Tag Archives: Grzegorz Schetyna

Gwałty kleru na dzieciach. Komisja ds. ich pedofilii musi powstać

17 Maj

Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że haniebny styl prowadzenia przez marszałka Kuchcińskiego, uniemożliwianie zadawania pytań, zmanipulowane wypowiedzi ministrów, prowadzenie debaty w sposób urągający standardom parlamentarnym i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To jedno. Ale drugie to bardzo wyraźnie chcę powiedzieć, że nie można traktować tej ustawy jako coś co wystarczy, jako wystarczającą odpowiedź parlamentu polskiego na tę sytuację, która dzisiaj w tak dramatyczny sposób ujawnia się, a która dotyczy ludzkich tragedii, pedofilii, przypadków które dzisiaj dochodzą do świadomości publicznej, wiadomości” – powiedział Grzegorz Schetyna po przyjęciu przez Sejm głosami PiS nowelizacji Kodeksu karnego. Szef PO stwierdził, że „ta ustawa nie po to, żeby skutecznie walczyć z pedofilią. – „Zgłosiliśmy wiele poprawek, mówiliśmy o wielu rzeczach, które nie zostały w tym uwzględnione” – dodał. 

Schetyna zapowiedział złożenie przez PO projektu ustawy o utworzeniu państwowej komisji do spraw pedofilii w polskim Kościele. – „Dzisiaj wiemy, że Kościół jako instytucja nie poradzi sobie sam z tym problemem. Uważamy, że powinna powstać państwowa komisja i taki wniosek przedstawimy w przyszłym tygodniu. Tylko komisja wzorem krajów, które radziły sobie z tym okrutnym problemem i z tymi sprawami, które toczyły Kościół, tak jak w Irlandii czy Chile czy teraz w Niemczech, tylko komisja państwowa może skutecznie odpowiedzieć na pytania, które będą zadawane, które zadają ofiary, opinia publiczna” – stwierdził Schetyna. Dodał, że jeżeli PiS nie poprze utworzenia komisji w obecnej kadencji Sejmu, to Platforma przeprowadzi ustawę o jej utworzeniu po październikowych wyborach parlamentarnych.

„To hańba, że po raz kolejny wykorzystujecie tę sprawę do drastycznego i absolutnie niezgodnego z polską Konstytucją zaostrzenia Kodeksu karnego w innych miejscach. My chcemy rzetelnej i realnej walki z tym problemem. Bez specjalnej komisji, którą chcemy powołać nie ma szans wyjaśnić tej sprawy, bo wy jesteście w ciągłym sojuszu również z tymi, którzy ukrywali te przypadki. Czy stoicie po stronie ofiar, czy stoicie po stronie tych, którzy ukrywali tego typu przestępstwa?” – mówił do posłów PiS Borys Budka. Kilku posłów opozycji podczas obrad trzymało tablice z napisem „Komisja natychmiast” i „Stop pedofilii”.

>>>

Sławomir Nitras, schodząc z mównicy sejmowej, podszedł do miejsca, w którym siedzi Jarosław Kaczyński i położył przed nim dziecięce buciki. Siedzący obok prezesa PiS wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki chwycił je i rzucił w Nitrasa.

Poseł PO je podniósł i próbował ponownie położyć go przy Kaczyńskim. I tu wyrośli przed nim posłowie PiS w roli ochroniarzy Kaczyńskiego, a wśród nich Marek Suski i Mariusz Błaszczak. Patryk Jaki zszedł nawet z położonych wyżej ław rządowych.

Dziecięce buciki to symbol akcji „Baby Shoes Remember”. Zaczęły one być wieszane przed kościołami najpierw w Irlandii jako znak protestu przeciw księżom pedofilom. Od jakiegoś czasu pojawiają się także w naszym kraju.

Wcześniej w Sejmie Nitras mówił, że według raportu Episkopatu w sprawie pedofilii, 382 księży po 1989 roku dopuściło się molestowania nieletnich. Tymczasem w więzieniach za te przestępstwa karę odsiaduje dwóch księży. – „To gdzie jest 380, o których mówi raport kościelny?” – pytał poseł PO. Prowadzący obrady marszałek Marek Kuchciński wyłączył mu mikrofon.

„Ależ się dzielnie rzucili bronić Jarosława. Przed bucikami”; – „Przecież Nitras chciał jedynie postawić symboliczne buciki. Ile agresji jest w posłach PiS. Rzucili się jak secret service chroniąc niepokalanego, kryształowego guru”; – „Co robi JK – biernie siedzi i czeka aż jego świta będzie go chronić. Jakie to żałosne”;

Marek Suski wykidajłem. Wreszcie się odnalazł w roli życia. To jest prawdziwe powołanie!”; – „Kaczyński pewnie płaci swoim dwórkom za ochronę. Stanowiskami. Suski-Caryca nigdy by żadnego stołka nie dostał gdyby nie stał na warcie przed prezesem jak na tym filmie. Żenada” – komentowali internauci.

… internet aż huczy radując się ostatnim sondażem Instytutu Badań Spraw Publicznych, wykonanym na zamówienie „Newsweeka” i Radia ZET.

 

Wynika z niego, że Koalicja Europejska zyskała w ostatnim czasie 10 – procentową przewagę nad partią rządzącą, która w ciągu ostatniego tygodnia straciła aż 6 procent.

I tak oto kończy się „Sojuz” Tronu z Ołtarzem. Dzisiaj Kościół w obliczu swoich grzechów woła „Choj z Pis-em, ratujmy się kto może”– napisał pod artykułem gazeta.pl. ksiadz.teofil.

Sondaż dla Newsweeka: Wielkie tąpnięcie PiS. „To efekt filmu Sekielskiego” dlvr.it/R4slqS

Gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się dziś, KE mogłaby liczyć na 43,63 proc. poparcia, a Prawo i Sprawiedliwość musiałoby się zadowolić tylko 32,93 proc. głosów. „To są słupki, na których można powiesić dziecięce buciki” – komentują internauci na Twitterze.

Jak dowiadujemy się z dalszej części sondażu, próg wyborczy przekroczyłyby jeszcze tylko dwie formacje. Wiosna Roberta Biedronia – 9,06 proc., oraz Konfederacja (koalicja KORWiN, Liroya, Brauna i Narodowców), którą dziś popiera 6,86 proc. potencjalnych wyborców.

W najnowszym sondażu pod progiem znalazło się ugrupowanie Kukiz’15.

„Jeśli rzeczywiście KE wygra wybory z taką przewagą, będzie to znak, że przyzwoici Polacy dali im zielone światło do wysprzątania stajni Augiasza i oddzielenia ziarna od plew w instytucji pt. Kościół…”– napisał pod artykułem gazeta.pl czytelnik podpisujący się biesczad1.

Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

No, nareszcie. Po trzech długich dniach milczenia mamy w końcu oficjalne stanowisko rządu w kwestii pedofilii. Otóż według premiera Morawieckiego, który zaprezentował w Sejmie projekt zmian w Kodeksie karnym, winni rozprzestrzenienia się w Polsce tego obrzydliwego zboczenia są „esbecy” i ich protektorzy – komuniści. Lewactwo znaczy. Oraz – osobiście – profesor Jan Hartman, autor obrazoburczej tezy, że poziom moralności społeczeństw nie jest wcale pochodną ich pobożności, a już zwłaszcza gorliwego katolicyzmu.

Teraz po zmianie prawa wszyscy oni – bez przedawnienia i bez wyjątku, zostaną przykładnie ukarani. Podobnie, jak murarze, którzy – jak wyszło panu premierowi za statystyk – są grupą zawodową o szczególnej skłonności do molestowania małoletnich.

Członkowie, zwolennicy i sympatycy partii aktualnie rządzącej nareszcie mogą więc odetchnąć z ulgą. Nie będą już dłużej musieli „iść w zaparte” i wygłaszać komentarzy w sprawie „pedofilii w Kościele”, unikając – jak diabeł święconej wody – słów „Kościół” i „księża”. Bo po wypowiedzi premiera – który też nie użył inkryminowanych zwrotów ani razu – już wiadomo, że coś takiego po prostu nie istnieje. Jest, owszem, pedofilia na placach budowy, wydziałach filozofii oraz wiecach PO.

Teraz wszystko jest już jasne i – jak zwykle – winni są inni. Kto? Profesor Hartman! A poza tym ofiary, bo prowokowały, wodząc duchownych na pokuszenie. Zresztą, jak był uprzejmy objaśnić Narodowi prof. Legutko, w przypadku 12–letnich chłopców nie ma już mowy o żadnej tam „pedofilii”, zwłaszcza że chłopaki „same tego chciały”. Po drugie, winne jest liberalno-lewackie zepsucie i „seksualizacja”. A po trzecie – opozycja, która za pomocą brudnych oskarżeń prowadzi bezpardonowy atak na Kościół – „gwaranta naszej tożsamości i szafarza wartości”.

