Tag Archives: Iwona Szpala

Manipulacje prokuratury ws. taśm Kaczyńskiego

24 List

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

Kaczyński chce skręcić wyniki wyborów do Senatu, dąży do przelewu krwi Polaków

21 Paźdź

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym a drugim miejscem wyniosła zaledwie 320 głosów.

Gawłowski, formalnie z PO, startował jako kandydat niezależny – z uwagi na ciążące nad nim zarzuty korupcyjne nie otrzymał oficjalnego poparcia Koalicji Obywatelskiej.

Natomiast w okręgu nr 75 obejmującym Mysłowice i Tychy kandydata PiS Czesława Ryszkę pokonała kandydatka Lewicy Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprezeska Wiosny. Tu różnica głosów była dużo większa i wyniosła 2349. Więcej o sytuacji w okręgu >>>>>

PiS: To okręgi, w których oddano sporo głosów nieważnych

Złożenie wniosku do Sądu Najwyższego potwierdza rzecznik PiS Radosław Fogiel, który wyjaśnia „Wyborczej”, dlaczego protest dotyczy akurat tych dwóch okręgów: – Są to okręgi, w których były nieduże różnice między kandydatami oraz oddano sporo głosów nieważnych. Tych głosów nieważnych za każdym razem było więcej niż różnica głosów wśród liderów – tłumaczy Fogiel.

„Protesty trafią do nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP) SN i pewnie będą rozpoznane na posiedzeniach niejawnych tak jak protesty po wyborach do PE” – zauważyła na Twitterze Małgorzata Szuleka, prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

IKNiSP jest jedną z dwóch nowych izb SN obsadzonych od zera przy udziale upolitycznionej KRS. Prezesem Izby została Joanna Lemańska, koleżanka prezydenta Andrzeja Dudy z Katedry Prawa Administracyjnego na UJ. W izbie orzeka m.in. były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel Ordo Iuris Aleksander Stępkowski. W 2019 r. izba wykazywała się niezależnością, uchylając uchwały nowej KRS w sprawie konkursów sędziowskich organizowanych przez Radę.

Sąd Najwyższy rozpatruje protesty w składzie trzech sędziów izby, a później orzeka o ważności wyborów. – Wiemy, po co była reforma w Sądzie Najwyższym. Żeby sprawy dotyczące wyborów mogły być decydowane w Sądzie Najwyższym zmienionym przez PiS – powiedział poseł Koalicji Obywatelskiej Cezary Tomczyk.

PiS znalazł nową strategię na przejęcie przegranego Senatu. Partia Kaczyńskiego zgłosiła protest wyborczy do Sądu Najwyższego w sprawie dwóch okręgów senackich. Domaga się ponownego przeliczenia głosów. Chodzi o okręgi nr 75 (Tychy) i nr 100 (Koszalin). Protest rozpatrywać będzie nowa izba SN, powołana za rządów PiS

PiS chce za wszelką cenę odzyskać władzę w Senacie. Ma na to sporo czasu. Prezydent zarządził, że pierwsze posiedzenie nowego Parlamentu odbędzie się 12 listopada, czyli w ostatnim możliwym terminie. Przypomnijmy: w wyborach 13 października opozycja zdobyła 51 mandatów (43 – KO, 3 – PSL, 2 – SLD, 3 – niezależni), a PiS 49 (48 i popierana przez PiS Lidia Staroń).

Większość jest więc delikatna – wystarczy zmiana dwóch mandatów i Senat zmienia barwy. PiS po pierwszych próbach politycznej korupcji zauważył, że przekonanie dwóch opozycyjnych senatorów do zmiany barw będzie trudne. Szuka więc alternatywy. Tą ma być ponowne przeliczenie głosów w okręgach, gdzie różnica między kandydatem lub kandydatką opozycji a kimś z PiS była niewielka.

Jak donosi PAP, PiS wniósł do Sądu Najwyższego wniosek o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach. Polsat, powołując się na zespół prasowy Sądu Najwyższego precyzuje, że chodzi o okręgi nr 75 i nr 100.

Tychy: losy mandatu ważyły się do ostatniej chwili

Okręg nr 75 znajduje się na Śląsku, gdzie PiS stracił aż sześć mandatów senackich. Okręg obejmuje Tychy i Mysłowice. Nową senatorką została Gabriela Morawska-Stanecka z Wiosny startująca z listy KW SLD/Lewica. Zdobyła 64 172 głosy i pokonała Czesława Ryszkę o 2 349 głosów.

W 2015 roku to Ryszka tutaj wygrał. Wówczas różnica była jeszcze mniejsza. Tak jak w 2019 roku, również rywalizowały tylko dwie osoby. Ryszka zdobył 54 718 głosów i pokonał Marka Spyrę z PO o 1042 głosy.

Okręg 75 był jednym z tych, w których do ostatniej chwili ważyły się losy mandatu senackiego. Cząstkowe wyniki pokazywały, że prowadzi kandydat PiS. Ale cząstkowe wyniki faworyzowały PiS – wyniki wyborów do Sejmu z 43 proc. obwodowych komisji dawały PiS 49,3 proc. głosów. Działo się tak, ponieważ do PKW szybciej spływały wyniki z gmin wiejskich – a tam PiS ma ogromną przewagę. Według sondażu exit poll Ipsos PiS wygrał na wsi z wynikiem 56,2 proc. głosów. To samo miało miejsce w wyborach do Senatu, dlatego kilka okręgów, z których cząstkowe wyniki wskazywały na zwycięstwo PiS, ostatecznie przeszło na stronę opozycji.

To jednak spora różnica – nieco ponad dwa tysiące głosów w okręgu, gdzie oddano prawie 126 tysięcy głosów to 1,86 proc. wszystkich

Koszalin: chodzi o 320 głosów

W okręgu numer 100 (Koszalin) padła najmniejsza różnica między pierwszym i drugim kandydatem. Zwycięskiego Stanisława Gawłowskiego (44 956 głosów) od Krzysztofa Nieckarza z PiS (44 636) dzieliło zaledwie 320 głosów. Trzeci Krzysztof Berezowski miał zaledwie 1023 głosy mniej od zwycięzcy. W okręgu oddano 133 525 głosów ważnych, więc różnica między pierwszym a drugim stanowi zaledwie 0,24 proc. głosów.

To też ważny z punktu widzenia narracji PiS okręg. Swoją porażkę PiS tłumaczy między innymi w ten sposób: nie wystawiamy do walki wyborczej osób z wyrokami. Na Stanisławie Gawłowskim, który pokonał kandydata PiS, ciąży siedem zarzutów, w tym cztery korupcyjne. Jest byłym sekretarzem generalnym Platformy Obywatelskiej. Startował z własnego komitetu wyborczego, ale Koalicja Obywatelska nie wystawiła kontrkandydata.

Różnica w okręgu nr 100 była najmniejsza w kraju. Ale okręgów, gdzie różnica jest mniejsza niż w Tychach, jest kilka:

  • Okręg numer 92 (Gniezno) – 1484 głosy różnicy przy 184 366 głosach ważnych;
  • Okręg numer 95 (Ostrów Wielkopolski) – 2304 głosy różnicy przy 157 864 ważnych głosach;
  • Okręg numer 96 (Kalisz) – 1586 głosów różnicy przy 143 572 ważnych głosach.

W każdym z nich w 2015 roku wygrał kandydat PiS.

Chodzi o głosy nieważne?

Jak podaje zespół prasowy SN, w okręgach, w których PiS składa protesty,

chodzi o stosunkowo dużą liczbę głosów nieważnych. W okręgu nr 100 było ich 3 344, a w okręgu nr 75 – 3 749.

Jednak w wielkopolskich okręgach, gdzie różnica między pierwszym i drugim kandydatem nie była duża, liczba głosów nieważnych była nawet większa. W Gnieźnie było ich 3064, ale w Ostrowie Wielkopolskim – 6 221, a w Kaliszu – 5 444.

PiS chciałoby, żeby protest zaowocował większością w Senacie. To znaczy, że oba protesty musiałyby zakończyć się ponownym przeliczeniem głosów i innym werdyktem niż dotychczasowy. W okręgu nr 75 różnica wynosi 2 349 głosów a głosów nieważnych padło 3 749. PiS uzasadnia protest ilością głosów nieważnych. Oznacza to, że nieważność większości z nich musiałaby zostać zakwestionowana i sąd musiałby uznać, że były to w rzeczywistości głosy na PiS. Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne.

Protest wyborczy rozpatrywać będzie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Jest to nowe ciało, utworzone za rządów PiS.

– Przed chwilą dostaliśmy zawiadomienie z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, że sprawa dwóch wież w związku z naszym zawiadomieniem trafia do kosza. Prokuratura odmawia wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież – powiedział na konferencji w Sejmie poseł Cezary Tomczyk z PO.

– To jest sprawa wyjątkowa dlatego, że sprawa dwóch wież, sprawa Srebrnej, jak w soczewce pokazuje całe państwo PiS. Dzisiaj ponad wszelką możliwość możemy udowodnić, że państwo polskie przestało funkcjonować, że prokuratura nawet bez przesłuchania głównego świadka, a być może nie tylko świadka jest w stanie odmówić wszczęcia postępowania w sprawie tak bulwersującej – mówił Tomczyk.

