Tag Archives: Iwona Mularczyk

PiS ma swój sufit. Co zrobią z pętlą, która ich tam czeka?

5 List

Wybory samorządowe już za nami. Wczoraj odbyła się II tura, w której Polacy wybierali włodarzy miast i miasteczek. Czas więc na pierwsze podsumowania i analizy.

W Gdańsku wygrał Paweł Adamowicz (64,7%), w Krakowie Jacek Majchrowski (64,6%), w Kielcach Bogdan Wenta z Projektu Świętokrzyskie (64%). Jedynym dużym miastem, gdzie wygrał kandydat wspierany przez PiS są Katowice.

Przyglądając się wynikom, śmiało można powiedzieć, że miasta okazały się wielką porażką PiS. Nie pomógł Andrzej Duda, spacerując po cmentarzu w Nowym Sączu w towarzystwie kandydującej na prezydenta żony posła Mularczyka. Nie pomógł premier, wielokrotnie obiecujący kasę od rządu tam, gdzie wygrają kandydaci z PiS. Nie pomógł nawet sam prezes, który dwoił się i troił, by przekonać Polaków do „dobrej zmiany”. Miasta powiedziały twardo, że nie chcą polityków tej partii u siebie.

Kandydaci PiS nie byli w stanie przeskoczyć trzydziestu paru procent poparcia, co pokazuje, że partia ta może liczyć tylko na swój twardy elektorat i nie udało się jej przyciągnąć nowych zwolenników. To powinno dać PiS-owi sporo do myślenia.

Wprawdzie teraz politycy partii rządzącej usiłują przekonać obywateli, że nic się nie stało, bo miasta to tylko ok 15% uprawnionych do głosowania, co w żaden sposób nie zagraża dominacji PiS, ale fakt pozostaje faktem. Założenia były takie, by odbić miasta z rąk opozycji i cokolwiek by teraz nie powiedziano, to plan ten posypał się jak domek z kart. Przegrana pozostaje przegraną i na pewno musi ona bardzo boleć.

Skandal podczas wieczoru wyborczego Kacpra Płażyńskiego. Sztab kandydata „zadbał”, by nie wpuścić na sale dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, reporterki radia Eska i Radia Tok FM.

Pokolenie spieprzaj dziadu.

Płażyński oczekiwał na wyniki w restauracji Mantra, przy ul. Krynickiej na Przymorzu. Towarzyszyli mu m.in. Janusz Śniadek, Andrzej Gwiazda, wojewoda pomorski Dariusz Drelich oraz spora grupa dziennikarzy. Niestety, zabrakło miejsca dla tych, którzy reprezentowali niewygodne dla kandydata i jego partii, media.

Dziennikarze musieli więc czekać pod drzwiami aż pojawi się Płażyński i zadecyduje, co z nimi zrobić. Sprawę załatwiła krótko jego żona, która z uśmiechem zaproponowała, aby „wystawić za drzwi i do widzenia”. Usunięto również z sali fotoreporterkę „Wyborczej” i jak tłumaczył jeden z ochroniarzy, taka była decyzja „góry”.

 Ta sytuacja wzbudziła powszechne oburzenie. Na Twitterze zawrzało. Adrianna Halman skomentowała zachowanie żony Płażyńskiego, pisząc „Nie została też wpuszczona red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli też, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii odzwierciedla więc szerszy problem”.

Reporter Kamil Dziubka również usłyszał co nieco. „Nie mogliśmy się wpiąć tam z dźwiękiem, bo pan dźwiękowiec powiedział, że nas nienawidzi i jesteśmy „ścierwami”. Ale poradziliśmy sobie”.

Do sprawy odniósł się też Bartosz T. Wieliński, a Szymon Sorokiew, komentując jego post, nie ukrywał, że „(…) żona KP, Natalia Nitek (de domo), ma ultra mocny odjazd w prawo. Jeśli ktoś uważa, że Płażyński to umiarkowana twarz PiS, to polecam przesledzenie działalności jego żony. Totalny beton i ostra antyniemiecka fobia (procesowała się ze swoim niemieckim szefem)”.

Jak słusznie zauważył kolejny komentator tej skandalicznej sytuacji, Płażyński „udowodnił (przy pomocy żony) że po prostu na to stanowisko się nie nadaje. Gdańszczanie poznali się na fircyku robiącym karierę na nazwisku ojca”. Nic dodać nic ująć.

