Tag Archives: Jacek Czaputowicz

Korupcja PiS na wybory parlamentarne

31 Maj

W czwartek w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie odbyła się konferencja „Jan Paweł II: fundamenty demokracji”.

W spotkaniu wzięli udział m.in. kardynał Stanisław Dziwisz, Marek Kuchciński, Jacek Czaputowicz i Piotr Gliński. Politycy wykorzystali okazję do mówienia o demokracji, której zasady sami nagminnie łamią.

Wspierając te zmiany Jan Paweł II mówił nam, jak budować sprawiedliwe państwo, jak utrwalić związki polityki z etyką. Konsekwentnie uświadamiał, że demokracja musi mieć aksjologiczny fundament (…), że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” – mówił marszałek Kuchciński.

List do uczestników spotkania skierował również premier Mateusz Morawiecki. „Jak wielkiej odwagi i jak wielkiego wizjonerstwa potrzeba, by w takim momencie przynosić nadzieję odmiany. A to właśnie wtedy Jan Paweł II uczył nas na nowo rozumieć, czym naprawdę jest społeczeństwo i co naprawdę znaczy być wolnym obywatelem” – przyznał szef rządu.

Mało kto się spodziewał, ile zimnej kalkulacji kryje się w przedwiosennej zapowiedzi Kaczyńskiego o rozszerzeniu programu 500+. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, a zabieg jest prosty: słowa prezesa padły w lutym, odpowiednia ustawa została podpisana dopiero w maju, zacznie obowiązywać dopiero od 1 lipca, i nikt nie powiedział, że rodzice dostaną pieniądze w tym samym miesiącu.

Portal INNPoland wskazuje na świadomy „podtekst” tej operacji, czyli bliskość jesiennych wyborów parlamentarnych i sugeruje, że dokument został przygotowany w taki sposób, aby wypłacenie pieniędzy było możliwe nawet z pewnym opóźnieniem.

Rachunek wydaje się prosty i dla rządzących wielce opłacalny. INNPoland zwraca uwagę, że jeżeli PiS będzie zwlekał np. do września, to rodzice chwilę przed wyborami otrzymają kwotę z wyrównaniem od 1 lipca. W takim przypadku na dziecko przypadnie 1500 zł danego miesiąca. To może zrobić oczekiwane wrażenie.

Gdy na początku stycznia 2018 roku poseł Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza ujawnił sprawę systemowego obchodzenia limitów wynagrodzeń w rządzie Beaty Szydło, partia rządząca popadła w niemały kryzys wizerunkowy. W końcu zamiast obiecywanego umiaru i pokory, z polityków Zjednoczonej Prawicy wyszła zwykła pazerność na publiczne pieniądze i traktowanie swojej pracy jako niebywałej okazji do tego, by się porządnie “nachapać”. Przypomnijmy, wskutek szeregu interpelacji poselskich posła PO ujawniono, że oprócz wysokiej przecież pensji członków rządu (od 7 – 11 tys. złotych), zaraz po przejęciu władzy wprowadzono niezwiązany z żadnymi efektami pracy dodatek (nagrodę), podnoszący wynagrodzenie o ok. 30%. W 2017 r. pula wyniosła 6 mln zł i objęła 151 osób. Wśród nich: 22 ministrów (na czele z Beatą Szydło – 65 tys. zł), urzędnicy Kancelarii Prezydenta, wiceministrowie, wojewodowie.

Gdy badania opinii publicznej pokazały, że sprawa mocno obciąża obóz władzy, do akcji najpierw wkroczyła premier Szydło, grzmiąc z mównicy do posłów opozycji, że “te nagrody im (ministrom i wiceministrom) się po prostu należały”, a potem sam prezes PiS Jarosław Kaczyński, który arbitralnie zarządził przekazanie pobranych z kasy ministerstw nagród na funkcjonowanie “Caritas”. Za niewywiązanie się z tego polecenia miały delikwentów spotkać surowe kary ze strony kierownictwa partii. Po kilku miesiącach w PiS uznano sprawę za zamkniętą, a w połowie maja rzeczniczka partii Beata Mazurek poinformowała opinię publiczną, że nagrody zostały zwrócone.

Jestem przekonana, że informacje, które zostały nam przekazane są wiarygodne. Jestem też przekonana, że jeśli zwrócicie się do Caritasu, to taką informację dostaniecie. (…) Poza jedną osobą, z którą nie ma kontaktu i trzema, które nie są czynnymi politykami – nagrody zostały zwrócone – powiedziała wówczas na specjalnie w tym celu zwołanej konferencji prasowej.

Dziś jednak wielce prawdopodobne jest to, że w zdecydowanej większości nienależnie pobrane pieniądze z nagród pozostały na kontach ministrów i wiceministrów. Sprawę opisuje dzisiejsza “Gazeta Wyborcza”. Jak pisze dziennik, do dzisiaj tylko siedmiu ministrów oficjalnie twierdzi, że nagrody wpłacili na Caritas: minister sportu Witold Bańka, szef MON (wcześniej MSWiA) Mariusz Błaszczak, wicepremier Jarosław Gowin, Mateusz Morawiecki (w gabinecie Szydło wicepremier, minister finansów), minister energii Krzysztof Tchórzewski, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Oddali między 82 tys. (Błaszczak) a 70 tys. (Tchórzewski).

Poseł Brejza sprawy nie odpuścił i zgodnie z sugestią Beaty Mazurek zwrócił się do regionalnych oddziałów Caritasu o potwierdzenie dokonania darowizn. Okazało się, że jedynie trzy takie darowizny potwierdziły, choć jedynie przekazanie przez niektórych ministrów jedynie części z pobranych nagród. Mimo deklaracji ze strony polityków partii rządzącej i podkreślania na każdym kroku kwestii wiarygodności tej ekipy, strona rządowa nie przygotowała ani nie opublikowała listy członków rządu, którzy takich zwrotów dokonali.

Należało potraktować kampanię i wyborców z szacunkiem, odwiedzając osobiście każdy powiat i miasteczko oraz słuchać ludzi.

„Marzy ci się nowoczesność, a tymczasem nie masz nawet…” – była kiedyś taka reklama. Wtedy, za AWS-u, wszyscy się z niej śmiali, a przecież okazała się prorocza. Bo KE „nie miała nawet”… ochoty porządnie zająć się własną kampanią wyborczą.

A też się jej „marzyła nowoczesność”. To ona miała być ta niby „do przodu”. „Europejska” taka. Z politowaniem popatrująca na „zacofany”, „tradycyjny”, „wsiowo-małomiasteczkowy” elektorat przeciwnika. A tu tymczasem okazało się, że to sama KE nie potrafi korzystać z nowoczesnych narzędzi prowadzenia polityki. Bo jak się w naszych czasach wygrywa wybory? Otóż… naukowo! Są na to algorytmy, którym Ameryka „zawdzięcza” prezydenta Trumpa, a Brytyjczycy Brexit.

W nowoczesnej kampanii wyborczej wszystko, naprawdę wszystko, w tym programy, kandydaci, sposób prowadzenia kampanii czy hasła wyborcze, to teraz pochodna skomplikowanych analiz naukowych i konkretnych, ściśle przestrzeganych procedur z tychże analiz wynikających. Nigdy odwrotnie. Na potrzeby kampanii wykorzystuje się też – znowu w sposób starannie przemyślany – nowoczesne narzędzia komunikacji, zwłaszcza internet. To – wydawałoby się – abecadło współczesnej polityki, ale w takim razie nad Wisłą partia z nazwy „progresywna” powierzyła to zadanie… „analfabetom”. No, niestety…

Zupełnie inaczej podeszła do wyborów „siermiężna intelektualnie” formacja pana prezesa. Wbrew wszelkim pozorom, wyraźnie stosowanym wyłącznie dla medialnego kamuflażu, okazał się on nie tylko świetnym biznesmenem, ale też politykiem doskonale obeznanym ze współczesnymi metodami skutecznego uprawiania tego zawodu. Talent talentem, ale wiedza to podstawa, toteż w kampanii pracowali dla niego sprawdzeni analitycy, spin-doktorzy i piarowcy z USA oraz Wielkiej Brytanii i – co ważne – ich sugestie potraktowane zostały poważnie. W kraju, w którym „antyproceduralizm” to jeden z „21 grzechów głównych”, partia uchodząca za „zacofaną” zdecydowała się ściśle przestrzegać procedur. I porzuciła tradycyjne polskie „jakoś to będzie” na rzecz starannego planowania i ścisłej przedwyborczej dyscypliny. Toteż ma wyniki!

Nowoczesne naukowe narzędzia wpływu społecznego to bowiem instrumenty, dzięki którym można teraz wygrać wszystko. Inna sprawa, że dawniejsze metody uprawiania polityki też ciągle mogą mieć skuteczne zastosowanie. Niedostatki w wyposażeniu wciąż może zrekompensować tradycyjna pracowitość i poważne traktowanie elektoratu.

Jak dowiodła mało komu dotąd znana Elżbieta Łukacijewska, jedna z cichych bohaterek tych wyborów, mandat europosła dla KE można było wywalczyć nawet w takim bastionie PiS, jak Podkarpacie! Wystarczyło potraktować kampanię i wyborców z szacunkiem, odwiedzając osobiście każdy powiat i miasteczko i słuchając ludzi. Tylko tyle, ale dla naszych „progresywistów” nawet to się okazało nadmiarem fatygi.

Podobnie Bartosz Arłukowicz. Dzięki intensywnym podróżom po swoim okręgu wyborczym zwyciężył na głosy z samym Joachimem Brudzińskim, za którym stał nie tylko prezes i jego partia, ale też funkcja ministra oraz wszystkie media publiczne. Można? Można! I to nawet bez angielskich algorytmów i spin-doktorów z amerykańskiego importu.

Sama „Gazeta Wyborcza” oraz panowie Sekielscy i Piątek nie dadzą rady wygrać żadnych wyborów. Żeby się nie wiem, jak się starali, niestety. A i „nowoczesny” elektorat KE też pokpił sprawę i nie poszedł głosować, demonstrując, gdzie tak naprawdę ma tę odmienianą przez wszystkie przypadki „demokrację”, o którą ponoć tak zawzięcie „walczy”.

W tej sytuacji trzeba skończyć z mitem nowoczesnej Koalicji Europejskiej i oddać sprawiedliwość i prawo do rządzenia partii pana prezesa. A też wyrazić szacunek dla elektoratu PiS-u, który poszedł głosować, ponieważ pierwsza zasada demokracji brzmi: „nieobecni nie mają racji”. No i chyba czas skończyć z oskarżeniami o „dyktaturę” i „autorytaryzm”, bo w opisanym kontekście to brzmi raczej żałośnie.

Wtedy Tomasz Piątek złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez byłego szefa MON. Dziennikarz zarzucił Macierewiczowi przekroczenie uprawnień przez zarzucenie mu czynów, których nie popełnił. W sierpniu 2018 roku prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, uzasadniając, że działania Macierewicza nie były zabronione. Piątek złożył zażalenie na tę decyzję, a do jego wniosku przychylił się Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy. Sąd uznał, że złożenie zawiadomienia przez ministra przeciwko dziennikarzowi może odstraszyć media od debaty publicznej na temat działalności Macierewicza i nakazał prokuraturze ponownie zająć się sprawą. Zdaniem sądu przedstawiciele władzy powinni być powściągliwi i dysponować dowodami, a nie opierać się na przypuszczeniach.

10 maja prokuratura umorzyła śledztwo. „Analiza zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego w świetle art. 231 kk i art. 234 kk wykazała, iż nie doszło do realizacji znamion czynów zabronionych wskazanych w zawiadomieniu o przestępstwie” – poinformował nas we wtorek rzecznik prokuratury Łukasz Łapczyński.

Pełnomocnik Piątka mec. Łukasz Chojniak tuż po otrzymaniu pisma z prokuratury złożył zażalenie do sądu. Jeżeli ten uchyli decyzję prokuratury, a prokuratura znów umorzy śledztwo, Piątek zapowiada, że złoży prywatny akt oskarżenia przeciwko byłemu szefowi MON. – Ja na pewno tej sprawy nie zostawię. Będę robił wszystko, żeby Antoni Macierewicz stanął przed sądem i odpowiedział na moje pytania – podkreśla dziennikarz.

W październiku 2018 roku Piątek opublikował kolejną książkę o byłym szefie MON: „Macierewicz. Jak to się stało”, a w maju br. o obecnym premierze: „Morawiecki i jego tajemnice”.

Morawiecki z obłudą do opozycji. Lewizna intelektualna marionetki Kaczyńskiego

23 Sty

Wczoraj dziennikarze “Dziennika Gazety Prawnej” informowali o swoich ustaleniach dotyczących strategii politycznej na najbliższe przedwyborcze miesiące, jaka po dramatycznej śmierci Pawła Adamowicza musiała zostać mocno zmodyfikowana. Oprócz oczywistych elementów, takich jak kolejna chwytliwa “piątka Morawieckiego”, czy straszenia odwróceniem populistycznych reform przez przeciwników PiS, pojawił się kluczowy z punktu widzenia wizerunku partii postulat. Otóż partia Jarosława Kaczyńskiego musi odsunąć od siebie złe emocje i znów udawać “gołąbka pokoju”.

Chcemy przekonać Polaków, że nasza wygrana to gwarancja pojednania w życiu publicznym” – miał powiedzieć “DGP” anonimowy polityk PiS w kontekście kampanii wyborczych. O tym, że plan ten został bardzo szybko wprowadzony w życie, świadczy dzisiejsza informacja z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, którą ogłosił jej szef Michał Dworczyk.

Mija dwa tygodnie od dramatycznych wydarzeń w Gdańsku, od tragicznej śmierci prezydenta Adamowicza. Ten czas, te dwa tygodnie, które upływają to był czas refleksji z jednej strony, ale z drugiej strony czas poświęcony na analizę, jakie należy podjąć działania, tak żeby nigdy taki dramat się nie powtórzył. I w ramach tych prac w Ministerstwie Zdrowia i Ministerstwie Sprawiedliwości zostały wypracowane pewne propozycje legislacyjne. Ale premier, zanim zostanie nadany oficjalny bieg ścieżce legislacyjnej, jeśli chodzi o te propozycje, zanim Rada Ministrów zacznie nad nimi pracować, chciałby porozmawiać z szefami klubów parlamentarnych i kół sejmowych na temat tych pomysłów, czy w niektórych przypadkach konkretnych już zapisów. Najlepiej by było przynajmniej, aby takie zachodziły w całkowitego konsensusu politycznego, stąd zaproszenie skierowane do wszystkich formacji politycznych reprezentowanych w polskim parlamencie. Wierzę, że to kolejny krok w kierunku budowania trochę lepszej jakości życia politycznego w naszym kraju – stwierdził Michał Dworczyk na briefingu w Sejmie. Do spotkania ma dojść w najbliższy piątek o godz. 15:30.

Warto jednak zauważyć, że choć spotkanie ma wyglądać na “wyciągnięcie ręki do zgody” w kierunku opozycji, premier nie przedstawił żadnych szczegółów tych projektów, ani nie wskazał, w jaki sposób jakieś tam hipotetyczne zapisy miałyby przyczynić się do obniżenia temperatury sporu i przeciwdziałania mowie nienawiści w polskiej polityce.Wręcz przeciwnie, ze strony polityków PiS padają dziś kolejne zapewnienia, że “TVP zachowała się jak trzeba”, “Kurski dobrze wykonuje swoją robotę”, czy “To PO odpowiada za agresję słowną w polskiej polityce”. Jak widać strategia, którą próbuje realizować premier Morawiecki, nie znajduje poparcia nawet wśród jego kolegów z partii. Szef rządu, który będzie odpowiedzialny za wyniki wyborcze Zjednoczonej Prawicy, ma wobec powyższego niewielkie pole manewru, poza rozpaczliwymi działaniami pijarowymi.

I właśnie jako takie działanie zostało odebrane wspomniane powyżej zaproszenie. Katarzyna Lubnauer z Nowoczesnej ma poważne wątpliwości, czy za gestem premiera idzie rzeczywista zmiana, czy to jedynie ocieplanie wizerunku Morawieckiego. Dlatego szef klubu Nowoczesnej w Sejmie, poseł Paweł Pudłowski wystąpił z pismem do premiera o przesłanie projektów ustaw i założeń do nich, a więc sprecyzowanie celu spotkania.  Z kolei Ryszard Petru z “Teraz!”  stwierdził: “Nie rozumiem, czego ma dotyczyć to spotkanie. Pan premier Morawiecki był prezesem banku, wie dobrze, że na takie spotkania wysyła się albo projekty ustaw, albo założenia, a nie ogólne hasło, że będzie dyskusja o wnioskach z tego, co się wydarzyło w Gdańsku”.

Co ciekawe, głos w sprawie tego spotkania zabrał też sejmowy bulterier PiS, wicemarszałek Stanisław Terlecki, który w kategorycznym tonie na Twitterze stwierdził, że klub PiS oczekuje od opozycji podjęcia merytorycznych rozmów nad konkretnymi projektami ustaw.

