Tag Archives: Hanna Gronkiewicz-Waltz

Rządzi nami mafia. Niestety Polska to coraz mniej demokratyczny kraj

26 Sty

Czy Polacy pozbywają się złudzeń i odkrywają, że rządzi w kraju mafia?

Że już niedługo ten kraj będzie dysfunkcjonalny z pokraką rządzącym zza kordonu ochroniarzy za pomocą ancymonków typu Mateusz Morawiecki?

Materiał TVN o agencie Tomku świadczy, iż staliśmy się republiką bananową i Unia Europejska taki twór musi wydalić, bo jest zbiorem państw demokratycznych.

Czy jest dla nas nadzieja? Wydaje się, że tak. I jedyna formacja, która może wykopać PiS od koryta to Platforma Obywatelska, która właśnie mieniła szefa. Nielubiany Grzegorz Schetyna został zastąpiony przez Borysa Budkę.

Kaczyński nauczył się, jak opozycję szczuć samą na siebie. I tutaj może być problem, iż zaraz przy nogawce Budki znajdzie się zaraz szczekający piesek pieprzący od rzeczy, w czym ostatnio specjalizuje się Zandberg.

Polska nie jest skazana na klęskę, lecz historia pokazuje, że nie potrafimy się bronić przed wrogami wewnętrznymi. Kiedyś była to Targowica, formacja toczka w toczkę podobna do dzisiejszego PiS, wówczas wspierał ją kler (podczas Insurekcji niektórzy z biskupów zawiśli na latarniach), dzisiaj jest podobnie – sukienkowi biskupi i ich „papież” Rydzyk są do dyspozycji Kaczyńskiego.

Znajdujemy się na równi pochyłej, trzeba nieuniknioną podróż do utraty niepodległości wstrzymać. Nie jakąś złudną nadzieją, ale realnymi krokami. Czy potrafimy?

Oglądam Superwizjer z agentem Tomkiem. Dla mnie jego relacja jest odważna i wiarygodna. Nigdy nie miałem wątpliwości, jakim mentalnym i moralnym patologiem jest Mariusz Kamiński. Jestem pewien, że pod formacją pisowską jest fundament kanalii. Inaczej tego nie można nazwać.

Tak pisze Waldemar Kuczyński.

– Pod naciskiem przełożonych kłamałem w sprawie przeciwko Jolancie i Aleksandrowi Kwaśniewskim. Przepraszam za to – mówi Tomasz Kaczmarek, były poseł PiS i najbardziej znany agent CBA. Jego zeznania obciążają obecne kierownictwo służb specjalnych.

O rozmowie prezes TK i prezesa PiS w jej mieszkaniu informuje nieoficjalnie Andrzej Stankiewicz. Dziennikarz Onetu wspólnie z Agnieszką Burzyńską z „Faktu” rozmawiają też o tym, dlaczego PiS w konflikcie o sądy zaostrza retorykę antyunijną, a momentami nawet antyzachodnią.

Więcej >>>

O wywiadzie z Kaczyński w „Bildzie” więcej tutaj >>>

– Każdy obywatel może mieć sprawę i może się okazać, nawet po latach, że skład sądu był niewłaściwy. I dojdzie do wznowienia postępowania i do zmiany wyroku – powiedział Zbigniew Ćwiąkalski. Były minister sprawiedliwości stwierdził, że rządzący będą pracować nad „groźniejszą ustawą”, ponieważ chcą spacyfikować sądy.

Więcej o zamordyzmie, który nas czeka, mówi Ćwiąkalski tutaj >>>

Morawiecki postanowił zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego przełomową uchwałę Sądu Najwyższego z 23 stycznia. Zdaniem ekspertów prawnych jego wniosek jest bezpodstawny, bo nie tak powinna działać kontrola TK. „Ta praktyka pojawiła się tylko dlatego, że rządzący uzyskali pełną kontrolę polityczną nad Trybunałem” – mówi OKO.press prof. Marcin Matczak

Więcej o Morawieckim, pachołku Kaczyńskiego, spełniającym rolę deprawatora prawa tutaj >>>

Helsińska Fundacja Praw Człowieka reakcje rządu na uchwałę połączonych Izb Sądu Najwyższego z 23 stycznia uznaje za „rażący przejaw instrumentalizacji prawa dla realizacji interesów partyjnych” i „niezrozumienie zasady trójpodziału władzy”. Fundacja wskazuje, że uchwała SN może być szansą dla rządu na wycofanie się z przynajmniej części wprowadzonych zmian.

Czy PiS jest w stanie się wycofać z ustaw antykonstytucyjnych czytaj tutaj >>>

Aż 26 spraw, w których mieli sądzić sędziowie wybrani przez nową KRS, odwołano w piątek w Sądzie Najwyższym. Z tego powodu odwołano też trzy sprawy w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach. To jednak dopiero pierwszy dzień obowiązywania uchwały SN, więcej odroczonych spraw może być w kolejnych dniach.

Więcej o bałaganie w sądach tutaj >>>

Sędziowie z Krakowa są ścigani za akcję protestacyjną w ramach której rozwiesili w sądzie plakaty z postulatami odpolitycznienia wymiaru sprawiedliwości. Nie spodobało się to władzom sądu z nadania ministra Zbigniewa Ziobry. Plakaty „zaaresztowano”, a sędziom grożą teraz co najmniej dyscyplinarki.

O pisowskim zamordyzmie w stosunku do sędziów tutaj >>>

In vitro ratuje płodność całego społeczeństwa. Gdy Francja debatuje nad przyjęciem ustawy, która otworzy zabiegi samotnym kobietom i parom lesbijek, polski rząd krzyczy o nieetycznym „mrożeniu dzieci” i inwestuje w naprotechnologię. Metodę, która nigdzie na świecie nie jest uznawana za alternatywę dla in vitro.

O in vitro w Polsce tutaj >>>

Oświecenie jest atakowane zarówno przez dziczejącą populistyczną prawicę, jak też przez młodą „antykolonialną” lewicę uważającą zachodnie instytucje, prawa czy normy za najgorsze twory ludzkości, od których lepszy jest każdy peryferyjny zamordyzm – pisze Cezary Michalski. A najskuteczniejszą bronią Jarosława Kaczyńskiego jest zwyczajny ludzki oportunizm, którym prezes PiS będzie się posługiwał coraz skuteczniej, jeśli zachowa władzę przez całą kadencję.

Kapitalny esej Cezarego Morawskiego tutaj >>>

Wszelkie granice zostały dawno poprzekraczane, łącznie z granicą przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Został już tylko w argument nagiej siły, my kontrolujemy Trybunał i Kancelarię Sejmu, a nasi ludzie, których tam wysłaliśmy, będą robić to, co im partia rządząca powie. To pokazuje, jak głęboko zaszło przejmowanie państwa przez „grupę trzymającą władzę” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Dopiero wymeldowanie się obecnego notariusza rządów PiS-u, pana Dudy, z Pałacu Prezydenckiego zmieni fundamentalnie układ sił w Polsce – podkreśla.

Wywiad z Kucharczykiem o zagrożeniach władzą pisowską tutaj >>>

O listach poparcia KRS:

Jeśli miałoby się sprawdzać powiedzenie, że pycha kroczy przed upadkiem, to może to być dla nas dobra prognoza – mówi Hanna Gronkiewicz Waltz w rozmowie z Magdą Jethon

Podczas ostatnich obrad PE świat zobaczył prawdziwe oblicze Polski? Czy Panią zaskoczyło zachowanie europarlamentarzystów PiS?

Niespecjalnie, oni się tak samo zachowują w Polsce, choć sądziłam, że poza granicami kraju powinno się bardziej starać. Myślę, że oni są przekonani, że to wzbudzi szacunek do Polski, a to raczej pali mosty. Ja mam spore doświadczenie z pracy w EBOR (Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju). Jeżeli ktoś tam był bardzo roszczeniowy, tupał bez powodu, to nikt się go nie bał, tylko sobie myślał, że ciężko będzie z nim współpracować, więc lepiej dajmy sobie z nim spokój. Taka postawa nie budzi ani szacunku, ani lęku czy respektu i prowadzi do izolacji.

Wywiad Magdy Jethon z Hanną Gronkiewicz-Waltz tutaj >>>

O wyborach w Platformie Obywatelskiej i nowym szefie Borysie Budce tutaj >>>

PiS przymierza się do państwa wyznaniowego

24 Kwi

To wcale nie jest żart. Profesor Krzysztof Maria Szczerski, szef gabinetu prezydenta RP na stronach swojego życiowego dzieła pt „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”,wydanego w 2017 r. postuluje wprowadzenia „paszportu katolickiego”.

Powinien on zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Chodzi o to „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

„W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód” – pisze Szczerski.

Jak wynika z lektury dzieła ministra, jest on święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, iż odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Jakkolwiek by nie komentować tych „wynurzeń” niepokojące jest to, że autor jest szefem gabinetu Prezydenta RP, kilkakrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych.

Bez większej złośliwości dzieło pana profesora można skomentować w czterech słowach: jaki Pan taki kram.

Znajomo w nim pobrzmiewa głoszona wcześniej przez Morawieckiego idea rechrystianizacji Europy, donośnym echem odbija się kompromitująca wypowiedzi Andrzeja Dudy podczas Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie, gdzie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki”.

„Myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.” – skomentował autor artykułu na ten temat Artur Nowak w tygodniku „Newsweek”.

Zakrzykiwani, obrażani, straszeni, zawstydzani ludzie, są jak ofiary stresu pourazowego – i po to właśnie PiS to robi.

Żyjemy w ciągłym stresie, strachu, napięciu i lęku, z uczuciem wyczerpania i niemożności, braku kontroli nad własnym życiem i poczuciem, że cokolwiek robimy, nie zmienia sytuacji. Prawda? A wiecie, że to najbardziej typowe objawy stresu pourazowego?

O to PiS – owi chodziło i tak dokładnie się stało: choć tego nie zauważyliśmy, staliśmy się ofiarami.

I jak typowe ofiary obwiniamy siebie. W programach publicystycznych, w mediach społecznościowych i tradycyjnych, od znajomych i nieznajomych na spotkaniach autorskich ciągle słyszę te same pytania i wyznania.
„To nasza wina, byliśmy aroganccy”. „Byliśmy głupi”. „Nie dość uważaliśmy”. „Nie znamy prawdziwego życia, bo przecież prawdziwe życie znają tylko wyborcy PiS, trzeba było bardziej się im podlizywać, bardziej ich słuchać”. „Nie zadawaliśmy właściwych pytań”. „Nic nas nie obchodziło”. „Może mogliśmy zrobić to lub tamto” albo „tego lub tamtego nie robić”. Jak dziewczyna, która pod wpływem pytań policjanta zaczyna się zastanawiać, czy gwałt to nie jej wina, bo może miała za krótką sukienkę? Może za dużo wypiła? Może mogła zostać w domu, zamiast iść do klubu?

Powiem Wam jedno. Guzik prawda.

Owszem nie jest tak, bo nigdy nie jest, żeby nie było żadnych błędów, aroganckich czy głupich ludzi, po każdej stronie politycznego sporu, w każdej partii i w każdym obozie światopoglądowym. To banał. Nic nowego. I kompletnie nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że temu co się dzieje od trzech lat w Polsce całkowicie i w stu procentach winna jest partia, która wygrała wybory pięcioma milionami i siedmiuset tysiącami głosów (co oznacza, że ponad 24 miliony uprawnionych do głosowania Polaków nie zagłosowało na PiS) i złamała wszelkie reguły i zasady, których zobowiązana była bronić.

Całkowicie i w stu procentach winna jest partia, która podeptała prawo, Konstytucję, swobody i wolności obywatelskie, zasadę świeckości państwa i poszanowania mniejszości, zlikwidowała polski parlamentaryzm i sejmową debatę, sterroryzowała opozycję i jej wyborców, nieuczciwie i bezprawnie, niemal się z tym nie kryjąc, grając hakami i za pomocą zagarniętych mediów publicznych robiąc najobrzydliwszą nienawistną propagandę, brutalnie zaatakowała kobiety, niepełnosprawnych i wszystkie grupy sprzeciwiające się jej poglądom.

Swoją działalnością PiS wypełnił wszystkie przesłanki do delegalizacji partii politycznej, pogwałcił przepisy i umowy społeczne, zniósł trójpodział władzy, zniszczył kapitał społecznego zaufania i wiarę w instytucje państwa, oczernił, opluł i próbował zastraszyć wszystkich myślących inaczej.

To PiS pozwolił sobie na zbyt wiele, nie tylko na to, na co nie pozwala prawo, ale nawet na to, czego wręcz zakazuje i robił to przez cały czas bezczelnie kłamiąc i patrząc ludziom prosto w oczy.

To PiS broni przywilejów skorumpowanego politycznie, upadłego, broniącego pedofilii kościoła katolickiego, neofaszystów i kiboli i promuje tym samym przemoc w życiu publicznym, bo popiera te najbardziej skrajne i destrukcyjne grupy społeczne wyłącznie z jednego powodu: z powodu swojej żądzy władzy.

Mówię to Wam, ponieważ mam już dość słuchania analiz i bezsensownego samobiczowania się, mam dość wymyślania usprawiedliwień i rozmydlania sprawy. Mam już dość tego kajania się i rozdzielania włosa każdej wypowiedzi na czworo, podczas gdy PiS, prawdziwy winny, śmieje się nam w twarz i zaciera ręce.

Otóż mam dla Was nowinę. W Polsce doszło do przestępstwa i jedynym winnym, jedynym sprawcą jest PiS.

