Tag Archives: Hanna Zdanowska

PiS wychował sobie Eligiusza Niewiadomskiego, Stefana W.

24 Sty

Tak wynika z pisma wysłanego do policji przez dyrekcję więzienia w Gdańsku dzień przed wyjściem zabójcy prezydenta Pawła Adamowicza na wolność. Do dokumentu dotarł Robert Zieliński z portalu tvn24.pl.

Wychowawca z zakładu karnego Gdańsk-Przeróbka rozmawiał ze Stefanem W. dwukrotnie. Podczas drugiej rozmowy – 5 dni przed wyjściem skazanego z więzienia – 27-latek mówił, że nie chce mieszkać w Gdańsku. – „Skazany wezwany na rozmowę stwierdził, że wyjeżdża z województwa pomorskiego, bo tutaj rządzi „Platforma”. Po opuszczeniu zakładu karnego zamierza udać się na lotnisko, a gdyby nie udało mu się kupić biletu na samolot, to uda się na dworzec PKP i wyjedzie do innego województwa, gdzie rządzi PiS, bo jest zwolennikiem PiS-u, cyt. słowa skazanego „chciałbym, by Jarosław Kaczyński został dyktatorem”. Zamierza być bezdomnym, mieszkać po ośrodkach dla bezdomnych i jeździć pociągami po kraju. Do województwa pomorskiego nie będzie przyjeżdżać, bo to „siedlisko Platformy” – napisano w notatce ujawnionej przez tvn24.pl.

Z pisma wynika także, że Stefan W. został poddany konsultacji psychologicznej. – „Przeprowadzono rozmowę psychokorekcyjną ukierunkowaną na wzbudzenie krytycyzmu odnośnie swojego zachowania jak i popełnionego przestępstwa” – zapisano w notatce, pod którą podpisał się dyrektor Zakładu Karnego Gdańsk-Przeróbka ppłk Wojciech Lenz.

Notatka została 7 grudnia wysłana do Wydziału Operacyjno-Rozpoznawczego III Komisariatu Policji w Gdańsku. Co z tą wiedzą zrobiła policja? Robert Zieliński z tvn24.pl twierdzi, że jak dotąd nie otrzymał żadnego stanowiska od przedstawicieli gdańskiej policji. – „Wszelkie pytania związane z tą sprawą proszę kierować do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Ze względu na toczące się śledztwo nie udzielamy dodatkowych informacji” – brzmi  oświadczenie podkomisarza Michała Sienkiewicza z Zespołu Prasowego KWP w Gdańsku. Według tvn24.pl, o sprawie nie poinformowano Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, której zadaniem jest monitorowanie ekstremizmów.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

PiS złożył w Sejmie projekt zmian w kodeksie wyborczym. – „Posłowie PiS znów majstrują przy kodeksie wyborczym (…). Ale jeśli myślicie, że taką nowelizacją uda im się pozbawić stanowiska Hannę Zdanowską, to jesteście w błędzie” – skomentował na Twitterze Tomasz Żółciak z „Dziennika Gazety Prawnej”.

Chodzi o zmianę art. 11 Kodeksu Wyborczego, w którym jest mowa o tym, kto nie może kandydować w wyborach. PiS zamierza nadać mu brzmienie: – „Nie ma prawa wybieralności w wyborach osoba: skazana prawomocnym wyrokiem na karę pozbawienia wolności za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego lub umyślne przestępstwo skarbowe”.

Dotychczas zakaz obejmował tylko te osoby, które były skazane na karę pozbawienia wolności. Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska została ukarana grzywną. Gdyby więc przygotowywana teraz przez PiS nowelizacja weszła w życie wcześniej, Zdanowska nie mogłaby kandydować.

PiS wycofuje się też z własnego pomysłu – znowu przy wyborach prezydenckich, parlamentarnych i do PE będzie jedna obwodowa komisja wyborcza, a nie dwie. Wydłużony ma zostać czas na rozpatrzenie wniosku o dopisanie do rejestru wyborców z 3 do 5 dni.

 

Nie lękajcie się bolszewików z PiS

10 List

„Mamy w kraju siły, które chcą zmienić ład, będący w mojej ocenie podstawą naszej przyszłości. Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a de facto bronił wspólnoty zachodu przed polityczną barbarią, miał trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików symbolicznie, kiedy wydobywał z nas to, co europejskie, wolnościowe, to miał trudniejszą sytuację. Dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?” – mówił podczas wykładu w Łodzi Donald Tusk. Przewodniczący Rady Europejskiej wziął udział w zorganizowanych tam Igrzyskach Wolności.

Tusk wygłosił wykład „11 Listopada 2018. Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje”. Apelował do uczestników forum w Łodzi. – „Nie ma co tutaj czekać na żadnego jeźdźca na białym koniu. Pamiętacie, jak to było z generałem Andersem. Miał być generał na białym koniu, jest pani senator business class. Tak się to marzenie skończyło. Liczcie przede wszystkim na siebie. Pamiętajcie, bez waszych, naszych, Polaków praw i wolności nie ma niepodległości. Brońcie tych praw, tej wolności i brońcie polskiej niepodległości” – stwierdził Tusk.

Były premier mocno podkreślał: – „Chcę jeszcze raz dobitnie powtórzyć, bo to będzie bardzo ważne właśnie dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości. Wszak to Piłsudski powiedział, że naród, który nie szanuje swojej przeszłości, nie zasługuje na dobrą przyszłość. Więc podkreślmy to jeszcze raz, tak wyraźnie jak to możliwe. Bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta. Nie zmieni tego żadna odgórnie narzucona polityka historyczna”.

W wykładzie Tuska nie mogło zabraknąć odniesień, dotyczących ewentualnego Polexitu. – „Kto dzisiaj w Polsce występuje przeciwko naszej silnej pozycji w zjednoczonej Europie, tak naprawdę występuje przeciwko polskiej niepodległości. Nie z racji mojej funkcji, ale głębokiego przekonania, że może to sprowadzić na moją ojczyznę znowu największe z możliwych politycznych zagrożeń, chcę też dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości, powiedzieć że to od nas zależy, tu w Polsce, czy politycy doprowadzą do rozbicia UE i do wyprowadzenia Polski z UE” – powiedział Tusk. Ku przestrodze cytował wypowiedzi wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Zdzisława Krasnodębskiego z PiS („Jeśli politycy europejscy nadal będą działać z takim taktem politycznym, wkrótce w Polsce staniemy przed koniecznością referendum w sprawie pozostania w UE”) czy Roberta Winnickiego („Dzisiaj mówimy o tym, że UE w obecnym kształcie się kończy i bardzo dobrze, bo to zły projekt”). Tusk zaznaczył, że ten drugi jest jednym z liderów marszu narodowców, z którym we wspólnym pochodzie przejdą polskie władze. Były premier przypomniał też słowa Dudy, który UE określał wyimaginowaną wspólnotą.

„Działanie ma sens. Lekcja 1918 roku, 1980 i 1988 roku pokazały jednoznacznie, że kiedy działamy, nie narzekamy, wierzymy we własne siły, to przenosimy góry i czynimy rzeczy niemożliwe – możliwymi. Bo rzeczywiście wszystko da się odwrócić. Czcząc bohaterów naszej niepodległości dziś – jutro pomyśleć o tym, co zdarzy się wiosną. Tutaj jestem wierny innemu bohaterowi mojej młodości, Jackowi Kuroniowi i pamiętam do dzisiaj te jego słowa: nie palcie komitetów, tylko twórzcie swoje własne. Spróbujcie nie wykluczając nikogo, pokazując, czym naprawdę jest polska solidarność, spróbujcie w maju pokazać, że wiosną może być wasza, nasza, Polska” – zakończył Donald Tusk swój wykład w Łodzi.

Więcej >>>

Donald Tusk w obszernym wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej” mówił o historii z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Nie mogło jednak zabraknąć miejsca dla komentarzy, dotyczących obecnej sytuacji, w której znalazła się Polska pod rządami PiS. – „Dzisiaj, choć powodów do podziałów historycznych nie ma, to wzniecanie wzajemnej nienawiści jest jednym z najcięższych politycznych przestępstw tej ekipy. Tak jak niedopuszczalne ze względu na rację stanu jest „budowanie” pozycji Polski na konflikcie ze wszystkimi dookoła, tak moralnie i politycznie niedopuszczalne jest „budowanie” politycznej pozycji na rozniecaniu nienawiści między Polakiem a Polakiem. (…) Wpychanie Polski w izolację, skłócanie jej z sąsiadami i innymi krajami, wyprowadzanie jej z rdzenia Europy, a niebawem w ogóle z Unii, sprawią, że Polska może się stać czyjąś łatwą ofiarą i nie będzie mogła liczyć na pomoc ze strony kogokolwiek. Nie mogę patrzeć na marnotrawienie bezcennej pozycji Polski w świecie, która nie miała analogii w naszych nowożytnych dziejach. To się domaga kary” – powiedział przewodniczący Rady Europejskiej.