Buta i arogancja płynąca z tego wpisu nie nastraja zbyt pozytywnie.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Prawo i Sprawiedliwość swoją nieasertywną postawą wobec Amerykanów doprowadziło do kolejnej międzynarodowej awantury, stawiając Polskę pośrodku ostrego konfliktu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Organizacja konferencji poświęconej próbie wywierania nacisków na ten ostatni doprowadziła do eskalacji napięcia i mocnych oskarżeń wobec Warszawy z Teheranu. W internecie wybuchła wojna informacyjna między USA a Iranem, Teheran zaprzestał wydawać wizy Polakom, a MSZ Polski w odpowiedzi na ataki wykluczyło Republikę Islamską z udziału w konferencji. To ostatnie zaś sprawiło, że od udziału w wydarzeniu mogła swobodnie umyć ręce Rosja. Kraje Zachodu Europy były zaś niechętne zerwaniu porozumienia nuklearnego z Iranem od początku i wcale nie paliły się do realizowania narzuconego przez Waszyngton scenariusza. Z tych powodów w obliczu awantury Polsce nie udało się zaprosić żadnego ważnego polityka do Warszawy, ponieważ delegacje w większości wypadków jeśli będą, to reprezentowane na niskim szczeblu. The Wall Street Journal posunął się nawet dalej, sugerując, że amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo może w ostatniej chwili całą konferencję odwołać, właśnie z powodu braku polityków wysokiego szczebla. Tym samym naszej dyplomacji grozi podwójna katastrofa. Sama organizacja wydarzenia nie przyniosła nam korzyści, jedynie naraziła na ataki, a teraz jej odwołanie to jawne świadectwo politycznej słabości i izolacji na arenie międzynarodowej.

Zastanawia, czy rząd badał nastroje w innych stolicach przed przyjęciem na siebie obowiązku gospodarza. Wszystko wskazuje na to, że takiej komunikacji nie było, co grozi dziś całkowitą kompromitacją. Co ciekawe, konferencja choć odbywa się z inicjatywy Amerykanów, to jednak właśnie na polskiej dyplomacji spoczął ciężar zapraszania gości. Sprawia to, że klęska konferencji nie jest w oczach obserwatorów niepowodzeniem o tyle USA, co Polski.

Jest to niestety kolejny przykład wychodzenia Polski przed szereg. Rząd nie nauczył się niczego po awanturze wokół IPN i uznał, że bezrefleksyjne wykonywanie każdego polecenia sojusznika jest w naszym interesie, co jest oczywistą fikcją. Dyplomacja jest delikatną grą, gdzie zamiast odważnych ruchów znacznie ważniejsze bywa unikanie błędów, te ostatnie mogą bowiem bardzo dużo kosztować.

Brudziński, Czaputowicz, Rydzyk – członkowie szarańczy, która zżera Polskę, liszaj na ciele narodu

6 Sty

Na Twitterze doszło do kłótni między Kamilem Durczokiem a Joachimem Brudzińskim. Dziennikarz zarzucił ministrowi, że „wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów”, na co szef MSWiA odpowiedział, że się za niego pomodli.

W piątek w tzw. escape roomie (lub „pokoju zagadek”) w Koszalinie doszło do pożaru. Zginęło pięć nastolatek, które brały udział w zabawie z okazji urodzin jednej z nich. Ranny został pracownik escape roomu.

Tragedia wywołała reakcje czołowych polityków. Zarówno premier, jak i prezydent składali kondolencje rodzinom ofiar. Rządzący zapowiedzieli też nie tylko wyjaśnienie tragedii, ale i kontrole w innych tego typu miejscach w Polsce. – Strażacy przegrali tę walkę nie z powodu braku profesjonalizmu, kompetencji czy doświadczenia. Tę walkę strażacy przegrali z tymi, którzy, kierując się chęcią łatwego, szybkiego zysku, narazili na śmierć Bogu ducha winne dzieci – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński. Zapowiedział konsekwencje dla właścicieli łamiących prawo.

Sprawa jest też szeroko komentowana w mediach społecznościowych. Dziennikarz Kamil Durczok komentując tragedię zaatakował Brudzińskiego. „Minister bezczelnie wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów. Kiedyś był jedną z nielicznych jasnych twarzy PiS. Dziś działa jak hiena” – napisał. Dodał: „oczekuje wizyty policji jutro o 6 rano. Ale pan też za swoje głupoty odpowie. Do zobaczenia w celi”. Dziennikarz nie wyjaśnił jednak, jakie dokładnie słowa czy działania ministra są jego zdaniem „politycznym wykorzystaniem tragedii”.

Brudziński odpowiedział Durczokowi na Twitterze, że „wstyd się przyznać, ale dla mnie kiedyś pan też wydawał się jasną twarzą dziennikarstwa”. „Dziś tylko jedynie mogę panu zadeklarować, że pomodlę się za pana. Pomocy medycznej udzielić niestety nie potrafię” – napisał minister.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz nie przestaje bajdurzyć i zadziwiać. Niedawno powiedział, że Tusk był kandydatem Niemiec na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zamiast wyrazić satysfakcję, że Polska miała dobre stosunki z Niemcami – najważniejszym państwem unijnym, co było jednym z warunków wyboru Tuska – „Czapu” usiłuje go zdyskredytować i przedstawić jako polityka niemieckiego, a nie polskiego. Mieści się to doskonale w tradycji polityki endeckiej w Polsce. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich zimą 1922 r. endecja głosiła „doktrynę polskiej większości”, a kto do tej „większości” nie należał, miał być wykluczony z życia politycznego.

Niestrudzony amb. prof. Grela zamieścił na FB tekst amerykańskiej agencji Bloomberga z 5 stycznia: „Polska potępia przywództwo Unii Europejskiej i apeluje o zmiany w polityce Unii po wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju br.”.

„Polska oskarżyła Unię o prowadzenie wobec niej wrogiej polityki i wezwała do zmian w funkcjonowaniu Unii Europejskiej po wyborach w maju. To najnowsza salwa w długotrwałej walce między UE a Polską” – pisze Bloomberg. Bruksela uważa, że w Polsce postępuje erozja standardów demokratycznych i rosną zagrożenia dla państwa prawa. Jest to związane z nominacjami politycznymi w sądach, co jest zamachem na niezależne sądownictwo. Konflikt może doprowadzić do cięć dotacji, które ten kraj otrzymuje z UE – czytamy dalej.

„Instytucje unijne nieustannie działają przeciwko polskiemu rządowi – oświadczył w sobotę minister Jacek Czaputowicz – podczas gdy Polska jest pozytywnym przykładem narodu bez sił antyeuropejskich w swoim parlamencie, kroki podejmowane przez instytucje Unii mają w jak największym stopniu szkodzić polskim władzom. Unia nie powinna doprowadzić do działań, które nie są akceptowane przez społeczeństwo”.

Mój komentarz: po pierwsze, Polska, jak każdy kraj unijny, ma prawo krytykować Unię, wszak do niej należymy, a w Brukseli i w innych stolicach ścierają się różne interesy, poglądy i… ambicje. Sądzę, że polska kontra w Unii do pewnego stopnia związana jest z ambicją, by nasz kraj „wstał z kolan”, a przywódca obozu rządzącego, prezes Kaczyński, stał się jednym z najważniejszych polityków w Europie. W związku z zapowiadaną wizytą Matteo Salviniego, antyunijnego wicepremiera Włoch i lidera Ligi Północnej o ciągotach separatystycznych, u prezesa PiS były wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak (PiS) mówi, że to pokazuje, jak poważnie traktowany jest nasz kraj.

Po drugie, nie jest prawdą, jakoby Polska nie miała sił antyeuropejskich w parlamencie. Przeciwnie, największe ugrupowanie w parlamencie, Prawo i Sprawiedliwość, nie raz słowem i czynem rozmija się z Unią. Największym ugrupowaniem walczącym z Unią jest PiS. Gdy prezydent Duda mówi o „wyimaginowanej wspólnocie”, a premier Morawiecki kpi sobie, że za fundusze unijne naprawia się chodniki, to mamy świadectwo arogancji i kłamstwa. I to w kraju, który był największym odbiorcą funduszy unijnych.

Po trzecie, to nie Unia prowadzi wrogą politykę wobec Polski, lecz przeciwnie, rząd naszego kraju rozmija się z unijnymi wartościami, jak choćby trójpodział władz i niezawisłe sądownictwo, równouprawnienie mniejszości czy ochrona środowiska i wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej, co w sumie faktycznie stało się źródłem konfliktu Unia–Polska , znanego również jako „27:1”.

Prezes Kaczyński mówi, że rzekomy „polexit” to wielkie kłamstwo. Owszem, PiS nie wzywa do tego, żeby z hukiem wystąpić z Unii. Jak zauważają już bardziej rozgarnięci komentatorzy, rząd nie chce wyprowadzić Polski z Unii, tylko wypchnąć Unię z Polski, uczynić polskie członkostwo formalnością, fikcją. Chcemy Unii, ale takiej jak Warszawa i Budapeszt, a nie takiej jak Paryż, Berlin, Madryt czy Haga.

Wreszcie po czwarte, minister Czaputowicz, który wypłynął jako bezpartyjny specjalista, nie ustaje w umizgach i dogadzaniu partii rządzącej. Skubiszewski, Bartoszewski, Rosati, Olechowski, Cimoszewicz i inni przyzwyczaili nas do ministrów dużego formatu. A minister Czaputowicz?

Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem

Propagandyści i agitatorzy z PiS aż się zapowietrzyli z uciechy na wieść, że wbrew dotychczasowym opiniom program 500 plus bynajmniej nie dezaktywizuje zawodowo, a przeciwnie: obywatele, którzy otrzymują to świadczenie, masowo garną się do roboty lub w te pędy poszukują pracy.  Główny Urząd Statystyczny poinformował właśnie, że beneficjentów 500+, którzy podjęli pracę lub zaczęli jej poszukiwać, jest dwa razy więcej, niż tych, którzy wycofali się z życia zawodowego. Byłoby się z czego radować, gdyby nie fakt, że nie wiadomo, z którego sufitu pochodzi ta wiadomość. Bo równocześnie w materiałach GUS znaleźć można informację, że tylko w ciągu jednego kwartału minionego roku liczba osób porzucających pracę zwiększała się o 40 tys., a nieco wcześniej Instytut Badań Strukturalnych ogłosił, że z rynku pracy trwale odeszło 100 tys. kobiet.

We wszystkich chyba krajach świata znany jest żart stopniujący: kłamstwo – okropne kłamstwo – statystyka. W krajach cywilizowanych precyzują jednak, że statystyka nie kłamie, kłamią jedynie statystycy. Natomiast w państwach zniewolonych statystyka jest narzędziem sprawowania władzy. W PRL komunikaty GUS publikowane przez partyjne media powszechnie nazywano GUS-łami. Również w Polsce Kaczyńskiego, która coraz bardziej przypomina krainę młodości prezesa, statystyka zaprzęgana jest w służbę propagandy partyjnej, administracyjnej i organizacyjnej – w tym kościelnej.  Przeinaczone lub wzięte z kapelusza fakty stają się potem źródłem rozmaitych wierzeń, przesądów, a nawet zabobonów.

Zabobony to, jak wiadomo, wierzenia w moce nadprzyrodzone lub siły nieczyste, sprowadzające nieszczęścia lub przeciwnie, chroniące przed nimi. Minister energii Krzysztof Tchórzewski na przykład jest przekonany, że wskutek zawierzenia energetyków Matce Boskiej prądu będzie więcej, a co najmniej podejmowane decyzje staną się mądrzejsze:  – „Oddajemy Ci w opiekę naszych przełożonych. Wyproś wszystkim mądrość i odpowiedzialność w podejmowanych decyzjach”… – wnosił pod niebiosa minister Tchórzewski, świadomy nędznych kwalifikacji kierownictwa resortu i całego swojego rządu. Z kolei Jacek Czaputowicz, z łaski Kaczyńskiego eksperymentalny minister spraw zagranicznych, wierzy w ingerencję złych mocy, które bez żadnej przyczyny uwzięły się na nasz kraj. Wierzy również, że Donald Tusk , jako przedstawiciel Polski w Unii, powinien przeciwstawiać się tamtejszym złym mocom, chociaż każdy średnio inteligentny Polak wie, że gdyby Tusk, jako strażnik interesów 18 państw Unii, zaczął kiwać partnerów w obronie polskiej bramki, to wyleciałby z roboty szybciej niż Sejm jest w stanie uchwalić dziewiątą wersję ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rządzący i ich poplecznicy często podają do wierzenia przesądy w postaci aksjomatów. Na przykład: „partnerski model rodziny to promocja homoseksualizmu i genderyzmu”.  Albo: „reforma szkolnictwa usprawniła proces kształcenia i zapobiegła demoralizacji młodzieży w gimnazjach”.  Niektóre wierzenia wymagają jednak podparcia jakimiś substytutami prawdy.  Upowszechniana ostatnio wiadomość, że Lech Wałęsa był w latach 80-tych postacią marginalną, a związkiem kierowali w rzeczywistości bracia Kaczyńscy, potwierdzana jest „wiarygodnymi źródłami” IPN. Inne przesądy wymagają uwiarygodnienia zmanipulowaną statystyką lub stronniczymi badaniami opinii publicznej. – 85% rodaków chce reformy sądownictwa! – głoszą przekazy PiS, które uzasadnić mają zagarnięcie władzy sądowniczej przez pozostałe równoprawne dotąd władze. Nie ma znaczenia, że ludziom, na których opinię powołują się rządzący, nie chodziło bynajmniej o obsadzenie KRS i SN nominatami Ziobry, tylko o przyspieszenie procedur sądowych,  a te, wskutek „reformy” sądownictwa, znacznie się wydłużyły.

Szczególnie rozległe skutki ma upowszechniane z całą mocą wierzenie, że 95 % Polaków to katolicy. Dzięki niemu gorliwi wierni mogą stawiać kapliczki i figury w dowolnym miejscu bez niezbędnych zezwoleń, można też wieszać krzyże w urzędach, realizować w szkołach obowiązkowe programy „dni papieskich”, święcić kamienie węgielne czy schody ruchome, zapraszać purpuratów na wszystkie obchody państwowe witając ich w pierwszej kolejności oraz dotować z publicznych pieniędzy nie tylko obiekty sakralne, ale też prywatne osoby duchowne.  Wszystko dlatego, że 95% Polaków to katolicy. Tymczasem owe 95%, to co najwyżej odsetek ochrzczonych Polaków, a i to nie na pewno. W rzeczywistości już tylko 56% Polaków niezachwianie wierzy w Boga, a podstawowe nakazy religijne praktykuje zdecydowana MNIEJSZOŚĆ.  Uprzedzając zarzut o manipulację informuję, że badania w tej sprawie przeprowadziła sondażownia CBOS, przychylna oczekiwaniom rządzących, przychylnych z kolei hierarchom polskiego Kościoła.

Kiedy PiS zaczął tracić w sondażach, Kaczyński i jego funkcjonariusze wszczęli lament, że oto są prześladowani, szykanowani, postponowani i niezasłużenie krzywdzeni przez ciemne siły zewnętrzne i wewnętrzne.  Polski Kościół (też w poczuciu zagrożenia?) również przywraca mit o prześladowaniu kleru i wiernych.  Teza o znęcaniu się nad wszechpanującym PiS-em jest śmieszna, natomiast teza o prześladowaniu Kościoła – smutna. Bo od czasów PRL o Kościele przyjęło się w Polsce mówić jak o zmarłym: dobrze, albo wcale. Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem. Gdzie jeszcze rozdaje się publiczne pieniądze w zamian za wsparcie dla aktualnie sprawujących władzę? Gdzie jeszcze pod osłoną sutanny mogło żyć spokojnie i dostatnio tylu przestępców – nie tylko seksualnych – bezkarnych lub co najmniej darzonych życzliwością przez organy ścigania?

Prześladowany PiS w zawłaszczonej Polsce poczyna sobie jak okupant. Prześladowany Kościół sprawuje despotyczne rządy dusz, wyznacza wątpliwe kanony przyzwoitości, nominuje polityków i rozpycha się w szkołach, gdzie coraz częściej organizowane są imprezy według scenariusza kurii, księża uczestniczą w radach pedagogicznych, a katechetki prowadzą zajęcia z etyki i przejmują wychowawstwo klas.

Sposobem na sprowadzenie PiS do roli zwykłej partii opozycyjnej w demokratycznym kraju, lub na jej delegalizację, jako antysystemowej organizacji mafijnej, są wybory – powszechne i oby tłumne. Sposobem na sprowadzenie Kościoła do roli i posłannictwa organizacji wielkiego pożytku publicznego, zajmującej się głoszeniem Ewangelii – źródła miłości, życzliwości i wsparcia dla rodzimych i obcych potrzebujących – są również wybory. Tyle, że osobiste, czynione we własnej duszy lub – do wyboru – w sumieniu.

Kościół katolicki dlatego ma się w kraju dobrze, bo PRL okazał się dla niego zamrażarką. W demokracji dawno by się skompromitował poprzez takie postaci, jak Tadeusz Rydzyk, czy większość biskupów włącznie ze Stanisławem Gądeckim i odszedł na zasłużony margines historyczny, jak na Zachodzie, we Francji, Niemczech, w krajach Beneluksu, a nawet we Włoszech i Hiszpanii.

