Tag Archives: Jacek Dubois

Zaraza PiS nie panuje nad zarazą koronawirusa

9 Paźdź

Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego w poniedziałek debatowała w sprawie uchylenia immunitetu sędziego Igora Tulei. Przypomnijmy: w 2017 roku sędzia Tuleja zezwolił mediom na rejestrację ustnego uzasadnienia postanowienia sądu ws. obrad Sejmu w Sali Kolumnowej z 16 grudnia 2016 r . Według prokuratury, naraziło to prawidłowy bieg dalszego śledztwa.

Atmosfera wokół sędziego jest pełna napięć i kontrowersji, które dotyczą przede wszystkim samego statusu Izby Dyscyplinarnej. Na początku czerwca Izba ta, orzekając w I instancji, ostatecznie nie uchyliła immunitetu sędziemu Tulei. Kolejne spotkanie w tej sprawie miało odbyć się w poniedziałek, ale zostało odroczone.

Tego samego dnia przed budynkiem Sądu Najwyższego zebrał się tłum, który hasłami i transparentem „Murem za Igorem” udzielał poparcia represjonowanemu przez władze sędziemu. Przemawiał m.in. prezes stowarzyszenia sędziowskiego „Iustitia” Krystian Markiewicz. Ostro powiedział o sędziach Izby Dyscyplinarnej powiedział, że „chcą zabawiać się w sędziów” i „przebierając się za sędziów, decydować kto będzie sędzią, a kto nie”.

Przeciwko tym słowom zaprotestowała pierwsza prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska, mianowana na to stanowisko w maju bieżącego roku. Napisała list otwarty do Krystiana Markiewicza. „Nazywanie sędziów, powołanych przez prezydenta RP do pełnienia urzędu ‚panami przebranymi za sędziów’ i straszenie, że zostaną oni zapamiętani, przekracza granice dobrego smaku i nosi znamiona niedozwolonego nacisku na osoby pełniące służbę publiczną” – stwierdziła w nim.

Więcej o przestępcy Czarnku >>>

Więcej o Tusku ośmieszającym PiS >>>

Więcej o konroli pisowskiej władzy >>>

Coming out 2.0. Od Beaty Mazurek wolę niemiecką lesbijkę Terry Reintke, a od Beaty Kempy wolę Katarinę Barley. A Państwo z kim wolelibyście pójść na kolację?” – napisał na swoim Twitterze europarlamentarzysta Radosław Sikorski z KO.

We wpisie porównał, oczywiście, europosłanki PiS z tymi zza granicy. Terry Reintke jest niekryjącą swojej orientacji homoseksualistką i członkinią niemieckich Zielonych. Katarina Barley natomiast zaliczana jest do grona najwyżej postawionych polityczek Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). Obie polityczki słyną z krytycznego stosunku względem populistycznego rządu Zjednoczonej Prawicy w Warszawie.

O K. Barley ostatnio głośno stało się za sprawą wywiadu zmanipulowanego przez dziennikarzy, w którym miała rzekomo powiedzieć o tym, że Polskę i Węgry powinno się „zagłodzić finansowo”. W rzeczywistości socjalistka mówiła tylko o Węgrzech.

W pierwszej wersji sfałszowaliśmy oświadczenie Katariny Barley, wyolbrzymiając je. Naprawiliśmy ten błąd i przepraszamy” – poinformowali dziennikarze-manipulatorzy.

T. Reintke w Polsce znana jest głównie za sprawą częstego solidaryzowania się z naszymi środowiskami LGBT, które, jej zdaniem, nie maja się najlepiej…

Czasem zastanawiam się, czy ten rząd nie działa w myśl zasady, że po nas choćby potop – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Rozmawa o działaniach rządu, kryzysie w koalicji i kryzysie w służbie zdrowia. Czy COVID złamie teflonowy PiS? – Pytano mnie już, kto przegra na tym, że władza skupia wzrok na niej samej, i ja od maja konsekwentnie powtarzam, że przegrają Polacy, przeciętny Kowalski, który będzie miał podstawowe kłopoty z opieką medyczną, a przecież nie tylko na COVID chorujemy – mówi.

Pojawiają się głosy, że PiS będzie chciał wprowadzić stan nadzwyczajny, może nawet na 3 lata do wyborów, i będzie spokojnie rządził. To realny scenariusz?

Zacytuję senatora Marka Borowskiego, który jest bardzo mądrym człowiekiem: jeszcze dwa lata temu powiedziałbym, że to niemożliwe, teraz wszelkie tego rodzaju próby są możliwe, ale czy to da się zrobić, to już inna sprawa. Podejrzewam, że

Rozmowa z dr Ewą Pietrzyk-Zieniewicz >>>

Po Kaczyńskim i koronawirusie

14 Maj

Czy świat się zmieni po koronawirusie? To pytanie zaprząta intelektualistów.

Postawmy to pytanie na polskim gruncie: Czy Polska zmieni się po zarazach pisowskiej i koronawirusie?

W tym drugim pytaniu będziemy mieli szybszą i bardziej dokładną odpowiedź. Zarówno dotycząca nas i świata.

Na pewno Kaczyńskiego i jego motłoch autorytarny trzeba wykopać od koryta. A po posadzeniu ich za kratami, bądź ich spieprzeniu z Polski, trzeba uruchomić takie narzędzia – nie tylko prawne – aby nie zagrażał nam wróg wewnątrz kraju, aby nie powstawała Targowica.

Czy to będzie zmiana?

I jeszcze jedno – zagrażają nam dwa autorytaryzmy, dwie zarazy – prawicowa i lewicowa. Idee, która ciągle się kompromitują i ciągle się odradzają: idee z wieloma paszczami smoka.

Jarosław Kaczyński mówi: nie wprowadziliśmy stanu klęski żywiołowej, bo to koszt dla państwa przez odszkodowania. To stara śpiewka obozu władzy. Prezes PiS dodał do niej teorię spiskową: opozycja chciała dać zarobić prawnikom.

Wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej” jest pełny typowych dla tego polityka oskarżeń bez dowodów w złym, starym stylu: „wiem, ale nie powiem”.

Więcej o nowym wrogu Kaczyńskiego >>>

Walka z nierównościami, nowy model życia gospodarczego i społecznego, czy popadanie w autorytaryzm i czerpanie wzorców z Chin – o dwóch radykalnie odmiennych możliwych scenariuszach zmian w Europie pisze brytyjski (i europejski!) historyk Timothy Garton Ash.

Kapitalny esej Asha >>>

 

Rządzi nami mały, oszalały z nienawiści Wielki Kurdupel. Ma jeden cel. Zemścić się na trudnej do zdefiniowania grupie, która ponoć zamordowała mu brata. A potem wziąć nieograniczoną władzę. Nie bądźcie debilami. Ten mały człowieczek prowadzi nas do pełnej dyktatury. A my, jak te konie na rzeź, jedziemy w wozach, udając spokój. Na ulice!

Kamil Durczok w całości >>>

To, co widzimy, to powstanie specjalnej kasty, która stawia się ponad prawem. Widzieliśmy to podczas obchodów rocznicy smoleńskiej czy podczas wizyty pana Kaczyńskiego na Cmentarzu Powązkowskim. On mógł odwiedzić grób matki w święta wielkanocne, normalny obywatel musiał siedzieć zamknięty w domu. To jasny sygnał, że mamy dwie kategorie ludzi: wobec jednych prawo się stosuje, a wobec drugich nie – mówi mecenas Jacek Dubois. Rozmawiamy o wyborach i o tym, co dzieje się w Sądzie Najwyższym. Pytamy też o rzeczywistość prawną i jej konsekwencje. – Teraz należy, tak jak Archiwum Osiatyńskiego, archiwizować pewne zdarzenia i w momencie, kiedy organa państwowe, w tym prokuratura, odzyskają niezależność i powagę, to wtedy te sprawy będą badane. Teraz trzeba te zdarzenia przechowywać we własnych głowach, umysłach, w pamięci – podkreśla.

Wywiad z mecenasem Jackiem Dubois >>>

Rząd zamiast pandemią, zajmuje się kwestią: jak skutecznie i szybko wprowadzić w Polsce dyktaturę

Śląsk nie jest żadną „drugą Lombardią” – po prostu zaczęto tam robić testy na obecność koronawirusa. I jestem pewna, że gdyby takie testy na masową skalę powtórzyć w dowolnym regionie Polski, wynik byłby ten sam. Czy to oznacza, że trzeba znów zamknąć kraj na trzy spusty, jeszcze bardziej niż dotychczas? Nie, na to już za późno. Ale z pewnością trzeba zacząć działać – to znaczy działać naprawdę, a nie tylko, jak to się dzieje teraz, robić konferencje prasowe i zarządzać informacją (czyli często po prostu kłamać).

Cały felieton Elizy Michalik >>>

Zamordyzm PiS powiększa się

10 Sty

Autokratyzm pisowskiego państwa powiększa się. W tej sytuacji najważniejsze dla społeczeństwa obywatelskiego i opozycji być skonsolidowanym. Niezależność sądów to nie jest tylko sprawa sędziów, ale nas wszystkich. Musimy ich wspierać. Jeżeli zostaniemy wypchnięci ze świata cywilizowanego, z Unii Europejskiej, szybko tam nie powrócimy. Cel Kaczyńskiego – trzymać Polaków za mordę, niczym się nie różni od kacapów i nazistów, czy komuchów PRL.

To ten sam ryt totalitarny. Kiedyś Kisiel nazwał PRL Gomułki – dyktaturą ciemniaków, tym razem tych pisowskich ciemniaków jest nawet więcej, prezes PiS to średniak, mentalny karzeł, mgr Ziobro – wzorzec ciemniactwa z Sevres.

Senat miejscem dialogu i konsultacji

Komisja Wenecka przyjechała do Polski, aby zaopiniować kontrowersyjną nowelizację ekspresowo procedowaną przez PiS, która ze względu na wprowadzane rozwiązania zwana jest ustawą kagańcową. Przedstawiciele KW spotkali się z marszałkiem Senatu, prof. Tomaszem Grodzkim. To właśnie Senat pracuje teraz nad nowelizacją.

– Spotkaliśmy się, by rozmawiać o ustawie, którą niektórzy nazywają ustawą kagańcową. Był to bardzo intensywny, szczegółowy dialog. W składzie Komisji są wybitni eksperci. Komisja wydaje opinie, które nie są wiążące, ale my nadrabiamy tego, czego nie zrobił Sejm, czyli prowadzimy szerokie społeczne konsultacje w gronie krajowych i międzynarodowych ekspertów i te konsultacje będą prowadzone aż do obrad w Senacie – mówił na konferencji prasowej marszałek Senatu.

Czego boi się PiS

– To, co zrobił Sejm, po raz kolejny pod osłoną nocy przyjmując niezgodne z prawem europejskim rozwiązania grozi wyprowadzeniem Polski z EU – mówił na konferencji w Sejmie Borys Budka, szef klubu KO.

Więcej >>>

Wywiad z Jackiem Dubois czytaj tutaj >>>

Batalia mieszkańców trwa od ponad dekady. Hektary lasu miałyby zostać wycięte, żeby w ich miejscu stanął cmentarz. Teraz chce tego białostocka archidiecezja. – Mam nadzieję, że ktoś się opamięta – mówi Klaudia Jachira.

O walce Klaudii Jachiry z Kościołem tutaj >>>

W grudniu 2019 roku inflacja wzrosła do 3,4 proc. Przez rok żywność zdrożała aż o 7 proc. Wzrost cen najbardziej uderzy ubogich, więcej Polaków będzie żyć poniżej minimum egzystencji. Przy biernej postawie rządu.

Więcej >>>

Sędziemu z Jeleniej Góry grozi dyscyplinarka za pytanie prawne do SN o status sędziego awansowanego przez nową KRS. Rzecznik dyscyplinarny uważa, że sędzia popełnił przestępstwo. Sędziowie represji się jednak nie boją. Bo kolejne pytania do SN zadali sędziowie z Warszawy. Chcą wiedzieć, czy mogą pomijać Trybunał Konstytucyjny

Zarzuty dyscyplinarne grożą sędziemu Andrzejowi Żukowi z wydziału karnego Sądu Okręgowego w Jeleniej Górze. Sędzia 17 grudnia 2019 r. – czyli już po wniesieniu przez PiS do Sejmu ustawy dyscyplinującej – rozpoznawał odwołanie od wyroku Sądu Rejonowego w Zgorzelcu, który sądził sprawę osoby oskarżonej o posiadanie substancji odurzających i psychotropowych.

Więcej o groźbie dla sędziego Żuka tutaj>>>

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro po raz pierwszy przyznał otwarcie, że przejmowanie kontroli nad sądami przez władzę PiS nie skończy się na uchwaleniu ustawy kagańcowej. Ziobro zapowiedział, że władza planuje jeszcze zmianę struktury sądów, co otworzy furtkę do weryfikacji wszystkich sędziów w Polsce i usuwania niepokornych sędziów z zawodu.

Więcej >>>

Więcej >>>

Ziobro najwyraźniej pomylił narracje. Zaproszenie do Polski Komisji Weneckiej nie ma nic wspólnego z prowadzeniem polityki zagranicznej i polską Konstytucją. Taki argument podnosili politycy PiS, by dyskredytować wizytę marszałka Grodzkiego w Brukseli 8 stycznia.

Więcej o nieuctwie Ziobry tutaj >>>

Nasza pozycja w polityce międzynarodowej jest wielce – by tak rzec – specyficzna. Po 4 latach historycznych zwycięstw 27:1 oraz usilnych starań polskiej dyplomacji, to szczególne miejsce nam się po prostu należało!

Co dalej pisze Chlabicz-Polak czytaj tutaj >>>

Polexit

19 Gru

Proponowane przez PiS zmiany w ustawie o sądach powszechnych godzą w podstawy ustroju RP i stanowią próbę obejścia norm zakodowanych w Konstytucji. Dlatego warto rozważyć jakie konsekwencje prawne mogą spotkać tych, którzy przyczynią się do wejścia tej nowelizacji w życie – piszą karniści, adwokaci Jacek Dubois i Michał Zacharski

Wiele już powiedziano i napisano o tym, co oczywiste: projekt nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych oraz o Sądzie Najwyższym – wprowadzający represje dla strzegących praworządności sędziów i uzależniający władzę sądowniczą od legislatywy i egzekutywy, godząc w zasadę trójpodziału władzy – jest niekonstytucyjny i sprzeczny z prawem unijnym.

Mamy do czynienia z ideami, których wdrożenie nie przyszło do głowy architektom PRL, gdyż nawet oni nie ustanowili zakazu rozproszonej kontroli konstytucyjności. Przyjęcie, że deliktem dyscyplinarnym jest, (jako „oczywista i rażąca” obraza przepisów prawa) odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z Konstytucją lub umową międzynarodową ratyfikowaną za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny,

stanowi punkt wyjścia do popełnienia konstytucyjnej zbrodni doskonałej.

Po zamknięciu sędziom ust, jedynym organem, który będzie mógł stwierdzić zgodność aktów normatywnych z Konstytucją stanie się Trybunał Konstytucyjny. Ten zaś jest całkowicie sparaliżowany i kontrolowany przez władzę.

Jeśli zostaną uchwalone ustawy zmieniające ustrój z pominięciem trybu przewidzianego w art. 235 Konstytucji, nikt tego ruchu nie będzie mógł skutecznie zakwestionować.

To tak, jakby ustalono prawo mówiące: „nie możecie nas sądzić za zło, które czynimy, bo my tak postanowiliśmy”, albo tak, jakby sprawca przestępstwa sam zadecydował, który kolega spod celi będzie go sądził.

Mistrz Stanisław Bareja włożył w usta szatniarza z „Misia” tekst o płaszczu. Wnioskodawcy noweli uderzającej w ustrój RP zdają się mówić podobnie:

„nie mamy waszej konstytucji, i co nam zrobicie?”.

Co grozi za pomoc w nowelizacji ustawy o sądach

Debata w Sejmie nad rzeczonym projektem dopiero przed nami. Mając, zatem na uwadze, że proponowane zmiany godzą w podstawy ustroju Rzeczypospolitej i stanowią próbę obejścia norm zakodowanych w Konstytucji, warto pójść o krok dalej i rozważyć, jakie konsekwencje prawne mogą spotkać tych, którzy przyczynią się do wejścia przepisów tej nowelizacji w życie.

Zakładając, że sytuację tę może na jakimś etapie badać prokuratura, postanowiliśmy jej pomóc w przyszłych decyzjach, i  jako karniści postanowiliśmy przeanalizować z perspektywy prawa karnego sytuację:

  • (1) autorów projektu,
  • (2) posłów, którzy złożyli go w Sejmie,
  • (3) oraz posłów i senatorów, którzy zagłosują za przyjęciem nowelizacji.

Trzeba przyznać, że ustawodawca na etapie tworzenia kodeksu karnego z 1997 roku nie przewidział wprost sytuacji, w której zwycięska partia polityczna będzie usiłowała zlikwidować trójpodział władzy poprzez podporządkowanie sądów władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Treść art. 127 § 1 kodeksu karnego – w myśl, którego kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności – dotyczy w interesującym nas zakresie zmiany konstytucyjnego ustroju RP przemocą.

Wydaje się, że zabezpieczeniem prawnokarnym przed obecną sytuacją byłoby zastąpienie słowa „przemocą” wyrażeniem „w sposób bezprawny” lub analogicznym.

Sytuacja posłów i senatorów

Zauważmy jednak, że zarówno posłowie, jak i senatorowie są funkcjonariuszami publicznymi. Zgodnie zaś z art. 231 § 1 kodeksu karnego funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Brak złego zamiaru nie zwalnia od odpowiedzialności, albowiem zgodnie z art. 231 § 3 kodeksu karnego, jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa nieumyślnie i wyrządza istotną szkodę, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Zgodnie z art. 2 ust. 1 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora przed przystąpieniem do wykonywania mandatu poseł składa na posiedzeniu Sejmu ślubowanie następującej treści:

„Ślubuję uroczyście, jako poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej”.

Analogiczne ślubowanie składa senator.

Podejmowanie próby zmiany ustroju konstytucyjnego za pomocą ustaw z pominięciem przewidzianego w art. 235 Konstytucji trybu stanowi naruszenie porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Stąd zachowanie się parlamentarzystów, polegające z jednej strony na zgłoszeniu jawnie antykonstytucyjnego projektu, z drugiej zaś na głosowaniu za jego przyjęciem, powinno być poddane analizie pod kątem niedopełnienia obowiązku przy jednoczesnym działaniu na szkodę interesu publicznego, co wyczerpywałoby znamiona przestępstwa z art. 231 § 1 k.k.

W odniesieniu do posłów, którzy wnieśli projekt nowelizacji ustaw sądowych do laski marszałkowskiej (jest ich 32, lista jest w projekcie ustawy), powinna być przeprowadzona analiza, czy takie działanie, jeśli miało na celu naruszenie Konstytucji i było przeprowadzone w ramach grupy wspólnie realizującej niedozwolony cel, wyczerpywało znamiona czynu zabronionego polegającego na udziale w zorganizowanej grupie albo związku mających na celu popełnienie przestępstwa (art. 258 kodeksu karnego).

W myśl art. 18 § 2 kodeksu karnego odpowiada za podżeganie, kto chcąc, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego, nakłania ją do tego. Jeśli przyjmiemy powyższą perspektywę, naturalnym wyda się konieczność zbadania czy ktoś nakłania posłów lub senatorów do wniesienia omawianego projektu nowelizacji, czy też głosowania za jego przyjęciem, a jeśli tak było, sprawdzenie, czy nie odpowiada za podżeganie do przestępstwa z art. 231 § 1 k.k.

A co z autorami projektu?

Sytuację autorów projektu powinna być przeanalizowana z punktu widzenia art. 18 § 3 kodeksu karnego, zgodnie, z którym odpowiada za pomocnictwo, kto w zamiarze, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego, swoim zachowaniem ułatwia jego popełnienie, w szczególności dostarczając narzędzie, środek przewozu, udzielając rady lub informacji; odpowiada za pomocnictwo także ten, kto wbrew prawnemu, szczególnemu obowiązkowi niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego swoim zaniechaniem ułatwia innej osobie jego popełnienie.

Czy tym razem immunitet ochroni posłów i senatorów?

Dostrzegamy, że pewną tamę na drodze pociągania do ewentualnej odpowiedzialności karnej parlamentarzystów, w sytuacji gdyby prokuratura dopatrzyła się naruszenia prawa, stanowi immunitet posła i senatora.

Gdy chodzi o immunitet formalny, polegający na ograniczeniu odpowiedzialności ze względu na pełnioną funkcję na czas jej pełnienia – nic nie trwa wiecznie, nawet mandat parlamentarny.

Z kolei, gdy mowa o immunitecie materialnym, który polega na tym, że poseł lub senator nie może być pociągnięty do odpowiedzialności za swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu, z zastrzeżeniem art. 6a, warto zwrócić uwagę właśnie na treść art. 6a ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora.

Otóż stanowi on, że poseł lub senator, który, podejmując działania wchodzące w zakres sprawowania mandatu, narusza prawa osób trzecich, może być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu lub Senatu. Okazuje się, że czyn naruszający jakiekolwiek uprawnienia (prawa) innych osób nie jest chroniony immunitetem materialnym.

