Tag Archives: Grzegorz Rzeczkowski

Czy fuererek Kaczyński zniszczy nasz świat?

13 Kwi

Czy koronawirus zniszczy nasz świat? Czy mamy ogłaszać koniec naszego świata, bo do władzy dojdą małe fuererki Kaczyńskie?

Jest źle.

Niejasne przepisy i dowolność ich interpretacji dały policji ogromną władzę w stanie pandemii. Funkcjonariusze wykorzystują ją w sposób dyskusyjny, używając nowych uprawnień do karania, a nawet upokarzania obywateli. Wyjątkiem są Jarosław Kaczyński i jego kuzyn, którzy otrzymali przyzwolenie na łamanie restrykcji.

Więcej >>>

Od kilku tygodni pisowscy funkcjonariusze nie zajmują się niczym innym, jak parciem za wszelką cenę do farsy wyborczej, którą zamierzają zorganizować 10 maja. Stosują przy tym stałe swoje metody: wszechobecne kłamstwo, straszenie, że opozycja chce złamać Konstytucję, przesuwając termin, mówią, że to pseudo głosowanie, które ma się odbyć korespondencyjnie jest całkowicie bezpieczne, podając przykład Bawarii, gdzie było zaledwie nieco ponad milion uprawnionych do głosowania, ale nie dodając, że „dziwnym trafem” po tym głosowaniu gwałtownie wzrosła ilość zainfekowanych koronawirusem. W kraju manipulują w sposób oczywisty statystykami zgonów z powodu epidemii, jak chociażby w Warszawie, której prezydent podał ich liczbę jako 32, a Ministerstwo Zdrowia uznało… osiem, ze względu „na inną metodę raportowania”.

Przerażająca jest podłość i pogarda pisowskich funkcjonariuszy dla społeczeństwa. Dążą za wszelką cenę do „głosowania korespondencyjnego”, które przez lata uważali za absolutnie niedopuszczalne ze względu na możliwość fałszerstw, narażają miliony ludzi na zarażenie wirusem, które nawet przy takim głosowaniu jest bardzo prawdopodobne. Trudno oczywiście powiedzieć coś konkretnego na temat ilości nowych zakażeń, ale można na podstawie chociażby obserwacji z innych krajów przyjąć, że będą ich tysiące, co niestety, pociągnie za sobą wiele zgonów, zwłaszcza że w tych „wyborach” weźmie udział dużo ludzi starszych, szczególnie narażonych na infekcję.

Więcej >>>

„Przez pierwsze dni w szpitalu byłem w stanie jeść. Wmuszałem w siebie kromkę chleba, żeby zrobić podkład pod leki. Rano dwanaście tabletek, po południu osiem. I antybiotyki dożylnie.” Do tej pory w Polsce z COVID-19 oficjalnie wyleczono ok. 375 osób. OKO.press wysłuchało historii jednej z nich.

Jak wychodzi się z koronawirusa >>>

Trochę nie rozumiem oburzenia z powodu tego, że prezes Kaczyński w tłumie swoich wyznawców złożył kwiaty pod pomnikiem Czarnych Schodów (nieudolnie symbolizujących katastrofę smoleńską) a potem pojechał wypasioną limuzyną, w towarzystwie obstawy, na zamknięte dla ludu Powązki, by złożyć kwiaty na grobie swojej drogiej matki.

Wódz wszystko może! Putin też może, Stalin też mógł, Łukaszenko w ogóle nie potrafi sobie wyobrazić, że czegoś nie może, a taki Kim Dzong Un jest wszędzie panem. A przecież Kaczyński jest dużo lepszy niż Putin czy Łukaszenko…. No może daleko mu jeszcze do Kim Dzong Una, ale z tymi dwoma miliardami na propagandę szybko może mu dorównać. Nie ma co się wściekać na nierówności i niesprawiedliwość, na hucpę, cynizm, hipokryzję i pogardę dla stanowionego prawa – na tym polega autorytaryzm! I jedna trzecie naszego społeczeństwa to naprawdę lubi.

Cały felieton Magdaleny Środy >>>

Mit VI. Prezes.

Mit prezesa wiąże się częściowo z mitem premiera. Oczywiście tylko w warstwie pracy dla idei. W micie na temat prezesa fundamentem jest jego brak osobistego majątku, życie w podupadającym domu i całkowite oddanie się Polsce. I tak już od czterdziestu lat.

W rzeczywistości taśmy ujawnione przez Gazetę Wyborczą, na których utrwalono rozmowy Kaczyńskiego z austriackim biznesmenem, który miał zbudować dla prezesa dwie smukłe wieże w samym sercu Warszawy, pokazały, że Kaczyński nie jest dobrotliwym, ubogim ojcem narodu, tylko zwykłym, łasym na szmal kombinatorem, który świetnie porusza się w szarej strefie, a ten jego brak prawa jazdy, konta w banku i problemy z podłączeniem słuchawek do telefonu, to zwykła ściema dla gawiedzi.

Taśmy Birgfellnera pokazały też, że znoszony, stary garnitur, obsypany od czasu do czasu białym pyłem z siwych włosów oraz znoszone, często brudne buty, to tylko kamuflaż na wzór mundurków noszonych przez różnych satrapów. W micie prezesa zawsze też znajdzie się jakiś poseł Krasulski, który z atencją należną geniuszowi strzepnie z ramion ów księżycowy pył.

W micie tym mieści się też opowieść o nadprzyrodzonych zdolnościach prezesa, umożliwiających mu przewidywanie jedenastu ruchów przeciwnika w przód. Tymczasem prawda jest dużo bardziej prozaiczna i zamyka się w stwierdzeniu, że prezes nieziemsko wręcz potrafi dzielić ludzi, co pozwala mu tyle lat zasiadać na stolcu władzy i to niezależnie czy w danej chwili PiS jest w opozycji, czy rządzi. Zawsze jest przy nim grupa ochroniarzy, ma służbowe auto i dyrektorów szpitali pod ręką, którzy na skinienie donoszą mu kule, gdy zajdzie potrzeba.

Zaiste, jak można zbudować taki mit i przez dziesiątki lat żyć na koszt społeczeństwa, nie parając się przy tym żadną pożyteczną pracą jak miliony Polaków każdego dnia.

Tak, to jest “genialne”.

15 mitów PiS kapitalnie opisanych przez Jacka Liberskiego >>>

Po katastrofie smoleńskiej zahamowaniu uległ proces poszukiwania przez Polaków nowej tożsamości. PiS wskrzesiło mit o bohaterach i ofiarach, z Rosją i Niemcami w roli odwiecznych wrogów – pisze TAZ.

Więcej >>>

Hiszpania i Włochy spierają się z Holandią i Niemcami. W ostatnim możliwym terminie wyznaczonym przez Radę Europejską ministrowie finansów strefy euro przedstawili zarys działań ratunkowych w czasach wirusowego kryzysu. Kością niezgody była emisja wspólnego długu, której w oświadczeniu eurogrupy zabrakło.

Więcej >>>

W Polsce przyrost zachorowań dużo mniejszy niż można się było spodziewać. Fakt, że administracja Trumpa zignorowała styczniowe ostrzeżenia ekspertów, niespodzianką już nie jest. Na Wyspach Boris Johnson po chorobie pokochał publiczny system ochrony zdrowia.

Więcej >>>

Na żyznej glebie agresywnego populizmu wyrosła nam nowa odmiana szczwanych prymitywów

Zdumiewające. Niby dorośli ludzie, na ważnych stanowiskach, często po studiach, czasem i z doktoratami, a potrafią wygadywać takie głupoty, że pojąć trudno. Tacy są, czy tylko udają? Czy funkcjonariusze PiS, podobnie jak notable w PRL, są po prostu kastą ograniczonych buców, czy to jednak cwani cyniczni gracze? Wierzą w patriotyczno-narodowy bełkot Kaczyńskiego, czy raczej traktują tę narrację jak mgłę smoleńską, skrywającą ich rzeczywiste intencje, pazerność i żądzę władzy?

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego >>>

Manipulacje Morawieckiego to w istocie mord

8 Kwi

Gdy opadnie kurz zarazy, przekonamy się, jak Morawiecki i spółka rżnęli nas w kwestii zarazy.

Jak zaniedbane były przygotowania do walki z koronawirusem, jak nie testowano, jak manipulowano w statystykach.

Tak naprawdę dowiemy się, ile mordów dokonał Morawiecki. Dla mnie nie ulega wątpliwości, iż ten intelektualny kmiotek, mitoman, który pręży swoje muskuły, a jest li tylko impotentem, działa na szkodę Polski.

Morawieckiemu należy się kop w dupę. Wstydem jest, iż ten człowiek o strukturze sowieckiego umysłu jest Polakiem.

Dlatego należy nazywać takie typki: niePolakami.

Jak taki ktoś dostaje się do polityki i finansów? Przecież z żadnego awansu, ale z kumoterstwa. Donald Tusk poznał się na nim, ale nie wymierzył kopa temu sowietowi.

Rządowi spin doktorzy myśleli, myśleli i wymyślili statystyki walki z koronawirusem, w których Polska wygląda dobrze. Rzuciliśmy więc na nie „okiem”.

Więcej analizy krętactw pokurcza Morawieckiego >>>

Jadwiga Emilewicz powtarza zgraną manipulację rządu PiS: jeśli wprowadzimy stan nadzwyczajny, to na ulicę wyjdzie wojsko i pozamykane zostaną radia i portale internetowe. Minister celowo miesza różne stany nadzwyczajne. A nade wszystko udaje, że nie rozumie różnicy między możliwością a przymusem władzy.

Więcej o niewiedzy Jadwigi Emilewicz >>>

W zasadzie sam fakt rozważania wyborów prezydenckich w obecnej sytuacji, w jakiejkolwiek formie, narażając w ten sposób życie tysięcy ludzi, jest dla mnie czymś absolutnie nieludzkim, będącym zaprzeczeniem jakiegokowiek pojęcia człowieczeństwa.

Cały felieton Gabrieli Lazarek >>>

Wybierałam się na te wybory, choćby 10 maja. Byłoby w tym straceńcze bohaterstwo. Odchorować, może umrzeć za wolność. Bo wierzyłam, że mimo wszystko nawet zdziesiątkowane komisje wyborcze, czegoś się uczciwie się doliczą, jak dotychczas. Nie oddałabym prezydenta walkowerem. Ale w korespondencyjnym przekręcie gangsterów zamierzających zaparkować swojego Dudę w pałacu prezydenckim „na kopertę”, udziału nie wezmę. Już Gliński, paser od obrazów i łasiczek, chce obstalować mu złoty łańcuch. Gangsterka też obwiesza się złotem, we Włoszech jeszcze medalikami. I taki ma być ten prezydencki łańcuch trochę królewski, trochę maryjny. Skoro Duda ma budę zaklepaną na przyszłą kadencję, trzeba mu łańcuch sprawić, wart kilka milionów. Oryginał nosił ostatni polski król. Tchórz, zdrajca, przydupas Rosji.

Felieton Manueli Gretkowskiej >>>

W Polsce padł smutny rekord: 22 ofiary koronawirusa jednego dnia. To jednak wciąż mniej niż w innych krajach Europy. W Brazylii skończyło się rumakowanie prezydenta Bolsonaro, który lekceważył epidemię i chciał zwolnić ministra zdrowia. Jednak armia uprzejmie wytłumaczyła mu, że nie może tego zrobić.

Dzień zapowiadał się bardzo optymistycznie, bo po drugim i (jak się wydawało) ostatnim komunikacie Ministerstwa Zdrowia zakażeń było tylko 254, ale wkrótce się okazało, że resort zapomniał podać przypadków z Mazowsza i tym samym zupełnie wypaczył wynik. Błąd został dość szybko naprawiony, ale niefrasobliwość rządu przy podawaniu tak istotnych statystyk robi się bardzo niepokojąca. Zaufanie do oficjalnych komunikatów to w czasach epidemii kwestia kluczowa.

Więcej o zarazie koronawirusa >>>

Łatwo dostrzec podobieństwa między działaniem obecnej władzy w obliczu pandemii, a tym, co robili politycy PiS po katastrofie smoleńskiej. Z takim samym cynizmem wykorzystywali wtedy narodową tragedię, a dziś epidemię do własnych, partykularnych celów, bez oglądania się na dobro państwa – mówi Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz tygodnika „Polityka” i autor książki „Katastrofa posmoleńska. Kto rozbił Polskę”, która 8 kwietnia ma swoją premierę

Wywiad z Grzegorzem Rzeczkowskim >>>

Jeżeli mówi się, że coś jest zamachem stanu, to rozumiemy, że to coś narusza podstawowe zasady, które rządzą naszym państwem. I w tym sensie to, co się wydarzyło, można nazwać zamachem stanu, bo naruszone zostały podstawowe zasady demokracji – mówi prof. Marcin Matczak, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego. – To, co się wydarzyło się w Sejmie, jest zaprzeczeniem demokracji – jest parciem za wszelką cenę do dokonania wyboru prezydenta, choć demokratycznych warunków do tego wyboru nie ma. Z tego powodu trzeba głośno mówić, że te wybory demokratyczne nie będą – dodaje.