Natomiast co do dokumentu braci Sekielskich to beneficjentom sojuszu tronu z ołtarzem nikt przecież nie wmówi, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Więc te wszystkie opowiedziane w filmie historie to są albo kłamstwa albo zwykłe nieporozumienia. Poza tym coś się przecież kapłanom za lata walki o wolność i demokrację od życia należy. Restytucja mienia, dokonana za sprawą Komisji Majątkowej oraz sute dotacje z budżetu to jedno, ale pozostaje jeszcze cała niezaspokojona sfera potrzeb – nazwijmy to – „emocjonalnych”. Toteż jak ksiądz małoletniego na kolanach posadził, a nawet „dał ciumka”, to czymże są te drobne i opacznie zrozumiane gesty osobistej sympatii wobec ogromu zasług tej szacownej instytucji i jej tytanicznej pracy dla dobra Narodu.

Takie rzeczy rozumieli nawet starożytni krakowianie, kiedy co roku składali Smokowi w Jamie dziewicę na pożarcie. Cudza cnota (i sumienie) nieraz bywała u nas poręczną walutą w rozliczeniach między tronem i ołtarzem. Taka tradycja, a tradycję szanujemy. Bo skoro nawet sam Adam Michnik uznał za stosowne przypomnieć wszystkim, że Kościół to filar polskości, a bez wiary nie ma moralności…

W tej sytuacji nawet i rzeczywiste molestowanie to kwestia bez znaczenia w obliczu domyślnych (tylko profesor Hartman pisze otwarcie, że raczej domniemanych) zasług Kościoła – strażnika nadwiślańskiej tożsamości i szafarza „wartości”. No nijak, sami przyznacie. Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

Na pociechę ofiarom warto więc może przypomnieć, że przez całe lata najbardziej znani „kremlinolodzy” opowiadali i pisali o komunizmie, że historyczna konieczność i geopolityka, no i „głową muru nie przebijesz”, więc niech już bierze te swoje „dziewice na pożarcie”. I nawet nie zauważyli, kiedy upadł Związek Radziecki.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Reklamy

Kościół katolicki w PL w ruinie i zgliszczach. Jeszcze wierni się pałętają po nim, ale odchodzą od tej szatańskiej instytucji z przekonaniem, że nie będą firmować pedofilii kleru

12 Maj

 

Przykładem cynicznej i wyrachowanej manipulacji po ujawnieniu przypadków pedofilii w polskim kościele jest postawa TVP i przyjęta narracja „Wiadomości”, przypominająca stara radziecką technikę propagandową. Na zarzut odpowiada się niewygodnym dla pytającego stwierdzeniem, które ma go zdyskredytować Kiedyś brzmiało to tak „…a w USA biją murzynów”.

Widać wyraźnie, że „argument murzyński” do dziś nie stracił na swojej aktualności i objawił się w całej krasie przy okazji premiery dokumentu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Telewizja publiczna w materiale „Podwójne standardy opozycji”, nie wspominając o nim w ogóle, skupiła się ni z tego, ni z owego, na osobach trzech pedofilów, którzy – zdaniem PiSowskich dziennikarzy – byli związani z opozycją.

Zaprezentowano więc sylwetkę Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 r. za czyny pedofilskie na dwa lata więzienia oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 r. Nie wspomniano, że drugi mężczyzna był katechetą, ani że Platforma zaraz po aresztowaniu mężczyzn, wyrzuciła ich partii.

Później przypomniano specjalistę ds. wizerunku Piotr T., określanego w materiale „doradcą Palikota” i „jednym z najbliższych współpracowników Donalda Tuska”. Na dodatek środowisko Platformy Obywatelskiej jawnie broniło oskarżonego o seks z nastolatką Romana Polańskiego”.

Najbardziej szokujące jest jednak zamieszanie w pedofilskie skandale imienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzty Gersdorf. Pani prezes otrzymała bowiem tę samą nagrodę, co sześć lat temu niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit oskarżony później o pedofilię.

Chodzi o nagrodę im. Theodora Heussa, którą pierwsza prezes SN odebrała w sobotę za „wzorową niezłomność, jednoznaczną postawę i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”.

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna pojawił się dzisiaj w Szczecinie. Nie zabrakło odniesienia do filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” na temat pedofilii wśród polskich duchownych.

Abp Sławoj Leszek Głódź skomentował głośny film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego na temat pedofilii w polskim Kościele katolickim.

>>>

Wszyscy podatnicy zrzucają się na sfinansowanie politycznych represji w Polsce pod rządami PiS. Należy się im wiedza, ile ich to kosztuje.

Na same tylko ekspertyzy, mające ujawnić tożsamość osób malujących antypisowskie napisy na chodnikach w Przemyślu policja wydała co najmniej 10 tys. zł – informuje „Gazeta Wyborcza”. Śledztwo trwało rok, zaangażowano w nie tłumy funkcjonariuszy, dzielnicowych, śledczych, dokumentacja liczy 270 stron. Dzielni policjanci ustalili domniemaną tożsamość dwóch sprawczyń i skierowali sprawę do sądu, który obie kobiety uniewinnił. – „Zatrzęsło mnie, gdy zobaczyłam koszty ekspertyzy” – mówi cytowana przez „Wyborczą” Anna Grad-Mizgała. – „Bo kto za to zapłaci? Oczywiście podatnicy, czyli także ja. Wychodzi na to, że jestem prześladowana za moje własne pieniądze”.

Tak jest. Pani płaci, pan płaci, wszyscy płacimy za działania pisowskiej władzy, która nadużywa swych uprawnień, ścigając i represjonując politycznych oponentów. Warto by policzyć, ile w sumie nas to kosztuje. Ile np. wyniósł koszt operacji, polegającej na zidentyfikowaniu i zatrzymaniu w lipcu 2018 r. Elżbiety Podleśnej, która napisała „PZPR” na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego. W trybie nagłym powołano wówczas specjalny zespół, który pracował w środku nocy. – „Musieli do tego podejść profesjonalnie, jak do ścigania groźnego przestępcy, i zaangażować spore środki. Siódemka, która po mnie przyjechała, przedstawiła się: są z wydziału kryminalnego z Bydgoszczy, Golubia-Dobrzynia i Wąbrzeźna. To wspólna akcja policji z tych miast” – opowiadała mi Podleśna w wywiadzie, który wówczas z nią przeprowadziłem. Doliczmy do tego jeszcze koszty działania zespołu, tropiącego tę samą Podleśną po rozwieszeniu tęczowych Madonn w tym roku.

A pamiętacie sprawę Franciszka Jagielskiego „Farmazona”, który powiedział parę słów do słuchu – skądinąd słusznie – dziennikarzom TVP przed Sejmem w grudniu 2017 r.? Policja zorganizowała przeciw niemu operację, jak przeciw wielkiemu terroryście – przeprowadziła u niego rewizję, skuła kajdankami, przewiozła na przesłuchanie z Wrocławia do Warszawy, ponosząc koszty paliwa, sprzętu etc. i angażując funkcjonariuszy, którzy mogliby w tym czasie zajmować się ściganiem prawdziwych przestępstw.

Takich spraw i śledztw od początku rządów PiS mieliśmy dziesiątki, jeśli nie setki czy wręcz tysiące. Ich łączny koszt obciąża „dobrą zmianę”, ale w ostatecznym rozrachunku i tak płacimy za to my, podatnicy.

Dobrze byłoby przynajmniej z grubsza to oszacować. Nawet jeśli nie ma prawnej możliwości domagania się od PiS-u zwrotu kosztów złego gospodarowania środkami publicznymi, chciałbym przynajmniej wiedzieć, ile tego jest. Ta wiedza należy się nam wszystkim, bo wszyscy się na to zrzucamy.

To zadanie dla Najwyższej Izby Kontroli, która ma uprawnienia i możliwości, by wszcząć kontrolę w policji, ustalając, ile wydano na polityczne śledztwa w sprawach błahych wykroczeń, które zakończyły się uniewinnieniem oskarżonych krytyków władzy.

PiS nie wprowadziłby Polski do Unii Europejskiej, a w drugiej kadencji rządów PiS – jeżeli taka by się zdarzyła – zostaniemy z niej wykopani

2 Maj

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7 dodane, co zmienia sens wypowiedzi” – dowodził na Twitterze polityk. „Tytuł też zmanipulowany. Kolejne ich tweety brną jeszcze bardziej w manipulację tytułem. Chodzi o spowodowanie hejtu? To już nie jest dziennikarstwo” – polityk miał nawet pretensje do autora tytułu, pod jakim ukazał się wywiad.