Zapytany, czy jego zdaniem PiS chce doprowadzić do Polexitu, Tusk powtórzył to, co mówi w tym kontekście od wielu tygodni: – „To się może wydarzyć, choć to nie jest plan ichniego komitetu centralnego. Politycy rzadko deklarują, że zamierzają zrobić coś złego czy głupiego. Ale politycy robią rzeczy i głupie, i złe. PiS być może nie ma planu wychodzenia z Unii, ale wychodzi. Tak jak Cameron. Są jak lunatycy. Nie wiedzą, że wychodzą. Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować.”.

Były premier ostro podsumował prezesa PiS: – „Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi” – powiedział Tusk. Przypomniał, jak zachowywał się prezes PiS podczas niedawnej kampanii wyborczej. – „Jemu każda taktyczna teza przejdzie przez gardło. Po pierwszej turze wyborów samorządowych wybaczył SLD niemal wszystkie zbrodnie i powiedział, że można z nimi robić koalicje w sejmikach. A gdy następnego dnia się okazało, że wynik SLD jest jednak za mały i nie wystarczy do koalicji, to zmienił zdanie” – zauważył Tusk.

Odniósł się też do reakcji, a właściwiej jej braku Kościoła na obecną sytuację w Polsce. – „Dziś mamy do czynienia z agresją i pogardą wobec oponentów i wobec obcych, innych. Ile szkód ta narracja wyrządziła! A Kościół milczy. Niekiedy tylko nieśmiały szept kilku biskupów. Nigdy nie zabiegałem o polityczne poparcie Kościoła, ale dziś dopominam się, by stawał po stronie słabszych, pogardzanych, by wzywał, żeby nie było nienawiści. Ta cisza jest tak głośna, że aż nie do zniesienia” – powiedział były premier.

Nie odpowiedział na pytanie, dotyczące jego powrotu do polskiej polityki. – „Zgłaszając jakąkolwiek deklarację zaangażowania politycznego w kraju, jutro powinienem zrezygnować z pełnionej tutaj funkcji. (…) Nie mogę być dobrym organizatorem pracy Rady Europejskiej, zachowującym bezstronność, jeśli będę występował w charakterze konkurenta jednego z członków tej Rady. Niezależnie od tego, co się zdarzy za rok, dyskrecja jest jedynym dopuszczalnym sposobem postępowania” – zakończył Tusk.

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS to spadkobiercy endeków. W Polsce odżywa haniebny projekt nacjonalistyczny

Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle. Fragment nowej książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”.

Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4 161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.

W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.

Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.

Doktorzy zamieszczają w swoim piśmie ogłoszenia: „Doktór Alkiewicz poszukuje kolegi współpracownika, nieżonatego, Aryjczyka”.

Poświęcam temu trochę miejsca, bo opowiadam nowość. Gdy rozpytuję polskich historyków, żaden o tym nie wie. „Związek lekarzy? Paragraf aryjski? Jest pan pewien? Czemu nikt wcześniej o tym nie napisał?”

Ktoś spytał, czy widziałem to czarno na białym. Tak, lecz nie było to łatwe. Na stronach Biblioteki Narodowej są wszystkie kolejne statuty związku lekarzy, z wyjątkiem akurat tego, z 1937 roku. Aby przeczytać to czarno na białym, trzeba pojechać do Warszawy, wypełnić formularz i zaczekać, aż sprowadzą rarytas z piwnicy. We własnym rysie historycznym związku nie wspomina się o sprawie ani słowem. Nikogo jednak nie można oskarżyć o fałszowanie historii. Dziejopis pomija wszystko, co zaszło w latach 1937–1939.

Żaden prawdziwy antysemita nie mógł być zadowolony ze związkowej definicji „żyda”. Najpierw pisano niedbale: Członkiem ZLPP nie może być lekarz żyd. Oczywiście zaczęły się dyskusje, jak to należy rozumieć. Skończyło się na: Członkiem związku może być tylko lekarz chrześcijanin z urodzenia, być może najoryginalniejszej definicji w historii antysemityzmu, nie do przyjęcia ani dla mistyków krwi, ani dla chrześcijan. Dla tych pierwszych zbyt lekko traktuje rasę, dla drugich podważa sens chrztu. Jezus nie miałby wstępu do związku polskich lekarzy, bo nie urodził się niestety katolikiem. Niezależnie od tych logicznych usterek, czy może właśnie dzięki nim, definicja była strzałem w dziesiątkę: dotknęła co trzeciego polskiego lekarza.

*
Czytam z rosnącym poczuciem absurdu. Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.

*
„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:

Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.

Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.

Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.

Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.

Student politologii:  Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.

Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.

Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.

Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.

Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.

*
Śni mi się, że popełniam fatalną pomyłkę. Zapałałem sympatią do chłopca, chociaż wiem, że nie powinienem. Jest uroczy, ale jego uśmiech powinien był mnie ostrzec. Wraz z nim wdzierają się potwory. Mrówki, wielkie jak szczury, przysysają się do mego ciała. On stoi i przygląda się, nieporuszony. Tak jakby chciał powiedzieć: Dziwisz się? Udaje mi się pozrywać mrówki, ale pozostawiają otwory w skórze. Z niektórych wystają jakieś nici. Z innych coś, co wygląda na robaki. To obrzydliwe, wyciągam je, w bólu jest nuta zmysłowej rozkoszy, tak jak przy wyciąganiu szwów. Największy ma sześć metrów długości. Gdy już się od nich uwolniłem, moje ciało jest pełne wydrążonych kawern i korytarzy, jak gniazdo termitów.

*
„Polski antysemityzm”, tak należy mówić. Nie „antysemityzm w Polsce”. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium.

Nazywał się Roman Dmowski, nasz polski Frankenstein. W grudniu 1919 roku odrodzona Polska ma rok. W Londynie John Maynard Keynes pisze książkę o Europie po wielkiej wojnie. Nie wierzy, że nowej Polsce uda się przetrwać zbyt długo. „Polska to gospodarcza niemożliwość, w której jedyny przemysł to judzenie przeciw Żydom”.

John Maynard Keynes jest niesprawiedliwy, a oprócz tego nie ma racji: istniało wiele innych gałęzi gospodarki. Jednak Keynes spotkał Romana Dmowskiego i mógł odnieść wrażenie, że sensem wolnej Polski było, aby Polacy mogli poniewierać swoje mniejszości bez wtrącania się obcych. Keynes nie był w tym odosobniony. Brytyjski minister Robert Cecil uznał ataki Dmowskiego na Żydów za „odrażające” (repugnant). Pisarz Gilbert Keith Chesterton zapamiętał tylko jedną replikę z rozmów z polskim politykiem. „Żydzi zabili naszego Jezusa”. Brzmiało to, jakby Jezus był Polakiem. Czechosłowacki Edvard Beneš dziwił się, że reprezentant Polski nieomal chełpi się swoimi przesądami.

Mawia się, że historia to suma zdarzeń, z których każdego można było uniknąć. Czemu los musiał wysłać do Wersalu najzdolniejszego z polskich antysemitów, choć tylu było głupich, a jeszcze więcej ani takich, ani takich?

W mojej fantazji Dmowski nie dojeżdża do Paryża. Podobno często chorował w dzieciństwie, choroba mu się odnawia. Sanatoryjne łóżko, exitDmowski. Ktoś inny w naszym imieniu podpisuje traktat wersalski, zabezpiecza granice, zostaje bohaterem narodowym i dożywotnim mężem opatrzności. Dmowski zostaje w cieniu, polski antysemityzm niczym się nie wyróżnia, my zostajemy w Polsce i ta książka nie zostaje napisana.

„Antysemita to osoba nienawidząca Żydów bardziej niż to konieczne”, mówi żydowskie porzekadło. Gdy Roman Dmowski wkracza na scenę około 1890 roku, ludzie z terenów, które kiedyś były Polską, mogą mieć wiele powodów, aby krzywo patrzeć na Żydów. Księża – z troski o swoje zbawienie. Szewc – bo buty Abrama lepiej się sprzedają. Chłop – gdy wyliczył, ile mógłby dostać za żyto, gdyby pośrednik Szymon nie wziął swego. W mieście pan hrabia Kociubiński jest zblamowany w towarzystwie, ponieważ wpuścił Singera do salonu, ale od kogo miałby pożyczać? Nie zapomnijmy też o cierpieniach duchowych: poety wyśmianego przez krytyka z haczykowatym nosem i kuracjusza w uzdrowisku, którego spokój zakłóciła banda hałasujących parweniuszy. „Widać, jak rozmawiają i słychać, jak jedzą!”

Taka jest socjologia w kraju, który przez pięć wieków przyjmował Żydów, ale odmawiał im dostępu do własności ziemskiej, urzędów i cechów. Ale właśnie dlatego, że ludzie nie lubią Żydów z tak różnych powodów, da się żyć. Zawsze się znajdzie ktoś przyjazny czy potrzebujący żydowskich usług. Najprzyzwoitsi są, Bogu dzięki, ci najmożniejsi. To ziemianie, potrzebujący Żydów, aby brali w pacht ich majątki i sprzedawali ich pszenicę.