I dalej: – Na odmowie wszczęcia postępowania jest data. 11 października w piątek przed wyborami sprawa została wyrzucona do kosza. Po to żeby Polska nie mogła się dowiedzieć o tym, że prokuratora pod wodzą PiS i Zbigniewa Ziobry umorzyła sprawę dwóch wież Jarosława Kaczyńskiego.

Tomczyk stwierdził, że „tak wygląda republika banasiowa, tak wygląda sytuacja, w której na czele państwa stoi paradyktator Jarosław Kaczyński”. I dodał: – Nawet prokuratura nie może go przesłuchać.

Z kolei poseł Marcin Kierwiński (PO) mówił: – To kolejna sprawa, która nie mogła się rozgrywać przed wyborami, bo mogła mieć wpływ na wynik wyborów – stwierdził. I dodał: – Okazuje się, że Jarosław Kaczyńskie jest człowiekiem wyjętym spod polskiego prawa.

W zawiadomieniu czytamy: „Prokuratura Okręgowa w Warszawie (…) uprzejmie zawiadamia, że w sprawie Pańskiego zawiadomienia z dnia 30 stycznia 2019 roku o możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego, postanowieniem z dnia 11 października 2019 roku (..) odmówiono wszczęcia śledztwa, wobec braku znamion czynów zabronionych”.

O tym, że prokuratura odmówiła wszczęcie śledztwa poinformował na Facebooku też adwokat Birgfellnera Roman Giertych.

– Możemy się teraz zażalić, ale jak prokurator ponownie odmówi, to nie możemy sami skierować własnego aktu oskarżenia, to się nazywa subsydiarny akt oskarżenia. Jeszcze tydzień temu byśmy mogli, bo 5 października weszły w życie przepisy, które wprowadziły nowelę do artykuł 330 kpk. Ogranicza ona prawo pokrzywdzonego – mówił na antenie TVN 24 Giertych.

Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel stwierdził przed siedzibą partii na ul. Nowogrodzkiej, że „nie ma żadnej wiedzy na temat tego postępowania”.

„Taśmy Kaczyńskiego” pod koniec stycznia ujawniła „Wyborcza”. Opublikowaliśmy nagrania rozmów prezesa PiS z Geraldem Birgfellnerem, austriackim biznesmenem, który na zlecenie Kaczyńskiego od maja 2017 do lipca 2018 r. pracował nad projektem budowy dwóch wież, czyli 190-metrowego budynku mającego powstać na działce zajmowanej w centrum Warszawy przez powiązaną z PiS spółkę Srebrna. Za swoją pracę Birgfellner nie dostał pieniędzy. Gdy nie udało mu się niczego uzyskać w drodze negocjacji, zawiadomił prokuraturę, że został oszukany przez prezesa Kaczyńskiego.

Po dubeltowym zwycięstwie PiS w 2015 r. Platforma miała cztery szanse na wygraną. Trzy już przespała. Dlaczego ma jej się udać teraz, skoro za wszystkie porażki odpowiada ta sama ekipa?

Koniec czerwca, upał, Schetyna w plenerze ogłasza, że Koalicja Obywatelska ma sztab. Przed opozycją najważniejsze wybory od 1989 r. Na czele sztabu staje Krzysztof Brejza, bardzo popularny poseł opozycji. – Temperatura jest gorąca i tak my będziemy pracować. Ciężka praca to jedyna rzecz, którą możemy państwu obiecać – mówi Brejza podczas prezentacji.

Od porażki w wyborach europejskich mija drugi miesiąc. Schetyna rzuca kilka haseł: nowy początek, nowa jakość w polityce, jedność opozycji. Chce zatrzeć fatalne wrażenie po ostatniej kampanii. Oddał ją ludziom odpowiedzialnym za podwójną przegraną Platformy w 2015 r. i w wyborach samorządowych 2018. Zapewnia, że Platforma wyciągnęła wnioski: „Tam gdzie okazaliśmy się słabsi, jutro będziemy dwa razy silniejsi”.

Odsunął autorów słabej kampanii, zapowiadał udział wybitnych fachowców, analizę danych, efektywną strukturę – to, czego brakowało przed majowymi eurowyborami.

Do sztabu Brejzy dołączają Bartosz Arłukowicz, Adam Szłapka, sekretarz Nowoczesnej, Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej, wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska.

Szefem sztabu Koalicji Obywatelskiej miał zostać Bartosz Arłukowicz – na fali po brawurowej wygranej w eurowyborach, którą sam sobie wychodził, bez pomocy centralnego sztabu. Szef PO Grzegorz Schetyna nie dał mu szansy, za duże ryzyko, że urośnie mu konkurencja.

Schetyna zbiera komplementy. Postawił się wpływowym działaczom PO, nowe nazwiska zapowiadają, że strategia się zmieni.

„Cygara i wino” na piątym piętrze

Gdy drużyna Brejzy urządza się na czwartym piętrze kamienicy przy Wiejskiej, gdzie PO ma biuro krajowe, działacze zaczynają opowiadać w kuluarach, że Schetyna dał krytykom tylko opakowanie. Ale będzie słuchał tych co zawsze.

Spotykają się piętro wyżej, u Schetyny. Kiedyś był tu gabinet Juliana Tuwima. Na 30 m kw. dwie skórzane sofy, ława, biurko, stół do narad, wielki telewizor. W powietrzu woń cygar. Przewodniczący z wianuszkiem najbliższych ogląda mecze. – Aha, koniecznie napiszcie, że portret Schetyny tam nie wisi – prosi bywalec.

Kampania dopiero się zaczyna. Brejza ma wielkie plany, sądzi, że się uda. Schetyna na spotkaniach wyborczych obiecuje, że KO odbierze PiS większość.

W lipcu Hanna Zdanowska odchodzi ze sztabu obrażona, bo Schetyna wtrącił się w łódzką listę Koalicji. W połowie sierpnia okazuje się, że Brejza ma startować do Senatu, więc przed nim trudna indywidualna kampania. Dwa tygodnie później Kidawa-Błońska zostaje kandydatką KO na premiera. Nie ma już czasu na sztab.

– Sztab Brejzy nigdy nie wystartował. Schetyna nie dał nam szansy. Nie mieliśmy przełożenia na biuro krajowe PO – przyznaje uczestnik kampanii.

Za to piąte piętro jest w formie. Goście szefa PO mają wpływy w strukturach i pieniądze, zaczynają przejmować kampanię. Na oficjalnej liście sztabowców ich nazwisk nie ma. Ale są partyjnymi szychami.

– O wszystkim ostatecznie decydowała góra, „cygara i wino”, ludzie z piątego piętra – mówi człowiek od Brejzy.

Nasi rozmówcy twierdzą, że główne role dostali Piotr Borys, Robert Tyszkiewicz i Mariusz Witczak.

– Ostrzegaliśmy Schetynę, że kampania prowadzona przez tę samą ekipę musi przynieść taki sam efekt, czyli przegraną – mówi „Wyborczej” członek sztabu KO. Błędy to brak autonomii sztabowców, chaos, brak planu, frakcyjne potyczki w samej PO.

– Brejza widział, że sztab jest udawany, a on sam malowany. Bez władzy wykonawczej, bez pieniędzy. Żeby było jasne, on bardzo chciał pracować, ale V piętro nie pozwoliło – irytuje się jego współpracownik. – Po pewnym czasie pojechał do siebie, do Inowrocławia, robić sobie kampanię.

Ekipa Brejzy już widzi, jakie Schetyna dał im role. – Starałem się bywać codziennie, ale nie było rozpisanej strategii, więc wynajdywałem sobie zajęcia – opowiada pracownik sztabu.

Szłapka zajął się banerami kandydatów wywieszanymi przez wyborców. – Ogromny sukces, wisiały na płotach, balkonach, w sumie z pięć tysięcy. W całej Polsce, od Stargardu po Przemyśl i od Zamościa po Poznań – mówi polityk KO. Akurat ten pomysł wolontariuszy piąte piętro zaakceptowało.

Sztab był w rozsypce. Arłukowicz pomagał kandydatom na swoim terenie, Szłapka, Brejza, Nowacka pracowali na swój wynik.

LGBT czyli panika

W kampanii nie wystarczają tylko hasła, ulotki, konwencje, program, chodzenie od drzwi do drzwi. Niezbędny jest precyzyjny plan, który wszystko spina w całość. W tej kampanii nic z tego nie zagrało.

– W najważniejszej kampanii nikt nie powiedział, o co walczymy i po co idziemy, skoro już mieliśmy unikać konfrontacji z PiS – komentuje polityk Koalicji.

Daje przykład związków partnerskich. Gdy PO wzięła hasło na sztandary, w kampanię profrekwencyjną chciały się zaangażować środowiska LGBT. – Ale wtedy Kaczyński już atakował, straszył adopcją dzieci. Co zrobiła PO? Spanikowała, do szuflady poszła karta LGBT, którą wprowadził w Warszawie Trzaskowski. Daliśmy sobie narzucić przekaz, zamiast przestawić akcenty. Nikt przecież nie kazał Schetynie trąbić o LGBT, ale stanąć twardo w obronie wartości. Powiedzieć, że walczy o ludzką godność, o słabszych, o tolerancję – opowiada polityk KO.