Na wpisy Saryusza-Wolskiego szybko zareagował dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz. „Panie Pośle, z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny oszczędnie gospodaruje Pan prawdą. Proszę wziąć odpowiedzialność za własne słowa, a nie obarczać za nie innych odpowiedzialnością” – napisał redaktor.

Także użytkownicy Twittera nie zostawili na Saryuszu-Wolskim suchej nitki. „Bardzo ostrożnie formułuje Pan swoje oceny. Nie lepiej jest napisać wprost? Wolski to taki Gryglas, tyle tylko, że razy dziesięć większy i oślizły” – odpisał Nizinkiewiczowi jeden z internautów.

Proszę następnym razem oszczędzić nam tej żenady i nie sądzić, że ktoś chciałby o przemyśleniach, takich czy owych, Wolskiego czytać. Do TVPis niech Wolski idzie. Tam jego odbiorcy” – napisała inna użytkowniczka serwisu.

Jakim trzeba być człowiekiem, by zostać w rządzie pisowskim „ministrem kultury”? Znany muzyk Zbigniew Hołdys uważa, że po prostu chamem.

Śmierć wybitnego Polaka, Profesora Karola Modzelewskiego, historyka mediewisty, dysydenta, więźnia politycznego, jednego z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórcy nazwy „Solidarność”, wstrząsnęła opinią publiczną. Nie całą oczywiście. Działacze PiSu postanowili tej śmierci nie zauważyć. Odezwał się tylko jeden, co mieni się ministrem od kultury, Piotr Gliński, który napisał na Twitterze:

„Komunista, rewizjonista, opozycjonista, więzień PRL-u (łącznie 8 lat!), „Solidarnościowiec”, mój starszy kolega z PAN, adwersarz polityczny”.

Internauci zareagowali błyskawicznie. Wśród nich Zbigniew Hołdys:

„Minister Chamstwa Gliński miał 8 lat, gdy Karol Modzelewski został skazany na 3,5 roku więzienia za walkę z komunizmem. W 1968 minister chamstwa kończył podstawówkę, gdy Modzelewski dostał kolejne 4 lata za udział w Marcu 1968. I dziś minister chamstwa mówi o KM komunista”.

Wpis Glińskiego ocenił również dziennikarz magazynu „Liberté” Aleksander Twardowski: „Trudno mi sobie wyobrazić większe prostactwo – zacząć to epitafium od „KOMUNISTA”. Jesteś, Gliński, idealnym reprezentantem tej podłej i szkodliwej władzy. Następcy powinni zadbać, aby w podręcznikach do historii pisać o was tylko źle i z należytą pogardą, dranie”.

„Nic dodać, nic ująć”?  …dodać jak najbardziej!

Mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne

PiS posłał nas, Polaków, na wojnę. Krwawą, brutalną i bezwzględną. Część z nas tego nie widzi, bo „nie ma czołgów na ulicach” – nie jest w stanie ujrzeć zagrożenia, nie mając przed oczami jego najbardziej wyrazistych symboli. Żeby uśpić ich czujność, wystarczy po prostu je schować, nie wykładać kawy na ławę, zabierać wszystko co kochają kawałek po kawałku, nie nazywając tego zabieraniem i szepcąc uspokajające słowa.

Jest też część Polaków, która wojnę widzi, ale ma ją gdzieś, bo ich drużyna wygrywa, bo ich będzie na wierzchu. Nie pojmują, że właśnie ustanawiane są uniwersalne, bezwzględne i okrutne zasady walki, które ich także będą dotyczyć, których i oni padną ofiarami, bo przecież żadne zwycięstwo nie trwa wiecznie i to także przeminie.

Kolejna część ludzi sądzi, że „ich to nie dotyczy”, „to nie ich wojna”. Patrzą na politykę jak na grę komputerową, bez zrozumienia, że coś nie musi nas bezpośrednio dotyczyć, żeby nas dotknąć i na zawsze zmienić nasze życie.
Że jeśli nasz dom nie runie, ale runą wszystkie domy dookoła, to i tak nasz świat zmieni się bezpowrotnie, bynajmniej nie na lepsze.

I tak, od zwycięstwa wyborczego PiS, toczy się ta nigdy oficjalnie nie wypowiedziana bratobójcza walka, rzeź, o której mówi się, że jej nie ma, choć straty i ofiary widzimy codziennie.

Nienawidzimy się. Gardzimy sobą. Krzyczymy na siebie. Boimy się siebie. Rywalizujemy. Udowadniamy swoje racje. Zadajemy sobie głębokie i bolesne ciosy siekierą, które nie zagoją się przez wiele lat. Duma i to, kto wygra, jest ważniejsze niż rozsądek, solidarność, dobrobyt, radość, marzenia i plany, które kiedyś przecież jako społeczeństwo mieliśmy. Taka jest rzeczywistość. I jeśli te rządy potrwają dłużej, to tak już zostanie. Kolejne zwycięstwo PiS będzie celnym i ogromnym ciosem w nasz rdzeń kręgowy, w społeczną tkankę i materię, zaufanie, kapitał społeczny, wiarę w dobrze pojmowaną siłę instytucji państwa, ustrój jaki znamy, i w którym wielu z nas wychowało się i wzrastało – demokrację.

I bardzo ciężko będzie się z niego podźwignąć, ponieważ każdy dzień obecnych rządów to postępujący chaos, straty, zagarnianie kolejnych uprawnień, które się tej władzy nie należą i prób złamania ducha kolejnych grup społecznych.
Pisałam w poprzednim felietonie o tym, że wielu z nas czuje wszystkie symptomy stresu pourazowego, beznadzieję i nierealność tej sytuacji.

PiS to wie i po to zrobił. Posłał nas na tę wojnę celowo. Wiedział, że w umiejętnie już wcześniej skłóconym przezeń Smoleńskiem społeczeństwie już ujawniły się podziały, pokazały delikatne pęknięcia i rysy.

Wiedział, że teraz już wystarczy iskra, zagranie na kilku najniższych instynktach, żeby ludzie zaczęli bratobójczą walkę.
Przez którą, mimo wspólnej historii, bolesnych przeżyć i doświadczeń komunizmu, my Polacy, jesteśmy sobie po prostu obcy i tak wobec siebie okrutni i nieczuli. Samolubni i dziecinni.

Dlaczego PiS chce, żeby wojna i okopy były naszą rzeczywistością? Dlaczego z rozmysłem do tego doprowadził i podtrzymuje ten stan?

To akurat dość proste. Bo kiedy nie znasz dnia ani godziny, nie wiesz, czy przeżyjesz kolejny nalot, wybuch bomby, ani czy za chwilę nie rozerwie Cię granat myślisz tylko o przetrwaniu. Nie analizujesz. Nie zatrzymujesz się, nie bierzesz oddechu. Nie zadajesz sobie pytań, czy czegoś tak naprawdę chcesz i czy to sprawia ci radość, czy ufasz komuś, kto mówi różne dziwne rzeczy. Nie rozmyślasz zbyt wiele, nie filozofujesz, przestaje cię obchodzić, co dzieje się z innymi, bo skupiasz się na przetrwaniu własnym i swojej rodziny. Uczucia wyższe, plany i aspiracje sprzed wojny wydają się teraz małe i nieważne, wszystko schodzi na dalszy plan.

Nie ma na to miejsca, gdy jest ciągły stres, nieufność, patrzenie przez ramię, wyszczerzone zęby, kły i pazury. Spięcie i gotowość do wybuchu pod byle pretekstem. Nerwy napięte do granic możliwości czekające tylko na powód do wybuchu. Góra dół. Adrenalina. Walka od rana do wieczora. Wojna, do której pretekstem jest słowo za dużo, krzywy uśmiech, zła mina, wszystko. Nienawiść. Obcość. W takich warunkach człowiek nie może się rozluźnić, kochać, żyć, czuć spokoju i czułości. Rozwijać się – jako jednostka i w społeczeństwie. To nie są warunki do doskonalenia się, zdobywania wiedzy, planowania przyszłości, racjonalnego myślenia o gospodarce, prawie, sprawach ustrojowych, edukacji. Do tego potrzebny jest spokój i racjonalność, powolność, namysł, rozluźnienie, zaufanie, inteligencja, dyskusja, konsekwentne, planowe działanie. Dlatego do takiego stanu PiS nie może dopuścić.

