Tag Archives: Grażyna Zawadka

Banialuki Jacka Kurskiego i Banaś wiecznie żywy

2 Gru

„Nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – straszy w wywiadzie dla „Sieci” prezes TVP. Jacek Kurski chwali obiektywizm telewizji, którą rządzi i narzeka nawet, że „Wiadomości” zrobiły się zbyt nudne. OKO.press porównuje fantazje Kurskiego z rzeczywistością

„Wiele osób chciałoby być prezesem TVP, zwłaszcza teraz kiedy została ona tak odbudowana, jest silna i rozpędzona. Część krytyki mojej prezesury wynika z takich ambicji” – wyznaje w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” prezes TVP. Na początku rozmowy Kurski chwali się epokowym sukcesem, czyli Eurowizją Junior („Mam nadzieję, że teraz nikt już nie będzie nas pouczał, jak walczyć o pozycję Polski w Europie”). Dalsza rozmowa tylko potwierdza, że to na prezesie Kurskim Telewizja Polska stoi.

TVP zawsze z partią

Kiedy prezes Kurski charakteryzuje „Wiadomości” i politykę informacyjną telewizji publicznej, na myśl przychodzi wiersz Władimira Majakowskiego:

„Mó­wi­my – Le­nin, a w do­my­śle – par­tia,
mó­wi­my – par­tia, a w do­my­śle – Le­nin”.

Tyle że w miejsce Lenina trzeba wstawić TVP.

Kurski bez ogródek wyjaśnia, że telewizja pod jego wodzą jest silnie sprzęgnięta z „dobrą zmianą”. Oto kilka fragmentów:

  • „TVP jest jedynym masowym medium realnie broniącym tych wartości, które legły u podstaw dobrej zmiany w 2015 roku. Dlatego wywołuje aż takie emocje”;
  • „Jest faktem, że redakcja »Wiadomości« składa się z ludzi przejętych Polską, broniących wartości dla większości Polaków najważniejszych, jak rodzina, chrześcijaństwo, prawda o narodowej historii”.

Kurski jest pytany o to, czy nie zamierza trochę odpuścić, skoro po wyborach prezes Kaczyński i Mateusz Morawiecki nawołują do współpracy z opozycją.

„Mam wrażenie, że »Wiadomości« są dużo spokojniejsze, chwilami nawet nudne.

Mam wątpliwości, czy ta nowa epoka, o której panowie mówią, potrwa długo, bo słychać, jak grzeją się motory opozycyjnych czołgów, widać przygotowania do ofensywy w sprawach sądownictwa, cywilizacyjnych, przed nami wybory prezydenckie. Ale też mówię: spróbujmy wszyscy inaczej, we mnie jest dobra wola. Natomiast jasno też deklaruję: nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – deklaruje prezes.

Propaganda? Pierwsze słyszę

Co ciekawe, mówiąc to wszystko, Kurski odrzuca jednocześnie zarzuty dotyczące propagandy. Gdyby „Wiadomości” i TVP Info uprawiały propagandę, przekonuje Kurski, nikt by tego nie oglądał. Zdaniem prezesa, gdyby propaganda była, to widzowie natychmiast by to dostrzegli i odrzucili.

A skoro oglądają, to znaczy, że propagandy nie ma.

„Sukces tego programu polega na tym, że jest on zaangażowany w obronę świata wartości konserwatywnych i polskich, a jednocześnie ma silny kontakt z rzeczywistością. Ten program opisuje to, co ludzie widzą wokół siebie, czego doświadczają na co dzień”.

Podczas ostatniej kampanii samorządowej dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim opublikowali raport o „Wiadomościach”. Przez dwa tygodnie – między 24 września a 7 października 2018 – autory raportu analizowali ilościowy udział wypowiedzi („setek”) kandydatów poszczególnych partii w wyborach samorządowych oraz sposób prezentacji tematów wyborczych.

Aż 73 proc. wypowiedzi należało do przedstawicieli PiS (w drugim tygodniu 76 proc.). Platforma Obywatelska to 22 proc., zaledwie 5 proc. czasu dostali politycy pozostałych komitetów wyborczych.

Obóz władzy ma zresztą przewagę nie tylko w czasie kampanii wyborczych. W sierpniu w OKO.press pisaliśmy, że politycy PiS mają w programach informacyjnych i publicystycznych TVP dwa razy więcej czasu antenowego niż wszystkie inne partie.

Także zdanie Kurskiego o tym, że „Wiadomości” opisują to, co ludzie widzą dookoła i czego doświadczają, wydaje się wątpliwa.

Sondaż IPSOS dla OKO.press z grudnia 2018 pokazał, że główny program informacyjny TVP cieszy się najmniejszym zaufaniem w porównaniu z „Faktami” TVN i „Wydarzeniami” Polsatu. „Wiadomościom” wierzą masowo wyborcy PiS, wśród wszystkich innych osób tylko 8 proc. wskazuje je jako najbardziej wiarygodne.

Jako przykład przybliżania widzom rzeczywistości Kurski podaje przykład ostatniej głośnej produkcji TVP.

„Dziennikarska prowokacja” telewizji publicznej, której metody ujawniło OKO.press, miała opowiadać o kulisach organizacji Marszy Równości i szerzej – społeczności LGBT w Polsce. Miała, bo w rzeczywistości był to brutalny festiwal fantazji i oszczerstw rzucanych w stronę osób nieheteronormatywnych i organizacji działających na rzecz osób LGBT.

W materiale utrzymanym w sensacyjnym tonie słyszeliśmy o „podejrzanym finansowaniu”, zorganizowanym ataku na polskie świętości: Kościół katolicki, dzieci i rodzinę (w takiej kolejności) oraz sugestie, że tak jak na zachodzie kolejnym krokiem „lobby LGBT” będzie legalizacja pedofilii.