Magdalena Środa, Henryka Bochniarz proponowały Schetynie, że włączą ich środowiska w kampanię. Nic z tego nie wyszło.

Na starcie liderzy deklarowali: cała partia bierze się do roboty. Mała aktywność była głównym zarzutem od kampanii europejskiej. Teraz miała rządzić zasada: „Wszystkie ręce na pokład”.

Już na początku kampanii okazało się, że nie wszystkie. – Niektórzy kandydaci nie chcieli zbierać podpisów pod swoją kandydaturą. Wpadali na chwilę z 30 podpisami rodziny i zostawiali wolontariuszy samych – opowiada „Wyborczej” wolontariusz współpracujący ze sztabem KO. – Dawali do zrozumienia, że „ktoś tak znany jak ja” nie będzie przecież stał na ulicy.

Byli też kandydaci obrażeni. Wypadli poniżej oczekiwań, więc nie mieli ochoty zbierać podpisów.

Wolontariusze zostali sami

– Ale ci, którzy umieli wyjść do ludzi, dostali premię: Katarzyna Lubnauer – około 30 tys. głosów, Kamila Gasiuk-Pihowicz – prawie 35 tys., debiutujący Tomasz Zimoch – prawie 48 tys. – słyszymy.

Twitter PO pękał od zdjęć kandydatów krążących po bazarach, ściskających dłonie na ulicach. Uśmiechnięci, zadowoleni. Ale działo się różnie. Bez drobiazgowej strategii kandydaci działali na własną rękę, zwykle bez pomocy finansowej i organizacyjnej. – Kandydat jechał na spotkanie w terenie, a tu nie ma żadnego z lokalnych działaczy PO. Gdyby nie wolontariusze, nie miałby żadnego wsparcia – opowiada „Wyborczej” osoba startująca do Sejmu.

Eksperci zauważają, że KO położyła kampanię w sieci. – Ich strona na FB była martwa, a koalicja z partią, która ma w nazwie słowo „nowoczesność”, nie miała prawa być tak nienowoczesna. Koalicja miała niezłą stronę z kandydatami, ale nie potrafiła ludzi na nią doprowadzić. Sztab nie wykorzystał mediów społecznościowych. A to jeden z najtańszych sposobów przekonywania młodych.

Sztab nie przygotował też niczego mocnego na koniec, a jest to standard każdej kampanii. Czegoś, co wyborcy na długo by zapamiętali, np. jakiś emocjonalny klip. – To pomogłoby zminimalizować straty, jakie ponieśliśmy po wystąpieniu Lecha Wałęsy na konwencji i ujawnieniu taśm Neumanna – twierdzi kandydat KO.

Padł mit Schetyny

Na początku września Schetyna zdołał zaskoczyć PiS: kandydatką KO na premiera jest Kidawa-Błońska. Zrobił z niej liderkę kampanii. Ale politycy KO mówią, że zagrało to w Warszawie, gdzie Kidawa-Błońska zdobyła ponad 400 tys. głosów. Zabrakło czasu, by zmobilizowała kraj. – Idea świetna, ale budowania polityka w nowej roli nie zaczyna się na chwilę przed wyborami. Kidawa-Błońska powinna być promowana od miesięcy, ściskać ręce, spotykać się z liderami opinii, a nie widziałem jej na kongresie w Krynicy – mówi osoba związanaz PO.

Sztabowiec od Brejzy: – Ludzie przewodniczącego PO pracowali z kilkoma specami od kampanii, nie bywaliśmy na tych spotkaniach. Mieli badania, ale ich nie dostaliśmy. Wiedzieliśmy ogólnie, że Schetyna jest słabo odbierany. Może nie chcieli, żebyśmy widzieli jego problem wizerunkowy? Nie mam pojęcia. W sprawie marszałek Kidawy-Błońskiej nie było konsultacji ze sztabem, wspólnej szerszej akcji. Zdecydował Schetyna, my zostaliśmy poinformowani.

Pytamy Mariusza Witczaka, czy wpływał na sztab. – Ja? To kłamstwo.

Piotr Borys: – W jakiejś części miałem wpływ na sztab, bo jestem szefem biura krajowego i odpowiadam za partyjne eventy. Kampania była poprawna, został zrealizowany plan minimum, czyli 27,4 proc. w wyborach do Sejmu i odebranie Senatu.

Obrońcy przewodniczącego mówią, że przegrali przez d’Hondta, system liczenia głosów premiujący największe komitety. Wyborców opozycji jest o blisko milion więcej. Gdyby więc nie trzy komitety…

– A co mają powiedzieć? Że w KO położyli kluczową kampanię? – zżyma się polityk opozycji.

– Za czasów Sławka Nowaka w sztabie było łóżko polowe, bo pracowaliśmy non stop. Teraz sztab nie spotykał się nawet dwa razy dziennie – mówi inny. – Dla mnie padł mit Schetyny jako świetnego organizatora.

Cztery hasła, i to słabe

Jeden z fundamentalnych błędów marketingowych to aż cztery hasła, i to przy kampanii rekordowo krótkiej: „Jutro może być lepsze”, „Uzdrowimy Polskę”, „Współpraca, nie kłótnie”, „Silni razem”. Efekt? Dezorientacja. Na konwencji w połowie lipca Koalicja wysunęła hasło „Uzdrowimy Polskę”, potem na banerach i plakatach uwodziła wyborców sloganem „Jutro może być lepsze”, ale na Facebooku hasło Małgorzaty Kidawy-Błońskiej głosiło: „Współpraca, nie kłótnie”.

Pozbawiony władzy sztab oganiał się od wszystkich, którzy chcieli pomóc. Władysław Frasyniuk opowiada „Wyborczej”, że sam się zgłaszał. Nie chcieli. Podsyłał sztabowi ludzi, którzy mieli pomysły, czas i którym się chciało walczyć o zwycięstwo. Sztab nie był zainteresowany.

Z naszych informacji wynika, że już na początku rządów PiS w 2016 r. w Platformie istniał plan spójnej strategii na cztery elekcje – samorządową, europejską, parlamentarną i prezydencką. Wszystkie kampanie łączyło jedno hasło z lekką modyfikacją zależną od rodzaju wyborów. Kolejne kampanie miałyby własne tematy, które potem można zebrać w całość, pokazać program i wartości, do których PO przekonuje Polaków w każdych wyborach.

Latem 2018 r. spisaną strategię na cztery kampanie wyborcze dostał do ręki Schetyna. Pochwalił, ale szybko odłożył na półkę. Żaden z jego współpracowników nie potrafi wyjaśnić dlaczego.

Kim są Borys, Tyszkiewicz i Witczak?

Piotr Borys, człowiek z wrocławskiego matecznika przewodniczącego, w PO zrobił błyskotliwą  karierę od asystenta, przez wicemarszałka Dolnego Śląska, eurodeputowanego, doradcę od dyplomacji samorządowej w czasach,  gdy Schetyna rządził MSZ.

O Robercie Tyszkiewiczu mówią w PO: „od zawsze schetynowiec”, sekretarz generalny PO, baron na Podlasiu, w 2015 r. kierował sztabem wyborczym Bronisława Komorowskiego.

Mariusz Witczak, skarbnik PO, od 2016 r. trzyma partyjną kasę i na co dzień jest najbliżej przewodniczącego. Z tego, co słyszymy, to on miał najwięcej do powiedzenia. Ludzie od Brejzy opisują: – Rano sztab podejmował decyzje, po południu Witczak je blokował.

Przykład – akcja lekarzy, którzy mieli specjalnymi autobusami ruszyć w Polskę. Koalicja mogła zarobić na tym kilka punktów, bo zapaść w służbie zdrowia  to temat nośny i niewygodny dla PiS.  – Witczak akcję odwołał – opowiadają nam członkowie sztabu.

Władysław Frasyniuk: partia przegrała, obywatele nie zawiedli

– Koalicja Obywatelska nie zrobiła porządnej kampanii wyborczej. Znowu. Ale obóz anty-PiS zgarnął blisko milion głosów więcej. To fenomen – mówi „Wyborczej” Władysław Frasyniuk. – Widzę trzy przyczyny. Po pierwsze, Nobel dla Tokarczuk to był największy zastrzyk adrenaliny, żaden polityk nie potrafi tak opowiadać o współczesnym patriotyzmie jak ona. Po drugie, niebywałe zaangażowanie twórców i celebrytów, w tym raperów, co miało znaczenie zwłaszcza dla młodych. Po trzecie, zawsze można liczyć na Kaczyńskiego, który swoimi planami wykreowania nowego człowieka i napiętnowania wrogów zmobilizował wielu Polaków.

W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.

