Tag Archives: Grupa Wyszehradzka

Kaczyński ograny przez Orbana, a Macierewicz podejrzany jako szpion

19 Lu

„Wnoszę o objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny” – napisał prezes PiS Jarosław Kaczyński w doniesieniu do prokuratury. Szef partii rządzącej chce ukarania z art. 212 Kodeksu karnego za ujawnienie „taśm Kaczyńskiego” i sprawy budowy wieżowca przez spółkę Srebrna

„Działając jako pokrzywdzony, zawiadamiam o podejrzeniu popełnienia przestępstw zniesławienia. Wnoszę o objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny” – tak Kaczyński napisał w zawiadomieniu, które skierował do warszawskiej Prokuratury Okręgowej. Zawiadomienie prezes PiS skierował w zeszłym tygodniu. We wtorek do treści dokumentu dotarł PAP.

Roman Giertych – jeden z adwokatów austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera – w kpiarskim tonie skomentował wypowiedź Adama Bielana na temat nieomylności Jarosława Kaczyńskiego, wygłoszoną w trakcie porannej rozmowy Konrada Piaseckiego.

Wicemarszałek Senatu podważył wiarygodność Austriaka mówiącego, że kopertę z 50 tys. zł dla księdza Sawicza „miał w ręku” Jarosław Kaczyński. Oznajmił, że w tej sprawie bardziej wierzy Jarosławowi Kaczyńskiemu niż austriackiemu biznesmenowi i Romanowi Giertychowi.

Zapytany przez Paseckiego skąd wie, że Birgfellner kłamie odparł bez wahania:

„Rozmawiałem z Jarosławem Kaczyńskim. Jeżeli mam do wyboru Kaczyńskiego albo Romana Giertycha, znając ich obu, zdecydowanie wybieram Jarosława Kaczyńskiego”.

To właśnie tę wypowiedź w swoim stylu skomentował Roman Giertych. „Panie Marszałku! Problem polega na tym, że ja siebie „do wyboru” nigdy Panu nie dawałem. Prawda jest taka, że jeszcze trzy miesiące musi się Pan trzymać kurczowo JK, aby zdobyć upragniony mandat do PE” – odpalił pełnomocnik Geralda Birgfellnera.

Miały być tylko rozmowy dwustronne, a sam szczyt Grupy Wyszehradzkiej z Izraelem odwołany. Sądząc po umieszczonej przez Patryka Słowika z RMF FM fotografii, trudno w to uwierzyć. – „Na zdjęciu trzy spotkania dwustronne premiera Izraela z przedstawicielami państw Grupy Wyszehradzkiej. Z uwagi na napięty grafik wszystkie trzy spotkania dwustronne odbywają się w tym samym czasie” – kpił na Twitterze reporter. Na dodatek premier Węgier Victor Orban pouczał Polskę. – „Byłoby lepiej, gdyby do Izraela przyjechali przedstawiciele wszystkich krajów Grupy Wyszehradzkiej” – stwierdził podczas wspólnej konferencji prasowej z premierem Izraela.

A jeszcze wczoraj rzeczniczka PiS Beata Mazurek obwieszczała na Twitterze: – „Odwołanie spotkania V4 + Izrael to wyraz solidarności państw Gr.Wyszehradzkiej! Po interwencji PMM pozostali premierzy podjęli dec. o odroczeniu szczytu z Izraelem. Mimo, że byli na miejscu,albo w drodze do Izraela, zgodzili się z argumentacją polskiego premiera i podjęli tę decyzję w geście solidarności całej Grupy.

Opozycja, która rządząc niezbyt lojalnie podchodziła do współpracy w ramach V4, może tego gestu i tych decyzji z katalogu:jeden za wszystkich, wszyscy za jednego nie rozumieć. Sukces siły i argumentów polskiego PMM i polskiej dyplomacji”.

– „ale w ramach solidarności z Polską odmówili dokładki deseru…” – kpił Marek Tejchman z „DGP”. – „Kolejny sukces Pana premiera. Jeszcze jeden i skończy się jak u pięściarza Gołoty – trzeci nokaut i koniec” – to wpis Łukasza Maziewskiego z „Faktu”. – „Nawet Orban nas poucza. Nasza pozycja w świecie jest istotnie mocna” – napisał Wojciech Szacki z „Polityki”.