Wybudzony Kościół wraz z odzyskaniem suwerenności w 1989 roku nie zasypiał gruszek w popiele, zadbał o swoją pozycję wśród polityków solidarnościowych, bo wiele mu zawdzięczali.  Uzyskał finansowanie projektów z budżetu państwa, a naukę katechezy wprowadził do świątyń nauki, do szkół. No i mamy kłopot.

Politycy zasuwają do Rydzyka i głoszą brednie nie z naszego świata o rechrystianizacji. Kapłani zrobią jakiś gest, jak kiedyś cesarze: kciuk w dół, a Duda, Morawiecki, Kaczyński klękają, co samo w sobie jest anachronizmem, bo należy do rytuałów feudalnych.

Tak ufundowane państwo na ułudach, zakłamaniu, anachronizmie, musi dryfować ku upośledzeniu. To nie jest żaden konserwatyzm, ani liberalne współistnienie, bo Kościół wyzyskuje wolność do swych zapędów niedemokratycznych. A obecnie wszedł w alians polityczny z PiS-em i mamy kłopot bez mała cywilizacyjny, nie tylko natury finansowej, acz i on jest warty, aby inaczej potraktować wspólną kasę, budżet państwa, aby pieniądze nie szły na katechezę i na utrzymanie kapłanów, ich dobrobytu,  lecz na konkretne cele rozwoju społeczeństwa i państwa.

W kraju tylko lewica chce odseparować państwo od Kościoła. Dziwne, ale to pokazuje jak mentalnie jako nacja, jako społeczeństwo, jesteśmy w niedorozwoju, zaś elity są nie zawsze przygotowane do odpowiedzialności za wyznaczenie celów.

Inicjatywa Polska kierowana przez Barbarę Nowacką w charakterystyczne święto, samo w sobie anachroniczne, w Święto Trzech Króli (ktoś dowcipny mógłby zadać pytanie: dlaczego nie ma święta Jasia i Małgosi, bo to podobna opowieść z rezerwuaru mitów i bajek) zapoczątkowała zbiór podpisów pod petycją, w której apeluje się o zniesienie finansowania z budżetu państwa religii w szkołach, wprowadzenie finansowania przez kościoły, które „chcą nauczać zasad swojej wiary w szkole” oraz wpisanie religii na listę zajęć dodatkowych. Oraz uregulowania – tj. zaprzestania – finansowania Kościoła i ubezpieczenia kleru z państwowego Funduszu Kościelnego.

Petycja zawiera założenia do projektu ustawy o świeckim państwie, bo na razie mamy władze bogobojne i takież państwo nie ze świata rozumu. Czy to może się udać? Jeżeli nie poradzimy sobie z anachronizmem sojuszu „ołtarza i tronu”, to nie poradzimy sobie z wolnością i demokracją, która obecnie szwankuje jak diabli.

Zbieranie podpisów pod petycją potrwa do 20 lutego, po czym projekt ustawy zostanie złożony w Sejmie.

Brudziński kryje intencje Kaczyńskiego

6 Sty

 

Już 9 stycznia dojdzie do spotkania prezesa Jarosława Kaczyńskiego z włoskim wicepremierem Matteo Salvinim, podała kilka dni temu „Rzeczpospolita” powołując się na informacje podane przez „La Repubblica”.

Według doniesień włoskiego dziennika tematem spotkania ma być polityka migracyjna, a także zbliżające się wybory do Parlamentu Euoropejskiego.

Planowana wizyta skrajnie prawicowego polityka włoskiego, znanego ze swych poglądów antyemigracyjnych i zamiarów obalenia europejskiego porządku, spotkała się z krytyką części środowisk.

Odniósł się do niej na Twitterze Joachim Brudziński, szef MSWiA, który odpowiada za zaproszenie włoskiego polityka do Polski.

Polska i Włochy to kraje zewnętrzne Unii Europejskiej. Mamy wiele interesów gospodarczych, kulturalnych, społecznych. Atakowanie Jarosława Kaczyńskiego za to, że spotka się z wicepremierem Włoch jest dla mnie czystą głupotą” – napisał Brudziński..

Waldemar Mystkowski pisze o spotkaniu Kaczyńskiego z Salvinim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

(…)

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

Pisowscy dziennikarze biadolą, a policjanci coraz bardziej odważni

6 Sty

W plebiscycie na słowo roku 2018 wygrała „Konstytucja”. Ja stawiałam na „serce”. A na drugim miejscu na „żarówkę”. Tym bardziej, że za sprawą przedstawicieli partii aktualnie rządzącej, serce z żarówką nieoczekiwanie wpisały się nam w kontekst europejski.

Bo tak: pan premier Morawiecki, w ramach kampanii przed wyborami do PE, dokonał analizy europejskiej anatomii pod kątem etnicznym i wyszło mu, że Polska to Serce Unii. I to by się zgadzało. Bo Zachód od stuleci utożsamiany jest z Rozumem.

Serce jest też symbolem miłości, która owładnęła partią aktualnie rządzącą. To niespodziewane uczucie spadło na formację władzy akurat tuż przed wyborami. No, ale z miłością tak właśnie bywa, że kto się czubi, ten się lubi.

Gwałtowność uczucia ku Unii może też, po trosze, wynikać ze specyfiki naszego Serca, bo funkcjonuje ono nieco na przekór oficjalnej wiedzy medycznej. Mamy je – otóż – po prawej stronie, bowiem trudno, żeby cokolwiek pod rządami aktualnej władzy mogło się kojarzyć z lewactwem. Nawet anatomia. No, a poza tym – jak to poetycko ujął pan premier – nasze polskie Serce jest Bijące.

To bicie wynika nie tylko z fizjologii, ale też z naszej wielowiekowej tradycji prymatu emocji nad chłodną wyrachowaną kalkulacją. Bije, znaczy kocha, jak mawia nasze staropolskie przysłowie.

Bicie, które Zachód stara się wyrugować z naszych rodzinnych europejskich relacji, uchwalając kolejne ustawy i konwencje antyprzemocowe, my tu u nas uważamy za wyraz silnych więzów emocjonalnych i uczuciowej pasji. A też uchodzi ono za najlepszą metodę socjalizacji jednostek antysystemowych oraz wychowania młodszych pokoleń w poszanowaniu autorytetów i tradycji. O zbawiennym wpływie „klapsa” na trening karności jest silnie przekonana – jak dowodzą sondaże – zdecydowana większość naszego społeczeństwa.

W edukacyjne walory lania wyraźnie wierzy też wielu członków aktualnego rządu, na czele z jego panią rzecznik, która publicznie wyrażała zrozumienie dla gromady młodzieńców, którzy skopali członka KOD-u. Podobną wyrozumiałość demonstruje opinia publiczna skupiona wokół obozu władzy, która gremialnie poparła – na przykład – akt spoliczkowania działaczki Obywateli RP przez inną panią z przeciwnej politycznej opcji. Niezbyt surowo podchodzą do bicia (żon, dzieci, opozycjonistów, zwierząt, obcokrajowców) również prokuratorzy i niektórzy sędziowie. Jak widać miłość niejedno ma imię…

Porządne lanie od czasu do czasu, jest też zgodne z polską interpretacją etyki chrześcijańskiej, wedle której „Duch Święty rózeczką dziateczki bić każe”. I te właśnie słuszne zasady zamierzamy – kierowani głęboką miłością do naszej międzynarodowej europejskiej Rodziny – wnieść do Unii w ramach jej rechrystianizacji. Jak się niektórym na Zachodzie dobrze przyłoży, to od razu im się w głowach lepiej ułoży. I dadzą sobie spokój z tym swoim idiotycznym racjonalizmem oraz – generalnie – oświeceniem.

My tu od pokoleń wiemy, że życie na widoku, w pełnym świetle, szkodzi spójności Rodziny, która ma przecież różne swoje ciemne strony i mroczne tajemnice. A i wiara też najpiękniej rozkwitała w mrokach średniowiecza. Tymczasem nadmiar światła szkodzi na oczy, skórę, moralność i jedność Europy. Weźmy taki Brexit. Przecież rozpoczął się od wymiany żarówek!

Czyli to my jesteśmy ci emocjonalni, co to skrzydła husarskie i walki straceńcze do krwi ostatniej. A oni – wyrachowanie i zimna kalkulacja. My im „rechrystianizacja”, a oni nam: „oświecenie”! My siły na zamiary, a oni zamiar podług sił. Za grosz romantyzmu i ułańskiej fantazji… Tak więc – jesteśmy Sercem. A oni bez serc i bez ducha.

Nie bez powodu pan prezydent przy innej okazji skarżył się na dyktat Unii w kwestii żarówek. Oni wciskają nam ledowe w myśl zasady „więcej światła”, a my im na to odpowiadamy tradycyjnym kagankiem (oświaty).

Będę z uwagą śledzić postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji – deklaruje posłanka PO Bożena Kamińska. Przypomnijmy, Komendant Główny Policji wszczął postępowanie wobec Daniela Kołnierowicza po tym, jak na antenie radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na posłankę opozycji. To ona pierwsza otrzymała informację od funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej w Suwałkach, że oddelegowywani są do pilnowania posesji wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. – Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi – dodaje posłanka Kamińska. Na co zwracają uwagę?


KAMILA TERPIAŁ: Komendant Główny Policji wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec szefa podlaskiej policji Daniela Kołnierowicza, który na antenie lokalnego radia ogłosił konkurs na „najlepsze donosy” na panią. Czuje pani satysfakcję?

BOŻENA KAMIŃSKA: Od początku nie miałam wątpliwości, że powinno nastąpić postępowanie dyscyplinarne w stosunku do komendanta policji w Białymstoku. Wydaje mi się, że bardzo długo, bo ponad miesiąc, trwało postępowanie tzw. rozpoznawcze. Jak widać, wszystko jest rozwlekane w czasie. Z Komendy Głównej Policji płyną informacje, że to postępowanie może potrwać nawet miesiąc albo dłużej. Będę oczywiście z uwagą je śledzić. Tym bardziej, że

dotarła do mnie na razie nieoficjalna informacja, że sprawą ma się zająć jednostka policji ze Śląska, która zapewne nie będzie zainteresowana dogłębnym wyjaśnieniem sprawy. Być może komuś zależy na umorzeniu tego postępowania. Cierpliwie czekam na ostateczną decyzję.

Czym pani podpadła komendantowi? Tym, że tropiła pani nieprawidłowości w policji?
Myślę, że tak. Osobiście spotkałam się z komendantem Kołnierowiczem zaledwie na kilku oficjalnych imprezach, nie miałam okazji nawet zamienić z nim kilku zdań. Zaczęło się od informacji płynących od funkcjonariuszy policji z Suwałk. Informowali mnie o tym, że są oddelegowywani do pilnowania posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego, zmuszani do przebierania się, pojawiła się także kwestia form zatrudniania w tamtejszej komendzie. Poruszyłam tę sprawę z mównicy sejmowej. A nikt nie jest zadowolony, jak zadaje się mu trudne pytania.

Później zaczęły docierać do mnie informacje o tym, co dzieje się także w innych komendach na terenie kraju. Na początku były to anonimy, ale ostatnio coraz częściej są to listy podpisywane z imienia i nazwiska. Policjanci nabrali większej odwagi i są w stanie o tym głośno mówić.

Na co przede wszystkim zwracają uwagę?
Na to, że są zmuszani do wykonywania obowiązków, które nie są im przypisane, są zmuszani do uczestnictwa w wydarzeniach, w których bierze udział wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jarosław Zieliński, muszą to robić nawet w dni wolne od pracy. Twierdzą, że takich wydarzeń jest czasami tak dużo, że nie mogą wykonywać swoich podstawowych obowiązków. Skarżą się, że są po prostu niewłaściwie traktowani przez przełożonych i że spadają morale.

Naczelnikami zostają funkcjonariusze z kilkuletnim stażem, a osoby doświadczone są spychane na niższe funkcje albo odsyłane na emeryturę. Ostrzegają, że takie działania nie służą bezpieczeństwu publicznemu.

Co można w takich sprawach zrobić?
Wysłaliśmy wraz z posłami PO wniosek do Najwyższej Izby Kontroli o przeprowadzenie kontroli w Garnizonie Podlaskim. Poza tym poprosiliśmy NIK o kontrole także w jednostkach, z których dostałam informacje o nieprawidłowościach. Proszę także posłów z mojej partii, aby interweniowali w swoich regionach. W tej chwili mam ok. 60 zgłoszeń, więc nie jestem w stanie sama się tym zająć.

Komenda Główna Policji przeprowadziła kontrolę w Komendzie Miejskiej Policji w Suwałkach? Zapoznała się już pani z protokołem pokontrolnym?
Wraz z posłem PO Cezarym Tomczykiem chcieliśmy zapoznać się z tym protokołem, ale 27 grudnia otrzymaliśmy informację, że został utajniony i jako posłowie nie możemy się z nim zapoznać. Z taką decyzją oczywiście się nie zgadzamy i nie odpuścimy. Jeżeli są kwestie wrażliwe, to przecież nie musimy się z nimi zapoznawać. Ale to, że protokół jest przed nami ukrywany, budzi podejrzenia. Poza tym mam płynące po kontroli informacje od funkcjonariuszy z tej komendy, że mimo iż stwierdzono uchybienia dotyczące „nadgorliwości przełożonych”, nie są wyciągane żadne wnioski i wszystko funkcjonuje tak jak dawniej.

Chcemy wiedzieć, jakie konsekwencje poniosą przełożeni, którzy wykazali się „nadgorliwością”. Dostaliśmy informacje, że protokół to w sumie 70 stron, co wskazuje na to, że sprawa nie jest błaha.

Czuła albo czuje się pani zastraszana przez Daniela Kołnierowicza?
Bezpośrednio nie. Chociaż czasami na oficjalnych uroczystościach mam wrażenie, że są osoby, które mnie pilnie obserwują. Nie jest to komfortowe. Wypełniam tylko swoje obowiązki płynące z poselskiego mandatu i nie mam zamiaru tych wszystkich informacji, które do mnie spływają, chować do szuflady. Uważam, że jeżeli ludzie odważyli się pisać i mówić, ruszyła kula śnieżna, to trzeba zmusić rządzących, aby zwrócili na to uwagę. Próbuję się nawet umówić z wiceministrem Jarosławem Zielińskim na rozmowę. Jeżeli będzie miał wolę i chęć, to bardzo chciałbym się z nim spotkać. Skarg jest tak dużo, że nie można od tego uciec. Chociaż rządzący do tej pory starają się tak robić. Wielu funkcjonariuszy, którzy piszą do mnie, wcześniej pisało także do ministerstwa i nie otrzymywali żadnej odpowiedzi. To niestety nie świadczy o dobrej woli rządzących.

W obozie dobrej zmiany pojawia się refleksja, że być może PiS straci władzę. To bardzo ważna zmiana psychologiczna

Kiepsko się ten rok zaczął dla miłośników „dobrej zmiany”: pod presją oburzonej opinii publicznej rząd wycofał kolejny projekt wypichcony przez katolicko-konserwatywnych talibów. Nowelizacja ustawy antyprzemocowej, uznająca, że jedno pobicie, to jeszcze nie przemoc w rodzinie, miała wyrwać Polskę pod wpływów demona Dżendera, ale skończyło się tak jak zwykle: premier zarządził odwrót na z góry upatrzone pozycje.

Kolejny raz. Trudno wręcz doliczyć się, ile już takich odwrotów było: ustawa antyaborcyjna, grzywna dla TVN, ustawa o IPN, ustawa o Sądzie Najwyższym. Za chwilę trzeba będzie zapewne wycofywać się z innych reform sądowych z pseudo-KRS na czele…

Dużo tego. O ile w pierwszym roku sprawowania władzy PiS wydawał się potężny i niezwyciężony, to teraz jest cieniem samego siebie. Nic dziwnego, że jego klakierzy i wielbiciele spuszczają nosy na kwintę i biadolą, jak Ryszard Makowski w portalu Karnowskich: „Odchodzący rok nie był dobry dla rządu”.

„Symbolem tego roku pozostanie ciągłe wycofywanie się dobrej zmiany na z góry upatrzone pozycje– pisze Makowski. – Ustawa o IPN, nagrody dla ministrów, ustawy o sądownictwie, zawetowanie przez pana prezydenta ustawy degradacyjnej i ostatnio zrezygnowanie w trybie nagłym z ogłoszonych podwyżek cen prądu. Do tego dochodzą dotkliwe, jakby tego nie tłumaczyć, porażki w wyborach samorządowych w dużych miastach, szczególnie w Warszawie. Komisje śledcze też trudno nazwać ogromnym sukcesem”.

Pisząc to, Makowski nie wiedział jeszcze, że za chwilę do tej listy trzeba będzie dopisać projekt nowelizacji ustawy antyprzemocowej.

