Tag Archives: Inicjatywa Polska

Brudziński, Czaputowicz, Rydzyk – członkowie szarańczy, która zżera Polskę, liszaj na ciele narodu

6 Sty

Na Twitterze doszło do kłótni między Kamilem Durczokiem a Joachimem Brudzińskim. Dziennikarz zarzucił ministrowi, że „wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów”, na co szef MSWiA odpowiedział, że się za niego pomodli.

W piątek w tzw. escape roomie (lub „pokoju zagadek”) w Koszalinie doszło do pożaru. Zginęło pięć nastolatek, które brały udział w zabawie z okazji urodzin jednej z nich. Ranny został pracownik escape roomu.

Tragedia wywołała reakcje czołowych polityków. Zarówno premier, jak i prezydent składali kondolencje rodzinom ofiar. Rządzący zapowiedzieli też nie tylko wyjaśnienie tragedii, ale i kontrole w innych tego typu miejscach w Polsce. – Strażacy przegrali tę walkę nie z powodu braku profesjonalizmu, kompetencji czy doświadczenia. Tę walkę strażacy przegrali z tymi, którzy, kierując się chęcią łatwego, szybkiego zysku, narazili na śmierć Bogu ducha winne dzieci – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński. Zapowiedział konsekwencje dla właścicieli łamiących prawo.

Sprawa jest też szeroko komentowana w mediach społecznościowych. Dziennikarz Kamil Durczok komentując tragedię zaatakował Brudzińskiego. „Minister bezczelnie wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów. Kiedyś był jedną z nielicznych jasnych twarzy PiS. Dziś działa jak hiena” – napisał. Dodał: „oczekuje wizyty policji jutro o 6 rano. Ale pan też za swoje głupoty odpowie. Do zobaczenia w celi”. Dziennikarz nie wyjaśnił jednak, jakie dokładnie słowa czy działania ministra są jego zdaniem „politycznym wykorzystaniem tragedii”.

Brudziński odpowiedział Durczokowi na Twitterze, że „wstyd się przyznać, ale dla mnie kiedyś pan też wydawał się jasną twarzą dziennikarstwa”. „Dziś tylko jedynie mogę panu zadeklarować, że pomodlę się za pana. Pomocy medycznej udzielić niestety nie potrafię” – napisał minister.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz nie przestaje bajdurzyć i zadziwiać. Niedawno powiedział, że Tusk był kandydatem Niemiec na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zamiast wyrazić satysfakcję, że Polska miała dobre stosunki z Niemcami – najważniejszym państwem unijnym, co było jednym z warunków wyboru Tuska – „Czapu” usiłuje go zdyskredytować i przedstawić jako polityka niemieckiego, a nie polskiego. Mieści się to doskonale w tradycji polityki endeckiej w Polsce. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich zimą 1922 r. endecja głosiła „doktrynę polskiej większości”, a kto do tej „większości” nie należał, miał być wykluczony z życia politycznego.

Niestrudzony amb. prof. Grela zamieścił na FB tekst amerykańskiej agencji Bloomberga z 5 stycznia: „Polska potępia przywództwo Unii Europejskiej i apeluje o zmiany w polityce Unii po wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju br.”.

„Polska oskarżyła Unię o prowadzenie wobec niej wrogiej polityki i wezwała do zmian w funkcjonowaniu Unii Europejskiej po wyborach w maju. To najnowsza salwa w długotrwałej walce między UE a Polską” – pisze Bloomberg. Bruksela uważa, że w Polsce postępuje erozja standardów demokratycznych i rosną zagrożenia dla państwa prawa. Jest to związane z nominacjami politycznymi w sądach, co jest zamachem na niezależne sądownictwo. Konflikt może doprowadzić do cięć dotacji, które ten kraj otrzymuje z UE – czytamy dalej.

„Instytucje unijne nieustannie działają przeciwko polskiemu rządowi – oświadczył w sobotę minister Jacek Czaputowicz – podczas gdy Polska jest pozytywnym przykładem narodu bez sił antyeuropejskich w swoim parlamencie, kroki podejmowane przez instytucje Unii mają w jak największym stopniu szkodzić polskim władzom. Unia nie powinna doprowadzić do działań, które nie są akceptowane przez społeczeństwo”.

Mój komentarz: po pierwsze, Polska, jak każdy kraj unijny, ma prawo krytykować Unię, wszak do niej należymy, a w Brukseli i w innych stolicach ścierają się różne interesy, poglądy i… ambicje. Sądzę, że polska kontra w Unii do pewnego stopnia związana jest z ambicją, by nasz kraj „wstał z kolan”, a przywódca obozu rządzącego, prezes Kaczyński, stał się jednym z najważniejszych polityków w Europie. W związku z zapowiadaną wizytą Matteo Salviniego, antyunijnego wicepremiera Włoch i lidera Ligi Północnej o ciągotach separatystycznych, u prezesa PiS były wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak (PiS) mówi, że to pokazuje, jak poważnie traktowany jest nasz kraj.

Po drugie, nie jest prawdą, jakoby Polska nie miała sił antyeuropejskich w parlamencie. Przeciwnie, największe ugrupowanie w parlamencie, Prawo i Sprawiedliwość, nie raz słowem i czynem rozmija się z Unią. Największym ugrupowaniem walczącym z Unią jest PiS. Gdy prezydent Duda mówi o „wyimaginowanej wspólnocie”, a premier Morawiecki kpi sobie, że za fundusze unijne naprawia się chodniki, to mamy świadectwo arogancji i kłamstwa. I to w kraju, który był największym odbiorcą funduszy unijnych.

Po trzecie, to nie Unia prowadzi wrogą politykę wobec Polski, lecz przeciwnie, rząd naszego kraju rozmija się z unijnymi wartościami, jak choćby trójpodział władz i niezawisłe sądownictwo, równouprawnienie mniejszości czy ochrona środowiska i wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej, co w sumie faktycznie stało się źródłem konfliktu Unia–Polska , znanego również jako „27:1”.

Prezes Kaczyński mówi, że rzekomy „polexit” to wielkie kłamstwo. Owszem, PiS nie wzywa do tego, żeby z hukiem wystąpić z Unii. Jak zauważają już bardziej rozgarnięci komentatorzy, rząd nie chce wyprowadzić Polski z Unii, tylko wypchnąć Unię z Polski, uczynić polskie członkostwo formalnością, fikcją. Chcemy Unii, ale takiej jak Warszawa i Budapeszt, a nie takiej jak Paryż, Berlin, Madryt czy Haga.

Wreszcie po czwarte, minister Czaputowicz, który wypłynął jako bezpartyjny specjalista, nie ustaje w umizgach i dogadzaniu partii rządzącej. Skubiszewski, Bartoszewski, Rosati, Olechowski, Cimoszewicz i inni przyzwyczaili nas do ministrów dużego formatu. A minister Czaputowicz?

Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem

Propagandyści i agitatorzy z PiS aż się zapowietrzyli z uciechy na wieść, że wbrew dotychczasowym opiniom program 500 plus bynajmniej nie dezaktywizuje zawodowo, a przeciwnie: obywatele, którzy otrzymują to świadczenie, masowo garną się do roboty lub w te pędy poszukują pracy.  Główny Urząd Statystyczny poinformował właśnie, że beneficjentów 500+, którzy podjęli pracę lub zaczęli jej poszukiwać, jest dwa razy więcej, niż tych, którzy wycofali się z życia zawodowego. Byłoby się z czego radować, gdyby nie fakt, że nie wiadomo, z którego sufitu pochodzi ta wiadomość. Bo równocześnie w materiałach GUS znaleźć można informację, że tylko w ciągu jednego kwartału minionego roku liczba osób porzucających pracę zwiększała się o 40 tys., a nieco wcześniej Instytut Badań Strukturalnych ogłosił, że z rynku pracy trwale odeszło 100 tys. kobiet.

We wszystkich chyba krajach świata znany jest żart stopniujący: kłamstwo – okropne kłamstwo – statystyka. W krajach cywilizowanych precyzują jednak, że statystyka nie kłamie, kłamią jedynie statystycy. Natomiast w państwach zniewolonych statystyka jest narzędziem sprawowania władzy. W PRL komunikaty GUS publikowane przez partyjne media powszechnie nazywano GUS-łami. Również w Polsce Kaczyńskiego, która coraz bardziej przypomina krainę młodości prezesa, statystyka zaprzęgana jest w służbę propagandy partyjnej, administracyjnej i organizacyjnej – w tym kościelnej.  Przeinaczone lub wzięte z kapelusza fakty stają się potem źródłem rozmaitych wierzeń, przesądów, a nawet zabobonów.

Zabobony to, jak wiadomo, wierzenia w moce nadprzyrodzone lub siły nieczyste, sprowadzające nieszczęścia lub przeciwnie, chroniące przed nimi. Minister energii Krzysztof Tchórzewski na przykład jest przekonany, że wskutek zawierzenia energetyków Matce Boskiej prądu będzie więcej, a co najmniej podejmowane decyzje staną się mądrzejsze:  – „Oddajemy Ci w opiekę naszych przełożonych. Wyproś wszystkim mądrość i odpowiedzialność w podejmowanych decyzjach”… – wnosił pod niebiosa minister Tchórzewski, świadomy nędznych kwalifikacji kierownictwa resortu i całego swojego rządu. Z kolei Jacek Czaputowicz, z łaski Kaczyńskiego eksperymentalny minister spraw zagranicznych, wierzy w ingerencję złych mocy, które bez żadnej przyczyny uwzięły się na nasz kraj. Wierzy również, że Donald Tusk , jako przedstawiciel Polski w Unii, powinien przeciwstawiać się tamtejszym złym mocom, chociaż każdy średnio inteligentny Polak wie, że gdyby Tusk, jako strażnik interesów 18 państw Unii, zaczął kiwać partnerów w obronie polskiej bramki, to wyleciałby z roboty szybciej niż Sejm jest w stanie uchwalić dziewiątą wersję ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rządzący i ich poplecznicy często podają do wierzenia przesądy w postaci aksjomatów. Na przykład: „partnerski model rodziny to promocja homoseksualizmu i genderyzmu”.  Albo: „reforma szkolnictwa usprawniła proces kształcenia i zapobiegła demoralizacji młodzieży w gimnazjach”.  Niektóre wierzenia wymagają jednak podparcia jakimiś substytutami prawdy.  Upowszechniana ostatnio wiadomość, że Lech Wałęsa był w latach 80-tych postacią marginalną, a związkiem kierowali w rzeczywistości bracia Kaczyńscy, potwierdzana jest „wiarygodnymi źródłami” IPN. Inne przesądy wymagają uwiarygodnienia zmanipulowaną statystyką lub stronniczymi badaniami opinii publicznej. – 85% rodaków chce reformy sądownictwa! – głoszą przekazy PiS, które uzasadnić mają zagarnięcie władzy sądowniczej przez pozostałe równoprawne dotąd władze. Nie ma znaczenia, że ludziom, na których opinię powołują się rządzący, nie chodziło bynajmniej o obsadzenie KRS i SN nominatami Ziobry, tylko o przyspieszenie procedur sądowych,  a te, wskutek „reformy” sądownictwa, znacznie się wydłużyły.

Szczególnie rozległe skutki ma upowszechniane z całą mocą wierzenie, że 95 % Polaków to katolicy. Dzięki niemu gorliwi wierni mogą stawiać kapliczki i figury w dowolnym miejscu bez niezbędnych zezwoleń, można też wieszać krzyże w urzędach, realizować w szkołach obowiązkowe programy „dni papieskich”, święcić kamienie węgielne czy schody ruchome, zapraszać purpuratów na wszystkie obchody państwowe witając ich w pierwszej kolejności oraz dotować z publicznych pieniędzy nie tylko obiekty sakralne, ale też prywatne osoby duchowne.  Wszystko dlatego, że 95% Polaków to katolicy. Tymczasem owe 95%, to co najwyżej odsetek ochrzczonych Polaków, a i to nie na pewno. W rzeczywistości już tylko 56% Polaków niezachwianie wierzy w Boga, a podstawowe nakazy religijne praktykuje zdecydowana MNIEJSZOŚĆ.  Uprzedzając zarzut o manipulację informuję, że badania w tej sprawie przeprowadziła sondażownia CBOS, przychylna oczekiwaniom rządzących, przychylnych z kolei hierarchom polskiego Kościoła.

