Tag Archives: Jacek Gądek

Kaczyński, coś ty zrobił z Polską

7 Maj

Gowin z Kaczyńskim doszli do kompromisu w sprawie wyborów 10 maja.

Jakiego kompromisu? Otóż to. Język staje na czubku i staje się pypciem. Obydwaj ci politycy uprawiają retorykę pypciową. Bo wybory formalnie się odbędą, nawet będzie cisza wyborcza, tylko lokale wyborcze nie zostaną otwarte.

A wszystko po to, aby w poniedziałek Sąd Najwyższy mógł stwierdzić, że nieodbyte wybory są nieważne.

Czy ktoś z tej ekwilibrystyki pypciowej coś rozumie?

Przecież nie chodzi o rozumienie, a koryto. Kompromis Gowin – Kaczyński dotyczy wszak koryta.

Po stwierdzeniu przez SN, iż wybory są nieważne dochodzimy do dziwnej procedury wprost z republiki bananowej, z Burkina Faso.

Marszałek Semu ogłasza termin wyborów. Kiedy one będą? Najprawdopodobniej w lipcu.

Powstaje pytanie, czy Gowin zawierając kompromis z Kaczyńskim nie obawia się, że ten go wydyma?

Otóż wydyma, wydyma.

– Fakt, że to głosowanie ogłoszone na niedzielę się nie odbędzie, stanowi oczywiście podstawę do zaangażowania Trybunału Stanu i prokuratury – ocenił prawnik Krzysztof Izdebski. Jego zdaniem za „chaos prawny” i wybory, które mają odbyć się 10 maja, ale jednak ich nie będzie, odpowiadają rządzący.

Według ustaleń Jarosława Kaczyńskiego i Jarosława Gowina wybory 10 maja odbędą się teoretycznie, ale praktycznie – nie. Przez to Sąd Najwyższy stwierdzi ich nieważność i zostaną zarządzone nowe. Te mają się odbyć w formie korespondencyjnej, ale po nowelizacji przyjętej w piątek ustawy. Takie rozwiązanie pozwala uniknąć wyborów w maju, ale budzi wiele wątpliwości co do przestrzegania praworządności.

Więcej o pisowskim bareizmie >>>

Już dziś okładka najbliższego Newsweeka. W numerze m. in. kulisy cyrku z wyborami, podsumowanie prezydentury Dudy i dziennik S.Chwina z czasów wirusowych.

Wybory prezydenckie 2020 mogą się odbyć jeszcze tego lata. Konstytucjonalista prof. Marcin Matczak stwierdził jednak w TOK FM, że przesadny pośpiech nie jest wskazany. – Pamiętajmy, że wybory to nie tylko głosowanie – podkreślał.

Prof. Matczak apeluje o procedurę wyborczą >>>

Państwo Jarosława Kaczyńskiego nie dało rady zorganizować wyborów prezydenckich w maju, choć prezes PiS tego żądał. To paradoks: ta niemoc państwa ma mieć pieczęć Sądu Najwyższego, który został właśnie „odbity” przez obóz władzy.

Więcej >>>

Emisariusze PiS usilnie przekonywali w ostatnich dniach posłów opozycji i Porozumienia do poparcia ustawy kopertowej, obiecując intratne stanowiska. Jednego z nich miał namawiać premier Morawiecki. Innego minister Dworczyk. Balansowali na granicy prawa: oferowanie korzyści w zamian za głos posła jest przestępstwem.

Morawieckiemu za przekupstwo należy się Trybunał Stanu >>>

Jeżeli będzie można dowolnie przesuwać datę wyborów przez marszałka Sejmu, to przecież w przyszłości też będzie można manipulować terminami jak komu wygodnie. Przecież takie orzeczenie TK, że można zmienić termin, będzie orzeczeniem na dzisiaj, za rok, za 10 lat i za 20, bo to jest wykładnia konstytucji – mówi prof. Adam Strzembosz, były I Prezes Sądu Najwyższego. – Za to, że w maju nie będzie wyborów, ktoś odpowie przed Trybunałem Stanu, ale nie dlatego, że mamy straszny problem konstytucyjny, tylko dlatego, że nie dopełnił obowiązków. W sytuacji pandemii obowiązkiem jest wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, to jest poza dyskusją – dodaje.

Wywiad z prof. Adamem Strzemboszem >>>

To częsta w przypadku autorytarnej, dyktatorskiej władzy, próba legitymizacji bezprawnych czynów.

Marszałkini Elżbieta Witek skierowała do TK pytanie dotyczące daty wyborów prezydenckich: czy przełożenie ich na inny termin jest zgodne z Konstytucją? Problem polega na tym, że zgodnie z prawem TK został powołany do orzekania o zgodności z Konstytucją ustaw, a nie decyzji Sejmu lub rządu. Tak więc i pytanie pani Witek i odpowiedź Julii Przyłębskiej warta jest tyle, co pytanie o przepis na sałatkę. I prawnie znaczy dokładnie tyle samo.

Po co więc obie strony udają, że to, co robią ma jakiś sens? Po co z takim tragikomicznym w tym okolicznościach namaszczeniem i pietyzmem piszą do siebie nawzajem nic nieznaczące pisma? I powołują się ciągle na swoje niemające żadnego znaczenia opinie?

Cały felieton Elizy Michalik >>>

Trzy zarazy. Czy sobie z nimi poradzimy?

3 Kwi

Mamy trzy zarazy, dwie śmiertelne. Koronawirus dla naszej egzystencji. Druga zaraza Kaczyński – groźna dla egzystencji państwa.

No i trzecia zaraza, która jest potomstwem dwóch pierwszych – indolencja władz pisowskich wobec koronawirusa.

Nie dość, że dane o zakażeniach i ofiarach są nieprawdziwe – nie tylko z powodów, że za mało jest przeprowadzanych testów, nieprzygotowania do zarazy, to przede wszystkim świadomego zaniżania danych – to taki Kaczyński ma w dupie Polaków, jemu tylko zależy na tym, aby chwycić naród za mordę, bo niedługo odejdzie i inni też mają pożegnać się z życiem.

Rządzi nami wariat z kompleksami bez większych intelektualnych możliwości, bez żadnych osiągnięć (chyba, że pośrednio obarczymy go za współwinę Lecha Kaczyńskiego, który posłał 96 ludzi na tamten świat).

Jak sobie z tym poradzimy? Czy w ogóle sobie poradzimy?

Rzeczywiście [Jarosław Gowin] mówi o tym, że jest przeciwnikiem wyborów w tej chwili. Uzasadniał to zawsze zawsze różnego rodzaju zagrożeniami medycznymi. Te wybory, o których w tej chwili mowa, czyli wybory korespondencyjne, nie stwarzają takich zagrożeń. Jaką podejmie decyzję, trudno mi w tej chwili powiedzieć, ale mam nadzieję, że to będzie decyzja racjonalna i zgodna z konstytucją, a w tej chwili jedyna decyzja racjonalna i zgodna z konstytucją to jest decyzja o przeprowadzeniu wyborów” – mówił w radiowej Jedynce prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Rozmowa z Kaczyńskim w „Sygnałach dnia” >>>

Światowa Organizacja Zdrowia prawdopodobnie już wkrótce zmieni zalecenia i zachęci do noszenia maseczek ochronnych w miejscach publicznych – donosi brytyjski dziennik „The Guardian”. Przymierzają się do tego również Brytyjczycy i Amerykanie. Do zmiany zdania miały skłonić WHO nowe dane z Hongkongu, które wkrótce zostaną opublikowane.

O modelu chińskim, który może u nas obowiązywać >>>

– Jarosław Kaczyński jest bardzo nakręcony na to, by zrobić wybory jak w Bawarii – mówi nam polityk PiS bliski kampanii. Czyli w pełni korespondencyjne. Przeciwko wyborom 10 maja jest Jarosław Gowin, który odrzucił już drugie ultimatum stawiane mu przez PiS. Nowogrodzka chce więc nakłonić posłów Gowina, by głosowali w Sejmie wbrew swojemu szefowi.

O nakręconym Kaczyńskim >>>

Organizacyjnie możliwe do przeprowadzenia, politycznie uzasadnione, ale obarczone potężnym ryzykiem prawnym i epidemiologicznym. Ponadto korespondencyjne wybory prezydenckie, które forsuje Prawo i Sprawiedliwość, może storpedować Senat. Wystarczy, że wprowadzający je projekt ustawy przetrzyma u siebie, zgodnie z uprawnieniami, przez 30 dni.

Więcej o chorej demokracji kopertowej >>>

„Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie „swoi” i „obcy”, czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów”, pisze Olga Tokarczuk. 

Cały felieton noblistki >>>

„My na pewno nie będziemy robić koalicji z PiS-em. Nigdy! Natomiast odsunąć od władzy rząd, który usiłuje po trupach przeprowadzić wybory, warto nawet z diabłem” – mówi posłanka PO Izabela Leszczyna w gorącym komentarzu po doniesieniach o możliwym rozpadzie koalicji rządowej.

Więcej o możliwym rozpadzie koalicji pisowskiej >>>

Wierzę, że nawet jeśli nie Gowin, to ktoś się w obozie władzy opamięta i zauważy, że prezes odkleił się od rzeczywistości. Wybory w środku epidemii to jest za gruba akcja, nawet jak na ten elektorat i tych polityków – mówi OKO.press Katarzyna Lubnauer. – Chyba, że Kaczyński pójdzie do końca w stronę dyktatury jak Orbán. I nadejdą żniwa Ziobry i Kamińskiego.

Więcej Katarzyny Lubnauer >>>

Przyznam, że od pewnego czasu patrzę na większość rządzącą jak na sektę religijną, która ma guru. Jak wiadomo, w sekcie wszyscy muszą się podporządkować i mamy tak w obecnej sytuacji. Sekta ma też swoich najwyższych kapłanów, ma swoją świątynię – to specjalna willa wykupiona obok tej prezesa i tam podobno są relikwie zmarłego brata, czyli sarkofag, który został podmieniony w wyniku ekshumacji. Miejmy świadomość, że znaleźliśmy się w rękach groźnej sekty, która nie myśli, jest zdana na łaskę i niełaskę swojego guru – mówi Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. – Dziś liczy się nie norma konstytucyjna, a wola rządzących. Jak będą chcieli, bo im to będzie pasować, to się zastosują, a jak nie, to nie będą. Mamy do czynienia już nie z władzą, która funkcjonuje w porządku konstytucyjnym, tylko w oparciu o swoją czystą wolę. To dyktatura – podkreśla.

Rozmowa z prof. Jerzym Stępniem >>>

W Polsce najwięcej ofiar śmiertelnych od początku epidemii i zatrważająca liczba zakażeń wśród lekarzy. W USA ekspert Donalda Trumpa dostał ochronę, bo chichotał po bzdurach opowiadanych przez prezydenta. Dyktatorzy wykorzystują epidemię, by dokręcać śrubę: Putin robi cyfrowy gułag, Duterte chce strzelać.

O przebiegu kolejnego dnia zarazy >>>

Partia pana prezesa właśnie dowiodła, że jedno potrafi na pewno. Mianowicie – walczyć o władzę do upadłego biznesu i upadłej służby zdrowia.

Nie wiem, jak Państwo, ale ja zawsze się wzruszam, kiedy kobieta płacze. A już zwłaszcza, gdy płacze z mojego powodu. A przecież łamiący się głos pani marszałek Witek, to przeze mnie.

Kiedy tak, niemal łkając, błagała marszałka Senatu, żeby pilnie procedował najważniejszą ustawę pandemii, to czyniła to przecież w trosce o mnie i o miliony rodaków. Żebyśmy mogli bezpiecznie spełnić najważniejszy obowiązek, jaki spada na nas wszystkich w czasach zarazy. Głosować!

Felieton Bożeny Chlabicz-Polak  >>>

Zaraza pod pozorem zarazy zaraża ojczyznę

29 Mar

Ważniejszy dla rządzącego PiS (de facto – dla Kaczyńskiego) niż pakiet antykryzysowy, są poprawki w ordynacji wyborczej.

Kto mógłby dopuścić się, aby w ustawia ratunkowej dla gospodarki w czasie kryzysu wpisać artykuły dotyczące wyborów?

Tak spaprać prawo może tylko PiS. Świadczy, że Kaczyńskiego nie obchodzi koronawirus (on jakoś przeżyje, niech Polacy zdychają), ale władza.

Zaraza Kaczyński pod pozorem zarazy zaraża nam ojczyznę. Jaka akcja, taka kiedyś nastąpi reakcja – czyli zarazę Kaczyńskiego wypali się ogniem i mieczem.

Los dyktatorów zawsze jest jeden i nie ominie prezesa PiS. Ale póki co, będzie niszczył Polskę, bo ten pokraczny człowiek inaczej nie potrafi. Szczuć, pluć, niszczyć.

Będziemy pracować nawet 60 godzin w tygodniu, a przedsiębiorców czeka wypełnianie druczków, aby dostać pomoc, która wielu z nich i tak nie uchroni przed bankructwem. Zadowolony jest tylko PiS, który nocą w Sejmie przepchnął swoją tarczę antykryzysową.

Najważniejsze ustawy Sejm i rząd pod przywództwem PiS przegłosowywał jak zawsze – na szybko, skracając dyskusję, w ostatniej chwili dorzucając kontrowersyjne poprawki. Ustawy trafiły do Sejmu w nocy z 26 na 27 marca 2020, a do specustawy natychmiast napisano kolejne 68 stron autopoprawek. Ustawy pakietu antykryzysowego były przegłosowywane w trybie zdalnym, a posłowie przeprowadzali głosowania testowe na godzinę przed rozpoczęciem obrad. Głosowano całą noc, a posłowie opozycji w mediach społecznościowych co chwila opisywali problemy techniczne.

W trakcie głosowania poprawek PiS zgłosił też zmiany w kodeksie wyborczym, by ułatwić sobie przeprowadzenie wyborów prezydenckich 10 maja. Zmiany mają ułatwić głosowanie korespondencyjne osobom po 60. roku życia. Można mieć poważne zastrzeżenia, czy są to zmiany zgodne z konstytucją, bo różnicują wyborców ze względu na wiek. Łamią też zasadę, że przed samymi wyborami kodeksu wyborczego się nie zmienia.

Więcej o zaprzaństwie władzy PiS >>>

Nocne zmiany w Kodeksie wyborczym są niezgodne z prawem. Doszło do sytuacji, w której wybory będą się odbywać w sytuacji anormalnej, zagrażającej zdrowiu, a być może życiu wyborców, lecz korzystnej dla jednego kandydata. Jest oczywiste, że w tej sytuacji należy wprowadzić w Polsce stan klęski żywiołowej albo nawet stan wyjątkowy. Wszelkie warunki są ku temu spełnione. Niestety, moim zdaniem jest to dalsza cegiełka do budowy w Polsce dyktatury, a ten proces zaczął się w Polsce w 2015 r.” – podsumował w „GW” Jerzy Stępień, były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego.

Kaczyńskiego polityka po trupach >>>

„To głosowanie odbyło się, gdy obywatele byli pogrążeni we śnie. Obywatele są w strachu, w niepewności, to jest idealny klimat dla pozbawiania ich przysługujących im praw” – mówi OKO.press prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z PAN. „To zamach na wybory prezydenckie. Rzetelnych wyborów wymaga od nas prawo międzynarodowe”.

„Te zmiany zostały wprowadzone w ustawie, która ma na celu zwalczanie wirusa i skutków gospodarczych epidemii. A wprowadzone zmiany przyczyniają się do rozprzestrzeniania zarazy” – ocenia prof. Piotrowski.

Zgodnie ze swoją najgorszą tradycją – nocą – i przy okazji procedowania pakietu ustaw antykryzysowych PiS 28 marca 2020 wprowadził zmiany w kodeksie wyborczym. W wyborach prezydenckich w maju umożliwił głosowanie korespondencyjne, które dziś jest dostępne tylko dla osób niepełnosprawnych.