Na domiar złego we własne szeregi wkradł się chaos i zwątpienie. „Trudno oprzeć się wrażeniu – ubolewa Makowski – że dzieją się rzeczy zakulisowe, że są zawierane jakieś pakty, o których lepiej, żeby lud nie wiedział. Przeciętny obywatel nie może zrozumieć zmiany na stanowisku premiera. Nie o to chodzi, że premier Morawicki jest złym premierem, ale czemu musiała odejść premier Beata Szydło po dwóch latach udanej naprawy państwa?”.

Z pesymizmem Makowskiego, felietonisty drugorzędnego, ale reprezentatywnego dla sporej części pisowskiego fanklubu, współbrzmi tonacja artykułu Piotra Skwiecińskiego, który na łamach tygodnika tygodnika „Sieci” kreśli przerażający dla wielbiciela „dobrej zmiany” obraz Polski po ewentualnym zwycięstwie opozycji w wyborach parlamentarnych: „Kto chce wyobrazić sobie, co będzie się działo w całej Polsce, jeśli elity III RP odzyskają władzę na szczeblu centralnym, niech spojrzy na to, co się dzieje w stolicy. W mieście, w którym dziś odzyskały pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa”.

To już do tego doszło? W kręgach pisowskich publicystów i komentatorów wizja utraty władzy przestała być niewyobrażalną abstrakcją, a stała się scenariuszem dopuszczanym do świadomości i na serio rozważanym?

To bardzo ważna zmiana psychologiczna, która będzie miała dwojakie skutki.  Po pierwsze, radykalna część obozu władzy będzie optować za zaprowadzeniem porządku i dokręceniem śruby przeciwnikom politycznym. Już słychać apele o zaostrzenie represji. Makowski pisze: „Cały czas hulają sobie u nas w najlepsze media wrogie nie tyle władzy, co państwu polskiemu. Ustawy sejmowe są poprawiane pod zewnętrznymi naciskami, albo obcych państw albo instytucji unijnych. Gorszy poczucie bezkarności tych, którzy już dawno powinni mieć usystematyzowany tryb życia w zakładach penitencjarnych. Kasta sądownicza ostentacyjnie wypowiedziała posłuszeństwo obywatelom i jeszcze się tym chełpi paradując w idiotycznych koszulkach >Konstytucja<”. Sugestia pisowskiego felietonisty jest jasna: wziąć ich za mordę,  dość tej bezkarności!

Takich wezwań będzie zapewne więcej i takie nastroje dojdą do głosu w części (tej głupszej i mniej przewidującej) aparatu władzy. Można się więc spodziewać kolejnych postępowań dyscyplinarnych przeciw sędziom, szykan wobec krytycznych mediów i uderzeń w niezależne organizacje społeczne. Tyle tylko, że represje stosowane przez słabnącą władzę nie budzą grozy i nie pacyfikują oporu. Wręcz przeciwnie – tylko go nasilają i stymulują.

Równolegle zaś z radykalizacją pisowskiego betonu będzie postępować erozja morale w obozie władzy, która skłoni osoby bardziej przewidujące i inteligentniejsze do asekurowania się. I to będzie drugi, być może nawet ważniejszy skutek zmiany psychologicznej, która dokonała się w ostatnich miesiącach.

Można oczekiwać, że polecenia wydawane ideologicznie niezaangażowanym pracownikom i funkcjonariuszom państwowym przez pisowskich zwierzchników będą wykonywane opieszale bądź wręcz sabotowane. Być może w skrajnych przypadkach pojawią się żądania: „Proszę wydać mi to polecenie na piśmie”. I zapewne będziemy otrzymywać coraz więcej przecieków na temat nieprawidłowości dziejących się za kulisami – naoczni świadkowie i uczestnicy tych działań będą chcieli zyskać usprawiedliwienie, odcinając się od nich i donosząc mediom i przedstawicielom opozycji o tym, „co się u nas wyprawia”. Tak jak anonimowi policjanci donieśli na wiceministra Jarosława Zielińskiego i jak pracownicy NBP donieśli na prezesa Glapińskiego i jego „damy dworu”.

A przezorniejsi i inteligentniejsi członkowie obozu władzy zaczną zezować na boki. Gdy łajba zaczyna nabierać wody, co rozsądniejsi członkowie załogi zaczynają wypatrywać szalup ratunkowych.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co po Kaczyńskim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz dyplomatą raczej nie jest, co wydaje się dziwnym atrybutem wykonując tę funkcję, lecz przy pisaniu o politykach PiS zdziwienie należy porzucić.

Nagle Czaputowicz dostał zajadów, gdy wymienił nazwisko Donalda Tuska określając tego najwybitniejszego polskiego polityka (przynajmniej dotychczas w XXI wieku) jako reprezentanta Niemiec w Radzie Europejskiej, w tym wypadku należy porzucić inne zdziwienie, gdy widzimy jak polityk PiS pluje na Polaka.

Czaputowicz opluł Tuska, a tak naprawdę Brukselę i najlepszego naszego sojusznika na Zachodzie, Niemcy. Ten „dyplomata” zalicza się do kategorii ukutej przez Władysława Bartoszewskiego, do dyplomatołków. Trzymany był za czasów Tuska w MSZ jako dyrektor jednej z komórek ministerialnych. Czekam aż wyrazi się, jak Mateusz Morawiecki, iż donosił Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Czyżby wspólną cechą polityków PiS było donosicielstwo, agenturalność, przypadłość charakterologiczna wszystkich złamasów, ludzi niegodnych zaufania?

Konteksty powyższych wypowiedzi i awansu są oczywiste, PiS gra na rozwalenie Unii Europejskiej. Więcej będziemy wiedzieli po wizycie wicepremiera Włoch Metteo Salviniego u Kaczyńskiego, lidera antyeuropejskiej Ligi Północnej, ten się nie kryje, że w polityce chodzi mu o rozbicie instytucji europejskich, a przy tym obnosi się z t-shirtem, na którym nosi portret swojego guru i sponsora, Władimira Putina.

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

Pisowska lojalność nagrodzona intratnym stanowiskiem pomimo zarzutów prokuratury

5 Sty

Były szef departamentu operacyjno-śledczego w CBA, Paweł W. w grudniu został powołany na stanowisko kierownicze w Biurze Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu w Państwowych Portach Lotniczych.

Być może nie byłoby w tym fakcie nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na Pawle W. ciąży oskarżenie prokuratury za jazdę samochodem bez prawa jazdy. Zostało mu ono wcześniej zabrane za przekroczenie dozwolonej liczby punktów karnych.

Paweł W. jest doskonałym przykładem na proceder obsadzania ważnych stanowisk państwowych ludźmi związanymi z Prawem i Sprawiedliwością, tym bardziej, że poprzednie swoje stanowisko w CBA również zawdzięczał partyjnemu powiązaniu.

Powołanie Pawła W. na szefa BPNiA może mieć powiązanie ze zwolnieniami ludzi, nawet z kilkunastoletnim stażem pracy, ale nie związanych z partią rządzącą.

„Musiałam zwalniać dyscyplinarnie pracowników z 10-20-letnim stażem pracy, prawie we wszystkich przypadkach bez uzasadnienia” – mówiła dziennikarzom „Wyborczej” była kadrowa PPL, Renata Grzywna, która też została zwolniona.

Nadrzędnym celem Biura Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu jest według prezesa PPA „zapewnienie przestrzegania przez jednostki organizacyjne PPL powszechnie obowiązujących przepisów prawa i wewnętrznych aktów normatywnych, w tym kodeksu etyki i polityki przeciwdziałania nadużyciom i korupcji”. Definicja ta ma się jednak nijak do partyjnej polityki kadrowej prowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

>>>

Kaczyński nie ukrywa: zaprowadzę wam faszyzm i wyprowadzę z Unii Europejskiej

5 Sty

Na początku roku, w którym odbędą się wybory do europarlamentu, nominację na stanowisko wiceministra cyfryzacji uzyskał Adam Andruszkiewicz: narodowiec, prymitywny homofob i przeciwnik UE. A w przyszłym tygodniu do Warszawy – na zaproszenie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – przybywa Matteo Salvini, lider włoskiej Ligi Północnej, minister spraw wewnętrznych Włoch, przeciwnik „elit brukselskich” i sankcji wobec Rosji.

Andruszkiewicz jest pierwszym ministrem polskiego rządu, który uznał za konieczne oświadczyć w „Super Expressie”, że „nigdy nie był faszystą”. Salvini, który przez część przywódców unijnych jest oskarżany o faszyzm, m.in. za swój stosunek do uchodźców, już na to określenie się nie obraża. „To nie faszyzm, to stosowanie prawa” – mówi.

Te dwa zdarzenia obrazują ideową ewolucję PiS. Kończy się „eksperyment”, w ramach którego szef MSZ Jacek Czaputowicz miał poprawić relacje z Unią, zabagnione za czasów jego poprzednika Witolda Waszczykowskiego. Dziś Czaputowicz publicznie obraża szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska oraz europejskich partnerów takich jak Francja.

Tak Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, skomentował na Twitterze opublikowane przez konkret24.tvn24.pl wydatki Polskiej Fundacji Narodowej w 2017 r. Z jej sprawozdania finansowego wynika, że taką właśnie kwotę przeznaczono na pisowską kampanię billboardową „Sprawiedliwe sądy”, która zawierała nieprawdziwe treści. Przypomnijmy, że budżet PFN stanowią wpłaty spółek skarbu państwa, co oznacza, że koszt jej działalności ponoszą wszyscy podatnicy.

Kolejne wydatki PFN także budzą kontrowersje. 3,7 mln zł przeznaczono np. na… świąteczne życzenia. Projekt szumnie nazwano „Promocja wielokulturowości Polski w świadomości mieszkańców USA”. Nakręcono spot, w którym pięciu polskich duchownych różnych wyznań (katolik, luteranin, prawosławny, muzułmanin i rabin) składało po angielsku Amerykanom życzenia.

Wydanie 370 tys. zł na śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych z okazji 150. urodzin marszałka Józefa Piłsudskiego wydaje się w kontekście innych wydatków „drobiazgiem”.

Ze sprawozdania PFN dowiedzieć się można, ile za tę działalność zarobili czterej członkowie zarządu Fundacji. Otóż w 2017 roku zainkasowali oni w sumie ponad 473 tys. zł.

Internauci najczęściej komentowali wydanie 8,4 mln zł na kampanię o sądach. – Czyli tak: PiS zabrał te pieniądze złodziejom, czyli podatnikom, a dał je, stworzonej przez siebie Polskiej Fundacji Narodowej, by ta w prowadzonych kampaniach za pomocą spotów i bilboardów oczerniała w oczach obywateli polskich sędziów”; – „PFN żyje bogato za nasze pieniądze”; – „A można było wydać na wynagrodzenia dla pracowników administracji sądowej, których brakuje i może skrócilibyśmy czas załatwiania sprawy, a nie jak niby reforma, która go wydłużyła” – podsumował były rzecznik KRS Waldemar Żurek.

Tak wynika z odpowiedzi, której zmuszony był udzielić pełniący obowiązki prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim Grzegorz Chochański. Po wysłaniu do niego wniosku o dostęp do informacji publicznej przez reporterkę TOK FM przyznał także, że informował przełożonych o możliwości utraty płynności finansowej przez spółkę.

Wcześniej jednak Chochański nie chciał podać żadnych informacji posłom PO, którzy w listopadzie ubiegłego roku pojawili się w Janowie z poselską kontrolą. Odmówił im także wglądu do dokumentów. Twierdził wtedy, że sytuacja w jest stabilna. Jak się okazało – w tym samym czasie zawiadamiał o groźbie utraty płynności finansowej!

TOK FM podaje, że – opierając się na odpowiedzi Chochańskiego – w 2015 r. zysk netto stadniny w Janowie Podlaskim wyniósł ponad 3,2 mln zł. Rok później, było to 81 tys. zł, a w 2017 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 1,64 mln zł.

 „Wstali z kolan. Zapewnili ideologicznie właściwą dyrekcję, podzielającą poglądy PiS. Skutek ekonomiczny – wiadomy”; – „Do tego karuzela kadrowa z czterema prezesami na czele (obecny jako p.o.) w ciągu zaledwie trzech lat”; – „Co powinno się zrobić z ludźmi, którzy do tego doprowadzili????”– komentowali internauci.

„Odpowiedź” Komendanta Głównego Policji na wydarzenie z udziałem kierowcy-ochroniarza J. Kaczyńskiego w Bydgoszczy. Wg KGP do niczego nie doszło. KGP nie chce ujawnić notatki policjanta, któremu groził ochroniarz JK. Ale dopytujemy dalej” – poinformował na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Chodzi o skandaliczne zachowanie kierowcy Jarosława Kaczyńskiego, który groził funkcjonariuszowi zwolnieniem z pracy. O sprawie w artykule „Przepisy ruchu drogowego szefa PiS nie dotyczą?”.

A z rzeczonej odpowiedzi wynika, że zdaniem zastępcy Komendanta Głównego Policji Andrzeja Szymczyka… nic się nie stało.  – „Informuję, że kierowca pana Jarosława Kaczyńskiego nie próbował wymusić na policjancie odstąpienia od czynności przepuszczenia pojazdu, wbrew przepisom ustawy Prawo o Ruchu Drogowym. Nie miało też miejsca kierowanie wobec funkcjonariusza gróźb zwolnienia z pracy, stąd na tą okoliczność nie została sporządzona notatka” – napisał Szymczyk.

Jednak jak ustalił portal wp.pl, bydgoska policja wszczęła postępowanie wyjaśniające, dotyczące zachowania funkcjonariusza. Jak twierdzą informatorzy portalu, polecenie miało przyjść z samej góry.

Funkcjonariusz, który nie chciał przepuścić jadącego pod prąd auta z prezesem PiS, już w policji nie pracuje. Odszedł na własną prośbę. Kierowca Kaczyńskiego nie został ukarany żadnym mandatem.

„Kolejny awans za zasługi dla PiS! Klaudiusz Pobudzin, jeszcze niedawno funkcjonariusz pisowskiej telewizji, został właśnie szefem biura prasowego Energi!” – tak skomentował jeden z internautów nową posadę byłego reportera Telewizji Trwam i TVP. Pobudzin przez pewien czas kierował także „Teleexpressem”, a potem został szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Na tym stanowisku nadzorował programy informacyjne: „Wiadomości”, „Panoramę”, „Teleexpress” oraz TVP Info.

W czasach, kiedy pracował jako reporter w „Wiadomościach” zasłynął z przygotowywania materiałów, które zamiast dziennikarskimi, nazwać należałoby propagandowymi, gloryfikującymi dokonania „dobrej zmiany”.  Ponoć w redakcji ukuto na określenie tych materiałów, zgodnych z linią PiS, nazwę „wykręcić Pobudzina”.

Komentarze internautów brzmiały jednoznacznie. – „Także ten. Partia nagradza swoich wiernych funkcjonariuszy”; – „Kolejny transfer dobrozmianowca do SSP, gdzie będzie budował “nowoczesny system komunikacji z odbiorcami energii”, czyli nic nie robił za pieniądze podatnika!”; – „Prorządowy propagandzista z TVP do… energetyki. Nigdy jeszcze nie było takiego kolesiostwa i promowania nieuków jak za rządów PiS”; – „Były dyrektor z TVP na dyrektora w Enerdze. Kolejna „dobra zmiana”, a ja jestem wciąż zdziwiony”.

Morawiecki obiecał miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki energii, co może oznaczać niedozwoloną przez UE pomoc publiczną.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie prądu i nie ukrywam, że wszelkie liczby dość trudno do mnie przemawiają. Ot, tak to jest, gdy się człowiek rozwija głównie humanistycznie. Dlatego ostatnie zawirowania z polską energetyką są dla mnie niesamowicie ciężkie do ogarnięcia. Te wszystkie eksperckie statystyki, dane, wykresy, strzałki w górę lub w dół, to dla mnie czarna magia. Jak to jednak człowiek ciekawski, próbuję, sięgam do źródeł, szukam faktów, słucham opinii tych, do których mam zaufanie i powoli, powolutku przekładam sobie na język bardziej łopatologiczny, bardziej zrozumiały.

Cały świat usilnie pracuje nad produkcją zielonej energii. Wiąże się to z coraz szybszymi zmianami klimatycznymi, które źle wróżą na przyszłość i może przyjść moment, że nasi potomkowie po prostu wymrą. To, co się dzieje, to nasza zasługa, całej ludzkości i teraz to już ostatni dzwonek, by próbować cokolwiek naprawić i dać szansę, by ludzkość miała jeszcze przed sobą jakieś perspektywy.

Jednym z największych problemów jest ten nieszczęsny CO2, powstały w wyniku spalania węgla w atmosferze. Ależ ten dwutlenek węgla nam miesza w głowach, truje i wykańcza naszą planetę. Nie może więc nikogo dziwić, że mądra polityka energetyczna to właśnie postawienie na energię odnawialną. Nie może też nikogo dziwić, że UE, walcząc z ociepleniem klimatu, wprowadziła opłaty za uprawnienia do emisji CO2 i węgla. Nie po to, by dowalić takim uparciuchom jak Polska, ale by zachęcić i przekonać do inwestycji w energię bardziej przyjazną środowisku.