I ten sprawca powinien być, tak jak się robi z przestępcami złapany, osądzony zgodnie z zasadami państwa prawa, które sam podeptał i ukarany.

My wszyscy, ludzie których prawa podeptano, którym zabrano państwo prawa, a wraz z nim poczucie godności i bezpieczeństwa, z których życia uczyniono pole walki. My, obrażani, lżeni, opluwani, zastraszani czy jak w przypadku Żydów, symbolicznie bici kijami, jesteśmy niewinnymi ofiarami.

My dziennikarze, ci, którzy straciliśmy pracę i którzy codziennie się o nią boimy, którym przeszkadza się w wykonywaniu naszych obowiązków, strasząc nas i zatajając przed nami informacje, my sędziowie broniący wymiaru sprawiedliwości i strzegący Konstytucji, którą się opluwa i znieważa, my ofiary księży pedofilów, my rolnicy, niepełnosprawni, pacjenci, lekarze i pielęgniarki, my nauczyciele, my, politycy opozycji, których się poniża w reżimowych mediach, zabiera się pensje, na których się nasyła państwowe służby, żeby szukały haków, my obywatele, których prawa się łamie i którym usiłuje się złamać kręgosłup i ducha, my, poniżane i wyśmiewane kobiety, które traktuje się jak podludzi. My wszyscy jesteśmy ofiarami.

I my wszyscy razem, wspólnie i solidarnie musimy walczyć o naszą godność i nasze prawa.

Nie szukajmy winy w sobie. Nie udawajmy że nie widzimy co się dzieje. Nie umniejszajmy tego. Nie chowajmy głowy w piasek.

Bądźmy konsekwentni, odważni i nieugięci. Bądźmy pewni swojej racji – bo ją mamy. My, nie PiS.

Nie tłumaczmy się z tego, że nie jesteśmy święci (bo nikt nie jest). Nie róbmy tego zwłaszcza przed ludźmi, którzy dopuszczają się przestępstw, nadużyć, manipulacji, kłamstw i nieprawości na skalę trudną do wyobrażenia.

Nie zajmujmy się tym, co o nas myślą, niech myślą co chcą.

Podnieśmy głowy i walczmy. Nie tylko o nasze państwo, prawo, ale przede wszystkim o nasze człowieczeństwo i naszą godność.

Nie zachowujmy się jak ofiary, a jeszcze będzie pięknie. Jeszcze będzie normalnie.

Były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski kandyduje do Parlamentu Europejskiego. Nie zamierza jednak uczestniczyć w debatach prowadzonych przez propisowskich dziennikarzy.

Broniarz o okrągłym stole ws. edukacji: Nie wiemy, czy dyskusja nie będzie elementem czyjejś, robionej za publiczne pieniądze, kampanii do europarlamentu

Nie wiemy, czy będziemy mieli możliwość funkcjonowania na normalnych warunkach, zwykłej uczciwej debaty, czy też będzie ona elementem czyjejś, robionej za publiczne pieniądze, kampanii do europarlamentu. Stąd decyzja wszystkich organizacji pracodawców i ZNP o tym, że nie będziemy brali udział w obradach okrągłego stołu, dlatego że nie takiej formuły oczekiwaliśmy” – mówił podczas protestu przed siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej szef ZNP Sławomir Broniarz.

Broniarz: Nie możemy zmarnować kapitału poparcia społecznego. Nie możemy dać się skłócić, rozejść. Wszyscy potrafimy mówić wspólnym głosem

Przed nami również trudne decyzje maturalne. Dzisiaj pan premier ma ogłosić projekt zmiany ustawy, która pozwoli obejść problem nieklasyfikowania uczniów. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to, co czeka nas w najbliższych dniach, będzie sprawdzianem naszej jedności, solidarności. Nie możemy tego kapitału poparcia społecznego zmarnować i nie możemy dać się skłócić, rozejść się, dlatego że naszym ogromnym kapitałem jest to, że wszyscy potrafimy mówić wspólnym głosem, że chcemy edukację naprawiać i że chcemy, żebyśmy lepiej zarabiali. Ale żebyśmy o tym sami decydowali, a nie oddawali naszych losów w ręce tego czy innego polityka. Bądźmy razem” – mówił podczas protestu przed siedzibą Ministerstwa Edukacji Narodowej szef ZNP Sławomir Broniarz.

Gronkiewicz-Waltz: Polska nie spełnia warunków wejścia do unii walutowej. Nie przyjęliby jej prawdopodobnie nawet do Unii Europejskiej

[Jarosław Kaczyński] nie przeczytał traktatu, który podpisał jego brat, bo tam jest na temat unii walutowej. Niech przyjrzy się, jakie warunki Polska musiałaby spełnić. Dzisiaj Polska nie spełnia warunków wejścia do unii walutowej, jak również prawdopodobnie by jej nie przyjęli do Unii Europejskiej. Jest rząd, który narusza zasadę trójpodziału władzy, zasadę praworządności, które są podstawą funkcjonowania Unii Europejskiej, to nie tylko w unii walutowej byśmy nie byli, ale i w UE” – mówiła w rozmowie z Piotrem Kraśką w Poranku Radia TOK FM była prezes NBP i była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Gronkiewicz-Waltz: Sukcesem Schetyny jest to, że powstała Koalicja Europejska jako przeciwwaga dla Zjednoczonej Prawicy, która trzyma się mocno

Jego [Grzegorza Schetyny] sukcesem jest to, że powstała Koalicja Europejska. Każdy tam znajdzie kogoś do głosowania na liście. Jest przeciwwaga dla Zjednoczonej Prawicy, która trzyma się mocno. W sprawach światopoglądowych nie powinno być żadnej dyscypliny partyjnej i [PSL] powinno taki warunek postawić” – mówiła w rozmowie z Piotrem Kraśką w Poranku Radia TOK FM była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Grupiński: Morawiecki jest dzisiaj premierem skompromitowanym

– Nie może obejść się bez komentarza to, co dzieje się w ostatnim wczasie obok tak ważnego strajku nauczycieli, wobec wielu innych wyzwań i problemów, którymi dzisiaj żyjemy, nie może jednak ujść bez uwagi, bez komentarza to, co dzieje się z językiem polskiej polityki, w tej polityce, w jej samym centrum. Nie można pominąć obojętnie wypowiedzi premiera, który szkaluje własne państwo i wymiar sprawiedliwości w Nowym Jorku. Nie można przejść spokojnie do innych spraw, codziennych, do porządku dziennego wtedy, kiedy mają miejsce antysemickie ekscesy w Pruchniku, a rząd ani prezes rządzącej partii tego nie komentują. Nie można przejść do porządku dziennego nad tym, co mówi minister Jaki o nauczycielach, przyrównując ich postępowania do Wehrmachtu. Mnoży się tego rodzaju wystąpień w ostatnim czasie wiele. Mieliśmy do czynienia z niezwykłą tolerancją wobec różnych wystąpień polskich nacjonalistów czy nawet neofaszystów. Mieliśmy niezwykłą pobłażliwość służb, ministra Ziobry, premiera Morawieckiego wobec wielu ekscesów nacjonalistycznych i antysemickich. Proszę zwrócić uwagę na to, że premier polskiego rządu atakuje polski wymiar sprawiedliwości, którego w jakimś sensie jest także przełożonym w sposób, który urąga wszelkim zasadom nie tylko moralnym, ale także historii. Morawiecki jest dzisiaj premierem skompromitowanym, człowiekiem, który nie powinien w ogóle pełnić funkcji premiera. To fakt bezsporny – stwierdził Rafał Grupiński na briefingu w Sejmie.

Najbardziej zaufany ochroniarz Jarosława Kaczyńskiego nie posiada pozwolenia na broń oraz licencji pracownika ochrony za to z listem gończym i #wyrokiem karnym na koncie.

Mowa nienawiści PiS, czyli język kaczystowski

23 Sty

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Po zamachu na prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza pojawiają się groźby pod adresem innych gospodarzy miast. Czołowi samorządowcy coraz częściej domagają się ochrony policyjnej.

„Dziennik Gazeta Prawna” informuje, że była prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz otrzymała ją po tym, jak na jej dyżurze w Uniwersytecie Warszawskim pojawił się agresywny mężczyzna. Było to 14 stycznia, a więc w dniu śmierci prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza. Niezbędna była interwencja policji. Miał to być kolejny raz,  gdy ten sam człowiek zjawiał się na dyżurze byłej prezydent Warszawy.

Nie jest ona jedynym samorządowcem, który obawia się o swoje bezpieczeństwo. Eskortę policji otrzymał już prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz, wobec którego stosowano groźby w internecie. Olsztyńska policja uznała, iż były one na tyle realne, że należy oddelegować funkcjonariuszy do jego ochrony. W ubiegłym tygodniu policjanci z wydziału do walki z cyberprzestępczością zatrzymali 24-letniego mieszkańca Olsztyna, który w internetowych wpisach chwalił  zabójcę Pawła Adamowicza i pisał, że „następny będzie Grzymowicz”.

Podobne groźby stosowano wobec Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, który w rozmowie z radiem TOK FM oświadczył, że po śmierci prezydenta Gdańska „zaczął oglądać się za siebie”.

„Na ulicy ktoś namalował napis „Tyszkiewicz, ty będziesz następny” – opowiada prezydent Nowej Soli . „Dostałem telefon z policji z prośbą o złożenie zawiadomienia o ściganie autora tego napisu. Zamierzam to zrobić” – zapowiada. „Uświadomiliśmy sobie, że wykonywany przez nas zawód samorządowca jest zawodem podwyższonego ryzyka – stwierdza. Tyszkiewicz przekonuje: „wystarczy, że podejmę decyzję o eksmisji jakiegoś zwyrodnialca, który terroryzuje sąsiadów. Wówczas staję się dla niego wrogiem. Pamiętam sytuację, jak kiedyś gonił mnie mężczyzna z maczetą w ręku. Udało mi się go namierzyć, ale potem odwiedziła mnie jego matka i wybłagała, bym odpuścił” – wspomina Wadim Tyszkiewicz – prezydent Nowej Soli.

Do ciszy nad trumną Pawła Adamowicza najbardziej wzywają ci, którzy boją się, co mogliby o sobie usłyszeć.

Cisza nad trumną zamordowanego w taki sposób polityka jest potrzebna. Po to, żeby rozgrzane do czerwoności społeczne emocje nie eksplodowały w niekontrolowany sposób, żeby nikomu nie stała się kolejna krzywda.
Po to, żeby uszanować uczucia i żałobę rodziny. Po to, żeby nie trywializować i nie banalizować potwornego zła i potwornej krzywdy, którą wyrządzono. Ale cisza, dokładnie tak, jak powiedziała podczas pogrzebu żona zamordowanego prezydenta Gdańska, nie może oznaczać milczenia. Bo są sprawy, o których mówić nie trzeba, ale są i takie, o których nie można milczeć.

I – powiem to, choć tak trudno to powiedzieć, że ledwo przechodzi mi przez gardło – nie tylko czyniący zło są winni wytworzenia atmosfery nienawiści i pogardy, o której nie wiemy, czy była bezpośrednią przyczyną zabójstwa, ale wiemy na pewno, że dzięki niej łatwiej było nienawidzić i obwiniać, łatwiej było gardzić i odczłowieczać. Ale i ci są winni, którzy nie dość stanowczo przeciw tej pogardzie i nienawiści protestowali, co siedzieli cicho albo tylko krzywili się pogardliwie, kiedy trzeba było robić raban.

Od czasu strasznego i niewyobrażalnego zabójstwa Pawła Adamowicza zastanawiam się wciąż i wciąż nad jednym: jak ucywilizować debatę publiczną, co obecnie stało się niezbędne, w sytuacji, kiedy winni jej upadku, nie poczuwają się do winy, zaprzeczają jej i – jak zwykle, bo to ich stała metoda – przekręcają fakty, a odpowiedzialność zrzucają na innych. I wiem na pewno, że nie można przebaczyć ani pojednać się tam, gdzie nie ma wyznania winy i prawdziwego żalu za grzechy.

Można być stanowczym. Konsekwentnym. Metodą zdartej płyty powtarzać tyle razy, ile trzeba: nie podoba mi się, nie chcę, nie róbcie tak. To nieprzyzwoite, niegodne, bezprawne, tak nie wolno. Chodzić do sądu. Nagłaśniać. Prywatnie i publicznie. W kraju i za granicą. W mediach tradycyjnych i społecznościowych. Gdzie można i gdzie się da. Tłumaczyć i edukować. I ponad wszystko, nie dać zamknąć sobie ust.

Prezes TVP Jacek Kurski zapowiedział, że będzie pozywał do sądu każdego, kto powie, że TVP przyczyniła się do śmierci prezydenta Adamowicza. Pomijając fakt, że tłumienie krytyki medialnej i polemiki to osobliwa metoda działania jak na szefa jakiegokolwiek medium, a zwłaszcza publicznego, to uśmiechnęłam się tylko czytając te groźby, bo przecież niczego nie trzeba mówić. Wystarczy pokazywać, co mówiono w TVP o Pawle Adamowiczu i o wielu innych politykach opozycji i krytycznych wobec rządu dziennikarzach.

Po śmierci Pawła Adamowicza nikomu zdrowemu na umyśle nie chodzi o zemstę, ale wielu – o sprawiedliwość i odpowiedzialność. Bo bez nazwania odpowiedzialnych po imieniu (czasami nie będą to ludzie, tylko instytucje) część społeczeństwa będzie się czuła wykorzystana i zbrukana. Będzie czuła, że tym, którzy poniewierali, poniżali i podżegali do przestępstw (w niektórych wypadkach robią to nadal), się upiekło, że nie spotkała żadna kara.
To byłoby nieuczciwe i demoralizujące.