Wiodącym hasłem kampanii wyborczej PiS była WIARYGODNOŚĆ. Sformułowanie to tak bardzo spodobało się rządzącym, że używają go do dzisiaj przy każdej okazji. Wiarygodny zatem jest dla nich prezes, prezydent, premier i cała partia władzy, która dzięki wiarygodności właśnie wygrała wybory do Sejmu (w odróżnieniu od opozycji, która wiarygodności nie ma za grosz, a jednak odbiła Senat). Słowo „wiarygodność” wypowiadane jest przez funkcjonariuszy partii władzy ze śmiertelną powagą i namaszczeniem dowodzącym, że tej definicji nauczyli się na pamięć. Tymczasem nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że sformułowanie „wiarygodność PiS” to tylko przygodna koincydencja dwóch słów, z których pierwsze pochodzi ze słownika języka obcego całkowicie funkcjonariuszom Prawa i Sprawiedliwości. „Wiarygodny PiS” brzmi równie żartobliwie jak przypadkowe zbitki słów: „demokrata Kaczyński”, „praworządny prezydent Duda”, „prawdomówny premier Morawiecki”, czy „uczciwy najwyższy kontroler Banaś”.

Lista niezrealizowanych zapowiedzi Kaczyńskiego jest równie długa jak spis jego niezapowiedzianych i niespodziewanych realizacji, demolujących państwo bez upoważnienia wyborców ani konstytucji.  Szczególarze obliczyli, że wszystkich publicznych obietnic prezesa i jego dworu padło już prawie dwieście, a wykonano ledwie kilkanaście, w tym część jest dopiero „w trakcie” . Pozostałe są bez szans. Wyborcy wybaczali dotąd rządzącym rozmaite fantasmagorie, choć z trudem łykali wyjaśnienie, że realizację obietnic blokuje totalna opozycja, jakby w państwie PiS opozycja miała cokolwiek do gadania. Wygląda jednak na to, że mimo sowitych transferów socjalnych tolerancja wyborców powoli się wyczerpuje. Sam prezes przyznał w pierwszym powyborczym komentarzu, że jego partia przelicytowała, że w porównaniu z nakładem i kosztem kampanii wynik powinien być dużo lepszy.

Kaczyński sprawia wrażenie jakby wpadł w lekki popłoch. Przed wyborami gotów był obiecać Polakom gwiazdkę z nieba za większość konstytucyjną, która zapewniłaby mu pełnię autokratycznej władzy, uwalniając jednocześnie od konieczności realizowania nierealnych zobowiązań – na wzór kierownika szatni, który powinien mieć twój płaszcz, ale go nie ma i co mu zrobisz.  Po wyborach to marzenie prysło, prezes wbrew swej naturze musi być znowu sympatyczny i koncyliacyjny. W obawie, że nie zdąży dokończyć zawłaszczania Polski, zanim Unia całkiem straci cierpliwość, zmuszony jest teraz apelować do „wściekłej opozycji” o zgodę, kompromis i wspólną pracę nad ustawami „dobrej zmiany”. Przywykły, że do jego partii garną się tłumnie politycy skuszeni stanowiskami i apanażami, które ludziom PiS po prostu się należą, musi teraz żmudnie i z marnym dotąd skutkiem poszukiwać dwóch brakujących senatorów podatnych na korupcję. Co gorsza – wbrew swemu głębokiemu przekonaniu, że demokracja jest zjawiskiem mocno przereklamowanym – Kaczyński zmuszony został nawet do deklaracji, że teraz „będziemy musieli postępować zgodnie z prawem!”. Z pewnością wiarygodności mu to nie poprawiło.

A to dopiero początek. W najbliższym czasie można się spodziewać serii testów na wiarygodność Prawa i Sprawiedliwości. Jednym z nich jest budżet – zdaniem premiera sensacyjny na europejską skalę, bo po raz pierwszy wydatki i wpływy zbilansują się tam co do złotówki.  Premier nie byłby Mateuszem Morawieckim (i odwrotnie), gdyby nie nagiął rzeczywistości w kierunku oczekiwanym przez prezesa Kaczyńskiego. Bo po pierwsze jakaż to sensacja, jeśli większość krajów unijnych pochwalić się może zrównoważonym budżetem, a czternaście państw miało nawet budżetową nadwyżkę? A po drugie i przede wszystkim – wizja „zero zadłużenia” jest tylko przedwyborczą projekcją, bo na sto procent w przyszłym roku polski budżet będzie na minusie. Chyba że Kaczyński wycofa się z obietnic, którymi w ostatniej chwili starał się kupić konstytucyjną większość.

Już nie tylko przewidywania, ale twarde fakty dowodzą, że kończy się okres światowej prosperity. Unia rozważa dalsze ograniczenie już wcześniej zmniejszonego budżetu. I trudno oczekiwać jakichś specjalnych względów dla Polski, skoro nasza dyplomacja nie ma dobrej odpowiedzi na pytania o praworządność, już prawie na pewno powiązaną z wypłatami dotacji. Jak można liczyć na powtórzenie sukcesu negocjacyjnego Platformy w poprzednim rozdaniu, jeśli rząd PiS – zamiast prezentować potrzeby i pozytywne skutki zwiększenia dotacji – jedynie powtarza jak mantrę: „płaćcie więcej, bo nam się należy!”. Wszystko wskazuje na to, że pieniędzy z Unii będzie mniej, niż oczekiwał premier Morawiecki, który w dodatku założył, że światowe spowolnienie gospodarcze nie dotyczy polskich firm, bo nasz przemysł będzie się rozwijał nawet szybciej niż dotąd i do budżetu wpłynie o 5 miliardów więcej w podatku CIT. A na dokładkę – spytać trzeba czy jeśli PiS uchwalił skokowe podwyżki wynagrodzeń, to przedsiębiorstwa będą zwiększać produkcję i inwestować – czy raczej hamować, zwalniać ludzi i oszczędzać?

Jeszcze bardziej spektakularną hucpą niż dochody są budżetowe wydatki.  W zrównoważonym rzekomo budżecie nie ma śladu po dziesięciu miliardach niezbędnych na wypłatę trzynastej emerytury w marcu przyszłego roku, nie wspominając o trzynastej i czternastej emeryturze w roku kolejnym. Nie ma też śladu „piątki Morawieckiego” – obietnicy wsparcia małych i średnich firm za ok. pięć miliardów rocznie. Nie ma też ani grosza na „szybką i znaczącą poprawę” funkcjonowania służby zdrowia. Tych wydatków (i kilku innych, wynikających z obietnic rzucanych bez opamiętania) ukryć się nie da. Zaoszczędzić też nie ma na czym, bo zamiłowanie obecnie rządzących do luksusów jest nieodwracalne, a po wyborach jeszcze przybyło oczekujących na intratne posady, apanaże, wypasione samochody, służbowe wycieczki turystyczne po świecie, a także przybyło krewnych, zatrudnianych na stołkach mnożonych ponad rozsądek i potrzeby. Nie da się również dokonać przesunięć w budżecie, bo wszystkie jego sektory i tak już ledwo się spinają, wiązane na drucik, gumkę i słowo honoru premiera.

Kaczyński ogłosił, że nasza gospodarka ma się tak świetnie jak nigdy dotąd oraz że PiS posiada najlepszą kadrę zarządzającą i dysponuje nową elitą ekonomistów, o których opozycja może tylko pomarzyć. Wiarygodność takiej opinii weryfikuje nie tylko niewiarygodny budżet, ale również zagrożona ocena ratingowa Agencji Moody’s, która dostrzega i budżetowe dziury, i kryzys w stosunkach z UE, i zawłaszczanie sądownictwa przez partię rządzącą, a także tromtadrackie przechwałki ojca, wujka i szwagra narodu. Ciekawe, że 11 października, tuż przed wyborami, Ministerstwo Finansów informowało, że agencja Moody’s wcale nie dokonała rewizji ratingu Polski i nie opublikowała żadnego raportu na temat Polski, a PAP zawiadomił, że  „ocena ratingowa Polski pozostała niezmieniona na poziomie A2/P-1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej i krajowej z perspektywą stabilną”.

PiS sam zapędził się do narożnika. Albo nie zrealizuje obietnic wsparcia zamierzeń i tych grup ludzi, którym obiecał konkretne pieniądze w ustalonym czasie, albo nie dotrzyma najważniejszej obietnicy – że wszystkie plusy rozdawane Polakom przez Kaczyńskiego nie grożą zapaścią kraju na wzór grecki. Warto pamiętać, że w Grecji przed kryzysem mówiono ludziom dokładnie to samo, co PiS mówi Polakom: że jest dobrze, że się należy, że zasługujemy na więcej, że damy radę i że wystarczy nie kraść.

Prokurator stanu wojennego Piotrowicz kończąc swoją karierę poselską radośnie oznajmił zdumionym dziennikarzom: „- Przeszłość mam piękną!”. W polskiej praktyce parlamentarnej coraz częściej rzeczywistość kreowana jest oświadczeniami i uchwałami, jakby rozmaite niedomogi życia publicznego można było uleczyć ustawami nakazującymi likwidację problemu . W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.  Gdy państwo PiS zacznie się sypać, gdy już nie da się ukryć niekompetencji rządzących, gdy obietnice wyborcze dla wszystkich okażą się oszustwem i nie będzie już wątpliwości, że król (i naród) jest goły – wtedy pozostanie tylko przegłosować w parlamencie, że po pierwsze Polska ma się znakomicie, a po drugie – że uczciwość i prawdomówność PiS oraz wiarygodność ich przedstawicieli nie budzą najmniejszych wątpliwości.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Szwedzka Akademia Nauk doceniła Olgę Tokarczuk  za „narracyjną wyobraźnię, która wraz z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Jak relacjonuje RMF FM Classic, pisarka w trakcie poniedziałkowego spotkania z czytelnikami zdradziła, że już od dłuższego czasu pracuje nad kolejną powieścią:

Mam rozpoczętą nową książkę, tylko od jakiegoś czasu nie mam kiedy do niej wrócić; ta książka wszystkich zaskoczy.