PiS zmienił miedzy innymi art. 53 a kodeksu wyborczego: „Głosować korespondencyjnie może również wyborca podlegający w dniu głosowania obowiązkowej kwarantannie, izolacji lub izolacji w warunkach domowych”. Korespondencyjnie mogłyby też głosować osoby po 60. roku życia. Wszyscy zainteresowani musieliby zgłosić zamiar korespondencyjnego głosowania 5 dni przed wyborami.

Rozmowa z prof. Ryszardem Piotrowskim >>>

PiS bardzo mocno prze do wyborów 10 maja. Chcą ich zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Andrzej Duda. Nowogrodzka czeka jednak na efekty społecznej kwarantanny, a w międzyczasie tworzy sobie – zmieniając kodeks wyborczy – narzędzia do przeprowadzenia głosowania. Po Wielkanocy ma zapaść ostateczna decyzja, czy je przeprowadzać w warunkach ostrego reżimu sanitarnego.

Więcej o fiksacji Kaczyńskiego >>>

Jarosław Kaczyński może wykorzystać nocne głosowania antykryzysowe, po cichu zmieniając prawo, by za wszelką cenę doprowadzić do wyborów prezydenckich. Ale rosnącej krzywej zachorowań i śmierci nawet on nie zmieni. To nie prezes PiS zdecyduje zatem, czy wybory się odbędą czy nie.

Analiza Andrzeja Stankiewicza >>>

Jeżeli epidemia nie wygaśnie do maja, co jest praktycznie pewne, to wybory w maju oznaczałyby ryzyko dla zdrowia, a także problemy z obsadzeniem komisji wyborczych. Ponadto byłaby to nieuczciwa konkurencja, bo jeden kandydat dominuje w mediach rządowych. Sądzę, że presja społeczna doprowadzi do przesunięcia wyborów – mówi prof. Leszek Balcerowicz, ekonomista, b. wicepremier i minister finansów.

Rozmowa z Leszkiem Balcerowiczem >>>

Samorządowcy pytają, jak mają przygotować wybory podczas stanu epidemii. Rząd zamyka szkoły, sklepy i ogranicza możliwości przemieszczania, ale o przełożeniu wyborów nie myśli. Samorządowcy pytają więc premiera, jak mają przygotować lokale wyborcze i przeszkolić członków komisji, których w skali kraju jest prawie 300 tysięcy. – 10 kwietnia będziemy w szczycie zachorowań, a to termin, kiedy z przygotowaniami do wyborów trzeba ruszyć pełną parą. Nie wyobrażam sobie tego – mówi nam burmistrz Kłodzka Michał Piszko. – Organizowanie wyborów na dzisiaj to wysyłanie ludzi z narażeniem ich zdrowia i życia – uważa prezydent Sopotu Jacek Karnowski.

Więcej o samorządowcach, którzy staną okoniem bezprawiu Kaczyńskiego >>>

Morawiecki i koronawirus. Niczego PiS się nie nauczył

13 Mar

PiS niczego się nie nauczył. „Nauczył” mam na uwadze dla dobra Polaków i Polski. Morawiecki to mistrz rżnięcia, udawania, czysty mitoman.

Udaje, że coś robi. Szpitale są zamykane, środków do walki z koronawirusem mało, dobrze tylko się ma kibel publiczny – kiedyś telewizja publiczna TVP.

Grozi nam scenariusz włoski, zmarło tam już 1000 osób. U nas testów przeprowadza się niewiele, ukrywa prawdę o pandemii, epidemii.

Tak złej sytuacji małych szpitali jeszcze nie było. Koronawirus może nas dobić. Musimy stale prosić właścicieli lub organy założycielskie o pomoc finansową. Koszty stale rosną: ZUS, płaca minimalna, inflacja. A teraz jeszcze wirus. I bankruci w postaci szpitali powiatowych mają ratować Polaków przed zarazą – mówi dyrektor szpitala w Nowym Mieście Lubawskim.

O bankructwie szpitali tutaj >>>

O zarazie Karczewskim tutaj >>>

W najbliższych sondażach zaobserwujemy gromadzenie się ludzi wokół władzy, niczym oddanie się we władanie rządzących ze szczególnym uwzględnieniem Andrzeja Dudy. Tylko że w dłuższym terminie efekt będzie odwrotny. Skoro władza zamknęła państwo na klucz i zachęca, aby zostawać w domach, a mimo tego liczba zachorowań wzrasta i nie daj Bóg pojawią się pierwsze zgony, to będzie to dowód na to, że Andrzej Duda, obóz rządzący, premier Morawiecki przedsięwzięli działania, które nie zapobiegły epidemii – uważa prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Jeśli w kwietniu sondaże spadną, to sądzę, że władza może zagrać w odsunięcie wyborów, gdyby okazało się, że Andrzej Duda ma większe prawdopodobieństwo na przegraną. Nie mam wątpliwości, że nie zawahają się użyć wszelkich sposobów, aby nie przegrać wyborów – dodaje.

Wywiad z Migalskim tutaj >>>

Felieton Zegadły tutaj >>>

Historia daje liczne, poparte archiwaliami świadectwa, że – generalnie – nie warto być bardziej papieskim od papieża, nawet jeśli jest się akurat prawicowym redaktorem.

Po decyzji Watykanu o zamknięciu kościołów do kwietnia, w Polsce prawicowe media urządziły włoskim duchownym małe palenie czarownic. Było o porzuceniu wiernych w potrzebie, o sprzeniewierzeniu się misji i wreszcie o utracie wiary w moc sakramentów i modlitwy. I że nie tak to dawniej w czasach zarazy bywało.

Cały esej Bożeny Chlabicz-Polak tutaj >>>

Więcej >>>

Z powodu epidemii koronawirusa decyzją rządu zostały zamknięte wszystkie placówki kulturalne w Polsce: teatry, muzea i kina, koncerty są odwołane. „Artyści, którzy pracują tylko w teatrze, nie grają spektakli, nie będą mieli za co żyć” – napisała Barbara Kurdej-Szatan. Część środowiska zapowiada, że będzie występować o rekompensatę od ministra Glińskiego.

O sytuacji artystów w czasie zarazy tutaj >>>

W przypadku koronawirusa mamy do czynienia z „kontrolowaną pandemią” – ocenił szef Światowej Organizacji Zdrowia. Tedros Adhanom Ghebreyesus wyraził zaniepokojenie niewystarczającymi w jego ocenie działaniami niektórych państw w związku z wirusem. Zaapelował o przeprowadzanie testów na obecność SARS-CoV-2 we wszystkich podejrzanych przypadkach.

Więcej >>>

Sytuacja  u nas, w Europie i na świecie staje się dramatyczna. Możliwe, że pandemia koronawirusa spustoszy ludzkość, na pewno dojdzie do olbrzymiego kryzysu ekonomicznego.

Co się stanie? Trudno przewidzieć, bo za kryzysem ekonomicznym zawsze idzie jeszcze gorszy – kryzys społeczeństw, kryzys polityczny – w podobnej atmosferze narodził się nazizm.

Strach się bać.

Kronika epidemii. W Hiszpanii scenariusz włoski – dużo zarażeń i wysoka śmiertelność, w Niderlandach spokojnie, w Wielkiej Brytanii zarażona wiceminister zdrowia i szykowane środki nadzwyczajne, Słowacja, Czechy i Węgry wprowadzają stan wyjątkowy.

Niemcy: 2318 wykrytych przypadków, cztery osoby zmarły

Niemcy to jeden z tych krajów, gdzie mimo stosunkowo dużej liczby zarażonych śmiertelność jest bardzo niska. Kanclerz Angela Merkel przygotowuje jednak współobywateli na najgorsze – w środę 11 marca na konferencji prasowej ostrzegła, że wirusem SARS-CoV-2 może zostać zarażonych nawet 70 proc. mieszkańców Niemiec, czyli nawet 58 mln ludzi.

Jej deklaracja jest zgodna z przewidywaniami niektórych epidemiologów, jednak podkreślają oni, że do takiej sytuacji może dojść najwcześniej w ciągu kilku miesięcy i że środki podjęte w celu powstrzymania epidemii mogą zmienić obraz sytuacji.

Więcej o dramatycznej sytuacji dotyczącej koronawirusa w Europie tutaj >>>

 

Polski Kościół idzie w zaparte – choć lekarze apelują, by w dobie epidemii koronawirusa dla dobra wszystkich radykalnie ograniczyć kontakty z innymi, nabożeństwa nadal się odbywają. M.in. msza w Świątyni Opatrzności, podczas której nie przestrzegano podstawowych zasad unikania zakażenia.

„Z całą pewnością nie chcę obrażać niczyich uczuć religijnych, ale uważam, że w obecnej sytuacji należy zamknąć kościoły i ograniczyć do nich dostęp wiernych. Modlić można się wszędzie i na różne sposoby – nie tylko osobiście uczestnicząc w Mszy. Kościół pełen modlących się ludzi, narażonych na bardzo bliski i bezpośredni kontakt, z całą pewnością stanowi doskonałe miejsce do rozprzestrzeniania się wirusa”, mówi rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Mirosław Wielgoś.

Tego samego dnia – w czwartek 12 marca 2020 – minister zdrowia Łukasz Szumowski wprowadził w Polsce stan zagrożenia epidemicznego. A Kościół? Idzie w zaparte.

O ciemnocie Kościoła kat. w kwestii wiedzy o koronawirusie tutaj >>>

 

– Zmierzamy w kierunku modelu włoskiego – stwierdził na antenie TVN24 prof. Robert Flisiak, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Lekarz dodał też, że w jego klinice „sprzętu starczy na trzy dni”, a „dyrekcja szpitala i wojewoda są bezsilni”.

O tym jak rząd PiS jest nieprzygotowany do walki z pandemią koronawirusa tutaj >>>

– Jeśli władza zracjonalizuje oczekiwania wyborców, to później ma większe szanse, żeby zostać przez nich pozytywnie ocenioną – o tym, jak epidemia koronawirusa może wpłynąć na sytuację rządzących rozmawiamy z politologiem dr. hab. Sławomirem Sowińskim z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji UKSW.

Więcej >>>

Adwokatka, Ewa Stępniak z Lublina jest jedną z osób, która miała kontakt z pracownicą Sądu Rejonowego w Janowie Lubelskim. Pracownicą, u której w środę potwierdzono obecność koronawirusa i która leży w szpitalu zakaźnym w Lublinie. Kwarantanną objęto pracowników sądu, choć nie tylko.

O kwarantannie tutaj >>>

Zarażeni 2 – mitomaństwo PiS i kleru

12 Mar

PiS to partia mitomanów. Nie tylko Mateusz Morawiecki jest mitomanem, ale też inni, bo takich mitomanów przyjmuje w partyjne grono prezes mitoman Kaczyński.

Oto Jadwiga Emilewicz (minister rozwoju) – która najpierw ogłosiła, że polska gospodarka może skorzystać na koronawirusie – dzisiaj twierdzi, że „wyprzedzamy inne państwa europejskie o ok. dwa tygodnie”.

Otóż – nie Jesteśmy w tyle, nie badamy tylu ludzi, jak w Europie, bo nie ma w kraju testów, personel jest nieprzygotowany i jest go za mało, brak maseczek, respiratorów i innych podstawowych urządzeń potrzebnych do walki z koronawirusem.

Pierwszy przypadek koronawirusa został wykryty tak późno, bo nie przeprowadzano testów. W tej chwili liczbę wykrytych zakażeń wirusem można spokojnie pomnożyć przez 100.

Polska pod wadzą PiS jest krajem do dupy, ten dupizm wprowadziło pokraczność PiS.

„Zwiększenie liczby mszy jest zasadne i sensowne, chodzi o zwiększenie odległości do 1 metra miedzy wiernymi. Im mniej osób naraz w jednym miejscu, tym lepiej” – powiedział dziś minister zdrowia Łukasz Szumowski. To zła wiadomość, bo niemądry i nieodpowiedzialny minister zdrowia, w dodatku niedoinformowany – bo już wiadomo, że bezpieczna odległość pozwalająca (być może) uniknąć zarażenia, to co najmniej 4,5 metra – jest teraz nam wszystkim najmniej potrzebny.

Cały felieton Elizy Michalik tutaj >>>

.

Uścisk dłoni staje się ryzykiem, więc kampania wyborcza przenosi się do mediów. Paradoksalnie więc uzależnienie Andrzeja Dudy od Jacka Kurskiego, który rządzi TVP z tylnego siedzenia, jeszcze wzrośnie. W czasach zarazy ludzie skupiają się wokół władzy, która ma oręż do walki z nią, co jest z kolei szansą przede wszystkim dla Andrzeja Dudy, bo jego kampania zaczęła się sypać.

Więcej >>>

47 przypadków to wciąż mało, ale zaczyna się faza szybkiego wzrostu epidemii. Nie zatrzymamy koronawirusa, ale musimy go spowolnić. Inaczej czeka nas zapaść ochrony zdrowia, a lekarze będą decydować, kto dostanie respirator. Każdy dzień zwłoki może oznaczać tysiące zachorowań więcej. WHO ogłosiło pandemię.

Przeczytaj, jak „rozwija się” koronawirus w Polsce >>>

W dniu gdy rząd zamknął przedszkola, szkoły, teatry i muzea hierarchowie przekonują, że msze muszą się odbywać. A w Warszawie szykuje się duże nabożeństwo.

O głupawce biskupów czytaj tutaj >>>

– 68 artykuł polskiej Konstytucji mówi, że wszyscy mamy prawo do równej opieki medycznej. Polacy bardzo są zaniepokojeni sytuacją w naszym kraju. WHO ogłasza że koronawirus jest już pandemią. Sytuacja jest niebezpieczna, bo Polacy ciągle czują, że nie mają wystarczającej informacji na temat tego, jak mają działać, jak mają się zachowywać. Rozmawiałam z moimi ekspertami wczoraj, z samorządowcami i wyłania się z tego jeden obraz. Polacy chcą wiedzieć, chcą mieć pewność że mogą się przebadać i sprawdzić, czy nie stanowią zagrożenia dla swoich najbliższych, kolegów czy koleżanek z pracy. Chcą wiedzieć czy mogą spokojnie i normalnie funkcjonować w naszym społeczeństwie. Dlatego konieczne jest, żeby każdy, kto ma wątpliwości, kto czuje że mógł kontaktować się z osobami, które są zarażone tym wirusem, żeby mógł się przebadać. Ludzie nie mogą żyć w niepewności. Tylko duża ilość testów pozwoli zahamować tę chorobę. Pokazuje to przykład Niemiec. W Niemczech, gdzie wykonano dużo testów, bardzo szybko udało się oddzielić osoby zakażone od zdrowych i te osoby zdrowe mogą normalnie funkcjonować, pracować. To niezbędne i konieczne, dlatego apeluję do rządu o umożliwienie osobom sprawdzania na testach swojego stanu zdrowia. Ludzie muszą mieć pewność, że są bezpieczni, zdrowi i nie zakażają innych. To apel do rządu, żeby umożliwił zakup większej ilości testów, żeby osoby mogły się poddać takiemu badaniu. To zapewni Polakom poczucie bezpieczeństwa i zgodnie z tym, co mówią eksperci, patrząc także na wzorce niemieckie, pozwoli nam zahamować rozwój tej choroby – stwierdziła Małgorzata Kidawa-Błońska na briefingu prasowym.

Fałszywy Duda, prawdziwy katol Macierewicz i normalność prof. Grodzkiego

13 List

Andrzej Bober o  inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu, otwartym przez marszałka seniora Antoniego Macierewicza (PiS).

Macierewicz w Sejmie

Chociaż w poprzedniej kadencji Sejmu przeprowadzono fundamentalne zmiany, odpowiedzialność za ostateczne uporanie się z ciemną spuścizną komunizmu spada na nas. (…) Absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, niepodległościowych, katolickich. (…) Wiemy jaką cenę płacimy za porozumienia Okrągłego Stołu i jak wygląda kolejna faza postmarksistowskiego ataku oraz dokąd prowadzi ideologia gender. (…) Naród, który nie jest w stanie obronić swojej niepodległości i odbudować potencjału demograficznego, musi upaść.