W sprawie „Inwazji” interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Jego zdaniem materiał mógł zostać odczytany jako przyzwolenie na przemoc.

Niezastąpiony prezes

Z wywiadu wynika, że Jacek i Michał Karnowscy, dziennikarze rozmawiający z Kurskim, generalnie go chwalą i podziwiają, ale mają jednak z TVP pewien problem. Gratulują Kurskiemu, że udało mu się dokonać słusznych i radykalnych zmian, jeśli chodzi o informacje, ale za to w sprawach tożsamościowych, patriotycznych, narodowych TVP jednak trochę leży.

Krótko mówiąc: bracia Karnowscy marzyli o superprodukcjach, przy których owinięci w biało-czerwone flagi płakaliby przed telewizorem, a został im Roztańczony Narodowy i pląsanie do „Życie to są chwile, chwile”.

Prezes Kurski także nad tym ubolewa. Chociaż broni disco polo, festiwali i teleturniejów – bo jako prezes musi dbać o wyniki oglądalności – to treści patriotycznych jest za mało. Przyczynę Kurski widzi – o dziwo – w swoim obozie. Jego zdaniem, jeśli jakieś patriotyczne hity powstają, to niestety ich autorami nie są „twórcy bliscy dobrej zmianie”.

„Nacisk na wszystko, co tożsamościowe, propolskie jest w TVP ogromny. Moje ramiona są szeroko otwarte na każdy dobry projekt
patriotyczny, historyczny czy współczesny. Kłopotem jest, że często tak stoję z tymi ramionami otwartymi, a tam nic nie wpada (…).

Od pierwszego dnia w tym gmachu otworzyłem skup wszystkiego co tożsamościowe, związane z patriotyzmem, prawdą o Polsce czy obroną polskich wartości, opowieści o narodzie, o sprawach ważnych. Odzew był bardzo słaby” – żali się Kurski.

Potem się pobudza:

„Pokażcie mi nazwisko jednego człowieka, który przyszedł do mnie z dobrą propozycją i dostał kosza. Nie ma takiego (…). Nie jest tak, że ja rzeczy tożsamościowych nie chcę. Ja o nie wręcz błagam – ale o dobre”.

Ale na koniec gorzko przyznaje:

„Przykra to przechwałka, ale naprawdę sporo z tego, co w obszarze tożsamości się udało na antenie, musiałem po prostu wymyślić”.

O tym, jak Kurski „pogrążył” Banasia >>>

O proteście ws. wolnych sądów (1) >>>

(2) >>>

Jest legenda, że Łukasz, Polak rogiem narwala zaatakował morderczego Saracena na moście w Londynie. Sytuacja prawdziwa, a niemal balladowo mityczna, bo:

1. Jeszcze nie wiadomo kim jest pan Łukasz, mam nadzieję, że nic mu się nie stało, jeśli istnieje.

2. Ząb narwala, czy róg, był uważany w średniowieczu za dowód istnienia jednorożców.

3. W herbie Wielkiej Brytanii obok lwa stoi prawdziwy jednorożec. Więc akcja pana Łukasza wyglądała trochę jakby wyrwał róg z herbowego obrazka i ruszył z nim do prawdziwej walki. No bo skąd w XXI wieku, człowiek ma pod ręką jednorożce?

Porównuje się tę szarżę do brawury skrzydlatej husarii. Może nie na przedmurzu, ale zadupiu chrześcijaństwa. Polak z rogiem, czy skrzydłami, jak Dywizjon 303, znów bronił Londynu. W każdym razie premier Morawiecki wygłosił przemowę.

Jego przemowy są coraz bardziej surrealne, niezależnie od tematu. Plan B wobec Banasia, czyli zmiany procedur, żeby usunąć nieusuwalnego, przypominają metody do rozwałki Trybunału, Sądu Najwyższego, instytucji niepoddających się władzy PiS-u. A my będziemy się tego jeszcze domagać. To jest nie mniej surrealne od faceta walczącego rogiem jednorożca. Ale przecież pisowski drań nie może kontrolować państwa. Odpowiedzialny za to wszystko Kaczyński, nie jest już nawet w stanie podać sam sobie ręki na wysokości brzucha. Przy coraz bardziej bomboniastej sylwetce jego ręce są zbyt krótkie, chociaż obejmują duszącym uściskiem cały kraj. Stratowany przez religię, alkoholizm i historyczny stres pourazowy. Dlatego według statystyk wyborczych, ponad połowa narodu to suwerenne ćwoki. Cywilizowana reszta też nie jest do końca cywilizowana. Wyszło to przy sporze o przyjazd Polańskiego do łódzkiej filmówki.

W tej aferze miesza się obronę patriarchatu z antysemityzmem i antypisowskim oporem. Wiadomo, PiS nienawidzi prawdziwych elit i traktuje je w myśl powiedzenia „Zniszcz, zanim zniesie jaja”. Studenci filmówki nie są zdrajcami demokracji, a Polański ambasadorem wolnego świata. Świat się zmienił od lat 60-ych, zwłaszcza po metoo. Młodzi nie chcą oddychać zatrutym powietrzem i smogiem mentalnym.

W atakach na studenterię filmówki używane są argumenty: „Najpierw pokażcie co sami umiecie”. Może nie dostaną Oscara, ale na pewno nie będą uważać gwałtu za dozwoloną formę współżycia. Oni po prostu nie chcieli rozmawiać z człowiekiem, który oprócz świetnych filmów dopuścił się przestępstw – pedofilii i gwałtów. Nie oddzielają geniusza od zboka. I słusznie, artysta jest człowiekiem totalnym, wkłada duszę w swoje dzieło. Natomiast nie penisa w dziecko ani przemocą w dorosłych.

