Tag Archives: Ireneusz Krzemiński

Trzask i po Dudzie, a potem Kaczyńskim

15 Czer

Mamy z czego się cieszyć. Wyraźnie widać, iż Andrzej Duda przegrywa, w szeregach pisowskich i przy Nowogrodzkiej panika.

Niecałe dwa tygodnie do wyborów, a Polska może odzyskać twarz.

Rafał Trzaskowski buduje zupełnie inną wspólnotę: nowoczesną, otwartą i dla każdego.

Ciemnogród Kaczyńskiego, Dudy, Morawieckiego upada, kończy się, wszyscy słyszymy ten trzask.

Trzask.

PiS miał do tej pory solidną broń w postaci narodowego katolicyzmu, za pomocą którego budował właśnie narodowo-katolicką wspólnotę. Datki finansowe rozdawane na lewo i prawo były, oczywiście, ważne, ale za tym stało poczucie przynależności do wspólnoty „prawdziwych Polaków”. Wydaje mi się, że teraz mamy próbę budowania innej wspólnoty i ona zaczyna odnosić sukcesy – wspólnoty Polaków obywateli, zainteresowanych własnym losem, którzy mają coś do powiedzenia na temat tego, co dzieje się w ich kraju, i chcą mówić o tym – mówi prof. Ireneusz Krzemiński, kierownik Pracowni Teorii Zmiany Społecznej Centrum Badania Solidarności i Ruchów Społecznych z UW. Rozmawiamy o kampanii wyborczej i szansach kandydatów. Pytamy o rolę Kościoła w walce o reelekcję prezydenta Dudy, pytamy też, jaką rolę w tej kampanii może odegrać straszenie LGBT.

Wywiad z prof. Ireneuszem Krzemińskim >>>

Tusk tweeterowo ubolewa nad wypowiedziami Prezydenta Polski, kompromitującego nasz kraj porównaniem LGTB do bolszewizmu. Duda w odpowiedzi, udając głupiego, pominął meritum sprawy i nazwał byłego przewodniczącego UE, premiera – cykorem. Skoro nie wystartował z nim w tegorocznych wyborach prezydenckich. Cykor ścigający się z jakimś idiotą – wymarzona kampania PiS-u.

Po takiej odpowiedzi Tusk sprowadził przeciwnika do parteru Nowogrodzkiej, tam gdzie jego miejsce: „ Panie Andrzeju, interesowała mnie konfrontacja z pańskim przełożonym”. Oprócz Ojca Redaktora, Duda ma najwidoczniej Ojca Przełożonego, przekładającego przez kolano, gdy podskoczy za wysoko.

Felieton Manueli Gretkowskiej >>>

W tej kampanii walczą Trzaskowski z Kaczyńskim, w ogóle zabrakło w niej miejsca na Dudę – pisze Cezary Michalski. Kiedy Jarosław Kaczyński pisze list, w którym obiecuje bronić Polaków przed patologiami, jakie rzekomo reprezentuje Rafał Trzaskowski, to pierwszym pytaniem, jakie przychodzi na myśl czytelnikowi tego listu – obojętnie, czy ma on poglądy bardziej lewicowe, czy bardziej prawicowe, bardziej liberalne, czy bardziej konserwatywne – jest pytanie: jak obronić Polaków przed patologiami Jarosława Kaczyńskiego?

Cały esej Cezarego Michalskiego >>>

Sztab Andrzeja Dudy zdecydował się powtórzyć kampanię nienawiści przeciwko osobom LGBT, która przyniosła sukces PiS w wyborach europejskich. Tym razem jednak machina się zacięła: niedziela upłynęła prezydentowi i jego zapleczu na panicznej rejteradzie.

Więcej o panice Dudy >>>

czyli dlaczego Lepiej Gdy Będzie Trzaskowski

Z braku pieniędzy na kolejną kiełbasę wyborczą rezydent Belwederu wystąpił z nową propozycją programową, polegającą na wprowadzeniu zakazu propagowania w instytucjach publicznych tzw. „ideologii LGBT”. Niechcący okazało się, że zasłużona dla polskiej narodowo-katolickiej prawicy „ideologia gender”  już się panu Dudzie opatrzyła, wyblakła, wyświechtała się, i zwolna przestała działać. Może dlatego, że mnóstwo ludzi zdążyło już przeczytać w słowniku , że gender to nie śmiertelnie groźna odmiana koronawirusa, podstępnie roznoszona przez wrogów Kaczyńskiego, tylko poczciwe pojęcie z dziedziny nauk społecznych, funkcjonujące w dyskursie akademickim jeszcze w czasach, kiedy PiS na świecie nie było, a oznaczające zespół cech przypisywanych kulturowo kobiecie lub mężczyźnie. Potwór gender stracił kły i pazury, bo mało realne okazało się zagrożenie ze strony jego wyznawców, którzy jakoś nie wdzierali się do szkół, by namawiać uczniów do uprawiania seksu w toalecie, a także mniej wiarygodna stała się wizja zboczonych aktywistów hipnotyzujących rodziców – bo jak inaczej ich zmusić, by uczyli technik masturbacji swoje niemowlęta, które

Felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Oligarchia PiS na wschodni wzór

17 Lu

Walka PiS ze społeczeństwem odbywa się na kilku frontach, podczas gdy wyczerpane wydaja się być zapasy budżetowe, którymi można przekupić Polaków.

Przekupią jeszcze, bo nie liczą się z zadłużeniem, mają tylko obawy, aby wszystko nie runęło już teraz. Później, owszem, ale łudzą się, że posiądą pełnię władzy i autorytaryzm wszystko wmówi społeczeństwu, a jak nie – to w mordę policją i służbami.

Trzeba z PiS wygrać. Ale jak? Małgorzata Kidawa-Błońska jest na jak najlepszej drodze, aby pokonać Dudę. Nawet jeżeli tego dokona, PiS nie uzna wyników wyborów.

Protesty obywatelskie? Tak! Ale będą pacyfikowane, krew się poleje. Bo taka jest logika dyktatury.

Sądownictwo jeszcze się broni, jest już jednak tak zdewastowane, że trudno będzie je ad hoc naprawić.

Przed nami droga przez mękę. Wcale nie jest pewne, że odsuniemy reżim do władzy. Dojdzie z pewnością do próby Polexitu, bo Unia Europejska z tymi wschodnimi standardami się nie pogodzi.

Wcale nie potrzeba najeźdźcy, aby zniszczyć kraj. Wystarczy PiS i jej przywódca Kaczyński. Ta partia posiada wszelkie cechy Targowicy i sanacji końca lat 30., kiedy to traciliśmy niepodległość.