– Ani prezydent, ani Marszałek Senior nie przywitali przedstawicieli sądownictwa, pani Prezes TK, pani Pierwszej Prezes SN, ani Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Bardzo wymowne przemilczenie – komentuje poseł Franciszek Sterczewski.

Marcelina Zawisza (posłanka): Macierewicz podczas swojego przemówienia mówił o całkowitym zakazie aborcji. Polska już teraz ma barbarzyńskie prawo. Lewica się nie boi – ani Macierewicza, ani księży, ani PiSu. Posłanki lewicy zgłoszą projekt ustawy wprowadzający europejskie standardy przerywania ciąży”.

Agnieszka Dziemianowicz– Bąk (posłanka): Macierewicz doskonale pokazał, w kim PiS widzi prawdziwą opozycję. Było o zakazie aborcji – to my chcemy go znieść. O zakazie równości małżeńskiej – to my o nią walczymy. To bardzo klarowna deklaracja oglądu sceny politycznej – po jednej stronie PiS, po drugiej Lewica Razem”. 

Komentarz Bobera 

Powiem krótko: nasrał nam Macierewicz na głowy. Nie tym, że śpiewał hymn do mikrofonu, nie dlatego, że zapomniał o byłym prezydencie Kwaśniewskim, ale własnymi fobiami, kłamstwami, Smoleńskiem, agresją. A wszystko to pod skrzydłami PAD, który najpierw go namaścił, a potem wszystkim dziękował i namawiał do przekazywania sobie znaku pokoju (podawanie rąk). Szczyt hipokryzji. Banaś bił brawo. W bufecie podawano parówki i puszki z energetyzującymi napojami. Wstyd, wielki wstyd.

Reakcje internautów:

Sami nic nie umieją, tylko liczą na pomoc Boga tacy oni mądrzy”.

Szambo PiS, hucpa błazenada, banda złoczyńców. Prezydent łgał mówiąc o zgodzie. Kto podzielił rodziny, bliskich, jak nie on i PiS A teraz pasowałoby być następne 5 lat przy korycie, że swą niemową i żyć na koszt ubogich a co!”.

Ten cymbał nawet hymnu nie zna. Zaśpiewał  póki my żyjemy „.

Smutne, że znaczna część Polaków właśnie tak strasznej władzy chce. Macierewicz jako marszałek senior to kpina z wszystkich myślących obywateli. Koszmar stał się naszą codziennością”.

Prezydent Andrzej Duda wygłosił orędzie, jakby chciał zdjąć z Sejmu „klątwę nienawiści”. I tak jak kilka lat temu Ewa Kopacz apelował o podanie sobie rąk. Przekazanie sobie znaku pokoju w polskiej polityce oznacza jednak rozpoznanie wroga i jeszcze więcej wojny. A o to zadbał już marszałek senior Antoni Macierewicz, który wygłosił felieton jak w mediach o. Tadeusza Rydzyka.

Więcej >>>

Antoni Macierewicz jako marszałek senior opisał w Sejmie wizję państwa swoich marzeń. Jego aktem założycielskim jest katastrofa smoleńska, źródłem wartości – ideologia katolicko-narodowa, systemem politycznym – tyrania większości. W tym kraju nie ma miejsca dla tych, którzy wizji Macierewicza nie podzielają. Ich rola jest „nie przeszkadzać”.

„Polacy mają prawo oczekiwać, że ich wola zostanie uszanowana” – mówi marszałek senior Macierewicz i stwierdza, że absolutna większość wyborców poparła „obóz patriotyczny, narodowo-katolicki”, co oznacza, że trzeba taki program wprowadzić w życie. Tymczasem głosów na PiS było o 900 tys. mniej niż na KO, SLD i PSL łącznie. Ci Polacy się nie liczą

Rachunki wyborcze Antoniego Macierewicza są równie precyzyjne, jak jego tezy o katastrofie smoleńskiej.

Więcej >>>

Tolerancyjny, budujący zgodę ponad politycznymi podziałami, rozumiejący ludzi i doceniający pluralizm polityczny – Andrzej Duda na progu kampanii wyborczej ubiera się w szaty arbitra „zgody narodowej”. Przed posądzeniem o przemalowanie się na liberała ma Dudę chronić Jan Paweł II. A także odwołania do chrześcijaństwa i suwerennego narodu

Duda próbował zbudować z obecnymi na sali wspólnotę doświadczeń: też był posłem (2011—2014). Trudno powiedzieć, dlaczego przy tej okazji sporo czasu poświęcił tym, którzy nie dostali się do Sejmu. Nie wymienił ich z nazwiska, ale są wśród nich m.in. Stanisław Piotrowicz, Bernadetta Krynicka i Anna Sobecka.

Za to całemu jego przemówieniu patronowali wymienieni wprost: Jan Paweł II, Tadeusz Mazowiecki i Lech Kaczyński. Papież – uznawany za najbardziej podzielany przez Polki i Polaków autorytet – oraz dwóch polityków z dwóch różnych obozów. Słowa Jana Pawła II i Mazowieckiego były jedynymi cytatami, które padły w sejmowym orędziu prezydenta.

Duda starał się wypaść jak ktoś, kto umie łączyć różne polityczne tradycje i przekroczyć nawet najtrudniejsze podziały.

Pytanie, ile osób uwierzy w tę nagłą przemianę prezydenta, który jeszcze nie tak dawno krytykował Okrągły Stół, a Polskę po 1989 roku nazywał postkomunizmem.

Więcej >>>

Tomasz Grodzki został nowym marszałkiem Senatu. Już na wstępie widać, że ma odmienne podejście do tej funkcji od swojego poprzednika, Stanisława Karczewskiego. W Senacie niemal od razu poajwiły się długo nieobecne flagi UE. Grodzki zapewnia też, że nie zamierza wynajmować rządowej willi.

Nowy marszałek Senatu Tomasz Grodzki był gościem Radia Zet. W czasie wywiadu oznajmił, że w przeciwieństwie do swojego poprzednika z PiS, Stanisława Karczewskiego, nie zamierza wynajmować rządowej willi. Przypomnijmy, były marszałek ciągle zamieszkuje dom przy ulicy Parkowej – jego wynajem kosztuje Kancelarię Senatu ok. 5,6 tys. złotych.

Marszałek Grodzki będzie mieszkać w hotelu poselskim

Tomasz Grodzki powiedział Łukaszowi Konarskiemu:

Willi nie planuję, złożyłem taką deklarację. (…) Jest dość kosztowna i nie wydaje mi się potrzebna.

Póki co marszałek mieszka w hotelu sejmowym, rozważa więc nieco większy metraż na wypadek wizyt rodziny:

Być może zmienię pokój na trochę większy, bo pewnie przybędzie papierów i oczekuję, że rodzina czasem będzie mnie odwiedzać.  Chciałbym więc mieć nieco więcej przestrzeni.

Dodał, że kancelaria Senatu nie będzie w przyszłości opłacać wynajmu rządowej willi. „Marszałek Borusewicz przez kilka kadencji mieszkał cały czas w domu poselskim i korona mu z głowy nie spadła” – skwitował nowy marszałek Senatu. Zapewnił, że senator Karczewski będzie musiał się wyprowadzić z willi przy ulicy Parkowej w Warszawie.

Karczewski żegna się z funkcją marszałka Senatu. „Czuję się osobiście urażony”

Także w Senacie już widać znaczące zmiany. Na korytarzu pojawiły się obok polskich, flagi Unii Europejskiej. Zdjęciem z korytarza podzielił się Sławomir Nitras:

Były marszałek Senatu na antenie RMF FM oznajmił, że ma dwa miesiące na przeprowadzkę i prawdopodobnie wyniesie się ze swojego dotychczasowego domu w przeciągu miesiąca.

Tusk nie będzie kandydował na prezydenta

5 List

Tusk wygrałby z Dudą, ale pojawią się badania i usprawiedliwienia, dlaczego się wycofał. Ta kwestia jest o wiele bardziej złożona, acz składają się na nią także – a może przede wszystkim – psychologia.

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta Polski. – Będę mocno wspierał opozycję w tych wyborach. Te wybory można wygrać, a ja byłbym obciążeniem – ocenił były premier w rozmowie z TVN24 i Polsat News. Donald Tusk dodał, że potrzebna jest kandydatura, która „nie jest obciążona bagażem niepopularnych decyzji”.

– Do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem. Nie zamierzam się tych trudnych decyzji wypierać – powiedział Donald Tusk.

– Nie chciałbym utrudniać opozycji procesu wyłaniania kandydatów. Będę wspierał mocno opozycję i w wykorzystam każdą możliwość, aby wzmacniać pozycję Polski na świecie – powiedział Donald Tusk.

W sierpniowym wywiadzie dla TVN24, Tusk zapowiadała, że 2 grudnia będzie mógł powiedzieć, jak widzi przyszłość polityczną Polski i swoją. Dodał, że jest kilka propozycji, i będzie je poważnie rozważał, także o charakterze bardziej międzynarodowym. Ale serce…

View original post 233 słowa więcej

Następne wybory trzeba wygrać z PiS, co jest wielce prawdopodobne, następnie rozliczyć bezprawie, włącznie z odsiadką dla Kaczyńskiego

22 Paźdź

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że jest zwodzony i oszukiwany.

Ale Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie wystarczyły nagrania jednoznacznych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego (typu „nie chcę nikogo oszukać, ale…”) i dziesiątki dokumentów przedstawionych przez Birgfellnera – potwietrdzających, że wykonał zamówioną przez Kaczyńskiego pracę i nie dostał zapłaty.

Śledczy mieli sprawić, by Kaczyński nie został przesłuchany i nie stanął przed sądem. Dlaczego jednak odmowa wszczęcia śledztwa zajęła prokuraturze blisko dziewięć miesięcy, czyli o osiem dłużej pozwalają przepisy kodeksu postępowania karnego?

O tym jest ten tekst.

Daty mówią same za siebie

Na pierwsze przesłuchania Birgfellnera wezwano jeszcze w pierwszej połowie lutego. Nic dziwnego – zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura powinna wydać postanowienie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia śledztwa w ciągu 30 dni od złożenia zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zatem przepisowy termin upłynął z końcem lutego 2019 roku. W marcu 2019 nadal nie było rozstrzygnięcia, ale Renata Śpiewak, prokurator prowadząca sprawę, została awansowana z prokuratury rejonowej do okręgowej.

„Sytuacja jest o tyle komiczna, że niektórzy prokuratorzy mieli w tym czasie dyscyplinarki za przekraczanie tego 30-dniowego terminu. Taki zarzut postawiono na przykład Krzysztofowi Parchimowiczowi” – komentuje dla OKO.press pełnomocnik Birgfellnera, adwokat Jacek Dubois.

W ciągu tych rekordowych prawie dziewięciu miesięcy, gdy prokuratura nie mogła podjąć decyzji w sprawie wszczęcia postępowania austriackiego biznesmena przesłuchano siedem razy, w tym raz w Wiedniu (za pośrednictwem austriackiej prokuratury). Sesje trwały razem ponad 50 godzin.

„Nie spotkałem się jeszcze z tak wydłużanym postępowaniem. W tym czasie ukryć można było wszystkie dowody. Próbowano straszyć pana Birgfellnera. Podczas jednego z przesłuchań w prokuraturze w pokoju obok czekało trzech urzędników skarbowych” – relacjonuje mec. Dubois.

Prokurator Renata Śpiewak kilkukrotnie nakładała także na Gerarda Birgfellnera grzywny za niestawiennictwo. Każda w wysokości 3 tysięcy złotych. Birgfellner nie mieszka w Polsce i jego pełnomocnicy uprzedzali prokuraturę, że wyznaczony termin jest niedogodny. Wszystkie grzywny uchylał sąd.

„W sytuacji poważnych zarzutów przesłuchiwana jest osoba, która twierdzi, że jest ofiarą określonej działalności. Przesłuchiwana jest tyle razy i tak intensywnie, że powstaje pytanie, czemu to ma służyć” – komentował sprawę w kwietniu Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Kaczyńskiego, który jest głównym bohaterem tej historii, nie przesłuchano dotąd ani razu.

„Żeby przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego trzeba wszcząć postępowanie. W przypadku takich rzeczy, jakie nagrano na taśmach, nie wyobrażałem sobie, żeby do tego miało nie dojść. Ale całe działanie prokuratury skupiało się na tym, by uchronić pana Kaczyńskiego przed stawieniem się przed organami wymiaru sprawiedliwości i składania wyjaśnień pod odpowiedzialnością karną” – komentuje Jacek Dubois.

Przypomnijmy – na nagraniach sporządzonych przed Geralda Birgfellnera słychać, jak Jarosław Kaczyński mówi, że chciałby mu zapłacić za wykonaną pracę, zwrócić koszty, ale potrzebuje podstawy. Ale oficjalnie zleceniodawcą była spółka-córka Srebrnej – Nuneaton, która nie była wypłacalna. Jako dobrą drogę do tego proponuje pozwanie Srebrnej do sądu i obiecuje, że zezna w sądzie na korzyść Birgfellnera.

„Przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas” – mówi prezes PiS. Wiele razy potwierdza, że praca, jaką wykonał Birgfellner była przez niego zamówiona, została wykonana, ale niezapłacona.

Potwierdza to 50 dokumentów, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwa, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami, jakie w prokuraturze złożyli pełnomocnicy. W nagranych rozmowach sam Kaczyński twierdzi, że te dokumenty to „mocne argumenty”, które przekonają sąd, że zapłata od Srebrnej się należy.

Dla prokuratury okazały się jednak niewystarczająco mocne.

Jak działa taka prokuratura

Prowadzenie sprawy „wież Kaczyńskiego” przez prokuraturę pokazuje, jak dalece uzależniona jest ona od władz. Kieruje nią Prokurator Generalny, który jest jednocześnie Ministrem Sprawiedliwości i partyjnym partnerem osoby, wobec której pada poważny zarzut.

Zwierzchnikiem prokuratorów jest Prokurator Krajowy, którego powołuje premier na wniosek Prokuratora Generalnego. Szeregowych prokuratorów powołuje na stanowiska Prokurator Generalny na wniosek Prokuratora Krajowego.

Dyscyplinuje prokuratorów z kolei Sąd Dyscyplinarny, którego przewodniczącego i zastępcę powołuje Prokurator Generalny. W drugiej instancji orzeka z kolei Sąd Najwyższy w składzie: dwóch sędziów Izby Dyscyplinarnej i jednego ławnika SN powołanych przez neo-KRS i Senat.

Po pierwszej sesji przesłuchań Birgfellnera, 10 i 11 lutego 2019, doszło do słynnego spotkania Jarosława Kaczyńskiego ze Zbigniewem Ziobrą. Prezes PiS, odwrotnie niż ma w zwyczaju, nie zaprosił Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego na Nowogrodzką, ale sam odwiedził go w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości.

Ten zbieg terminów musiał być zupełnie przypadkowy, Zbigniew Ziobro publicznie zapewniał, że „Jarosław Kaczyński nie zapoznawał się z aktami sprawy pana Birgfellnera”.

Skąd data odmowy?

W kwietniu na łamach OKO.press sposób działania prokuratury komentowała prof. Anna Rakowska-Trela z Uniwersytetu Łódzkiego: „Czynności sprawdzające są w tej sprawie przeciągane poza nie granice tylko kodeksowe, ale i granice zdrowego rozsądku”.

Ale jakiś „rozsądek” w tym był. Prokuratura miała na celu uniknięcie skandalu przed wyborami.

