy nożem. Jacek Kurski na swoją zgubę zasłania się nominalną Telewizją Polską, której imienia chce bronić. Otóż Kurski zniszczył TVP i tak naprawdę TVP należałoby bronić przed Kurskim.

Stefan W. to powielenie Eligiusza Niewiadomskiego – w Polsce powtórzony został mord na prezydencie, tym razem na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu. Wszystkie cechy narracyjne są porównywalne i podobne. A Jacek Kurski – cóż – też nadaje się do prozy jako postać o wybitnie czarnym charakterze i zaznaczam nieciekawa intelektualnie, bo jak napisała Hanna Arendt – zło tak naprawdę jest banalne.