Na tej równi pochyłej już się znajdujemy. Gęby pełne frazesów i patriotyzmu z tombaku mają zastąpić rozum i wolność.

Czy sędzia może poprzeć własną kandydaturę do KRS, jak to zrobił Nawacki? Moim zdaniem nie. Przecież na takiej liście kandydat już i tak figuruje, bo wyraził zgodę na kandydowanie. Czyli miałby figurować w dwóch rolach (czynnej i biernej) jednocześnie? A uchybienie dotyczące jednego kandydata powoduje wadliwość całej listy – mówi prof. Ewa Łętowska.

Prof. Łętowska o potrzebie delegalizacji KRS tutaj >>>

Rzecznik KRS Maciej Mitera ma aż 96 procent podpisów od sędziów, którzy zyskali na „dobrej zmianie”. Tyle samo ma Dagmara Pawełczyk-Woicka, znajoma ministra Ziobry ze szkoły. Aż 13 członków KRS ma od 50 do 96 proc. takich podpisów.

O kaście Ziobry tutaj >>>

Weszliśmy w fazę ostatecznej rozgrywki o wymiar sprawiedliwości. Władza mając świadomość, że wszystko się jej sypie, przystąpiła do bezwzględnego ataku na SN. Opiera się na dwóch upolitycznionych komitetach: neo-KRS i Izbie Dyscyplinarnej SN. Do dyspozycji jest też prezydent, który może dorzucić dyszkę lojalnych sędziów do SN, by mieć „swojego” I Prezesa.

Dialog wybitnych fachowców prawników tutaj >>>

Prezydent Andrzej Duda na swojej konwencji wprowadził wyborców w błąd. Tzw. druga ustawa dezubekizacyjna nie jest sukcesem. Ma za to katastrofalne skutki dla tysięcy osób dotkniętych nieuzasadnioną obniżką emerytur i rent. Rzecznik Praw Obywatelskich wprost określił to prawo jako represyjne.

O myśleniu represyjnym (autokratycznym) Dudy tutaj >>>

O rozrywanym Zachodzie przez populizmy i Polsce bezbronnej, jak w latach 30. tych tutaj >>>

Jedyne, co będzie docierać do tej zaczadzonej części społeczeństwa, to informacje ściśle pokazujące korupcyjny i złodziejski charakter tego rządu – mówi prof. Ireneusz Krzemiński, kierownik Centrum Badania Solidarności i Ruchów Społecznych przy Instytucie Socjologii UW. – Ale nade wszystko trzeba pójść drogą podobną do PiS. Trzeba zacząć budować emocjonalną więź z ludźmi i zebrać w jedną całość tych, którzy mają emocje negatywne do PiS-u. Protesty w Pucku i Wejherowie pokazały, że takich ludzi jest wielu.

Rozmowa z prof. Krzemińskim tutaj >>>

Jarosław Kaczyński ma w zanadrzu jeszcze jedno polityczne Wunderwaffe. Jest nim obietnica awansu pokoleniowego w zamian za legitymację partyjną. Prezes PiS ma dla młodych Polaków bardzo prosty przekaz: liżcie mnie po butach, harcerzyki, a będziecie wiceministrami i milionerami przed trzydziestką! – pisze Cezary Michalski. Ludzie liberalnej Polski nie odziedziczyli tytułów i błękitnej krwi. Własną pracą, wysiłkiem, nauką zapracowali na awans. Dziś politycy mieszczańskiego centrum muszą zrobić wszystko, aby otworzyć ścieżki merytokratycznego awansu dla ludzi młodszych od siebie. Tylko w ten sposób obronią się przed Kaczyńskim i jego politycznymi żołnierzami, którzy potrafią awansować wyłącznie dzięki partyjnej legitymacji.

Esej Michalskiego o tworzeniu pisowskiej oligarchii tutaj >>>

Na sobotniej konwencji PiS było wystawnie i bogato, bo też w ostatnich latach ta partia stała się jakoś nadspodziewanie zasobna. Uczestnicy spotkania byli w świetnych nastrojach. Doskonale się bawili, z mównicy leciał żart za żartem.   – Po wygranych wyborach Andrzej Duda prowadził bardzo trudną walkę z tymi, którzy bezczelnie łamali konstytucję i perfidnie wmawiali innym, że to my ją łamiemy! – kpił Jarosław Kaczyński, ku wielkiej uciesze słuchaczy.   – Andrzej Duda nie zawiódł Polaków! – dowcipkowała Beata Szydło. – Polska zmienia się na lepsze! – rozśmieszał publikę sam Pan Prezydent. Po tych fajerwerkach dowcipu przekazano zebranym zaskakującą wiadomość , że rada polityczna PiS niespodziewanie poparła kandydaturę Andrzeja Dudy. I na tym relację z inauguracji kampanii prezydenckiej można już zakończyć.

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego tutaj >>>

Pokonać PiS. Wóz lub przewóz

19 Czer

Mateusz Morawiecki udał się do Chełma, aby wziąć udział w uroczystym zakończeniu roku szkolnego w miejscowym II Liceum Ogólnokształcącym.

Beata Szydło nie zostanie wiceprzewodniczącą Parlamentu Europejskiego – tak wynika z nieoficjalnych informacji RMF FM. Była wicepremier nie jest kandydatką na to stanowisko frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w PE, do której należy PiS. Osobą wyznaczoną przez PiS ma być Zdzisław Krasnodębski.

Co więcej, Szydło nie jest nawet brana pod uwagę przy obsadzie władz frakcji EKR. Na wiceprzewodniczącego tego klubu wysunięto Ryszarda Legutkę, a kwestorem ponownie ma zostać Karol Karski.

Kpinom i żartom internautów z byłej wicepremier nie było końca: – „Jedna z najważniejszych kobiet na świecie, a tak jej nie doceniają we własnej frakcji…”; – „Szydło już zaliczyła potężną klęskę w PE”; – Żeby chociaż posadę szatniarki lub bufetowej dostała…..”; – „Znowu prezes oszukał bidulkę… i to w dniu swojego święta hahahaha”.

„Miejmy nadzieję że Polacy nie dadzą się nabrać na te sztuczki… Bo gdyby nie wybory, nie ustąpiliby i następnym razem znowu spróbują zaszkodzić festiwalowi” – skomentowała na Facebooku jedna z internautek.

To jedna z wielu podobnych reakcji na tweet Mateusza Morawieckiego: – „Po rozmowie z Joachimem Brudzińskim i minister Elżbietą Witek, w trosce o bezpieczeństwo uczestników festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, poleciłem ministrowi Andrzejowi Adamczykowi przygotowanie pociągów, które dowiozą uczestników na miejsce. Będzie on także zabezpieczony przez służby podległe MSWiA”.