A czy trzeba kogokolwiek przekonywać, że po wprowadzeniu proponowanych zmian ustaw sądowych każdy klient wymiaru sprawiedliwości pozbawiony zostanie prawa do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy przez niezależny, bezstronny i niezawisły sąd?

Wszystkim, którzy wezmą udział w debacie sejmowej, a następnie przystąpią do głosowania nad projektem nowelizacji ustaw o sądach, serdecznie życzymy, by nie skończyło się, jak we fraszce prof. Tadeusza Kotarbińskiego:

„Tyranie, lud Twój cierpi, żale jego rozpatrz!

– Kłamiecie! Skarg nie słyszę, karta życzeń pusta. –

Odrzekli: – Jakoż mogła dojść do głosu rozpacz,

Skoroś kazał rzecznikom zakneblować usta…”.

Dlaczego kraj należący do Unii Europejskiej nie może wprowadzać rozwiązań, które planują posłowie PiS? Specjalnie dla OKO.press wyjaśnia to prof. dr hab. Piotr Mikuli z UJ, konstytucjonalista.

Poselski projekt ustawy dyscyplinującej, zwanej też „kagańcową”, który został opublikowany na stronach Sejmu w nocy z 12 na 13 grudnia i jest obecnie procedowany w parlamencie, zakłada między innymi wprowadzenie odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów za dokonywanie samodzielnej  oceny, czy przepisy, na podstawie których orzekają, są zgodne z konstytucją, prawem międzynarodowym i prawem unijnym.

Projekt zakłada, że jeśli  sędziowie orzekną, że przepisy nie są zgodne i odmówią ich stosowania, będą podlegać karze.

Wprowadzenie takich rozwiązań w Polsce to krok do wyjścia z Unii Europejskiej. Przestrzegali przed tym m.in. Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego i Rzecznik Praw Obywatelskich, dziekani wydziałów prawa 13 uniwersytetów w całej Polsce, Komitet Helsiński i Polskie Towarzystwo Prawa Konstytucyjnego.

Opinie prawne przygotowane przez Sąd Najwyższy, Biuro Analiz Sejmowych i RPO również wskazują na niezgodność projektowanych zmian z Konstytucją i podstawowymi zasadami polskiego porządku prawnego, prawem międzynarodowym i prawem unijnym.

Dlaczego kraj należący do Unii Europejskiej nie może wprowadzać rozwiązań, które planują posłowie Solidarnej Polski i PiS?

Te kwestie wyjaśnia dr hab. Piotr Mikuli, profesor UJ*, kierownik Katedry Prawa Ustrojowego Porównawczego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W wywiadzie dla OKO.press tłumaczy, że:

  • Prawo UE w razie konfliktu z prawem krajowym ma pierwszeństwo;
  • Zasada pierwszeństwa prawa UE ugruntowała się przez lata i jest zasadą kardynalną. Jeśli państwo jej nie przestrzega, nie może należeć do Unii Europejskiej;
  • W żadnym kraju UE trybunał konstytucyjny czy sąd najwyższy nie negował, ani nie ograniczał prawa sędziów krajowych do rozstrzygania na korzyść prawa wspólnotowego czy unijnego w przypadku kolizji krajowych przepisów ustawowych z przepisami prawa UE;
  • Prawo polskich sędziów do dokonania takiej oceny wynika wprost z art. 91 konstytucji;
  • Wprowadzenie do polskiego porządku prawnego przepisu, który zabrania sędziom stosowania się do zasady pierwszeństwa prawa unijnego jest przesłanką do opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej.

Tłumaczy też, dlaczego sędziów nie wolno karać za dokonywanie oceny, czy ustawa jest sprzeczna z konstytucją – co również jest w planach Solidarnej Polski i PiS.

Ekspert demaskuje również, co kryje się za wypowiedziami polityków, którzy twierdzą, że Polska nie musi przestrzegać prawa unijnego czy wyroków TSUE, ponieważ prymat powinna mieć konstytucja.

Wyjaśnia, że Polska, wstępując do UE, zgodziła się na pierwszeństwo prawa unijnego. I ma na gruncie prawnym wszelkie możliwości – ze zmianą konstytucji włącznie, co już miało miejsce –  żeby zawsze doprowadzić do zgodności prawa krajowego, w tym konstytucji, z prawem UE.

Wniosek? Dla prawników, rozbieżność między prawem krajowym a europejskim jest zawsze do rozwiązania. Za argumentem polityków, że te dwa komplementarne porządki są nie do pogodzenia, stoi polityczna wizja opuszczenia przez Polski Unii Europejskiej.

Odebranie sędziom możliwości poszanowania zasady pierwszeństwa prawa UE to krok do wyjścia z Unii

Anna Wójcik: Czy sędziowie mogą odmówić zastosowania przepisu prawa krajowego, jeśli jest niezgodny z prawem europejskim?

Dr hab. Piotr Mikuli: Oczywiście mogą, to jest podstawowa zasada prawa UE, wynikająca z utrwalonego orzecznictwa najpierw Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS), a później po zmianie nazwy tego sądu, Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE).

Prawo UE w razie konfliktu z prawem krajowym ma pierwszeństwo. Ta kardynalna zasada po raz pierwszy została wyraźnie sformułowana w sprawie z 1964 roku Costa przeciwko ENEL, a w kilka lat później, w 1970 roku, rozwinięta w głośnej sprawie Internationale Handelsgesellschaft.

ETS zaznaczył, że żaden kraj nie może powoływać się na niezgodność prawa ówczesnych wspólnot europejskich – Unia Europejska powstała później – z własnym prawem krajowym, w tym z prawem konstytucyjnym.

Wspomniana zasada została zaakceptowana przez orzecznictwo krajów członkowskich UE, w tym również w Wielkiej Brytanii. Ze względu na obowiązującą tam zasadę suwerenności parlamentu i brak konstytucji w znaczeniu formalnym sprawa pierwszeństwa prawa UE była szeroko dyskutowana i przez część doktryny kontestowana. Niemniej, kwestię tę ostatecznie rozstrzygnięto w głośnej sprawie Factortame. Izba Lordów, pod wpływem odpowiedzi na pytanie prejudycjalne zadane ETS, uznała, że w wypadku kolizji prawo wspólnotowe ma pierwszeństwo przed ustawami parlamentu.

W państwach członkowskich trybunały konstytucyjne bądź sądy najwyższe starały się pogodzić zasadę supremacji konstytucji krajowej z zasadą nadrzędności prawa wspólnotowego.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny rozstrzygnął relacje prawa krajowego i wspólnotowego m. in. w sprawach Solange I oraz Solange II. Niemiecki trybunał – a także sądy konstytucyjne w innych krajach – rezerwowały sobie prawo oceny zgodności z konstytucją przepisów wspólnotowych, ale na zasadzie wyjątku: w hipotetycznej sytuacji, gdyby prawo UE nie spełniało podstawowych standardów konstytucyjnych, takich jak ochrona podstawowych praw człowieka.

Natomiast w żadnym kraju UE trybunał konstytucyjny czy sąd najwyższy nie negował, ani nie ograniczał prawa sędziów krajowych do rozstrzygania na korzyść prawa wspólnotowego czy unijnego w przypadku kolizji krajowych przepisów ustawowych z przepisami prawa UE.

Prawo polskich sędziów do dokonania takiej oceny wynika wprost z art. 91 konstytucji.

Czy kraj Unii Europejskiej może zdecydować, że zasada pierwszeństwa prawa unijnego w nim nie obowiązuje?

Zasada pierwszeństwa prawa UE ugruntowała się przez lata i jest zasadą kardynalną. Jeśli państwo jej nie przestrzega, nie może należeć do Unii Europejskiej

W Sejmie złożono projekt ustawy, który zakłada, że sędziowie w Polsce będą odpowiadać dyscyplinarnie za odmowę zastosowania przepisu polskiego prawa, który jest niezgodny z prawem unijnym.

Wprowadzenie do polskiego porządku prawnego przepisu, który zabrania sędziom stosowania się do zasady pierwszeństwa prawa unijnego, jest przesłanką do opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej. W tym sformułowaniu nie ma cienia przesady.

Projekt nowelizacji zakłada też odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów sądów powszechnych za dokonywanie samodzielnej oceny, czy przepis polskiej ustawy jest zgodny z konstytucją.

Do niedawna znaczna część przedstawicieli nauki prawa konstytucyjnego twierdziła, że Trybunał Konstytucyjny powinien mieć monopol oceniania zgodności przepisów ustaw z konstytucją RP. To znaczy, że w sytuacji, gdy sąd ma wątpliwości, czy ustawa jest zgodna z konstytucją i chciałby odmówić jej zastosowania, to sam nie powinien tego czynić, tylko zwrócić się z pytaniem prawnym do TK. Zadanie takiego pytania prawnego przewiduje art. 193 konstytucji. Sam byłem zwolennikiem tego poglądu.

Natomiast uważam, że w przypadku delegitymizacji TK, gdy dokonuje się manipulacji w zakresie ustalania składów orzekających, gdy zasiadają w nim osoby, które nie są sędziami TK, mamy do czynienia z diametralnie odmienną sytuacją. Twierdzę obecnie zatem, że sądy powinny wziąć na siebie ocenę zgodności przepisów ustaw z konstytucją.

Jeżeli sąd bowiem zadałby pytanie TK, które następnie rozstrzygałby skład, w którym zasiada osoba nieuprawniona do orzekania w TK, to taki wyrok TK mógłby być podważony. Zresztą istnieją wątpliwości, czy to w ogóle byłby wyrok. Jaki byłby zatem dziś sens zadawania TK takiego pytania?

Chciałbym też zaznaczyć, że nawet jeśli nie bylibyśmy w tym wyjątkowym kontekście, w jakim jesteśmy w latach 2015-2019, gdy na niespotykaną skalę atakowana jest niezależność sądów, to przepis ustawy „dyscyplinującej”, który zakłada karanie sędziego za to, że nie zadał pytania TK, a sam rozstrzygnął kwestię zgodności przepisu ustawy z konstytucją, byłby niedopuszczalną ingerencją w niezawisłość sędziowską. Tym bardziej, że nigdy nie było w tej sprawie jednolitego stanowiska w nauce prawa. Wiele prominentnych przedstawicieli doktryny opowiadało się od początku wejścia w życie konstytucji za prawem sądów do takiego jednostkowego kontrolowania przepisów ustawowych tzn. aby w konkretnej sprawie sąd mógł nie zadawać pytania, tylko sam rozstrzygnąć o niekonstytucyjności.

W marcu Trybunał Konstytucyjny orzekł, że procedura wyboru nowej KRS jest zgodna z konstytucją. Natomiast w 2020 roku Trybunał Sprawiedliwości UE wyda wyrok, w którym oceni status nowej KRS. Zakładając, że TSUE oceni, że neo-KRS nie spełnia standardów niezależności w rozumieniu prawa europejskiego. Jak to będzie rzutować na wyrok TK? 

Trzeba zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, TK stwierdził zgodność z konstytucją sposobu wyboru nowej KRS. Natomiast TSUE – jeżeli zechce ocenić status KRS przy okazji rozpatrywania skargi złożonej przez Komisję Europejską dotyczącej postępowań dyscyplinarnych sędziów – dokona tej oceny z perspektywy prawa UE.

Jeżeli jakieś państwo chce być członkiem UE, to przepisy tam obowiązujące muszą być nie tylko zgodne z konstytucją, ale także i z prawem unijnym. To, że TK wypowiadał się o konstytucyjności przepisów ustawy o KRS, zupełnie nie przeszkadza TSUE w uznaniu, że te przepisy są niezgodne z prawem unijnym.

Druga istotna kwestia: TK w marcu tego roku orzekał w składzie pięcioosobowym, w którym zasiadał m.in. pan dr hab. Justyn Piskorski, który nie jest sędzią TK (tzw. „sędzia dubler”). Wobec tego powstaje pytanie, czy ta decyzja trybunału jest w ogóle wyrokiem. W doktrynie są różne poglądy na ten temat. Jeśli to jest wyrok, to co najmniej wadliwy. Ale nawet, gdybyśmy założyli, że ten wyrok nie jest wadliwy, i tak fakt, że przepis o kreowaniu składu KRS został oceniony jako zgodny z konstytucją, nie przeszkadza, żeby status nowej KRS został oceniony przez TSUE z perspektywy prawa europejskiego.

Czyli w sytuacji, gdyby TSUE orzekł, że nowo utworzona KRS nie spełnia wymogów prawa europejskiego, to ustawodawca powinien doprowadzić do zmiany ustawy o KRS, aby nie było wątpliwości, że powołania sędziowskie, a w rezultacie sądy w Polsce, spełniają standardy unijne.

Czyli TSUE nie odbierze żadnej kompetencji naszemu TK?

Naturalnie. Ten wyrok TK – jeśli w ogóle to jest wyrok – to w tym zakresie wyrok afirmatywny, potwierdzający zgodność z konstytucją. Natomiast funkcjonowanie w obrębie UE wymaga zgodności przepisów z prawem unijnym.

Niektórzy politycy i media często podnoszą argument, że konstytucja stoi lub powinna stać ponad prawem unijnym.

Jeśli chce się być w UE, trzeba respektować wartości i standardy europejskie. Konflikt między konstytucją a prawem europejskim może się oczywiście pojawić. Mówił o tym polski TK w orzeczeniu, w którym oceniał zgodność traktatów z polską konstytucją. Jak stwierdził TK byłby to jednak niezwykle wyjątkowy przypadek, ponieważ oba porządki – polski, konstytucyjny i europejski, są oparte na tych samych wartościach.

Jeśli dojdzie do sytuacji, w której przepis konstytucyjny jest jaskrawo z sprzeczny z prawem unijnym, i nie da się tej niezgodności usunąć w wyniku wykładni, to jeśli państwo chce dalej funkcjonować w ramach UE, musi zmienić konstytucję. Ale to są, jak podkreślam, sytuacje dość rzadkie. Znane są jednak takie przypadki.

W Niemczech konstytucja została zmieniona pod wpływem wyroku ETS w głośnej sprawie Tanji Kreil. W niemieckiej ustawie zasadniczej funkcjonował przepis, który wykluczał możliwość służenia w Bundeswehrze kobietom, gdy w grę wchodziło użycie broni. ETS uznał, że taki przepis narusza prawo UE. I pod wpływem tego wyroku przepis niemieckiej Ustawy Zasadniczej zmieniono.

W Polsce zresztą też raz zmieniliśmy konstytucję pod wpływem prawa UE, żeby móc wprowadzić Europejski Nakaz Aresztowania. TK uznał za niezgodny z konstytucją przepis ustawowy, który włączał do Polski mechanizm europejskiego nakazu aresztowania, ponieważ konstytucja explicite wykluczała ekstradycję obywatela polskiego. Nie było wówczas wątpliwości, żeby zadecydować o stosownej nowelizacji konstytucji.

Czy zatem spór jest do rozwiązania, o ile taka jest wola polityków?

Oczywiście. Jeżeli ktoś się uprze i chce wykazywać wyższość konstytucji nad prawem UE to, oczywiście, jest to możliwe. Ale wtedy trzeba zastosować mechanizm z art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej, czyli rozpocząć procedurę wystąpienia z Unii Europejskiej.

Jeśli się uda zabić niezależny wymiar sprawiedliwości, to kto zabroni PiS napisać identyczną ustawę o zawodzie dziennikarza, lekarza czy nauczyciela i zapisać w niej, że prawo do wykonywania zawodu traci każdy, kto skrytykuje „konstytucyjne organy państwa”?

Tysiące ludzi protestowało przeciw zmianom w prawie o ustroju sądów powszechnych. Zmianom, które, jeśli wejdą w życie, praktycznie zlikwidują niezależne sądownictwo w Polsce, podporządkują sądy, w tym Najwyższy, specjalnym komisjom powoływanym przez polityków i umożliwią prokuratorom ściganie sędziów i „opiniowanie”, czy powinni orzekać.

Umożliwią także podobne uderzenie (w niedalekiej przyszłości) w inne zawody, krytykujące władzę, a nawet strajkujące przeciw niej. Bo jeśli się uda zabić niezależny wymiar sprawiedliwości, to kto zabroni PiS napisać identyczną ustawę o zawodzie dziennikarza, lekarza czy nauczyciela i zapisać w niej, że prawo do wykonywania zawodu traci każdy, kto skrytykuje „konstytucyjne organy państwa”? Czyli rząd?

Wielu krytyków PiS, w tym ja, spodziewało się takiego obrotu sprawy, niektórzy jednak sądzili, że partia Kaczyńskiego wstrzyma się z takimi pomysłami na czas kampanii prezydenckiej, nie chcąc mobilizować elektoratu opozycji. Nie wstrzymała się. To oznacza, że Jarosław Kaczyński jest tak pewny siebie lub tak zdesperowany, że – zupełnie jawnie – ma w nosie obywateli, opinię publiczną, komentatorów, politycznych konkurentów, konstytucję, gremia międzynarodowe, Parlament Europejski, który we wtorek 17 grudnia debatował o praworządności w Polsce.

Uchwalenie tego prawa oznacza wyjście Polski z Unii Europejskiej, ponieważ przewiduje ono ściganie sędziów za wykonywanie wyroku TSUE dotyczącego KRS (każdy, kto zapyta, czy wyrok wydany przez sędziów, w których skład wchodził bezprawnie wybrany sędzia z pisowskiej KRS będzie miał nieprzyjemności – zresztą nie „będzie miał”, tylko „ma”, bo to już się dzieje). A każdy kraj, który nie wykonuje wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE, wylatuje z Unii.

Słyszałam dziś komentatorów mówiących, że „jeśli PiS się nie opamięta, wylecimy z Unii”. Zadumałam się nad tą nadzieją niektórych, że „PiS się opamięta” bo ja, w przeciwieństwie do wielu moich kolegów po fachu uważam od jakiegoś czasu, że PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii i że to jest jego świadomie i konsekwentnie realizowanym celem. Nie nazywa tego tak i nie nazwie, będzie zaprzeczał do końca, że to robi, nie zrobi tego formalnie, jak rząd brytyjski (a więc bez oficjalnego polexitu), ponieważ członkostwo w UE cieszy się dużym poparciem Polaków – niemniej to właśnie zrobi. Nie będzie nas w UE, bez względu na to, czy odbędzie się formalny polexit, czy nie.

To gotowanie żaby znamy przecież od początku rządów PiS, zaczęło się wtedy i trwa – po sędziach, i tego też jestem pewna, przyjdzie kolej na dziennikarzy, a potem na innych.

Celem PiS nie jest Polska w UE, tylko na Wschodzie, w strefie wpływów Rosji. Na to właśnie wskazuje wieloletnie, konsekwentne postępowanie tej partii. Słowa zaprzeczają, ale wobec takich czynów, takich faktów, słowa są bez znaczenia, stanowią tylko zasłonę dymną. To już się dzieje, to już trwa i jeśli pozwolimy PiS zniszczyć sędziów, już po nas.

Kaczyński przed sąd, Tusk szczerze o polityce

29 Paźdź

– „Złożyliśmy do sądu zażalenie na postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie zarzucanego przez G. Birgfellnera Jarosławowi Kaczyńskiemu oszustwa wielkich rozmiarów” – poinformował na Twitterze Roman Giertych. On i Jacek Dubois są pełnomocnikami austriackiego biznesmena.

11 października prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa z zawiadomienia austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o budowę w centrum Warszawy dwóch wieżowców przez pisowską spółkę Srebrna.

Prokuratura, którą nadzoruje Zbigniew Ziobro, podjęła tę decyzję tuż przed wyborami do parlamentu. „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Dodajmy, że tego samego dnia prokuratura odmówiła również wszczęcia śledztwa w sprawie zawiadomienia, które złożyli posłowie PO. Dotyczyło ono możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego poprzez m.in. płatną protekcję, powoływanie się na wpływy oraz przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Internauci w komentarzach obawiali się, że po ewentualnym uwzględnieniu przez sąd zażalenia, prokuratura niewiele zrobi: – „Ciekawe, co wymyślą. Oczywiście mogą to zażalenie po prostu olać. I nikt im nic nie zrobi”; – „Nie podniosą ręki na Pierwszego Sekretarza Polskiej Zjednoczonej Prawicy Rzeczypospolitej”; – „Zupełnie jak matka Kargula: „sąd sądem ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

„Jak mówi obecna władza: uczciwi nie mają się czego obawiać” – napisał Donald Tusk na Twitterze. To zapowiedź wydania jego książki.

Wydawnictwo Agora premierę książki planuje na 12 grudnia. – „Szczerze” – dziennik opowiadający o kulisach europejskiej polityki i kluczowych momentach ostatnich lat” – napisano na Twitterze wydawcy.

Na stronie internetowej wydawnictwa można znaleźć pełniejszą zapowiedź. – „To niezwykły, osobisty dziennik Przewodniczącego Rady Europejskiej. Dzień po dniu towarzyszymy jego pierwszym krokom w nowej roli, poznajemy kulisy europejskiej polityki i śledzimy najbardziej dramatyczne wydarzenia ostatnich lat: zamachy terrorystyczne w Paryżu i Brukseli, kryzys uchodźczy, śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, niekończące się negocjacje w sprawie Brexitu” – czytamy.