Wie, że jeśli przestanie nas bombardować hakami, aferami, plwocinami, obelgami, wrzaskiem, chamstwem i agresją, przemocą, kiedy wreszcie zapadnie cisza, wszyscy uspokoją się, otrzeźwieją z wojennego szału i odetchną, zobaczą grupkę miernych, prostych, dość głupich w gruncie rzeczy bandziorków drobnego kalibru, a czasem drobnych cwaniaczków, którym paroma spluwami, hukiem i hałasem udało się sterroryzować całe osiedle.

I mądrzy ludzie będą zdumieni: jak u diabła mogło do tego dojść?, nie rozumiejąc, że zadziałała najprostsza psychologia.

PiS zdaje się rozumieć tylko język, chamstwa i przemocy i są tacy, którzy uważają, że tak właśnie należy się z nimi rozprawić. Ja jednak myślę, że znając mechanizm rządzenia przez wywoływanie wojny i utrzymywania ludzi w stanie ciągłego stresu, można go po prostu zablokować.

Wojnie przeciwstawić solidarność, krzykowi spokój, nadużyciom sprawiedliwe lecz surowe sądy i kary, gdy przegrają wybory, propagandzie wyborczą kartkę (nie ma nic ważniejszego niż pójść i zagłosować) i rzetelną informację, nadużyciom – nagłaśnianie, chamstwu klasę, godność i autentyczną prawość i zasady.

I nade wszystko spróbować przekonać jak najwięcej niedowiarków, że mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne, najgorsze z możliwych – bo nie na terenie wroga, tylko na naszym własnych.

Aleksander Kwaśniewski był gościem Karoliny Lewickiej w radiu TOK FM. Były prezydent mówił m.in. o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej.

Hej

mówiliście coś o Unii? Po co startować do Parlementu Europejskiego, którego się nienawidzi? Paradoks polega na tym, że najbardziej za Euro jesteście wy. A dokładnie za pensją w Euro. €€€ #WiekiWybór przed nami. Kompetencje albo 27:1

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o…

View original post 1 060 słów więcej

 

Geremek, Miller, Tusk są architektami wejścia Polski do UE

1 Maj

15-lecie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej Donald Tusk postanowił zaznaczyć odegraniem hymnu Wspólnoty na pozytywce. Otrzymał ją od polskich studentów. – „To chyba najlepsza chwila, żeby na niej zagrać – 15 lat Polski w Unii Europejskiej” – stwierdził w opublikowanym na Instagramie filmiku były polski premier.

„Obyśmy byli w niej nadal!”; – „Pozytywnie z pozytywką”; – „Bądźmy dumni z tego. Mimo że czasem wiatr w oczy. Bądźmy dumni, że mamy możliwość być częścią Europy”; – „Piękna rocznica, życzmy sobie jeszcze wiele takich rocznic”; – „Brawo studenci! W młodych i nowoczesnych nadzieja, że Polska nie wróci do Średniowiecza” – pisali w komentarzach internauci.

Belgijska Polonia też włączyła się w obchody 15-lecia wstąpienia Polski do UE. W Brukseli uroczyście odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą byłemu szefowi polskiej dyplomacji i działaczowi opozycji demokratycznej Bronisławowi Geremkowi. Na tablicy po francusku i niderlandzku umieszczono zdjęcia m.in. z momentu podpisania dokumentów akcesyjnych Polski do NATO w obecności amerykańskiej sekretarz stanu Madeleine Albright. Są też fotografie prof. Geremka, przemawiającego na wiecu Solidarności czy też z Lechem Wałęsą. Ambasador Polski w Belgii Artur Orzechowski, odsłaniając tablicę, stwierdził, że wejście Polski do UE to również zasługa Geremka.

>>>

„Od kiedy w „Rzeczpospolitej” jest rubryka typowo satyryczna?” – całkiem zasadnie zapytał jeden z internautów, komentując opublikowany w tym dzienniku wywiad Jacka Nizinkiewicza z europosłem Jackiem Saryusz-Wolskim. Tytułem rozmowy jest cytat z europosła: „Kaczyńscy wprowadzali Polskę do UE”.

Przyczynkiem do wywiadu była oczywiście 15 rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej. Aby to stało się możliwe, nad naszym członkostwem w tej strukturze przez wiele lat pracowało wiele osób, a kluczową rolę odegrali nieżyjący już Jan Kułakowski, Danuta Huebner i Jan Truszczyński. Saryusz-Wolski lansuje jednak swoją wersję historyczną. – Również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając” – powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

„Jak nieprzeparta chęć kontynuowania chwiejącej się kariery odbiera rozum bystrego i zasłużonego onegdaj człowieka. Że o honorze nie wspomnę…”; – „Morawiecki mówił, że to on wprowadził Polskę do UE, a Saryusz twierdzi, że to Kaczyńscy. Któryś z nich kłamie. A może obydwaj?”; – „Pan Jacek Służalec-Żoliborski zachłyśnie się kiedyś tą wazeliną”; – „Przy tym rozmyciu – „aktywni uczestnicy długiego procesu” – takich architektów niepodległości jest z dziesięć milionów” – komentowali wypowiedź Saryusz-Wolskiego internauci.

Niektórzy kpili: – „Ja jednak mam wrażenie, że architekt zaspał na egzamin, symbolicznie śpiąc do południa…”; – „Nie zapominajmy o roli Morawieckiego, który sam negocjował wejście do Unii”; – „Ciekawe, czy idąc na rozmowę w sprawie miejsca na liście wyborczej trzeba to powiedzieć przez Jarosławem. A na podchwyt. pytanie Jarosława o: Wałęsę, Michnika, Geremka, Kuronia i innych, w roztargniony sposób odparować: „kto?”.

Sąd Okręgowy w Toruniu uchylił decyzję pisowskiego wojewody, uniemożliwiającą przeprowadzenie zaplanowanej na 3 maja manifestacji „Chryja pod Radiem Maryja”. O zakazie wydanym przez Mikołaja Bogdanowicza w artykule „Pisowski wojewoda zablokował „Chryję pod Radiem Maryja”.

Sędzia Hanna Kraszewska powiedziała, że organizatorki demonstracji Toruński Strajk Kobiet złożyły wniosek w sprawie zorganizowania swojego zgromadzenia 4 kwietnia. Natomiast przedstawiciel samorządu studentów uczelni Tadeusza Rydzyka swoje zgłoszenie złożył dopiero 26 kwietnia, twierdząc, że przynajmniej od czterech lat odbywały się przed Radiem Maryja spotkania patriotyczne. Sędzia uznała, że nie przedstawiono wiarygodnych dowodów na to, że studenci uczelni Rydzyka organizowali obchody uchwalenia Konstytucji 3 Maja w poprzednich latach, co jest warunkiem wydania pozwolenia na zgromadzenia cykliczne.

„Sędzia przyznała dziś, że wydany nam zakaz był ograniczeniem swobód obywatelskich. Poza tym, żeby nabyć prawo do zgromadzenia cyklicznego, studenci powinni udowodnić, że w ostatnich latach 3 maja obchodzili Święto Konstytucji przy ul. Żwirki i Wigury. A nie przedstawili na to żadnych mocnych dowodów. Żadnych zdjęć, filmów, zgłoszeń do policji. Nic. Z naszej analizy ich mediów społecznościowych wynika, że ostatnim świętem, jakie obchodzili, było święto pączka” – powiedziała onet.pl Agata Chyżewska-Pawlikowska z Toruńskiego Strajku Kobiet. Postanowienie nie jest prawomocne. Strony mogą się odwołać do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

30 kwietnia, w przeddzień 15. rocznicy przyłączenia Polski do Unii Europejskiej, prezydent Polaków „lepszego sortu” wygłosił okolicznościowe orędzie do narodu.

„Naszym celem i zadaniem jest nowoczesna Polska w zjednoczonej Europie” – zapowiedział Duda.

„Europa to my, Unia Europejska to my. Podjęliśmy historyczną decyzję gwarantującą nasze członkostwo w Unii. Każdy, kto próbuje dziś wzbudzić niepokój, co do obecności Polski w Unii Europejskiej, postępuje wbrew interesowi Polski” – kontynuował rozentuzjazmowany prezydent.

Polityk po raz pierwszy w swojej karierze mówił o UE wyłącznie w superlatywach. Duda podkreślał korzyści, jakie Polska uzyskała wraz z akcesem do Unii. „Otwarcie granic dało Polakom dodatkowe możliwości. Wiele polskich firm odniosło sukces w Europie, a Polska zmieniła się dzięki dobrze wykorzystanym środkom unijnym” – deklamowała głowa państwa.

Jeszcze kilka miesięcy temu, Unia Europejska była dla prezydenta z nadania Kaczyńskiego niczym innym jak „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.

Podobne tendencje Duda wykazywał w 2014 roku. „Wspólnota europejska, wspólne wartości – to jest baju baju dla frajerów. To jest dla naiwnych tylko” – mówił ówczesny europoseł.