Nie została też wpuszczona do sztabu Kacpra Płażyńskiego red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii Płażyńskiej odzwierciedla więc szerszy problem.

PiS ma odpowiedź na swoją porażkę w II turze wyborów samorządowych: Wina Tuska

📌  w  Okazało się, że szyld okazał się ogromnym obciążeniem dla kandydatów. Mamy satysfakcję z wyników tych wyborów, bo opozycja zdecydowanie wygrała w II turze 💪

Przesłuchanie byłego premiera przez komisję ds. Amber Gold raczej nie wniesie do sprawy nic nowego. Będzie tylko kolejnym aktem politycznego spektaklu.

W styczniu 2016 r. Jarosław Kaczyński podczas wyjazdowego posiedzenia Klubu PiS w podwarszawskiej Jachrance zapowiedział partii zmianę ordynacji wyborczej, jednolity front w mediach publicznych oraz powołanie czterech sejmowych komisji śledczych. Pierwsza z nich powoli kończy swoją działalność, ale bez politycznego sukcesu.

Komisja śledcza do zbadania prawidłowości i legalności działań organów i instytucji publicznych wobec podmiotów wchodzących w skład Grupy Amber Gold (tak brzmi pełna nazwa komisji) została powołana 19 lipca 2016 r. Podczas ponad 120 posiedzeń przesłuchała około 100 świadków. Ostatnim będzie poniedziałkowe przesłuchanie Donalda Tuska, byłego premiera RP.

Duda depcze po grobach w pogoni za głosami wyborczymi. Funeralna polityka PiS

2 List

>>>

Rodzina Mularczyków nawet je widzi 😎⛔️

Gdy stawką jest przyszłość Polski, priorytetem powinno być odsunięcie od władzy ludzi, którzy ją niszczą. O wszystko inne opozycja może wykłócać się później. 

Bez względu na to, co mówią niektórzy politycy i komentatorzy, nie ma w tej chwili skuteczniejszego narzędzia politycznego niż zjednoczenie opozycji.

Bo tylko zjednoczenie może powstrzymać partię, która otwarcie łamie prawo i przywrócić Polsce porządek konstytucyjny, a szczerze mówiąc, także ład społeczny. Jednym słowem: najpierw opozycja musi wygrać z PiS. Gdy stawką jest przyszłość Polski priorytetem powinno być odsunięcie od władzy ludzi, którzy ją niszczą. O wszystko inne można wykłócać się później.

Dziś, na rok przed decydującymi dla dalszych losów Polski wyborami parlamentarnymi trzeba sobie jasno powiedzieć, że alternatywą dla zjednoczenia opozycji jest zwycięstwo PiS. Oznaczające, co znamy z ostatnich trzech lat, dalsze życie w konflikcie, wyniszczającym ludzi, gospodarkę, zdolności obronne i pozycję międzynarodową Polski (chyba, że ktoś wierzy  w świeżo objawioną – kolejny już raz  – łagodną twarz PiS, która, jak wiemy z przeszłości, zniknie zaraz po wyborach).

Jeśli opozycja pójdzie do wyborów rozproszona i skłócona oznacza to także zgodę na wyjście (najpierw faktyczne, a później formalne) z Unii Europejskiej i zapewne, w dalszej perspektywie, z NATO i na coraz bardziej arogancką wobec  przeciwników politycznych politykę rządu, wspomaganą przekraczającymi granice wulgarności i pomówień wypowiedziami przedstawicieli władzy. O łamaniu praw obywatelskich i politycznych, naruszaniu praw człowieka, zamykaniu parlamentu przed obywatelami, ordynarnej propagandzie TVP i prorządowych mediów oraz codziennej porcji coraz bardziej bezczelnych kłamstw czołowych polityków PiS nawet nie wspominam, bo to oczywistość.

Wreszcie, co także dla każdego, kto ma oczy do patrzenia i uszy do słuchania powinno być jasne – nie ma skuteczniejszego niż zjednoczenie opozycji politycznego narzędzia, pozwalającego przywrócić Polskę europejskiemu kręgowi cywilizacyjnemu – bo – i to jest fakt – w tej chwili pod zbyt wieloma względami skręciliśmy ostro na wschód, w stronę Putinowskiej Rosji.