Sprawa Polańskiego uległa przedawnieniu? Znam ofiary gwałtu. Ich trauma nie jest przeterminowana. Zgwałcona przez Polańskiego francuska aktorka jest nadal jego ofiarą. Nie ma wojny, nie zabija się ludzi z obowiązku, chyba że jest się świrem dżihadu, jak ten nożownik na londyńskim moście. Ale niszczy się ludzi psychicznie, w większości na zawsze, gwałtem. To są zbrodnie przeciw ludzkości, bo kobiety i dzieci są ludźmi. Co, do wielu nadal nie dociera.

Popatrzcie na wpisy, miny patriarchalnych dziadów, gdy oskarża się jednego z nich. Zachowują się jakby ktoś napadł na człowieczeństwo. Nie dociera do nich, że kończy się epoka hujmanizmu. Francuska filia filmowców zapowiada usunięcie Polańskiego, gdy tylko zmienią przepisy. One też są z dawnego świata.

W Norwegii gwałt nie ulega przedawnieniu. W Szwecji karze się klientów prostytutek. U nas nie, ale czy matka Polka marzy o karierze prostytutki dla córki? Burdele uważa się za normal. W bloku gdzie mieszka moja mama, otworzono agencję towarzyską i lokatorzy są bezradni. Staruszki odmawiają litanię do Radia Maryja, zagłuszając dochodzące przez ścianę odgłosy orgii. Trzeba współżyć z ludźmi, nie?

Od lat Polański wynajmuje prawników. Ale nie słyszałam, żeby mówił coś o skutkach terapii. Zajął się kiedyś swoją pedofilią? Jest zboczeniem.
Nie oglądać genialnych dzieł zboków? Postawić sobie cezurę, np. do „Chinatown”, albo „Balu wampirów”?

Nastolatkowe towarzystwo mojej córki nie chce chodzić na Woody Allena i Polańskiego oskarżonych o pedofilię. Dzieciaki mają inną wrażliwość.

Cenzurować Picassa znęcającego się nad rodziną? Nie sądzę, ale podziw nie oznacza bałwochwalstwa. Jeśli inżynier jest zboczeńcem i tak musimy używać podzespołów, które wymyślił, nie wydłubiemy ich sobie z kompa. Nie mają jednak wpływu na naszą psyche. Za dziełem artysty jest zawsze prawdziwy człowiek i jego mogę nie lubić albo oskarżać za popełnione czyny.

Nie zamierzam już dyskutować, czy Polański jest winny. Jest nieleczonym pedofilem, seksoholikiem. Interesują mnie zachowania broniących go artystów. Czują się tym wyniesieni do podoscara? Zblatowani z Hollywoodem? Myli się im wszechmoc twórcy z przemocą w realu?

Trzeba być ojcem, żeby czuć empatię do gwałconego dziecka? Polańskiego bronią kobiety. Czy oddałyby córeczki zboczeńcowi, najlepiej celebrycie? Albo czułyby się wyróżnione przemocową penetracją sławy?

To już nie republika banansiowa, ale jebanasiowa, spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością seksualną księży, zboków, gangsterów.

W necie krąży list Akcji Demokracji zbierającej podpisy przeciw kasacji wyroku w głośnej sprawie zakonnika, który więził i gwałcił dziewczynkę. Jego zakon Chrystusowców (?!) nie chce zapłacić odszkodowania ofierze. Jeżeli nie zakon, nie Kościół to, kto ma płacić, diabeł?

Kartą przetargową w żądaniu dymisji ma być kwestia spółek i fundacji syna Mariana Banasia – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Składanie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowane źródła dochodu – to oficjalne zarzuty, jakie postawił w piątek szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego prezesowi Najwyższej Izby Kontroli po półrocznej kontroli jego majątku. Marian Banaś miał nie podpisać protokołu ostatecznie kończącego kontrolę i nie stawił się w CBA.

Zgodnie z artykułem 45 ustawy o CBA – osoba kontrolowana w ciągu siedmiu dni musi złożyć pisemne wyjaśnienia odmowy. To jednak nie hamuje biegu sprawy – dlatego szef CBA w piątek wysłał zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Mariana Banasia.

Banaś – jak wynika z jego wypowiedzi – nie zamierza kapitulować. W piątek najpierw zdementował pojawiające się w mediach informacje o swojej dymisji. „Decyzja taka nie zapadła” – oświadczył w komunikacie podanym na stronie NIK. Chwilę potem w pismach do mediów odniósł się z kolei do faktu skierowania do prokuratury zawiadomienia w sprawie jego oświadczeń majątkowych. „To dobrze, iż prokuratura oraz – ewentualnie – niezawisły sąd zajmą się sprawą i skrupulatnie wyjaśnią wszystkie wątpliwości. Już dzisiaj jednak muszę kategorycznie zaprzeczyć zarzutom, że zatajałem swój stan majątkowy i mam nieudokumentowane źródła dochodów” – stwierdził prezes Najwyższej Izby Kontroli, podkreślając, że jest gotowy „do składania wszelkich wyjaśnień i ze spokojem czekam na finał tej sprawy”.

KLUCZOWY ADRES

Oświadczenia te pokazały, że Banaś, mimo czwartkowego spotkania z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim i koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim, którzy „poprosili” go o dymisję – zdecydował, że się postawi.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie. To m.in. spółka, która pozyskała środki unijne na otworzenie hotelu (Pi Investment, która jak wynika z dokumentów, gdy starała się o dotację z UE, dzierżawiła nieruchomość przy ulicy Krasickiego 24 – dziś spółka ta działa pod nazwą Open Qualis i trudni się doradztwem strategicznym), oraz inkubator – Fundacja Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu, założona przez Banasia juniora w 2003 r.