Jak nas zaskoczy? I na to miała gotową odpowiedź:

Na poziomie literackim, głębokiego kontekstu literackiego, do którego ta nowa książka nawiązuje.

Wiemy także, że premiera najnowszej powieści jest zaplanowana na przyszły rok, prawdopodobnie odbędzie się jesienią.

Setki ludzi pod wrocławskim Narodowym Forum Muzyki. To kolejka po wejściówki na spotkanie z Olgą Tokarczuk

Jak z kolei relacjonuje Onet, pisarka ma też obawy, że czytelnicy będą mieli „niesamowite oczekiwania” wobec jej kolejnych powieści. Także do samego Nobla ciągle podchodzi z rezerwą:

Cieszę się, że dostałam tę nagrodę jako osoba młoda i mogę jeszcze porządzić. (…) Nie mogę ciągle powiedzieć o sobie „noblistka” – to dla mnie ciągle Wisława Szymborska.

Olga Tokarczuk na pierwszej konferencji prasowej, która odbyła się po ogłoszeniu, że zdobyła Nobla, tłumaczyła dziennikarzom, dlaczego literatura jest dziś potrzebna:

Ja uważam, że powieść jest jednym z największych wynalazków człowieka, być może porównywalnym do wynalezienia koła albo maszyny parowej. Bo jest to bardzo wyrafinowany sposób komunikacji międzyludzkiej. Taki, który nie opiera się na przekazywaniu wprost informacji o jakichś faktach, ale komunikuje nas na dużo głębszym poziomie.

Co najważniejsze:

A przede wszystkim uczy nas empatii. Dzięki powieści możemy przez jakiś czas w swoim życiu żyć życiami innych ludzi. Stać się po prostu kimś innym i popatrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.

Nic dziwnego, że jej zdaniem powieści wcale nie odchodzą do lamusa:

I nie wierzę w koniec powieści, ja myślę, że powieść po prostu zmienia formę. Ta forma się dostosowuje do współczesnego czasu, do tempa życia, do wrażliwości. (…) Od kiedy wynaleźliśmy już tę powieść jako społeczeństwo czytające, (…) to ona przetrwa, tylko musimy szukać nowych form powieści.

Zwróciła uwagę, że sama podjęła taką próbę. „Jedną z takich prób, na którą ja się odważyłam to byli właśnie „Bieguni”, czyli szukanie opowiadania o tym, co nas otacza, o tym, jak my w tym istniejemy, ale na innych zasadach, w inny sposób. Wtedy wymyśliłam sobie tę powieść konstelacyjną i jeżeli mogę dobrze ocenić powodzenie tej powieści, to zdaje się, że ta forma działa”. I jak potwierdziła w poniedziałek, takiej nowatorskiej formy możemy się spodziewać po jej następnej książce.

Kaczyński okrada Polskę śpiewająco

29 Sty

Kula śnieżna nie wytraca impetu. PiS w coraz głębszej defensywie. Szykuje się wyborcza chłosta.

Oczywiście, jeśli się potwierdzi, co piszą media o uwikłaniu aresztowanych ludzi z otoczenia byłego ministra Macierewicza w przekręty w firmach sektora publicznego.

Co to za ludzie! Od rana do wieczora mielą patriotyczne frazesy, a zarazem za ich plecami, a może i za ich wiedzą idzie biznes na całego. „Należy się im”. A pycha podpowiada, że twardy elektorat to toleruje, a może nawet pochwala. Bo jemu też się należy.

Powstała sytuacja już całkiem jak z republik bananowych. Ale rząd zainterweniował. Sygnał został wysłany i do Macierewicza (nie masz immunitetu od wszystkiego), i jego środowiska. I szerzej: do administracji państwowej, do nowych kadr, którym „zjednoczona prawica” dała robotę po 2015 r.: uważajcie, nie pozwolimy, żebyśmy przez takich jak ten M. przegrali wybory.

Na razie mnożą się spekulacje: walka frakcyjna w PiS, akcja prewencyjna, jakieś „kwity” na prezesa, przykrywanie wcześniejszej afery z Chrzanowskim i Glapińskim, politycznie inspirowanego zabójstwa prezydenta Adamowicza, głupot opowiadanych przez premiera w związku z Dniem Pamięci o Zagładzie Żydów, bierności policji w Oświęcimiu, kiedy przez miasto maszerowali nienawistni nacjonaliści. Dużo tego. Tak właśnie powstaje polityczna masa krytyczna. Nawet pisowski beton może pęknąć.

Opozycja słusznie apeluje do rządu o przedstawienie w Sejmie informacji na temat aresztowań ludzi Macierewicza, w tym byłego szefa jego gabinetu politycznego. Powinien to być minister koordynator służb specjalnych. Ale jaka jest wiarygodność pana Kamińskiego czy pana Ziobry? Słusznie w mediach przypomniano nie tak dawne zachwyty niektórych notabli PiS nad panem M.

Nieformalny system kształtujący się pod rządami prawicy pisowskiej to państwo tekturowe. Za biało-czerwoną fasadą z megafonami grającymi muzykę narodową i kościelną widzimy tyły, gdzie uwijają się do cna skorumpowani aktywiści i beneficjenci „dobrej zmiany”, kradnąc i marnotrawiąc pieniądze publiczne.

Naturalnie nie wszyscy. Ale czy czekający na operację chirurgiczną prezes Kaczyński da radę zapanować nad kolejnym kryzysem w obozie obecnej władzy, za którą przecież ponosi polityczną i moralną odpowiedzialność w stopniu nieporównywalnym z nikim innym?

Dziennikarze Gazety Wyborczej, Wojciech Czuchnowski i Iwona Szpala ujawnili rozmowę Jarosława Kaczyńskiego z austriackim biznesmenem Geraldem Birgfellnerem, która odbyła się 27 lipca 2018 r.

W rozmowie uczestniczyli również: Grzegorz Tomaszewski, cioteczny brat Kaczyńskiego oraz wspólniczka i zarazem tłumaczka Birgfellnera.

Na ujawnionym nagraniu prezes PiS mówi o wartej 1,3 mld zł inwestycji spółki Srebrna, której właścicielem jest fundacja Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Spółka miała zbudować w centrum Warszawy dwa bliźniacze wieżowce, w których miały znaleźć się hotel, apartamenty, powierzchnie biurowe i siedziba Instytutu, którego członkiem zarządu jest Jarosław Kaczyński.

Całość inwestycji mają przygotować firmy Geralda Birgfellnera, który przez 14 miesięcy pracy dla spółki Srebrna odbył 160 spotkań biznesowych, w tym 16 z samym Kaczyńskim w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie.

Jak wynika z rozmów całość inwestycji miała zostać sfinansowana przez kontrolowany przez Skarb Państwa bank Pekao SA. Wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik, a jednak Birgfellner uważa dzisiaj, że został oszukany.

Na ujawnionych taśmach słychać m.in., jak Kaczyński nie tylko biegle porusza się po biznesowych meandrach, ale również jak próbuje wymigać się od zapłaty za wykonaną przez Birgfellnera pracę, „bo nie ma do tego formalnych podstaw”.

Prezes PiS informuje Austriaka, że plan inwestycji został wstrzymany. „Nie dostaniemy wuzetki, jak nie wygramy tych wyborów.” – powtarza kilka razy w rozmowie Kaczyński. I chodzi nie tylko o wybory samorządowe, ale również o parlamentarne. Według prezesa PiS ujawnienie budowy wieżowca byłoby „zabójcze” dla partii, „bo to medialnie nie do obrony. Taka jest polityka” – mówi prezes.

Jak wynika z taśm, Kaczyński usiłuje przekonać Austriaka, że nie ma wpływu na zaistniała sytuację i podpowiada mu wystąpienie na drogę sądową, aby mógł dochodzić swoich roszczeń. „Niech pan nas pozwie, podpiszemy ugodę, zyskamy tytuł do wypłaty i wypłacimy pieniądze.” – zachęca Kaczyński austriackiego biznesmena, co wydaje się logiczne przy dzisiejszej instrumentalizacji sądownictwa.

Birgfellner jednak nie wierzy już w jakiekolwiek zapewnienia i za pośrednictwem prawników – Romana Giertycha i Jacka Duboisa – wysłał do warszawskiej prokuratury zawiadomienie „o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego”. Roman Giertych zapowiada, że jeżeli postępowanie zostanie upolitycznione, „to rozważymy wystąpienie o wszczęcie postępowania przez prokuraturę w Wiedniu. „

Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem

Walka z mową nienawiści jest wojną obronną, a zatem słuszną i sprawiedliwą. Od tak dawna obrzucamy się błotem oszczerstw, potwarzy i pomówień, że dla wielu to bagienko stało się już środowiskiem naturalnym.  Czas się ratować – oskrobać z podłych intencji i obmyć z nienawistnych słów. Jednak wezwania, by każdy z nas rozpoczął odnowę moralną od siebie, od zaraz i bez warunków wstępnych, uważam za nierealne i niebezpieczne. Słuchając nawoływań o zawieszenie broni i narodowe pojednanie, obłażą mnie wątpliwości, z których nie potrafię się otrzepać.