Wszczęcie śledztwa oznaczałoby przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego w charakterze świadka, rzecz dla PiS niedopuszczalna. Ale gdyby prokuratura podjęła decyzję o niewszczynaniu postępowania w przepisowym terminie, czyli do końca lutego, czy choćby w kwietniu albo maju, sąd mógłby uchylić to postanowienie jeszcze przed wyborami. A przy okazji opublikować uzasadnienie niewygodne dla władzy.

Dlatego prokuratura podjęła decyzję 11 października, czyli niby przed wyborami parlamentarnymi 13 października. Ale wysłano je do skarżących prawie 10 dni później.

Pełnomocnicy sugerują, że ta data może być nieprzypadkowa z jeszcze jednego powodu.

Droga się wydłużyła

Birgfellnerowi i jego pełnomocnikom przysługuje oczywiście zażalenie na odmowę wszczęcia śledztwa, z którego zamierzają niezwłocznie skorzystać.

Tak się jednak złożyło (nie rozstrzygamy czy to przypadkowy zbieg okoliczności, czy nie), że 21 lutego 2019 roku, czyli trzy tygodnie po złożeniu przez Birgfellnera zawiadomienia w prokuraturze, do Sejmu wpłynął rządowy projekt nowelizacji kodeksu postępowania karnego i innych ustaw.

Nowelizację uchwalono w lipcu, a przepisy weszły w życie 5 października 2019. Zmiany dotyczyły właśnie m.in. art. 55 par. 1 i art. 330 par. 2, które dotyczą wnoszenia tzw. subsydiarnego aktu oskarżenia (przez osobę poszkodowaną).

Do tej pory art. 55 § 1 zd. 1 kpk brzmiał następująco:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Obecnie brzmi on:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu prokuratora nadrzędnego o utrzymaniu w mocy zaskarżonego postanowienia wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Do tej pory art. 330 § 2 kpk brzmiał:

„Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia. W takim wypadku pokrzywdzony, który wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a [stanowią one o zażaleniu], może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”.

Obecnie przepis ten brzmi: „§ 2. Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia.

Postanowienie to podlega zaskarżeniu tylko do prokuratora nadrzędnego.

W razie utrzymania w mocy zaskarżonego postanowienia pokrzywdzony, który dwukrotnie wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a, może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”

Co to oznacza?

Dotychczas pokrzywdzony miał prawo złożyć subsydiarny akt oskarżenia w przypadku, gdy po złożeniu zażalenia, prokuratura ponownie wydaje postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania.

Obecnie pokrzywdzony, który otrzymał odpowiedź odmowną na swoje zażalenie może je zaskarżyć tylko do prokuratora nadrzędnego. Możliwość wystąpienia do sądu z oskarżeniem subsydiarnym przysługuje dopiero po kolejnej odmowie prokuratury.

To zasadnicze wydłużenie ścieżki tej formy dochodzenia sprawiedliwości.

Sytuacja wygląda bowiem następująco. Aż dziewięć miesięcy zajęło prokuraturze podjęcie decyzji. Teraz postępowanie sądowe będzie trwało kolejnych kilka miesięcy. Zakładając, że sąd uchyli postanowienie o niewszczynaniu śledztwa, prokuratura może znowu nieprzepisowo czekać miesiącami z kolejną decyzją.

A jeśli ta znowu będzie negatywna, sprawa ponownie wyląduje w prokuraturze, ale wyższego szczebla. Oznacza to, że nawet dwa lub trzy lata może zająć Gerardowi Birgfellnerowi skierowanie sprawy na drogę sądową. O ile w ogóle się uda.

Kilkaset osób – fanatycznych posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych i kompletnie impregnowanych na wiedzę – próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

Od dawna jest dla mnie oczywiste, że w edukacji seksualnej nie chodzi wyłącznie o edukację seksualną. Choć jest niezmiernie ważne, żeby ona była. Żeby dorastające dzieci wiedziały, jak funkcjonuje ich ciało i ciała ludzi płci przeciwnej, że seks jest czymś naturalnym i zdrowym, jak jedzenie czy spanie, i że tak jak one, dla dobra naszego własnego i innych ludzi, powinien być ujęty w pewne ramy. Żeby dowiadywały się, czym są relacje między płciami i czym są granice, nasze i innych, że oprócz przyjemności seks niesie też konsekwencje, że nie ma wartościowego „tak” bez umiejętności mówienia „nie”, że dorosłym nie wolno dotykać dzieci w pewien sposób i że jeśli tak się stanie, trzeba alarmować, wreszcie, że oprócz niechcianej ciąży istnieją także choroby przenoszone drogą płciową, którym można zapobiegać i które można leczyć.

Jest jednak jeszcze inne oblicze wielkiego tematu, którym jest dla Polaków edukacja seksualna – polityczne i symboliczne.

Bo oto teraz kilkaset osób – posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych, fanatycznych przekonaniach, kompletnie impregnowanych na wiedzę, próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

I w tym momencie dyskusja przestaje dotyczyć edukacji, a zaczyna być o czymś innym. O prawie dostępu do nowoczesnej wiedzy medycznej i psychologicznej, o tworzeniu bezczelnie, pod samym naszym nosem zrębów fundamentalistycznego państwa religijnego, o ograniczaniu naszych praw i wolności, jak prawo do decydowania o sobie i swoich dzieciach na podstawie wszystkich możliwych informacji, o prawie do postępowania, jak nam się podoba i wydaje właściwe, a nie jak podoba się księżom i politykom, którym księża pomagają w kampaniach wyborczych.

Stara i głupia śpiewka, że edukacja seksualna to temat zastępczy jest po to, by uśpić naszą czujność, byśmy nie dostrzegli zagrożenia i nie zauważyli, jak krok po kroku buduje się, tuż pod naszym nosem, przerażające i złowrogie państwo religijne, w którym nikt oprócz księży katolickich, polityków PiS, Konfederacji, faszystów i nacjonalistów nie ma prawa głosu.

W demokracji nie istnieją tematy zastępcze – wszystko, o czym opinia publiczna chce mówić, jest ważne, a o wadze tematu świadczy poruszenie, jakie wywołuje. W wolnym kraju, jeśli chcesz o czymś rozmawiać, możesz o tym rozmawiać bez protekcjonalnych połajanek facetów u władzy lub facetów w sutannach twierdzących, że to temat zastępczy. Jeśli cię łają i tobą manipulują, to chcą ci coś zabrać. A kiedy próbują ci coś narzucić w dziedzinie, która zwyczajnie nie jest ich sprawą, wówczas sygnał alarmowy w każdym państwie prawa powinien zacząć wyć jak syrena.

Artykuł 48 konstytucji mówi jasno, że rodzicie mają prawo wychowywać dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Co oznacza, że każdy rodzic, który chce, żeby dla jego dziecka własna cielesność i zagrożenie pedofilią nie były tematami tabu, ma do tego pełne prawo. Dlatego sądzę, że ewentualny zakaz edukacji seksualnej będzie niekonstytucyjny.

Pamiętajcie – politycy zawsze chcą ograniczać nasze prawa i wolności, bo im mniej ich mamy, tym więcej władzy trafia w ich ręce. Ale ograniczanie prawa do zwykłej elementarnej wiedzy jest już cechą dyktatur i autorytaryzmów.

Edukacja seksualna nie jest żadnym tematem spornym ani zastępczym – w dzisiejszym świecie to norma cywilizacyjna.

Prawdziwym tematem, który należy zepchnąć na margines, tam gdzie jego miejsce, są bezczelne ciągotki bigotów i hipokrytów, którzy sami wyprawiając niewyobrażalne brewerie, także seksualne, chcą nam narzucać, jak mamy żyć. Między innymi po to, by nie zajmować się prawdziwymi problemami jak nadchodzący kryzys gospodarczy, zagrożenie państwa prawa, biurokracja, prawa pracownicze i sytuacja w Europie, bo wtedy jeszcze wyszłoby na jaw, że nie mają o niczym pojęcia.

„Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania” – mówi OKO.press Anna Godzwon. „Przy takiej wadze sprawy potrzebna jest jawna rozprawa” – ocenia mec. Małgorzata Szuleka

„W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację” – mówi OKO.press Małgorzata Szuleka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Do końca dnia w poniedziałek 21 października 2019 do Sądu Najwyższego wpłynęło 38 protestów wyborczych. Sześć z nich złożyło Prawo i Sprawiedliwość.

„PiS próbuje ukraść wybory” – napisał na Twitterze europoseł Platformy Obywatelskiej Radosław Sikorski.

„Teraz dopiero zobaczymy czy właśnie dlatego PiS na siłę przepychał reformę Sądu Najwyższego” – skomentował Robert Biedroń (Wiosna/Lewica).

Czy jest się czego bać? Czy PiS może przejąć Senat wbrew wyborcom?

Protestami zajmie się nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. O tym, kto w niej zasiada, pisaliśmy szczegółowo w tekście:

Na temat protestów rozmawiamy z dwom ekspertkami od prawa wyborczego.

Anna Godzwon była rzeczniczką Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego. Małgorzata Szuleka to prawniczka związana z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, przeprowadziła wiele badań dotyczących dostępu do wymiaru sprawiedliwości.

Obie rozmówczynie OKO.press zgadzają się, że wniesienie protestów przez PiS (i innych) nie narusza zasad demokracji. Jednak zgłaszają też wątpliwości:

  • nie wiadomo, czy PiS przedstawił dowody naruszenia procedury wyborczej;
  • trwa postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, dotyczy m.in. powoływania sędziów Sądu Najwyższego przez neo KRS, zatem sam fundament funkcjonowania SN jest niepewny;
  • ocena protestów wyborczych może się odbyć na niejawnej rozprawie;
  • Sąd Najwyższy stwierdzi nie tylko, czy doszło do naruszeń, ale też, czy miały one wpływ na wynik wyborów.

Anna Godzwon: Na wnoszącym protest spoczywa ciężar przedstawienia dowodów

Agata Szczęśniak, OKO.press: Czy złożone dziś protesty zablokują prace Senatu?

Anna Godzwon: Nie. Senatorowie zostali wybrani, ich mandaty są potwierdzone obwieszczeniem PKW. Senat zbierze się dokładnie w takim składzie, w jakim został wybrany. Rozstrzyganie protestów nie blokuje prac Senatu.

Do kiedy będziemy czekać na decyzję Sądu Najwyższego i jak będą wyglądały jego prace w tej sprawie?

Sąd Najwyższy ma 90 dni, czyli do 13 stycznia, na wydanie postanowienia o ważności wyborów. Od Sądu zależy, czy wykorzysta cały ten czas.

Procedura w Sądzie Najwyższym ma dwa etapy. Pierwszy to rozpatrywanie każdego protestu z osobna. Trzech sędziów pochyli się nad każdym protestem. Następnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w pełnym składzie na rozprawie publicznej i po zapoznaniu się z opiniami oraz sprawozdaniem PKW rozstrzyga o ważności wyborów.

Głosy zostaną ponownie przeliczone?

Zależy, co zdecyduje Sąd Najwyższy. Zgodnie z prawem wyborczym SN może nakazać ponowne przeprowadzenie niektórych czynności wyborczych. To może oznaczać ponowne przeliczenie głosów.

Wtedy komisje obwodowe musiałyby się ponownie zebrać, otworzyć worki z kartami wyborczymi, sprawdzić krzyżyki na kartach, policzyć je. Ale tak nie musi być. Sąd może nakazać zliczenie protokołów.

Skrajnym przypadkiem byłoby powtórzenie wyborów w okręgach, w których wyniki są kwestionowane.

Powtórzenie wyborów w jednym okręgu nie zatrzymuje prac całego Senatu? A w sześciu okręgach?

Też nie. Senatorowie pełnią swoje mandaty dopóty, dopóki nie zostaną one wygaszone na podstawie ewentualnej uchwały Sądu Najwyższego o nieważności wyborów w okręgu ich powtórzeniu

Pojawiły się głosy, że składając protesty, PiS kwestionuje zasady demokracji.

To nie jest kwestionowanie zasad demokracji. To jest działanie zgodne z kodeksem wyborczym. Tryb postępowania z protestami został jednomyślnie uchwalony w 2011 roku, kiedy kodeks powstawał. Demokratycznie uchwalony kodeks daje prawo każdemu obywatelowi, żeby zgłaszał protest. Jeśli ktoś ma wiedzę o przestępstwie przeciwko wyborom, to jest droga, żeby zaprotestował.

I tu jest ważna sprawa: to na wnoszącym protest spoczywa ciężar sformułowania zarzutów i przedstawienia dowodów. Mówi o tym art. 241 par. 3: „Wnoszący protest powinien sformułować w nim zarzuty oraz przedstawić lub wskazać dowody, na których opiera swoje zarzuty”.

Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania.

Małgorzata Szuleka: Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego trafiają protesty

„Protest nie jest zamachem na demokrację, tylko prawem każdego wyborcy. To forma kontroli prawidłowości przeprowadzenia wyborów – ich rzetelności, uznawana zarówno w polskim prawie, jak i w standardach międzynarodowych.

Wolne wybory to jedna z podstaw demokracji, a to, czy wybory były wolne i rzetelne, powinno być poddane kontroli niezależnego organu. W przypadku Polski tym organem są sądy.

Protesty wyborcze są ugruntowane w polskim prawie. Mimo że już za rządów PiS mieliśmy zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące urządzenia Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego, przepisy dotyczące protestów nie zmieniły się.

Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego protesty trafiają.

1. Czy sędziowie Izby Kontroli zostali powołani legalnie?

Po pierwsze, istnieją wątpliwości co do legalności powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego w związku z powołaniem sędziów Izby przez nową KRS. W sprawie ukształtowania nowej KRS toczy się postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czekamy na orzeczenie Trybunału i nie wiemy, jak szerokie ono będzie tzn. czy Trybunał odniesie się do kwestii wszystkich sędziów powołanych przez nową KRS.

Niemniej jednak wątpliwości co do samego powołania sędziów pozostają.

2. Czy będzie jawna rozprawa?

Druga sprawa sprawa dotyczy jawności postępowania. Protesty można składać po każdych wyborach – przy czym protesty po wyborach samorządowych rozpoznawane są przez sądy powszechne, a po wyborach do Europarlamentu czy Sejmu i Senatu przez Sąd Najwyższy.

W Fundacji Helsińskiej prowadzimy projekt dotyczący protestów wyborczych. Po wyborach samorządowych obserwowaliśmy, że w co najmniej kilkunastu przypadkach sądy decydowały o rozpoznaniu sprawy na rozprawie, co powodowało, że była możliwość obserwowania ich przez publiczność.

Po wyborach do Parlamentu Europejskiego protesty Sąd Najwyższy rozpatrywał na posiedzeniach niejawnych.

Sąd ma do tego prawo – nie jest zobowiązany do rozpatrzenia sprawy na rozprawie. Niemniej w tak ważnych sprawach, jak rozpatrzenie zastrzeżeń co do prawidłowości przeprowadzenia wyborów, wydaje się zasadne skierowanie sprawy na rozprawę.

W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację.

3. Czy naruszenia miały wpływ na wynik?

I wreszcie trzecia, równie ważna kwestia: nie każde naruszenie przepisów o organizacji wyborów będzie miało wpływ na ich ważność. Mogło się zdarzyć, że karta była nieostemplowana albo głos był źle policzony, ale to sąd oceni, czy te naruszenia miały wpływ na wynik wyborów. W okręgach senackich rywalizacja była dość zaciekła, więc sąd będzie musiał bardzo skrupulatnie rozważyć wszystkie dowody zebrane w postępowaniu”.

To książki, które – poza jednym wyjątkiem – nie traktują bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie najlepiej opowiadają o tym, co dzieje się tu i teraz.