Osobiście sądzę, że mówienie o tym, jak ważna jest podmiotowość i tożsamość każdej partii i używanie tego jako argumentu przeciw zjednoczeniu, wynika nie tylko ze złej woli i błędnych kalkulacji politycznych, ale przede wszystkim fałszywego, ale dobrze w Polsce zakorzenionego przekonania, że współpraca oznacza utratę samodzielności i „wchłonięcie” przez większego.

Nic bardziej błędnego.

Oczywiście, jeśli ktoś jest skrajnie słaby, nieskuteczny i pozbawiony prawdziwej podmiotowości, być może straci ją, przez sam fakt rozmów z kimś, kto nieco inaczej myśli. Ale takich ludzi i partii i tak chyba nie chcemy?

Jednak normalnym, normalnie myślącym ludziom, o przeciętnym, zdrowym poczuciu własnej wartości to raczej nie grozi.

Żyjemy w czasie, gdy słowa i pojęcia uległy takim wypaczeniom, że dla porządku, co zresztą ostatnio niepokojąco często czynię, podam Państwu słownikową (słownik PWN) definicję współpracy.

Otóż współpraca to: po pierwsze – „działalność prowadzona wspólnie przez jakieś osoby, instytucje lub państwa”, a po drugie – wspólne funkcjonowanie, na przykład w ramach jakiejś instytucji”.

I tyle.

Wspólnie wykonywana praca na rzecz osiągnięcia jakiegoś celu. Widzicie tu Państwo miejsce na utratę podmiotowości czy tożsamości? Ja nie.

Jest za to możliwość dogadania się ze sobą niezależnie myślących, dorosłych, stabilnych emocjonalnie i dojrzałych ludzi, chcących działać mądrze i skutecznie. I rozumiejących, że wspólnymi siłami najpewniej wygrają, podczas gdy oddzielnie czeka ich porażka.

Jest więc dokładnie odwrotnie, niż twierdzą niektórzy politycy, których nazwisk nie wymieniam, bo nie o krytykę personalną tu idzie: zjednoczenie opozycji nie jest żadnym zagrożeniem dla nikogo, poza bojaźliwymi, niepewnymi swojej wartości głupcami, a przeciwnie, jest szansą na zwycięstwo. I testem siły, tożsamości, politycznej dojrzałości i poważnego traktowania wyborców przez wszystkie opozycyjne partie.

Rzeczywistość polityczna jest dziś dziecinnie prosta: oddzielny start partii opozycyjnych w wyborach, ich podzielenie, wzmacnia PiS. Każdy, kto odmawia zjednoczenia, wzmacnia PiS. Każda partia opozycyjna, która pójdzie do wyborów osobno, po prostu zmarnuje głosy. I wzmocni PiS.

Tyle fakty. Reszta to konwersacja.

A konwersować rzecz jasna można długo namiętnie, tylko że, tak się składa – i o tym zwłaszcza wyborcy powinni pamiętać, w polityce liczy się wyłącznie skuteczność.

I jeśli opozycja nie będzie skuteczna w imię obrony wartości, prawa i zasad, to PiS – i o tym zapewniam z całego serca – będzie niezwykle, niesamowicie wręcz skuteczny w doprowadzeniu do końca dzieła zmiany ustroju Polski z demokracji na dyktaturę.

Strojącym polityczne fochy szefom pomniejszych partyjek przypominam, że  taka jest teraz stawka i o to toczy się gra.

Premier Mateusz Morawiecki musi tęsknić z rozrzewnieniem za lasami na zachodzie, tymi gdzie można „pooddychać pięknym powietrzem”, bo po raz kolejny w drugiej części kampanii do wyborów samorządowych chwyta się tematu zanieczyszczeń powietrza w polskich miastach. 

Wczoraj podczas wizyty w Dąbrowie Górniczej odniósł się do jakości powietrza w mieście. Wspomniał, że Dąbrowa Górnicza jest na liście Światowej Organizacji Zdrowia wśród 33 miast z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Co znamienne, w tym wypadku powołał się na słuszność wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i powiedział: „[…] Platforma Obywatelska i PSL, zgodnie z wyrokiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z lutego tego roku, nie zrobiły nic albo prawie nic dla poprawy jakości powietrza”.