Jeśli zależy nam na trwałym pokoju społecznym, to przyjąć musimy do wiadomości, że zawieszenie broni nie zakończy się traktatem pokojowym, póki rozpalać się będą lokalne walki i potyczki. A będą, nawet gdyby wszystkich harcowników przenieść na tyły, do taborów. Bo nie wierzę w dobre intencje wszystkich walczących, tak jak nie wierzę w przyzwoitość na zawołanie. Cisza na froncie to znakomita okazja dla cynicznych watażków, którzy wykorzystując uczciwość przeciwnika przejmują inicjatywę i kontynuują swoją wojenkę wmawiając światu, że oni strzelają wyłącznie ślepakami i tylko na wiwat. Będą nadal toczyć swoje bitwy poprzez najemników, wynajętych wyznawców i wyznaczonych funkcjonariuszy.

Na szczytach władzy słychać nawoływania do narodowej zgody i porozumienia. I na tym samym oddechu rządzący dopowiadają, że przemysł pogardy jest produktem Platformy. Okazuje się, że wojnę polsko-polską rozpoczął Donald Tusk, zniesławiając wyborców PiS niewyobrażalną kalumnią: „moherowe berety!”, wobec której jakieś tam „zdradzieckie mordy”, „mordercy” oraz „komuniści i złodzieje” to tylko usprawiedliwiona reakcja obronna. Dzisiaj PiS zaprasza opozycję na rozmowy pokojowe, a w tle słychać wyraźnie tętent nadjeżdżającej kawalerii i rżenie koni jeźdźców Apokalipsy.

Na sobotnim zebraniu partyjnym z udziałem dowiezionych samorządowców prezes Kaczyński dokonał niebywałych odkryć, że oto Polska jest podzielona, a podział ten prowadzi do wydarzeń, które jednak nie powinny mieć miejsca – sugerując jednocześnie, kto za to odpowiada . Pan premier zawtórował swojemu przełożonemu, kolejny raz wyliczając, czego to poprzedni rząd przez 8 lat nie zrobił, po czym opowiedział o „przezwyciężaniu spuścizny porozbiorowej”(!) i z braku przekonujących sukcesów skupił się na wyzwaniach przyszłości – o wyzywaniach w przeszłości nie wspominając. Wcześniej wicemarszałek Terlecki obsobaczył zaproszoną na „rokowania” opozycję, która ośmieliła się zarzucić TVP – uczciwej przecież i obiektywnej jak nigdy dotąd – że kłamie i podgrzewa nienawistne nastroje.

To jednak ledwie pstryczki i żartobliwe przekomarzania wobec furii wyznawców Kaczyńskiego w mediach wspierających PiS. W jednym z tygodników dostępnych na pocztach, w supermarketach, na stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie nie sprzedaje się „Gazety Wyborczej”, przeczytać można wielki tekst o źródłach języka pogardy. Kilka cytatów: „Ta cała nienawistna jazda bez trzymanki trwa od 2005 roku (…), a kulminacja tego politycznego i propagandowego zezwierzęcenia nastąpiła po tragedii smoleńskiej”.  I dalej: „Przecież ta swołocz i hołota nie uszanowała nawet żałoby po ofiarach tragedii smoleńskiej…”. Teraz już można gładko przejść od Smoleńska do Poznania: „przedstawiciele totalnej opozycji na widok niewinnie przelanej krwi zachowali się jak stado szakali, które tę krew poczuło i w jakimś dzikim amoku ruszyło do ataku”. Dalej jest o „ludzkiej mierzwie”, która z premedytacją zdeptała wolę rodziny Adamowicza, aby tylko „po trupach do władzy”. Wygląda na to, że autor, niejaki Mirosław Kokoszkiewicz, sam sobie odpowiada na tytułowe pytanie „Kto zasiał nienawiść?”

Nie są to bynajmniej najbardziej wyraziste przejawy pogardy dla myślących inaczej i reagujących samodzielnie. Spore zainteresowanie wyborców PiS wzbudził wywiad Aldony Zaorskiej z Grzegorzem Braunem, który jest nie tylko reżyserem i publicystą, ale również nauczycielem akademickim. Zdaniem tego pana morderstwo Adamowicza to kolejne niewyjaśnione zabójstwo. Kolejne, bo „w III Rzeczpospolitej takie rzeczy zdarzają się wręcz seryjnie”. Braun sądzi, że to wydarzenie bardzo przysłużyło się tym, którzy głoszą, że w Polsce demokracja jest zagrożona i gdyby nie zdarzyło się naprawdę, to „na użytek tej antypolskiej narracji trzeba by je wymyślić”. Uniwersytecki wykładowca informuje ponadto, że zabójstwo Pawła Adamowicza to w konsekwencji wielka wspólna operacja propagandowa opozycji i WOŚP Jerzego Owsiaka, bo morderstwa dokonano „na ołtarzu świeckiej religii, podczas celebracji tego dorocznego obrzędu”. Braun nie omieszkał też zawiadomić, że ofiara mordu to „prominentny przedstawiciel opcji niemieckiej, chętnie wpisujący się w żydowskie narracje propagandowe i w neomarksistowskie projekty seksualizacji nieletnich”…

Czytelnikom, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami, bo pan Braun jest postacią groteskową i marginalną, zwracam uwagę, że nasza scena polityczna aż roi się od podobnych postaci, a każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za marginalne i groteskowe, a dziś albo ich już nie dostrzegamy, albo traktujemy je z pełna powagą. Nie jestem katastrofistą i też żywię mocne przekonanie, że ostatecznie dobro zwycięży. Problem tylko – jak dożyć tej chwili?

Myślę, że zanim zabierzemy się za bratanie, zanim wypijemy bruderszaft przechodząc  z warknięć  stworzeń animalnych na „Pan”(i „Pani”), powinniśmy zdefiniować wyraźnie, czym jest język pogardy oraz czym mowa nienawiści nie jest. Bo walka o życzliwą debatę publiczną rodzi pewne zagrożenie: może okazać się niebezpieczna dla prawdy. Wraz z oczyszczającą kąpielą łatwo wylać prawdę – tę rozumianą jako osąd zgodny z rzeczywistością. Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem. Kim będą ci ludzie, jeśli zabraknie nam słów precyzyjnie określających ich działanie i motywy, bo te dotychczasowe uznamy za obraźliwe? Jeśli wojna z mową nienawiści sprowadzi się do eliminacji ze słownika debaty publicznej wybranych wyrazów i do relatywizowania negatywnych ocen ludzkich poczynań, to nie tylko stracimy trzeźwy osąd. Co gorsza – pozwolimy by ci, przeciw którym wojna się zaczęła, opanowali nasze dowództwo i sztab generalny.

Dlatego publiczne nazwanie premiera Morawieckiego kłamcą, prezesa Kaczyńskiego oszustem, eksministra Macierewicza hochsztaplerem, albo wicemarszałka Terleckiego cynikiem i politycznym graczem, powinno pozostać zwyczajną diagnozą tak długo, dopóki nie dopiszemy do niej szyderczych przymiotników. A poza tym niech mowa nienawiści zginie i przepadnie. Niech służy tylko badaczom niektórych form i przejawów epistolarnej twórczości, charakteryzującej polski dyskurs publiczny I połowy XXI wieku.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Pan Jarek dawkuje aferę KNF

30 List

Reportaż TVN o neonazistach, sprawa powieszenia portretów europosłów PO na szubienicach, kwestia rzekomych szwajcarskich kont polityków lewicy i wiele innych, politycznie „gorących” śledztw – takimi sprawami zajmuje się prokuratura w Katowicach. To tam lata temu aplikację robił Zbigniew Ziobro, a dziś jest „kuźnią kadr” Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Prokuratury Generalnej. W niej badana jest afera KNF, która w ostatnich tygodniach wstrząsnęła polską polityką. – Każde słowo, jakie pada w tym śledztwie, jest znane partyjnej centrali. I to, co gorsza, zgodnie z prawem – mówi Onetowi anonimowo prokurator z Katowic.