 

Tytułowe pytanie opiera się na brawurowym założeniu, że partie polityczne są po to, aby wygrywać wybory i tym samym realizować własny program samodzielnie bądź w koalicjach. Tytułowe pytanie opiera się także na odkryciu starannie ukrywanej tajemnicy, a mianowicie, że Andrzej Duda jeszcze niczego nie wygrał. Nawet, jeśli projekt zmian kodeksu wyborczego zgłosił w Sejmie poseł, będący pełnomocnikiem wyborczym Dudy. Nawet jeśli zmiany są kuriozalne i tradycyjnie już niekonstytucyjne.

Pamiętajmy, w momencie, gdy wspólny kandydat dostałby poparcie całej opozycji, a za tym ogromny czas antenowy, to jego niemal 40% sondażowe poparcie, byłoby dla PiS ogromnym kłopotem. I być może jedyną możliwością przełożenia wyborów na jesień. Bo wiadomo już, że Kaczyńskiemu nie idzie o życie ludzkie obywateli, ale jedynie o własne życie polityczne. Pora więc, aby i ono stanęło wobec realnego zagrożenia.

Felieton Galopującego Majora >>>

Syn Kuchcińskiego, Zero Morawiecki i łapy Kremla

7 Sier

Polityk PSL podzielił się tymi informacjami w programie Poranek Radia TOK FM. „Jeżeli dzisiaj dyskutujemy o demoralizacji marszałka Kuchcińskiego, to może warto by było zapytać, gdzie mieszka pracujący syn marszałka. Czy w mieszkaniu sejmowym, które marszałek Kuchciński ma ze środków sejmowych, nie zamieszkuje cała jego rodzina? Zapytajcie państwo, czy przypadkiem w mieszkaniu służbowym Kuchcińskiego nie mieszka cała jego rodzina. Jeśli osoba pracująca, korzysta z mieszkania, które należy do posła, to jest kolejne nadużycie władzy” – stwierdził poseł.

Doniesienia Sawickiego wywołały spore zamieszanie na Twitterze. Większość internautów jest po prostu oburzona postawą Kuchcińskiego. „Panie Krzysztofie Brejza czy można sprawdzić kto mieszka w służbowym mieszkaniu, marszałka Kuchcińskiego? Jak podaje Radio TOK FM podobno lokal na nasz koszt zamieszkuje syn marszałka z rodziną. Czy ich też podatnik ma utrzymywać” – zapytała jedna z użytkowniczek serwisu.

To nie koniec szokujących doniesień. Jak się okazuje, „afera samolotowa” marszałka jeszcze się nie zakończyła. Do nowych informacji w tej sprawie dotarli dziennikarze „Faktu” i RMF FM. W drogich wyprawach Kuchcińskiemu towarzyszyć mieli prominentni politycy partii rządzącej, w tym Stanisław Piotrowicz, Krystyna Wróblewska, Bogdan Rzońca i Zdzisław Krasnodębski. W podniebnych podróżach uczestniczyły również małżonki Krasnodębskiego i Piotrowicza.

Wspólne loty Kuchcińskiego i Wróblewskiej były już wcześniej opisywane w mediach. Wszystko za sprawą głównej zainteresowanej, która opublikowała w social mediach zdjęcia z pokładu samolotu. Na fotografiach widoczny był także poseł Piotrowicz.

Także te informacje nie przyniosły PiS-owi pochlebnych wypowiedzi. „Loty marszałka zamieniają się w loty rodzinne PiS. – Kuchciński z żoną – Piotrowicz z żoną – Krasnodębski z żoną Oraz Krystyna Wróblewska i Bogdan Rzońca. Zapamiętajcie te nazwiska. Codziennie pracujemy, płacimy podatki żeby oni mogli się bawić. Praca, pokora, umiar” – tymi słowami jedna z internautek skomentowała wyczyny polityków „dobrej zmiany”.

O lotach Kuchcińskiego – jak podaje Wirtualna Polska – wiedziano już dwa lata temu, kiedy o sprawie poinformowano kierownictwo Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Formacja jednak zignorowała doniesienia i nie zajęła się sprawą.

Od czasu, gdy premier Morawiecki został jedynką na liście kandydatów do Sejmu w Katowicach, częściej można go spotkać na Śląsku niż gdziekolwiek indziej. Wystarczy zajrzeć w jego grafik, a widać wzmożoną aktywność Morawieckiego właśnie w jego okręgu wyborczym. Stadion Górnika Zabrze, wizyta w Tychach, Jasna Góra, spotkanie z policjantami w Katowicach i harcerzami w Mysłowicach. Truskolasy, gdzie obiecał zbudować boisko, Gliwice i obietnica budowy czołgów, otwarcie autostrady A1, centrum medyczne w Zabrzu, rodzinny piknik w Bojszowach, Tour de Pologne w Katowicach.

Przyglądając się licznym podróżom premiera, zastanawiam się nad źródłem ich finansowania. Trudno nie zadać sobie pytanie, czy te wizyty są związane z obowiązkami premiera czy też to już jego kampania wyborcza.

A jeśli kampania to kto za to płaci? Borys Budka jest przekonany, że „ta niebywała aktywność na Śląsku premiera Morawieckiego to de facto kampania wyborcza i to robiona za środki publiczne”, a jeśli tak, to jest to chyba dość nieuczciwe, bo w tym przypadku całość kosztów powinna pokrywać partia, z której listy premier startuje do Sejmu. Niestety, nie można uzyskać odpowiedzi na te pytanie, bo Morawiecki nie odpowiada na pytania dziennikarzy i, jak to zwykle bywa w czasach rządów PiS, po prostu milczy.

A ja zastanawiam się jeszcze nad jednym. Jak udaje mu się połączyć obowiązki szefa rządu z aktywnością kandydata do Sejmu.  Czy to kandydowanie nie odbywa się kosztem pracy wynikającej z pełnionej funkcji?

Przyznam się, że podobne wątpliwości miałam i w odniesieniu do pani Ewy Kopacz, gdy była premierem i jednocześnie kandydatem do Sejmu, więc to nie jest tak, że się czepiam.

Po prostu chciałbym wiedzieć, kto płaci za podróże Morawieckiego i jak one się mają do jego pracy jako premiera.

Niecodziennym zainteresowaniem cieszy się jedna z najnowszych depesz Associated Press sugerująca, że w obaleniu rządu PO-PSL w 2015 roku „maczali” palce Rosjanie. Informację opublikowały już czołowe amerykańskie dzienniki: „The New York Times” i Washington Post„, odwołując się do książki dziennikarza „Polityki” Grzegorza Rzeczkowskiego.

Autor opisał jak dalece w aferę podsłuchową w latach 2014-2015 zamieszane były polskie służby. Nagrania miały według tych informacji zostać wykorzystane do zdobycia władzy przez PiS.

To zbiegało się z planami Rosji, dla której ówcześnie rządzący byli przeszkodą w sprawach eksportu surowców i realizacji polityki zagranicznej więc ochoczo wykorzystano okazję. Agencja dopuszcza, że mogło to być rosyjskim testem dla kampanii w 2016 roku, w wyniku której Donald Trump został prezydentem USA.

Na dowód, AP powołuje się na słowa Donalda Tuska z 2014 r. „Nie wiem, jakim alfabetem został napisany ten scenariusz, ale wiem dokładnie, kto mógłby być beneficjentem” – ocenił były polski premier w Sejmie tonem sugerującym rosyjski spisek.

W tym kontekście agencja napisała też o aresztowaniu Falenty i jego staraniach o ułaskawienie. W listach do Kaczyńskiego, Dudy i Morawieckiego, odgrażał się on, iż ujawni nazwiska członków rządu PiS, którzy stali za jego rekrutacją.
Aresztowany twierdził, że o podsłuchach w restauracjach wiedzieli politycy PiS, a grupa osób powiązana z prawicą zachęcała do ich kontynuowania, by doprowadzić do upadku rządu PO-PSL.

W listach do prezydenta, premiera i prezesa PiS biznesmen ujawnił szczegóły spotkań. Na razie bez oczekiwanego skutku.

Kończy się druga dekada XXI wieku, a my jesteśmy na etapie „państwa dziadowskiego”! Moralno – etyczna zgnilizna władzy zaczęła rozprzestrzeniać się również na obywateli, którzy zaczynają wsiąkać w bagno owego dziadostwa. Podajmy tu, jako dobry przykład, zdeptanie demokracji i państwa prawa, rozpadającą się armię, ale również niezdolność do przeprowadzenia reformy służby zdrowia, finansów, oświaty, szkolnictwa wyższego i deprecjację wszystkich niemalże uniwersalnych wartości. Podobne przykłady można byłoby mnożyć! Wszystko to nabrało tempa po wygranych przez PiS wyborach z 2015 r. Nie to jest jednak myślą przewodnią tych rozważań! Jest nią kwestia niszczenia morale oraz silnej do niedawna patriotycznej świadomości narodu polskiego. Postępując już od niemal czterech lat haniebnie, pisowska władza dała społeczeństwu przyzwolenie na to, by zatraciło wartości charakteryzujące wszystkie społeczeństwa cywilizowane! Zbrodni, przeciw narodowi, a tym jest to działanie, się nie wybacza! Co takiego się wydarzyło?!

Zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, określoną w tytule tego tekstu jest to, że:

Jarosław Kaczyński i PiS uruchomili mechanizm pozwalający ludziom słabym zerwać z przyzwoitością! Ich sumienia są więc „czyste”, bo akceptacja i przykład dziadostwa idącego z samej góry usprawiedliwia każde, nawet najbardziej podłe, działanie! Brak przyzwoitości połączona ze spolegliwością pisowskiej władzy stał się dziś w kraju nad Wisłą atutem predestynującym do najwyższych nawet zaszczytów, a już na pewno do dostatniego, kosztem reszty społeczeństwa, życia! Za moralny upadek społeczeństwa polskiego odpowiada obecny, niezwykle szkodliwy dla Polski oraz jej bezpieczeństwa, układ rządzący. To hydra, której dotąd nie odcięto jeszcze nawet jednej głowy! Za to przestępstwo zniszczenia wartości narodowych wymienianych, jako niezwykle ważne w procesie tworzenia bezpieczeństwa państwa polskiego powinna spotkać winnych bardzo surowa kara! Tylko głupiec nie rozumie jak ważne są takie kwestie dla więzi i spoistości narodu, jako całości!

Kaczyński lekceważy wszystkich i wszystko; sugeruje publicznie samej prokuraturze czy ta ma go przesłuchać, czy nie! Oczywiste niby przestępstwo, które polegało na wzięciu od austriackiego dewelopera nie ma tu najmniejszych podstaw, aby to poddawać w wątpliwość) koperty z 50 „tysiącami” złotych w ramach łapówki. Druga osoba w państwie, marszałek Sejmu Marek Kuchciński, traktując Polskę jak zwykły folwark „fruwa sobie” luksusowym samolotem za aż 2 miliardy złotych „na rosół” z Warszawy do Rzeszowa, zaś jego żona już sama wraca do stolicy tym samym środkiem lokomocji. Mało tego, ten facet nie ma sobie nic do zarzucenia! Za czasów MON Antoniego Macierewicza, pomocnik aptekarski zwalniał z pracy generałów! Istnieje niemal pewność co do tego, że PiS (nie mówię, że sam o to prosił, ale miał wiedzę o podsłuchach bardzo wysokich przedstawicieli poprzedniej władzy) wygrał wybory parlamentarne przy poparciu służb specjalnych Federacji Rosyjskiej i „mafii sołncewskiej”! Pisze o tym bardzo szczegółowo Tomasz Piątek w swoich dwóch książkach!

Prokuratorzy: generalny Ziobro i krajowy, Święczkowski systemowo oraz permanentnie niszczą organa ścigania i wymiar sprawiedliwości. Stworzyli (według słów prokuratora Krzysztofa Parchimowicza „układ od Tatr do morza”! Najnowszy Raport Prokuratorów Lex Super Omnia udowadnia to i prezentuje w sposób merytoryczny oraz nie budzący najmniejszych wątpliwości. Pytanie nasuwa się samo: gdzie my żyjemy? Czy to jeszcze Polska, czy matrix, w którym za chwilę obudzić się możemy w gułagach i obozach pracy?