Cóż, jeśli chcemy mieć inną, lepszą Polskę, taką, której posmakowaliśmy po śmierci prezydenta Gdańska, wspólną, dobrą, taką, która rozmawia i współczuje, jest dobra, uczciwa i sprawiedliwa, musimy zakasać rękawy, bo ta sprawiedliwość i odpowiedzialność nie zrobi się sama. Wszystko w naszych rękach.

(fragment)

Tak naprawdę to należałoby bronić TVP przed Kurskim.

Kurski zapowiedział, że Telewizja Polska (podkreślam jej tylko nominalną nazwę, bo w istocie jest to telewizja PiS, partyjna) też zapowiada, że zostanie „skierowany pozew lub akt oskarżenia w trybie kk”  (przepisuję z komunikatu, bo nawet w tym fragmenciku są błędy nazewnictwa) „przeciwko osobom, które absurdalnie wskazywały na związek przyczynowy pomiędzy treściami publikowanymi na antenach Telewizji Polskiej a śmiercią pana Pawła Adamowicza”. Jacek Kurski – w imieniu Telewizji Polskiej – zapowiada pozew lub akt oskarżenie „w trybie kk” przeciw m.in. Krzysztofowi Skibie, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Adamowi Bodnarowi i Wojciechowi Sadurskiemu.

W oficjalnym komunikacie nominalna Telewizja Polska używa słowa „absurdalnie” – to tak jakby Latający Cyrk Monthy Pytona oficjalnie komunikował, że Ministerstwo Śmiesznych Kroków nie istnieje, bo taka instytucja byłaby absurdalna.

I taka jest TVP z punktu konstruowania informacji – absurdalna. TVP wypełnia w przestrzeni publicznej coś na kształt formatu Monthy Pytona. Czy tak skonstruowana informacja może zabić? Ależ tak! Wcale nie musi dochodzić do komunikatu: „Stefanie W., zabij!”, bo taki komunikat podany 100 razy „zabiłby” tegoż Stefana W. z nudów. Do Stefanów W. konstruuje się zohydzające, szkalujące, manipulujące komunikaty o Pawle Adamowiczu, Grzegorzu Schetynie, Donaldzie Tusku i tysiącu polityków opozycyjnych.

I w ruletce nienawiści padło na Pawła Adamowiczu, który dostał śmiertelne ciosy nożem. Jacek Kurski na swoją zgubę zasłania się nominalną Telewizją Polską, której imienia chce bronić. Otóż Kurski zniszczył TVP i tak naprawdę TVP należałoby bronić przed Kurskim.

Stefan W. to powielenie Eligiusza Niewiadomskiego – w Polsce powtórzony został mord na prezydencie, tym razem na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu. Wszystkie cechy narracyjne są porównywalne i podobne. A Jacek Kurski – cóż – też nadaje się do prozy jako postać o wybitnie czarnym charakterze i zaznaczam nieciekawa intelektualnie, bo jak napisała Hanna Arendt – zło tak naprawdę jest banalne.

Więcej >>>

Jacek Kurski za oszczerstwa kiedyś powędruje do kicia. Zamach na Adamowicza 19

20 Sty

Po tragedii w Gdańsku, brutalnie atakowani, obrażani i pomawiani prezydenci polskich miast postanawiają przystąpić do kontrataku …

Była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zadeklarowała np. w Radiu ZET, że się odwoła od umorzenia prokuratury w sprawie „politycznych aktów zgonu”, wystawionych przez Młodzież Wszechpolską. „Teraz każdy z nas powinien to zaskarżyć i poczekać na dalsze uzasadnienia” – powiedziała.

W 2017 r. grupa działaczy Młodzieży Wszechpolskiej wystawiła 11 prezydentom polskich miast „polityczne akty zgonu”. 9 stycznia prokuratura umorzyła śledztwo twierdząc, że akcja była jedynie „wyrażeniem niezadowolenia”.

Była prezydent stolicy zapowiada ponadto, złożenie prywatnego aktu oskarżenia w sprawie „dobranocki” – animacji autorstwa Barbary Pieli, wyemitowanej w programie „Minęła dwudziesta” w TVP Info.

Sugerowała ona,  że lider Wielkie Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak jest „kukiełką” nakręcaną przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, a WOŚP to inicjatywa, która została stworzona po to, aby była prezydent Warszawy mogła się wzbogacić.

„Jestem już po rozmowie z adwokatem. Z prywatnym [pozwem] poczekamy, najpierw karne. Bo to jest jednak za mocne, to ma wyraźne oznaki oszczerstwa, pomówienia, zniesławienia”-powiedziała  była prezydent stolicy.

„Oddaję się w ręce praktyków. /…/Nie będę tego puszczać płazem, to na pewno. Jako prezydent po prostu nie miałam czasu na te wszystkie działania, procesy, chodzenie do sądu, a teraz mam już trochę więcej czasu” – dodała.

Kaczyński wymachuje sztachetą. Zamach na Adamowicza 10

18 Sty

Myślicie, że to PiS jest winny? Owszem, sztacheta może zabić, ale nie ona jest winna, lecz ten, kto nią wymachuje.

>>>

Tak potężna dawka emocji, jaką odczuwamy w przestrzeni publicznej po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza ma moc diametralnie odmieniać sytuację na scenie politycznej. Wiedzą o tym doskonale działacze kierownictwa partii rządzącej, nauczeni strategią polityczną, jaką uprawiali po 2010 roku,  jednak niektórych ich zachowań po prostu wytłumaczyć nie sposób.

Z jednej strony widzimy deklarowane wyciszenie nastrojów, współczucie dla rodziny zmarłego, szybkie decyzje w sprawie sukcesji rządów w stolicy Trójmiasta a także zakaz wypowiedzi medialnych, które podgrzewałyby atmosferę. Z drugiej natomiast deklaracjom i obrazkom rozmodlonych i pogrążonych w żałobie najważniejszych polityków władzy przeczą takie działania, jak brak wyciągnięcia jakichkolwiek konsekwencji wobec sprawców najohydniejszego wydania “Wiadomości” w przeciągu ostatnich trzech lat, dalsze tolerowanie Krystyny Pawłowicz w partii, czy przeprowadzona przecież z pełną premedytacją manifestacja nieobecności prezesa PiS podczas minuty ciszy w Sejmie mającej uczcić pamięć zmarłego prezydenta. Ten rażący dysonans pomiędzy tym, co PiS dziś mówi, a co robi, może mieć zgubne skutki dla obozu władzy, co zapewne pokażą kolejne badania opinii publicznej.

Z centrali partyjnej płyną głosy, że decydujące znaczenie w kwestii przyjęcia strategii na najbliższe miesiące będą miały wewnętrzne sondaże, które partia z pewnością już zamówiła. Nastroje są jednak minorowe i to nie dlatego, że pierwszy sondaż, jaki wczoraj opublikowała Gazeta Wyborcza pokazuje spadek notowań partii rządzącej. Wbrew wielu nagłówkom, nie jest on wcale drastyczny ani potężny, a przeprowadzenie go właśnie w chwili największego rozwibrowania nastrojów społecznych (w dniach 15-16 stycznia) nie wpływa korzystnie na postrzeganie jego wiarygodności. Nie zmienia to faktu, że jego wyniki z pewnością zaniepokoiły kierownictwo partii rządzącej, gdyż wynika z nich wprost, że nawet z koalicjantem niemożliwe stanie się dalsze sprawowanie władzy. 

Oczywiście, bardzo prawdopodobne jest, że lada moment rządowy CBOS zechce przeprowadzić badanie metodą faworyzującą partię rządzącą, ale warto odnotować, że dziś, gdy panują nastroje oburzenia, których oczywistym adresatem w takich sytuacjach jest władza, nawet bezpośredni wywiad z ankietowanymi może wymknąć się spod kontroli, a wyniki mogą być dokładnie odwrotne od przewidywanych. To z kolei sprawia, że PiS traci dziś możliwość reagowania i ewentualnej kontry w tym zakresie. Kierownictwu partii pozostaje bierne przyglądanie się rozwojowi sytuacji, w nadziei że straty nie będą nieodwracalne.Najgorsze jednak co może się wydarzyć to pogłębienie się polaryzacji, w której to PO/KO stanie się podmiotem symbolizującym w polityce pozytywne emocje. Wówczas mogą nie pomóc nawet najbardziej szczodre obietnice i kolejne programy z plusem.

Czytam i słucham rozmaitych wypowiedzi, wywiadów i rozmów na temat tragedii, jaką jest zabójstwo Pawła Adamowicza. Prawie w każdej powraca pytanie, czy coś się zmieni w Polsce na lepsze, czy zmniejszą się podziały, czy po tym nieszczęściu ludzie oprzytomnieją, powstrzymają się, nabiorą rozumu, czy to doświadczenie czegoś nas nauczy? I nieodmiennie pada ta sama odpowiedź: NIE.

Nie przypominam sobie, żeby ktoś odpowiedział inaczej, żeby powiedział „oby”, „dałby Bóg”, „być może”, „mam nadzieję” czy wręcz „tak”. Tylko „nie, nie i nie”. Społeczeństwo jest w tak głębokim kryzysie, że straciło wiarę. Oczywiście, będą chwile uniesienia, pogrzeb stanie się wielką manifestacją solidarności, braterstwa, przez chwilę dobro zwycięży nad złem, ale potem wszystko powróci do normy, czyli na dno.

Nie mogę się z tym pogodzić, ale kiedy widzę, jak troje ważnych polityków nie przychodzi na minutę milczenia w Sejmie, to czuję się, jak gdyby mi ktoś wymierzył policzek. I jeszcze jak kłamią bez zmrużenia oka. Takie chamstwo w parlamencie, na szczycie władzy, w wykonaniu najważniejszej osoby w państwie, nie może pozostawić człowieka obojętnym. A właściwie – dlaczego nie, przecież to nie pierwszy raz i nie ostatni. Czuję, jak ten człowiek cierpi tam na korytarzu, jak rozsadza go złość, zawiść, bezsilna wściekłość, że setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice, by spontanicznie uczcić śmierć nie tego polityka co trzeba, który na to zasługiwał, nie najwybitniejszego polityka od pokoleń, nie naszego, ale wręcz przeciwnie – jakiegoś burmistrza, oszusta, dusigrosza, w mieście opanowanym przez gang samozwańców z prostackim elektrykiem w tle.

I wtedy rozumiem tych wszystkich, którzy mówią „nie”. Już nas wzruszała pełna cierpienia śmierć papieża i jego beatyfikacja, męczeńska śmierć zamordowanego księdza, zakatowanego maturzysty, żeby Polska była Polską. Poza krótkotrwałym uniesieniem – wszystko to mija bez śladu. Standard materialny idzie w górę, standard duchowy – w dół. Coraz trudniej o rozmowę, coraz mniej dyskusji, coraz większa ciemność. I coraz większe zakłamanie, to wstawanie z kolan, ta Polska w ruinie, to białe, które jest czarne. I coraz więcej ludzi chce wyjechać. Kiedy patrzę na to wykarmione duchowieństwo, na prezydenta, który bardziej przypomina uczniaka niż nauczyciela, na zagubioną opozycję, na te media publiczne, rozumiem tych wszystkich, którzy wyłączają telewizor i odpowiadają NIE. Co prawda im jest z roku na rok lepiej, ale z Polską jest odwrotnie.

Niesamowite i przejmujące. Podczas protestu pod gmachem TVP w Warszawie odczytano wiersz sprzed prawie stu lat: „Pogrzeb prezydenta Narutowicza” Juliana Tuwima.

A w nim te pamiętne wersety:

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni,
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie, i patrzcie!

Ciarki szły po plecach. W Polsce poezja często splata się z polityką, ale żeby aż tak?

Tuwima natychmiast zaatakowała endecka prawica. Poeta trafił w sedno: gdyby nie kampania nienawiści rozpętana przez endecję przeciwko kandydaturze Gabriela Narutowicza na pierwszego w historii prezydenta Rzeczpospolitej, do tragedii może by nie doszło.

Bo przecież wybrany głosami posłów mniejszości narodowych, Żydów, Ukraińców, Niemców to obelga dla narodu polskiego. Mariusz Urbanek w „Tuwimie. Wylęknionym bluźniercy” przypomina, że na spotkanie autorskie z Tuwimem w Drohobyczu przyszli „patrioci” z grubymi kijami. Hejtowano go w całym kraju.

Cóż, kolejne rozdziały tej księgi głupoty i nikczemności są niestety zapisywane nadal.

Ale jest też inna księga prawdziwej potęgi i chwały. Z tej możemy się uczyć miłości do ojczyzny. W czwartek przed Europejskim Centrum Solidarności, gdzie wystawiono na marach trumnę z ciałem zamordowanego prezydenta, zabrzmiała „Zbroja” Jacka Kaczmarskiego, emigranta i barda mojego pokolenia.

I znów ciarki szły po plecach. Bo to przecież Gdańsk, kolebka Solidarności. Może teraz, w tych dniach, w Gdańsku rodzi się nowa solidarność.

„Jeśli chce się osłabić świeckie państwo i zapobiec głębszemu wchodzeniu Polaków do świeckich struktur Unii Europejskiej, to trzeba przedstawiać Kościół jako jedyne źródło wartości i norm. Dlatego trzeba zniszczyć Owsiaka, który do tego obrazka nie pasuje” – przypominamy esej Cezarego Michalskiego z marca 2015 roku, w którym tłumaczy, dlaczego prawica ma tak ogromny problem z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy.