Stawianie kwestyi żydowskiej, jako całości, ma ten skutek, że się o niej tak traktuje, jakby chodziło o to, czy żydów zasymilować, czy wypędzić lub wymordować. Tymczasem o to chodzić nie może, bo żadne z tych rozwiązań nie leżałoby w naszej mocy, chociażby było najbardziej pożądane. Traktując rzecz realniej, trzeba przyjąć istnienie pewnego odsetku ludności żydowskiej w naszym kraju jako fakt, a wszelkie zagadnienia społeczne i polityczne ztąd wynikające rozpatrywać możliwie przedmiotowo, wyprowadzając z ich oceny wskazania praktyczne, niezależnie od sympatyi lub wstrętu do zakrzywionych nosów i odstających uszów.

Czytam człowieka, którego nauki zrobiły ze mnie uchodźcę, i jestem zdumiony. W jego myśli nie ma porządku. Czasami Żydzi są obcą rasą, czasami tylko kulturą albo religią. Jest w jego antysemityzmie coś wymuszonego. Nie brzmi jak prorok nienawiści, raczej jak księgowy z zatwardzeniem. Bez polotu, bez werwy. Kiedy dochodzę do połowy jego dzieła, nie jestem przekonany o przebrzydłości Żydów, za to pojmuję, że powinienem być, by móc nazywać się Polakiem. I zaczynam rozumieć, że to nie Żydzi są największym problemem Dmowskiego. To Polacy. Jest nas o wiele za mało.

To szczególny gatunek, szukanie najgłębszych motywów antysemity. Czarna pedagogika? Może jakaś trauma z dzieciństwa? Szkodliwa młodzieńcza lektura? Albo coś, co wyłącznie uczniowie Freuda mogliby wyjaśnić? W przypadku Dmowskiego to zbędne pytania. Cechą szczególną jego żydowskiej paranoi jest to, że da się ją zrozumieć także bez namiętności. To nie obsesja jak u Hitlera, nie kategoryczny wniosek jak u Gobineau, nawet nie chrześcijański obowiązek. Dmowski wprawdzie oskarża Żydów o ukrzyżowanie Jezusa, ale sam nie jest chrześcijaninem. To Karol Darwin jest jego prorokiem.

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

Tako rzecze Roman Dmowski:

Nie wiesz sam, kim jesteś, magistrze Dobrowolski, służąca Jadwigo, szewcze Gontarzu… Ale masz pewnie problem z jakimś Żydem? No, zdarza się – kto nie ma… Więc jesteś Polakiem! Czy te przybłędy nie panoszą się od wieków w kraju, który jest nasz? Kiedyś zwali się Szmul i pasożytowali na tym, co zebrałeś z pola, dziś nazywają się Słonimski i wyśmiewają twoje wiersze w swoim plugawym piśmie. I jest gorzej, niż sądzisz: trzymają sztamę i knują przeciw nam, Żydzi stoją za Stalinem i Żydzi stoją za Hitlerem. I za Haroldem Wilsonem, który zmusił Polskę, by zapisała w konstytucji poszanowanie dla mniejszości. Żeby osłabić nas, rzecz jasna. Dlaczego nas nienawidzą? Czy to nie oczywiste? Bo jesteśmy szlachetni, wielkoduszni i uczciwi, jesteśmy ich przeciwieństwem. Oni nie są Polakami i nigdy nie będą, nawet jeżeli niektórzy udają. Nie, oni mają inny plan. Najpierw wezmą Warszawę, potem wezmą Berlin. A do tych z was, którzy jesteście katolikami: Oni zabili naszego Jezusa!

Tak rozumiem antysemityzm Romana Dmowskiego. Jako projekt integracyjny. John Maynard Keynes może nie całkiem błądził, określając to jako przemysł. Mógł dodać: do produkcji „prawdziwych Polaków”.

Nie jest prawdopodobne, aby Hitler czytał Dmowskiego, chociaż tak mogłoby się zdawać. Podstawową tezę w Mein Kampf, że prawo dżungli jest w stosunkach między narodami prawem najwyższym, nasz narodowy bohater głosi, kiedy mały Adolf jeszcze chodzi do szkoły. W roku 1903 Dmowski ustala to, co po dziś dzień stanowi credo polskich narodowców: że Polak może sobie jeść nożem i widelcem, używać czystej bielizny i słuchać Chopina. Jesteśmy wszak Europejczykami. Lecz gdy natkniemy się na inny sort, to mamy postępować tak jak pawian, gdy spotka szympansa. Bo między plemionami (tak, Polacy są plemieniem) obowiązuje prawo Darwina. „Jesteśmy Polakami i chcemy Polski przede wszystkim dla siebie, chcemy wtedy nawet, gdybyśmy tą Polskę mieli mieć tylko ze szkodą dla wolności ludów i dla postępu, dla cywilizacji i sprawiedliwości społecznej”, głoszą jego uczniowie w „Przeglądzie Wszechpolskim”.

Nieszczęściem Polaka jest, według Dmowskiego, jego kobieca natura. Miękkie serce i słabość do pięknych słówek. Wiara w cywilizację. Wspaniałomyślność i szlachetne gesty. Ogłada i liberalizm. Lecz czym jest humanitaryzm? Oznaką słabości. Tolerancja? Dobra dla pięknoduchów, ale zabójcza dla nacji. Jeśli ma powstać Polska, musimy wpierw nauczyć się deptać inne narody. Rozejrzyjcie się wokół po świecie, czy to nie o to chodzi? Drodzy rodacy, wstyd wam, że życzycie sobie, aby spłonął tartak Abrama i żeby sędzia Izaak Wilhelm skręcił kark. Zawiść, myślicie, to nie po chrześcijańsku. Ale mylicie się! To nie są niskie uczucia. Czujecie patriotyzm, troskę o własny naród!

Jeśli ją obrać z wszelkich dekoracji, myśl Dmowskiego można sprowadzić do następującej tezy: ponieważ jeszcze jesteśmy za słabi, by wierzgać w górę, przeciwko imperiom, wierzgajmy w dół, przeciw mniejszościom, to nabierzemy przynajmniej pewnej wprawy w walce o byt, a przy okazji staniemy się trochę bardziej polscy.

Najoryginalniejsze w antysemicie Dmowskim jest jego uznanie dla żydowskiej kultury. W porównaniu z nią kultura polska jest taka krucha i niepewna siebie samej, że nie znosi bliskości żadnej innej, a już na pewno takiej starej i zahartowanej jak żydowska. Jeżeli Polak ma mieć szansę, by urosnąć, musi zamarynować się we własnym sosie. Bez Żydów, ale też w bezpiecznej odległości od tych, co mówią językiem Tołstoja czy Goethego. Lepiej, by polskie wiejskie dzieci w ogóle nie umiały czytać, niż gdyby miały czytać po rosyjsku, głoszą wyznawcy Dmowskiego.

W uszach wielu brzmiało to oczywiście skandalicznie. Narodowy egoizm, to takie niepolskie, obskuranckie, zupełnie obce naszym tradycjom… I takie niechrześcijańskie! Lecz co, jeżeli właśnie to pogańskość jest najbardziej nęcąca, i wtedy, i teraz?

Jest coś z onanizmu w studiowaniu filozofii nienawiści. Człowiek odnotowuje absurdy, obśmiewa fantazmaty i delektuje się pogardą dla klienteli autora. Żydzi za Stalinem – to może jeszcze ludzie kupią. Ale ile głupoty trzeba, by uwierzyć, że to Żydzi manipulują Hitlerem?

Co za nieporozumienie. Dmowski nie dostarcza ideologii. Dmowski udziela rozgrzeszenia. Sumienie, które potrzebuje ukojenia, nie wymaga logiki ani konsekwencji. Partia Dmowskiego obiecuje wypędzić trzy miliony Żydów, co trzeciego mieszkańca miast. Ile sklepów, młynów, biur adwokackich, gospód, gabinetów lekarskich, gorzelni, mieszkań, warsztatów, kredensów i straganów muszą po sobie pozostawić? Każdy to sobie może wyobrazić, także ci, którzy nie umieją napisać „mojżeszowy”.

Istnieje jakiś inny naród, który ma podobnie? Którego niemal całe narodowe skrzydło, by móc się samookreślić, musi odbić się od „żydowskości”? Po dziś dzień „prawdziwy Polak” nie może chwycić za pióro, nie myśląc zaraz o Semitach, ponieważ polskość jego tekstu wynika z tego, że jest nieżydowski. Wolny od paradoksów, przyziemny, stateczny, pełen szacunku dla przodków. Lecz przede wszystkim platoniczny. „W poezji poznaje się żydów po tym, że wszystkie ich metafory są mięsiste, wilgotne, lepkie, soczyste, woniejące, smakowite”, ustalił już w latach trzydziestych ubiegłego wieku Zygmunt Wasilewski, wyrocznia narodowców w sprawach poetyki.

Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fantazmatu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego to zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle.

Fe, ależ jestem niesympatyczny.

*
Fragment książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS ponosi odpowiedzialność za pospolitą chuliganerię, kiboli, naziolstwo i ekstremistów

„Ho, ho! Narracja, jak widzę już przygotowana i przekaz w świat puszczony, że jakby co, to nie my, to oni! Słabe to, bardzo! Legitymujecie marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!” – to reakcja jednego z internautów na wpis Beaty Mazurek na Twitterze.