„Orban jak zwykle wystawił PiS, a oni jak pelikany łykają te jego teksty o wsparciu dla stanowiska Polski we wszystkich sprawach. Naiwność to jeden z najcięższych grzechów w dyplomacji. No ale dyplomacja PiS praktycznie nie istnieje” – podsumował Sławomir Neumann z PO.

Antoni Macierewicz jako minister obrony ujawnił w Sejmie informacje o stanie polskiej armii, które miały status niejawnych – tak wynika z odpowiedzi MON na interpelację posła PO Krzysztofa Brejzy. Przyznaje, że jest wstrząśnięty i kieruje sprawę do prokuratury. – Minister Macierewicz uderzył w fundament bezpieczeństwa Polski i Polaków. Doskonale zdaje sobie sprawę, że te informacje zaserwował naszym wschodnim sąsiadom – mówi poseł PO. – Takie informacje to czysty zysk dla naszych wrogów – komentuje gen. Stanisław Koziej, były szef BBN.

Brejza: Miał świadomość, co czyni

Sprawa dotyczy tajemnic najwyższej wagi, związanych z zapasami wojennymi polskiej armii i jej zdolnościami obronnymi. Chodzi o wystąpienie szefa MON w maju 2016 roku, podczas którego podsumowywał rządy koalicji PO-PSL. To wtedy stwierdził, że zapasy wojenne kierowanych pocisków rakietowych wynoszą tylko 17 procent stanu oraz że nasze urządzenia radiolokacyjne nie są w stanie wykrywać dronów, które wlatują w naszą przestrzeń powietrzną na niskiej wysokości.

– Jestem wstrząśnięty. Najbardziej wrażliwe informacje, będące splotem słonecznym państwa, które absolutnie nie powinny być ujawniane i w żadnym państwie NATO nie są ujawniane, zostały przez Antoniego Macierewicza podane na talerzu. Komu? Przecież nie Polakom. Jest dojrzałym politykiem i doskonale zdaje sobie sprawę, że te informacje zaserwował naszym wschodnim sąsiadom – mówi wiadomo.co poseł PO Krzysztof Brejza.

Na początku lutego polityk zapytał MON w oficjalnym piśmie, jaki charakter mają ujawnione informacje. Co ważne, nie informując, że chodzi o wypowiedź byłego ministra obrony narodowej.

– Te informacje najprawdopodobniej pochodzą z tajnego raportu Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Zaserwowanie ich stronie wschodniej jest uderzeniem w filar bezpieczeństwa Polski. Z pewnością miał świadomość, co czyni – dodaje Brejza.

Poseł PO składa w tej sprawie wniosek do prokuratury. – Oczekuję natychmiastowego śledztwa. Sprawą powinny zająć się także służby i sejmowa komisja – mówi wiadomo.co Krzysztof Brejza.   Według niego mamy do czynienia z przekroczeniem uprawnień i działaniem na szkodę interesu publicznego, a także złamaniem przepisów o ochronie informacji niejawnych. – Funkcjonariusz publiczny ujawniający tak wrażliwe informacje musi się liczyć z odpowiedzialnością – przyznaje.

Gen. Koziej: To bardzo niebezpieczne

– Mieliśmy nieodpowiedzialnego ministra obrony narodowej, działającego w sposób woluntarystyczny. Wszystko, co on uważał za dobre, takie właśnie było. To bardzo niebezpieczne podejście – przyznaje w rozmowie z wiadomo.co gen. Stanisław Koziej.

Były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i były wiceminister obrony narodowej przyznaje, że takie informacje nigdy nie powinny zostać ujawnione. – Obcy wywiad, aby zdobyć takie informacje, musi się poważnie natrudzić. Jeżeli otrzymuje to z pierwszej ręki, bez żadnego wysiłku, to czysty zysk dla naszych wrogów. To są informacje krytyczne, które świadczą o możliwościach prowadzenia operacji wojennych – tłumaczy gen. Koziej.

To według niego tylko kolejny dowód na to, że Antoni Macierewicz nigdy nie powinien zajmować tego stanowiska: – Minister, który odpowiada za siłę obronną kraju i ma pod swoim władaniem dwie ważne służby specjalne, musi być człowiekiem wyważonym, spokojnym i postępującym wedle obowiązujących zasad.

Gen. Stanisław Koziej oczekuje także wyjaśnień od obecnego ministra obrony narodowej. – Jeżeli sam MON uznaje, że zostały ujawnione tajne informacje, to sprawą powinien się zająć także minister Mariusz Błaszczak. Powinien powiadomić opinię publiczną, jakie wyciąga z tego wnioski i jakie działania podejmuje – mówi wiadomo.co.