Każdy kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy to pretekst do bezpardonowego ataku prawicy i ludzi, którzy uważają się za katolickich tradycjonalistów (cały Kościół na szczęście do tej wojny się nie włączył).

Z pozoru wydaje się to absurdalne i głupie. Dlaczego prawica nie skupi się na promocji własnych inicjatyw charytatywnych? Czemu tradycjonaliści, tak czuwający nad czystością polskiego Kościoła, nie włączą się w działania Caritasu, Szlachetnej Paczki księdza Jacka Stryczka albo czemu nie pojawią się jako wolontariusze w prowadzonych przez Kościół ośrodkach dla ludzi bezdomnych? To by było chrześcijańskie, zgodne z nauczaniem papieża Franciszka, który powtarza, że chrześcijaństwo nie jest „ideologią walczącą o władzę z innymi ideologiami”, ale jest właśnie praktycznym miłosierdziem. I że chrześcijanie powinni przekonywać innych do swej wiary przykładem własnych biografii i własnych uczynków, a nie ustawianiem życia innym i nieustannym zwalczaniem konkurencji.

Polska prawica i kościelni tradycjonaliści wybrali jednak strategię dokładnie przeciwną. Pomysł prawicy, jej oferta dla najbardziej konserwatywnej części polskiego Kościoła, są następujące. Jeśli chce się w Polsce jeszcze bardziej osłabić świeckie (choć przecież zawsze kooperujące z Kościołem) państwo, jeśli chce się zapobiec głębszemu wchodzeniu Polaków do świeckich (choć przecież niewalczących z Kościołem) struktur Unii Europejskiej, trzeba konsekwentnie przedstawiać Kościół jako jedyne źródło wartości i norm. Jako jedyną instytucję, która może wychowywać dzieci i młodzież. Wreszcie jako jedyną instytucję prowadzącą działalność charytatywną. Natomiast wszystko co świeckie musi być w świadomości Polaków zredukowane do roli tzw. cywilizacji śmierci.

Tylko prawica i Kościół powinny mieć monopol na wartości, na etykę, na stanowienie prawa, a także na praktyczną miłość bliźniego wyrażającą się w działalności charytatywnej. Po drugiej stronie mają pozostać tylko „dekadenckie lemingi” i „worki skórno-mięśniowe” (jak w języku tradycjonalistycznej prawicy coraz częściej nazywa się ateistów czy agnostyków). Świecka cywilizacja to mają być tylko hipermarkety, wynaturzona konsumpcja, kluby Cocomo, obyczajowe i finansowe afery świeckich polityków, narkotyki, alkohol, demoralizacja młodzieży, seksualizacja dzieci, ofensywa gender. Po tamtej, świeckiej stronie, nie może być żadnych wartości, żadnych ciekawych idei, żadnych dobrych ludzi ani dobrych uczynków.

W tym czarno-białym pejzażu kulturowej wojny inicjatywa Owsiaka jest z punktu widzenia prawicy największym skandalem. To przecież świecka (choć nie antykościelna, łącząca we wspólnych działaniach katolików i niekatolików, wierzących i niewierzących) akcja charytatywna o wielkim rozmachu. Rozbija wizję, w której tylko Kościół (oczywiście wyłącznie prawdziwie tradycjonalistyczny, narodowy, związany politycznie z prawicą) może być w Polsce źródłem wartości i sprawcą dobrych uczynków. Przekreśla też słynną tezę Dmowskiego, że w Polsce „katolicyzm jest czymś więcej niż religią, jest jedyną formą polskości”, a skoro tak, to żadnego wartościowego świeckiego działania w Polsce być nie może.

Stąd wzięła się totalna wojna prawicy na zniszczenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, będącej z punktu widzenia Tomasza Terlikowskiego, braci Karnowskich czy o. Rydzyka najpoważniejszym świeckim konkurentem Kościoła do miłosierdzia i miłości bliźniego. Stąd obsesyjne przedstawianie Owsiaka jako demoralizatora młodzieży czy wręcz zwykłego oszusta. Nawet jego „róbta co chceta” zostało przez prawicę przekłamane, przekształcone w argument na rzecz tezy o demoralizowaniu dzieci. A przecież subtelni prawicowi teolodzy z „Frondy”, „wSieci”, „Do Rzeczy” czy subtelny historyk filozofii Ryszard Legutko, wszyscy oni wiedzą doskonale, że te słowa (róbta co chceta, bylebyście kochali swoich bliźnich, bylebyście praktykowali miłosierdzie, bylebyście pomagali swoim bliźnim…) są nie tylko cytatem z rockowej piosenki, ale przede wszystkim parafrazą słów świętego Augustyna. To on jako pierwszy powiedział: kochaj i rób, co chcesz – hasło, które w jego czasach też było skandalem. Czyli: pielęgnuj swoją wolność, idź swoją własną drogą życiową, bylebyś tylko praktykował miłosierdzie wobec bliźnich. A to właśnie Jerzy Owsiak robi od 23 lat.

Dzisiaj są tacy domorośli wiktymolodzy (specjaliści poszukujący przyczyn, dla których jakiś człowiek staje się ofiarą przemocy), którzy uważają, że „Charlie Hebdo” zasłużyło na swój los. Bo po co było prowokować „wierzących”?

Są też tacy, którzy uważają, że na swój los zasłużył Jerzy Owsiak. Co prawda nie publikował nigdy antyreligijnych karykatur, nie obrażał innych z powodu ich poglądów czy wiary. Jego wina polega na tym, że stał się celebrytą, zatrudnił w swojej fundacji żonę, a ostatnio na codzienny hejt prawicowych mediów zareagował, wyrzucając z konferencji prasowej przedstawiciela TV Republika.

Owsiak faktycznie jest celebrytą, tyle że jego przepustką do sławy nie były skandale, burdy w hotelach czy rozbierane sesje, ale 600 milionów złotych zebranych i wydanych na sprzęt medyczny ratujący seniorów i noworodki, a tak naprawdę pomagający całej chronicznie niedoinwestowanej polskiej służbie zdrowia. Inną jego przepustką do celebryckiej sławy było zorganizowanie 20 Przystanków Woodstock, na których miliony dzieciaków nie tylko słuchały rocka, ale też przechodziły przyspieszoną lekcję wychowania obywatelskiego. Słuchając polityków z różnych partii, w tym prezydentów Polski i Niemiec, dziennikarzy, wybitnych twórców kultury, także księży. I po partnersku rozmawiając z nimi; a także wygwizdując kolesia, który zamiast rozmawiać z Grzegorzem Miecugowem, „dał mu honorowo w pysk”, że zacytuję sformułowanie z jednego z równie „honorowych” prawicowych portali.

A żona Owsiaka pracuje w fundacji, bo wraz z mężem całe swoje dorosłe życie poświęciła Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Nie ma już dziś innych kwalifikacji poza pomaganiem ludziom. A TV Republika nigdy nie informowała o WOŚP, ale na WOŚP polowała, więc nerwy mogły Owsiakowi puścić, choć oczywiście nie powinny.

Najzabawniejsze, że drobiazgowego prześwietlenia Owsiaka i jego dzieła dokonują te same prawicowe media, dla których nie były żadnym problemem nieprawidłowości działania Komisji Majątkowej, gdzie Kościół był reprezentowany przez byłego oficera SB z pionu zajmującego się w PRL łamaniem sumień biskupów i księży. A kiedy po raz pierwszy wypłynęła sprawa pedofilii arcybiskupa W. i księdza G., cała prawicowa koalicja medialna – od „wSieci” po media ojca Rydzyka – oburzała się na nagonkę i przestrzegała przed nowym męczeństwem ks. Popiełuszki.

Na wyrzucenie przez Owsiaka dziennikarza telewizji, która dziesiątki razy insynuowała mu oszustwa i demoralizację młodzieży, oburzają się ci sami przedstawiciele dziennikarskiej prawicy, którzy nie widzieli nic zdrożnego w tym, że PiS ma całą czarną listę dziennikarzy „mainstreamowych mediów”, których nie wpuszcza na swoje konferencje prasowe.

Zatem nie o sprawiedliwość tu chodzi, ale o wyrównywanie rachunków. O pokazanie, że w Polsce nie ma nic świeckiego, co warto by ocalić, co zasługiwałoby nawet nie na sympatię, ale na zupełnie podstawową tolerancję ze strony ludzi „wierzących”.

Używam cudzysłowu przy określeniu „wierzący”, bo prawica występująca w imieniu Kościoła to często ludzie, których chrześcijaństwo nigdy nie interesowało, a Kościół cenią wyłącznie jako narzędzie partyjnej polityki. Faktyczni chrześcijanie w polskim Kościele – ludzie Caritasu czy ks. Jacek ze Szlachetnej Paczki – nigdy nie atakowali Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Oni akurat świetnie wiedzą, jak trudno jest w Polsce zebrać choćby złotówkę, zorganizować tej skali akcję na rzecz najbardziej potrzebujących. Ksiądz Adam Boniecki wspomagał licytacje WOŚP. On i ksiądz Lemański spotykali się nawet z tysiącami młodych ludzi na Przystankach Woodstock, stając się zresztą z tego powodu obiektami ataków prawicowych publicystów bardziej papieskich niż papież, a już szczególnie bez porównania bardziej papieskich niż „nieudany papież Franciszek”, jak powtarza Wojciech Cejrowski, spotykając się z coraz gorętszym odzewem prawicowych hejterów.

W Polsce kapitał społeczny to skarb, bo niszczyły go nasze polityczne wojny na górze, osłabiały go społeczne napięcia towarzyszące budowie naszego młodego i wciąż jeszcze trochę dzikiego kapitalizmu. Trudno ocalić społeczną solidarność, kiedy wokół wszystko się zmienia, i podczas kiedy jedni w zmieniającym się pejzażu społecznym dają sobie radę, innym pozostaje tylko nostalgia albo resentyment.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to dziś w Polsce może ostatnia instytucja tej skali, która buduje kapitał społeczny, zamiast bezrefleksyjnie go niszczyć. Łączy rodziców i dzieci, wierzących i niewierzących, a nawet naszych nowobogackich, których stać na wylicytowanie małego złotego serduszka za ponad milion złotych, łączy z ludźmi, którzy z dumą przylepiają do swoich płaszczy czerwone papierowe serca, bo wrzucili właśnie parę złotych do skarbonki wolontariusza.

WOŚP nie zastąpi sprawnego państwa i dobrze funkcjonującego Ministerstwa Zdrowia. Jeśli jednak mamy prawo być w Polsce dumni z czegoś więcej niż tylko naszej osobistej zaradności, to właśnie z takich instytucji jak Caritas czy WOŚP.

Owsiak od 23 lat lepi pozrywane więzy społeczne. Ale instytucję taką jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, której jedynym kapitałem jest zaufanie, zabić łatwo. Wystarczy uczynić ją „kontrowersyjną”. Natychmiast rozpadnie się krucha solidarność rodziców i dzieci, wierzących i niewierzących, oligarchów i ofiar transformacji. Po latach ciężkiej pracy prawicowych hejterów każdy z nas ma już w gronie znajomych ludzi, którzy głośno mówią: „Zawsze chętnie pomogę, ale nigdy nie dam pieniędzy na tego Owsiaka”.

Jeśli jednak pozwolimy zniszczyć Owsiaka, prawica i kościelni tradycjonaliści będą już mieli w ręku wszystkie karty. Wszystkie argumenty na rzecz tego, że jedynie oni powinni w Polsce rządzić. Stanowić prawo, wyznaczać normy, wychowywać dzieci i młodzież, bo poza nimi jest tylko „nihilistyczna i relatywistyczna cywilizacja śmierci”. Poza nimi, jedynymi ludźmi z sumieniem i duszą, są już tylko „worki skórno-mięśniowe”.

Dopóki jednak gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, prawica nie ma monopolu na miłosierdzie.

Zabójstwo polityka nie powoduje w „Prezesie” żadnych reperkusji emocjonalnych

Co miałoby oznaczać brak prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego podczas minuty ciszy w Sejmie na cześć zamordowanego Pawła Adamowicza?

A po niej na salę obrad wszedł demonstracyjnie wraz z rzecznik Beatą Mazurek i marszałkiem Ryszardem Terleckim. Zestaw osób piastujących dane funkcje jest znamienny. Powstaje zatem pytanie: co kierowało prezesem? Strach, brak wychowania, demonstracja polityczna?

Wszystko po trochu, ale najwięcej demonstracji. Zabójstwo polityka nie powoduje w Kaczyńskim żadnych reperkusji emocjonalnych, a jedynie podkreślenie własnego wywyższenia ponad zdarzenie, „myślcie duszyczki, co to miałoby znaczyć, bo nieodgadnione są moje zamiary”, taka jest wola pana K., dla pospólstwa nie do pojęcia.

Tak zachowuje się bufon autokrata, którego ego rozrosło się do nieogarniętych rozmiarów. A przecież w tym momencie mógłby rozpocząć się nowy rozdział współczesnej historii polskiej, spuszczania złej atmosfery ze sfery publicznej. Kaczyński wcale nie musiałby się kajać, wystarczyłyby okrągłe słowa dla Adamowicza, którego zabiła nienawiść, bo to ona podniosła rękę z nożem zabójcy na finale WOŚP w Gdańsku.