Do tego polecenia odniósł się na Facebooku Jerzy Owsiak. – Mówiąc krótko – zwyciężył zdrowy rozsądek! (…) Dziękujemy bardzo mocno wszystkim Rodakom, którzy tak pięknie i spontanicznie, a przede wszystkim – natychmiast odpowiedzieli na nasz apel i ruszyli pomóc fanom muzyki w dotarciu do Kostrzyna nad Odrą. (…) To jest festiwal nas – setek tysięcy Polaków w różnym wieku, a także dziesiątek tysięcy gości z całego świata, którzy podziwiają polską organizację, oraz jego muzyczną, a przede wszystkim edukacyjną stronę” – napisał m.in. szef WOŚP.

Internauci w komentarzach pod wpisem Owsiaka sceptycznie komentowali decyzję premiera: – „To przedwyborcza ustawka z tymi pociągami. Naraz dobry wujek PINOKIO się znalazł. Gotowy na dużej scenie z Kurskim zagrać na gitarach”; – „Troszkę spóźniona troska jaśnie panującego nam Premiera, zrobił to wyłącznie pod słupki wyborcze, pomijając fakt, że lokalni opozycyjni politycy załatwili sprawę dojazdu kilka dni wcześniej”

 „W jakim kraju żyjecie, aby Premier decydował o pociągach… To jest Alternatywy 4?”; – „Zakazać czegoś, zmienić zdanie i ogłosić sukces. Zorientowali się, że ten zakaz nic nie da. Ludzie potrafią się zorganizować na przekór władzy”; – „Zwyciężyła kalkulacja polityczna, a nie zdrowy rozsądek. Mogli zabłysnąć wojewodowie gorszego sortu, a prezes nie może dopuścić, żeby spadła na nich chwała w tak głośnej sprawie… Słowem: Mateusz stworzył problem po to, żeby go spektakularnie rozwiązać…”.

Choć po latach niepowodzeń politycznych, dziś prezes PiS Jarosław Kaczyński może się uznawać za człowieka sukcesu, to dziś, gdy obchodzi 70. rocznicę swoich urodzin, woli chwalić się życiorysem swojego brata. Tylko tak można wytłumaczyć zdecydowanie przesadnie huczne obchody urodzin zmarłego w 2010 roku Lecha. Budowanie jego legendy, wbrew faktom i dokonaniom stanowi istotny element dogmatycznego otoczenia obecnej władzy.

Dziś pod pomnikiem nieżyjącego prezydenta kwiaty złożyły delegacje rządowe, a także ministrowie oraz politycy. W porannych uroczystościach na placu Józefa Piłsudskiego w Warszawie brał udział premier Mateusz Morawiecki w asyście ministrów Michała Dworczyka oraz Marka Suskiego. Wieńce złożyli także m.in. wiceprezes Rady Ministrów Jacek Sasin, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński oraz minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Można wręcz było odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś niezwykle ważnym dla wszystkich Polaków świętem państwowym.

W całej tej sytuacji zadziwiające i jednocześnie absurdalne jest to, że sam prezes PiS próbuje nieustannie przekonywać, że on sam obchodzić urodzin nie chce, dba o swoją prywatność a partyjnym podwładnym zabrania organizowania mu wystawnych przyjęć rocznicowych, w stylu politycznego i biznesowego sojusznika ojca Tadeusza Rydzyka. Nawet w tej sytuacji próbuje się on chować za budowanym mozolnie i nie zawsze w zgodzie z faktami wizerunkiem swojego brata, pozostając w jego cieniu.

Dlatego też korzystając z okazji ja życzę mu, by w końcu z tego cienia wyszedł i wziął odpowiedzialność za swoje działania. Będzie wówczas znacznie prościej go z nich rozliczyć…

Polacy zaangażowani politycznie, choćby umiarkowanie, żyją w dwóch różnych rzeczywistościach: rzeczywistości stworzonej przez pisowskie (czyli publiczne) media oraz samych polityków rządzącej partii oraz w rzeczywistości nie-pisowskiej

Nie ulega dla nikogo wątpliwości, że przyszłość Polski zależy od wyników nadchodzących wyborów. Niestety, wybory do Parlamentu Europejskiego są fatalnym, wręcz złowróżbnym prognostykiem. Nie chcę udawać wielkiego specjalisty od wyborów, lecz chciałbym się podzielić swymi uwagami na temat tego, co powinna i co może zrobić opozycja.

Prawdziwa „burza mózgów” wydaje mi się zadaniem pilnym, więc na miejscu Grzegorza Schetyny i innych liderów dołożyłbym starań, żeby zaprosić grono prawdziwych specjalistów, którzy mogliby pomóc w formułowaniu haseł i celów kampanii, a także w konstrukcji profesjonalnego (!!) sztabu wyborczego.

Takie zgromadzenie mogłoby wnieść dużo – a w każdym razie pozwoliłoby na orientację co do możliwości kampanijnych.

Jednakże moim swego rodzaju „konikiem” jest wołanie o to, aby uruchomić oddolne siły społeczne. Po raz nie wiem już który nawołuję, aby Kluby Obywatelskie PO uruchomić na znacznie większą skalę, przede wszystkim w Polsce powiatowej – chodzi o to, aby stały się platformą dyskusji publicznej, gdzie przychodzą ludzie bez względu na swe orientacje wyborcze – a więc także z PiSu, a może położyć akcent, żeby część tych wyborców się na dyskusjach pojawiła. Ich celem powinna być konfrontacja propagandy z wiedzą – bowiem kłamstwo i nieprawda tak się rozpanoszyły, że już nikt nie jest niczego pewien. Spotkania ze specjalistami – ale właśnie z przewagą informacji nad interpretacją – mogą pozwolić na osłabienie tak uderzającego „podziału informacyjnego” w Polsce. Co przez to rozumiem? Sądzę, że Polacy zaangażowani politycznie, choćby umiarkowanie, żyją w dwóch różnych rzeczywistościach: rzeczywistości stworzonej przez pisowskie (czyli publiczne) media oraz samych polityków rządzącej partii oraz w rzeczywistości nie-pisowskiej. Oczywiście, nie jest ona tak jednolita, jak poprzednia, ale jednak zróżnicowanie nie likwiduje zasadniczego podobieństwa postaw. Naruszenie spójności pisowskiego obrazu świata to początek samodzielnego myślenia, zwłaszcza, jeśli zarazem będzie skojarzone z lokalnymi, konkretnymi sprawami.