Kiedy PiS zaczął tracić w sondażach, Kaczyński i jego funkcjonariusze wszczęli lament, że oto są prześladowani, szykanowani, postponowani i niezasłużenie krzywdzeni przez ciemne siły zewnętrzne i wewnętrzne.  Polski Kościół (też w poczuciu zagrożenia?) również przywraca mit o prześladowaniu kleru i wiernych.  Teza o znęcaniu się nad wszechpanującym PiS-em jest śmieszna, natomiast teza o prześladowaniu Kościoła – smutna. Bo od czasów PRL o Kościele przyjęło się w Polsce mówić jak o zmarłym: dobrze, albo wcale. Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem. Gdzie jeszcze rozdaje się publiczne pieniądze w zamian za wsparcie dla aktualnie sprawujących władzę? Gdzie jeszcze pod osłoną sutanny mogło żyć spokojnie i dostatnio tylu przestępców – nie tylko seksualnych – bezkarnych lub co najmniej darzonych życzliwością przez organy ścigania?

Prześladowany PiS w zawłaszczonej Polsce poczyna sobie jak okupant. Prześladowany Kościół sprawuje despotyczne rządy dusz, wyznacza wątpliwe kanony przyzwoitości, nominuje polityków i rozpycha się w szkołach, gdzie coraz częściej organizowane są imprezy według scenariusza kurii, księża uczestniczą w radach pedagogicznych, a katechetki prowadzą zajęcia z etyki i przejmują wychowawstwo klas.

Sposobem na sprowadzenie PiS do roli zwykłej partii opozycyjnej w demokratycznym kraju, lub na jej delegalizację, jako antysystemowej organizacji mafijnej, są wybory – powszechne i oby tłumne. Sposobem na sprowadzenie Kościoła do roli i posłannictwa organizacji wielkiego pożytku publicznego, zajmującej się głoszeniem Ewangelii – źródła miłości, życzliwości i wsparcia dla rodzimych i obcych potrzebujących – są również wybory. Tyle, że osobiste, czynione we własnej duszy lub – do wyboru – w sumieniu.

Kościół katolicki dlatego ma się w kraju dobrze, bo PRL okazał się dla niego zamrażarką. W demokracji dawno by się skompromitował poprzez takie postaci, jak Tadeusz Rydzyk, czy większość biskupów włącznie ze Stanisławem Gądeckim i odszedł na zasłużony margines historyczny, jak na Zachodzie, we Francji, Niemczech, w krajach Beneluksu, a nawet we Włoszech i Hiszpanii.

Wybudzony Kościół wraz z odzyskaniem suwerenności w 1989 roku nie zasypiał gruszek w popiele, zadbał o swoją pozycję wśród polityków solidarnościowych, bo wiele mu zawdzięczali.  Uzyskał finansowanie projektów z budżetu państwa, a naukę katechezy wprowadził do świątyń nauki, do szkół. No i mamy kłopot.

Politycy zasuwają do Rydzyka i głoszą brednie nie z naszego świata o rechrystianizacji. Kapłani zrobią jakiś gest, jak kiedyś cesarze: kciuk w dół, a Duda, Morawiecki, Kaczyński klękają, co samo w sobie jest anachronizmem, bo należy do rytuałów feudalnych.

Tak ufundowane państwo na ułudach, zakłamaniu, anachronizmie, musi dryfować ku upośledzeniu. To nie jest żaden konserwatyzm, ani liberalne współistnienie, bo Kościół wyzyskuje wolność do swych zapędów niedemokratycznych. A obecnie wszedł w alians polityczny z PiS-em i mamy kłopot bez mała cywilizacyjny, nie tylko natury finansowej, acz i on jest warty, aby inaczej potraktować wspólną kasę, budżet państwa, aby pieniądze nie szły na katechezę i na utrzymanie kapłanów, ich dobrobytu,  lecz na konkretne cele rozwoju społeczeństwa i państwa.

W kraju tylko lewica chce odseparować państwo od Kościoła. Dziwne, ale to pokazuje jak mentalnie jako nacja, jako społeczeństwo, jesteśmy w niedorozwoju, zaś elity są nie zawsze przygotowane do odpowiedzialności za wyznaczenie celów.

Inicjatywa Polska kierowana przez Barbarę Nowacką w charakterystyczne święto, samo w sobie anachroniczne, w Święto Trzech Króli (ktoś dowcipny mógłby zadać pytanie: dlaczego nie ma święta Jasia i Małgosi, bo to podobna opowieść z rezerwuaru mitów i bajek) zapoczątkowała zbiór podpisów pod petycją, w której apeluje się o zniesienie finansowania z budżetu państwa religii w szkołach, wprowadzenie finansowania przez kościoły, które „chcą nauczać zasad swojej wiary w szkole” oraz wpisanie religii na listę zajęć dodatkowych. Oraz uregulowania – tj. zaprzestania – finansowania Kościoła i ubezpieczenia kleru z państwowego Funduszu Kościelnego.

Petycja zawiera założenia do projektu ustawy o świeckim państwie, bo na razie mamy władze bogobojne i takież państwo nie ze świata rozumu. Czy to może się udać? Jeżeli nie poradzimy sobie z anachronizmem sojuszu „ołtarza i tronu”, to nie poradzimy sobie z wolnością i demokracją, która obecnie szwankuje jak diabli.

Zbieranie podpisów pod petycją potrwa do 20 lutego, po czym projekt ustawy zostanie złożony w Sejmie.

Brudziński kryje intencje Kaczyńskiego

6 Sty

 

Już 9 stycznia dojdzie do spotkania prezesa Jarosława Kaczyńskiego z włoskim wicepremierem Matteo Salvinim, podała kilka dni temu „Rzeczpospolita” powołując się na informacje podane przez „La Repubblica”.

Według doniesień włoskiego dziennika tematem spotkania ma być polityka migracyjna, a także zbliżające się wybory do Parlamentu Euoropejskiego.

Planowana wizyta skrajnie prawicowego polityka włoskiego, znanego ze swych poglądów antyemigracyjnych i zamiarów obalenia europejskiego porządku, spotkała się z krytyką części środowisk.

Odniósł się do niej na Twitterze Joachim Brudziński, szef MSWiA, który odpowiada za zaproszenie włoskiego polityka do Polski.

Polska i Włochy to kraje zewnętrzne Unii Europejskiej. Mamy wiele interesów gospodarczych, kulturalnych, społecznych. Atakowanie Jarosława Kaczyńskiego za to, że spotka się z wicepremierem Włoch jest dla mnie czystą głupotą” – napisał Brudziński..

Waldemar Mystkowski pisze o spotkaniu Kaczyńskiego z Salvinim.

PiS już nie ukryje swoich sympatii politycznych, idei, do których partii Kaczyńskiego coraz bliżej, a tym samym odkrywają się dla pozostałych Polaków zamiary obecnej władzy.

Awansowanie Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji to nie tylko gest w stronę środowiska nacjonalistów, neofaszystów, to pokaz na zewnątrz, a staje się nadto czytelny, gdy docierają informacje, iż wiceminister jest agentem wpływu Kremla, a jego wypowiedzi na temat wschodniego sąsiada nasuwają podejrzenia, iż nie tylko agentem wpływu.

(…)

Co miałoby zastąpić Unię Europejską? Oczywista oczywistość dla Kaczyńskiego, Salviniego, Marine le Pen i innych nacjonalistów, neofaszystów – egoizmy narodowe. A te wielokroć na naszych kontynencie przerabiano z takimi spektakularnymi „finałami”, jak I i II wojny światowe. Od 1945 roku gwarantem, iż do takich hekatomb nie dochodziło, była Unia Europejska. Jak to właściwie ujął szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”.

I za tym optuje prezes PiS – za cmentarzem. Wybitna poetka Ewa Lipska pisze: „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”. Politycy opozycji wszystkich opcji muszą odstawić Kaczyńskiego i jego „złamasów” od rządów, bo zostanie po nas cmentarz.

>>>

Krystyna Pawłowicz dostała zajadów, szczekaniem mając obrzmiałe usta

3 Sty

„6 stycznia ogłosimy projekt dotyczący rozdziału Kościoła od państwa. W Konstytucji jest zapisany rozdział Kościoła od państwa. Doskonale wiemy, że zupełnie nie jest to przestrzegane, dlatego niektóre zapisy trzeba będzie wzmocnić, niektóre trzeba będzie wprowadzić jako nowe rzeczy” – poinformowała w Radiu RMF FM przewodnicząca Inicjatywy Polska Barbara Nowacka. Zapowiedziała zbieranie podpisów pod projektem tej ustawy.

Według Nowackiej, Polacy coraz częściej mówią o rozdziale Kościoła od państwa. – „Społeczeństwo chce uciąć finansowanie Kościoła, chce wyprowadzenia religii ze szkół lub jej niefinansowania. To są coraz głośniejsze postulaty… Rozliczenia przestępstw dokonywanych chociażby przez księży-pedofilii” – argumentowała szefowa Inicjatywy Polska.

Nowacka dodała, że w pracach nad projektem współpracuje z Nowoczesną, która  „też jest bardzo zainteresowana rozdziałem Kościoła od państwa” – stwierdziła Nowacka.

A miała przecież zamilknąć, a przynajmniej się wyciszyć… Jednak Krystyna Pawłowicz po raz kolejny nie wytrzymała. – „To chamstwo lewackie zgłoszę do sejmowej Komisji Etyki” – poinformowała na Twitterze posłanka PiS. Poszło o wpis Joanny Scheuring-Wielgus z Teraz, która tak podsumowała wycofanie projektu pisowskiej ustawy o przemocy domowej: – „To Pan Morawiecki nie wiedział, że taki gniot (zresztą nie pierwszy) wychodzi z Pana Rządu? Pan jest dzbanem czy premierem RP? Powiedzieć wstyd to mało”.

Pawłowicz na tym nie poprzestała. – „Pewnie ta Komisja jej krzywdy nie zrobi, bo lewacy mają w niej większość. 3 do 1 przeciw PiS. Każdy Klub ,są obecnie 4, mają po jednym przedstawicielu w tej całkowicie zbędnej Komisji. Zgłoszę mimo to, by to zachowanie tej chuliganki nagłośnić” – dodała w kolejnym wpisie.

„Szanowna Pani Poseł, mordo moja zdradziecka, jechać po tych lewakach, niech się nauczą kultury. A najlepiej to niech im Pani podręcznik napisze – taki właśnie o kulturze i dobrym wychowaniu, wie Pani, o tym, na czym się Pani tak dobrze zna. Już się nie pozbierają” – kpiąco skomentował wpis Pawłowicz jeden z internautów.

Przypomnijmy  tylko, że słowo „dzban” w plebiscycie Wydawnictwa Naukowego PWN uznane zostało Młodzieżowym Słowem Roku 2018. Stosowane jest przez młodych ludzi na określenie osoby niezbyt inteligentnej, niemiłej, nierozgarniętej.

„Jesteśmy w kraju autorytarnym, bo widać ten moment strachu, widać, co się dzieje z instytucjami, widać w samym PiS-ie i widać poza tym, co się dzieje z instytucjami, z poszczególnymi publicznymi rolami. Ludzie się boją, ci urzędnicy się boją i takie manipulowanie państwem jest oznaką autorytaryzmu” – stwierdziła prof. Jadwiga Staniszkis w TVN24. Dodała, że „widać, że PiS i Kaczyński próbują się cofnąć; widać, że już nie ma takiego rozpędu w niszczeniu państwa”.

Prof. Staniszkis namawia Komisję Europejską na wywieranie ciągłej presji na rząd PiS. – „To jest jedyny czynnik, na jaki PiS jakoś jeszcze reaguje”– powiedziała. Według niej, Polska jest coraz bardziej osamotniona w Europie. – „Zdaniem Zachodu, stajemy się coraz bardziej podobni do Rosji. Ja się z tym zgadzam. I to nawet nie do Rosji współczesnej, ale bolszewickiej” – powiedziała.

Krytycznie podsumowała poczynania Andrzeja Dudy. – Zachowuje się fatalnie, podpisując te ustawy. Jest ignorowany w polityce zagranicznej. Nie sprostał temu zadaniu. Jest ignorowany w polityce międzynarodowej, na Zachodzie, w USA. Gdyby doszło do konkurencji Tusk-Duda, osobiście popierałabym Tuska, bo po prostu jednak on by pewnych rzeczy nie robił, bo już otarł się o Europę, zdaje sobie sprawę, co znaczą rządy prawa,  indywidualizm i szacunek” – stwierdziła Jadwiga Staniszkis.