Rzeczniczka PiS napisała: – „Apel i prośba, aby każdy z uczestników był jednocześnie STRAŻNIKIEM MARSZU. Wszelkie prowokacje natychmiast zgłaszać Policji, ŻW i SM. Nie pozwólmy totalnym zepsuć wielkiego Święta Naszej Ojczyzny. Zapraszamy na Marsz Polskich Patriotów. NIECH ŻYJE WIELKA NIEPODLEGŁA POLSKA”.

„Jeśli dla was naziole są przyjaciółmi, a wybrana w demokratycznych wyborach przez Suwerena opozycja jest wrogiem to komentarz zbędny”; – „Znowu pani dzieli i obraża Polaków! Z pani wypowiedzi wynika, że polscy patrioci to wy-nierząd, kibole i nacjonaliści. A reszta społeczeństwa? – morda w kubeł, bo policja się Wami zajmie.. HAŃBA że „prezydent” został twarzą marszu nacjonalistów. TOTALNA kompromitacja rządzących!!!”;

„Czyli to marsz wszystkich Polaków ale jakby coś się działo to narracja już jest: „prowokacja totalnej opozycji”; – „Już bardziej zepsuć się nie da. Wszystko co było do zepsucia to zrobiliście wy -pisowcy. Naprawdę największe zagrożenie widzicie w opozycji. Nie obawiacie się tych, którzy krzyczeli do PAD: zdejmij jarmułkę i podpisuj? Serio?” – komentowali wpis Mazurek oburzeni internauci.

PiS legitymuje marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!”

PiS na równi pochyłej do porażki

9 List

Więcej >>>

Pisowskie kosmiczne przyspieszenie. Smród Dudy i Morawieckiego, tak działa strach

7 List

Video tutaj >>>

Jak wynika z zapowiedzi polityków PiS, wojewoda łódzki z niecierpliwością czeka na ślubowanie Hanny Zdanowskiej, by rozpocząć procedurę usunięcia jej ze stanowiska, w związku z tym, że została wcześniej prawomocnie skazana na karę grzywny. Prezydent Łodzi ma złożyć ślubowanie 21 listopada. Wojewoda jest głęboko przekonany o swoich racjach i powołuje się na stosowne opinie oraz ekspertyzy mówiące, iż osoba skazana prawomocnym wyrokiem nie może w sposób trwały być wójtem, burmistrzem i prezydentem miasta.

Lecz miasto nie daje za wygraną, mimo że słychać prawniczy dwugłos.

Część prawników uważa, że wojewoda ma rację, wielu jednak, jest odmiennego zdania – w tym np. szef PKW Wojciech Hermeliński. Odwołują się do kolizji przepisów między kodeksem wyborczym, a ustawą o pracownikach samorządowych. Jest teraz pytanie jakimi opiniami prawnym operuje wojewoda i czy one w ogóle istnieją.

Z urzędu Wojewódzkiego padła nawet szokująca na to pytanie odpowiedź, z której wynika, że odrębnych opinii prawnych zwyczajnie nie ma.

Również Urząd Miasta Łodzi zamówił opinię prawną na temat sytuacji pani prezydent. Wynika z niej, że „osoba skazana prawomocnym wyrokiem na karę grzywny za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego może kandydować na urząd prezydenta miasta, a także, w razie uzyskania mandatu, może pełnić tę funkcję oraz otrzymywać wynagrodzenie prezydenta miasta”. W podobnym duchu swoje opinie sporządzili prof. Marek Chmaj i dr hab. Sabina Grabowska z Uniwersytetu Rzeszowskiego (obie przygotowane na zlecenie Fundacji Państwo Prawa).

To nie pierwsza sytuacja, w której politycy partii rządzącej w ważnych kwestiach powołują się na ekspertyzy, których potem albo nie chcą udostępnić, albo nie są w stanie udowodnić, że w ogóle istnieją.

Dziennik Gazeta Prawna przypomina, że niemal rok temu głośno było o analizach, na jakie powoływał się ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Twierdził, że jego resort posiada ekspertyzy mówiące o tym, że Donald Tusk został wybrany na szefa Rady Europejskiej w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego. Sieć obywatelska Watchdog zażądała ich ujawnienia, ale MSZ odmówiło. Dopiero wojewódzki sąd administracyjny w październiku 2017 r. uznał, że ekspertyzy to informacja publiczna, która musi zostać udostępniona, a po licznych korowodach wyszło na jaw, że skoro MSZ żadnych ekspertyz nie posiada, trudno je zmusić, by takowe udostępniło.

Bożena Chlabicz-Polak pisze o mniemanym zwycięstwie Kaczyńskiego.

„Miejskość” to nie tyle wielkość populacji, ile – okazuje się – stan ducha

Po pierwszej turze opozycja rozsiewała złośliwe plotki, że w partii władzy trwa polowanie na winnych wyborczej klęski. Krążyły słuchy, że pan prezes zlecił nawet audyt kampanii pod kątem odpowiedzialności jej autorów. Ale teraz już wiadomo, że jeśli nawet ustalano jakieś personalia, to tylko po to, żeby wręczyć aktywistom medale za zwycięstwo. Bo partia aktualnie rządząca poniosła druzgocący… sukces, poprawiając swój dotychczasowy rekord, czyli 1:27. Teraz PiS wygrał wybory wynikiem 4:103 (w sejmikach 6:10).

Zdaniem pana prezesa, który właśnie ogłosił światu zwycięstwo, to fantastyczny prognostyk przed kolejnymi wyborami i zapowiedź dalszego bicia rekordów przy urnach.

Owszem, wyszło na to, że polityka formacji władzy niespecjalnie przypada do serca mieszczuchom, no ale – jak skwapliwie zapewniał we wszystkich możliwych mediach poseł Sasin – mieszczanie, czyli burżuje, to w zasadzie zaledwie niewielki margines naszego wspaniałego, karnie głosującego na partię pana prezesa społeczeństwa. Bo cóż znaczy tych marnych 15 procent liberałów i lewaków z Lemingradu i innych enklaw złodziejskiej urbanizacji, wobec reszty Narodu, żyjącego – patriotycznie – wśród pól rozmaitych, gdzie bursztynowy świerzop i pała. Znaczy – dzięcielina pała…

Ile to jest 15 procent wobec 40 milionów Polaków? Otóż to jest te same 6 milionów, co poszło na „Kler”. Tyle mamy – znaczy – obywateli gorszego sortu w ich wielkomiejskich matecznikach. Ale reszta kraju jest – Bogu dzięki – wolna od europejskich miazmatów, co daje partii aktualnie rządzącej solidnie poparte nadzieje na kolejne zwycięstwa wyborcze.

Ale w tym miejscu wypada nieco ostudzić entuzjazm pana posła, bo wyraźnie nie doczytał czegoś w rocznikach GUS-u, z których wynika, że w tak zwanych dużych miastach (powyżej 100 000 mieszkańców) żyje już w Polsce niemal 30 procent obywateli. Niezależnie od stuprocentowego niedoszacowania mieszkańców największych metropolii, z „miejskością” Polaków jest nawet większy problem. Bo w pozostałych, czyli tych trochę mniejszych miastach i miasteczkach mieszka kolejne 1/3 rodaków, co daje solidną średnią europejską. Podobnie jak na Zachodzie, ludność miejska to i u nas ponad połowa, a ściślej 60,7 procent populacji.

Inna sprawa, że poseł Sasin miał prawo się pomylić, bo do wyborów zwykło się uważać, że Polska powiatowa, czyli właśnie małomiasteczkowa, to ciągle elektorat wiejski. Wprawdzie żyjący po sąsiedzku z supermarketem, przystankiem, urzędem i przychodnią, ale jednak sielsko-anielski mentalnie.

A tu „prowincja” urządziła wszystkim wyborczą niespodziankę. Bo może i bruki w małych miasteczkach bywają krzywe, a jedyne, co łączy takie miejsca z wielkomiejskim stylem życia to autobus (lub pociąg) do najbliższej metropolii, ale „miejskość” to nie tyle wielkość populacji, ile – okazuje się – stan ducha. Przeciwko kandydatom z partii aktualnie rządzącej głosowała nie tylko Ostrołęka (która tak bardzo chciała obejrzeć „Kler”, że aż pogoniła burmistrza-katechetę) oraz Świebodzice, bo – choć to rodzinne miasto minister Zalewskiej – coś nie przepadają za jej reformą oświaty.

To jeszcze nie koniec złych wiadomości dla formacji rządzącej. Bo nie dość, że mieszczanie gremialnie podziękowali formacji władzy za „dobrą zmianę”, to jeszcze „miejskość”, niestety, szerzy się jak – nie przymierzając – odra na Mazowszu. Ludność miast, w przeciwieństwie do mieszkańców terenów wiejskich, ciągle rośnie.

Prognozy wskazują, że za pół wieku większość cywilizowanych społeczeństw będzie zurbanizowana, co oznacza, że życie w metropoliach (ewentualnie na suburbiach) stanie się udziałem zdecydowanej większości populacji. Jeszcze chwila, a wszyscy będziemy mieszczanami. I kto wtedy będzie głosował na PiS???