Niestety, premier, znany szerzej jako Kłamczuszek, tym stwierdzeniem naraził się na kolejny pozew w trybie wyborczym i zarazem trzecią przegraną w sądzie w sprawie o niezgodne z prawdą słowa wypowiedziane w trakcie kampanii wyborczej.

Obowiązująca od września zeszłego roku uchwała wprowadza obostrzenia wobec stosowanych paliw oraz konkretne wymogi co do konstrukcji urządzeń grzewczych. 

Prawo i Sprawiedliwość korzysta na specyfice polskich wyborów samorządowych, organizowanych w całym kraju jednocześnie. Pozwala ona na prowadzenie kampanii wyborczej w oderwaniu od regionalnych tematów, dając pole na populistyczne ruchy ze strony władz centralnych. Niestety, w temacie zanieczyszczeń powietrza Mateusz Morawiecki nie może zrzucić odpowiedzialności na samorządy. Rząd, w imię walki z PSL w regionach oraz na wskutek krótkowzroczności, czy politycznego zbliżenia z Rosją sam jest winny zaniedbań na tym polu. Faktem jest, że przerzucanie się odpowiedzialnością nie pomoże w rozwiązaniu problemu powodującego tysiące zgonów rocznie i realne straty dla gospodarki. 

Tu współpraca jest szczególnie ważna. Co do kwestii zaś kolejnego kłamstwa Mateusza Morawieckiego – ile jeszcze spraw sądowych musi przegrać premier, by z honorem oddać swoje stanowisko w inne ręce? Czy Prawo i Sprawiedliwość obowiązują inne standardy? 

Duda na cmentarzu promuje żonę kolesia

1 List

Andrzej Duda uprawia politykę na cmentarzach. Jakże to pisowskie – partia funeralna, która wyżarła się na Lechu Kaczyńskim.

Mocno kłóci się powtarzane wielokrotnie przez obóz władzy hasło, że taka rocznica, jak stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości jest jedyna w swoim rodzaju, z wyraźnie lekceważącym podejściem do przeprowadzenia tej rocznicy obchodów. Złośliwi wypominają już rządzącym, że zamiast przywódców z całego świata w Warszawie owszem pojawi się międzynarodowa reprezentacja, tylko środowisk neofaszystowskich i neonazistowskich. Jak to świadczy o władzy, odpowiedzmy sobie sami.

Wielu komentatorów stawia również głośno pytanie, co się stało z blisko 240 milionami, których wydanie zaplanowano właśnie na podkreślenie doniosłości tej okrągłej rocznicy wydarzeń z 1918 roku. Wczoraj portal Gazeta.pl postanowił sprawę przybliżyć, pokazując co władza zrobiła, by obchody były huczne i uroczyste. Aby ułatwić organizację stulecia niepodległości, powołano dwóch pełnomocników ds. organizacji obchodów. Po stronie Andrzeja Dudy został nim prezydencki minister Wojciech Kolarski, z kolei po stronie rządowej – wiceminister kultury Jarosław Sellin. Do dyspozycji w związku obchodami przeznaczono prawie 240 milionów złotych, z czego 1/3, ponad 80 mln zł, na 2018 rok – dokładnie 100. rocznicę odzyskania niepodległości. Wszystko w ramach programu “Niepodległa”, powołanego do życia w 2017 roku, rozplanowanego na lata 2017-2021.

Efektów tej pracy niestety nie widać, a wydarzenia, jeśli już się odbędą, to niczym nie będą się różnić od standardowych wydarzeń z lat poprzednich, ani w kwestii rozmachu, ani dbałości o szczegóły. Nie będzie 100 kolumn na 100-lecie niepodległości, nie będzie 100 ławek, ani 100 strzelnic. Rejs Wolności z udziałem Mateusza Kusznierewicza nie wypalił, wielki marsz czy defilada również. Póki co najbliżej jest realizacji nieformalnego programu 100 prezesów spółek Skarbu Państwa albo 100 kłamstw premiera Morawieckiego w ciągu jednej kampanii wyborczej. Nadchodzące obchody będą wizerunkową porażką obozu władzy, tym bardziej że to właśnie z ust liderów Zjednoczonej Prawicy tak często słyszymy o dumie z bycia Polakiem. Nic więc dziwnego, że rozpoczęło się poszukiwanie winnych i to najlepiej z zewnątrz tak, by ewentualne rozczarowanie wyborców przy okazji dobrze spożytkować. Nie zawiódł marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który winnych widzi, a jakże, w opozycji.