Czyżby nagły przypływów euroentuzjazmu miał związek ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego?

Standardy białoruskie Kaczyńskiego

27 Kwi

Czy Polacy są zadowoleni z trzech i pół roku rządów Prawa i Sprawiedliwości? O to swoich respondentów zapytali ankieterzy SW Research przygotowując sondaż dla serwisu rp.pl.

Okazuje się, że Polacy nie są już zadowoleni z rządów PiS. Trochę kłóci się to z sondażami wyborczymi…

Ponad połowa na „nie”

Większość ankietowanych – bo aż 56 proc. – negatywnie ocenia dziś trzy i pół roku rządów PiS, z czego aż 36 proc. bardzo negatywnie. Z kolei dobrą notę wystawia partii rządzącej i jej rządom 31 proc. badanych. Jednoznacznej odpowiedzi nie udzieliło 13 proc. przepytywanych. Tyle osób nie miało bowiem zdania w tej kwestii.

Kto nie lubi Jarosława Kaczyńskiego?

Okazuje się, że częściej negatywnie do PiS nastawieni są mężczyźni (57 proc.), osoby do 24 roku życia (62 proc.) oraz osoby o wykształceniu średnim i wyższym (po 57 proc.). Za partią rządzącą nie przepadają też osoby zamożniejsze, tj. badani o dochodzie netto powyżej 5000 zł (64 proc.). Co potwierdziły ostatnie wybory samorządowe, Jarosław Kaczyński i spółka pod górkę mają też w największych miastach. Tam nie popiera ich 67 proc. ankietowanych.

Najlepsze rządy w historii

W ubiegłym roku SW Research przygotowało też dla serwisu rp.pl badanie dotyczące najwyżej ocenianych rządów w historii III RP. Wyniki były zaskakujące. O ile popularność gabinetu ministrów Donalda Tuska (wysoko ceniło go aż 15 proc. ankietowanych) można tłumaczyć PR-ową sprawnością ex-lidera PO, dalsze miejsca mogły być zastanawiające i gryzą się z najnowszą sondą.

Kolejne dobrze oceniane rządy to bowiem aktualny rząd Mateusza Morawieckiego (8 proc.) oraz poprzedni rząd Beaty Szydło (7 proc.). Dopiero później znalazła się historyczna ekipa Tadeusza Morawieckiego (5,8 proc.). Krótki, ale istotny dla dziejów III RP, gabinet Jana Olszewskiego zyskał sympatię tylko 4%. Z kolei równie ważne rządy Leszka Millera docenia tylko 3,5 proc. Polaków. Reformator Jerzy Buzek, dziś święcący tryumfy jako lokomotywa wyborcza, jest pozytywnie oceniany jako premier przez 1,8 proc. ankietowanych. Najgorzej Polacy wspominają rządy Ewy Kopacz (0,7 proc.).

Co to oznacza?

Trudno jednoznacznie ocenić badanie. Niska nota dla rządów PiS kłóci się z obecnymi sondażami wyborczymi, pokazuje jednak też, że Polakom polityka socjalna przestała już wystarczać do cenienia obecnej władzy. Wysoka popularność Tuska pokazuje, że ma on wysokie szanse na prezydenturę. Dziwi też fakt, że PO w swoim marketingu politycznym tak rzadko wykorzystuje dziś zestawianie swoich rządów z rządem Morawieckiego. Może właśnie taka merytoryczna kampania pomogłaby Polakom ponownie zaufać Platformie?

Z drugiej strony zeszłoroczne badanie pokazuje, że Polacy nie cenią reformatorów i „historycznych” rządów. Gabinet Millera – pomijając aferę Rywina – zrobił dla Polski zdecydowanie zbyt wiele dobrego, by dziś tak źle go oceniać. Ojciec paru reform Jerzy Buzek też, jak widać, nie jest miło wspominany w roli szefa rządu. To niebezpieczna dla kraju lekcja dla kolejnego pokolenia polityków…

Pod osłoną nocy rządząca większość po raz kolejny nowelizowała ustawę o Sądzie Najwyższym. Oznacza to, że w ciągu niespełna półtora roku rządzący zdążyli zmienili ustawę o SN już osiem razy. Nowelizacja wyklucza możliwość wnoszenia odwołań od uchwał KRS z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego. – Idziecie na totalne zwarcie z Trybunałem Sprawiedliwości, z Unią Europejską. Z jednej strony zapewniacie, że jesteście ugrupowaniem proeuropejskim, demokratycznym, ceniącym wartości, na których Unia jest wybudowana, z drugiej krok po kroku wyciągacie cegły, na których opierają się filary zjednoczonej Europy – mówił podczas debaty w Sejmie Borys Budka z PO.

Kolejne zmiany pod osłoną nocy

Nowelizację PiS złożył tuż przed Wielkanocą, 18 kwietnia. Na wczorajszym posiedzeniu Sejm miał się nią zająć, ale niespodziewanie nowela spadła z porządku obrad, tylko po to, aby wrócić z autopoprawkami. PiS zrezygnował z części kontrowersyjnych zmian i w trybie ekspresowym przegłosował.

Zmiany, które zostały, dotyczą skarg odrzuconych kandydatów do Sądu Najwyższego. Część z nich złożyła skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego i to w tej sprawie SN zadał pytania prejudycjalne.

Obecnie zajmuje się nimi TSUE, a orzeczenie ma zostać wydane w ciągu najbliższych miesięcy. Jeszcze w  maju, przed wyborami do PE, rzecznik Trybunału przedstawi opinię, która prawdopodobnie będzie zgodna z późniejszym orzeczeniem.

TSUE bada m.in., czy wybrana przez polityków neo-KRS może stać na straży sędziowskiej niezawisłości i niezależności sądów oraz czy nową Izbę Dyscyplinarną SN nazwać można sądem w znaczeniu prawa europejskiego.

Konsekwencje nowelizacji

Zdaniem ekspertów nowelizacja ma przygotować pole pod niewygodne dla rządzącej większości orzeczenie TSUE. Przedstawiciele rządu będą mogli argumentować, że Trybunał nie ma podstaw do wydania orzeczenia, bo skargi w polskim porządku prawnym już nie istnieją.

Zmiany wywołają dodatkowo kolejne pole konfliktu z Brukselą, bo pozbawiają elementarnego prawa do odwołania się od decyzji.

– Jest środek nocy, a ci barbarzyńcy procedują zmianę ustawy o SN! I to taką, która zabiera prawo do sądu oraz unicestwia pytania prawne (prejudycjalne) zadane Trybunałowi w Luksemburgu. Choćbyście uchwalili, że w piątek jest czwartek, to i tak TSUE wyda wyrok! – skomentował nowelizację Michał Wawrykiewicz z inicjatywy Wolne Sądy.

Standardy białoruskie w Polskie

Tymczasem połowie Platformy Obywatelskiej zapytali Ministerstwo Spraw Zagranicznych o to, czy odnotowano w ciągu ostatnich 3 lat jakiekolwiek protesty w sprawie wprowadzanych zmian w systemie sądowniczym ze strony Białorusi i Rosji.

Pytanie o tyle zasadne, że zmiany, które wprowadza w sądownictwie rządząca większość, często porównywalne są do standardów wschodnich, krajów, w których panuje autorytarny model władzy, gdzie praworządność nie jest przestrzegana, podobnie jak trójpodział władzy.

– Z odpowiedzi jasno wynika, że MSZ nie odnotował jakichkolwiek protestów strony białoruskiej w sprawie naruszania trójpodziału władzy – mówił Krzysztof Brejza, pokazując pismo resortu spraw zagranicznych. Podobnie nie odnotowano sprzeciwu ze strony Federacji Rosyjskiej.

– Te dwa pisma są najlepszą pieczątką na tej „wschodniorządności” wprowadzonej przez PiS, ponieważ w tym samym czasie protestowały wszystkie państwa sąsiednie z Polską. Protestowali sędziowie z Niemiec, Czech, Litwy, Słowacji, sędziowie Trybunałów z Czech i Słowacji, protestowała Komisja Europejska. Świat Zachodu protestował, świat Wschodu milczał i akceptował, ponieważ jest to model kopiowany z Białorusi, Rosji i republik postsowieckich. W ten sposób dokonuje się Polexit – mówił w Sejmie Krzysztof Brejza.

Prokuratorski system sądownictwa

Posłowie tłumaczyli też, że obecnie, po reformach Prawa i Sprawiedliwości, Polska nie spełniłaby kryteriów kopenhaskich i tym samym nie zostałaby przyjęta do UE.