Projekt pisowskiej ustawy o przemocy domowej został ponoć napisany w fundacji Ordo Iuris.

PiS z hukiem zaczął Nowy Rok, bynajmniej nie fajerwerkami czy też petardami, ale jednym dozwolonym pobiciem w domu. W pisowskiej nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej uznano, że jednorazowy akt agresji jest dopuszczalny. Na tym nie koniec – ustawa dopuszczała naruszenie godności ofiary, ograniczenia jej wolności, szczególnie seksualnej i pozwalała na przemoc psychiczną, znęcanie.

Wcale nie jest to wielka niespodzianka, iż PiS dopuszcza tak rozumiany rejwach w życiu domowym, leży to w filozofii tej partii i wyznawanych wartościach. Mateusz Morawiecki podobno – piszę podobno, bo jednym tweetem – wycofał się z tej ustawy.

Lecz ona zaistniała na papierze, w decyzyjności odpowiedzialnych polityków w rządzie PiS, w świadomości Polek i Polaków żyjących na początku 2019 roku. Projekt tej ustawy został ponoć napisany w sławetnej kościelnej przybudówce, w fundacji Ordo Iuris. Przewędrował przez biurka minister Elżbiety Rafalskiej i Beaty Szydło. Został przez nie klepnięty i czekał swojej procedury parlamentarnej. Z pewnością dostałby błogosławieństwo kleru, bo rodzina jest najważniejsza.

Ta ustawa o przemocy przypomina mi autentyczny dialog, który wieki temu usłyszałem w pociągu. Naprzeciw mnie jechały dwie kobiety, które dzisiaj mogę określić, iż były odpowiednikami pań Szydło i Rafalskiej. Jedna z nich niedawno została wdową i chlipała, jakiego to dobrego pochowała męża. A ta druga miała już dosyć tych wspominek i przypomniała jej, że bił ją i ciągnął za włosy po podwórku. Wdowa się obruszyła na takie dictum: – „A ileż było tego podwórka?”.

PiS w przemocy dopuszcza się wielkości podwórka całkiem sporego. Zostało obcięte  dofinansowanie „Niebieskiej Linii”, prowadzonej przez Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Ministerstwo Sprawiedliwości obcięło dofinansowanie Centrum Praw Kobiet, pomagające ofiarom przemocy, czyli bitym kobietom.

Oczywiście, że Morawiecki przestraszył się, a w zasadzie Jarosław Kaczyński, siły Czarnego Protestu, który szykował się do oprotestowania tej pisowskiej ustawy.  Spointuję niekoniecznie satyrycznie, w konwencji czarnego humoru. Ta ustawa jest nie tylko pisowska, jest wyjęta z mentalności Morawieckiego i jego podwórka rechrystianizacji. W nowelizacji co prawda nie było mowy o paleniu kobiet na stosie, które uznane byłyby za czarownice, lecz to leży w logice podwórka rechrystianizacji Morawieckiego, który gdyby mógł cofnąłby się do tradycji Inkwizycji. Wycofał się, bo obleciał go tchórz.

Obłęd. Pomnik Lecha Kaczyńskiego to moralna podłość

4 List

11 listopada zapowiada się na wielką kompromitację Polski pisowskiej.

„Proponuję wyłączyć Święto Niepodległości spod ustawy o zgromadzeniach. Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski” – pisze b. minister Bartłomiej Sienkiewicz.

Obywatele RP, KOD i Strajk Kobiet będą tego dnia blokować narodowców z Konstytucją w ręku.

Jak obchodzić 11 listopada?

„To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność” – pisze Bartłomiej Sienkiewicz w apelu, który 2 listopada 2018 opublikował na Facebooku. „Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym mieście wojewódzkim, tylko barwy i symbole państwa, żadnych innych. W takim marszu mogą wziąć udział wszyscy – ale organizator, czyli państwo ma pilnować symbolicznego charakteru tego dnia dla wszystkich Polaków” (podkreśl. red.).

Czy to dobry pomysł? Dziś na pewno nierealny. W 2018 roku, tydzień przed 11 listopada, Marszu Niepodległości nie zatrzyma ani inicjatywa ustawodawcza obywateli, ani władze państwowe – nawet gdyby chciały. A zarówno prezydent, jak i partia rządząca planowały coś przeciwnego – maszerować wraz z narodowcami. Pisaliśmy o tym m.in. w tekście „PiS chciał się układać z narodowcami, ale dostał kosza. I stracił gwóźdź programu”.

Co zatem robić 11 listopada? Blokować albo maszerować, ale obok.

Obywatele RP, Strajk Kobiet i KOD organizują blokadę „Konstytucja na 100 – Nacjonalizm Stop„: „Staniemy z Konstytucją przeciw nacjonalistom. To konstytucja stanowi o godności człowieka, zakazie propagowania ustroju totalitarnego, demokratycznym państwie prawa. Stanowi również o tym, że Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli i obywatelek, a nie tylko wybranej grupy »Prawdziwych Polaków«” (start o godz. 14:00, skwer Wisłockiego).

Inny pomysł ma Koalicja Antyfaszystowska: zaprasza na street party – demonstrację „Za wolność waszą i naszą” w rytmach muzyki na trzech platformach (start o godz. 14:00 z Placu Unii Lubelskiej).

 

Minister Sienkiewicz: „Idziemy po was”

Choć to w początkach jego urzędowania jako szefa MSW służby lekceważyły ataki na tle rasistowskim, a wykrywalność przestępstw z art. 257 była na skandalicznie niskim poziomie (3,5 proc.), Bartłomiej Sienkiewicz zapisał się też podjęciem skutecznych działań przeciwko ruchom neonazistowskim.

Sienkiewicz był szefem resortu spraw wewnętrznych i koordynatorem służb specjalnych w drugim rządzie Donalda Tuska w latach 2013-2014. W 2015 wykrywalność przestępstw z art. 257 wzrosła do 19 proc. W 2013 roku, po serii podpaleń mieszkań cudzoziemców w Białymstoku, Sienkiewicz wypowiedział głośne słowa:

„Jedno mogę powiedzieć, jeśli chodzi o środowiska skinheadowskie: idziemy po was”.

Po tej deklaracji priorytetowo potraktowano śledztwo Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku przeciwko „patriotom” powiązanym z ruchem neonazistowskim. Zatrzymano ponad 100 kiboli, postawiono im ok. 200 zarzutów. „Działali w zorganizowanej grupie przestępczej, kierowanej przez: Adama S., pseudonim Staszyn, Tomasza P., ps. Dragon i Sebastiana Ś., ps. Buben i parających się również zwykłą gangsterką: handlem narkotykami, czerpaniem korzyści z prostytucji, wymuszeniami” – relacjonowała „Gazeta Wyborcza Białystok”.

„Bartłomiej Sienkiewicz zrobił coś, co obok słów prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w Jedwabnem było jednym z najodważniejszych publicznych wystąpień polityka w Polsce. To było ważne, bo my wiemy z badań, że takie wypowiedzi idące z centrum władzy tworzą pewną normę. Także normę wpływającą na zachowania urzędników państwowych” – oceniał prof. Michał Bilewicz zajmujący się naukowo uprzedzeniami i członek Rady ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji (Radę powołał m.in. Michał Boni, a rozwiązała premier Beata Szydło).

Bilewicz uważa, że mocny sygnał ze strony Sienkiewicza ułatwił wykrycie wcześniej tuszowanych przestępstw:

„Rozbicie całej tej ośmiornicy białostockiej, w której byli skrajni kibole Jagiellonii i skrajnie prawicowe organizacje, gdzie dochodziło do przestępstw kryminalnych, które były potem tuszowane – to się udało rozbić właśnie dzięki twardemu postawieniu sprawy na szczeblu centralnym”.

Zdaniem samego Sienkiewicza dziś służby nie mogłyby przeprowadzić takiej akcji. Jak pisze w opublikowanej ostatnio książce „Państwo teoretyczne”:

„PiS, który rządzi się zasadą »nie ma wroga na prawicy«, tworzy klimat, w którym

policja i prokuratura dwa razy się zastanowią, nim zaczną zwalczać takich bandytów. Bo istnieje ryzyko, że usłyszą od przełożonych, że to »patriotyczna młodzież«.

I nie chodzi o jakichś nieszczęśników, którzy w głębi lasu obchodzą urodziny Hitlera przy torciku z wafelków w kształcie swastyki, a ich wytropienie jest obwieszczane jako wielki sukces. Chodzi o bezkarność zwykłych bandytów przenikających kluby piłkarskie, współfinansujących piękne oprawy stadionowe, a równocześnie gotowych pobić, a nawet zabić każdego o innym kolorze skóry, by wytrenować i sprawdzić nowe pokolenie gangsterów”.

Rozbicie białostockiej „ośmiornicy” było jednym z najbardziej spektakularnych przykładów skuteczności państwa – o ile współdziała na wszystkich poziomach, od władz centralnych, przez służby i samorząd. Pamiętając o tym, można inaczej interpretować jedną z najsłynniejszych wypowiedzi w polskiej polityce, czyli słowa Bartłomieja Sienkiewicza nagrane w restauracji Sowa i Przyjaciele i ujawnione:

  • „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność”.
  • „chuj, dupa i kamieni kupa” – o rządowym programie Polskie Inwestycje Rozwojowe.

Marsz Niepodległości jest najważniejszy

Marsz Niepodległości korzysta ze szczególnego przywileju, który dała mu Ustawa o zgromadzeniach z 13 grudnia 2016 – jest zgromadzeniem cyklicznym, zarejestrowanym do 2022 roku. Ustawa wprowadziła hierarchię zgromadzeń – najwyżej stoją właśnie wydarzenia cykliczne – mające stałą trasę i datę – i ograniczyła prawo do kontrmanifestacji. Rzecznik Praw Obywatelskich ocenia, że „Nowelizacja radykalnie ograniczyła wolność zgromadzeń”.

Wolność zgromadzeń ograniczył już poprzedni prezydent – Bronisław Komorowski, wprowadził m.in. zakaz dwóch zgromadzeń w tym samym miejscu i czasie, czyli kontrmanifestacji.

Czy zakaz wszelkich manifestacji z wyjątkiem jednej – państwowej – nie byłby również ograniczeniem wolności obywatelskich?


Bartłomiej Sienkiewicz: 11.11: hańba z morałem

Obchody 100-lecia niepodległości Polski, najważniejsze święto państwowe od stu lat, zostało oddane ekstremistom, którzy przy okazji urządzili sobie ogólnoeuropejski zlot „brunatnych” w Warszawie. To hańba dla państwa i wstyd dla rządzących.

Zniszczono najważniejszą rocznicę w ciągu całego wieku istnienia Polski porozbiorowej.

Pełną odpowiedzialność za to ponosi rząd PiS, prezydent Duda i cała ta prawicowa formacja, na co dzień twierdząca, że jest „patriotyczna”, lub nazywająca się „obozem niepodległościowym”. Teraz ten „niepodległy obóz” funduje nam paradę rasistów, ksenofobów i ekstremy z całej Europy jako święto Polski.

Ten sam PiS, kiedy doszedł do władzy znowelizował ustawę o zgromadzeniach, powołując się na konieczność uporządkowania prawa. Tak uporządkowano, by zagwarantować sobie prawo do monopolu „miesięcznic” smoleńskich. Tysiące policjantów, wygrodzona cała Warszawa, wstrzymany ruch – tylko po to, by Jarosław Kaczyński mógł wygłaszać swoje nieśmiertelne zdanie, że „jesteśmy coraz bliżej prawdy o Smoleńsku”. Żeby mógł nadal insynuować, że to nie była katastrofa, a zamach. Ten fundament PiS-owskiej narracji legł w gruzach już dawno po wygłupach Macierewicza i zupełnej kompromitacji „dochodzenia do prawdy”.

Teraz, kiedy jest potrzebne działanie państwa, by ochronić święto Ojczyzny, ten sam PiS tak sprawny w osłanianiu własnych seansów nienawiści i dzielenia Polaków – jest bezradny wobec ekstremistów i oddaje im nasze święto na podstawie tej samej ustawy. Nasze – wszystkich Polaków święto, a nie brunatnych z Serbii czy Włoch.