Aby naród przetrwał i mógł się pokojowo rozwijać, we współpracy z demokratycznymi państwami Europy i świata, musi mieć podstawy moralno – etyczne na wymaganym w tych czasach poziomie! Poziom obozu rządzącego, tzw. zjednoczonej prawicy – dobrej zmiany – jest prawdopodobnie poziomem najniższym w Unii Europejskiej. Przykłady, niemal codzienne, łamania konstytucji i prawa pochodnego, prześladowanie środowisk prawniczych, w tym zwłaszcza przyzwoitych sędziów i prokuratorów są dowodem na kolejne zbrodnie popełniane na Polakach. Tak popularna już i powszechna polityczna korupcja uwolniła u wielu ludzi najniższe instynkty, na czele z nienawiścią do innych. Zwłaszcza do tych, którzy są inni lub nie godzą się na łamanie przez władzę (przy ścisłej współpracy z hierarchią Kościoła Katolickiego), ogólnie przyjętych i głoszonych przez prawdziwych katolików (choćby Papieża) zasad; wynikających zarówno z przepisów, norm i zwyczajów prawnych, jak też z Dekalogu! Za to grozi odpowiedzialność karna, bo wobec prawdziwego (a nie pisowskiego) prawa, my wszyscy jesteśmy równi! Warto o tym pamiętać panowie Kaczyński, Ziobro, Kuchciński, Święczkowski etc!

Chyba wszyscy eksperci od PR są na wakacjach, a tekst napisał marszałkowi praktykant, ponieważ oświadczenie było raczej z gatunku beznadziejnych. W sytuacji kryzysowej nie postępuje się tak, jak to zrobił marszałek, a dziś słyszymy jeszcze, że zdejmowane są materiały odnośnie do lotów ze strony sejmowej. To zaczyna wyglądać jak taniec paralityków, którzy próbują wyjść z ciemnego pokoju – mówi ekspert od wizerunku i marketingu politycznego dr Mirosław Oczkoś. Rozmawiamy nie tylko o losach marszałka Kuchcińskiego, ale też zastanawiamy się, co powinna zrobić opozycja. – Wystarczy, żeby sięgnęła 4-5 lat wstecz i zobaczyła, co robiło PiS, jak jego politycy wypowiadali się w mediach. Myślę, że wystarczy to skopiować, rozedrzeć szaty i pokazywać, co się dzieje. Ośmiorniczki, które kosztowały 35 zł, są śmieszne, a stanęły w gardle ówczesnej koalicji. Duży rządowy samolot na razie w gardle jeszcze nie stanął – twierdzi rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pan z punktu widzenia marketingu politycznego “przepraszam tych, którzy czują się urażeni” marszałka Kuchcińskiego?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Przyznam, że jestem zaskoczony nie tylko bezradnością marszałka, bo on rzeczywiście sobie nie radzi w wystąpieniach publicznych i tu mieliśmy tego świetny przykład. Marszałek przeczytał coś z kartki, ale jego mowa ciała pokazywała, że robi to pod przymusem. Pewnie kierownictwo PiS-u przystawiło mu pistolet do głowy, może nawet sam Jarosława Kaczyński, i

MARSZAŁEK MUSIAŁ PRZEPROSIĆ, CHOCIAŻ NIE BARDZO SAM CHCIAŁ.

Po drugie, chyba wszyscy eksperci od PR są na wakacjach, a tekst napisał marszałkowi praktykant, ponieważ oświadczenie było raczej z gatunku beznadziejnych. W sytuacji kryzysowej nie postępuje się tak, jak to zrobił marszałek. Można oczywiście zastanowić się, do kogo było adresowane oświadczenie marszałka, bo to też jest ważne, ale bez przesady. W sytuacji kryzysowej jest kilka punktów, nad którymi warto się zastanowić: co się dzieje, dlaczego i co z tego wynika? Nie widzę refleksji nad żadnym z nich, a dziś słyszymy jeszcze, że zdejmowane są materiały odnośnie do lotów ze strony sejmowej. To zaczyna wyglądać jak taniec paralityków, którzy próbują wyjść z ciemnego pokoju.

JEŻELI NAZYWAMY RZECZY PO IMIENIU, A PIS MIAŁ GĘBĘ PEŁNĄ FRAZESÓW W STYLU “WYSTARCZY NIE KRAŚĆ”, “TANIE PAŃSTWO” ITP., TO PAN GRZEGRZÓŁKA PUBLICZNIE KŁAMIE, BO TEGO JUŻ NIE MOŻNA NAZWAĆ MIJANIEM SIĘ Z PRAWDĄ, TYLKO KŁAMSTWEM,

a pani szefowa Kancelarii Sejmu tłumaczy, że “mieliśmy taką wiedzę na stan obecny”, to są to ludzie, którzy nadają się do wymiany.

Usuwanie informacji ze strony to strzał w stopę?
Przyznam, że gdy przeczytałem, że loty nie zgadzają się z wykazem i dokumenty są zdejmowane ze strony Sejmu, to mi ręce opadły. To znaczy, że druga osoba w państwie ma, mówiąc delikatnie, słabe kwalifikacje mentalne i intelektualne do sprawowania tej funkcji. Teraz rozumiemy, dlaczego marszałek się odgrodził w Sejmie: kotary, chodzenie w ochronie, nawet dziennikarze nie mogą podejść do marszałka z pytaniem i już wiemy, dlaczego. Każde pytanie dziennikarskie kładzie pana marszałka na łopatki.

Tu sytuacja jest dużo gorsza dla partii rządzącej, bo niedługo są wybory. Być może tak jak ośmiorniczki były niszczące dla rządu PO-PSL, tak Kuchciński będzie dla PiS-u. Nic tak nie wkurza elektoratu jak nadużywanie władzy, a tu mamy do czynienia z paroma rzeczami na raz. Przede wszystkim

PRZEZ 4 LATA PIS NIE MIAŁ POWAŻNEJ SYTUACJI KRYZYSOWEJ, JEŻELI JUŻ SIĘ COŚ SZYKOWAŁO, TO W ZARODKU BYŁO WYCINANE.

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to “dwie wieże” Kaczyńskiego, ale ponieważ prezes uznał, że nie widzi sensu, aby go przesłuchiwać, sprawa została zamieciona pod dywan. Przypuszczam, że ludzie z PiS-u uwierzyli, że są nieśmiertelni, zresztą każda władza w pewnym momencie tak sądzi i PiS nie jest tu wyjątkiem. Teraz może się okazać, że o jeden raz za dużo, bo samoloty zostały kupione bez przetargu, za co PiS, będąc w opozycji, krytykował bardzo mocno. Pomijam już, że wycięto przy okazji Caracale i nikt już nawet nie jest w stanie zliczyć wszystkich dat, które Antoni Macierewicz podawał jako datę zakupy nowych maszyn.

Teraz kupiono Boeinga i Gulfstreamy bez przetargu i PiS-owi znowu się upiekło, nikt tego nie wałkował. A przypominam, że do tej pory po 1989 roku jak chciano kupić samoloty dla VIP-ów, to natychmiast tabloidy rozpisywały się, ile inkubatorów można za to kupić. Ponadto

MAMY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ KŁAMSTWO.

W PR zawsze powtarzamy, że możesz nie powiedzieć całej prawdy, ale nie kłam, bo kłamstwo prędzej czy później zawsze wypłynie. Do tego wszystkiego bezradność pana marszałka, która zaczyna być porażająca.

Sytuacja rozwija się w taki sposób, że marszałek zaczyna nie dawać wyboru prezesowi Kaczyńskiemu, bo teraz zaczyna to przypominać wielką skórkę od banana, na której PiS może się poślizgnąć. Doradzanie, żeby zdejmować dokumenty ze stron Sejmu, jest absurdem, bo dziś nic w sieci nie ginie.

To nie pierwsza wpadka kancelarii, która wcześniej okłamywała opinię publiczną.
Marszałek Kuchciński wpisuje się tu w szerszy kontekst, i to jest ta druga sprawa, na którą warto zwrócić uwagę. Moim zdaniem ludzie zaczną się przyglądać pozostałym wysoko postawionym ludziom władzy, którzy chyba zapomnieli przestawić wajchę i nie pamiętają, że już nie są w opozycji.

CIĄGLE MÓWIĄ, ŻE “CI RZĄDZĄCY ZA PO TO BYLI STRASZNI”, ALE TO BYŁO 4 LATA TEMU. TERAZ CI RZĄDZĄCY TO ONI.

Proszę zwrócić uwagę, jak wygląda w tym kontekście zaginięcie dokumentów z wypadku pani Szydło, gdzie zaatakował ją seicento. To wszystko zaczyna być groteskowe, a mówimy o 36-milionowym kraju w środku Europy, będącym w NATO itd. To nie jest podwórko z czasów hipisowskich panów marszałków, że szef komuny powie, dokąd idziemy. To jest zarządzanie państwem i jako mieszkaniec tego kraju boję się, że wszyscy ulegli takiemu ubezwłasnowolnieniu Jarosława Kaczyńskiego, który za nich wszystko robi.

Za nich myśli?
Przede wszystkim. I przez to nikt nie musi się zastanawiać, co zrobić, bo i tak zrobi tak, jak uważa prezes. Najpierw mamy 23 loty, marszałek wpłaca 15 tys. na Caritas, teraz okazuje się, że leciała sama żona, to wpłaca 28 tys. I najważniejsza sprawa;

CZĘŚĆ LOTÓW MIAŁA ODBYWAĆ SIĘ ZE STATUSEM HEAD. TO OZNACZA, ŻE NIE WYCIĄGNĘLI ŻADNYCH WNIOSKÓW Z KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ. TO, CO SIĘ DZIEJE, TO LEKCEWAŻENIE INSTRUKCJI.

Zresztą minister Błaszczak najpierw napisał jedną instrukcję HEAD, teraz zapowiedział, że w obliczu kontrowersji lotów marszałka napisze drugą. Naprawdę gratuluję pomysłu. Szczególnie pomysłu, że rodziny mogą latać, jak zapłacą stawkę za bilet tanich linii lotniczych. Powiem szczerze, że jak się na to patrzy, to bardzo wiele pan marszałek i jego otoczenie zrobili, aby sami się kopać po łydkach. I to prezent dla opozycji, która musi tylko to pokazać. Zresztą strategia obrony, że marszałek Borusewicz i Donald Tusk też latali, jest kuriozalna, bo o tym już dziś nikt nie pamięta, a poza tym za tej władzy miało być inaczej.

A może Kuchcińskiemu i PiS-owi to ujdzie na sucho, jak wiele innych afer, bo PiS kupił społeczną moralność transferami socjalnymi?
Oczywiście, że możemy tu spekulować, ale do tej pory wszystko, co wypływało na światło dzienne, co kompromitowało władzę, nie było tak namacalne.

TU POJAWIA SIĘ EWIDENTNE NADUŻYCIE WŁADZY. DODATKOWO LOTY ŻONY BEZ MARSZAŁKA TO ZŁAMANIE PRAWA. PROSZĘ ZWRÓCIĆ UWAGĘ, CO WIDZI PRZECIĘTNY POLAK – MARSZAŁEK KRĘCI.

Skoro nie złamał prawa, jak twierdzi, to po co te wpłaty na Caritas i na fundusz modernizacji sił zbrojnych. Według logiki PiS-u z czasów opozycji, gdy czegoś nie ma, to znaczy że “skradziono” albo “dowody zniszczono”. To wizerunkowa bomba i może się okazać, że to będzie miało znaczenie. Być może marszałek będzie zmuszony do podania się do dymisji.

Wielu spodziewało się, że w poniedziałek poda się do dymisji. To byłoby rozbrojenie tej bomby?
Ja nie spodziewałem się dymisji, bo rzeczywiście wiele rzeczy uchodziło PiS-owi na sucho i uważam, że woda sodowa uderzyła jednak PiS-owi do głowy.

Co się takiego z nami stało, że kiedyś minister Nowak za sprawę zegarka wyleciał z polityki, a marszałek Kuchciński za airtaxi nawet nie podaje się do dymisji?
To jest pytanie bardziej do socjologa, niż specjalisty od wizerunku, ale konstatacja jest smutna, dlatego że przesunęliśmy “granice bólu”.

TO ŚWIADCZY NIESTETY FATALNIE O NAS WSZYSTKICH I WYGLĄDA NA TO, ŻE RACJĘ MIAŁ MATEUSZ MORAWIECKI, ŻE WYSTARCZY DOSTAĆ MISKĘ RYŻU I ŚWIĘTY SPOKÓJ. JAK WŁADZA SIĘ TROCHĘ Z NAMI PODZIELI, TO WSZYSTKO MOŻNA WYBACZYĆ.

To rzeczywiście wygląda na pewne przesilenie i chyba Kaczyński znalazł na to klucz i kupił Polaków ich własnymi pieniędzmi, bo przecież nie swoimi i nie partii. Ogólnie jakość życia publicznego skarlała, co widać chociażby po przeklinaniu w miejscach publicznych. Proszę też pamiętać, do kogo skierowany jest ten przekaz marszałka, np. do chuliganów, których nazywa się dziś patriotami.