Nie padły żadne słowa, bożek Idol Kaczyński celowo nie zdążył na minutę ciszy. Niektóre środowiska opozycyjne proponują, aby przerwać spiralę nienawiści w ten sposób, iż bezwarunkowo i radykalnie się wybacza, zastosować formułę polskich biskupów sprzed pięćdziesięciu lat: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie!”.

Lecz to wymaga konkretnego adresata. Kim poczuliby się pisowcy i sam prezes, gdyby to do nich skierowano podobne słowa? Niemcami? Tak! Ależ to by ich rozjuszyło, a ponadto bezwarunkowe przebaczenie postawiłoby nas w roli Chrystusów, a ich Judaszów, Barabaszów, ciemnej mocy. Rozjuszenie PiS pewne.

Grzegorz Schetyna ma rację: Pawła Adamowicza zabiła nienawiść obłąkana, dobrze zorganizowana, sączona z tub propagandowych PiS. A więc nie tędy droga, aby bezwarunkowo przebaczać, tak mogą postępować instytucje przestrzegające procedur prawnych i uznające vox populi.

Bożek Kaczyński wszedł na salę obrad Sejmu w asyście swoich archaniołów, on nie przejmie się śmiercią następnych osób po Adamowiczu, ani kajaniem się przebaczających ofiar, bożkowi można tylko odebrać jego lud, odebrać poprzez dialog, debatę. I tego boi się każdy bożek – otwartości. Powietrze wolności, demokracji, prawa zabija każdego dyktatora.

Suski, Glapiński i antysemityzm. Pisowska zgnilizna

12 Sty

 „To się nie dzieje naprawdę. Marek Suski jako jeden z argumentów za reformą sądownictwa, powiedział, że „niektórzy sędziowie mają w ogródkach zakopane sztabki złota, nie wiadomo skąd” – napisał na Twitterze Patryk Michalski z RMF FM. Reporter powołuje się na oficjalne sprawozdanie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i  Spraw Wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego.

Jej przedstawiciele byli w Polsce we wrześniu ubiegłego roku w sprawie pisowskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości. Spotkali się z przedstawicielami rządu, opozycji, sędziami i organizacjami pozarządowymi.

Marek Suski, który – przypomnijmy jest szefem gabinetu politycznego premiera Morawieckiego – podczas spotkania z komisją z PE twierdził, że dlatego PiS reformuje sądownictwo, bo niektórzy sędziowie poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa są bardzo bogaci, nie wiadomo skąd mają te pieniądze oraz, że… zakopywali złoto w ich ogrodach.

Na jednak nie poprzestał. Jak wynika ze sprawozdania, Suski porównywał  reakcję instytucji unijnych na pisowską reformę do historycznych działań Moskwy. Te „rewelacje” padły na spotkaniu, w którym uczestniczyli także szef MSZ Jacek Czaputowicz i jego zastępca Konrad Szymański.

„Nie da się tego w sposób kulturalny skomentować” – podsumował na Twitterze jeden z internautów.

„PiS będzie bronił Glapińskiego jak niepodległości. Dowód? Sellin w Trójce wchodzi w idiotyczną narrację, że próba jego odwołania to „spisek w celu wprowadzenia euro w PL”. Niedawno sami pisowcy się z tej głupoty śmiali. A teraz to przekaz dnia” – napisał na Twitterze Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”. Przypomnijmy, że Jarosław Sellin to wiceminister kultury w rządzie PiS.

Wypowiedź Sellina sprowokowała więcej komentarzy na Twitterze. Prawicowa blogerka Kataryna napisała: – „Testowanie granic tolerancji elektoratu na obrażanie jego inteligencji”. – „Pan Sellin dawno temu dołączył do grupy, w której już jest Marszałek Karczewski – ludzi wydawałoby się niegłupich, którzy jednak zdradzają swoje prawdziwe „JA” przy pierwszej lepszej okazji”; – „A może Glapiński powiedział, że nie odejdzie choćby nie wiem co. I co mu zrobią? Kolejna wojna i ustawki ustaw w roku wyborczym? Opozycja by ich ukrzyżowała. Więc skoro nie mogą go odwołać to albo dadzą mu się samozaorać, równocześnie odcinając się od niego, albo go będą bronić…”; – „PiS, a raczej Kaczyński będzie bronił własnych 4 liter. Glapiński za dużo wie o nim, o Telegrafie, o innych interesach PC, a później PiS- u”.

Jeden z internautów porównał Sellina do europosła PiS Ryszarda Czarneckiego. – „Sellin przypomina obatela, też zna się na wszystkim”.

Prezes PiS, była premier, obecny szef rządu oraz ponad dwustu innych posłów tej partii mogło – według sędziego Igora Tuleyi – składać fałszywe zeznania w związku ze słynnym „posiedzeniem Sejmu” w Sali Kolumnowej w grudniu 2016 roku. Na początku zeszłego roku sędzia złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury – a ta odmówiła wszczęcia śledztwa. Teraz, w grudniu tę decyzję podtrzymał sąd – co zamyka tę sprawę. – Czuję niesmak i dyskomfort. W tym przypadku wali się autorytet wymiaru sprawiedliwości – mówi Onetowi sędzia Tuleya.

  • Latem 2017 roku warszawska prokuratura umorzyła śledztwo ws. „posiedzenia Sejmu” na Sali Kolumnowej
  • Tę decyzję zaskarżyła opozycja – sprawa trafiła właśnie do sędziego Tuleyi
  • Ten uznał, że śledztwo należy bezwzględnie przeprowadzić, jednak prokuratura – w maju 2018 – ponownie podjęła decyzję o jego umorzeniu
  • Wcześniej, w styczniu zeszłego roku sędzia Tuleya złożył do prokuratury zawiadomienie, dotyczące możliwości popełnienia przestępstwa składania fałszywych zeznań przez ponad dwustu polityków PiS – o jego szczegółach poinformowała „Gazeta Wyborcza”
  • Także to śledztwo zostało umorzone – a w grudniu decyzję prokuratury podtrzymał radomski Sąd Rejonowy, na niejawnym posiedzeniu. Decyzja sądu jest ostateczna
  •  – Wciąż wierzę, że Polska jest państwem prawa jednak ta sprawa nie jest tego najlepszym przykładem – mówi Onetowi sędzia Tuleya

Magda Gałczyńska, Onet: Czołowi politycy PiS mieli – według złożonego przez pana zawiadomienia do prokuratury – składać fałszywe zeznania ws. swobodnego dostępu do Sali Kolumnowej w grudniu 2016 roku. Jak pan się teraz czuje, kiedy Sąd Rejonowy w Radomiu podtrzymał decyzję prokuratury o niewszczynaniu śledztwa w tej sprawie?

Igor Tuleya, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie: Szczerze? Czuję niesmak i dyskomfort. Powiem tak, wciąż głęboko wierzę, że Polska jest państwem prawa ale ten przypadek nie jest najlepszym dowodem na obronę tej tezy.

Ale gra jest skończona, decyzja sądu zamyka postepowanie w tej sprawie?

To prawda, decyzja radomskiego sądu jest ostateczna. Przynajmniej w obecnej rzeczywistości politycznej, bo w moim przekonaniu do tej sprawy należałoby kiedyś wrócić. Ja zrobiłem swoje, obowiązkiem sądu było złożenie zawiadomienia o przestępstwie, jeśli powstało podejrzenie, że politycy mogli składać fałszywe zeznania. A to akurat było ewidentne.

Że kłamali?

Jakie były materiały, wszyscy wiemy. Ja zadałem sobie trochę trudu, zawiadomienie do prokuratury było dość obszerne, liczyło ponad 60 stron. To był mój obowiązek, żeby tego tak nie zostawić.

Liczył pan na prokuraturę?

Nie, nie miałem złudzeń, żeby organy ścigania się nad tym pochyliły ale obowiązkiem sądu było zareagować i poinformować odpowiednie służby o możliwości popełnienia przestępstwa. No i przynajmniej pozostał ślad w naszych aktach. Być może będzie to ślad tylko dla historyków…

Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki w śledztwie zeznał, że Sala Kolumnowa była celowo zorganizowana tak, by nie dopuścić posłów opozycji do stołu prezydialnego, by nie mogli przekroczyć trzeciej od tyłu linii krzeseł, i że był to świadomy zamysł. Z drugiej strony, cała „góra” PiS-u, łącznie w prezesem czy ówczesną premier zeznała, że posłowie opozycji mogli się po sali poruszać swobodnie i była możliwość, by zabrać głos. To jak prokuratura uznała, że posłowie być może skłamali, ale zrobili to nieświadomie. Jak to można wytłumaczyć?

Nie wiem. Wiem, że przestępstwo składania fałszywych zeznań nie jest szczególnie skomplikowane. Albo ktoś mija się z prawdą, albo mówi, jak było. Tu akurat każdy może skonfrontować i porównać rzeczywistość, którą wszyscy na nagraniach stacji telewizyjnych mogliśmy obserwować z tym, co mówili politycy PiS. Mnie możliwość popełnienia przestępstwa przez te osoby wydawała się raczej oczywista, ale jak widać prokuratura oceniła to inaczej.

Jakie ta decyzja prokuratury, a potem radomskiego sądu będzie mieć konsekwencje? Pytam w szerszym kontekście, o odbiór społeczny?

Po pierwsze, jasne jest, że tak lubiana przez rządzących teza, że wszyscy są równi wobec prawa jest bzdurą. Bo ta sprawa pokazuje, że nie jesteśmy traktowani tak samo przez organy państwa. Poza tym, tu jak w soczewce widać, że „jak jesteś na świeczniku, to wolno ci wszystko”. A to dla społeczeństwa jest po prostu skrajnie demoralizujące. Ale najważniejsza jest inna rzecz. Ta decyzja o niewszczęciu śledztwa w tak ewidentnej sprawie powoduje, że autorytet wymiaru sprawiedliwości po prostu się wali. I faktycznie, pod tym względem już za chwilę będziemy mieli „Polskę w ruinie”.

Wtedy, w 2017 roku, gdy po raz pierwszy nakazywał pan prokuraturze wszcząć śledztwo w sprawie posiedzienia w Sali Kolumnowej, powiedział pan, że”16 grudnia pogrzebano demokrację, bezkarnie zgwałcono prawo, tamtej nocy umarła zwykła ludzka przyzwoitość”. A dziś mamy decyzję sądu, że nie trzeba wszczynać śledztwa w sprawie potencjalnie fałszywych zeznań polityków PiS…

Dlatego dziś bym – w kontekście tej nowej decyzji – tamta frazę powtórzył, nie zmieniając ani słowa. Tak właśnie się stało, umarła przyzwoitość. Kropka.

Sam pomysł pachnie już zdradą narodową.

Ostatnimi czasy grom z jasnego nieba poraził Polaków z mocno chrześcijańską duszą, gdy Barbara Nowacka ogłosiła projekt ustawy oddzielającej Kościół od Państwa. Naruszyła to, co w dzisiejszej Polsce jest święte, czyli… przyczepiła się do Instytucji, która marzy wręcz o Polsce jako państwie wyznaniowym. Oj i co to teraz będzie? Co będzie?

Inicjatywa Polska w swoim projekcie chce niewiele. Ot, tylko zaprzestania finansowania lekcji religii ze środków publicznych i precyzyjne uregulowanie jej obecności w szkołach, odejście od finansowania składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne księży, likwidację Funduszu Kościelnego oraz wspólnych komisji rządowo – kościelnych, zastępując je jedną komisją, złożoną z przedstawicieli rządu, kościołów, związków wyznaniowych oraz organizacji świeckich skupiających agnostyków i ateistów.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Odezwał się już rzecznik Episkopatu ks. Paweł Rytel-Andrianik, który z oburzeniem stwierdził, że „wyrzucanie religii w taki czy inny sposób ze szkoły jest wracaniem do czasów komunistycznych”, a już sam pomysł, by to Kościół płacił katechetom uznał za całkowicie niedorzeczny. Według niego, to sprzeczne z Konstytucją, gdzie zapisane jest prawo do bezpłatnego nauczania, a gdy zwrócono mu uwagę, że to nie rodzice płaciliby ze swojej kieszeni, tylko właśnie Kościół, odwrócił kota ogonem. Mówił o utraconych przez Kościół dobrach i majątku, gdy „zabrali nam go zaborcy – Rosjanie, Prusacy i Austriacy podczas zaborów, a czego nam oni nie zabrali, to zabrali komuniści”. Czyli co? Nie ma kasy na finansowanie lekcji religii? Natychmiast też przypomniał o działalności charytatywnej Kościoła, obejmującej pomocą ok. 3 mln osób. Przepraszam, a co ma piernik do wiatraka?

Swoje trzy grosze postanowił też dorzucić ksiądz Węgrzyniak, żądając zaprzestania kłamstw, bo to „Kościół utrzymuje państwo, a nie odwrotnie”. W swoim artykule, zamieszczonym na fronda.pl, usiłuje przekonywać, że rozdzielność Kościoła jest w pełni zachowana, bo instytucja ta w żaden sposób nie wpływa na władze państwowe. Hahahaha…koń by się uśmiał. A ta agitacja wyborcza w świątyniach? Wspieranie PiS-u słowem i ciałem? Naciski na parlamentarzystów w sprawie zakazu aborcji czy ustawy antyprzemocowej? Uprzywilejowana pozycja przy rozdawnictwie pieniędzy? Zgoda władz na ingerowanie Kościoła w coraz więcej obszarów życia publicznego i politycznego, na krzyże gdzie się da, msze na okrągło, wychowawstwo w szkołach dla księży… to rzeczywiście w pełni zachowany rozdział Kościoła od państwa?