– Mamy czarno na białym, bo to przecież oficjalne dokumenty MSZ, które dowodzą, że te wszystkie organizacje, które mają w swoim statucie wpisaną praworządność, ochronę praw obywatelskich, demokratyczny ład prawny, wykluczają dziś polskie instytucje, jak chociażby neo-KRS – tłumaczył Andrzej Halicki.

Zdaniem opozycji to oznacza, że polskie sądownictwo jest wyłączne z europejskiego standardu praworządności i demokracji, a pochwała ze strony rosyjskiej dowodzi jasno, dokąd zmierza Polska pod rządami PiS.

– Prokuratorski system sądownictwa, a taki mamy w Polsce, to czysty PRL. Tak wyglądała pseudosprawiedliwość w latach 80. – mówił Halicki.

Szukacie hitlerowców wśród nauczycieli, a nie widzicie neofaszystów pod własnym nosem – mówił o politykach rządzącej większości na konwencji w Poznaniu lider Koalicji Europejskiej, przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Zapowiedział też wielki marsz organizowany przez KE w Warszawie 18 maja. – Chcemy innej Polski, Polski dla Kowalskiego, nie dla Kaczyńskiego. Wystarczy szanować ludzi, a kończy się złodziejstwa, kłamstwa i zawiść, zacznie się praca i rozsądek – mówił także.

Reprezentacja KO w Wielkopolsce

– Wystawiamy w Wielkopolsce bardzo silną reprezentację. To lista m.in. dwojga premierów. Za czasów Ewy Kopacz ratyfikowaliśmy konwencję antyprzemocową. Jest z nami też Leszek Miller, który naprawdę wprowadził Polskę do UE – mówił o w Poznaniu o lokomotywach listy wyborczej KE Grzegorz Schetyna.

Z wielkopolskich list startuje także szef regionalnych struktur PSL europoseł Andrzej Grzyb, poseł PO Jakub Rutnicki, były ambasador RP w Kanadzie Marcin Bosacki oraz adwokat, współtwórca stowarzyszenia Wolne Sądy Michał Wawrykiewicz.

Pełzający polexit

Grzegorz Schetyna, który przemawiał na konwencji jako pierwszy, sporą część wystąpienia poświęcił pozycji Polski w UE i polityce rządzącej większości. Jego zdaniem rządy PiS-u prowadzą do polexitu.

– Niektórzy łudzą się, że za rządów PiS Polska jest na marginesie Unii Europejskiej, ale to jeszcze nie jest polexit. To nieprawda. Nasz pełzający polexit trwa w najlepsze od czterech lat. PiS już nas wyprowadza z Unii Europejskiej – mówił Schetyna.

Podkreślał też, że za upartyjnianie sądów grozi nam wstrzymani środków z budżetu Unii, a projekt kolejnego budżetu jest dla Polski tragiczny, niższy od poprzedniego, wywalczonego przez koalicję Platformy i PSL o 25 mld euro. To jest cena za izolację Polski przez PiS – mówił lider PO.

Podkreślał też, że gdyby Polska dziś ubiegała się o członkostwo w UE, to nie weszłaby do wspólnoty. – Koalicja Europejska nie pozwoli na wyjście Polski z UE. Dzięki wsparciu Unii zwalczymy smog i zlikwidujemy węgiel jako paliwo do domów i mieszkań w ciągu najbliższej dekady – dodał Schetyna.

„Strajk nauczycieli nie poszedł na marne”

Lider PO odniósł się też do sytuacji w oświacie i zawieszonego dziś strajku nauczycieli.

– Czy rząd, któremu choć w najmniejszym stopniu zależałoby na edukacji, przyjąłby taką ustawę, jak w ostatni czwartek w Sejmie? Przecież cały proces legislacyjny trwał dosłownie parę godzin. Czy burmistrz ma wystawiać stopnie na świadectwach, czy prezydent ma wydawać świadectwa? Czy to jest rozwiązanie? To tak ma wyglądać system edukacji w Polsce? Serio? Taki macie pomysł na to? – pytał Grzegorz Schetyna.

– Zamiast poważnej, uczciwej rozmowy z nauczycielami propagandowa szopka na stadionie. Widzieliśmy to wczoraj. Tak nie postępuje europejski rząd. Oni już nawet nie udają, że chcą rozwiązać ten problem. Edukacja ich nie interesuje, bo tam nie mogą szukać dla siebie głosów. Szkoda im czasu na to. Dzieci i nauczyciele nie mają więc dla nich znaczenia – mówił lider PO.

– Chcę dziś powiedzieć nauczycielom: wasz protest miał sens, wasza determinacja zrobiła na nas wszystkich wielkie wrażenie. Uważnie słuchaliśmy tego, co mówiliście. Mamy największy szacunek dla was i waszej pracy. Zaraz po wyborach usiądziemy do poważnej, uczciwej rozmowy, ale już dziś bez warunków wstępnych mamy dla was propozycje, które spełnią wasze postulaty – mówił lider PO, po raz kolejny zapewniając nauczycieli, że gdy Koalicja Europejska wygra wybory, nauczyciele dostaną podwyżki, o które walczą.

W pisowskiej Polsce inteligencja powinna zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie.

Nie chcę dzisiaj odnosić się do zawieszenia strajku nauczycieli. Od wczoraj jest to temat wałkowany na okrągło przez publicystów, dziennikarzy, internautów. Każdego, kto uważa, że nie trzeba dobrze znać środowiska nauczycieli, by móc głosić swoje prawdy i oceniać. Nie o tym więc chcę pisać, jednak… właśnie strajk nauczycieli, reakcja rządu, stanowisko części obywateli, stały się dla mnie kropką nad „i”. Bo to nie o samych nauczycieli chodzi, ale o stosunek partii rządzącej do nas, inteligencji – ludzi, którzy stają się elementem zbędnym, niewygodnym, więc trzeba ich wyśmiać, zniszczyć, zastąpić produktem intelektualnym godnym życia w pisowskiej Polsce.

Dla prezesa PiS jesteśmy „wykształciuchami”. Wmawia się narodowi, że inteligencja, powstała po II wojnie światowej w czasach PRL, ma się nijak do etosu, wywodzącego się z tradycji. Prawdziwy przedstawiciel inteligencji to patriota, służący narodowi, dbający o tradycje narodowe, podnoszący poziom cywilizacyjny, troszczący się o sprawiedliwość społeczną. Taki typ wielkiego społecznika, żyjącego skromnie, dźwigającego na swych barkach odpowiedzialność za utrzymanie ciągłości narodowej. Po II wojnie światowej ta stara, dobra inteligencja została zepchnięta na margines i zastąpiono ją nową, pozbawioną szlacheckich korzeni, oddaną interesom klasowym i idei międzynarodowego proletariatu. Ot, taki przeskok, z etosu wywodzonego z tradycji w etos stricte ideologiczny. Ta nowa inteligencja, często wywodząca się ze środowisk chłopskich, robotniczych czy mieszczańskich, ma się nijak do tej, która wykrwawiała się w powstaniach, żyła na granicy ubóstwa, oddana całym sercem i duszą dobru Rzeczpospolitej.

Jaki z tego wypływa wniosek? Inteligencja, która kształciła się w czasach PRL, skażona systemem, nie jest tą prawdziwą inteligencją, która byłaby godna szacunku, która mogłaby stanowić autorytet dla dzisiejszego pokolenia Polaków. Taki właśnie przekaz puszcza pomiędzy lud prezes Kaczyński.

Ta nowa inteligencja nie ma racji bytu. To jakiś archaiczny produkt, skazany na wymarcie. To walka prezesa o przywrócenie miejsca inteligencji z odpowiednim drzewkiem genealogicznym, napuszoną legendą własnej wielkości i wartości. To jest właśnie ten myk, dzięki któremu prezes buduje podwaliny Homo PiSus, negując wszystko z poprzedniej epoki, byle tylko wyhodować takiego obywatela, takiego inteligenta, który będzie na obraz i podobieństwo wodza, który będzie posłuszny, oddany i wdzięczny.

Idąc tym tokiem rozumowania, można stwierdzić, że w czasach powojennych do 1989 roku inteligencja wykształcona na uczelniach PRL nie wniosła niczego w walkę o wolną, demokratyczną Polskę. Wielu, wielu przedstawicieli tej nowej inteligencji nic nie znaczy, nie ma prawa znaleźć się na kartach polskiej historii. Oni niczego dla Polski nie zrobili, ich osiągnięcia są nic niewarte, nic nie znaczą, są po prostu niczym. Są tylko kiepskim produktem PRL. Są tylko „wykształciuchami”, których należy wyeliminować z życia publicznego, szkalując ich, obrażając, negując.