Grzegorz Schetyna był w komitecie. (…) Ja mam zdjęcie z jego pustym krzesłem. Nie przychodził, bojkotował. Opozycja od początku bojkotuje obchody 11 listopada. (…) PO i PSL powinni przyjść, zgłosić jakiś pomysł – ocenił Karczewski prace nad programem obchodów 100-lecia niepodległości w internetowej telewizji braci Karnowskich wPolsce.

Niby takie odwracanie kota ogonem i obwinianie za własną nieudolność wszystkich, tylko nie siebie, nie jest niczym nowym, jednak tupet marszałka Senatu zaskakuje. To, że Polacy, którzy nie interesują się polityką i chcieliby po prostu pojechać 11 listopada 2018 roku do Warszawy i wspólnie z innymi rodakami obchodzić tę uroczystą rocznicę, dostaną jedynie możliwość maszerowania ze zwolennikami dominacji “białej rasy” jest wyłączną winą Zjednoczonej Prawicy. Warto się zastanowić, by plany zmienić i pojechać do Łodzi lub Poznania, gdzie lokalne władze organizują własne obchody, z dużym rozmachem i znamienitymi gośćmi. Tam będzie można dumnie zakrzyknąć: “Tu jest Polska”.

Nie minęło dużo czasu od skandalu z nagrodami dla ministrów w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, a poseł Krzysztof Brejza wywęszył kolejną aferę. Pokłosiem interpelacji poselskiej złożonej przez posła PO są informacje ujawniające gwałtowny wzrost importu rosyjskiego węgla z Federacji Rosyjskiej.

Zestawiając te dane z faktem uzależnienia energetycznego od węgla, kosztami związanymi z subsydiami dla wydobycia węgla, niepoliczalnymi sumami kosztów zdrowotnych, czy z przywilejami emerytalnymi dla górników wynika postępujące marnotrawienie publicznych pieniędzy na produkcję szkodliwej energii. Być może taka polityka miałaby jakiś sens, gdyby pieniądze trafiały na zasilanie polskiej gospodarki, jednak okazuje się, że wraz z przejęciem władzy przez PiS udział rosyjskiego węgla w produkcji energii w Polsce pikuje.

“Ten węgiel jest dużo tańszy, ale jest złej jakości. Ze sprzedaży rosyjskiego węgla Putin ma pieniądze, żeby napadać sąsiednie kraje. Odtwarza imperium postsowieckie” – tak jeszcze w 2014 roku grzmiał Mariusz Błaszczak, obecny szef MON, gdy wraz z partią domagał się wprowadzenia embarga na import rosyjskiego węgla. Ogłosił wtedy pracę nad odrzuconą później przez Sejm ustawą, która miała zobowiązywać instytucje państwowe do zakupu polskiego węgla. Dziś dzięki interpelacji posła Brejzy wiemy, że to od momentu rozpoczęcia rządów PiS import rosyjskiego węgla jeszcze przyspieszył. Od 2015 roku do Polski 25,2 mln ton czarnego złota zza wschodniej granicy, a z każdym rokiem jego ilość rośnie.

Ze słów ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego dla PAP wynika, że import węgla jest konieczny do czasu uruchomienia nowych ścian wydobywczych w polskich kopalniach, co ma zająć kilka lat. “Pewien poziom importu węgla jest wskazany dla ustabilizowania cen, nawet jeżeli w danym momencie musimy importować więcej […] Jednocześnie wzrost zużycia energii elektrycznej daje nam stabilizację rynku węgla w Polsce – powiedział.

Wyszło więc jak zwykle – rząd brnie po uszy w krótkowzrocznej polityce energetycznej opartej na węglu, uzależniając bezpieczeństwo energetyczne nie tylko od szkodliwego dla zdrowia surowca, ale i łaski rosyjskiego satrapy. Po raz kolejny też okazało się, że fasadowa niechęć polityków Prawa i Sprawiedliwości do Władimira Putina jest tylko pijarową narracją,  niemającej nic wspólnego z faktycznym zacieśnianiem współpracy z Rosją. Kwitnące interesy Polski z Rosją wydają się kolejnym elementem układanki polityki Prawa i Sprawiedliwości, w której to rząd walcząc z zachodnimi sojusznikami działa w interesie Niedźwiedzia ze Wschodu.

>>>