Tego się już nie odwróci, ten wstyd powinien do PiS przylgnąć na zawsze. Ale to nie znaczy, że nic nie można zrobić. Pora wyłączyć z ustawy o zgromadzeniach święto niepodległości 11 listopada i na mocy spec – ustawy obciążyć obowiązkiem państwo za jego organizację z wykluczeniem innych organizatorów tego dnia. To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność. Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym mieście wojewódzkim, tylko barwy i symbole państwa, żadnych innych. W takim marszu mogą wziąć udział wszyscy – ale organizator czyli państwo ma pilnować symbolicznego charakteru tego dnia dla wszystkich Polaków. To samo powinno dotyczyć innych form organizowania tego święta, bo przecież marsze to nie wszystko.

Dotychczasowe rozwiązania najwyraźniej się nie sprawdzają. Od dawna 11. 11 jest okazją do burd i manifestowania tego co w Polsce najgorsze, a nie najlepsze. Czas na to, byśmy wzięli sprawy we własne ręce. Gotowych do poparcia takiego projektu proszę o podzielenie się tym wpisem i zgłoszenie poparcia. Damy to prawnikom do opracowania i może uda się zrobić to w ramach Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej. Przynajmniej spróbujemy uratować następne święto, jeśli nie udało się uratować tego.

Z kroniki prof. Jana Skórzyńskiego.

Jeszcze w ubiegłą sobotę prezydent Andrzej Duda chciał, by politycy i zwolennicy różnych partii poszli razem z nim w Marszu Niepodległości. „To kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa”. W poniedziałek jego rzecznik ogłosił, że prezydent nie weźmie udziału w marszu, na który innych zapraszał. Powody: wypełniony kalendarz i nieudane rokowania z narodowcami

Premier Mateusz Morawiecki musiał po raz kolejny wycofywać się w trybie wyborczym z podanych wcześniej nieprawdziwych, negatywnych informacji o konkurentach politycznych partii rządzącej.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz przekazał do Trybunału Konstytucyjnego opinię swego resortu, w której wskazywał, że wniosek Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry o stwierdzenie niezgodności traktatu europejskiego z konstytucją jest bezzasadny. W dzień po upublicznieniu tego dokumentu i krytyce stanowiska MSZ przez rzeczniczkę PiS Czaputowicz oświadczył, że w pełni popiera wniosek Prokuratora Generalnego do TK.

Komendant Służby Ochrony Państwa generał Tomasz Miłkowski zapytany, dlaczego tak często zdarzają się kolizje z udziałem chronionych osób, stwierdził, że ruch drogowy tak czasami wygląda. Generał Andrzej Pawlikowski, mianowany szefem BOR przez rząd PiS, wyraził wątpliwość czy ochrona najważniejszych osób w państwie jest obecnie skuteczna.

Sobota 27 października. Duda: chciałbym, żebyśmy razem poszli w marszu niepodległości

Prezydent Andrzej Duda powiedział w wywiadzie opublikowanym w „Rzeczpospolitej”: „Chciałbym, żebyśmy razem poszli w marszu niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem. Można się nie gryźć. […] Jeśli opozycja uważa, że nie może być razem z innymi choćby przy części uroczystości 11 listopada, to jest mi ogromnie przykro”.

A co Pan zrobi, by tak to nie wyglądało 11 listopada? – zapytał dziennikarz. „A może Pan ma jakąś konkretną propozycję? – odparł prezydent. – Jeżdżę pod pomniki ojców niepodległości w całej Polsce i ściskam ręce wszystkich. Cóż więcej trzeba? Mam włożyć wór pokutny? Ja tego od nich nie oczekuję. Oczekuję, że staną ze mną normalnie, jak Polak z Polakiem. Odpowiedzmy sobie razem na pytanie: czy ważne jest to, by Polska była niepodległym i suwerennym państwem?”.

Pytany o zawieszenie ustawy o Sądzie Najwyższym przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej Duda powiedział: „Dziwi mnie ta sytuacja. Postanowienie zostało wydane w składzie jednoosobowym jeszcze przed przedstawieniem przez Polskę uwag w ramach postępowania w przedmiocie środków tymczasowych. Takie działanie Trybunału może budzić zatem wątpliwość w kontekście prawa do sądu Rzeczypospolitej Polskiej przeciwko Komisji Europejskiej przed TSUE. Przeczy to znanej jeszcze z czasów rzymskich zasadzie, iż przed wydaniem rozstrzygnięcia należy wysłuchać wszystkich stron”.

Niedziela 28 października. Duda: Na emeryturę idą sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym

Prezydent Andrzej Duda w wywiadzie dla niemieckiego „Bild am Sonntag” bronił zmian w sądownictwie dokonywanych przez PiS, mówiąc, że „potrzebna jest zmiana pokoleniowa w środowisku sędziowskim. Część sędziów wydawała wyroki jeszcze w czasach komunistycznych represji.

Wskutek wprowadzonych przez nas przepisów sędziowie, którzy orzekali w czasie stanu wojennego, przechodzą na emeryturę. Trzydzieści lat po demokratycznych przemianach w Polsce, najwyższy na to czas”.

Poniedziałek 29 października. Duda nie weźmie udziału w Marszu Niepodległości

Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski poinformował, że Andrzej Duda nie weźmie udziału w marszu. „11 listopada prezydent od rana do późnej nocy bierze udział w różnego rodzaju uroczystościach państwowych i to jest powód, dla którego nie będzie uczestniczył w Marszu. Tych uroczystości jest bardzo dużo, kalendarz zdecydował” – powiedział w RMF FM Spychalski.

Tego samego dnia w Polsat News rzecznik Dudy stwierdził, że powodem wycofania się prezydenta z udziału w Marszu Niepodległości organizowanym przez środowiska nacjonalistyczne jest także niepowodzenie rozmów, jakie toczyły się pomiędzy organizatorami marszu a Kancelarią Prezydenta i kancelarią Senatu.

„Podczas tych rozmów jednym z naszych najważniejszych warunków, właściwie próśb ze strony […] pana prezydenta, było to, żebyśmy wystąpili wszyscy pod jednymi barwami, pod biało-czerwoną flagą, żebyśmy mieli ze sobą tylko biało-czerwone flagi, żadnych innych. I tutaj […] stowarzyszenie [organizujące marsz] nie było w stanie zapewnić, że inne rzeczy się nie pojawią na marszu, co też, nie ukrywam, miało ogromne znaczenie dla takiej, a nie innej decyzji”.

Wtorek 30 października. Morawiecki: podane przez mnie informacje były nieprawdziwe

Premier Mateusz Morawiecki przegrał w trybie wyborczym proces z prezydentem Krakowa Jackiem Majchrowskim, który zarzucił mu kłamstwo. Podczas konwencji wyborczej PiS w Krakowie Morawiecki powiedział: „Poprzednicy, w tym ci, którzy rządzili tym miastem, nie zrobili [w sprawie ochrony powietrza] nic lub prawie nic”.

Wykonując wyrok sądu premier opublikował we środę w trzech gazetach sprostowanie: „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 14 października 2018 r. podczas spotkania wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Krakowie o braku działań prezydenta Miasta Krakowa Jacka Majchrowskiego na rzecz poprawy jakości powietrza w Krakowie – Mateusz Morawiecki, Prezes Rady Ministrów”.

Sprostowanie podały również Polsat News i TVP Info.

Wtorek 30 października. Ruch drogowy czasem tak wygląda

Komendant Służby Ochrony Państwa generał Tomasz Miłkowski przyznał w TVN24, że wypadki z udziałem chronionych osób zdarzają się „pewnie” za często. Zapytany, dlaczego tak się zdarza, stwierdził, że „tak ruch drogowy czasami wygląda”.

Miłkowski powiedział, że kierowca samochodu ochrony wicepremier Beaty Szydło służył od dwóch lat w SOP, a wcześniej przez pięć lat jeździł jako kierowca zawodowy w prywatnej firmie. Jego zdaniem to doświadczenie wystarczające.

Jak podała „Rzeczpospolita”, kierowca ten ma 26 lat i nie jest funkcjonariuszem służby stałej w SOP. Od czasu powstania SOP (która zastąpiła BOR) w lutym 2018 roku doszło do 14 zdarzeń drogowych z udziałem samochodów rządowych.

Wtorek 30 października. Czaputowicz krytykuje wniosek Ziobry

Jak ujawniło OKO.press, MSZ 12 października zaopiniowało krytycznie wniosek Prokuratora Generalnego i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro do Trybunału Konstytucyjnego, w którym poprosił prezesa TK Julię Przyłębską o zbadanie konstytucyjności zapisów Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Ze stanowiska przesłanego do TK przez resort spraw zagranicznych wynika jasno, że Trybunał Konstytucyjny badał już zgodność traktatu europejskiego z Konstytucją RP w 2005 roku i nie miał zastrzeżeń.

W dokumencie podpisanym przez ministra Jacka Czaputowicza uznaje się też zasadność zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przez sądy krajowe członków UE. Zdaniem MSZ, z pytaniem prejudycjalnym do TSUE mogą się zwracać polskie sądy powszechne, Sąd Najwyższy, sądy administracyjne czy Trybunał Konstytucyjny.

„W związku z tym, że sądy krajowe stosując prawo unijne są zobowiązane wykładać je w sposób autonomiczny, instytucja odesłania prejudycjalnego zapewnia jednolite stosowanie norm prawa UE i pozwala, jeśli nie wyeliminować, to z pewnością ograniczyć ryzyko rozbieżnej wykładni i w konsekwencji stosowania tych samych norm prawa UE w poszczególnych państwach członkowskich w odmienny sposób” – stwierdza w swojej opinii MSZ, cytowane przez OKO.press.

Środa 31 października. Stanowisko Ziobry stanowiskiem PiS

Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek napisała na Twitterze, że stanowisko Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry wyrażone we wniosku do Trybunału Konstytucyjnego jest zgodne ze stanowiskiem partii rządzącej.

„Informuję, że wyrażone we wniosku do TK stanowisko Prokuratora Generalnego jest zgodne ze stanowiskiem PiS. Ze zdziwieniem przyjmujemy informację, iż dokument przekazany do TK przez MSZ nie uwzględnia orzeczenia TK z 2010 roku, w którym trybunał potwierdził, że traktat może być przedmiotem badania” – oświadczyła Mazurek.

 Środa 31 października. Nie tylko prawo, ale obowiązek

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik powiedział w TVP, że „jest bardzo zaskoczony stanowiskiem MSZ”. „Prokurator Generalny jest rzecznikiem interesu publicznego, stoi na straży praworządności. To oznacza, że kiedy jest stosowana pewna praktyka przez sądy, która budzi bardzo daleko idące wątpliwości, chodzi o składanie pytań prejudycjalnych dotyczących konkretnie ustroju wymiaru sprawiedliwości, to Prokurator Generalny nie tylko ma prawo, ale ma obowiązek sprawdzić, czy czasem w tym zakresie nie narusza to polskiej konstytucji” – mówił zastępca Zbigniewa Ziobry.

Środa 31 października. Czaputowicz w pełni popiera wniosek Ziobry

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz oświadczył, że popie‎ra wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie za niezgodne z polską konstytucją postanowienie Traktatu o Funkcjonowaniu UE umożliwiające występowanie przez polskie sądy z pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału Sprawiedliwości w sprawach dotyczących sądownictwa.

„Polski Trybunał Konstytucyjny ma pełne prawo oceniać konstytucyjność poszczególnych elementów traktatów europejskich i ich stosowania w praktyce” – uznał Czaputowicz.

Odnosząc się do krytycznej wobec wniosku Ziobry opinii swego resortu, ujawnionej we wtorek, szef MSZ stwierdził, że „rolą MSZ w postępowaniu przed TK nie jest proponowanie konkretnego rozstrzygnięcia, ale przedstawienie informacji, które mogą ułatwić takie rozstrzygnięcie Trybunałowi Konstytucyjnemu. Stanowisko MSZ ma więc charakter informacyjny i ekspercki”.

Dokument nie zawiera konkluzji ani wniosków, jakie sugerują niektóre media. Dokument nie kwestionuje w szczególności dopuszczalności wniosku złożonego przez Prokuratora Generalnego i nie polemizuje z tezami zawartymi w tym wniosku. W pełni popieram wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego” – ogłosił szef MSZ.