Drugą sprawą jest edukacja. Żyjemy w czasach fake newsów i nikt nie uczy nas, jak odróżnić źródła wiarygodne od tych niewiarygodnych. Każdy żyje w swojej bańce informacyjnej, jedni czytają wyłącznie “Gazetę Polską”, inni “Wyborczą”.

Co powinna robić opozycji?
Wystarczy, żeby sięgnęła 4-5 lat wstecz i zobaczyła, co robiło PiS, jak ich politycy wypowiadali się w mediach. Myślę, że wystarczy to skopiować, rozedrzeć szaty i pokazywać, co się dzieje. Ośmiorniczki, które kosztowały 35 zł, są śmieszne, a stanęły w gardle ówczesnej koalicji, a duży rządowy samolot na razie w gardle jeszcze nie stanął.

Pedofilia kleru, Macierewicz i Przyłębska

14 Mar

Góra zrodziła mysz. Raport opracowany przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego jest małym krokiem w pożądanym kierunku. Dobrze, że w ogóle powstał, bo zmobilizował biurokrację kościelną do jakiegoś wysiłku, ale sam ojciec Adam Żak przyznał na konferencji prasowej dotyczącej raportu, że „mało wiemy”.

Rzeczywiście, mało jak na oczekiwania opinii publicznej. Zasadnicze liczby podane w raporcie to 382 zgłoszone przypadki przestępstw seksualnych popełnionych na nieletnich i 625 ich ofiar, w większości chłopców, w tym 345 poniżej 15. roku życia i 280 w grupie 15–18 lat.

Mapa pedofilii w polskim Kościele

„Przepraszam” ze strony Kościoła nie padło

Żaden nie powinien mieć miejsca, żaden nie powinien być zamiatany pod dywan, sprawcy powinni ponieść odpowiedzialność, pokrzywdzonym i ich rodzinom należą się współczucie, wsparcie i odszkodowania. Ta konkluzja nie wybrzmiała podczas konferencji prasowej tak mocno, jakby można było tego oczekiwać. Jedynym hierarchą, który powiedział o bólu i wstydzie, jaki Kościół odczuwa w związku z ustaleniami, był prymas Polski abp Wojciech Polak. Ale nawet on nie dodał: „przepraszam”.

Na dodatek inni biskupi wdawali się chwilami w mętne rozważania, rozmywające problem, który był głównym tematem, czyli przestępstwami seksualnymi w Kościele w Polsce. Abp Jędraszewski zestawił określenie „zero tolerancji” z językiem nazistów i bolszewików. Abp Gądecki ubolewał nad „lustracją” Kościoła pod kątem pedofilii przez tych, którzy nie chcieli lustracji w mediach i innych środowiskach.

Takie uwagi tworzyły zły klimat do rozmowy na poważny temat. Szkoda, bo inni reprezentanci Kościoła obecni na konferencji wydawali się do niej gotowi i przygotowani. Z medialnego punktu widzenia prezentacja była zmarnowaną okazją i porażką pod względem tonu, języka i komunikacji z opinią publiczną.

Kościół nie chce wziąć odpowiedzialności za pedofilię

Pedofilia. Liczby, których nie można zweryfikować

Rozważania, czy podane liczby są wielkie czy niewielkie w relacji do ogólnej liczby księży, seminarzystów czy ministrantów, są uprawnione, ale mniej istotne od pytania o ich wiarygodność. Jak można te liczby niezależnie zweryfikować? Nie można. Prymas Polak powiedział na konferencji, że gwarancją wiarygodności podanych statystyk jest pełna zgoda całego episkopatu na zbieranie danych dotyczących pedofilii w Kościele.

To jednak za mało, bo z raportu na ten sam temat przedstawionego w lutym papieżowi Franciszkowi przez delegację fundacji „Nie lękajcie się”, wspierającej pokrzywdzonych, wynika, że w wielu przypadkach diecezjalni biskupi milczeli, kluczyli lub wręcz chronili księży krzywdzicieli.

Mamy sytuację, w której pełny obraz skali i mechanizmów pedofilii w Kościele w Polsce raczej nie powstanie, póki sprawą nie zajmie się grupa badawcza niezależna od władz kościelnych i politycznych, a mająca mandat społeczny, tak jak działo się w Irlandii.

– Sąd kategorycznie stwierdził, że degradacja była nieważna, czym potwierdził wyrok z pierwszej instancji. Sprawiedliwości stało się zadość, nieudolne próby zdegradowania Duszy spełzły na niczym – mówi obrońca oficera mec. Antoni Kania-Sieniawski.

Sprawa bez precedensu, czyli jak działają ludzie Macierewicza

Sprawa była równie głośna, co bezprecedensowa. Latem 2016 r. ówczesny szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego Piotr Bączek, czyli podwładny Antoniego Macierewicza i jeden z jego najbliższych współpracowników, zdegradował płk. Krzysztofa Duszę za to, że rzekomo przekroczył uprawnienia, udzielając wypowiedzi mediom, choć nikt nie podważył ich prawdziwości. Poza tym Dusza robił to jako szef Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO, czyli niezależnej instytucji międzynarodowej.

Sprawa miała również inny kontekst, związany właśnie z CEK NATO, a precyzyjniej z jego wrogim przejęciem przez ludzi Macierewicza, którzy w grudniu 2015 r. pod osłoną nocy wdarli się do CEK, wyłamując zamki i prując kasy pancerne. Sprawę do dziś bada prokuratura pod kątem m.in. nielegalnego wejścia do tej instytucji.

Antoni Macierewicz mści się na oficerach wywiadu

To była pierwsza taka degradacja

Represje spadły na płk. Duszę niedługo po tym, gdy zaprotestował przeciwko wtargnięciu do CEK i próbom przejęcia Centrum bez zgody innych krajów, które je współtworzyły, głównie Słowacji. O sytuacji informował prezydenta Andrzeja Dudę.

Doszło do tego, że choć decyzja Bączka nie była prawomocna, SKW próbowało wszcząć postępowanie dyscyplinarne przeciwko Antoniemu Kani-Sieniawskiemu. Powodem miało być to, że rzekomo wprowadzał sąd w błąd, tytułując Duszę pułkownikiem na sali rozpraw.

Degradacja Duszy była pierwszą tak drastyczną sankcją, która spotkała oficera o tak wysokiej szarży od czasów stalinowskich, i kolejną decyzją Antoniego Macierewicza i jego ludzi, za którą zapłacą podatnicy. Mimo że decyzja Bączka o degradacji nie była prawomocna, wojsko wypłacało Duszy świadczenia od stopnia szeregowego, nie pułkownika. Teraz będzie musiało wyrównać mu różnicę, czyli wraz z odsetkami kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ostatnio taka sytuacja miała miejsce w związku z publikacją w 2007 r. słynnego raportu z likwidacji WSI. Osoby, które zostały w nim wymienione w kontekście prowadzenia nielegalnej działalności agenturalnej, wytoczyły skarbowi państwa procesy o odszkodowania. MON wypłacił około miliona złotych.

MON przyznaje, że Macierewicz ujawnił wojskowe tajemnice

W czwartek Trybunał Konstytucyjny miał ogłosić wyrok w sprawie połączonych wniosków Krajowej Rady Sądownictwa i grupy senatorów, w których kwestionują prawomocność powołania sędziów do KRS i prawo odwoływania się od wyników prowadzonych przez KRS konkursów na sędziów. Ale – po raz drugi – sprawę odroczono. Przewodnicząca składu Julia Przyłębska powiedziała, że rano odbyło się posiedzenie niejawne w sprawie tych wniosków i że wydano postanowienie o odroczeniu tego posiedzenia (na nim miał być wydany wyrok) i ogłoszenia wyroku do 25 marca. Powodu nie podała. Za to wyraźnie zdenerwowana oświadczyła, że jeden z sędziów zwrócił się do składu sądzącego z wnioskiem „poza jakimikolwiek procedurami”, „zmierzającym do tego, aby skład orzekający podjął określone czynności w ramach orzekania”.

Dodała, że informuje o tym, bo „dla składu orzekającego była to sytuacja zupełnie zaskakująca i właściwie ja mogę powiedzieć, że dla sędziego orzekającego w sądach powszechnych jest to sytuacja niebywała”.

RPO interweniuje, Muszyński przesądza

W przyszły wtorek sprawą legalności powołania KRS i działania obsadzonej przez nią Izby Dyscyplinarnej SN ma się zająć Trybunał Sprawiedliwości UE. Nie wyda jeszcze wyroku – będzie dopiero rozprawa. Spekulowano zatem, że polski TK zechce uprzedzić TSUE i wyda wyrok, że KRS została powołana w zgodzie z konstytucją. W ten sposób da rządowi pretekst do ewentualnego niepodporządkowania się wyrokowi TSUE, gdyby był inny niż wyrok TK.

Sprawujący funkcję wiceprezesa TK dubler sędziego Mariusz Muszyński opublikował kilka dni wcześniej w „Rzeczpospolitej” artykuł dowodzący, że jeśli unijne prawo (a o nim orzeka TSUE) jest sprzeczne z konstytucją krajową, kraj ma prawo odmówić stosowania tego unijnego prawa. To wyglądało na przygotowanie artyleryjskie do nieuznania wyroku TSUE w sprawie KRS.

Z kolei we wtorek RPO Adam Bodnar wystosował do TK pismo, w którym zauważył, że ogłoszenie wyroku wyznaczono przed upłynięciem 30-dniowego terminu, jaki ma on, i inne strony postępowania, na zajęcie stanowiska. A RPO ma prawo przystąpić do postępowania. Ta sytuacja „skutkować będzie nieważnością postępowania” – napisał rzecznik.

Julia Przyłębska Człowiekiem Wolności tygodnika „Sieci”

Jeden z sędziów musiał zaprotestować

Być może strach przed zarzutem nieważności jest przyczyną odroczenia posiedzenia i wyroku do 25 marca, bo 23 marca mija dla RPO termin na decyzję, czy przystąpi do postępowania, i na przesłanie swojego stanowiska.

Może właśnie o to chodziło z owym sędzią, który zażądał od składu orzekającego „podjęcia określonych czynności w ramach orzekania”? Mogło być tak, że któryś z sędziów ze składu się zbiesił i zażądał odroczenia do czasu upływu terminu dla RPO. I zapowiedział, że w przeciwnym razie złoży zdanie odrębne do wyroku, w którym napisze, że jest on nieważny?

Niewykluczone, że nowi sędziowie w TK liczą się ze zmianą władzy i wolą się zabezpieczyć przed zarzutem, że brali udział procedurze sprzecznej z prawem.

Tyle że sam TK zadbał, by wyrok mógł być podważany, dokooptowując do składu dublera Justyna Piskorskiego i w dodatku czyniąc go sprawozdawcą. W poprzednim składzie wyznaczonym do tej sprawy dublera nie było.

Tajne zgromadzenie Sędziów TK

Maszynka „dobrej zmiany” się zacięła

Ale znowu inny krok TK świadczy o tym, że chce oddalić zarzuty nieważności wyroku. Otóż pierwotnie wniosek kwestionujący prawomocność KRS wniosła sama KRS. To, że kwestionuje własną legalność, było dość kuriozalne, ale też wzbudziło wątpliwości prawników, czy wyrok wydany w sprawie takiego wniosku będzie ważny. Bo skoro organ kwestionuje własną legalność, to czy wniosek złożony do TK przez taki organ jest ważny? Wydaje się, że to mogło być powodem, dla którego miesiąc temu grupa senatorów PiS skierowała do TK niemal identyczny wniosek. A TK połączył go z wnioskiem KRS i rozpatruje łącznie.

Z tych wszystkich dziwacznych okoliczności widać, że maszynka do orzekania w TK „dobrej zmiany” się zacięła. Ponieważ dotąd TK w sprawach będących w zainteresowaniu politycznym władzy działał ściśle według interesu PiS, można postawić tezę, że PiS sam nie wie, jaki ma w tej sprawie interes – stąd chaos w działaniu.

Z jednej strony podporządkowanie się wyrokowi TSUE oznacza de facto klęskę wymiany kadrowej w sądach i zakwestionowanie prawomocności działania obu nowych izb w Sądzie Najwyższym: Kontroli Nadzwyczajnej (m.in. legalizuje wybory) i Dyscyplinarnej. Z drugiej strony niepodporządkowanie się wyrokowi TSUE oznacza frontalny konflikt z Komisją Europejską i oskarżenia o chęć polexitu, których przed wyborami PiS boi się jak ognia.

Władza nie daje jasnego sygnału, co robić, więc TK się miota i nie robi nic.