Biorąc pod uwagę tę dramatyczną dla partii władzy perspektywę, dopiero teraz przy okazji pierwszych wyborów epoki „dobrej zmiany”, można docenić dalekowzroczność autorów jednej z pierwszych ustaw nowej władzy – „ustawy o ziemi”. Bo czemu surowo zakazano sprzedaży choćby małych wiejskich działek mieszczuchom? Otóż po to, żeby włościanie nie oddali ojcowizny w ręce czytelników „GW”, zapewniając partii rządzącej stabilne trzydzieści kilka procent poparcia.

A jak wyborca Trzaskowskiego czy innego Sutryka nie zbuduje sobie daczy wśród „pól malowanych zbożem rozmaitem”, to i nie przywlecze między świerzop i dzięcielinę zgubnych dla tradycyjnego stylu życia (oraz wyników wyborczych PiS) miazmatów liberalizmu i lewactwa. Co otwiera drogę do dalszych druzgocących sukcesów partii pana prezesa.

>>>

PiS składa się z samych sromotnych postaci, prezes Kaczyński to Sromotnik Trujący.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

„Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę”.

Jakie podłe nastroje muszą być w PiS po wyborach samorządowych – zwłaszcza po drugiej turze – że prezes Jarosław Kaczyński zdecydował się z chorym kolanem robić za frontmana. Prezes chwycił za mikrofon, wyszukał wzrokiem, która kamera transmituje i ogłosił: „Zwyciężyliśmy”.

Żeby nie było ten tego, że Koalicja Obywatelska tudzież pozostali obsadzili prezydentami niemal wszystkie miasta. Nie! – „Nasze zwycięstwo nie podlega najmniejszej wątpliwości” – prezes zaśpiewał glorię i wiktorię.

Może prezes wybudził się, podobnie jak w stanie wojennym w południe 13 grudnia, oszołomiony. Nie zdążył do sztabów wyborczych Kacpra Płażyńskiego albo Małgorzaty Wassermann, a nawet do Nowego Sącza, gdzie startowała żona Arkadiusza Mularczyka (tego harcownika od reparacji wojennych) Iwona Mularczyk – i w jednym z tych miejsc w niedzielę nie ogłosił wiktorii.

Prezes wybudził się po dwóch dniach, a jeszcze nie mamy zimy…

View original post 1 072 słowa więcej

Tusk jest nie do przecenienia, przy nim fiksują umysły Kaczyńskiemu i komentatorów

7 List

Lud opozycyjny łaknie Donalda Tuska. Chętnych, by przyprowadzić mu białego konia, na którym odwojuje Polskę z rąk PiS, jest wielu. Szef Rady Europejskiej jednak kolekcjonuje opcje, by móc w przyszłym roku mieć z czego wybierać. – Ma zbyt silny temperament, żeby pójść na emeryturę – śmieje się polityk z jego kręgu.

Fakt, że w Polsce rządzi Prawo i Sprawiedliwość, de facto zamyka teraz Donaldowi Tuskowi drogę do objęcia jakiegoś wysokiego stanowiska w Unii Europejskiej, NATO czy ONZ. Bo nie będzie miał poparcia macierzystego kraju.

Skazuje to byłego premiera na większe zainteresowanie krajowym poletkiem. Nieprzypadkowo budował napięcie najpierw wokół swojej (niepotwierdzanej do samego końca) obecności na przesłuchaniu przed komisją śledczą ds. Amber Gold, a potem już w czasie spięć z jej członkami. Wyraźnie widać, że krajowa emerytura go nie interesuje.

Sondowanie opcji ze skróceniem kadencji szefa RE

Wedle naszych rozmówców Donald Tusk miał sondować w Brukseli, czy nie byłoby problemem, gdyby jego kadencja szefa Rady Europejskiej skończyła się o trzy miesiące wcześniej, a więc jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2019 r. w Polsce.

Jak mówi jeden z naszych rozmówców z szeregów opozycji, to jest jeden z elementów kolekcjonowania możliwości. Szef Rady Europejskiej chciałby mieć otwartą furtkę do tego, aby opuścić swój brukselski gabinet już we wrześniu 2019 r., a nie z końcem listopada. Taki scenariusz przyspieszonego pożegnania z Brukselą otwierałby drogę do silnego patronatu Tuska nad blokiem opozycyjnym w kolejnych wyborach do Sejmu (między 12 października a 12 listopada) – oczywiście jeśli taki front mógłby odsunąć PiS od władzy, bo Tusk lubi rozwiązania, które dają mu pewność wygranej.

„Wiecie, jak długa trwa moja kadencja”

– Zakulisowo konsultował już, czy możliwe byłoby szybsze przekazanie obowiązków szefa Rady Europejskiej, bo choć kadencja formalnie kończy się w listopadzie 2019 r., ale faktycznie jego następca będzie wybrany najpóźniej we wrześniu – słyszymy od osoby zorientowanej w sprawie. Tu warto przypomnieć, że do zbudowania porozumienia wokół kandydatury Tuska do fotela szefa RE szukano w Brukseli już w połowie roku 2014, choć obowiązki przejął dopiero 1 grudnia.

Tusk na pytanie o zaangażowanie w sprawy krajowe odpowiedział na około. – Jestem szefem Rady Europejskiej i wiecie, jak długa trwa moja kadencja – podkreślił. Po tych słowach jego zausznik, Paweł Graś, już chciał kończyć konferencję.

Szef RE nie powinien bezpośrednio wikłać się w politykę krajową, choć oczywiście Tusk umiejętnie balansuje tu na granicy. Szybsze zakończenie kadencji szefa RE uwolniłoby go od konieczności hamowania się w konfrontacji z PiS-em w finale przyszłorocznej kampanii do Sejmu.

A o tym, że Donald Tusk ma ciąg do takiej konfrontacji, nikogo nie trzeba przekonywać. Mówi znany polityk opozycji: – Uniki nie byłyby zgodne z jego politycznym temperamentem.

Tusk liczy na siebie

Wedle naszych rozmówców Donald Tusk ma przekonanie, że nie ma dziś na opozycji nikogo, kto miałby wystarczającą charyzmę i siłę argumentacji, a wreszcie także chęci, aby energicznie wziąć w obronę 8 lat rządów PO, które Polakom jednoznacznie kojarzą się z Tuskiem. A skoro Tusk nie może liczyć na Grzegorza Schetynę, Katarzynę Lubnauer czy – ostatni nabytek Koalicji Obywatelskiej – Barbarę Nowacką, to musi liczyć na siebie.

– Nie chce dać się wdeptać w ziemię narracją PiS-u o najgorszym premierze III RP i nieudolnych rządach, o „Polsce w ruinie”, którą dopiero obecna władza podnosi z upadku. Jeśli Tusk tylko ma okazję, żeby skonfrontować PiS ze swoimi osiągnięciami, to to robi. Tusk uważa, że należy się z PiS-em bić na każdym polu – mówi osoba znająca się z byłym premierem.

I trzeba oddać Tuskowi, że z takich konfrontacji na słowa jak na przesłuchaniu przed komisją śledczą wychodzi on z tarczą. A nawet z uśmiechem na twarzy.

Podsycanie głodu

Były premier cały czas podsyca tak wśród wyborców opozycji głód swojej obecności na krajowym podwórku. Zabiera na przykład głos niby broniąc Andrzeja Dudy albo rządu PiS, a w rzeczywistości wbija szpile. Albo podczas spotkań z dziennikarzami, albo na Twitterze.

Dwa przykłady.

– Nie dołączę się do złośliwości i szyderstw pod adresem polskiego prezydenta. Andrzej Duda, kiedy wydaje się pogubiony w argumentacji, potrzebuje raczej naszego wsparcia, a przynajmniej jakiejś takiej życzliwej cierpliwości – to Tusk z 24 października.

– Ja nie będę komentował tego, co się stało z tą rocznicą czy z organizacją jej obchodów. Bardzo boleję, że rzeczywiście marsz z tymi bardzo złymi znakami może stać się negatywnym symbolem tej rocznicy w Polsce i na świecie. Ale bardzo bym nie chciał, żeby było takie wrażenie, że Polska jest kompletnie osamotniona, bo tutaj nikt nie przyjedzie z zagranicznych gości – a to z 5 listopada.

Teraz w szeregach Platformy Obywatelskiej politycy nie mogą się nachwalić, jak to Tusk swoją obecnością na oficjalnych uroczystościach 100. rocznicy odzyskania niepodległości zogniskuje uwagę mediów. Tym, że w ogóle będzie – tym bardziej, że najprawdopodobniej będzie najwyższym rangą VIP-em na zagranicznym czy też międzynarodowym stanowisku.

– Tusk uważa, że nie wolno odpuszczać PiS-owi i nie można dać im zawłaszczyć tego święta – podkreśla jeden z naszych rozmówców. Nawet jeśli zostanie wybuczany podczas składania kwiatów pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego i Grobem Nieznanego Żołnierza, co zresztą jeszcze mocniej może przyciągnąć uwagę mediów i opinii publicznej.