I mądre, patrzące w przyszłość państwa to robią, a co dzieje się w Polsce? Wiem, że w latach 2009 – 2016 Polska postawiła na odnawialne źródła energii, dzięki czemu produkowana energia rosła o 20% rocznie. Po przejęciu władzy przez PiS nastąpił spadek do… 1% rocznie. Ale zjazd, prawda? No cóż, ludzie dali się przekonać, że wiatraki im szkodzą, więc postawili na polityków PiS, którzy obiecali, że gdy wygrają wybory to wprowadzą ustawę, która oddali to „diabelskie urządzenie” od domostw. Wybory PiS wygrał i już w lipcu 2016 roku ustawa antywiatrakowa, przygotowana oczywiście błyskawicznie i bez rzetelnych konsultacji, weszła w życie. Efekt? Właśnie spadek produkcji energii odnawialnej do 1% rocznie i wycofanie się wielu zagranicznych firm, które rozwijały tę branżę.

PiS twardo stawia na węgiel. Ten, wydobywany u nas i ten, kupowany za niezłą kasę poza Polską. To nieważne, że należymy do niechlubnej czołówki państw, emitujących najwięcej CO2. Nieważne, że fundujemy naszym wnukom niezły kanał i przykładamy ochoczo łapę do zniszczenia życia na Ziemi. Ważne, że partia rządząca nie da skrzywdzić polskich górników i zamierza na maksa wykorzystać polskie pokłady węgla, które mogą starczyć według Andrzeja Dudy i na 200 lat.

A przecież wiadomo było już od kilku lat, że właśnie w 2018 roku pojawi się problem z opłatą za produkcję prądu. Handel zezwoleniami na emisję został przez UE uwolniony, ich cena ostro idzie w górę i niech PiS nie udaje nagle takiego zaskoczenia. Świetnie ta partia wiedziała, że tak będzie, a jednak z pełną świadomością, odstawiła zieloną energię na boczne tory, bo my mamy węgiel i nikt nam nie będzie dyktował, czym palić i jak. Mało tego, minister energetyki Tchórzewski zapowiedział budowę kolejnych, po Ostrołęce, elektrowni na węgiel. Zapowiedział i szybko oddał polską energetykę pod opiekę Matki Boskiej. Hm… daje to do myślenia, prawda?

No i teraz, nagle partia rządząca urwała się z choinki i zafundowała nam niezłą jazdę. Z jednej strony firmy energetyczne, które drastycznie podniosły opłaty za prąd, z drugiej zaś premier Morawiecki i jego kumple postawieni pod ścianą. Rach ciach, napisano szybciutko ustawę, w której zamrożono ceny za prąd na cały 2019 rok, przegłosowano ją w podobnym tempie w Sejmie, dając posłom opozycji aż 30 sekund na wyrażenie własnego zdania i teraz już władza może spać spokojnie. Polacy wdzięczni za powstrzymanie podwyżki na pewno zagłosują na tę partię w kolejnych wyborach, a co dalej z prądem? Przyjdzie czas – to PiS będzie znowu kombinować.

Oczywiście ta partia nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła szukać winnych, którzy doprowadzili do takiego chaosu i szumu informacyjnego. Wiadomo przecież, że to nie ona… Już zostało skierowane do prokuratury zawiadomienie o celowej manipulacji cenami prądu na giełdzie energii. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Maciej Bando jest przekonany, że zadziałał tu wrednie czynnik ludzki, ale teraz zostanie to dokładnie sprawdzone. Winny będzie znaleziony i surowo ukarany. Jak znam życie, to prokuratura weźmie z łapanki jakiegoś biedaka, któremu można będzie udowodnić powiązania z PO, a najlepiej bezpośrednio z Donaldem Tuskiem i znowu Macierewicz będzie mógł się pobawić w budowę i rozwiązanie kolejnej teorii spiskowej.

No nic, najważniejsze jest, że podwyżek za prąd nie będzie. Jakoś tak zupełnie bokiem przemykają informacje, że jesteśmy w czołówce trucicieli, że fundujemy przyszłym pokoleniom niezłą jatkę, że brak umiejętności perspektywicznego myślenia odbije się nam niezłą czkawką. Cieszymy się i w ogóle nas nie rusza, że Morawiecki obiecuje miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki, co może oznaczać niedozwoloną pomoc publiczną, która zakłóca konkurencję i wymianę handlową miedzy państwami UE. Zgodnie z przyjętymi zasadami, na przestrzeganie których wyraziła zgodę i Polska „Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Taki komunikat wyszedł wczoraj z Brukseli i może zacząć się kolejna wojenka PiS z UE. Unia zarzuci nam łamanie postanowień, które sami podpisaliśmy, PiS zacznie się wydzierać, że znowu ten europejski twór ingeruje w naszą suwerenność i chce nam coś narzucać, a co zrobią Polacy w nadchodzących wyborach do europarlamentu? Zagłosują na polityków partii rządzącej, bo ona tak o nas dba, nie pozwala zrobi nam krzywdy, więc niech idzie do Brukseli i tam, na miejscu pilnuje, by włos nam z głowy nie spadł. W końcu zatrucie, klimat i inne takie bzdury Polaków nie obchodzą. Liczy się tylko to, co teraz i to „teraz” ma być po naszej myśli.

Waldemar Mystkowski pisze o nieuchronnym faszyzowaniu Polski.

Prezes PiS spotka się z szefem włoskiej antyeuropejskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Możemy się zastanawiać, ile bracia Kaczyńscy zawdzięczają Lechowi Wałęsie. Pierwszy szef „Solidarności” na pewno przyspieszył ich karierę. Obydwaj byli rozmazanym tłem w czasie klasycznej „Solidarności”, acz Lech „załapał” się na internowanie w stanie wojennym.

Kluczem jest Okrągły Stół, w którym Wałęsa wystawił ich jako reprezentantów opozycji solidarnościowej, choć nie zasługiwali na to, lecz szef „S” budował swoje zaplecze i padło na ambitnych Kaczyńskich. I obydwaj na tym skorzystali, przede wszystkim Jarosław stworzył potem majątek partyjny na uwłaszczeniu się na komuszych mediach.

Gdyby nie Wałęsa, Jarosław Kaczyński i tak zaistniałby, bo to „zwierzę polityczne”. Okrągły Stół dał Kaczyńskim impet, to ich chrzest bojowy, wówczas stali się rozpoznawalni. Raczkowali w politycznych pieluchach, które przewijał im Wałęsa.

„Rzeczpospolita” dokopała się w tzw. archiwum Kiszczaka w USA do korespondencji Lecha Kaczyńskiego z PRL-owskim ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który wraz z Wojciechem Jaruzelskim stał na czele ówczesnej strony partyjno-rządowej, gdy w Polsce następował bezkrwawy przewrót ustrojowy. Niczego nie ma zdrożnego w tej korespondencji, ale staje ona w poprzek pisowskiemu mitowi, w poprzek zakłamywaniu najnowszej historii. Lech Kaczyński wdzięczy się do Kiszczaka, który przesyła mu zdjęcia z Magdalenki. Ot, kawałek historii.

Zakłamanie polityczne zawsze prowadzi do katastrofy. Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do katastrofy smoleńskiej, w której oprócz niego zginęło 95 osób. Jarosław jest zdecydowanie ambitniejszy od brata, doprowadza Polskę do katastrofy – nazywam ją: ogólnopolską katastrofą smoleńską.

Oczywistym kłamstwem jest ostatnia maska prounijna, którą na konwencji PiS nałożyła sobie na twarz rządząca partia z zasadniczego powodu, iż zbliżają się wybory. Spod tej maski ukazują się prawdziwe intencje Kaczyńskiego, bo tych nie da się ukryć. 9 stycznia ma dojść do rozmowy na Nowogrodzkiej Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, partii antyeuropejskiej.

Jak pisze włoska „Repubblica”, celem Salviniego jest wciągnięcie PiS do nowej międzynarodówki antyunijnej. Na tapecie są także Marine le Pen, sponsorowana przez Kreml i holenderski nacjonalista Geert Wilders. W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Mateusz Morawiecki wzmocnił rząd o „agenta wpływu  Kremla” Adama Andruszkiewicza.

Bliżej Rydzyka. Sobecka, Czaputowicz, Andruszkiewicz – gwiazdy PiS otwierają usta

4 Sty

Od dłuższego już czasu co niektórzy politycy zastanawiają się nad deglomeracją czyli przeniesieniem niektórych instytucji rządowych poza Warszawę. Jednym z orędowników tego pomysłu jest Jarosław Gowin, który już na konwencji PiS rzucił taką propozycję, tłumacząc, że ma to jakiś sens, bo „nie wszyscy Polacy się w Warszawie pomieszczą”. Zaproponował wówczas, by część instytucji przenieść do dawnych miast wojewódzkich, np. Chełma czy Jeleniej Góry. Dokładniej i w szczegółach omówi Gowin ten temat na najbliższym kongresie swojej partii Porozumienie.

Koncepcja ta ma swoich zwolenników. Pozytywnie wypowiadają się o niej m. in. Sasin z PiS, Andrzej Duda czy też Robert Biedroń. Według Piotra Trudnowskiego, prezesa prezes think tanku Klubu Jagiellońskiego, którego członkiem honorowym jest też Jarosław Gowin, wszystkie partie są za deglomeracją. Klub Jagielloński już jakiś czas temu zbierał podpisy za deglomeracją w Krakowie, licząc na przychylny stosunek do sprawy Witolda Kozłowskiego, nowego marszałka województwa małopolskiego, który nie ukrywał, że pomysł przeniesienia części instytucji z miasta do np. Tarnowa czy Nowego Sącza bardzo mu się podoba.

Anna Sobecka posłanka z ramienia PiS i bardzo związana z Tadeuszem Rydzykiem napisała list do premiera Morawieckiego, proponując, by w ramach deglomeracji przenieść część instytucji państwowych do Torunia. Argumentem za jest fakt, że  „Toruń jako miasto uniwersyteckie, ceniony ośrodek naukowy, byłby idealną siedzibą dla wielu z nich”.

Internauci komentują propozycję posłanki Sobeckiej dość ostro. Piszą, że „W Toruniu już jest jeden urząd centralny: Radio Maryja”, „Przenieś stolicę z Warszawy do Torunia i będzie wszystko jasne kto tu rządzi” czy też Yełopy do kwadratu. Daglomeracja polega na przenoszeniu biznesu / urzędów z centrum na przedmieścia, a nie na przenoszeniu urzędów centralnych ze Stolicy do Bźdiochowa.

Przenoszenie urzędów centralnych z Warszawy do Bźdiochowa jest zemstą na Warszawiakach za to że PiS przerypał ostatnie wybory. Oko pańskie konia tuczy, urzędy centralne muszą być blisko Sejmu, ministerstw, NIK i KPRM”.

„Donald Tusk w Radzie Europejskiej znalazł się jako reprezentant Niemiec” – napisano na Twitterze TVP Info, cytując słowa ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza. Udzielił on wywiadu „Polska The Times”, w którym stwierdził także, że wybór Tuska na szefa RE był „legalny, jednak bardzo wątpliwy etycznie”.

Przypomnijmy, że w 2017 roku ówczesna premier Beata Szydło próbowała w Brukseli zablokować reelekcję Donalda Tuska na to stanowisko. Głosowanie zakończyło się słynnym 27 do 1.

„Słowa Czaputowicza, że Donald Tusk reprezentuje Niemcy, dowodzą totalnego moralnego upadku kierownictwa MSZ. Coś mi się widzi, że plany, by zakończyć już pewien eksperyment są zaawansowane, ale zainteresowany zamierza walczyć do końca. Bardzo brzydko się przy tym chwyta” – skomentował Bartosz Wieliński z „Gazety Wyborczej”.

Panie Czaputowicz, to żeś minister „na próbę” to widać. Ale, że jest pan tak niedouczony, by nie wiedzieć, że szefa Unii Europejskiej nie wybiera się z delegatów Polski czy Niemiec, tylko z woli szefów państw, to dno. Ale czy minister na lipę już sam nie jest dnem?” – napisał Waldemar Kuczyński. Obaj nawiązują do słów Jarosława Kaczyńskiego, który wyznaczenie Czaputowicza do kierowania MSZ nazwał „pewnym eksperymentem”.

Do wypowiedzi ministra w rządzie PiS odnieśli się też internauci. – „Wstyd czytać, jak polski minister, z definicji człowiek, który powinien nieść na barkach odpowiedzialność za dobre imię ojczyzny niezależnie od tego, kto nią rządzi, na polecenie politbiura sieje propagandowymi dyrdymałami”; – „Eksperyment Czaputowicz pozazdrościł tuzom Partii i Rządu i już na samym początku roku włączył się w walkę o nagrodę Dzban 2019”;  

„Przyszedł do MZS profesor. Nawet rozsądny. Pod wpływem sekty przestał się różnić od Tarczyńskiego, Macierewicza czy Pawłowicz. Upadek…”.

„Wiara pana ministra (ciągle z trudem przechodzi mi to przez gardło) w sprawczość retweetów i udostępnień ma w sobie coś urzekająco irracjonalnego” – napisał Tomasz Walczak z „SE”. – „Wymyślenie sobie hasztaga #MuremZaMną to trochę żenada” – skomentowała prawicowa blogerka kataryna. – Hehe, pan minister już nawet stworzył hashtag poparcia go jako wiceministra” – to wpis Patryka Słowika z „DGP”. – „Człowiek pozbawiony poczucia obciachu” – napisał Hubert Biskupski z „SE”.

Tak dziennikarze reagowali na wpis Adama Anduszkiewicza na jego facebookowym profilu. – „Trwa na mnie oszczercza nagonka, więc dziś bardzo Was proszę o wsparcie. Jeśli nie zgadzasz się, na tę nagonkę na mnie która trwa – UDOSTĘPNIJ film z opisem #MuremZaAndruszkiewiczem!”. – „Znamienne, że hashtag nazywa opisem. Może się czepiam, przecież p. Andruszkiewicz jest wiceministrem cyfryzacji” – zauważył jeden z internautów.

„Boli to fakt, że ktoś, kto nie miał nawet prawa jazdy, a wziął kilometrówki, został wiceministrem w rządzie”; – „Oni nie znają pojęcia „żenada”…”; – „To nie może być prawda?! IQ przedszkolaka” – komentowali pozostali.

Jeden z internautów zadał Andruszkiewiczowi konkretne pytania: – „Nagonka, nagonką, ale ja chciałbym Panie Pośle usłyszeć, jakimi doświadczeniami kierował się pan Premier powołując Pana na stanowisko vice-ministra w resorcie cyfryzacji. Tzn. jakie ma Pan osiągnięcia w dziedzinie informatyki? Czy pracował Pan lub odbywał praktyki w firmach informatycznych. Jakie jest Pana doświadczenie w pisaniu oprogramowania, tworzenia baz danych, tworzenia sieci teleinformatycznych w zakresie zabezpieczenia sieci przed cyberatakiem, instalacją wirusa lub złośliwego oprogramowania?”.Odpowiedzi nie było…

Prezes PiS spotka się z szefem włoskiej antyeuropejskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Możemy się zastanawiać, ile bracia Kaczyńscy zawdzięczają Lechowi Wałęsie. Pierwszy szef „Solidarności” na pewno przyspieszył ich karierę. Obydwaj byli rozmazanym tłem w czasie klasycznej „Solidarności”, acz Lech „załapał” się na internowanie w stanie wojennym.

Kluczem jest Okrągły Stół, w którym Wałęsa wystawił ich jako reprezentantów opozycji solidarnościowej, choć nie zasługiwali na to, lecz szef „S” budował swoje zaplecze i padło na ambitnych Kaczyńskich. I obydwaj na tym skorzystali, przede wszystkim Jarosław stworzył potem majątek partyjny na uwłaszczeniu się na komuszych mediach.

Gdyby nie Wałęsa, Jarosław Kaczyński i tak zaistniałby, bo to „zwierzę polityczne”. Okrągły Stół dał Kaczyńskim impet, to ich chrzest bojowy, wówczas stali się rozpoznawalni. Raczkowali w politycznych pieluchach, które przewijał im Wałęsa.

„Rzeczpospolita” dokopała się w tzw. archiwum Kiszczaka w USA do korespondencji Lecha Kaczyńskiego z PRL-owskim ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który wraz z Wojciechem Jaruzelskim stał na czele ówczesnej strony partyjno-rządowej, gdy w Polsce następował bezkrwawy przewrót ustrojowy. Niczego nie ma zdrożnego w tej korespondencji, ale staje ona w poprzek pisowskiemu mitowi, w poprzek zakłamywaniu najnowszej historii. Lech Kaczyński wdzięczy się do Kiszczaka, który przesyła mu zdjęcia z Magdalenki. Ot, kawałek historii.

Zakłamanie polityczne zawsze prowadzi do katastrofy. Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do katastrofy smoleńskiej, w której oprócz niego zginęło 95 osób. Jarosław jest zdecydowanie ambitniejszy od brata, doprowadza Polskę do katastrofy – nazywam ją: ogólnopolską katastrofą smoleńską.