  • Katowicka prokuratura już za poprzednich rządów PiS była szczególnie preferowana przez władzę – to tam trafiała większość śledztw politycznych
  • Ze Śląska wywodzą się najważniejsi ludzie z otoczenia Zbigniewa Ziobry – to stąd pochodzą Bogdan Święczkowski, Marek Pasionek, Robert Hernand czy Krzysztof Sierak
  • Także na Śląsku, po tym jak PiS stracił w 2007 roku władzę, powstało stowarzyszenie prokuratorów „Ad Vocem”, które miało chronić prokuratorów związanych z Ziobrą. Założyła je prok. Małgorzata Bednarek – dziś sędzia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego
  • Katowicka prokuratura ma zbadać m.in. aferę KNF oraz sprawę reportażu wcieleniowego TVN o „urodzinach Hitlera”
  •  – To ośrodek bardzo specyficzny i trudno mówić o jego niezależności – tak o wydziale zamiejscowym Prokuratury Krajowej w Katowicach mówi prok. Iwona Palka, była szefowa katowickiej „apelacji”, dziś w stanie spoczynku
  • Szef Stowarzyszenia „Lex Super Omnia”, prok. Krzysztof Parchimowicz dodaje, że decyzja o badaniu sprawy KNF w Katowicach jest „co najmniej dziwna”. – Sprawa jest typowo warszawska, więc przekazanie jej do Katowic jest niezrozumiałe. Chyba że stoją za tym jakieś inne względy – mówi

Gdy „Gazeta Wyborcza” napisała o sprawie byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego i jego propozycji dla Leszka Czarneckiego, właściciela Getin Noble Banku, minister sprawiedliwości zareagował „niemal” natychmiast.

Zapowiedział, że sprawa zostanie zbadana „do gruntu”. – Prokuratura na moje polecenie wszczęła śledztwo, jest ono już intensywnie prowadzone wspólnie z CBA – mówił 13 listopada Zbigniew Ziobro. – Będziemy domagać się postępów tego śledztwa od prowadzących je prokuratorów – podkreślał.

Zbigniew Ziobro nie wyjaśnił jednak, jak doszło do tego, że wszczęcie śledztwa polecił dopiero po publikacji informacji o aferze w prasie – podczas gdy zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie trafiło już 7 listopada, czyli sześć dni wcześniej.

Co działo się w tym czasie? Nie wiadomo. Gorączkowe działania wymusiła dopiero publikacja w „Gazecie Wyborczej”. – W odróżnieniu od tych przedstawicieli klasy politycznej, którzy chcą stosować taryfę skrupulatności śledztwa tylko do pewnej części osób, nie patrzymy na polityczne legitymacje, ale będziemy tak samo konsekwentni zawsze – mówił 13 listopada Ziobro. – Kogokolwiek to będzie dotyczyć, czy ludzi z nominacji poprzedniej władzy, członków poprzedniego rządu, czy członków aktualnego rządu – deklarował.

– To jest ta fundamentalna różnica, którą państwu gwarantuję – kwitował szef resortu sprawiedliwości. Zaznaczył przy tym, że wyjaśnianiem afery KNF zajmie się wydział zamiejscowy Prokuratury Krajowej w Katowicach.

Prokuratura pod specjalnym nadzorem. „Każde słowo ze śledztwa trafi prosto na Nowogrodzką”

Wydział, który zbadać ma aferę KNF, tworzyła bliska współpracownica Zbigniewa Ziobry – dziś sędzia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – Małgorzata Bednarek. Zasłynęła tym, że w 2006 roku, jako prezes Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej podczas konferencji prasowej oświadczyła, że lokalni sędziowie i prokuratorzy tworzyli „zorganizowaną grupę przestępczą”.

Nad tym śledztwem prok. Bednarek objęła nadzór osobiście. Tezy ze śledztwa upadły, dochodzenia umorzono, a oskarżeni sędziowie otrzymali odszkodowania – po 50 tysięcy złotych – oraz przeprosiny na pierwszych stronach lokalnych gazet.

Gdy PiS stracił władzę, prok. Bednarek w 2008 roku założyła Stowarzyszenie „Ad Vocem”, skupiające prokuratorów „od Ziobry”, których po utracie przez PiS władzy mogły dotknąć jakieś represje.

Dziś to „zaplecze” Ziobry sprawuje najważniejsze funkcje w ministerstwie i w Prokuraturze Generalnej. Należą do niego prokurator krajowy Bogdan Święczkowski, odpowiedzialny za śledztwo smoleńskie Marek Pasionek, Krzysztof Sierak czy wiceszef PG Robert Hernand.

Wszyscy „korzenie” mają właśnie w Katowicach. – Dziś, zupełnie „przez przypadek”, właśnie do Katowic trafia sprawa afery KNF. Po prostu śmiech na sali – mówi nam jeden ze śląskich prokuratorów, chcący zachować anonimowość.

– Jestem przekonany, że każdy protokół z czynności w śledztwie jest przekazywany do Zbigniewa Ziobry, który to śledztwo osobiście nadzoruje. Ma takie prawo, może zapoznawać się z wszelkimi czynnościami, jakie są wykonywane w toku śledztwa. Co jest absolutnie przerażające, dzieje się to zgodnie z prawem – wyjaśnia śląski prokurator.

– Taką zmianę ustawy o prokuraturze przeforsował obecny Prokurator Generalny. Wszystko po to, by nigdy więcej nie być zagrożonym ewentualnym wnioskiem o odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu, co groziło mu po tym, jak informacje ze śledztwa w sprawie mafii węglowej ujawnić miał prezesowi PiS – mówi. – Teraz więc mamy sytuację taką, że każde słowo, które pada w tym śledztwie, może być natychmiast znane na Nowogrodzkiej, w partyjnej centrali – podkreśla prokurator z Katowic.

Była szefowa katowickiej „apelacji”: prokuratura absolutnie nie jest niezależna

Decyzję o przekazaniu do Katowic śledztwa ws. KNF krytycznie ocenia prok. Iwona Palka, członkini zarządu Stowarzyszenia „Lex Super Omnia” i była szefowa katowickiej Prokuratury Apelacyjnej, obecnie w stanie spoczynku. – To w żadnym wypadku nie jest właściwość katowicka, śledztwo powinno toczyć się w Warszawie, dla każdego jest to oczywiste – mówi Onetowi prok. Palka.

– Przekazanie śledztwa w tak kluczowej sprawie do tej właśnie jednostki musi budzić szereg pytań. Tym bardziej że w mojej ocenie trudno dziś mówić o niezależności którejkolwiek prokuratury. Absolutnie nie można tak twierdzić – mówi.

– Nowa ustawa Prawo o prokuraturze, wprowadzona przez obecną władzę, pozwala na mocy art. 12 par. 1 przekazywać nadzorującemu śledztwo informacje do dowolnie wybranych osób. Bez konsekwencji i wyłącznie uznaniowo – wyjaśnia. – Ograniczenie, jakie jest zawarte w ustawie, to „istotność dla bezpieczeństwa państwa i jego prawidłowego funkcjonowania” – mówi prok. Palka. – A to jest kategoria absolutnie dowolna i uznaniowa. W tej sytuacji prokurator nadzorujący śledztwo – czyli w przypadku sprawy KNF Zbigniew Ziobro – może dowolnie transferować informacje ze śledztwa i przekazywać je dalej. Pytanie, czy z tego uprawnienia korzysta? – pyta prok. Palka.

Kto w tym śledztwie rządzi? „Nie daje rękojmi, że nie straci twarzy”

Naczelnikiem wydziału zamiejscowego Prokuratury Krajowej w Katowicach jest Tomasz Tadla, wieloletni zastępca rzecznika prasowego Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. Dziś odpowiada za śledztwo ws. KNF. – Zawsze mówił, że funkcje go nie interesują, że chce działać „w linii”. Cóż, najwyraźniej coś się zmieniło – mówi nam anonimowo jeden ze śląskich śledczych. – Opinia środowiska o nim jest taka, że to dobry prokurator, „ogarnięty”, tyle że czuły na awanse i gratyfikacje, jakie się z tym wiążą – mówi.

A czy daje gwarancje niezależności? – pytamy naszego rozmówcę.

– Nie dam rękojmi, że przy tej sprawie nie straci twarzy – mówi. – Już teraz wiele decyzji związanych z aferą KNF może dziwić. Choćby żądanie dwóch miesięcy aresztu dla Marka Chrzanowskiego. To jest niestandardowe, bo normalnie przy takiej sprawie „z automatu” żąda się maksymalnego wymiaru aresztu, czyli trzech miesięcy – mówi nam śląski prokurator.

– Do tego – co bardzo istotne – co najmniej dziwna jest kwalifikacja prawna czynu. Uznanie, że Chrzanowski popełnił jedynie przestępstwo urzędnicze, czyli czyn z art. 231 kodeksu karnego – przekroczenia przez funkcjonariusza publicznego uprawnień celem osiągnięcia korzyści majątkowej przez osobę trzecią – jest, mówiąc najprościej, dziwnie łagodny – podkreśla nasz rozmówca. – Zwłaszcza jak na Katowice, które są bardzo rygorystyczne. Bo normalnie byłoby „na grubo” i to byłoby zakwalifikowane jako zwykła łapówa – kwituje śląski prokurator.

Prok. Parchimowicz: Katowice to ośrodek bardzo specyficzny

Krzysztof Parchimowicz, zdegradowany przez Zbigniewa Ziobrę prokurator w stanie spoczynku oraz szef i założyciel Stowarzyszenia „Lex Super Omnia” w rozmowie z Onetem podkreśla, że Katowice są dla Zbigniewa Ziobry miejscem szczególnym.