Ciekawe, że sam prezes nie dostrzega własnej niekonsekwencji. Sam przecież otacza się ludźmi, którzy zasilili szeregi inteligencji, studiując na tych strasznych uczelniach PRL-u. Robiąc wtedy kariery naukowe, chętnie zlizując swój rozwój z ideologicznego stołu partii. Kaczyński skończył prawo i administrację w 1971 roku. Na tej samej uczelni i w tym samym czasie studiował m. in. Andrzej Rzepliński, „wykształciuch numer 1” według prezesa. Jan Żaryn ukończył historię w 1984 r., Andrzej Zybertowicz zdobył wyższe wykształcenie w 1977 r., Ryszard Czarnecki w 1986 r., Piotrowicz w 1976 r. Każdy z członków PiS, który chce się pochwalić wyższym wykształceniem, a jest już po 50–tce, zaliczył edukację w tym samym czasie, co i ci, tak dziś przez PiS, negowani.

O czym to świadczy? Odpowiedź dla mnie prosta. To właśnie prezes otoczył się „wykształciuchami”. To pojęcie idealnie pasujące do każdego, kto sprzedał etos inteligencji za partię i wodza, kto sprzedał się za marną miskę pisowskiej ideologii i demagogii. To pisowscy historycy, fałszujący polską historię. To prawnicy, stawiający prawo boskie nad ustanowionym, lekceważący Konstytucję i polskie prawo. Ot, chociażby taki magister Ziobro czy doktor Andrzej Duda, którzy uważają się za lepszych prawników od najwybitniejszych polskich autorytetów w tej dziedzinie. To lekarze, chowający uczciwość i etykę zawodową za klauzulą sumienia. Artyści, piewcy wodza, klepiący na miesięcznicach smoleńskich, wypchane po brzegi sztucznym patriotyzmem, wierszyki. Nauczyciele, którzy nad prawdziwą edukację stawiają produkcję wyrobów „prezesopodobnych”. Spece od ekonomii, finansjery, gospodarki, wbijający nam pisowską propagandę o sukcesie. To każdy, kto zaprzedał duszę PiS-owi, zapominając, że inteligencja jest motorem rozwoju społecznego, a tym samym postępu i przyszłości państwa.

A co na to lud? Ochoczo klaszcze w ręce, ciesząc się, że skończyła się epoka, w której poziom wykształcenia, dorobek naukowy, opinia w świecie, wielki szacunek tak wiele znaczyły. Ten lud uwierzył teraz, że moc jest z nim, że nie trzeba mieć odpowiedniej wiedzy czy wykształcenia w danej dziedzinie, by wypowiadać swoje zdanie, by oceniać, komentować i negować. Prawda jest tylko jedna – ich własna i nieważne, że często ten lud nie ma pojęcia, o czym w ogóle mówi. Ważne, że prezesowi to odpowiada, że pogłaszcze po główce.

Ten lud pokazał swoją wiarę podczas strajku nauczycieli, plując, hejtując, wyśmiewając i obrażając tych, którzy wychowują i edukują ich dzieci. Tak jak i ta partia udowodniła właśnie teraz, że jednym z jej celów jest walka z inteligencją. Tą inteligencją, która śmiała nie zachwycić się prezesem. Kara musi ją spotkać: wczoraj prawników, sędziów, artystów, literatów, dziennikarzy, dzisiaj nauczycieli, a jutro całą resztę. Oni muszą zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie. Nie zrealizuje do końca swego snu o potędze…

Dorwać Tuska, zrobić nauczycieli w bambuko, zaprowadzić państwo katolicko-narodowe. Oto PiS

25 Kwi

Na Nowogrodzkiej odbyła się burza mózgów, w efekcie której prezes zlecił swoim ludziom – odpowiedzialnym za edukację – sformułowanie na piśmie propozycji dla nauczycieli. W największy skrócie oznaczają one powrót do wcześniejszej emerytury i dobrowolnego wyboru czasu pracy. Ma to w efekcie doprowadzić do „bezbolesnego” zwiększenia pensum.

Punktem wyjścia w tym planie jest zwiększenie czasu pracy – nawet do 24 godzin tygodniowo. Jednocześnie, na rok lub dwa, proponuje się przywrócenie w Karcie Nauczyciela przepisu, który pozwoliłby nauczycielom odejść na wcześniejszą emeryturę po 30 latach pracy, w tym 20 lat w oświacie (z tzw. kredą), niezależnie od wieku. Eksperci z PiS szacują, że z takiego rozwiązania mogłoby skorzystać ok. 100 tys. nauczycieli.

Autorzy PiSowskiej oferty, nie są nieświadomi faktu, że jeśli nauczyciele skorzystaliby z niej, to najczęściej odchodziliby ci najbardziej doświadczeni, a więc najlepiej zarabiający. Lukę po nich można by było wypełnić młodymi pedagogami wchodzącymi do zawodu oraz tymi którzy zdecydowaliby się na zwiększenie pensum w zamian za wyższe wynagrodzenie – przekonują. Na dodatek takie rozwiązanie byłoby bezkosztowe dla samorządów.

PiS liczy, że możliwość większych zarobków skusi zwłaszcza młodych, dopiero wchodzących do zawodu pedagogów. Docelowo ma to doprowadzić do wygaszenia 18-godzinnego pensum. Rozwiązania takie miałyby wejść w życie w ciągu najbliższego roku lub dwóch lat.

Sławomir Broniarz, szef ZNP, przestrzega jednak, że dłuższa praca wcale nie oznacza lepszych zarobków. PiS jest innego zdania. Nauczyciele na zasadzie dobrowolności będą więc decydować, jak długo i za ile chcą pracować – uważają rządzący.

ZNP krytykuje zmiany proponowane przez decydentów. Jak przekonuje prezes związku Sławomir Broniarz, nie ma stanu wyjątkowego, który usprawiedliwiałby wprowadzanie zmian w przepisach bez konsultacji społecznych. „Zgodnie z logiką nowego prawa wystawianiem ocen równie dobrze mogłyby się zająć komputery” – ocenił Broniarz.

Szef RE został wezwany na przesłuchanie przed komisję śledczą ds. VAT. Jej przewodniczący Marcin Horała z PiS narzeka jednak na brak osobistego kontaktu z szefem Rady Europejskiej i byłym premierem Polski. – „Zazwyczaj staramy się nawiązać kontakt nieformalny ze świadkami, żeby uzgodnić jakiś termin, w którym świadek zadeklaruje, że będzie. W przypadku pana Donalda Tuska, pomimo kilku prób kontaktu ze strony biura komisji nie udało się, więc w końcu wysłaliśmy wezwanie na 29 maja” – stwierdził poseł. Jak czytamy w portalu NaTemat, podobno przewodniczący Rady Europejskiej korespondencję odebrał.

Potwierdzenie czy Donald Tusk zamierza się stawić przed komisją we wskazanym terminie, jeszcze nie nadeszło. Natomiast Horała zaznaczył, że końcówka maja to specjalnie wybrany termin, który ma wytrącić argument walki wyborczej za pomocą przesłuchania przed komisją śledczą.

Termin terminem, ale komisja raczej sporo ryzykuje zapraszając Donalda Tuska. Dlaczego? Przypomnijmy: jego ostatnie przesłuchanie przed jedną z założonych przez PiS komisji śledczych zakończyło się spektakularnym blamażem Małgorzaty Małgorzata Wassermann, która przesłuchiwała byłego premiera w sprawie afery Amber Gold. – Odradzałbym zapraszanie mnie na komisje. Po co psuć nastrój przesłuchującym? Te komisje są ewidentnie przygotowywane przez PiS dla udowodnienia politycznych tez. Nie wiem, dlaczego PiS chce zaryzykować walkę, nawet nie ze mną, ale z faktami” – mówił wówczas Donald Tusk.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o wiele łatwiej, gdyż nie ma nacisków zewnętrznych.

Można się spodziewać braku odpowiedzi Kaczyńskiego na debatę. Wszak nie staje do żadnych rozmów tete-a-tete ze swoimi największymi przeciwnikami od 12 lat, kiedy to został zapytany o cenę jabłek – nie wiedział nawet, czy kupuje się je w sklepie.

Ponadto Schetyna jest depozytariuszem opozycji w kraju i to o możliwościach niebagatelnie dużych. Mianowicie szef PO odpowiada za zdecydowaną większość Polaków, za tych, którzy nie głosowali na PiS. Dzisiaj opozycja jest nawet silniejsza, lecz ciągle grozi jej rozproszenie. Warto mieć zanotowane w tyle głowy, że na PiS głosowało tylko 19 procent wszystkich dorosłych Polaków.