Ale to nie koniec oddolnego działania. Już w 2015 roku kampania PiSu uruchamiała w dużym stopniu swoich zwolenników na prowincji. Powtórzyło się to w ostatnich wyborach w spektakularny sposób. Też już pisałem o Mławie, gdzie byłem tydzień przed wyborami i gdzie rozliczne płoty prywatnych posesji udekorowane były plakatami kandydatów PiSu, i to od centrum miasta aż po opłotki. Rzecz jasna, że Koalicja Europejska nie miała niczego, choć jej zwolenników tam nie brakło. W dodatku, mniejszość, umiejętnie przygotowana, zmotywowana może obudzić w sobie naprawdę dzielnego ducha, by starać się pokazać niechętnej większości. Uruchomienie lokalnej inicjatywy, pomysłów, aktywności „lokalsów” może przynieść pozytywne efekty, znacznie przekraczające oczekiwania. I dać może dużo bez dodatkowych kosztów.

A co „od góry”? Zgodnie z moimi przypuszczeniami, teraz już wiemy, jak głęboką i dobrą diagnozą socjologiczno-wyborczą dysponuje PiS. Nie ma żadnej możliwości, aby to nadgonić, nawet przy dużych nakładach finansowych, a te są przecież znacznie mniejsze niż rządzącej partii, na pewno wykorzystującej również możliwości państwowe… Jednak można osiągnąć w stosunkowo niedługim czasie dobre rozeznanie poprzez analizę istniejących badań. CBOS często się krytykowało ostatnio, uważając, że wyniki wyborcze tej firmy są nieprawdziwie wysokie dla PiSu. Wyniki wyborów do PE – jak sądzę – pokazały, że akurat w tej kwestii – stopnia poparcia dla „tego okropnego PiSu” – CBOS był najbliższy prawdy. Piszę to dlatego, że w dostępnych badaniach CBOSu jest ogromna ilość ważnych informacji, których umiejętne przetworzenie i zinterpretowanie dać może bardzo dobrą bazę wiedzy socjologicznej, przydatną w wyborach. A jeszcze, jeśli dodać do tego badania Kantaru – to na pewno można mieć świetny obraz Polaków. Najważniejsze: skonstruowanie zespołu, który byłby w stanie należycie dane zgromadzić i przetworzyć, i to na innym poziomie, jak pewne badania wyborcze z 2014 roku dla PO, z których wynikało, że PiS to, jak stara wiejska chata, a PO to nowoczesne, szklane wieżowce… A wynik był w istocie dla Platformy już wówczas niekorzystny – ale nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków i przegrano w sposób – powiem to, jako choć trochę specjalista – skandaliczny. I to pomimo tego waloru, który z wyrachowaniem i cynizmem użył Jarosław Kaczyński: populistyczne datki społeczne. Ale nawet i te datki były świetnie ulokowane w wiedzy o tym, czego chcą Polacy.

Dalej. PO i Koalicja Europejska uczyniła krytykę rządów PiSu i mobilizację przeciwko PiSowi główną treścią swego przekazu. Owszem, coś tam się mówiło o planach na przyszłość oraz składało przyrzeczenia, że populistyczne datki społeczne będą utrzymane. Już co do tego można było mieć wątpliwości, bo nadejście spadkowego cyklu w gospodarce po prostu uniemożliwi każdemu rządowi zachowanie aktualnego status quo, przynajmniej, jeśli nie wzrośnie znacząco w tym czasie dochód z działalności gospodarczej (a na to się, póki co nie zanosi). W tym czasie kampania PiSu konstruowała obrazy kolejnych zagrożeń, jakie stwarza opozycja dla narodu i społeczeństwa, i dla Polski w Europie. Jeśli więc element antypisowski ma być treścią kampanii, to niechże będzie adekwatną odpowiedzią na akcje PiSu: powinno się w możliwie prosty i przemawiający do zdrowego rozsądku sposób wskazać, jakie zagrożenie niosą ze sobą te rządy. Ale to powinno się formułować w postaci jednoznacznego, oskarżycielskiego komunikatu, którego treść będzie jednak oparta na rzeczywistych, prawdziwych przesłankach. Np., ile będzie wynosiła emerytura obecnej 30 – albo 35 latki? Jeśli walczyć z PiSem to równorzędną bronią: pokazać, jakim wrogim dla narodu zagrożeniem są rządy PiSu i co spowodują za kilka lat.

Jednakże najważniejsze jest zaproponowanie nowej wizji narodowej. Podkreślam to słowo, bo wydaje się kluczowe. Chodzi mi o to, aby zaapelować do „narodu” inaczej określonego, inaczej scharakteryzowanego niż naród pisowski. A ponieważ opozycja nie dysponuje możliwościami przekupstwa wyborczego, typu +1000 dla każdego emeryta, powinna to zrekompensować wizją lepszej przyszłości. Wiem, że to tak łatwo się mówi, ale przecież już z samego stanowiska opozycji wobec destrukcji demokracji w Polsce można zbudować spójny obraz lepszej demokracji. I skoro PiS obiecał 500+, można obiecać zwiększony udział obywateli w podejmowaniu decyzji, a nawet wstępnie wyłożyć pewne ogólne procedury, które miałyby temu służyć. I wykorzystać do ilustracji ich działania przykłady złych przypadków, do których by nie doszło, gdyby obywatele mieli więcej do powiedzenia. Nade wszystko warto pomyśleć i przedstawić wizję lepszego państwa – państwa, którego biurokracja nie jest przeciw obywatelom, ale nawet, gdy coś przebiega uciążliwie – to prowadzić musi do dobrego wyniku. Tematów jest wiele, w tym – także – realny projekt zmian w systemie służby zdrowia.

W Anglii, po rezygnacji Margaret Thatcher torysi wygrali i wybrali Johna Majora – głównie z powodu jego błyskotliwej kampanii o zmianach w działaniu administracji państwa pod kątem równości i życzliwości dla obywatela. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać – oczywiście jako inspirację – tamte wzory dla sfomułowania obietnic wyborczych. Ale to też wymaga natychmiastowego uruchomienia poważnej dyskusji ze specjalistami i to nie tylko „fachurami od kampanii”.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Pojednania nie będzie. Zamach na Adamowicza 23

21 Sty

Skutki społeczne tego, co się stało, będą bardzo złożone, różnorodne, ale sądzę, że nie będą sprzyjały PiS-owi – mówi prof. Ireneusz Krzemiński. – Od momentu dojścia PiS-u do władzy mamy do czynienia z zanegowaniem całej dotychczasowej historii RP: przed nami były rządy kłamców, zdrajców, korupcji. Wątpię, żeby można było mówić o jakiejkolwiek odmianie dopóty, dopóki ktoś z władz PiS-u nie powie, że przeprasza za panią Pawłowicz i zabroni  jej zabierania publicznie głosu. Jeżeli tak się nie stanie, to wszystkie deklaracje, że należy porzucić język nienawiści, są puste. Nie ma ani symetrii, ani równowagi w kwestii konstruowania języka nienawiści i wrogości wobec własnych rodaków. Język nienawiści zbudowali jedni przeciwko drugim. Oczywiście, druga strona ma również przykłady agresywnych wypowiedzi, ale zazwyczaj są to odpowiedzi na atak.