Pod wpisem Tuska natychmiast pojawiło się mnóstwo komentarzy. – „Obecnej władzy z uczciwością nie po drodze”; – „Uczciwi nie mają się czego obawiać – dlatego listy poparcia do KRS nadal nie opublikowane”; – „Szkoda, że nie po angielsku. Akurat najlepszy czas, by zainteresować międzynarodowych czytelników”; – „Nie zapominajmy jeszcze o słynnym: za dobro nie wsadzamy” – zauważył internauta.

Niektórzy internauci i dziennikarze doszukują się w wydaniu książki początku kampanii prezydenckiej Donalda Tuska.

Wcale nie jest powiedziane, że urzędujący prezydent wejdzie do II tury – mówi nam dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego. – Kaczyński uprawia politykę bezwzględną, do tego przyprawioną arogancją, bezczelnością i pogardą, ale skuteczną. Opozycji proponuję spojrzeć w kalendarz i zastanowić się, jakie mają zasoby – podkreśla. – Według wszystkich znanych do dzisiaj podręczników PR i marketingu politycznego PiS jest na misji straceńczej i idzie na medialną rzeź. Ale najwyraźniej mają tak skonstruowany elektorat – i PiS o tym wie – że to nie dociera do elektoratu. Ci, którzy czytają gazety i oglądają szeroko publicystykę, zastanawiają się, jak to możliwe, a tymczasem badania pokazały, że 50 proc. elektoratu PiS-u nie słyszało nigdy o sprawie Banasia – mówi także nasz rozmówca. Pytamy też, czy kwestionowanie wyniku wyborów do Senatu to dobry ruch i jak będzie wyglądać kampania prezydencka.

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pan ruchy PiS-u po wyborach? Kwestionowanie wyników do Senatu, wracający na stanowisko Marian Banaś, prokuratura odmawia wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież… Czy to nie są wizerunkowe strzały w stopę? 

MIROSŁAW OCZKOŚ: Według wszystkich znanych do dzisiaj podręczników PR i marketingu politycznego PiS jest na misji straceńczej i idzie na medialną rzeź. Ale najwyraźniej mają tak skonstruowany elektorat – i PiS o tym wie – że to nie dociera do elektoratu. Ci, którzy czytają gazety i oglądają szeroko publicystykę, zastanawiają się, jak to możliwe, a tymczasem badania pokazały, że 50 proc. elektoratu PiS-u nie słyszało nigdy o sprawie Banasia. Gdy ktoś ogląda tylko TVP Info, to nie zobaczy tam Banasia jako złego człowieka, tylko jako bohatera, który walczył z mafią VAT-owską. Moim zdaniem

PIS PRZYJĄŁ STRATEGIĘ “NIE MAMY PAŃSKIEGO PŁASZCZA I CO NAM PAN ZROBISZ”. TO WIDAĆ PO SŁOWACH PANA BIELANA, KTÓRY WPROST MÓWI “ODBIJEMY SENAT”.

PiS pokazuje dobitnie, że bezczelność i ignorancja popłaca, podobnie jak pogarda dla przeciwnika. Okazuje się, że ludziom podoba się to, co pojmują jako wyraz twardości. Moim zdaniem to są najgorsze standardy. Trochę to przypomina targ niewolników na Wschodzie. To wszystko robi się już bardzo niesmaczne. PiS stosuje też technikę siania zamętu w szeregach przeciwnika – jak przeciwnik jest słaby, to jeszcze bardziej trzeba docisnąć – nie chce nikt przejść do nas dziś, to może jutro albo pojutrze. Bez żadnych zasad.

Czyli dalej teflon?
W zasadzie jedyną kością w gardle PiS-u jest “pancerny Marian”. Nie wiadomo, co jeszcze w tej spawie wypłynie, a to może zachwiać elektoratem umiarkowanym, który skusił się na programy socjalne. Podobnie problemem może być Gowin, który od początku opowiadał, że nie zgodzi się zniesienie 30-krotności składki, co z kolei oznacza, że budżet nie będzie jednak bez deficytu. To wszystko może zniechęcić ten nieżelazny elektorat.

CO DO ŚLEDZTWA W SPRAWIE DWÓCH WIEŻ OCENA JEST PROSTA – TO OZNACZA, ŻE ZACZYNAMY ŻYĆ W PAŃSTWIE BEZPRAWIA.

Czy bunt Banasia może zachwiać wizerunkiem prezesa? Wiadomo, że to kluczowy element w układance władzy PiS.
Do tej pory rzeczywiście było tak, że jak ktoś próbował podnieść rękę czy mrugnąć okiem nie tak, to zostawał szybko ukarany. Mieliśmy karne usunięcie Ziobry czy Hofmana.

Pan prezes jest pamiętliwy i dni Banasia na pewno są policzone. Nie wiem, czy zrobi to nowy Sejm, np. ustawą skróci kadencję szefa NIK-u – wiemy, że PiS to potrafi, czy wkroczy do gry Mariusz Kamiński i nastąpi spektakularne aresztowanie. To też otwiera nowe pole do spekulacji, co też pan Marian Banaś ma w papierach czy teczkach, bo bardzo długo funkcjonował na zapleczu PiS-u. Przypomnę postać, która nie jest oczywiście analogiczna, ale może rzucić trochę światła na sprawę: pana Kostrzewskiego, dawnego skarbnika PiS-u, który zrezygnował sam, niejako w tajemnicy. Pytanie, czy zrezygnował dlatego, że zobaczył, jakie to bagno, i że wcześniej czy później te grzeszki, grzechy i ciężkie grzechy władzy wypłyną, czy rzeczywiście był za słaby do pewnych działań i został usunięty.

PAN BANAŚ JEST PIERWSZĄ OSOBĄ PUBLICZNĄ, KTÓRA POWIEDZIAŁA “NIE” I OCZYWIŚCIE WIELE RYZYKUJE, CHYBA ŻE MA COŚ NA PANA PREZESA.

Wiemy, że Jarosław Kaczyński nie tylko nie wybacza, ale jest żądny zemsty i podejrzewam, że w PiS-ie trwa gorączkowe przygotowanie do tego, jak to zrobić. Jest też oczywiście teoria, że skoro Banaś jest nie do ruszenia, to wykonuje jakąś specjalną misję dla prezesa, ale ja nie widzę tej misji, bo na czym miałoby polegać dogadanie się prezesa z Banasiem: że jeden będzie bezczelny, a drugi będzie cicho siedział? Wizerunkowo to wygląda fatalnie, więc wątpię.

W tle mamy już początek kampanii prezydenckiej. To czas, kiedy wszystko może się zdarzyć?
Kaczyński zapowiedział już, że będzie to najtrudniejszy z bojów i że wszystkie rzeczy, które będą do zrobienia, zostaną zrobione. Dla mnie to w ogóle brzmi jak groźba. Prawdopodobnie z PiS-u wystartuje pan Duda, bo sprawdza się doskonale jako marionetka prezesa i trudno byłoby w pół roku wykreować kogoś nowego, chociaż jak pokazała sytuacja sprzed 4 i pół roku, jest to możliwe. Tym bardziej, że na opozycji sytuacja nie jest różowa i przypomina trochę poruszanie się w oparach absurdu. Tak jak 5 lat temu Komorowski był pewny, że wygra, tak teraz opozycja ciągle się zastanawia, kogo wystawić i wygląda na to, że ambicje polityczne przesłonią zdrowy rozsądek.

BYŁBYM TEŻ ZDZIWIONY, GDYBY WYSTARTOWAŁ DONALD TUSK, BO TO BYŁBY POWRÓT NA BOISKO KRAJOWE Z LIGI MISTRZÓW.

Jak powinna wyglądać ta kampania po stronie opozycji? Czy opozycja jest w stanie wygrać te wybory z PiS-em?
Na razie daje się rozgrywać PiS-owi. Wiadomo, że każda z koalicji wystawi swojego kandydata, bo to ważne tożsamościowo itd. Lewica wystawi pewnie Zandberga, PSL Kosiniaka-Kamysza, chociaż już pojawiają się przecieki, że Donald Tusk też by widział szefa ludowców jako kandydata, a że pojechał do niego Schetyna i wybił mu z głowy Kidawę… To jest amatorszczyzna w najprostszym wydaniu. I obawiam się, że to oznacza, że opozycja nie zrozumiała, na czym polega polityka w czystej postaci. Kaczyński uprawia politykę bezwzględną, do tego przyprawioną arogancją, bezczelnością i pogardą, ale skuteczną. Opozycji proponuję spojrzeć w kalendarz i zastanowić się, jakie mają zasoby.

NA PEWNO MOŻEMY MÓWIĆ O “EFEKCIE KIDAWY” I MOŻE SIĘ TEN POMYSŁ NIE WSZYSTKIM PODOBA, ALE ZAINWESTOWANO W NIĄ WIELE I ONA SAMA BARDZO DUŻO Z SIEBIE DAŁA. TO JEST SPORY KAPITAŁ. W CZASIE KAMPANII DO PARLAMENTU OBJECHAŁA CAŁĄ POLSKĘ, JEST ROZPOZNAWALNA. ANDRZEJ DUDA 5 LAT TEMU MÓGŁBY JEJ CZYŚCIĆ BUTY POD WZGLĘDEM ROZPOZNAWALNOŚCI.

Tymczasem widać już, że nie wszystkim się to podoba – oczywiście szczególnie facetom, którzy mają własne ambicje. Ten entuzjazm zaczyna już powoli wygasać, a co najgorsze, najbardziej walą w nią jej koledzy i koleżanki. Pani Julia Pitera powinna pomyśleć dwa razy, czy naprawdę chce być politykiem, bo mówienie na dzień po wyborach o koleżance, że “nie da rady” czy że “nie ma sił”, to klasyka gatunku, nawet nie strzelania sobie w kolano, ale w głowę.

To jak powinna wyglądać kampania po stronie opozycji? Gdy PiS 5 lat temu ujawnił swojego kandydata – Andrzeja Dudę – to większość, także publicystów, myślała, że chodzi o Piotra Dudę, przewodniczącego “Solidarności”, bo o Andrzeju słyszeli tylko krakowscy lokalni dziennikarze.
Zawsze na początku trzeba postawić sobie pytanie, jaki jest cel kandydowania. Andrzejowi Dudzie było łatwiej, ponieważ celem było to, aby zaistniał i ewentualnie wszedł do II tury, by podciągnąć wynik w wyborach parlamentarnych. Tymczasem życie pokazało dobitnie, że polityka jest sztuką możliwości.

JEŻELI TERAZ CELEM OPOZYCJI JEST WYGRANIE, A NIE ZROBIENIE WYNIKU – A TU JUŻ NIE MA WYNIKU, BO TO OSTATNIE WYBORY W CYKLU – TO TRZEBA ZROBIĆ TO SAMO, CO PIS 5 LAT TEMU.

Powiedzmy do końca listopada Koalicja Obywatelska wybiera kandydata, on jest 2 grudnia przedstawiany i cały ogień idzie w niego. Raz w tygodniu robi się wyniki badań, czego Polacy oczekują itp. Sprawdzane są mocne i słabe strony kandydata. Jest jeden sztab, w którym decyduje jedna osoba, która pracuje z kandydatką czy kandydatem. Nie wtrąca się szef partii, nie tworzą się grupy lobbystów, które mówią, że wiedzą lepiej, odsuwane są wszelkie grupy kolegów. Trzeba się zdać w dużej mierze na profesjonalistów, którzy potrafią zaplanować i wprowadzić. To działa tak samo jak promocja nowej linii kosmetyków. Politycy się zawsze oburzają, gdy mówimy, że są produktem, ale są. Niestety, także produktami show biznesu.

Ja wprowadziłbym jeszcze jeden element jako teoretyk marketingu – wcale nie jest powiedziane, że urzędujący prezydent wejdzie do II tury.

DLACZEGO NIE ZASIAĆ ZWĄTPIENIA W SZEREGACH PRZECIWNIKA? TRZEBA SZUKAĆ SŁABYCH PUNKTÓW.

Wszyscy przyjęli do wiadomości, że Andrzej Duda będzie kandydatem na prezydenta, i pewnie tak będzie, ale patrząc na doświadczenia Jacka Kuronia, który nie wszedł do II tury, a miał największe poparcie w sondażach, patrząc na doświadczenia Bronisława Komorowskiego – otwiera się tu wiele możliwości. Do tego wszystkiego potrzeba polityki z XXI wieku, a nie XX czy XIX. Trzeba mówić o ekologii, mówić do młodych ludzi, ale też wyciągać błędy Andrzeja Dudy. Dziś już mało kto mówi i pamięta, że odmawia on nominacji profesorskich. Z tego należy zrobić głośną sprawę. A takich spraw jest wiele. Tymczasem opozycja zaczyna pogrążać się we własnych sporach…

Następne wybory trzeba wygrać z PiS, co jest wielce prawdopodobne, następnie rozliczyć bezprawie, włącznie z odsiadką dla Kaczyńskiego

22 Paźdź

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że jest zwodzony i oszukiwany.

Ale Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie wystarczyły nagrania jednoznacznych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego (typu „nie chcę nikogo oszukać, ale…”) i dziesiątki dokumentów przedstawionych przez Birgfellnera – potwietrdzających, że wykonał zamówioną przez Kaczyńskiego pracę i nie dostał zapłaty.

Śledczy mieli sprawić, by Kaczyński nie został przesłuchany i nie stanął przed sądem. Dlaczego jednak odmowa wszczęcia śledztwa zajęła prokuraturze blisko dziewięć miesięcy, czyli o osiem dłużej pozwalają przepisy kodeksu postępowania karnego?

O tym jest ten tekst.

Daty mówią same za siebie

Na pierwsze przesłuchania Birgfellnera wezwano jeszcze w pierwszej połowie lutego. Nic dziwnego – zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura powinna wydać postanowienie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia śledztwa w ciągu 30 dni od złożenia zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zatem przepisowy termin upłynął z końcem lutego 2019 roku. W marcu 2019 nadal nie było rozstrzygnięcia, ale Renata Śpiewak, prokurator prowadząca sprawę, została awansowana z prokuratury rejonowej do okręgowej.

„Sytuacja jest o tyle komiczna, że niektórzy prokuratorzy mieli w tym czasie dyscyplinarki za przekraczanie tego 30-dniowego terminu. Taki zarzut postawiono na przykład Krzysztofowi Parchimowiczowi” – komentuje dla OKO.press pełnomocnik Birgfellnera, adwokat Jacek Dubois.

W ciągu tych rekordowych prawie dziewięciu miesięcy, gdy prokuratura nie mogła podjąć decyzji w sprawie wszczęcia postępowania austriackiego biznesmena przesłuchano siedem razy, w tym raz w Wiedniu (za pośrednictwem austriackiej prokuratury). Sesje trwały razem ponad 50 godzin.

„Nie spotkałem się jeszcze z tak wydłużanym postępowaniem. W tym czasie ukryć można było wszystkie dowody. Próbowano straszyć pana Birgfellnera. Podczas jednego z przesłuchań w prokuraturze w pokoju obok czekało trzech urzędników skarbowych” – relacjonuje mec. Dubois.

Prokurator Renata Śpiewak kilkukrotnie nakładała także na Gerarda Birgfellnera grzywny za niestawiennictwo. Każda w wysokości 3 tysięcy złotych. Birgfellner nie mieszka w Polsce i jego pełnomocnicy uprzedzali prokuraturę, że wyznaczony termin jest niedogodny. Wszystkie grzywny uchylał sąd.

„W sytuacji poważnych zarzutów przesłuchiwana jest osoba, która twierdzi, że jest ofiarą określonej działalności. Przesłuchiwana jest tyle razy i tak intensywnie, że powstaje pytanie, czemu to ma służyć” – komentował sprawę w kwietniu Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Kaczyńskiego, który jest głównym bohaterem tej historii, nie przesłuchano dotąd ani razu.

„Żeby przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego trzeba wszcząć postępowanie. W przypadku takich rzeczy, jakie nagrano na taśmach, nie wyobrażałem sobie, żeby do tego miało nie dojść. Ale całe działanie prokuratury skupiało się na tym, by uchronić pana Kaczyńskiego przed stawieniem się przed organami wymiaru sprawiedliwości i składania wyjaśnień pod odpowiedzialnością karną” – komentuje Jacek Dubois.

Przypomnijmy – na nagraniach sporządzonych przed Geralda Birgfellnera słychać, jak Jarosław Kaczyński mówi, że chciałby mu zapłacić za wykonaną pracę, zwrócić koszty, ale potrzebuje podstawy. Ale oficjalnie zleceniodawcą była spółka-córka Srebrnej – Nuneaton, która nie była wypłacalna. Jako dobrą drogę do tego proponuje pozwanie Srebrnej do sądu i obiecuje, że zezna w sądzie na korzyść Birgfellnera.

„Przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas” – mówi prezes PiS. Wiele razy potwierdza, że praca, jaką wykonał Birgfellner była przez niego zamówiona, została wykonana, ale niezapłacona.

Potwierdza to 50 dokumentów, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwa, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami, jakie w prokuraturze złożyli pełnomocnicy. W nagranych rozmowach sam Kaczyński twierdzi, że te dokumenty to „mocne argumenty”, które przekonają sąd, że zapłata od Srebrnej się należy.

Dla prokuratury okazały się jednak niewystarczająco mocne.

Jak działa taka prokuratura

Prowadzenie sprawy „wież Kaczyńskiego” przez prokuraturę pokazuje, jak dalece uzależniona jest ona od władz. Kieruje nią Prokurator Generalny, który jest jednocześnie Ministrem Sprawiedliwości i partyjnym partnerem osoby, wobec której pada poważny zarzut.

Zwierzchnikiem prokuratorów jest Prokurator Krajowy, którego powołuje premier na wniosek Prokuratora Generalnego. Szeregowych prokuratorów powołuje na stanowiska Prokurator Generalny na wniosek Prokuratora Krajowego.

Dyscyplinuje prokuratorów z kolei Sąd Dyscyplinarny, którego przewodniczącego i zastępcę powołuje Prokurator Generalny. W drugiej instancji orzeka z kolei Sąd Najwyższy w składzie: dwóch sędziów Izby Dyscyplinarnej i jednego ławnika SN powołanych przez neo-KRS i Senat.

Po pierwszej sesji przesłuchań Birgfellnera, 10 i 11 lutego 2019, doszło do słynnego spotkania Jarosława Kaczyńskiego ze Zbigniewem Ziobrą. Prezes PiS, odwrotnie niż ma w zwyczaju, nie zaprosił Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego na Nowogrodzką, ale sam odwiedził go w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości.

Ten zbieg terminów musiał być zupełnie przypadkowy, Zbigniew Ziobro publicznie zapewniał, że „Jarosław Kaczyński nie zapoznawał się z aktami sprawy pana Birgfellnera”.

Skąd data odmowy?

W kwietniu na łamach OKO.press sposób działania prokuratury komentowała prof. Anna Rakowska-Trela z Uniwersytetu Łódzkiego: „Czynności sprawdzające są w tej sprawie przeciągane poza nie granice tylko kodeksowe, ale i granice zdrowego rozsądku”.

Ale jakiś „rozsądek” w tym był. Prokuratura miała na celu uniknięcie skandalu przed wyborami.

Wszczęcie śledztwa oznaczałoby przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego w charakterze świadka, rzecz dla PiS niedopuszczalna. Ale gdyby prokuratura podjęła decyzję o niewszczynaniu postępowania w przepisowym terminie, czyli do końca lutego, czy choćby w kwietniu albo maju, sąd mógłby uchylić to postanowienie jeszcze przed wyborami. A przy okazji opublikować uzasadnienie niewygodne dla władzy.

Dlatego prokuratura podjęła decyzję 11 października, czyli niby przed wyborami parlamentarnymi 13 października. Ale wysłano je do skarżących prawie 10 dni później.

Pełnomocnicy sugerują, że ta data może być nieprzypadkowa z jeszcze jednego powodu.

Droga się wydłużyła

Birgfellnerowi i jego pełnomocnikom przysługuje oczywiście zażalenie na odmowę wszczęcia śledztwa, z którego zamierzają niezwłocznie skorzystać.

Tak się jednak złożyło (nie rozstrzygamy czy to przypadkowy zbieg okoliczności, czy nie), że 21 lutego 2019 roku, czyli trzy tygodnie po złożeniu przez Birgfellnera zawiadomienia w prokuraturze, do Sejmu wpłynął rządowy projekt nowelizacji kodeksu postępowania karnego i innych ustaw.

Nowelizację uchwalono w lipcu, a przepisy weszły w życie 5 października 2019. Zmiany dotyczyły właśnie m.in. art. 55 par. 1 i art. 330 par. 2, które dotyczą wnoszenia tzw. subsydiarnego aktu oskarżenia (przez osobę poszkodowaną).

Do tej pory art. 55 § 1 zd. 1 kpk brzmiał następująco:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Obecnie brzmi on:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu prokuratora nadrzędnego o utrzymaniu w mocy zaskarżonego postanowienia wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Do tej pory art. 330 § 2 kpk brzmiał:

„Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia. W takim wypadku pokrzywdzony, który wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a [stanowią one o zażaleniu], może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”.