Środa 31 października. Premier: nie ma żadnych rozbieżności w rządzie

„Nie ma żadnej rozbieżności pomiędzy ministrem sprawiedliwości i ministrem spraw zagranicznych co do interpretacji możliwości kierowania zapytań o decyzję do naszego TK w zakresie poszczególnych przepisów Traktatu o UE” – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas spotkania w Dąbrowie Górniczej.

Szef rządu, cytowany przez portal wPolityce.pl stwierdził: „Jest rzeczą bezsporną, że minister spraw zagranicznych, zgodnie zresztą ze swoim oświadczeniem, absolutnie przyznaje tutaj rację, że jest możliwość kierowania do TK tego typu zapytań, wątpliwości, co do interpretacji stosowania prawa w poszczególnych przypadkach”.

Środa 31 listopada. Kaczyński: nie musimy przyjmować europejskich chorób

Jarosław Kaczyński powiedział na spotkaniu wyborczym w Chełmie, że „idziemy do przodu by Polska stała się państwem europejskim w całym tego słowa znaczeniu, bo my nie musimy przyjmować europejskich chorób”.

Środa 31 października. „Panorama” bez szefowej

Szefowa „Panoramy” w TVP 2 Aneta Kołodziej zrezygnowała – podał portal Wirtualne Media. Swoją funkcję sprawowała od lipca 2016 roku. Jest to kolejna zmiana w kierownictwie programów informacyjnych TVP. 25 października odszedł szef „Teleexpressu” Piotr Kudzia.

Czwartek 1 listopada. Niezapowiedziana wizyta w Nowym Sączu

Na trzy dni przed drugą turą wyborów samorządowych prezydent Andrzej Duda złożył niezapowiedzianą wizytę w Nowym Sączu. Prezydent udzielił poparcia kandydatce PiS na prezydenta miasta Iwonie Mularczyk – poinformował portal sadeczanin.info.

Duda był m.in. pod pomnikiem legionistów oraz na cmentarzu, gdzie towarzyszyła mu kandydatka Prawa i Sprawiedliwości na urząd prezydenta Nowego Sącza. Iwona Mularczyk była wraz z rodziną (mężem kandydatki jest poseł PiS Arkadiusz Mularczyk). Prezydent złożył też kwiaty pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego.

Portalowi sądeczanin.info prezydent powiedział, że jego wizyta ma charakter nieoficjalny. Przyznał, że można ją traktować jako rodzaj przypieczętowania kampanii wyborczej Mularczyk. „Jestem w końcu synem tej ziemi, a pani Iwona Mularczyk i pan poseł są moimi serdecznymi przyjaciółmi od wielu lat” – podkreślił Duda.

Piątek 2 listopada. Prezydent wspiera mentalnie

Rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, przekonywał w „Rzeczpospolitej”, że prezydent Andrzej Duda nie angażuje się w kampanię samorządową. Wszelako, stwierdził, „zupełnie naturalnym jest, że pan prezydent ma przyjaciół, ma znajomych i z nimi rozmawia. No tutaj, naprawdę, proszę nie doszukiwać się jakichś wielkich sensacji”.

Zapytany o to, co prezydent robił w Nowym Sączu na cmentarzu u boku kandydatki PiS na prezydenta miasta Iwony Mularczyk, powtórzył: „Tak jak mówiłem, to że pan prezydent ma znajomych, ma przyjaciół. Nie od dziś wiadomo, że z panem posłem Mularczykiem, z żoną pana posła, znają się od wielu, wielu lat, jeszcze z czasów, kiedy pan prezydent nawet w polityce nie był. A więc to, że się przyjaźnią, jest zupełnie naturalne”.

Dopytywany czy prezydent ma na cmentarzu bliskich, Spychalski powiedział: „No, wie pan. Pan prezydent, a właściwie żona pana prezydenta, pochodzi z okolic Starego Sącza, więc no, to są takie tereny, które są panu prezydentowi doskonale znane”.

Czy robienie kampanii na cmentarzu jest moralne? – indagował dziennikarz.

Rzecznik stwierdził: „Ale to są pana słowa, moim zdaniem zupełnie nieuprawnione. Pan prezydent, tak jak powiedziałem, odwiedził cmentarz. No to, że były media, nie wiem, ja ich… ja mediów nie zapraszałem. Więc, no naprawdę, ciężko mi…”.

Czy zatem zaprzecza Pan, że prezydent wspierał kandydatkę PiS na prezydenta Nowego Sącza? – nie ustępował dziennikarz. „Pan prezydent oczywiście zna kandydatkę na prezydenta Nowego Sącza” – tłumaczył Spychalski. „I wspiera ją, tak bardziej mentalnie”.

Piątek 2 listopada. PiS zmaga się z atakami zagranicznego kapitału

Posłanka Joanna Lichocka w Polskim Radiu 24 w odniesieniu do sprawy nagrań Mateusza Morawieckiego, które ujawniono przed kampanią samorządową, stwierdziła, że „kapitał ma narodowość i było widać, że niemieckie media działające w Polsce zaangażowały się w kampanię samorządową. Widać, że było to zaangażowanie dziennikarzy portalu Onet.pl, by z tej starej taśmy z nagraniem Mateusza Morawieckiego wydobyć sformułowania, które miałyby go skompromitować”.

Zdaniem Lichockiej, PiS zmaga się od lat z atakami mediów z zagranicznym kapitałem w Polsce. „PiS po raz czwarty wygrywa wybory pomimo tego mechanizmu medialnego. Trzeba to głośno mówić i powtarzać, by Polacy wiedzieli z jakim produktem mają do czynienia. Mamy do czynienia z zaangażowaniem ogromnych środków w system medialny w Polsce, które są środkami zagranicznymi, nie polskimi”.

Piątek 2 listopada. Pawlikowski: prezydent Polski nie jest dobrze chroniony

Były szef Biura Ochrony Rządu w latach 2006-2007 i 2016-2017 generał Andrzej Pawlikowski, stwierdził w Polskim Radiu 24, że ma wątpliwości czy ochrona najważniejszych osób w państwie jest skuteczna. „Strach przed przyszłością powoduje to, że odchodzą naprawdę bardzo doświadczeni funkcjonariusze. Powstaje przestrzeń, pustka”. Czy najważniejsze osoby w naszym kraju są bezpieczne? – zapytał dziennikarz. „[…] Słuchając wczoraj rozmowy z gen. Miłkowskim mam pewne wątpliwości w tym zakresie” – odparł Pawlikowski. Dziennikarz: czy mówi pan, że prezydent Polski nie jest bezpieczny? Pawlikowski: „Tak. Słuchając wypowiedzi gen. Miłkowskiego w TVN24 z każdą minutą byłem coraz bardziej przerażony i zacząłem mieć wątpliwości czy ta ochrona tak naprawdę jest skuteczna”.

Były szef BOR stwierdził, że „pan komendant [Miłkowski] pościągał przecież swoich kolegów z okolic różnych posterunków powiatowych. […] W tej chwili naprawdę mamy problem, bo odeszło, odchodzą i wiem, że ma odejść wielu doświadczonych kierowców. Z informacji, które do mnie docierają wynika, że system szkoleń zupełnie leży. Dużym problemem jest, że do najważniejszych osób w państwie są przydzielane osoby z kilkumiesięcznym czy maksymalnie dwuletnim doświadczeniem. Tymczasem, żeby do takiego VIP-a dostać angaż, potrzeba 4-, 5 lat szkolenia”.

Piątek 2 listopada. Morawiecki: rola Polski w Unii umacnia się

Premier Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla portalu tvp.info powiedział, „My naszą pozycję w Unii Europejskiej teraz umacniamy, bo Unia Europejska jest unią twardej gry interesów krajów członkowskich. My nie uważamy, tak jak nasi poprzednicy, że poklepywanie po plecach i ustępowanie wszystkim to jest realizacja interesów Polski. Wiadomo, ta »brzydka panna na wydaniu«, takie nieładne słowa jednego z członków Platformy Obywatelskiej, bardzo wysoko zresztą postawionych swojego czasu w ich hierarchii”.

„Rola Polski w Unii Europejskiej umacnia się – przekonywał. – Jesteśmy realnie coraz silniejszym partnerem zarówno ze względu na swoją siłę gospodarczą, jak i nasze ogromne sukcesy w uszczelnianiu systemu podatkowego. To zostało tam zauważone na bardzo wielu forach. Odzyskaliśmy też w polityce zagranicznej naszą wewnętrzną sterowność – to od nas zależą kierunki polityki zagranicznej. Nie jesteśmy łódeczką przywiązaną do wielkich możnych tego świata, tylko kierując się interesami polskimi i rozumiejąc realia geopolityki, prowadzimy politykę polską, polską politykę zagraniczną w najlepszym polskim interesie”.

Premier oświadczył, że program PiS „można streścić w czterech słowach: rodzina, praca, płaca i mieszkanie”.

>>>

Fragment ostatniego felietonu Waldemara Mystkowskiego.

Wszystko można pogodzić w ramach demokratycznych struktur – od ideowych lewicy do liberalizmu. Zagrożenia zawsze przychodzą ze strony prawicy. W Polsce jest to regułą – tak było w okresie międzywojennym, tak jest i teraz.

Nareszcie opozycja zebrała się w sobie i po raz pierwszy liderzy sześciu stronnictw opozycyjnych na wspólnej konferencji zapowiedzieli współpracę w samorządach, a są to: Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. A więc niemal wszyscy są przeciw PiS.

Nareszcie! Po samorządach przyjdzie czas na wybory do Parlamentu Europejskiego, które mogą być najciekawszym poligonem współpracy opozycji, a następnie do Sejmu i Senatu. Metoda D’Hondta premiuje największych, a opozycja jest 2-krotnie większa niż PiS w swoim najlepszym okresie. Dopiero przegrane PiS można rozliczyć – za dewastację mediów publicznych, niezależności sądownictwa, za demolkę demokracji i prestiżu Polski.

Więcej >>>

Czy Kaczyński szurnie Ziobrą?

3 List

Jarosław Kaczyński jest dziś jak ten stary lew, który nikomu już nie zagraża, lecz jeszcze ryczy. Młode lwy czekają przyczajone – żadnemu nie chce się skakać byłemu samcowi alfa do gardła, bo po co ryzykować zranienie, skoro można poczekać? Młode podchodzą bliżej i bliżej, zaczepiają samice, znaczą terytorium. A stary tylko ogonem macha i grzywą potrząsa.

Wybory samorządowe poszły fatalnie, a druga tura nie zapowiada się lepiej. Miało być eldorado, ostateczne przejęcie kraju, a wyszło, że nawet połowy władzy w terenie nie będzie. Biedny Kaczyński stał się zakładnikiem partii, która jak kukłę obwozi go po kraju, choć ten za wszelką cenę chciałby tego uniknąć. Błazeństwa z wbijaniem palików na plaży i inne tam „konwencje” po małych miasteczkach to dowód na to, że najbliższe otoczenie Kaczyńskiego może już nim sterować i go dręczyć.

Słabnięcie Kaczyńskiego zaczęło się, gdy przez całe miesiące nie był w stanie pozbyć się coraz bardziej oszalałego Macierewicza, w dodatku podzielając jedno z tych szaleństw, jakim było perwersyjne odgrywanie komedii polegającej na udawaniu wiary w zamach smoleński. Kaczyński zagubił się w tym tak dalece, że z lęku przed własną obłudą i znieważaniem pamięci ofiar sam zaczął bodajże wierzyć w zamach. A w polityce ten, kto traci rozsądek i poczucie rzeczywistości, w końcu traci władzę.

Potem przyszła afera z nagrodami dla rządu. Kaczyński kazał je oddać – jedni posłuchali, inni nie. Ta niesubordynacja nadszarpnęła autorytet wodza – potem już nic nie było tak samo.

A dalej był szpital – po wyjściu z niego Kaczyński już nie odzyskał pełni władzy w partii, która zaczęła się rozłazić. I oto doszliśmy do kluczowego momentu, w którym Kaczyński musi stoczyć walkę ze swoim największym wewnętrznym wrogiem. Jeśli się od niej uchyli albo ją przegra, to już po nim – nie będzie już kontrolował ani resortów, ani spółek, ani list.