Eliza Michalik w państwie w PiSdoo. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (4). Polowanie na Tuska (7)

21 Gru

„Nie zniweczycie filmikiem efektów kilkuletniego łamania prawa, konstytucji, podważania wiarygodności UE, promowania skrajnie prorosyjskich polityków, jak Macierewicz i osłabiania bezpieczeństwa Polski” – napisała na Twitterze – Eliza Michalik, pod najnowszym spotem PFN mającym promować Polskę.

Fundacja się wykosztowała i zaangażowała do krótkiego i bardzo ckliwego filmiku słynnego aktora Jeana Reno.

Rzecz o Bożym Narodzeniu: widzimy dziewczynkę, która wraz z mamą odwiedza swojego dziadka. W jego postać wciela się właśnie Reno, który opowiada wnuczce o Świętach Bożego Narodzenia w Polsce. Jest słodko, ciepło i nastrojowo, jak nie w PiS–owskiej Polsce.

Co do powiedzenia na przywracające do rzeczywistości słowa dziennikarki ma niejaki  Filip Rdesiński, szef PFN?

Musiał mieć bardzo mało do powiedzenia: „Eliza, zjedz snickersa”- napisał głupawo na Twitterze.

Dziennikarka zapytała więc Rdesińskiego ze zdziwieniem: „państwowym urzędnikom wolno/wypada tak rozmawiać z dziennikarzami?”

Ta wymiana zdań zapoczątkowała gorącą dyskusję.

Jako jeden z pierwszych głos zabrał naczelny tygodnika „Newsweek”- Tomasz Lis. „Państwowym nie. Ale to są partyjni, którym w państwie PIS wolno wszystko” – napisał rzeczowo.

Był to kamyk który poruszył lawinę. Ktoś, nawiązując do wątpliwej elegancji odzywki Rdesińskiego wypomniał mu „grzeszki” z przeszłości: przypomniał, jak będąc dwukrotnie prezesem Radia Merkury w Poznaniu, każdorazowo zostawiał spółkę w opłakanym stanie finansowym. Za pierwszym razem został z hukiem odwołany przez KRRiTV.

Zasłużenie „dołożył” mu również dziennikarz Przemysław Szubartowicz, pisząc: Pamiętam Rdesińskiego z programu Hejke i Lisiewicza w TV Republika. Pięknie szczuli. Po takiej szkole manier niczego innego bym się nie spodziewał.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Kaczyzm, czyli stalinizm. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (3). Polowanie na Tuska (6)

21 Gru

Pan minister Zieliński nie będzie miał wesołych i spokojnych świat. Może trochę nie w porę, ale policjanci z Zakopanego odważyli się ujawnić nieprawidłowości, po tym jak zrobili to ich koledzy z Podlasia. Tyle tylko, że ich skala wprawia w dużo większe zakłopotanie.

Wirtualna Polska dotarła do listów zakopiańskich funkcjonariuszy, w których o licznych nieprawidłowościach informują wiceministra a także Komendanta Głównego Policji Jarosława Szymczyka. Mówią w nich o fałszowaniu dokumentacji, mobbingu, a nawet przestępstwach na tle seksualnym.

Policjanci, ponoć od wielu miesięcy proszą o interwencję odpowiedzialnego za policję polityka PiS. „Od końca 2015 roku do chwili obecnej, tj. do dnia 1-5 listopada 2018 roku, skierowaliśmy kilka pism, ale jak na razie nikt nam nie pomógł, a patologia ma się bardzo dobrze w naszej jednostce policji” – piszą zdesperowani.

Pewna sprawa dotyczy samochodu należącego do jednego z przełożonych. Auto miało spłonąć we wrześniu. Funkcjonariusze twierdzą, że podpalił je mąż sekretarki funkcjonariusza. Policjantka, która przybyła na miejsce zdarzenia, miała stwierdzić, że doszło do samozapłonu. „Sfałszowano dokumentację procesową na miejscu zdarzenia w taki sposób, aby poszkodowany bez żadnego problemu otrzymał pieniądze z ubezpieczenia pojazdu” – alarmują policjanci.

Komendant Główny Policji był informowany też o przemocy, jaką stosują funkcjonariusze. Ponoć jeden z zatrzymanych miał mieć przykładaną do głowy naładowaną broń. „To miała być „dobra zmiana”, a jest gehenna policyjna – napisali funkcjonariusze. Obawiają się tragedii…

Na dodatek sygnalizują, że każdy funkcjonariusz, który w jednostce sprzeciwia się nieprawidłowościom, jest zastraszany: „Kto nie jest w opcji wymienionych, jest gnębiony psychicznie, straszony dyscyplinarką i wydaleniem z policji.

Oficjalnie boimy się zgłosić te nadużycia do prokuratury, bo obawiamy się zemsty przełożonych” – piszą funkcjonariusze.

Żalą się, że przełożeni wyzywają ich, używając sformułowań typu: „pier…ne debile i nieroby”. Dwóm przełożonym zarzucają dopuszczenie się przestępstw na tle seksualnym. Policjanci zwracają uwagę, że dokumentacja jest fałszowana nawet w sprawie egzaminów sprawnościowych. I dają konkretny przykład: „Od 15 lat nie jest w stanie zdać WF” –  piszą o jednym z policjantów  i dodają: „mierzy ok. 163 cm, a waży ponad 130 kg. Nie potrafi wykonać skłonu w przód, a policjanci prowadzący egzaminy fałszują dokumentację”.

Wiele wskazuje na to, że jeszcze w styczniu radio Zet wraz z całą grupą Eurozet – której jest składową – znajdzie  się rękach prawicowej  spółki Fratria. Jak informują Wirtualne Media wydawca m.in. tygodnika „Sieci” i portalu „wPolityce.pl” „na zagospodarowanie” ma otrzymać 51 mln euro kredytu od banku Pekao SA . I z pewnością otrzyma, bo choć przy stole negocjacyjnym wciąż zasiadać mają również inne spółki, to jak ustaliły WM – we  Fratrii udziały ma  m.in. Jacek Karnowski oraz senator PiS Grzegorz Bierecki. A to może mówić samo za siebie.

„Oferty formalnie są teraz kompletowane, wraz z potwierdzeniem finansowania. Będą ponownie analizowane przez  właściciela Eurozetu spółkę Czech Media Invest”  – powiedział WM jeden z informatorów.

Możliwość  przejęcia Eurozetu przez Fratrię z takim scenariuszem finansowym budzi jednak spore oburzenie i sprzeciw postronnych obserwatorów oraz internautów. Jak pokazują dane liczbowe – słuchalność radia Zet dość gwałtownie spada, więc pytają na jakiej podstawie bank udziela promesy kredytowej firemce o tak nikłych obrotach?

I sami z kpiną odpowiadają pod artykułem WM :  „odpowiedź jest prosta: to postrzeczywistość pisowska, w której 1 to więcej niż 27, a zatem 3 mln zysku Fratrii to znacznie więcej niż obiecany kredyt. Sugerują, iż kredyt przyznany jest według kryteriów politycznych, a nie ekonomicznych i to wydawcy który otrzymując rekordowe reklamy od państwa, odnotowuje największy spadek sprzedaż”.

Czytelnik, pod  artykułem  WM zauważa: „W normalnym kraju komitet kredytowy, który udzieliłby prawie 300 milionów złotych kredytu firmie z 3 milionami zysku miałby juz prokuratora na głowie. Byłoby to tez działanie na szkodę spółki co powinno zainteresować KNF i władze giełdy (bo podobnie działał SKOK Wołomin) transferując kasę na kredyty bez szans na spłatę. Ale w naszej bananowej republice nie takie wały się robi”.

Grupa Eurozet jest właścicielem takich rozgłośni, jak Radio ZET, Antyradio, Meloradio, Chilizet, kilku serwisów internetowych, spółki Studio ZET i agencji Eurozet Live.

* * *

— MONIKA OLEJNIK O WYWIADZIE PAD DLA 300 I WP – pisze w GW: “Pan prezydent wyznał w Wirtualnej Polsce, że TSUE się za bardzo rozpycha: „Zagarnia pod siebie coraz większe kompetencje. To poważne zmartwienie dla państw UE. Dla mnie zapalił się dzwonek alarmowy”. A nie żarówka? Pan prezydent cierpi, cierpi i wylewa żale na szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Mówi, że nie reprezentuje on polskich interesów. Pan prezydent czuje, że Tusk nie ma szacunku dla naszego kraju. Pan prezydent zapomniał, jak to nasz kraj przegrał głosowanie na przewodniczącego Rady Europejskiej 27:1. A ja się zastanawiam, czy pan prezydent w przyszłości miałby szanse zostać przewodniczącym Rady Europejskiej?”
wyborcza.pl

— FAKT O ROZBRACIE ORBANA Z PIS: “Najpierw węgierski rząd zdecydował, że kupi od Francji śmigłowce Caracal. Te same, z których PiS – a konkretnie ówczesny szef MON Antoni Macierewicz – zrezygnował, nie zostawiając na nich suchej nitki. Teraz okazuje się, że maszyny, które tak mocno krytykowaliśmy, Węgrzy uznali za idealne. Przy okazji produkujący je Airbus zbuduje nad Dunajem fabrykę części do śmigłowców. Ma ona powstać do 2021 r., a pracę w zakładach znajdzie 130 osób. Ma to zacieśnić współpracę na linii Niemcy-Francja-Węgry. I pomyśleć, że Polska zamroziła kontakty z Niemcami i Francją w ramach Trójkąta Weimarskiego na rzecz Grupy Wyszehradzkiej, której członkiem są właśnie Węgry”.

— FAKT O TYM, ŻE NIEMCY OTRZYMALI KONTRAKT ZAMIAST POLSKIEJ FIRMY: “Ale to nie wszystko! Według informacji Faktu, Węgrzy od roku negocjowali z Polską Grupą Zbrojeniową zakup polskich armatohaubic Krab. Ale zostawili nas na lodzie, bo kupią 24 armatohaubice od Niemców. W PGZ zapanowała żałoba, bo bardzo liczono na lukratywny kontrakt”.
fakt.pl

>>>

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Na Nowogrodzkiej paranoja łamana przez schizofrenię. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (2). Polowanie na Tuska (5)

21 Gru

Służbowa Skoda Superb, którą jeździ wicemarszałek Terlecki pędziła w środę około godz. 15.30 ulicami stolicy, łamiąc podstawowe przepisy – zauważył Super Express.

Kierowca, nie bacząc na względy bezpieczeństwa przemknął jak strzała przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, a podwójna ciągła linia nie była dla niego niczym zobowiązującym.

To cud, że sejmowa limuzyna nikogo nie zabiła!

Musi być nerwowo w PiSie, bo polityk na złamanie karku „rwał” z Sejmu na Nowogrodzką. Ulica była zakorkowana, więc w pośpiechu wysiadł z limuzyny i poszedł pieszo – mówi świadek zdarzenia.

Kancelaria Sejmu ani sam wicemarszałek Ryszard Terlecki nie komentują zdarzenia.

SE przypomina, że za takie zachowanie na drodze grozi karą ok. 700 złotych mandatu: 500 za przejazd na czerwonym i 200 za przekroczenie podwójnej linii ciągłej.

Podobne kary dotyczą jednak wyłącznie zwykłych śmiertelników… Pan Terlecki jest widać z innej gliny ulepiony!

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Polowanie na Tuska (4). Macierewicz musi wyjść z szafy

21 Gru

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych przypomina o zasadach, stosowanych na całym świecie od czasów II wojny światowej. – „Członkowie Stowarzyszenia związani są najściślejszą tajemnicą, której należy przestrzegać wobec wszystkich osób i wszystkich informacji ujawnianych w trakcie wykonywania zawodu na jakimkolwiek spotkaniu, które nie jest otwarte dla publiczności”.

Murem za Fitas-Dukaczewską stanęli też dwaj byli premierzy, dla których pracowała. Leszek Miller powiedział w TVN24, że nie powinna być przesłuchiwana. – „Ci, którzy idą do konfesjonału zakładają, że to, co tam powiedzą, zostanie między nimi a kapłanem. Jeżeli pojawia się tłumacz, to strony, które rozmawiają ze sobą, zwłaszcza w takich poufnych okolicznościach, zakładają, że ta rozmowa zostanie między nimi. Bardzo ciekawa sprawa, ale generalnie rzecz biorąc, pokazująca, że proces polowania na Donalda Tuska będzie stosowany za pomocą wszystkich możliwych środków” – stwierdził Miller.

Podobnie o profesjonalizmie Fitas-Dukaczewskiej wypowiedział się Kazimierz Marcinkiewicz: – „Wszyscy mieliśmy i mamy do niej pełne zaufanie”.

Wezwanie mnie na przesłuchanie stawia mnie w niezwykle trudnej moralnie sytuacji – stwierdza podczas rozmowy z serwisem rp.pl Magda Fitas-Dukaczewska, która osiem lat temu tłumaczyła rozmowę Donalda Tuska z Władimirem Putinem.