Obecnie przepis ten brzmi: „§ 2. Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia.

Postanowienie to podlega zaskarżeniu tylko do prokuratora nadrzędnego.

W razie utrzymania w mocy zaskarżonego postanowienia pokrzywdzony, który dwukrotnie wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a, może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”

Co to oznacza?

Dotychczas pokrzywdzony miał prawo złożyć subsydiarny akt oskarżenia w przypadku, gdy po złożeniu zażalenia, prokuratura ponownie wydaje postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania.

Obecnie pokrzywdzony, który otrzymał odpowiedź odmowną na swoje zażalenie może je zaskarżyć tylko do prokuratora nadrzędnego. Możliwość wystąpienia do sądu z oskarżeniem subsydiarnym przysługuje dopiero po kolejnej odmowie prokuratury.

To zasadnicze wydłużenie ścieżki tej formy dochodzenia sprawiedliwości.

Sytuacja wygląda bowiem następująco. Aż dziewięć miesięcy zajęło prokuraturze podjęcie decyzji. Teraz postępowanie sądowe będzie trwało kolejnych kilka miesięcy. Zakładając, że sąd uchyli postanowienie o niewszczynaniu śledztwa, prokuratura może znowu nieprzepisowo czekać miesiącami z kolejną decyzją.

A jeśli ta znowu będzie negatywna, sprawa ponownie wyląduje w prokuraturze, ale wyższego szczebla. Oznacza to, że nawet dwa lub trzy lata może zająć Gerardowi Birgfellnerowi skierowanie sprawy na drogę sądową. O ile w ogóle się uda.

Kilkaset osób – fanatycznych posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych i kompletnie impregnowanych na wiedzę – próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

Od dawna jest dla mnie oczywiste, że w edukacji seksualnej nie chodzi wyłącznie o edukację seksualną. Choć jest niezmiernie ważne, żeby ona była. Żeby dorastające dzieci wiedziały, jak funkcjonuje ich ciało i ciała ludzi płci przeciwnej, że seks jest czymś naturalnym i zdrowym, jak jedzenie czy spanie, i że tak jak one, dla dobra naszego własnego i innych ludzi, powinien być ujęty w pewne ramy. Żeby dowiadywały się, czym są relacje między płciami i czym są granice, nasze i innych, że oprócz przyjemności seks niesie też konsekwencje, że nie ma wartościowego „tak” bez umiejętności mówienia „nie”, że dorosłym nie wolno dotykać dzieci w pewien sposób i że jeśli tak się stanie, trzeba alarmować, wreszcie, że oprócz niechcianej ciąży istnieją także choroby przenoszone drogą płciową, którym można zapobiegać i które można leczyć.

Jest jednak jeszcze inne oblicze wielkiego tematu, którym jest dla Polaków edukacja seksualna – polityczne i symboliczne.

Bo oto teraz kilkaset osób – posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych, fanatycznych przekonaniach, kompletnie impregnowanych na wiedzę, próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

I w tym momencie dyskusja przestaje dotyczyć edukacji, a zaczyna być o czymś innym. O prawie dostępu do nowoczesnej wiedzy medycznej i psychologicznej, o tworzeniu bezczelnie, pod samym naszym nosem zrębów fundamentalistycznego państwa religijnego, o ograniczaniu naszych praw i wolności, jak prawo do decydowania o sobie i swoich dzieciach na podstawie wszystkich możliwych informacji, o prawie do postępowania, jak nam się podoba i wydaje właściwe, a nie jak podoba się księżom i politykom, którym księża pomagają w kampaniach wyborczych.

Stara i głupia śpiewka, że edukacja seksualna to temat zastępczy jest po to, by uśpić naszą czujność, byśmy nie dostrzegli zagrożenia i nie zauważyli, jak krok po kroku buduje się, tuż pod naszym nosem, przerażające i złowrogie państwo religijne, w którym nikt oprócz księży katolickich, polityków PiS, Konfederacji, faszystów i nacjonalistów nie ma prawa głosu.

W demokracji nie istnieją tematy zastępcze – wszystko, o czym opinia publiczna chce mówić, jest ważne, a o wadze tematu świadczy poruszenie, jakie wywołuje. W wolnym kraju, jeśli chcesz o czymś rozmawiać, możesz o tym rozmawiać bez protekcjonalnych połajanek facetów u władzy lub facetów w sutannach twierdzących, że to temat zastępczy. Jeśli cię łają i tobą manipulują, to chcą ci coś zabrać. A kiedy próbują ci coś narzucić w dziedzinie, która zwyczajnie nie jest ich sprawą, wówczas sygnał alarmowy w każdym państwie prawa powinien zacząć wyć jak syrena.

Artykuł 48 konstytucji mówi jasno, że rodzicie mają prawo wychowywać dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Co oznacza, że każdy rodzic, który chce, żeby dla jego dziecka własna cielesność i zagrożenie pedofilią nie były tematami tabu, ma do tego pełne prawo. Dlatego sądzę, że ewentualny zakaz edukacji seksualnej będzie niekonstytucyjny.

Pamiętajcie – politycy zawsze chcą ograniczać nasze prawa i wolności, bo im mniej ich mamy, tym więcej władzy trafia w ich ręce. Ale ograniczanie prawa do zwykłej elementarnej wiedzy jest już cechą dyktatur i autorytaryzmów.

Edukacja seksualna nie jest żadnym tematem spornym ani zastępczym – w dzisiejszym świecie to norma cywilizacyjna.

Prawdziwym tematem, który należy zepchnąć na margines, tam gdzie jego miejsce, są bezczelne ciągotki bigotów i hipokrytów, którzy sami wyprawiając niewyobrażalne brewerie, także seksualne, chcą nam narzucać, jak mamy żyć. Między innymi po to, by nie zajmować się prawdziwymi problemami jak nadchodzący kryzys gospodarczy, zagrożenie państwa prawa, biurokracja, prawa pracownicze i sytuacja w Europie, bo wtedy jeszcze wyszłoby na jaw, że nie mają o niczym pojęcia.

„Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania” – mówi OKO.press Anna Godzwon. „Przy takiej wadze sprawy potrzebna jest jawna rozprawa” – ocenia mec. Małgorzata Szuleka

„W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację” – mówi OKO.press Małgorzata Szuleka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Do końca dnia w poniedziałek 21 października 2019 do Sądu Najwyższego wpłynęło 38 protestów wyborczych. Sześć z nich złożyło Prawo i Sprawiedliwość.

„PiS próbuje ukraść wybory” – napisał na Twitterze europoseł Platformy Obywatelskiej Radosław Sikorski.

„Teraz dopiero zobaczymy czy właśnie dlatego PiS na siłę przepychał reformę Sądu Najwyższego” – skomentował Robert Biedroń (Wiosna/Lewica).

Czy jest się czego bać? Czy PiS może przejąć Senat wbrew wyborcom?

Protestami zajmie się nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. O tym, kto w niej zasiada, pisaliśmy szczegółowo w tekście:

Na temat protestów rozmawiamy z dwom ekspertkami od prawa wyborczego.

Anna Godzwon była rzeczniczką Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego. Małgorzata Szuleka to prawniczka związana z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, przeprowadziła wiele badań dotyczących dostępu do wymiaru sprawiedliwości.

Obie rozmówczynie OKO.press zgadzają się, że wniesienie protestów przez PiS (i innych) nie narusza zasad demokracji. Jednak zgłaszają też wątpliwości:

  • nie wiadomo, czy PiS przedstawił dowody naruszenia procedury wyborczej;
  • trwa postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, dotyczy m.in. powoływania sędziów Sądu Najwyższego przez neo KRS, zatem sam fundament funkcjonowania SN jest niepewny;
  • ocena protestów wyborczych może się odbyć na niejawnej rozprawie;
  • Sąd Najwyższy stwierdzi nie tylko, czy doszło do naruszeń, ale też, czy miały one wpływ na wynik wyborów.

Anna Godzwon: Na wnoszącym protest spoczywa ciężar przedstawienia dowodów

Agata Szczęśniak, OKO.press: Czy złożone dziś protesty zablokują prace Senatu?

Anna Godzwon: Nie. Senatorowie zostali wybrani, ich mandaty są potwierdzone obwieszczeniem PKW. Senat zbierze się dokładnie w takim składzie, w jakim został wybrany. Rozstrzyganie protestów nie blokuje prac Senatu.

Do kiedy będziemy czekać na decyzję Sądu Najwyższego i jak będą wyglądały jego prace w tej sprawie?

Sąd Najwyższy ma 90 dni, czyli do 13 stycznia, na wydanie postanowienia o ważności wyborów. Od Sądu zależy, czy wykorzysta cały ten czas.

Procedura w Sądzie Najwyższym ma dwa etapy. Pierwszy to rozpatrywanie każdego protestu z osobna. Trzech sędziów pochyli się nad każdym protestem. Następnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w pełnym składzie na rozprawie publicznej i po zapoznaniu się z opiniami oraz sprawozdaniem PKW rozstrzyga o ważności wyborów.

Głosy zostaną ponownie przeliczone?

Zależy, co zdecyduje Sąd Najwyższy. Zgodnie z prawem wyborczym SN może nakazać ponowne przeprowadzenie niektórych czynności wyborczych. To może oznaczać ponowne przeliczenie głosów.

Wtedy komisje obwodowe musiałyby się ponownie zebrać, otworzyć worki z kartami wyborczymi, sprawdzić krzyżyki na kartach, policzyć je. Ale tak nie musi być. Sąd może nakazać zliczenie protokołów.

Skrajnym przypadkiem byłoby powtórzenie wyborów w okręgach, w których wyniki są kwestionowane.

Powtórzenie wyborów w jednym okręgu nie zatrzymuje prac całego Senatu? A w sześciu okręgach?

Też nie. Senatorowie pełnią swoje mandaty dopóty, dopóki nie zostaną one wygaszone na podstawie ewentualnej uchwały Sądu Najwyższego o nieważności wyborów w okręgu ich powtórzeniu

Pojawiły się głosy, że składając protesty, PiS kwestionuje zasady demokracji.

To nie jest kwestionowanie zasad demokracji. To jest działanie zgodne z kodeksem wyborczym. Tryb postępowania z protestami został jednomyślnie uchwalony w 2011 roku, kiedy kodeks powstawał. Demokratycznie uchwalony kodeks daje prawo każdemu obywatelowi, żeby zgłaszał protest. Jeśli ktoś ma wiedzę o przestępstwie przeciwko wyborom, to jest droga, żeby zaprotestował.

I tu jest ważna sprawa: to na wnoszącym protest spoczywa ciężar sformułowania zarzutów i przedstawienia dowodów. Mówi o tym art. 241 par. 3: „Wnoszący protest powinien sformułować w nim zarzuty oraz przedstawić lub wskazać dowody, na których opiera swoje zarzuty”.

Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania.

Małgorzata Szuleka: Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego trafiają protesty

„Protest nie jest zamachem na demokrację, tylko prawem każdego wyborcy. To forma kontroli prawidłowości przeprowadzenia wyborów – ich rzetelności, uznawana zarówno w polskim prawie, jak i w standardach międzynarodowych.

Wolne wybory to jedna z podstaw demokracji, a to, czy wybory były wolne i rzetelne, powinno być poddane kontroli niezależnego organu. W przypadku Polski tym organem są sądy.

Protesty wyborcze są ugruntowane w polskim prawie. Mimo że już za rządów PiS mieliśmy zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące urządzenia Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego, przepisy dotyczące protestów nie zmieniły się.

Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego protesty trafiają.

1. Czy sędziowie Izby Kontroli zostali powołani legalnie?

Po pierwsze, istnieją wątpliwości co do legalności powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego w związku z powołaniem sędziów Izby przez nową KRS. W sprawie ukształtowania nowej KRS toczy się postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czekamy na orzeczenie Trybunału i nie wiemy, jak szerokie ono będzie tzn. czy Trybunał odniesie się do kwestii wszystkich sędziów powołanych przez nową KRS.

Niemniej jednak wątpliwości co do samego powołania sędziów pozostają.

2. Czy będzie jawna rozprawa?

Druga sprawa sprawa dotyczy jawności postępowania. Protesty można składać po każdych wyborach – przy czym protesty po wyborach samorządowych rozpoznawane są przez sądy powszechne, a po wyborach do Europarlamentu czy Sejmu i Senatu przez Sąd Najwyższy.

W Fundacji Helsińskiej prowadzimy projekt dotyczący protestów wyborczych. Po wyborach samorządowych obserwowaliśmy, że w co najmniej kilkunastu przypadkach sądy decydowały o rozpoznaniu sprawy na rozprawie, co powodowało, że była możliwość obserwowania ich przez publiczność.

Po wyborach do Parlamentu Europejskiego protesty Sąd Najwyższy rozpatrywał na posiedzeniach niejawnych.

Sąd ma do tego prawo – nie jest zobowiązany do rozpatrzenia sprawy na rozprawie. Niemniej w tak ważnych sprawach, jak rozpatrzenie zastrzeżeń co do prawidłowości przeprowadzenia wyborów, wydaje się zasadne skierowanie sprawy na rozprawę.

W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację.

3. Czy naruszenia miały wpływ na wynik?

I wreszcie trzecia, równie ważna kwestia: nie każde naruszenie przepisów o organizacji wyborów będzie miało wpływ na ich ważność. Mogło się zdarzyć, że karta była nieostemplowana albo głos był źle policzony, ale to sąd oceni, czy te naruszenia miały wpływ na wynik wyborów. W okręgach senackich rywalizacja była dość zaciekła, więc sąd będzie musiał bardzo skrupulatnie rozważyć wszystkie dowody zebrane w postępowaniu”.

To książki, które – poza jednym wyjątkiem – nie traktują bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie najlepiej opowiadają o tym, co dzieje się tu i teraz.

Zapewne masz już za sobą lekturę miliona powyborczych komentarzy publikowanych na Facebooku, Twitterze i w prasie. Masz wyrobione zdanie, czy PiS odniósł ogromne zwycięstwo, czy „tylko” wygrał i co zamierza zrobić przez najbliższe cztery lata. Czy lewica znacząco zwiększyła swój stan posiadania (nie bardzo, ale dobrze, że weszli) i czy największą katastrofą tych wyborów jest wynik Konfederacji (owszem). Powoli zaczynasz mieć dość i jesteś tym dzikim targowiskiem opinii zmęczony/zmęczona.

A gdyby tak na chwilę odłożyć całą tę gonitwę i sięgnąć do książek, dzięki którym szanse na szersze spojrzenie wzrosną? Nie traktują one – poza jednym wyjątkiem – bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie opowiadają o tym, co tu i teraz się dzieje.

1. Charlie LeDuff – „Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje”, przeł. Kaja Gucio, wyd. Czarne, Wołowiec 2019

Charlie LeDuff, ekscentryczny reporter nagrodzony Pulitzerem za wcześniejsze „Detroit”, zamiast zza redaktorskiego biurka mówić ludziom, co mają robić, jak myśleć czy – tym bardziej – na kogo powinni głosować, woli wziąć ekipę telewizyjną i zjechać z nią swój kraj po to, by dowiedzieć się, czym żyją i co mają w głowach współobywatele z różnych części Stanów Zjednoczonych.

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że co druga książka poświęcona USA jest w jakiejś mierze również książką o Polsce. „Shitshow!” oczywiście nie jest wyjątkiem od tej niepisanej reguły.

Spór elity kontra lud? Jest. Bunt wykluczonych i żyjących na marginesie? Jak najbardziej. Coraz bardziej wyniszczająca wojna kulturowa, która powoli przekształca się w rzeczywistą wojnę domową? Proszę bardzo. A wszystko podane bez zbędnego teoretyzowania. LeDuff przeklina i przegina, nie unika irytujących populistycznych wstawek i ani na moment nie pozwala nam zapomnieć o tym, że oprócz podzielonej Ameryki jego książka ma jeszcze jednego niezwykle ważnego bohatera, którym jest oczywiście on sam.

LeDuff: Nie musimy do siebie strzelać. Ameryka jest popieprzona i fantastyczna

Więc tak, jest nasz reporter showman wkurwiający (posługuję się nomenklaturą LeDuffa), wyprowadza nas z równowagi i dobrego samopoczucia, jak również masakruje media i ich wyrobników, ale oderwać się od „Shitshow!” i tak nie sposób.

2. Didier Eribon – „Powrót do Reims”, przeł. Maryna Ochab, wyd. Karakter, Kraków 2019

Didier Eribon, francuski filozof i socjolog, biograf Michela Foucaulta i autor kilkunastu innych książek, który wykładał m.in. w Berkeley czy Cambridge, raczej nie znalazłby wspólnego języka z dzikusem LeDuffem. Ale nie zmienia to faktu, że napisany dystyngowanym i miejscami zbyt przeintelektualizowanym językiem „Powrót do Reims” to jednak przede wszystkim poruszająca opowieść o awansie społecznym, wykluczeniu i upokorzeniu.

Eribon opowiada tu o wyrwaniu się (czy wręcz ucieczce) z prowincji do Paryża, gdzie zaczął robić karierę uniwersytecką, a następnie dziennikarską i pisarską. W tym samym czasie odcina się od swojej „zostawionej w tyle” rodziny, zrywa z nią kontakty, przez lata nie rozmawia z ojcem. Dopiero jego śmierć sprawia, że Eribon zaczyna konfrontować się z historią swej rodziny i swego wstydu.

Francuski pisarz opowiada o podwójnej obcości. Jesteś obcy w świecie, z którego wyszedłeś (bo masz wyższe wykształcenie, inne poglądy, nie chodzisz do kościoła etc.) i prawdopodobnie zawsze będziesz obcy w świecie, w którym przebywasz obecnie (zawsze będziesz ze wsi i prędzej czy później „twoje pochodzenie cię dopadnie”).

Eribon pisze m.in. o „zakłopotaniu i zażenowaniu, jakie się czuje kiedy wraca się do rodziców po tym, jak się porzuciło nie tylko rodzinny dom, ale też rodzinę i świat, do którego mimo wszystko nadal się należy, oraz to zbijające z tropu poczucie, że się jest u siebie, a jednocześnie w obcym świecie”. Albo w innym miejscu: „Łatwo przekonywać samego siebie, abstrakcyjnie, że nie podamy ręki komuś, kto głosuje za Frontem Narodowym, i nie odezwiemy się do niego słowem… Ale co zrobić, kiedy okazuje się, że chodzi o naszą rodzinę? Co powiedzieć? Co myśleć”.

Bez książki Eribona, która mimowolnie uruchamia osobiste wspomnienia i wkłuwa się bezlitośnie nawet w to, co wyparte, prawdopodobnie nie napisałbym nigdy żadnego tekstu o swej kaszubskiej rodzinie, której spora część głosuje na PiS. Nigdy nie wykonałbym żadnej pracy nad próbą zrozumienia wyborów politycznych dokonywanych przez mojego tatę, jego braci, ich żony, ich sąsiadów. I nigdy nie usłyszałbym wypowiedzianych pół żartem, pół serio, ale jednak bolesnych słów od jednego z wujków, z którym – przy okazji pracy nad tekstem – rozmawiałem pierwszy raz od lat: „Gdyby nie PiS, tobyś o nas dalej nie pamiętał”.

3. Michał Paweł Markowski – „Wojny nowoczesnych plemion”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Nie dość, że obszerna, to jeszcze niesamowicie gęsta i miejscami wymagająca (np. chaszcze rozdziału z Heglem w roli głównej), ale absolutnie warta podjęcia tego wysiłku książka profesora Markowskiego, teoretyka literatury, filozofa i eseisty, a od lat także szefa wydziału Studiów Polskich, Rosyjskich i Litewskich na University of Illinois w Chicago. Perspektywa życia i pracy w USA i Polsce, a więc w dwóch krajach rozrywanych przez wojnę kulturową, a do tego erudycja, talent pisarski i temperament polemiczny profesora sprawiają, że trudno wyobrazić sobie właściwszą osobę do opisu naszych plemiennych wojen, zwaśnionych obozów politycznych, triumfalnego pochodu współczesnych populizmów czy coraz bardziej przerażającego dyktatu opinii, które zastąpiły z powodzeniem dążenie do Prawdy.

Zdaje się, że Markowski – gdyby tylko mógł – polikwidowałby wszystkie prasowe czy portalowe działy opinii, a miejsce po nich oddałby np. ekspertom zajmujących się fact checkingiem, weryfikacją danych, poszukiwaniem prawdy obiektywnej.

Trochę żartuję, ale Markowski zupełnie na serio pokazuje przerażające konsekwencje upadku debaty publicznej, w której trójcę rozum – wiedza – fakt zastępuje na dobre (a raczej na złe) uczucie – wiara – opinia. W jaki sposób to zmienić? Jak łagodzić współczesne konflikty? Czy wojna kulturowa jest niezbędną składową demokracji? Jak dyskutować raczej ze sobą niż obok siebie czy przeciw sobie? Czy możliwa jest rozmowa z kimś, kto głosi „prawdziwszą prawdę”, i co zrobić w sytuacji, gdy właściwie wszyscy zostaliśmy takimi pewnymi swego głosicielami?