O to toczy się ta polityczna gra. Schetynie udało się stworzyć szeroką Koalicję Europejską na eurowybory. Czy ta formuła przetrwa do wyborów krajowych, a może powinna być rozszerzona bądź radykalnie zmodyfikowana? Sondaże dotyczące wyborów do krajowego parlamentu wskazują, że opozycja zjednoczona we wspólnym froncie jest w stanie odsunąć PiS od władzy.

I tak – sondaż z panelu Ariadna wskazuje, że PiS pozostałby u władzy, gdyby obok Koalicji Europejskiej oddzielnie startowała Wiosna Roberta Biedronia. PiS uzyskałby 33 proc. poparcia elektoratu, KO – 29 proc., zaś Wiosna 10 proc. Zupełnie inne nastroje byłyby, gdyby Schetyna wraz z Biedroniem zwarli szyki, uzyskaliby wspólnie 36 proc., a PiS tylko 31.

Wezwanie Schetyny do debaty zawiera jedną ukrytą myśl, która zwraca uwagę na Biedronia – mianowicie szef PO uważa, że „nie potrzeba do (debaty z Kaczyńskim) osób trzecich”. Osoba trzecia – Biedroń – też zgłosiła się do rozmowy z Kaczyńskim. Szef Wiosny uzyskał odpowiedź w tej kwestii od Beaty Mazurek: „no dobra, pośmialiśmy się”.

Kaczyński śmieje się z Biedronia na Nowogrodzkiej albo na Żoliborzu. Do „debat” wysyła swoich sprawdzonych „zwycięzców”, jak Beatę Szydło, która niedawno odniosła „sukces” ze strajkującymi nauczycielami i podpisała porozumienie z nauczycielską Solidarnością w osobie Ryszarda Proksy.

I jako Proksa może być potraktowany Biedroń. Kaczyński na przykład zechce delegować do rozmów z nim Mateusza Morawieckiego, który nie ma żadnych uprzedzeń, aby kłamać w żywe oczy. W rozgrywaniu i szczuciu prezes PiS jest mistrzem. Ale wszystkie atuty są w rękach opozycji. Za PiS stoi tylko 19 proc. wszystkich Polaków.

Oby nie okazało się, że nadal obowiązuje jedno z najbardziej znanych powiedzeń o Polakach, że „i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Druga kadencja PiS u władzy to zniszczenie demokracji w kraju, zaprowadzenie autorytaryzmu katolicko-

Państwo wyznaniowe PiS (2)

24 Kwi

Jesienne wybory parlamentarne na wiele lat określą kierunek, jaki obierze nasz kraj w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Wszyscy już wiemy, jaka jest alternatywa – konsekwentne utrwalanie kołtuństwa, państwa wchodzącego z butami do naszego życia, opresyjnego fiskusa, niewydolnej służby zdrowia i oświaty podlane sosem fałszywego patriotyzmu i rozdawnictwa pieniędzy albo powrót na drogę europejskości, z odpowiedzialnie prowadzoną polityką wewnętrzną, przywrócenie Polski do grona liczących się graczy na arenie międzynarodowej i traktowanie wszystkich obywateli z należytym im szacunkiem, niezależnie od poglądów czy stylu życia. O tym wszystkim zdecydujemy już tej jesieni. Nic więc dziwnego, że zarówno rządzący, jak i opozycja pracują nad strategiami na najbliższych kilka miesięcy. O tym, który scenariusz może dać demokratycznej opozycji największą szansę na sukces pisze dziś Paweł Wiejas z Wirtualnej Polski, przytaczając wyniki sondażu na panelu Ariadna.

Okazuje się bowiem, że kluczowa z punktu widzenia odsunięcia PiS od władzy może być decyzja Roberta Biedronia i jego Wiosny. Gdyby w jesiennych wyborach do krajowego parlamentu partia byłego prezydenta Słupska startowała oddzielnie, zwycięzcą wyborów zostałby PiS. Na partię Kaczyńskiego i jego koalicjantów (Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin) zagłosowałoby 33 proc. ankietowanych. Na Koalicję Europejską pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny głos oddałoby 29 proc. uczestników badania, Wiosna zebrałaby 10 proc. głosów, a Kukiz’15 6 proc. Inne partie i koalicje nie dostałyby się do parlamentu.

Zupełnie inaczej rozkładałoby się poparcie Polaków, gdyby Wiosna stała się częścią szerokiej koalicji partii opozycyjnych. Taki rozwój sytuacji zmartwiłby większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości (52%) i w zasadzie nie ma im co się dziwić. Koalicja Europejska z Wiosną zebrałaby bowiem 36 proc. głosów, a PiS 31 proc. Z kolei Kukiz’15 mógłby liczyć na 7 proc. głosów. Inne partie i koalicje znalazłyby się pod progiem wyborczym.

Czy taki scenariusz jest w ogóle realny? Póki co wydaje się, że nie, tym bardziej że Robert Biedroń konsekwentnie woli skupiać się na atakowaniu właśnie Koalicji Europejskiej i korzystać z faktu, że nachalna propaganda mediów propisowskich unika ataków na jego partię. Niewątpliwie decydujący wpływ na decyzję lidera Wiosny będą jednak miały ostateczne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli zaliczy spektakularną klęskę, może się nie odważyć zaryzykować samodzielnego startu także jesienią.

Wystawiany emigrującym Polakom dokument ma zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Cel wydania? „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

Swoje przemyślenia w zakresie migracji i dokumentu na drogę profesor Krzysztof Maria Szczerski, jeden z najważniejszych intelektualistów „dobrej zmiany” w kwestiach polityki europejskiej, i szef gabinetu prezydenta RP, zawarł w opasłym tomie „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”, wydanym w 2017 roku przez wydawnictwo „Biały Kruk”.

To właśnie na stronach tego wolumenu zgłasza postulat wprowadzenia „paszportu katolickiego” . „Dlatego chciałbym zaproponować podjęcie prac nad przygotowaniem swego rodzaju „Paszportu katolickiego”. Z lektury przemyśleń ministra można się dowiedzieć, że oprócz wspomnianych już modlitw katolicki paszport miałby zawierać „informację o wspólnotach katolickich, duszpasterstwach czy o polskich misjach działających w zachodniej Europie”. Minister Szczerski tłumaczy nawet cel takiego ekwipunku. „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. Polak emigrujący za Odrę ma bowiem wyjeżdżać z „jasnym przesłaniem”. Jakim, że ma nieść ze sobą światło wiary dla siebie, dla swojej przyszłej rodziny i dla otaczających go ludzi”.

Szczerski, który boleje nad faktem, że Polskę opuściło miliony młodych ludzi, znalazł też sposób, by demograficzną porażkę przekuć w wyznaniowy sukces. Według niego: „idea reewangelizacji Europy” może być realizowana przez rodaków, niosących „ogień wiary”. To zadanie dla Kościoła i państwa, bo przecież „młodzi obywatele, którzy wybiorą się na emigracyjną tułaczkę” zabiorą za sobą „i polskość”.

Po nas choćby i potop

Szczególna misja polskich imigrantów jest konieczna, bo według ministra Szczerskiego kondycja dzisiejszej Europy jest kiepska. Trawi ją potop, czas więc pomyśleć o polskim Noe, który uratuje Stary Kontynent. „W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód”. Jak wynika z lektury dzieła ministra, Szczerski jest święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, że odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Trudno nie doszukać się tu zatem nawiązań do mesjanistycznych koncepcji o wyższości moralnej i duchowej Polaków, które w XIX wieku udzielały się Andrzejowi Towiańskiemu i zostały opisane przez Adama Mickiewicza. Znać w tej koncepcji też zapowiedź świętej Faustynyktórej rzekł Jezus: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje”.

Minister Szczerski na poważnie

Można oczywiście pomysły ministra Szczerskiego traktować jako nieco megalomańskie i abstrakcyjne. Sęk w tym, że ich autor to przecież szef gabinetu Prezydenta R.P., kilkukrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych. Ministra należy też wymienić obok profesorów Ryszarda Legutki oraz Zdzisława Krasnodębskiego jako najważniejszych ideologów „dobrej zmiany” w kwestiach związanych z polityką europejską. Zresztą pomysły ministra Szczerskiego na reformę unii są obecne w wypowiedziach najważniejszych osób w polskiej polityce.

Znajomo brzmi choćby idea „reewangelizacji Europy” o której mowa w „Utopii”. Nie tak dawno premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że chcemy Europę z powrotem rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. I kto jeśli nie Polacy mogą to zmienić?

A Andrzej Duda? Kiedy w czasie Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki” internauci mieli ubaw, obwołując go „Oświeconym prezydentem” oraz „Światłością narodu”.

Tymczasem myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.”