JUSTYNA KOĆ: Panie profesorze, spróbujmy poszukać głębiej, co tak naprawdę stało podczas Finału WOŚP, dlaczego i co do tego doprowadziło?

PROF. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: W pierwszej chwili można odpowiedzieć dość prosto. To, co wykrzykiwał morderca na scenie potwierdzało, że hipoteza o politycznej inspiracji nie jest dowolną hipotezą. Zaatakował Adamowicza jako przedstawiciela konkretnej partii. Paradoksalnie Paweł Adamowicz nie był już członkiem PO od jakiegoś czasu.

Język politycznej nienawiści, z jakim mamy do czynienia na co dzień od 3 lat – wydał swój zatruty owoc.

Znamy z własnej historii, jak nasilenie publicznej nagonki, język szczucia, insynuacji, wrogości działa na różnych, często niezrównoważonych psychicznie ludzi. Publicznie głoszona nienawiść i oskarżenia są dla nich bodźcem do działania, w ich mniemaniu w „słusznej sprawie”.

Ten język nienawiści, co należy podkreślić: politycznej nienawiści, jest tu niezwykle ważna sprawą. Taki właśnie język był u początków II RP źródłem zabójstwa prezydenta Polski Gabriela Narutowicza. Teraz – prezydenta Gdańska.

Kiedy to się zaczęło: w 2015, w 2005, a może podczas „wojny na górze” w 1990?
Myślę, że podczas słynnej kampanii prezydenckiej Lecha Wałęsy, która do dzisiaj pozostaje w pamięci ludzi dawnej „Solidarności” jako coś bolesnego, co zakłóciło to wszystko, co miało miejsce wcześniej. Tamto wydarzenie jest jednak nie do porównania z tym, co się dzieje ostatnio w Polsce. Gdybyśmy porównali najgorsze teksty, jakie wypowiadali politycy z poprzednich lat, to nijak mają się do tego, co słyszymy teraz, kiedy mamy świadome, celowe używanie nienawiści jako broni politycznej, mobilizacji ludzi przeciwko przeciwnikom politycznym.

Przeciwnicy polityczni nie są już przeciwnikami, lecz wrogami – wrogami narodu, państwa, ludu, choć są naszymi rodakami.

Czy stwierdzenie, że morderca Pawła Adamowicza został zainfekowany tą mową nienawiści jest uprawnione?
Wydaje mi się, że tak, jeżeli jeszcze odwołamy się do demonstracji, której morderca dokonał na scenie, do słów, które wypowiadał, brzmi to dość jednoznacznie. Od momentu dojścia PiS-u do władzy mamy do czynienia z zanegowaniem całej dotychczasowej historii RP: przed nami były rządy kłamców, zdrajców, korupcji.

Samo hasło „wystarczy nie kraść” oznacza, że poprzednicy kradli i dlatego ludzie mieli małe pensje. To jest coś, co jest trwałym elementem propagandowego języka rządzących polityków i na pewno budowało bardzo wyraźnie atmosferę społeczną.

Wspomniałem już – po mordzie na prezydencie Narutowiczu przez niezrównoważonego malarza Niewiadomski zareagował na tę nieprawdopodobną nagonkę, na wyjątkowo podłą propagandę, którą wówczas rozwijano przeciw legalnie wybranemu prezydentowi. Jeżeli teraz, dokładnie w dniu morderstwa, mamy przykład TVP, która emituje wyjątkowo obrzydliwy, kłamliwy i wywołujący nienawiść materiał o WOŚP, to mamy konkretne uzasadnienie oskarżenia o mowę nienawiści.

Ostatnio – jak zazwyczaj – są publicyści, którzy uważają, że obie strony są winne. Mówi się o „zasadzie symetryzmu”… Moim zdaniem nie ma ani symetrii, ani równowagi w kwestii konstruowania języka nienawiści i wrogości wobec własnych rodaków. Język nienawiści zbudowali jedni przeciwko drugim. Oczywiście, druga strona ma również przykłady agresywnych wypowiedzi, ale zazwyczaj są to odpowiedzi na atak.

W konsekwencji całego zdarzenia Jurek Owsiak ogłosił, że ustępuje z funkcji prezesa fundacji. Wprawdzie zdecydował się wrócić, ale czy to był zły odruch?
Moim zdaniem tak. To był wstrząsający przykład skutków zamordowania prezydenta Adamowicza. Fundacja Owsiaka od 27 lat organizowała zbiórki i on jest człowiekiem – symbolem tej pięknej inicjatywy, symbolem zabawnego i cudownego jednocześnie hasła, że „Orkiestra będzie grała do końca świata i jeden dzień dłużej”. Jest to przepiękna deklaracja wspólnoty, która dotyczy nie tylko dobroci, ale i dobra wspólnego.

Działanie WOŚP uczy, pokazuje bardzo konkretnie, że każdy obywatel może dołożyć swoją cegiełkę do wspólnego dobra, jakim jest pomoc chorym, sprzęt medyczny, leczenie. Jak pięknym manifestem wspólnoty i dobra są dzieci, które dziś zbierają na Orkiestrę, a wcześniej były ratowane czy korzystały ze sprzętu kupionego za pieniądze ze zbiórki.

Każdy może do tego wspólnego dzieła się dołożyć. Ludzie często uważają, że nic nie da się zrobić, że „ja nic nie mogę”, a tu Jurek Owsiak właśnie pokazuje, że owszem, możesz! Z małego wysiłku pojedynczych osób powstaje wspólna sprawa, wielkie wspólne dzieło. Zamach na prezydenta Gdańska był jednocześnie zamachem na tę wspaniałą ideę obywateli. Dlatego śmierć prezydenta Adamowicza ma wiele symbolicznych wymiarów, ale wszystkie wiążą się z tymi, którzy przeciwstawiali się idei i wartościom, które niesie WOŚP i które deklarował Paweł Adamowicz w swym ostatnim przemówieniu. Były to słowa, mówiące o wspólnocie i o tym, jak cenne dla ludzi jest poczucie wspólnoty.

Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że ten człowiek przeczytał czy posłuchał konkretnej wypowiedzi danego posła czy kogokolwiek, ale z całą pewnością język nienawiści uruchamia jednostki niezrównoważone, które podążają za tym złym duchem, który w tej chwili w Polsce panuje.

Chciałabym się odnieść do tej fachowej literatury, o której pan mówił odnośnie do języka nienawiści. Mnie przychodzi do głowy jeden przykład, jednak bardzo konkretny, drastyczny. To profesor żydowskiego pochodzenia Victor Klemperer, który analizował semantykę III Rzeszy i w skrócie doszedł do wniosków, że złe słowa tworzą złe czyny.
Nie trzeba szukać tak daleko, bo mamy bardzo dobre dzieło polskiego profesora Michała Głowińskiego. Przez lata analizował i badał, jaki był język piętnujący „wrogów socjalizmu”, jak budowano, prowokowano nienawiść, by wpływać na postawy konkretnych, żywych ludzi. Analizował, jak tworzy się uzasadnienia dla różnych złych uczuć, potępienia innych, które ludziom można wbić do głowy jako przyczyny ich poczucia krzywdy, i jak wywoływać można chęć zemsty. Język nienawiści i wrogości zachęca do złego – by tak rzec – i wyraża jednocześnie poglądy na temat innych, które nie są racjonalną refleksją nad sytuacją, nad światem, ale stają się oskarżeniem tak silnym, że skłaniającym wyłącznie do ataku.

Wygląda to trochę tak, że gdy nie podoba mi się, co mówi mój znajomy czy sąsiad czy przeciwnik polityczny, to jego słowa nie są ważne, bo widzę go jako łobuza i wykluczam ze wspólnoty, z „mojej” wspólnoty.

Taki język uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję, bo emocje odgrywają wyłącznie negatywną rolę, wypowiadane słowa służą właściwie wyłącznie do zademonstrowania nienawiści, zaprezentowania pogardy i odrzucenia innego. Tak jak w przypadku prezydenta Adamowicza, został on zredukowany do bycia „przedstawicielem PO” w umyśle zabójcy. To, kim jest i jaki jest konkretny człowiek, w ogóle nie jest ważne. Jest zredukowany do znaku wrogiego obozu.

Pytanie, które zadają sobie wszyscy: czy nastąpi otrzeźwienie?
Wątpię, bo cóż miałoby to znaczyć? Jeżeli miałoby nastąpić tzw. otrzeźwienie, to najpierw trzeba by wziąć odpowiedzialność za to, co się do tej pory robiło, przyznać, że to było coś złego, stworzyć możliwość dialogu. Przedstawiciele władzy, w większości, zachowali się porządnie po tym straszliwym czynie, ale nie wszyscy. Wątpię, żeby można było mówić o jakiejkolwiek odmianie dopóty, dopóki ktoś z władz PiS-u nie powie, że przeprasza za panią Pawłowicz i zabroni jej zabierania publicznie głosu. Jeżeli tak się nie stanie, to wszystkie deklaracje, że należy porzucić język nienawiści, są puste.

Za to mogą się poczuć odpowiedzialni obywatele i powiedzieć tym politykom, którzy będą w dalszym ciągu używali takiego języka, że was nie chcemy, nawet jeśli uważamy, że macie sensowne rzeczy do powiedzenia. Lecz posługujecie się językiem, którego nie akceptujemy. Obywatele mają zawsze decydujący głos.

Prezydent podjął w ostatni poniedziałek próbę takiego quasi-zjednoczenia, zaprosił do Pałacu przedstawicieli wszystkich środowisk politycznych. Ale nie po to, aby porozmawiać o języku nienawiści, a ustalić marsz w Gdańsku. Potem z tego jednak zrezygnował. Jak pan ocenia inicjatywę prezydenta, czy ma do tego moralny mandat?
Wątpię, bo sam przyczynia się do tego języka. Prezydent, który łamie od początku swoich rządów Konstytucję RP, a więc podstawę demokratycznej wspólnoty, gdyby teraz chciał uczestniczyć w jakimś wspólnym marszu przeciwko przemocy, to byłoby to całkowicie niewiarygodne i Bogu dzięki, ze z zrezygnował z tego pomysłu.

Czy widzi pan osobę, a może instytucję, która mogłaby być taka platformą pojednania? Może Kościół?
Proszę pani, bez Kościoła trudno sobie wyobrazić to, co się wydarzyło Polakom w 1989 roku. Bez Kościoła i wysiłków biskupów trudno sobie wyobrazić rozmowy w Magdalence, które przyniosły później Okrągły Stół.

Rola Kościoła jest nie do przecenienia w powstaniu wolnej i demokratycznej Polski. Wtedy Kościół był niezależnym autorytetem. Dziś Kościół jest w zasadzie po jednej stronie, jest orędownikiem, zwolennikiem i sojusznikiem rządzącej partii, która język nienawiści wprowadza.

Być może poszczególni biskupi, pewni ludzie z kościoła – warto tu przypomnieć wypowiedź z arcybiskupa Gądeckiego – wciąż chcą zachować niezależność i być ponad podziałami politycznymi Kościoła jako instytucji. Ale naprawdę poruszająca i wzruszająca wypowiedź arcybiskupa, który niejako apelował do Jurka Owsiaka, żeby nie rezygnował ze swojego dzieła, nie była apelem, z którym zgodziłaby się większość polskich biskupów. Taka wypowiedź to przykład wypowiedzi, które mogą budować autorytet Kościoła. Lecz generalnie jest to wyjątek, o czym wszyscy doskonale wiemy.

Spójrzmy na to trochę szerzej.

Ludzie wyrażają się językiem, którym wypowiadają się ci, z którymi się identyfikują. Mówią językiem mediów, które czytają lub słuchają, językiem ludzi, którzy są dla nich ważni. Jeżeli odwołalibyśmy się do innego języka, to być może ta przepaść, która wydaje się dziś taka olbrzymia, zmniejszyłaby się.

Może warto odwołać się tu do wartości podstawowych, ludzkich. Może wtedy okaże się, że możemy się jakoś dogadać ponad politykami, a na pewno ponad językiem nienawiści, narzuconym dyskursowi publicznemu. Gdy śledziłem wyniki badań CBOS-u przy okazji niszczących demokrację decyzji, to większość odpowiadających na pytania ankiet była przeciwna tym zmianom. Niestety, to nie przekładało się później na deklaracje wyborcze, zresztą z wielu różnych powodów. Warto poszukać jednak takiego języka, który ominie gotowość do wyzwisk, a da możliwość rozmowy. Pamiętajmy, że o poglądy można się spierać i dyskutować, tylko innym językiem, bez nienawiści, bez moralnej degradacji tych, z którymi się nie zgadzamy.