„Głosuj na PiS, a my Ci wybaczymy zdradę!”. Grzegorz Wysocki odwiedza rodzinę

Markowski ma rozmach, ogromną wiedzę i porywający styl. Na przestrzeni jednego akapitu pędzi od Kaczyńskiego do Trumpa, od Rymkiewicza do Michnika, od Mickiewicza do Nietzschego, od „Marsjanina” z Mattem Damonem do „Seksu w wielkim mieście”. W jednym kotle miesza politykę, historię, literaturę, film, filozofię i osobiste wyznanie.

Mamy październik, więc nie mam już wątpliwości, że to jedna z najlepszych, najmądrzejszych i najbardziej potrzebnych książek tego roku. Lektura obowiązkowa dla polityków i wyborców, dziennikarzy i odbiorców, konserwatystów i liberałów.

4. Agata Sikora – „Wolność, równość, przemoc”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Rozumiem, że można protestować, gdy proponuję równoległe czytanie Eribona i LeDuffa, ale jestem przekonany, że w przypadku zasugerowania wspólnej lektury książek Markowskiego i Sikory taki opór już nie będzie miał miejsca. Oboje podejmują podobne tematy (wojna kulturowa, wolność i bezpieczeństwo, polityki tożsamościowe, przemoc symboliczna, represja), a nawet czytają i cytują tych samych autorów (np. Norbert Elias czy, jakżeby inaczej, przedwcześnie kończący historię Francis Fukuyama).

Zapewne z perspektywy Sikory czy Markowskiego zbieżność publikacji ich książek może być pewnym problemem, ale z perspektywy czytelnika uspokajam, że to dwie – pójdźmy na całość – wybitne, dopełniające się i nieświadomie ze sobą dialogujące książki eseistyczne.

Sikora, kulturoznawczyni stale współpracująca z internetowym „Dwutygodnikiem” (to tam opublikowała jeden z najciekawszych i najbardziej poruszających tekstów po pamiętnym Marszu Równości w Białymstoku), od lat żyjąca i pracująca w Wielkiej Brytanii, zastanawia się nad tym, czego nie chcemy sobie dzisiaj powiedzieć (poprawność polityczna, tabu, stadne myślenie, ograniczenia środowiska, w którym żyjemy etc.), i próbuje zrozumieć, jak znaleźliśmy się w klinczu pomiędzy polityką tożsamości a uniwersalistycznym liberalizmem.

Autorka otwarcie przyznaje we wstępie, że w ostatnich latach często się gubiła, „śledząc debaty wokół kontrowersyjnych zagadnień, które w potocznym rozumieniu są wiązane z wojnami kulturowymi – od poprawności politycznej po #MeToo”: „Na poziomie intelektualnym rozumiałam argumenty i racje różnych stron sporu, empatyzowałam z przeciwstawnymi punktami widzenia. Nie potrafiłam jednak rozstrzygnąć nawet pojedynczych kontrowersji na własny użytek (nie wspominając o wypracowaniu spójnego stanowiska, które można by przedstawić na forum publicznym)”.

Lektura obowiązkowa, nie tylko niezbędnik inteligenta i inteligentki, ale przede wszystkim rzecz dla tych, którzy nie bardzo wiedzą, jak pogodzić hasło „wierzę ofiarom” z domniemaniem niewinności czy mają ambiwalentny stosunek do poprawności politycznej.

5. Mariusz Janicki, Wiesław Władyka – „Brat bez brata”, wyd. Polityka, Warszawa 2019

Mariusz Janicki i Wiesław Władyka, publicyści od lat związani z tygodnikiem „Polityka”, w swoim prawie 400-stronicowym zbiorze tekstów przyglądają się rządom Jarosława Kaczyńskiego. Autor wstępu Jerzy Baczyński przypomina, że obaj autorzy często byli atakowani za „straszenie PiS-em”: „Ale każdy miesiąc »dobrej zmiany« przynosił potwierdzenie tezy, że PiS nie tworzy po prostu kolejnego rządu RP, ale, w swoim przekonaniu, rząd ostatni, pieczętujący moralny i polityczny triumf dobra nad złem”.

Oprócz obszernego wyboru artykułów poświęconych PiS-owskim celom i metodom, mediom i retoryce, technikom władzy czy polityce historycznej Janicki i Władyka proponują czytelnikom także napisany specjalnie do książki 50-stronicowy opis panującej dzisiaj w Polsce ideologii państwowej. Piszą tu m.in. o diagnozach Kaczyńskiego, Smoleńsku jako paradoksalnie niedocenionym wydarzeniu politycznym, postępującej brutalizacji polskiej polityki, zasadach „dobrej zmiany” czy podziale na szyderców i patriotów.

Wydawanie w formie książkowej archiwalnych artykułów publicystycznych, które były pisane na gorąco, może się wydawać pomysłem osobliwym, ale też trzeba przyznać, że czyta się te kolejne teksty bezboleśnie, narracja jest wartka i pełna zwrotów akcji, a do tego dochodzi walor w postaci uporządkowania wydarzeń politycznych ostatnich lat i pobudzanie przez autorów zapału polemicznego. Chociażby u tych czytelników, którzy za mocno upraszczającą i niesprawiedliwą uważają słynną definicję symetryzmu mieszczącą się właściwie w rymowance o treści: „PiS-PO, jedno zło”.

– Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne – mówi Jacek Karnowski, prezydent Sopotu, w wywiadzie dla Gazeta.pl. Jak dodaje, ma dwoje faworytów w wyścigu o Pałac Prezydencki. – W rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na Małgorzatę Kidawę-Błońską, właśnie z tego powodu, że jest kobietą – podkreśla.

Jacek Gądek: Ma pan kaca po wyborach?

Jacek Karnowski: Mam niedosyt. Bo PiS, które okazało się partią nie do końca uczciwych ludzi, co widać po Marianie Banasiu, osiągnęło taki wynik.

Banaś akurat nie jest formalnie członkiem PiS.

Banaś jest związany z PiS-em i był ministrem w ich rządzie. Przypomnę, że Sławomir Nowak stracił fotel ministra przez fałszywe oskarżenia o zegarek, Pawła Adamowicza ścigano za niewpisanie do oświadczenia majątkowego mieszkania, a mnie za jakieś części samochodowe, które nie pasowały do mojego samochodu, a które miałam rzekomo w nim zamontować. Pan Banaś, choć ma kłopoty z dwoma kamienicami, awansuje i ma nawet certyfikat dostępu do tajnych informacji od ABW. Żona Marka Kuchcińskiego latała sobie rządowym samolotem, a Beata Szydło rozdawała nagrody, mówiąc, że im się po prostu należą.

Czyli jednak kac?

Przegranie z taką ekipą to nic przyjemnego. Ale jednak powstrzymaliśmy pochód Hunów niszczących demokrację, bo PiS nie poprawiło swojego stanu posiadania, mimo olbrzymiej kampanii. Momentami było ona zresztą tak głupia, że aż przeciwskuteczna. Widać Jacek Kurski faktycznie myśli, że ciemny lud wszystko kupi.

O zatrzymaniu czegokolwiek trudno jednak mówić. Może tylko spowolniliście pochód PiS – o 30 dni, przez które Senat może prowadzić prace nad ustawami.

Odbicie Senatu jest jednak przełomem. Cieszę się, że pomogła w tym olbrzymia mobilizacja samorządowców. PiS-owi marzyła się większość konstytucyjna, jednak udało się nam pohamować te zapędy.

Jakie błędy popełniła opozycja?

Uważam, że pierwszym i podstawowym błędem był brak porozumienia Koalicji Obywatelskiej z PSL-em o wspólnym starcie. Lewica musiała powstać i startować osobno i to naturalne, ale ludowców należało przekonać do wspólnego startu – to się jednak nie udało.

Druga rzecz: brak konsekwencji w przekazie programowym. Była „szóstka Schetyny”, ale szybko zgasła. A trzecia to zbyt późne wystawienie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w roli kandydatki na premiera.

To są trzy grzechy główne nas jako opozycji.

Opozycja musi nadal inwestować w Małgorzatę Kidawę-Błońską?

Pani marszałek jest teraz jedną z dwóch osób, które mogą z ramienia Koalicji Obywatelskiej startować na prezydenta.

A drugą jest…

…Rafał Trzaskowski.

Czy wybory parlamentarne były do wygrania przez opozycję?

Były do wygrania. Bez obciążenia tymi trzema grzechami, o których wspomniałem, zwycięstwo było w naszym zasięgu. „Szóstka Schetyny” była dobrym pomysłem programowym. Ja się nawet dziwię, że mając po drugiej stronie taką ekipę jak PiS, nie wygrywamy  wyborów.

„Szóstki Schetyny” nie pamiętał nawet sam Grzegorz Schetyna. Może to jest podstawowy problem PO – kiepskie przywództwo?

Ocenią to już członkowie PO, a nie ja. PO jednak dalej jest największym klubem na opozycji. Na szczęście jest to formacja demokratyczna.

Z pewnością dużym plusem Grzegorza Schetyny było najpierw zbudowanie Koalicji Europejskiej, a potem Koalicji Obywatelskiej. Ale brak jednoznacznego przekazu już nie. Co ja mam panu więcej powiedzieć?

To, co pan sądzi. Między oczy.

Miedzy oczy to należało jak mantrę powtarzać tych sześć punktów. Jestem daleki jednak od tego, aby za wszystko obwiniać Grzegorza Schetynę.

Schetyna nawet nie pamiętał swojej „szóstki”. Czy powinien teraz odejść z fotela szefa Platformy?

Nie jestem członkiem PO. Nie dziwmy się, że w demokratycznej partii są krytycy i różnice zdań. Zagłosują i zostawią bądź wybiorą nowego przewodniczącego. Faktem jest, że PiS jednak został zahamowany. Wygrana w Senacie daję wielką nadzieję.

Pan jest zadowolony ze swojej współpracy z PO w sztabie wyborczym?

Ja sobie zawsze pracę znajdę i myślę, że choć miałem mniejszy wpływ na całą kampanie sejmową, to na senacką już zdecydowanie większy. Oczywiście mogę powiedzieć, że mogliśmy zrobić więcej albo „a nie mówiłem”. Wiemy, co poprawić przy wyborach prezydenckich.

Szefem sztabu był Krzysztof Brejza, ale wszyscy wiedzą, że nie on podejmował decyzje. Prawda?

Były dwa etapy kampanii. Na pierwszym etapie Brejza wykonał ogromną pracę i jeździł po Polsce. A w drugim – po wściekłym ataku TVP na niego – już skupił się na własnej kampanii. Lekcja jest taka, że kampanię powinien prowadzić ktoś, kto sam nie startuje w wyborach.

PiS już będzie ogłaszać skład sztabu Andrzeja Dudy, a na opozycji nie wiadomo, jeszcze kto będzie startował. To wygląda na proszenie się o kolejną porażkę?

Na 100 proc. będzie startował Władysław Kosiniak-Kamysz. Na 90 proc. Robert Biedroń albo Adrian Zandberg. I będzie też ktoś z Koalicji Obywatelskiej.

„Ktoś”? By myśleć o zwycięstwie, należałoby już szykować kampanię pod konkretną osobę.

Stawiam na Małgorzatę Kidawę-Błońską. Albo na Rafała Trzaskowskiego.

Ale decyzji KO nie ma. Kiedy będzie?

Będą zapewne zlecane badania społeczne, kto ma większe szanse i jeszcze w tym roku trzeba ogłosić kandydaturę.

A dlaczego nie wymienia pan Donalda Tuska jako potencjalnego kandydata?

Dobrze by było, gdyby zdecydował się na start. Skoro jednak obecnie ubiega się o stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPL), to nie będzie zaraz potem też startował na prezydenta Polski. Co powie ludziom z EPL za pół roku? „Na chwilę tylko jestem u was, bo chcę startować w Polsce”? Przecież to nielogiczne.

Tusk nie sprawia wrażenia skłonnego do startu na prezydenta?

Wydaje mi się, że nie jest zainteresowany kandydowaniem.

Pan nie wierzy w powrót Tuska, a Radosław Sikorski wcale tego nie wyklucza.

Gdyby Donald Tusk chciał wrócić, toby już wracał, a nie starał się o fotel szefa EPL. Przestańmy się łudzić i zastanawiać, czy Donald Tusk wróci jak Anders na białym koniu. Trzeba brać sprawy we własne ręce. Jeśli będą prawybory w KO, a Donald Tusk zgłosi chęć ubiegania się o nominację od partii, to w nich wystartuje. A badania pokażą, czy ma największe szanse, czy jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, Rafał Trzaskowski albo jeszcze ktoś inny.

Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne.

Zastępy ludzi, którzy czekali i może wciąż czekają, aż Tusk osiadła białego konia, są jednak duże. Zwłaszcza w szeregach PO i części środowiskach opiniotwórczych.

Donald Tusk jest odpowiedzialnym człowiekiem. Jeśli będzie decydował, czy startować na prezydenta, to wcześniej spojrzy na badania socjologiczne. Ale ja nie wierzę, że się zdecyduje, choć jako sopocianin cieszyłbym się, że mój krajan ma szansę przejąć Pałac Prezydencki.

Czy prawybory to dobry sposób na wyłonienie kandydata?

Prawybory na całej opozycji – nie. Prawybory w samej Koalicji Obywatelskiej albo na lewicy – tak, to bardzo dobry pomysł, bo mobilizuje całe środowisko. Rywalizacja pomiędzy Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim była bardzo dobrym pomysłem, sprawdziła się.

Czy opozycja powinna rzucić absolutnie wszystkie siły na kampanię prezydencką?

Tak – nie tylko siły, lecz także całą swoją mądrość. KO musi się oprzeć na profesjonalistach.

A czy Władysław Kosiniak-Kamysz byłby dobrym kandydatem? Donald Tusk nieprzypadkowo stwierdził ostatnio, że trzeba wskazać „kandydata, który będzie miał największe szanse przekonać tych, którzy dziś głosują na PiS oraz wahających się, i wygrać”.

Zobaczymy, czy wybory rozstrzygną się w I turze i wygra kandydat opozycji, czy rozstrzygną się w II – wtedy wszystkie ręce na pokład. Według mnie mówienie o jednym kandydacie opozycji już w I turze to błąd i niepotrzebne demobilizowanie części elektoratu. Przecież gdyby wystawić tylko Władysława Kosiniaka-Kamysza, to elektorat lewicowy będzie zdemobilizowany. Albo tylko Małgorzatę Kidawę-Błońską lub Rafała Trzaskowskiego – wtedy elektorat ludowy będzie rozprężony.

Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – jak wynika z rankingów zaufania – nie zna aż 24 proc. Polaków. Jest sporo do zrobienia, jeśli ma walczyć o Pałac Prezydencki?

A ile nie znało Andrzeja Dudy, gdy ruszał z kampanią? Większość. Małgorzatę Kidawę-Błońska zna tymczasem 3/4 wyborców, osiągnęła rekordowy wynik w wyborach, deklasując Jarosława Kaczyńskiego. Według mnie najlepszy scenariusz jest taki: badania socjologiczne, prawybory wyłaniające kandydata Koalicji Obywatelskiej. W pierwszym rzędzie będę kibicował Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, a w drugim Rafałowi Trzaskowskiemu.

Bo?

Obydwoje mają odpowiednie, wysokie kompetencje. Jednak w rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na panią marszałek, właśnie z tego powodu, że jest kobietą.

Gdyby padła propozycja, toby pan wszedł do sztabu kandydata KO?

Oczywiście, że tak. Nigdy nie pchałem się do sztabów wyborczych, ale teraz walka idzie o demokrację w Polsce.

W wyborach do Sejmu opozycja – nie licząc Konfederacji – zdobyła więcej głosów niż PiS…

…i to wskazuje, że możemy wygrać wybory prezydenckie.

Czego pan się spodziewa po początku rządów PiS?

Chichotem historii są słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że w Senacie będzie trzeba zachować inne standardy niż w Sejmie. Mam nadzieję, że nasza wygrana w Senacie i opozycyjny marszałek Senatu doprowadzą do tego, że dobre zwyczaje parlamentarne wrócą do polityki. Bo wcześniej PiS wysadziło je w kosmos.

Najpierw wygrana w Senacie, a zaraz potem kłótnia o to, kto ma być jego marszałkiem. Kiepsko to jednak wygląda?

To demokracja. Sam miewam dyskusje w radzie miasta Sopotu o tym, kto ma jej przewodniczyć. Nie ma w tym niczego dziwnego.

Ale marszałek stanie się automatycznie jednym z liderów opozycji. Funkcja jest bardzo prestiżowa i politycznie ważna.

Dogadają się. Radzę, aby czterech liderów – KO, PSL, lewicy i samorządowców – spotkało się przy kawie i to ustaliło. Jerzego Buzka też łatwo nie wybierano na premiera. Ostatecznie Marian Krzaklewski wyciągnął pudełko po butach i do niego posłowie wrzucali kartki z nazwiskiem swojego faworyta do objęcia teki premiera.

Schetyna koniecznie chciał Bogdana Borusewicza i miał jego nazwisko jako kandydata na marszałka ogłosić na konferencji prasowej, ale w ostatniej chwili się wycofał. Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że bez PSL nie ma decyzji. Przepychanka.

KO ma największy klub w Senacie i powinna proponować marszałka, a z mniejszymi klubami trzeba się porozumieć co do obsady foteli zastępców i szefów komisji senackich. To naturalna rzecz. Osobiście uważam, że Bogdan Borusewicz jest najlepszym kandydatem.

I nie jest dla pana tajemnicą, że „Borsuk” nie jest fighterem, a w polemikach się nie sprawdza.

Jestem przekonany, że – jak wielokrotnie pokazał – jest z jednym z najbardziej odważnych polityków. Ma być marszałkiem, a nie fighterem. Nie może my stosować takich reguł, które wprowadziło PiS.

Na ten moment jak pan ocenia szanse kandydata opozycji?

51 do 49 dla naszego kandydata, że pokona prezydenta Andrzeja Dudę. Czeka nas zapieprz i bardzo ciężka praca. A wcześniej musimy jeszcze – każde z ugrupowań na opozycji: KO, PSL, Lewica – przejść demokratyczne procedury wyłaniania własnych kandydatów. Warto to wszystko zakończyć jeszcze w tym roku i od początku 2020 r. pracować już w kampanii prezydenckiej.

Czyli nie popełniać błędu ze spóźnionym namaszczeniem Kidawy-Błońskiej?

Przepraszam, ale powiem to bardzo po męsku: warto się spotkać kilka razy i nawet dać sobie po gębach. Porozmawiać, nawet ostro. Ale potem pójść do przodu. Byle szybko!

Powyborcze rozliczenia w PO. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak broni szefa partii Grzegorza Schetyny przed gniewem lokalnych działaczy. Jednocześnie prowadzi swoją wojenkę z przewodniczącym PO w Wielkopolsce Rafałem Grupińskim.

Po wyborach w regionalnych strukturach PO – podobnie zresztą jak w całej Polsce – narasta gniew. Platforma odzyskała co prawda Senat, ale wybory do Sejmu z PiS przegrała.

Koalicja Obywatelska niby wygrała, ale przegrała Platforma Obywatelska

Bastion PO został obroniony. W Poznaniu na KO zagłosowało 45 proc. wyborców, na PiS – tylko 25 proc. Ale to pozorny sukces. Bo mandatów jest mniej. Po wyborach w 2015 roku PO miała pięciu posłów, a Nowoczesna dwoje. Apetyty były dużo większe niż pięć mandatów. W kampanii Rafał Grupiński mówił, że KO idzie po sześć, a nawet siedem mandatów w Sejmie. Nic z tego.

Jeden z polityków PO: – Mamy pięć mandatów, ale tylko dwa dla polityków PO – Grupińskiego i Dzikowskiego. Stąd taka wściekłość w naszych strukturach. Wynik liderki też nie powala.

Joanna Jaśkowiak zdobyła 67 tys. głosów. Niby dużo, ale w partii mówią, że lokomotywą listy nie była. Tak naprawdę imponują tylko dwa wyniki – Adama Szłapki (51 tys. głosów) i Franka Sterczewskiego (25 tys.). Za rezultat całej listy odpowiedzialność ponosi Grupiński. Nie pomaga mu to, że sam miał kiepski wynik. Z drugiego miejsca zdobył tylko ponad 17 tys. głosów. Przeskoczył go nawet startujący z czwórki odwieczny rywal poseł Waldy Dzikowski (19 tys.).

Kampania, pieniądze, lista – nic się nie zgadzało

Niezadowolenie rośnie. Działacze chcą nie tylko odejścia Schetyny, ale też Grupińskiego. Tuż po wyborach w partyjnych grupach Platformy na Facebooku wrzało. Lista była źle skonstruowana – pisali działacze.

„Gdyby jedynkę mieli Sterczewski lub Szłapka, wynik byłby lepszy”, „Tylko oni dali nam nowe głosy, reszta to kanibalizm” – to niektóre z komentarzy. „Wygrali polityczni celebryci i nieroby” – stwierdziła żona Szymona Ziółkowskiego, który stracił mandat.

Do tego dochodzi kiepska kampania. I pieniądze. Działacze PO są wściekli, bo choć Joanna Jaśkowiak miała największe finansowe limity na kampanię, to jej kampania była najmniej widoczna. W dodatku Jaśkowiak i Grupiński mieli najwięcej pieniędzy, a reszta musiała radzić sobie inaczej.