Chodzi rzecz jasna o walkę ze Zbigniewem Ziobrą, który rzuca Kaczyńskiemu harde wyzwanie. Najpierw, razem z Jakim, dokonał sabotażu z nieszczęsną nowelą ustawy o IPN zakazującą mówienia o udziale Polaków w mordowaniu Żydów, sprowadzając tym samym na Polskę i samego Kaczyńskiego najcięższe upokorzenie. Po raz pierwszy obce państwa, z Izraelem włącznie, wprost zaingerowały w polski porządek prawny. Antysemici mają wreszcie to, czego tak pragnęli: Żydzi nimi rządzą! A dewastacja wizerunku państwa polskiego i prestiżu Polski w świecie jest prawdziwą tragedią dyplomatyczną, której skutki będą ciągnąć się przez wiele lat po upadku reżimu.

Teraz znowu Ziobro zaatakował Unię Europejską, otwarcie podważając prerogatywę Trybunału Sprawiedliwości UE oraz prawo Sądu Najwyższego do kierowania doń pytań dotyczących interpretacji traktatów europejskich. Zapachniało polexitem. I znów Kaczyński musi gasić pożar – ale co się spali, to się spali. Akcja Ziobry, obliczona na upokorzenie Kaczyńskiego, będzie kosztować Polskę ładnych parę miliardów euro. Nikt już z nami cackać się nie będzie. A już na pewno nie Macron ani następca Merkel.

Jeśli Kaczyński chce zachować władzę i autorytet w partii, musi wyrzucić Ziobrę – jako wroga, buntownika i sabotażystę. Musi, ale czy może?

Dawno by już to zrobił, gdyby sprawa była prosta. Dlaczego Kaczyński przygląda się bezradnie, jak Ziobro przejmuje prokuratury i sądy, wsadzając wszędzie swoich ludzi, którzy wszak są właśnie jego ludźmi, a nie ludźmi PiS i Kaczyńskiego? Odpowiedź może być tylko jedna (chyba że znacie inną): Ziobro ma już tyle haków na Kaczyńskiego, PC i PiS, że Kaczyński musi się go po prostu bać. Obrośnięta biznesowo-korupcyjnymi układami partia, poczęta z nieetycznych uwłaszczeń na państwowym majątku i mediach, jest z pewnością kopalnią diamentów pozamykanych w teczkach, do których Ziobro ma pełny dostęp. Kaczyński zapewne nawet nie wie, co Ziobro na niego ma. Wie natomiast, że w razie wyrzucenia z posady były delfin nie zawaha się użyć całego arsenału. Taka jak nie zawahają się użyć swoich nagrań dysponenci taśm.

Hakownie, taśmy, teczki – wszystko, co tak wesoło i niefrasobliwie, pod dyktando KGB i z pomocą paru szemranych typów chłopcy z PiS i okolic sobie sprokurowali, teraz zwróci się przeciwko nim. I żadnej kontroli nad tym procesem Kaczyński nie ma. Teczki w jego własnym archiwum są zapewne jak pamiątki z przedszkola z porównaniu z tym, co mają Ziobro, Ruscy i rozmaita gangsterka. Polityka w stylu Kaczyńskiego to przy tym czysta dziecinada. No i jest jeszcze Kościół, z którym Ziobro trzyma, i to z wzajemnością. Na biskupów teczek jest pewnie co niemiara, a do tego audio i wideo, bo jest wszak postęp w domu i zagrodzie. Dopóki Ziobro z Kamińskim rządzą, biskupi i Rydzyk czują się bezpieczni. I Kaczyński wie, że posunięcie Ziobry kosztować go będzie starcie z Rydzykiem. I nie chodzi tu bynajmniej o wyłączenie tuby propagandowej w jego mediach, lecz o poważny konflikt, w którym mogą polecieć haki. Za Ziobrę Kaczyński nie będzie mógł zapłacić Rydzykowi parudziesięciu baniek – jak za Szyszkę. To nie ten kaliber.

A jednak Kaczyński musi… Żeby tego dokonać i jakoś przetrwać, musi sprzymierzyć się z Morawieckim, Dudą i pewnie jeszcze z paroma innymi. Ale potraktowanie po partnersku swoich pionków to również będzie oznaka słabości. A jednak chyba na to pójdzie. Bo dla Kaczyńskiego już nie władza jest najważniejsza – większej już nie będzie, a i ta się powoli kończy. Teraz musi pracować na swoją legendę, czyli na konsens w partii, że po jego odejściu zapanuje kult braci Kaczyńskich jako ojców założycieli. I ten cel jest do osiągnięcia – pod warunkiem że partia nie znajdzie się w rękach najbardziej cynicznych i zdeprawowanych cwaniaków, gotowych wyrzucić Kaczyńskich na śmietnik.

Napis „Konstytucja” uważa się za antypaństwowy, a w 1918 roku miliony Polaków marzyły o momencie, gdy własny Sejm uchwali własną konstytucję. Nie da się zbudować wspólnego święta, kiedy przez 365 dni w roku od 3 lat tej wspólnotowości się odmawia i jedna z partii zawłaszcza kraj. To jak w patologicznej rodzinie, gdzie na co dzień jest przemoc i nagle jeden dzień w roku wszyscy mają się trzymać za ręce i uśmiechać, mówić, że się kochają przez te sińce i rany – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Nadzieja prezydenta, że on ucywilizuje ten marsz, była założeniem absurdalnym. Równie dobrze prezydent może się udać do lasu i namawiać wilki, żeby zaczęły odżywiać się trawą. Moim zdaniem jesteśmy w obliczu konfuzji, że najwyższe władze państwowe w organizacji tego wyjątkowego święta się nie sprawdzą. Cała nadzieja w społeczeństwie, zresztą tak samo jak przed 100 laty. To miliony Polaków w obliczu rozpadania się dotychczasowego ładu międzynarodowego, będącego grobem Polski, wzięły władzę w swoje ręce. Polska zaczęła powstawać w setkach miast, w tysiącach wsi.

JUSTYNA KOĆ: Myślałam, że zaczniemy od historii wydarzeń sprzed 100 lat, ale muszę spytać o dziwne zachowanie prezydenta, który najpierw zaprasza na marsz narodowców, a potem sam ogłasza, że nie weźmie w nim udziału. O co tu chodzi?

Prof. TOMASZ NAŁĘCZ: Myślę, że warto zacząć od jeszcze bardziej generalnej uwagi na temat tych przygotowywanych obchodów. Rządzące PiS-owskie władze od początku nie miały formuły odpowiadającej powadze i godności tego święta. Najlepszym tego świadectwem jest to, że w 100-lecie niepodległości wypadałoby, aby uhonorować tych, którzy byli zasłużeni w tej materii. Tymczasem

głównym wydarzeniem będzie odsłonięcie na placu Józefa Piłsudskiego pomnika Lecha Kaczyńskiego. Józef Piłsudski będzie nadal stał na przylegającej do placu bocznej uliczce i – jak przez łzy sobie żartują warszawiacy – nadal będzie pilnował zlokalizowanego tam parkingu. To moim zdaniem pokazuje najlepiej stosunek PiS-u do tego święta. Uczynić z niego partyjną fetę, raz jeszcze wykorzystać coś, co powinno być własnością całego narodu, w służbie partii. Wszystkie te ruchy, także prezydenta, są tego pochodną.

Prezydent nie stanął na wysokości zadania?
Oczywiście głównym winowajcą jest ten, w którego ręku spoczywa władza w Polsce, czyli czynnik ulokowany zupełnie poza ładem konstytucyjnym – Jarosław Kaczyński. Przed narodem jest jednak ogromna odpowiedzialność prezydenta Dudy. Przypomnę, że konstytucyjnym obowiązkiem prezydenta jest być prezydentem wszystkich obywateli. Obchodzenie tak ważnych wydarzeń z historii narodowej jest właśnie momentem, kiedy ten element łączący wszystkich Polaków, ponad normalnymi w społeczeństwie różnicami, winien być szczególnie widoczny.

Prezydent takiej strategii nie realizował, bo od początku swojego urzędowania nie jest prezydentem wszystkich Polaków, tylko jednej partii. Zresztą sam tego nie ukrywa. Wiele jest takich posunięć, które wskazują, że tak właśnie postrzega także obchody niepodległości.

Specjalna ustawa sejmowa to prezydenta uczyniła organizatorem tych obchodów. Na mocy tej ustawy został też powołany komitet obchodów 100-lecia niepodległości. Wydawałoby się, że skoro okoliczności są tak wyjątkowe, to do tego komitetu zostaną zaproszeni nie tylko politycy partii rządzącej, ale też byli prezydenci RP. Oni wszyscy mieli mandat od całego społeczeństwa, aby przez pięć, a Aleksander Kwaśniewski przed dziesięć lat, je reprezentować. Naturalnym odruchem powinno być zaproszenie do komitetu byłych prezydentów, skoro mamy 100. rocznicę odzyskania niepodległości.

Tymczasem komitet został obsadzony przez PiS-owskich dygnitarzy. Jako pewne alibi próbowano dołączyć kilka osób z opozycji, część z nich zresztą odmówiła, nie chcąc być zasłoną dymną dla zawłaszczania przez PiS tego święta.

Skończyło się na zaproszeniu na marsz narodowców…
Wydawałoby się, że w 100-lecie niepodległości to prezydent powinien być organizatorem marszu, skoro takowy ma się odbyć, marszu dla wszystkich Polaków. Taką ideę realizował Bronisław Komorowski, co przypominam nie dlatego, że z nim pracowałem, tylko dlatego, że to idea najlepiej oddająca wspólnotowy charakter tego święta.

Tak się bowiem historycznie złożyło, że przy najważniejszym szlaku komunikacyjno-historycznym w Warszawie, Trakcie Królewskim, są ulokowane pomniki większości polityków, których nazywamy ojcami założycielami II RP. Jest pomnik Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Wincentego Witosa, Ignacego Paderewskiego, ba, ma być w listopadzie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego, bo do tej pory brakowało tej postaci, tak symbolicznej dla polskiej lewicy niepodległościowej, niesłychanie zasłużonej dla odbudowania naszego państwa. Aż się prosiło, aby prezydent zorganizował taki marsz.

Nawet jeśli nie chce kontynuować tradycji poprzednika, to mógłby go jakoś inaczej nazwać. W takim marszu ludzie różnych przekonań mogliby przejść przez Warszawę i pokłonić się tym, którzy byli wówczas w różnych miejscach sceny politycznej, których zgodnym wysiłkiem zostało odbudowane własne państwo. Mottem tych obchodów powinno być właśnie łączenie Polaków, tak jak przed 100 laty. Wówczas, mimo bardzo ostrych podziałów, potrafili połączyć się w budowaniu państwa, bo rozumieli, że albo się zjednoczą i zbudują państwo, albo będą ze sobą rywalizować politycznie i zmarnują ten wyjątkowy moment.

Ten duch powinien być odbudowany i to nie tylko pustym wezwaniem „bądźmy razem”, tylko w całych obchodach. Tymczasem prezydent z pustymi rękami próbował się podczepić pod cudzą inicjatywę, która nie ma nic wspólnotowego.

Prezydent nie zrobi też sam nic spektakularnego: złoży kwiaty pod pomnikiem, weźmie udział w mszy, w południe przed Grobem Nieznanego Żołnierza weźmie udział w uroczystościach, jak co roku. Warszawiakom zostaje chyba tylko ten nieszczęsny marsz?
Od kilku ładnych lat jest to marsz skrajnych sił politycznych w Polsce, nawet nie ruchu narodowego, tylko jego skrajnych organizacji.

Jak chcemy honorować II RP, to wpisywanie się w marsz organizacji, które były w niej zdelegalizowane jako zagrażające porządkowi państwowemu, jest samo w sobie pikantne.

A już nadzieja prezydenta, że on ucywilizuje ten marsz i namówi narodowców, żeby nie występowali pod swoimi partyjnymi flagami i nie głosili swoich haseł nacjonalistycznych, było założeniem absurdalnym. Równie dobrze prezydent może się udać do lasu i namawiać wilki, żeby zaczęły odżywiać się trawą.

Moim zdaniem jesteśmy w obliczu konfuzji, że najwyższe władze państwowe w organizacji tego wyjątkowego święta się nie sprawdzą. Cała nadzieja w społeczeństwie, zresztą tak samo jak przed 100 laty. To miliony Polaków w obliczu rozpadania się dotychczasowego ładu międzynarodowego, będącego grobem Polski, wzięły władzę w swoje ręce. Polska zaczęła powstawać w setkach miast, w tysiącach wsi.