PiS swoim językiem wykluczył wielu z dyskursu. To, że mówiło się o Donaldzie Tusku jako zdrajcy, słynne przezwisko dla prezydenta Komorowskiego – „Komoruski”, to jest coś, co wyklucza. Jak można rozmawiać z kimś, kto tak o nas i do nas mówi?

A z drugiej strony, skoro to są zdrajcy, to nie można ich traktować jako partnerów do czegokolwiek. Ten język zburzył podstawę demokracji, gdzie właśnie trzeba rozmawiać z przeciwnikiem, bo są pewne wspólne ramy, wartości, które wyznajemy. To jest najważniejsza kwestia, którą zburzył PiS, sprawił, że staliśmy się wrogami.

Na koniec bardzo pragmatyczne pytanie, czy PiS zanotuje spadek poparcia w najbliższych sondażach?
Skutki społeczne tego, co się stało, będą bardzo złożone, różnorodne, ale sądzę, że nie będą sprzyjały PiS-owi.

Od 2015 roku mamy obowiązek czuć się bezpiecznie, bo oto przyszedł szeryf, młot na przestępców, który wypala rozżarzonym żelazem wszelkie przejawy bezprawia

Żyjemy w kraju, gdzie każdemu ważnemu wydarzeniu towarzyszyć muszą brednie. Im ważniejsze wydarzenie tym są liczniejsze i dorodniejsze . Polskie brednie, to nie jakieś tam byle głupstwa, obecne przecież w życiu publicznym każdego kraju. Nasze bzdury osiągają taki format, którego światowe media pominąć nie mogą. Rodzime idiotyzmy są najwyższego sortu i nierzadko posiadają oficjalny państwowy certyfikat – że wspomnę chociażby o idiotycznych teoriach rzekomego zamachu smoleńskiego.

Między żałobną grobową ciszą, a dokuczliwym hałasem medialnym jest ogromna przestrzeń, w której kłębią się spiskowe teorie psycholi, opinie poszukiwaczy źródeł politycznej zbrodni oraz trubadurzy zgody narodowej. Do głosu dochodzą również uduchowieni bojownicy o jedynie słuszne przekonania. Słychać też głosicieli fejkniusów w obronie własnego tyłka. Takich jak wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo, obwiniany o zlekceważenie sygnałów w sprawie zbrodniczych planów zabójcy prezydenta Adamowicza. Patryk Jaki puścił w świat fake newsa autorstwa swojego szefa, że winnym morderstwa jest tolerancyjny i beztroski sędzia, który skazał bandytę na niższą karę niż powinien. Czyli należy rozumieć, że gdyby morderca dostał kilka lat więcej, to nie zabiłby prezydenta Gdańska teraz, tylko dopiero po zakończeniu kary, a może nawet zamordowałby jakiegoś innego prezydenta. Minister Jaki, jak to on, najpierw powiedział, potem pomyślał, a wcześniej nie sprawdził, że sędzia, przysolił bandycie nawet wyższą karę, niż żądał prokurator.

Czytam, że Jarosław Kaczyński był zaskoczony bandycką napaścią na Pawła Adamowicza i że wyklucza jakikolwiek wpływ rządowej polityki i partyjnej propagandy na poczynania mordercy. Czytam to i zastanawiam się, dlaczego wojna polsko-polska rozpoczęta przez prezesa podziałem społeczeństwa na sort patriotyczny i lewacki pomiot, zbiegła się w czasie z ustanowieniem ochrony dla Kaczyńskiego. Musiał wiedzieć czym grozi realizacja jego planu skłócenia Polaków i podzielenia ich na walczące plemiona.

Opinia Kaczyńskiego o „samoistnej” agresji szurniętego bandziora nie jest odosobniona. Leszek Miller w RMF FM wyjaśnił: ,,To jest pospolity bandyta i przypisywanie mu jakiś intencji politycznych jest błędem, a co więcej – wychodzi naprzeciw jego oczekiwaniom (…) takich szaleńców nie brakuje w Polsce”.  Czy człowiek niespełna rozumu nie może mieć intencji politycznych?  Trudno o większą bzdurę.  Przykład pierwszy z brzegu: na portalu gazetawarszawska.com czytam główny artykuł niejakiego Krzysztofa Cierpisza, sygnowany na wstępie Laudetur Jesus Christus, a zakończony: in Christo. A w środku – „poważne poszlaki” wskazujące, że zamachu na Adamowicza dokonał Izrael, dyscyplinując tym samym polskie władze w związku z naszym udziałem w organizowaniu konferencji w sprawie sytuacji na Bliskim Wschodzie. Zaraz potem autor skleja Pawła Adamowicza z Jurkiem Owsiakiem informując, że „WOŚP to impreza złodziei dla idiotów”, konkludując: „dobrze się stało, że (…) nasz napastnik trafił w Adamowicza, a nie jakiegoś bezdomnego emeryta, który śpi na ulicy, gdyż jego mieszkanie Adamowicz szykuje dla uchodźców”.

Pal sześć durne,  jadowite, antysemickie i faszyzujące media, których nie czepiają się prokuratorzy, zajęci ściganiem groźnych przestępców wieszających dziecięce buciki na ogrodzeniach kościołów. Podobne bzdury znaleźć można bez trudu w wypowiedziach polityków i ich politycznych przyjaciół. Na profilu senatora Bonkowskiego poczytać można wywody, że zabójstwo Pawła Adamowicza jest częścią planu Tuska obalenia rządu PiS, że jest to międzynarodowy spisek w odwecie za niepodporządkowanie się Brukseli i że chodzi tu o zwyczajne porachunki mafijne, bo poszło o kasę. To wszystko naraz. Senator podsumowuje dyskusję wpisem: „Więcej gloryfikacji piewców genderyzmu i ruchów LGBT, a ta współczesna gangrena wjedzie do Polski”.