Prezydent Jacek Jaśkowiak na wojnie. O co mu chodzi?

W tym wszystkim prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak walczy na dwóch frontach.

Broni Schetyny i krytykuje tych, którzy chcą go rozliczać. „Gdyby nie jego determinacja w dążeniu do wspólnej listy opozycji, PiS zdobyłby również Senat. Przeforsował otwarcie naszych list na osoby spoza partii” – pisał tuż po wyborach.

To jednak głos tych, którzy w Poznaniu są dziś w mniejszości. – To, że te wybory – pod względem wyniku, ale też organizacyjnym – skończyły się klapą, jest dla mnie oczywiste. Każdy, kto myśli, musi wyciągnąć taki wniosek. Jaśkowiak się kompromituje – mówi nam polityk PO.

Prezydent broni Schetyny, bo jest blisko szefa PO. To u niego „wychodził” jedynkę dla swojej byłej żony. Musi stać murem za Schetyną, ale też bronić wyniku całej listy, na której kształt miał wpływ. Jakby na potwierdzenie tych słów mówi „Wyborczej”: – Wynik listy KO w Poznaniu oceniam bardzo dobrze. Liderka zrobiła jeden z najlepszych wyników wśród wszystkich kandydatów KO w Polsce.

Jednocześnie Jaśkowiak grilluje Grupińskiego, swojego politycznego ojca. Od miesięcy obaj są w konflikcie. W PO mówią, że prezydent zerwał się ze smyczy. Jaśkowiak uderza w Grupińskiego, bo daje mu do tego pretekst słaby wynik posła. W piątek krytykował go w telewizji WTK. Grupiński odpowiedział: – Nie rozważam odejścia.

– Startując z dwójki, powinien uzyskać wynik między 52 a 67 tys. głosów. Efekt jest kilka razy gorszy, prześcignęło go trzech kandydatów z dalszych miejsc – mówi „Wyborczej” Jaśkowiak. A pytany o przyszłość Grupińskiego dodaje: – Powinien zadać sobie pytanie, dlaczego z wyborów na wybory uzyskuje coraz gorsze wyniki. Analizie powinien zostać poddany wynik KO w Wielkopolsce. Rafał Grupiński jest za niego odpowiedzialny. Powinien wiedzieć, na ile wywiązał się ze swojego zadania jako lider i co należy zrobić, by ten wynik poprawić. Kolejne pytanie, na które musi sobie odpowiedzieć, to dlaczego kandydaci PO wypadli tak słabo.

Kto zastąpi Rafała Grupińskiego?

Rafał Grupiński rządzi PO od 2010 roku. Czy straci stanowisko? To dziś powszechne oczekiwanie. Czy na rzecz Jaśkowiaka? Możliwe. Ale powalczyć o fotel szefa PO może też kaliski poseł Mariusz Witczak, szara eminencja partii w regionie, skarbnik PO i stronnik Schetyny.

Wszystko zależy od tego, czy Schetyna zachowa stanowisko. Jego przeciwnicy myślą już o swoim kandydacie na szefa wielkopolskiej PO.

Wybory szefa regionu mogą odbyć się w styczniu, razem z krajowymi. O ich terminie zdecyduje rada krajowa.

Zbuki Kuchcińskiego

6 Sier

Podczas wczorajszej komedii, szeroko nazywanej oświadczeniem marszałka Marka Kuchcińskiego, zapowiedziano publikację wykazu lotów. Późnym wieczorem na stronach Sejmu dumnie umieszczono listę 85 połączeń z datami, przebytą trasą, celem podróży i liczbą pasażerów. Wykaz zawiera informacje o podróżach marszałka od marca 2016 r. do lipca 2019 r. Farsa jaka się odbyła na naszych oczach miała prawdopodobnie w zamyśle zamknąć sprawę, bo Kuchciński zadeklarował nawet wpłatę 28 tys. na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych, która ma pokryć jeden z jego lotów. Zapewnienia o ciężkiej pracy i urwaniu głowy jakie ma marszałek z konsultowaniem w terenie przyjmowanych ustaw, miały dopełnić obrazu praktycznie nieskazitelnego polityka.

Miało być pięknie i cudownie, wszyscy rozeszli się do domów, a Marek Kuchciński udał się do prorządowej TVP, gdzie zapewniał o swojej boskości. Komentatorzy w studiu pletli o ataku na marszałka kochanego i opozycji, która nie ma nic ciekawszego do roboty tylko patrzy władzy na ręce. Sęk w tym, że dziennikarze zaczęli się przyglądać sejmowej publikacji i cała idylla oraz przeświadczenie o załatwieniu sprawy za kilka godzin pryśnie i pojawi się jeszcze więcej pytań.

W nocy na stronach Rzeczpospolitej ukazał się szczątkowy i pobieżny opis tego co opublikowano. Zapewne głębsza analiza znajdzie swoje ujście w ciągu dnia, jednak nawet powierzchowne porównanie publikacji z tym co otrzymali posłowie Platformy Obywatelskiej, sprawia po prostu wrażenie jednego wielkiego kantowania opinii publicznej. Nie powinno to generalnie dziwić ponieważ Centrum Informacyjne Sejmu już kilka razu dało próbkę swoich możliwości, ogłaszając wszem i wobec, że np. nie było żadnych lotów. Było ich 6, następnie 23, media i opozycja ujawniły ponad sto i tak to się kręci od ponad ponad tygodnia wokół kłamstw i kłamstewek.

Nałożenie na siebie dokumentacji z bazy Lotnictwa Transportowego pozyskanej przez posłów PO, z zamieszczonym na stronach Sejmu wykazem lotów okazuje się w wielu miejscach nieprawdziwe. Rzeczpospolita podaje kilka przykładów rozbieżności, a to jeden z nich – “31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż w cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek” – czytamy. To się chyba samo komentuje.

Albo w dokumentach jest olbrzymi bałagan, albo były sztukowane na ostatnią chwilę, byleby cokolwiek pokazać po wczorajszych doniesieniach o niszczeniu dokumentacji.Nieubłaganie kończy się skala kompromitacji marszałka i Centrum Informacyjnego Sejmu, ale w innych sprawach jest widoczny postęp. Na konferencji marszałka nie było straszenia pozwami, więc demokracja kwitnie, a Polska jest nadal wyspą wolności.

Zamiast obiecanych dokumentów o lotach – opracowanie. Naciągane, w wielu miejscach nieprawdziwe.

Szczegółowy wykaz lotów za cztery lata jaki w poniedziałek wieczorem opublikowały służby marszałka zawiera zaledwie 85 służbowych lotów, choć posłowie PO wykazali, że w ciągu zaledwie ostatnich 16 miesięcy było ich ponad sto i to tylko na trasie do Rzeszowa lub Huwnik, gdzie Kuchciński ma ziemię. Część wylotów w ogóle  nie pokrywa się z listą jaką z Bazie Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO.

70 lotów między Rzeszowem a stolicą. Sejm opublikował wykaz lotów marszałka

Centrum Informacyjne Sejmu wieczorem, zgodnie z obietnicą opublikowało „Wykaz krajowych podróży służbowych drogą powietrzną Marszałka Sejmu w czasie VIII kadencji”. Andrzej Grzegrzółka, szef Centrum Informacyjnego Sejmu przed poniedziałkowym wystąpieniem marszałka Kuchcińskiego zapewnił, że na stronie internetowej zostaną opublikowane „kompletne szczegółowe informacje” o wszystkich lotach od 12 listopada 2015 r. Co zobaczyliśmy?

Zamiast twardych dowodów poznaliśmy opracowany przez służby marszałka wykaz oficjalnych imprez, w których… daty nie zgadzają się z terminami jego wylotów a wiele imprez jest naciąganych. Poza tym brakuje w nich imiennych list pasażerów – dowiadujemy się jedynie ile osób leciało z marszałkiem na pokładzie. Kto? Kancelaria Sejmu już nie ujawnia.

Seria półprawd o lotach marszałka Kuchcińskiego

Tabelka z wymienionymi oficjalnymi spotkaniami marszałka ma potwierdzać, że 85 lotów na Podkarpacie to „misje oficjalne”, które uzasadniają przelot wojskowymi samolotami. W wielu z nich nie tylko nie zgadza się data imprezy z datą wylotu. Część po prostu w ogóle nie wiąże się z miejscem do którego leciał marszałek z rzekomo oficjalną wizytą.

Np. 31 maja ub.r. Kuchciński przyleciał z Warszawy do Rzeszowa – w sumie aż cztery osoby. Jak uzasadniono cel? Czytamy, że 29 maja odbyła się oficjalna wizyta Marszałka Sejmu w Szwecji, potem spotkania w Sejmie i rozmowy międzynarodowe m.in. z Przewodniczącym Parlamentu Republiki Czeskiej. Nie ma ani słowa o tym, że spotkania te miały miejsce na Podkarpaciu do którego przyleciał marszałek.

Komentarz Tomasza Krzyżaka: Jak kłamstwo łasi się do prawdy

W punkcie 14 na liście, z datą 14 lipca 2018 r. przy locie z Warszawy do Rzeszowa są wpisane aż 3 imprezy… przed tą datą: 12 lipca III Szczyt Przewodniczących Parlamentów Państw Europy Środkowej i Wschodniej i 13 lipca Zgromadzenie Narodowe z okazji 550-lecia Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej na Zamku Królewskim w Warszawie. Po co więc marszałek leciał do Rzeszowa? 14 lipca na Podkarpaciu wpisano spotkanie w samorządowcami – „narada robocza na temat możliwości dofinansowania remontu kolei krzesełkowej przy stoku narciarskim”. Takich spotkań z anonimowymi samorządowcami z Podkarpacia jest wiele na tej liście.

Zabawnie brzmią zapewnienia o celach służbowych podróżach (głównie śmigłowcem) do Huwnik na Podkarpaciu, gdzie Kuchciński ma ziemię. Np. 13 sierpnia 2018 r. celem marszałka miał być „Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej z udziałem Przewodniczącego KEP Abp. Stanisława Gądeckiego, spotkania w sprawie poparcia wniosków o uzyskanie środków na renowację kompleksu w Kalwarii”.

Co Kaczyński mówił o lotach Tuska do Sopotu w 2011 roku?

Podobnie wątpliwie brzmi wylot 15 czerwca 2018 r. – marszałek wziął wtedy udział w rodzinnym ślubie na Podkarpaciu. Zamiast tego wpisano „spotkanie z prezydentem Przemyśla oraz narada robocza z samorządowcami na temat rozpoczęcia starań o ustanowienie Przemyśla oraz Twierdzy Przemyśl pomnikami historii, rozmowy o podjęciu starań o włączenie szefów parlamentów Europy Środkowej do tej inicjatywy oraz objęcie przedsięwzięcia patronatem, propozycja utworzenia trasy turystycznej fortami I wojny światowej”. Jeszcze zabawniej brzmi informacja, że 15 czerwca doszło do „spotkania w Przemyślu” i „rozmów o trudnej sytuacji Szpitala Wojewódzkiego”. Kto z kim, a może przy weselnym stoliku? Nie wiadomo.

2 listopada marszałek, w trybie pilnym zleca przelot HEAD z Warszawy do Rzeszowa z trzema osobami na pokładzie – w wykazie Kancelarii Sejmu takich osób jest już cztery. Oficjalny cel? „Spotkania środowiskowe w powiecie przemyskim” – podaje CIS.

Kuchciński: Dymisja? Nie widzę podstaw. Wola Sejmu jest wolą narodu

Są i wpadki poważniejsze. Np. w wykazie dokumentów jakie z Bazy Lotnictwa Transportowego pozyskali posłowie PO-KO 22 grudnia był lot marszałka z Warszawy do Rzeszowa odrzutowcem G550 z trzema osobami na pokładzie. Ale na liście ujawnionej przez CIS nie ma w ogóle takiego kursu.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii – mówi prof. Marek Migalski, politolog. I dodaje: – To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.

MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

TE PRZEPROSINY POKAZUJĄ, ŻE MARSZAŁEK NIC NIE ZROZUMIAŁ I NIE CHCE PRZYJĄĆ DO WIADOMOŚCI, ŻE JEGO ZACHOWANIE JEST BULWERSUJĄCE.

Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.

SZCZEGÓLNIE DLA EKIPY, KTÓRA GŁOSIŁA SANACJĘ OBYCZAJÓW PUBLICZNYCH, KTÓRA OSKARŻAŁA PO O JEDZENIE OŚMIORNICZEK I NADUŻYWANIE WŁADZY.

To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że

TA SPRAWA MOŻE BYĆ ISTOTNIEJSZA, NIŻ WSZYSCY MYŚLĄ.

Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.

To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.

TYMCZASEM MOŻE OKAZAĆ SIĘ, ŻE WŁAŚNIE TAKA „PIERDOŁA” PRZEŁOŻY SIĘ NA EMOCJE WYBORCÓW.

I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.

DLA WYBORCÓW MILIARDY NA BUDOWĘ CENTRALNEGO PORTU LOTNICZEGO NIE DZIAŁAJĄ TAK DOBRZE JAK LOTY MARSZAŁKA.

Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że

POŁOWA PLAŻOWICZÓW POWIEDZIAŁABY COŚ NIECENZURALNEGO NA TEN TEMAT O PANU MARSZAŁKU.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że

JEŻELI PIS WYGRA JESIENIĄ, TO BĘDZIE ON NA RÓWNI EKSPONOWANYM STANOWISKU.

Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi.

JEŻELI PODJĘLI DECYZJĘ, ŻE “IDĄ NA TWARDO”, TO ŻADNE NOWE REWELACJE TEGO NIE ZMIENIĄ, CHYBA ŻE WYJDĄ JAKIEŚ NOWE SPRAWY POZA KWESTIAMI LOTÓW.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego – mówi mecenas Jacek Dubois. Rozmawiamy o działaniach prokuratury w sprawie Marka Falenty i Geralda Birgfellnera, pytamy też o zmiany w Kodeksie karnym, które wprowadził minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, i o nowe prawo wyborcze. – My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Listy poparcia neo-KRS ciągle nie zostały ujawnione mimo wyroku  Naczelnego Sądu Administracyjnego. To kolejny niebezpieczny precedens?

JACEK DUBOIS: Sami sędziowie muszą być chyba zawstydzeni, skoro nie chcą pokazać twarzy. Zachowanie rządu i przede wszystkim marszałka podchodzi pod kategorię odpowiedzialności karnej. Upublicznienie jest obowiązkiem nałożonym przez NSA.

Co grozi za niewykonanie wyroku?
Mamy tu dwa elementy: kwestie odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej, ponieważ niedopełnienie obowiązku przez urzędnika państwowego wypełnia znamiona art. 231 KK, zatem ta sprawa powinna być zbadana z punktu widzenia odpowiedzialności karnej.

Na ile to jest niebezpieczne z punktu widzenia istnienia państwa?
Proszę pamiętać, że

WŁADZA PRZESTAŁA WYKONYWAĆ SWOJE OBOWIĄZKI OD 2016 ROKU, KIEDY PREMIER BEATA SZYDŁO NIE OPUBLIKOWAŁA WYROKU TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO. PRECEDENS POWSTAŁ JUŻ WTEDY.

Jednocześnie powstała sytuacja, kiedy prokuratura przestała wykonywać swoje obowiązki, czyli pociągać do odpowiedzialności urzędników związanych z klasą rządzącą, którzy naruszają prawo. To, co dzieje się teraz w związku z listami poparcia do KRS, to tylko potwierdzenie, że powstała grupa osób, której prawo nie dotyczy. Po drugie, że pewne przepisy stają się martwe, bo interes klasy rządzącej jest ponad obowiązującymi przepisami, a prawo zaczyna być stosowane tylko, gdy dla rządzących jest to wygodne. Oceniam to jako powrót do czasów mojej młodości, bo widzę tę samą metodologię działania, która była w czasach komunistycznych.

Co jest w tych listach, że władza tak bardzo broni się przed ich opublikowaniem?
Możemy zakładać, że z listami jest coś nie w porządku. Być może osoby, które podjęły decyzję, aby złożyć swój podpis, teraz się tego wstydzą. Wiemy już, że niektórzy kandydaci popierali sami siebie, i to już stawia te wybory bardziej w kategorii komedii, niż rzeczywistej rekrutacji do jednego z najważniejszych organów wymiaru sprawiedliwości.

JEŻELI KANDYDACI SAMI SOBIE UDZIELAJĄ POPARCIA, TO MAMY TU SURREALIZM, KTÓRY RACZEJ POWINIEN MALOWAĆ DALI LUB OPISYWAĆ KTÓRYŚ Z SURREALISTÓW FRANCUSKICH.

Obecna władza nie potrafi przestrzegać nawet stworzonych pod siebie przepisów. To himalaje absurdu?
Kwestię legalności neo-KRS rozsądzi TSUE i jestem głęboko przekonany, że te wszystkie kwestie, które były podnoszone przez prawników przez ostatnie lata znajdą odzwierciedlenie w orzeczeniu, które wykaże nielegalność tego organu.

Prokuratura uznała, że nie będzie przesłuchiwać Marka Falenty w sprawie listu do prezydenta, w których szantażuje głowę państwa. Co gorsza, wydaje się, że już na nikim to nawet nie robi wrażenia, a prokuratura robi, co chce.
Na pewno nie można się przyzwyczajać do zła, tylko trzeba za każdym razem wykazywać, gdzie naruszono prawo i władza funkcjonuje w sposób nieprawidłowy.

Pan Marek Falenta został skazany w jednej z największych afer uderzających w demokratyczny rząd, która doprowadziła poniekąd do obalenia demokratycznego rządu. Marek Falenta w trakcie procesu wykazywał lojalność wobec swoich mocodawców, to spowodowało, że postępowanie w dalszym zakresie zostało umorzone, ponieważ brak było jakichkolwiek dowodów wskazujących na udział innych osób. W tej chwili pan Falenta zdecydował się mówić, co oznacza, że pojawiły się nowe informacje, nowe dowody. To, czy pan Falenta jest wiarygodny, powinno się ustalić po przesłuchaniu jego i osób przez niego wskazanych. Sytuacja która nastąpiła – ten dowód został zlekceważony – jest tylko potwierdzeniem, że

POWSTAŁ KLOSZ, POD KTÓRYM PROKURATURA CHRONI OSOBY Z KLASY RZĄDZĄCEJ I NIEZALEŻNIE OD FAKTÓW, DOWODÓW I TEGO, CO SIĘ DZIEJE, PRAWO PRZESTAŁO OBOWIĄZYWAĆ RZĄDZĄCYCH.

Marka Falenty prokuratura nie chce przesłuchać, Jarosława Kaczyńskiego też nie chce, a Geralda Birgfellnera przesłuchiwała wielokrotnie. Co się dzieje w sprawie “dwóch wież”?
Pani prokurator prowadząca sprawę awansowała, co oznacza, że niewywiązywanie się ze swoich obowiązków w tej sprawie wiąże się z korzyściami osobistymi. Po drugie, prokuratura przegrała wszystkie potyczki sądowe z pełnomocnikami Birgfellnera. Wszystkie postanowienia ukarania grzywną pana Birgfellnera, które nakładała prokuratura, były uchylane przez sąd. To oznacza, że wykazaliśmy, że prokuratura działa w tej sprawie w sposób bezprawny. Natomiast nie jesteśmy w stanie zmusić prokuratury środkami prawnymi do działania. Moim zdaniem oznacza to, że prawo jest w tym zakresie skonstruowane w sposób wadliwy. Sądzę również, że będzie to przesłanka do ustawodawcy w przyszłości, aby w większym stopniu działania prokuratury, która nie wykonuje swoich obowiązków, były poddane kontroli sądowej.

WARTO SIĘ ZASTANOWIĆ, CZY NIE POWINNY POWSTAĆ MECHANIZMY, KTÓRE POZWOLIŁYBY ZMUSIĆ PROKURATORÓW DO WYKONYWANIA SWOICH OBOWIĄZKÓW.

Obecnie pan Birgfellner będzie przesłuchiwany w Wiedniu, w drodze prawnej, po raz siódmy. Jestem bardzo ciekaw pytań pani prokurator, które padną, bo do tej pory niczym w kołowrotku powtarzane były te same. Działanie prokuratury jest tu dla mnie jasne; ma doprowadzić do tego, aby przed wyborami nic się nie stało w tej sprawie, żeby w jakiś sposób skompromitować pana Birgfellnera, i podejrzewam, że w przypadku wygrania wyborów przez PiS prokuratura już jasno odmówi wszczęcia postępowania.

Co wtedy?
Na każdą decyzję prokuratury przysługuje zażalenie do sądu i oczywiście jeżeli tak się stanie, to będziemy to skarżyć.

JEŻELI PROKURATURA W OBECNYM KSZTAŁCIE NIE ZACZNIE PRACOWAĆ, TO PODEJRZEWAM, ŻE KIEDYŚ W PRZYSZŁOŚCI, KIEDY ZASADY DEMOKRATYCZNE ZNÓW ZACZNĄ OBOWIĄZYWAĆ, TA SPRAWA WRÓCI.