Oczywistym kłamstwem jest ostatnia maska prounijna, którą na konwencji PiS nałożyła sobie na twarz rządząca partia z zasadniczego powodu, iż zbliżają się wybory. Spod tej maski ukazują się prawdziwe intencje Kaczyńskiego, bo tych nie da się ukryć. 9 stycznia ma dojść do rozmowy na Nowogrodzkiej Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, partii antyeuropejskiej.

Jak pisze włoska „Repubblica”, celem Salviniego jest wciągnięcie PiS do nowej międzynarodówki antyunijnej. Na tapecie są także Marine le Pen, sponsorowana przez Kreml i holenderski nacjonalista Geert Wilders. W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Mateusz Morawiecki wzmocnił rząd o „agenta wpływu  Kremla” Adama Andruszkiewicza.

Demokracja kona, nie jest to powód do świętowania

26 Gru

Dwie sceny mogą być symbolem trzeciego roku rządów „zjednoczonej prawicy”. Konkretne do bólu. Policzek wymierzony przez funkcjonariuszkę obecnej władzy kobiecie domagającej się od prezydenta Dudy respektowania naszej konstytucji. I wyprowadzenie przez policję Władysława Frasyniuka w kajdankach z jego własnego domu.

W październiku minął rok od tragicznej śmierci Piotra Szczęsnego. I nic.

Człowiek odebrał sobie życie, by zaprotestować przeciwko polityce obecnej władzy. To się zdarza w krajach niedemokratycznych, ale w sercu Unii Europejskiej? Co mieli do powiedzenia rządzący, słyszeliśmy. Ale czy o ofierze Szczęsnego pamiętają dziś zwykli obywatele?

Szef Komisji Nadzoru Finansowego składa niemoralną propozycję. I co? Aresztują go, ale jednocześnie aresztują jego poprzednika próbującego alarmować o wielomilionowych przekrętach w imperium oszczędnościowym sprzymierzeńca obecnej władzy.

To był kolejny zły rok w polskiej polityce. Światełko w tunelu błyska, ale żeby nie zgasło, trzeba połączonych flot i sił. Niektórzy będą chcieli oddzielić świat polityczny od prywatnego, domowego, rodzinnego. To już niemożliwe. Znów, jak za komuny, wszystko jest polityką. Tuż przed wigilią prezydent nikczemnie atakuje Donalda Tuska, a szef episkopatu zestawia „Kler” z hitlerowskim, antysemickim filmem propagandowym. Odsunięty w cień Macierewicz oskarża Tuska znów o „zdradę dyplomatyczną”. Byli prezydenci i premierzy muszą bronić zaprzysiężonej tłumaczki państwowej przed zmuszaniem jej do zeznań, co jest w demokracjach złamaniem cywilizowanych reguł.

Jak długo niektórzy będą udawać, że nic się nie dzieje, że „symetryzm”, że Schetyna, że 500 plus? Nieprawda. Wolna i demokratyczna Polska jest w potrzebie. Kto tego nie widzi albo kto widzi i akceptuje, jest jak karp idący pod wigilijny nóż. Nie można zasłaniać oczu, uszu i ust. Ani szukać wymówek, że opozycja też ma swoje grzechy, a gdy rządziła, też zaliczała wpadki.

Bilans jest nieporównywalny. Tam przeważały osiągnięcia, w bilansie obecnego trzylecia zdecydowanie górują porażki i niedociągnięcia. Polska popada w międzynarodową izolację, w polityce krajowej panują na skalę dotąd niespotykaną chaos, zamieszanie, chciejstwo, nepotyzm, kumoterstwo pod osławionym hasłem „im się należało”. Tymczasem obecni dygnitarze władzy bez zażenowania uprawiają obłudę i składają życzenia wszystkim obywatelom i opozycji, którą na co dzień niszczą.

Trudno się dziwić pani Lubnauer: jak tu się przełamywać opłatkiem, gdy jesteśmy podzieleni głębiej niż po stanie wojennym? Jak słuchać orędzi pisowskich dygnitarzy do tak podzielonej opinii publicznej? Jak brać je poważnie i widzieć obietnicę pokoju społecznego, kiedy niemal codziennie, nie od święta, robią i mówią wprost przeciwnie? Pytania retoryczne.

Dziennik „Washington Post” w epoce Trumpa ukazuje się z mottem „Demokracja umiera w ciemności”. Pasuje do obecnej sytuacji nie tylko w Stanach, Polsce czy na Węgrzech, ale i w innych krajach Zachodu. Potraktujmy to ostrzeżenie poważnie. Udanych świąt, lepszego roku w polityce. Nadzieja umiera ostatnia.

Aby ponownie wejść do wyścigu, do grupy trzymającej władzę w Unii, trzeba się będzie uwiarygodnić. Przekonać resztę Europy, że PiS to był nacjonalistyczny przypadek przy pracy, a nie prawdziwa Polska – mówi  Radosław Sikorski, były marszałek Sejmu, minister obrony narodowej i minister spraw zagranicznych. – PiS nie potrafi niczego planować. To są goście, którzy myślą, że polityka to jest krzyczenie, tupanie i jęczenie, a w UE takie decyzje, operacje, jak wieloletni budżet, rodzą się w rozmowach, kompromisie, sile przekonywania, sojuszach. To trzeba latami przygotowywać, ale też na wiele lat wcześniej wiedzieć, na czym w ogóle polega polski interes. Często to nie jest ewidentne – dodaje. Jaki powinien być plan opozycji? – To naprawdę dziś stało się dziecinnie proste. Jeśli opozycji się zjednoczy, to wygra w cuglach, pójdą osobno – przegrają – podkreśla.

JUSTYNA KOĆ: Minister Jacek Czaputowicz niedawno powiedział: „Francja jest chorym człowiekiem Europy, ciągnie Europę w dół, natomiast Polska jest jasnym punktem”. Minister żyje w alternatywnej rzeczywistości?

RADOSŁAW SIKORSKI: Do tej pory broniłem ministra Czaputowicza, bo w odróżnieniu od Waszczykowskiego przynajmniej nie miał głupich wypowiedzi, które bezsensownie obrażały naszych partnerów międzynarodowych. Tej wypowiedzi nie da się bronić, bo Francja jest ważnym krajem, jednym z przywódców w UE, posiada broń atomową, stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa. To kraj, który był gotów nas poważnie traktować, chociażby w unii obronnej; bez którego Polska nie jest w stanie wejść do grupy trzymającej władzę w UE. Dlatego trzeba przekonać Francję, że jesteśmy dla Wschodu tym, czym Francja dla Południa. Obrażanie Francji na pewno do tego nie prowadzi, tym bardziej, że wielu z nas chciałoby, aby Polska była na tym poziomie rozwoju co Francja. Uważam tę wypowiedź za dużą niezręczność, tym bardziej, gdy członek europejskiej rodziny ma kłopoty. W takich sytuacjach testuje się przyjaźń. Gdyby to u nas były zamieszki, a przywódcy europejscy sobie z tego robili żarty, to możemy sobie wyobrazić, co by PiS-owska prasa i telewizja wyprawiała. Takie wypowiedzi są na pewno przeciwskuteczne, jeśli chodzi o polskie interesy.

Przypominam, że we Francji nie łamie się konstytucji, tam prezydent nie mianował sędziami Trybunału Konstytucyjnego jakichś magistrów. To w Polsce prezydent Duda podpisał 7 nowelizacji, które dziś równie potulnie wrzuca do kosza. Sędziów, których powołał, będzie odwoływał, a tych, których odwołał, będzie powoływał ponownie.

Skoro jesteśmy przy podpisie prezydenta nowelizacji ustawy o SN, to można było uniknąć tego upokorzenia głowy państwa. Ta nowela nie była w ogóle potrzebna. PiS to zrobił specjalnie?
To powinny być postanowienia, na których niezbędna jest kontrasygnata premiera. W efekcie mamy kolejny sukces moralny, czyli spektakularną klęskę; z patriotycznym impetem walnęli w ścianę i się od niej odbili. Taka jest cała polityka PiS-u: wielkie słowa, po czym wielka klapa. Przypomina mi to późną sanację. Najpierw gadają o honorze, potem ponoszą sromotną klęskę, a na koniec uciekają z kraju, ale wszystko na najwyższym diapazonie patriotyzmu, a każdy, kto się z nimi nie zgadza, jest zdrajcą.

Co do upokorzenia, to zdaje się, że pan prezydent nadmiarem godności nie grzeszy, bo nie takie żaby musi jeść. Szkoda, bo miał wybór, czy dochować wierności swojemu ślubowaniu prezydenckiemu, czy Prezesowi. Źle wybrał.

W niedawnym sondażu poparcia w wyborach do Parlamentu Europejskiego PiS ma 36,8 proc., PO 26,1, a Robert Biedroń 7,9. O czym to świadczy?
Proszę pamiętać, że wybory lokalne i regionalne potwierdziły moją tezę, że sondaże są zafałszowane na rzecz PiS-u od 5 do 10 proc.

Ten sondaż pokazuje, że Biedroń czerpie z elektoratu PO? Czy powinno zapalić się czerwone światło partiom prodemokratycznym?
Jak spojrzymy wstecz, to nowe byty polityczne dostają premię za nowość, po czym w realnych wyborach dostają 1/3 tego co w sondażach. Trudno określić, jaki będzie los inicjatywy Biedronia. Ja mam do tego jasny stosunek.

Jeżeli Robert Biedroń będzie się przyczyniał do jednoczenia lewicy, to będę z nim sympatyzował. Jeżeli będzie się przyczyniał do utraty głosów na rzecz demokracji i Europy, to będę go uważał za szkodnika.

Osobiście jestem zwolennikiem inicjatywy marszałka Borowskiego, żeby wszystkie partie wystąpiły na jednej liście, ale każda miała swoich kandydatów na tym samym miejscu we wszystkich okręgach, tak aby zachować tożsamość. To też jest sposób na przetestowanie swojej siły, o co chodzi Robertowi Biedroniowi, ale taki, który maksymalizuje wynik opozycji. To naprawdę dziś stało się dziecinnie proste. Jeśli opozycji się zjednoczy, to wygra w cuglach, pójdą osobno – przegrają.

Część opozycji ciągle nie odrobiła lekcji węgierskiej?
Polskiej lekcji. Ile to już razy przerabialiśmy…

Doskonale pamiętam, jak w AWS inżynier Marian Krzaklewski skonstruował słynny algorytm, dzięki któremu wszyscy zmieścili się na liście i AWS wygrał, odsunął SLD od władzy. Wcześniej był konwent Św. Katarzyny, na którym wszyscy się pożarli, bo do głosu doszły ambicyjki liderów. To jest też test, czy to, co mówią o Polexicie i autorytaryzmie, mówią na serio. Jeśli tak, to swoje ambicyjki schowają do kieszeni.

Zresztą to ten sam mechanizm, który jest w UE. Czy lepiej mieć suwerenną, osobistą kontrolę nad mrówką, czy nogę od słonia? Można źle wybrać, bo nie można wykluczyć wpływu niekompetencji politycznej na bieg historii. Czego opozycja węgierska jest bardzo dobrą ilustracją.

Tę lekcję odrobi PiS? Za wszelką cenę trzyma koalicję z Ziobrą i Gowinem, tworząc Zjednoczoną Prawicę.
To się jeszcze okaże. Kibicuję inicjatywie Tadeusza Rydzyka. Zresztą z jego ust padły znaczące słowa w ostatnich dniach: że polscy katolicy nie mają swojej reprezentacji politycznej, czyli PiS nie jest katolicki. A ponieważ Ojciec Dyrektor jest faktycznym liderem polskiego Kościoła, przynajmniej tym operacyjnym, to może być ciekawie.

Jak poważna jest afera KNF i SKOK? PiS chyba strzelił sobie w kolano przekonując, że prawdziwa afera KNF to czasy poprzedniego kierownictwa.
PiS przede wszystkim strzelił w kolano milionom Polaków, którzy stracili depozyty ponad gwarantowane sumy w SKOK-ach, ale to było świadome budowanie zaplecza finansowego swojej formacji.

To przecież Lech Kaczyński wetował ustawę, która obejmowała SKOK-i nadzorem finansowym 2 lata wcześniej, a Kancelarię Prezydenta reprezentował wtedy Andrzej Duda. To PiS blokował i głosował przeciwko objęciu tych parabanków normalnymi regułami. Afera KNF to jest afera PiS-u.

Teraz są wytaczane śledztwa przeciwko tym, którzy próbowali SKOK-i pociągać do odpowiedzialności, ciągani są też ci, którzy o tym pisali. W samym KNF mechanizmy kontrolne przejęli ludzie SKOK-ów. To jest największa ośmiornica, jaką widziała współczesna Polska.

Pytanie, czy ten przekaz przebije się do opinii publicznej.
To by się ze zdwojoną siłą przebiło, tylko nasz rząd zachował się odpowiedzialnie i objął SKOK-i gwarancjami bankowymi. Gdyby zrobił to, czego chciał PiS, to dziś mielibyśmy miliony Polaków bez oszczędności. Dostają wypłaty gwarantowane dzięki nam, a ci, którzy nadwyżek nie dostają, mogą podziękować PiS-owi.

Pan Adam Glapiński, szef NBP, w ostatnim wywiadzie dla „Sieci” przekonuje, że nie ma żadnej afery KNF i SKOK, tylko „stare siły” próbują go skompromitować, aby dojść do władzy i wprowadzić euro. Jednak póki on będzie, to o euro nie ma mowy.
Gdy mieszkałem w Anglii, to słyszałem takie powiedzenie „First refuge of a scoundrel is patriotism”, co można zrozumieć jako „pierwszym odruchem łajdaka jest patriotyzm”. Przyznam, że wtedy nie rozumiałem tego powiedzenia, ale dzięki PiS-owi zaczynam je rozumieć.

Powiedzenie, że łapówkarskie propozycje to jest jakiś spisek polityczny, jest czymś tak absurdalnym i bezczelnym, że mam nadzieję, że nikt się na to nie da nabrać. Jest też miara desperacji i widzimy pewne ruchy, które mają odsunąć odpowiedzialność od PiS za tę aferę.

Pana zdaniem powinniśmy wejść do strefy euro?
To jest oddzielna kwestia, co do której można mieć różne zdania. Ja akurat od wielu lat jestem zwolennikiem wypełnienia naszego zobowiązania traktatowego. Euro jest walutą UE, a my zobowiązaliśmy się do niej przystąpić, tylko nie jest powiedziane, kiedy i po jakim kursie. Przypominam, że większość naszych unijnych sąsiadów już euro ma i dalibóg chcielibyśmy mieć takie kłopoty gospodarcze jak Niemcy. Zarówno Słowacja, jak i Litwa też świetnie sobie radzą. Prawdą jest, że posiadanie własnej waluty szczególnie wtedy, gdy architektura euro nie była dopięta, był kryzys finansowy, pomogło zamortyzować ten szok finansowy na dwa kwartały. To jest pewien instrument, że jeśli nie ma się instrumentu w postaci dewaluacji, to w razie kryzysu trzeba robić dewaluację wewnętrzną, która jest trudniejsza. Ale najlepiej prowadzić tak politykę finansową, żeby być na to wszystko odpornym. Z drugiej strony

są ogromne atuty bycia w strefie euro. Po pierwsze, jeśli zarabiamy w euro, to bez ryzyka walutowego możemy zaciągać kredyty w euro, które są o ponad połowę tańsze niż kredyty w złotówkach. Miliony polskich rodzin mogłyby sobie wtedy pozwolić na własne mieszkanie czy samochód. Miliony polskich firm mogłyby sobie pozwolić na większy kredyt rozwojowy. Zlikwidowałoby też i niedogodność, i ryzyko kursowe związane z podróżowaniem czy handlowaniem ze strefą euro. Ponadto jest tu też strategiczny argument, że większe zakorzenienie w UE to większe bezpieczeństwo.

Uważam, że ten bilans wychodzi na plus. Uważam też, że aby ponownie wejść do wyścigu, do grupy trzymającej władzę w Unii, trzeba się będzie uwiarygodnić. Przekonać resztę Europy, że PiS to był nacjonalistyczny przypadek przy pracy, a nie prawdziwa Polska.

Pytanie, czy rzeczywiście był.
PiS wygrał 38 proc. Teraz dostał 33, a to 1/3 Polski, a nie suweren.

Tylko połowa z nas nie chodzi na wybory. Jak przekonać ludzi, aby poszli?
Podejrzewam, że nie przekonamy.

Jeśli w 1989 roku, kiedy chodziło o niepodległość, bardzo duża część naszych rodaków nie głosowała, to znaczy, że jest poza polityką, poza obywatelskością.

A jak przekonałby pan przeciwników euro w Polsce, którzy mówią, że wówczas Berlin, Paryż czy Bruksela będą mogły nami sterować i wszystko zdrożeje kilkukrotnie?
To jest nieprawda, wiem, bo śledziłem to dokładnie na Słowacji. Tak rzeczywiście było przy pierwszym wprowadzaniu euro, np. we Włoszech, gdzie fryzjerzy, sklepikarze podciągali ceny. Dlatego kolejne kraje wchodzące do strefy euro bardzo tego pilnują. Na Słowacji ceny nie wzrosły. Wystarczy zrobić kampanię i pilnować tego. Poza tym, umówmy się, ceny nie mogą wzrosnąć poza to, co rynek wytrzyma, bo są dyktowane nie z dobroci serca, tylko na zasadzie podaży i popytu. Można sobie oczywiście podnieść ceny, tylko klienci na to zareagują. Waluta jest tylko środkiem wymiany, od niej się ani nie biednieje, ani nie bogaci, tylko zmienia sposób liczenia tego bogactwa czy biedy.