W swoich rozmyślaniach Węgrzyniak idzie jeszcze dalej. Skoro ponad 90% Polaków to katolicy, którzy płacą państwu podatki, to niech tam sobie dojdzie do takiego rozdziału. Katolicy przestaną płacić podatki, założą sobie własne przedszkola, szkoły, szpitale czy straż. Będą sobie żyli spokojnie, bez wypominania im czegokolwiek, a Polska padnie.

Zwraca też uwagę, że już od dawna państwo z Kościołem się dogadało, czego dowodem jest konkordat. No cóż, każdy, kto przeczytał uważnie ten dokument, świetnie wie, że ksiądz coś kręci. Jedyne, co można w konkordacie znaleźć to zobowiązania Państwa Polskiego wobec Kościoła i ani słowa o obowiązkach wobec Polski. Nie ma co, świetny dokument o normalizacji wzajemnych relacji…

Na koniec ksiądz się nieco zreflektował, chyba zrozumiał, że nieco zaszalał i uznał, że zawsze można się dogadać, ale pod warunkiem, że przeciwnicy Kościoła przestaną kłamać, jakoby państwo tyle dawało na księży. Pod warunkiem, że ze szkół usunie się również „przygotowanie do życia w rodzinie, edukację seksualną, godziny wychowawcze, wykłady na medycynie, które promują antykoncepcję. Usuńmy finansowanie szpitali, w których ma miejsce aborcja i in vitro. Usuńmy wszelkie dotacje stowarzyszeń, czasopism, organizacji, zajęć i ludzi, które głoszą wartości niezgodne z nauką Kościoła”. Ciekawe spojrzenie na budowanie kompromisu, prawda?

Całkowicie od projektu Nowackiej odcina się PSL, a z kolei Schetyna wydaje się być pełnym zrozumienia dla niego, choć politycy PO raczej nie są nim zachwyceni. Profesor Góralski z Wydziału Prawa Kanonicznego UKSW jest bardzo zaskoczony postawą szefa PO i uważa, że nie jest ona „utrzymana w duchu koncyliacyjnym, przeciwnie: nie służy dobrze pokojowi społecznemu”.

No to się porobiło… Duchowni oburzeni, lud poruszony i znowu słychać, jak to w Polsce prześladuje się chrześcijan, jak się ich gnębi. Czekam tylko, kiedy zostanie ogłoszony termin krucjaty w obronie wiary i jej wyznawców. Kiedy wyjdą na ulice członkowie kół Gazety Polskiej, przyjaciele Tadeusza Rydzyka, telewizji Trwam i prasy skrajnie prawicowej, wspomagani przez chłopców narodowców. Od wojen religijnych minęło już kilka wieków, więc pewnie czas na powtórkę, bo przecież historia lubi zataczać koło.

Przyznam się szczerze, że jestem już nieco zmęczona tym ciągłym nawoływaniem do stawiania Kościoła na piedestale. Jestem zmęczona roszczeniową postawą tej instytucji, coraz mocniej wyciągniętą łapką, bo chce więcej i więcej. Nawoływaniem do przestrzegania propagowanych przez siebie zasad w sytuacji, gdy sama ma je głęboko gdzieś. Jak można mówić o uczciwości, rzetelności, tolerancji do wiary, gdy na każdym kroku się temu zaprzecza? Gdy po cichutku i skrycie buduje się podstawy państwa wyznaniowego, co ma tak mocne wsparcie partii rządzącej?

Ludzie! Żyjcie sobie jak chcecie, ale i dajcie żyć innym. Państwo musi być świeckie, szkoła musi być wolna od ideologii i poglądów, instytucje publiczne to nie kościoły, więc krzyży w nich nie potrzeba. Epatowanie katolicyzmem na każdym kroku, te msze, wiernopoddaństwo partii rządzącej, to przekonanie, że jak ktoś nie za PiS-em, to zły katolik, te płonące race i petardy na pielgrzymkach narodowców – to wszystko wzbudza coraz większy odruch wymiotny u każdego, kto chce spokojnie żyć w państwie prawa, w którym jest miejsce dla każdego. Kościele, ogarnij się wreszcie!!!

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim antysemityzmie.

Na pisowskie salony wkracza antysemityzm, co nie jest jakąś wielką niespodzianką. Wystarczyło wcześniej posłuchać polityków tej partii, co mają do powiedzenia na temat Jedwabnego albo, jaki jest ich stosunek do szmalcownictwa, którego wykładnia jest jedna: część Polaków ujawniało hitlerowcom miejsca, w których ukrywali się Żydzi w czasie II wojny światowej.

Nie tylko Jan Gross opisywał „sąsiadów” Polaków, będących pomagierami hitlerowców, ale nasi historycy. Ponadto, kiedy wsłuchać się w domowe opowieści, szybko można odkryć, iż Polacy niczym nie różnią się od innych narodów, a czasami są „lepsi”. Polski kołtun i Ciemnogród utrzymał się lepiej niż kołtuny w innych nacjach.

Żyd zresztą wchodzi w triadę nienawiści: Żydzi, masoni i cykliści, co należy dzisiaj czytać: obcy, demokraci i nowocześni. Przepraszam, a prezes jakiej partii szczuł na uchodźców, którzy jakoby mogą przynieść do Polski „cholerę, dezynterię i pasożyty”? Ten sam prezes szczuje na demokratów, na obrońców państwa prawa i Konstytucji, no i musi szczuć na cyklistów, bo nie posiada prawa jazdy.

W takiej przyszło nam żyć Polsce. Antysemityzm jest odgrzewany z historycznej hibernacji, choć Żydów nie ma. I jeszcze jedna uwaga: antysemityzm w okresie międzywojennym w Polsce był równy niemieckiemu, a możliwe, że „lepszy”. Tam jednak doszedł do władzy Hitler, a u nas odpowiednik jego nie zdążył, acz Roman Dmowski (jawny antysemita, pisze o parchach Żydach w swoich publikacjach) miał swoich rozlicznych następców, którzy prześladowali Żydów. Antysemityzm jest obecnie wybudzany. Wystarczy posłuchać uważnie obydwu Morawieckich i innych polityków PiS. Ustawa o IPN, która została utrącona przez USA i Izrael, też zmierzała do odmrożenia antysemityzmu.

Antysemityzm podskórny, ledwie ukryty ma się dobrze w Polsce pisowskiej w mediach publicznych. Dano temu wyraz w czwartkowym programie „Minęła 20” TVP Info. Zaprezentowano w nim krótką animację, w której aż roi się od antysemityzmu i spełnia wszystkie powyższe zarzuty, które wyżej zmetaforyzowałem. Żydów nie ma, ale można ich wykreować i tak – dostaje się Hannie Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent Warszawy na filmiku „powołuje” do działalności Jerzego Owsiaka, a ten „grabi” Polaków i pieniądze oddaje Żydom. Mniej więcej taka jest interpretacja filmiku zrealizowanego przez niejaką Barbarę Pielę. Estetyka jest turpistyczna wzięta z goebbelsowskiego „Żyda Suessa”.

Polska humanistycznie marnieje w oczach, telewizja publiczna pluje, zohydza, szczuje. Nie jest to medium obywateli, ale funkcjonariuszy PiS. Filmik antysemicki należy wpisać na konto partii rządzącej. Olechowski, który jest szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, tweetuje, że „zostaną wyciągnięte surowe konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych za incydent”. Uśmialiście się z tych zapowiadanych konsekwencji? Nie chodzi tylko o to, że znowu Mateusz Morawiecki będzie się kajał w naszym imieniu, ale przede wszystkim o to, jak niszczone jest społeczeństwo polskie, jak ważne dla społeczeństwa są opluwane wartości ludzkie.

Tego nie można załatwić jakąś ustawą – amoralność jest trwalsza niż długość życia Kaczyńskiego i Morawieckiego. Oni zejdą z tego świata, a przyszłe pokolenia zostaną z tym złem, które jest obecnie reanimowane.

Warto o tym pamiętać. Szczególnie polecam ludziom związanym z PiS. Tak łatwo przychodzi wam kłamać i pomawiać❗️ Sam to doświadczam. Później jak wynika z waszych opowieści, zeznań nic się nie zgadza. A przychodzi czas w którym przyjdzie wam „stanąć w prawdzie”‼️

Atak na WOŚP i Jurka Owsiaka

11 Sty

Kukiełka Hanny Gronkiewicz-Waltz buduje kukiełkę Jerzego Owsiaka, a następnie ją nakręca. Razem zbierają pieniądze na rzecz WOŚP. Znaczna ich część jest odkładana na bok i trafia do worków przygotowanych przez byłą prezydent Warszawy. Kukiełka przedstawiająca Owsiaka powtarza „hej, siema” – tak wyglądała przygotowana przez Barbarę Pielę animacja, którą wczoraj wieczorem wyemitowano w TVP Info.

Na tym nie koniec – w tej rzekomo satyrycznej animacji pojawia się również scenka z kwestowania. Wolontariuszka stoi na mrozie z puszką WOŚP, a Jerzy Owsiak siedzi na ławce pod kołdrą.

Internauci zwrócili też uwagę na jeszcze jeden szczegół – na jednym z banknotów 200-złotowych widać gwiazdę Dawida oraz… wizerunek Lecha Kaczyńskiego (a może Jarosława?). I tylko za to autorka animacji Barbara Piela postanowiła przeprosić na Twitterze.

Podobnie zachował się Jarosław Olechowski z TVP, który napisał: – „Szanowni Państwo, dyrekcja Telewizyjnej Agencji Informacyjnej stanowczo potępia powielanie antysemickich stereotypów. Nie ma na to zgody. Dlatego wobec osób odpowiedzialnych za incydent w ostatnim programie „Minęła 20” zostaną wyciągnięte surowe konsekwencje”. – „Plastusie powielają antysemickie stereotypy od dawna. Nie zareagowalibyście, gdyby nie to, że ich autorka jako rekwizytu użyła banknotów sugerujących, że Lech Kaczyński to żydowski król (skoro jest na banknocie z Gwiazdą Dawida). I co to konkretnie znaczy „surowe konsekwencje”?” – zapytała Bianka Mikołajewska z oko.press. Odpowiedzi nie było ani też reakcji TVP na obrzydliwe sugestie, dotyczące Hanny Gronkiewicz-Waltz i Jerzego Owsiaka.

>>>

Donald Tusk, strefa euro i my

1 Sty

Więcej >>>

W 20. rocznicę wprowadzenia euro szef KE i przewodniczący Rady Europejskiej podkreślili znaczenie wspólnej waluty.

– Euro stało się symbolem jedności, suwerenności i stabilności – oświadczył w Brukseli przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Podpis pod traktatem z Maastricht, wprowadzającym Unię Gospodarczą i Walutową, „był najważniejszym podpisem w moim życiu”, powiedział długoletni premier Luksemburga, który od 2014 roku kieruje KE.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk podkreślił ze swej strony, że „utworzenie euro przed 20 laty, podobnie jak wyzwolenie państw Europy Środkowej i Wschodniej oraz ponowne zjednoczenie Niemiec było przełomowym momentem w historii Europy”. Dziś euro jest „świadectwem siły politycznej i gospodarczej” Unii Europejskiej – dodał.

Juncker i Tusk nie ograniczyli się do podkreślenia znaczenia wspólnej waluty europejskiej w ciągu minionego dwudziestolecia. Kierując wzrok ku przyszłości, przewodniczący Komisji Europejskiej powiedział, że „będziemy w dalszym ciągu pracować nad ukończeniem unii gospodarczej i walutowej, jak również nad dalszym umocnieniem międzynarodowej roli euro”. Donald Tusk podkreślił z kolei, że w obliczu zachodzących zmian unia gospodarczą i walutowa będzie rozbudowywana i umacniana.

Strefa euro rozszerza się

Euro wprowadzono w życie 1 stycznia 1999 roku, najpierw jako jednostkę rozliczeniową w jedenastu państwach europejskich (Niemcy, Francja, Belgia, Holandia, Luksemburg, Austria, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Irlandia i Finlandia). Od tej pory w tych państwach można było posługiwać się euro w transakcjach bezgotówkowych. Trzy lata później, 1 stycznia 2002 roku, euro zaczęło obowiązywać także w ruchu gotówkowym.

Od chwili utworzenia euro stało się drugą po dolarze USA najważniejszą walutą na świecie. Obecnie korzysta z niej już około 340 mln obywateli 19 państw. Do strefy euro przystąpiły także: Grecja (2001), Słowenia (2007), Malta i Cypr (2008), Słowacja (2009), Estonia (2011), Łotwa (2014) i Litwa (2015).

Jeszcze niedawno w Jachrance kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości ustalało strategię medialną na przyszły rok. W jej myśl najbardziej kontrowersyjni parlamentarzyści tej partii, którzy de facto stanowią ideologiczne odzwierciedlenie zarówno PiS i poglądy jego najwierniejszych wyborców do jesieni mieli być wyciszeni, a ich aktywność na mediach społecznościowych miała być skrupulatnie monitorowana. Z tego też wynikła, jak przypuszczało wielu, zaskakująca deklaracja posłanki Krystyny Pawłowicz o wycofaniu się z polityki. Niestety, znów mamy powód żeby o niej pisać. Posłanka PiS nie wytrzymała nawet do końca roku i zerwała się Kaczyńskiemu ze smyczy.

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w rozmowie z włoskim dziennikiem “La Repubblica” stwierdził: „Wystarczy iść na cmentarz wojenny, by zdać sobie sprawę z tego, jaka jest alternatywa dla jedności europejskiej”. Istotnie, Pax Europaea nie byłoby bez integracji europejskiej.