Uznajemy datę 11 listopada jako symboliczną rocznicę odzyskania niepodległości, ale to był proces, który zaczął się wcześniej.
Oczywiście i zresztą to jest kolejny zarzut, który ja formułuję pod adresem prezydenta Dudy, że w tych jego mgławicowych, niezbornych propozycjach nie ma w ogóle takiej formuły, która by oddała ten obywatelski wysiłek i go uhonorowała. Żaby to zrobić,

nie można świętować jednego dnia na centralnym placu Warszawy, dodając jeszcze Polakom dzień wolny po tym święcie. Zresztą każdy rozsądny człowiek wie, że jest to próba przekupienia wyborców. Tak w historii próbowali przekupywać Polaków tylko najgłupsi. Mądrzy odwoływali się do ich wyższych uczuć, patriotyzmu, gotowości do poświęceń.

Dziś, aby uczcić 100-lecie niepodległości, prezydent powinien pielgrzymować po Polsce, tak jak przetaczała się fala wolności. 11 listopada niewiele się wydarzyło, wolność przychodziła do Polski w różnych momentach. Dla Krakowa to jest powstanie Polskiej Komisji Likwidacyjnej 28 października. Kłuło mnie w oczy, że w ramach obchodów nie było nic na ten temat w Krakowie. Można to tłumaczyć partyjnym garniturem prezydenta, no bo jak prezydent, choć krakowianin, miałby udać się tam udać i świętować razem z prezydentem Majchrowskim, gospodarzem miasta? Wszystko wskazuje też na to, że władze państwowe w ogóle nie zamierzają świętować 100-lecia utworzenia pierwszego rządu 7 listopada 1918 roku, który aspirował do bycia rządem centralnym, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. Też żadnych obchodów w 100-lecie powstania rządu Daszyńskiego nie będzie.

Może dlatego, że był to rząd lewicowy i rządzącej prawicy to nie w smak?
Być może, ale warto podkreślić, że były wtedy dwie lewice.

Daszyński to lewica niepodległościowa, w przeciwieństwie do lewicy bolszewickiej, komunistycznej, która była wroga odbudowaniu Polski. Ta lewica niepodległościowa odegrała niesłychanie ważną rolę. Na ziemiach polskich, zajmowanych przez zaborców, było wtedy dużo biedy, nędzy, która radykalizowała nastroje w sposób znaczny, co groziło rewoltą. Sformowanie tego pierwszego rządu, którzy rządził co prawda tylko 2 miesiące, bo do stycznia 1919 roku, spowodowało, że udało się przekonać Polaków, że wolna Polska będzie sprawiedliwa społecznie.

Rację mieli socjaliści w okresie międzywojennym, którzy mówili, że 7 listopada 1918 roku w Lublinie zadano śmiertelny cios komunizmowi w Polsce. Jak się to wszystko pozbiera do kupy, to przykro się robi, że tak to wygląda. I do tego jeszcze odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego. Oczywiście Lechowi Kaczyńskiemu, jak i kilkunastu innym osobom zasłużonym dla odbudowania wolności po 1989 roku, pomnik się należy.

Wolałbym jednak, aby zacząć od stawiania pomników osobom bardziej znaczącym, jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Jacek Kuroń. Akurat w przyszłym roku będzie 30-lecie odzyskania wolności, byłaby zatem świetna okazja do uhonorowania w ten sposób także Lecha Kaczyńskiego. Zresztą jestem pewny, że także tamte obchody zostaną zawłaszczone przez PiS, tak jak tegoroczne.

Prezydent Komorowski próbował wprowadzić 11 listopada radosny patriotyzm, to było robienie kotylionów, marsz ulicami miast, inny niż narodowców. Czemu to się nie przyjęło?
Rzeczywiście, ma pani rację, że w naszej tradycji jest formuła patriotyzmu heroicznego; patriotyzm to ofiara, przelana krew, bo tak też wyglądała nasza historia. Pewnie trochę wynika to z tego, że nie mamy takiej tradycji, którą mają narody, bardziej cieszące się dostatkiem i pokojem niż wojną i jej okropieństwami. Wzorem tego radosnego patriotyzmu są Stany Zjednoczone, które od 200 lat nie zaznały wojny na swoim terytorium. Ostatnią była wojna domowa, secesyjna, którą sami sobie zgotowali. Bronisław Komorowski próbował znaleźć taką formułę na różne sposoby, bo jak się szuka, to w końcu się znajdzie. PiS gruntowanie tę formułę zdezawuował, obśmiał, uważał wręcz za sprofanowanie polskiego patriotyzmu i zarzucił Komorowskiemu brak wrażliwości patriotycznej, co jest akurat absurdem. Samo jego życie jako działacza opozycji demokratycznej, antykomunistycznej, więźnia PRL, cała jego tradycja rodzinna wpisuje się właśnie w ten patriotyzm heroiczny, cierpiętniczy.

Prezydent Komorowski rozumiał, że jeżeli chcemy Polskę zakorzeniać w pokoju, stabilności, pomyślności, to musimy też dostosować do tego nasz patriotyzm, a taka Polska się prezydentowi marzyła. PiS uwielbia ten patriotyzm heroiczny, nawet o ofiarach katastrofy komunikacyjnej mówi „polegli”, chociaż to słowo zarezerwowane jest dla tych, którzy zginęli na polu walki.

Jarosław Kaczyński i góra partyjna unika spędzania 11 listopada w Warszawie. Dlaczego?
Ten dzień świętuje w Krakowie. To pokazuje strategię Kaczyńskiego, że najważniejszym polskim bohaterem narodowym jest jego brat, a ponieważ jego grób jest na Wawelu, zresztą z woli Jarosława, to prezes chce świętować na Wawelu. Ten sukces narodowców polega też na tym, że warszawskie ulice zostały przez rządzących narodowcom oddane. PiS 11 listopada przenosi stolicę do Krakowa, a Warszawa zostaje oddana narodowcom. Stąd też ta pułapka na Andrzeja Dudę.

Zresztą skandalem jest, że policja potrafi skutecznie ścigać protestujących przeciwko takim marszom narodowym, a różne sprzeczne z prawem ekscesy uczestników tego marszu są tropione w taki sposób, jakby kret wyszedł nagle na powierzchnię, oślepiło go słońce i nic nie widzi.

Świetnie policja ściga tych, którzy koszulki z napisem „Konstytucja” zawieszają na pomnikach.
To też jest przyczynek do atmosfery obchodów 100-lecia niepodległości. Napis „Konstytucja” uważa się za antypaństwowy, a w 1918 roku miliony Polaków marzyły o momencie, gdy własny Sejm uchwali własną konstytucję. Nie da się zbudować wspólnego święta, kiedy przez 365 dni w roku od 3 lat tej wspólnotowości się odmawia i jedna z partii zawłaszcza kraj. Dobre dla Polski jest tylko to, co ona robi, a ci, którzy się z tą partią nie zgadzają, są wrogami. Nie można oczekiwać, że jeden dzień w roku wszyscy zapomną i będą udawać, że jest wspaniale. To jak w patologicznej rodzinie, gdzie na co dzień jest przemoc i nagle jeden dzień w roku wszyscy mają się trzymać za ręce i uśmiechać, mówić, że się kochają przez te sińce i rany.

Jak będzie wyglądać 11 listopada 2018 roku?
Będziemy świętować podzieleni.

Nie chciałbym być fałszywym prorokiem, ale znowu przez Warszawę przejdzie marsz narodowców z ich okrzykami i hasłami, policja znowu ich nie będzie widziała, znowu będzie głównie zajmowała się represjonowaniem ludzi, którzy w patriotycznym, obywatelskim odruchu będą protestowali przeciwko temu. Taki obraz pójdzie w świat i taki obraz zostanie skonfrontowany z tym, co tego dnia będzie się działo w Paryżu.

Pana zdaniem była szansa na połączenie tych dwóch rocznic?
Przecież PiS nawet nie próbował uczynić 100-lecia niepodległości Polski wydarzeniem międzynarodowym. Normalnie funkcjonujący jako partner w Europie rząd podjąłby próbę zorganizowania polskich uroczystości z udziałem przynajmniej części gości, którzy będą w Paryżu. Przecież z Paryża do Warszawy jest zaledwie krok, dwie godziny lotu. Wtedy miałoby sens świętowanie także i 12 listopada. Wówczas okazałoby się, że Europa upamiętnia dwa arcyważne wydarzenia sprzed 100 lat. 11 listopada w Paryżu zakończenie I wojny światowej, a dzień później w Warszawie, mieście tak doświadczonym, w kraju, gdzie rozgrywały się wydarzenia bardzo znaczące dla całego regionu. To byłaby piękna sprawa, ale nikt nawet nie próbował tego zrobić, wiedząc, że przy takiej polityce, jaką PiS prowadzi, nikt nie zechce przyjechać do Warszawy.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o 200ml zł, które poszły w nacjonalistyczne i faszystowksie błoto.

Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości miał ponad 200 mln zł – na co zostały wydane?

Już tylko dni dzielą nas od obchodów najważniejszej rocznicy w naszej historii – 100-lecia niepodległości Polski. Mam pełną świadomość faktu, że nigdy więcej nie będę miała okazji, by świętować okrągłą rocznicę tak ważnego wydarzenia, więc i moje oczekiwania co do tego dnia były ogromne. Wyobrażałam sobie, że mimo dość demonicznych realiów, mimo podziału społeczeństwa, uda nam się tego dnia poddać pamięci, refleksji, szacunkowi wobec wszystkiego, co przez te 100 lat warte było zapamiętania. Ech… i znowu okazało się, że jestem naiwna…

W kwietniu tego roku Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości przedstawił dokładny program uroczystości rocznicowych. I tak w maju uroczyste obchody Święta Flagi (2 maja) oraz Święta Narodowego 3 Maja, w czerwcu spotkanie Dam i Kawalerów Orderu Virtuti Militari, w lipcu Zgromadzenie Narodowe z okazji 525. rocznicy zwołania Sejmu walnego w Piotrkowie. W sierpniu uroczystości związane ze Świętem Wojska Polskiego oraz stuleciem Lotnictwa Polskiego, we wrześniu z Dożynkami Prezydenckimi w Spale, w październiku ze stuleciem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, w listopadzie ze stuleciem Marynarki Wojennej, a całość miała się zamknąć wielką fetą narodową 11 listopada. No i tutaj pojawia się problem…

Prezydent Duda już kilka dni temu ostro wziął się do roboty i zaczął przekonywać naród do wspólnego udziału w Marszu Niepodległości, który przejdzie ulicami Warszawy właśnie 11 listopada. Zaproponował, by na ten czas zawiesić wszelkie niesnaski narodowe, zapomnieć o wzajemnej agresji, nienawiści, podziale społeczeństwa i RAZEM uczcić ten dzień, tak ważny dla nas wszystkich.

Wiecie, czego mi zabrakło w jego słowach? Zwykłego „przepraszam” – za zdrajców, gorszy sort, elitę lewaków i komuchów, za ignorowanie obywateli, niesłuchanie ich, oddzielenie grubą kreską tych „złych” od dobrych – „pisolubnych”. Przez myśl mu nawet nie przeszło, że mówiąc o zgodzie narodowej tego dnia, sam przyczynił się do tego, by naród był coraz bardziej skłócony, coraz bardziej wrogi wobec siebie. On naprawdę uwierzył, że wystarczy wygłosić kilka banałów i będzie już w porządku? O święta naiwności! A może to nawet nie naiwność, tylko najzwyklejsza buta, wrodzona arogancja i nadmierna wiara we własne ego?

Mało tego prezydent, namawiając nas na przyjazd do Warszawy, zapomniał wspomnieć, że Marsz Niepodległości to nie impreza państwowa, ale zorganizowana przez ONR, Młodzież Wszechpolską i inne ugrupowania skrajnie prawicowe o ostrym zabarwieniu neonazistowskim. Ten fakt przeoczył również premier i inni politycy obozu rządzącego, zapraszający nas z całego serca swego na marsz „wszystkich Polaków”.

I nagle okazało się, że pan prezydent i cała reszta mają być tylko gośćmi. Wprawdzie narodowcy zaproponowali mu, by Duda szedł w pierwszym szeregu, a nawet mógł przemówić, jednak dla prezydenta okazało się to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że ponoć nie przystano na jego warunek, by jedynymi flagami na marszu były te nasze, państwowe, biało – czerwone i nie zagwarantowano, że nie pojawią się na nim „inne rzeczy”.