Faktem jest, że łącząc swoją politykę monetarną z resztą kontynentu, mielibyśmy stopy procentowe ustalane dla całego kontynentu, a nie dla Polski, ale wydaje mi się, że to, że w Polsce są jakieś specjalnie patriotyczne ustalane stopy procentowe, jest złudzeniem, bo złotówka podlega fluktuacjom i handlowi na rynkach międzynarodowych tak samo jak inne waluty.

Pytam o euro, bo wiemy, że w UE zaczęły się na dobre przymiarki do stworzenia dwóch budżetów unijnych, strefy euro i spoza euro.
PiS grzmi o tym, że nie zgadza się na Unię dwóch prędkości, po czym potulnie się godzi – bo nie umie skonstruować żadnej koalicji blokującej – na stworzenie tych dwóch prędkości w najwrażliwszej i najważniejszej dla nas dziedzinie, czyli rozdziału pieniędzy. Przypominam, że za naszych czasów, gdy doszło do paktu fiskalnego, to uzyskaliśmy głos w sprawach architektury strefy euro, do niej nie należąc. Dzisiaj będzie tworzony budżet strefy euro, mimo że on prędzej czy później będzie odbierał środki budżetowi unijnemu jako takiemu. Zatem wpłynie także na ilość środków strefy nie-euro.

PiS grzmiąc o suwerenności i nietworzeniu dwóch prędkości, doprowadza właśnie dokładnie do tego. W ten sposób na dłuższą metę może stworzyć dramatyczny wybór: jeśli wyobrazimy sobie, że budżet euro przejmuje, powiedzmy, połowę środków całej UE, a tak naprawdę przecież w strefie euro jest większość członków, wtedy widać, jak dramatyczny wybór będzie przed nami.

Wzmacnia się argument za wejściem do strefy euro, ale także za wyjściem w ogóle z Unii, bo ilość środków dla krajów nie-euro będzie mniejsza. Znowu PiS serwuje najmocniejsze argumenty, a potem totalną kapitulację. Tak jak w sprawie redukcji celów klimatycznych i emisyjnych za poprzedniego PiS-u i Lecha Kaczyńskiego.

PiS nie potrafi niczego planować. To są goście, którzy myślą, że polityka to jest krzyczenie, tupanie i jęczenie, a w UE takie decyzje, operacje, jak wieloletni budżet, rodzą się w rozmowach, kompromisie, sile przekonywania, sojuszach.

To trzeba latami przygotowywać, ale też na wiele lat wcześniej wiedzieć, na czym w ogóle polega polski interes. Często to nie jest ewidentne. Mówię o tym w swojej ostatniej książce, np. to, że PiS przegrał głosowania w sprawie pracowników delegowanych. Ważna dla nas sprawa, ale nie oczywista. Z jednej strony obniżająca konkurencyjność naszych firm, ale z drugiej wymuszająca podwyżki płac dla naszych delegowanych pracowników. Teraz trzeba bardzo precyzyjnie policzyć, co jest większym interesem dla Polski. Tak jest prawie z każdą unijną decyzją. Grzmienie o interesie narodowym i suwerenności kompletnie nie pomaga w podjęciu decyzji. To samo będziemy mieć za chwilę, gdy zderzymy się z konsekwencjami głupoty PiS-owskiej, jeśli chodzi o politykę energetyczną. W Unii powstały mechanizmy, przy udziale PiS-u, które powodują, że dochód z zielonych certyfikatów trafia do polskiego budżetu, z tego dochodu trzeba połowę przeznaczyć na proekologiczne inwestycje. To jest mechanizm przerzucania środków z gospodarki wysokoemisyjnej na inicjatywy niskoemisyjne. Jeżeli zablokowało się 3 lata wcześniej wydatki na niskoemisyjną gospodarkę, to teraz grożą nam gigantyczne kary jako cena za walkę o 80 tys. głosów na Śląsku. Po czym i tak spala się coraz większe ilości węgla rosyjskiego.

Czy Polska jako całość na tym zyska? Co jest interesem narodowym? Trzeba mieć świadomość, czego się chce, a nie tylko grzmieć o wstawaniu z kolan.

Przecież PiS mógłby w kraju tupać nogami i wstawać z kolan, a w Brukseli prowadzić rozsądną politykę. Wszyscy by na tym zyskali i partia, i obywatele.
Tak, ale do tego trzeba mieć ludzi, którzy to rozumieją i się na tym znają, a oni zrobili czystkę w administracji, zwolnili 10 tys. urzędników, w tym także tych, którzy znali się na UE. Unia jest skomplikowana. Trzeba dobrych parę lat w Brukseli, żeby wiedzieć, jak to wszystko chodzi. Trzeba jeszcze znać urzędników, komisarzy, mieć wychodzone ścieżki. Jak się wysyła ludzi od Rydzyka albo z partyjnych gabinetów, to są takie efekty; tam ślepy prowadzi ślepego.

Zlikwidowanie konkurencyjnych metod naboru kadr i awansowanie ludzi nieprzygotowanych, tzw. pisowskich patriotów – o tym, kto jest patriotą, oczywiście decyduje Prezes – nie jest bezkosztowe.

Premier Theresa May ogłosiła, że dopiero w II połowie stycznia będzie głosowanie w Izbie Gmin nad rozwodem z Unią. May przeciąga głosowanie, bo ciągle nie ma większości. Jak to się skończy?
To jest bardzo smutny spektakl samodegradacji kraju, który lubię i szanuję. Przypominam, że nasi eurofobowie piali z zachwytu, gdy Wielka Brytania rozpisywała referendum. Teraz kłamią, że to oni zagwarantowali prawa Polaków na Wyspach. W umowie rozwodowej nie ma nic o prawach Polaków. To jest typowy przykład szczucia na Unię i nacjonalistycznej gadki, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Główny negocjator zawarł w umowie wszystkich obywateli Unii Europejskiej, a nie Polaków, Irlandczyków czy Niemców, więc niech PiS-owcy wreszcie zrozumieją, że mamy prawa jako obywatele UE.  I jako tacy możemy jeździć po Europie, nie ma roamingu czy wreszcie mamy skuteczną ochronę naszych praw przez Komisję. A

nacjonaliści uważają, że jest tylko jeden, ostateczny szczebel lojalności i skuteczności, szczebel narodowo-państwowy. Tymczasem na szczeblu narodowym nie da się obronić wszystkich naszych interesów. PiS-owcy, jak przez dekady Torysi, nie tłumaczyli tego swojemu elektoratowi; a potem się dziwią.

To prawda, że w Wielkiej Brytanii nie było nigdy żadnej kampanii informacyjnej odnośnie do Unii?
Tak i mam o to wielką pretensję do KE, bo w Londynie biuro Komisji siedzi jak trusia. Gdyby przez te 30 lat szef biura Komisji w Londynie, a przecież takie biuro jest w każdym kraju członkowskim, chodził do brytyjskich mediów, które uwielbiają dobrą debatę, i cierpliwie tłumaczył, jak naprawdę działa UE, że dyrektywa nie jest narzucona przed biurokratów, tylko uzgadniana przez państwa członkowskie, że żarówki energooszczędne to nie jest dyktat, tylko dobry pomysł, i dlaczego, to by Brexitu nie było.

W momencie referendum ani społeczeństwo, ani rząd brytyjski nie mieli pojęcia, o czym decydują. Nie znali różnicy między strefą wolnego handlu a jednolitym rynkiem. Oni dopiero teraz tego wszystkiego się uczą, niestety w tragicznym kontekście. Chyba że wycofają się z Brexitu, wtedy te 2 lata będą bardzo dobrą lekcją wychowawczą.

A jest możliwy taki scenariusz?
Oczywiście, przecież niedawno TSUE orzekł, że to jest możliwe.

A powtórne referendum?
Szanse rosną, bo jeśli w parlamencie nie będzie większości za żadnym rozwiązaniem, to jedynym sposobem na wyjście z impasu będą albo wcześniejsze wybory, albo powtórne referendum.

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o polityce i Kościele.

Politycznie w 2019 roku życzę sobie tylko jednego. Żebyśmy wreszcie zaczęli nazywać rzeczy po imieniu.

Komentując informacje ujawnione w raporcie wielkiej ławy przysięgłych, dotyczące gwałcenia i wykorzystywania seksualnego dzieci przez duchownych stanu Pensylwania, stacja NBC NEWS postawiła tezę, że Kościół katolicki jest organizacją przestępczą.

Amerykańskim dziennikarzom wydało się to oczywiste.

Że jeśli przez 70 lat grupa brutalnych pedofilów gwałci dzieci, właściwie na nie poluje, tworząc na zimno zorganizowany system wyszukiwania i zastraszania ofiar i ich rodzin, a organizacja do której należą, kościół katolicki, wie o sprawie i nic z nią nie robi, nie reaguje, a przeciwnie, aktywnie chroni przestępców, terroryzuje, szantażuje i zastrasza ofiary, zaciera ślady i aktywnie wprowadza w błąd organa ścigania, media i opinię publiczną, robiąc wszystko, żeby im zapewnić bezkarność, to zwrot „organizacja przestępcza” jest jak najbardziej właściwą nazwą.

Gdyby sytuację przenieść na grunt polski, wyobraźcie sobie szok i niedowierzanie, oraz ostrą krytykę, także ze strony liberalnego środowiska dziennikarskiego wobec kogoś, kto ośmieliłby się powiedzieć: Kościół katolicki, zachowuje się jak organizacja przestępcza.

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego?

Skoro właśnie tak się zachowuje?

Bo w Polsce nie można mówić jak jest, można za to mówić jak nie jest.

Istnieje rzecz jasna, na szczęście, grupa dziennikarzy i publicystów, sędziów, działaczy organizacji pozarządowych i polityków, którzy nazywają sprawy po imieniu (ci są najczęściej nazywani „kontrowersyjnymi”, a przecież bycie „kontrowersyjnym” budzi zgrozę).

I ten właśnie fakt, ciągłego i nieustannego zakłamywania rzeczywistości, zaokrąglania jej kantów, ścierania rogów, piłowania drzazg, łagodzenia i nieustannego eufemizowania, uważam za jeden z najbardziej szkodliwych nawyków polskiego życia społecznego.

Dużo gorszy niż odradzające się ruchy faszystowskie, narodowe, skrajny populizm i agresję w debacie publicznej.

Ponieważ z tymi wszystkimi problemami można sobie poradzić – ale niestety, tylko pod warunkiem, że nazwie się je po imieniu.

Natomiast jeśli mówimy jak nie jest, zamiast mówić jak jest, poradzić sobie z nimi nie sposób.

Bo leczyć można jedynie zdiagnozowaną chorobę.

Rzecz nie dotyczy bynajmniej tylko kościoła katolickiego, o którego skrajnie szkodliwej roli w życiu publicznym można by długo mówić. O tym, jak zaprzecza nowoczesnej medycynie i nauce, jak wpędza ludzi w poczucie winy, wmawiając im, że są grzesznikami, których odkupić mogą tylko datki na kościół, podczas gdy sami ukrywają liczne grzechy i przestępstwa.

Dotyczy praktycznie każdej dziedziny życia publicznego z którą mamy do czynienia.

Kiedy polityk kłamie, nikt nie mówi, że kłamie, tylko, że  minął się prawdą.

Kiedy ukradł, najczęściej powie się że przywłaszczył albo, że doszło do nieprawidłowości.

Kiedy politycy obsadzają państwowe spółki niekompetentnymi znajomkami i rodziną, mówi się, że to nepotyzm, a nie przestępstwo lub (i!) zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Kiedy Antoni Macierewicz działa w interesie Putina, nie mówi się o tym głośno, nie krzyczy i nie ostrzega opinii publicznej, bo przecież on…zaprzecza.

Rok 2019 to będzie dla Polski bardzo ważny rok, najważniejszy od 1989 roku, bo wyborczy. Wiosną zdecydujemy, kto będzie nas reprezentował w Parlamencie Europejskim, a jesienią, czy PiS nadal będzie rządził w Polsce.

Ale o tym także mało kto jasno i klarownie mówi: że w tych wyborach chodzi właściwie tylko o to i nic więcej.

Że tyko jedno pytanie będzie się w nich liczyć, pytanie, które zadał publicznie były premier Włodzimierz Cimoszewicz: czy jesteś za tym, żeby PiS nadal rządził Polską?

Tymczasem słucham jałowych rozważań polityków na temat różnic w programach i innych trzeciorzędnych w tej sytuacji rzeczy.

Trzeciorzędnych – bo to wszystko będzie miało znaczenie dopiero po wygranych wyborach, a nie będzie miało żadnego, jeśli się je przegra.

Dlatego politycznie w 2019 roku życzę sobie tylko jednego. Żebyśmy wreszcie zaczęli nazywać rzeczy po imieniu,  nie udawali, że nie widzimy problemu, dopóki nie stanie się nierozwiązywalny. Żebyśmy byli czujni, przytomni i skuteczni i o zagrożeniach mówili jasno i wprost. Ponieważ tylko to może uratować nam państwo prawa, a więc w jakimś sensie – życie.

Magdalena Środa pisze o światecznych rozterkach.

Miłość przyniosło chrześcijaństwo a wraz z nią wizję całej ludzkości

Jestem niewierząca. Religia wydaje mi się reliktem po epokach, gdy ludzie nie potrafili radzić sobie z lękami. Wiara w dziewictwo Maryi, Trójcę Świętą czy sprawczego Boga (w niezrozumiały sposób okrutnego i rzekomo miłującego ludzkość, na którą ustawicznie zsyła rozmaite plagi) wydaje mi się czymś równie dziwacznym, jak wiara w zielone smoki, elfy i latające pegazy. Niepojęte i okropne wydaje mi się rytualne połykanie krwi i zjadanie ciała, co robi większość Polaków w każdą niedzielę, nawet jeśli ma to znaczenie wyłącznie symboliczne. Nie jestem w stanie zrozumieć historii z Adamem i Ewą, których wyrzucono z raju za cechy niezwykle cenne w dzisiejszej cywilizacji (ciekawość, ambicje, nieposłuszeństwo), której rozwój przewidział zresztą co do joty sam pan Bóg.

Historia Kaina i Abla wydaje mi się okrutna i pełna negatywnych konsekwencji; dlaczego to Bóg wolał ofiarę z mięsa a nie z roślin? Produkcja mięsa, którą ludzkość zajmuję się od samych swoich początków jest, po pierwsze zbrodnicza  (narażamy na cierpienia i unicestwiamy miliony żywych istnień, choć moglibyśmy być, jak Kain, wegetarianami), po drugie, to właśnie przemysł mięsny stanowi dziś największe zagrożenie dla naszej planety, nad którą „czuwa” mięsożerny Bóg. Niepojęte!

Jeśli chodzi o historyczną postać samego Jezusa to jest mało interesująca, bo przecież rzekomych mesjaszy było wtedy mniej więcej tylu ilu dziś jest polityków. A jednak nie sposób wyobrazić sobie kultury europejskiej bez Niego. Niewierzący Leszek Kołakowski jeszcze w czasach siermiężnego komunizmu (1965) pisał: „wszelka próba unieważnienia Jezusa, usunięcia go z naszej kultury pod takim oto pretekstem, że nie wierzymy w Boga, w którego on wierzył, wszelka taka próba jest śmieszna i jałowa”. Fakt.

W pięknym tekście „Jezus Chrystus jako prorok i reformator”, Kołakowski zastanawiał się co spowodowało, że to właśnie chrześcijaństwo przebiło się spośród dziesiątek konkurujących religii starożytnego Rzymu. Ano, z powodu: równości, nadziei i miłości. Teza o równości wszystkich ludzi („nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz kobiety ani mężczyzny, wszyscy jesteście jedno w Jezusie”, Gal. 3,29) – była wówczas czymś niezwykłym, zwiększała poczucie godności. Nadzieja przekazana w błogosławieństwach (czy ktoś je jeszcze czyta??), które obiecują wyrównanie krzywd i wieczną sprawiedliwość dla tych, którzy z różnych powodów byli wykluczeni w życiu doczesnym, stanowiła niewiarygodne pocieszenie.

No i wreszcie miłość, miłość silniejsza niż nadzieja i wiara, pokazywała horyzont ludzkich możliwości emocjonalnych i potencjalną siłę więzi, które spajają ludzkość (dzięki pośrednictwu samego Boga). To miłość niosła chrześcijaństwo i była tym atutem, w obliczu którego inne religie wydawały się mało atrakcyjne i przejściowe. Monoteizm zresztą dostarczał sprawnych narzędzi do instytucjonalizacji i jednowładztwa, co chrześcijaństwo dość szybko wykorzystało stając się potęgą polityczną i ekonomiczną; w jej cieniu stoi Jezus ze swymi obłędnymi, niewiarygodnymi tezami, które jednak, pomału, wcielają się w życie.