Fundacja ta ze względu na profil działalności, w tym m.in. kształcenie przyszłych elit gospodarczych, podlega kontroli ministra finansów. W jej sądowych aktach można znaleźć zaskakującą informację sprzed zaledwie kilkunastu dni. Pod datą 19 listopada tego roku znajduje się wzmianka o uchyleniu regonu oraz NIP – taki krok podejmuje z urzędu naczelnik skarbówki, jeżeli dopatrzy się nieprawidłowości (np. fikcyjnych danych adresowych dotyczących siedziby).

Dlaczego CBA, które sprawdzało majątek Banasia – wiceministra i ministra finansów – interesowało się również jego synem? Także dlatego, że na tę krakowską kamienicę ministra spółka jego syna wzięła w Banku Ochrony Środowiska 1,7 mln zł kredytu (zabezpieczeniem była kamienica). Kredyt został spłacony po sprzedaży kamienicy 19 sierpnia.

PIS: NA OSTRZU NOŻA

Po zakończeniu kontroli i odrzuceniu uwag Mariana Banasia do raportu i ustaleń CBA (28 listopada) politycy PiS zmienili też sposób narracji i teraz stanowczo żądają dymisji Banasia. – To już otwarta wojna – mówi nam jeden z nich.

Adam Bielan w TVN 24 stwierdził, że: „Gdyby można było cofnąć czas, Sejm nie wybrałby Mariana Banasia na prezesa NIK”. Z kolei Adam Lipiński w „GW” przyznał, że służby specjalne (w domyśle ABW) zawiodły w weryfikacji kandydata na fotel prezesa NIK. Zgodził się, że Banaś „z tej funkcji musi zrezygnować. To jest oczywiste”.

Dla Mariana Banasia, który może być odwołany z funkcji, jeżeli zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo – nie jest to jednak oczywiste. Dlatego presja na niego ze strony PiS, dzięki któremu został wybrany na to stanowisko, przybrała w ostatnich dniach niespotykane rozmiary. Dowodem jest chociażby (ujawnione przez RMF) doniesienie do prokuratury złożone kilka dni temu przez generalnego inspektora informacji finansowej (GIIF) liczące 100 stron i 40 płyt CD z rachunkami bankowymi. Zdaniem rozgłośni doniesienie dotyczy braci K. (powiązanych z półświatkiem), czyli ludzi, którzy wynajmowali kamienicę Mariana Banasia. „Urzędnicy Ministerstwa Finansów odkryli też niejasne przepływy sporych sum między Marianem Banasiem a braćmi K. Nie są to opłaty za wynajem nieruchomości” – twierdzi RMF. Ani Banaś, ani GIIF nie zdementowali tych informacji.

Dlaczego generalny inspektor, który zajmuje się tropieniem przestępstw prania pieniędzy i finansowania terroryzmu, a nie krakowski urząd celno-skarbowy zajął się tak z pozoru zwyczajną sprawą? Ponieważ, jak twierdzi nasze źródło, skarbówka ma ograniczone możliwości dostępu do kluczowych informacji. Tylko GIIF może zajrzeć do rachunków bankowych osób fizycznych. A materiał GIIF jest zbieżny z tym, jaki zgromadziło Centralne Biuro Antykorupcyjne, które poprosiło generalnego inspektora o analizę rachunków Banasiów. Wart podkreślenia jest fakt, że w czasie trwającej ponad pół roku kontroli CBA majątku Banasia wydał on zgodę funkcjonariuszom do analizy wszystkich przepływów finansowych. Doniesienie do prokuratury sygnowane przez GIIF na mocy upoważnienia generalnego inspektora, którym jest Piotr Dziedzic – do niedawna podwładny Banasia w resorcie – podpisał dyrektor departamentu informacji finansowej – funkcjonariusz CBA.

Według „Dziennika Gazety Prawnej” Marian Banaś wystosował pismo do Elżbiety Witek, w którym podał się do dymisji. Marszałek Sejmu odesłała je, chcąc, by szef NIK wyznaczył pełniącego obowiązki szefa Izby. Banaś miał odmówić.

Kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny, składam rezygnację

– tak miała brzmieć treść pisma zaadresowanego do marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Witek odesłała mu „inaczej zredagowane pismo z rezygnacją”. W piśmie marszałek Sejmu domagała się, by szef NIK wyznaczył na pełniącego obowiązki Tadeusza Dziubę, który dwa dni wcześniej został wiceszefem izby. Witek powoływała się na ustawę o NIK.

Dziennikarz Bartek Godusławski z „DGP” opublikował pismo na Twitterze:

Według informatorów dziennika szef NIK nie chciał przystać na propozycję otrzymaną od Witek.

„Pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”

– Do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło opisane pismo. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać, ani tym bardziej go odesłać – skomentował dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Na te słowa odpowiedział autor artykułu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. – To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio – napisał na Twitterze Bartek Godusławski. – Sejmowy monitoring i księga wejść powinny potwierdzić, czy i gdzie oraz ile czasu w Sejmie przebywał kierowca z NIK – dodał.

Afera Mariana Banasia

28 listopada 2019 roku CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, składanych przez niego w latach 2015-2019. Kontrola wykazała nieprawidłowości, które – w ocenie CBA – uzasadniały skierowanie sprawy do prokuratury. Marian Banaś złożył zastrzeżenia do ustaleń CBA, które zostały w całości odrzucone.

W zawiadomieniu CBA wskazuje na podejrzenie złożenia przez Mariana Banasia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.

Kierownictwo PiS domaga się ustąpienia Mariana Banasia z funkcji szefa NIK.