Macierewicz odpowiada na Twitterze

Reklamy

Morawiecki jako galareta, Kaczyński – starszy bibliotekarz, Gliński – zakuty patriota

17 Lu

Po rzekomej wypowiedzi premiera Izraela Benjamina Netanjahu dotyczącej kolaboracji Polaków z nazistami planowany od dawna szczyt Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie stanął pod znakiem zapytania. I choć wydawało się, że spór został zażegnany, a na premier Morawiecki uda się na spotkanie, to stało się inaczej. Szef polskiego rządu odwołał swój wyjazd w ostatniej chwili.

– Premier Mateusz Morawiecki przekazał informacje premierowi Netanjahu, że Polskę na spotkaniu V4 w Izraelu będzie reprezentował minister spraw zagranicznych pan Jacek Czaputowicz – powiedział szef kancelarii premiera Michał Dworczyk na antenie TVP Info. Szczyt premierów Polski, Czech, Słowacji i Węgier z udziałem Netnajahu miał się odbyć w Jerozolimie w dniach 18-19 lutego.

– Premier Benjamin Netanjahu dziękował premierowi Morawieckiemu za zorganizowanie szczytu (bliskowschodniego – przyp. red.), który odbył się w ostatnich dniach. Jego współorganizatorem, wraz ze Stanami Zjednoczonymi była Polska – mówił Dworczyk. – Były podziękowania. Była też informacja na temat zmiany reprezentacji polskiej na spotkaniu V4 w Izraelu – powiedział szef KPRM.

Izrael dementuje wypowiedź Netanjahu, ale Morawiecki i tak nie jedzie

– W ostatnich dniach pojawiło się kilka fałszywie oskarżających państwo polskie wypowiedzi w przestrzeni medialnej. Część z tych wypowiedzi była później prostowana, za część były przeprosiny. Niemniej premier Mateusz Morawiecki bardzo pryncypialnie podchodzi do sprawy oskarżania państwa polskiego, narodu polskiego, o czyny, których nie popełniliśmy w czasie drugiej wojny światowej podkreślił Dworczyk.

Chodzi o budzącą ogromne kontrowersje rzekomą wypowiedź Netanjahu podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie. „Naród polski współpracował z nazistowskim reżimem w zabijaniu Żydów w ramach Holokaustu” – miał powiedzieć Netanjahu. Cytat umieszczony na stronie izraelskiego dziennika „Jerusalem Post” doprowadził do dyplomatycznego skandalu, a w sprawę musiała zaangażować się ambasador Izraela Anna Azari i polski MSZ. Strona izraelska wielokrotnie zaprzeczała, by premier Netanjahu użył takich słów.

Sam Morawiecki podkreślał, że na wszystkie tego rodzaju wypowiedzi polskie władze będą reagowały zachowując „zimną krew”. Netanjahu miał go zapewnić, że polsko-izraelska deklaracja dotycząca odpowiedzialności za zagładę Żydów pozostaje w mocy.

Zaledwie kilka godzin przed pojawieniem się informacji o odwołaniu udziału Morawieckiego w szczycie szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin zapewniał, że spotkanie w Jerozolimie odbędzie się normalnie i nie ma podstaw do jego odwołania. – Naprawdę nie możemy działać w ten sposób, że obrażamy się, czy odwołujemy ważne wydarzenia o wymiarze międzynarodowym, tylko dlatego, że ukazała się notatka prasowa, która nie oddaje rzeczywistości – zaznaczył szef KSRM.

Tymczasem jak tłumaczył Michał Dworczyk, „wypowiedzi te (oskarżające Polaków o kolaborację) wygenerowały kolejne dyskusje, gdzie padło wiele niesprawiedliwych i nieprawdziwych oskarżeń pod adresem Polski”. – Dlatego w konsekwencji taka, a nie inna, decyzja premiera Mateusza Morawieckiego – powiedział szef KPRM.

Jarosław Kaczyński ma dwie cechy, które kształtowały jego polityczną karierę. Pierwszą jest skłonność do otaczania się ludźmi ze skazą. Nieraz półoficjalnie dawał do zrozumienia, że nie uważa swych współtowarzyszy za intelektualnych orłów. Nie przeszkadzają mu ludzie z pokręconymi w PRL życiorysami, a nawet to, że niektórzy bliscy współpracownicy kiedyś go zdradzili. Być może uważa, że skaza osłabia ich, są łatwiejsi do kontroli. Drugą cechą jest nieumiejętność podporządkowania się innym przywódcom.”  