Zapewne masz już za sobą lekturę miliona powyborczych komentarzy publikowanych na Facebooku, Twitterze i w prasie. Masz wyrobione zdanie, czy PiS odniósł ogromne zwycięstwo, czy „tylko” wygrał i co zamierza zrobić przez najbliższe cztery lata. Czy lewica znacząco zwiększyła swój stan posiadania (nie bardzo, ale dobrze, że weszli) i czy największą katastrofą tych wyborów jest wynik Konfederacji (owszem). Powoli zaczynasz mieć dość i jesteś tym dzikim targowiskiem opinii zmęczony/zmęczona.

A gdyby tak na chwilę odłożyć całą tę gonitwę i sięgnąć do książek, dzięki którym szanse na szersze spojrzenie wzrosną? Nie traktują one – poza jednym wyjątkiem – bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie opowiadają o tym, co tu i teraz się dzieje.

1. Charlie LeDuff – „Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje”, przeł. Kaja Gucio, wyd. Czarne, Wołowiec 2019

Charlie LeDuff, ekscentryczny reporter nagrodzony Pulitzerem za wcześniejsze „Detroit”, zamiast zza redaktorskiego biurka mówić ludziom, co mają robić, jak myśleć czy – tym bardziej – na kogo powinni głosować, woli wziąć ekipę telewizyjną i zjechać z nią swój kraj po to, by dowiedzieć się, czym żyją i co mają w głowach współobywatele z różnych części Stanów Zjednoczonych.

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że co druga książka poświęcona USA jest w jakiejś mierze również książką o Polsce. „Shitshow!” oczywiście nie jest wyjątkiem od tej niepisanej reguły.

Spór elity kontra lud? Jest. Bunt wykluczonych i żyjących na marginesie? Jak najbardziej. Coraz bardziej wyniszczająca wojna kulturowa, która powoli przekształca się w rzeczywistą wojnę domową? Proszę bardzo. A wszystko podane bez zbędnego teoretyzowania. LeDuff przeklina i przegina, nie unika irytujących populistycznych wstawek i ani na moment nie pozwala nam zapomnieć o tym, że oprócz podzielonej Ameryki jego książka ma jeszcze jednego niezwykle ważnego bohatera, którym jest oczywiście on sam.

LeDuff: Nie musimy do siebie strzelać. Ameryka jest popieprzona i fantastyczna

Więc tak, jest nasz reporter showman wkurwiający (posługuję się nomenklaturą LeDuffa), wyprowadza nas z równowagi i dobrego samopoczucia, jak również masakruje media i ich wyrobników, ale oderwać się od „Shitshow!” i tak nie sposób.

2. Didier Eribon – „Powrót do Reims”, przeł. Maryna Ochab, wyd. Karakter, Kraków 2019

Didier Eribon, francuski filozof i socjolog, biograf Michela Foucaulta i autor kilkunastu innych książek, który wykładał m.in. w Berkeley czy Cambridge, raczej nie znalazłby wspólnego języka z dzikusem LeDuffem. Ale nie zmienia to faktu, że napisany dystyngowanym i miejscami zbyt przeintelektualizowanym językiem „Powrót do Reims” to jednak przede wszystkim poruszająca opowieść o awansie społecznym, wykluczeniu i upokorzeniu.

Eribon opowiada tu o wyrwaniu się (czy wręcz ucieczce) z prowincji do Paryża, gdzie zaczął robić karierę uniwersytecką, a następnie dziennikarską i pisarską. W tym samym czasie odcina się od swojej „zostawionej w tyle” rodziny, zrywa z nią kontakty, przez lata nie rozmawia z ojcem. Dopiero jego śmierć sprawia, że Eribon zaczyna konfrontować się z historią swej rodziny i swego wstydu.

Francuski pisarz opowiada o podwójnej obcości. Jesteś obcy w świecie, z którego wyszedłeś (bo masz wyższe wykształcenie, inne poglądy, nie chodzisz do kościoła etc.) i prawdopodobnie zawsze będziesz obcy w świecie, w którym przebywasz obecnie (zawsze będziesz ze wsi i prędzej czy później „twoje pochodzenie cię dopadnie”).

Eribon pisze m.in. o „zakłopotaniu i zażenowaniu, jakie się czuje kiedy wraca się do rodziców po tym, jak się porzuciło nie tylko rodzinny dom, ale też rodzinę i świat, do którego mimo wszystko nadal się należy, oraz to zbijające z tropu poczucie, że się jest u siebie, a jednocześnie w obcym świecie”. Albo w innym miejscu: „Łatwo przekonywać samego siebie, abstrakcyjnie, że nie podamy ręki komuś, kto głosuje za Frontem Narodowym, i nie odezwiemy się do niego słowem… Ale co zrobić, kiedy okazuje się, że chodzi o naszą rodzinę? Co powiedzieć? Co myśleć”.

Bez książki Eribona, która mimowolnie uruchamia osobiste wspomnienia i wkłuwa się bezlitośnie nawet w to, co wyparte, prawdopodobnie nie napisałbym nigdy żadnego tekstu o swej kaszubskiej rodzinie, której spora część głosuje na PiS. Nigdy nie wykonałbym żadnej pracy nad próbą zrozumienia wyborów politycznych dokonywanych przez mojego tatę, jego braci, ich żony, ich sąsiadów. I nigdy nie usłyszałbym wypowiedzianych pół żartem, pół serio, ale jednak bolesnych słów od jednego z wujków, z którym – przy okazji pracy nad tekstem – rozmawiałem pierwszy raz od lat: „Gdyby nie PiS, tobyś o nas dalej nie pamiętał”.

3. Michał Paweł Markowski – „Wojny nowoczesnych plemion”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Nie dość, że obszerna, to jeszcze niesamowicie gęsta i miejscami wymagająca (np. chaszcze rozdziału z Heglem w roli głównej), ale absolutnie warta podjęcia tego wysiłku książka profesora Markowskiego, teoretyka literatury, filozofa i eseisty, a od lat także szefa wydziału Studiów Polskich, Rosyjskich i Litewskich na University of Illinois w Chicago. Perspektywa życia i pracy w USA i Polsce, a więc w dwóch krajach rozrywanych przez wojnę kulturową, a do tego erudycja, talent pisarski i temperament polemiczny profesora sprawiają, że trudno wyobrazić sobie właściwszą osobę do opisu naszych plemiennych wojen, zwaśnionych obozów politycznych, triumfalnego pochodu współczesnych populizmów czy coraz bardziej przerażającego dyktatu opinii, które zastąpiły z powodzeniem dążenie do Prawdy.

Zdaje się, że Markowski – gdyby tylko mógł – polikwidowałby wszystkie prasowe czy portalowe działy opinii, a miejsce po nich oddałby np. ekspertom zajmujących się fact checkingiem, weryfikacją danych, poszukiwaniem prawdy obiektywnej.

Trochę żartuję, ale Markowski zupełnie na serio pokazuje przerażające konsekwencje upadku debaty publicznej, w której trójcę rozum – wiedza – fakt zastępuje na dobre (a raczej na złe) uczucie – wiara – opinia. W jaki sposób to zmienić? Jak łagodzić współczesne konflikty? Czy wojna kulturowa jest niezbędną składową demokracji? Jak dyskutować raczej ze sobą niż obok siebie czy przeciw sobie? Czy możliwa jest rozmowa z kimś, kto głosi „prawdziwszą prawdę”, i co zrobić w sytuacji, gdy właściwie wszyscy zostaliśmy takimi pewnymi swego głosicielami?

„Głosuj na PiS, a my Ci wybaczymy zdradę!”. Grzegorz Wysocki odwiedza rodzinę

Markowski ma rozmach, ogromną wiedzę i porywający styl. Na przestrzeni jednego akapitu pędzi od Kaczyńskiego do Trumpa, od Rymkiewicza do Michnika, od Mickiewicza do Nietzschego, od „Marsjanina” z Mattem Damonem do „Seksu w wielkim mieście”. W jednym kotle miesza politykę, historię, literaturę, film, filozofię i osobiste wyznanie.

Mamy październik, więc nie mam już wątpliwości, że to jedna z najlepszych, najmądrzejszych i najbardziej potrzebnych książek tego roku. Lektura obowiązkowa dla polityków i wyborców, dziennikarzy i odbiorców, konserwatystów i liberałów.

4. Agata Sikora – „Wolność, równość, przemoc”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Rozumiem, że można protestować, gdy proponuję równoległe czytanie Eribona i LeDuffa, ale jestem przekonany, że w przypadku zasugerowania wspólnej lektury książek Markowskiego i Sikory taki opór już nie będzie miał miejsca. Oboje podejmują podobne tematy (wojna kulturowa, wolność i bezpieczeństwo, polityki tożsamościowe, przemoc symboliczna, represja), a nawet czytają i cytują tych samych autorów (np. Norbert Elias czy, jakżeby inaczej, przedwcześnie kończący historię Francis Fukuyama).

Zapewne z perspektywy Sikory czy Markowskiego zbieżność publikacji ich książek może być pewnym problemem, ale z perspektywy czytelnika uspokajam, że to dwie – pójdźmy na całość – wybitne, dopełniające się i nieświadomie ze sobą dialogujące książki eseistyczne.

Sikora, kulturoznawczyni stale współpracująca z internetowym „Dwutygodnikiem” (to tam opublikowała jeden z najciekawszych i najbardziej poruszających tekstów po pamiętnym Marszu Równości w Białymstoku), od lat żyjąca i pracująca w Wielkiej Brytanii, zastanawia się nad tym, czego nie chcemy sobie dzisiaj powiedzieć (poprawność polityczna, tabu, stadne myślenie, ograniczenia środowiska, w którym żyjemy etc.), i próbuje zrozumieć, jak znaleźliśmy się w klinczu pomiędzy polityką tożsamości a uniwersalistycznym liberalizmem.

Autorka otwarcie przyznaje we wstępie, że w ostatnich latach często się gubiła, „śledząc debaty wokół kontrowersyjnych zagadnień, które w potocznym rozumieniu są wiązane z wojnami kulturowymi – od poprawności politycznej po #MeToo”: „Na poziomie intelektualnym rozumiałam argumenty i racje różnych stron sporu, empatyzowałam z przeciwstawnymi punktami widzenia. Nie potrafiłam jednak rozstrzygnąć nawet pojedynczych kontrowersji na własny użytek (nie wspominając o wypracowaniu spójnego stanowiska, które można by przedstawić na forum publicznym)”.

Lektura obowiązkowa, nie tylko niezbędnik inteligenta i inteligentki, ale przede wszystkim rzecz dla tych, którzy nie bardzo wiedzą, jak pogodzić hasło „wierzę ofiarom” z domniemaniem niewinności czy mają ambiwalentny stosunek do poprawności politycznej.

5. Mariusz Janicki, Wiesław Władyka – „Brat bez brata”, wyd. Polityka, Warszawa 2019

Mariusz Janicki i Wiesław Władyka, publicyści od lat związani z tygodnikiem „Polityka”, w swoim prawie 400-stronicowym zbiorze tekstów przyglądają się rządom Jarosława Kaczyńskiego. Autor wstępu Jerzy Baczyński przypomina, że obaj autorzy często byli atakowani za „straszenie PiS-em”: „Ale każdy miesiąc »dobrej zmiany« przynosił potwierdzenie tezy, że PiS nie tworzy po prostu kolejnego rządu RP, ale, w swoim przekonaniu, rząd ostatni, pieczętujący moralny i polityczny triumf dobra nad złem”.

Oprócz obszernego wyboru artykułów poświęconych PiS-owskim celom i metodom, mediom i retoryce, technikom władzy czy polityce historycznej Janicki i Władyka proponują czytelnikom także napisany specjalnie do książki 50-stronicowy opis panującej dzisiaj w Polsce ideologii państwowej. Piszą tu m.in. o diagnozach Kaczyńskiego, Smoleńsku jako paradoksalnie niedocenionym wydarzeniu politycznym, postępującej brutalizacji polskiej polityki, zasadach „dobrej zmiany” czy podziale na szyderców i patriotów.

Wydawanie w formie książkowej archiwalnych artykułów publicystycznych, które były pisane na gorąco, może się wydawać pomysłem osobliwym, ale też trzeba przyznać, że czyta się te kolejne teksty bezboleśnie, narracja jest wartka i pełna zwrotów akcji, a do tego dochodzi walor w postaci uporządkowania wydarzeń politycznych ostatnich lat i pobudzanie przez autorów zapału polemicznego. Chociażby u tych czytelników, którzy za mocno upraszczającą i niesprawiedliwą uważają słynną definicję symetryzmu mieszczącą się właściwie w rymowance o treści: „PiS-PO, jedno zło”.

– Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne – mówi Jacek Karnowski, prezydent Sopotu, w wywiadzie dla Gazeta.pl. Jak dodaje, ma dwoje faworytów w wyścigu o Pałac Prezydencki. – W rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na Małgorzatę Kidawę-Błońską, właśnie z tego powodu, że jest kobietą – podkreśla.

Jacek Gądek: Ma pan kaca po wyborach?

Jacek Karnowski: Mam niedosyt. Bo PiS, które okazało się partią nie do końca uczciwych ludzi, co widać po Marianie Banasiu, osiągnęło taki wynik.

Banaś akurat nie jest formalnie członkiem PiS.

Banaś jest związany z PiS-em i był ministrem w ich rządzie. Przypomnę, że Sławomir Nowak stracił fotel ministra przez fałszywe oskarżenia o zegarek, Pawła Adamowicza ścigano za niewpisanie do oświadczenia majątkowego mieszkania, a mnie za jakieś części samochodowe, które nie pasowały do mojego samochodu, a które miałam rzekomo w nim zamontować. Pan Banaś, choć ma kłopoty z dwoma kamienicami, awansuje i ma nawet certyfikat dostępu do tajnych informacji od ABW. Żona Marka Kuchcińskiego latała sobie rządowym samolotem, a Beata Szydło rozdawała nagrody, mówiąc, że im się po prostu należą.

Czyli jednak kac?

Przegranie z taką ekipą to nic przyjemnego. Ale jednak powstrzymaliśmy pochód Hunów niszczących demokrację, bo PiS nie poprawiło swojego stanu posiadania, mimo olbrzymiej kampanii. Momentami było ona zresztą tak głupia, że aż przeciwskuteczna. Widać Jacek Kurski faktycznie myśli, że ciemny lud wszystko kupi.

O zatrzymaniu czegokolwiek trudno jednak mówić. Może tylko spowolniliście pochód PiS – o 30 dni, przez które Senat może prowadzić prace nad ustawami.

Odbicie Senatu jest jednak przełomem. Cieszę się, że pomogła w tym olbrzymia mobilizacja samorządowców. PiS-owi marzyła się większość konstytucyjna, jednak udało się nam pohamować te zapędy.

Jakie błędy popełniła opozycja?

Uważam, że pierwszym i podstawowym błędem był brak porozumienia Koalicji Obywatelskiej z PSL-em o wspólnym starcie. Lewica musiała powstać i startować osobno i to naturalne, ale ludowców należało przekonać do wspólnego startu – to się jednak nie udało.

Druga rzecz: brak konsekwencji w przekazie programowym. Była „szóstka Schetyny”, ale szybko zgasła. A trzecia to zbyt późne wystawienie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w roli kandydatki na premiera.

To są trzy grzechy główne nas jako opozycji.

Opozycja musi nadal inwestować w Małgorzatę Kidawę-Błońską?

Pani marszałek jest teraz jedną z dwóch osób, które mogą z ramienia Koalicji Obywatelskiej startować na prezydenta.

A drugą jest…

…Rafał Trzaskowski.

Czy wybory parlamentarne były do wygrania przez opozycję?

Były do wygrania. Bez obciążenia tymi trzema grzechami, o których wspomniałem, zwycięstwo było w naszym zasięgu. „Szóstka Schetyny” była dobrym pomysłem programowym. Ja się nawet dziwię, że mając po drugiej stronie taką ekipę jak PiS, nie wygrywamy  wyborów.

„Szóstki Schetyny” nie pamiętał nawet sam Grzegorz Schetyna. Może to jest podstawowy problem PO – kiepskie przywództwo?