Co w tej sytuacji robi Duda? Ogłasza wszem i wobec, że on nie weźmie udziału w marszu. Tym, na który tak gorąco wszystkich zapraszał. Nie weźmie, bo nagle kalendarz imprez tak mu się wypełnił, że po prostu nie da rady. Wychodzi na to, że mówiąc kilka dni wcześniej, iż chciałby, „żebyśmy razem poszli w Marszu Niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem”, kolejny raz pokazał swoją „wiarygodność”.

No i mamy, to co mamy. Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości dostał ponad 200 mln zł na organizację święta, co jednak okazało się za mało, by zorganizować obchody centralne w stolicy. Teraz jedyną propozycją Dudy jest, by cała Polska w południe odśpiewała hymn państwowy. I to wymagało wielomiesięcznych przygotowań?

Jedyną wielką imprezą w Warszawie będzie więc marsz narodowców, którzy zaklinają rzeczywistość i powtarzają jak mantrę, że będzie patriotycznie, bardzo „polsko”, bardzo rodzinnie. Ot, imprezka dla każdego.

Dla każdego? A to ciekawe, bo wiadomo już, że przededniu Marszu odbędzie się skrajnie nacjonalistyczny koncert. Jego organizatorem jest stowarzyszenie, na którego czele stoi pracownik Muzeum Katyńskiego, instytucji podległej ministerstwu. Grzegorz Prujszczyk z Koalicji Antyfaszystowskiej alarmuje, że „Wieczorem, 10 listopada, rozgrzewkę przed świętowaniem na „Marszu Nienawiści” zapewnią „patriotom” neonazistowskie zespoły na festiwalu „Ku Niepodległej”. Zagra na nim śmietanka brunatnych wykonawców, którzy zaśpiewają o „lewackich psach”, „bronieniu czystości swojej krwi”, „białej armii” czy „brudnych rasach”. To cytaty z piosenek, które wykonują zaproszeni wykonawcy. Zaskakujące jest głównie to, że te żywcem wyjęte z nazistowskiej propagandy zdania wypowiadane są po polsku, a nie w niemieckim oryginale”.  Wśród wykonawców znajdzie się grupa Code 291, której wokalista ma wytatuowaną na piersi swastykę oraz zespół Obłęd, znany z występu na imprezie z okazji urodzin Adolfa Hitlera.

Ciekawe, bo na Marsz Niepodległości wybierają się również włoscy faszyści. Wpadną do nas Selene Ticchi, afiszująca się w koszulce z nadrukiem przedstawiającym ogrodzenie obozu w Auschwitz i tory prowadzące do jego bramy oraz lider faszystowskiej Forza Nuova Roberto Fiore, który zaszczyci 100 rocznicę niepodległości Polski swoim przemówieniem. Możemy też liczyć na obecność zaprzyjaźnionych faszystów ze Słowacji i Węgier. Jestem przekonana, że i na samym Marszu organizatorzy zadbają, by pokazać jego prawdziwy, pełen fobii, antysemityzmu i nietolerancji charakter. 

Rzeczywiście w tym Marszu będzie miejsce dla każdego? Naprawdę tak powinno świętować się 100-lecie niepodległości Polski? Jakim cudem rząd państwa, które doznało tyle zła z rąk faszystów i nazistów dzisiaj oddaje Warszawę propagatorom chorej ideologii?

Mizeria, drodzy Państwo. Totalna mizeria. Duda ucieka z Warszawy. Nie mam pojęcia, gdzie będzie premier, rząd, politycy PiS. Może w Krakowie? Nie zaszczycą nas swoją obecnością przedstawiciele innych państw. Tu się złoży kwiatki, tam zapali znicz, zaśpiewa się wspólnie hymn Polski i „po ptakach”. No, można jeszcze liczyć na Kościół, który zapewne od rana do wieczora będzie nas karmił mszami w intencji… kogo, czego?

Żeby zasadzie „chleba i igrzysk” stało się zadość, na wariata wprowadza się 12 listopada dniem wolnym, choć nie dla każdego i nie wszędzie. Co tu jest grane? Jak można było tak się skompromitować i rozwalić TAKI DZIEŃ? Co to za władza, co to za rząd, co to za patrioci, którzy nie potrafią oddać honorów tej wspaniałej, jedynej, bo setnej rocznicy. 

Co za szczęście, że mamy jeszcze normalne samorządy. W Poznaniu szykuje się wielkie święto, które łączy się z urodzinami ulicy Św. Marcin. Będzie „bogato”, będzie pysznie (bo rogale marcińskie tego dnia rządzą). Będzie parada, impreza za imprezą, mnóstwo radości i uśmiechu.  Na zaproszenie prezydenta Jaśkowiaka odwiedzi Poznań prezydent Bronisław Komorowski, a może i Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski oraz Donald Tusk. Wspaniała impreza szykuje się też w Łodzi i w wielu innych miastach.

Cała Polska, dzięki swoim samorządom, będzie godnie świętować 100-lecie niepodległości, a tylko Warszawa, nasza stolica, oddana narodowcom, pozostanie brunatna…

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości wygranej przez opozycję.

Chciałoby się napisać: nareszcie, więc piszę: nareszcie! Opozycja poszła po rozum do głowy, bo w ciszy gabinetów wodzów partyjnych musi się coś nie zgadzać, wszak wynik PiS – 34 proc. – jakby nie patrzył wg wszelkich absurdów polskich, nie jest zwycięstwem ani tym bardziej większością.

Wybory samorządowe wygrała opozycja, niezależnie od rozdrobnienia partyjnego. Opozycja wygrała wyścig do rozumu wyborców, co może brzmi górnolotnie, na koturnie, lecz tak jest. Motorami rozwoju kraju są duże ośrodki miejskie, one skupiają elity, a w żadnym dużym i średnim mieście PiS nie wygrał ani wyborów samorządowych, ani prezydenckich.

Wygrana z PiS – wg najbardziej niekorzystnych przeliczników głosów, z obowiązującą u nas metodą D’Hondta – jest na wyciągnięcie ręki.  Potrzeba do tego nie tylko mobilizacji elektoratu – a na taki można liczyć, o czym przekonaliśmy się w I turze wyborów samorządowych. Przede wszystkim trzeba wymusić mobilizację liderów partyjnych, mobilizację do kompromisów.

Wszystko można pogodzić w ramach demokratycznych struktur – od ideowych lewicy do liberalizmu. Zagrożenia zawsze przychodzą ze strony prawicy. W Polsce jest to regułą – tak było w okresie międzywojennym, tak jest i teraz.

Nareszcie opozycja zebrała się w sobie i po raz pierwszy liderzy sześciu stronnictw opozycyjnych na wspólnej konferencji zapowiedzieli współpracę w samorządach, a są to: Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. A więc niemal wszyscy są przeciw PiS.

Nareszcie! Po samorządach przyjdzie czas na wybory do Parlamentu Europejskiego, które mogą być najciekawszym poligonem współpracy opozycji, a następnie do Sejmu i Senatu. Metoda D’Hondta premiuje największych, a opozycja jest 2-krotnie większa niż PiS w swoim najlepszym okresie. Dopiero przegrane PiS można rozliczyć – za dewastację mediów publicznych, niezależności sądownictwa, za demolkę demokracji i prestiżu Polski.

>>>

Duda dąży do markowanej zgody, lecz to zjednoczona opozycja w przyszłości wsadzi go do pierdla

2 List

Bożena Chlabicz-Polak na koduj24.pl pisze o „zgodzie” Dudy.

Prezydent został z tym swoim wezwaniem do pojednania, jak Himilsbach z angielskim…

Proszę państwa, pewien Polak,
na świat patrząc z żyrandola
Nazapraszał kiedyś gości,
by nauczyć ich miłości
Do Ojczyzny, na stulecie
Bo się jej należy przecie
I wiadomo – „zgoda, zgoda,
A Bóg wtedy rękę poda”
Wszystkich wielki marsz zjednoczy
Przejrzą totalsi na oczy
I przystąpią  do „pisizmu”
Jako dowód  patriotyzmu,
Ale potem zmienił plan
I świętował będzie sam.

Znaczy – wśród „samych swoich”,  bo z opozycją jednak nie idzie się dogadać. A przecież pan prezydent chciał dobrze. Chciał, trochę dla równowagi w sytuacji, gdy pan prezes osobiście zabrał się za przekop Mierzei Wiślanej – zasypać jakiś rów. I stanęło na tym dzielącym polskie „sorty”. Cały obóz władzy nawołuje zresztą do narodowej zgody, ubolewając nad rozpadem więzi społecznych i narastającą wrogością skonfliktowanych „obozów”. Do pojednania głośno wzywają nie tylko prezydent z prezesem, ale także publicyści, ludzie kultury i pomniejsi politycy.

W sumie – pięknie by było tak się pogodzić międzysortowo na stulecie niepodległości. Zapomnieć o tym co dzieli, podać sobie ręce ponad podziałami i przekazać znak pokoju.

Ba, ale jak przekonać do tego totalsów? Zaprosił ich pan prezydent na Marsz Niepodległości na stulecie, i co? I odmówili. No a ileż można tak stać z ręką wyciągniętą do zgody na tle transparentów „Wielka Polska Katolicka”? Więc zdecydował, że w takim razie, on też nie idzie. Bo i po co? Z narodowcami maszeruje przecież „w nogę” nawet, jak nigdzie nie chodzi. I tak został z tym swoim wezwaniem do pojednania, jak Himilsbach z angielskim…

Chyba trzeba to sobie nareszcie powiedzieć wprost – zgody raczej nie będzie. A wszystko przez tępy upór opozycji, która za nic nie potrafi zrozumieć, że konflikt między PiS-em i nie-PiS-em zagraża już stabilności społecznej, a więc także bezpieczeństwu i przyszłości Narodu. Mamy stulecie, a tu żadnej odpowiedzialności! Żadnego poczucia wspólnoty!

Tymczasem wystarczyłoby tylko przyjść i tak po ludzku, bijąc się w piersi, pokajać się za grzechy i przyznać rację obozowi władzy.

Na początek, szczerze wyznać, że „był zamach”. Wydać te wszystkie „zdradzieckie mordy” oraz „morderców brata”, a potem przekazać organom kwity na mafię VAT-owską i wszystkie inne biznesowe „układy” III RP. Wskazać zdrajców z Magdalenki, ostatecznie zdemaskować agenta Bolka, wsadzić Balcerowicza, może do spółki z Rostowskim, ujawnić pełne listy tajnych współpracowników UB oraz ich wnuków, zakazując im wszystkim pełnienia jakichkolwiek funkcji państwowych i społecznych na wieki wieków amen. Następnie wygnać z kraju Magdę Środę z Elizą Michalik oraz redaktorów „GW”, zlikwidować TVN i pozamykać wszystkie „media polskojęzyczne” tudzież „fundacje Sorosa”, odciąć się od genderyzmu, feminizmu i cyklizmu, i ogłosić Polskę państwem wyznaniowym ze stolicą w Toruniu, uprzednio koronując Jezusa na jej króla, a ojca Rydzyka na Jego namiestnika. Zakazać – pod groźbą odebrania obywatelstwa i wydalenia z kraju – ateizmu i ustanowić katolicyzm – jedyną słuszną – religią narodową. Uznać „pisizm” za jedyną obowiązująca doktrynę państwową, i propagować z urzędu (mamy w tej dziedzinie sprawdzone wzorce z epoki marksizmu-leninizmu, wystarczy odkurzyć).  No i – po pierwsze primo – szczerze pokajać się za wszystkie zbrodnie i knowania przeciwko Braciom Kaczyńskim, jakich III RP dopuściła się od chwili swojego powstania, jako rekompensatę przyznając Jarosławowi pozwolenie na budowę wieżowca „Srebrna” oraz tytuł Zbawcy Narodu (ewentualnie Emerytowanego).  A też zrzucić brukselskie kajdany i uchwalić pozbawienie obywatelstwa polskiego (z dożywotnim zakazem wjazdu pod groźbą więzienia) dla Donalda Tuska.

I już. I odtąd będzie Narodowa Zgoda! Pod wiekuistym panowaniem partii i pana prezesa Jarosława.

>>>