Kiedy Jarosław Kaczyński kończył czterdzieści lat nic nie zapowiadało, że stanie on na czele partii rządzącej Polską i bez pardonu będzie wykorzystywał politykę do własnych celów. Pod koniec lat osiemdziesiątych, starszy bibliotekarz Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, prawnik bez aplikacji, z niedokończonym doktoratem, bez większych znajomości w świecie politycznej opozycji był tylko cieniem swojego brata bliźniaka. I to właśnie dzięki pozycji Lecha Kaczyńskiego w środowisku „Solidarności”, dzisiejszy prezes PiS został zaproszony na spotkanie działaczy opozycji. Spotkanie odbyło się 18 grudnia 1989 r. i to wówczas został powołany Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie.

Sam Jarosław Kaczyński nie odegrał na tym spotkaniu większej roli, ale na tyle umiejętnie manewrował, że wraz z bratem stał się jednym z najbliższych współpracowników Lecha Wałęsy. Współpraca ta sprawiła, że bracia Kaczyńscy znaleźli się w pierwszej lidze polskich polityków. Ich pierwsza partia polityczna – Porozumienie Centrum „miała program dość umiarkowany, ale mocno akcentowała odsunięcie dawnych członków PZPR i agentów SB z funkcji państwowych oraz walkę z korupcją i uwłaszczaniem się na majątku państwowym.”

Co ciekawe, Jarosław Kaczyński otaczał się często ludźmi mocno powiązanymi z byłym reżimem. Jednocześnie prezes PiS budował dla swojej partii zaplecze finansowe, które od początku podlegało jego ścisłej kontroli. „Nie tylko uwłaszczał swoje fundacje na majątku państwowym, ale też korzystał z pieniędzy państwowych (a czasem prywatnych) spółek, na których czele stali dawni działacze PZPR zwykle mający związki z PRL-owskimi służbami specjalnymi. Robił dokładnie to, co krytykował i z czym walczył, nie ukrywając, że w polityce wyznaje prymat skuteczności nad moralnością.”

Przez wiele lat Jarosław Kaczyński był jednak tylko jednym z wielu polityków na polskiej scenie. Konsekwentnie jednak tworzył legendę brata i jeszcze konsekwentniej wzmacniał finanse partii, czego dowodem jest teraz spółka Srebrna. Po tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego status Jarosława Kaczyńskiego diametralnie się zmienił. Mając na względzie przeżytą przez niego traumę, trudno oprzeć się wrażeniu, że prezes doskonale ją wykorzystał dla wzmocnienia własnej pozycji.

Porusza się po Sejmie w asyście co najmniej kilku innych polityków PiS, a poza Sejmem w szpalerze ochroniarzy. Udziela wywiadów mediom zaprzyjaźnionym, nie konfrontując się z bardziej dociekliwymi. Jego otoczenie największe błędy prezesa przyjmuje aplauzem – tak zareagowali posłowie PiS na słynne wystąpienie „bez trybu” i słowa o „mordach zdradzieckich”.” Ostatnia afera związana z taśmami i spółką Srebrna burzą wizerunek nieskazitelnego polityka oderwanego od spraw materialnych, któremu zależy wyłącznie na rozwoju kraju. Zamiast zatroskanego, starszego pana mamy obraz polityka twardo stąpającego po ziemi, który dla  zdobycia władzy jest w stanie zrobić niezwykle dużo.

Prawdziwy patriota musi wiedzieć, że „narodowe” to znacznie więcej niż „demokratyczne” i potrafi poświęcić swoje prawa dla dobra ojczyzny

W natłoku ostatnich ważnych wydarzeń umknęła szerszej uwadze sprawa podziału środków Ministerstwa Kultury, przeznaczonych na dotacje dla czasopism kulturalnych i na literackie wydarzenia. I nic dziwnego, bo rozstrzygnięcia w tej sprawie nikogo nie zaskoczyły. Jak należało się spodziewać niejawna komisja powołana przez wicepremiera Glińskiego odmówiła grantów ważnym festiwalom i pismom, takim jak choćby „Przegląd Polityczny”, „Krytyka Polityczna”, a nawet „ Czas Kultury” (jedyne pismo kulturalne powstałe w konspiracyjnym obiegu i ukazujące się nieprzerwanie do dzisiaj). Łatwo zgadnąć, że zaoszczędzone pieniądze przeznaczono na tytuły przychylne „dobrej zmianie”, tak znaczące jak „Promyczek Dobra” diecezji tarnowskiej, kwartalnik „Wyklęci”, czy miesięcznik „WPiS – Wiara , Patriotyzm i Sztuka”. Nie dziwi też, że przy tej okazji kolejne wsparcie otrzymała fundacja Lux Veritatis Tadeusza Rydzyka. Zastanawiać może jedynie, dlaczego wicepremier Gliński, którego trudno nazwać bezmyślnym maniakiem religijnym, tak otwarcie i bez żenady lokuje państwową kasę w firmy i inicjatywy o których wie, że słabo przyczynią się do rozwoju polskiej kultury.