Ocenią to już członkowie PO, a nie ja. PO jednak dalej jest największym klubem na opozycji. Na szczęście jest to formacja demokratyczna.

Z pewnością dużym plusem Grzegorza Schetyny było najpierw zbudowanie Koalicji Europejskiej, a potem Koalicji Obywatelskiej. Ale brak jednoznacznego przekazu już nie. Co ja mam panu więcej powiedzieć?

To, co pan sądzi. Między oczy.

Miedzy oczy to należało jak mantrę powtarzać tych sześć punktów. Jestem daleki jednak od tego, aby za wszystko obwiniać Grzegorza Schetynę.

Schetyna nawet nie pamiętał swojej „szóstki”. Czy powinien teraz odejść z fotela szefa Platformy?

Nie jestem członkiem PO. Nie dziwmy się, że w demokratycznej partii są krytycy i różnice zdań. Zagłosują i zostawią bądź wybiorą nowego przewodniczącego. Faktem jest, że PiS jednak został zahamowany. Wygrana w Senacie daję wielką nadzieję.

Pan jest zadowolony ze swojej współpracy z PO w sztabie wyborczym?

Ja sobie zawsze pracę znajdę i myślę, że choć miałem mniejszy wpływ na całą kampanie sejmową, to na senacką już zdecydowanie większy. Oczywiście mogę powiedzieć, że mogliśmy zrobić więcej albo „a nie mówiłem”. Wiemy, co poprawić przy wyborach prezydenckich.

Szefem sztabu był Krzysztof Brejza, ale wszyscy wiedzą, że nie on podejmował decyzje. Prawda?

Były dwa etapy kampanii. Na pierwszym etapie Brejza wykonał ogromną pracę i jeździł po Polsce. A w drugim – po wściekłym ataku TVP na niego – już skupił się na własnej kampanii. Lekcja jest taka, że kampanię powinien prowadzić ktoś, kto sam nie startuje w wyborach.

PiS już będzie ogłaszać skład sztabu Andrzeja Dudy, a na opozycji nie wiadomo, jeszcze kto będzie startował. To wygląda na proszenie się o kolejną porażkę?

Na 100 proc. będzie startował Władysław Kosiniak-Kamysz. Na 90 proc. Robert Biedroń albo Adrian Zandberg. I będzie też ktoś z Koalicji Obywatelskiej.

„Ktoś”? By myśleć o zwycięstwie, należałoby już szykować kampanię pod konkretną osobę.

Stawiam na Małgorzatę Kidawę-Błońską. Albo na Rafała Trzaskowskiego.

Ale decyzji KO nie ma. Kiedy będzie?

Będą zapewne zlecane badania społeczne, kto ma większe szanse i jeszcze w tym roku trzeba ogłosić kandydaturę.

A dlaczego nie wymienia pan Donalda Tuska jako potencjalnego kandydata?

Dobrze by było, gdyby zdecydował się na start. Skoro jednak obecnie ubiega się o stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPL), to nie będzie zaraz potem też startował na prezydenta Polski. Co powie ludziom z EPL za pół roku? „Na chwilę tylko jestem u was, bo chcę startować w Polsce”? Przecież to nielogiczne.

Tusk nie sprawia wrażenia skłonnego do startu na prezydenta?

Wydaje mi się, że nie jest zainteresowany kandydowaniem.

Pan nie wierzy w powrót Tuska, a Radosław Sikorski wcale tego nie wyklucza.

Gdyby Donald Tusk chciał wrócić, toby już wracał, a nie starał się o fotel szefa EPL. Przestańmy się łudzić i zastanawiać, czy Donald Tusk wróci jak Anders na białym koniu. Trzeba brać sprawy we własne ręce. Jeśli będą prawybory w KO, a Donald Tusk zgłosi chęć ubiegania się o nominację od partii, to w nich wystartuje. A badania pokażą, czy ma największe szanse, czy jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, Rafał Trzaskowski albo jeszcze ktoś inny.

Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne.

Zastępy ludzi, którzy czekali i może wciąż czekają, aż Tusk osiadła białego konia, są jednak duże. Zwłaszcza w szeregach PO i części środowiskach opiniotwórczych.

Donald Tusk jest odpowiedzialnym człowiekiem. Jeśli będzie decydował, czy startować na prezydenta, to wcześniej spojrzy na badania socjologiczne. Ale ja nie wierzę, że się zdecyduje, choć jako sopocianin cieszyłbym się, że mój krajan ma szansę przejąć Pałac Prezydencki.

Czy prawybory to dobry sposób na wyłonienie kandydata?

Prawybory na całej opozycji – nie. Prawybory w samej Koalicji Obywatelskiej albo na lewicy – tak, to bardzo dobry pomysł, bo mobilizuje całe środowisko. Rywalizacja pomiędzy Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim była bardzo dobrym pomysłem, sprawdziła się.

Czy opozycja powinna rzucić absolutnie wszystkie siły na kampanię prezydencką?

Tak – nie tylko siły, lecz także całą swoją mądrość. KO musi się oprzeć na profesjonalistach.

A czy Władysław Kosiniak-Kamysz byłby dobrym kandydatem? Donald Tusk nieprzypadkowo stwierdził ostatnio, że trzeba wskazać „kandydata, który będzie miał największe szanse przekonać tych, którzy dziś głosują na PiS oraz wahających się, i wygrać”.

Zobaczymy, czy wybory rozstrzygną się w I turze i wygra kandydat opozycji, czy rozstrzygną się w II – wtedy wszystkie ręce na pokład. Według mnie mówienie o jednym kandydacie opozycji już w I turze to błąd i niepotrzebne demobilizowanie części elektoratu. Przecież gdyby wystawić tylko Władysława Kosiniaka-Kamysza, to elektorat lewicowy będzie zdemobilizowany. Albo tylko Małgorzatę Kidawę-Błońską lub Rafała Trzaskowskiego – wtedy elektorat ludowy będzie rozprężony.

Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – jak wynika z rankingów zaufania – nie zna aż 24 proc. Polaków. Jest sporo do zrobienia, jeśli ma walczyć o Pałac Prezydencki?

A ile nie znało Andrzeja Dudy, gdy ruszał z kampanią? Większość. Małgorzatę Kidawę-Błońska zna tymczasem 3/4 wyborców, osiągnęła rekordowy wynik w wyborach, deklasując Jarosława Kaczyńskiego. Według mnie najlepszy scenariusz jest taki: badania socjologiczne, prawybory wyłaniające kandydata Koalicji Obywatelskiej. W pierwszym rzędzie będę kibicował Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, a w drugim Rafałowi Trzaskowskiemu.

Bo?

Obydwoje mają odpowiednie, wysokie kompetencje. Jednak w rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na panią marszałek, właśnie z tego powodu, że jest kobietą.

Gdyby padła propozycja, toby pan wszedł do sztabu kandydata KO?

Oczywiście, że tak. Nigdy nie pchałem się do sztabów wyborczych, ale teraz walka idzie o demokrację w Polsce.

W wyborach do Sejmu opozycja – nie licząc Konfederacji – zdobyła więcej głosów niż PiS…

…i to wskazuje, że możemy wygrać wybory prezydenckie.

Czego pan się spodziewa po początku rządów PiS?

Chichotem historii są słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że w Senacie będzie trzeba zachować inne standardy niż w Sejmie. Mam nadzieję, że nasza wygrana w Senacie i opozycyjny marszałek Senatu doprowadzą do tego, że dobre zwyczaje parlamentarne wrócą do polityki. Bo wcześniej PiS wysadziło je w kosmos.

Najpierw wygrana w Senacie, a zaraz potem kłótnia o to, kto ma być jego marszałkiem. Kiepsko to jednak wygląda?

To demokracja. Sam miewam dyskusje w radzie miasta Sopotu o tym, kto ma jej przewodniczyć. Nie ma w tym niczego dziwnego.

Ale marszałek stanie się automatycznie jednym z liderów opozycji. Funkcja jest bardzo prestiżowa i politycznie ważna.

Dogadają się. Radzę, aby czterech liderów – KO, PSL, lewicy i samorządowców – spotkało się przy kawie i to ustaliło. Jerzego Buzka też łatwo nie wybierano na premiera. Ostatecznie Marian Krzaklewski wyciągnął pudełko po butach i do niego posłowie wrzucali kartki z nazwiskiem swojego faworyta do objęcia teki premiera.

Schetyna koniecznie chciał Bogdana Borusewicza i miał jego nazwisko jako kandydata na marszałka ogłosić na konferencji prasowej, ale w ostatniej chwili się wycofał. Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że bez PSL nie ma decyzji. Przepychanka.

KO ma największy klub w Senacie i powinna proponować marszałka, a z mniejszymi klubami trzeba się porozumieć co do obsady foteli zastępców i szefów komisji senackich. To naturalna rzecz. Osobiście uważam, że Bogdan Borusewicz jest najlepszym kandydatem.

I nie jest dla pana tajemnicą, że „Borsuk” nie jest fighterem, a w polemikach się nie sprawdza.

Jestem przekonany, że – jak wielokrotnie pokazał – jest z jednym z najbardziej odważnych polityków. Ma być marszałkiem, a nie fighterem. Nie może my stosować takich reguł, które wprowadziło PiS.

Na ten moment jak pan ocenia szanse kandydata opozycji?

51 do 49 dla naszego kandydata, że pokona prezydenta Andrzeja Dudę. Czeka nas zapieprz i bardzo ciężka praca. A wcześniej musimy jeszcze – każde z ugrupowań na opozycji: KO, PSL, Lewica – przejść demokratyczne procedury wyłaniania własnych kandydatów. Warto to wszystko zakończyć jeszcze w tym roku i od początku 2020 r. pracować już w kampanii prezydenckiej.

Czyli nie popełniać błędu ze spóźnionym namaszczeniem Kidawy-Błońskiej?

Przepraszam, ale powiem to bardzo po męsku: warto się spotkać kilka razy i nawet dać sobie po gębach. Porozmawiać, nawet ostro. Ale potem pójść do przodu. Byle szybko!

Powyborcze rozliczenia w PO. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak broni szefa partii Grzegorza Schetyny przed gniewem lokalnych działaczy. Jednocześnie prowadzi swoją wojenkę z przewodniczącym PO w Wielkopolsce Rafałem Grupińskim.

Po wyborach w regionalnych strukturach PO – podobnie zresztą jak w całej Polsce – narasta gniew. Platforma odzyskała co prawda Senat, ale wybory do Sejmu z PiS przegrała.

Koalicja Obywatelska niby wygrała, ale przegrała Platforma Obywatelska

Bastion PO został obroniony. W Poznaniu na KO zagłosowało 45 proc. wyborców, na PiS – tylko 25 proc. Ale to pozorny sukces. Bo mandatów jest mniej. Po wyborach w 2015 roku PO miała pięciu posłów, a Nowoczesna dwoje. Apetyty były dużo większe niż pięć mandatów. W kampanii Rafał Grupiński mówił, że KO idzie po sześć, a nawet siedem mandatów w Sejmie. Nic z tego.

Jeden z polityków PO: – Mamy pięć mandatów, ale tylko dwa dla polityków PO – Grupińskiego i Dzikowskiego. Stąd taka wściekłość w naszych strukturach. Wynik liderki też nie powala.

Joanna Jaśkowiak zdobyła 67 tys. głosów. Niby dużo, ale w partii mówią, że lokomotywą listy nie była. Tak naprawdę imponują tylko dwa wyniki – Adama Szłapki (51 tys. głosów) i Franka Sterczewskiego (25 tys.). Za rezultat całej listy odpowiedzialność ponosi Grupiński. Nie pomaga mu to, że sam miał kiepski wynik. Z drugiego miejsca zdobył tylko ponad 17 tys. głosów. Przeskoczył go nawet startujący z czwórki odwieczny rywal poseł Waldy Dzikowski (19 tys.).

Kampania, pieniądze, lista – nic się nie zgadzało

Niezadowolenie rośnie. Działacze chcą nie tylko odejścia Schetyny, ale też Grupińskiego. Tuż po wyborach w partyjnych grupach Platformy na Facebooku wrzało. Lista była źle skonstruowana – pisali działacze.

„Gdyby jedynkę mieli Sterczewski lub Szłapka, wynik byłby lepszy”, „Tylko oni dali nam nowe głosy, reszta to kanibalizm” – to niektóre z komentarzy. „Wygrali polityczni celebryci i nieroby” – stwierdziła żona Szymona Ziółkowskiego, który stracił mandat.

Do tego dochodzi kiepska kampania. I pieniądze. Działacze PO są wściekli, bo choć Joanna Jaśkowiak miała największe finansowe limity na kampanię, to jej kampania była najmniej widoczna. W dodatku Jaśkowiak i Grupiński mieli najwięcej pieniędzy, a reszta musiała radzić sobie inaczej.

Prezydent Jacek Jaśkowiak na wojnie. O co mu chodzi?

W tym wszystkim prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak walczy na dwóch frontach.

Broni Schetyny i krytykuje tych, którzy chcą go rozliczać. „Gdyby nie jego determinacja w dążeniu do wspólnej listy opozycji, PiS zdobyłby również Senat. Przeforsował otwarcie naszych list na osoby spoza partii” – pisał tuż po wyborach.

To jednak głos tych, którzy w Poznaniu są dziś w mniejszości. – To, że te wybory – pod względem wyniku, ale też organizacyjnym – skończyły się klapą, jest dla mnie oczywiste. Każdy, kto myśli, musi wyciągnąć taki wniosek. Jaśkowiak się kompromituje – mówi nam polityk PO.

Prezydent broni Schetyny, bo jest blisko szefa PO. To u niego „wychodził” jedynkę dla swojej byłej żony. Musi stać murem za Schetyną, ale też bronić wyniku całej listy, na której kształt miał wpływ. Jakby na potwierdzenie tych słów mówi „Wyborczej”: – Wynik listy KO w Poznaniu oceniam bardzo dobrze. Liderka zrobiła jeden z najlepszych wyników wśród wszystkich kandydatów KO w Polsce.

Jednocześnie Jaśkowiak grilluje Grupińskiego, swojego politycznego ojca. Od miesięcy obaj są w konflikcie. W PO mówią, że prezydent zerwał się ze smyczy. Jaśkowiak uderza w Grupińskiego, bo daje mu do tego pretekst słaby wynik posła. W piątek krytykował go w telewizji WTK. Grupiński odpowiedział: – Nie rozważam odejścia.

– Startując z dwójki, powinien uzyskać wynik między 52 a 67 tys. głosów. Efekt jest kilka razy gorszy, prześcignęło go trzech kandydatów z dalszych miejsc – mówi „Wyborczej” Jaśkowiak. A pytany o przyszłość Grupińskiego dodaje: – Powinien zadać sobie pytanie, dlaczego z wyborów na wybory uzyskuje coraz gorsze wyniki. Analizie powinien zostać poddany wynik KO w Wielkopolsce. Rafał Grupiński jest za niego odpowiedzialny. Powinien wiedzieć, na ile wywiązał się ze swojego zadania jako lider i co należy zrobić, by ten wynik poprawić. Kolejne pytanie, na które musi sobie odpowiedzieć, to dlaczego kandydaci PO wypadli tak słabo.

Kto zastąpi Rafała Grupińskiego?

Rafał Grupiński rządzi PO od 2010 roku. Czy straci stanowisko? To dziś powszechne oczekiwanie. Czy na rzecz Jaśkowiaka? Możliwe. Ale powalczyć o fotel szefa PO może też kaliski poseł Mariusz Witczak, szara eminencja partii w regionie, skarbnik PO i stronnik Schetyny.

Wszystko zależy od tego, czy Schetyna zachowa stanowisko. Jego przeciwnicy myślą już o swoim kandydacie na szefa wielkopolskiej PO.

Wybory szefa regionu mogą odbyć się w styczniu, razem z krajowymi. O ich terminie zdecyduje rada krajowa.