Majątkiem Banasia zajmowały się też media. Po reportażu w „Superwizjerze” TVN Banaś pozwał stację i dziennikarza.

O sprawie Banasia:

Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy.

Mark Twain powiedział kiedyś, że kłamstwo obiegnie połowę kuli ziemskiej, zanim prawda założy buty. Ale tak naprawdę fakty na ogół dotrzymują kroku mitom i często je wyprzedzają. Nie wszędzie jednak. Nie w Polsce. Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy. Przemierzają Polskę swobodnie i bez obaw, bo gdy tylko do kłamstwa zbliży się prawda, to PiS natychmiast związuje jej sznurówki.

Posłowi, który ujawnia prawdziwe oblicze człowieka forsowanego przez rządzących na wysokie nieodwoływane stanowisko, wyłącza się mikrofon. W odpowiedzi na wątpliwości, kto kogo i czy w ogóle rekomendował do KRS, lista rekomendacji zostaje utajniona. Wyrok Sądu Najwyższego unieważnia urzędnik nominowany przez rządzących, a gdy sędzia z Olsztyna żąda dokumentu potwierdzającego stan prawny, usuwa się go z fotela.

Minister Ziobro jak wesoły Romek w „Misiu” powtarza w kółko, że sędzia Paweł Juszczyszyn, nie miał prawa realizować wytycznych TSUE i orzekając w drugiej instancji, nie wolno mu było spytać, czy sędzia wyrokujący wcześniej został prawidłowo powołany i czy jego wyrok nie jest dotknięty wadą prawną. Wiceministrowie sprawiedliwości chórem ogłaszają, że sędzia Juszczyszyn nielegalnie ocenia innych sędziów i bezprawnie domaga się ujawnienia utajnionych przecież list poparcia kandydatów do KRS. Nie ma sensu pytać które konkretnie przepisy kodeksów i ustaw złamał sędzia z Olsztyna, bo o tym co jest prawem, a co bezprawiem, decyduje PiS, a nie kodeksy. Inna sprawa, że leczenie KRS to bezskuteczna, uporczywa reanimacja.

Kłamstwa bywają rozmaite i rozmaicie się nazywają. W Polsce PiS niemal codziennie spotkać można zarówno półprawdy, dezinformacje i fałsze, produkowane przez wyspecjalizowane agendy rządzących, jak i łgarstwa, kanty, zmyślenia i bujdy na resorach osobistego autorstwa funkcjonariuszy partii rządzącej, dla których polityka i oszustwo to już synonimy.  Słyszymy więc, jak wiceminister sprawiedliwości opowiada dyrdymały, że za poprzednich rządów sędziowie biegali po dyspozycje do liderów PO – i widzimy jego drwiący uśmieszek, który dopowiada: wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że to nieprawda, ale wisi mi to i możecie mnie pocałować w kodeks.  TVP informuje, że nowy marszałek Senatu ma za uszami jakiś łapówkarski przekręt, powołując się przy tym na świadectwo kobiety znanej z kolportowania nieprawdziwych zarzutów, która z tego akurat oskarżenia już wcześniej wycofała się rakiem. Kaczyński ogłasza, że podczas światowego kryzysu Polska nie była zieloną wyspą, tylko krajem zrujnowanym przez PO, który PiS musiał odbudować i dzięki temu doszlusujemy za chwilę do europejskiej czołówki. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego w okresie prosperity rząd nie odłożył ani grosza na złe czasy, a jeszcze nas zadłużył. Premier natomiast chwali się jednym z najlepszych systemów podatkowych, podczas gdy w rankingu International Tax Competitiveness Index 2019, dotyczącym najbardziej konkurencyjnych systemów podatkowych, Polska zajęła właśnie 35 miejsce wśród 36 ocenianych krajów.

W galerii kłamstw fałszujących naszą rzeczywistość jest jedno tak niewybaczalne, jak zaklęcie Avada Kedavra w świecie Harry’ego Pottera. „PiS troszczy się o najuboższych” oraz „żadna władza przed PiS nie dbała tak o najbiedniejszych”- to już właściwie nie kłamstwa, a raczej pogardliwe szyderstwa. Zapowiadając budowę państwa dobrobytu” premier skrzętnie ukrywa beneficjentów prosperity. Dla kogo będzie to państwo? Z opublikowano właśnie raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu poinformowała właśnie, że w Polsce 276 tys. emerytów musi żyć za mniej niż 595 zł miesięcznie – i nie da się tego zwalić na Tuska, bo w 2015, gdy PiS doszedł do władzy, tych najbiedniejszych było prawie czterokrotnie mniej. A nędzarzy na emeryturze będzie przybywać, bo mimo chojrackich zapowiedzi wojna z umowami śmieciowymi przyniosła WZROST liczby kontraktów bezskładkowych, szara strefa ma się wciąż nieźle, a wspaniała reforma emerytalna, obniżając wiek przejścia w stan spoczynku i wprowadzając system zdefiniowanej składki, rozpoczęła wysyp groszowych emerytur.

W propagandowym obrocie kotłują się deklaracje wsparcia wykluczonych, skrzywdzonych przez los i najuboższych. W realu natomiast stosunek rządzących do niepełnosprawnych nie zmienił się od czasów zlekceważonej i wyszydzanej przez rządzących „okupacji” Sejmu przez matki z ułomnymi dziećmi. Z utworzonego dla tej grupy Funduszu Solidarnościowego dla Osób Niepełnosprawnych finansowane będą wyborcze zobowiązania PiS, nie tylko 13-tki dla emerytów, ale także… zasiłki pogrzebowe. Wzrost płacy minimalnej, druga trzynasta emerytura, zrównanie dopłat dla rolników od hektara – to redystrybucja środków i transfer miliardów, na które składają się także najubożsi.  Zanim państwo da obywatelowi 100 zł, odbiera mu 120 zł, bo musi utrzymać urzędników i aparat, który tę pomoc obsługuje. Na 500 + dla asystentki prezesa NBP, zarabiającej ponad 40 tys. zł miesięcznie składają się również ludzie, którzy za 500 zł muszą żyć cały miesiąc.