Internet aż kipi od stricte politycznych „przemyśleń” ludzi ewidentnie chorych i niezrównoważonych. Ale załóżmy nawet, że Stefan W., cierpiąc na schizofrenię paranoidalną, trafił do więzienia z umysłem nieskażonym żadną indoktrynacją, a jedynie z poczuciem krzywdzącej niesprawiedliwości, bo napadając na banki miał tylko atrapę broni. W więzieniu Stefan W. miał jednak dostęp do gazet i telewizji. Jakie tytuły i jakie stacje TV preferowane są w zakładach karnych, zarządzanych przez Patryka Jakiego? Jakie informacje z prorządowych gazet, z radia i TVP Info, docierają do osadzonych? Jakie emocje wywołują wiadomości, że skorumpowani sędziowie zakopują złoto w ogródkach, że bez łapówki nie ma co liczyć na sprawiedliwość, a za wszelkie zło odpowiada opozycja, która przeszkadza zrobić porządek? Co sądzą odbiorcy o Pawle Adamowiczu, według rządowych mediów przyjacielu terrorystów umoczonym w finansowe przekręty i jaki mają stosunek do podejrzanego Jerzego Owsiaka ze swoją fałszującą orkiestrą? Ktoś mi powie, że akurat schizofrenicy nurzani w takim szambie są nieprzemakalni i odporni na brudną indoktrynację?

Trudno zliczyć polityków, nie tylko z frakcji rządzącej, którzy głoszą nieco inną odmianę tej bzdury – że nie ma żadnego związku między rosnącą falą nienawiści, a morderstwem prezydenta Gdańska.

Od lat rozmaici śmieciarze na państwowych posadach atakują nas emocjami z wysypiska złych instynktów i śmietnika ludzkich uczuć. Kłamią w żywe oczy, szczują, tolerują przemoc, relatywizują nacjonalizm, próbują wprowadzić do kodeksu pojęcie groźby niekaralnej, a milczący protest przeciw paradom faszyzujących nacjonalistów czynią poważniejszym przestępstwem, niż groźby wieszania polityków.  I ktoś chce mnie przekonać, że nie ma to wpływu na ludzkie poczynania… Atmosfera podsycanego konfliktu między nienawidzącymi się klanami – klimat w którym Jarosław Kaczyński czuje się jak ryba w wodzie – musi wywoływać krańcowe reakcje nie tylko ludzi psychicznie niezrównoważonych. Jeśli świat wokół ciebie kipi nienawiścią, to w końcu sam wykipisz. W klimacie nagonki i szczucia całkiem zdrowy człowiek ma prawo nie wytrzymać ciśnienia i pęknąć. Nienawistny świat potrafi doprowadzić Zwykłego Szarego Człowieka do zamachu nawet na własne życie.

Od 2015 roku mamy obowiązek czuć się bezpiecznie, bo oto przyszedł szeryf, młot na przestępców, który wypala rozżarzonym żelazem wszelkie przejawy bezprawia. Od 2015 roku ponaddwukrotnie wzrosła liczba przestępstw z użyciem przemocy fizycznej. Mimo wysiłków organów ścigania by lekceważyć sygnały o atakach na „innych” i „obcych”, rośnie też liczba przestępstw z nienawiści. W ciągu minionego roku zarejestrowano ich ponad 2 tysiące, ale – jak wykazały badania – zgłaszanych jest zaledwie 5% ataków. Przyczyna jest oczywista: brak zaufania, brak wiary, brak nadziei. W tej atmosferze dziwnie zabrzmiał apel Andrzeja Dudy, by wszyscy sporządzili rachunek sumienia. O swoim rachunku pan prezydent nie wspomniał. Może nikt mu jeszcze nie powiedział, że rachunki trzeba płacić.

Waldemar Mystkowski pisze o pustosłowiu Morawieckiego.

Mateusz Morawiecki w Wierzchosławicach zaapelował do naiwności, Lecz nie do naiwności własnej, ani polityków partii z której pochodzi, ale do naiwności polityków innych opcji politycznej. Przede wszystkim zaapelował do naiwności Polaków.

Zaapelował o „narodowe pojednanie i zgodę”, a adresatami uczynił „wszystkich polityków, liderów opinii, ludzi mediów, ludzi kultury„.

Piszę, że Morawiecki zaapelował do naiwności, bo nie usłyszałem (nie wyczytałem), aby tak naprawdę chciał „pojednania i zgody”. Wszelkie pojednanie, zgodę, zaczyna się od siebie, to jest prosty mechanizm psychoanalizy.

Chcę się pojednać, to mówię: „chcę się pojednać, wina leży też po mojej stronie”. A tego niestety nie powiedział Morawiecki. Więc mamy do czynienia z retoryką polityczną, w której mówi o pojednaniu, a tak naprawdę ględzi, bo to wydaje się dla jego partii w tych okolicznościach najlepsze. Podkreślam: Morawieckiemu nie chodzi o pojednanie, tylko mówienie o tym.

Przesypanie słów z jednej kupki na drugą. Z tego wynika, że w Morawieckiego słowach, nawet Salomon nie dopatrzyłby się apelu o dobro (że porzekadło o królu Izraela). Morawiecki jest kiepskim retorem, więc wodolejstwo popłynęło z jego ust szeroką strugą, takie oto michałki mogliśmy usłyszeć (wyczytać): „Stało się wielkie zło,  ale spróbujmy przekuć je w dobro”. Jak można przekuć tombak w złoto? Przekuć można dobro w dobro. Albo ze zła można wyciągnąć wnioski.  Ale trzeba użyć takich mniej więcej formułek retorycznych: „zapewniam, że od tej pory będziemy dążyć do dobra”. My, a nie oni.

Lecz tego nie powiedział Morawiecki. Nie powiedział, jak z mediów publicznych zrobiono szczujnię, TVP nawet nie zatrzymała się w oczernianiu opozycji, manipulowaniu w dniach żałoby i pogrzebu Pawła Adamowicza.

Przekuć w dobro – chciałoby się zwrócić do kulejącego retorycznie Morawieckiego – można zapowiedź, iż władza będzie przestrzegać Konstytucji, praworządności, standardów demokratycznych. A z tym ma kłopot, bo zakłamanie, manipulacja, szczucie doprowadziły do sytuacji, że gniją fundamenty naszego państwa. I nie jest to do powstrzymania, będzie tylko gorzej, gdy premier Morawiecki będzie używał takiej retoryki wodolejstwa jak w Wierzchosławicach.

Wspólnota jest mitem, znając polską historię tak można określić, ale w tym micie nie musi być wrogości. Tego nie usłyszałem (wyczytałem) od Morawieckiego. Nie mogłem usłyszeć, bo Morawiecki nie stanął na fundamentach prawdy, ale na zgniłym podłożu.

Tylko w stanie amoralności można napisać jak rzecznik PiS Beata Mazurek na Twitterze: „W obliczu ludzkiej tragedii, PIS zachował się jak trzeba„. I tyle warte jest wodolejstwo Morawieckiego.