Morawiecki ma kwalifikacje na bajkopisarza, w banku był zwykłym słupem

9 Mar

Powołanie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości spółki celowej Aplikacje Krytyczne Sp. z o.o. w 2016 roku miało być remedium na nieskuteczne działanie polskiego fiskusa w walce z oszustami podatkowymi. Głównym zadaniem tej spółki było stworzenie “zaawansowanych technologii informatycznych”, które przy pomocy algorytmów i narzędzi analizy baz danych w dużej mierze zastąpią “niedoskonałych” urzędników urzędów skarbowych w wykrywaniu nieprawidłowości w rozliczeniach podatkowych. Żeby zaznaczyć determinację rządzących, ówczesny minister finansów Paweł Szałamacha sięgnął głęboko do kasy państwa i postanowił nadać spółce kapitał w wysokości 20 mln złotych.

W 2017 roku kapitał spółki został podniesiony o kolejne 15 mln złotych, choć swoje pierwsze pół roku działalności zakończyła ona z ok. 3,2 mln straty. Najwyższa Izba Kontroli, kontrolująca wykonanie budżetu za 2017 rok była dla tej spółki bezwzględna, podkreśliła, że jej działalność jest skrajnie niedochodowa, a pieniądze, które płyną z MF na jej funkcjonowanie nie są w żaden sposób powiązane z rzeczywistymi efektami działań jej pracowników.

Jak donosiła wówczas była wiceminister finansów, a obecnie posłanka PO Izabela Leszczyna, raport to “interesująca lektura o niekompetencji, nieudolności i skoku na kasę działaczy PiS, którzy rządzą w resorcie finansów. NIK zwróciła uwagę, że spółka notowała straty, które kolejny minister finansów Mateusz Morawiecki zasypywał poprzez podwyższenie kapitału zakładowego. Najbardziej istotna jest jednak uwaga, że do końca 2017 roku koszty funkcjonowania spółki były blisko trzykrotnie wyższe niż uzgodniona wartość realizowanych zadań, a resort w żaden sposób nie udokumentował analizy zasadności zlecenia ich właśnie tej jednostce.

W lipcu 2017 roku nasza redakcja pytała Krajową Administrację Skarbową i przedstawicieli spółki o koszty zatrudnienia jej pracowników oraz zadania, jakie wykonuje dla resortu. Wówczas dowiedzieliśmy się, że spółka zatrudnia na stanowiskach pracowniczych 28 osób, w tym dwóch członków zarządu. Średnie wynagrodzenie pracownicze wynosi natomiast 13.616,57 zł brutto, czyli jest zbliżone do pensji premiera polskiego rządu. Informacje na temat działów, w jakich zatrudnieni byli pracownicy (Dział Zarządzania Projektami, Dział Zespoły Produktowe, Dział Techniczny, Biuro Zarządu, Dział Prawny, Dział Organizacyjny) pokazywały jednak, że mimo wszystko spółka skupiała swoje funkcjonowanie na zadaniach przed nią postawionych.

Na przełomie 2017 i 2018 roku trwała tam intensywna karuzela kadrowa, a przez blisko pół roku nie udawało się znaleźć nowego prezesa. Finalnie od lipca minionego roku szefem tej najważniejszej spółki IT podległej resortowi finansów jest Maciej Wardaszko, wcześniej pracownik rządowego Centralnego Ośrodka Informatyki. Sama spółka natomiast, oprócz nowych zadań, bardzo intensywnie zajęła się zwiększaniem zatrudnienia. Jak udało nam się właśnie ustalić, na dzień dzisiejszy na stanowiskach pracowniczych pracuje blisko trzy razy więcej osób, niż jeszcze półtora roku temu. Średnie wynagrodzenie na poziomie 11.770 zł brutto otrzymuje 80 osób oraz trzech członków zarządu. W sumie zatem na pensje pracownicze Aplikacje Krytyczne wydają blisko milion złotych.

Jak informuje spółka, pracują oni w dziesięciu działach, z których tylko część obejmuje zadania postawione przed spółką. Są to Dział Zarządzania Projektami, Dział Technologii Informatycznych, Dział Rozwoju i Jakości Usług, Dział Komunikacji, Dział Biuro Zarządu, Dział Zakupów, Dział Kontrolingu, Dział Księgowości, Dział HR, Dział Prawny oraz Pełnomocnik ds.Bezpieczeństwa. Każdy, kto choć raz widział strukturę państwowych urzędów, gdzie w postępie geometrycznym przybywa pracowników niemerytorycznych, zajmujących się obsługą samego urzędu, a nie jego zadaniami, zobaczy tu oczywistą analogię do patologii, która od dekad toczy polskie urzędy państwowe. Takie działanie doprowadza do skrajnej niegospodarności funkcjonowania sektora publicznego, czemu powierzenie informatyzacji resortu finansów spółce prawa handlowego miało przecież zapobiec.

Spółka pochwaliła się także liczbą dziesięciu aplikacji, które stworzyła i wdrożyła w KAS oraz ujawniła nad jakimi jeszcze rozwiązaniami dla polskiego fiskusa nadal pracuje. Są to

  • e-Mikrofirma,
  • STIR 2,
  • VAT Marża,
  • Mandatory Disclosure Rules (MDR),
  • e-Sprawozdania – rozwiązanie dla US,
  • e-Sprawozdania – rozwiązanie dla podatników,
  • JPK Klient 2.0,
  • Lunetka,
  • JPK Analizator,
  • Fundament Danych,
  • Bazy UE,
  • Zefir2

Co ciekawe, spółka Aplikacje Krytyczne, przy całej swojej potędze informatycznej i olbrzymim zapleczu w zakresie nowych technologii, nie brała udziału w przygotowywaniu ani wdrażaniu najbardziej rozpoznawalnego rozwiązania e-administracji podatkowej czyli systemu e-PIT, dzięki któremu wielu z nas może przestać się martwić rozliczeniami podatku dochodowego od osób fizycznych.

W 2006 r. – miesiąc po objęciu przez Jarosława Kaczyńskiego stanowiska szefa rządu – teczkę Kazimierza Kujdy przeglądano na zlecenie lub za wiedzą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służby podlegającej premierowiW teczce Kujdy, znajdującej się w IPN, na dole spisu dokumentów znajduje się napis: „Sprawdzono. 17.08.2006 r.”.  Ówczesnym szefem ABW był gen. Witold Marczuk. Według gazeta.pl, zaufany człowiek braci Kaczyńskich.

„Nie mam wątpliwości, że jeżeli Kaczyński chciałby sprawdzić w 2006 r. jako premier przeszłość kogokolwiek, to – podobnie jak poprzednicy i następcy – mógł to bez problemu zrobić, pytając szefów służb, a jeśli nie miałby do nich zaufania, to dodatkowo także przez prezesa IPN” – powiedział portalowi gazeta.pl rozmówca, opisany jako „osoba znająca praktykę w IPN i kontakty ze służbami”.

Wtedy szefem IPN był Janusz Kurtyka, który według informatora portalu, był w latach 2006-07 częstym gościem w gabinecie premiera. – „Osobiście nie wierzę, że Kaczyński tego nie zrobił” – podsumował informator.

Sam Kaczyński powtarza, jak mantrę, że nie miał pojęcia o współpracy Kujdy (wieloletniego prezesa powiązanej z PiS spółki Srebrna) z aparatem bezpieczeństwa PRL.  – „Nie ukrywam, że ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.  Nigdy nie zauważyłem niczego, co by wskazywało na to, że Kazimierz Kujda działa przeciwko nam, czy spółce, a spółka była atakowana. Zawsze się sprawdzał” – mówił np. w wywiadzie dla PAP. Paweł Kowal, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Kaczyńskiego, nie ma jednak żadnych wątpliwości: – „Oczywiście, że wiedział i moim zdaniem to jeden z największych problemów PiS-u”.

Więcej >>>

W PiS w sprawie strajku nauczycieli sięgnęli po jedną z metod stalinowskich i rozgrywają jedną grupę przeciwko drugiej.

Kiedy jeszcze pracowałam w gimnazjum, jeden z uczniów zapytał mnie, „dlaczego taka osoba jak pani, z takim potencjałem, pracuje w szkole? To przecież fucha dla miernot, bo nikt inteligentny za takie grosze nie będzie marnował swego czasu i życia”. Roześmiałam się i powiedziałam, że mogę poświęcić się swojej pasji zawodowej, bo mąż zarabia przyzwoite pieniądze. Z jednej strony rozbawiło mnie to pytanie, połechtało moje ego, jednak z drugiej pokazało, co sądzą o nauczycielach uczniowie. Jak bardzo wiążą sprawy finansowe z wykonywanym zawodem, jak mocno są przekonani, że do szkoły trafiają byle jakie jednostki, nieudacznicy, którzy nie są w stanie znaleźć lepszej pracy.

Przypomniała mi się ta rozmowa teraz gdy nauczyciele wreszcie postanowili ostro powalczyć o docenienie ich pracy nie tylko stekiem pustych słów, ale przede wszystkim odpowiednim wynagrodzeniem. Pieniędzmi, które powinny być adekwatne do pracy, jaką wykonują, do odpowiedzialności, jaką ponoszą, wkładając tyle wysiłku i trudu nie tylko w edukację młodego pokolenia, ale i jego wychowanie.  Nie powiem, miałam żal do nauczycieli, gdy nie znaleźli w sobie siły, by ostro przeciwstawić się deformie edukacji, jednak teraz całym sercem jestem za nimi. Jestem, bo wiem, ile czasu poświęcają dzieciakom, ile wydają na dokształcanie, ile energii i pasji trzeba, by być dobrym nauczycielem.

Patrzę więc z oburzeniem na to, jak do sprawy podchodzi obecny rząd i politycy PiS. Sięgnęli po jedną z metod stalinowskich i wzięli się ostro za rozgrywanie jednej grupy przeciwko drugiej, czyli… ci straszni nauczyciele, a biedne dzieci… Taki przekaz idzie w Polskę i wielu rodziców to kupuje. Straszni, bo chcą strajkować w okresie, gdy egzaminy i matury za pasem. Straszni, bo dzieci nie zrealizują podstawy programowej, nie będzie miał się nimi kto zająć, rodzice zamiast do pracy, będą musieli zorganizować opiekę dla swoich pociech. Zapewne najlepiej by było, gdyby, jeśli już, nauczyciele zastrajkowali w wakacje, a im się chce właśnie teraz. Skandal! Po prostu skandal!

Nad sytuacją pochylił się z troską Joachim Brudziński, który nie jest w stanie sobie wyobrazić „aby jakikolwiek pedagog, znakomici, kochani nauczyciele, wzięli na swoje sumienie odpowiedzialność za dzieciaki”, dla ministra Glińskiego to nic innego jak zwykła „awantura polityczna”, a Adam Bielan upatruje w tym chęć obalenia rządu PiS i przejęcia władzy przez PO. Premier Morawiecki bardzo prosi „nauczycieli, aby powstrzymali się od akcji protestacyjnej, ponieważ na strajku ucierpią dzieci” i zwala winę na samorządy, które dostały kasę na podwyżki, ale nic z nią nie robią. Minister Zalewska macha narodowi przed oczami jakimiś wykresami, planszami i udowadnia, że to wszystko bujda, bo PiS tak dba o nauczycieli, tyle już dobrego dla nich zrobił, a jeszcze więcej planuje, jak tylko wygra wybory. Pominę milczeniem słowa Szczerskiego, który zaproponował, by nauczyciele wzięli się za reprodukcję, to załapią się na 500 plus. Szkoda czasu i energii na komentarz.

Przerażające jest to, że rodzice dają się nabrać na te demagogiczne bzdurki. Internet pełen jest wpisów potępiających nauczycieli, nazywających ich nierobami, leniami, którzy za odsiadywanie raptem 18 godzin tygodniowo chcą zarabiać kupę kasy. No właśnie, jak nauczyciel śmie stawiać rodziców pod ścianą? Jakiś taki niedouczony, byle jaki, a teraz jeszcze do strajku się przygotowuje? Kosztem dzieci?

Rodzic wie lepiej, co się nauczycielom należy, a co nie. Szczególnie ten, który namawia swojego potomka do nagrywania lekcji, bo chce wiedzieć, czy przypadkiem nauczyciel nie przekazuje treści niezgodnych z jego poglądami i religią. Ten, który pozwala sobie na ostrą krytykę nauczyciela w obecności dziecka i ten, który uważa, że w szkołach uczą tylko tacy, co to do innych zawodów się nie nadają, bo są zbyt tępi, mało przebojowi, mało inteligentni. Dla takich rodziców słowa polityków PiS to jak miód na serce.

Mam jednak nadzieję, że dla większości jasne jest, iż podstawą motywacji, przyciągnięcia do szkół dobrych nauczycieli, zatrzymania tych najwartościowszych, są właśnie odpowiednie pieniądze. Pieniądze, dzięki którym nauczyciel nie będzie już typem współczesnego samarytanina. Będzie mógł przestać kombinować, by jakoś przetrwać od pierwszego do pierwszego, móc się rozwijać zawodowo i wreszcie przypomnieć sobie, że zawód nauczyciela to również, a może przede wszystkim, pasja.

Chcę też wierzyć, że nauczyciele nie ulegną temu szantażowi emocjonalnemu, nagonce. Nie dadzą sobie wmówić, że nie zasługują, że krzywdzą dzieci, że są mało warci, a ich praca to luz. Chcę wierzyć, że do grona strajkujących dołączą również nauczyciele z Solidarności, bo chociaż władze ich związku są zbratani z rządem, to jednak czas na podjęcie własnych decyzji już nadszedł.

Trzymam mocno kciuki za nauczycieli, a tym, którzy tak ich krytykują i potępiają proponuję, by spróbowali przetrwać w szkole choć jeden dzień. Może wtedy zrozumieją, na czym polega praca nauczyciela i przestaną wreszcie opowiadać bzdury.

Kaczyński i jego agent esbecki, zaś Morawiecki powinien zmienić nazwisko

8 Mar

Ujawnienie, że przez ostatnie trzy dekady w najbliższym otoczeniu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego znajdował się tajny współpracownik służb PRL o pseudonimie “Ryszard” musiało być dla polityków tego ugrupowania olbrzymim szokiem. To, że były prezes spółki Srebrna, a za rządów Prawa i Sprawiedliwości etatowy szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Kazimierz Kujda przez tyle lat zajmował się interesami finansowego zaplecza środowiska skupionego wokół braci Kaczyńskich sprowokowało pytania, czy i inne osoby z najbliższego otoczenia prezesa PiS mają w swoich życiorysach sekrety, których elektorat Zjednoczonej Prawicy mógłby nie zrozumieć i nie wybaczyć.

Drugim, po Kujdzie, ciosem w antykomunistyczny wizerunek lidera obozu rządzącego było ujawnienie przez posła PO Krzysztofa Brejzę kłopotliwej przeszłości słynnej “pani Basi”, czyli Barbary Skrzypek, sekretarki prezesa PiS i szefowej biura prezydialnego tej partii. Już wcześniej pojawiały się pytania, czy pani Basia również ma swoją “teczkę” w IPN, ale najwięcej o jej zawodowej przeszłości można dowiedzieć się z odpowiedzi Kancelarii Premiera na interpelację głównego śledczego opozycji.

Jedna z najbliższych dziś współpracownic prezesa Kaczyńskiego przez blisko 9 lat, także w czasie stanu wojennego, była bowiem ważną urzędniczką w otoczeniu komunistycznych dygnitarzy. Nie można więc mówić o epizodzie, tylko o w pełni świadomym pozostawaniu w najbliższym otoczeniu gen. Janiszewskiego, szefa Urzędu Rady Ministrów w latach 1985-89, a potem szefa Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Co więcej, pani Skrzypek pracowała także w Kancelarii Tajnej, a więc miała dostęp do największych tajemnic poprzedniego systemu. Kto wie, czy nie dlatego jest dla Jarosława Kaczyńskiego tak cennym współpracownikiem i czy nie miało to także wpływu na późniejszy, niezwykle korzystny dla środowiska braci Kaczyńskich, rozwój sytuacji w kwestii uwłaszczenia się na majątku komunistycznym.