– Przecież tu właśnie robił aplikację, stąd wywodzą się ludzie mu najbliżsi – mówi. – Dla mnie niezrozumiała jest jednak inna kwestia. Mogę zrozumieć osobisty sentyment ministra, ale nie zmienia to faktu, że przenosząc śledztwo w sprawie KNF do Katowic, naraża skarb państwa na gigantyczne koszty – podkreśla. – To są zwroty za podróż wszystkich świadków itd. Przecież przy śledztwie tej rangi, śledztwie „najważniejszym z ważnych”, wszystkim powinno zależeć, by kontakt prokuratora z CBA był jak najłatwiejszy. Tymczasem CBA jest w stolicy, a prokurator na Śląsku. Powiedzieć, że to dziwne, to mało – podkreśla.

Przypomnijmy, to prokuratura w Katowicach – za poprzednich rządów PiS – prowadziła sprawę Barbary Blidy. Zajmowali się też rzekomymi szwajcarskimi kontami polityków lewicy, czy sprawą tzw. willi Kwaśniewskich.

Także Katowice badać mają sprawę sędzi, która uniewinniła lekarzy oskarżonych o doprowadzenie do śmierci ojca Zbigniewa Ziobry. Ten sam ośrodek stawiał zarzuty Cezaremu Grabarczykowi z PO, który był podejrzany o poświadczenie nieprawdy w dokumentach podczas starania się o pozwolenie na broń.

Dziś Katowice badają aferę KNF. Także ta prokuratura zajmuje się sprawą neonazistowskiej imprezy w Wodzisławiu Śląskim – czyli tzw. urodzin Hitlera. Po tym, jak śledczy z Gliwic najpierw próbowali postawić operatorowi TVN zarzuty propagowania faszyzmu – bo podczas reportażu wcieleniowego udawał, że „hailuje” – po wycofaniu zarzutów śledztwo przekazano właśnie do Katowic.

— GAZETA STOŁECZNA O TŁUMACH NA WARSZAWSKIEJ BURZY MÓZGÓW BIEDRONIA – jak pisze Wojciech Karpieszuk: “Do kina Palladium przyszli młodzi i starsi, było bardzo dużo młodzieży licealnej. Nie wszyscy się zmieścili, część osób relację ze spotkania oglądała na telebimie w pobliskim klubie Hybrydy. Biedroń szybko oddał głos zebranym, krążył po sali z mikrofonem, ludzie zgłaszali postulaty, odbywała się nad nimi szybka dyskusja i głosowanie. – Będziemy głosowali jak w Sejmie, ekspresowo i w nocy, takie standardy, sorry – zażartował Biedroń. Podczas głosowania wskakiwał na scenę, zebrani podnosili ręce, a on oceniał, czy większość jest za, czy przeciwko. Był jedynie moderatorem debaty, starał się wyciągnąć konkretne postulaty. Mówił: – Wiem, że to trudne, wy myślicie, że to politycy mają podawać pomysły, a ja myślę, że wy macie lepsze”.
warszawa.wyborcza.pl

— POLICJA WEZWAŁA WOJCIECHA CIEŚLĘ ZA TEKST O MUSZYŃSKIM: “- Brak mi słów – mówi Wojciech Cieśla, dziennikarz „Newsweeka” wezwany na policję za publikację artykułu „bez zgody osoby zainteresowanej”, czyli wiceprezesa TK Mariusza Muszyńskiego. Helsińska Fundacja Praw Człowieka podkreśla, że to pierwszy taki przypadek w Polsce”.
wyborcza.pl

— PROFESOR ANTONI DUDEK O TYM DLACZEGO REAKCJA AMERYKANÓW WS TVN BYŁA TAK MOCNA: “TVN nie jest „jakąś” amerykańską inwestycją – w sensie finansowym jest największą amerykańską inwestycją w Polsce. Z naturalnych względów jeśli „coś” jest największą inwestycją w obcym państwie, to ambasador powinien się nią interesować. Zupełnie nie akceptując formy jakiej dopuściła się pani ambasador przy tej interwencji – mogło się to odbyć w formie ustnej rozmowy na przykład z premierem Morawieckim – zwracam uwagę na fakt jakie standardy obowiązują w Stanach Zjednoczonych. Nie jest przyjęte w amerykańskiej kulturze politycznej aby członkowie rządu piętnowali media. Tutaj pojawia się wątek, czy strona rządowa nie posunęła się zbyt daleko w krytyce TVNu. TVN jest głównym ośrodkiem (w mediach elektronicznych) oporu wobec PiSu. Pytanie co dalej. Jeśli prawdą są informacje krążące w opinii publicznej – których nie potrafię zweryfikować – że usiłowano odkupić TVN od Amerykanów i że pewne rządowe kręgi usiłowały zaangażować spółki skarbu państwa, by te odkupiły TVN, po to, by zmienić jego profil ideowy, to pokazałoby dno reakcji pani Mosbacher.  Jeżeli fakt ten byłby prawdą – a nie słyszeliśmy żadnego dementi w tej sprawie ze strony rządu – to rzeczywiście mogłoby się to bardzo nie podobać Amerykanom, gdyż byłaby to próba zmonopolizowania przekazu medialnego”.

— DUDEK UWAŻA, ŻE POWINNO BYĆ ŚLEDZTWO WS WYCIEKU LISTU MOSBACHER: “Gigantycznym skandalem jest fakt, że ten nieotwarty list wyciekł do opinii publicznej, stąd moim zdaniem powinno zostać w tej sprawie uruchomione śledztwo. Wyszedł tu kompletny brak profesjonalizmu pewnych urzędników, bądź jest to element gry politycznej w obozie władzy, który postawił ten rząd w bardzo kłopotliwej sytuacji”.
m.fronda.pl

— JACEK NIZINKIEWICZ W RZ O PODWAŻANIU WIARYGODNOŚCI MEDIÓW PRZEZ PIS – pisze w RZ: “Trwa podważanie wiarygodności mediów, w myśl zasady: „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem”. Teraz media wspierające rząd chcą kupić jedną z największych stacji radiowych dzięki państwowym pożyczkom. W obozie władzy pokutuje przekonanie, że dzięki pokornym dziennikarzom jego rządy nie będą zagrożone. Na Węgrzech Viktorowi Orbanowi udało się podporządkować lub doprowadzić do upadku wolne media. O podobnym scenariuszu marzy PiS. Pytanie, czy Polacy chcą mediów przytakujących politykom?”
rp.pl

— GW O MARKU CH.  – jak piszą Agata Kondzińska i Iwona Szpala: “Dla publicznej kariery Ch. kluczowy jest rok 2016. To wtedy nieznany opinii publicznej pracownik naukowy SGH wchodzi do Rady Polityki Pieniężnej. Rekomendują go senatorowie PiS: twórca SKOK Grzegorz Bierecki, marszałek Senatu Stanisław Karczewski, wicemarszałek Michał Seweryński, Marek Martynowski zwany w parlamencie „żołnierzem Nowogrodzkiej”, Marek Pęk, Aleksander Szwed, Stanisław Gogacz. Gogacz i Szwed mówią „Wyborczej”, że nie pamiętają, dlaczego postawili na Marka Ch. (…) Grono ludzi wokół Ch. się kurczy. Dawni znajomi nie chcą o nim rozmawiać. A PiS, przy którym zrobił błyskotliwą karierę, twierdzi teraz, że właściwie go nie zna”.
wyborcza.pl

— EWA IVANOVA O ŚLEDZTWIE WS KNF – TU NIE MA PRZYPADKÓW – pisze w GW: “Czego nie powiedział polityk kierujący prokuraturą? Tego, dlaczego śledztwo rusza dopiero po publikacji „Wyborczej”. Co się działo z pismem mecenasa Giertycha i dlaczego nie trafiło w PK do komórki ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji, ale do wydziału skarg i wniosków. Nie powiedział także, że prokurator PK został za to ukarany zesłaniem do prokuratury rejonowej. Bez orzeczenia dyscyplinarnego i bez sądu. Nie wiemy, czy faktycznie popełnił wielki błąd, czy został kozłem ofiarnym, bo wykonywał cudze polecenia. Prokuratura nie odpowiada na pytania w tej sprawie od wielu dni”.
wyborcza.pl

— RZ NA JEDYNCE O RAPORCIE MIAŻDŻĄCYM DOTYCHCZASOWE EFEKTY MIESZKANIA PLUS: “Pierwsze dwa lata realizacji programu Mieszkanie+ można uznać za stracone – to wnioski z raportu, który powstał na potrzeby rządu. Dokument trafił już na biurko premiera Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego. Od momentu inauguracji programu w czerwcu 2016 r. popełniono wiele błędów – twierdzą autorzy raportu. Wskazują częste zmiany koncepcji i źle przygotowane przez Ministerstwo Infrastruktury akty prawne. Ich zdaniem najpoważniejszą szkodą jest stworzenie u wyborców „całkowicie nierealnych oczekiwań”.
rp.pl

— W SZKOŁACH CHAOS A ZALEWSKA ZACHWYCONA REFORMĄ – jedynka GW: “Minister edukacji Anna Zalewska podsumowała drugi rok reformy edukacji. – Mam dobre wiadomości dla nauczycieli, uczniów i rodziców – mówiła. Rodzice poszkodowanych roczników pomstują, a nauczyciele szykują się do strajku”.
wyborcza.pl

>>>