Sejm zmienił zasady wyborcze. Teraz o legalności wyborów będzie orzekać niekonstytucyjna, wybrana przez obecną władzę Izba Dyscyplinarna. Trochę straszno?
Bardziej śmieszno, bo Izba Dyscyplinarna jest kolejnym tworem, którego legalność jest kwestionowana przez instytucje unijne. W momencie, gdy ID będzie stwierdzać legalność wyborów, a okaże się, że sama jest tworem nielegalnym, to znajdziemy się w kolejnym „pasztecie prawnym”. Ja traktuję to już jednak bardziej w kategoriach humorystycznych. Dla mnie większym problemem jest kwestia nowych kodyfikacji prawa karnego, które zostały rozszerzone. Moim zdaniem zaczynamy się znajdować w sytuacji, kiedy Polska zaczyna wypowiadać konwencję praw człowieka. O wielu sprawach zaczyna decydować nie sąd, a prokurator. To oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją, kiedy odchodzimy od największego osiągnięcia współczesnej cywilizacji, czyli praw człowieka i praw wolności. To jest zagrożenie naszego istnienia cywilizacyjnego.

Smutna puenta.
Bo myślę, że

DOCHODZIMY DO SYTUACJI, KIEDY PRZESTANIEMY BYĆ AKCEPTOWANI.

Każdy kraj może wprowadzać pewien indywidualizm, ale jeśli zaprzecza się całemu dorobkowi myśli intelektualnej Europy, to przestaje się być w tym środowisku akceptowanym. W pewnym momencie zostaniemy, jako wyborcy, postawieni pod ścianą, czy chcemy tworzyć plemię, które będzie odosobnione, które kieruje się własnymi prawami, daleko od osiągnięć współczesności, czy chcemy być Europejczykami. Jeżeli chcemy, to nie jesteśmy w stanie połączyć tego z władzą, która staje się władzą plemienną, bojącą się zetknięcia z problemami. Nasza władza to kult harcerski, który uprawia zadowolony z siebie prezydent i premier, która jednocześnie odchodzi od większych pytań współczesności; o klimat, ekonomię, przyszłość, o zagrożenia, pytania z zakresu sztucznej inteligencji. My zajmujemy się śpiewaniem piosenek harcerskich, budowaniem totemów i odszukiwaniem demonów przeszłości, a intelektualny pociąg, w którym Europa zajmuje się innymi problemami, odjeżdża.

Portal ciekaweliczby.pl zestawia budżetowe wydatki na Kancelarię Premiera rządu Platformy Obywatelskiej wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym z obecnym rządem Prawa i Sprawiedliwości.

Szydło w ruinie. Z życia pasqud 21

16 Lip

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i rzucili jak zeschłą słomę na żer bezczelnych szyderców. Oj, nie zabraknie ich teraz! Będą uważać, że brak Pani sukcesu źle wróży negocjacjom w sprawach budżetu. Ale cóż tam budżet na drogi, gdy dziś opłakujemy zamach na wzrost Pani budżetu!” – proponuje Giertych.

Cały wpis >>>

Jak zwykle, ma też „radę” dla Szydło: – „Głowa do góry! Do trzech razy sztuka. Przy następnym głosowaniu proszę po prostu spróbować ich od serca, osobiście przekonać. Najlepiej wystąpieniem bezpośrednim, bez udziału tłumaczy, którzy głębię Pani myśli mogliby przekręcić i wypaczyć”.

Do kolejnego „sukcesu” byłej polskiej premier odniósł się także mec. Jacek Dubois. – „Wygląda na to, że Beata Szydło jest jedną z najdroższych kobiet współczesnej Polski. Najpierw ponosiliśmy koszty rozbitych przez jej ochronę limuzyn, potem rozdawanych przez nią nagród. Obecnie przegrywając z samą sobą tym razem z jeszcze gorszym wynikiem kolejne głosowanie na szefową komisji zatrudnienia i spraw społecznych PE naraziła na straty wizerunkowe samego Prezesa, który w jej sprawie rozmawiał osobiście z Niemcem i wyszło mu tak jak zazwyczaj” – napisał Dubois na Facebooku.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Morawiecki, certyfikowany kłamca, w sprawie odzyskania tupolewa, w której nic nie zrobił

9 Maj

Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie – ocenia prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków – mówi o zatrzymaniu Elżbiety Podleśnej

JUSTYNA KOĆ: Czy zatrzymanie nad ranem Elżbiety Podleśnej za rozwieszenie plakatów z wizerunkiem Matki Boskiej z aureolą w kolorach tęczy nie jest nadgorliwością władzy?

JADWIGA STANISZKIS: To było absurdalne. Sama byłam niejeden raz aresztowana o 6 rano w czasach komuny i wiem, co się wtedy czuje. Nie widzę żadnej złej woli w tej tęczowej aureoli Matki Boskiej, nie widzę tu też profanacji. Dla mnie wyobrażenie takiej aureoli może nie jest do końca prawidłowe, ale oddaje na pewno silne uczucia. To zostało na wyrost skojarzone z seksualnymi odmiennościami jako symbol homoseksualizmu i LGBT, ale dla mnie to jest absurdalne.

Część osób z obozu władzy tłumaczy, że zostały obrażone ich uczucia religijne.
Ja tego nie rozumiem, może dlatego, że jestem bardziej odporna, bo mam swoje lata, przeżyłam komunizm i

trudno poczuć mi się wewnętrznie obrażoną przez coś takiego. Pewnie też dlatego, że sama wielokrotnie byłam obrażana.

Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków.

Czy ta nadgorliwość policji i szefa MSWiA może być pokłosiem wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że „kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę”?
Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie.

On ciągle żyje w przekonaniu, że śmierć jego brata była czyjąś winą. To bardzo niebezpieczne, gdy osoba z kręgów władzy żyje w takim przeświadczeniu, bo to potem rodzi takie absurdalne słowa i zachowania.

Jak ocenia pani wystąpienie Donalda Tuska na UW?
Nie słuchałam go w całości, ale z tego, co widziałam na początku, to wystąpienie nie było uniwersyteckim wykładem. Sama pracowałam na UW i uważam, że wystąpienia w Auditorium Maximum powinny być raczej naukowe. Osobiście nie spodziewałam się, że ogłosi swój start w wyborach prezydenckich, chociaż myślę, że w nich wystartuje.

Jak ocenia pani słowa Jarosława Kaczyńskiego o reparacjach wojennych od Niemiec? To powrót do ostrej kampanijnej retoryki?
Nie wiem, jak to wygląda ze strony prawnej, czy w ogóle ubieganie się o takie reparacje byłoby możliwe. Oczywiście jest to szukanie na oślep jakichś argumentów, które miałyby sprzyjać kolejnemu zwycięstwu PiS-u.

Prawdą jest, że Polska była kompletnie zniszczona po wojnie. Ja pamiętam tamte czasy, bo urodziłam się w 1942 roku. Po wojnie zamieszkaliśmy w Gdańsku i pamiętam to morze ruin, natomiast nie wiem, czy w tym momencie sięganie po takie argumenty jest właściwe. Rozumiem, że

w kampanii wyborczej partie odwołują się do różnych spraw, a czasem próbują grać na najniższych instynktach.

To świadczy o tym, że kampania weszła w decydującą fazę?
Myślę, że ta kampania i wybory majowe to taka próba generalna, ale oczywiście widać ten moment wtłaczania argumentów wspierających własną stronę. Dla mnie to już jest męczące, bo w dużej części to powtarzanie starych banałów. Tymczasem sytuacja globalna jest tak skomplikowana, podobnie jak sytuacja Polski, że dobrze by było, gdyby w kampanii mówiono innym językiem i o innych sprawach.

Te ogromne środki, które przez rząd są rozdawane i wydawane, powinny zostać przeniesione na edukację i inwestycje, żeby tworzyć nowe miejsca pracy w nowych technologiach, podnieść poziom społeczeństwa. Tymczasem mamy powtórkę z tego, co już było, a kampanią rządzą indywidualne ambicje. Ci, którzy już są na stanowiskach, mówią o pieniądzach, które zarabia się w Parlamencie Europejskim, zamiast o sprawach, które są istotne. Dla mnie to żenujące.

Za nami kolejny dzień matur. Decyzja o zawieszeniu strajku przez nauczycieli była słuszna?
Myślę, że ze względu na uczniów i maturę to była dobra decyzja. Inaczej uczniowie straciliby cały rok. Moim zdaniem nauczyciele są jednym z najbardziej odpowiedzialnych środowisk i zawodów i pokazali, że rozumieją interesy swoich uczniów, a także, że są gotowi je realizować nawet kosztem własnych potrzeb.

Co do postawy rządu Morawieckiego, to uważam ją po prostu za nieprzyzwoitą.

Rząd PiS-u przy ich pięknych hasłach wyborczych i jednocześnie brutalnej polityce, którą prowadzi wobec takich środowisk jak nauczycielskie, jest nie do przyjęcia. A pamiętajmy, że to przecież nie tylko nauczyciele zostali w ten sposób potraktowani. Przyznam, że już nie mam siły angażować się w kolejną walkę, ale to, co się dzieje, jest poniżej jakiejkolwiek normy.

Sama brałam udział w strajku w Stoczni i pamiętam, jak to wyglądało, pamiętam też strach i poczucie zagrożenia, ryzyka w imię wolności i godności. Myślę, że ludzie nie rozumieją do końca, o co chodzi nauczycielom, i myślą, że chodzi tylko o kwestie finansowe. Nauczyciele też sami nie wytłumaczyli dokładnie, o co im chodzi w tym strajku, mówiono tylko o podwyżkach, pensum itd., a to błąd. Powinni mówić więcej o poziomie edukacji i w ogóle o kwestii nauczania jako głównej szansy Polski, która jest kluczowa dla przyszłości.

Czy protest, który rozpocznie się na nowo we wrześniu, może być kłopotem dla PiS-u w kontekście jesiennych wyborów? Teraz obeszło się praktycznie bez konsekwencji dla rządzących.
To może być problem, szczególnie jeżeli nauczyciele przedstawią ogólną diagnozę, jakie są perspektywy Polski i jak ważna jest edukacja. Także jak ciężka jest ich praca, bo przecież lekcje to jedno, a przygotowywanie się w domu do nich to drugie tyle.

To też jest rola mediów, które sprowadziły w dużej mierze ten strajk do kwestii płacowych.

Szczególnie w mediach publicznych nauczyciele byli przedstawiani jako nieroby, którzy mają dwa miesiące wakacji.
Ja sama, gdy została wyrzucona w 1968 roku z Uniwersytetu, pracowałam przez jakiś czas w liceum pielęgniarskim na warszawskim Solcu nad Wisłą i pamiętam, że był to nawet większy wysiłek, niż wyspecjalizowane wykłady na wydziale socjologii, gdzie wcześniej pracowałam. Praca nauczyciela jest naprawdę bardzo ciężka i ludzie tego nie doceniają.

„Wszyscy pójdziecie do pierdla” – tymi słowami artysta zwrócił się do kilkunastotysięcznej widowni festiwalowej zapowiadając swój utwór. „Ja go zanucę, a Wy go zaśpiewajcie” – powiedział artysta.

Kilkanaście tysięcy gardeł poniosło pieśń żwawo, rześko i melodyjnie. Był rok 1993, festiwal w Jarocinie, artystą był Paweł Kukiz wówczas z zespołem Piersi, a utwór nosił tytuł „ZChN zbliża się”. Wstęp Pawła nie był od czapy, tylko miał swój sens. Otóż Paweł wraz ze swoim zespołem otrzymał zakaz wykonywania publicznie tego utworu. Wystąpili z tym do sądu Posłowie ZChN – i taki wyrok zapadł. Kuriozalny dla mnie i dla wielu artystów. Zapachniało powrotem cenzury. Nikt nie wiedział, czym to się może w tamtym czasie skończyć. Zespół pozwalał więc sobie na takie wybiegi, a nawet szedł dalej i w moim programie „Róbta, co chceta” o tym zakazie mówił przebrany w stroje pożyczone z zakładu karnego.

Dla młodych czytelników wyjaśnienie – ZChN to skrót nazwy partii – Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, a piosenka, mówiąc najkrócej, opowiada o przygodach księdza proboszcza objeżdżającego swoich wiernych po kolędzie. Śpiewana była na melodię tradycyjnej pieśni kościelnej i istotnie, publiczność nie miała trudności aby ją zanucić, a tym bardziej zaśpiewać. W tamtym czasie piosenka była mega popularna, czego dowodem było wykonanie przez publiczność w Jarocinie. Nie był to jedyny przypadek, kiedy posłowie partii ZChN publicznie, czyli na sali Sejmu RP, podejmowali temat cenzurowania dokonań artystów, którzy – jak wiemy – w systemie demokratycznym i wolnościowym uwielbiają wszelkiego rodzaju prowokacje i wyzwania. Ze swojej natury chcą pobudzać, budzić emocje, a czasem chcą gorszyć, prowokować, bulwersować, a granica między profanacją a obrazą bywa bardzo cienka. Istotą takiej sztuki jest to, że jest to artysta i jego dzieło, którego odbiór to nasza wolna wola – możemy nie brać go pod uwagę, nie oglądać, nie korzystać z tego przekazu. Można zamknąć książkę, wyłączyć telewizor, nie iść do kina, nie patrzeć, nie słuchać.

Dzieło Pani Elżbiety Podleśnej, czyli nadrukowany na kartce papieru wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w formie kolorowej tęczy, jest fantastycznym przykładem przekazu artystycznego. Jest to dalszy ciąg podobnych dzieł, jakie powstawały na przestrzeni wieków, motywowanych treściami religijnymi. Zachwycająca tęcza w „Sądzie Ostatecznym” Memlinga była dla mnie, urodzonego w Gdańsku i oglądającego ten obraz w Kościele Mariackim, nieprawdopodobnym przeżyciem. Sama istota tęczy, którą od dziecka kojarzę ze słodyczami i najpiękniejszymi ilustracjami z dziecinnych lektur, to absolutna doskonałość, której zasad uczyli mnie moi nauczyciele wychowania plastycznego w szkole podstawowej.

Z jakim zdziwieniem wiele, wiele lat temu zauważyłem, że znana mojemu pokoleniu, a założona jeszcze przed wojną, Spółdzielnia Spożywców Społem jako swój znak firmowy ma kolory tęczy! Wizerunek Matki Boskiej z tęczą, w którym to wizerunku artysta nie dodał żadnej nazwy, żadnego znaku, żadnej dodatkowej legendy, jak to czytać i interpretować, jest esencją kultury sztuki, która otwiera nam nieprawdopodobną ilość ścieżek dla własnego rozumienia przekazu. Obraz „Jan Sobieski pod Wiedniem” Jana Matejki znajdujący się w Muzeum Watykańskim czytamy i jednoznacznie, i jednokierunkowo. Nota bene – tu także występuje tęcza! Od lewa do prawa. Najlepsze dzieła to te, które nie próbują stawiać kropki nad „i”. I z takim dziełem mamy tu do czynienia. Dziełem, które – moim zdaniem – także pozwala na interpretacje związane z mówieniem o obrazie katolicyzmu. Dla mnie dzieło to mówi o nieskończonej miłości do Świata Bożego, który roztacza się pod naszym niebem.

Za to z pewnością to dzieło Elżbiety Podleśnej nie może być wytłumaczeniem do pukania do drzwi artysty o 6 rano, aby zabrać na przesłuchanie celem postawienia jakichś zarzutów. Nigdy, nigdy, przenigdy takie zdarzenie nie będzie miało żadnego sensowego uzasadnienia, więc abstrahując od oceny artystycznej dzieła, o której w wolnym kraju możemy debatować – nie możemy zgadzać się na takie zachowania polskiej policji. Zwłaszcza my, artyści, twórcy, dziennikarze, bo 6 rano to nie pora, aby w sprawie sztuki budziło nas policyjne pukanie.

Dziękuję wszystkim artystom, którzy wspierają nasze fundacyjne działania. Dziękuję wszystkim artystom, którzy będą z nami na Najpiękniejszym Festiwalu Świata, gdzie sztuka nie ma granic, gdzie w atmosferze dyskusji, tolerancji i wzajemnego poszanowania spotykamy się z ogromną ilością artystycznych przeżyć. Na końcu powodują one, że w naszych sercach rodzi się nie tylko znajomość, ale także przyjaźń do sztuki, która nie musi być akceptowana, ale która musi być wolna!

 

Największy problem z szumem wokół Leszka Jażdżewskiego polega na tym, że on nic szczególnego nie powiedział. Nie była to wypowiedź ani obraźliwa, ani cyniczna, ani oszczercza, ani kłamliwa. A takich jest przecież mnóstwo.

Reakcja na jego mowę pokazuje jak daleko zaszła nasza autocenzura i strach przed wolną myślą, w jak bardzo nienormalnych czasach żyjemy: gdzie zwykła szczerość jest skandalem a uczciwość intelektualna – aktem heroizmu.

Jeszcze rozumiem potępienie Schetyny, który jest politykiem strachliwym i bez wyobraźni (obecnie potwornie boi się utracić kościółkowy PSL) ale zachowanie Moniki Olejnik, która pokornieje przy Bieleniu, zachwyca się Giertychem i atakuje (jak przekupa) Jażdżewskiego – jest absolutnym skandalem. Nie pamiętam jej tak agresywnej przy bonzach PiSu. Może pora by zmieniła stację? W ekipie Kurskiego z pewnością nie musiała by zapraszać młodych intelektualistów…

>>>

W ogóle coś się niedobrego dzieje ze stacją TVN, płynie w kierunku Polsatu a Polsat już się wita z gąską to znaczy z kaczką. Źle się dzieje!.

Eksperci Edukacyjnego Laboratorium Mediów Społecznościowych z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie sporządzili raport o TVP w 2017 r. Przeanalizowali m.in. programy informacyjne z dni 10-16 lutego 2017. Dokument zamówiła Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, za co zapłaciła 79,5 tys. zł – informuje Gazeta Wyborcza i podaje, że przez półtora roku     odmawiała dziennikowi dostępu do tego dokumentu.

Choć to niezgodne z literą prawa, trudno się temu dziwić. Raport, mówi bowiem wręcz: „Kiedy ogląda się telewizję publiczną, można odnieść wrażenie, że Polska to kraj monopartyjny”- ujawnia Gazeta Wyborcza.

„Zbyt jednostronne informacje polityczne i gospodarcze, brak krytycznego podejścia do prezentowanych treści, brak pluralizmu i bezstronności” – to zarzuty wobec „Wiadomości” TVP nadawanych o godz. 19.30.

Naukowcy zwracają uwagę na pojawiające się materiały „o charakterze propagandowym – wychwalające sukcesy rządu”, a także „przewagę setek wypowiedzi dziennikarzy oraz publicystów kojarzonych z opcją rządzącą czy prawicą”.

Jak czytamy w „Wyborczej”, wśród walorów „Wiadomości” wymieniono m.in. aktualne informacje, większość materiałów własnych czy dobre tempo audycji i poprawny język. Oceniając warsztat poszczególnych dziennikarzy zaznaczają, że np. Michał Adamczyk „od czasu do czasu za mocno akcentuje niektóre słowa, szczególnie w materiałach krytykujących opozycję”, a Danuta Holecka używa „pojedynczych zwrotów nacechowanych i wartościujących”

Tak samo źle wypada w raporcie naukowców „Teleexpress”, w którym autorzy dostrzegli „miażdżącą przewagę jednej opcji politycznej – partii rządzącej PiS”.

Kościół kocha swoich pedofilów

16 Mar

  1. Pedofilia nie dotyczy tylko kościoła – tak bronią się polscy biskupi. Oczywiście, zło jest wszędzie. Dlatego Jezus ustanowił Kościół, by oczyszczał świat ze zła. Miał być moralną oczyszczalnią ścieków, a nie producentem dodatkowego gówna.
  2. Kościół to także ułomni ludzie. Owszem, ale tak od 2 tysięcy lat jest prowadzona firma Watykan, że zarządza nią jeden człowiek, nieomylny. Roma locuta…Rzym orzekł sprawa skończona. Nie ma diabelskich związków zawodowych.Benedykt XVI nie dał rady z moralnym szlamem i się wycofał. Co dzieje się w głowie pontyfikowanego jezuity Franciszka nie wiem. Usunął chilijskich hierarchów, polskich też powinien. Może jest bezradny i dlatego mówi o słusznym gniewie bożym wyrażającym się w gniewie ludu. Namawia do buntu? Nie moja broszka, nie mój krzyż. Polskim wiernym robi się wodę z mózgu, święconą.
  3. Credo, wyznanie wiary brzmi: ”Wierzę w Kościół powszechny”. Nie w polski – powszechnie grzeszny i bezwstydny – skoro ilość przypadków pedofilii ciągle w nim rośnie. Czy można szanować instytucję ufundowaną na ofierze, wieczną ofiarę prześladowań, która z łaskawcy zamieniła się w oprawcę dzieci, kobiet ? Po 100 tysiącach spalonych czarownic rozwiał się dym, został niesmak zabobonu. Co za ileś lat powiemy o kościelnych zbrodniarzach ukrywanych przez swoich? Boski i bezkarny Kaczyński powinien zostać polskim biskupem. Gdy skończy się mu immunitet, będzie go krył tutejszy Kościół, w jakiejś średniowiecznej wieży odnowionej za miliony.