Tusk bez wiary w wygraną KO w obecnej formie

Wedle naszych informacji, Tusk będąc w Warszawie bardziej wprost niż na konferencji prasowej wyciągał wnioski z wyników wyborów samorządowych.

Do kamer mówił, że „nikt nie ma powodu do euforii” z powodu wyników I tury, choć PiS wygrało w głosowaniu do sejmików, Koalicja Obywatelska w dużych miastach, a PSL „w niektórych wsiach, w niektórych regionach”. Na konferencji I turę przeciwstawił II, którą uznał za „porażkę PiS-u”. Podkreślił, że obóz rządzący uległ w średnich i mniejszych miastach, gdzie „wynik jest jednoznaczny i na pewno dzisiaj władze PiS-u mają o czym myśleć”. W sumie uznał wyniki wyborów za „jeden wielki znak ostrzegawczy dla PiS” i „znak nadziei dla opozycji”.

Podstawowa różnica między I a II turą była taka, że po dwóch stronach stanęli: kandydat PiS i kandydat całego bloku opozycyjnego, a najczęściej wygrywał opozycjonista – wymuszona namiastka „zjednoczonej opozycji”. – Chyba po raz pierwszy tak wielu wyborców w Polsce – tych, którzy chcieliby zmiany – uwierzyło, że taka zmiana jest możliwa – podkreślał Tusk.

Już poza kamerami, opisuje nasz rozmówca,Tusk miał mówić, że Koalicja Obywatelska i duże miasta to zdecydowanie za mało, żeby myśleć o wygranej z PiS-em, a nadzieją opozycji może być budowanie jeszcze szerszego bloku. Zresztą w samych szeregach opozycji dominuje przekonanie, że jak tak dalej pójdzie, to PiS ma w kieszeni wygraną w kolejnych wyborach do Sejmu, a pytaniem jest to, czy zdobędzie znów samodzielną większość.

***

Mówi polityk opozycji znający się osobiście z Tuskiem: – Jeśli swoją kadencję w roli szefa RE zakończy terminowo, to potem ma pół roku na kampanię prezydencką, gdyby chciał wystartować w tych wyborach. Kandydowanie do Pałacu Prezydenckiego to jest jedna z opcji. Nie sposób dziś przesądzać, co zdecyduje. Tusk podejmuje decyzje, gdy przychodzi na to czas, najwcześniej dopiero za pół roku.

— KE BĘDZIE DĄŻYŁA DO ROZSTRZYGNIĘCIA, KTÓRE ZABOLI – piszą autorzy DGP: “Temperatura sporu o praworządność nieco opadła. Według naszego źródła z Komisji nie oznacza to jednak, że Bruksela odpuszcza Warszawie. – Będzie dążyła do rozstrzygnięcia, które zaboli. Inaczej jej postawa zostanie odebrana jako porażka – mówi nasz rozmówca”.
dziennik.pl

— 2 TURA PODCIĘŁA SKRZYDŁA BARDZIEJ NIŻ WYNIKA ZE STATYSTYK – ZUZANNA DĄBROWSKA W RZ: “Druga tura podcięła skrzydła PiS bardziej niż wynika to nawet ze statystyk powyborczych. Pokazała, że mimo ogromnej wiary partii w to, że jest kochana przez lud, wiary w swoją misję czy też polityczne posłannictwo uczucia te nie udzielają się bardzo wielu mieszkańcom miast: dużych, średnich i małych. Zresztą zaraz po głosowaniu politycy PiS z pierwszej linii propagandowego frontu starali się uczynić z nich oszustów, złodziei i nie-Polaków. Te głosy jednak wyciszono”.
rp.pl

— PIS MYLI TRADYCJONALIZM ZE ZWYKŁYM CHAMSTWEM – MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI W RZ: “Problemem PiS jest nie to, że jest za mało konserwatywny, ale to, że myli tradycjonalizm ze zwykłym chamstwem. Szef MON piszący o „marszu sodomitów”, obraźliwe wobec osób niepodzielających poglądów wpisy na Twitterze Krystyny Pawłowicz czy Dominika Tarczyńskiego, są przejawem czegoś, co kiedyś w „Plusie Minusie” nazwałem konserwatyzmem zdziczałym. Wątpię, by był on w stanie przyciągnąć do PiS konserwatystów. Jedną z cech konserwatyzmu jest umiar. PiS zaś (powtarzając błędy z lat 2005– 2007) osobom umiarkowanym coraz bardziej zaczyna kojarzyć się obciachem czy zwykłym zakłamaniem niż konserwatyzmem”.
rp.pl

— PIS ZMOBILIZOWAŁO PRZECIWNIKÓW – DR JAROSŁAW FLIS: “Gdyby chcieć podsumować obie tury wyborów, można by powiedzieć, że porażkę poniosła strategia Jarosława Kaczyńskiego, by postawić polityczny spór na ostrzu noża; przekonanie, że do wygrania jest mecz „PiS kontra reszta świata”. Tak właśnie opisywali polską politykę przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości, tak też prowadzili kampanię. Strategia ta okazała się zgubna: jeśli partii władzy udała się mobilizacja przez polaryzację, to była to głównie mobilizacja… przeciwników”.
tygodnikpowszechny.pl

— POGŁOSKI O ŚMIERCI PIS SĄ PRZESADZONE – MAREK MIGALSKI W RZ:“I tak jak 1 nie jest większe od 27, tak 27 nie jest większe od 34. Koalicja Obywatelska została pokonana przez partię Kaczyńskiego i nic na razie nie wskazuje, by za rok miało się to zmienić. Bez radykalnego załamania nastrojów społecznych PiS na jesieni 2019 roku wygra. Zwłaszcza że nie będzie próżnował i zapewne zadba o kolejne grupy społeczne”.
rp.pl

— SAMI ZAŚPIEWAJCIE SOBIE HYMN – PIOTR BENIUSZYS Z LIBERTE O OBCHODACH – pisze w GW: “Państwo oddało setną rocznicę niepodległości Polski faszyzującym ekstremistom z politycznego marginesu. A prezydent proponuje milionom obywateli, by w południe sami sobie zaśpiewali hymn”.
wyborcza.pl

Więcej >>>

>>>

Tusk powoduje, że Kaczyński robi w galoty. Tak było, jest i będzie

Nie jest tajemnicą, że rozwiązania obecnych problemów w Polsce opozycja i jej zwolennicy upatrują w powrocie do kraju Donalda Tuska. Przewodniczący Rady Europejskiej też specjalnego wyboru nie ma, bo fakt, że w Polsce rządzi Prawo i Sprawiedliwość, zamyka mu drogę do objęcia jakiegoś wysokiego stanowiska w strukturach Unii Europejskiej, NATO czy ONZ. Nie będzie miał –  potrzebnego w takich razach – poparcia macierzystego kraju. Emerytura? W żadnym wypadku.

„Wedle naszych rozmówców Donald Tusk miał sondować w Brukseli, czy nie byłoby problemem, gdyby jego kadencja szefa Rady Europejskiej skończyła się o trzy miesiące wcześniej, a więc jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2019 r. w Polsce” – pisze porta gazeta.pl.

„Jeśli swoją kadencję w roli szefa RE zakończy terminowo, to potem ma pół roku na kampanię prezydencką, gdyby chciał wystartować w tych wyborach. Kandydowanie do Pałacu Prezydenckiego to jest jedna z opcji” – mówi polityk opozycji znający się osobiście z przewodniczącym Rady Europejskiej.

>>>

Gdyby jednak zakończył kadencję przed terminem, otworzyłoby to furtkę do silnego patronatu Tuska nad blokiem opozycyjnym, w kolejnych wyborach do Sejmu między 12 października a 12 listopada 2019 r.

Ponadto szybsze zakończenie kadencji szefa RE uwolniłoby go od konieczności hamowania się w konfrontacji z PiS-em w finale przyszłorocznej kampanii do Sejmu.

„Nie chce dać się wdeptać w ziemię narracją PiS-u o najgorszym premierze III RP i nieudolnych rządach, o „Polsce w ruinie”, którą dopiero obecna władza podnosi z upadku. Jeśli Tusk tylko ma okazję, żeby skonfrontować PiS ze swoimi osiągnięciami, to to robi. Tusk uważa, że należy się z PiS-em bić na każdym polu” – mówi osoba znająca się z byłym premierem.

Teraz w szeregach Platformy Obywatelskiej politycy nie mogą się nachwalić, jak to były premier swoją obecnością na oficjalnych uroczystościach 100. rocznicy odzyskania niepodległości zogniskuje uwagę mediów. Tym, że w ogóle będzie – tym bardziej, że najprawdopodobniej będzie najwyższym rangą VIP-em na zagranicznym czy też międzynarodowym stanowisku.

„Tusk uważa, że nie wolno odpuszczać PiS-owi i nie można dać im zawłaszczyć tego święta” – podkreśla jeden z naszych rozmówców portalu. Nawet jeśli zostanie wybuczany podczas składania kwiatów pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego i Grobem Nieznanego Żołnierza, co zresztą jeszcze mocniej może przyciągnąć uwagę mediów i opinii publicznej.