Rp.pl: Trzeciego stycznia ma się pani stawić w prokuraturze, by zeznawać w śledztwie dotyczącym „zdrady dyplomatycznej” Donalda Tuska. Jakie konsekwencje może to mieć dla pani kariery zawodowej?

Magda Fitas-Dukaczewska: Myślę, że to może mieć konsekwencje nie tyle dla mojej kariery, co dla zawodu tłumacza w ogóle. Ponieważ ta sprawa nie dotyczy mnie, tylko generalnie przesłuchiwania tłumacza. Stanowisko w tej sprawie zajęły już choćby Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych (AIIC) oraz Polskie Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych, zgodnie uzasadniając konieczność zachowania tajemnicy informacji, które uzyskuje się w trakcie prowadzenia tłumaczenia. To bezwzględna i podstawowa zasada naszej pracy. Tylko dzięki jej stosowaniu klienci mogą mieć do nas zaufanie.

Ale zasada ta nie została skodyfikowana…

W polskich przepisach prawa to faktycznie nie jest zapisane. Ale w naszym obszarze kulturowym to dorozumiane, że tłumacz jest pod tym względem osobą na równi z księdzem czy lekarzem. Klienci zakładają, że tak jest i dlatego swobodnie prowadzą rozmowy.

A czy zna pani jakiekolwiek przypadki w historii, by prokuratura przesłuchiwała tłumaczy w sprawie treści rozmów tuzów polityki, przy których byli obecni?

Była podjęta próba przesłuchania tłumaczki Donalda Trumpa z rozmów z Władimirem Putinem w lipcu tego roku na szczycie w Helsinkach. Kiedy tylko ten pomysł ujrzał światło dzienne, spotkał się z gwałtowną reakcją ze strony przedstawicieli różnych kręgów politycznych w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Wtedy także głos zabrał AIIC.

Czy podczas tłumaczonej przez panią rozmowy Putina i Tuska padły słowa, które pani zdaniem powinny zainteresować prokuraturę?

Nie mogę tego powiedzieć ani panu, ani komukolwiek innemu. Jeśli prokurator będzie starał się mnie przesłuchać bez przedstawienia mi formalnego zwolnienia z zachowania tajemnicy w oparciu o przepisy ustawy o ochronie informacji niejawnych wystosowanego – według mojej wiedzy – przez premiera, to narazi mnie na konsekwencje karne. Nie mogę mówić nic na temat jakichkolwiek rozmów, które tłumaczę; niezależnie od tego, którego premiera dotyczą, czy Tuska, czy choćby Jarosława Kaczyńskiego, którego również tłumaczyłam. Muszę milczeć także o treści rozmów biznesmenów, ludzi mediów czy dysydentów. Wszystkim przysługuje ta sama gwarancja zachowania tajemnicy. Nie jestem właścicielką tych informacji, a jedynie taśmą przekaźnikową na czas rozmowy.

A czy są sytuacje, w których pani zdaniem powinno się zwolnić tłumacza z wymogów dyskrecji?

Zastanawiałam się nad tym, bo chcę podkreślić, że nie czuję żadnej z góry założonej niechęci wobec organów ścigania, prokuratury, policji czy służb specjalnych. Po prostu zostałam teraz postawiona w sytuacji niezwykle trudnej moralnie. Inaczej bym się czuła w sytuacji skrajnej, gdyby na spotkaniu siedziały trzy osoby, w tym ja, i jedna z nich skończyła z kulą w głowie. Ale to nie jest taki przypadek. Państwo ma masę różnych instrumentów, by pozyskać pożądaną wiedzę. Co takiego szczególnego się zdarzyło, że prokuratura wzywa na przesłuchanie tłumacza?

Może prokuratura chce skonfrontować wiedzę uzyskaną z innych źródeł z tym, co pani zapamiętała?

Ale tu dochodzimy do jeszcze jednego problemu. Byłam także w Katyniu 7 kwietnia i mam status osoby pokrzywdzonej w śledztwie smoleńskim. Dostałam akta prokuratury z poprzedniego śledztwa smoleńskiego i przeczytałam je niezwykle wnikliwie, również dlatego, że w katastrofie zginęło wielu moich znajomych i przyjaciół, a ja jadąc na miejsce katastrofy byłam świeżo po porodzie. Chłonęłam też wiele informacji medialnych na temat wydarzeń w Smoleńsku. Minęło z górą osiem lat, więc co z tego, co mam w głowie, a o co może pytać prokuratura, jest wiernym zapisem pamięci, a co obrazem narzuconym z innych źródeł? Przecież prokuratura oczekuje zapewne precyzyjnych szczegółów. Czy ten wątpliwy uzysk wiedzy naprawdę wart jest otwarcia puszki Pandory poprzez tworzenie niebezpiecznego precedensu?

Magdalena Fitas-Dukaczewska, znana i zasłużona tłumaczka konferencyjna, obsługuje polityków najwyższej rangi, niezależnie od ich przynależności politycznej. Dziś jej nazwisko stało się ogniskiem skandalu, który może mieć dewastujący wpływ na polską dyplomację i bezpieczeństwo państwa na wiele lat. Rzecz jasna, Pani Fitas-Dukaczewska nie jest negatywną bohaterką tego skandalu – jest jego ofiarą, a wraz z nią cała Polska.

Otóż w swej paranoi i szale nienawiści do Donalda Tuska cyniczni scenarzyści smoleńskiego mitu, na czele z Antonim Macierewiczem, oskarżający premiera RP o zamordowanie Lecha Kaczyńskiego (i jeszcze 95 osób przy okazji), spowodowali wszczęcie postępowania prokuratorskiego w związku z podejrzewaniem polskiego premiera, iż w rozmowie z prezydentem Rosji w dniu katastrofy dopuścił się zdrady dyplomatycznej (przestępstwa zagrożonego karą 10 lat pozbawienia wolności), polegającej na niezgodnym z interesem RP ustaleniu sposobu prowadzenia śledztwa.

Aby móc kąsać po kostkach swego potężnego politycznego wroga, reżim brnie w tę hucpę, jak zwykle czyniąc wokół spustoszenie polityczne. Aby „grzać temat” i „grillować Tuska”, wymyślono, aby przesłuchać Magdalenę Fitas-Dukaczewską, która miałaby odpowiedzieć prokuratorowi, co mówili Tusk z Putinem. Z całą pewnością na tę okoliczność zostanie zwolniona z tajemnicy zawodowej i państwowej przez wszelkie czynniki – prokuratora, a nawet samego premiera. Przesłuchanie miałoby się odbyć 3 stycznia 2019 r.

Obawiam się, że nawet media, które niezbyt przejęły się tą sprawą, nie do końca rozumieją powagę sytuacji. Oto poszło w świat, że polska tłumaczka podlega naciskom, aby opowiedziała władzy o tym, czego była świadkiem za rządów poprzedniej ekipy. Już nawet sam taki zamiar jak przesłuchanie tłumaczki bardzo obniży zaufanie do Polski jako partnera dyplomatycznego i bez wątpienia ambasadorzy rezydujący w Warszawie ślą już stosowne notatki do swoich ministerstw.

Gdyby jednak w najczarniejszym scenariuszu doszło do tego, że pani Magda Fitas-Dukaczewska złożyłaby zeznania, skutki byłyby fatalne. Od tego dnia żaden polityk nie będzie swobodnie rozmawiać z przedstawicielami władz RP w obecności tłumacza z Polski. Będzie musiał się bowiem liczyć z ewentualnością, że treść tych rozmów zostanie kiedyś ujawniona polskiemu prokuratorowi, a w następstwie może nawet upubliczniona. Dla dyplomacji to sytuacja fatalna – niemalże związanie rąk. Odtąd wszelkie poważne rozmowy będą musiały odbywać się z pomocą tłumaczy obcych, o co specjalnie trzeba będzie zabiegać lub – w innych przypadkach – na co trzeba będzie się godzić, z wiadomej obu stronom przyczyny.

Biorąc pod uwagę beznadziejną raczej kondycję lingwistyczną polskich polityków, niezdolnych do swobodnego rozmawiania po angielsku (Morawieckiemu też do tego daleko), zapewne w wielu przypadkach Polska będzie przypominać o sobie w sytuacjach dyplomatycznych jako kraju niepoważnym i niewiarygodnym. Zważywszy na to, czym była Polska przed 20 laty w oczach świata i dyplomacji międzynarodowej, to, co uczynił z wizerunkiem naszego państwa PiS, to dramat.

Jednak nie ma takiej katastrofy, której nie można uczynić jeszcze bardziej katastrofalną – właśnie idziemy w tę stronę. Dziś jedynym czynnikiem pozwalającym światu kojarzyć Polskę z czymś godnym szacunku jest fakt, że jedno z najwyższych stanowisk politycznych w Unii Europejskiej piastuje Polak. Słabe to jednak pocieszenie, tym bardziej że kadencja Donalda Tuska szybko się skończy.

Tymczasem musimy wszyscy kibicować Pani Magdzie i ją wspierać. Musi do niej docierać jednoznaczny komunikat, zgodny z tym, co w swym oświadczeniu powiedziało Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Kabinowych: tłumaczom pod żadnym pozorem nie wolno zdradzać tajemnicy rozmów, które tłumaczyli, i w żadnym wypadku nie powinni być oni do tego nakłaniani przez władze. Milczenie Pani Magdy to nie tylko kwestia jej własnej postawy etycznej i patriotycznej – śmiem powiedzieć, że to racja stanu.

To sprawa bez precedensu w najnowszej historii polskiej polityki i dziennikarstwa. Podobnie jak samo orzeczenie wydane w środę przez warszawski sąd rejonowy. Nakazał on prokuraturze wszcząć postępowanie mające wyjaśnić, czy Antoni Macierewicz nie nadużył władzy jako minister obrony i czy nie próbował wywołać tzw. efektu mrożącego w stosunku do Tomasza Piątka, autora głośnej książki „Macierewicz i jego tajemnice”, oraz zniechęcić go do dalszego odkrywania zagadkowej przeszłości ministra.

Sąd miażdży zatrzymanie gen. Pytla

Zawiadomienie Macierewicza, zawiadomienie Piątka

Sprawa zaczęła się latem 2017 r., tuż po wydaniu książki. Macierewicz złożył wówczas do wydziału wojskowego warszawskiej prokuratury okręgowej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przez Piątka przestępstwa, które miało polegać na próbie wpłynięcia na czynności urzędowe MON poprzez groźbę bezprawną, oraz znieważeniu lub poniżeniu organu konstytucyjnego RP. Prokurator badający sprawę długo nie mógł się zdecydować, co z nią zrobić. Udało mu się przesłuchać Macierewicza, ale Piątka już nie. Odwagi nabrał dopiero po dymisji szefa MON i dwa miesiące po tym fakcie, w marcu 2018 r., odmówił wszczęcia postępowania. Macierewicz nie złożył zażalenia.

Niedługo potem zawiadomienie do prokuratury złożył Tomasz Piątek, który zarzucił byłemu ministrowi obrony przekroczenie uprawnień i wykorzystanie stanowiska do podważenia wiarygodności jego i jego książki. W tym przypadku prokurator, również wojskowy, także odmówił wszczęcia postępowania, nie dopatrując się znamion przestępstwa. Właśnie to postanowienie zaskarżył do sądu pełnomocnik Piątka. I sąd przyznał mu rację.

MSZ poparł akcję przeciwko Tomaszowi Piątkowi

Sąd wziął w obronę publicystę

Z pisemnego uzasadnienia sądu wynika, że wysokie jest prawdopodobieństwo, iż Macierewicz złamał prawo i dopuścił się tego, co zarzuca mu Piątek. Sąd podkreślił przede wszystkim, powołując się m.in. na orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, że były minister obrony jako polityk powinien godzić się z tym, że w przypadku osób pełniących funkcję publiczną „standard ochrony dóbr osobistych” jest słabszy. A także że w takiej sytuacji powinien „okazywać powściągliwość w sięganiu do sankcji karnych”, szczególnie w sytuacji, gdy dostępne są inne środki ochrony dóbr osobistych (w tym przypadku Macierewicz mógł wytoczyć Piątkowi sprawę z powództwa cywilnego).

Sąd wziął w obronę publicystę, przypominając, że sięganie po sankcje karne, nawet takie jak oskarżenie dziennikarza, mogą naruszać prawo do wolności słowa, tłumić debatę publiczną oraz dostęp społeczeństwa do informacji.