Dlaczego ludzie, którzy na co dzień wcale nie sprawiają wrażenia zahipnotyzowanych oszołomów, świadomie podejmują irracjonalne, kompromitujące ich decyzje? Co spowodowało, że polskich sędziów za unijne fundusze szkolić będzie akurat uczelnia o. Rydzyka, która w finale konkursu uzyskała najmniej punktów? Z jakiego powodu na firmowanej przez ministra Gowina nowej liście wydawnictw, gdzie publikacje naukowe uzyskują najwięcej punktów, niewiele jest oficyn naprawdę prestiżowych, a za to mnóstwo małych nieznanych witryn przykościelnych? Co powodowało autorami nowej podstawy programowej do języka polskiego dla szkół średnich, którzy z listy lektur usunęli m.in. dzieła Schulza, Iwaszkiewicza, Conrada, Bułhakowa oraz Nałkowskiej, zastępując je takimi perłami literatury jak „Kwiatki św. Franciszka z Asyżu”, „Legenda o św. Aleksym”, czy bogoojczyźniana poezja J.M. Rymkiewicza.  I szerzej – jaki jest racjonalny powód organizacyjnej i programowej rewolty – bo przecież nie rewolucji – w kulturze, nauce i oświacie, która jej autorom przynosi same straty i umacnia szeregi ich przeciwników?

Pominąwszy wykwity zwyczajnej głupoty prostaków i ignorantów okupujących państwowe posady, wszystkie te i podobnie nonsensowne działania łączy moim zdaniem pewna nadrzędna idea.  Zarówno sam prezes, jak i jego funkcjonariusze, napomykali o niej wielokrotnie, ale w pamięci rodaków jakoś nie zapisała się koncepcja ukształtowania Nowego Człowieka na Nowe Czasy. A spośród wielu zagrożeń zawartych w programie PiS ten projekt wydaje mi się najbardziej niebezpieczny. Bo bez zmasowanej indoktrynacji można mieć realną nadzieję, że któregoś dnia runie mur obojętności i Polacy pogonią wreszcie trzymającą władzę grupę zbawców ojczyzny, powielających odwieczne dyktatorskie eksperymenty na żywym organizmie demokracji. Kaczyński wie, że kraj przemeblowany na jego modłę nie utrzyma się bez przemeblowanego społeczeństwa. Wie, że dotychczasowe społeczeństwo się nie sprawdza. Że Polacy tacy, jakimi są dotąd, nie rozumieją przemian. Nie czują, że sprawiedliwość wymaga ofiar, że wolności nie wystarczy dla wszystkich i że ponad demokracją jest jeszcze racja stanu, definiowana przez partię demokratycznie wybraną po wsze czasy.  Nie rozumieją, że polska polityka to wybór między prawem a sprawiedliwością, oraz między 500 plus i innymi prezentami dla wyborców, a regułami poprawnej ekonomii .

Portretując nowego Polaka, PiS karykaturalnie eksponuje jego patriotyzm. Nowy patriota kocha emocjami i sercem, a nie rozumem. Ogląda i akceptuje świat według TVPiS. Wyznaje mity założycielskie sprecyzowane przez władzę i wierzy w nową historię Polski, z której usunięto wszystko, co nie przydaje jej chwały, a dołożono błędne, wątpliwe lub jednostronne fragmenty, ku chwale obecnie rządzących.  Prawdziwy patriota musi wiedzieć, że „narodowe” to znacznie więcej niż „demokratyczne” i potrafi poświęcić swoje prawa dla dobra ojczyzny – dobra definiowanego przez partię rządzącą.  Bo nowy Polak ufa władzy, która lepiej wie, kto buduje kraj, a kto go rujnuje. Prawdziwy patriota ufa, a zatem nie pyta, dlaczego jedni konfidenci z PRL są źli, a inni dobrzy, i nie docieka, ile lat musieliby mieć obecni sędziowie SN, jeśli – jak twierdzi premier – skazywali w procesach stalinowskich.  I jeszcze jedno: Polak Dobrej Zmiany wie, że tylko pod krzyżem i tylko pod tym znakiem, może liczyć na awanse, apanaże i udział w podziale łupów.