Pawłowicz nie wytrzymała długo w pawlaczu i w swoim stylu zaatakowała polityka.

Tym samym strategia Prawa i Sprawiedliwości legła w gruzach. „Polska Sercem Europy” okazała się niewydolnym organem w stanie przedzawałowym.

Dziennikarz Gazety Wyborczej Bartosz Wieliński krótkim komentarzem do słów posłanki spowodował jej agresywną odpowiedź – publiczną pyskówkę na Twitterze.

W pełnej nieusprawiedliwionych inwektyw wymianie zdań dziennikarz odniósł się do terapii wyciszającej zaleconej posłance przez PiS w Jachrance. Pawłowicz w niewybrednych słowach zaprzeczała sugestiom Bartosza Wielińskiego, często nazywając go „mentalnym niemieckim niewolnikiem”. Jakby tylko głośne szczekanie coś zmieniało…

Partyjna dyscyplina nie wytrzymała próby czasu. Nie wiadomo jeszcze, czy uległa własnej hipokryzji, czy wynikła z powrotu do „ortodoksyjnego” wizerunku Prawa i Sprawiedliwości. Faktem jest, że utrzymując pozory polityki przyjaznej wobec Unii Europejskiej, partii trudniej rządzić w stylu, do którego się przyzwyczaiła. A Unia, jak na złość, nie dała się nabrać…

Rafał Wojaczek

Pierdel, serdel, burdel – to przygotował PiS na 11. listopada

9 List

„Wolność zgromadzeń pełni doniosłą rolę w demokratycznym państwie prawa, prawo do zgromadzeń jest chronione konstytucją” – powiedział w uzasadnieniu orzeczenia sędzia Michał Jakubowski. Dodał, że decyzja o zakazie „jest możliwa po starannym zbadaniu sprawy i musi zawierać przekonujące uzasadnienie”. Jak podkreślił sędzia, Gronkiewicz-Waltz nie uprawdopodobniła, że w związku z marszem może dojść do zagrożenia życia, zdrowia i mienia w znacznych rozmiarach, a to była główna przesłanka wydanego zakazu. Stronom przysługuje zażalenie do sądu apelacyjnego w ciągu 24 godzin. Sąd apelacyjny rozpoznaje zażalenie w ciągu 24 godzin od złożenia pisma.

Marsz narodowców czy państwowy?

Prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała decyzję o zakazie organizacji Marszu Niepodległości w środę. Demonstracja organizowana jest przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, współtworzone przez m.in. przez Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy.

„Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – tłumaczyła prezydent Warszawy. Dodała, że w czerwcu skierowała pismo do szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości organizowanych w Warszawie 11 listopada. Pismo to zostało zignorowane.

Orzeczenie sądu o uchyleniu zakazu jeszcze bardziej komplikuje sytuację, bo w środę wieczorem rzecznik prezydenta Błażej Spychalski poinformował, ze państwowy marsz 11 listopada zorganizuje rząd. Decyzja zapadła po spotkaniu Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego. Zdaniem Spychalskiego państwowe uroczystości eliminują możliwość organizacji innych demonstracji, czyli także Marszu Niepodległości.

Marsz Niepodległości nie dla PiS

Fiasko rozmów z narodowcami

Andrzej Duda w październiku zapraszał przedstawicieli opozycji i wszystkich Polaków do wspólnego uczestnictwa w Marszu Niepodległości. To miał być symboliczny gest pokoju dla uczczenia stulecia odzyskania niepodległości. Wystąpili z nim też premier Mateusz Morawiecki i prezes Jarosław Kaczyński. „Chcemy, żeby 11 listopada, w Święto Niepodległości, był jeden, wspólny, wielki marsz. Widzę siebie w takim marszu razem z tymi wszystkimi, którzy reprezentują istotne kierunki polityczne” – mówił Kaczyński w Polsat News.

Pod koniec miesiąca sam Duda niespodziewanie poinformował, że nie weźmie udziału w marszu. Przedstawiciele prezydenta informowali, że toczyli negocjacje z organizatorem marszu Stowarzyszeniem Marsz Niepodległości, ale zakończyły się one niepowodzeniem. Poszło m.in. o obecność w marszu emblematów partyjnych.

„Bóg, Honor, Ojczyzna”

Tegoroczny Marsz Niepodległości zaplanowany był na niedzielę i miał odbyć się pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Uczestnicy planowali się zebrać o godz. 14:00 przy rondzie Dmowskiego, a następnie przejść Alejami Jerozolimskimi, mostem Poniatowskiego, Wybrzeżem Szczecińskim i ul. Siwca na błonia Stadionu Narodowego. Marsz odbywa się co roku 11 listopada, od 2010 r.

W ubiegłorocznym Marszu Niepodległości pod hasłem „My chcemy Boga” według policji wzięło udział 60 tys. osób. Wśród transparentów znalazły się hasła: „Wszyscy różni, wszyscy biali” czy „Europa tylko dla białych”. Media donosiły też o skandowaniu haseł „Sieg Heil”, „Biała siła” czy „Żydzi, won z Polski”.

W sprawie marszu z 2017 r. toczy się śledztwo

Sprzeciw wobec „tolerowania przez władze państwowe zachowań rasistowskich i ksenofobicznych” przyjęła Rada Warszawy. Śledztwo dotyczące publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa i nawoływania do nienawiści na tle różnic rasowych, etnicznych i wyznaniowych podczas marszu prowadzi warszawska prokuratura okręgowa.

We wtorek demonstracji środowisk skrajnej prawicy 11 listopada zakazał prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, powołując się na opinię policji. Ten zakaz także został w czwartek uchylony przez sąd.

Osiągnięcie porozumienia po kilkunastogodzinnych rozmowach ogłosili w nocy szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Joachim Brudziński i szef policyjnych związków Rafał Jankowski.

Strajk według policjantów

Koniec protestu

Policjanci protestowali od lipca, w ostatnim okresie masowo przechodzili na zwolnienia. Z tego powodu nie wiadomo było, czy policja będzie w stanie ochronić manifestacje z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości, w tym Marsz Niepodległości w Warszawie.

Podczas nocnej konferencji prasowej Jankowski mówił, że podpisany w czwartek dokument jest „najlepszym porozumieniem, jakie udało się wynegocjować, rozumiejąc wszystkie argumenty rządu”.

Jankowski dodał, że zakończyła się akcja protestacyjna policjantów. „Wracamy do służby, będziemy robić to, co umiemy najlepiej, czyli dbać o bezpieczeństwo wszystkich Polaków” – mówił na konferencji.

Minister Brudziński zaapelował do policjantów, żeby jak najszybciej wrócili do pracy.

Zanosi się na jesień protestów

Podwyżka w 2019 i 2020 r.

O szczegółach porozumienia resort poinformował w komunikacie prasowym. „W toku negocjacji ustalono, że funkcjonariusze służb MSWiA otrzymają od początku przyszłego roku po 655 zł brutto podwyżki, co spowoduje wzrost wielokrotności tzw. kwoty bazowej o 0,43. Przypominamy, że początkowo MSWiA proponowało od 1 stycznia 2019 r. podwyżkę w kwocie 309 zł, a od 1 lipca 2019 r. w kwocie 253 zł brutto” – podano w piśmie.

Porozumienie zakłada też, że kolejną podwyżkę o 500 zł brutto od 1 stycznia 2020 r.

„Kolejny postulat przedstawicieli związków dotyczył rozliczania tzw. nadgodzin. Wymiar czasu służby funkcjonariuszy wynosi 40 godzin tygodniowo w przyjętym okresie rozliczeniowym. Należność za ponadwymiarowy czas służby – tzw. nadgodziny, wypłacane są obecnie tylko strażakom w wysokości 60 proc. stawki za jedną nadgodzinę. W Policji, Straży Granicznej i SOP możliwy jest jedynie odbiór wolnego za wypracowane nadgodziny”

Od 1 lipca 2019 r. zostanie wprowadzona odpłatność w wysokości 100 proc. stawki godzinowej dla wszystkich policjantów, strażaków, strażników granicznych i funkcjonariuszy SOP. „Początkowo zastosowany będzie 6-miesięczny okres rozliczania nadgodzin. Kwestia ustalenia okresu rozliczeniowego na kolejne lata będzie przedmiotem dalszego dialogu” – napisano w komunikacie.

Emerytura po 25 latach

Od 2013 r. funkcjonariuszom, którzy zaczęli służbę od 2012 r. lub później miała przysługiwać emerytura mundurowa po ukończeniu 55 lat i co najmniej 25 latach służby. Teraz zrezygnowano z tego pierwszego wymogu. „Oznacza to pozostawienie tylko jednego wymogu do przejścia na emeryturę, czyli co najmniej 25 lat służby. Zmiana wejdzie w życie od 1 lipca 2019 r.”.

MSWiA zaproponowało, że zostaną przygotowane rozwiązania umożliwiające przyznawanie dodatkowych należności pieniężnych dla doświadczonych funkcjonariuszy. Dotyczyłoby to osób, które nabyły prawa do emerytury i mają co najmniej 25 lat służby.

Departament Stanu USA wydał ostrzeżenie dla Amerykanów, którzy 11 listopada będą przebywać w Warszawie. – „Kilka wydarzeń odbędzie się 11 listopada w związku z Polskim Dniem Niepodległości. W poprzednich latach miały miejsce brutalne incydenty przemocy pomiędzy manifestującymi i kontrmanifestacją” – napisano na Twitterze departamentu.  Amerykanom, którzy tego dnia będą w Warszawie, zaleca się unikanie trasy marszu, śledzenie informacji w mediach oraz „zachowanie ostrożności”.

Jak podaje gazeta.pl, w komunikacie na stronie internetowej Departamentu Stanu można przeczytać, że „W 2017 r. marsz zorganizowany przez Stowarzyszenie Marszu Niepodległości zgromadził ponad 50 000 uczestników. W poprzednich latach niektórzy uczestnicy marszu rzucali racami, nieśli transparenty i wygłaszali hasła skierowane przeciwko mniejszościom rasowym, seksualnym i religijnym”.

Komunikat dotyczący marszu w Warszawie oznaczono jako „alert bezpieczeństwa”, tak jak niedawny komunikat o alarmie bombowym w Barcelonie.

Podobny komunikat wystosowała do swoich obywateli ambasada Kanady. Na swojej stronie internetowej umieściła ostrzeżenie, że „pokojowe demonstracje mogą w każdej chwili stać się źródłem agresji i generować problemy z transportem publicznym”. Kanadyjczykom też zalecono unikanie trasy marszu i demonstrujących.

>>>

>>>

Wydział do Spraw Wojskowych Prokuratury Okręgowej w Warszawie wszczął śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez Mariusza Błaszczaka, który ustanowił pl. Piłsudskiego obszarem zamkniętym. Prokuraturę zmusił do tego sąd, o czym w artykule „Sąd nakazał prokuraturze wszcząć śledztwo w sprawie przejęcia przez PiS pl. Piłsudskiego”.

Rok temu ówczesny minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak zdecydował, że pl. Piłsudskiego stał się terenem zamkniętym. Taki status mają na przykład bazy wojskowe. Powodem miała być obronność i bezpieczeństwo państwa. Tymczasem takich względów, według wstępnych ustaleń, nie było. Błaszczak, podejmując taką decyzję, miał działać na szkodę interesu publicznego.

Stołeczny ratusz w marcu zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa z art. 231, czyli przekroczenia uprawnień. – „Naszym zdaniem doszło do sytuacji, w której – na podstawie fałszywej przesłanki – zabrano samorządowi, warszawiakom, ten plac tylko po to, by zrealizować jeden polityczny cel, jakim jest postawienie pomników smoleńskich” – mówił wtedy wiceprezydent stolicy Michał Olszewski.

Jak wiadomo, 10 kwietnia na pl. Piłsudskiego stanął pomnik ofiar katastrofy prezydenckiego Tupolewa pod Smoleńskiem, a za kilka dni odsłonięty zostanie pomnik Lecha Kaczyńskiego.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o marszach.

PiS kroczy drogą wytyczoną przez WRON Wojciecha Jaruzelskiego.

Komentatorzy polityczni nie radzą sobie z zakazem Marszu Niepodległości, jaki został wydany przez ustępującą prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Klapki partyjne mają nie tylko prawicowi publicyści. Ta polska przywara znana jest od kiedy w Polsce mniej więcej zrozumiano, czym jest podział na lewicę i prawicę, czyli od zawsze.

Czytam, że Gronkiewicz-Waltz cynicznie chce postawić rząd w kłopotliwej sytuacji, a nawet, iż nacjonaliści zostali wprowadzeni do głównego nurtu w wyniku gry między PiS i PO. Raczej polityków tej ostatniej partii nie widziano nigdy na marszach nacjonalistów, a pisowców zawsze było pełno i bronili jeszcze niedawno Marszu Niepodległości.

Spójrzmy na gołe fakty i przypuszczenia, które mogą być nawet pewnikami. Niedawno prezydent Andrzej Duda powiedział, że kalendarz ma tak napięty, że nie znajduje czasu na marsz z nacjonalistami, Mateusz Morawiecki też się od niego odżegnał.

Prezydent Warszawy chciała uzyskać odpowiedź od komendanta policji, jak będzie wyglądało zabezpieczenie marszu. Nie uzyskała, bo podwładny Joachima Brudzińskiego nie kwapił się do odpowiedzi. Więc co miała zrobić Gronkiewicz-Waltz?