Aferę Macierewicza trzeba wyjaśnić do końca

Sąd czarno na białym wykazał, jak mocno dęte były „dowody” przywołane przez Macierewicza na rzekome przestępstwo Piątka. Twierdził on, że książka „Macierewicz i jego tajemnice” została napisana, by przedstawić go w negatywnym świetle i doprowadzić do usunięcia go ze stanowiska. To z kolei miałoby podważyć zaufanie do Polski ze strony USA i ich prezydenta i osłabić zdolności obronne naszego państwa. Ale Macierewicz w żaden sposób – jak stwierdził sąd – nie wskazał, kto był pomysłodawcą takiego działania, w czyim interesie mogło być prowadzone oraz w jaki sposób stosowano wobec niego groźbę, przemoc i jak go znieważono jako ministra. Słowem – nie przedstawił żadnych dowodów na podparcie swych tez.

Z tego właśnie powodu sąd nakazał prokuraturze zbadać, czy przypadkiem celem byłego szefa MON nie było uderzenie w Tomasza Piątka, a nie troska o bezpieczeństwo kraju. Polecił również przesłuchać m.in. samego Macierewicza oraz jego współpracowników z resortu obrony.

– Decyzja sądu to kolejna wskazówka świadcząca o złych intencjach Macierewicza, który nie odpowiada merytorycznie na liczne publikacje dokumentujące jego powiązania z ludźmi Kremla i rosyjskich służb, a nawet tamtejszej mafii. Tak nie zachowuje się człowiek niewinny – komentuje Tomasz Piątek. – Stanowisko sądu to także kolejny dowód na to, że nasz wymiar sprawiedliwości nie ulega politykom, którzy chcieliby importować do Polski putinowskie wzorce i praktyki polegające na zastraszaniu sędziów i dziennikarzy.

Waldemar Mystkowski pisze o sprawie Macierewicza.

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Nie dają się upchać pisowskie „trupy” w szafie. Krystyna Pawłowicz tylko kilka dni wytrzymała i musiała zakomunikować swoje „a kuku” o przerwaniu kuracji. Na co zapadła posłanka PiS? Raczej nie na mądrość…

Pawłowicz to jednak tylko pryszcz, bo inny prominentny osobnik wypada z szafy – wiceprezes PiS Antoni Macierewicz i to w dwóch sprawach, których jest inicjatorem. Nie wiadomo, która jest ważniejsza, bo obydwie są najcięższego kalibru. Ich finały – kiedyś do takich dojdzie – mogą być szokujące dla publiczności.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

Ziobro, Macierewicz – takie pokraki niszczą Polskę

11 Gru

Atak państwowych instytucji na byłych pracowników Komisji Nadzoru Finansowego jest hańbą PiS.

Blisko dwa lata temu doszło do wypadku, w którym uczestniczyły dwa samochody Żandarmerii Wojskowej. W jednym z nich był Antoni Macierewicz. Służby długo nie chciały mówić o kosztach naprawy auta. Nieoficjalnie udało się jednak ustalić, że remont wyniósł 170 tys. złotych

Pod koniec stycznia 2017 roku doszło do karambolu ośmiu aut. Dwa z nich należały do Żandarmerii Wojskowej, a na siedzeniu jednego z nich siedział ówczesny szef MON Antoni Macierewicz. Nikomu nic się nie stało, ale oba auta były mocno rozbite.

Ile kosztował wypadek Antoniego Macierewicza?

Samochody należące do żandarmerii to BMW serii 7 i X5. Co stało się z nimi po wypadku? Jak udało się ustalić dziennikarzom Dziennik.pl, oba zostały naprawione i wróciły do służby.

Uzyskanie informacji o tym, ile kosztowała ta naprawa, nie było jednak łatwe. Ppłk Artur Karpienko, rzecznik prasowy Komendanta Głównego Żandarmerii Wojskowej, odsyła do firma ubezpieczeniowej, a ta z kolei informuje, że nie może udzielać informacji o indywidualnych spraw.

Nieoficjalnie udało się jednak ustalić, że naprawa BMW serii 7, w którym jechał Antoni Macierewicz, kosztowała 170 tysięcy złotych.

Zdaniem Krzysztofa Breizy, posła PO, który również interesował się kwestią naprawy samochodu, uważa, że Żandarmeria Wojskowa celowo nie ujawniła informacji o kosztach naprawy. – Ukrywanie kosztów przed opinią publiczną świadczy tylko o tym, że władza PiS wstydzi się swoich poczynań. Te kolumny rządowe spychające zwykłych kierowców przywołują obrazy z Moskwy – powiedział w rozmowie z Dziennik.pl.

Wypadek kolumny rządowej z Antonim Macierewiczem

Przypominamy, że 25 stycznia 2017 r. w Lubiczu Dolnym koło Torunia doszło do kolizji z udziałem samochodu, w którym jechał szef MON. W kolizji uczestniczyło osiem pojazdów, w tym dwa z kolumny Żandarmerii Wojskowej. Macierewicz, który wracał z sympozjum „Oblicza dumy Polaków”, zorganizowanego w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, nie ucierpiał. Przesiadł się do innego samochodu i wrócił do Warszawy, gdzie jeszcze tego dnia wieczorem wziął udział w gali przyznania prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu nagrody Człowiek Wolności tygodnika „wSieci”. Sprawę badała prokuratura i ustaliła, że zdarzenia było jedynie kolizją, nie wypadkiem, ponieważ nikt nie ucierpiał.

To nie jedyna kolizja kolumny żandarmerii, w którym uczestniczył w ostatnich miesiącach, Antoni Macierewicz. W maju na jednym ze skrzyżowań w Warszawie nieoznakowane BMW Żandarmerii Wojskowej, którym jechał były już wtedy minister MON, otarło się o inny pojazd.

>>>

Państwo mafijne. Taki mamy ustrój

7 Gru

CBA zatrzymało szefów Komisji Nadzoru Finansowego z czasów rządu PO-PSL. Urzędnicy ci tropili nadużycia w systemie SKOK. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, wiceszef KNF, którego omal nie zabili gangsterzy wynajęci przez SKOK-Wołomin.

– Krew była na podwórku, w łazience, na płaszczu i marynarce. Kiedy to zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że mąż przeżył. Miał pękniętą czaszkę, złamaną rękę, którą się bronił, tylko na głowie założono mu kilkadziesiąt szwów – wspomina Agata Kwaśniak wydarzenia z 16 kwietnia 2014 r.

W 2014 Kwaśniak przeżył „dzięki zbiegowi okoliczności”

Tego dnia Wojciech Kwaśniak został napadnięty przed swoim domem w Warszawie przez gangstera. Zamach zlecił członek władz SKOK-Wołomin, drugiej co do wielkości Kasy systemu SKOK. Była to zemsta za wykrycie nadużyć w tej Kasie. Napastnik dopadł wiceszefa KNF po jego powrocie z pracy i bił po głowie pałką teleskopową. Bandyta wycofał się, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód sąsiada. Pobiegł do lasu. Zostawił ślad: zakrwawioną pałkę, którą porzucił w czasie ucieczki.

Biegły lekarz sądowy napisze potem w opinii, że mając na uwadze obrażenia czaszki, jakich doznał poszkodowany, „można stwierdzić, że jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności oraz podjęciu czynnej obrony” Kwaśniak przeżył.

„Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christii” – tak będzie się nazywać nowa partia polityczna, oczekująca na zarejestrowanie przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Jej liderem ma być europoseł Mirosław Piotrowski, reprezentujący w PiS interesy o. Tadeusza Rydzyka. Dlatego też można uznać nową partię za partię Rydzyka po prostu. Był Ruch Palikota, a teraz jest Ruch Biedronia i Ruch Rydzyka. I niech sobie będzie. Postęp i reakcja w ruchu. O taką Polskę wszak walczyliśmy. Parlament Europejski też nie upadnie – od początku ma swój Wydział Średniowiecza. Skamieliny epoki feudalnej i teokracji są w polityce potrzebne, abyśmy pamiętali, skąd się wzięliśmy i jaką drogę musieliśmy przejść, by po kilku stuleciach rewolucji zwanej nowoczesnością znaleźć się tu, gdzie teraz jesteśmy.

Rydzyk jest tylko tym, czym jest

Jeśli Rydzyk jest patologią, to w tym tylko sensie, że nowoczesne państwo pada przed nim na kolana i składa mu wasalne hołdy – jednak sam w sobie ten człowiek jest tylko reliktem. Dawniej tacy ludzie po prostu rządzili światem i już. Patologiczna jest Polska płaszcząca się przed kościelnym Ubu królem, a on sam jest tylko tym, czym jest.

Prasa spekuluje, że zakładając nową formację przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, o. Rydzyk chce wymusić na Jarosławie Kaczyńskim cztery dobre jedynki na listach do PE. Bo jak nie, to pójdzie sam i wydrze te mandaty PiS. Bardzo możliwe, że tak się sprawy mają, lecz wiązałbym inicjatywę Rydzyka raczej z wyborami do parlamentu krajowego. Mandaty europejskie są sute i przynoszą firmie Rydzyka trochę grosza, lecz prawdziwe eldorado to własny klub parlamentarny. I wcale nie jest to takie głupie.

Gdyby Kaczyński zdołał pozbyć się Ziobry, to ten miałby gdzie przejść. Tym trudniej jednak będzie mu teraz usunąć niesfornego księcia z dworu. Poza Ziobrą Rydzyk może sobie jeszcze sprowadzić Mariana Piłkę, Marka Jurka i paru innych bardziej czy mniej zapomnianych liderów reakcji i fanatyzmu religijnego. W razie pogorszenia stosunków z Kaczyńskim bądź jego odejścia z polityki niedogadany z PiS Rydzyk mógłby spokojnie liczyć na przekroczenie progu. Jego „rodzina Radia Maryja” nie jest może wielka, lecz karna. Odejście tego elektoratu od PiS byłoby bardzo bolesne.

Partie przykościelne zawszy były i są

Reakcja w polityce parlamentarnej ma długą historię, która jest częścią liberalnej historii Europy i świata. Wprawdzie Kościół już dawno zauważył, że bezpośrednie uczestnictwo w walce politycznej nie przynosi spektakularnych efektów, to jednak mniejsze efekty też są warte grzechu. Oficjalne partie kościelne, np. w Ameryce Południowej, nie wygrywają wyborów, lecz mimo to mogą być cennym uzupełnieniem dla kontrolowanych przez Kościół partii prawicowych oraz wewnątrzparlamentarnym przyczółkiem, pozwalającym moderować poczynania „endeckiego” reżimu. Nic dziwnego, że Rydzyk bierze pod uwagę odrębną partię w miejsce swoich ludzi w klubie PiS. Bo jednak co własny klub, to własny. A w razie gdyby nie szło lub nie było potrzeby, to partię zawsze można zamrozić.

Rydzyk poucza lekarzy ws. „zarabiania kokosów”. Wie, co mówi!

Ruch Rydzyka z założeniem Ruchu Rydzyka wydaje się dość racjonalny. Nie ma tu nic do stracenia, a partia może się przydać. Poza tym zawszę będą jacyś sponsorzy, a nowe konto z paroma milionami też jest nie do pogardzenia. Tu na waciki, tam na waciki, aż zbierze się na buciki.

Po co Rydzykowi kolejne miliony?

Najbardziej zagadkowy w sprawie Rydzyka, który od dwóch dekad potrząsa polską polityką, jest jego prawdziwy cel. Oczywiście generalnie chodzi o pieniądze – o pieniądzach mówi się wszędzie i zawsze, gdy tylko w polu widzenia pojawiają się firmy Tadeusza Rydzyka. Nic dziwnego, bo firmy służą do zarabiania. A model biznesowy Rydzyka też jest dość przejrzysty – szantażować rządzących zbuntowaniem wyznawców i wymuszać gigantyczne dotacje. Tyle że nie wiadomo właściwie, po co są te pieniądze i czemu mają służyć kolejne „dzieła”. Brakuje w tym wszystkim jakiejś wizji konsumpcji. Bo na co Tadeusz Rydzyk może wydawać pieniądze? Po co mu więcej i więcej?

Na imperium o. Rydzyka poszło ponad 80 mln zł z państwowej kasy

Na to pytanie nie odpowiem, za to chętnie po raz kolejny wyrażę swój podziw dla dziwnego talentu tego niewątpliwie bardzo prostego i niezdolnego do zbornego wyrażania się, acz jakże charyzmatycznego człowieka. Jak to się dzieje, że ktoś taki jest w stanie omotać nie tylko miliony podobnych sobie, lecz i całe zastępy cwanych polityków? Jakże bym chciał poznać tajniki ludzkiej duszy, w których kryje się odpowiedź. Też bym sobie wtedy zarobił, a nawet i porządził. Zawiść mnie aż pali. Mimo to nie zapiszę się do Ruchu Rydzyka. Może założę Ruch Hartmana – Libertyńska Europa. Sponsor mile widzialny.