Każdy szanujący się dyktator ma świadomość, że dorosłych niełatwo przekonać do eksperymentów. Jeśli dla realizacji jego wizji nie wystarczy prostodusznych naiwnych, cynicznych koniunkturalistów i podatnych na hipnozę lub korupcję, to trzeba postawić na młode pokolenie. Stąd szczególna rola przypadła MEN, realizującemu PiS-owskie eksperymenty na dzieciach. Efekty widoczne są coraz wyraźniej. W ramach licealnej wiedzy o społeczeństwie serwowany jest bełkot w rodzaju: „Wzorowy obywatel musi być świadom, że bez poświęceń dla dobra publicznego nie będzie się spełniał jako wzorowy obywatel. Realizacja jakichś celów będzie wymagała dużej samodyscypliny, jak i poświęceń. Przez co wzorowy obywatel musi być odpowiedzialny i mieć poczucie tej odpowiedzialności w stosunku do społeczeństwa obywatelskiego” itd. Ale już „Podstawa programowa do Wychowania do życia w rodzinie”, suto okraszona cytatami z Jana Pawła II, to spójny system kształtowania postaw i promowania katolickiego nauczania, oderwany od współczesnej obyczajowości. Ten niby nieobowiązkowy przedmiot ma „wpisywać się w program wychowawczo-profilaktyczny każdej szkoły” i stanowić ważny element wychowywania Polaków wolnych od niekatolickiego podejścia do życia, które program PiS określa jako „nihilizm”.

Najbardziej radykalne przemiany zaobserwować można w podstawówkach. Mam okazję śledzić na bieżąco sytuację w dużej i od lat przodującej szkole powiatowego miasta. Jeszcze niedawno wisiały tam w holu flagi państw członkowskich Unii, a dziś pozostały tylko polskie.  Rodzice skarżą się, że uczniowie już nawet drugich klas wyzywają się nawzajem od „pedałów”, że na korytarzach padają rasistowskie obelgi i nierzadko znaleźć można samolocik papierowy z hasłem „palić Żydów” lub podobnym. Nagabywani w tej sprawie nauczyciele rozkładają ręce, a na propozycję, by o tych zachowaniach, wyraźnie sprzecznych z chrześcijańskim nakazem tolerancji i miłości bliźniego, pomówić na lekcjach religii, pada odpowiedź: – Nie ma na to czasu, musimy gonić z programem…

Program nauczania religii zdaje się być wiodącym w procesie nauczania i wychowania uczniów tej (tylko tej?) szkoły. Pokój nauczycielski został zlikwidowany, a w jego miejsce powstała nowa reprezentacyjna „sala do religii”.  Opiekunką samorządu uczniowskiego jest katechetka, organizująca lub nadzorująca wszelkie imprezy.  Dzieci wtłaczane są w tradycyjne role żywcem przeniesione z minionego stulecia.  Dziewczynki otrzymują np. zadanie posprzątania chłopcom w tornistrach i porządnego ułożenia przyborów w ich piórnikach, a chłopcy w tym czasie bawią się na korytarzu, żeby nie przeszkadzać koleżankom w pracy.  Na lekcji wychowania do życia w rodzinie dziewczynki zapisują w zeszytach, że ich celem jest praca w domu a w przyszłości poświęcenie się rodzinie, na lekcji wychowawczej dowiadują się, że „macie chodzić z gracją i siadać z wdziękiem, bo nikt nie będzie zwracał uwagi, czy jesteście mądre, więc musicie być ładne”, a na WF – że im „nie wolno dłużej ćwiczyć i, broń Boże, robić pompki, bo od tego tworzą się brzydkie mięśnie”.

Nieprawdopodobne? Tak, ale równocześnie jak najbardziej prawdziwe. Obawiam się, że partia władzy, z wydatną pomocą licznych oportunistów, konserwatywnego skrzydła Kościoła i bezwstydnie kłamliwej telewizji publicznej, wywozi nas coraz dalej od cywilizowanej Europy. Wprost w mroczną krainę wyobraźni samozwańczego przywódcy narodu, który swoją wiedzę zdobywa z wysokości dwóch wież górujących nad światem.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>