Mogła machnąć ręką. Większość tak by postąpiła, ale po Gronkiewicz-Waltz przychodzi Rafał Trzaskowski – i zakaz marszu wygląda na jego decyzję. Zresztą jeszcze aktualna prezydent Warszawy w pierwszych słowach uzasadniających zakaz marszu mówiła o konsultacji w sprawie tej decyzji z Trzaskowskim.

A zatem – Trzaskowski niejako zapowiedział, jaki będzie jego stosunek do tego typu imprez nacjonal-neofaszystowskich. Do tego nie trzeba żadnej inteligencji większej od Forresta Gumpa (IQ 72), wystarczy w garderobie zdjąć klapki z oczu. Komunikat Trzaskowskiego brzmi: stop nacjonalistom, zza pleców których wyrastają rodzimego chowu naziole.

Trzaskowski musiał zdawać sobie sprawę, że z tej akcji wyniknie reakcja. Jaka? Przede wszystkim organizatorzy zakazanego marszu mogą odwołać się do sądu, tak jak we Wrocławiu, gdzie decyzja zakazu podjęta przez Rafała Dutkiewicza została przez sąd uchylona.

Ba, było to wymuszenie na politykach PiS (Andrzeju Dudzie i Mateuszu Morawieckim), aby ciężar odpowiedzialności za obchody 100. rocznicy wzięli na swoje barki. I od razu prezydent spotkał się z premierem. 4 dni przed 100 rocznicą niepodległości ani Duda, ani Morawiecki nie mieli pomysłu na wspólne obchody. Wymyślili to, co tylko PiS potrafi wymyślić – przejąć inicjatywę, zmieniając jej nazwę.

A więc nacjonaliści zostali pozbawieni Marszu Niepodległości, który teraz będzie nazywał się Biało-Czerwonym Marszem. Duda wraz z Morawieckim ponadto nabyli nowe kalendarze i jednak pomaszerują wytyczoną przez nacjonalistów trasą, a nawet jak to oni – wzywają do wspólnoty, czyli wszyscy mogą brać udział w tym naprędce zdefiniowanym kierdelu baranów.

Ale jest problem prawny, bo ustawa o zgromadzeniach w rozdziale 2, art. 7 mówi o nowym zgromadzeniu, które musi być zgłoszone najpóźniej na 6 dni przed planowaną datą. Czyli z tego wynika, iż nie ma czasu na nowy marsz. Może być przez prezydenta i premiera przejęty na siłę zakazany marsz.

Jeżeli sąd anuluje zakaz, to będziemy mieli do czynienia z Marszem Niepodległości nacjonalistów przemianowanym przez Dudę i Morawieckiego na Biało-Czerwony Marsz. I jeszcze jeden szczegół: za porządek odpowiadać ma Wojsko Polskie, bo to ono zostało zgłoszone jako organizator.

Pointując: 100 rocznicę niepodległości mamy w oprawie stanu wojennego, tj. wojskowego. I bodaj o to chodzi PiS, która to partia kroczy drogą znaną już w latach 80. ubiegłego stulecia wytyczoną przez WRON Wojciecha Jaruzelskiego.

>>>

Duda wchodzi w buty nacjonalizmu. W czym pójdzie dalej?

8 List

— ANDRZEJ DUDA NACJONALIZUJE MARSZ – Paweł Wroński w GW: “Nie padła jasna deklaracja, ale rozumiem, że prezydent Duda i premier Morawiecki 11 listopada na czele marszu pójdą. Przyznam, że nie interesują mnie rozterki narodowców. Oni mogą się czuć sfrustrowani tym, że po zakazie wprowadzonym przez prezydent Warszawy prezydent Duda „znacjonalizował” ich święto. To, czy będą się zachowywali poprawnie, będzie zależało już wyłącznie od policji, za którą premier 11 listopada bierze odpowiedzialność”.
wyborcza.pl

— MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI O BŁĘDACH PIS W ORGANIZACJI ŚWIĘTA – pisze w RZ: “Problemem jest to, że nikt z obozu PiS wcześniej nie pomyślał o tym, że w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości musi być jakieś wydarzenie kulminacyjne. A czegoś takiego nie zdołano zorganizować. Problemem jest to, że ani ośrodek prezydencki, ani rząd nie przygotowały wcześniej czegoś, co byłoby uroczystym zwieńczeniem obchodów, co by wzmocniło dumę Polaków. Koncert na Stadionie Narodowym z Marylą Rodowicz to świetne uzupełnienie, ale nie nadaje się na imprezę kulminacyjną”.
rp.pl

— DR JAROSŁAW FLIS: W SAMORZĄDACH PIS BĘDZIE MIAŁ MNIEJ REALNEJ WŁADZY NIŻ PO W 2010 – mówi Agnieszce Kublik w GW: “Prezes podkreśla, że to najlepszy wynik partii do sejmików od czasów AWS. Ale przypominam, że Platforma Obywatelska w 2010 r. dostała 31 proc. głosów, czyli nieco mniej niż teraz partia Kaczyńskiego, ale te 31 proc. głosów przełożyło się na 12 marszałków województw i 50 miejsc w zarządach. A 34 proc. PiS na razie ma przełożyć się na sześciu marszałków i trzydziestu paru członków zarządów. Więc choć PiS dostał o 3 pkt proc. więcej niż Platforma, to na końcu liczy się realna władza. Tej PiS ma mniej niż PO w 2010 czy 2014 r.”.

— TERAZ SPÓR W SAMORZĄDACH JEST WYWAŻONY – DALEJ FLIS: “PiS mówi o sukcesie i jakoś to rozumiem, bo jak ktoś nie miał nic i trochę zarobił, to ma więcej i ma się z czego cieszyć. Jednak pakiet kontrolny to to nie jest. Bez wątpienia PiS był w sejmikach niezwykle słaby, a teraz toczy się tam wyrównany pojedynek dwóch obozów. Podział mandatów, ważonych wielkością województwa, wygląda tak: PiS ma ich 47 proc., a Koalicja Obywatelska i PSL 48 proc. Pozostałe 5 proc. jest w rękach SLD, mniejszości niemieckiej i Bezpartyjnych Samorządowców”.

— FLIS OPOWIADA ANEGDOTĘ: “Odpowiadam na to anegdotą, którą usłyszałem od znajomej dentystki. Ma ona całą ścianę w gabinecie z rysunkami dzieci. Gdy przyszła pani z urzędu skarbowego, zapytała: „Specjalizuje się pani w dzieciach?”. „Nie, dorośli nie zostawiają rysunków!”. I tak jest z tymi wyborcami niezaangażowanymi. Oni w sieci „nie zostawiają rysunków” w przeciwieństwie do tych z PiS i anty-PiS. Oni zostawiają rysunek dopiero w wyborach. I w tych wyborach na lokalnych włodarzy zagłosowali przeciwko PiS”.
wyborcza.pl

— TWARDY PIS TO RECEPTA NA PORAŻKĘ, W MIĘKKI NIKT JUŻ NIE UWIERZY – MACIEJ GDULA w Polityce: “Bycie twardym PiS to recepta na porażkę. A w miękki PiS nikt już nie uwierzy. Dziś PiS to po prostu PiS. Partia rządząca pragnąca zagarnąć jak najwięcej władzy. Centrowi wyborcy wiedzą, że PiS nie toleruje pluralizmu w państwie, podporządkowuje sobie kolejne instytucje i urządza je na swoją modłę. Kiedyś skrajny język PiS mógł uchodzić za ton w całym przekazie, dziś to po prostu ich zwyczajny język, który dominuje w publicznych mediach. Nie wyjdzie zatem manewr z 2015 r., gdy dla centrum był Duda i Szydło, a dla twardego elektoratu Macierewicz. Dowodem na to jest porażka Jakiego. Gdy był miękki i robił ukłony w stronę centrum, nikt mu nie ufał. Gdy grał twardo, ludzie się od niego odsuwali”.

— GDULA POWTARZA TEZĘ O WĄSKIM KORYTARZU PIS: “Kaczyński wchodzi coraz głębiej w wąski korytarz, gdzie ma coraz mniej pola manewru. Bycie twardym PiS to recepta na porażkę. A w miękki PiS nikt już nie uwierzy”.
polityka.pl

Po drugiej turze wyborów Jarosław Kaczyński podczas konferencji prasowej przekonywał opinię publiczną, że PiS jednak wygrał wybory. Pokazując część prawdziwych wyników z pierwszej tury, chciał osłabić prawdziwy wynik drugiej. A tę PiS po prostu przegrał. W miastach, gdzie odbywały się dogrywki wyborów na prezydentów miast, ostatecznie tylko w czterech na 107 udało się partii Kaczyńskiego pokonać przeciwników.

Polska po wyborach – coś drgnęło?

Stare chwyty PiS już nie zadziałają

Oczywiście nie oznacza to, że PiS jest w rozsypce, a jego przegrana w przyszłorocznym dwuboju wyborczym jest pewna. Na pewno jednak wybory samorządowe ujawniły, że zmieniły się reguły gry i PiS nie będzie mógł wygrać, stosując stare chwyty.

W 2015 r. Kaczyński wygrał, ponieważ udało mu się zrobić trzy rzeczy: zorganizował twardych przeciwników PO, przekonał do siebie część umiarkowanego elektoratu, ale także wykorzystał demobilizację tych, którzy głosowali wcześniej na PO. Ostatnie wybory pokazały, że ta konfiguracja to już przeszłość.

Przeciwnicy PiS się zmobilizowali

Po pierwsze, nie ma już efektu demobilizacji przeciwników PiS. Pokazała to niezwykle wysoka frekwencja (niemal 55 proc.), która w przypadku wyborów samorządowych jest bezprecedensowa, a jeśli chodzi o wszystkie wybory z ostatnich lat, można ją porównać wyłącznie z drugą turą wyborów prezydenckich z 2015 r. (nieco powyżej 55 proc.). Nie znaczy to, że przeciwnicy PiS będą głosować na Koalicję Obywatelską, ale na pewno nie zostaną w domu i wyrażą głosowaniem swój sprzeciw wobec rządzących.

PiS to po prostu PiS. Zniknął efekt świeżości

Po drugie, przekaz PiS raczej nie trafi do umiarkowanych wyborców. Przegrana w wielu wyścigach prezydenckich pokazuje, że partia Kaczyńskiego straciła coś, co było jej siłą w wyborach z 2015 r. Wtedy Prawo i Sprawiedliwość oznaczało wiele rzeczy, które mogły przyciągnąć różnorodnych wyborców łącznie z centrowymi. PiS to była zmiana, nowe twarze w polityce, naprawa państwa, odwrócenie niekorzystnych reform, odsunięcie od władzy skorumpowanych polityków czy program 500+.

Wielkie miasta nie lubią PiS

Dziś PiS to po prostu PiS. Partia rządząca pragnąca zagarnąć jak najwięcej władzy. Centrowi wyborcy wiedzą, że PiS nie toleruje pluralizmu w państwie, podporządkowuje sobie kolejne instytucje i urządza je na swoją modłę. Kiedyś skrajny język PiS mógł uchodzić za ton w całym przekazie, dziś to po prostu ich zwyczajny język, który dominuje w publicznych mediach. Nie wyjdzie zatem manewr z 2015 r., gdy dla centrum był Duda i Szydło, a dla twardego elektoratu Macierewicz. Dowodem na to jest porażka Jakiego. Gdy był miękki i robił ukłony w stronę centrum, nikt mu nie ufał. Gdy grał twardo, ludzie się od niego odsuwali.

To rząd odpowiada za niepowodzenia

Po trzecie, swój twardy elektorat ciężko będzie mobilizować niechęcią wobec PO. Dużo łatwiej było to zrobić, wykorzystując opozycyjnego ducha i potknięcia rządu Kopacz. A prócz tego oferować nadzieję na zmianę. Dziś partia Kaczyńskiego to obóz rządzący ze wszystkimi atutami tej pozycji, ale też ze wszystkimi wadami. Do atutów należy oczywiście możliwość działania politycznego przez rząd, a także pieniądze z budżetu i wpływ na media. Wady jednak wcale nie są do pozazdroszczenia. Jeśli coś nie działa, to odpowiada za to PiS, jeśli miały być mieszkania, a nie ma – to winna jest partia Kaczyńskiego. Jeśli zmiany powodują chaos, jak np. w edukacji, to rozliczać z tego trzeba partię rządzącą.

Partia Kaczyńskiego nie ma zdolności koalicyjnych

Dochodzi do tego jeszcze coś. W 2019 r. PiS będzie musiał przekonać ludzi, że głosując na nich, głosuje się na partię, która ma szansę zachować władzę. Wybory samorządowe pokazały nie tylko, że PiS ma kłopot z przyciągnięciem centrowych wyborców, ale także to, że logika polaryzacji pozbawia go zdolności koalicyjnych. Atak na PSL pozbawił PiS możliwości zawierania koalicji w sejmikach. Wygrana ma zatem gorzki smak, bo chociaż uzyskało się niezły wynik, będzie się tylko w opozycji. Dla części wyborców będzie to sygnał, że partia Kaczyńskiego jest skazana na odsunięcie od władzy, bo nie ma z kim zawiązać w przyszłym Sejmie koalicji, zwłaszcza w obliczu kłopotów Kukiz ′15.

Kaczyński wchodzi coraz głębiej w wąski korytarz, gdzie ma coraz mniej pola manewru. Bycie twardym PiS to recepta na porażkę. A w miękki PiS nikt już nie uwierzy.

Skończyła się kampania, zaczyna się kampania

>>>

Więcej >>>