Rosną ceny. W budżecie coraz wyraźniej widać dno. Już wiadomo, że dotacje unijne będą znacznie mniejsze, niż w poprzednim rozdaniu. Daj Boże, żeby bezprawie rządzących nie spowodowało zawieszenia tych funduszy. Bo przed nami kolejna światowa dekoniunktura, pieszczotliwie nazwana przez prezesa „spowolnieniem”.  A wiadomo, że każdy kryzys zawsze najboleśniej uderza w najbiedniejszych, których losu nie poprawi ani niezborne przerzucanie resztek pieniędzy z szuflady do szuflady, ani fałszywe deklaracje i krokodyle łzy wylewane nad ciężkim losem ubogich.  Szybko im się nie poprawi, bo w naszym klimacie kłamstwo ma dłuższe nogi niż w bardziej cywilizowanych krajach i wielu Polaków przywykło już do fałszywej rzeczywistości, zmyślonej przez człowieka, któremu zdezorientowani Polacy pozwalają bawić się Polską. Ale do czasu.

Kaczyński, ludzik z PRLu

29 Kwi

„Rozumiem, że część Kościoła, w tym również hierarchów, czapkuje prezesowi Kaczyńskiemu i robi wszystko, żeby mu się przypodobać (…) Kościół, który się upartyjnia, przestaje być Kościołem Powszechnym-Katolickim” – można między innymi przeczytać w liście otwartym, jaki napisał poseł Krzysztof Brejza do biskupa Diecezji Włocławskiej.

Zamieszczony na Twitterze list jest reakcją posła PO na peany, które biskup wygłaszał z ambony pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Publikowane szeroko słowa duchownego wywołały lawinę oburzenia wśród internautów.

Swego zażenowania nie kryje także pochodzący z Inowrocławia poseł Brejza, zadając biskupowi istotne pytania: „Czym ksiądz biskup jest tak zachwycony? Demontażem konstytucji i instytucji odpowiedzialnych za funkcjonowanie demokratycznego państwa prawa? Zszarganą opinią Polski na arenie międzynarodowej? Szeregiem afer z działaczami PiS w roli głównej? Butą, pychą i arogancją działaczy PiS? Opłacaniem za publiczne miliardy medialnej machiny propagandy, nienawiści i pogardy?”

W alternatywnym kraju Kaczyńskiego lojalność wobec wodza i wierność jego ideom z powodzeniem zastępuje doświadczenie i kompetencje.

Ustawa, która z czwartku na piątek przemknęła przez parlament, umożliwiła dopuszczenie – a w domyśle także przeprowadzenie egzaminów maturalnych – bez udziału nauczycieli. Nic dziwnego, nauczyciele po prostu się nie sprawdzili. W najbliższym czasie należy oczekiwać, że w obficie dotowanej szkole dyrektora Rydzyka uruchomiony zostanie nowy wydział pedagogiczny, kształcący nauczycieli nareszcie dobrych i patriotycznych. Patriotycznych, czyli bardziej związanych z Kaczyńskim niż z Broniarzem i bardziej z Kościołem niż z ZNP, bo według prezesa ludzie kontestujący Kościół (a dokładnie ten jego odłam, który głosi, że sukces Kaczyńskiego jest sukcesem Kościoła) nie są prawdziwymi patriotami.

Ustawą, naprawiającą uprzednio naprawioną sytuację w oświacie, PiS zbudował sobie drogę do pacyfikowania dowolnego protestu każdej grupy zawodowej. Jak słusznie wskazywali posłowie opozycyjni, kiedy np. zastrajkuje personel medyczny, to w przychodniach przyjmować będą katecheci, a przygotowujących się właśnie do protestu pracowników socjalnych bez problemu zastąpią strażacy lub strażnicy więzienni.  Poprawiona ustawa oświatowa ma jednak tę zaletę, że poszerza granice wyobraźni Polaków, którym się zdawało, że nic ich już nie jest w stanie zaskoczyć. Ma też wadę, a mianowicie taką, że rozbudza złudne ambicje. Części wyborców wydaje się bowiem, że w kondominium Kaczyńskiego, budowanym na popękanych fundamentach szanowanego niegdyś państwa prawa, każdy może zastąpić każdego. Owszem, we współczesnej Polsce każdy może zostać kim chce, ale nie o jego chęci tu chodzi, bo w rzeczywistości każdy może zostać tym, kim chce prezes. Zmyłka polega na tym, że Kaczyński często przywołuje amerykański model równych szans dla wszystkich. Tyle że w USA każdy nauczyciel może być milionerem, jeśli tylko uprzednio zdecyduje się zostać pucybutem, a w Polsce nauczyciel, który chce przyzwoicie zarabiać, musi być entuzjastą PiS. A jeśli w rodzinie znajdzie się wyższy funkcjonariusz tej partii, to byle mierny prowincjonalny pedagog zostać może kuratorem, a nawet ministrem.