Oceniając wynik niedawnych wyborów samorządowych uznał go podczas ostatniego pobytu w Warszawie za „jeden wielki znak ostrzegawczy dla PiS” i „znak nadziei dla opozycji”.

„Chyba po raz pierwszy tak wielu wyborców w Polsce – tych, którzy chcieliby zmiany – uwierzyło, że taka zmiana jest możliwa” – podkreślał Tusk.

Jak informuje portal, Tusk poza kamerami miał mówić, że Koalicja Obywatelska i duże miasta to zdecydowanie za mało, żeby myśleć o wygranej z PiS-em, a nadzieją opozycji może być budowanie jeszcze szerszego bloku.

Nie sposób dziś przesądzać, co ostatecznie zdecyduje. Tusk podejmuje decyzje, gdy przychodzi na to czas, najwcześniej dopiero za pół roku – powiedział portalowi polityk opozycji znający się osobiście z Tuskiem.

Sam Tusk mówi na razie – „Jestem szefem Rady Europejskiej i wiecie, jak długa trwa moja kadencja…”.

Rydzyk, faszyści, afera podsłuchowa i obudzony Kaczyński

7 List

Komisja Europejska nadal rozpatruje skargę, którą kilkanaście miesięcy temu złożył niedoszły student Wyższej Szkoły Komunikacji Społecznej i Medialnej w Toruniu. Twierdzi, że uczelnia nie powinna była domagać się od niego zaświadczenia od proboszcza.

Działacz SLD i radny miejski w Chełmży Marek Jopp dwa lata temu dostał się na podyplomowe studia na kierunku „Polityka ochrony środowiska” na Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej i Medialnej w Toruniu, został jednak skreślony z listy z powodu niedostarczenia opinii od proboszcza.

Odwołania i sprawy sądowe nie przyniosły rezultatu. Kilka miesięcy temu Jopp zadeklarował, że będzie szukał pomocy w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu.

Gdy uczelnia zarządzana przez o. Tadeusza Rydzyka domagała się w ubiegłym roku podobnego dokumentu przy rekrutacji na inny kierunek dofinansowywany przez unijny Program Operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój (POWER), Jopp wysłał skargę do Komisji Europejskiej. – Nie może być tak, że przyjęcie na dotowane z publicznych pieniędzy studia uzależnia się od wiary – podkreślał w rozmowie z Onet.pl.

Nikt nie ma wątpliwości, że afera taśmowa, która wybuchła w 2014 roku, pomogła Prawu i Sprawiedliwości wygrać wybory. Czy była ona przeprowadzona przy współudziale rosyjskich służb specjalnych? Tego pewnie nigdy nie będziemy pewni w stu procentach. Są jednak wątki, obok których nie da się przejść obojętnie. Na pytanie o udział Rosjan w spisku przeciwko polskiemu rządowi starała się odpowiedzieć “Polityka”, zwieńczając tym samym swoje wielomiesięczne śledztwo.

Pierwszym przystankiem, na którym wysiadł dziennikarz “Polityki”, było półmilionowe Kemerowo na Syberii. To centrum Kuźnieckiego Zagłębia Węglowego zwanego Kuzbasem. Według źródeł związanych z kontrwywiadem, właśnie tam w latach 2013 – 14 pojechał Marek Falenta, a więc w czasie, w którym we współpracy z kelnerami z restauracji Sowa i Przyjaciele po kryjomu nagrywał najważniejszych polityków w Polsce. Również w tym samym czasie został współwłaścicielem firmy Składy Węgla, która handlowała rosyjskim węglem z Kemerowa przez działającą tam Kuzabską Kampanię Paliwową z oddziałem w Gdańsku. Falenta pojechał do Kemerowa zaraz po swoim wejściu do Składów Węgla i jak twierdzą źródła tygodnika “dostał węgiel, nie płacąc ani kopiejki”. Mówi oficer kontrwywiadu – “Falenta musiał Rosjanom coś obiecać, może nawet coś dać. U nich nie ma tak, że coś się dostaje za nic, tym bardziej węgiel wart 20 mln dol. I to na pierwszym spotkaniu”.

Spotykając się z Rosjanami, biznesmen miał już w swoim archiwum nagraną rozmowę szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z ówczesnym prezesem NBP Markiem Belką. Prawdopodobnie miał też zapis spotkania Sikorski – Rostowski, a więc dwa nagrania, które po opublikowaniu wywołały największą burzę. Najważniejszą osobą w układance jest multimilioner Robert Szustkowski, który miał Rosjanom polecić Falentę. O Szustkowskim głośno się zrobiło za sprawą Jana Śpiewaka, stołecznego aktywisty, obecnie kandydata na prezydenta Warszawy. Szustkowski robił interesy z Rosjanami od dawna przez spółkę Radius – “Jak ujawnił Śpiewak, Radius był zaangażowany w stołeczną reprywatyzację, a jednym z jego współpracowników był Jacek Kotas, wiceminister obrony w czasach pierwszych rządów PiS, okrzyknięty rosyjskim łącznikiem Macierewicza” – czytamy w tygodniku.

Falentę z Rosją i Szustkowskim łączą też inne tropy i prowadzą one do restauracji Sowa i Przyjaciele. Należała ona do firm, którymi kierowali – występujący również we władzach Grupy Radius i spółek z nią związanych – panowie Jarosław Babiński i Krzysztof Janiszewski. Obaj zainwestowali w restaurację, chociaż nie zajmowali się gastronomią tylko nieruchomościami. Jak wynika z zeznań jednego z kelnerów z Sowa i Przyjaciele, w warszawskiej restauracji “Ole!”, należącej do Babińskiego i Janiszewskiego, również miały być urządzenia podsłuchowe. Inną wymienianą restauracją jest Lemongrass. Lokal ten był protoplastą Sowy i Przyjaciół, z wykwintnym i drogim jedzeniem, w którym “blaty miały uszy”.

Największą zagadką tamtego czasu jest działanie ówczesnego wiceszefa ABW płk. Jacka Gawryszewskiego, nadzorującego działanie specjalnej grupy powołanej do wyjaśnienia sprawy taśmowej. Swoje stanowisko zawdzięczał Bartłomiejowi Sienkiewiczowi, z którym znał się z pracy w Urzędzie Ochrony Państwa. Płk. Gawryszewski utrzymywał również bliskie kontakty z Mariuszem Kamińskim. Jeden z wysokich rangą urzędników w rządzie Platformy, tak opisuje sytuację po której upadł wątek powiązań Falenty z PiS oraz rosyjskich tropów – Gdy w pewnym momencie pojawił się temat rosyjskiego tropu, ktoś ważny powiedział Gawryszewskiemu, że trzeba się tym zająć. On na to odpowiedział mniej więcej tak: Rosyjski trop? Co prawda nie znam się na kontrwywiadzie, ale to czysto kryminalna sprawa”Gawryszewski po zmianie władzy jako jedyny wysoki rangą funkcjonariusz służb utrzymał swoje stanowisko. Rok temu został ambasadorem RP w Chile.

Już kilka dni po wybuchu afery taśmowej Donald Tusk mówił o “scenariuszu pisanym cyrylicą”. Jak się okazuje, do dzisiaj nikt na poważnie nie zbadał jej najważniejszych wątków. Import węgla z Rosji rośnie w rekordowym tempie, ojciec premiera Morawieckiego w co drugim zdaniu wychwala Władimira Putina, marszałek Senatu mówi, że dyktator z Białorusi – która jest uzależniona od Rosji – jest ciepłym człowiekiem a Witold Waszczykowski, w trakcie francuskiej kampanii wyborczej fotografuje się z Marine Le Pen, której partia jest na kroplówce rosyjskich banków. Od której strony człowiek nie spojrzy, wnioski same się nasuwają.

Eliza Michalik pisze na portalu koduj24.pl o marszu niepodległości 11 listopada.

Coraz trudniej mi uwierzyć, by rodzice nie wiedzieli, w jakim marszu uczestniczą z dziećmi 11 listopada.

Z okazji zbliżającego się marszu niepodległości, który z racji głoszonych na nim haseł i wznoszonych okrzyków trzeba nazwać raczej marszem rasistów i nacjonalistów, pojawił się w przestrzeni publicznej znany powtarzany od lat argument, z którym nikt za bardzo nie ośmiela się polemizować: „To nie jest marsz faszystów, bo idą w nim przecież także rodziny z dziećmi”.

Muszę przyznać, że owe „rodziny z dziećmi” to całkiem niezła zasłona dymna – tym bardziej, że zasłona wielokrotnego użytku. Bo za każdym razem, gdy w studiu tv ktoś wytknie jakiemuś „narodowcowi” albo „patriocie” z PiS (biorę w cudzysłów, bo z narodem ani patriotyzmem ci państwo nie mają nic wspólnego), że broni marszu, w którym krzyczy się o nienawiści do innych ludzi, słyszę nieśmiertelne: „Obraża pan polskie rodziny, które także brały udział w tym marszu”.