Grecy mieli swoją gościnność i filantropię, oświecenie – tolerancje i prawa człowieka, ale miłość przyniosło chrześcijaństwo a wraz z nią wizję całej ludzkości (i każdego z nas z osobna) połączonych równych statusem, sprawiedliwością i nadzieją na lepsze życie. No właśnie. Tego lepszego życia mamy dziś w brud i o miłości zapominamy.

Gdyby zapytać ludzi (nawet gorliwych katolików): czy wolą władzę czy miłość, małą stabilizację czy miłość lub nowy model smartfona czy miłość” – wybraliby to pierwsze. Miłość w kościele sprowadzona jest do kilku czytanych wersetów, które wzruszają nas szczególnie podczas ślubów oraz do znaku pokoju, który wymienia się naprędce tuż przed rozejściem się do zamkniętych jak twierdze domów pełnych dóbr materialnych lub marzeń o nich. Trochę przesadzam, ale wielu przyzna mi jednak rację. Wracam do Leszka Kołakowskiego. W niedawno opublikowanej (pośmiertnie) książce „Jezus ośmieszony” nawoływał on to tego by Jezusa potraktować poważnie. By zobaczyć go w cieniu apokalipsy, która naprawdę się zbliża, bo o tej powadze i zobowiązaniach moralnych związanych z zasadą miłości zapomnieliśmy. Kołakowski pisał: „Czyż nie jest tak, że – jak wszyscy widzą – nasza rozpaczliwa zachłanność, ciągle rosnąca spirala potrzeb, nasze oczekiwanie, iż wszyscy, łącznie z najbogatszymi, nie tylko mamy prawo, by mieć coraz więcej wszystkiego, ale rzeczywiście mamy coraz więcej – że to wszystko doprowadziło nas do punktu w którym skumulowane napięcie spowoduje przerażającą katastrofę?”.

W świąteczny wieczór, namawiam państwa do przemyślenia tych słów. W imię miłości i Jezusa, który rodzi się co roku by ją głosić.

Waldemar Mystkowski pisze o zachowaniach kleru w święta.

Wierni w coraz mniejszej ilości odnajdują się w kościołach. Nawet tak szczególna okazja jak Pasterka bożonarodzeniowa nie gromadzi w świątyniach tłumów katolików, jak jeszcze kilka lat temu. Z niejakim zdziwieniem odkrył to w swojej parafii Krzysztof Ziemiec, prezenter reżimowej telewizji – dawniej publicznej.

Nawet posunął się dalej, bo oświadczył na Tweeterze, iż „dużo pracy przed nami, aby wizja Kościoła katolickiego, jaką nakreślił przed nami Benedykt XVI, nie wypełniła się na naszych oczach”. Poprzedni papież prorokował o wyludnianiu się kościołów.

Polski Kościół i tak to czeka, choć i w tym jesteśmy zapóźnieni. Z Ziemcem jest ten kłopot, iż nie wie, jaką misję ma wypełniać: być prezenterem, czy apologetą polskiego Kościoła? Gdyby ten prezenter trzymał się przynajmniej przykazania, nie głosić fałszywego świadectwa, to nie miałby kłopotów natury etyczno-zawodowej.

Jak pisał wybitny myśliciel ksiądz Józef Tischner (dla dzisiejszych kapłanów i wszelakich Ziemców: lewak): „Religia jest dla mądrych, a jak ktoś jest głupi i chce być głupi, nie powinien do tego używać religii, nie powinien religią swojej głupoty zasłaniać”.

Nie wymagam od Ziemców mądrości (bo ta właściwość nigdy ich nie dotknie), tylko uczciwości, wszak nawet kler polskiego Kościoła uważa, że kłamstwo jest grzechem, zaś w telewizji reżimowej (dawniej publicznej) króluje kłamstwo i nazwać TVP Świątynią Grzechu nie jest żadna rewelacją socjologiczną, dlatego ta świątynia też się wyludnia (ma coraz gorszą oglądalność).

A czym zasłaniają się książęta polskiego Kościoła? Abp Leszek Sławoj Głódź –  jeden z większych grzeszników na łonie Kościoła – stosuje starą psychologiczną sztuczkę: wyparcie. Świadome to kłamstwo, czy też nie, w każdym razie ten człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że ks. Henryk Jankowski był wstrętnym pedofilem i uważa to za manipulację „środowisk wrogich Kościołowi”.

Więc Głódź nie może być zdziwiony, gdy na pasterce oglądał dużo mniejszy tłum wiernych niż kilka lat temu. Głódź nie dorównuje innemu arcybiskupowi, poznańskiemu metropolicie Stanisławowi Gądeckiemu. Ten nie dość, że uważa, aby ofiary pedofilii kleru przyjęły gwałty na sobie za część cierpienia za Kościół, to na pasterce wygłosił kolejne brednie, mianowicie uznał, że „szacunek dla tych, którzy nie są chrześcijanami” jest miękkim totalitaryzmem.

Gądecki ma za złe szkołom, że nie wystawiane są jasełek, a podczas spotkań świątecznych uczniowie i nauczyciele nie dzielą się opłatkiem. Pedofilia jest zbrodnią fizyczną na dzieciach, a indoktrynacja chrześcijańska jest zbrodnią na wnętrzu nieletnich. Muszą to w pierwszym rzędzie zrozumieć polscy politycy, którzy są współodpowiedzialni za to, że kler dopuszcza się zbrodni na młodych Polakach i za to nie odpowiada. Taki oto michałek z podręcznika do katechezy sugerujący uczniom następujący tok postępowania: “postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“.

Kler katolicki i tak poniesie odpowiedzialność za swoje niecne czyny, to jeszcze przed nami, prędzej czy później dojdzie do powstania  komisji państwowej, jak w tylu krajach na świecie – i wówczas kościoły zupełnie opustoszeją. Na razie Głódź, Gądecki i ich pomagierzy Ziemcowie zasłaniają się religią, która powinna zapewniać człowiekowi potrzebę metafizyki, ale w Polsce służy materialności.

Każdy człowiek jest religijny, jak pisał najwybitniejszy znawca religii świata Mircea Eliade. Nie jest to jednak tożsame z potrzebą religii sensu instytucjonalnego. Potrzebę metafizyczną może wypełnić medytacja – coraz powszechniejsza – zastępująca intelektualnie przestarzałe i niestrawne instytucje religijne. A chrześcijaństwo – (cytat-Yuval Noah Harari), zdaniem jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów – „było najbardziej nietolerancyjną i brutalną religią na świecie”. Islam w tym kontekście to betka.

Przed politykami polskimi dużo pracy, aby osądzić Kościół katolicki i odseparować go od polityki, bo grozi nam zapaść nie tylko moralna i aksjologiczna, z którą demokracje zachodnie jakoś sobie poradziły.

Grzegorz Schetyna o wspólnym klubie PO i Nowoczesnej

6 List

Schetyna: Widziałem, że jest w bardzo dobrej formie, Przygotowany, skoncentrowany. Taki Tusk jak za starych, dobrych czasów

– Z dużym wrażeniem [patrzyłem na Donalda Tuska], że był bardzo dobrze przygotowany, w bardzo dobrej formie. Miałem też możliwość rozmawiania z nim. Nie w trakcie przesłuchania, ale przed i w czasie przerwy. Widziałem, że jest w bardzo dobrej formie. Bardzo dobrze przygotowany, skoncentrowany. Taki Tusk jak za starych, dobrych czasów – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24. Jak podkreślił, „rozmawialiśmy o przyszłości i polityce”.

– Po jego powrocie w grudniu 2019 roku myślę, że tak, to projekt, który w polskiej polityce może znaczyć. Nie rozmawialiśmy [wczoraj o tym]. Mówiliśmy tylko o aktualnej sytuacji i o analizie tego, co dzieje się na komisji – mówił dalej przewodniczący PO.

Schetyna: Warto zrobić wiele, żeby po wygranych wyborach parlamentarnych rozmawiać poważnie o wspólnym kandydacie na prezydenta Polski

– Warto zrobić wiele, żeby po wygranych wyborach parlamentarnych przez Koalicję Obywatelską, czy to, co się uda wokół niej zbudować, rozmawiać bardzo poważnie o wspólnym kandydacie na prezydenta [Polski] – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Piaseckim.

Schetyna o Amber Gold: To prokuratura powinna reagować wcześniej. Ci wszyscy, którzy nie podejmowali decyzji, teraz mają świetną karierę

– Oczywiście nie było wszystko tak, jak miało być, ale na końcu to przesłuchanie Tuska jednak obnażyło brak argumentów ze strony śledczych, którzy chcieli go przesłuchać i dopaść. To nie służby, bo przecież te notatki, ostrzeżenia były. Bardziej patrzę na prokuraturę. Nie było mechanizmów w prokuraturze i państwowego nadzoru nad prokuraturą, żeby egzekwować informacje, które płynęły ze służb – stwierdził Grzegorz Schetyna w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24.

– Ta praca służb była rzetelna, natomiast nie było mechanizmu, który pokazywałby, ostrzegał i wprowadzał interwencję państwa wcześniej. To rzeczywiście jest prawda, ale uważam, że to prokuratura powinna reagować wcześniej. Ci wszyscy, którzy nie podejmowali decyzji, teraz mają świetną karierę i awansują za prokuratora generalnego – dodał szef PO.

Schetyna: 11 listopada rano będziemy z Tuskiem przed pomnikiem Piłsudskiego

– Pójdziemy w inne miejsce razem [z Donaldem Tuskiem] i złożymy kwiaty. To dla nas, historyków bardzo ważna data [11 listopada]. Wiele o niej mówiliśmy. Będziemy przed pomnikiem Józefa Piłsudskiego, bo to symboliczne. Będziemy w godzinach porannych, w gronie z przyjaciółmi, z ludźmi, z którymi robimy i chcemy robić politykę i nie tylko. Chcemy oddać cześć ojcom niepodległej. Zrobimy to nie tylko w Warszawie. W związku z upadkiem całej koncepcji przygotowania tego święta, zrobimy to także w całym kraju. Wierzę, że będzie to powszechna akcja ludzi PO – stwierdził Schetyna.

Jak podkreślił przewodniczący PO, nie będzie go o 12:00 przed Grobem Nieznanego Żołnierza. – Będziemy 11 listopada na tych uroczystościach. Na uroczystościach organizowanych przez miasto, samorządowców Platformy w całym kraju – dodał.

„Biorę to poważnie pod uwagę”. Schetyna sugeruje możliwość integracji klubów PO i N

– Chciałbym zbudować taką koalicję, taki blok wyborczy, który wygra z 2019 roku – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24. Jak dodał:

„Stanęliśmy w szóstkę z SLD, Europejskimi Demokratami, PSL. Stanęliśmy obok siebie w piątek, przed wyborami. Tak, biorę to bardzo poważnie pod uwagę, jeżeli uda nam się prowadzić rozmowy w lepszym stylu niż przed wyborami samorządowymi, a wierzę, że tak, że to możliwe. Tego oczekują Polacy”

Pytany o silniejsze zintegrowanie Platformy z Nowoczesną, odpowiedział: – Myślę, że tak. To proces, który będzie postępował. Współpraca klubów parlamentarnych. Nie wiem czy kwestia federacji, bo to kwestia organizacji [ws. wspólnego klubu] i logistyki, funkcjonowania tak dużego klubu. To nie jest proste. Obecność w mediach. Biorę to bardzo poważnie pod uwagę. Rozmawiamy z przewodniczącą Lubnauer.

Dopytywany o wspólną partią, stwierdził: – To by było bardzo trudne. Kuszące to jest zwycięstwo w PiS. Żeby zatrzymać skutecznie PiS. Warto zrobić wiele, żeby to się stało, ale musi zacząć ten najsilniejszy, największy. Pokazać, że to nie tylko gest, ale prawdziwa nowa polityczna przestrzeń. Myślę, że to będziemy decydować [ws. szyldu] wszyscy ludzie Platformy, którzy ją zakładali i prowadzili. Chcę projektu, skuteczności. Uważam, że to najważniejsze. Platforma to szyld, znany, nie tylko w Polsce, w Europie, świecie. Zbudował KO i dał zwycięstwo, nadzieję Polakom, że można skutecznie pokonać PiS. Dlatego to jest ta wartość.

Gersdorf poinformowała KE o środkach podjętych w SN w celu zastosowania się do postanowienia TSUE

– W dniu 31 października 2018 r. Pani Prof. Małgorzata Gersdorf Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego przesłała do Komisji Europejskiej informację o środkach podjętych w Sądzie Najwyższym w celu pełnego zastosowania się do postanowienia TSUE z dnia 19 października 2018 r. w sprawie C-619/18 – poinformowało biuro prasowe SN.

Informacja została również przesłana do wiadomości Trybunału Sprawiedliwości UE.

W zawiadomieniu Prezes Gersdorf poinformowała, że w dniu 19 października br. wszyscy sędziowie Sądu Najwyższego objęci zakresem działania środków tymczasowych zostali zawezwani do podjęcia obowiązków służbowych w Sądzie Najwyższym i do dnia 31 października 22 sędziów stawiło się w Sądzie Najwyższym, a części z nich już przydzielono sprawy do rozpoznania.

Pani Prezes poinformował również, że organy władzy ustawodawczej i wykonawczej prowadzą rozważania co do sposobu wykonania przedmiotowego postanowienia”

PiS doprowadził do sytuacji, że w manewrach „żołnierze” uczestniczą z atrapami broni

Jutro rozpoczynają się największe w tym roku manewry pod kryptonimem “Anakonda 18”. Ćwiczenia odbywają się cyklicznie co dwa lata. W tym roku wojsko będzie ćwiczyć między innymi na poligonie w Drawsku Pomorskim i Orzyszu oraz w przestrzeni powietrznej Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. Niektóre z epizodów zostaną rozegrane poza poligonami. Celem manewrów jest sprawdzenie, jak w warunkach wojennych współdziałają ze sobą wojsko, administracja cywilna, a także struktury dowodzenia NATO. 

Scenariusze zostały ustalone tak, aby w miarę realnie odpowiadały tym, z którymi będzie musiało się zderzyć państwo w czasie wojny. Chociaż nikt tego głośno nie mówi, chodzi o odpowiedź na agresję Rosji na Polskę i kraje bałtyckie. Ćwiczenia będą też rozciągnięte w czasie i podzielone na dwa etapy: 7-16 listopada będą to manewry z wojskami, a od 26 listopada do 6 grudnia dowódczo-sztabowe wspomagane komputerowo. W manewrach wezmą udział żołnierze z dziecięciu krajów NATO – głównie Amerykanie, ale także m.in. żołnierze tureccy, niemieccy, rumuńscy i czescy. Na terenie Polski będzie ćwiczyć około 12 tysięcy żołnierzy, a blisko 5 tysięcy w krajach bałtyckich oraz na morzu.

Dzisiejsza Rzeczpospolita informuje, że pomimo wątpliwości Amerykanów w manewrach wezmą udział organizacje proobronne. Udział tych organizacji budzi kontrowersje US Army. Notatka, która 27 kwietnia 2016 roku trafiła do Centrum Operacyjnego MON, zawierała informacje, że dzień wcześniej w trakcie spotkania w Biurze do spraw proboronnych MON przedstawiciele amerykańskiej armii wyrazili niepokój w związku z udziałem cywilów z formacji paramilitarnych w ćwiczeniach. Wątpliwości Amerykanów dotyczyły tego, że w rejonie bezpośrednich wojsk USA nie mogą przebywać cywile. Oficerowie Wojska Polskiego poinformowali gazetę, że członkowie organizacji wyjdą na ćwiczenia z… atrapami broni.

Rzeczpospolita zapytała eksperta o wątpliwości, co do udziału w manewrach takich organizacji – “Nie wiadomo, w jaki sposób te organizacje miałby zostać włączone w system obrony państwa. Nie mają określonych zadań w czasie pokoju i wojny, np. wsparcia ludności cywilnej – w przeciwieństwie np. do Wojsk Obrony Terytorialnej” – tłumaczy. MON nie określił m.in. modelu funkcjonowania organizacji pozarządowych w w systemie obrony państwa, w tym korzystania z obiektów wojskowych czy wyposażenia Sił Zbrojnych. Co więcej, resort nie zdefiniował jednoznacznie, czym są organizacje proobronne. I chyba najważniejsza sprawa. Wątpliwa jest podstawa prawna włączenia ich do ćwiczeń wojskowych. 

Brakuje jeszcze kosynierów i husarii, bo jak już się bawić to na całego. Wątpliwa podstawa prawna i do tego system, który w swoich założeniach nie uwzględnia tego typu organizacji, to gotowy przepis na tragedię, w imię ambicji MON, które jak widać pozostały bez zmian po wymianie szefa MON. To tupolewizm w wydaniu mundurowym. 12 tysięcy żołnierzy, a wśród nich ludzie biegający z atrapami krzyczący “pif-paf” i bawiący się w wojnę. Dla wielu to jest czysty Bareja, ale to nie jest komedia ponieważ tu aż za bardzo unosi się zapach dramatu.

W PiS nie wiedzą, czy Małgorzata Wassermann wygrała wybory na prezydenta Krakowa, czy przegrała.