W alternatywnym kraju Kaczyńskiego lojalność wobec wodza i wierność jego ideom z powodzeniem zastępuje doświadczenie i kompetencje. Wzorem leninowskich kadr – nieważne co potrafią, ani skąd przychodzą, ważne, że są nasi. Prokurator stanu wojennego może dowodzić inwazją na konstytucyjnie niezależne sądy. Lustrację prowadzić mogą niezlustrowani funkcjonariusze PZPR. Odpowiedzialnym za bezpieczeństwo kraju można mianować mitomana, fantastę i autora spiskowych teorii, w które – jak sam przyznał – niespecjalnie wierzy. A premierem to już może zostać dosłownie każdy. Na przykład kierowniczka prowincjonalnego domu kultury z incydentalnym doświadczeniem na stanowisku burmistrza małego miasteczka. Albo notoryczny krętacz i kapuś szkalujący kraj, który ma reprezentować i promować, kłamca z sądowym patentem, serwujący światu brednie wyssane z brudnego palucha. Polskim sędziom odmawia szacunku i prawa wykonywania zawodu, przypisując im odpowiedzialność za historyczne przewiny poprzedników. Powiela opowiastkę swojego ministra o przywłaszczeniu kawałka wiertarki przez jednego niezrównoważonego w stanie spoczynku, co świadczyć ma o złodziejskich zapędach i konieczności wymiany wszystkich sędziów SN. Nie widzi śmieszności swojego rozumowania, które wskazuje na konieczność delegalizacji PiS oraz rozpędzenia parlamentu, bo przecież w obu tych formacjach bez trudu znaleźć można ludzi naruszających prawo.

W Polsce okupowanej przez PiS łamanie prawa stało się normą. Powiadają, że przyczyną jest przykład, który idzie z samej góry. W tej sprawie pewności nie mam, więc o naszym prezydencie powiem tylko tyle, że zazdroszczę Ukrainie, gdzie wyborcy nie lubią amatorszczyzny i głową państwa został tam komik w pełni profesjonalny.   A co do przyczyn bezprawia bliższy jestem opinii, że w Polsce upowszechnił się mafijny obyczaj przyjmowania w szeregi tych, którzy przejdą próbę drastycznego złamania prawa, żeby w razie czego mieć ich w kieszeni. A jeśli kandydat podczas tej próby wykaże się dodatkowo wrodzonym cynizmem i talentem w konstruowaniu obelg, to droga do zaszczytów staje przed nim otworem.

Ta myśl przychodzi mi do głowy, gdy słucham wypowiedzi Ryszarda Terleckiego – mistrza bezczelnej riposty. Ostatnio zapisał się w mojej pamięci oraz w protokole obrad Sejmu wykwintną obelgą pod adresem Joanny Scheuring-Wielgus. Pani posłanka zarzuciła szefowej MEN tchórzostwo, ponieważ ustawę oświatową prezentował minister Dworczyk, a minister Zalewska chowała się w tym czasie za plecami członków rządu. Prowadzący obrady wicemarszałek Terlecki niezwłocznie obsobaczył posłankę, zawiadamiając zebranych, że w Sejmie nie ma miejsca na chamstwo. Nikt jakoś nie spytał, co w takim razie robi na tej sali sam pan Terlecki?  Może zabrakło refleksu, a może parlamentarzyści przywykli już do grubiańskich ekscesów prowadzących obrady i nie dostrzegają, że nie od dzisiaj coś dziwnego dzieje się z marszałkami naszego parlamentu. Podczas tej samej sesji miła i wielce sympatyczna (zdaniem marszałka Terleckiego) Beata Mazurek starła się z posłanką PO Krystyną Skowrońską, przeganiając ją z mównicy i informując, że i tak ma dużo wyrozumiałości dla takich blondynek jak posłanka Skowrońska.

Jest taka wschodnia bajka o dobrych i mądrych królewiczach, którzy na żądanie ojca mieli sprawdzić się jako władcy, kolejno rządząc przez wyznaczony czas. Ale gdy tylko siadali na tronie, natychmiast głupieli, stawali się zarozumiali, wredni, brutalni i bezwzględni.  Okazało się, że to nie ich wina, bo tron został zaczarowany przez mściwego czarnoksiężnika, który postanowił przejąć władzę nad królestwem kompromitując wszystkich konkurentów i podburzając naród.   Jaki złośliwy gnom rzucił urok na fotel marszałka polskiego Sejmu – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że ten czar jest potężny i wielce zaraźliwy , obejmujący paskudnym urokiem liczne stołki i fotele.

Andrzej Karmiński

P.S. Ktoś wie, gdzie się podziewa Kaczyński, gdy demonstracyjnie opuszcza posiedzenia sejmowe, lekceważąc podstawowe obowiązki posła? Może na Nowogrodzkiej jest jakaś sala tronowa, gdzie prezes w zaklętym fotelu pasjami snuje złowrogie plany przejęcia dożywotniej władzy absolutnej, siejąc w narodzie nienawiść do myślących inaczej i opluskwiając konkurentów…

>>>

Prof. Karol Modzelewski – historyk mediewista, dysydent, więzień polityczny, jeden z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca nazwy „Solidarność” – nie żyje. Miał 81 lat. Odszedł jeden z ostatnich wielkich autorytetów naszych czasów.

– „Postać wybitna. Człowiek – intelekt. Autorytet. Jeden z największych, polskich intelektualistów ostatnich 100 lat. Jeśli myślałem o tym czym może być moralność, to natychmiast przychodził mi do głowy profesor”; – „Powiedzieć, że odszedł ktoś ważny dla Polski, to nic nie powiedzieć”; – „Bez takich ludzi będzie łatwiej kłamać, omamiać, manipulować. Smutny wieczór dla wszystkich myślących ludzi”; – „Ludzie trzeźwo myślący utracili wybitną postać, zostały świetne dzieła i duża bibliografia, którą można pochłaniać. Karol Modzelewski – człowiek solidarności i Solidarności” – pisali internauci na Twitterze, żegnając profesora.