Po przedstawieniu przez polski episkopat raportu o pedofilii znany publicysta opublikował w internecie pełen goryczy wpis, który rozprzestrzenia się w zawrotnym tempie. Hołownia z ironią i smutkiem krytykuje postawę moralną polskiego Kościoła wobec problemu pedofilii wśród duchownych.

– Po wczorajszej konferencji Konferencji Episkopatu nie potrzebuję już żadnych innych dowodów na to, że istnieje inteligentne życie na innych planetach. Nasz Episkopat bez wątpienia jest inteligentny, bez wątpienia żyje – i to całkiem nieźle. I bez wątpienia żyje na innej planecie – napisał Szymon Hołownia we wpisie na Facebooku, który w kilka godzin zyskał pond 5 tys. polubień i został rozpowszechniony 1,5 tys. razy.

Koniec cierpliwości dla polskiego episkopatu

Dziennikarz odniósł się do opublikowanego przez Konferencję Episkopatu Polski raportu na temat wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w polskim Kościele. Według ujawnionych statystyk duchownych, którzy dopuścili się molestowania seksualnego, w latach 1990-2018, było 382. Ofiarami miało być natomiast 625 nieletnich, z czego 345 przypadków dotyczyło dzieci poniżej 15. roku życia.

Jednak to nie same liczby zwróciły uwagę Szymona Hołowni, ale to jaką postawę wobec problemu pedofilii przyjmuje polski Kościół.

Wtedy kiedy trzeba mówić jasno, twardo i krótko, pokazać ludzką twarz, choć cień ludzkich emocji, choć promil spontaniczności i odruchu Samarytanina – rzucić wszystko i iść bandażować zranionych, dostajemy wykład nowego-starego (to bardzo trafne określenie) szefa KEP o ogólnie trudnej sytuacji dzieci na świecie (więc co z tego, że my wytropimy zło, jak inni nie wytropią), spiskowe teorie o mrocznych interesach baronów antykoncepcji, o tym, że komuś zależy na „poderwaniu autortetu” i „zaufania do hierarachii”, oraz jakże pożądne w tej właśnie chwili refleksje terminologiczno – historyczne o nazistach i komunistach.

– napisał Hołownia.

Dziennikarz stwierdził również, że widzi „narastający w środowisku zaangażowanych świeckich katolików brak cierpliwości” i ma „dość niańczenia swoich liderów”. Zamiast wiecznego zaciągania u wiernych kredytu zaufania kościelni hierarchowie powinni zdaniem Hołowni dać świadectwo „odwagi, męstwa, mądrości, inspiracji”. Publicysta stwierdził, że polski episkopat „zrobił wszystko” by „ostygła w nim wiara w Kościół”.

Hołownia: laicyzację zrobimy sobie sami

Chociaż we wpisie na Facebooku Hołownia pisze, że „na przekór Episkopatowi” nie straci wiary w Kościół, snuje pesymistyczną dla polskich katolików wizję.

Wspomnicie moje słowa: nie trzeba gejów, wilczych oczu Tuska z Junckerem i Sorosem razem wziętych, kartkówek z masturbacji i islamistycznych kaznodziejów: laicyzację zrobimy sobie sami: Konferencja Episkopatu Polski i my, polscy katolicy.

– napisał dziennikarz.

Na końcu swojego wpisu Hołownia przywołuję słowa papieża Franciszka o „obowiązku słuchania stłumionego krzyku” dzieci, które w duchownych zamiast ojców i przewodników znalazły „oprawców”.

My mamy słuchać krzyku. Mamy krzyczeć po tym, co usłyszymy. Co tu jest za trudne? Co niezrozumiałe? I przez ile jeszcze takie będzie?

– pyta zdesperowany publicysta.

>>>

Kwestia zawiadomienia w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego, który miał doprowadzić Geralda Birgfellnera do niekorzystnego rozporządzenia mieniem skutkującego stratą 1,2 mln euro, jak w soczewce skupia wszystkie patologie, jakie dotknęły polski wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnego obozu politycznego. Śledczy wydają się być całkowicie nie zainteresowani ustaleniem stanu faktycznego i zasadności zawiadomienia, natomiast na każdym kroku widoczne jest dążenie do zniechęcenia Austriaka, by ten sprawę “odpuścił”. Biorąc pod uwagę, że dzieje się to na oczach wszystkich Polaków, którzy dzięki niezależnym od władzy mediom mogą to wszystko na bieżąco śledzić, komunikat ze strony polityków partii rządzącej do obywateli brzmi jasno – nie warto występować przeciwko naszym występkom, gdyż na sprawiedliwość w starciu z tym lub z innym politykiem PiS po prostu nie macie szansy. Zadziwia bezczelność takiego postępowania i tupet poukładanych politycznie prokuratorów.

W sprawie czynności sprawdzających, prowadzonych przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, których czas trwania już dawno przekroczył terminy proceduralne, oświadczenie opublikowali dziś Roman Giertych i Jacek Dubois, pełnomocnicy austriackiego biznesmena. Zatytułowali je znamiennie – Czarna karta polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Normalne działanie urzędu prokuratorskiego, czyli poszukiwanie dowodów na okoliczność popełnionego przestępstwa zostało zamienione w próbę zniechęcania zawiadamiającego do kontynuowania postępowania. Powyższe zachowania sprawiają wrażenie, że prokuratura realizuje sugestie wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego, który jest zainteresowany w przebiegu sprawy, a który uznał, że śledztwo w jego sprawie nie ma sensu i nie powinno być wszczęte – piszą na Facebooku pełnomocnicy Austriaka.

Wyliczają też wszystkie kuriozalne decyzje i działania prokurator Śpiewak, które pokazują rzeczywisty cel obecnych działań śledczych, tj. rozbrojenie politycznej bomby, która mogłaby raz na zawsze zniszczyć mit Jarosława Kaczyńskiego jako polityka “kryształowego”. Lista jest pokaźna:

  • powtarzanie pytań,
  • pytania sugerujące w obronie Jarosława Kaczyńskiego,
  • uchylanie pytań, które miały uściślić udział Jarosława Kaczyńskiego w sprawie tzw. koperty,
  • próba namawiania świadka do zmiany zeznań niekorzystnych dla Jarosława Kaczyńskiego,
  • zastraszanie świadka za pomocą trzech funkcjonariuszy służb skarbowych,
  • przekraczanie terminów określonych w kodeksie postępowania karnego, aby uniemożliwić sądową kontrolę decyzji prokuratorskich,
  • próba przerzucania na pokrzywdzonego kosztów finansowych postępowania,
  • wymyślanie kolejnych pretekstów do przesłuchań,
  • karanie świadka grzywnami za brak obecności na usprawiedliwionych przez niego terminach zeznań

Wszystko po to, by sprawa nie skończyła się zbyt szybko i by wiarygodność Geralda Birgfellnera była możliwie najmniejsza i to już nawet nie przed sądem, a przed polskimi wyborcami.

Studenci prawa w następnych latach będą się na tej podstawie uczyć jak nie powinno się prowadzić postępowań i że polityczne uzależnienie prokuratury kończy się właśnie w ten sposób – konstatują Giertych i Dubois.

Pełnomocnicy austriackiego biznesmena ujawnili jednocześnie, że skoro polski wymiar sprawiedliwości postanowił spektakularnie skapitulować przed prezesem partii rządzącej, uniemożliwiając w zasadzie sądową kontrolę nad działaniem prokuratury, wykorzystają inną dostępną w tej sprawie drogę.

(…) obecnie przystępujemy do przygotowania analogicznego wniosku o ściganie sprawców oszustwa do prokuratury w Austrii. Zgodnie z austriackim prawem jest możliwe ściganie przestępstwa oszustwa popełnionego na szkodę obywateli i podmiotów austriackich popełnionych na terenie innych krajów. Brak wszczęcia postępowania w niniejszej sprawie w Polsce zmusi naszego klienta do skorzystania z tej możliwości. Skoro polska prokuratura zajmuje się obroną osób, których dotyczy zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, to oznacza że w naszym kraju nie ma obecnie organu państwa zdolnego skutecznie wykonywać zadania śledcze w odniesieniu do osób wysoko postawionych w partii rządzącej – napisali w oświadczeniu pełnomocnicy Geralda Birgfellnera.

Tym samym już wkrótce kłopoty lidera PiS mogą stać się kwestią międzynarodową, a sprawa zyska ogólnoświatowy rozgłos akurat w czasie kluczowych dla przyszłości obozu Zjednoczonej Prawicy kampanii wyborczych. Sprawiedliwości stanie się zadość.

Wraz z kolejnymi dziesiątkami godzin przesłuchań pana Geralda Birgfellnera mieliśmy okazję obserwować na własne oczy patologię jaką jest prokuratura poddana pod władzę partii rządzącej.

Powtarzanie pytań, pytania sugerujące w obronie Jarosława Kaczyńskiego, uchylanie pytań, które miały uściślić udział Jarosława Kaczyńskiego w sprawie tzw. koperty, próba namawiania świadka do zmiany zeznań niekorzystnych dla Jarosława Kaczyńskiego, zastraszanie świadka za pomocą trzech funkcjonariuszy służb skarbowych, przekraczanie terminów określonych w kpk, aby uniemożliwić sądową kontrolę decyzji prokuratorskich, próba przerzucania na pokrzywdzonego kosztów finansowych postępowania, wymyślanie kolejnych pretekstów do przesłuchań, karanie świadka grzywnami za brak obecności na usprawiedliwionych przez niego terminach zeznań, to wszystko składa się na jeden obraz: prokuratura zamieniła się w komitet obrony Jarosława Kaczyńskiego.

Normalne działanie urzędu prokuratorskiego, czyli poszukiwanie dowodów na okoliczność popełnionego przestępstwa zostało zamienione w próbę zniechęcania zawiadamiającego do kontynuowania postępowania. Powyższe zachowania sprawiają wrażenie, że prokuratura realizuje sugestie wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego, który jest zainteresowany w przebiegu sprawy, a który uznał, że śledztwo w jego sprawie nie ma sensu i nie powinno być wszczęte. I na wszystkie możliwe sposoby prokuratura próbuje odwrócić rolę w tym postępowaniu tzn. chce karać ofiarę, a wybielać osobę, która wyrządziła pokrzywdzonemu szkodę. Postępowanie prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie z zawiadomienia Geralda Birgfellnera będzie stanowić czarną plamę w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Studenci prawa w następnych latach będą się na tej podstawie uczyć jak nie powinno się prowadzić postępowań i że polityczne uzależnienie prokuratury kończy się właśnie w ten sposób.

Jako pełnomocnicy pokrzywdzonego Geralda Birgfellnera wykorzystamy wszystkie dostępne środki prawne (szczególnie te, które pozwalają na sądową kontrolę decyzji prokuratury), aby doprowadzić do wszczęcia postępowania w tej sprawie. Jednakże już obecnie przystępujemy do przygotowania analogicznego wniosku o ściganie sprawców oszustwa do prokuratury w Austrii. Zgodnie z austriackim prawem jest możliwe ściganie przestępstwa oszustwa popełnionego na szkodę obywateli i podmiotów austriackich popełnionych na terenie innych krajów.

Brak wszczęcia postępowania w niniejszej sprawie w Polsce zmusi naszego klienta do skorzystania z tej możliwości. Skoro polska prokuratura zajmuje się obroną osób, których dotyczy zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, to oznacza że w naszym kraju nie ma obecnie organu państwa zdolnego skutecznie wykonywać zadania śledcze w odniesieniu do osób wysoko postawionych w partii rządzącej.

„Rusza kampania wyborcza, politycy opozycji są ciągani przed prokuratorów – co za zbieg okoliczności. Partia rządząca mimo wydania wielu milionów na działalność tzw. komisji Macierewicza nie udowodniła zamachu smoleńskiego, ale jakieś kozły ofiarne muszą się znaleźć, więc ciągnięte jest śledztwo w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej. Tam, gdzie są nagrania, gdzie są niezapłacone faktury – tam się śledztw nie wszczyna, a tam, gdzie są absurdalne oskarżenia – uruchamia się cały aparat państwa po to, żeby udowodnić coś, czego nie było” – powiedział Radosław Sikorski. Były szef MSZ po raz kolejny został wezwany do Prokuratury Krajowej na przesłuchanie w śledztwie, dotyczącym rzekomej zdrady dyplomatycznej w związku z katastrofa smoleńską.

Sikorski zeznawał już w tej sprawie w maju 2017 r. – „Nie wiem, co moje ponowne przesłuchanie może wnieść nowego. Ja mam taką propozycję: jeśli naprawdę miała miejsce zdrada dyplomatyczna, to uważam, że za takie przestępstwo powinna obowiązywać najsurowsza możliwa kara, ale jeżeli się okaże, że nic takiego nie miało miejsca, to spodziewam się, że do odpowiedzialności będą pociągnięci ci, którzy takie absurdalne doniesienia składają, a to jest też przestępstwo, i ci, którzy latami takie wyimaginowane kwestie ciągną, marnując czas prokuratorów i różnych instytucji” – stwierdził były szef MSZ.

Śledztwo zostało wszczęte po zawiadomieniu Antoniego Macierewicza „o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej przez Donalda Tuska”, który będąc premierem „nie dopełnił ciążących na nim obowiązków w związku z wyjaśnianiem okoliczności katastrofy smoleńskiej”. Ówczesny szef MON zarzucił byłemu premierowi „zdradę dyplomatyczną”.

Ostatnie trzy lata funkcjonowania polskiego Parlamentu pokazały dobitnie, że jego znaczenie w procesie podejmowania decyzji o tym, czy daną ustawę uchwalić, jest dziś iluzoryczne. Nie ma znaczenia, ile pracy poświęciły ministerstwa czy komisje sejmowe podczas prac nad konkretną ustawą – ważne jest jedynie zdanie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który w zasadzie w każdej chwili i “bez żadnego trybu” może zarządzić albo błyskawiczne przyjęcie każdego napisanego na kolanie prawa, albo tak samo arbitralnie wyrzucić dany projekt do kosza. Dziś znów mieliśmy w Sejmie taką sytuację, a sprawa dotyczyła trzeciego czytania rządowej ustawy zmieniającej Ordynacje Podatkową i przy okazji zatwierdzającą nową matrycę stawek VAT, w tym tę podnoszącą stawkę podatku na soki.

Rząd opracował projekt nowej matrycy VAT, by uporządkować sytuację. Do tej pory bowiem niektóre produkty mogły podlegać trzem różnym stawkom. Tak było w przypadku pieczywa czy ciastek, które w zależności od daty przydatności do spożycia mogły być opodatkowane 5-proc., 8-proc. albo 23-proc. stawką VAT. Zmiany już wcześniej nie spodobały się np. producentom soków, nektarów i napojów z owoców i warzyw. Zgodnie z przepisami soki i nektary miałyby być objęte 5-proc. stawką, a napoje z równym lub niższym niż 20-proc. wkładem owocowym – najwyższą stawką. W obronie polskich producentów owoców występowali także posłowie opozycji.

– Naprawdę nie dziwi mnie, że rolnicy wysypują jabłka na ulicach polskich miast – grzmiała posłanka Nowoczesnej Paulina Hennig-Kloska.

Do zmian stawek dziś jednak nie doszło i to za sprawą posłanki Platformy Obywatelskiej. Dorota Niedziela postanowiła najpierw skomentować nieobecność ministra rolnictwa, by potem zwrócić się bezpośrednio do Jarosława Kaczyńskiego, przekonując go, że najwyraźniej nie zauważył, że urzędnicy Ministerstwa Finansów nie powiedzieli mu całej prawdy o nowych zapisach i w efekcie przyjęcia nowej matrycy VAT dojdzie do faktycznego embarga na polskie jabłka.

…) czy pan wie, że pana ministrowie wprowadzają embargo na polskie jabłka. Bo tak to trzeba nazwać. Polski sok, wybitny na skalę europejską – bo posiadający blisko 20 proc. naturalnego wkładu – będzie obarczony przez ministra finansów dodatkowym podatkiem. Będą one droższe i gorzej kupowane – pytała posłanka Niedziela.

Nikt chyba nie spodziewał się, że jej słowa wywołają tak burzliwą reakcję. Prezes Kaczyński zarządził bowiem natychmiastową przerwę, wzywając na dywanik wiceministra finansów Filipa Świtałę, by wytłumaczył mu, czy zarzuty posłanki PO są prawdziwe.

Jego wyjaśnienia najwyraźniej go nie przekonały, bowiem chwilę później szeregowy poseł Kaczyński powiedział “weto” i ustawa rządowa została zdjęta z porządku obrad i jej dalszy los pozostaje nieznany. Komentujący wydarzenia w Sejmie dziennikarze nie mają wątpliwości. PiS zaliczyło kolejną wpadkę legislacyjną, przegrywając z samym sobą.

Co ciekawe, oprócz oczywistej radości posłów opozycji, którzy powstrzymali podwyżkę podatku VAT na niektóre produkty, zadowoleni z decyzji byli także parlamentarzyści obozu władzy. Nie ma to jak odnieść kolejne moralne zwycięstwo.

Zapowiadana przez Kaczyńskiego walka z rzekomą „seksualizacją dzieci” przeobraziła się w obronę pedofilów w sutannach.

Przykrą niespodziankę zgotowali biskupi prezesowi Kaczyńskimu, który atakując w zeszłym tygodniu środowiska LGBT, pokazał, jaka ma być linia kampanii PiS przed tegorocznymi wyborami. Skoro nie da się już Polaków nastraszyć uchodźcami, trzeba sięgnąć po inne strachy. Hasło obrony tradycyjnej rodziny przed zagrażającymi jej „zboczeniami” i walka z rzekomą „seksualizacją dzieci” miały zmobilizować elektorat i skłonić go do głosowania na partię pana prezesa.

I może nawet ten plan choć w części by wypalił, gdyby nie episkopat, który na polecenie papieża zebrał się w czwartek, by omówić problem pedofilii w Kościele. Franciszek chciał, by Kościoły w poszczególnych krajach zaczęły się rozliczać ze swych grzechów i zaniechań i by w ten sposób oczyściły się i odzyskały wiarygodność w oczach wiernych, którzy coraz częściej zaczęli w nich dostrzegać siedlisko patologii i seksualnej przestępczości.

Franciszek chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Polscy hierarchowie dali modelowy pokaz buty, politycznej krótkowzroczności i – nie bójmy się tego powiedzieć wprost – zwykłej ciemnoty. Miast wziąć na warsztat własne przewiny, które sprawiają, że w dziesiątkach polskich miast i miasteczek na płotach kościelnych zawisły w minionych miesiącach dziecięce buciki, w Gdańsku obalono pomnik ks. Jankowskiego, a miliony obywateli tłumnie waliły do kin na „Kler” – biskupi opowiadali androny, że głoszone przez papieża zero tolerancji dla pedofilii to zasada nazistowska i że problemem nie jest pedofilia w Kościele, lecz handel organami oraz „seksualizacja dzieci”. Ta sama rzekoma seksualizacja, z której Kaczyński chce uczynić leitmotiv kampanii wyborczej.

W ten oto sposób episkopat, kompromitując się w oczach opinii publicznej, przy okazji skompromitował i zdezawuował hasła wypisane na sztandarach, z którymi PiS zamierza ruszać do wyborczego boju. Wychodzi na to, że partia prezesa broni nie tyle tradycyjnej polskiej rodziny i konserwatywnych wartości, co przede wszystkim pedofilów w sutannach.

Takie oskarżenia tym łatwiej wysunąć, że przecież to politycy PiS występują w obronie – przepraszam za sformułowanie – „dobrego imienia” ks. Jankowskiego i to w szeregach tej właśnie partii wpływową postacią jest poseł Stanisław Piotrowicz, który jako szef prokuratury w Krośnie udzielał telewizyjnych wywiadów i dokładał starań, by wybielić proboszcza-pedofila z Tylawy.

Planowana przez pana prezesa ofensywa polityczna przeciw gejom i lesbijkom, rzekomo chcącym „seksualizować” nasze dzieci, już na starcie za sprawą biskupów przeobraziła się więc w kampanię obrony seksualnych przestępców w sutannach. Ciekawe będzie obserwować, jak w najbliższym czasie zachowa się PiS – czy będzie brnąć dalej w ślepy zaułek, popełniając polityczne samobójstwo jako sojusznik najgorszych elementów w polskim klerze, czy chyłkiem się wycofa i szybko zmieni pomysł na kampanię. Rozsądek nakazywałby zrobić to drugie.

Jesteśmy też świadkami wielkiej zmiany, wręcz kopernikańskiego przełomu w polskiej polityce. Dotychczas głos biskupów i proboszczów miał decydujące znaczenie dla szans wyborczych, dlatego wszystkie duże partie polityczne zabiegały o poparcie duchowieństwa. Po raz pierwszy mamy do czynienia z przypadkiem, kiedy symbioza z Kościołem działa na niekorzyść partii rządzącej, zmniejszając jej szanse w wyborach.

To nie jest jednorazowy akt, lecz stopniowo postępujący proces, który trochę jeszcze potrwa, ale wydaje się, że Polska – w ślad za takimi katolickimi krajami jak Hiszpania i Irlandia – nieodwołalnie weszła na ścieżkę wiodącą do rozdziału Kościoła od państwa i polityki od religii.