Po wybuchu afery taśmowej w czerwcu 2014 roku Donald Tusk mówił, że „część scenariusza była na pewno pisana cyrylicą”. Z byłym premierem zgadza się Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz tygodnika „Polityka”, który w rozmowie w „Studiu Newsweeka” opowiedział, jak trafił ten temat. – Nikt mną nie sterował. Nikt mnie nie inspirował z kręgów PO. Nie dostałem ani zlecenia na PiS, ani na Falentę. To zwykła dziennikarska, żmudna robota, która polega na składaniu rozsypanych i wybrakowanych puzzli – mówi Rzeczkowski. Podczas jednej z rozmów ze swoimi informatorami na początku tego roku dowiedział się, że Marek Falenta, główny organizator podsłuchów, miał kontakty z rosyjskimi oligarchami, którzy współpracowali z GRU, rosyjskim wywiadem. Dziennikarz przez pół roku zbierał i weryfikował informacje. We wrześniu w tygodniku „Polityka” opublikował tekst: „Rosyjski ślad na taśmach”, w którym pokazał także związki Marka Falenty z politykami PiS, w tym z Mariuszem Kamińskim, obecnym koordynatorem służb specjalnych.

Nie ma dowodów na to, że PiS inspirował nagrywanie polityków PO. – Raczej zawarł „umowę handlową” z Markiem Falentą i część tych nagrań przejął. Podobnie zresztą jak Rosjanie, którym Falenta przekazał część nagrań w zamian za węgiel – ustalił Rzeczkowski.

Strategia: odczekanie

– Po opublikowaniu tekstu, władza nabrała wody w usta, wzięła kurs na przeczekanie. Zadałem pytania wszystkim najważniejszym instytucjom, które powinny być zainteresowane wyjaśnieniem sprawy, łącznie z prokuraturą i prezydenckim Biurem Bezpieczeństwa Narodowego, i wszędzie usłyszałem to samo: „Sprawa została wyjaśniona” – relacjonuje nam Rzeczkowski. – Pojawiały się próby atakowania mnie, ale dysponuję zbyt silnymi dowodami i poszlakami, które nie tak łatwo obalić – dodaje. – Prokuratura wyjaśniła tylko wąski fragment tej sprawy, czyli kwestie finansowe, w ogóle nie zabrała się za wyjaśnienie udziału Rosjan, nie próbowała nawet postawić zarzutów udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a przecież Falenta miał współpracowników – mówi Rzeczkowski. Mąż głównej oskarżycielki w sprawie Falenty, po tym jak PiS doszedł do władzy, zaczął robić karierę w KGHM na stanowisku kierowniczym, ustalił autor „Polityki”. – Zaskakujące, że młodzi prokuratorzy, a nie starzy wyjadacze, dostali tę sprawę do wyjaśnienia, i jej nie wyjaśnili – twierdzi dziennikarz. – Ta historia ma wciąż białe plamy które chciałbym, żeby kiedyś zostały wypełnione treścią, by można było zobaczyć pełny obraz tej sprawy – dodaje.

Grzegorz Rzeczkowski ma nadzieję, że w przyszłości powstanie sejmowa komisja śledcza, która zajmie się wyjaśnieniem afery podsłuchowej. Dziennikarz zwraca także uwagę na bierną postawę opozycji. – Platforma ma wciąż problem z tą sprawą. Być może obawiają się, że są na nich jeszcze jakieś taśmy i dlatego wolą siedzieć cicho, nie drażnić lwa – mówi Rzeczkowski. W politycznej Warszawie od lat nie cichną plotki, że w rezydencji premiera przy ul. Parkowej został nagrany także Donald Tusk i biznesmen Jan Kulczyk. – W aktach sprawy są ślady na to, że Tusk mógł zostać podsłuchany – twierdzi dziennikarz „Polityki”. – Nie wiadomo w czyich rękach są te taśmy, kto nimi dysponuje, skąd wysyła i kiedy znowu „wystrzelą” – dodaje.

Życie na podsłuchu

– Czuję, że jestem inwigilowany. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że mój telefon jest na podsłuchu. Moje połączenia są sprawdzane – wyznaje Rzeczkowski. – Miałem sygnały, że Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) interesowała się tym, co robię – dodaje. I opowiadam nam historię, jak podczas spotkania się ze swoimi informatorami do restauracji wszedł funkcjonariusz SKW. – My kontynuowaliśmy rozmowę, a ten pan się ulotnił – relacjonuje dziennikarz.

– Niektórzy próbują zastraszyć moich potencjalnych informatorów – mówi nam autor „Polityki”, który, by chronić swoje źródła nie podaje ich personaliów: – Bez tego byliby narażeni na postawienie im zarzutów karnych.

– Dzisiaj mamy sytuację bez precedensu. Służby są zakneblowane. Dziennikarzom jest niesłychanie trudno spotkać się, na stopie nieformalnej, z przedstawicielami służb i dowiedzieć się czegoś istotnego, ważnego dla bezpieczeństwa państwa – twierdzi Rzeczkowski.

Polska spadła na 58 miejsce w Rankingu Wolności Prasy, który każdego roku opracowuje organizacja Reporterzy Bez Granic. – To wiąże się z tym, że dziennikarze są zastraszani i hejtowani. Państwo stało się wrogiem dziennikarzy – mówi o rządzie PiS Grzegorz Rzeczkowski. W wielu instytucjach nie ma dzisiaj rzeczników prasowych, a często, jak już są, to nie odpowiadają na zadane pytania, łamiąc w ten sposób ustawę o dostępie do informacji publicznej.

Rząd PiS utrudniając prace dziennikarzy i przekształcając media publiczne w partyjną propagandę, w rzeczywistości ogranicza dostęp Polaków do informacji o stanie państwa.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o państwie mafijnym.

Zatrzymanie byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego i jego współpracowników to szczyt PiS-owskiej bezczelności.

Były szef KNF Andrzej Jakubiak i grupa jego współpracowników zostali zatrzymani przez CBA. By zrozumieć rzeczywistą wymowę tej akcji, trzeba się cofnąć o ładnych kilka lat. Sekwencja zdarzeń jest następująca: najpierw ludzie z obozu PiS zakładają sieć SKOK-ów, stanowiącą autonomiczne imperium finansowe wspierające przedsięwzięcia służące partii Jarosława Kaczyńskiego. Na czele tego imperium stoi jeden z jego głównych twórców, szef Krajowej Kasy, polityk PiS Grzegorz Bierecki.

Nadzór finansowy i fachowcy od finansów alarmują jednak, że imperium to jest oparte na glinianych nogach i ulokowane tu depozyty ludzi nie są bezpieczne – trzeba więc SKOKi poddać nadzorowi KNF, tak jak inne banki.

SKOKi bardzo się przed tym bronią, a politycy PiS dokładają starań, by KNF nie wtykał nosa w finanse, które służą celom tej partii. Dopiero gdy wybucha kilka głośnych afer z aferą SKOK Wołomin na czele i gdy okazuje się, że wiele kas trzeba ratować przed upadkiem gigantycznym zastrzykiem ze środków bankowych, udaje się je poddać kontroli KNF.

Kilka lat lat później PiS dochodzi do władzy i przejmuje Komisję Nadzoru Finansowego. Na jej czele stawia człowieka gotowego dyskretnie spełniać życzenia politycznych protektorów.

„Gazeta Wyborcza” ujawnia jednak przypadek próby skorumpowania przez niego bankiera Leszka Czarneckiego i plan przejęcia jego banku „za złotówkę”. Dekonspiruje plan rządzących, którego elementem jest uchwalenie w zdumiewającym trybie ustawy pozwalającej na takie przejęcia.

Skandal zmusza rządzących z PiS do wyrzucenia szefa KNF (formalnie on sam podał się do dymisji), odcięcia się od niego i stworzenia wrażenia, że próba korupcyjna była jego prywatną inicjatywą.

Następnie zaś specsłużby kontrolowane przez PiS, na których czele stoi człowiek skazany w I instancji za przestępstwo nadużycia władzy i ułaskawiony po znajomości przez PiS-owskiego prezydenta, zatrzymują byłego szefa KNF Andrzeja Jakubiaka pod zarzutem, że przed laty nie dopełnił obowiązków przy kontroli SKOK Wołomin. Tego samego Jakubiaka, który długo zabiegał o to, by wbrew protestom i oporom PiS móc kasy kontrować.

Podkreślmy to jeszcze raz: człowiek postronny, niezwiązany z obozem PiS ląduje za kratkami, bo ponoć nie dość starannie kontrolował SKOK stanowiący element finansowego imperium obozu PiS, na którego kontrolę politycy PiS nie chcieli się zgodzić. Wobec senatora PiS Grzegorza Biereckiego, który to imperium budował, nikt żadnych zarzutów nie wysuwa. CBA najwyraźniej nawet się nim nie interesuje. Bierecki swobodnie bryluje w parlamencie i mediach, domagając się cenzurowania gazet publikujących niewygodne dla niego materiały.

Zatrzymanie byłego niepisowskiego szefa KNF sprawia więc wrażenie zasłony dymnej, mającej stworzyć pozór, że patologie zdemaskowane przez „Gazetę Wyborczą” nie obciążają partii rządzącej, lecz ludzi z szeroko rozumianego środowiska bankowo-finansowego. Że jest tu jakaś sitwa, z którą PiS nie ma nic wspólnego.

Podsumujmy i wyciągnijmy narzucający się wniosek: specsłużby zostały użyte, by dać alibi partii władzy i odwrócić od niej uwagę opinii publicznej. Były szef KNF znalazł się w celi z powodów politycznych.

PiS bardzo się ostatnio denerwuje słysząc sformułowania „państwo mafijne” czy „gangsterskie metody”. Ale jeśli to nie są metody gangstersko-mafijne, to co nimi jest?

>>>

Waldemar Mystkowski też pisze o państwie mafijnym.

Eliot Ness dostał wolną rękę do walki z mafią Ala Capone, którego posadził nie za przestępczość zorganizowaną, ale za podatki. Ness był nietykalny – nawet dla Capone, gdyż był przedstawicielem państwa, które reprezentowało dobro. To nie tylko jeden z mitów popkultury, ale i mit założycielski nowoczesnych Stanów Zjednoczonych, który nie został dotychczas podważony.

Gdyby przy tak pojętej walce dobra ze złem próbowano majstrować, jedno z najpotężniejszych państw wszech czasów rozpadłoby się. Społeczeństwa scala tego typu narracja, tak jak kiedyś mity Greków. Chrześcijaństwo zaś nigdy nie było tak użyteczne, bo to kultura hierarchiczna, feudalna, namaszcza władców, a jak im się chwieje tron, chrześcijaństwo udziela krzyża do walki z rzeczywistym bądź wyimaginowanym wrogiem.

Odwołuję się do Eliota Nessa nieprzypadkowo. Władza PiS zachwiała się w wyniku afery KNF, której korupcji jeszcze nie poznaliśmy, tylko wierzchołek góry lodowej. Od początku jest zamiatana pod dywan. Nieudane to próby, co rusz wypada jakiś trup z szafy.

I chyba mamy owe „podatki”, które w wyniku zamiatania wyszły na wierzch. Mianowicie aresztowany został bogu ducha winny poprzedni zarząd KNF z szefem Andrzejem J. Typowy zabieg rozmycia, zabieg względności, który polega na tym, że jeżeli „nasi” kradną („nasi” – pisowscy), to dlaczego nie mieliby kraść poprzednicy. Ta względność – w moralności nazywa się relatywizmem – ma zaciemnić obraz, a nawet zastraszyć.

I oto mamy wśród aresztowanych naszego Eliota Nessa – wcale nie przesadzam – Wojciecha Kwaśniaka, który walczył z mafijnymi układami, gdy w poprzednim KNF był wiceszefem. Walczył do tego stopnia, że nie był „nietykalny” dla lokalnych Al Caponów, mianowicie – nie podlega to raczej dyskusji – członek zarządu SKOK Wołomin nasłał na Kwaśniaka bandytę z Wołomina z wieloletnim stażem w więzieniach.

Kwaśniak ledwo przeżył, a dzisiaj w ramach zamiatania pod dywan, w ramach pisowskiego relatywizmu prawnego i moralnego, został aresztowany. Jankes Eliot Ness miał za sobą siłę państwa i prawo, nasz Ness Kwaśniak ma przeciw sobie państwo.

Aresztowanie Kwaśniaka Andrzej S. Nartowski (prawnik z praktyką w organach spółek handlowych, publicysta, ekspert corporate governance) użył porównania i snuje oskarżycielskie przypuszczenia: – „Zatrzymać Wojciecha Kwaśniaka za SKOKi to jak papieża ekskomunikować za herezję. Potępiam tych, którzy wydali taką decyzję, i tych, co wcześniej zlecili pobicie/zabójstwo Kwaśniaka. Może to ci sami, kto wie?”

Taka jest siła odśrodkowa afery KNF, ze wszystkimi podanymi przeze mnie konsekwencjami ujętymi w metafory, ale przede wszystkim z głównym zarzutem, które samo się formułuje: państwo polskie reprezentuje zło.