*

W normalnym kraju byłby zapewne wybitnym demokratycznym politykiem i publicznym intelektualistą. PRL zamykał go w więzieniach i wytrwale przez dziesięciolecia szkalował w mediach, utrudniając mu karierę naukową – którą wbrew swoim komunistycznym prześladowcom i tak zrobił, stając się jednym z najwybitniejszych specjalistów od wczesnopiastowskiego średniowiecza w polskiej historiografii.

Symbol wroga dla propagandy PRL

Karol Modzelewski życiorysem mógłby obdzielić kilka znakomitych osób. Urodził się w Moskwie w 1937 roku w rodzinie działaczy komunistycznych i pierwsze lata życia spędził w domu dziecka dla dzieci komunistów. Ojczym Modzelewskiego, Zygmunt, został w 1947 roku ministrem spraw zagranicznych PRL.

Sam Karol przeszedł bardzo szybko edukację, która z dziecka komunisty uczyniła dysydenta i jednego z głównych wrogów rządzącego PRL reżimu. W czasie Października 1956 roku jako 19-letni student obserwował z bliska przygotowania robotników fabryki FSO na Żeraniu do obrony przed sowieckimi czołgami, które miały iść wówczas na zbuntowaną Warszawę.

Z systemem zerwał w 1964 roku, kiedy wraz z Jackiem Kuroniem – również rozczarowanym komunistą – napisał „List otwarty do partii”, krytykę systemu PRL z perspektywy kogoś, kto szczerze wierzył w ideały socjalizmu. Został wyrzucony z partii, do której należał i z pracy na uniwersytecie oraz skazany na 3,5 roku więzienia. Wyszedł na kilka miesięcy przed buntem studentów w marcu 1968, po którym ponownie został skazany na 3,5 roku więzienia.

Był wówczas celem nieustannych ataków propagandy PRL. Duet „Kuroń i Modzelewski” był dla niej symbolem wroga.

Po wyjściu z więzienia poświęcił się pracy naukowej. Był uczniem prof. Aleksandra Gieysztora, wielkiego mediewisty, który nie opuścił swojego podopiecznego nawet w więzieniu. Modzelewski pracował w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN. Napisał opóźniony przez pobyty w więzieniu doktorat (1974) i obronił habilitację (1979). Specjalizował się w historii wczesnego średniowiecza; jego doktorat poświęcony był historii państwa pierwszych Piastów.

W 1980 roku zaczął działać w powstającej „Solidarności”; to on zaproponował nazwę dla związku. Szybko trafił do władz związku, był także jego rzecznikiem prasowym. W czasach stanu wojennego został internowany, a później uwięziony przez komunistyczne władze.

Człowiek lewicy

W latach 90. pracował jako naukowiec – to wówczas powstały jego najważniejsze prace poświęcone „barbarzyńskiej Europie” wczesnego średniowiecza. Działał także jako polityk: był senatorem w „kontraktowym” parlamencie (1989-1991), a później działaczem lewicowej i niekomunistycznej Unii Pracy.

Karol Modzelewski zawsze był człowiekiem lewicy.

Jako historyk stanął w rzędzie największych polskich badaczy średniowiecza – przewyższając zapewne swojego nauczyciela i mistrza Aleksandra Gieysztora. Jego książki o państwie wczesnych Piastów („Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek”, Wrocław 1975) czy życiu społecznym wczesnego średniowiecza („Barbarzyńska Europa”, Warszawa 2004) należą dziś do klasyki. Młodsi historycy mogą polemizować z teoriami Modzelewskiego, ale pozostają one dla nich głównym punktem odniesienia.

Dwóch Ukraińców przez 13 lat prowadziło agencje towarzyskie na Podkarpaciu. W czasie, kiedy handlowali kobietami, dostali obywatelstwo RP z rąk prezydenta.

Seksbiznes braci R. latami był pod specjalną ochroną – nie tylko służb. Czy wyjaśnieniem są właśnie kompromitujące taśmy, o których istnieniu mówi były agent CBA? – ujawniamy drugie dno skandalu obyczajowego z Podkarpacia.

Międzynarodowy seksbiznes braci R. z Podkarpacia był wyjątkowo odrażający. Od ukraińskich sutenerów kupowali kobiety będące w trudnej sytuacji życiowej i materialnej. Ów „dług” musiały u R. odpracować.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że choć o procederze od lat wiedziało rzeszowskie CBŚ (funkcjonariusze byli darmowymi klientami agencji), latami torpedowano rozbicie biznesu braci R., chociaż likwidowano ich konkurencję na Podkarpaciu. Obecna wiedza rzuca na sprawę nowe światło: czy powodem „bezradności” służb były – nawet rzekome – sekstaśmy z nagranymi VIP-ami?

Parasol ochronny nad Aleksiejem i Jewgienijem R. w Polsce sięgnął dalej niż ochrona służb. Obaj – jak ustaliliśmy – od 1998 do 2009 roku mieszkali w Polsce jako cudzoziemcy z tzw. kartą pobytu stałego. Za popełnianie przestępstw cudzoziemcom grozi deportacja. Jednak w tym samym czasie, gdy R. handlowali kobietami i zmuszali je do prostytucji, dostali z rąk prezydenta RP polskie obywatelstwo, choć powinni być wykluczeni z powodu zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa i porządku publicznego – opinię dla prezydenta RP musiały wydać w sprawie R. polskie służby – policja i ABW. Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy odmówiła nam jakichkolwiek informacji w sprawie R.

Wiemy jednak, że w prowadzonym dziś ściśle tajnym śledztwie Prokuratury Krajowej w 2014 r. ABW interesowała się sprawą obywatelstwa dla braci R. W maju 2018 r. za handel ludźmi zostali skazani na symboliczne kary roku i półtora roku więzienia, a zarówno uzasadnienie, jak i śledztwo były „ściśle tajne”.