Trzeba więc sobie wreszcie jasno powiedzieć, że jest to argument tyleż efektowny, co kompletnie nieprawdziwy, oparty na fałszywym z gruntu założeniu, że bycie w związku małżeńskim i posiadanie rodziny i dzieci uodparnia na faszyzm, nacjonalizm, rasizm i inne choroby wynikające z nienawiści. Otóż nie.

I zupełnie nie widzę powodu, żeby ludzie o faszystowskich i nacjonalistycznych poglądach nie mieli zakochiwać się, pobierać i mieć dzieci, a następnie wpajać im swoje poglądy i spojrzenie na świat i zabierać na faszystowskie marsze na 11 listopada lub po prostu, tak bez okazji, zwyczajnie, na marsze z pochodniami.

Przeciwnie, historia i życie dowodzą, że tak się właśnie dzieje. I żeby była jasność: nie twierdzę, że w okolice marszu niepodległości nie mogą się zaplątać przechodzący przypadkowo obok tolerancyjni, mili, rozsądni, życzliwi i serdeczni ludzie z dzieciakami. Jednak wobec nagłaśnianych od wielu lat mrożących krew w żyłach wyczynów uczestników tego marszu, jak podpalanie i niszczenie aut, wywieszanie skrajnie rasistowskich, nacjonalistycznych i faszystowskich transparentów i wykrzykiwanie takich haseł, bicie kontrmanifestantów, wyzywanie i lżenie nawet kobiet – coraz trudniej uwierzyć, by ci mili rodzice o niczym nie wiedzieli.

Moim zdaniem o wiele bardziej prawdopodobna jest jednak wersja, że te mamusie i ci tatusiowie ze swoimi dziećmi doskonale wiedzą, co się na marszu niepodległości dzieje i kompletnie im to nie przeszkadza, a przeciwnie – bardzo im się podoba.

Polscy faszyści, rasiści i nacjonaliści powinni się wreszcie dowiedzieć, że dzieci nie są, nigdy nie były i nie będą tarczą chroniącą przed konsekwencjami podłego zachowania. A biorąc udział w jakimś wydarzeniu firmujemy je swoją twarzą, imieniem i nazwiskiem i także – swoją rodziną.

Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w kontekście historii – bo zapewniam, że na marsze poparcia dla Hitlera i Stalina ludzie także przychodzili z dziećmi. Bardzo młodzi ludzie tworzyli też młodzieżówki NSDAP i nie kto inny jak dzieci były wychowywane i szkolone w specjalnych państwowych instytucjach, do których przyprowadzali je rodzice, na przyszłych posłusznych nazistów.

Wszyscy lubimy dzieci, ale w kontekście 11 listopada trzeba zdecydowanie przypomnieć, że ich posiadanie i przyprowadzanie na takie czy inne marsze nie jest argumentem na nic ani świadectwem, że się jest dobrym człowiekiem.

Źli i podli ludzie też mają rodziny i dzieci.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim.

„Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę”.

Jakie podłe nastroje muszą być w PiS po wyborach samorządowych – zwłaszcza po drugiej turze – że prezes Jarosław Kaczyński zdecydował się z chorym kolanem robić za frontmana. Prezes chwycił za mikrofon, wyszukał wzrokiem, która kamera transmituje i ogłosił: „Zwyciężyliśmy”.

Żeby nie było ten tego, że Koalicja Obywatelska tudzież pozostali obsadzili prezydentami niemal wszystkie miasta. Nie! – „Nasze zwycięstwo nie podlega najmniejszej wątpliwości” – prezes zaśpiewał glorię i wiktorię.

Może prezes wybudził się, podobnie jak w stanie wojennym w południe 13 grudnia, oszołomiony. Nie zdążył do sztabów wyborczych Kacpra Płażyńskiego albo Małgorzaty Wassermann, a nawet do Nowego Sącza, gdzie startowała żona Arkadiusza Mularczyka (tego harcownika od reparacji wojennych) Iwona Mularczyk – i w jednym z tych miejsc w niedzielę nie ogłosił wiktorii.

Prezes wybudził się po dwóch dniach, a jeszcze nie mamy zimy. Co to będzie wiosną? Czyżby Kaczyński miał nie wyjść z gawry przy Nowogrodzkiej po wyborach do Parlamentu Europejskiego bądź parlamentarnych?

Na wybudzenie się ze snu o potędze „naszego zwycięstwa” prezes powinien zobaczyć popularny w internecie obrazek, jak czerwony ze wściekłości Nowy Rok 2019 z białym orzełkiem na piersiach wykopuje ze sceny bladą ze strachu postać z napisem PiS.

Nie wiem, gdzie po tym wszystkim w przyszłym roku prezes wyląduje. Na razie zachowuje się na przekór faktom, choć zapewnia, że to inne komitety „te wybory przegrały, próbują zmienić ich obraz, ale to jest abstrahowanie od faktów”.

Na takie dictum Michał Szułdrzyński, komentując wystąpienie prezesa, przypomniał cytat z „Pożegnania jesieni” Witkacego:

„Dobrze jest, psiakrew,

A kto powie, że nie, to go w mordę”.

Polacy! Trzymajcie się za szczęki, bo prezes przystępuje do kontrofensywy: – „Nikt nam nie powie, że białe jest białe…”. Gdyby chcieć snuć analogie (w stanie wojennym Kaczyńskiego nie internowali, a nawet milicja nie wiedziała, kto to zacz), w następnym roku 2019 po przegraniu – wykopaniu jak na wspomnianym przeze mnie obrazku – też nie jest zagrożony Trybunałem Stanu, to raczej zarezerwowane dla Dudy i Szydło. Prawnicy jednak uważają, że prezes może odpowiadać za podżeganie i współsprawstwo, a na to są odpowiednie paragrafy w Kodeksie karnym. Wówczas wreszcie zwyciężyłoby prawo i sprawiedliwość.

Tusk w Łodzi i Poznaniu

2 List

Urzędująca prezydent Łodzi Hanna Zdanowska wraz z Fundacją Liberte! organizują piątą edycją Igrzysk Wolności, w tym roku pod hasłem „Bitwa o historię”. Wydarzenie odbędzie się między 9. a 11. listopada i, z racji choćby na garnitur zaproszonych gości, ma stać się opozycyjną alternatywą dla obchodów stulecia odzyskania niepodległości organizowanych  w Warszawie przez obóz rządzący.

Podczas konferencji prasowej zorganizowanej w EC1, gdzie odbędą się Igrzyska Wolności, prezydent Hanna Zdanowska zapraszała do wzięcia udziału w wydarzeniu i wyjaśniała, co jest istotą spotkania i czym będzie różnić się od wydarzeń warszawskich.

Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska powiedziała:

– Od początku marzyliśmy, aby Igrzyska Wolności stały się forum dyskusji o współczesnej Polsce, Europie i świecie. Myślę, że piąte Igrzyska Wolności będą przełomowym wydarzeniem. Będziemy rozmawiać w szczególnym momencie, gdy świętujemy 100-lecie odzyskania niepodległości Polski.

Będziemy rozmawiać o współczesnym patriotyzmie, o tożsamości państw funkcjonujących w Unii Europejskiej, o przyszłości Polski i przyszłości UE. Chcemy rozmawiać o wszystkich sprawach, które są ważne dla każdego Polaka i patrioty: o wolności, o demokracji i o tym, co się dzieje we współczesnym świecie.

Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny „Liberté!” i koordynator programowy Igrzysk:

– Łódź organizuje Polsce Święto Niepodległości. To oddolne, obywatelskie święto. Dzięki wsparciu Miasta Łodzi od wielu miesięcy mogliśmy się przygotowywać do tego, do czego polski rząd nie przygotował się w ogóle. W Hali Maszyn EC1 spotkają się najwybitniejsze umysły Polski i Europy, żeby świętować niepodległość rozmowami, dyskusjami, koncertami. Zapraszamy wszystkich, niezależnie od poglądów politycznych, jeśli chcą rozmawiać, a nie tupać i zagłuszać.

Błażej Lenkowski, prezes Fundacji Liberté! – organizatora Igrzysk Wolności dodaje:

– Udało się nam przekonać bardzo wielu decydentów, ludzi kultury, literatów, muzyków, akademików z całego świata, że warto przyjechać i świętować 11 listopada właśnie w Łodzi. Igrzyska to nie tylko politycy najwyższej rangi, jak Donald Tusk, Robert Biedroń, Leszek Balcerowicz, Katarzyna Lubnauer, Barbara Nowacka, ale to także impreza kulturalna, na którą przyjeżdżają wykładowcy Cambridge, Harvardu, Yale, Sorbony. Będziemy gościć absolutnie topowych polskich pisarzy: Dorotę Masłowską, Eustachego Rylskiego, Stefana Chwina, Elżbietę Cherezińską.

Na tegoroczne Igrzyska Wolności organizatorzy zapraszają całe rodziny z dziećmi, dla których będzie zorganizowany specjalny kącik.

Tegoroczna edycja Igrzysk Wolności pod hasłem „Bitwa o historię”, odbędzie się w dniach 9-11 listopada 2018 r. w EC1, przy ul. Targowej 1/3 w Łodzi.