Dziś natomiast portal Onet pochwalił się owocami swoich poszukiwań osób związanych ze spółką Srebrna w czeluściach zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej. Udało się odnaleźć dokumenty z nazwiskiem Grzegorza Tomaszewskiego, kuzyna braci Kaczyńskich, znanego z tzw. “taśm Kaczyńskiego” jako jednego z najważniejszych uczestników narad nad inwestycją K-Towers. Jak ustalili dziennikarze portalu, nie ma śladów, by był on tajnym współpracownikiem komunistycznych służb, jednak brał udział w tajnym projekcie dla “reżimowej” armii Ludowego Wojska Polskiego, co wiązało się z przyznaniem mu dostępu do tajnych prac na zamówienie komunistycznego państwa.

— Żadnych szczegółów nie podam. Ale mogę powiedzieć, że ośrodek dostał od wojska zlecenie na opracowanie linii do produkcji łusek do nabojów, bardzo wydajnej linii. Mieliśmy opracować dokumentację i przygotować prototyp — mówi Onetowi Tomaszewski. Do projektu został włączony jako jeden z konstruktorów zatrudnionych w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Obróbki Plastycznej Metali PLASOMET. Mimo, iż było to zaledwie trzy miesiące po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, który uderzył m.in. w jego kuzyna Lecha Kaczyńskiego, Tomaszewski nie widział nic złego w realizowaniu projektu wojskowego dla gen. Jaruzelskiego. Co więcej, w dokumentach IPN jest informacja, że Tomaszewski posiadał paszport wielokrotny do wyjazdów na cały świat, wydany w 1976 r. Zdaniem Onetu, otrzymanie w latach 70. takiego paszportu niewątpliwie było dowodem dużego zaufania ze strony władzy.

Obraz najbliższego otoczenia prezesa Kaczyńskiego i osób odpowiedzialnych za funkcjonowanie zaplecza finansowego środowiska byłego Porozumienia Centrum zaczyna zatem być coraz bardziej zaciemniony i powinien poważnie zaniepokoić nawet twardy, antykomunistyczny elektorat tej partii. Ilość zbiegów okoliczności wokół początków pierwszej partii braci Kaczyńskich oraz budowania przez nich olbrzymiego majątku, mającego zabezpieczać interesy politycznego ugrupowania, którym przewodzili staje się zbyt duża, by mówić tu o przypadku.

W miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Jarosław Kaczyński został premierem, do tajnej teczki Kazimierza Kujdy zaglądali i opracowali ją upoważnieni przez ABW archiwiści – wynika z ustaleń Gazeta.pl. Teczkę pozostawiono w „zetce”, choć wówczas nie było podstawy, by ją trzymać pod kluczem.

Po wybuchu lustracyjnej sprawy Kujdy, który w latach 1979-87 był TW „Ryszardem”, sam Jarosław Kaczyński zapewniał, że nic o jego agenturalnej przeszłości nie wiedział. – Nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero, gdy sprawa wybuchła w mediach. Gdy powstawał zbiór zastrzeżony, nie byliśmy przy władzy. Zielonego pojęcia nie miałem o sprawie. Nie ukrywam, że ta informacja spadła na mnie jak grom z jasnego nieba – stwierdził w wywiadzie dla PAP.

Ale wątpiących nie brakuje. Paweł Kowal, który był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Kaczyńskiego, wprost powiedział: – Oczywiście, że wiedział i moim zdaniem to jeden z największych problemów PiS-u.

Osoba z kręgu prezesa PiS: – Ale on naprawdę nie wiedział.

Inny: – Wcale nie był zaskoczony.T

Nie można wykluczyć, że Jarosław Kaczyński faktycznie żył bez świadomości, że Kujda to TW „Ryszard”. Ale w służbach specjalnych, które nadzorował jako premier, ta wiedza była. Prezes PiS na dowód swojej niewiedzy podkreślił: „gdy powstawał zbiór zastrzeżony [IPN], nie byliśmy przy władzy”. To prawda, bo wtedy rządziło SLD. Jednak w miesiąc po tym, gdy w 2006 r. Kaczyński został premierem, teczkę Kujdy przeglądano na zlecenie lub za wiedzą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – służby podlegającej premierowi.

Jarosław Kaczyński premierem

Teczki Kujdy włączono do „zetki” na podstawie decyzji wiceszefa ABW nr 00130 z 11 grudnia 2002 r. – była to decyzja nominata rządzącego wówczas SLD, płk. Pawła Pruszyńskiego. Prezes IPN prof. Leon Kieres zatwierdził tę decyzję po niemal roku. Mikrofilm z dokumentami dotyczącymi Kujdy zastrzeżono z kolei w lipcu 2004 r. – też na wniosek ABW.

SLD dogorywało, aż w 2005 r. władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość. Kazimierz Kujda zostaje 2 stycznia 2006 r. pełniącym obowiązki prezesa NFOŚiGW, a potem już prezesem pełną gębą.

Po wygaśnięciu kadencji Kieresa w IPN jego miejsce zajął prof. Janusz Kurtyka (od 29 grudnia 2005 r.). Zapał do publikowania dokumentów odziedziczonych po SB dokumentów się zwiększył. Po rządach Kazimierza Marcinkiewicza, którego prezes PiS uznaje za swój może i największy błąd personalny, tekę szefa rządu przejął osobiście Jarosław Kaczyński. Premierem był od 14 lipca 2006 do 16 listopada 2007 r.

Lustracja w Sejmie

Już wówczas w Sejmie był procedowany projekt ustawy lustracyjnej – była to nowela ustawy o IPN. Dziwnym trafem nie wymieniała ona wprost prezesa NFOŚiGW (to stanowisko Kazimierza Kujdy) jako zobowiązanego do złożenia oświadczenia lustracyjnego, choć inne instytucje centralne do projektu wpisano. Projekt tej ustawy co prawda wpłynął do Sejmu już 18 listopada 2005 r., ale na serio w Sejmie zaczęto nad nią prace w lipcu 2006 r. Prace w komisjach: 17 lipca. Sejm przyjął ją po raz pierwszy 24 lipca 2006 r., a Senat w sierpniu. Ostatecznie posłowie uporali się z poprawkami Senatu 18 października 2006 r. i trafiła do podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a ten złożył autograf.

Gdy w Sejmie wzbierała burza wokół ustawy lustracyjnej, to teczka Kujdy leżała w „zetce” – zbiorze zastrzeżonym IPN. Ale wcale się nie kurzyła. Na dokumentach z teczki znajdują się dopiski z roku 2006.

W spisie dokumentów znajdujących się w teczce na samym dole dopisano: „Sprawdzono. 17.08.2006 r. B.” [pełnych nazwisk pracowników nie podajemy – red.]. Podobnie w przeglądzie akt odnotowano zmianę numeracji stron – też z tą datą. Na tej samej karcie również dopisano „Sprawdzono”. Na kopercie, w której pierwotnie znajdowało się własnoręcznie napisane zobowiązanie Kujdy do współpracy z SB, dopisano: „PUSTA KOPERTA. 17.08. 2006 r.” i dwa autografy osób sprawdzających teczkę. Jest też na innej stronie sprostowanie, że notatka liczy dwie, a nie trzy karty. Podobnych drobnych dopisków – nie licząc nowych numerów stron – jest dziewięć z datami 17 albo 18 sierpnia 2006 r.

Gdy przeglądano teczkę Kujdy szefem ABW był gen. Witold Marczuk – jeden z zaufanych ludzi braci Kaczyńskich. Ale na tym stanowisku zaszła zmiana: od 19 października 2006 r. Marczuka zastąpił Bogdan Święczkowski, jeden z najbliższych współpracowników Zbigniewa Ziobry.

Podsumujmy:

– Jarosław Kaczyński zostaje premierem.

– Kazimierz Kujda jest szefem NFOŚiGW.

– Szefami ABW, podlegającej Kaczyńskiemu, są zaufani ludzie Kaczyńskich i Ziobry.

– Utajniona w „zetce” teczka Kujdy jest przeglądana i opracowana przez archiwistów na zlecenie lub za wiedzą ABW.

– Zgodnie z ustawą nie ma żadnego uzasadnienia, by teczka pozostawała tajna.

– ABW nie odtajnia teczki Kujdy.

„W ABW nie uznali teczki za zasługującą na ujawnienie”

Osoba znająca praktykę w IPN i kontakty ze służbami: – Te dwie osoby, które podpisywały się w 2006 r. na aktach Kujdy, to najpewniej archiwiści IPN ze specjalnej grupy mającej ze strony służb [ABW] prawo dostępu do materiałów w zbiorze zastrzeżonym. Na początku 2006 r., gdy w IPN pojawił się Janusz Kurtyka, zaczął odkręcać błędy przy tworzeniu „zetki” i zainicjował odchudzanie.

Jak podkreśla nasz rozmówca, sprzyjała temu postawa nowego kierownictwa służb. – Archiwiści zaczęli przygotowywać dla funkcjonariuszy służb kolejne teczki, by dokonali w nich przeglądu i zakwalifikowali je do ewentualnego ujawnienia – mówi. I dodaje: – Jednak teczki Kujdy – i tu pojawia się oczywiste pytanie: dlaczego? – ludzie z ABW nie uznali za zasługującą na ujawnienie.

Zaznacza też: – Nie mam wątpliwości, że jeżeli Kaczyński chciałby sprawdzić w 2006 r. jako premier przeszłość kogokolwiek, to – podobnie jak poprzednicy i następcy – mógł to bez problemu zrobić pytając szefów służb, a jeśli nie miałby do nich zaufania, to dodatkowo także przez prezesa IPN. Janusz Kurtyka był w latach 2006-07 częstym gościem w gabinecie premiera. Osobiście nie wierzę, że Kaczyński tego nie zrobił.

Jak informuje nas IPN, materiały dot. Kujdy zostały wyjęte z „zetki” dopiero 13 czerwca 2016 r. Ich zawartość stała się publiczna miesiąc temu.

Dlaczego tyle lat teczka Kujdy była tajna? Osoba dobrze zorientowana w tym temacie nie ma wątpliwości: – Jak coś się ujawnia, to przestaje się już mieć haka. Kaczyński naprawdę nie wiedział o agenturalności Kujdy, ale nie była to wiedza tajemna w środowisku służb.

W obozie władzy musi być naprawdę nerwowo, skoro premier Morawiecki zdecydował się udzielić wywiadu w znienawidzonym przez władzę i jej elektorat TVN24. Szef rządu potrafi pięknie dobierać słowa do bardzo łatwo weryfikowalnych kłamstw oraz bez zmrużenia okiem odwracać kota ogonem w każdej niewygodnej dla PiS sprawie. Jego wystąpienie niczym zatem nie zaskoczyło – dowiedzieliśmy się, że afera wokół Srebrnej tylko wzmocniła wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako polityka kryształowego, pieniądze publiczne rosną na drzewach, ceny prądu wcale nie wzrosną (choć każdy niemal dostał już wyższy rachunek), a zarobki najbliższych blond-współpracownic prezesa Glapińskiego w NBP to zjawisko całkowicie normalne, bo tak się zarabia w banku centralnym. Zwłaszcza ta ostatnia manipulacja jest bardzo ryzykowna, bo już w ciągu najbliższych dwóch tygodni samo NBP zobowiązane jest opublikować dane, które ją obnażą. Czyżby premier nie był tego świadomy?

Mateusz Morawiecki pytany o to, czy zszokowały go horrendalne zarobki Martyny Wojciechowskiej, dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji stwierdził, że niekoniecznie. “Bo wiem, że podobne zarobki występowały w czasach Marka Belki (poprzedniego szefa NBP – red.). Szkoda, że wtedy różne ośrodki medialne nie interesowały się tą sprawą” – mówił w rozmowie z Anitą Werner. O kwestii najbardziej bulwersującej, tj. fakcie, że zarobki na poziomie 50 tys. zł w NBP i ok. 10-12 tys. dzięki nominacji w pokrewnych instytucjach otrzymują kobiety o wątpliwych i utajnionych kompetencjach, kierujące departamentami niemerytorycznymi, premier wspomniał jedynie mimochodem. Przyznał, że może faktycznie kierujący pracami technicznych i finansowych departamentów powinni zarabiać “kilka tysięcy więcej”, ale ogólnie ta dysproporcja nie jest dla niego problemem. Premier przekonuje bowiem, że wynagrodzenia w NBP należy równać do wynagrodzeń w sektorze bankowym, a te są zbliżone.

– Rozumiem, że ta wysokość zaskakuje, porównuję ją do porównywalnych wynagrodzeń w departamentach dużych instytucji finansowych. Pan prezes Glapiński, z grubsza rzecz ujmując, odziedziczył tę siatkę płac po prezesie poprzednim i zarządza tą instytucją. Dodatkowo chcę podkreślić, że jest to instytucja zupełnie niezależna od rządu polskiego – dodał premier.

Istotą manipulacji w tej wypowiedzi jest fakt, że olbrzymie średnie wynagrodzenie słynnych “aniołków” wcale nie wynika z siatki wynagrodzeń, zwłaszcza tych z formalnego zaszeregowania. Panie Wojciechowska i Sukiennik zarabiają średnio o 10-20 tys. miesięcznie więcej niż jej koledzy dlatego, że mogą liczyć na zdecydowanie największe uznaniowe nagrody i premie. Z NBP nie sposób jednak wydobyć informację, jak na te nagrody zapracowały, jakie efekty ich pracy za nimi przemawiały, a jeśli powierzono im zadania dodatkowe, to jakie i jak zostały wykonane. Szef polskiego rządu, zwracając uwagę na “siatkę wynagrodzeń”, próbuje przesłonić najbardziej bulwersujący aspekt afery z wynagrodzeniami w NBP.

O tym, że słowa Morawieckiego zostaną bezlitośnie zweryfikowane już wkrótce, może świadczyć nawet wypowiedź kadrowej NBP, która uczestniczyła w pamiętnej konferencji prasowej, gdy po wybuchu afery powiedziano wiele, by w zasadzie nie rozwiać żadnych wątpliwości. Ewa Raczko, zastępca Departamentu Kadr w banku centralnym dementując 11 lutego medialne doniesienia o olbrzymich pensjach mówiła, że wynagrodzenie miesięczne na poziomie 60 tys. miesięcznie przekroczył tylko jeden dyrektor w NBP i było to za prezesury Marka Belki. I choć pani Raczko ukryła niewygodną dla prezesa NBP prawdę o tym, czym wspomniany dyrektor się zajmował i jaką wagę dla zadań banku centralnego miała praca jego departamentu, to opinia publiczna już wkrótce pozna całą prawdę w tej kwestii. Wszystko za sprawą ustawy dot. jawności wynagrodzeń w NBP.

Można odnieść wrażenie, że wszyscy politycy obozu władzy, którzy dziś wciąż robią dobrą minę do złej gry i bronią sprawy wynagrodzeń pani Wojciechowskiej i pani Sukiennik, kompletnie zapomnieli o tym, że opublikowana 22 lutego 2019 roku ustawa zobowiązała NBP do opublikowania pełnej siatki wynagrodzeń w NBP także za lata 1995-2018 i to w ciągu 30 dni od wejścia ustawy w życie. Wówczas polityka kadrowa prezesa Glapińskiego na tle poprzedników stanie się jeszcze większym obciążeniem dla obozu Prawa i Sprawiedliwości, a broniący go dziś będą musieli ze wstydu zapaść się pod ziemię. Co gorsza dla partii rządzącej, sprawa zamiast umrzeć medialną śmiercią naturalną powróci ze zdwojoną siłą, obciążona także niedorzecznymi słowami premiera. Umiejętność zarządzania kryzysem gdzieś Zjednoczonej Prawicy uciekła, co jednak wcale nie powinno nas martwić.